Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1725 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świat bez końca - Ken Follett

W 1989 Ken Follett opublikował swoją najsłynniejszą książkę  –  powieść  historyczną Filary Ziemi, której fabułę osnuto wokół budowy fikcyjnej katedry Kingsbridge w XII-wiecznej Anglii. Akcja  Świata bez końca  zaczyna się 200 lat później, w roku 1327. Spotykamy tu potomków Jacka i Toma, bohaterów tamtej sagi. Na tle barwnej panoramy średniowiecza w okresie wielkich przemian i dziesiątkującej  społeczeństwo  zarazy  toczy  się  epicka  opowieść  o walce o władzę, pieniądze i wpływy, o tajemnicach i zbrodniach, o nauce burzącej fundamenty wiary, w której ludzkie emocje – miłość, nienawiść, pragnienie  zemsty  –  odgrywają  wiodącą  rolę.  

Caris jest córką zamożnego kupca Edmunda Woolera, handlującego wełną. Zakochany w niej Merthin, uzdolniony architekt i budowniczy – synem zubożałego szlachcica. Caris, kobieta wyemancypowana, pragnie leczyć ludzi, a nie realizować się jako matka i żona.  Choć  kocha Merthina, nie chce go poślubić. Zostaje posądzona o czary i grozi jej stryczek. Godwyn, zakonnik, siostrzeniec Woolera, za pomocą podstępów i intryg zostaje przeorem klasztoru w Kingsbridge  i zaczyna samowolne, okrutne rządy. W pędzie ku władzy nie zawaha się zdradzić tych, którzy pokładali w nim zaufanie. Gwenda, córka bezrolnego chłopa, walczy o zdobycie ukochanego mężczyzny, Wulfrica, próbującego odzyskać ziemię ojca. Wulfric staje się obiektem nienawiści brata Merthina, Ralpha, zwyrodnialca i mordercy,  z  czasem  zdobywającego  wielką  władzę.

Opinie o ebooku Świat bez końca - Ken Follett

Fragment ebooka Świat bez końca - Ken Follett

O książce

Kontynuacja FILARÓW ZIEMI,najsłynniejszej powieści historycznej Kena Folletta

Pierwsza połowa XIV wieku to dla Anglii trudny okres. Zarazy dziesiątkujące ludność, wieloletnia wojna z Francją, walki o pieniądze i władzę, polowania na czarownice… Nawet rozwój nauki wydaje się nie sprzyjać poddanym Edwarda III, zagraża bowiem fundamentom religii, a zatem – fundamentom świata.

Akcja ŚWIATA BEZ KOŃCA toczy się dwieście lat po rozpoczęciu budowy katedry w Kingsbridge. Bohaterowie są potomkami postaci, wokół których osnuta jest fabuła FILARÓW ZIEMI. Ich drogi życiowe determinuje ambicja, duma, tajemnice, zbrodnia, miłość i zemsta. Chociaż wojna i zaraza odbierze im to, co najdroższe ich sercu, ani na chwilę nie stracą nadziei i nie zapomną o przysiędze, którą złożyli w dzieciństwie pewnego brzemiennego w skutki dnia.

Na podstawie ŚWIATA BEZ KOŃCA nakręcono serial telewizyjny, którego współproducentem jest słynny reżyser Ridley Scott.

KEN FOLLETT

Brytyjski pisarz, urodzony w Walii w 1949 r. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1978 r. Igła. Kolejne tytuły, m.in. Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Zamieć, Upadek gigantów, Zima świata oraz Krawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów. Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, za swoje najważniejsze dzieło autor nadal uważa sagę Filary Ziemi – owoc jego zainteresowania średniowieczem. Na podstawie powieści Folletta nakręcono wiele filmów oraz seriali, m.in. Igłę, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów i Filary Ziemi.

www.ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczneUCIEKINIERNIEBEZPIECZNA FORTUNACZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGAFilary ZiemiFILARY ZIEMIŚWIAT BEZ KOŃCASŁUP OGNIAStulecieUPADEK GIGANTÓWZIMA ŚWIATAKRAWĘDŹ WIECZNOŚCIThrillery wojenneIGŁAKRYPTONIM KAWKILOT ĆMYKLUCZ DO REBEKINOC NAD OCEANEMThrilleryMŁOT EDENUZABÓJCZA PAMIĘĆTRÓJKAZAMIEĆSKANDAL Z MODIGLIANIMTRZECI BLIŹNIAKLWY PANSZIRUPAPIEROWE PIENIĄDZELiteratura faktuNA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:WORLD WITHOUT END

Copyright © Ken Follett 2007All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Grzegorz Kołodziejczyk & Zbigniew A. Królicki 2008

Redakcja: Beata Słama

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-063-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Dla Barbary

GŁÓWNE POSTACIE KSIĄŻKI

Pierwszoplanowe

Caris (Wooler) — córka handlarza wełną Edmunda Woolera

Godwyn — zakonnik, syn Petranilli, siostrzeniec Edmunda Woolera

Gwenda — córka parobka bez ziemi, mieszkanka wsi Wigleigh, przyjaciółka Caris

Merthin (Bridger) — syn zubożałego szlachcica, budowniczy

Ralph (Fitzgerald) — młodszy brat Merthina

Wulfric — kmieć z Wigleigh, ukochany Gwendy

Drugoplanowe

Alice (Wooler) — siostra Caris, żona Elfrica Buildera

Alan Fernhill — giermek Ralpha Fitzgeralda

Annet (Perkin) — córka najbogatszego gospodarza w Wigleigh, narzeczona Wulfrica

Anthony — przeor zakonu męskiego w Kingsbridge

Buonaventura Caroli — kupiec z Florencji, przyjaciel rodziny Woolerów

Cecilia — przeorysza zakonu żeńskiego w Kingsbridge

Elisabeth Clerk — przyjaciółka Merthina

Edmund (Wooler) — ojciec Caris, handlarz wełną

Elfric Builder — mistrz budowniczy, u którego terminował Merthin

Griselda — córka Elfrica Buildera

Joby z Wighleigh — parobek bez ziemi, złodziejaszek, ojciec Gwendy

Thomas Langley — rycerz króla Edwarda II, później zakonnik

Lolla — córka Merthina

Gregory Longfellow — prawnik z Londynu

Mair — zakonnica, przyjaciółka Caris

Mattie (Wise) — zielarka, przyjaciółka i mentorka Caris

lady Maud i sir Gerald (Fitzgerald) — rodzice Merthina i Ralpha

Petranilla — matka Godwyna, siostra Edmunda Woolera, ciotka Caris

Philemon (prawdziwe imię — Holger) — brat Gwendy, zakonnik

lady Philippa — żona hrabiego Rolanda

Nathan Reeve — zarządca wsi Wigleigh

Richard — młodszy syn hrabiego Rolanda, biskup Kingsbridge

Roland, hrabia Shiring

Madge i Mark Webberowie — tkacze, przyjaciele Caris i Merthina

William, lord Caster — starszy syn hrabiego Rolanda

CZĘŚĆ I1 listopada 1327

1

Gwenda miała dopiero osiem lat, ale nie bała się ciemności.

Otworzywszy oczy, niczego nie zobaczyła, lecz nie to napawało ją lękiem. Wiedziała, gdzie się znajduje. Była w klasztorze Kingsbridge, w podłużnym kamiennym budynku zwanym szpitalem. Leżała obok matki. Ciepły mleczny zapach świadczył o tym, że mama niedawno nakarmiła najmłodsze dziecko, które nie miało jeszcze imienia. Obok mamy leżał tata, a dalej dwunastoletni starszy brat Gwendy, Philemon.

Szpital był zapełniony i choć Gwenda nie widziała innych rodzin stłoczonych niczym owce w stodole, czuła nieświeży zapach ich rozgrzanych ciał. O świcie rozpocznie się dzień Wszystkich Świętych, który w tym roku jest jeszcze bardziej świętym dniem niż zazwyczaj, gdyż przypada w niedzielę. Wigilia Wszystkich Świętych to niebezpieczny czas, w którym duchy swobodnie wędrują po ziemi. Setki ludzi przybyły do Kingsbridge z okolicznych wiosek, podobnie jak rodzina Gwendy, aby spędzić ten dzień w poświęconych budynkach klasztoru i o świcie wziąć udział w mszy.

Gwenda lękała się złych duchów, tak jak każdy rozsądny człowiek. Bardziej jednak przerażało ją to, co będzie musiała zrobić podczas nabożeństwa.

Patrzyła w ciemność, starając się nie myśleć o przyczynie swego lęku. Wiedziała, że w ścianie naprzeciwko znajduje się półokrągłe okno. Nie było w nim szkła — tylko w najważniejszych budynkach wstawiano w okna szyby — lecz lniana zasłona zatrzymująca chłodne jesienne powietrze. Jednak Gwenda nie widziała nawet bladej plamy szarości w miejscu, gdzie było okno. Odpowiadało jej to. Wolała, żeby ranek nie nadchodził jak najdłużej.

Nic nie widziała, lecz zewsząd dobiegało mnóstwo rozmaitych odgłosów. Słoma na klepisku szeptała bez przerwy, gdyż ludzie poruszali się i wiercili we śnie. Jakieś dziecko krzyknęło płaczliwie, jak gdyby obudzone złym snem. Cichy łagodny głos któregoś z rodziców szybko je uspokoił. Czasem ktoś mruknął niewyraźnie przez sen, a czasem dał się słyszeć odgłos tego, co robili także rodzice Gwendy, choć nigdy o tym nie rozmawiali. Gwenda nazywała tę czynność stękaniem, ponieważ nie znała innego określenia.

Niebawem — zdaniem Gwendy o wiele za wcześnie — zaczęło się rozwidniać. We wschodniej części długiej izby, w drzwiach za ołtarzem, pojawił się mnich ze świecą w dłoni. Ustawił świecę na ołtarzu, zapalił od niej długą drzazgę i ruszył wzdłuż ściany, dotykając płomieniem lamp. Jego cień za każdym razem wspinał się wysoko, gdy drzazga spotykała się z knotem.

Coraz mocniejsze światło wydobywało z półmroku skulone postacie leżące na klepisku, okutane w szare ubrania albo przytulone do sąsiadów w poszukiwaniu ciepła. Chorzy zajęli prycze w pobliżu ołtarza, aby jak najwięcej skorzystać z dobrodziejstw świętego miejsca. W przeciwnym końcu izby znajdowały się schody prowadzące na piętro, do komnat dla arystokracji. Gościł tam hrabia Shiring wraz z rodziną.

Mnich schylił się nad Gwendą, aby zapalić lampę tkwiącą nad jej głową. Zauważył, że dziewczynka spogląda na niego, i uśmiechnął się. W drgającym świetle Gwenda rozpoznała twarz brata Godwyna. Był młody i przystojny, wczoraj wieczorem życzliwie odezwał się do Philemona.

Obok rodziny Gwendy miejsce na klepisku zajęła inna rodzina z ich wioski: zamożny kmieć Samuel, właściciel sporego gospodarstwa, oraz jego żona i dwaj synowie. Młodszy z nich, Wulfric, miał sześć lat i był złośliwy. Rzucał w dziewczynki żołędziami, a potem umykał ze śmiechem.

Rodzina Gwendy nie była bogata. Ojciec nie miał ziemi, musiał więc pracować u innych jako parobek. Latem nigdy nie brakowało roboty, lecz po żniwach, gdy nadchodziły chłody, rodzina często cierpiała głód.

Dlatego Gwenda musiała kraść.

Wyobrażała sobie, jak zostaje przyłapana, jak wije się bezsilnie w uścisku żelaznej dłoni, słyszała głęboki, pozbawiony litości głos: „Patrzcie, mała złodziejka!”. Ból i upokorzenie chłosty, a potem to, co najgorsze: odrąbanie toporem ręki.

Ojca już ta kara spotkała. Jego lewa ręka kończyła się szkaradnym pomarszczonym kikutem. Radził sobie jedną ręką: umiał posługiwać się łopatą, osiodłać konia, a nawet upleść sieć do łapania ptaków, lecz mimo to wiosną znajdował zatrudnienie jako ostatni, a jesienią był pierwszym do zwolnienia. Nie mógł opuszczać wioski i szukać pracy gdzie indziej, bowiem obcięta ręka świadczyła o tym, że jest złodziejem, i nikt by go nie przyjął. Kiedy gdzieś wyruszał, przywiązywał do kikuta wypchaną rękawicę, jednak nieznajomi nie dawali się długo nabierać na tę sztuczkę.

Gwenda nie była świadkiem wymierzania kary tacie — stało się to, zanim przyszła na świat — ale często ją sobie wyobrażała i nie mogła uwolnić się od lęku, że ją spotka to samo. Oczami wyobraźni widziała, jak ostrze topora spada na nadgarstek, przecina skórę i kości i nieodwracalnie oddziela dłoń od przedramienia. A ona mogłaby tylko zaciskać zęby, żeby nie krzyczeć wniebogłosy.

Ludzie wstawali, przeciągali się, ziewali i przecierali twarze. Gwenda wyprostowała się i poprawiła ubranie. Wszystkie rzeczy nosił przed nią starszy brat. Miała na sobie wełnianą koszulę sięgającą do kolan oraz kaftan przewiązany w talii paskiem z konopi. Jej trzewiki można było kiedyś wiązać, lecz dziurki się popruły i sznurowadła wyleciały, więc Gwenda przywiązywała je do stóp splecionymi wiązkami trawy. Schowała włosy pod czapkę z wiewiórczych ogonków i w ten sposób zakończyła dzieło ubierania.

Ojciec otworzył oczy i dyskretnie wskazał wzrokiem rodzinę po przeciwnej stronie izby. Byli to ludzie w średnim wieku z dwoma synami niewiele starszymi od Gwendy. Mężczyzna był niski, drobny i miał kędzierzawą rudą brodę. Przypinał sobie do pasa miecz, co oznaczało, że jest wojownikiem albo rycerzem. Prostym ludziom nie wolno było nosić broni. Jego żona była chuda, miała żwawe ruchy i chmurną minę. Brat Godwyn skinął im z szacunkiem głową.

— Dzień dobry, sir Geraldzie i lady Maud.

Gwenda szybko odgadła, co zwróciło uwagę ojca. U pasa sir Geralda, na skórzanym rzemyku, dyndała pękata sakiewka. Mogła zawierać kilkaset srebrnych pensówek, półpensówek i ćwierćpensówek. Ojciec musiałby pracować przez cały rok, żeby zarobić tyle pieniędzy. Rzecz jasna pod warunkiem, że miałby robotę. Wystarczyłoby ich aż nadto, by wyżywić całą rodzinę do pory wiosennej orki. W sakiewce mogły się nawet kryć złote monety — floreny bite we Florencji lub weneckie dukaty.

Gwenda chodziła z zawieszonym na szyi małym nożykiem w drewnianym futerale. Ostrze błyskawicznie przetnie rzemyk i gruba sakiewka spadnie w jej drobne dłonie. Chyba że sir Gerald coś poczuje i nakryje ją, zanim Gwenda zdoła tego dokonać…

Godwyn podniósł głos, aby było go słychać w narastającym gwarze.

— Chrystus uczy nas miłości, dlatego przed mszą Wszystkich Świętych zostanie podane śniadanie! — oznajmił. — Z fontanny na dziedzińcu można się napić czystej wody. Pamiętajcie, że na zewnątrz są latryny, nie sikajcie w szpitalu!

Mnisi i zakonnice bardzo dbali o czystość. Wieczorem Godwyn przyłapał sześcioletniego malca na siusianiu w kącie i usunął z izby całą rodzinę. Jeśli nie mieli pensa na gospodę, musieli spędzić zimną październikową noc na kamiennej posadzce północnego przedsionka katedry. Obowiązywał także zakaz wprowadzania zwierząt. Trzynogi pies Gwendy, Hop, nie został wpuszczony do środka. Nie wiedziała, gdzie spędził noc.

Zapaliwszy wszystkie lampy, Godwyn otworzył wysokie drewniane drzwi. Gwenda poczuła chłodne nocne powietrze na uszach i czubku nosa. Przybysze opatulili się pelerynami i ruszyli w stronę wyjścia. Gdy sir Gerald z rodziną skierował się ku drzwiom, tata i mama Gwendy podążyli za nimi, Gwenda i Philemon także.

Dotychczas to Philemon zajmował się kradzieżą, ale wczoraj omal nie przyłapano go na rynku w Kingsbridge. Zwędził dzbanek drogiej oliwy ze straganu włoskiego kupca, a potem go upuścił i wszyscy to zobaczyli. Na szczęście dzbanek się nie rozbił. Philemon musiał udać, że strącił go niechcący.

Jeszcze do niedawna Philemon był drobny i niepozorny tak jak Gwenda, lecz w ciągu ostatniego roku urósł o kilka cali i stracił dawną zręczność, jak gdyby nie zdołał przywyknąć do nowego, większego ciała. Na dodatek jego głos nabrał głębszego tonu. Wczoraj wieczorem tata stwierdził, że Philemon jest już za duży, by dokonywać poważnych kradzieży, toteż obowiązek ten przeszedł na Gwendę.

Właśnie dlatego dziewczynka tak długo nie mogła w nocy zasnąć.

Philemon naprawdę miał na imię Holger. W wieku dziesięciu lat postanowił zostać mnichem i opowiadał wszystkim, że zmienia imię na Philemon, gdyż brzmi ono znacznie bardziej religijnie. O dziwo, większość ludzi zastosowała się do jego życzenia, jednak mama i tata wciąż wołali na niego Holger.

Przed wejściem stały dwa szpalery drżących z zimna zakonnic, które pochodniami oświetlały drogę ze szpitala do wielkich zachodnich wrót katedry.

Na skraju oświetlonej przestrzeni cienie skakały niczym chochliki i gnomy dokazujące w ciemności, jak gdyby tylko świątobliwość zakonnic trzymała je z dala od ludzi.

Gwenda spodziewała się ujrzeć Hopa, ale nigdzie go nie było. Może znalazł sobie ciepłe miejsce do spania? Tata pilnował, żeby nie zostali za bardzo w tyle za sir Geraldem. Ktoś boleśnie pociągnął Gwendę za włosy. Pisnęła, myśląc, że to jakiś złośliwy stwór, lecz odwróciwszy się, zobaczyła Wulfrica, sześcioletniego sąsiada. Chłopiec odskoczył, nie pozwalając się Gwendzie złapać. Jego ojciec krzyknął: „Zachowuj się!” i zdzielił go w głowę. Malec wybuchnął płaczem.

Olbrzymia świątynia piętrzyła się nad stłoczonymi ludźmi niczym bezkształtna masa kamienia. Widać było wyraźnie tylko dolne części, łuki i słupy okienne, pomarańczowe i czerwone w niepewnym blasku pochodni. Pochód zwolnił, zbliżając się do wejścia do katedry. Z naprzeciwka nadchodzili mieszczanie. Były ich setki, może nawet więcej niż tysiąc. Gwenda nie wiedziała dokładnie, ile to jest tysiąc, bo nie umiała do tylu zliczyć.

Tłum sunął z wolna przez westybul. Niespokojne światło pochodni padało na rzeźby rozmieszczone przy ścianach, wprawiając je w dziki pląs. Na samym dole panoszyły się demony i potwory. Gwenda spoglądała z niepokojem na smoki i gryfony, na niedźwiedzia z ludzką głową i psa o dwóch tułowiach, lecz z jednym nosem. Niektóre stwory pastwiły się nad ludźmi: diabeł wsuwał pętlę na szyję mężczyzny, podobny do lisa potwór wlókł kobietę za włosy, orzeł z ludzkimi rękami przebijał włócznią nagiego mężczyznę. Nad tymi scenkami stali święci pod baldachimami, a jeszcze wyżej na tronach zasiadali apostołowie. Pod łukiem nad głównym wejściem miejsce zajmował święty Piotr z kluczem i święty Paweł ze zwojem papirusu. Obaj wznosili głowy, spoglądając z uwielbieniem na Jezusa.

Gwenda wiedziała, że Pan Jezus nakazuje jej nie grzeszyć, gdyż będą ją za to dręczyć diabły. Ona jednak bardziej bała się ludzi niż diabłów. Jeśli nie zdoła ukraść sakiewki sir Geraldowi, ojciec ją zbije. A co gorsza, rodzina nie będzie miała nic do jedzenia oprócz zupy z żołędzi. Ona i Philemon będą chodzili głodni przez długie tygodnie. W piersiach mamy zabraknie pokarmu i dziecko umrze tak jak dwoje poprzednich. Tata będzie znikał na całe dnie, a potem wracał z chudym żurawiem albo kilkoma wiewiórkami. Głód jest gorszy od chłosty, bo trwa dłużej.

Bardzo wcześnie nauczyła się kraść: a to jabłko ze straganu, a to jajko zniesione przez kurę sąsiada, a to nóż upuszczony przez pijaka w gospodzie. Ale kradzież pieniędzy to co innego. Jeśli zostanie przyłapana, na nic zdadzą się łzy. Nikt nie potraktuje jej jak niegrzecznego dziecka, tak jak kiedyś, gdy zwędziła skórzane trzewiki zakonnicy o miękkim sercu. Ukradzenie rycerzowi mieszka z pieniędzmi to nie dziecięcy psikus, tylko prawdziwe przestępstwo, które zostanie potraktowane z całą surowością.

Gwenda starała się o tym nie myśleć. Jest drobna i zręczna, zdejmie sakiewkę niepostrzeżenie jak duch. Jeśli uda jej się opanować drżenie.

Przestronne wnętrze katedry zaroiło się od wiernych. Zakapturzeni mnisi stali w bocznych nawach, trzymając w dłoniach pochodnie rzucające migotliwe światło. Kolumny głównej nawy nikły w półmroku. Gwenda trzymała się blisko sir Geralda. Rudowłosy rycerz i jego żona nie zauważyli jej. Ich synowie także nie zwracali na nią uwagi. Rodzina Gwendy została z tyłu.

Nawa szybko się zapełniała. Gwenda nigdy nie widziała tylu ludzi zgromadzonych w jednym miejscu — było ich więcej niż na trawniku przed katedrą w dzień targowy. Wierni pozdrawiali się radośnie, czując, że w tym świętym miejscu złe duchy im nie zagrażają. Gwar głosów zamieniał się w głośny szum.

Nagle rozległo się bicie dzwonu i zapadła cisza.

Sir Gerald stanął obok rodziny mieszczan. Wszyscy mieli na sobie drogie okrycia z pięknej tkaniny, byli więc pewnie bogatymi handlarzami wełny. Obok rycerza stała dziewczynka w wieku około dziesięciu lat. Gwenda stanęła za nimi. Starała się nie rzucać w oczy, lecz ku jej przerażeniu dziewczynka uśmiechnęła się do niej, jakby chciała dodać jej otuchy.

Mnisi zgasili pochodnie i we wnętrzu katedry zapadła ciemność.

Gwenda nie wiedziała, czy dziewczynka ją zapamięta. Większość ludzi spoglądało na nią i ją ignorowało. Nieznajoma dziewczynka zwróciła na nią uwagę, wyczuła jej lęk i uśmiechnęła się przyjaźnie. Ale w katedrze znajdowały się setki dzieci. Przecież to niemożliwe, żeby w mrocznym wnętrzu zdołała dokładnie przyjrzeć się jej twarzy… Gwenda starała się nie myśleć o tym zagrożeniu.

Niewidzialna w ciemności, wsunęła się bezszelestnie między dwie postaci. Z jednej strony czuła miękką wełnę płaszcza nieznajomej dziewczynki, z drugiej sztywną tkaninę peleryny rycerza. Teraz mogła sięgnąć po sakiewkę.

Nagle ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk. Gwenda spodziewała się go — mama uprzedziła ją, czego należy oczekiwać w czasie mszy — lecz mimo to ogarnął ją lęk. Wrzask zabrzmiał jak jęk torturowanego człowieka.

Potem dał się słyszeć dudniący dźwięk, jak gdyby ktoś walił w metalową miskę. Nastąpiły kolejne: zawodzenie, obłąkańczy śmiech, róg myśliwski, grzechotka, odgłosy zwierząt i pękniętego dzwonu. Jakieś dziecko w tłumie wiernych wybuchło płaczem, później inne. Ktoś z dorosłych zaśmiał się nerwowo. Wszyscy wiedzieli, że te dziwaczne odgłosy wydają mnisi, lecz mimo to robiły one wrażenie piekielnej kakofonii.

Gwenda pomyślała z lękiem, że to nie jest odpowiedni moment na kradzież sakiewki. Wszyscy byli czujni i spięci. Rycerz poczuje jej dotknięcie.

Diabelski harmider narastał, lecz dołączył do niego inny dźwięk: śpiew. Początkowo był tak cichy, że Gwenda nie miała pewności, czy naprawdę go słyszy, ale śpiew przybierał na sile. To śpiewały zakonnice. Ciało Gwendy napięło się. Nadchodziła decydująca chwila. Poruszając się niczym duch, lekko jak powietrze odwróciła się przodem do sir Geralda.

Doskonale pamiętała, co rycerz ma na sobie — ciężki wełniany płaszcz przewiązany w talii szerokim, nabijanym ćwiekami pasem. Sakiewka była przytroczona do pasa skórzanym rzemieniem. Płaszcz okrywała haftowana peleryna, droga, lecz wytarta, z pożółkłymi guzikami z kości na przodzie. Część guzików była zapięta, ale nie wszystkie. Rycerz pewnie był zaspany albo przejście ze szpitala do katedry trwało tak krótko, że nie musiał się dokładnie zapinać.

Gwenda leciutko przyłożyła dłoń do płaszcza. Wyobraziła sobie, że jej ręka jest pająkiem, który prawie nic nie waży. Pająk przesunął się po tkaninie i natrafił na jej krawędź, a dalej, tuż obok ciężkiego pasa, na sakiewkę.

Jazgot diabelskich odgłosów zamierał, a śpiew narastał. Z szeregów wiernych dobiegł szmer podziwu. Gwenda niczego nie mogła dostrzec, ale wiedziała, że na ołtarzu zapalono lampę oświetlającą relikwiarz — misternie rzeźbioną skrzynię z kośćmi świętego Adolfa, której w tym miejscu nie było, gdy gasły pochodnie. Tłum drgnął, bo wierni chcieli znaleźć się jak najbliżej świętych szczątków. Gwenda stała wciśnięta pomiędzy sir Geralda i mężczyznę stojącego przed nim. Uniosła prawą dłoń i przyłożyła ostrze noża do rzemyka.

Skóra była mocna, nie udało się przeciąć jej za pierwszym razem. Gwenda poruszała gorączkowo nożem z rozpaczliwą nadzieją, że sir Gerald jest pochłonięty sceną rozgrywającą się na ołtarzu i nie widzi, co się dzieje pod jego nosem. Uniosła głowę i ujrzała kontury postaci. Mnisi i zakonnice zapalali świece. Za chwilę zrobi się jasno. Gwenda nie miała chwili do stracenia.

Szarpnęła nożem z całej siły i rzemień puścił. Sir Gerald jęknął cicho — poczuł coś, czy zareagował na to, co widział na ołtarzu? Sakiewka opadła i wylądowała w dłoni Gwendy, ale okazała się za ciężka i wysunęła się jej z ręki. Gwenda przeraziła się, że spadnie na posadzkę pod szurające nogi wiernych. Na szczęście zdołała ją złapać i utrzymać.

Poczuła radosną ulgę — zdobyła sakiewkę.

Wciąż jednak groziło jej straszliwe niebezpieczeństwo. Jej serce biło tak mocno, iż miała wrażenie, że wszyscy muszą je słyszeć. Błyskawicznie odwróciła się tyłem do rycerza, jednocześnie wrzucając ciężką sakiewkę za kaftan. Mieszek sterczał jej z przodu niczym krągły brzuch grubasa. Gwenda przesunęła go na bok, pod ramię. Kiedy rozbłysną światła, wybrzuszenie będzie widoczne, ale nie miała gdzie ukryć zdobyczy.

Wsunęła nóż do futerału. Teraz musi szybko zniknąć, zanim sir Gerald zauważy stratę. Jednak napór wiernych, który pomógł Gwendzie niepostrzeżenie skraść sakiewkę, teraz utrudniał jej odwrót. Chciała zrobić krok do tyłu, mając nadzieję, że się przeciśnie, lecz wszyscy parli do przodu, żeby zobaczyć kości świętego. Gwenda znalazła się w pułapce. Nie mogła się ruszyć, a stała tuż przed mężczyzną, którego okradła.

— Nic ci nie jest? — usłyszała tuż obok swego ucha.

Był to głos bogatej nieznajomej dziewczynki. Gwenda zmagała się ze strachem. Chciała być niewidzialna, życzliwość innego dziecka była ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała. Zacisnęła usta.

— Uważajcie — rzekła tamta. — Ściskacie tę dziewczynkę.

Gwenda omal nie krzyknęła. Życzliwość małej bogaczki mogła kosztować Gwendę utratę ręki.

Położyła dłonie na plecach mężczyzny stojącego przed nią i odepchnęła się do tyłu. Osiągnęła tyle, że zwróciła na siebie uwagę sir Geralda.

— Pewnie nic nie widzisz, co? — rzekła wyrozumiale ofiara Gwendy i ku jej przerażeniu złapała ją pod ręce i uniosła.

Gwenda nie mogła nic zrobić. Duża dłoń rycerza spoczęła o cal od sakiewki. Patrzyła przed siebie, więc sir Gerald widział tylko tył jej głowy. Mnisi i zakonnice na ołtarzu zapalali coraz więcej świec i śpiewali pieśni dawno zmarłemu świętemu. W dużym rozetowym oknie nad ołtarzem we wschodniej ścianie budowli zamajaczyło słabe światło. Nadchodził świt, odpędzając złe duchy. Diabelski jazgot ucichł, śpiew rozbrzmiał głośniej. Na ołtarz wszedł wysoki przystojny mnich. Gwenda rozpoznała Anthony’ego, opata Kingsbridge. Uniósł ręce w geście błogosławieństwa i donośnym głosem oznajmił:

— I tak oto dzięki łasce Pana naszego, Jezusa Chrystusa, moce zła i ciemności ustępują przed harmonią i światłem Kościoła Bożego.

Wierni wznieśli okrzyk radości, zapanował swobodniejszy nastrój. Najważniejszy moment ceremonii minął. Gwenda poruszyła się, sir Gerald zrozumiał jej gest i postawił ją na ziemi. Odwracając twarz w drugą stronę, przepchnęła się obok niego. Wierni nie spoglądali już tak gorączkowo w kierunku ołtarza, mogła więc przesuwać się między nimi. Im bardziej się oddalała, tym było łatwiej. Wreszcie dotarła do zachodnich drzwi i zobaczyła rodzinę.

Tata spoglądał na nią wyczekująco, gotów okazać gniew, w razie gdyby nie wykonała zadania. Gwenda wyciągnęła sakiewkę zza koszuli i rzuciła mu, rada, że może się jej pozbyć. Złapał mieszek i zerknął dyskretnie do środka, po czym uśmiechnął się z zadowoleniem. W tej samej chwili oddał go żonie, a ta błyskawicznie wsunęła zdobycz między fałdy kocyka, którym owinięte było dziecko.

Gwenda najgorsze miała już za sobą, lecz wciąż groziło jej niebezpieczeństwo.

— Jakaś bogata dziewczynka mnie zauważyła — powiedziała ze strachem.

W małych ciemnych oczach taty błysnął gniew.

— Zobaczyła, co robisz?

— Nie, ale ostrzegła ludzi, że zaraz mnie zgniotą. Wtedy rycerz podniósł mnie, żebym mogła lepiej widzieć.

Mama cicho jęknęła.

— A więc widział twoją twarz — stwierdził tata.

— Starałam się patrzeć w drugą stronę.

— Lepiej, żeby cię nie zobaczył — rzekł tata. — Nie pójdziemy do szpitala, zjemy śniadanie w gospodzie.

— Nie możemy się ukrywać przez cały dzień — zauważyła mama.

— Ale możemy wmieszać się w tłum.

Gwenda poczuła się raźniej. Tata uważał, że nie grozi jej niebezpieczeństwo. Jednak najważniejsze było to, że teraz on przejął odpowiedzialność.

— Poza tym wolę chleb i mięso, zamiast wodnistej kaszy u mnichów — dodał. — Teraz mnie stać!

Rodzina wyszła z kościoła. Niebo zrobiło się perlistoszare. Gwenda chciała wziąć mamę za rękę, ale dziecko się rozpłakało i musiała się nim zajęć. Nagle zobaczyła małego trzynogiego psa z czarnym pyskiem, który charakterystycznym truchtem biegł w stronę katedry.

— Hop! — krzyknęła, podniosła pieska i uściskała go.

2

Merthin miał jedenaście lat i był o rok starszy od Ralpha, swojego brata, lecz ten był wyższy i silniejszy, co bardzo Merthina złościło.

Stanowiło to źródło trosk dla ich rodziców. Ojciec chłopców, sir Gerald, był rycerzem i nie potrafił ukryć rozczarowania, gdy okazało się, że Merthin nie jest w stanie dźwignąć ciężkiej lancy, męczy się szybko przy rąbaniu drewna lub wraca do domu z płaczem po przegranej bójce. Matka, lady Maud, tylko pogarszała sprawę, wprawiając go w zakłopotanie swoją opiekuńczością, podczas gdy on wolałby, żeby udawała, iż niczego nie zauważyła. Kiedy ojciec opowiadał z dumą o krzepie Ralpha, matka starała się zrekompensować to starszemu synowi, krytykując tępotę młodszego. Ralph rzeczywiście wolno myślał, lecz nie była to jego wina, a wypominanie mu tej słabości denerwowało go i przez to wdawał się w bójki z innymi chłopcami.

Rodzice w dniu Wszystkich Świętych byli rozdrażnieni. Ojciec nie chciał przyjeżdżać do Kingsbridge, ale został do tego zmuszony. Był winien pieniądze opactwu, lecz nie mógł spłacić długu. Matka stwierdziła, że mogą mu zabrać ziemię, sir Gerald był bowiem właścicielem trzech wiosek w okolicy Kingsbridge. Przypomniał jej, że pochodzi w prostej linii od Thomasa, który został hrabią Shiring w tym samym roku, w którym arcybiskup Becket zginął z rozkazu króla Henryka II. Hrabia Thomas był synem Jacka Buildera1, architekta, który zaprojektował katedrę w Kingsbridge, oraz lady Alieny z Shiring. Tych dwoje stanowiło niemal mityczną parę, o której w długie zimowe wieczory snuto opowieści na przemian z legendami o królu Karolu Wielkim i Rolandzie. „Komuś, kto ma takich przodków, nie można odebrać majątku!”, krzyczał sir Gerald. A już na pewno nie może tego uczynić ta stara baba, przeor Anthony. Lady Maud odwróciła się z wyrazem rezygnacji na twarzy, lecz Merthin usłyszał, co wymamrotała pod nosem: „Lady Aliena miała brata Richarda, który nie nadawał się do niczego oprócz robienia mieczem”.

Przeor Anthony może i zasługiwał na miano starej baby, lecz okazał się wystarczająco silnym mężczyzną, by poskarżyć się, że sir Gerald nie spłaca długów. Udał się do suwerena Geralda, obecnego hrabiego Shiring, który był również jego dalekim kuzynem. Hrabia Roland wezwał Geralda do Kingsbridge, by ten spotkał się z przeorem i zaproponował, jak rozwiązać tę kwestię. Właśnie to wprawiło w zły humor ojca Merthina.

A potem sir Geralda okradziono.

Zauważył stratę po mszy. Merthin z przyjemnością obserwował dramatyczne przedstawienie w katedrze. Najpierw była ciemność i dziwne odgłosy, a później rozległ się śpiew, zrazu cicho, potem coraz głośniej, by wreszcie wypełnić ogromne wnętrze kościoła. Blask świec z wolna oświetlił świątynię i tłum wiernych. Merthin zauważył wtedy, że niektórzy pod osłoną ciemności popełniają drobne grzechy, które za chwilę miały im zostać odpuszczone: dwóch mnichów się całowało, a jakiś kupiec odsunął rękę od pulchnej piersi uśmiechniętej kobiety, która była żoną innego mężczyzny. Po powrocie do szpitala Merthin wciąż był podekscytowany.

Gdy czekali, aż zakonnice podadzą śniadanie, z kuchni wyszedł młody służący. Ruszył schodami na górę, niosąc tacę z dużym dzbanem piwa i paterą, na której leżały płaty gorącej solonej wołowiny.

— Twój kuzyn hrabia mógłby zaprosić nas na śniadanie do swojej prywatnej kwatery — rzuciła gderliwie matka. — Wszak twoja babka była siostrą jego dziadka.

— Jeśli nie masz ochoty na kaszę, możemy iść do gospody — odparł ojciec.

Merthin nastawił uszu. Lubił świeży chleb i solone masło, które podawano w gospodzie.

— Nie stać nas — stwierdziła matka.

— A i owszem — odparł ojciec, szukając sakiewki. Właśnie wtedy uświadomił sobie, że znikła.

Rozejrzał się po klepisku, jak gdyby sądził, że spadła na ziemię. Potem zauważył przecięte końce rzemyka i wydał gniewny ryk. Wszyscy spojrzeli na niego z wyjątkiem matki, która odwróciła głowę.

— To były wszystkie nasze pieniądze — mruknęła pod nosem.

Ojciec powiódł oskarżycielskim wzrokiem po ludziach zgromadzonych w szpitalu. Długa blizna biegnąca od jego prawej skroni do lewego ucha pociemniała. W wielkiej izbie zapadła pełna napięcia cisza: rozgniewany rycerz był niebezpieczny, nawet taki, którego najwyraźniej prześladował pech.

— Ktoś okradł cię w kościele, to pewne — orzekła lady Maud.

Merthin przyznał jej w duchu rację. Stłoczeni w ciemności ludzie kradli nie tylko pocałunki.

— Ależ to świętokradztwo! — oburzył się.

— Pewnie wykorzystał moment, w którym podniosłeś tę dziewczynkę — dodała matka. Miała minę, jakby zjadła coś gorzkiego. — Wsunął rękę od tyłu i przeciął rzemień.

— Trzeba go znaleźć! — ryknął ojciec.

— Bardzo mi przykro, że coś takiego się zdarzyło, sir Geraldzie — rzekł młody mnich Godwyn. — Natychmiast zawiadomię Johna Constable’a2. Może rzuci mu się w oczy jakiś biedny mieszczanin, który nagle się wzbogacił.

Merthin pomyślał, że takie działanie nie rokuje powodzenia. Do Kingsbridge ściągnęły tysiące mieszczan i innych gości. Porządkowy nie jest w stanie obserwować wszystkich.

Jednak ojciec wydawał się uspokojony.

— Ten łotr powinien zawisnąć na szubienicy! — warknął, zniżając nieco głos.

— Czy zechcesz, panie, uczynić nam ten zaszczyt i zasiąść z nami do stołu przed ołtarzem? — zaproponował Godwyn, okazując współczucie.

Ojciec coś mruknął. Merthin wiedział, że ucieszył się z zaproszenia. Znaczyło ono, że jest traktowany lepiej od motłochu, który będzie jadł na tym samym klepisku, na którym spędził noc.

Moment zagrożenia wybuchem gniewu minął i Merthin nieco się odprężył. Ale kiedy zasiedli we czwórkę przy stole, z niepokojem zaczął myśleć o tym, co stanie się z rodziną. Ojciec był dzielnym wojownikiem, wszyscy tak mówili. Walczył za starego króla w Boroughbridge. To właśnie w tamtej bitwie miecz buntownika z Lancashire zostawił szramę na jego czole. Nie miał jednak szczęścia: niektórzy rycerze wracali z pól bitewnych z łupami. Przywozili klejnoty, wozy pełne drogocennych flamandzkich tkanin i włoskich jedwabi, lub przyprowadzali ojca szlachetnej rodziny, którego można było wymienić za tysiące funtów. Sir Geraldowi nigdy nie trafił się cenny łup. Mimo to musiał kupować oręż, zbroje i drogie wojenne wierzchowce, dzięki którym mógł spełniać swoją powinność i służyć królowi. Z jakiegoś powodu dochody z ziemi nigdy nie wystarczały, dlatego wbrew woli matki ojciec zaczął się zapożyczać.

Kucharczykowie wnieśli dymiący kociołek. Najpierw obsłużono rodzinę sir Geralda. Kasza przyprawiona została rozmarynem i solą. Ralph, który nie rozumiał, w jak trudnym położeniu znalazła się rodzina, zaczął opowiadać o mszy, lecz posępna cisza skłoniła go do zamknięcia ust.

Po posiłku Merthin podszedł do ołtarza, za którym schował łuk i strzały. Każdy by się zawahał, zanim ukradłby coś z takiego miejsca. Złodziej zdołałby przezwyciężyć lęk, gdyby nagroda była wystarczająco cenna, lecz łuk domowej roboty takiej nie stanowił. I rzeczywiście leżał tam, gdzie chłopiec go zostawił.

Merthin był z niego dumny. Łuk był mały, rzecz jasna. Naciągnięcie dużego, sześciostopowego łuku wymagało siły dorosłego mężczyzny. Łuk Merthina miał cztery stopy i był cienki, lecz poza tym wyglądał jak normalny angielski łuk, który pozbawił życia niejednego Szkota, walijskiego buntownika czy zakutego w zbroję francuskiego rycerza.

Ojciec do tej pory nie wspominał o łuku, a teraz spojrzał na niego, jakby widział go po raz pierwszy.

— Skąd wziąłeś łęczysko? — spytał. — Łęczyska są drogie.

— Ale nie to. Jest za krótkie. Dostałem je od łucznika.

Ojciec skinął głową.

— Poza tym jest bez zarzutu — stwierdził. — Wycięto je z wnętrza cisu, z miejsca, w którym biel spotyka się z twardzielą. — Wskazał dwa różne kolory drewna.

— Wiem — rzekł z zapałem Merthin. Nieczęsto miał okazję zaimponować ojcu. — Rozciągliwa biel jest najlepsza na przód, bo wraca do pierwotnego kształtu, a twardziel nadaje się na tylną część łęczyska, ciągnie do tyłu, gdy łuk jest zgięty.

— Właśnie tak — potwierdził ojciec, oddając synowi łuk. — Ale pamiętaj, to nie jest broń dla szlachcica. Synowie rycerzy nie zostają łucznikami. Oddaj to jakiemuś młodemu wieśniakowi.

Merthin był zawiedziony.

— Jeszcze go nawet nie wypróbowałem!

— Niech się bawią. To jeszcze dzieci — wtrąciła się matka.

— Racja — zgodził się ojciec, który stracił już zainteresowanie łukiem syna. — Ciekawe, czy ci mnisi podadzą nam piwo.

— Zmykajcie — powiedziała matka. — Merthinie, opiekuj się bratem.

— Raczej na odwrót — mruknął ojciec.

Merthin poczuł się dotknięty. Ojciec nie wiedział, jak się sprawy mają. Merthin umiał o siebie zadbać, lecz Ralph, pozostawiony sam sobie, wdawał się w bójki. Jednak Merthin orientował się, że kiedy ojciec jest w takim nastroju, lepiej z nim nie zadzierać, wyszedł więc bez słowa. Ralph powlókł się za nim.

Był pogodny listopadowy dzień, wysoko na niebie wisiały jasnoszare chmury. Chłopcy wyszli za ogrodzenie katedry i ruszyli główną ulicą, mijając ulicę handlarzy ryb, dziedziniec grabarzy i ulicę kucharzy. U stóp wzniesienia przekroczyli drewniany most nad rzeką. Tam kończyła się stara część miasta, a zaczynało przedmieście zwane Nowym Miastem. Szeregi drewnianych domów biegły pomiędzy pastwiskami i ogrodami. Merthin prowadził ku łące zwanej Polem Kochanków. Porządkowy i jego zastępcy rozstawili tam tarcze łucznicze. Z rozkazu króla po zakończeniu mszy wszyscy mężczyźni odbywali obowiązkowe ćwiczenia w strzelaniu z łuku.

Nie trzeba było nikogo zmuszać: wypuszczenie paru strzał w niedzielny poranek nie stanowiło wielkiego wysiłku. Stu lub nawet więcej młodzików z miasteczka ustawiło się w kolejce. Obserwowały ich kobiety, dzieci oraz ci mężczyźni, którzy uważali się za zbyt starych lub zbyt godnych, by zniżać się do strzelania z łuku. Niektórzy mieli własną broń. Dla tych, którzy byli zbyt biedni, John Constable miał tanie łuki wykonane z jesionu bądź leszczyny.

Było jak w święto. Dick Brewer3 sprzedawał piwo w kuflach z beczki umieszczonej na wozie, a cztery nastoletnie córki Betty Baxter przechadzały się wśród gawiedzi z tacami pełnymi aromatycznych bułek. Co bogatsi mieszczanie wystroili się w futrzane czapki i nowe buty; nawet ubogie kobiety starannie uczesały włosy i ozdobiły peleryny nowymi obszyciami.

Merthin był jedynym chłopcem z łukiem, natychmiast zwrócił więc uwagę innych dzieci, które otoczyły jego i Ralpha. Chłopcy wypytywali go z zazdrością, a dziewczynki spoglądały z podziwem lub pogardą, w zależności od usposobienia.

— Skąd wiedziałeś, jak zrobić łuk? — spytała jedna z nich.

Merthin rozpoznał ją, bo stała blisko niego w katedrze. Była od niego mniej więcej o rok młodsza i miała na sobie sukienkę i płaszcz z drogiej, gęsto tkanej wełny. Dziewczęta w jego wieku zwykle męczyły Merthina, gdyż bez przerwy chichotały i niczego nie traktowały poważnie. Ta jednak spoglądała na niego i jego łuk ze szczerym zaciekawieniem.

— Domyśliłem się — odparł.

— Mądry jesteś. Czy z tego łuku można strzelać?

— Nie zdążyłem go jeszcze wypróbować. Jak ci na imię?

— Caris, pochodzę z rodziny Woolerów4. A ty?

— Mam na imię Merthin. Moim ojcem jest sir Gerald. — Ściągnął z głowy kaptur peleryny i wyjął ze środka zwiniętą w kłębek cięciwę.

— Czemu nosisz sznurek w kapturze?

— Żeby nie zamókł od deszczu. Tak robią prawdziwi łucznicy. — Merthin przywiązał cięciwę do nacięć na obu końcach łęczyska, lekko je naginając.

— Będziesz strzelał do tarczy?

— Tak.

— Nie pozwolą ci — wtrącił jeden z chłopców.

Merthin spojrzał na niego. Wysoki i chudy, miał około dwunastu lat, duże dłonie i stopy. Merthin widział go wieczorem w sali szpitala, był z rodziną. Mówili na niego Philemon. Kręcił się koło mnichów, zadając im pytania i pomagając w roznoszeniu kolacji.

— Oczywiście, że mi pozwolą — odparł Merthin. — Czemu mieliby zabronić?

— Bo jesteś za młody.

— To głupie. — W tej samej chwili Merthin zrozumiał, że nie powinien być tak pewny swego. Dorośli często postępowali nierozsądnie, jednak przekonanie Philemona o tym, że wie lepiej, rozzłościło go. Zwłaszcza że rozmowy słuchała Caris.

Odwrócił się i ruszył ku grupie mężczyzn czekających w kolejce do strzału. Rozpoznał jednego z nich, wyjątkowo rosłego i barczystego młodzieńca nazywającego się Mark Webber. Mark zauważył łuk i przyjaźnie zagadnął Merthina:

— Skąd masz ten łuk?

— Zrobiłem go — odparł z dumą Merthin.

— Spójrz, Elfricu — rzekł Mark do sąsiada — chłopak dobrze się spisał.

Elfric był krzepkim mężczyzną o podejrzliwym spojrzeniu. Zerknął przelotnie na łuk.

— Za mały — orzekł z lekceważeniem. — Strzała wystrzelona z takiej broni nigdy nie przebije zbroi francuskiego rycerza.

— Może i nie — zgodził się łagodnym głosem Mark — ale chłopak ma jeszcze rok lub dwa, zanim przyjdzie mu walczyć z Francuzami.

— Wszyscy gotowi, zaczynajmy! — zawołał porządkowy John. — Mark Webber będzie strzelał pierwszy.

Olbrzym wyszedł przed szereg. Podniósł z ziemi łuk o grubym łęczysku i bez trudu napiął cięciwę.

Porządkowy dopiero teraz zauważył Merthina.

— Chłopcom nie wolno strzelać — oznajmił.

— Dlaczego? — spytał z żalem Merthin.

— Mniejsza o to, po prostu usuń się.

Merthin usłyszał drwiący śmiech stojących w pobliżu dzieci.

— Z jakiego powodu nie mogę strzelać? — spytał oburzony.

— Nie muszę się tłumaczyć dzieciom — uciął John. — Mark, twoja kolej.

Merthin czuł się okropnie. Ten lizus Philemon w obecności wszystkich pokazał, że ma rację.

— Mówiłem ci — rzucił Philemon.

— Zamknij się i odejdź.

— Nie możesz mnie do tego zmusić — odparł Philemon, który był o sześć cali wyższy od Merthina.

— Ale ja mogę — wtrącił się Ralph.

Merthin westchnął. Na lojalność Ralpha zawsze można było liczyć, lecz gdyby teraz zaczął się za niego bić, Merthin wyszedłby nie tylko na głupca, ale także na tchórza.

— I tak sobie idę — mruknął Philemon. — Będę pomagał bratu Godwynowi. — Z tymi słowami się oddalił.

Pozostałe dzieci też zaczęły się rozchodzić w poszukiwaniu innych atrakcji.

— Możesz wypróbować łuk w innym miejscu — zaproponowała Caris. Najwyraźniej była ciekawa rozwoju wypadków.

Merthin się rozejrzał.

— Ale gdzie? — Gdyby ktoś zobaczył, że strzela bez nadzoru dorosłych, odebrano by mu łuk.

— Moglibyśmy pójść do lasu.

Merthin był zaskoczony. Dzieciom zabraniano wchodzić do lasu. Chronili się tam banici; mężczyźni i kobiety żyjący z grabieży, którzy mogli zedrzeć z ofiary ubranie albo uczynić z niej niewolnika. Groziły im jeszcze gorsze niebezpieczeństwa, o których dorośli zaledwie napomykali. A nawet gdyby zdołali ich uniknąć, musieli się liczyć z tym, że ojciec zbije ich za złamanie zakazu.

Jednak Caris nie zdradzała strachu, a Merthin nie chciał się okazać mniej odważny od niej. Poza tym zachowanie porządkowego wprawiło go w buntowniczy nastrój.

— Dobrze — zgodził się. — Ale musimy uważać, żeby nikt nas nie zobaczył.

Caris wiedziała, jak temu zaradzić.

— Znam drogę.

Ruszyła w stronę rzeki. Merthin i Ralph podążyli za nią. Za nimi wlókł się mały trzynogi pies.

— Jak się wabi twój piesek? — zapytał Merthin.

— To nie mój. Dałam mu kawałek spleśniałego bekonu i teraz nie chce się ode mnie odczepić.

Maszerowali wzdłuż błotnistego brzegu rzeki, obok składów, nabrzeży i barek. Merthin dyskretnie przyglądał się dziewczynce, która w tak naturalny sposób przejęła rolę przywódcy. Z jej twarzy, która nie była ani ładna, ani brzydka, bił wyraz determinacji, a w zielonych, nakrapianych brązowymi plamkami oczach czaiła się psota. Jasnobrązowe włosy miała splecione w dwa warkocze — taka moda panowała wśród zamożnych kobiet. Jej ubranie musiało być drogie, lecz Caris nosiła praktyczne skórzane buty, a nie eleganckie trzewiki z tkaniny, w które stroiły się szlachetnie urodzone damy.

Odbiła od rzeki i poprowadziła ich przez skład drewna. Nagle cała trójka znalazła się w pełnym zarośli lesie. Merthin poczuł się niepewnie. Za każdym drzewem mógł kryć się banita, więc chłopiec zaczął żałować swojej brawury. Wstydził się jednak wycofać.

Szli dalej, rozglądając się za polaną, na której Merthin mógłby wypróbować swój łuk.

— Widzicie ten duży krzak ostrokrzewu? — spytała konspiracyjnie Caris.

— Tak.

— Gdy tylko go miniemy, przykucnijcie i nic nie mówcie.

— Dlaczego?

— Sami zobaczycie.

Po chwili cała trójka przycupnęła za krzakiem. Trzynogi piesek usiadł obok, spoglądając z nadzieją na Caris. Ralph chciał o coś zapytać, lecz Caris uciszyła go gestem.

Nagle obok krzaka ukazała się dziewczynka. Caris wyskoczyła i złapała ją. Tamta krzyknęła.

— Cicho! — rozkazała Caris. — Droga jest niedaleko, nie chcemy, żeby ktoś nas usłyszał. Czemu za nami idziesz?

— Masz mojego psa. On nie chce do mnie wrócić! — zaszlochała tamta.

— Ja cię znam, widziałam cię rano w kościele — powiedziała cicho Caris. — Nie płacz, nic ci nie zrobimy. Jak masz na imię?

— Gwenda.

— A jak się wabi pies?

— Hop.

Gwenda podniosła pieska, który zlizał jej z twarzy łzy.

— No, to go masz. Chodź lepiej z nami, bo znów ci ucieknie. Poza tym nie wiem, czy sama znajdziesz drogę do miasta.

Poszli.

— Co ma osiem rąk i jedenaście nóg? — spytał Merthin.

— Poddaję się — odezwał się bez wahania Ralph. Zawsze tak robił.

— Ja wiem! — powiedziała z uśmiechem Caris. — To my. Czworo dzieci i pies. — Roześmiała się. — Zabawne.

Merthin się ucieszył. Inni rzadko doceniali jego żarty, a dziewczęta prawie nigdy.

— Dwie ręce i dwie ręce, i dwie ręce, i jeszcze dwie, to osiem rąk — tłumaczyła Gwenda Ralphowi. — Dwie nogi…

W okolicy nikogo nie było, co bardzo dzieciom odpowiadało. Nieliczne osoby, które miały coś do zrobienia w lesie — drwale, węglarze drzewni, kowale — nie pracowali w niedzielę, a arystokraci nie wybierali się w święta na polowanie. Gdyby dzieci kogoś spotkały, najprawdopodobniej byłby to banita. Jednak szanse na to były nikłe. Las rozciągał się na wiele mil we wszystkie strony. Merthin nigdy nie zawędrował tak daleko, by zobaczyć jego koniec.

Dotarli do sporej przesieki.

— W sam raz — uznał Merthin.

Na przeciwnym krańcu polany, jakieś pięćdziesiąt stóp od dzieci, rósł dąb o grubym pniu. Merthin ustawił się bokiem do celu, tak jak czynili łucznicy, których widywał podczas ćwiczeń. Wyjął jedną z trzech strzał i przyłożył koniec do cięciwy. Strzały były równie trudne do zrobienia jak łuk. Wykonał je z drewna jesionowego i zaopatrzył w lotki z gęsich piór. Nie udało mu się zdobyć żelaza na groty, naostrzył więc tylko końcówki i przypalił nad ogniem, żeby stwardniały. Wymierzył w dąb i naciągnął cięciwę, co wymagało dużego wysiłku. Po chwili wypuścił strzałę.

Spadła na ziemię w sporej odległości od celu. Hop popędził na trzech nogach, żeby ją przynieść.

Merthin zdziwił się, że strzała nie poszybowała dalej i nie wbiła się w pień. Uświadomił sobie, że za słabo naciągnął cięciwę.

Przełożył łuk do prawej ręki, a strzałę wziął do lewej. Nie był ani leworęczny, ani praworęczny, co stanowiło pewną osobliwość. Przed drugim strzałem naciągnął cięciwę z całej siły i zdołał mocniej zgiąć łęczysko. Tym razem strzała prawie doleciała do drzewa.

Za trzecim razem wymierzył nieco wyżej, licząc na to, że strzała poszybuje łukiem i spadnie na cel z góry. Jednak wziął za dużą poprawkę i strzała znikła między gałęziami, a potem spadła na ziemię w tumanie brązowych liści.

Merthin był zawstydzony. Strzelanie z łuku okazało się trudniejsze, niż przypuszczał. Łuk sprawował się dobrze, ale strzelcowi zabrakło zręczności.

Caris znów nie zauważyła jego rozterek.

— Pozwól mi spróbować — poprosiła.

— Dziewczynom nie wolno strzelać — stwierdził Ralph, wyrywając broń z rąk brata. Stanąwszy bokiem do tarczy, tak jak Merthin, nie strzelił natychmiast, tylko napiął łuk kilka razy, aby go wyczuć. Wydał mu się twardszy, niż sądził, lecz po kilku próbach go opanował.

Hop przyniósł wszystkie trzy strzały i położył u stóp Gwendy, a dziewczynka zebrała je i podała Ralphowi.

Chłopiec wymierzył w pień drzewa, nie naciągając łuku. Merthin uprzytomnił sobie, że właśnie tak powinien był postąpić. Dlaczego Ralphowi, który nie potrafi odgadnąć żadnej zagadki, to wszystko przychodzi tak naturalnie? Ralph naciągnął łuk, z pewnym wysiłkiem, lecz płynnie. Wypuścił strzałę, która trafiła w pień i wbiła się na cal w miękką korę. Chłopiec zaśmiał się triumfalnie.

Hop rzucił się w ślad za strzałą. Dotarłszy do dębu, zatrzymał się, zdezorientowany.

Ralph znów naciągnął łuk. Merthin odgadł, co zamierza zrobić.

— Nie…

Ale było już za późno. Ralph strzelił do psa. Strzała wbiła się w jego grzbiet. Zwierzę padło, jego ciałem wstrząsały drgawki.

Gwenda krzyknęła.

— O nie! — zawtórowała jej Caris. Dziewczynki pobiegły do psa.

— Co ty na to? — spytał z dumą Ralph.

— Zastrzeliłeś jej psa! — rzekł gniewnie Merthin.

— No i co z tego? Miał tylko trzy nogi.

— Ta dziewczynka go lubiła, idioto. Spójrz, jak płacze.

— Zazdrościsz, bo nie umiesz strzelać — odparł Ralph. W tej samej chwili coś zauważył. Płynnym ruchem nałożył strzałę, obrócił się i wystrzelił, gdy łuk wciąż był w ruchu. Merthin nie wiedział, do czego brat strzela, dopóki strzała nie trafiła w cel. Tłusty zając skoczył wysoko, ze strzałą tkwiącą głęboko w tylnej części tułowia.

Merthin nie potrafił ukryć podziwu. Nie każdy łucznik, nawet wprawny, trafiłby biegnącego zająca. Ralph miał wrodzony talent. Merthin mu zazdrościł, choć nigdy by się do tego nie przyznał. Marzył o tym, by zostać rycerzem, silnym i odważnym, i walczyć za króla tak jak ojciec. Bardzo go więc bolało, gdy okazywało się, że jest w czymś nieudolny, na przykład w strzelaniu z łuku.

Ralph znalazł kamień i rozbił zającowi czaszkę, kończąc jego mękę.

Merthin przyklęknął obok dziewcząt i Hopa. Pies nie oddychał. Caris delikatnie wyciągnęła strzałę z jego szyi i podała Merthinowi. Z rany nie trysnęła krew: zwierzę było martwe.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. W ciszy usłyszeli krzyk mężczyzny.

Merthin z bijącym sercem zerwał się na równe nogi. Usłyszał drugi okrzyk, w lesie czaiło się zatem więcej ludzi. Oba głosy były gniewne. Toczyła się jakaś walka. Merthina ogarnął lęk, pozostałe dzieci również. Stali jak wryci, nastawiając uszu. Usłyszeli, że ktoś pędzi na przełaj przez las, łamiąc leżące gałęzie i młode drzewka.

Nieznajomy biegł w stronę dzieci.

Pierwsza odezwała się Caris.

— Schowajmy się w krzakach — zaproponowała, wskazując kępę zarośli, w której prawdopodobnie mieszkał zając ustrzelony przez Ralpha. W następnej chwili czołgała się na brzuchu przez gąszcz. Gwenda posuwała się za nią, trzymając w ramionach ciało Hopa. Ralph złapał zabitego zająca i dołączył do reszty. Merthin, który już klęczał wśród liści, nagle uprzytomnił sobie, że zostawili po sobie ślad: strzałę sterczącą z pnia dębu. Skoczył do niej, wyciągnął z kory i rzucił się w zarośla.

Usłyszeli mężczyznę, zanim go zobaczyli. Dyszał ciężko, wciągając do płuc powietrze jak człowiek całkowicie wyczerpany. Okrzyki wydawali jego prześladowcy. Merthin przypomniał sobie, że znajdują się niedaleko od traktu. Czyżby uciekinier padł ofiarą rabusiów?

W tej samej chwili mężczyzna ukazał się na polanie.

Był to rycerz w wieku nieco ponad dwudziestu lat. Miał miecz i długi sztylet przypięty do pasa. Był dobrze ubrany — nosił skórzany płaszcz wędrowca i wysokie buty z wywiniętymi cholewami. Potknął się i przewrócił, a następnie przetoczył się, podniósł i stanął, oparty plecami o pień dębu. Wciągając gwałtownie powietrze, dobył broni.

Merthin spojrzał na towarzyszy. Caris, blada ze strachu, zagryzała wargę. Gwenda przyciskała do piersi zabitego psa, jakby dzięki temu czuła się bezpieczniej. Ralph też wyglądał na przestraszonego, jednak lęk nie przeszkodził mu wyciągnąć strzały z zająca i wrzucić zdobyczy za kaftan.

Rycerz przez chwilę spoglądał na zarośla i Merthin pomyślał ze strachem, że zobaczył kryjące się dzieci albo zauważył połamane gałęzie i zgniecione liście w miejscu, w którym się czołgały. Kątem oka Merthin dostrzegł, że Ralph nasadza strzałę na cięciwę.

Wtedy pojawiła się pogoń. Było to dwóch mężczyzn, mocno zbudowanych, z obnażonymi mieczami. Wyglądali na łotrów. Mieli na sobie dwubarwne tuniki: lewa strona była żółta, a prawa zielona. Jeden nosił pelerynę z taniej brązowej wełny, a drugi brudny czarny kaftan. Oni także z trudem łapali oddech. Merthin był pewien, że za chwilę zobaczy śmierć rycerza, i zachciało mu się płakać. Nagle rycerz odwrócił miecz i trzymając go za ostrze, oddał prześladowcom.

Starszy z nich, ten w czarnym kaftanie, zrobił krok do przodu i wysunął prawą rękę. Ostrożnie wziął miecz i przekazał towarzyszowi. Rycerz w ten sam sposób oddał sztylet.

— Nie o twoją broń nam idzie, Thomasie Langleyu — rzekł mężczyzna.

— Znacie mnie, a ja was nie znam — odparł Thomas. Jeśli się bał, umiał zapanować nad lękiem. — Wasze ubrania świadczą o tym, że służycie królowej.

Starszy z mężczyzn przystawił koniec miecza do gardła Thomasa i pchnął lekko, tak że rycerz przywarł plecami do pnia drzewa.

— Masz przy sobie list.

— Są w nim instrukcje hrabiego dla szeryfa w sprawie ściągania podatków. Możecie sobie przeczytać.

Była to kpina, gdyż dwaj mężczyźni prawie na pewno byli niepiśmienni. Thomas musiał mieć mocne nerwy, skoro drwił sobie z uzbrojonych napastników, którzy w każdej chwili mogli go zabić.

Młodszy wyciągnął rękę i chwycił sakiewkę przytroczoną do pasa rycerza. Niecierpliwie przeciął pas mieczem, odrzucił go i otworzył sakiewkę. Wyciągnął z niej niewielkie zawiniątko z nasączonej olejem wełny. W środku znajdował się rulon pergaminu zapieczętowany woskiem.

Czyżby w tej walce chodziło o list? — zastanawiał się Merthin. Jeśli tak, to jaka jest jego treść? Nie mogą to być rutynowe rozporządzenia podatkowe. List musi zawierać jakąś złowrogą tajemnicę.

— Jeśli mnie zabijecie, zobaczy to ten, kto ukrywa się w tamtych krzakach — ostrzegł rycerz.

Na chwilę wszyscy zamarli w bezruchu. Mężczyzna w brązowym płaszczu, trzymający miecz na gardle Thomasa, oparł się pokusie spojrzenia przez ramię. Drugi zawahał się, a potem zerknął w stronę zarośli.

W tym momencie Gwenda krzyknęła.

Mężczyzna w zielonej pelerynie uniósł miecz i dwoma długimi susami skoczył do kępy krzaków. Gwenda zerwała się i rzuciła do ucieczki. Uzbrojony mężczyzna ruszył za nią, wyciągając ręce.

Ralph wstał błyskawicznie, płynnym ruchem wymierzył, naciągnął łuk i strzelił do napastnika. Strzała trafiła go w oko i wbiła się na kilka cali w głowę. Mężczyzna podniósł lewą rękę, jakby chciał ją wyrwać, lecz w tej samej chwili jego ciało zwiotczało i runęło na ziemię. Merthin poczuł drżenie ziemi pod stopami.

Jego brat wyskoczył z krzaków i pobiegł za Gwendą. Kątem oka Merthin zauważył, że Caris poszła w ich ślady. On też chciał uciekać, lecz jego nogi jakby wrosły w ziemię.

Z drugiego końca przesieki dobiegł krzyk. Merthin zobaczył, że Thomas odepchnął wymierzony w niego miecz i skądś wydobył sztylet z ostrzem długim jak męska dłoń. Jednak mężczyzna w czarnym płaszczu był czujny i odskoczył poza zasięg ciosu. Uniósł miecz i ciął, mierząc w głowę rycerza.

Thomas się uchylił, lecz nie dość szybko. Ostrze spadło na jego lewe przedramię, przecinając skórzaną kamizelkę i wbijając się w rękę. Thomas krzyknął z bólu, ale się nie przewrócił. Błyskawicznym, pełnym gracji ruchem wykonał zamach i wbił nóż w gardło przeciwnika, a następnie, kontynuując cięcie w bok, przeciął mu szyję.

Z gardła mężczyzny trysnęła fontanna krwi. Thomas cofnął się, żeby go nie opryskała. Mężczyzna w czarnym ubraniu runął na ziemię. Jego głowa trzymała się tułowia na skrawku skóry.

Thomas upuścił sztylet i złapał się za lewą rękę. Usiadł na ziemi, osłabiony.

Merthin został sam z rannym rycerzem, zwłokami dwóch uzbrojonych mężczyzn i trzynogiego psa. Wiedział, że powinien popędzić za resztą dzieci, lecz powstrzymywała go ciekawość. Stwierdził, że Thomas nie może mu już zrobić krzywdy.

Rycerz miał dobry wzrok.

— Możesz wyjść! — krzyknął. — W tym stanie nie jestem dla ciebie groźny.

Merthin wyprostował się z wahaniem i przedarł przez gałęzie. Pokonał szerokość polany i stanął kilka stóp od siedzącego rycerza.

— Jeśli rodzice odkryją, że bawiłeś się w lesie, dostaniesz lanie.

Merthin skinął głową.

— Nie wydam cię, jeśli odpłacisz mi tym samym.

Merthin znów skinął głową. Zgadzając się na propozycję rycerza, nie szedł na ustępstwo. Żadne z dzieci nie opowie o tym, co widziało, gdyż ściągnęłyby sobie na głowy poważne kłopoty. Co by się stało z Ralphem, który zabił sługę królowej?

— Czy byłbyś tak dobry i pomógł mi przewiązać ranę? — poprosił Thomas.

Merthin zauważył, że nawet w takiej sytuacji mężczyzna wyraża się bardzo grzecznie. Jego opanowanie było nadzwyczajne. Merthin też chciał taki być, gdy dorośnie.

Dopiero teraz zdołał wydobyć głos ze ściśniętego gardła.

— Tak.

— Weź mój przecięty pas i z łaski swojej owiń nim moją rękę.

Merthin spełnił prośbę rycerza. Koszula Thomasa była przesiąknięta krwią, a zraniona ręka wyglądała niczym mięso na straganie rzeźnika. Merthin poczuł mdłości, ale zdołał ścisnąć pasem rękę Thomasa. Krwawienie się zmniejszyło. Zrobił węzeł, a mężczyzna zacisnął go mocniej, używając prawej ręki.

Potem z wysiłkiem stanął na nogi.

Spojrzał na zabitych napastników.

— Nie zdołamy ich pogrzebać — stwierdził. — Wykrwawiłbym się na śmierć przy kopaniu grobu. Nawet gdybyś mi pomagał. — Zastanawiał się przez chwilę. — Nie chcę jednak, żeby natknęła się na nich jakaś para szukająca… samotności. Zaciągnijmy ich w krzaki, tam, gdzie się ukrywaliście. Najpierw tego w brązowym.

Zbliżyli się do ciała.

— Ty za jedną nogę, ja za drugą — polecił Thomas. Prawą ręką złapał zabitego za kostkę. Merthin chwycił obiema rękami za drugą nogę. Wspólnymi siłami dowlekli go do zarośli, w których leżał Hop.

— Wystarczy — rzekł Thomas, a jego twarz pobielała z bólu. Po chwili schylił się i wyciągnął strzałę z oka zabitego. — To twoja? — spytał, unosząc brwi.

Merthin wziął strzałę i wytarł o trawę, usuwając resztki krwi i mózgu, które przywarły do drzewca.

W ten sam sposób przeciągnęli drugie ciało z niemal odciętą głową i ułożyli obok pierwszego.

Thomas wrzucił broń zabitych w gąszcz, a potem zebrał swoją.

— A teraz muszę cię poprosić o wielką przysługę. — Podał Merthinowi sztylet. — Czy mógłbyś wykopać w ziemi niewielką dziurę?

— Dobrze — zgodził się Merthin.

— W tym miejscu, tuż pod tym dębem.

— Jak dużą?

Thomas wziął skórzaną sakiewkę, którą jeden z jego prześladowców odciął mu od pasa.

— Taką, żeby nikt nie znalazł tego przez pięćdziesiąt lat.

— Dlaczego? — zapytał Merthin, zebrawszy się na odwagę.

— Kop, a ja powiem ci tyle, ile mogę.

Merthin nakreślił na gruncie kwadrat, wzruszył zimną ziemię sztyletem, a następnie wygrzebał ją rękami.

Thomas umieścił zwój w wełnianej torbie i schował ją we wnętrzu sakwy.

— Miałem przekazać ten list hrabiemu Shiring — zaczął — jednak zawarto w nim tajemnicę tak niebezpieczną, że doręczyciel miał zostać zabity, aby nikomu jej nie wyjawił. Uświadomiłem to sobie po przeczytaniu listu. Muszę więc zniknąć. Postanowiłem znaleźć schronienie w klasztorze jako mnich. Mam dość wojowania, na moim sumieniu ciąży wiele grzechów, za które powinienem odpokutować. Gdy tylko zauważono moje zniknięcie, nadawca listu zaczął mnie szukać. Miałem pecha, gdyż zauważono mnie w gospodzie w Bristolu.

— Dlaczego królowa posłała za tobą ludzi, panie?

— Ona także nie chce, aby ta tajemnica ujrzała światło dzienne.

Gdy Merthin pogłębił dziurę na osiemnaście cali, Thomas rzekł:

— Wystarczy.

Wrzucił sakwę do środka, a Merthin przysypał ziemię liśćmi i gałązkami tak, by miejsce nie odróżniało się od otoczenia.

— Jeśli dowiesz się o mojej śmierci, chciałbym, abyś odkopał ten list i przekazał go jakiemuś duchownemu — rzekł Thomas. — Zrobisz to dla mnie?

— Dobrze.

— Dopóki to się nie stanie, nie wolno ci nic nikomu powiedzieć. Jeśli moi prześladowcy będą wiedzieli, że mam list, lecz nie będą znali miejsca jego ukrycia, nie odważą się nic zrobić. Lecz jeżeli zdradzisz tajemnicę, staną się dwie rzeczy: najpierw zabiją ciebie, a potem mnie.

Merthin z przerażenia rozwarł szeroko oczy. Wydało mu się niesprawiedliwe, że znalazł się w tak wielkim niebezpieczeństwie tylko dlatego, iż pomógł nieznajomemu wykopać dziurę w ziemi.

— Nie chciałem cię straszyć — rzekł Thomas. — Ale to niezupełnie moja wina. W końcu to nie ja cię tutaj sprowadziłem.

— To prawda.

Merthin z całego serca żałował, że nie posłuchał zakazu matki i wszedł do lasu.

— Wracam na trakt. Może pójdziesz ze mną? Twoi towarzysze na pewno czekają niedaleko stąd.

Merthin odwrócił się, żeby odejść.

— Jak ci na imię?! — zawołał rycerz.

— Jestem Merthin, syn sir Geralda.

— Naprawdę? — zdziwił się Thomas, jakby znał ojca Merthina. — Zatem pamiętaj: ani słowa, nawet jemu.

Merthin skinął głową i ruszył drogą.

Po przejściu pięćdziesięciu kroków zwymiotował. Wtedy poczuł się trochę lepiej.

Tak jak przewidział Thomas, towarzysze czekali na skraju lasu, nieopodal tartaku. Otoczyli go i dotykali, jakby chcieli sprawdzić, czy nic mu się nie stało. Spoglądali z ulgą, ale i z poczuciem winy, że go zostawili. Wszyscy byli wstrząśnięci, nawet Ralph.

— Czy ten, którego trafiłem strzałą, jest ciężko ranny? — zapytał.

— Nie żyje — odparł Merthin i pokazał bratu zakrwawioną strzałę.

— Wyrwałeś ją z jego oka?

Merthin chętnie by potwierdził, ale zdecydował się powiedzieć prawdę.

— Rycerz ją wyciągnął.

— Co się stało z drugim zbrojnym?

— Rycerz zabił go sztyletem. Później ukryliśmy ciała w krzakach.

— I pozwolił ci odejść?

— Tak. — Merthin nie wspomniał o liście.

— Musimy zachować to wszystko w tajemnicy — powiedziała Caris. — Będzie straszna awantura, jeśli ktoś się dowie.

— Ja nic nie powiem — oświadczył Ralph.

— Powinniśmy złożyć przysięgę — stwierdziła Caris.

Stanęli w małym kręgu. Caris wyciągnęła dłoń, a Merthin położył na niej swoją. Dłoń Caris była miękka i ciepła. Ralph poszedł w ich ślady, a potem to samo uczyniła Gwenda. Przysięgli na krew Jezusa.

Następnie wrócili do miasta.

Ćwiczenia łucznicze się skończyły, nadeszła pora południowego posiłku. Gdy dzieci przechodziły przez most, Merthin rzekł do Ralpha:

— Kiedy dorosnę, chcę być taki jak ten rycerz: zawsze grzeczny, nieustraszony, śmiertelnie groźny w walce.

— Ja też chcę być śmiertelnie groźny w walce — zgodził się Ralph.

Ku zdziwieniu Merthina w mieście życie toczyło się najzupełniej normalnie: słychać było płacz dzieci, w powietrzu unosiła się woń pieczonego mięsa, mężczyźni pili piwo przed karczmami.

Caris zatrzymała się przed dużym domem przy głównej ulicy, tuż obok wejścia do klasztoru, i położyła rękę na ramieniu Gwendy.

— U mnie w domu oszczeniła się suka. Chcesz zobaczyć małe?

Gwenda wciąż była przestraszona i powstrzymywała łzy, ale pokiwała energicznie głową.

— Tak, bardzo.

Caris okazała serce i mądrość, pomyślał Merthin. Pieski pocieszą dziewczynkę i oderwą jej myśli od tego, co się stało. Kiedy wróci do domu, będzie opowiadała o nich, a nie o wycieczce do lasu.

Pożegnali się, a dziewczynki weszły do domu Caris. Merthin zaczął się zastanawiać, kiedy znów ją zobaczy.

Wnet jednak wróciły inne troski. Jak ojciec poradzi sobie z długami? Znaleźli się w pobliżu katedry. Ralph wciąż dzierżył łuk i zabitego zająca. Panowała cisza.

Dom gościnny opustoszał, zostało zaledwie kilkoro chorych.

— Wasz ojciec jest w kościele z hrabią Shiring — powiedziała zakonnica.

Razem weszli do wielkiej katedry. Rodzice byli w przedsionku. Matka siedziała u stóp okrągłej kolumny i opierała o nią głowę. W zimnym świetle wpadającym przez wysokie okna jej twarz wydawała się spokojna i nieruchoma, jak gdyby wyrzeźbiono ją z tego samego szarego kamienia, z którego wykuto kolumnę. Ojciec stał obok, a jego szerokie ramiona, teraz przygarbione, wyrażały rezygnację. Stojący naprzeciwko hrabia Roland był starszy od ojca Merthina, lecz jego czarne włosy i pełen wigoru sposób bycia sprawiały, że wydawał się młodszy. Obok niego stał przeor Anthony.

Chłopcy zatrzymali się w drzwiach, lecz matka przywołała ich gestem.

— Zbliżcie się — rzekła. — Hrabia Roland pomógł nam dojść do porozumienia z przeorem. To rozwiąże nasze kłopoty.

Ojciec wydał pomruk świadczący o tym, że wcale nie jest wdzięczny hrabiemu za pomoc.

— Opactwo przejmie moją ziemię — oznajmił. — Niczego nie odziedziczycie.

— Będziemy mieszkali tutaj, w Kingsbridge — ciągnęła radosnym tonem matka. — Zostaniemy pensjonariuszami opactwa.

— Kto to jest pensjonariusz? — zaciekawił się Merthin.

— To znaczy, że mnisi przydzielą nam kwaterę i będą dawali dwa posiłki dziennie, dopóki będziemy żyli. Prawda, że to wspaniałe?

Merthin widział, że matka nie myśli tego, co mówi. Tylko udaje radość. Ojciec zaś wstydził się, że utracił swoją ziemię. Merthin uświadomił sobie, że jest w tym coś hańbiącego.

— Co będzie z moimi synami? — zwrócił się ojciec do hrabiego.

Roland spojrzał na chłopców.

— Ten roślejszy wygląda obiecująco — stwierdził. — Czy to ty zabiłeś zająca, młodzieńcze?

— Tak, panie — odparł z dumą Ralph. — Zastrzeliłem go z łuku.

— Za kilka lat możemy go przyjąć na giermka — rzucił wesoło hrabia. — Będzie z niego rycerz.

Ojciec się ucieszył.

Merthin był zdumiony. Bardzo ważne decyzje zapadły w mgnieniu oka. Rozgniewało go, że młodszy brat zyskał sobie takie względy, a o nim nikt nawet nie wspomniał.

— To niesprawiedliwe! — krzyknął. — Ja też chcę być rycerzem!

— Nie! — ucięła matka.

— Ale to ja zrobiłem łuk!

Ojciec westchnął ze zniecierpliwieniem.

— Ty zrobiłeś łuk, malcze? — spytał hrabia z widoczną wzgardą. — W takim razie zostaniesz czeladnikiem u cieśli.

3

Dom Caris był okazały. Miał drewniany szkielet, a podłogi i komin zrobiono z kamienia. Na parterze mieściły się trzy izby: sala z dużym stołem jadalnym, niewielki salon, w którym ojciec Caris prowadził rozmowy handlowe, oraz znajdująca się na tyłach kuchnia. Kiedy Caris i Gwenda weszły do środka, w powietrzu unosił się przyjemny zapach gotowanej szynki.

Caris poprowadziła nową przyjaciółkę do wewnętrznych schodów.

— Gdzie są szczeniaczki? — spytała Gwenda.

— Najpierw chcę zobaczyć mamę — odparła Caris. — Jest chora.

Dziewczynki weszły do pierwszej sypialni, w której na łóżku z rzeźbionego drewna leżała matka Caris. Była drobna i wątła, Caris już osiągnęła jej wzrost. Kobieta miała bladą twarz, a nieuczesane włosy przywarły do jej mokrych policzków.

— Jak się czujesz, mamo? — zapytała Caris.

— Jestem trochę słaba — odrzekła matka, z trudem łapiąc oddech.

Caris dręczył bolesny niepokój połączony z bezradnością. Matka chorowała od roku. Zaczęło się od bólu w stawach. Niebawem pojawiło się owrzodzenie w ustach i siniaki na ciele, mimo że o nic się nie uderzyła. Była zbyt słaba, żeby cokolwiek robić. W zeszłym tygodniu nabawiła się przeziębienia. Gorączkowała i miała trudności z oddychaniem.

— Potrzebujesz czegoś? — spytała Caris.

— Nie, dziękuję.

Matka zawsze tak odpowiadała, lecz Caris za każdym razem ogarniał gniew, ponieważ była zupełnie bezsilna.

— Sprowadzić matkę Cecilię? — Przeorysza klasztoru w Kingsbridge była jedyną osobą, która potrafiła przynieść chorej odrobinę ulgi. Jej wyciąg z maku zmieszany z miodem i ciepłym winem na jakiś czas koił ból. W oczach Caris Cecilia była więcej niż aniołem.

— Nie, skarbie — odparła matka. — Jak ci się podobała msza Wszystkich Świętych?

Caris zauważyła, że usta mamy są jeszcze bledsze niż przedtem.

— Bałam się.

Matka odczekała chwilę, żeby złapać oddech.

— Co porabiałaś rano?

— Przyglądałam się ćwiczeniom łuczników — odpowiedziała Caris, przerażona, że matka zdoła odgadnąć jej tajemnicę, tak jak to się często zdarzało.

Ale ona spojrzała na Gwendę.

— Kim jest twoja mała koleżanka?

— To Gwenda. Chcę jej pokazać szczeniaczki.

— Są urocze.

Zmęczenie zmogło chorą. Zamknęła oczy i odwróciła głowę na bok.

Dziewczęta po cichutku wyszły z pokoju.

Gwenda była wstrząśnięta.

— Co jest twojej mamie?

— Zapadła na wycieńczającą chorobę.

Caris nie lubiła o tym mówić. Ciężki stan matki wytrącał ją z równowagi: czuła, że na tym świecie w każdej chwili wszystko może się zdarzyć, że nigdy nie jest tak naprawdę bezpiecznie. To było jeszcze bardziej przerażające aniżeli walka, której świadkiem była w lesie. Myśl, że mama może umrzeć, przyprawiała ją o paniczne bicie serca. Chciało jej się krzyczeć.

Ze środkowej sypialni latem korzystali goście z Italii: kupcy z Florencji i Prato, którzy przybywali do ojca Caris w interesach. Teraz stała pusta. Szczenięta ulokowano w ostatniej sypialni, która należała do Caris i jej siostry Alice. Miały siedem tygodni i mogły już opuścić matkę, która zaczynała okazywać zniecierpliwienie. Gwenda westchnęła z zachwytu i natychmiast uklękła obok piesków.

Caris wzięła na ręce najmniejszą suczkę, która zawsze oddalała się od reszty, by poznawać świat na własną rękę.

— Tę sobie zatrzymam — oznajmiła. — Nazywa się Scrap.

Głaszcząc pieski i bawiąc się z nimi, Caris zapominała o swoich strapieniach.

Pozostałe cztery psiaki zaczęły wdrapywać się na nogi Gwendy, obwąchując ją i podgryzając sukienkę. Wzięła na ręce brązowego brzydala z długim pyszczkiem i zbyt wąsko rozstawionymi ślepkami.

— Ten mi się podoba — oznajmiła. Szczeniak zwinął się w kłębek na jej kolanach.

— Chciałabyś go zatrzymać? — spytała Caris.

W oczach Gwendy zalśniły łzy.

— A mogę?

— Rodzice pozwolili nam je oddać.

— Naprawdę?

— Tata nie chce więcej psów. Możesz go wziąć, jeśli chcesz.

— O tak — wyszeptała Gwenda. — Proszę.

— Jak go nazwiesz?

— Chcę, żeby nazywał się podobnie jak Hop. Może Skip?

— To ładne imię.

Szczeniak zdążył tymczasem zasnąć na kolanach nowej pani.

Dziewczynki siedziały w milczeniu wśród szczeniaków. Caris rozmyślała o poznanych rano chłopcach — o rudowłosym ze złotobrązowymi oczami i jego wysokim, przystojnym młodszym bracie. Co ją skłoniło, żeby zaprowadzić ich do lasu? Nie pierwszy raz uległa głupiemu impulsowi. Zdarzało się to zwłaszcza wtedy, gdy ktoś mający nad nią władzę czegoś jej zakazywał. Petranilla, ciotka Caris, celowała w ustanawianiu rozmaitych regułek. „Nie karm tego kota, bo się go nie pozbędziemy”. „Nie wolno bawić się piłką w domu”. „Trzymaj się z dala od tego chłopca, jego rodzice to kmiecie”. Takie zakazy wzbudzały w Caris złość.

Jednak nigdy przedtem nie popełniła takiego głupstwa jak dzisiaj. Na myśl o tym aż się trzęsła. Dwóch mężczyzn poniosło śmierć. A mogło się skończyć jeszcze gorzej. Ona i pozostałe dzieci także mogły zginąć.

Ciekawiło ją, o co toczyła się walka i dlaczego dwaj zbrojni ścigali rycerza. Z całą pewnością nie chodziło o zwykły rabunek. Wspominali coś o liście. Ale Merthin nic o nim nie mówił. Pewnie niczego się nie dowiedział. Jeszcze jedna tajemnica świata dorosłych.

Caris polubiła Merthina. Jego brat Ralph był nudny, nie różnił się niczym od innych chłopców w Kingsbridge, głupich, napastliwych i lubiących się chełpić. Lecz Merthin sprawiał inne wrażenie. Intrygował Caris od samego początku.

Dwoje nowych przyjaciół w ciągu jednego dnia, pomyślała, spoglądając na Gwendę. Dziewczynka nie była ładna. Miała ciemne brązowe oczy, rozmieszczone zbyt blisko siebie nad zadartym nosem. Caris z rozbawieniem zauważyła, że wybrała pieska, który jest do niej trochę podobny. Jej ubranie było zniszczone, przed nią musiało je nosić wiele dzieci. Wyraźnie się uspokoiła, nie wyglądała już, jakby lada moment miała wybuchnąć płaczem. Na nią też szczeniaki miały kojący wpływ.

Na dole dały się słyszeć nierówne kroki, a po chwili ktoś zawołał:

— Podajcie mi kufel piwa! Mam końskie pragnienie!

— To mój ojciec — oznajmiła Caris. — Chodź, przedstawię cię.

Widząc niepokój na twarzy Gwendy, dodała:

— Nie bój się, on zawsze tak krzyczy, ale jest naprawdę miły.

Dziewczynki zeszły na dół ze szczeniętami.

— Gdzie się podziali służący?! — ryknął ojciec Caris. — Pochowali się razem ze skrzatami, czy co?!

Wynurzył się z kuchni, powłócząc zdeformowaną nogą i trzymając w dłoni pokaźny drewniany kubek, z którego wylewało się piwo.

— Jak się masz, mój mały kwiatuszku — rzekł łagodnie do Caris. Usiadł na dużym krześle stojącym u szczytu stołu i pociągnął solidny łyk napitku. — Teraz mi lepiej — mruknął, wycierając rękawem skołtunioną brodę. W tej samej chwili zauważył Gwendę. — O, jest i drugi kwiatuszek. Jak ci na imię?

— Jestem Gwenda z Wigleigh, panie — odparła dziewczynka lekko przestraszona.

— Dałam jej szczeniaka — oznajmiła Caris.

— To doskonale! — stwierdził jej ojciec. — Maluchy potrzebują czułości, a nikt nie kocha ich tak jak małe dziewczynki.

Caris zauważyła, że na taborecie leży płaszcz ze szkarłatnej tkaniny. Musiał pochodzić z importu, gdyż angielscy farbiarze nie potrafili uzyskiwać tak jaskrawej czerwieni. Ojciec zauważył jej spojrzenie.

— To dla mamy. Zawsze chciała płaszcz z czerwonej włoskiej tkaniny. Mam nadzieję, że to ją zachęci do powrotu do zdrowia.

Caris dotknęła płaszcza. Wełna była miękka i gęsto tkana. Tylko włoscy tkacze umieli taką zrobić.

— Piękny — westchnęła z zachwytem.

W drzwiach izby stanęła ciotka Petranilla. Zdradzała pewne podobieństwo do ojca Caris, lecz on był wylewny, a ona chodziła z zaciśniętymi ustami. Bardziej przypominała swojego drugiego brata, Anthony’ego, opata Kingsbridge. Oboje byli wysocy, a tata Caris był niski, kulawy i miał szeroką klatkę piersiową.

Caris nie lubiła Petranilli. Ciotka była inteligentna i złośliwa, a cechy te u dorosłego człowieka stanowią zabójczą mieszankę. Caris nigdy nie udało się jej przechytrzyć. Gwenda wyczuła nastawienie przyjaciółki i spojrzała z obawą na nowo przybyłą. Tylko tata Caris ucieszył się na jej widok.

— Wejdź, siostro. Gdzie się rozpierzchli moi służący?

— A skąd mam to wiedzieć, skoro dopiero przyszłam z mojego domu, który stoi przy drugim końcu ulicy. Ale gdybym miała zgadywać, Edmundzie, to powiedziałabym, że kucharka jest w kurniku i szuka jaj na pudding dla ciebie, a pokojówka jak zwykle o tej porze dnia pomaga twojej żonie usiąść na nocniku. Jeśli chodzi o czeladników, to mam nadzieję, że pilnują składu nad rzeką i mają baczenie na pijanych żartownisiów, którym czasem przychodzi do głowy rozpalić w pobliżu ognisko.

Petranilla często odpowiadała dłuższym kazaniem na proste pytanie. Traktowała ludzi z góry, lecz ojcu Caris to nie przeszkadzało albo udawał, że tego zauważa.

— Jesteś nadzwyczajna — rzekł. — To ty odziedziczyłaś bystrość po ojcu.

Petranilla odwróciła się do dziewcząt.

— Nasz ojciec był potomkiem Toma Budowniczego5, ojczyma i mentora Jacka, tego, który zaprojektował katedrę w Kingsbridge — oznajmiła. — Ojciec ślubował, że przeznaczy swojego pierworodnego syna Bogu, lecz tak się niefortunnie złożyło, iż pierworodnym dzieckiem była dziewczynka, to znaczy ja. Dał mi imię na cześć świętej Petranilli — córki świętego Piotra, o czym na pewno wiecie — i modlił się, żeby następnym razem urodził mu się chłopiec. Ale pierwszy syn okazał się kaleką, więc nie chciał składać Bogu tak niedoskonałej ofiary. Dlatego wykształcił Edmunda tak, by ten mógł przejąć po nim handel wełną. Na szczęście trzecim dzieckiem okazał się nasz brat Anthony, dziecko grzeczne i bogobojne, które poszło do klasztoru i zostało przeorem, z czego wszyscy jesteśmy dumni.

Petranilla zostałaby mnichem, gdyby urodziła się mężczyzną, ale skoro nim nie była, wychowała na mnicha swojego syna Godwyna. Tak jak dziadek Wooler przeznaczyła dziecko Bogu. Caris zawsze było żal kuzyna, bo miał taką matkę jak Petranilla.

Ciotka zauważyła czerwony płaszcz.

— Czyje to? — spytała. — Ten płaszcz jest uszyty z najdroższej włoskiej tkaniny!

— Przyniosłem go dla Rose — odparł ojciec Caris.

Petranilla przez chwilę mierzyła go wzrokiem. Caris odgadła jej myśli: ciotka uważała, że jest durniem, skoro kupuje taki płaszcz kobiecie, która od roku nie wyszła z domu.

— Okazujesz jej bardzo dużo serca — powiedziała tylko. To mógł być komplement, ale niekoniecznie.

Ojciec Caris nie przejął się zbytnio słowami siostry.

— Idź do niej — rzekł. — Rozwesel ją trochę.