Stasi i dziecko - David Young - ebook
Opis

Wschodni Berlin, rok 1975.

Gdy porucznik Karin Müller jedzie w okolice muru, by zbadać ciało nastolatki, wydaje jej się, że wszystko już widziała. Jednak na miejscu uświadamia sobie, że ta śmierć jest inna – dziewczyna uciekała – tyle że nie na Zachód. Wprost przeciwnie.

Policjantka zauważa, że w sprawę zamieszane są służby specjalne NRD: Stasi. Karin musi odkryć tożsamość dziewczyny, ale osoby ze służb, z którymi rozmawia, zapewniają ją, że sprawcy pochodzą z Zachodu, i jednocześnie usilnie starają się zniechęcić ją do zadawania pytań.

Materiał dowodowy sugeruje rozbieżne wnioski i Müller wkrótce zdaje sobie sprawę, że miejsce zbrodni jest tylko upozorowaną sceną. Jednak panujący reżim nie toleruje ciekawości i porucznik nie wie jeszcze, że śledztwo zaprowadzi ją niebezpiecznie blisko własnego domu…

To błyskotliwa, klimatyczna i wiarygodna debiutancka powieść Davida Younga. Wciągająca powieść z wyrazistymi postaciami i wspaniale przedstawionym świecie. Stasi i dziecko przypomina dzieła Toma Roba Smitha, Phillipa Kerra oraz film Życie na podsłuchu. Jest to misternie poprowadzona przez labirynty wydarzeń historia, która fascynuje opisami intryg, podwójnym życiem bohaterów oraz ich wiarołomstwem.

David Young urodził się w okolicach Hull. Porzucił studia przyrodnicze na Uniwersytecie w Bristolu i przeniósł się na studia humanistyczne na Politechnikę Bristolską. Zaczynał od prac w rodzaju czyszczenia promowych toalet czy kierowania ciężarówką rozwożącą mięso, by następnie zająć się karierą dziennikarską – od gazet lokalnych, poprzez agencję informacyjną w Londynie, wreszcie newsroomy międzynarodowych stacji radiowych i telewizyjnych. Ukończył kurs kreatywnego pisania na City University w Londynie. Jego powieść otrzymała główną nagrodę w konkursie na publikację ufundowanym przez PFD. Obecnie zajmuje się pisaniem w swojej ogrodowej chatce, a w wolnym czasie kibicuje piłkarskiej drużynie Hull City AFC.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 409

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału STASI CHILD
Przekład KATARZYNA SOSNOWSKA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja MAGDALENA JANKOWSKA
Korekta AGNIESZKA RADTKE, RYSZARD WINEROWICZ
Projekt okładki www.blacksheep-uk.com
Adaptacja projektu okładki, opracowanie typograficzne ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Stasi Child Copyright © David Young 2015 Copyright © for the translation by Katarzyna Sosnowska Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Warszawa 2016 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65282-96-5
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Wprowadzenie

Akcja tej powieści rozgrywa się w komunistycznych Niemczech Wschodnich – kraju zwanym oficjalnie Niemiecką Republiką Demokratyczną (NRD), po niemiecku Deutsche Demokratische Republik (DDR) – w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku. W tym czasie NRD charakteryzowała się jednym z najwyższych standardów życia w całym bloku wschodnim. Stolica kraju, Berlin, była oddzielona od zachodniej części miasta murem, zwanym w ówczesnej propagandzie Antyfaszystowską Barierą Ochronną. Niewiele osób przewidywało wtedy, że w 1989 roku nastąpią gorące dni, które doprowadzą do zburzenia muru.

NRD mocno kojarzyła się z budzącym strach Ministerstwem Bezpieczeństwa Państwowego, powszechnie znanym jako Stasi. Chociaż wszyscy wiedzieli o istnieniu Stasi – i o siatce jej zakamuflowanych agentów – pokrętne metody działania tej służby oraz ogromna liczba osób, które dla niej pracowały, zostały ujawnione dopiero po 1989 roku.

Śledztwa kryminalne należały zwykle do Milicji Ludowej (Volkspolizei, Vopo), a w szczególności do jej wydziału kryminalnego (Kriminalpolizei, Kripo). Jednak gdy sprawa dotyczyła kręgów politycznych, przejmowała ją Stasi, która miała własny departament kryminalny, własnych śledczych itp. Bardzo rzadko Stasi współpracowała ze śledczymi Kripo – jak jest to opisane w tej książce – jednak na wyższym szczeblu istniały pewne powiązania. Poza tym wielu pracowników Kripo było także informatorami Stasi. Milicja ludowa była takim samym organem państwowym jak Stasi, a milicyjny areszt śledczy Komendy Głównej przy Keibelstrasse w Berlinie, niedaleko Alexanderplatz, był tak samo znienawidzonym miejscem, jak areszty należące do Stasi, na przykład ten w jej kwaterze głównej przy ulicy Hohenschönhausen.

W NRD policjanci oraz oficerowie Stasi nosili stopnie odpowiadające tym używanym w wojsku. Na czele oddziału badającego sprawę zabójstwa stał kapitan albo porucznik – jak to zobaczymy w książce. Stopnia Karin Müller nie należy mylić ze zdecydowanie ważniejszym w hierarchii podpułkownikiem, który stoi o stopień niżej od pułkownika.

Chcąc oddać realia tamtych czasów, zachowałem często nużące użycie tytułu „towarzysz”, jakim zwracali się do siebie koledzy z pracy, szczególnie w obecności wyższych rangą.

D.Y.

1

LUTY 1975. DZIEŃ PIERWSZY

PRENZLAUER BERG, BERLIN

Ostry dzwonek telefonu wyrwał porucznik Karin Müller ze snu. Sięgnęła do nocnego stolika, by podnieść słuchawkę, ale ręka uderzyła w próżnię. Ból pulsował pod czaszką. Dzwonienie nie ustawało i Karin podniosła głowę. Pokój wirował, w ustach czuła gorycz. Leżący obok niej pod kocami kształt wyciągnął rękę po słuchawkę wibrującą po drugiej stronie łóżka.

– Tilsner! – Głos jej zastępcy, podporucznika Wernera Tilsnera, warknął coś do słuchawki.

„Scheisse! Co on tutaj robi?” – pomyślała. Rozejrzała się po pokoju, podczas gdy Tilsner rozmawiał przez telefon. Nie docierało do niej, o czym on mówi. Przedmioty w mieszkaniu stały na niewłaściwych miejscach. Podwójne łóżko, w którym leżała, było inne niż jej. Pościel z pewnością nie należała do niej i jej męża Gottfrieda. Wszystko było bardziej... luksusowe, droższe. Na toaletce dostrzegła zrobione na jakimś biwaku zdjęcia Tilsnera... jego żony Koletty... ich dwójki dzieci – nastoletniego syna i młodszej córki – uśmiechających się w wakacyjnych pozach członków szczęśliwej rodziny. Mój Boże! Gdzie jest jego żona? W każdej chwili może wrócić do domu. Zaczęła sobie przypominać: Tilsner powiedział, że Koletta zabrała dzieci do babci na sobotę i niedzielę. Ten sam Tilsner właśnie opowiadał niestworzone historie komuś po drugiej stronie telefonu.

– Nie wiem, gdzie ona jest. Ostatnio widziałem ją wczoraj wieczorem w biurze – skłamał ze spokojem, którego Müller na pewno nie podzielała. – Postaram się ją złapać i jak tylko mi się uda, pojedziemy jak najszybciej na miejsce, towarzyszu podpułkowniku. Cmentarz Świętej Elżbiety na Ackerstrasse? Tak, rozumiem.

Müller ścisnęła głowę, w której czuła straszliwy łomot, i starała się nie patrzeć Tilsnerowi w oczy, gdy ten odłożył słuchawkę i podniósł się z łóżka, zmierzając w stronę łazienki. Wierciła się w pościeli. Tej nocy zima dała się we znaki. Panował przeraźliwy mróz. Müller miała na sobie ubranie, bielizna drapała ją w skórę pod obcisłą spódnicą. Wcześniej wódka blue strangler. Za dużo wódki. Ona i Tilsner ścigali się, kto wypije więcej, w barze na Dircksenstrasse. To była głupia gra, która skończyła się w jego małżeńskim łóżku. Müller nadal czuła w ustach posmak alkoholu. Nie pamiętała dokładnie, co wydarzyło się po wyjściu z baru, ale Gottfried nigdy nie może się dowiedzieć, że spędziła noc u Tilsnera.

Tilsner wrócił do sypialni, podał jej szklankę wody z rozpuszczającą się w środku tabletką.

– Wypij.

Müller lekko odsunęła głowę, skrzywiła się, patrząc na miksturę wydającą dźwięk przypominający syczenie węża.

– To tylko aspiryna. Zrobię kawę, a ty się ubieraj – dodał.

Uśmieszek na jego nieogolonej twarzy o kwadratowej szczęce był bezczelny i pozbawiony szacunku, ale przecież sama się w to wszystko wpakowała. Była jedyną kobietą w kraju stojącą na czele wydziału kryminalnego. Nic dziwnego, że ludzie nazywali ją dziwką.

– Może lepiej od razu tam pojedziemy? – krzyknęła w stronę kuchni. – To chyba pilne. – Każde z tych słów odbijało się w jej głowie niczym uderzenia młota.

– Tak, pilne – odkrzyknął Tilsner. – Ciało dziewczyny. Na cmentarzu. Przy Murze.

Müller jednym haustem wypiła aspirynę, usilnie powstrzymując się przed zwymiotowaniem.

– To lepiej jedźmy tam natychmiast! – Jej głos odbił się od wysokiego sufitu.

– Mamy czas, by wypić kawę – odparł Tilsner z kuchni.

Przestawiał ze szczękiem szklanki i patelnie, jakby znajdował się w jakimś nieznanym miejscu. I zapewne tak było, może tylko w Dzień Kobiet tu zaglądał.

– Poza tym powiedziałem pułkownikowi Reinigerowi, że nie wiem, gdzie jesteś. A Stasi już tam pojechała – wyjaśnił.

– Stasi? – zdziwiła się Müller.

Przywlokła się z trudem do łazienki i z przerażeniem patrzyła na swoje odbicie w lustrze. Przekrwione oczy, rozmazany tusz do rzęs. Potarła palcami policzki, starając się zmniejszyć opuchliznę, potem walczyła z długimi do ramion blond włosami. Jedyna kobieta w całej NRD, która stanęła na czele wydziału kryminalnego, w dodatku osiągnęła to jeszcze przed trzydziestką. Dziś nie wyglądała tak niewinnie jak zawsze. Wciągnęła głęboko powietrze, licząc, że powstrzyma w ten sposób odruch wymiotny.

Musiała oczyścić umysł. Przejąć kontrolę.

– Skoro ciało znaleziono przy Antyfaszystowskiej Barierze Ochronnej, czy nie jest to sprawka pograniczników? – zastanawiała się głośno i mimo bolesnego łomotu w czaszce wykrzykiwała swoje myśli, by Tilsner słyszał ją po drugiej stronie korytarza. – Skąd w tym wszystkim wzięła się Stasi? Po co im my...? – Przerwała, gdy spojrzała w lustro i zobaczyła w nim odbicie Tilsnera. Stał za nią, trzymając dwa kubki z parującą kawą. Wzruszył ramionami i uniósł pytająco brwi.

– To jakiś quiz? Wiem tylko, że Reiniger kazał nam się zgłosić i że wysoki oficer ze Stasi jest na miejscu.

Widziała, że ją obserwuje, gdy rozczesywała zmierzwione włosy szczotką Koletty.

– Daj mi tę szczotkę, gdy już się uczeszesz, muszę ją oczyścić z twoich włosów – powiedział.

Spojrzała mu w oczy: były niebieskie jak jej, chociaż jak na kogoś, kto poprzedniej nocy wypił tyle wódki, wydawały się niezwykle klarowne. Znowu ten uśmieszek.

– Moja żona jest brunetką.

– Odpierdol się, Werner. – Müller splunęła w stronę jego odbicia w lustrze, zmywając tusz do rzęs wacikami Koletty. – Do niczego nie doszło.

– Jesteś tego pewna? Ja pamiętam raczej coś innego.

– Do niczego nie doszło. Ty to wiesz i ja to wiem. I niech tak zostanie.

Jego uśmiech był prawie lubieżny. Karin starała się wyciągnąć wspomnienia ze skacowanej głowy. Zaczerwieniła się wprawdzie, ale przekonywała samą siebie, że ma rację. W końcu spała w ubraniu, a spódnica była na tyle wąska, że nie pozwalała na dostęp bez udziału jej właścicielki. Odwróciła się, wzięła od niego kawę i pociągnęła dwa długie łyki. Para wydobywająca się z kubka osiadała na łazienkowym lustrze. Tilsner schował zabrudzony wacik do kieszeni. Potem grzebieniem usunął blond włosy ze szczotki. Müller wzniosła oczy do nieba. Ten drań najwyraźniej miał już w tym wprawę.

Zeszli po schodach, unikając patrzenia sobie w oczy, przeszli przez korytarz, w którym ze ścian obłaziła farba, i wyszli przed blok w środek zimowego poranka. Müller dostrzegła ich nieoznakowanego wartburga po drugiej stronie ulicy. Nasunęło jej to wspomnienia z poprzedniej nocy. Tilsner nalegał, żeby wrócili do niego na kawę dla otrzeźwienia, najwidoczniej zupełnie nie przejmował się, że po takiej ilości alkoholu nie powinien prowadzić. Karin potarła policzki, przypominając sobie nagle, jak ocierała się o nie jego nieogolona twarz, gdy zwarły się ich usta. Co jednak wydarzyło się potem?

Wsiedli do samochodu, Tilsner na miejsce kierowcy. Przekręcił kluczyk w stacyjce, a na przegubie ręki w słabym świetle dnia błysnął zegarek, wyglądający na dość kosztowny. Karin zachmurzyła się, przypominając sobie luksusowe wyposażenie jego mieszkania, i z ciekawością spojrzała na mężczyznę. Jak mógł sobie na to wszystko pozwolić z pensji podporucznika?

Silnik wartburga zarzęził. Powoli wracała jej pamięć. To był tylko pocałunek, prawda? Szybko spojrzała w lewo, w momencie gdy Tilsner wrzucał ze zgrzytem bieg, patrząc przed siebie z surową miną. Będzie musiała wymyślić jakąś dobrą wymówkę dla Gottfrieda. Przyzwyczaił się, że Karin długo pracuje, ale cała noc poza domem bez uprzedzenia?

Koła samochodu obróciły się i pośliznęły na zalegającym od tygodnia śniegu, którego nikt nie uprzątnął. Ciężkie szare niebo zwiastowało pogorszenie i tak już nieprzyjemnej pogody. Müller wyciągnęła rękę przez okno i przyczepiła do dachu wartburga niebieskie światło milicyjne, włączając towarzyszącą mu syrenę, która brzmiała jak piski duszonego kota. Tak przejechali tych kilka kilometrów między Prenzlauer Bergiem a cmentarzem dzielnicy Mitte.

Nadal nie odzywali się do siebie, gdy wartburg zatrzymał się na Ackerstrasse, która dzieliła dwie leżące obok siebie nekropolie: parafii Świętej Elżbiety oraz parafii Świętej Zofii. Cmentarze graniczyły od północnego wschodu z Antyfaszystowską Barierą Ochronną. Tilsner wskazał głową wejście i Müller podążyła za nim przez bramę zwieńczoną metalowym łukiem. Na cmentarzu, porytym ciemnymi nagrobkami i pomnikami wystającymi spod śnieżnej kołdry, panował nietypowy dla reszty miasta spokój. Niektórych grobów strzegły zielonoskrzydłe anioły – ich niegdyś błyszczący brąz przeżył zbyt wiele berlińskich zim i w końcu zaśniedział.

Doszli do miejsca, w którym leżało ciało. Oficerowie Stasi i Straży Granicznej tłoczyli się nad pozbawioną życia dziewczyną przykrytą plandeką. Za jednym z nagrobków mężczyzna w płaszczu przeciwdeszczowym podniósł się z klęczek. Pod jego płaszczem Müller dostrzegła zwykły garnitur, lecz z zachowania wywnioskowała, że był to oficer Stasi, o którym Tilsner dowiedział się przez telefon. Mężczyzna odwrócił się i uśmiechnął. Wyglądał na czterdziestokilkulatka, nosił modne bokobrody i miał trochę dłuższe niż regulaminowe, jasne włosy. Można go było wziąć za jednego z tych zachodnioniemieckich prezenterów telewizyjnych, których Gottfried tak chętnie oglądał mimo jej protestów.

Nie wiedziała, kim jest ten człowiek, ale najwyraźniej on ją znał.

– Towarzyszko porucznik, dziękuję za przybycie. Jestem podpułkownik Klaus Jäger. Cieszę się, że wreszcie do was dotarliśmy.

Uścisnął mocno jej dłoń okrytą rękawiczką. Potem przedstawił się Tilsnerowi. W jego powitaniu czuło się autentyczne ciepło.

– Proszę, podejdźcie tu ze mną oboje, zaraz przekażę wam szczegóły sprawy.

Delikatnie położył rękę na plecach Karin i poprowadził ją i Tilsnera w stronę drewnianej, pokrytej śniegiem altanki, zapewne służącej żałobnikom za miejsce, gdzie mogli w ciszy wspominać tych, którzy odeszli. Müller próbowała przez ramię spojrzeć na ciało, ale Jäger najwyraźniej nie chciał im go jeszcze pokazywać.

Usiedli na ławce pod jedną z sześciu ścian altany. Jäger zajął miejsce pomiędzy dwójką policjantów. Müller czuła zapach jego wody po goleniu, miała wrażenie, że jest to drogi kosmetyk z Zachodu. Jej perfumy dzisiaj to był dość pospolity zapach, czterdziestoprocentowy alkohol. Miała nadzieję, że Jäger ich nie czuje.

Mężczyzna wskazał w kierunku ogrodzonego taśmą miejsca, gdzie pracowali fotografowie i pracownicy wydziału kryminalnego.

– Paskudna sprawa. Dziewczyna miała naszym zdaniem nie więcej niż szesnaście lat.

– Morderstwo? – spytała Müller.

Jäger z namysłem skinął głową.

– Tak myślimy.

– Jak zginęła, towarzyszu podpułkowniku? – zapytał Tilsner. – I po co wam pomoc ze strony wydziału kryminalnego milicji, skoro Ministerstwo Bezpieczeństwa już prowadzi śledztwo?

– Właśnie, dlaczego w ogóle ministerstwo w to się angażuje? – weszła mu w słowo Müller, nim oficer zdołał otworzyć usta. – Podpułkowniku, przecież miejsce zbrodni znajduje się tak blisko Bariery, że jest to raczej sprawa dla pograniczników.

Spojrzała ponad krzątającym się nad ciałem tłumkiem, w stronę pierwszego muru Bariery. Krążyły plotki, że między nim a drugim murem znajdowało się pole minowe – całość ciągnęła się kilometrami wokół sektora zachodniego. Słupy reflektorów pięły się ku niebu, umiejscowiono je mniej więcej co pięćdziesiąt metrów, sterczały z ziemi niczym przerośnięte słoneczniki. Pomyślała, że w świetle dziennym wyglądało to wszystko dość niewinnie, zwłaszcza na tle pokrytego śniegiem cmentarza, mimo że co jakiś czas słychać było szczekanie psów patrolowych. Ale nocą było zupełnie inaczej. Skoro jednak ta linia obrony powstrzymywała uciekinierów, Republikflüchtlinge, tych, którzy podejmowali ryzyko, by dostać się na Zachód zamiast zostać i budować bardziej sprawiedliwe Niemcy – cóż, widocznie było to niezbędne.

Jäger ociągał się z odpowiedzią, po chwili jednak delikatnie się zaśmiał.

– Zadajecie dużo pytań, a ja nie mogę na wszystkie odpowiedzieć. Mogę wam tylko wyjaśnić, że na moją prośbę, z rozkazu waszego przełożonego, pułkownika Reinigera, macie mi służyć pomocą. Oficjalnie ja tu rządzę, ale to wy poprowadzicie śledztwo. Może być ono trudne – już to pewnie widzicie – ale to będzie wasza sprawa. A więc do rzeczy. Nie chcę, żeby było tu widać ślady zaangażowania Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego. – Jäger podciągnął nieco rękawy płaszcza, jakby zabierał się do roboty. – Mogę wam powiedzieć, dlaczego Stasi jest zaangażowana. Dziewczyna została zastrzelona i strzał najprawdopodobniej padł z Zachodu. Możliwe, że strzelali tamtejsi pogranicznicy, ponieważ uciekała na Wschód. – Podpułkownik spojrzał prosto w oczy Müller. – Przyznaję, że to nietypowy bieg wydarzeń.

Tilsner gwizdnął cicho przez zęby. Z powodu szoku czy niedowierzania?

– Więc dziewczyna wspięła się na czterometrowy mur – kontynuowała zadawanie pytań milicjantka – przekroczyła pas kontrolny, uciekła psom i pogranicznikom, a potem wspięła się na kolejny czterometrowy mur po to, by zginąć od strzału, który padł z Zachodu? – Müller miała nadzieję, że w jej głosie nie słychać zbyt wiele sarkazmu.

– To oficjalny i wstępny przebieg wydarzeń, jakim dysponuje ministerstwo. Zapewniłem sobie waszą, wydziału kryminalnego, pomoc w ustaleniu tożsamości dziewczyny i znalezieniu dowodów na taką tezę. – Jäger ponownie spojrzał w oczy Müller, tak poważnie, że przeszedł ją lekki dreszcz. – Jeśli znajdziecie dowody na coś przeciwnego, zachowajcie je dla siebie. I przyjdźcie z tym prosto do mnie.

Müller z zastanowieniem skinęła głową.

– Podporuczniku – spytał oficer Stasi, odwracając się do jej zastępcy – czy mnie pan rozumie?

– Oczywiście, towarzyszu podpułkowniku. Zachowamy pełną dyskrecję, może pan być tego pewien.

Jäger westchnął, jakby ta sprawa już bardzo mu ciążyła, podniósł się i gestem zachęcił ich, by poszli za nim.

– Lepiej będzie, jak wam pokażę ciało. Ostrzegam jednak, że nie jest to zbyt przyjemny widok. Z powodów, które zaraz zrozumiecie, ustalenie tożsamości będzie bardzo trudne.

Müller, która nie lubiła badania zwłok, podążyła z niechętnym wyrazem twarzy za Tilsnerem i oficerem Stasi. Informacja, że ustalenie tożsamości będzie „bardzo trudne”, niemal przyprawiła ją o mdłości.

Lód i zamarznięty śnieg zgrzytały i skrzypiały pod ich stopami, gdy wracali cmentarną alejką na miejsce zbrodni. Müller mocno tupała przy każdym kroku, by pobudzić krążenie i się rozgrzać. Pozostawała nieco z tyłu, przeczuwając najgorsze. Coś w tym wszystkim było nie tak.

Kilku urzędników z różnych ministerstw przepuściło ich trójkę. Jäger skinął głową i jeden z mężczyzn podniósł plandekę.

Müller spojrzała na ciało. Dziewczyna leżała z twarzą w śniegu. Jedna noga była ewidentnie poszarpana – czyżby przez drut kolczasty? – druga sterczała pod dziwnym kątem. Rany na plecach, krew wsiąkła w białą koszulkę, częściowo widoczną przez przykrywający ciało podarty czarny materiał wyglądający jak rodzaj peleryny. Chyba nie była ubrana odpowiednio do pogody. Regularność ran sugerowała postrzał z broni automatycznej, a ciało leżało w kierunku sugerującym ucieczkę od Bariery Ochronnej w stronę centrum stolicy. Przynajmniej to się zgadzało z oficjalnym przebiegiem zdarzeń. Karin ponownie spojrzała na Mur, na reflektory, wieżyczkę strażniczą i budynki kapitalistycznego Zachodu po drugiej stronie, ozdobione krzykliwymi reklamami. Skąd właściwie ją postrzelono? Jak udało jej się dowlec aż tutaj?

– Verdammt! – wrzasnął nagle stojący za głową dziewczyny Tilsner.

Müller patrzyła, jak Jäger zaskoczony unosi brew, ale nie padły słowa formalnej nagany.

– Nie ma szans, byśmy ją zidentyfikowali. Ta twarz jest kompletnie rozwalona – wyjaśnił jej zastępca.

Tym razem Jäger się odezwał.

– Bardzo proszę, jej twarz, podporuczniku. To nie jest przedmiot. Ktoś gdzieś będzie za nią tęsknił. Ale faktycznie to nieprzyjemne. Stróż cmentarny natknął się na jej ciało o świcie, ale najwidoczniej jakiś bezdomny pies zrobił to już wcześniej.

Müller stanęła obok Tilsnera i zobaczyła, czemu zaklął. Skóra była zdarta od policzka do oka. Było widać surowe mięso, jak tani ochłap z budki rzeźniczej. Część jamy ustnej została odsłonięta, ale nie dało się dostrzec zębów, tylko krwawe, pokąsane dziąsła. Czy zwierzę mogło coś takiego zrobić? Ten widok – i ta myśl – to już było za dużo. Nagle zrobiło jej się niedobrze, więc szybko przeszła za jeden z nagrobków, kryjąc się z tym, że resztki wczorajszego posiłku i wódki wróciły jej do gardła. Próbując ukryć swoje zawstydzenie, zaczęła udawać, że kaszle, jednocześnie za pomocą buta zasypując śniegiem wszelkie ślady swej niedyspozycji.

– Wszystko w porządku, towarzyszko? – spytał Jäger.

Skinęła głową, unikając spojrzenia Tilsnera. Wzięła się w garść i ponownie spojrzała na ciało. Dostrzegła dłoń dziewczyny rozczapierzoną na śniegu. Ręka nastolatki, o gładkiej, nieskazitelnej skórze. Karin zastanowiły jednak czarne paznokcie, na każdym palcu. Najwidoczniej miało to wyglądać jak lakier, ale powierzchnia była matowa i nierówna. Müller uklękła. Z bliska stwierdziła, że paznokcie zostały pomalowane jakimś flamastrem. Wyraźne przypomnienie tego, jak młoda była ofiara. Nie miała więcej niż piętnaście, szesnaście lat. Była czyjąś córką. Tyle samo lat mogła mieć jej córka, gdyby... Powstrzymała się od dokończenia tej myśli. Znowu coś ścisnęło ją za gardło, a oczy zaszły mgłą. Zauważyła, że Jäger na nią patrzy. Już wymiotowanie było na pewno źle widziane – nie będzie więc płakać w obecności wyższego oficera z Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego.

Przybycie patologa policyjnego Jonasa Schmidta rozluźniło atmosferę. Prawie biegł na miejsce zbrodni – szybciej nie mógł się już poruszać – i dyszał, a jego obwisłe ciało sprawiało wrażenie, że lada moment wypadnie z białego fartucha. Na ramieniu majtała się brązowa torba. Żołądek Müller znowu podskoczył, gdy technik kryminalny wcisnął do ust resztki kanapki z kiełbasą, wierzchem dłoni ocierając z twarzy tłuszcz.

– Najmocniej przepraszam za spóźnienie, towarzyszko porucznik – wycharczał z pełnymi ustami. – Przyszedłem najszybciej, jak mogłem.

Müller nadal nie była pewna, czy da radę coś z siebie wykrztusić, więc tylko skinęła głową. Niech Jäger sam się przedstawi. Gdy to zrobił, Schmidt wykonał dziwaczny ukłon w jego stronę.

– Mam nadzieję, że będziemy mogli wykorzystać laboratoria ministerstwa, gdyby była taka potrzeba, towarzyszu podpułkowniku. Macie lepsze wyposażenie niż my w milicji. Czy jacyś patolodzy z ministerstwa będą ze mną pracować?

– Nie, towarzyszu. Od teraz śledztwo przejmuje milicja. Raportujcie do porucznik Müller, tak jak zawsze. Sfotografowaliśmy ciało, ale wy macie zrobić jeszcze inne zdjęcia. – Jäger spojrzał na ciemniejące niebo. – I lepiej zróbmy to szybko, zanim znów zacznie padać. Najpierw chodźmy na platformę.

Pokazał głową niewielki tymczasowy pomost z drabinką, który zbudowano przy Murze. Prawdopodobnie zrobili to dziś rano pogranicznicy, którzy dokonywali pierwszych oględzin miejsca zbrodni. Milicjanci poszli za Jägerem, ostrożnie stąpając po zapiaszczonym asfalcie ścieżki, rozciągającej się jak lukrecjowa wstążka po nietkniętej bieli cmentarza. Müller uśmiechnęła się do siebie. Podpułkownik mógł sobie mówić, że to śledztwo milicji, ale zachowywał się tak, jakby był tu jedyną osobą podejmującą decyzje.

Jäger, Müller i Tilsner wspięli się na platformę. Zaraz za nimi zrobił to Schmidt, łapiąc oddech z jeszcze większym trudem niż poprzednio.

– Cóż... rzadko się widzi... taki widok... – mówił między kolejnymi głębokimi wdechami. – Nie ryzykując... zastrzelenia.

Müller rzuciła mu groźne spojrzenie, ale Jäger lekko się uśmiechnął.

– Bez obaw – powiedział. – Strażnicy wiedzą, że tu jesteśmy. Mamy pozwolenie. Nikt nie będzie do nikogo strzelał. Przynajmniej nie dzisiaj. Ale zeszłej nocy... – urwał w połowie zdania i Müller podążyła za jego spojrzeniem w kierunku budynku po zachodniej stronie Bariery. – O tam – wskazał. – Czwarte piętro. Widzicie rozbitą szybę w oknie?

Müller przytaknęła.

– Stamtąd właśnie mieli niby strzelać.

Odnotowała delikatne wahanie w jego głosie. „On też w to nie wierzy” – pomyślała.

– Nasi pogranicznicy to widzieli? – spytał Tilsner.

– Nie. – Jäger nieznacznie potrząsnął głową. – Tak wynika z obliczeń. I krwawych śladów na śniegu. Popatrzcie tylko – skierował palec w samo centrum Bariery Antyfaszystowskiej, między murem zewnętrznym a wewnętrznym – widać jej ślady. – Wskazał ręką linię obu murów.

– Skąd wiedziała, że nie wejdzie na minę? – spytała Müller i zadrżała na wietrze smagającym platformę.

– Nie sądzę, żeby ktoś się nad tym za bardzo zastanawiał, jeśli jest ranny i ratuje swoje życie – odparł Jäger. – W każdym razie ten pas nie jest zaminowany, to tylko bezpodstawna plotka.

Mimo przejmującego zimna Müller poczuła, że pali ją twarz.

– Co z pociskami? Czy miejscami, gdzie upadły? – spytał Schmidt. – Dostanę pozwolenie na wejście między mury, by to sprawdzić, towarzyszu podpułkowniku? Do tego jestem wam potrzebny?

– Nie, towarzyszu techniku, nie do tego – żachnął się Jäger. – I nie wejdziecie do strefy zastrzeżonej. – Odwrócił się i wskazał ręką cmentarną ścieżkę. – Wasza praca ogranicza się do tego tutaj. Po tej stronie Muru są ślady, prawdopodobnie ofiary. A także ślady krwi.

Następnie zniżył głos, chociaż nikogo oprócz nich nie było na platformie, a śledczy pochylający się nad ciałem byli zdecydowanie za daleko, by ich usłyszeć. To zwróciło uwagę Müller.

– Mamy też ślady opon. Koniecznie je sfotografujcie. Sprawdźcie wszystkie samochody używane przez pracowników cmentarza.

Müller już miała spytać dlaczego, ale Jäger spojrzał na nią tak, że zrozumiała. On nie chce słyszeć tego pytania.

Gdy zeszli na dół, Schmidt wyciągnął aparat fotograficzny Praktica i zaczął robić zdjęcia śladów. Müller i Tilsner krążyli razem wokół kilku grobów, jakby ci dawno pochowani zmarli mogli udzielić im jakichś wyjaśnień co do okoliczności śmierci dziewczyny. Tymczasem Jäger wrócił do miejsca, gdzie leżało ciało.

– Nie wiem, czy w ogóle mamy tu coś do roboty – powiedział Tilsner. – Wygląda na to, że wszystko jest już ogarnięte, a nas ściągnięto dla ozdoby.

Müller wzruszyła ramionami.

– Musimy zrobić, co w naszej mocy. Czy twoim zdaniem strzelali do niej także z tamtego budynku?

– Co? Tego po zachodniej stronie? Być może. To ma sens... gdy się temu przyjrzeć od tej strony. – Tilsner zebrał trochę śniegu z granitowego pomnika, ulepił kulę i cisnął nią o ziemię. – Ale biorąc pod uwagę, że mamy dwa mury, dlaczego nasi strażnicy nie zauważyli rannej? Czyżby spali? Nie chce mi się w to wierzyć.

Po kilku minutach usłyszeli za plecami rzężenie. Müller nie musiała się oglądać, by rozpoznać kto to.

– O co chodzi, Jonas? – Odwróciła się ku zarumienionej twarzy Schmidta.

– Przyjdźcie tu... i popatrzcie... towarzyszko porucznik.

Schmidt poprowadził ich z powrotem do Bariery Ochronnej oraz śladów, które zostawiła ofiara, jakieś dwadzieścia metrów od ogrodzonego taśmą miejsca, gdzie teraz leżała. Uklęknął w śniegu, gestem zachęcając Müller, by zrobiła to samo.

– Proszę spojrzeć, towarzyszko. – Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej kopertę. – Proszę spojrzeć na zdjęcie butów dziewczyny.

Müller wyjęła zdjęcie z koperty i zmarszczyła brwi.

– Jak ci się udało tak szybko je wywołać?

Schmidt uśmiechnął się i lekko pchnął w stronę porucznik wiszący na jego szyi aparat. Był mniejszy od używanej wcześniej praktiki, wyglądał na tańszy i bardziej lichy.

– To foton, radziecki aparat, który robi zdjęcia na miejscu. Może na to nie wygląda, ale spisuje się tak dobrze, jak te amerykańskie polaroidy. Popatrzcie tylko na zdjęcie. Widzicie coś dziwnego?

Fotografia przedstawiała zbliżenie podeszwy trampek dziewczyny, które nadal znajdowały się na jej nogach.

Müller z namysłem potrząsnęła głową.

– Nie, Jonas, chyba nic tu nie widzę.

Schmidt podał zdjęcie Tilsnerowi, który podniósł je, by maksymalnie wykorzystać światło pochmurnego dnia, ale on także pokręcił głową.

– No dobrze. Więc popatrzyliście sobie na zdjęcie. A teraz popatrzcie na ślady w śniegu. Widzicie coś dziwnego?

Dwaj detektywi pochylili się nad linią wyznaczoną przez ślady kroków. Nadal nic nie rozumieli. Tilsner westchnął przeciągle.

– Dobra, powiedz nam to po prostu. Nie ma czasu na te gierki.

Nagle twarz Müller się rozjaśniła.

– Gottverdammt! – krzyknęła, a potem zniżyła głos. – Powiedziałeś już o tym podpułkownikowi Jägerowi, Jonas?

Technik pokręcił głową.

– Więc na razie nic mu nie mów, dobrze?

Tilsner nadal pochylał się z uwagą nad śladami w śniegu.

– Nic nie rozumiem. Dla mnie wyglądają jak zwykłe ślady.

– Popatrz na jej stopy – Müller pokazała mu zdjęcie Schmidta. – Ma prawidłowo nałożone buty. Lewy na lewej nodze, a prawy na prawej.

– Tak – odparł Tilsner, jeszcze mocniej się skupiając. – I co z tego?

Müller pokazała w stronę śladów na śniegu.

– Popatrz tylko. Pokazują kierunek ucieczki od strony Muru. Ale przyjrzyj się kształtom. Prawy but zrobił ślady po lewej stronie i odwrotnie. Na całej długości. – Spojrzała na Schmidta, który właśnie pocierał swój pucołowaty policzek. – Jak myślisz, Jonas, co to znaczy?

– Nie za bardzo wiem, towarzyszko porucznik. – Uśmiechnął się Schmidt. – Miałem nadzieję, że wy mi to powiecie.

– To znaczy, że ktoś ruszał ciało – stwierdził Tilsner. – Ofiara w momencie śmierci miała źle założone buty, może założyła je odwrotnie w pośpiechu, jeśli ktoś ją ścigał. Ale ktokolwiek ruszał ciało, nie zauważył tego, a potem założył je właściwie.

Tym razem Müller wyrwało się długie westchnienie.

– To najbardziej oczywiste wyjaśnienie. Ale nie jedyne.

– Więc co? – spytał Tilsner, patrząc jej w oczy.

– Lepiej tutaj o tym nie rozmawiajmy – syknęła, wskazując głową na Jägera, który już dostrzegł ich skupienie nad śladami i ruszył w stronę śledczych.

Gdy znalazł się obok nich, odchrząknął, a dwoje detektywów się wyprostowało.

– Coś ciekawego, towarzyszko porucznik?

– Zbieramy to po trochu – odpowiedziała. – Sprawdzaliśmy właśnie kierunek śladów. Wygląda na to, że pierwotne ustalenia się zgadzają. Dziewczyna uciekała na Wschód, od strony Bariery Ochronnej.

– Tak, mniej więcej. – Jäger zniżył głos. – Chociaż zgodzicie się pewnie, że są niezgodności i bez wątpienia widzicie część z nich. Nie chcę tu za bardzo się nad tym rozwodzić. Ale jutro musimy się spotkać, by o tym wszystkim porozmawiać.

Müller zauważyła minę, jaką zrobił Tilsner na wieść, że nie będzie miał wolnego. Zastanawiała się, co jeszcze zaplanował na sobotę i niedzielę bez żony i dzieci.

– Mamy przyjść do ministerstwa na Normannenstrasse?

Jäger potrząsnął głową.

– Lepiej spotkajmy się w jakimś ustronnym miejscu. – Gdy to mówił, rzucił spojrzenie na innych oficerów, którzy krzątali się wokół ciała, chyba nadzorując jego przeniesienie. – W odpowiednim czasie dam wam znać, gdzie to będzie. Na razie zachowajcie wszystkie informacje dla siebie.

Uścisnął ręce całej trójce i odszedł w kierunku bramy cmentarza. Müller patrzyła, jak się oddalał, zastanawiając się, jaki charakter ma powierzona im sprawa. Taka, w której wyższy oficer Stasi nie jest gotowy dzielić się informacjami ze swoimi kolegami z pracy. Spojrzała na niebo i coraz ciemniejsze chmury, potem przelotnie na Tilsnera. Z jego twarzy znikł sarkastyczny uśmieszek, zamiast niego pojawiło się zrozumienie, prawie strach.

2

PÓŹNIEJ TEGO SAMEGO DNIA

Śnieg padał teraz obficie. Porucznik Müller patrzyła na reflektory przesuwające się po Antyfaszystowskiej Barierze Ochronnej. W równych odstępach czasu oświetlały małe zmarznięte płatki, a te błyszczały w świetle przez chwilę, by potem znowu opaść w najciemniejszą noc. Musieli się spieszyć.

Gdy przelatywała w myślach fakty dotyczące tej sprawy, jej żołądek znowu dał o sobie znać. Godziny bez porządnego posiłku – zjadła tylko udko kurczaka z budki na Marx-Engels-Platz po drodze do biura. W końcu mogła przeżyć bez dobrego, domowego jedzenia. Czy Gottfried przygotuje coś dla niej? Wydało jej się to mało prawdopodobne po nocy spędzonej z Tilsnerem. Przynajmniej sprawa tego morderstwa miała szansę pojawić się w jutrzejszych gazetach, co zapewniłoby jej alibi.

Tilsner szedł kilka kroków przed nią. Podniósł czerwono-białą taśmę i schylił się, by pod nią przejść. Reflektory regularnie oświetlały im drogę, ale gdy ich światło przesuwało się w inne miejsce, Müller cieszyła się, że wzięli ze sobą latarki. Nie interesowało ich miejsce, w którym jeszcze niedawno leżało ciało, lecz droga prowadząca od strony muru cmentarza, gdzie kilka godzin temu Jäger pokazywał im ślady butów i opon.

Tilsner oświetlił latarką całą ścieżkę. Śnieg zaczął padać całkiem niedawno, więc ślady – a przynajmniej ich ogólny zarys – były jeszcze dość widoczne. Wystarczająco.

Technik kryminalny Jonas Schmidt zadzwonił do ich biura na Marx-Engels-Platz jakieś pół godziny wcześniej – dokładnie w chwili, gdy Müller i Tilsner zamierzali wreszcie zakończyć pracę i wrócić do domu, tym razem oddzielnie. Możliwość przesunięcia spotkania z Gottfriedem sprawiła Karin pewną ulgę, mimo że kobieta zdecydowanie czuła już zmęczenie.

Schmidt miał pewną teorię na temat śladów opon i chciał, żeby natychmiast wrócili na cmentarz. Teraz, idąc obok Müller, sięgał do kieszeni płaszcza.

Szelest celofanu wybrzmiał w ciszy cmentarza, gdy Schmidt zaczął stukać palcem po monochromatycznych zdjęcia, które dzisiaj zrobił.

– Popatrzcie tylko, towarzyszko Müller. Tak jak mówiłem przez telefon. – Aż się opluwał z podniecenia.

Poświecił latarką w stronę zdjęcia, a potem na ślady opon.

– Ten wzór na śniegu nie odpowiada żadnym oponom pojazdów pracowników cmentarza. To zachodnie opony. Opony samochodowe.

Müller zmarszczyła brwi, skupiając wzrok na oświetlanych śladach i fotografii. Skąd się tu wziął samochód z Zachodu? Niedaleko miejsca, gdzie znaleziono ciało? Zastanawiając się nad nietypowością tej sprawy, podniosła wzrok i podążyła za światłem jednego z reflektorów. Kierowało się na południowy zachód, wzdłuż Bariery Antyfaszystowskiej, w stronę wejścia na stację kolejki Nordbahnof, dawnego wejścia oczywiście, które teraz było zamurowane, zapomniane.

Roztarła ręce w rękawiczkach, by pobudzić krążenie krwi w palcach, i znowu spojrzała na ślady opon.

– Nie zobaczymy teraz za wiele z powodu świeżego śniegu – zwróciła się do technika. – Porównałeś zdjęcia z tymi w archiwum? Mówisz: samochód z Zachodu, a możesz wskazać markę i model?

– Tak, sprawdziłem ze wszystkimi wzorami opon w naszym archiwum. Zajęło mi to kilka godzin. To na pewno nie był pojazd pracowników cmentarza. Na pewno nie trabek ani wartburg. Żaden z naszych samochodów. Radziecki też nie...

Tilsner westchnął zrezygnowany.

– Wyrzuć to z siebie, Jonas. Moje jaja i każdy kawałek mojego ciała zamarzają i nie do końca rozumiem, po co nas tu wyciągnąłeś, skoro już wiesz, jaki to był samochód.

Schmidt stał ze zmarszczonym czołem i chował zdjęcia do kieszeni płaszcza.

– To by było na tyle. Domyślam się raczej, co to za marka, ale nie wiem, jaki model. Dlatego chciałem tu wrócić z wami. – Wyjął latarkę i oświetlił ślady. – Zastanawiałem się po prostu, czy to coś pomoże. Tylne i przednie koła tego samochodu są daleko od siebie.

Zamachał rękami, oświetlając okolicę niczym reflektor z Bariery.

– Patrzcie, widać to po szerokości skrętu. Faktycznie, to bardzo długa przerwa. Dziwne.

– Jak ciężarówka albo autobus? – spytała Müller, starając się powstrzymać szczękanie zębami z zimna.

– Nie, to był samochód osobowy. Tylko bardzo długi. Limuzyna. I... momencik.

Müller oświetliła latarką jego twarz. Był blady jak ściana.

– O co chodzi, Schmidt? Dalej, wykrztuś to z siebie! – krzyknęła.

Ale Schmidt tylko pokręcił głową. Müller dostrzegła, że cały drżał. Z zimna? Ze strachu?

– To niemożliwe. Niemożliwe. Chyba się pomyliłem – wymamrotał.

Tilsner podszedł do niego.

– Co jest niemożliwe? Co chciałeś powiedzieć?

– No, Jonas – żachnęła się Müller. – Jeśli coś wiesz, musisz nam powiedzieć. Nic nie może być aż tak straszne. Prawda wyjdzie na jaw.

Schmidt spojrzał na nią błagająco. Potem załamał ręce.

– Ślady opon są szwedzkie, jak już mówiłem, sprawdziłem to w laboratorium. To volvo. One mają bardzo idio... idiosynkratyczny wzór. – Schmidt spojrzał na detektywów przerażony, jakby znaczenie tego faktu było oczywiste. – Ten samochód to długie volvo.

Müller się zgubiła.

– Czyli ciężarówka. A powiedziałeś, że nie.

Schmidt stał i tylko kręcił głową.

Ale Tilsner wreszcie załapał.

– Jezu! – krzyknął. – Jezu, Jezu, Jezu!

– Co? – wrzasnęła Müller, tupiąc w śniegu.

– Czy muszę mówić to głośno? Volvo... Limuzyna...

Müller potarła ręką czoło. Scheisse! W jej głowie pojawiły się obrazy oficjalnych uroczystości państwowych. Volvo jadące za volvo, wszystkie wypełnione partyjną wierchuszką. Jeśli Schmidt miał rację, na cmentarzu był państwowy samochód – rządowy samochód. Tuż obok ciała.

Tilsner nachylił się do jej ucha, osłonił je ręką i wyszeptał:

– Karin, musimy porozmawiać z Reinigerem. Natychmiast. Niech nam odbierze tę sprawę.

Müller lekko się odsunęła, patrząc w jego jasnoniebieskie oczy, i prawie niedostrzegalnie skinęła głową.

3

DZIEŃ DRUGI

SCHÖNHAUSER ALLEE, BERLIN

Müller z łatwością zasnęła we własnym łóżku, a spodziewane sny z dziewczyną o zmasakrowanej twarzy w roli głównej nigdy się nie zmaterializowały. Ale gdy się obudziła, na początku zdziwiło ją, że jest sama. Gottfried nie czekał na nią z kolacją, jak zresztą można się było tego spodziewać, i nie położył się obok niej w łóżku.

Usłyszała trzaśnięcie drzwiami. Czuła jego obecność w korytarzu, słyszała, jak miota się po kuchni – stukanie patelniami i garnkami podobne do tego, jakie poprzedniego dnia wywołał Tilsner. Za tymi hałasami kryła się jednak dodatkowa siła gniewu – perkusista podnosił temperaturę mrocznego kawałka.

Nakryła się z głową. Jeśli jej mąż wszedłby do sypialni, udawałaby, że śpi. To miało odsunąć konfrontację do chwili, gdy Karin będzie w lepszym nastroju. Przesunęła się na swoją połowę łóżka, zakrywając szczelnie uszy kocami i prześcieradłami. Ale dźwięk tłuczonego szkła uświadomił jej, że będzie musiała stawić czoło humorom od razu.

Wyśliznęła się z łóżka, wsunęła kapcie idealnie pasujące do szlafroka. Jej palce poczuły miękkość bawełny w kolorze lila – jednej z nielicznych przyjemności, na jakie sobie pozwoliła podczas zakupów w Intershopie. Przejechała rękami po włosach, starając się je trochę uładzić, i ruszyła w stronę pokoju dziennego. Szurała kapciami po parkiecie, zbyt zmęczona, by podnosić stopy. Oparła się o futrynę kuchni i patrzyła na miotającego się męża, który za pomocą zmiotki i szufelki starał się pozbierać resztki stłuczonego naczynia.

– Przepraszam za czwartek – powiedziała. – Bardzo niefajne morderstwo. – Dostrzegła, że na blacie leży „Neues Deutschland”, które widocznie Gottfried przyniósł, wracając stamtąd, dokąd poszedł, gdziekolwiek to było. – Może już o tym czytałeś.

Gottfried nie odpowiedział ani nie zwrócił na nią uwagi. Wrzucił skorupy z szufelki do kosza na śmieci i wrócił do parzenia kawy, przesuwając głośno garnki na płycie kuchenki.

– Zajęło nam więcej czasu, niż się spodziewaliśmy – próbowała tłumaczyć się Karin.

Mąż odwrócił się w jej stronę, splatając ręce na swetrze w miodowe i brązowe pasy. Rodzice kupili mu go pod choinkę. Karin nie znosiła tego swetra – bardzo go postarzał. Kiedyś on też go nie znosił. Swego czasu podśmiewywali się między sobą z tego prezentu i rodziców Gottfrieda, którzy w ogóle nie mieli wyczucia tego, co było modne. Założenie go miało być dla Karin wyraźnym sygnałem: to jest bunt.

– Byłaś z nim, prawda?

– Z nim? O co ci chodzi? – Gottfried milczał, a Karin zaczęła się tłumaczyć. – Zrobiło się tak późno, że musiałam zostać na noc w biurze. Nie chciałam przychodzić tu w środku nocy i ci przeszkadzać.

Zbliżył się do niej, jego twarz była czerwona i pokryta plamami.

– Nie wierzę w ani jedno słowo. – Okulary na łańcuszku zsunęły się nieco z jego nosa. – Widziałem, jak on na ciebie patrzy.

– To nie tak, jak myślisz – zaprotestowała, kładąc mu rękę na ramieniu. – Przepraszam, mogłam zadzwonić. Brakowało mi ciebie w nocy.

Gottfried ją odepchnął.

– Dobrze wiesz, o czym mówię. Jesteś atrakcyjną kobietą. Tilsner ciągle się za tobą ogląda. Założę się, że w końcu na to poszłaś. Było ci dobrze?

– To nie jest...

– To nie jest co? Nie ma sensu kłamać, Karin. Doskonale widać, że coś jest na rzeczy. Kiedy się do ciebie dobrał pierwszy raz? Gdy byłem na Rugii?

Müller westchnęła. Ta kłótnia nie miała sensu. Jej mąż był typowym nauczycielem: zawsze wszystko wiedział najlepiej. Co gorsza, był nauczycielem matematyki – żył w świecie, w którym wszystko jest dobre lub złe, białe lub czarne. Wycofała się w stronę łazienki, zatrzasnęła – i zablokowała – za sobą drzwi i odkręciła kran. Włożyła ręce pod obfity strumień lodowatej wody i opłukała nią sobie twarz. Nie wiedziała, czy po prostu chce się umyć, stara się dobudzić czy też próbuje pozbyć się rumieńca wywołanego poczuciem winy.

Powiesiła szlafrok na drzwiach i usiadła ciężko na sedesie, głowę ukryła w dłoniach. Kiedy zaczęło się między nimi psuć? Pamiętała dreszcz podniecenia podczas ich pierwszego spotkania, grali w „czekoladowe pocałunki” podczas rodzinnej uroczystości z okazji urodzin jego siostrzenicy. Karin dopiero co ukończyła szkołę milicyjną, starała się zapomnieć o wszystkim, co tam przeżyła, a on był świeżo upieczonym nauczycielem. Włączyli się w zabawę z entuzjazmem, karmiąc się nawzajem czekoladowym ptasim mleczkiem, aż faktycznie się pocałowali, co zawstydziło Müller i rozbawiło zebrane dzieci.

To prawda, że Karin coraz bardziej podobał się Tilsner, mimo że nie poważał swojej żony, a w pracy był raczej arogancki i bezczelny. Gdy Gottfried pojechał na Rugię – w ramach czasowego zesłania, bo nie wpajał swoim berlińskim uczniom wystarczająco wiele oddania dla partii – czuła się samotna. Pociągał ją Tilsner z tą swoją niedogoloną, pobrużdżoną twarzą i umięśnionym ciałem. A gdy Gottfried wrócił, cóż, wcale się nie poprawiło. Tych kilka miesięcy na Rugii postarzyło go – nie był już tym wyrośniętym studentem, w którym się zakochała, stał się raczej karykaturą starego zrzędliwego profesora. W dodatku zaczął chodzić na te piekielne spotkania w kościele. To wszystko razem...

Gottfried zaczął walić w drzwi.

– Jak długo będziesz tam jeszcze siedzieć?

– Dopiero weszłam pod prysznic, może z dziesięć minut – starała się przekrzyczeć szum wody. – Potem powinniśmy porozmawiać.

– Nie chcę rozmawiać. Wychodzę.

– Poczekaj chwilę!

Zakręciła kurki, szybko narzuciła na siebie koszulę i wybiegła z łazienki. Drzwi do mieszkania właśnie się zatrzasnęły z hukiem. Otworzyła je i krzyknęła na klatce schodowej: „Nie idź, musimy porozmawiać!”. Ale kroki cichły stopniowo, oddalając się w stronę drzwi wejściowych na dole, które po chwili także się zatrzasnęły. Tak mocno, że aż poczuła wibracje na poręczy.

Rozległ się szczęk przesuwanego zamka. Müller się odwróciła. Zza drzwi wychynęła głowa Frau Ostermann.

– Wszystko w porządku? – spytała sąsiadka.

Müller owinęła się mocniej szlafrokiem, rzuciła jej słaby uśmiech i westchnęła.

– Tak, tak. Nie ma się czym martwić.

Tamta zacisnęła usta i zamknęła za sobą drzwi.

Müller wróciła do zacisza własnego mieszkania i podeszła do okna w korytarzu, starając się zobaczyć Gottfrieda. Jednak zniknął już z zasięgu jej wzroku. Po drugiej stronie ulicy dostrzegła za to białą półciężarówkę marki Barkas. Napis na jej boku głosił, że należy do Bäckerei Schäfer, małej prywatnej piekarni z okolic Alexanderplatz. Ślina napłynęła Karin do ust. Najpierw dokończyć prysznic, potem wyjść po świeże bułeczki. Może uda się coś kupić z samochodu. Napełni żołądek i zapomni o kłótni.

Pół godziny później była już na dole, na Schönhauser Allee, ale z samochodu nic nie sprzedawali. Wyruszyła na szybki spacer, licząc, że kilka kilometrów na piechotę do biura doda jej energii i pomoże rozpuścić rodzinne kłopoty w zimowym powietrzu. Nagle wpadła na nią na oko dziesięcioletnia dziewczynka, unikając kuli śniegowej rzuconej przez brata. Müller uśmiechnęła się, ale w środku poczuła ostry ból straty i winy. Rodzice z dziećmi, szczęśliwe rodziny, takie, jaką odgrywała na kempingu rodzina Tilsnera. Jej i Gottfriedowi nigdy nie będzie to dane.

4

DZIEWIĘĆ MIESIĘCY WCZEŚNIEJ (MAJ 1974)

JUGENDWERKHOF PRORA OST, RUGIA, NRD

Ktoś obok płacze. Okropne dźwięki, sprawiające, że chcę do nich dołączyć. Mutti!