Śniąca - Nike Carter - ebook + książka
NOWOŚĆ

Śniąca ebook

Nike Carter

0,0

Opis

Sny nigdy nie przychodzą bez powodu

Od kilku miesięcy Nike mieszka sama. Mama zostawiła ją, kiedy miała roczek, a tata niedawno trafił na odwyk. Dziewczyna nie ma nikogo bliskiego poza Florą, swoją najlepszą przyjaciółką, dlatego przez większość czasu towarzyszy jej samotność.

I sny. Dziwne, niepokojące wizje, które stopniowo zaczynają wpływać na rzeczywistość.

Nike chce zrozumieć, co one znaczą, odnaleźć matkę i zawalczyć o własne marzenia. Najpierw jednak musi zmierzyć się z dręczącymi ją lękami, chłopakiem, który coraz częściej zaprząta jej myśli, i długo skrywanymi sekretami.

Czy zdoła uporać się z ponurą codziennością, zanim sny całkowicie nią zawładną?

A może… te wizje są zapowiedzią czegoś znacznie większego? Czegoś, co wykracza poza znaną jej rzeczywistość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 287

Rok wydania: 2022

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Nike Carter

Śniąca

Prolog

Nie jestem już taka sama jak kiedyś. Miałam wielu znajomych. Spędzałam z nimi dużo czasu. Moje życie było wtedy idealne. W ciągu ostatnich miesięcy bardzo się zmieniłam. Na lepsze i gorsze zarazem.

Nie wiem, co dokładnie zrobiłam, ale straciłam przyjaciół. Może oni mnie tak naprawdę nie lubili? Nie sądzę, że niewielkie zmiany w moim zachowaniu wpłynęły na znajomych. Przy innych ludziach wykonuję większość tych samych czynności co kiedyś. Choć wiele się zmieniło.

Moje życie się sypie. Została mi tylko jedna przyjaciółka. Ma na imię Flora. W mitologii rzymskiej to bogini wiosny i kwiatów. Moje imię też nie jest przypadkowe.

Jestem Nike. W mitologii greckiej bogini zwycięstwa.

Imiona moje i przyjaciółki pasują do naszych charakterów. Flora uwielbia kwiaty, a ja się nie poddaję. Kiedy wyznaczę sobie cel, dążę do niego. Moje motto głosi: „zawsze do samego końca”. Nigdy nie odpuszczam.

Czasami mam przeczucie, że ja i Flora jesteśmy kimś więcej niż przyjaciółkami. Może jest to spowodowane znajomością naszych mam. One przyjaźniły się od dzieciństwa. Były nierozłączne.

Tak samo jak my z Florą. Nasze mamy lubiły mitologię, dlatego właśnie tak się nazywamy. Każda z nas ma imię po ulubionej bogini swojej matki.

Wracając do tematu zmian…

Od jakiegoś czasu dzieją się wokół mnie niewyjaśnione rzeczy. Słyszę dziwne dźwięki. Ostatnio parę razy miałam omamy i urojenia. Mogę mieć osobowość borderline, ale się tym nie przejmuję. Normalnej osobie zależy na jej stanie psychicznym.

Czy ja się zaliczam do takich osób? Chyba nie, a nawet jeśli, to co mam z tym zrobić? Po co mam interesować się swoim zdrowiem, skoro nie mam w życiu osoby, na której mi zależało? Moja mama zostawiła mnie i mojego tatę, kiedy miałam jakieś dwanaście lat.

Nie przejmuję się więc borderline czy diabli wiedzą, jakim jeszcze cholerstwem. Mam gorsze zmartwienie.

Sny.

Każdy je przecież ma. Po prostu nie każdy pamięta, co mu się śniło. Czy jest coś złego w tym, że pamiętam moje sny? Wszystko, a zarazem nic. Normalnie nie ma się czego obawiać w takiej sytuacji. Niestety w moim przypadku tak nie jest.

Zazwyczaj ludzkie sny dotyczą głupot. Wynika to z tego, że podczas spania część mózgu, która myśli, jest nieaktywna.

Jestem przerażona, ponieważ moje sny po krótkim czasie dzieją się w rzeczywistości.

W ostatnim czasie chodzę do szkoły niewyspana. Przez te sny nie mogę zmrużyć oka, gdyż boję się, że znowu mnie nawiedzą, gdy będę spać. Wiele razy budziłam się w nocy, krzycząc na całe mieszkanie. Miałam też dreszcze i migreny. To przekleństwo męczy mnie od początku tego roku szkolnego.

Chodzę do przedostatniej klasy liceum. Razem z Florą jesteśmy na kierunku biol-chem. Ona uwielbia roślinki i zwierzęta – tylko diabeł wie, co jeszcze. Ja natomiast wolę doświadczenia chemiczne.

Flora jest już w klasie maturalnej. Od piątego stycznia ma dziewiętnaście lat. Nie dość, że jest o rok starsza, to jeszcze o dwa miesiące szybciej obchodzi urodziny. Mój dzień narodzin wypada piętnastego marca.

Skoro mówię o miesiącach, to warto wspomnieć o ważnej sprawie. Jest już luty.

Nawet nie wiem, który dzień. Nie zaglądam w kalendarz, ponieważ nie ma to sensu. Pół roku temu straciłam znajomych. Od tamtego czasu mam depresję.

Przyzwyczaiłam się do tego, że ludzie nie chcą mnie znać. Chory na depresję może się do niej przyzwyczaić i żyć tak nawet całe życie.

Od utraty znajomych minęło sporo czasu, ale nadal mi ich brakuje. Została tylko Flora. Czasami mam wrażenie, że nawet ona staje się dla mnie obcą osobą.

Borderline, depresja, utrata znajomych i rodziców oraz sny.

Ta ostatnia rzecz martwi mnie najbardziej. Popadam w coraz cięższe problemy psychiczne, a ja się tym nie przejmuję.

Co takiego się we mnie zmieniło?

Przez choroby wiele rzeczy. Mniej jem, płaczę, słyszę dźwięki, mam omamy, urojenia, nie cieszę się z życia, unikam ludzi. Zmieniłam też moją codzienną rutynę. Zrobiłam to z powodu tych przeklętych snów.

Przestałam prowadzić bookmedia, pisać opowiadania w moim zeszycie, chodzić na spacery oraz czytać książki, zrezygnowałam z robienia makijażu, który kochałam. Po skończonych lekcjach wracam do domu, w którym pozwalam sobie okazać słabości. Płaczę godzinami w poduszkę, bo w końcu nie muszę udawać uśmiechniętej dziewczyny, i zadręczam się własnymi myślami. Ostatnio zaczęłam pytać ludzi w szkole, czy wiedzą coś o snach, które przepowiadają przyszłość.

Przynajmniej próbuję dowiedzieć się czegoś od innych. Niestety bezskutecznie. Te rzeczy, które wymieniłam, to tylko przykłady zmian w moim zachowaniu.

Mogłabym porozmawiać z Florą o snach. Czasami twierdzę, że to dobry pomysł, ale nie chcę jej się zwierzać z moich problemów.

Mam ją martwić głupimi snami? Nawet gdybym jej powiedziała, to co ona mogłaby zrobić? Stwierdzi, że oszalałam, albo porozmawia z moją wychowawczynią, która wyśle mnie do szkolnego psychologa.

Mam nadzieję, że moje życie niedługo się ułoży. Nie chcę już mieć tych przeklętych snów. Chcę wrócić do stanu, w jakim byłam półtora roku temu. Jeśli to przekleństwo się nie skończy, a Flora odejdzie ze szkoły, to ja sobie z tym nie poradzę.

Cokolwiek oznaczają moje sny, dowiem się. Nie poddaję się, ponieważ mam na imię Nike.

Rozdział 1

Zły początek dnia

Cholerny budzik znowu nie zadzwonił. Jest za pięć ósma. Nie zdążę na pierwszą lekcję.

W sumie się tym nie przejmuję. Kiedyś zależało mi na byciu o czasie. Teraz mam wszystko gdzieś.

Za pięć minut zaczynam lekcję i nic nie mam zrobione. Jestem w piżamie, bez zjedzonego śniadania, a plecak świeci pustkami.

Wstaję z łóżka. Wkładam kapcie i planuję iść do łazienki.

Kiedy staję w drzwiach mojego pokoju, słyszę dźwięk komórki. Idę z powrotem w kierunku łóżka. Kiedy sprawdzam, kto napisał, okazuje się, że to moja przyjaciółka.

Flora:

Hej. Gdzie jesteś? Za dwie minuty lekcja. Odpisz.

Czytam wiadomość ze skupieniem. Myślę przez chwilę, co jej odpisać. Oczywiście, że muszę odpowiedzieć na wiadomość Flory. Znając moją przyjaciółkę, ona już się martwi. Po chwili namysłu odpisuję na jej wiadomość.

Ja:

Zaspałam.

Flora:

Podjechać po ciebie?

Czy ona oszalała? Flora powinna być teraz w szkole, więc jak ona chce do mnie przyjechać?

Ja:

Ty przecież w szkole jesteś.

Flora:

Na pewno? Zobacz przez okno.

Podchodzę do okna. Ona naprawdę na mnie czeka!

Biegnę do łazienki umyć szybko zęby oraz opłukać twarz po nocy, bo wyglądam jak zombie.

Kiedy wychodzę z toalety, idę do garderoby. Zastanawiam się chwilę, w co się ubrać. Patrzę na każdy ciuch z osobna i nie mogę się zdecydować.

Przenoszę wzrok na moją ulubioną półkę.

Ze swetrami.

Uwielbiam je nosić.

Mam ich całe mnóstwo. W przeróżnych kolorach. Od ciepłych, które są radosne, do zimnych, czyli smutnych.

Patrzę, który kolor dziś do mnie przemawia. Po chwili mój wzrok pada na ten ukochany sweter.

Granatowy.

To dla mnie szczególny kolor. Nie tylko ja tak twierdzę. Moja mama go uwielbiała. Interesowała się minerałami.

Jej ulubionym był lapis lazuli, dlatego kochała wszystko, co było granatowe. Ten minerał symbolizuje wiele rzeczy. Tak samo jak każdy inny.

Moja matka go uwielbiała, bo jego właściwości to dostrzeganie piękna i wartości świata. Natomiast kolor granatowy ma zdolności wyciszające, łagodzące oraz uspokajające.

Wszystkie te umiejętności kiedyś bardzo mi się przydawały. Niestety, odkąd mam te sny, nie potrafię doświadczyć tych stanów emocjonalnych.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio przeżyłam chociaż jeden spokojny dzień lub dostrzegłam piękno świata.

Dawno temu potrafiłam odczuwać każdą z tych emocji. Kiedy to się działo, byłam szczęśliwa.

Po włożeniu granatowego swetra idę poszukać spodni. Nie poświęcam temu zadaniu dużo uwagi. Wyciągam z półki pierwsze lepsze dżinsy.

Szare.

Większość ludzi zna odcienie kolorów, ale ja nie. Potrafię tylko nazwać podstawowe barwy oraz kilka ich połączeń.

Idę do lustra zobaczyć, jak wyglądam.

Czego mogłabym się spodziewać? Że niby będę ładnie wyglądać?

Kiedyś byłam zadowolona z mojego wyglądu. Od tego roku szkolnego tak nie jest. Uważam się za brzydką. Oczywiście ładnie to ujęłam, ponieważ tak naprawdę twierdzę, że wyglądam ohydnie.

Znając Florę, ona dziś powie coś w stylu: „Te spodnie pasują do koloru twoich oczu”.

Mam założony granatowy sweterek, który jest bardzo miękki i ciepły. Spodnie oraz oczy mam teraz takiego samego koloru, czyli szare.

Moja mama miała taką samą barwę tęczówek jak ja.

Nawet kolor włosów mam po niej.

Jasny blond. Nie związałam ich dzisiaj, bo czuję się wtedy wolna.

Nike oznacza zwycięstwo. To słowo można rozumieć na wiele sposobów. Dla mnie zwycięstwo oznacza wolność.

Wychodzę z garderoby. Szybko biegnę do mojego pokoju. Pakuję potrzebne książki do plecaka. Sprawdzam po raz setny, czy wszystko wzięłam. Oczywiście, że jestem gotowa.

Zbiegam po schodach na dół i otwieram drzwi bloku. Na podjeździe czeka na mnie Flora – brunetka z włosami do ramion i pięknymi niebieskimi oczami, w których widać troskę. Z wyglądu jestem podobna do mamy, a moja przyjaciółka do swojego taty.

Obok stoi jej motorower. Podchodzę do niego. Przyjaciółka podaje mi kask, który zakładam na głowę. Oczywiście, że siadam z tyłu, więc muszę złapać przyjaciółkę za plecy.

– Pięć minut – mówi Flora, niemal się śmiejąc. – Już nie robisz makijażu tak jak kiedyś? – Teraz obie się śmiejemy.

Flora się ze mnie nabija z powodu dyskoteki, która była rok temu. Szukałam odpowiedniego stroju i robiłam makijaż chyba przez trzy godziny.

– Mam jeszcze czas. Jak chcesz, mogę wrócić do domu i zrobić makijaż – mówię obojętnym tonem.

Robię to, żeby ją rozzłościć i pojechać już do szkoły. Flora obrzuca mnie dziwnym spojrzeniem.

W tym roku szkolnym nie zrobiłam makijażu ani razu. Od pierwszej klasy liceum nie mogłam wyjść z domu niepomalowana.

Teraz się tym nie przejmuję. Nie interesują mnie sprawy, które kiedyś uwielbiałam.

Makijaż, dyskoteki, ubrania, media społecznościowe i znajomi.

Tej ostatniej rzeczy najbardziej mi brakuje. Nie wiem, czy pamiętam wszystkie czynności, które kiedyś mnie interesowały. Znając życie, o połowie nie wspomniałam.

W depresję nie popadłam z powodu tego cholerstwa zwanego snami. Tylko przez samotność. W domu od miesiąca przebywam sama, ponieważ mój tata jest alkoholikiem. Trafił do ośrodka na przymusową terapię.

Skoro w przyszłym miesiącu mam urodziny, muszę mieć do tego czasu opiekuna prawnego. Przynajmniej tymczasowego. Tata Flory zgodził się być tą osobą.

Na szczęście nasz układ mi się podoba. Jestem sama w domu, a raz w tygodniu Billy, czyli tata Flory, mnie odwiedza. Jego zadaniem jest tylko podpisywanie zgód na wycieczki klasowe i zaglądanie do mojego mieszkania, żeby sprawdzić, czy nie narozrabiałam.

W żadnej innej sprawie go jeszcze nie potrzebowałam. Przynajmniej na razie. Jemu też nie mówiłam o moich problemach.

Tak naprawdę zbyt dużo nie wiem o moim opiekunie prawnym.

Chodził do jednej klasy z moimi rodzicami i tam poznał matkę Flory. Z tego, co wiem, teraz jest jakimś biznesmenem.

Podobno z całej czwórki najlepiej zdał maturę.

No tak, zawsze zapominam, że moi i Flory rodzice nie tylko chodzili razem do klasy. Byli dla siebie kimś więcej.

Tworzyli paczkę najlepszych przyjaciół. Mówili na siebie „Bastety”. Znowu nawiązanie do mitologii, tym razem egipskiej.

Nasze matki uwielbiały różne stare mity z wielu krajów.

W Egipcie Bastet jest uważana za boginię miłości, radości, muzyki, tańca, domowego ogniska, płodności i kotów.

Zapewne nasze matki, nazywając tak swoją paczkę, miały na myśli rzeczy związane z zabawą.

– Słuchasz mnie w ogóle?! – krzyczy lekko oburzona przyjaciółka.

Ja jej nie słuchałam, ponieważ byłam zamyślona.

– Sorry. Zamyśliłam się na chwilę. Powtórzysz? – Próbuję udawać przed bestie niewiniątko i przy okazji zachowywać się w miarę normalnie.

Muszę ją okłamywać, że wszystko jest tak jak wcześniej, bo inaczej Flora się domyśli. Jeśli do tego dojdzie, będę musiała jej o wszystkim opowiedzieć.

Z całą pewnością nie chcę jej się zwierzać z moich naiwnych snów.

– Mamy dzisiaj piątek – zaczyna przyjaciółka z entuzjazmem. Ona się uśmiecha, więc ja to odwzajemniam, ponieważ w każdej chwili może się odwrócić w moją stronę. – Wybierzesz się ze mną na zakupy po szkole? – Słyszę w jej głosie nadzieję i ekscytację.

Gdy po chwili się do mnie odwraca, kiwam głową na potwierdzenie. Flora w odpowiedzi wybucha głośnym piskiem.

Jak ona może w takim stanie prowadzić? Ja z powodu ekscytacji nie potrafię usiedzieć w miejscu, a co dopiero mówić o kierowaniu.

Kiedy Flora przestaje się drzeć, zaczyna gadać jak najęta o sklepach, które chce ze mną odwiedzić. Oczywiście, że po raz kolejny jej nie słucham.

Patrzę przed siebie. Widzę miasto, które kiedyś tak uwielbiałam.

Po pięciu minutach jesteśmy na terenie szkoły. Flora szuka wolnego miejsca parkingowego.

– Skręć w lewo – mówię obojętnym tonem.

Flora patrzy w kierunku, który wskazałam. Zaparkowałyśmy, ale przyjaciółka każe mi zostać jeszcze chwilę na miejscu. Ściągamy kaski z głowy, żeby lepiej nam się rozmawiało.

– Co jest? – pytam oburzona.

Czego ona ode mnie chce? Podwiozła mnie do szkoły, żebym się jak najmniej spóźniła na pierwszą lekcję, a teraz chce ze mną o czymś porozmawiać?!

– Nana – użyła pseudonimu, który wymyśliła mi dawno temu. – Martwię się o ciebie. Co się z tobą ostatnio dzieje? – Słyszę w jej głosie jednocześnie obawę i gniew, bo twierdzi, że coś przed nią ukrywam.

Ona ma rację. Nie mówię jej wszystkiego. Moje problemy należą do mnie. Flora też nie ma matki, więc po co mam dokładać jej więcej cierpienia?

– Forelle – ripostuję jej tym samym. Każda z nas ma swój pseudonim. Mój brzmi dziecinie, a jej coś oznacza. To nazwa ryby po niemiecku. W końcu każda normalna osoba mówi na swoją przyjaciółkę „pstrąg” po niemiecku. – Nie musisz się martwić, wszystko jest w porządku – próbuję ją przekonać.

Najpierw chyba sama powinnam uwierzyć w to kłamstwo. Niestety wiem, że w moim życiu trochę rzeczy się posypało.

– Na pewno? – Flora nie jest przekonana.

Ona bardziej się przejmuje innymi niż sobą. A człowiekiem, o którego najbardziej się troszczy, jestem ja. Nie wiem, dlaczego akurat mnie wybrała.

Flora obrzuca mnie tym swoim spojrzeniem, którego używa, kiedy chce sprawdzić, czy kłamię.

– Nike! – huknęła na mnie.

– Forelle, daj spokój. Jest okej, rozumiesz? – mówię spokojnym tonem. – Idziemy już na lekcję? – Chcę zmienić temat i przy okazji uciec już od Flory.

– Chodź, i tak jesteśmy spóźnione, ale pospieszmy się trochę – odpowiada z lekkim uśmiechem, żeby dodać mi otuchy na ten dzień.

– Miłego dnia, Floro – rzucam z entuzjazmem, który nie jest udawany.

– Tobie też, Nike – mówi z radością.

Wysyłam jej w odpowiedzi uśmiech. Jako pierwsza postanawiam pójść w stronę szkoły. Flora przekręca kluczyki w stacyjce, po czym przyspiesza kroku, żeby mnie dogonić.

Każda z nas kieruje się do swojej sali lekcyjnej. W połowie drogi do mojej klasy Flora zostawia mnie samą. Niestety nie możemy mieć wspólnych lekcji.

Przemierzam sama pusty korytarz. Tak wiele się na nim wydarzyło.

Bójki, wyznania miłości, pocałunki, żarty, kłótnie i liczne pogaduszki.

Kiedyś sama uczestniczyłam w większości tych rzeczy. W pierwszej klasie miałam nawet chłopaka.

Niby tak dawno, a jednak mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Dwa lata temu zerwałam z chłopakiem. W sumie bardziej on ze mną, ale po co rozpamiętywać szczegóły.

Zatrzymuję się przed moją klasą. Mam wątpliwości, czy powinnam wchodzić. Najchętniej wróciłabym do domu. Jeśli jednak to zrobię, Flora umrze z nerwów, gdy się o tym dowie.

Biorę głęboki wdech i lekko uchylam drzwi. Wszyscy przerywają robienie notek, ponieważ wbijają we mnie zaciekawione spojrzenia.

– Panno Vanes, która jest godzina? – pyta ironicznie nauczycielka, a w jej głosie słychać złość i pogardę.

– Ósma dwadzieścia – odpowiadam cicho, ale wiem, że mnie usłyszała.

– No właśnie! Punktualnie o ósmej zaczynamy lekcje. Weź się w końcu garść, dziewczyno! – krzyczy pani Q.

To jest jej przezwisko wymyślone przez uczniów. Tak naprawdę mało kto zna jej imię. Jestem jedną z nielicznych osób, które je zapamiętały z rozpoczęcia roku.

Od lat grono pedagogiczne prawi kazania nowym uczniom. Opowiada o historii szkoły, zachwala poziom nauki i każdy nauczyciel musi się przedstawić.

Pani Quintina Snoll, czyli nauczycielka, która mnie ochrzaniła za spóźnienie, nie jest lubiana w szkole.

To delikatne określenie, bo ona jest wręcz uważana za najgorszą osobę na świecie. Uczniowie dali jej wiele przezwisk.

Suka. Szmata. Zdzira. Jędza. Babsztyl.

To pierwsze jest moim ulubionym dla pani Quintiny.

Moja najmniej lubiana nauczycielka skończyła już robić mi wykład. Wysłuchałam jej, niezbyt skoncentrowana na tym, co mówi.

Gdybym miała opisać wygląd Snoll, powstałaby o tym cała książka. W skrócie ma średniej długości, ciemne włosy, piwne oczy, dużo zmarszczek na twarzy – jak na czterdzieści lat, to chyba trochę za dużo. Jej spojrzenie jest najgorsze.

Lodowate.

Nawet bardzo.

O każdym nauczycielu mogę coś powiedzieć. Pani Q nie jest wyjątkiem.

Wiadomo o niej, że skończyła bardzo dobre studia. Według plotek jest Polką. Na imię ma Ania, jeśli dobrze kojarzę.

Quintina to jej drugie imię. Chyba zanim się tu zatrudniła, załatwiła sobie podwójne obywatelstwo.

Jej matka jest Polką, a tata Szkotem. Jeśli się nie mylę, studiowała w Cambridge filologię angielską.

Niestety na studiach nie ma przedmiotu o nazwie „bycie jędzą” – gdyby był, na pewno byłby ulubionym pani Q.

Rozdział 2

Zobaczymy, co przyniesie los

Idę do swojej ławki ze spuszczoną głową. Na szczęście nikt nie widzi mojej twarzy, ponieważ opadają mi na nią włosy.

Kiedy siedzę już w ławce, rozmyślam tylko nad moim przeklętym losem.

Strata matki. Brak znajomych. Depresja. Borderline. Tata.

On też nie wytrzymał bez mojej matki. Byli w sobie bardzo zakochani. Pierwsze litery ich imion tworzą razem słowo „JA”.

Jane i Ariel.

To imiona dwóch osób, które zawsze chciałabym mieć przy sobie.

Patrzę na zegarek na ścianie. Za pięć minut koniec lekcji. Wygląda na to, że na długo odpłynęłam myślami.

Rozbrzmiewa dzwonek, a ja szybko pakuję rzeczy do plecaka. Oczywiście sucz zadała esej. Mamy w nim napisać, co planujemy robić po napisaniu matury.

Wychodzę z sali, gdy nagle czuję na ramieniu czyjąś dłoń. Zostaję popchnięta na szafki. Teraz jestem przyciśnięta i nie mogę się ruszyć. Na obu ramionach czuję czyjeś ręce.

– Kogo my tu mamy? – pyta rozbawiony chłopak, który przyciska mnie do szafki.

– Czego chcesz? – odpowiadam zaniepokojona.

Blondyn, któremu włosy prawie opadają na jego zielone oczy, nie odrywa ode mnie wzroku ani na sekundę.

– Chcę się zabawić, a ty mi w tym pomożesz – oznajmia i zaczyna się uśmiechać.

– Koleś, błagam, daj mi spokój – mówię błagalnym głosem, ale to wszystko na nic.

– Chłopaki! – woła swoją paczkę. – Zobaczcie, kogo tu mam – rzuca z triumfalnym uśmieszkiem.

Podchodzi do mnie dwóch jego kolegów.

Jeden gruby, z brązowymi włosami, a drugi wysoki, z takimi samymi włosami co blondyn, który trzyma mnie za ramiona.

Znając życie, tych dwóch podobnych chłopaków jest braćmi.

Każdy trzyma mnie pod pachą, żebym im nie uciekła. Ten, który mnie tu zaciągnął, podchodzi bliżej.

Wyciąga rękę przed siebie, po czym dostaję porządnie w twarz. Jego koledzy mnie puszczają, a wtedy upadam na podłogę.

***

Otwieram pomału oczy. W pomieszczeniu jest bardzo jasno, więc zaczynam mrugać.

Kiedy mój wzrok przyzwyczaja się do oświetlenia, zaczynam się rozglądać dookoła, żeby rozpoznać miejsce, do którego trafiłam. Dostrzegam Florę, która siedzi obok mnie na krześle.

– Kochana, tak się o ciebie martwiłam – mówi z przejęciem.

– Co się stało? – pytam zdezorientowana.

– Jakiś chłopak cię pobił i upadłaś na podłogę. – Jej zatroskany głos trochę mnie irytuje.

– Forelle, głowa mnie boli – oznajmiam bez namysłu.

– Poprosić pielęgniarkę o tabletkę przeciwbólową? – pyta Flora z uśmiechem.

– Forelle, jeszcze tu jesteś? – żartuję sobie z niej. – No idź już – mówię ochrypłym głosem.

Zostałam sama w tym pomieszczeniu. Leżę na łóżku.

Jak na szkolne standardy, to jest bardzo wygodne. Nawet za bardzo.

Zamykam na chwilę oczy. Próbuję sobie przypomnieć, co się wydarzyło. Pamiętam lekcję z Q.

Już wiem. Oczywiście, że to ja musiałam zostać ofiarą prześladowców.

– Mogę wejść? – słyszę głos Mayi, czyli szkolnej pielęgniarki.

Uczniowie ją uwielbiają. Ona jest z milion razy lepsza od Quintiny.

Często odwiedzam panią Mayę, żeby tylko się z nią przywitać, bo jest tak sympatyczną osobą. Już na pierwszy rzut oka to widać.

Wystarczy tylko spojrzeć w jej tęczówki, a jak ktoś nie wierzy, to niech spędzi z Mayą chwilkę, a sam się przekona.

Rude włosy sięgają jej do połowy pleców. Nosi małe okulary z fioletowymi zausznikami. Na obu policzkach ma parę piegów. Z jej niebieskich oczu tryska dobroć – tak samo jak u Flory.

Pielęgniarka zawsze jest uśmiechnięta i to jest jeden z jej znaków rozpoznawczych.

Niektóre nowe osoby w szkole myślą, że Maya jest w klasie maturalnej, bo wygląda na maksymalnie osiemnaście lat. A tak naprawdę od czternastego stycznia ma dwadzieścia dwa lata.

Maya jest jedyną osobą w szkole, której datę urodzin pamiętam, dlatego co roku, odkąd ona tu pracuje, składam jej życzenia i piszę dla niej wiersz.

Kiedyś to było moje hobby i zajmowałam się nim codziennie, a teraz ewentualnie nakreślę parę zdań znajomym na urodziny.

Przez parę miesięcy rozważałam napisanie książki, nawet Maya uznała to za dobry pomysł, kiedy jej o tym powiedziałam.

Ona tak uwielbiała swoje liceum, że nie potrafiła go opuścić – i tego nie zrobiła. Maya od kilku lat jest jego absolwentką.

O mojej ulubionej osobie w szkole mogę opowiadać godzinami – w odróżnieniu od innych nauczycieli albo pracowników tego budynku.

– Oczywiście – odpowiadam krótko, ponieważ ból jest nie do wytrzymania.

Pielęgniarka uchyla lekko drzwi, żeby zobaczyć, jak się czuję. Kiedy widzi, że już się obudziłam, postanawia wejść do środka. Razem z nią wróciła też Flora.

– Dzień dobry, Nike – wita się Maya.

– Hejka – odpowiadam.

– Powiedz mi, proszę, co cię dokładnie boli – mówi kojącym głosem.

– Głowa, w cholerę – tłumaczę.

Maya podchodzi do mnie ze szklanką wody i z tabletką przeciwbólową. Połykam pastylkę, a w następnej chwili z powrotem kładę się wygodnie na łóżku.

– Jeśli byś czegoś potrzebowała, daj znać – odzywa się Maya łagodnym głosem.

– Okej, stara – odpowiadam.

Pielęgniarka wychodzi i zostaję sama z Florą. Patrzymy na siebie w milczeniu. Ta cisza mnie dołuje. Widzę w jej oczach strach.

Ona zbyt często się o mnie martwi. Czym sobie zasłużyłam na taką przyjaciółkę? Forelle jest miła, uprzejma, empatyczna i pomocna.

W nieskończoność mogę wymieniać jej pozytywne strony.

– Nana, martwię się o ciebie. Nie chodzi mi tylko o dzisiejszą sytuację przy szafce. Ostatnio dziwnie się zachowujesz – oznajmia Flora swoim zatroskanym głosem, którego często używa.

Obrzucam Forelle lekko podejrzliwym spojrzeniem, żeby uwierzyła w moje kłamstwo. Tak naprawdę nic nie jest w porządku. Nie powiem Florze prawdy, bo nie da mi normalnie żyć.

Postanawiam wrócić na lekcje. Forelle ten pomysł się nie podoba, ale nie zmusi mnie do zmiany zdania.

Kiedy wychodzimy z gabinetu pielęgniarki, uprzejmie żegnamy się z Mayą, a w jej oczach widać tę samą dobroć co wcześniej oraz troskę połączoną z serdecznością. Ona w odpowiedzi życzy nam miłego dnia.

Idziemy korytarzem pełnym uczniów. Niestety musiałyśmy trafić na przerwę. Najchętniej zapadłabym się teraz pod ziemię.

Zatrzymujemy się przy mojej sali, w której mam mieć ostatnie zajęcia.

– Pamiętaj, po tej lekcji jedziemy na zakupy – mówi podekscytowana Flora.

– Nie zapomnę, tylko jeśli zemdleję z nudów w sklepie z ubraniami, to się nie zdziw – tłumaczę przyjaciółce po raz setny, bo ona wie, ale czasami zapomina, że nie lubię sklepów z ubraniami.

– Znowu wyleciało mi to z głowy. Nie lubisz mojego ulubionego sklepu, przecież Reserved jest fajny. – Wzrusza ramionami.

– Ty za to nie lubisz bibliotek – ripostuję, a na mojej twarzy wita triumfalny uśmiech.

– Planowałam kino, ale skoro nie lubisz robić ze mną zakupów, to trudno… – mówi żartem i uśmiecha się szyderczo.

– Stawiasz popcorn? – pytam głosem zadowolonej pięciolatki.

To nasza tradycja, że Forelle stawia popcorn, a ja bilety.

– Pewnie, że tak. Tradycji się nie zmienia – odzywa się pełna entuzjazmu.

Rozbrzmiewa dzwonek na ostatnią lekcję. Flora biegnie pod swoją salę na sam dół. Na szczęście ja nie mam daleko na chemię.

Nasza szkoła liczy tylko dwa piętra. Gabinet pielęgniarki i moja sala znajdują się na ostatnim piętrze.

Gdy pani Natalie Antares, nauczycielka chemii, wraca z dyżuru, który miała piętro niżej, zaczyna powoli otwierać drzwi.

– Dzień dobry, klaso – mówi uprzejmym głosem.

– Dzień dobry – odpowiada większość uczniów.

Pani Antares nie jest najmilsza ani też najwredniejsza. Potrafi nas ochrzanić albo pochwalić. Jak ją zdenerwujemy, robi niezapowiedziane kartkówki.

Ona nie przejmuje się za bardzo słownictwem na lekcji. Może dlatego mnie i reszcie uczniów łatwiej jest się o niej tak wulgarnie wypowiadać. Dużo osób wymyśliło dla pani Antares mało przyzwoite przezwiska.

Pierwiastki przestałyby pierwiastkować, gdyby dowiedziały się o słownictwie naszej chemiczki. Tylko ona ze wszystkich nauczycieli ma tupet, żeby przeklinać na lekcji.

Moim największym szkolnym marzeniem jest pojawienie się dyrektorki na lekcji chemii. Antares spadłaby korona z głowy, a uczniowie mieliby bekę z jej bezsensownych tłumaczeń.

Normalna nauczycielka nie mówi tak przy uczniach albo o nich w taki sposób. Pani Antares, jak widać, jest wyjątkiem. Niejedna osoba z personelu szkoły zachowuje się, jakby uciekła z wariatkowa. W szczególności nasza chemiczka. Nie zdziwiłabym się, gdyby naprawdę tak było.

Patrzę zamyślona przez okno. Znowu widzę za nim tę czarną postać.

Wewnętrznie panikuję, ale nikt nie może tego zauważyć. Biorę kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić.

Niestety Natalie musi zwrócić na mnie uwagę. Przepraszam, pomyliło mi się, chodziło o wredotę. Każdy nauczyciel ma swoje przezwisko.

Oczywiście wolę nazywać nauczycieli po imionach, nazwiskach albo skrótem, jak w przypadku pani Q.

Wyzwisk mogę używać tylko przy uczniach mojej szkoły albo jak siedzę sama w pokoju.

– Panno Vanes, dlaczego tak nienaturalnie wdychasz powietrze? – pyta Natalie.

– Słabo mi się zrobiło… – Dla lepszego efektu udaję słaby głosik, żeby uwierzyła w to kłamstwo.

– Skoro tak lubisz powietrze, to na pewno z wielką chęcią wymienisz mi, co wchodzi w jego skład. – Zbliża się do mnie.

Teraz stoi przed moją ławką. Dla lepszego efektu ręce trzyma na biodrach. Widzę po jej twarzy, że nie odpuści mi tego pytania.

– Dwadzieścia jeden procent tlenu, siedemdziesiąt osiem azotu i jeden procent innych składników, których jest wiele – mówię obojętnym tonem i przewracam oczami.

Nauczycielka odwraca się i udaje z powrotem w kierunku swojego fotela. Po drodze jej lekko kręcone, rudoblond włosy latają w powietrzu.

Ubrana w brązowy sweter i czarne spodnie budzi respekt wśród innych uczniów. Buty ma dziś powyżej kostki. Jeśli się nie mylę, są zrobione ze skóry. Na dodatek w jej ciemnych oczach można niemal dostrzec płomienie zła oraz buntowniczą aurę.

Nie zdziwiłabym się, gdyby jej chłopakiem był szatan lub szef mafii.

Kiedyś przyszła do szkoły w mniej odpowiednim stroju. Czarne szpilki, pomalowane usta i granatowa obcisła sukienka. Włosy miała wtedy rozczochrane. Brakowało jej tylko broni.

Wyobrażam sobie nauczycielkę jako gangsterkę, która zostaje nazwana obłąkaną blondynką.

Nauczycielka, kiedy siedzi już na swoim fotelu, obrzuca całą klasę lodowatym spojrzeniem. Jej oczy są ciemne jak smoła. Twarz ma wypraną ze wszelkich emocji.

Po długich minutach lekcji w końcu dzwoni upragniony dzwonek. Pakuję szybko rzeczy do plecaka i udaję się do szatni.

Założę się, że Flora nie może już wytrzymać z ekscytacji. Nie zdziwię się, jeśli będę musiała za nią prowadzić.

Z taką osobą jak Flora nigdy nie wiadomo, co się wydarzy.

Lepiej, żebym była przygotowana na to, że dziś mogę być kierowcą do galerii.

Rozdział 3

Amerykanin

Ledwo udało mi się wyjść cało z szatni. Ku mojemu zdziwieniu nie zostałam zdeptana przez innych uczniów.

Stoję przed szkołą i wypatruję przyjaciółki.

– Nike! – słyszę jej głos z drugiego końca parkingu.

A ta już plotkowała ze znajomymi, co za typiara z niej. Przy każdej możliwej okazji musi wdać się w pogaduchy z każdą napotkaną osobą.

Idzie w moją stronę, jakbym nie mogła sama podejść do motoroweru. Mija chwila i Flora stoi obok mnie. Przez chwilę rzuca mi podejrzliwe spojrzenie. Przemierzamy parking w absolutnej ciszy. Wszyscy się na nas gapią. Czuję to.

Głowę specjalnie mam spuszczoną, żeby na nikogo nie patrzeć. W oddali słyszę pojedyncze szepty.

Czy ja i Flora jesteśmy taką sensacją, by nas obgadywać i gapić się, jakbyśmy były psychopatkami?

Mam nadzieję, że moja przyjaciółka nie stała się seryjną morderczynią. Gdyby naprawdę tak było, na pewno dowiedziałabym się o tym jako ostatnia.

Moje przypuszczenia, że będę musiała prowadzić, były słuszne. Flora kazała mi usiąść za kierownicą.

Wiele osób się pewnie zastanawia, dlaczego siedemnastolatka prowadzi. Odpowiedź jest prosta: we Francji można prowadzić niektóre pojazdy przed osiągnięciem pełnoletności.

Ile ja bym teraz dała, żeby jechać autem… Dlaczego motorower nie może mieć bagażnika? Niestety z tego względu przez całą drogę musimy mieć plecaki na plecach.

Rano mi to nie przeszkadzało, ale teraz? Po całym dniu moje plecy domagają się masażu, którego niestety nikt im nie zrobi. W spadku po rodzinie nie trafiła mi się prywatna masażystka.

– Jak w szkole? – pyta z uśmiechem moja przyjaciółka.

– Dzień jak co dzień. Najgorzej spędzone godziny w moim życiu – rzucam. – Flora, żart, okej? Nie było aż tak źle – dopowiadam.

Patrzę na kierownicę, jednocześnie orientując się, że nie mam kluczyków. Florę też olśniło i przypomina sobie o tym drobnym szczególe.

Żeby odjechać, trzeba mieć kluczyki. Kto by się spodziewał, co nie? Na przykład ja bym nigdy nie wpadła na ten pomysł.

Przyjaciółka sięga do kieszeni kurtki i podaje mi kluczyki. Oczywiście, że mnie przeprasza za swoje zapominalstwo. Wkładam kluczyki do stacyjki i je przekręcam.

– Kask – upomina mnie Flora.

– Już się robi, mamo.

Flora podaje mi kask, a ja przewracam oczami. Ona idealnie nadawałaby się na osobę, która prowadzi szkolenia BHP.

Kiedy obie mamy już założone kaski, zaczynam pomału wyjeżdżać z parkingu. Normalnie to łatwe zadanie, ale dzisiaj z niewiadomego powodu uczniowie dosłownie biegają po całym terenie szkoły.

Po chwili udaje mi się wyjechać. Flora, żeby nie było nudno, szuka w telefonie przyjemnej piosenki dla umilenia atmosfery.

Jedziemy już dwadzieścia minut w ciszy. Muzyka się skończyła chwilę temu i słychać w tle reklamy.

Zaczynam się obawiać o przyjaciółkę, bo to do niej niepodobne.

Milczenie i Flora? Gdyby ktoś mi powiedział, że ona choć przez chwilę była cicho, wyśmiałabym go od razu.

Powoli dojeżdżam na parking przy La Galerie Masséna. Uwielbiam wracać w to miejsce. Mam z nim tyle pięknych wspomnień.

Razem z Florą schodzimy z motoroweru i kierujemy się do galerii. Po paru krokach przypominamy sobie, że zapomniałyśmy plecaków oraz kasków, więc postanawiamy cofnąć się do naszego pojazdu.

– Ja prowadziłam, a ty mogłaś pamiętać o naszych rzeczach – żartuję sobie z Flory.

– W drugą stronę zamiana ról – odpowiada prędko przyjaciółka. Chowamy kaski do plecaków i kierujemy się z powrotem do galerii. Flora oczywiście zdradza mi teraz cały harmonogram zwiedzania. Nie wyłapuję szczegółów, ale wiem, że na samym końcu idziemy do kina, żeby obejrzeć jakiś nowy horror.

Normalnie Flora poszłaby na romansidło, ale ja wolę dreszczyk emocji. Przy okazji zachęciłam przyjaciółkę do takich filmów.

To nie jest tak, że oglądamy tylko horrory, wręcz przeciwnie. Raz idziemy na gatunek filmowy, który ja lubię, a kolejnym razem na romansidło.

Stoimy w pierwszym sklepie. To jakiś ciucholand. Flora zaczyna biegać po sklepie, a ja siadam na kanapie, która idealnie pasuje do tego miejsca – nie tylko kolorystycznie, ale i do znudzonych osób, takich jak ja.

Rozglądam się dookoła. Dużo tu swetrów i topów, czyli moich ulubionych ubrań. Flora dobrze o tym pamięta, więc zaraz do mnie podchodzi. Chwyta za mój nadgarstek i zaczyna mnie ciągnąć za sobą, żeby oglądać ciuchy.

Przyznaję, są ładne. W oczy rzuca mi się biały top z czarną gwiazdką na środku i rękawami w tym samym kolorze.

Flora zauważa moje zainteresowanie. Widzi, że planuję pójść do kolejnej alejki, ale mi nie pozwala.

– Widzę, jak patrzysz na ten ciuch. Przymierz, przecież to nic nie kosztuje. – Ostatnie zdanie mówi żartem.

Oczywiście nie potrafię jej odmówić. Ściągam krótką bluzkę z wieszaka i idę do przymierzalni.

Tam przeglądam się w lustrze, jakbym liczyła na zmianę wyglądu, ale od rana nie minęło wiele czasu. W przeciągu paru godzin sylwetka niestety nie mogła się zmienić. Ściągam mój ulubiony granatowy sweter i przymierzam dwukolorowy top.

Wychodzę z przymierzalni. Flora na mnie czeka. Kiedy podchodzi bliżej, odgarnia moje jasnoblond włosy do tyłu i rzuca mi przelotne spojrzenie.

– Musisz to kupić – mówi zadowolona.

– Ładnie w tym wyglądam, więc dlaczego nie? – odpowiadam.

Flora też musi coś kupić. Jeśli się nie mylę, to wzięła czarną obcisłą sukienkę. Idziemy do kasy zadowolone. Po drodze zerkam na zegarek. Już osiemnasta, czyli jesteśmy tu od dwóch godzin.

– Kartą czy gotówką? – pyta kasjerka ze zbyt szerokim uśmiechem.

Podaję jej banknot i nie podzielam entuzjazmu, który od niej bije. Flora oczywiście uwielbia takich sympatycznych ludzi. Obie się do siebie uśmiechają, na co przewracam oczami.

Wychodzimy ze sklepu powolnym krokiem. Normalnie chodzę szybciej, ale Flora ma obcasy. W odróżnieniu od przyjaciółki wolę wygodne buty. Zazwyczaj wkładam moje ulubione trampki, dzisiaj też mam je na sobie.

Są czerwone, ale nie jasne.

Jak nazywał się ten odcień…?

Krwisty.

Chyba tak, ale nie jestem na sto procent pewna. Normalnym ludziom ta barwa kojarzy się z wampirami, lecz mi to nie przeszkadza. Jest piękna i tyle.

Idziemy w ciszy po galerii. Kierujemy się do ruchomych schodów, więc na pewno jedziemy na górne piętro, gdzie jest tylko jedzenie. Oznacza to, że po obiadokolacji zjedziemy do kina. Mnie to nie przeszkadza, ale dziwię się Florze.

Ona i chodzenie? To nie wróży nic dobrego.

Mijamy tak zwanych gapiów w ślimaczym tempie. Trzeba się przepychać, żeby ruszyć się o kilka centymetrów.

– Przepraszam – mówię do starszej pani, na którą przez przypadek wpadłam.

Flora idzie jakieś pół metra przede mną. Ledwo ją widzę mimo tak małej odległości. Nawet nie wiem kiedy, ale upadam na podłogę.

Upadłam na podłogę? Jak?

Na szczęście wylądowałam na pośladkach. Powoli podnoszę głowę i widzę chłopaka. Tym razem to nie moja wina, że się z kimś zderzyłam.

– Bardzo przepraszam – mówi szybko, łamiąc francuski, i podaje mi pomocną dłoń, więc mu nie odmawiam.

Trochę źle wymówił przeprosiny, ale dla mnie są one zrozumiałe.

Chłopak patrzy z mieszanką współczucia, strachu i zdezorientowania na mój sweter.

Zdziwiona jego zachowaniem sama przenoszę wzrok w dół i już wiem, dlaczego tak długo tam patrzył. Kiedy na mnie wpadł, miał słuchawki na uszach, gapił się w telefon oraz trzymał picie w rękach. Można się domyślić, co się z nim stało.

– Doesn’t matter. You speak French well, but you have an American accent. Where are you from? – zaczepiam go z uśmiechem.

Chłopak chyba się zdziwił, że tak dobrze mówię po angielsku. Lekko się zarumienił, bo zrobiło mu się głupio z powodu naszego zderzenia.

Nie mogę przestać patrzeć w jego piękne piwne oczy. Mogłabym to robić godzinami i nigdy nie miałabym dość. Czuję się tak, jakbym zamiast jego tęczówek widziała czarną dziurę, w której się zagłębiam.

Chłopak przejeżdża dłonią po swoich krótkich, zalizanych do tyłu (zapewne za pomocą żelu) blond włosach, a następnie odpowiada na zadane chwilę wcześniej pytanie:

– New York.

Uśmiecha się do mnie pewnie, a ja odwzajemniam jego entuzjazm.

Zaczynam się przyglądać jego sylwetce i zauważam, że jest ubrany w białą koszulę i czarne eleganckie spodnie. Wygląda jak jakiś modniś. Chichoczę w myślach na to porównanie.

– Przyjechałem tu na wymianę szkolną do Ceatix – podejmuje rozmowę chłopak.

– Będziemy razem chodzić do szkoły – odpowiadam szybko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Śniąca

ISBN: 978-83-8423-729-8

© Nike Carter i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Dominika Synowiec

KOREKTA: Anna Miotke

OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek