Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
103 osoby interesują się tą książką
Miejsce, które miało gwarantować bezpieczeństwo. Zbrodnia, która jest dopiero początkiem.
W pobliżu łódzkiego Domu Seniora „Spokój” zostają znalezione zmasakrowane zwłoki jednego z pracowników. Sprawa początkowo wydaje się prosta, lecz szybko pojawiają się kolejne ofiary, fałszywe tropy i tajemnicze wiadomości od mordercy.
Śledztwo prowadzą komisarz Marek „Cichy” Ciszewski oraz jego nowa partnerka, przebojowa starsza sierżant Julia „Ruda” Zawadzka. Wkrótce odkrywają, że za spokojną fasadą ośrodka kryją się sekrety, za które ktoś gotów jest zabijać.
„Spokój” Adama Widerskiego to mroczny łódzki kryminał pełen zwrotów akcji, czarnego humoru i niebezpiecznych tajemnic.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 427
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Prolog
Łódź, 4 marca 2024 r.
Bartłomiej Dobrzański westchnął ciężko i przekręcił się wznak na rozkładanej kanapie. Spojrzał na cienie na suficie, rzucane przez gałęzie drzew oświetlone uliczną latarnią. Widok ten mógłby uatrakcyjnić niejeden horror, bo poruszały się one gwałtownie targane wiosennym wiatrem, jednak na Dobrzańskim nie robił żadnego wrażenia. Ledwie go rejestrował. I to nie tylko dlatego, że widywał go regularnie, w końcu spędzał tu czas podczas każdego całodobowego dyżuru, ale przede wszystkim z powodu nerwów. Tak, Dobrzański był zdenerwowany i to bardzo.
Pracował w Domu Seniora „Spokój” i w tej chwili przebywał w dyżurce. Pod koniec każdego dyżuru, gdy już pogasił wszystkie światła w pokojach i na korytarzu, kładł się tu na kilka godzin – jego zmiana kończyła się tuż po rutynowych porannych czynnościach u seniorek. Także nocą musiał być czujny, bo czasem ze snu wyrywał go pisk alarmu i musiał pędzić, bo któraś podopieczna gorzej się poczuła. Na szczęście takie pobudki zdarzały się rzadko. Przynajmniej na jego zmianie.
Było już rano, a on nie zmrużył oka i leżał teraz na kanapie, próbując jakoś dojść do siebie. Nie było to łatwe po tym, czego się dowiedział się w nocy. Właściwie nie tyle dowiedział się, co podejrzewał, że się dowie, ale bał się spojrzeć prawdzie w oczy. Strach nie pozwalał mu jasno myśleć. Wreszcie jednak musiał wstać i zmierzyć się z rzeczywistością.
Usiadł, wyszarpnął telefon z kieszeni i otworzył folder wiadomości, by w końcu przeczytać esemesa, który przyszedł w nocy.
Była to czwarta taka wiadomość w ciągu ostatnich trzech dni. Od tego samego nadawcy. Nie miał ochoty ponownie czytać wcześniejszych, nie chciał analizować, ani się zastanawiać. Choć tak po prawdzie wcale nie musiał tego robić. Wiedział kto za tym stoi. I to go najbardziej wyprowadzało z równowagi.
– Czego on jeszcze chce? Jak on śmie?! Dostał już tyle hajsu – cedził przez zęby waląc pięściami w twardą sofę, co nie uspokajało go wcale, bo sofa skutecznie tłumiła ciosy pozwalając pięściom grzęznąć w twardej gąbce.
„Ukarzę wszystkich” – ta ostatnia wiadomość raz po raz wywoływała w nim falę złości. Już od kilku godzin myślał nad wyjściem z tej beznadziejnej sytuacji i powoli układał w głowie plan. Było to dość drastyczne rozwiązanie, ale nie miał innego wyjścia. A przynajmniej tak sam siebie przekonywał, próbując zmusić się do działania. Ciągle jednak zwlekał z podjęciem ostatecznej decyzji, bo chciał nabrać pewności, że to rozwiąże jego problem raz na zawsze. No i przede wszystkim, że będzie w stanie to zrobić.
– Muszę z nim skończyć. Nie pozwolę się już więcej szantażować – mamrotał w nerwach.
Przesunął palcami po kieszeni niebieskich spodni, które wraz z koszulą w tym samym kolorze tworzyły strój pielęgniarza. Wyczuł znajomy kształt. Uśmiechnął się krzywo. Działania tego człowieka zagrażały jego interesom, a na to nie mógł sobie pozwolić. Musiał działać zdecydowanie, inaczej runie to, co realizował przez ostatnie kilka lat. Dlatego umówił się z nim z samego rana.
Wyprostował się i trochę pewniej rozejrzał się wokół. Próbując wrócić do jakiej takiej równowagi, wodził wzrokiem po pokoju. Było to kwadratowe, dość przestronne pomieszczenie. Tuż przy ścianie na lewo od wejścia stał stół z pięcioma krzesłami, gdzie członkowie personelu jedli i pili kawę podczas przerw. Po prawej umieszczono oszklony regał z wypchanymi papierami segregatorami oraz sofę, na której sypiał.
Najważniejsza część pokoju znajdowała się naprzeciwko niej. Było to duże biurko z ustawionymi na nim czterema monitorami i urządzeniem nagrywającym obrazy z kamer zamontowanych w salach podopiecznych. Sale były widoczne na dwóch pierwszych ekranach, podzielonych na osiem okienek. Dwa kolejne ukazywały zbliżenie na kardiomonitory rejestrujące parametry życiowe. Ich obserwacja była głównym zadaniem personelu.
Dyżurka stanowiła jedno z dwóch pomieszczeń, oddanych do dyspozycji pracowników „Spokoju”. Korzystały z niego głównie salowe, pielęgniarki i pielęgniarze. W drugim pokoju naprzeciwko rezydował lekarz. Jednak dziś w nocy go nie było i teraz spała tam pielęgniarka.
Dobrzański wahał się tylko przez chwilę. Nie da się ukryć, że był to dość ryzykowny pomysł, bo przecież ktoś mógłby ich nakryć, ale ta adrenalina… Zeskoczył z sofy i podszedł do biurka. Rzucił okiem na odczyty, obrazy z kamer, spojrzał na zegar. Nic niepokojącego się nie działo, więc decyzja mogła być tylko jedna.
– Muszę przecież odstresować się przed całą akcją – tłumaczył sobie, wychodząc z pokoju z uśmiechem na ustach. Cicho otworzył drzwi naprzeciwko.
Wrócił równo godzinę później z błogim wyrazem twarzy. Usiadł na sofie, zdjął buty, odchylił głowę i zaplótł dłonie na karku. Zamknął oczy i poczuł, jak fala ekscytacji porusza każdą komórkę jego ciała. Ciągle przeżywał emocje i obrazy z ostatnich kilkunastu minut. Czuł, że odpływa. Z letargu wyrwał go przenikliwy dźwięk. Jakby podwójny gwizd. Znał go doskonale. Specjalnie ustawił tak irytujący dzwonek, by od razu wiedzieć, kto do niego pisze. Wyjął komórkę z kieszeni uniformu i odczytał esemesa od żony.
„Przyjdę chwilę później. Zastąp mnie. Muszę coś załatwić na mieście.”
Momentalnie poczuł gniew. Nie z powodu samej wiadomości. Zwisało mu to. Może zostać dłużej. Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy Anita wykorzystuje fakt, że szefowa zaczyna pracę trochę później niż pracownicy kolejną całodobową zmianę. Był zły na siebie. Jego błoga drzemka potrwała znacznie dłużej niż zakładał. Była już szósta rano, co oznaczało, że ma tylko pół godziny do spotkania.
Założył szybko adidasy, narzucił kurtkę, wziął z biurka kartę do bankomatu i wyszedł z ośrodka wprost na ulicę 28 Pułku Strzelców Kaniowskich. Pogoda bynajmniej nie zachęcała do spacerów, okropnie wiało i siąpił deszcz. Bartek naciągnął kaptur i ruszył w stronę dyskontu, obok którego znajdował się bankomat. Zdziwił się, gdy zobaczył, że mimo wczesnej pory ktoś z niego korzysta, a druga osoba czeka w kolejce. Zaklął pod nosem. Potrzebował dłuższej chwili przy bankomacie, bo ktoś tam u góry wymyślił, że jednorazowo można wypłacić tylko tysiąc złotych. A on musiał mieć cztery razy tyle. Gdy nareszcie przyszła jego kolej, nerwowo spojrzał na zegarek. Czasu miał niewiele.
Wypłacił tylko raz i puścił się pędem w stronę „Spokoju”. Tuż obok znajdował się plac z niewielkim obszarem zieleni i ogólnodostępną strefą wypoczynkową. W tym konkretnym parku kieszonkowym, bo jak określa się takie małe enklawy na osiedlach, rosło głównie zielsko. I wielkie krzaki. Bartłomiej Dobrzański schował się za jednym z nich, szczególnie wybujałym, tuż za drewnianą ławką. To tutaj miał się pojawić szantażysta. Jeszcze raz spojrzał na zegarek. Zostało pięć minut. Włożył rękę do kieszeni, próbując się trochę uspokoić. Planował, że zadziała z zaskoczenia i szybko załatwi sprawę. Nagle usłyszał cichy trzask tuż za sobą, z miejsca, gdzie rosła wysoka topola. Przeraził się nie na żarty. Czyżby się spóźnił i szantażysta od początku go obserwuje?
– Już jesteś? – zapytał niepewnie, odwracając się. Wtedy otrzymał pierwszy cios, który pozbawił go przytomności. Kolejnych uderzeń już nie poczuł.
***
Uniejów, W tym samym czasie
Pierwsze dźwięki największego przeboju zespołu Village People dotarły do niej z pewnym opóźnieniem. Wydawało się, że dobiegają z oddali, lecz z każdą sekundą przybliżały się coraz bardziej, wręcz świdrowały jej umysł. Normalnie podrygiwałaby w rytm ulubionej muzyki, ale teraz… słyszała ją co prawda, lecz nie do końca zdawała sobie sprawę, co się dzieje. Spała. A przynajmniej tak było jeszcze przed kilkoma sekundami. Podejrzewała, że piosenka po prostu jej się przyśniła. Zwłaszcza że dźwięk ucichł, zanim zdążyła uzmysłowić sobie, skąd dobiega.
Dlatego przewróciła się na drugi bok i nakryła mocniej kołdrą. W Polsce wiosenne noce nie były zbyt przyjemne, a już na pewno nie na peryferiach miasteczka, gdzie domy były od siebie sporo oddalone, więc wiatr hulał tu bez przeszkód, a ona przecież tak bardzo nie lubiła zimna. Gdy temperatura spadała poniżej 15 stopni, ubierała się na cebulkę, by jakoś przetrwać. Lubiła miłe ciepełko, najchętniej we własnym łóżku pod kołdrą. Tym razem nie dane jej było zbyt długo cieszyć się miłą drzemką, ponieważ melodia, która przed chwilą ucichła, pozwalając jej jeszcze przez chwilę poleżeć w błogiej ciszy, rozbrzmiała znowu i to jakby ze zdwojoną mocą.
Julia Zawadzka zaczerpnęła głęboko powietrza i z trudem otworzyła oczy, próbując zlokalizować natrętny odgłos. Nie musiała długo szukać. Źródło dźwięku znajdowało się tuż obok, na stoliku nocnym. Telefon świecił, wibrował i grał piosenkę, którą kilka miesięcy temu ustawiła jako dzwonek. „YMCA” dotarła już do refrenu.
– Mam nadzieję, że to nie ty – wymamrotała, spoglądając na zegarek. Szósta trzydzieści. Miała na myśli swojego chłopaka. Tylko on potrafił jej wywinąć taki numer, gdy nudził się na dyżurze, a ona miała go zmienić dopiero rano. Na komendę miała rzut beretem, całe 10 minut spacerkiem. Żart polegał na tym, że on budził ją na długo przed budzikiem, a potem śmiał się, gdy się na niego wściekała. Cóż, takie dziwne poczucie humoru…
Odebrała nie patrząc na wyświetlacz.
– Aż tak bardzo nudzisz się na dyżurze? Przecież wiesz, że wstaję dziś godzinę później.
– Bardzo się cieszę, że poznałem twoje nawyki senne, a przylazłem wcześniej do pracy z tego samego powodu, dla którego ty zaraz przybiegniesz nawet w piżamie – usłyszała zirytowany tubalny głos.
Momentalnie zrozumiała swoją pomyłkę. Zerwała się z łóżka w panice szukając ubrań.
– Przepraszam panie komendancie, ale myślałam… – zaczęła się nerwowo tłumaczyć.
– Za dziesięć minut w moim gabinecie – nie pozwolił jej dokończyć.
– Ten mój goguś lubi takie numery – dodała z nerwowym śmiechem, próbując odzyskać rezon, ale szef jej nie słuchał.
– Przyszła odpowiedź z wojewódzkiej – kolejne słowa nadkomisarza Krzysztofa Gutowskiego zdenerwowały ją jeszcze bardziej.
Zamarła w pół ruchu, wypuszczając z rąk spodnie od munduru. Chciała dowiedzieć się czegoś więcej, ale nie zdołała wypowiedzieć słowa. Zresztą komendant nie dał jej takiej szansy, bo natychmiast się rozłączył. Trwała tak kilka sekund, jednak szybko zdała sobie sprawę, że nie ma czasu do stracenia. Szef uniejowskiego komisariatu nie tolerował odstępstw od wydanych dyspozycji. A tym bardziej spóźnień. Sam przychodził do pracy dobre kilkanaście minut wcześniej.
Zaczęła się szybko ubierać jednocześnie myjąc zęby. Zawiązała buty, złapała kurtkę z napisem „Policja”, a zakładając ją kątem oka zauważyła swoje odbicie w lustrze w przedpokoju i aż jęknęła. Jej gęste, naturalnie rude włosy, które zwykle przyciągały zachwycone spojrzenia, dziś tworzyły wielkie kłębowisko. Niestety nie miała czasu się nimi zająć, więc złapała pierwszą lepszą gumkę i byle jak związała. Nałożyła czapkę z daszkiem, nieodzowny element jej policyjnego ubioru, i wybiegła na ulicę.
Parterowy dom, który odziedziczyła po babci, znajdował się w tej spokojniejszej część ulicy Targowej, na uboczu, z dala od turystycznego centrum, co bardzo jej odpowiadało, jednocześnie zapewniając szybki dostęp do sklepów (tuż obok, blisko osiedla czteropiętrowych bloków, znajdował się popularny dyskont), a przede wszystkim do pracy.
Pomknęła ulicą Reymonta, skręciła w Kościelnicką i nieco zwolniła kroku, próbując uspokoić oddech i niespokojne myśli wywołane telefonem od komendanta. Bała się konsekwencji wydarzeń sprzed tygodnia, którymi zainteresowała się nawet komenda wojewódzka. Wszystko za sprawą poszukiwanego mężczyzny, który okradł jeden z łódzkich sklepów jubilerskich. Traf chciał, że złodziej zatrzymał się na uniejowskiej stacji paliw niedaleko bardzo znanej restauracji i browaru akurat w tym samym czasie, kiedy Julia tankowała samochód swojego chłopaka. Rozpoznała poszukiwanego od razu i postanowiła działać. Niestety mężczyzna był szybszy. Wskoczył do auta i zaczął uciekać. Julia ruszyła w pogoń. Prowadzenie samochodu było jej wielką pasją, uznała więc, że ma sporą szansę zatrzymać zbiega.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Seria scen rodem z filmów sensacyjnych, wydarzenia, jakich mieszkańcy Uniejowa dotąd nie przeżyli. Rozbite auta, zniszczone ogródki restauracyjne na ulicy Zamkowej, stratowane rośliny ozdobne. Pościg zakończył się w fosie przy zamku arcybiskupów gnieźnieńskich, gdzie wylądował samochód uciekiniera, po tym jak policjantka zajechała mu drogę. Nie był to jednak koniec akcji. Mężczyzna stawiał znaczny opór. I właśnie konsekwencji tego, co ona zrobiła w tym momencie i co za jej sprawą stało się temu mężczyźnie, najbardziej bała się Julia. Akcja odbiła się szerokim echem, a raportu zażądał sam komendant wojewódzki.
Julia Zawadzka spojrzała na piętrowy budynek komisariatu i po raz kolejny pomyślała, że lata jego świetności dawno już minęły. Ponownie zaczerpnęła głęboko powietrza i weszła do środka. Od razu poczuła ciężką atmosferę i przenikliwy wzrok niemal wszystkich funkcjonariuszy dyżurujących na parterze. Przeszła tak przez cały budynek i zatrzymała się na końcu korytarza, gdzie znajdował się gabinet komendanta. Zachowanie policjantów trochę ją zaskoczyło, bo przecież jej akcja pościgowa za złodziejem nie była już tematem numer jeden, w końcu minęło już kilka dni i przykryły ją inne sytuacje, ale postanowiła trzymać rezon.
Zapukała dwa razy i nie czekając na odpowiedź weszła do przestronnego pokoju, gdzie za dużym biurkiem siedział pulchny mężczyzna w wieku przedemerytalnym. Jego małe oczka świdrowały uważnie każdego wchodzącego, a twarz nie zdradzała żadnych emocji. Za to drugi policjant, stojący przy oknie, całym sobą wyrażał bardzo intensensywne uczucia, wręcz kipiał ze złości, napinając wyrzeźbione na siłowni muskuły.
– Wszyscy dziś patrzą na mnie, jakby chcieli mnie przelecieć – odezwała się wskazując na drzwi. – Chyba nie wiedzą, że od zawsze należę do Stevena Seagala. Tego Stevena Seagala – kiwnęła w stronę stojącego policjanta.
Aspirant Grzegorz Kozak wykrzywił usta. Zapewne miał to być uśmiech, ale bardziej przypominało to grymas niezadowolenia.
– Nie pochlebiaj sobie, sierżancie – zgasił ją swoim tubalnym głosem nadkomisarz Gutowski. Wskazał laptopa. – Ciekaw jestem twojej miny, jak przeczytam ci maila z sekretariatu komendanta wojewódzkiego. Odpowiedzieli już po dwóch dniach.
– Chyba nie mieli nic innego do roboty – odparła Zawadzka, siląc się na swobodny ton, w głębi ducha drżała jednak z obawy i nerwowo przełykała ślinę.
– O szóstej dostałem telefon z wojewódzkiej, że decyzja jest natychmiastowa i mam jak najszybciej przekazać ją tobie. Dlatego zwlokłem swój tyłek godzinę wcześniej niż zwykle.
– Niech zgadnę, doceniono mój spektakularny pościg? Czy może jednak do końca życia nie wypłacę się za zniszczenia? Mam nadzieję, że nie to drugie, wystarczy, że jemu już wiszę za auto – spojrzała na Kozaka, który aż się skulił na wspomnienie swojej poobijanej i porysowanej kii i teraz tylko patrzył gniewnie na Julię.
– Zostajesz przeniesiona – powiedział komendant.
– Co? Gdzie? Degradują mnie?
– Wręcz przeciwnie.
– Nie rozumiem – Zawadzka była całkowicie zdezorien-towana.
– Komendant wojewódzki był pod wielkim wrażeniem twojego pościgu, zaciekłości w łapaniu złodzieja i, nazwijmy to delikatnie, w obezwładnieniu go po wypadku. Nawet dziwił się, jak tak drobna osoba dała radę prawie dwukrotnie większemu mężczyźnie. Dostrzegł w tobie duży potencjał. W związku z tym postanowił sprawdzić twoje umiejętności w sprawach większego kalibru – tłumaczył Gutkowski. – Krótko mówiąc, dostałaś natychmiastowy awans na starszego sierżanta i zostałaś oddelegowana do Wydziału Kryminalnego Czwartego Komisariatu w Łodzi, gdzie będziesz pracować z komisarzem Markiem Ciszewskim.
– Będę partnerką Cichego … – tylko tyle zdołała wyszeptać. Aż usiadła z wrażenia, choć wiedziała, że powinna stać, by zachować profesjonalizm.
– Widzi szef? – wtrącił Kozak, patrząc znacząco na Julię. – Ona średnio się nadaje. W wielkim mieście może sobie nie poradzić, a potem co będzie? Szkoda dziewczyny. Może ja ją zastąpię?
– Dzięki za wsparcie – odgryzła się Zawadzka, która zdążyła już trochę dojść do siebie.
– Dość tego – wtrącił się komendant. –Taka jest decyzja góry. Na pewno zadecydowało twoje nazwisko – z goryczą zaakcentował ostatnie słowo.
Po chwili chrząknął i podał jej kartkę.
– Pani starsza sierżant wynosi się z komisariatu i jedzie pędem do Łodzi. Tu masz adres łódzkiej jednostki. Natomiast ty, Kozak, bierzesz się za zaległe raporty. Już!
Policjanci kiwnęli posłusznie głowami i skierowali się do wyjścia. Gdy mijali się w drzwiach, Kozak wbił w nią swój przenikliwy wzrok i wysyczał gniewnie:
–Załatwiłem ci ten awans. Pamiętaj o tym, a podziękujesz mi już w Łodzi.
Nie było to miłe, ale wytrzymała jego spojrzenie tylko ze względu na obecność komendanta, bo chciała trzymać fason. Ruszyła zdecydowanym krokiem do wyjścia z komisariatu.
Dopiero na zewnątrz pozwoliła sobie na kilka głębokich oddechów. Oparła się o ścianę budynku. Nie przeszkadzał jej nawet siąpiący deszcz. Zdawała sobie sprawę, że Kozak miał rację. Nie nadawała się do pracy w większym mieście na takim stanowisku. Tak przynajmniej czuła. Wiedziała jednak, że Kozak wcale nie zastanawiał się nad jej kompetencjami, po prostu powiedział tak zazdrości.
I fakt, jej awans był jego zasługą, choć nawet nie znał komendanta wojewódzkiego. Tylko czy to miało jakiekolwiek znaczenie w obliczu tego, co ją spotkało? Będzie pracować ze znanym łódzkim śledczym Markiem Ciszewskim, zwanym Cichym, którego sukcesy śledziła na bieżąco i podziwiała. Marzyła o takiej pracy.
Otrząsnęła się i szybko wróciła do domu. Spakowała podstawowe rzeczy i wsiadła do swojego niebieskiego volkswagena golfa z podrasowanym silnikiem. Należał do jej ojca. Zostawił go mamie, po tym, jak zdecydował założyć nową rodzinę dziesięć lat temu. Julia musiała jednak przyznać, że opiekował się i troszczył o swoją córkę. Jego troska przydawała się jej nawet w pracy. Z auta chętnie korzystała, głównie dlatego, że mama nie lubiła samochodów o dużej mocy, a takie uwielbiał jej ojciec. Tak samo jak ona. Zapaliła silnik i ruszyła z piskiem opon w stronę Łodzi. Czy czeka tam nią jakaś trudna sprawa do rozwiązania?
1
Dwie godziny później w Łodzi
Wpatrywała się w Dąb Fabrykant, stary dąb szypułkowy, zwany potocznie Jagoszem. Dziewiętnastowieczne drzewo uznano za szczególny pomnik przyrody i opiekowano się nim należycie. Świadczyły o tym m.in. metalowe konstrukcje podtrzymujące jego liczne, rozłożyste konary. Imponował wielkością i każdego popołudnia mnóstwo łodzian i turystów robiło sobie przy nim zdjęcia. Zapewne dzisiaj też tak będzie, szczególnie że zaczynała pojawiać się kolejna atrakcja. Jak zawsze na początku marca zaczęła kwitnąć cebulica syberyjska i śnieżnik lśniący, tworząc niebiesko–białe łany, które w ciągu kilkunastu najbliższych dni rozwiną się jeszcze bardziej.
Anita Dobrzańska podziwiała skupiska kwiatów wokół dębu, potem jej wzrok przesunął się po majestatycznej willi łódzkiego fabrykanta Reinholda Richtera. Budynek o niesymetrycznej bryle z wieloma secesyjnymi elementami stanowił obecnie siedzibę władz Politechniki Łódzkiej. Kolejny zabytek miasta. A wszystko na terenie niewielkiego parku, który kilka lat temu stał się własnością uczelni. Anita lubiła to miejsce, mimo że jeszcze do niedawna cieszyło się złą sławą. Ale od czasu, gdy je ogrodzono, przestało nęcić podchmielonych studentów i innych imprezowiczów.
Rano jednak mało kto tu zaglądał, dlatego umówiła z nim właśnie tutaj. Niestety spóźniał się jak zwykle. Czyżby ją wystawił? Z rozmyślań wyrwał ją nagły głośny dźwięk. Ten dudniący ryk tłumika rozpoznałaby wszędzie. Tuningowane sportowe auto wyglądało okropnie. W tym zgadzała się się ze swoim mężem, którego ten podrasowany samochód wyjątkowo denerwował. Kilkadziesiąt sekund później właściciel pojazdu pojawił się na ścieżce obok willi. Okazał się niezbyt wysokim, ale dobrze zbudowanym i ogolonym mężczyzną. Anita uśmiechnęła się, widząc jego standardowy strój. Szary dres i bluza z kapturem z wizerunkiem płonącej czaszki na przedzie. Chodził tak ubrany przez cały rok, miał podobne bluzy w wersjach na zimę i na lato.
– Zrobiłeś? – wypaliła bez ogródek, gdy mężczyzna usiadł obok niej.
– Tak.
– Na pewno?
– Wątpisz?
Poruszył się nerwowo na ławce i podciągnął rękawy bluzy. Anita dostrzegła czarne pręgi tatuażu, otaczające jego przedramiona. Wyjął zawiniątko i jej wręczył. Z ulgą kiwnęła głową i schowała je do kieszeni płaszcza.
– Nie musisz już się bać – zapewnił.
Wyciągnął dłoń.
– Wykonałem zadanie. Daj resztę.
– I co teraz? – zapytała, wyciągając z torebki kopertę.
– Masz już święty spokój – odparł i od razu wziął się za liczenie pieniędzy. Zgadzało się.
– Skąd wy macie tyle szmalu? – zapytał z uśmiechem.
– Z przedsiębiorczej pracy.
Mężczyzna zaśmiał się szczerze, ale zamilkł pod srogim wzrokiem Anity, która wolała, żeby nikt nie wiedział o ich spotkaniu.
– Akurat. W „Spokoju” staruszki raczej nie płacą za oglądanie twoich cycków. Chyba że starcy – wskazał na jej rozpięty jesienny płaszcz, a raczej na widoczną pod nim czarną bluzkę z głębokim dekoltem, odkrywającym dość mocno koronkowy niebieski biustonosz.
Nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ na ścieżce z drugiej strony parku pojawiła się grupa kilku osób, zmierzających w ich stronę. Kiwnęła głową, wskazując rektorat. Wiedziała, że mężczyzna zrozumie gest.
– Poczekaj jeszcze, żeby nie było za wcześnie – nakazał na odchodnym i oddalił się szybko w stronę samochodu.
Anita Dobrzańska zamknęła oczy i odchyliła głowę. Lekki, chłodny wietrzyk smagał jej policzki. Odetchnęła głęboko. Cieszyła się, że wzięła sprawy w swoje ręce i pozbyła się problemu. A przynajmniej miała nadzieję, że się pozbyła. Nie mogła dłużej pozwalać, by ktoś niszczył jej życie. Nie mogła…
Zrobiło jej się chłodno. Zapięła płaszcz i spojrzała na zegarek. Minęło raptem pięć minut. Postanowiła pójść do pracy piechotą. Lubiła spacerować, w sumie była do tego przyzwyczajona, ponieważ w dzieciństwie nie miała pieniędzy na bilety i wszędzie chodziła pieszo.
Prawie trzykilometrowy kawałek pokonała w mniej niż godzinę. W końcu skręciła w ulicę 28 pułku Strzelców Kaniowskich tuż obok nowoczesnego osiedla kilku bloków. Minęła hurtownię z odzieżą dziecięcą, warsztat samochodowy i zarośnięty chwastami plac po rozebranej kamienicy, łączący się z małym parkiem kieszonkowym, który był zadbany chyba tylko na początku. Teraz rosły tam chwasty i wszystko niszczało.
Była już mniej więcej w połowie długości parku, gdy jej uwagę zwróciły dość nietypowe w tym miejscu dźwięki. Jakieś szelesty, chrobotania, a nawet jakby postękiwanie. Dobiegały zza jałowca rosnącego tuż obok topoli i bocznej ściany jednego z budynków domu spokojnej starości. Zatrzymała się z uśmiechem.
– Ktoś sobie wybrał ciekawe miejsce na seks – pomyślała i postanowiła wystraszyć zakochaną parę.
Jednak, gdy przeszła kolejne kilka metrów, zaczęła wątpić w trafność swoich akustycznych skojarzeń, gdyż wyraźniej słyszalne teraz dźwięki wydały jej dość przerażające. Jeszcze kilka kroków i…
Zobaczyła leżącą na ziemi czarną kurtkę i wystający spod niej fragment niebieskiej koszuli stanowiącej strój pielęgniarski, a potem twarz. Zmasakrowaną twarz mężczyzny. Jej męża Bartka. Zobaczyła też, że ktoś nad nim stoi. Odwrócony do niej tyłem człowiek miał w ręku zakrwawiony młotek. Choć zamarła w niemym przerażeniu, mężczyzna widocznie wyczuł jej obecność, bo wzdrygnął się i wykonał nieokreślony ruch rękami. Potem powoli się obrócił, wprawiając Anitę w kompletne osłupienie.
– Tata?
Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał jej w oczy, po czym puścił się pędem w stronę ulicy Struga. Jej teść… Anita zrobiła jedyną rzecz, na jaką teraz mogła się zdobyć. Wydała z siebie przenikliwy krzyk.
***
Przystanął i spojrzał w górę. Zawsze zadziwiała go architektura tego miasta, różnorodność jego zabudowy, gdzie dwie całkiem różne, z pozoru niepasujące do siebie budowle, umieszczone obok siebie tworzą wyjątkową estetycznie całość, która stanowi o miejskim charakterze ulicy. Tak jak tutaj na Felsztyńskiego. Z jednej strony nowoczesny kilkukondygnacyjny blok, z drugiej niemal stykająca się z nim zabytkowa brama do parku im. Tadeusza Rejtana. Znał to miejsce dość dobrze. W czasach szkolnych, kiedy należał do harcerstwa, przychodził tu często, na zbiórki i zabawy z podchodami. Wtedy nie doceniał jego wyjątkowości, nie zwracał uwagi i nie dostrzegał charakteru tego parku. Po prostu lubił tu być. W późniejszych latach odwiedzał to miejsce dużo rzadziej, głównie dlatego, że się przeprowadził i nie było mu po drodze.
Jednak dwa tygodnie temu zajrzał tu ponownie. Nie planował tego. Załatwiał coś w kamienicy obok i potem postanowił pójść na krótki spacer. Nogi same przywiodły go aż do tej bramy i uznał, że to nie może być przypadek. A gdy poczuł jeszcze raz atmosferę parku, poczytał o jego historii, przypomniał sobie dawne zabawy i spacery, wiedział, że to był znak. Jeden z wielu.
Zaczerpnął głęboko rześkiego, wiosennego powietrza i przeszedł przez bramę. Wydało mu się, że oto nagle znalazł się na planie hollywoodzkiego thrillera. Niebo było całkiem zachmurzone, więc wszędzie było szaro i ponuro, tutaj jednak było wyjątkowo ciemno. Ten półmrok tworzyły gałęzie drzew, które rosły tu bardzo gęsto. Wysokie i potężne dęby, klony i lipy niemal stykały się koronami. Każde drzewo było gęsto oplecione bluszczem, który rozkrzewiał się aż do ziemi, na całej powierzchni parku. Wolne od niego były jedynie ścieżki. Klimat grozy był więc silnie wyczuwalny o każdej porze dnia. Jakby jakaś nieznana siła chwyciła je swoimi mackami. To poczucie stawało się jeszcze silniejsze, gdy znało się historię parku i jego przeznaczenie.
Przeszedł kilkanaście metrów na prawo od bramy aż do wyczyszczonego z traw pola. Powiódł wzrokiem po półokręgu złożonym z pozostałości nagrobków. Na niektórych nadal można było odczytać napisy. Od końca XIX do lat 50-tych ubiegłego wieku teren parku był czynnym cmentarzem ewangelicko-augsburskim.
A przecież jego teść wyznawał wiarę luterańską. Co prawda jego rodzina nie była tutaj pochowana, ale czyż to nie kolejny znak? W 1983 roku cmentarz został zlikwidowany, a szczątki ekshumowano i przeniesiono do nekropolii przy ul. Sopockiej. Sprawdził dokładną datę. Równo dziewięć miesięcy przed jego urodzinami. I akurat dzisiaj jest jego święto. Cztery dychy na karku. Czy nie ma lepszego momentu na uczczenie go i spotkanie się z najbliższymi? Czuł, że to właśnie tutaj musi tego dokonać. Usiadł na ziemi na wprost nagrobków. Nie dbał o to, że będzie mu zimno, że ubrudzi spodnie, jedne z lepszych, jakie miał.
Nie przejmował się też, że ktoś może go zobaczyć. Zresztą o tej porze ludzi było tu jak na lekarstwo. Zaledwie kilka stopni na plusie i niewielki, ale przenikliwy wietrzyk zniechęcały do spacerów. Za to były to idealne warunki dla niego, dla tego, co chciał zrobić. Może to też kolejny znak? Zamknął oczy i uspokoił oddech. Choć pogodził się już z tym, co chce zrobić, serce waliło mu jak oszalałe. Rozpiął markową, granatową kurtkę i trzy guziki koszuli. Założył całkowicie nową, nawet ją wyprasował. Postarał się, bo dziś chciał wyglądać elegancko. Jedynie buty na grubej podeszwie nie pasowały do całości. Zapomniał ich zmienić.
Ścisnął dwoma palcami lewej ręki medalik. Oddychał głęboko i przywołał w myślach najpiękniejsze wspomnienia. Czuł jak po kilku minutach tętno wraca do normy, ale pojawiły się łzy. Nie powstrzymywał ich. Już nie dbał o to, czy ktoś je zobaczy. Włożył dłoń do kieszeni kurtki. Od razu wyczuł ten przedmiot. Przesunął go parę razy między palcami. W końcu wyjął i przyjrzał mu się. Nabój ٩x١٩ milimetrów. Taki jak te z wyposażenia policji. Jednak żaden funkcjonariusz nie będzie miał z tego powodu problemów. Zadbał o to. Podobnie broń. Ma na nią oficjalne pozwolenie. Trzymał ten nabój już od jakiegoś już czasu, czekając na odpowiedni moment. Uznał, że stanie się to właśnie dziś. Ma już dość. Będzie w końcu wolny. Nie ma już ochoty dalej żyć. Dla kogo? Była tylko jedna mała wątpliwość, która się w nim tliła. Praca. Ale i ta zgasła wraz z ostatnią sprawą. Tak jak to sobie obiecał.
Wyszarpnął zza paska broń i włożył nabój do pustego magazynka. Opróżnił go już wcześniej. Wolał, żeby już po wszystkim naładowana broń nie wpadła w niepowołane ręce.
Miejsce to wybrał nie tylko z powodu jego wyjątkowej atmosfery, historii i wielu znaków, jakie w związku z nim odczytywał, ale również ze względu na jego bardzo korzystną lokalizację. Blisko wejścia. Szybko go odnajdą. Nie będzie pożywką dla dzikich zwierząt.
Przeładował broń i włożył sobie lufę do ust. Lewą ręką ponownie chwycił medalik, by przywołać wspomnienia. Chciał, aby mu towarzyszyły w tej ostatniej chwili. Położył palec na spuście. Zaczął go naciskać. Jeszcze tylko chwila i…
Nagle jego uszu dobiegł dźwięk, który całkowicie wybił go z podniosłej atmosfery, jaką stworzył i w jakiej trwał w tych ostatecznych chwilach. „Prząśniczka” Stanisława Moniuszki, oficjalny hejnał Łodzi. Wiedział, skąd dobiega. Chciał zlekceważyć natrętną i absurdalnie radosną melodię i mocniej nacisnął spust. Nagle dźwięk ucichł. Uff. Niestety po sekundzie rozbrzmiał na nowo, całkowicie niszcząc spokój i nastrój.
– Może święty Piotr do mnie dzwoni, żebym to zrobił za kawałek1? – warknął z gniewną drwiną.
W chwilach napięcia częściej niż zwykle używał łódzkich regionalizmów, na których się wychował. „Za kawałek” czy „za chwilę” – w tym momencie słownictwo nie było najważniejsze.
Wyszarpnął telefon i sprawdził numer. Wiedział, kim jest rozmówca. Zastanawiał się, czy odebrać. Nie tak wyobrażał sobie samobójstwo. Miał być tylko on, on sam, a nie jeszcze ktoś drugi, nawet jeśli ten ktoś znajdował się daleko. Przesunął palcem po wyświetlaczu i usłyszał poważny głos swojego szefa.
– Cichy, wyskakuj z wyra i rusz swoje policyjne dupsko. Odwołuję ci urlop.
Komisarz Marek Ciszewski nie odpowiedział. Żałował, że tak długo stał przed zabytkową bramą. Zabrakło mu kilku sekund. Kolejne słowa komendanta ostatecznie przekonały go do chwilowego odłożenia planu.
–Mamy zmasakrowanego trupa w twojej okolicy.
2
Cichy nacisnął delikatnie pedał gazu, a jego lśniący niebieski nissan x-trail ruszył spokojnie. Jechał powoli nie dlatego, że auta przed nim poruszały się w ślimaczym tempie. Gdyby chciał, z łatwością by je wyprzedził, zanim kierowcy zdążyliby wrzucić kolejny bieg. Po prostu uważał, że tak należy. Choć samochód miał niczego sobie. Nie ma to jak silnik z odpowiednią mocą i pojemnością. Szybkie samochody interesowały go od dziecka. Dwa lata temu w końcu postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym, ułatwić sobie codzienne życie i wybrał auto z największym z możliwych silników w swojej klasie. Gdyby tylko wiedział, co go spotka kilka tygodni później…
Poczuł ucisk w dole brzucha. Pojawiał się zawsze na tamto wspomnienie. A z nim kolejna fala żalu, bólu i obwiniania się. Dlatego się nie śpieszył, dlatego nie wyprzedzał. Rozmyślał. Myślał o tym, jak niewiele brakowało, a uwolniłby się od wszystkiego i jego problemy skończyłyby się raz na zawsze.
A tymczasem jechał na kolejne miejsce zbrodni. Tak naprawdę to praca trzymała go przy życiu przez ostatnie kilkanaście miesięcy. Była jak narkotyk. Pustoszyła jego organizm, wyrządzając wiele zła, lecz zagłębiał się w nią całkowicie podczas kolejnych śledztw.
Skręcił w Łąkową, mijając potężny kompleks wojskowego szpitala. Zawsze dziwiło go, jak na tak krótkiej ulicy może znajdować się tyle zabytków. Najpierw sanktuarium, wotum łodzian za zwycięską bitwę warszawską, następnie monumentalna fabryka Juliana Kindermanna. Kolejne trzy przecznice ozdabiały wille Teodora Milscha, Ryszarda Schimmela, Roberta Nestlera i Teodora Tietzena, gdzie mieścił się jeden z najstarszych miejskich żłobków. A wszystko to ma niespełna jednokilometrowym odcinku.
Cichy nie pokonał jednak całej długości ulicy (zresztą nie dało się tego zrobić jadąc od strony centrum), tylko pojechał rozjazdem, który doprowadził go wprost na miejsce zbrodni.
Ostatnie słowa komendanta zaintrygowały go. Dawno nie było morderstwa w tej części Łodzi. O ile pamiętał, do brutalnych zabójstw dzieci właśnie na Łąkowej doszło ponad cztery lata temu. Był wtedy członkiem wydziału kryminalnego czwartego komisariatu prowadzonego przez dwóch wybitnych śledczych, Piotra Krzyskiego i Łukasza Majskiego. Niestety nie dane im było się wykazać, ponieważ sprawę przejęła komenda miejska. Co nie przeszkodziło Cichemu śledzić postępów. Zabójstwa były wyjątkowo okrutne, co oburzało go do żywego, ale sprawa fascynowała go też ze względu na jej skomplikowanie i wielowątkowość. Od zawsze uwielbiał zagadki detektywistyczne, a potem sprawy kryminalne, choć tak naprawdę wstąpił do policji z zupełnie innych pobudek. Dziś stał na czele wspomnianego kryminalnego wydziału.
Jego rozmyślania przerwał widok taśmy policyjnej oraz dwóch posterunkowych, blokujących dostęp do części ulicy. Nie zdziwiło to Cichego, bo dostrzegł też tłum ludzi cisnących się, by cokolwiek zobaczyć. Przez chwilę pomyślał, że może trwa obława albo próba odbicia zakładników. Porzucił szybko tę myśl – nigdzie nie było widać oddziału uderzeniowego, który w takich sytuacjach jest niezbędny. Zamiast tego zobaczył dwa radiowozy zaparkowane kilkanaście metrów od parku. Domyślał się, co oznacza ich obecność. Zaczął się irytować.
Zatrzymał auto i wysiadł. Nie zdążył zamknąć drzwi, gdy usłyszał za plecami kompletnie niepasujący do sytuacji wesoły, melodyjny głos. Doskonale wiedział, do kogo należy.
– Co pan komisarz taki wystrojony? A gdzie koszulka z graffiti, wyciągnięta jak psu z gardła?
Cichy nie odpowiedział od razu. Spojrzał zasępionym wzrokiem na policjanta, który wyminął go i oparł się o maskę auta. Aspirant Tomasz Strużewski w wydziale kryminalnym zatrudniony był od niedawna. Wcześniej był jednym z techników i współpracowali przy kilku sprawach. Oprócz zbierania dowodów, zajmował się również kwestiami analitycznymi i informatycznymi. Bardzo go za to cenił. A poza tym miał wesołe usposobienie i, choć Cichy nigdy tego nie okazywał, wiele razy potrafił poprawić mu nastrój. Dlatego pół roku temu poprosił komendanta o przeniesienie Strużewskiego do jego wydziału. Wszyscy nazywali go Strusiem, ponieważ błyskawicznie wykonywał polecenia i miał oryginalną „ptasią” fryzurę w kolorze czerwonym, tak zwanego irokeza. Był niski, miał brodę, nosił okrągłe okulary, co skutecznie uniemożliwiało precyzyjne określenie jego wieku.
– Ubrałem się ku czci zasłużonego urlopu – odparł smutno Cichy.
– Wielkie święto każdego pracownika. Szkoda tylko, że mordercy go nie szanują – westchnął teatralnie aspirant, kręcąc głową.
– Co się tutaj się dzieje?
– Kobieta szła do pracy i po drodze zobaczyła w krzakach swojego martwego męża. To niejaki Bartłomiej Dobrzański. Zaczęła krzyczeć i pobudziła mieszkańców kamienicy obok. Jeden z nich wybiegł na ulicę, chcąc ją uciszyć, ale gdy zorientował się w sytuacji, zadzwonił na numer alarmowy.
Struś wskazywał na zarośla i ludzi, lecz Cichy tam nie patrzył. Zainteresowało go coś innego.
– Najbliżej był ten patrol z psami? – wskazał na dwa radiowozy, które kojarzył.
– Akurat uczyli nasze pieski aportować – odparł Struś. – Na szczęście sprawa jest prosta. Nawet nasz prokuratorek Kacper Czech rzucił tylko okiem i jak zwykle szybko się oddalił. A to dlatego, że wiemy już, kto jest zabójcą. Ojciec ofiary. Przy ciele znaleźliśmy urwany kawałek jego ubrania, kraciastej koszuli. Nasze Aleksy od razu podjęły trop i pomknęły na 6 Sierpnia. Opiekunowie ledwo je dogonili. Tatuś nieźle przefastrygował buźkę synkowi.
– To na cholerę komendant kazał mi przyjeżdżać? – denerwował się komisarz.
Na aspirancie nie robiło to wrażenia. Skwitował pytanie swojego szefa jedynie wzruszeniem ramion. Cichy wykrzywił gniewnie twarz. Odszedł kilka metrów w bok i oparł się o najbliżej stojący radiowóz. Obserwował. Zawsze to robił na miejscu zbrodni. Tworzył w głowie przestrzenny obraz terenu, na którym rozegrał się cały dramat. Starał się dostrzec szczegóły, zlekceważone lub niezauważone podczas policyjnej akcji. Szczególną uwagę zwracał na zachowanie świadków i ciekawskich gapiów. Zwykle okazywali swoje prawdziwe emocje, gdy sądzili, że nikt nie patrzy.
Cichy przeczesał wzrokiem okolicę, rozpoczynając od skrzyżowania z ulicą 6 Sierpnia. Murowane komórki należące do pobliskiego budynku mieszkalnego, opuszczoną i częściowo wyburzoną fabrykę oraz budynek Domu Seniora „Spokój”, który znajdował się tuż obok. Kiedyś państwowa placówka, obecnie sprywatyzowana. Tuż za nim park kieszonkowy i pozostałość po zburzonej kamienicy. Wszędzie zarośla i chaszcze. Bardzo dobre miejsce, by się zaczaić i zaatakować. Tylko z naprzeciwka teren był dobrze widoczny. Znajdowała się tam kamienica, której mieszkańców policjanci już przepytali, oraz prywatna klinika ortopedyczna.
Cichy podszedł do bramy placówki, dokładnie lustrując teren. Kiwnął z zadowoleniem głową i powrócił do obserwacji okolicy. Spojrzał na techników w ochronnych kombinezonach pracujących wokół zarośli. Pośród nich zauważył łysą głowę, której posiadacz (bo Cichy rozpoznał go od razu), lekarz medycyny sądowej Hektor Wist, był najlepszy w swoim fachu. Jego ustalenia potrafiły wywrócić śledztwo do góry nogami. A jego czarny humor mógł zaszokować niejednego twardziela.
Spojrzał na karetkę pogotowia. W jej otwartych tylnych drzwiach siedziała kobieta w brązowym płaszczu. Płakała, co chwila wycierając chusteczką oczy. Towarzyszył jej jeden z ratowników. Po przeciwnej stronie, tuż obok wejścia na podwórze kamienicy, stał pulchny mężczyzna w szarym dresie nie pierwszej świeżości. Przestępował nerwowo z nogi na nogę, spoglądając w stronę domu. Spuchnięta twarz wskazywała, że nie stronił od alkoholu.
Cichy domyślał się, kim był. Postanowił zacząć od niego, lecz nim podszedł, spojrzał na tłum gapiów, dziennikarzy i samochody zatrzymujące się tuż przed biało-czerwoną taśmą. Jeden z nich, niebieski golf, niemal ją zerwał. Zauważył, że wyskoczyła z niego młoda dziewczyna w czarnych spodniach. Szybko odwrócił wzrok i podszedł spokojnym krokiem w stronę mężczyzny, stojącego przed kamienicą.
– Niezły bigiel2, jak na Bałuckim. Każą ciągle czekać, a sami latają po kamienicy – zagadnął, nie zaszczycając mężczyzny spojrzeniem. Wpatrywał się w jedno z otwartych na oścież okien. Podejrzewał, że właśnie tam mieszkał rozmówca.
– A daj pan spokój. Mogłem krzyknąć przez okno, a nie wychodzić – machnął ręką z rezygnacją.
– Ale nie codziennie w okolicznych chęchach3 znajdują trupa.
Cichy momentalnie poczuł na sobie uważne spojrzenie mężczyzny. Nie odwzajemnił go, ciągle wpatrując się w kamienicę. Zamiast tego wyjął z kieszeni kurtki napoczętą paczkę papierosów. – Szluga?
Mężczyzna nie zastanawiał się długo. Złapał papierosa i wsadził go sobie do ust i podpalił wydobytą z kieszeni zapalniczką.
– A pan…?
– Komisarz Marek Ciszewski, czwarty komisariat. Rzuciłem jakiś czas temu palenie, ale zawsze mam przy sobie paczkę na wszelki wypadek – odparł Cichy, zamykając kartonik i chowając go do kurtki. – Jak na pana wołają?
– Bolek Dubowicz, ale po nazwisku to po pysku.
– To ty wyszedłeś pomóc krzyczącej kobiecie?
– Można tak powiedzieć – wyszeptał zmieszany Dulewicz.
Dopiero teraz Cichy spojrzał przenikliwie na mężczyznę. Nie zadawał kolejnych pytań. Czekał. Po chwili Dulewicz zaciągnął się głęboko i pochylił głowę.
– Pracuję jako ochroniarz na budowie i akurat byłem po nocce. Smacznie spałem, aż ta zaczęła wrzeszczeć. Najpierw raz. Przebudziłem się i myślałem, że mi się wydawało, ale za chwilę znowu i to o wiele głośniej. Otworzyłem okno i poprosiłem kulturalnie o spokój. – Dulewicz uśmiechnął się zawstydzony, a Cichy wyobraził sobie, jak musiała brzmieć ta kulturalna prośba. – Nie przestała, tylko zawyła jeszcze głośniej. Wciągnąłem spodnie i wybiegłem, chcąc ją uciszyć. Okazało się jednak, że miała powód. Zaczęła mnie tak szarpać i popychać, że prawie wpadłem w te chęchy! Od razu zadzwoniłem po was.
– Nic nie ruszałeś?
– Absolutnie, panie władza. Słowo harcerza.
– Którym nigdy nie byłeś – skwitował Cichy.
– Fakt.
– Nie zajrzałeś przed snem do szkła4?
– Akurat nie – westchnął z żalem.
Cichy spojrzał w stronę zarośli, gdzie właśnie pojawił się Struś zbierający informacje od techników.
Komisarz był całkowicie pewien, że Dulewicz mówi prawdę. Widać, że nie chciał mieć kłopotów z policją.
– Zresztą nawet nie miałbym jak ruszyć czegokolwiek, bo mnie tam nie dopuszczała i ciągle krzyczała.
– Co dokładnie?
– „To jest mój mąż, ojciec zabił go młotkiem!”. A także „ratunku, pomocy!”.
– Dziękuję. Niezwykle mi pomogłeś – powiedział Cichy, kiwając pośpiesznie głową.
Ruszył w stronę zwłok, ale Struś zastąpił mu drogę tuż przy zaroślach. Już z tej odległości Cichy widział zakrwawioną twarz, otoczoną gęstymi, jasnymi włosami i część tułowia w czarnej kurtce, spod której wystawał niebieski uniform.
– Technicy jeszcze nie skończyli, a nasz szanowny lekarz nadal czaruje nad zwłokami – wyjaśnił aspirant.
– Znaleźliście młotek? – zapytał, a widząc zdziwienie podwładnego dodał szybko. – Narzędzie zbrodni.
– Skąd wiesz, że to był młotek, skoro Wist jeszcze nie przemówił?
– A żona ofiary nic o tym nie wspominała?
– Jeszcze jej nie przesłuchaliśmy. Gdy przyjechaliśmy, była cała roztrzęsiona. Potwierdziła jedynie, że to jej mąż, Bartłomiej Dobrzański, a sprawcą był jego ojciec Ryszard Dobrzański, podała jego rysopis i potwierdziła, że to fragment jego koszuli leży przy zwłokach. Potem zajęło się nią już pogotowie.
Cichy spojrzał na kobietę, która rozmawiała z ratownikiem. Przypatrywał im się przez chwilę, a potem zwrócił głowę w kierunku ulicy 6 Sierpnia.
– Kurwa – skomentował pod nosem.
Zdążył zrobić krok w tamtym kierunku, gdy nagle usłyszał za plecami.
– To nasz trup?
Odwrócił się raptownie i odruchowo rozłożył ręce, zasłaniając widok na zwłoki. Spojrzał srogo na intruza i… oniemiał. Stała przed nim ta sama młoda dziewczyna, która kilka chwil temu niemal staranowała autem policyjną taśmę. Natomiast jej spodnie, które wcześniej wydawały mu się zwykłymi czarnymi spodniami, okazały się granatowe i były częścią policyjnego munduru. Nieco za dużego dla niej. Jednak to nie spodnie zainteresowały komisarza najbardziej, a piękna twarz policjantki. Okrągła, z delikatnym makijażem, otoczona gęstymi, rudymi włosami, które wyłaniały się w nieładzie spod czapki z napisem „Policja”. Cichy wpatrywał się w kobietę w ogóle nie mrugając, co widocznie ją speszyło.
– Kim pani jest? – zapytał Struś, widząc nietypową reakcję swojego szefa.
– Nową partnerką komisarza Marka Ciszewskiego – wykrzyknęła z radością niczym małe dziecko, które dostało wymarzoną zabawkę. Szybko się zorientowała, że popełniła gafę. Odchrząknęła głośno, potem wyciągnęła rękę w stronę Strusia. – Ruda jestem, a Ty?
– Co? Kim jesteś?! – podniósł głos Cichy, nim Struś zdążył odwzajemnić uścisk.
– Twoją partnerką – powtórzyła wolniej Ruda.
Wzruszyła ramionami lekceważąco i schowała rękę.
– I jak to wygląda? – zapytała, starając się brzmieć profesjonalnie.
Nie doczekała się odpowiedzi, więc ominęła kipiącego ze złości komisarza i podeszła do krzaków. Ledwo zobaczyła zmasakrowaną twarz ofiary, natychmiast zgięła się wpół i zwymiotowała prosto na zarośla.
Kilka sekund później dało się słyszeć chóralne „kurwa mać” w wykonaniu techników, którzy tam właśnie zbierali ślady zbrodni.
***
– Proszę – Struś podał chusteczkę schylonej i opierającej się o radiowóz policjantce. Ruda wytarła twarz i wyprostowała się. Spojrzała zniesmaczona na policjanta. Na jego twarzy malowało się szczere zatroskanie.
– Zdarza się każdemu.
– Zjeść nieświeże śniadanie? – wypaliła.
Aspirant uniósł brwi ze zdziwienia, a następnie uśmiechnął się, jakby zdradzał tajemnicę poliszynela.
– Mówię o tym.
Wskazał ręką jałowiec ufarbowany wymiocinami oraz techników nadal kręcących głowami z niezadowolenia.
– Tak? A kiedy zarzygałeś miejsce zbrodni?
Mimo że Ruda zapytała hardo, w jej głosie można było usłyszeć wstyd i zażenowanie. Struś złożył usta w dzióbek, intensywnie myśląc. Wyglądało to dość komicznie. Nie odzywał się przez dobre kilka sekund.
– Tak myślałam. Pamiętaj, nigdy nie kupuj hot-doga na stacji benzynowej.
– Będę pamiętał. I tak wolę dobrze przysmażone dudy5.
Tym razem Ruda spojrzała na niego ze zdziwieniem. Co ma instrument muzyczny do jedzenia? Nie zdążyła dopytać, ponieważ Struś odwrócił się i zaczął szukać kogoś wzrokiem.
– Dzięki za chusteczkę – mruknęła z wdzięcznością i dołączyła do niego.
Szybko zorientowała się, że poszukiwania dotyczą komisarza Cichego, który rozmawiał przez telefon po drugiej stronie ulicy. A raczej bardziej machał rękoma i kręcił głową w różne strony.
– Myślisz, że dzwoni do komendanta, żeby cofnął mi przeniesienie za zanieczyszczenie miejsca zbrodni?
– Na pewno rozmawia z Kubusiem – odparł Struś, nazywając komendanta przydomkiem jeszcze z czasów służby w komisariacie. Gdy objął stanowisko po krewkim inspektorze Walskim, zażyczył sobie, aby nadal do niego tak się zwracać.
– Ale rozmowa na pewno nie dotyczy przeniesienia.
– A niby czego? Nagrody za wspaniałe partnerstwo?
– Właśnie tego ostatniego, bo Cichy zawsze pracuje sam. Natomiast ja chętnie ci pomogę – Struś spojrzał na Rudą, uśmiechając się szeroko.
„Dlaczego komisarz nie chce ze mną pracować? Czyżby Cichy nie był tak idealny, jak go sobie wyobrażała?” – pomyślała.
– Przecież ty jesteś w zespole – zauważyła.
– Ja tylko pomagam. Zresztą może się dowiesz – Struś wskazał brodą komisarza, który zbliżał się do nich z zaciętym wyrazem twarzy.
– Pracujesz z nami, a z Kubusiem jeszcze sobie pogadam. Pomagasz, ale raczej nie przeszkadzaj – rzucił Cichy.
Następnie minął ich i ruszył szybkim krokiem w głąb ulicy. Struś dał znak osłupiałej policjantce, że mają iść za nim. Cichy ominął radiowozy i dom spokojnej starości. Zatrzymał się tuż przy metalowej dwuskrzydłowej bramie, prowadzącej do częściowo rozebranej fabryki.
– Po co tutaj jesteśmy? Z tego co słyszałam, zabójcą jest ojciec ofiary, który uciekł, gdy zobaczyła go żona zamordowanego – zastanawiała się Ruda.
– Wpadłeś na jakiś trop? – domyślił się Struś, który znał już takie nietypowe metody działania swojego szefa.
Jednak takiej reakcji nie spodziewał się nawet Struś, a już na pewno nie Ruda. Cichy cofnął się o kilka metrów, następnie wziął rozbieg i z całej siły kopnął pomiędzy skrzydła bramy. Zardzewiałe zawiasy i kłódka nie miały żadnych szans z wysokim i dobrze zbudowanym komisarzem w policyjnych butach. Weszli do środka. Na prostokątnym placu znajdowały się pozostałości komina i zabudowań fabrycznych. Wszystko tonęło w chwastach i walających się wszędzie śmieciach. Ruda i Struś byli zdezorientowani, ale nie odstępowali go na krok. Cichy postąpił kilka kroków w lewo. Zbliżył się do kilkudziesięciocentymetrowej hałdy żwiru, pokruszonych cegieł i uschniętych liści. Przystanął i spojrzał w tył, lecz nie na podwładnych, a na otwartą bramę wejściową.
– To musi tu być – powiedział, kiwając w stronę hałdy.
– Mówisz o składowisku „małpek”? – zagadnęła Ruda, wskazując sporą ilość małych butelek po wódkach.
Cichy zmarszczył brwi, jakby nie zrozumiał. Spojrzał na policjantkę i momentalnie odpłynął. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Wpatrywał się w jej zielone, wyraziste oczy. Opamiętał się dopiero, gdy usłyszał jej ociekający sarkazmem komentarz.
– Wiem, że mam piękne oczy, ale jestem już zajęta. A jeśli chcesz mi tu zrobić policyjny chrzest w nowej jednostce, to daruj sobie. Wolę zająć się trupem.
Policjanci zauważyli, że skrzywiła się z obrzydzenia na wspomnienie zwłok.
– Nie wiem, o czym mówisz – próbował wybrnąć Cichy.
Odwrócił się zdecydowanie i wszedł za hałdę. Niemal po sekundzie krzyknął przeciągle i odskoczył jak oparzony, wpadając wprost na aspiranta. Obaj ledwo utrzymali się na nogach.
– Jak chcesz się przytulić, to poproś – skomentował Struś, rozcierając zbolałe udo. – Mam nadzieję, że zobaczyłeś ducha?
– Gorzej – Cichy z ulgą wypuścił powietrze. – Sami zobaczcie.
Ruda jako pierwsza zajrzała za hałdę
– Boisz się szczurów? – spytała z niedowierzaniem.
– A ty nie?! – odparł Cichy, a Struś skwapliwie mu przytaknął.
– Mieściuchy z bloków – skwitowała z uśmiechem.
Podeszła bliżej do kilkunastu szczurów, które walczyły ze sobą o coś, co znajdowało się pod nimi.
Tupnęła głośno, zaklaskała kilka razy i rzuciła tuż obok zwierząt kawałek cegły. Szczury uciekły od razu, rozpierzchając się na różne strony. Oczom policjantów ukazała się martwa kawka, a właściwie jej pogryzione resztki. Jednak nie to ich zdumiało, a zakrwawiony młotek, leżący na nieżywym ptaku.
– Hektor będzie musiał to potwierdzić, ale jestem pewien, że mamy narzędzie zbrodni – podsumował Cichy, zaglądając ostrożnie za hałdę.
– Skąd wiedziałeś? – zapytał Struś, kręcąc z niedowierzaniem głową. Wyciągnął krótkofalówkę i przywołał techników.
– Według zeznań mężczyzny żona ofiary krzyczała, że jej teść zabił swojego syna młotkiem. Skoro go nakryła, a on zamiast ją zaatakować, uciekł, to logiczne było, że nie będzie ciekać6 przez centrum miasta z zakrwawionym młotkiem. Musiał się go gdzieś pozbyć. Tutaj wystarczyło tylko wziąć odpowiedni zamach. Poza tym, jeśli działał w afekcie, młotek musiał go wręcz parzyć w ręce.
– Nikt nie sprawdzałby opuszczonej i zamkniętej fabryki – skwitowała z podziwem Ruda.
– Ty to masz łeb. Zabójca wykonał rzut życia, trafiając centralnie w ptaka – pokręcił z niedowierzaniem głową Struś. Spojrzał na znalezisko i zanucił popularną niegdyś piosenkę: „Jedna na milion…”
– Dzięki temu zlazły się szczury i szybko odkryliśmy narzędzie zbrodni – Struś przytaknął nieśmiało policjantce.
Cichy zaś skrzywił się na wspomnienie gryzoni i cmoknął z dezaprobatą. Zrobił kilka zdjęć telefonem i od razu spuścił głowę. Nie chciał ponownie spoglądać na Rudą. Skinął aspirantowi i ruszył przed siebie, mijając kobietę bez słowa.
Czuł na sobie jej wzrok, a po chwili usłyszał szybkie kroki za plecami.
– Poczekaj, Cichy! – zawołała za nim Ruda. – Chcę ci pomóc. Jaki będzie kolejny krok?
Nie odpowiedział ani nie zatrzymał się. Zmierzał do stojącej za miejscem zbrodni karetki, gdzie na tylnym schodku nadal siedziała żona ofiary. Tym razem sama. Opuściła głowę między ramiona, a w dłoni ściskała użytą już nie raz chusteczkę.
– Komisarz Marek Ciszewski. Pani znalazła ciało i mimo że wyglądało dość drastycznie, rozpoznała pani męża? – rozpoczął bez ogródek, tonem pozbawionym emocji.
Nie przedstawił policjantki, która do niego dołączyła. Zrobiła to sama, przy okazji wbijając mu szpilę.
– Starsza sierżant Julia Zawadzka, przepraszam za kolegę, ale ostatnie wydarzenia zrobiły na nim wrażenie. Proszę przyjąć wyrazy współczucia od łódzkiej policji.
– Nie dziwię się. Nadal nie mogę uwierzyć, że leży tam Bartek. Jeszcze rano do niego pisałam. – kobieta spojrzała na nich oczami pełnymi łez.
Nie rozpłakała się jednak. Pociągnęła nosem i przetarła go resztkami chusteczki. Ruda pośpieszyła jej z pomocą. Zawsze nosiła przy sobie paczkę. Kobieta wydmuchała głośno nos i wstała.
– Dziękuję i przepraszam, nie przedstawiłam się. Anita Dobrzańska.
– Po czym rozpoznała pani męża? – nie ustępował Cichy. Tym razem dodał trochę współczucia w głosie.
– Włosy. Nigdy ich nie czesał. Były takie gęste, jasne... – odparła roztrzęsiona głosem. – Poza tym czarna kurtka i uniform, to jego ubrania.
– Galancie7 szczegółów… – mruknął.
– A pan nie poznałby swojej żony? – odgryzła się Anita, po czym westchnęła przeciągle. – Nawet nie wchodziłam za chęchy. Widok od strony głowy mi wystarczył.
– Zauważyłem strój pielęgniarza. Czy Bartłomiej Dobrzański pracował w Domu Seniora „Spokój”? – Cichy zlekceważył pytanie kobiety o żonę, chociaż czuł, że przesadził z tym ironicznym komentarzem. Karcące spojrzenie policjantki jedynie to potwierdzało. Jednak morderstwo nadal wydawało mu się błahe, a wręcz pospolite, co bardzo go denerwowało. Podobnie jak decyzja o partnerze.
– Oboje tam pracowaliśmy. Bartek był pielęgniarzem, a ja jestem salową.
– W jaki sposób odkryła pani zwłoki męża? – włączyła się do rozmowy Ruda.
– Właśnie szłam do pracy, gdy usłyszałam posapywanie w krzakach. Pomyślałam, że to młodzież postanowiła okazać sobie miłość w nietypowym miejscu. Zajrzałam za chęchy i zobaczyłam, jak leży… – zająknęła się Anita i przycisnęła chusteczkę do oczu.
– Czy mąż palił papierosy?
– Nie, dlaczego pani pyta? – Anita wydawała się zdziwiona pytaniem. Zresztą podobnie jak Cichy, który zerknął w stronę starszej sierżant.
– To z jakiego powodu znalazł się przed ośrodkiem w godzinach porannych?
Cichy kiwnął w duchu z uznaniem. Ruda zadała bardzo trafne pytanie. A w myśl starej policyjnej zasady sprawcami są w większości członkowie rodziny. Dlatego oboje obserwowali zachowanie Anity, która zaczerpnęła głęboko powietrza i niemal krzyknęła z rozpaczy.
– Jego ojciec go zabił!
Łzy ponownie popłynęły jej po policzkach, pochyliła się, łapiąc się za głowę. Bardzo szybko podszedł do nich ratownik, ale Ruda powstrzymała go ruchem ręki i sama objęła czule kobietę. Usiadły ponownie na schodach karetki.
– Jest pani absolutnie pewna, że to on? – upewniał się Cichy, obserwując kobietę.
– Wszędzie poznałabym ten brudny i zapijaczony łeb. Tę jego kraciastą koszulę i wyciągniętą zieloną kurtkę… Nigdy ich nie zmieniał – wysyczała ze złością jednym tchem. Zaczerpnęła powietrza i dodała: – Uciekł, gdy go rozpoznałam.
– Czy widziała pani, jak podejrzany wyrzuca coś za bramę dawnej fabryki, tej w połowie ulicy?
– Nie, zostałam tam przy chęchach, gdzie zaraz przybiegł jakiś mężczyzna i zadzwonił na policję – odparła jękliwe. – Bartek miał się dzisiaj koło wpół do siódmej spotkać z ojcem właśnie w tym miejscu.
– W jakim celu? – wypaliła Ruda.
– Aby dać mu kolejną sumę pieniędzy. Ryszard Dobrzański szantażował nas i wyłudzał kasę.
– Od jak dawna? – indagował Cichy.
– Dobre pół roku, regularnie przychodził raz w miesiącu. Żądał coraz więcej. W końcu Bartek postanowił to zakończyć.
– Co zamierzał zrobić? Chciał swojego zabić ojca? Śmiały plan – zareagowała impulsywnie Ruda.
– Nigdy w życiu. Miał mu powiedzieć, że ostatni raz daje mu pieniądze i ma gdzieś jego groźby. I…. widzicie jak skończył – zadrżała i otarła oczy chusteczką.
– Szantaż to duże słowo. Co ojciec ofiary chciał ujawnić? – zapytał Cichy, zastanawiając się, czy to możliwe, że motywem były pieniądze, a podejrzany wpadł w taką furię, że zmasakrował młotkiem twarz swojego syna.
– Brak opieki nad kochanym ojcem, który przepuszczał całą kasę – wyznała kobieta.
Cichy w ostatniej chwili powstrzymał się, aby nie spojrzeć na Rudą. Czuł na sobie jej zdezorientowany wzrok. Anita zauważyła ich reakcję.
– Ryszard Dobrzański był alkoholikiem, odkąd Bartek pamiętał. Mój mąż jako dziecko mieszkał razem z rodzicami i dziadkiem poza Łodzią. Ryszard go bił, podobnie jak żonę – wyjaśniła ze wstydem. – Bartek zaczął pracować tuż przed osiemnastką, a gdy stał się pełnoletni, zabrał matkę i wyprowadzili się z domu. Odciął się całkowicie i nie utrzymywał kontaktu z ojcem i dziadkiem. Tuż przed naszym ślubem trzy lata temu zmarła jego matka oraz dziadek. Wydawało się, że odejdzie także ojciec. Niestety kilka miesięcy temu Ryszard pojawił się przed domem seniora. Domagał się pieniędzy i groził, że jeśli ich nie dostanie, rozpowie wszystkim, że Bartek nie dba o schorowanego ojca.
– To nadal nie jest powód do płacenia za milczenie – stwierdziła Ruda, podnosząc nieco czapkę, a kosmyk ogniście rudych włosów spadł jej na czoło.
– Dla nas tak. „Spokój” jest elitarnym domem spokojnej starości. Praca tam jest bardzo dobrze płatna. Niełatwo ją dostać, ale szybko można z niej wylecieć.
– Za oskarżenia rodzica uwielbiającego gołdę8? – zdziwił się Cichy. Wyjaśnienie Anity brzmiało dość nieprawdopodobnie.
– Skoro elitarna placówka, to jej pracownicy muszą być nieskazitelni. Pani dyrektor ucina jakiekolwiek niejasności.
– W jaki sposób? – dopytała podejrzliwie Ruda. Wyprzedziła Cichego, który szybko zamknął usta i gniewnie zmarszczył brwi.
– Boże, to nie to, co myślicie! Pani Jolanta nie zabiłaby ani nie zleciłaby zabójstwa kogokolwiek! Myślałam raczej o zwolnieniu dyscyplinarnym.
– A czy ktoś z nas mówił o zleceniu zabójstwa? – Cichy wpatrywał się w Anitę, która spuściła wzrok zawstydzona.
– Tak tylko powiedziałam. Jestem w szoku, proszę więc nie łapać mnie za słówka – ponownie kilka łez spłynęło jej po policzkach.
– O której odnalazła pani ciało męża? – Cichy powrócił do wcześniejszego wątku.
– Koło dziesiątej.
– Późno…
– Spóźniałam się do pracy – wyjaśniła. I zanim policjanci zdołali zareagować, szybko dodała:
– Czasami przychodzimy nieco później, gdy dyrektorka ma zmianę od południa.
– I gdzie pani była od samego rana? – szybko zapytała Ruda.
– Dajmy na to od piątej – uzupełnił rzeczowo Cichy. Na podstawie stanu zwłok domyślał się, że morderstwa dokonano najwyżej kilka godzin temu.
– Spałam w domu, a potem miałam umówioną wizytę w szpitalu Pirogowa na Wólczańskiej.
– Coś ze zdrowiem?
– Sprawy kobiecie – uśmiechnęła się niewinnie w stronę Rudej. – Poruszam je tylko z kobietami. Nawet Bartek nie wiedział o tej wizycie.
Cichy odwrócił głowę. Zastanawiał się nad jej zeznaniami. Kobieta wydawała się mówić szczerze, wątpił, aby kłamała w takiej sytuacji. Uznał, że więcej się od niej nie dowiedzą. Sami muszą zbadać poszczególne aspekty życia ofiary. Pozostała jeszcze tylko pewna kwestia formalna. Wyjął telefon i pokazał zdjęcie młotka.
– Czy rozpoznaje pani ten przedmiot?
– Tak! Miał go w ręku Ryszard, gdy odwrócił się do mnie. Potem z nim uciekł.
– Dokąd mógł uciec?
– Pewnie do swojej meliny.
– Wie pani, gdzie ona jest? – zadawała Ruda, wyjmując notatnik.
– Nie mam pojęcia – Anita pokręciła głową energicznie. – Ryszard przyłaził tutaj lub nękał nas esemesami. Pieniądze zawsze odbierał osobiście w okolicach „Spokoju”, żeby dodatkowo nas straszyć.
– Proszę nam podać jego numer – nakazał Cichy.
– Chciałabym, ale tylko Bartek miał go w telefonie. Tam go pewnie znajdziecie.
Cichy pokiwał głową z wdzięcznością. Usłyszał, co chciał. Na tę chwilę nie miał więcej pytań, chociaż Anita wyglądała jakby myślała o czymś intensywnie. Komisarz zamierzał porozmawiać z Hektorem, który właśnie się wyprostował i machnął do niego ręką.
– Jak Bartłomiej Dobrzański był postrzegany w pracy? – usłyszał głos Rudej.
To wcinanie mu się zaczynało go wkurzać. Poza tym takie pytanie mijało się z celem. Żona nie powie złego słowa o zmarłym, zwłaszcza że to ona znalazła go martwego.
Indagacja policjantki zaskoczyła również Anitę.
– Wszyscy go bardzo lubili. Często pomagał innym przy pacjentach i brał nocne dyżury – odpowiedziała dopiero po dłuższej chwili.
Ruda nie była zadowolona z odpowiedzi, a Cichy uśmiechnął się w duchu. Zrobił kilka kroków w stronę miejsca odnalezienia zwłok. Wtedy Anita krzyknęła za nim.
– Przypomniałam sobie, że gdy zawołałam ojca Bartka, to schował coś do żółtej sporej foliówki9. Jakąś małą, czerwoną rzecz.
Po czym dość niespodziewanie kobieta wpadła w spazmy, zawodząc głośno, by po chwili osunąć się na ziemię bez świadomości.
***
Tym razem Ruda nie pośpieszyła z pomocą. Zaskoczyło to komisarza, którzy podskoczył do leżącej kobiety. Zdążył sprawdzić oddech, nim podbiegli ratownicy. Dźwignął się z głuchym jękiem i obrzucił karcącym spojrzeniem starszą sierżant.
– Spisz zeznania świadków i pomóż chłopakom w kamienicy – rozkazał surowo.
Ten ton zawsze działał na świadków, podejrzanych czy podwładnych, chociaż wobec tych ostatnich używał go rzadko. Nie spodziewał się odmowy, więc ruszył szybkim krokiem w stronę zwłok.
– Chyba żartujesz – prychnęła Ruda, gdy ją mijał. – Nie będę łazić po mieszkaniach jak pieprzony akwizytor, skoro prawdziwe śledztwo toczy się tutaj.
– Jak ci się nie podoba, to wracaj do siebie – warknął przez ramię, nie zatrzymując się. Zbliżył się do zarośli, za którymi czekał Hektor Wist pokazujący coś technikowi. Cichy miał nadzieję, że kobieta da za wygraną. W końcu w policji istnieje hierarchia stopni. Nawet Struś wie, że rozkaz od starszego kolegi to rozkaz. Bardzo szybko przekonał się, jak płonna była to nadzieja. Na dodatek jeden z techników w kilku susach wyszedł przed jałowiec, wystawił rękę w geście „stop” i zatrzymał się obok Cichego, blokując dostęp do miejsca zbrodni. Jednak to nie na niego patrzył.
– Spokojnie, nic nie zrobię – powiedziała pewnym tonem Ruda. A przynajmniej tak to miało brzmieć.
Nie uspokoiło to technika. Nadal blokował przejście starszej sierżant. A gdy ta próbowała go wyminąć, przytrzymał ją.
– Puść mnie, zboku. Jeden wpatruje się we mnie jakby był zakochany, drugi mnie obmacuje – wysyczała, spychając ręce policjanta. I ostrym tonem zwróciła się do lekarza, który spoglądał w ich kierunku:
– Pan też chce mnie przelecieć?
– Wolę takich ludzi. Przynajmniej leżą spokojnie – odparł Wist grobowym głosem, wskazując na zwłoki.
Jego wypowiedź wywołała ogólną konsternację, wszyscy wpatrywali się w niego osłupiali. Wist jednak nic sobie z tego nie robił. Przeciągnął się, prezentując swoją chudą i wysoką postać, a następnie podrapał się nadgarstkiem po łysinie i pociągłej twarzy. W końcu skierował zdziwiony wzrok na pozostałych.
– No co? Przecież macałem ciało w rękawiczce.
Tym razem Cichy parsknął śmiechem. Czarny humor Wista, reakcje ludzi na niego i jego teksty były jedyne w swoim rodzaju. Potrafiły go rozweselić.
– Skończmy ten cyrk, ludzie patrzą, a my się kłócimy nad zwłokami – nakazał po chwili.
