Skandal z Modiglianim - Ken Follett - ebook + audiobook + książka

Skandal z Modiglianim ebook i audiobook

Ken Follett

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Modigliani. Bezsprzecznie jeden z największych artystów, jacy kiedykolwiek żyli. Kobiety Modiglianiego. Ich pociągłe, zapadające w pamięć figury, wiecznie prowokacyjne niczym Mona Lisa. I zaginione arcydzieło tego niezwykłego artysty. We współczesnym świecie intryg, rywalizacji i ciągłego zabiegania o sławę nie trzeba długo czekać, by plotka o rzekomym zaginionym arcydziele Modiglianiego zawładnęła umysłami wielu ludzi. Gdy zostaje wyznaczona nagroda dla tego, kto jako pierwszy odnajdzie ten bezcenny skarb, obsesja poszukiwań ogarnia niemal wszystkich. W szaleńczy pościg angażuje się również Peter Usher, dobrze zapowiadający się artysta, który zrobi wszystko, by zabłysnąć na londyńskiej scenie sztuki. W pogoni za arcydziełem Usher natrafi na trop podejrzanych postaci, które stoją za przekrętem, jakiego świat dotąd nie widział. Czy geniusz sztuki zostanie nagrodzony? Czy zwykły malarski pędzel może się okazać bardziej śmiercionośny niż broń?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 8 min

Lektor: Andrzej Ferenc

Oceny
4,0 (163 oceny)
63
56
30
11
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna opowieść bardzo dobrze napisana.
00
Izabela3222

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna robota lektora 👍
00
Zu_zia11

Nie oderwiesz się od lektury

lekka o ciekawej akcji. polecam
00
Efendi_10

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
IwoKoc

Całkiem niezła

Małe napięcie, liczyłam na więcej zwrotów akcji.
00

Popularność




Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

CZĘŚĆ PIERWSZA

I

II

III

IV

V

CZĘŚĆ DRUGA

I

II

III

IV

V

CZĘŚĆ TRZECIA

I

II

III

IV

V

CZĘŚĆ CZWARTA

I

II

III

IV

V

O książce

Przekręt, który zbulwersuje cały świat handlu dziełami sztuki

Paryska studentka historii sztuki szukająca gorącego tematu. Londyński marszand z wyższych sfer walczący z konkurencją. Właściciel awangardowej galerii obrazów zmagający się z kłopotami finansowymi i małżeńskimi. Wszyscy troje są na tropie zaginionego obrazu Modiglianiego. Poszukiwania wymagają pewnych inwestycji, wyjazdu do Włoch, przebiegłości i pośpiechu. Bo jedno depcze drugiemu po piętach. Ale gra jest warta świeczki - odnalezienie dzieła może odmienić życie każdego z nich.

Tymczasem zbuntowany młody malarz chce zagrać na nosie ludziom zbijającym majątek na sztuce. I obmyśla diaboliczny plan.

Ken Follett

Brytyjski pisarz, urodzony w Walii w 1949 r. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1978 r. Igła. Kolejne tytuły, m.in. Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Zamieć, Upadek gigantów, Zima świata orazKrawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów. Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, za swoje najważniejsze dzieło autor nadal uważa sagę Filary Ziemi - owoc jego zainteresowania średniowieczem. Na podstawie powieści Folletta nakręcono wiele filmów oraz seriali, m.in. Igłę, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów i Filary Ziemi.

www.ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIER

NIEBEZPIECZNA FORTUNA

CZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary Ziemi

FILARY ZIEMI

ŚWIAT BEZ KOŃCA

Wkrótce

SŁUP OGNIA

Stulecie

UPADEK GIGANTÓW

ZIMA ŚWIATA

KRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne

IGŁA

KRYPTONIM KAWKI

LOT ĆMY

KLUCZ DO REBEKI

NOC NAD OCEANEM

Thrillery

MŁOT EDENU

ZABÓJCZA PAMIĘĆ

TRÓJKA

ZAMIEĆ

SKANDAL Z MODIGLIANIM

TRZECI BLIŹNIAK

LWY PANSZIRU

PAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:

THE MODIGLIANI SCANDAL

Copyright © Ken Follett 1976

Introduction copyright © Holland Copyright Corporation 1985

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Janusz Ochab 2017

Redakcja: Katarzyna Kumaszewska

Zdjęcie na okładce: Avillfoto, Vasilev Evgenii

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-6578-126-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Bohaterowie współczesnych thrillerów zazwyczaj ratują świat. Tradycyjne opowieści przygodowe są skromniejsze: protagonista ratuje tylko własne życie, ewentualnie wiernego przyjaciela lub dzielnej dziewczyny. W powieściach o mniejszym ładunku sensacji – poprawnych, dobrze opowiedzianych historiach, które od ponad wieku stanowią główną lekturę zwykłych czytelników – stawka jest jeszcze mniejsza, lecz tak czy inaczej wysiłki głównego bohatera, jego zmagania i wybory w dramatyczny sposób determinują jego los.

Prawdę mówiąc, nie wierzę, że tak to wygląda w prawdziwym życiu. W rzeczywistym świecie to okoliczności, na które nie mamy żadnego wpływu, decydują zwykle o tym, czy przeżyjemy, czy zginiemy, będziemy szczęśliwi lub smutni, zdobędziemy bogactwo albo wszystko stracimy. Weźmy kilka prostych przykładów: większość bogatych ludzi dziedziczy majątek, większość ludzi dobrze odżywionych miała to szczęście, że urodziła się w zamożnym kraju, większość ludzi szczęśliwych wychowała się w kochających rodzinach, a większość ludzi nieszczęśliwych miała szalonych rodziców.

Nie jestem fatalistą ani nie uważam, że o wszystkim decyduje ślepy los. Nie mamy nad naszym życiem takiej kontroli, jaką ma szachista nad swoimi pionami, ale nie możemy również porównać swojego życia z ruletką. Jak zwykle, prawda jest bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. O losie każdego z nas decydują mechanizmy pozostające poza naszą kontrolą – a czasami także poza zdolnością pojmowania – lecz podejmowane przez nas wybory mają określone konsekwencje, choć niekoniecznie są one takie, jakich oczekiwaliśmy.

Pisząc Skandal z Modiglianim, próbowałem stworzyć powieść nowego rodzaju, która w nienachalny sposób ukazywałaby podporządkowanie wolności jednostki potężniejszemu mechanizmowi. Okazało się, że ten niezbyt skromny projekt mnie przerósł. Być może po prostu nie da się napisać takiej powieści, bo nawet jeśli życie nie opiera się na indywidualnych wyborach, to być może opiera się na nich literatura.

Ostatecznie udało mi się napisać żartobliwy kryminał, w którym ludzie różnego pokroju – głównie młodzi – dopuszczają się szwindli, choć żaden z nich nie przynosi zamierzonych efektów. Krytycy ocenili tę książkę jako żywą, radosną, lekką, pogodną, dynamiczną, lekką – raz jeszcze! – i niefrasobliwą. Byłem rozczarowany, że nie dostrzegli moich poważnych intencji.

Teraz nie uważam jej już za porażkę. Owszem, jest niefrasobliwa, ale to jej w niczym nie umniejsza. Fakt, że tak bardzo różni się od tego, co chciałem napisać, nie powinien mnie dziwić. W końcu dowodzi jedynie, że mam rację.

KEN FOLLETT, 1985

CZĘŚĆ PIERWSZAPrzygotowanie płótna

Artysta nie poślubia sztuki. Artysta ją zniewala.

EDGAR DEGAS, malarz impresjonista

I

Piekarz przesunął po czarnych wąsach oprószony mąką palec, sprawiając, że wyglądały na siwe, co w mgnieniu oka postarzyło go o jakieś dziesięć lat. Na otaczających go półkach i blatach leżały długie bochny świeżego, chrupkiego chleba, znajomy zapach wiercił w nozdrza i wypełniał jego pierś cichą dumą. Była to świeża partia pieczywa, druga tego ranka; dzięki przyjemnej pogodzie interesy szły dobrze. Zawsze gdy trochę przyświeciło słońce, paryskie gospodynie domowe wylegały na ulice i kupowały jego dobry chleb.

Wyjrzał przez okno sklepu, mrużąc oczy w jasnym słonecznym blasku. Przez ulicę przechodziła ładna dziewczyna. Piekarz wytężył słuch i z zaplecza dobiegł go głos żony, która sprzeczała się o coś z pracownikiem. Wiedział, że kłótnia potrwa jeszcze parę minut – zawsze tak to wyglądało. Uspokojony piekarz wbił w dziewczynę pożądliwe spojrzenie.

Była w letniej sukience bez rękawów, uszytej z lekkiego zwiewnego materiału, która zdaniem piekarza wyglądała na dość drogą, choć nie znał się na tym zbyt dobrze. Rozkloszowana spódnica do połowy uda kołysała się wdzięcznie, odsłaniając szczupłe zgrabne nogi i kusząc obietnicą – nigdy niespełnioną – rozkosznego widoku damskiej bielizny.

Kiedy podeszła bliżej, uznał, że jest zbyt szczupła jak na jego gust. Miała bardzo małe piersi – nawet nie podskakiwały w rytm jej długich pewnych kroków. Po dwudziestu latach małżeństwa z Jeanne-Marie piekarz wciąż uwielbiał jej obfity, ciężki biust.

Gdy dziewczyna weszła do sklepu, uświadomił sobie, że nie jest wcale wybitną pięknością. Miała chudą, pociągłą twarz, małe i wąskie usta, a do tego lekko wystające przednie zęby. Spod warstwy rozjaśnionych słońcem kosmyków przezierały ciemniejsze włosy.

Wybrała jeden z bochenków leżących na półce, sprawdziła dłońmi o długich palcach, czy jest chrupki i świeży, po czym z zadowoleniem skinęła głową. Piekarz pomyślał, że może nie jest wyjątkowo piękna, ale z pewnością pociągająca.

Miała jasną, różową cerę; skóra wydawała się miękka i gładka, lecz tym, co przyciągało uwagę mężczyzn, było zachowanie dziewczyny. Nosiła się z pewnością siebie i opanowaniem, które dawało całemu światu sygnał, że ona robi tylko to, co chce, i nic więcej. Piekarz żachnął się w duchu, zirytowany własną hipokryzją, i przyznał przed samym sobą: dziewczyna jest seksowna i już.

Poruszył ramionami, by poluzować koszulę, która przykleiła mu się do spoconego karku.

– Chaud, hein? – odezwał się.

Wyjęła z portmonetki kilka monet i zapłaciła za chleb. Uśmiechnęła się, usłyszawszy jego uwagę, i nagle stała się naprawdę piękna.

– Le soleil? Je l’aime – odparła. Zamknęła portmonetkę i otworzyła drzwi sklepu. – Merci! – rzuciła przez ramię, wychodząc na zewnątrz.

Mówiła po francusku z lekkim cudzoziemskim akcentem – angielskim, jak wydawało się piekarzowi, choć może zasugerował się tylko jej jasną cerą. Wpatrywał się w jej tyłek, gdy przechodziła przez ulicę, zahipnotyzowany grą mięśni przesuwających się pod cienką bawełną. Wracała pewnie do mieszkania jakiegoś młodego, długowłosego muzyka, który leżał jeszcze w łóżku po nocnych ekscesach.

Piskliwy głos Jeanne-Marie wyraźnie zbliżył się do sklepu, wyrywając piekarza z rozmyślań. Westchnął ciężko i wrzucił monety do kasy.

* * *

Dee Sleign uśmiechnęła się do siebie, wychodząc z piekarni. Stereotypy nie odbiegały od prawdy. Francuzi rzeczywiście są bardziej zmysłowi niż Anglicy; ten piekarz patrzył na nią z nieskrywaną pożądliwością, a jego spojrzenie powędrowało prosto ku jej podbrzuszu. Angielski sprzedawca zerknąłby ukradkiem znad okularów na jej piersi.

Odchyliła głowę do tyłu i odgarnęła włosy za uszy, poddając twarz gorącym promieniom słońca. To życie, to lato w Paryżu, były naprawdę cudowne. Żadnej pracy, żadnych egzaminów, referatów i wykładów. Noce z Mikiem, leniwe poranki, dobra kawa i świeże pieczywo na śniadanie; dni spędzone na lekturze książek, które zawsze chciała przeczytać, i oglądaniu obrazów, które chciała zobaczyć, wieczory w towarzystwie interesujących, ekscentrycznych ludzi.

Wkrótce to wszystko miało dobiec końca. Będzie musiała zdecydować, co zrobić z resztą swojego życia. Na razie jednak tkwiła w stanie zawieszenia, zajmowała się tym, co lubiła robić, zadowolona, że nie ma żadnego konkretnego celu, któremu musiałaby podporządkowywać każdą chwilę.

Skręciła za róg i weszła do niewielkiej, bezpretensjonalnej kamienicy. Kiedy mijała kanciapę z maleńkim okienkiem, dobiegł ją piskliwy głos dozorczyni.

– Mademoiselle!

Siwowłosa kobieta akcentowała każdą sylabę po kolei, nadając całemu słowu oskarżycielski ton, co miało podkreślić oburzający fakt, że Dee nie była żoną mężczyzny, z którym wynajmowała mieszkanie. Dziewczyna uśmiechnęła się: romans w Paryżu nie byłby kompletny, gdyby zabrakło w nim zgorszonej dozorczyni.

– Télégramme! – oznajmiła kobieta. Położyła kopertę na półce i wycofała się w wypełniony kocim zapachem mrok pomieszczenia, jakby chciała się w ten sposób ostentacyjnie odciąć od zdemoralizowanej dziewczyny i jej telegramów.

Dee zabrała kopertę i wbiegła na schody. Dobrze wiedziała, czego dotyczy ukryta w środku wiadomość.

Weszła do mieszkania i położyła chleb oraz telegram na stoliku w małej kuchni. Potem wsypała kawę do młynka i nacisnęła włącznik. Urządzenie zawarczało groźnie, rozbijając twarde ziarna na miałki proszek.

Jakby w reakcji na ten dźwięk, w głębi mieszkania zawyła golarka Mike’a. Czasami jedyną rzeczą, jaka mogła wyciągnąć go z łóżka, była obietnica świeżej kawy. Dee zaparzyła cały dzbanek i pokroiła chleb.

Mieszkanie Mike’a było małe, wyposażone w stare nijakie meble. Właściwie chciał wynająć coś okazalszego i z pewnością mógł sobie na to pozwolić, Dee wolała jednak, by trzymali się z dala od hoteli i modnych dzielnic. Chciała spędzić lato wśród Francuzów, a nie w towarzystwie bogatych snobów z różnych stron świata – i dopięła swego.

Gdy po chwili ucichła golarka Mike’a, Dee napełniła kawą dwie filiżanki.

Wszedł do kuchni w momencie, gdy stawiała naczynia na okrągłym drewnianym stoliku. Był w wytartych, połatanych lewisach i niebieskiej bawełnianej koszuli z rozpiętym kołnierzykiem, który odsłaniał kępkę ciemnych włosów i medalik na krótkim srebrnym łańcuszku.

– Dzień dobry, kochanie – przywitał ją czule, po czym przeszedł obok stolika i pocałował ją.

Objęła go w pasie, przywarła do niego całym ciałem i odpowiedziała długim, namiętnym pocałunkiem.

– Oj, to było naprawdę mocne jak na tak wczesną porę – zauważył, obdarzając dziewczynę szerokim kalifornijskim uśmiechem.

Dee patrzyła na kochanka, gdy ten z wdzięcznością popijał poranną kawę, i zastanawiała się, czy chciałaby z nim spędzić resztę życia. Ich związek trwał już cały rok, a ona zaczęła się do niego przyzwyczajać. Lubiła cynizm Mike’a, jego poczucie humoru i swobodne podejście do życia. Oboje pasjonowali się sztuką w stopniu graniczącym z obsesją, choć jego interesowały głównie pieniądze, jakie można było na niej zarobić, ją zaś różne aspekty procesu twórczego. Pobudzali się nawzajem do działania, w łóżku i poza nim – tworzyli dobry zespół.

Mike wstał, dolał sobie kawy i wyjął papierosy dla siebie i Dee.

– Jesteś dziwnie milcząca – odezwał się z tym swoim chropawym amerykańskim akcentem. – Myślisz o wynikach? Powinny już przyjść.

– Przyszły dzisiaj – odparła. – Ale nie otworzyłam jeszcze telegramu.

– Co? Daj spokój! Chcę wiedzieć, jak ci poszło.

– Dobrze. – Sięgnęła po kopertę, usiadła z powrotem na swoim miejscu i rozcięła ją paznokciem. Rozłożyła ukrytą w środku pojedynczą kartkę papieru, spojrzała na nią, a potem podniosła wzrok na Mike’a i uśmiechnęła się szeroko. – Boże, dostałam bardzo dobry.

Zerwał się na równe nogi i podniósł ręce w geście radości.

– Hurra! – wrzasnął, podekscytowany. – Wiedziałem! Jesteś genialna! – Wydał z siebie kolejny triumfalny wrzask i zaczął imitować skoczną melodię country and western, łącznie z dźwiękiem gitary hawajskiej i okrzykami „Iiihaa!”, potem zaś puścił się w tan po kuchni, z wyimaginowaną partnerką w ramionach.

Dee nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

– Jesteś najbardziej dziecinnym trzydziestodziewięciolatkiem, jakiego znam – parsknęła.

Mike ukłonił się nisko, jakby uznał to za najwspanialszy komplement, po czym usiadł z powrotem przy stole.

– No dobrze. – Westchnął. – I jak to się ma do twojej przyszłości?

Natychmiast spoważniała.

– To oznacza, że mogę zacząć robić doktorat.

– Co? Chcesz się dalej uczyć? Masz już stopień naukowy z historii sztuki i dyplom ze sztuk pięknych. Może czas skończyć karierę zawodowej studentki?

– Dlaczego? Nauka to moja pasja, a skoro chcą mi jeszcze za to płacić, to nie będę im przecież odmawiać.

– Nie będą ci płacić za wiele.

– To prawda. – Dee zamyśliła się na moment. – A chciałabym być bogata. Z drugiej strony, nie muszę się spieszyć, mam dopiero dwadzieścia pięć lat.

Mike sięgnął przez stół i uścisnął jej dłoń.

– Więc może zaczniesz pracować dla mnie? Zarobisz fortunę, jesteś tego warta.

Dee pokręciła głową.

– Nie chcę cię wykorzystywać. Sama dojdę do tej fortuny.

– Ależ ja bardzo chętnie pozwolę ci się wykorzystać. – Mike uśmiechnął się frywolnie.

– Wiem, wiem – odpowiedziała ze śmiechem, naśladując przy tym jego amerykański akcent. Potem cofnęła rękę i spoważniała. – Napiszę tę pracę. Jeśli ją opublikują, może uda mi się trochę na tym zarobić.

– Masz już jakiś temat?

– Zastanawiam się nad kilkoma. Związek między sztuką i narkotykami… to wydaje mi się najbardziej obiecujące.

– I modne.

– I oryginalne. Mogłabym chyba wykazać, że nadużywanie narkotyków jest dobre dla sztuki, ale złe dla artystów.

– Ciekawy paradoks. Gdzie zaczniesz?

– Tutaj. W Paryżu. W pierwszych dekadach dwudziestego wieku w tutejszych kręgach artystycznych wszyscy palili trawę. Tyle że wtedy nazywali to haszyszem.

Mike skinął głową.

– Pozwolisz, że troszkę ci pomogę? Tylko na samym początku.

Dee sięgnęła po papierosa.

– Jasne.

Przysunął jej zapalniczkę.

– Znam pewnego faceta, z którym powinnaś porozmawiać. Przed pierwszą wojną światową znał dobrze co najmniej kilku starych mistrzów. Parę razy naprowadził mnie na ślad ciekawych obrazów. Można powiedzieć, że działał na granicy prawa, podsyłał młodym artystom prostytutki, które miały służyć im za modelki… i nie tylko. Teraz jest stary, ma pewnie koło dziewięćdziesiątki, ale wszystko pamięta.

* * *

W maleńkiej kawalerce okropnie śmierdziało. Smród z mieszczącego się poniżej sklepu rybnego przenikał wszystko, sączył się przez szpary między deskami podłogi, osadzał na sfatygowanych meblach, na pościeli skłębionej na łóżku w rogu, na wyblakłych zasłonach małego okna. Dym z fajki staruszka nie tłumił rybiego odoru, pod którym krył się dodatkowo zapach charakterystyczny dla rzadko sprzątanych pomieszczeń.

Wszystko to jednak nie miało większego znaczenia w zestawieniu z fortuną w postaci postimpresjonistycznych obrazów zdobiących ściany kawalerki.

– Dostałem je od ich twórców – wyjaśnił starzec beztrosko. Dee musiała bardzo się starać, by zrozumieć jego francuszczyznę zniekształconą silnym paryskim akcentem. – Nigdy nie mieli z czego spłacić długów. Brałem od nich obrazy, bo wiedziałem, że i tak nie doczekam się pieniędzy. Wtedy wcale mi się nie podobały. Dopiero teraz rozumiem, dlaczego malowali w ten sposób, i doceniam to. Poza tym każda z tych prac przywołuje miłe wspomnienia.

Mężczyzna był kompletnie łysy; blada skóra na jego twarzy wisiała, tworząc luźne fałdy. Niski i przygarbiony, ledwie powłóczył nogami, lecz w jego małych czarnych oczach pojawiał się co jakiś czas błysk ożywienia. Wyraźnie ucieszyła go wizyta tej ładnej młodziutkiej Angielki, która świetnie mówiła po francusku i uśmiechała się do niego tak, jakby znów był młodym mężczyzną.

– Nie naprzykrzają się panu ludzie, którzy chcą je kupić? – spytała Dee.

– Już nie. Zawsze chętnie je pożyczam, oczywiście za odpowiednią opłatą. – W jego oczach znów pojawił się szelmowski błysk. – Dzięki temu mam na tytoń – dodał, podnosząc fajkę w geście przypominającym toast.

Uzmysłowiła sobie, że dym wypływający z fajki niesie ze sobą jeszcze inny zapach; pomysłowy staruszek mieszał tytoń z konopiami indyjskimi. Dziewczyna ze zrozumieniem skinęła głową.

– Chce pani trochę? – zaproponował. – Mam bibułki.

– Chętnie, dziękuję.

Podał jej puszkę z tytoniem, kilka bibułek do skrętów i bloczek haszyszu, a Dee zaczęła skręcać jointa.

– Ech, młode dziewczyny – westchnął mężczyzna. – Narkotyki wam nie służą, naprawdę. Nie powinienem demoralizować młodzieży. Ale prawdę mówiąc, robiłem to przez całe życie, a teraz jestem już za stary, żeby się zmieniać.

– Trzeba przyznać, że dobrze to panu służy – zauważyła Dee.

– To prawda. W tym roku skończę osiemdziesiąt dziewięć lat; a mój specjalny tytoń palę codziennie od siedemdziesięciu, oczywiście z wyjątkiem czasu, który spędziłem w więzieniu.

Polizała skrawek bibułki i skleiła skręta. Potem przysunęła go do płomienia małej złotej zapalniczki i zaciągnęła się głęboko.

– Malarze często korzystali z haszyszu? – spytała.

– O, tak, zarobiłem na nim fortunę. – Spojrzał na rysunek wiszący na ścianie, sporządzony w pośpiechu szkic kobiecej głowy o owalnej twarzy i długim nosie. – Dedo był najgorszy – dodał, uśmiechając się do siebie.

Dee odczytała podpis na rysunku.

– Modigliani?

– Tak. – Oczy mężczyzny widziały teraz tylko przeszłość, mówił właściwie do siebie, a nie do dziewczyny. – Zawsze nosił marynarkę z brązowego sztruksu i wielki filcowy kapelusz z opadającym rondem. Mawiał, że sztuka powinna być jak haszysz, powinna pokazywać ludziom piękno ukryte w rzeczywistości, piękno, którego normalnie nie dostrzegają. Często pił, żeby zobaczyć brzydotę świata. Ale uwielbiał haszysz. To smutne, że miał takie właśnie przekonania. Wiem, że odebrał dość surowe wychowanie. Miał też delikatne zdrowie, więc martwił się, że narkotyki mu zaszkodzą. Martwił się, ale i tak ich używał. – Starzec uśmiechnął się i pokiwał głową, jakby zgadzając się z własnymi wspomnieniami. – Mieszkał przy Impasse Falguière. Był bardzo biedny, wyglądał naprawdę mizernie. Pamiętam, jak wybrał się do działu egipskiego w Luwrze, a po powrocie twierdził, że to jedyny dział wart zobaczenia! – Roześmiał się radośnie. – Generalnie był jednak smutnym człowiekiem – ciągnął, poważniejąc. – Zawsze nosił w kieszeni Pieśni Maldorora, znał na pamięć wiele francuskich wierszy. Pod koniec jego życia pojawił się kubizm, który był mu zupełnie obcy. Może to właśnie go zabiło.

Kiedy mężczyzna zamilkł, Dee odważyła się zadać mu pytanie. Mówiła cicho, by naprowadzić jego wspomnienia na właściwy trop, nie odrywając go jednocześnie od raz obranego toku myślenia:

– Czy Dedo kiedykolwiek malował na haju?

Starzec roześmiał się cicho.

– O, tak. Po narkotykach malował bardzo szybko, wrzeszczał wtedy cały czas, że to będzie arcydzieło, jego chef-d’œuvre, że teraz cały Paryż zobaczy w końcu, o co chodzi w malarstwie. Wybierał najjaskrawsze kolory i rzucał je na płótno. Przyjaciele mówili mu, że ten obraz jest okropny, do niczego, a on odpowiadał, żeby się odpieprzyli, bo są ignorantami i nie rozumieją, że tak wygląda malarstwo dwudziestego wieku. Potem, kiedy doszedł już do siebie, zgadzał się z nimi i chował płótno w rogu. – Francuz chciał zaciągnąć się dymem, zobaczył, że jego fajka zgasła, i sięgnął po zapałki. Czar prysł.

Dee siedziała jak przykuta do twardego drewnianego krzesła, wychylona mocno do przodu, i ściskała między palcami skręta, o którym zdążyła całkiem zapomnieć.

– Co się stało z tymi obrazami? – spytała cicho, choć w jej głosie dało się wyczuć ogromne napięcie.

Mężczyzna rozpalił ponownie fajkę, odchylił się i zaczął wciągać dym. Po chwili jednostajny rytm wdechów i wydechów ponownie wprowadził go w nostalgiczny nastrój.

– Biedny Dedo. – Westchnął ciężko. – Nie miał z czego opłacić czynszu. I nie miał dokąd pójść. Gospodarz dał mu dwadzieścia cztery godziny na wyprowadzkę. Dedo próbował sprzedać parę obrazów, ale ci nieliczni ludzie o otwartych umysłach, którzy potrafili docenić ich wartość, byli równie biedni jak on. Musiał wprowadzić się do jednego z nich, nie pamiętam już do kogo. Brakowało tam miejsca dla samego Dedo, nie wspominając już o obrazach. Te, które szczególnie lubił, oddał pod opiekę przyjaciołom. Resztę… – Odchrząknął i skrzywił się lekko, jakby to wspomnienie sprawiało mu ból. – Do dziś widzę, jak układa je na taczkach i pcha w głąb ulicy. Zatrzymuje się na podwórzu, układa je na środku w wielki stos i podpala. „Co innego mogę zrobić?”, powtarzał bez przerwy. Pewnie mogłem mu pożyczyć trochę pieniędzy, ale i tak był mi już za dużo winien. Mimo wszystko, gdy zobaczyłem, jak patrzy na te płonące płótna, żałowałem, że tego nie zrobiłem. Sam nigdy nie byłem święty, ani w młodości, ani później.

– Wszystkie obrazy malowane pod wpływem haszyszu trafiły do tego ogniska? – Dee zniżyła głos niemal do szeptu.

– Tak. – Starzec skinął głową. – W zasadzie wszystkie.

– W zasadzie? Zatrzymał jednak jakieś?

– Nie, żadnego. Ale kilka komuś oddał… Właściwie nie pamiętałem nawet komu, tylko że teraz, dzięki tej rozmowie, coś sobie przypominam. W jego rodzinnym mieście był pewien ksiądz, który interesował się narkotykami ze Wschodu. Zapomniałem dlaczego… ze względu na ich właściwości lecznicze, a może duchowe? Coś w tym rodzaju. Dedo wyspowiadał mu się ze swojego nałogu i dostał rozgrzeszenie. Potem ksiądz spytał, czy mógłby zobaczyć obrazy, które namalował pod wpływem haszyszu. Dedo wysłał mu jeden… tak, tylko jeden… teraz już pamiętam.

Skręt sparzył palce Dee, więc wyrzuciła go do popielniczki. Starzec ponownie zapalił fajkę, a dziewczyna wstała z krzesła.

– Dziękuję bardzo, że zechciał pan ze mną porozmawiać – powiedziała.

– Mmm… – Wciąż przebywał myślami w przeszłości. – Mam nadzieję, że do czegoś się to pani przyda – odezwał się w końcu.

– Na pewno. – Wiedziona nagłym impulsem, pochyliła się i pocałowała starca w łysą głowę. – Był pan dla mnie bardzo miły.

– Dawno już nie pocałowała mnie taka ładna dziewczyna – rzucił z błyskiem w oku.

– Spośród wszystkich rzeczy, które mi pan dziś powiedział, w tę jedną nie wierzę – odparła Dee, uśmiechnęła się do niego raz jeszcze i wyszła.

Kiedy znalazła się na ulicy, z trudem hamowała rozpierającą ją radość. Co za odkrycie! I to jeszcze przed początkiem semestru! Koniecznie musi o tym komuś powiedzieć. Wtedy przypomniała sobie, że Mike wyjechał: musiał na kilka dni polecieć do Londynu. Z kim więc mogłaby się podzielić taką wiadomością?

Nie zastanawiając się długo, kupiła w pobliskiej kawiarni pocztówkę i usiadła z kieliszkiem wina, by skreślić kilka słów. Pocztówka przedstawiała kawiarnię i widok ulicy, przy której siedziała teraz Dee.

Pociągnęła łyk wina i zastanawiała się przez chwilę, do kogo napisać. Powinna poinformować rodzinę o wyniku egzaminu. Mama ucieszyłaby się na swój osobliwy sposób, ale w gruncie rzeczy pragnęła, by jej córka dołączyła do wymierającego towarzystwa bywalczyń balów i wielbicielek konnych przejażdżek. Nie doceniłaby w pełni triumfu, jakim był dyplom z wyróżnieniem. A kto by docenił?

Nagle uświadomiła sobie, komu sprawiłaby prawdziwą radość taką wiadomością.

Napisała więc:

Drogi wujku Charlesie!

Wierz lub nie, ale dostałam piątkę z wyróżnieniem!!! Co jeszcze bardziej niewiarygodne, trafiłam na trop zaginionego obrazu Modiglianiego!!!

Pozdrawiam

D

Dokupiła znaczek na kartkę i wysłała ją, wracając do mieszkania Mike’a.

II

Charles Lampeth rozsiadł się wygodniej na krześle w stylu królowej Anny i pomyślał, że współczesne życie pozbawione jest dawnego uroku i splendoru. Tutaj, w domu jego przyjaciół, odbywały się kiedyś bale i przyjęcia, jakie teraz można zobaczyć jedynie w wysokobudżetowych filmach historycznych. Co najmniej dwóch premierów jadało kiedyś w tym właśnie pokoju, przy tym długim stole z orzecha, pośród ścian obłożonych boazerią z takiego samego drewna. Niestety, zarówno to pomieszczenie, jak i cały dom oraz jego właściciel, lord Cardwell, należeli do wymierającego gatunku.

Lampeth wyjął cygaro z pudełka podsuniętego przez kamerdynera i pozwolił, by służący je zapalił. Łyk wyśmienitej starej brandy wprawił go w prawdziwy błogostan. Kolacja była doskonała; żony zgodnie ze starym zwyczajem opuściły jadalnię, teraz więc obaj mogli oddać się męskim przyjemnościom i rozmowie.

Kamerdyner zapalił cygaro Cardwellowi i wyszedł z pokoju. Mężczyźni przez chwilę siedzieli w milczeniu i z rozkoszą wciągali dym. Przyjaźnili się już zbyt długo, by krępowała ich przeciągająca się cisza. W końcu jednak Cardwell ją przerwał.

– Co słychać na rynku sztuki? – spytał.

Lampeth uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Rozwija się, tak samo jak przez ostatnich parę lat.

– Nigdy nie mogłem tego zrozumieć. – Cardwell westchnął. – Dlaczego ten rynek jest taki prężny?

– To dość skomplikowane, jak sam się pewnie domyślasz – tłumaczył Lampeth. – Zaczęło się chyba tuż przed drugą wojną światową, kiedy Amerykanie zainteresowali się sztuką. Potem zadziałał stary mechanizm popytu i podaży, a ceny dzieł starych mistrzów osiągnęły niebotyczny poziom. Okazało się, że takich dzieł jest zdecydowanie za mało, więc ludzie zwrócili się ku współczesności.

– I wtedy ty wkroczyłeś do akcji – wtrącił Cardwell.

Lampeth skinął głową i pociągnął z lubością łyk brandy.

– Kiedy tuż po wojnie otworzyłem moją pierwszą galerię, trudno było sprzedać cokolwiek namalowanego po tysiąc dziewięćsetnym roku. Ale nie poddawaliśmy się. Znalazło się parę osób, którym podobały się te obrazy, ceny stopniowo rosły, aż w końcu pojawili się inwestorzy. Wtedy ceny wystrzeliły w górę.

– I mnóstwo ludzi się obłowiło – skomentował Cardwell.

– Mniej, niż sądzisz. – Lampeth poluzował muszkę zawiązaną pod podwójną brodą. – To trochę jak kupowanie akcji albo obstawianie koni. Kiedy stawiasz na pewniaka, okazuje się, że postawili na niego wszyscy inni, więc możliwości zarobku są niewielkie. Kupując coś, co na pewno się sprzeda, musisz zapłacić tyle, że zostaje ci bardzo ograniczone pole manewru. Podobnie jest z obrazami: kupujesz Velázqueza i wiesz, że na pewno na tym zarobisz. Ale płacisz tak dużo, że musisz poczekać ładnych parę lat, żeby liczyć na pięćdziesięcioprocentowy zysk. Fortuny zbili ci, którzy kupowali obrazy, kierując się tylko swoimi upodobaniami, a potem odkryli, że mają dobry gust, bo ceny ich kolekcji nagle poszybowały w górę. Ludzie tacy jak ty.

Cardwell skinął głową, wprawiając przy tym w kołysanie nieliczne kosmyki siwych włosów, które zachowały się jeszcze na jego głowie. Pociągnął się za czubek długiego nosa.

– Jak myślisz, ile jest teraz warta moja kolekcja?

– Boże – parsknął Lampeth, ściągając czarne brwi. – To zależy od wielu czynników, choćby od tego, jak chciałbyś ją sprzedać. Dokładna wycena zajęłaby ekspertowi około tygodnia.

– Wystarczy mi niedokładna. Znasz te obrazy, w końcu sam kupowałeś większość z nich.

– Owszem. – Lampeth dokonał w myślach szybkiego przeglądu dwudziestu kilku, może trzydziestu obrazów wiszących w tym domu i przypisał im szacunkową wartość. Potem zamknął oczy i zsumował. – Razem będzie jakiś milion funtów – oznajmił w końcu.

Cardwell ponownie skinął głową.

– Mnie też wyszło mniej więcej tyle – przyznał. – Charlie, potrzebuję miliona funtów.

– Dobry Boże! – Lampeth usiadł prosto na krześle. – Chyba nie zamierzasz sprzedać kolekcji?

– Obawiam się, że będę do tego zmuszony – odparł Cardwell ze smutkiem. – Miałem nadzieję, że zostawię ją narodowi, ale realia biznesu okazały się nieubłagane. Firma ciągnie ostatkiem sił, musi w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy dostać zastrzyk kapitału, inaczej splajtuje. Wiesz, że od lat sprzedaję po kawałku swój majątek, żeby utrzymać się jakoś na powierzchni. – Podniósł do ust wielki kieliszek i upił łyk brandy. – Młode wilki w końcu mnie dogoniły. Wprowadzają nowe porządki w świecie finansów. Nasze metody są przestarzałe. Wycofam się, gdy tylko firma będzie dość silna, żebym mógł ją komuś przekazać. Niech ją weźmie któryś z tych młodziaków.

Nuta smutnej rezygnacji, którą Lampeth dosłyszał w głosie przyjaciela, wzbudziła w nim gniew.

– Młode wilki! – prychnął pogardliwie. – Na nich też przyjdzie pora.

Cardwell roześmiał się cicho.

– Daj spokój, Charlie. Mój ojciec był przerażony, gdy powiedziałem mu, że chcę pracować w City. Pamiętam, jak powtarzał: „Przecież odziedziczysz tytuł!”, jakby to wykluczało jakiekolwiek kontakty z prawdziwymi pieniędzmi. A ty? Co powiedział twój ojciec, gdy otworzyłeś galerię sztuki?

Lampeth uśmiechnął się słabo i skinął głową, uznając słuszność tego argumentu.

– Uważał, że to zajęcie dla mięczaków, a nie dla syna żołnierza.

– No właśnie, sam więc widzisz, że świat należy do młodych wilków. Sprzedaj moje obrazy, Charles.

– Trzeba będzie rozbić kolekcję i sprzedawać je pojedynczo, żeby dostać jak najlepszą cenę.

– Ty jesteś ekspertem. Ja nie mogę sobie pozwolić na sentymenty.

– Z drugiej strony niektóre warto trzymać i pokazywać razem. Pomyślmy… Renoir, dwa Degasy, trochę Pissarrów, trzech Modiglianich… Będę musiał się nad tym zastanowić. Cézanne oczywiście pójdzie na aukcję.

Cardwell wstał z krzesła, prostując wysokie, sięgające metra dziewięćdziesięciu ciało.

– Cóż, na razie zostawmy może tego trupa w spokoju i dołączmy do pań, zgoda?

* * *

Atmosfera panująca w galerii Belgrave przywodziła na myśl renomowane prowincjonalne muzeum. Kiedy Lampeth wszedł do środka, przywitała go niemal namacalna cisza. Jego czarne, wzmocnione na czubkach buty stąpały bezszelestnie po gładkim oliwkowozielonym dywanie. O dziesiątej rano nie było tu jeszcze klientów, lecz w recepcji czekało już na gości trzech subiektów w prążkowanych, czarno-białych uniformach.

Lampeth skinął im głową i przeszedł przez salę na parterze, omiatając wzrokiem obrazy na ścianach. Ktoś beztrosko powiesił współczesną abstrakcję obok dzieła prymitywisty, Lampeth zanotował więc w myśli, że trzeba to zmienić. Na żadnym z wystawionych na sprzedaż obrazów nie umieszczono ceny, co było elementem strategii stosowanej przez właściciela. Ludzie mieli wrażenie, że najdrobniejsza wzmianka o pieniądzach wywoła grymas dezaprobaty na twarzy elegancko ubranego sprzedawcy. Chcąc zachować poczucie własnej wartości, klienci wmawiali sobie, że oni również należą do świata, w którym pieniądze to szczegół równie nieistotny jak data na czeku. Dlatego też nieraz wydawali więcej, niż powinni. Charles Lampeth był przede wszystkim biznesmenem, a dopiero potem miłośnikiem sztuki.

Wszedł po szerokich schodach na pierwsze piętro, gdzie przypadkiem zobaczył w szkle zakrywającym obraz swoje odbicie. Jego krawat zawiązany był na zgrabny, mały węzeł, kołnierzyk lśnił czystością, garnitur z Savile Row wydawał się idealnie dopasowany. Szkoda, że całość nieco psuła jego tusza, ale jak na swój wiek był jeszcze całkiem atrakcyjnym mężczyzną. Odruchowo podniósł głowę i wyprostował ramiona. Jednocześnie zanotował w głowie kolejną uwagę: szkło w tej ramie powinno być antyrefleksyjne. Pod spodem znajdował się rysunek sporządzony piórkiem, więc ktoś, kto go tu umieścił, popełnił błąd.

Kiedy znalazł się w swoim gabinecie i powiesił parasol na wieszaku, podszedł do okna, wyjrzał na Regent Street i zapalił pierwsze tego dnia cygaro. Przez chwilę obserwował ruch uliczny, sporządzając w myślach listę rzeczy, którymi musiał się zająć, nim o piątej po południu wypije pierwszy gin z tonikiem.

Odwrócił się od okna, gdy do gabinetu wszedł jego młodszy wspólnik, Stephen Willow.

– Dzień dobry, Willow – rzucił Lampeth i usiadł przy swoim biurku.

– Dzień dobry, Lampeth – odparł młodszy mężczyzna.

Wciąż zwracali się do siebie po nazwisku, choć już od sześciu czy siedmiu lat prowadzili wspólnie interesy. Lampeth przyjął wspólnika, by rozszerzyć nieco obszar działalności galerii: wcześniej Willow prowadził własny niewielki salon powstały dzięki dobrym relacjom z kilkoma młodymi artystami, którzy odnieśli sukces na rynku sztuki. W tym samym czasie galeria Lampetha nie nadążała za współczesnymi trendami, a Willow zaproponował, że pomoże mu szybko nadrobić to opóźnienie. Współpraca układała się doskonale; choć dzieliła ich różnica prawie piętnastu lat, Willow miał taki sam gust artystyczny i zmysł do interesów jak Lampeth.

Młodszy mężczyzna położył na stole teczkę i podziękował za cygaro.

– Musimy porozmawiać o Peterze Usherze – oznajmił.

– O, tak. Dzieje się tu coś niedobrego, a ja nie wiem co.

– Przejęliśmy go, gdy zbankrutowała galeria Sixty-Nine – przypomniał Willow. – Radził sobie tam całkiem nieźle przez ponad rok. Jedno płótno poszło za tysiąc, większość powyżej pięciuset funtów. U nas sprzedał może ze dwa obrazy.

– Jakie dajemy ceny?

– Na tym samym poziomie co w Sixty-Nine.

– Może pozwalali sobie na jakieś nieczyste zagrywki? – zasugerował Lampeth.

– Przypuszczam, że tak właśnie było. Wkrótce po sprzedaży na rynku znów pojawiło się podejrzanie dużo jego obrazów.

Lampeth skinął głową. W świecie artystycznym tajemnicą poliszynela był fakt, że niektórzy marszandzi kupowali własny towar, by pobudzić popyt na dzieła młodych artystów.

– Z drugiej strony, nie jesteśmy dla niego odpowiednią galerią – powiedział i na widok uniesionych brwi młodszego wspólnika dodał: – Nie zamierzam cię krytykować, Willow. Kiedy do nas przeszedł, wydawało się, że to prawdziwy skarb. Jest jednak bardzo awangardowy i związek z tak szacowną galerią jak nasza zapewne zaszkodził nieco jego reputacji. Ale tak czy inaczej, to już przeszłość. Nadal uważam, że jest wyjątkowo dobrym młodym malarzem i że winniśmy mu pomagać najlepiej, jak tylko możemy.

Willow zmienił zdanie w kwestii cygara i sięgnął do intarsjowanego pudełka na biurku Lampetha.

– Tak, ja też tak myślę. Wypytywałem go wstępnie o wystawę… mówił, że ma dość nowych prac, żeby coś urządzić.

– Świetnie. Może w Nowej Sali? – Galeria była za duża, by poświęcić ją w całości dziełom jednego żyjącego artysty, więc tego rodzaju wystawy urządzano w mniejszych galeriach lub w pomieszczeniach przy Regent Street.

– Doskonale.

– Zastanawiam się mimo wszystko, czy nie wyświadczylibyśmy mu większej przysługi, gdyby przeniósł się gdzie indziej – rozmyślał głośno Lampeth.

– Być może, ale inni nie postrzegaliby tego w ten sposób.

– Masz rację.

– Więc jak? Powiedzieć mu, że urządzimy tę wystawę?

– Nie, jeszcze nie. Być może będziemy musieli zająć się czymś większym. Lord Cardwell zaprosił mnie wczoraj na kolację. Chce sprzedać swoją kolekcję.

– Wielkie nieba! Biedaczysko… To nie lada wyzwanie dla nas wszystkich.

– Tak, i musimy to dobrze rozegrać. Ciągle się nad tym zastanawiam. Zostawmy sobie na razie pole do działania.

Willow spoglądał kątem oka na okno, co oznaczało zazwyczaj, że szuka czegoś w pamięci.

– Czy Cardwell nie ma przypadkiem w swojej kolekcji dwóch albo trzech Modiglianich? – spytał w końcu.

– Owszem. – Lampeth nie był wcale zaskoczony, że Willow o tym wie; dobry marszand powinien się orientować, gdzie znajdują się setki ważnych i drogich obrazów, do kogo należą i ile mniej więcej są warte.

– Interesujące – rzucił jego wspólnik. – Wczoraj, kiedy już wyszedłeś, dostałem informację z Bonn. Na rynku pojawiła się kolekcja szkiców Modiglianiego.

– Jakich?

– Ołówkiem, wprawek do rzeźb. Oczywiście nie znalazły się jeszcze na otwartym rynku. Możemy je kupić, jeśli zechcemy.

– Dobrze. Kupilibyśmy je tak czy inaczej. Moim zdaniem, Modigliani zyska niedługo na wartości. Przez jakiś czas był niedoceniany, bo nie pasuje jednoznacznie do żadnej kategorii.

– Skontaktuję się z moim człowiekiem i każę mu je kupić – oznajmił Willow, wstając. – A jeśli Usher zapyta mnie o wystawę, będę grał na zwłokę.

– Tak. Bądź dla niego miły.

Willow wyszedł, a Lampeth przysunął bliżej tackę z poranną pocztą. Sięgnął po kopertę, którą usłużny pracownik już dla niego rozciął, lecz w tym samym momencie jego wzrok padł na leżącą obok pocztówkę. Odłożył kopertę i podniósł kartkę. Spojrzał na zdjęcie z przodu i domyślił się, że to paryska uliczka. Potem odwrócił widokówkę i przeczytał wiadomość zapisaną na odwrocie. Najpierw uśmiechnął się do siebie, rozbawiony zwięzłością przekazu i lasem wykrzykników.

Potem opadł plecami na oparcie i zamyślił się. Jego siostrzenica sprawiała wrażenie trzpiotowatego, niedojrzałego dziewczęcia, była jednak bardzo bystra, a w razie potrzeby umiała się wykazać chłodną kalkulacją i determinacją. Zwykle można było polegać na tym, co mówiła, nawet jeśli robiła to z manierą właściwą chłopczycom z lat dwudziestych.

Zostawił pozostałą korespondencję na tacy, wsunął kartkę do wewnętrznej kieszeni marynarki, zabrał z wieszaka parasol i wyszedł.

* * *

Wszystko, co wiązało się z agencją, było tajemnicze i dyskretne – nawet wejście do jej siedziby. Zostało zaprojektowane tak zmyślnie, że gdy taksówka zatrzymywała się na podjeździe, nikt od strony ulicy nie widział, jak pasażer wysiada, płaci za przejazd i wchodzi drzwiami w bocznej części portyku.

Pracownicy zachowywali się ze służalczą uprzejmością, podobnie jak personel galerii, choć z nieco innych powodów. Spytani wprost o profil działalności agencji, mamrotali niewyraźnie, że firma szuka informacji w imieniu klienta. Tak jak subiekci z Belgrave nigdy nie wspominali o pieniądzach, tak tutaj nigdy nie używano słowa „detektyw”.

Zresztą Lampeth nigdy nie widział tutaj detektywa. Wywiadowcy z Lipsey’s nie ujawniali tożsamości swoich klientów z tego prostego powodu, że zwykle jej nie znali. Dyskrecja była tu ważniejsza nawet od powodzenia śledztwa.

Lampetha natychmiast rozpoznano, choć był tu tylko kilka razy. Wzięto od niego parasol i zaprowadzono do biura pana Lipseya – niskiego, wytwornego mężczyzny o prostych czarnych włosach, który traktował klientów z uprzejmością podszytą pełnym zrozumienia smutkiem, niczym koroner uparcie prowadzący śledztwo pomimo tragicznych okoliczności.

Uścisnął dłoń Lampetha i wskazał mu krzesło. Jego biuro przypominało raczej gabinet prawnika niż pracownię detektywa; pod ścianami stały meble z ciemnego drewna, dokumenty przechowywano w szufladach, a nie w specjalnych szafkach, sejf ukryto w ścianie. Na biurku panował wzorowy porządek; obok starannie ułożonych kartek leżały w równym szeregu ołówki i kieszonkowy kalkulator.

Spoglądając na kalkulator, Lampeth przypomniał sobie, że większość spraw prowadzonych przez agencję dotyczyła oszustw finansowych, dlatego też jej siedziba znajdowała się w City. Detektywi odnajdywali też jednak ludzi albo przedmioty – w przypadku Lampetha były to oczywiście obrazy. Ich usługi nie należały do tanich, co traktował jako gwarancję jakości.

– Szklaneczkę sherry? – zaproponował Lipsey.

– Chętnie, dziękuję.

Podczas gdy właściciel agencji nalewał alkohol z karafki, Lampeth sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Potem wziął szklaneczkę i w zamian podał Lipseyowi pocztówkę. Ten usiadł, odstawił nietkniętą szklankę na blat i przyjrzał się uważnie kartce.

– Rozumiem, że chce pan, byśmy znaleźli ten obraz – powiedział po chwili.

– Tak.

– Hm… Ma pan paryski adres swojej siostrzenicy?

– Nie, ale na pewno ma go moja siostra, jej matka. Przekażę go panu. Na ile jednak znam Delię, to już wyjechała z Paryża w poszukiwaniu tego Modiglianiego. Chyba że obraz jest akurat w Paryżu.

– Więc zostają nam jej przyjaciele. I obraz. Czy to możliwe, że wpadła na trop tego wielkiego znaleziska gdzieś w pobliżu kawiarni ze zdjęcia?

– To bardzo prawdopodobne. – Lampeth skinął głową. – Dobra myśl. Delia jest impulsywna.

– Tak też pomyślałem, widząc… hm… styl jej wypowiedzi. No dobrze. A jakie jest prawdopodobieństwo, że to jednak fałszywy ślad?

Lampeth wzruszył ramionami.