Krawędź wieczności - Ken Follett - ebook

Krawędź wieczności ebook

Ken Follett

4,6

Opis

Rock’n’roll i komunizm, czyli pół wieku w literackiej retrospekcji.

Od rewolucyjnej Hawany, przez gorące południe Stanów Zjednoczonych, waszyngtońskie salony władzy i Londyn lat 60., aż po bezkresną Syberię. W świecie, w którym z niespotykaną dotąd determinacją w dążeniu do władzy ścierają się mocarstwa, bohaterowie powieści – każdy na swój sposób – próbują znaleźć dla siebie miejsce. Realizują marzenia, knują spiski, cierpią, tęsknią, zdradzają i kochają, podczas gdy świat wkracza w erę zimnej wojny, ofiarami zamachów padają Martin Luther King i J.F. Kennedy, rock and roll przeżywa swój złoty wiek i próbuje nie ugiąć się pod naporem Beatlesów, dzieci kwiaty protestują przeciwko wojnie w Wietnamie, w Związku Radzieckim następuje odwilż, a na ulicach Pragi i Warszawy ludzie domagają się wolności – i wreszcie ją uzyskują.

Pełna napięcia, nieoczekiwanych zwrotów akcji, intryg i przygód opowieść o wzajemnie splątanych losach pięciu rodzin – amerykańskiej, niemieckiej, rosyjskiej, angielskiej i walijskiej. Fikcyjni bohaterowie zostali umieszczeni wśród postaci historycznych, co czyni ich uczestnikami i świadkami najważniejszych wydarzeń decydujących o losach ówczesnego świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1615

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (102 oceny)
71
24
4
3
0
Sortuj według:
kammid

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna świetna książka Folleta. Jedyne zastrzeżenie budzi nierównomierne rozłożenie akcentów. W dużym uproszczeniu od epoki Reagana akcja za bardzo przyspieszyła, trochę jakby autor miał już dość bohaterów.
10
Yacekadam

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
jacek-hedloff

Z braku laku…

Wątek przygodowy nawiązuje zgrabnie do poprzednich części cyklu. Postaci kolejnego pokolenia rodzin bohaterów są nakreślone według widocznego klucza i rysowane według pewnego schematu. Połączenie wątku przygodowo-obyczajowego z historią wyszło autorowi umiarkowanie dobrze, ale że szkodą dla historii. Autor traktuje historię wybiórczo. Teza, że ZSRR zapewniał utrzymanie krajom bloku wschodniego jest być może popularna w krajach zachodnich, ale dla mnie, żyjącego w tych czasach, jest niedorzecznością. Literatura wagonowa na długą podróż.
00
joannaw76

Nie oderwiesz się od lektury

FENOMENALNA!
00
mbear72

Nie oderwiesz się od lektury

Znakomita!!
00

Popularność




EPOKA, W KTÓREJ DĄŻĄCE DO WŁADZY MOCARSTWA ŚCIERAJĄ SIĘ Z NIESPOTYKANĄ DOTĄD DETERMINACJĄ.

Od rewolucyjnej Hawany, przez gorące południe Stanów Zjednoczonych, waszyngtońskie salony władzy i Londyn lat sześćdziesiątych, aż po pogrążone w szarości Niemcy Wschodnie i bezkresną Syberię.

Druga połowa XX wieku. Nad ludzkością wisi groźba nuklearnej zagłady i świat wkracza w erę zimnej wojny. Ofiarami zamachów padają Martin Luther King i J.F. Kennedy, a walka o prawa czarnoskórych obywateli USA osiąga apogeum. Tymczasem rock and roll próbuje się nie ugiąć pod naporem Beatlesów, a dzieci kwiaty protestują przeciwko skostniałej obyczajowości. Związek Radziecki miota się między odwilżą i nasileniem represji, a na ulicach Pragi i Warszawy ludzie domagają się wolności.

George Jakes, wnuk milionera i byłego gangstera Lva Peshkova, pracując w biurze prokuratora generalnego Roberta F. Kennedy’ego, walczy o prawa czarnej mniejszości… Dave Williams, syn brytyjskiego parlamentarzysty, i zbiegły ze Wschodnich Niemiec Walli Franck próbują – z sukcesem – zmienić świat poprzez muzykę. Gwiazda filmowa i teatralna Evie Williams wykorzystuje swoją sławę, by przeciwstawić się wojnie w Wietnamie. Dimka Dworkin, asystent Chruszczowa, wierzy w komunizm z ludzką twarzą, podczas gdy jego siostra Tania, która tę wiarę utraciła, wspomaga dysydentów i współpracuje z polską opozycją… Oni i ich bliscy w ogarniętym szaleństwem świecie, w którym czasem stopniowo, czasem z dnia na dzień wszystko się zmienia, realizują marzenia, knują spiski, cierpią, tęsknią, zdradzają i kochają.

KEN FOLLETT

Brytyjski pisarz urodzony w 1949 roku w Walii. Autor thrillerów i powieści historycznych. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1978 roku Igła. Kolejne tytuły, m.in. Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Zamieć, Upadek gigantów, Zima świata orazKrawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów.

Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, autor za swoje najważniejsze dzieło nadal uważa sagę Filary Ziemi – owoc jego zainteresowania średniowieczem.

Na podstawie dzieł Folletta nakręcono wiele filmów oraz seriali, m.in. Igłę, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów i Filary Ziemi. W Polsce powstały dwie superprodukcje audio: Filary Ziemi – z udziałem m.in. Krzysztofa Gosztyły, Katarzyny Herman, Michała Żurawskiego i Piotra Cyrwusa – oraz Upadek gigantów, w którym bohaterom głosów użyczyli m.in. Łukasz Simlat, Agnieszka Więdłocha, Antoni Pawlicki czy Eliza Rycembel.

Nakłady książek Kena Folletta przekroczyły 100 milionów egzemplarzy.

ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIER

NIEBEZPIECZNA FORTUNA

CZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary Ziemi

FILARY ZIEMI

ŚWIAT BEZ KOŃCA

SŁUP OGNIA

NIECH STANIE SIĘ ŚWIATŁOŚĆ

Stulecie

UPADEK GIGANTÓW

ZIMA ŚWIATA

KRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne

IGŁA

KRYPTONIM „KAWKI”

LOT ĆMY

KLUCZ DO REBEKI

NOC NAD OCEANEM

Thrillery

MŁOT EDENU

ZABÓJCZA PAMIĘĆ

TRÓJKA

ZAMIEĆ

SKANDAL Z MODIGLIANIM

TRZECI BLIŹNIAK

LWY PANSZIRU

PAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:

EDGE OF ETERNITY: BOOK THREE OF THE CENTURY TRILOGY

Copyright © Ken Follett 2014

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2020

Polish translation copyright © Grzegorz Kołodziejczyk & Zbigniew A. Królicki 2014

Redakcja: Beata Kaczmarczyk

Zdjęcia na okładce: © Agencja BE&W (John F. Kennedy),© Elisabeth Ansley/Arcangel Images (kobieta)

Drzewo genealogiczne na wyklejce: Dave Hopkins, © Ken Follett

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8215-260-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Wszystkim bojownikom o wolność,a zwłaszcza Barbarze

Wszystkie cytaty z wypowiedzi Martina Luthera Kinga wykorzystane zostały w porozumieniu z występującą w imieniu jego spadkobierców prawnych firmą Writers House, Nowy Jork. Copyright © 1963, 1968, dr Martin Luther King, Jr., odnowione w 1991 i 1996 roku przez Corettę Scott King.

Niniejsza książka to fikcja literacka. Nazwiska, osoby, postacie, miejsca oraz wydarzenia albo są wytworem wyobraźni autora albo zostały użyte fikcyjnie, tak że wszelkie podobieństwa do osób żyjących lub zmarłych, firm, wydarzeń i miejsc są całkowicie przypadkowe.

GŁÓWNI BOHATEROWIE

Amerykanie

Rodzina Dewarów

Cameron Dewar

Ursula „Beep” Dewar, jego siostra

Woody Dewar, jego ojciec

Bella Dewar, jego matka

Rodzina Peshkovów-Jakesów

George Jakes

Jacky Jakes, jego matka

Greg Peshkov, jego ojciec

Lev Peshkov, jego dziadek

Marga, jego babka

Rodzina Marquandów

Verena Marquand

Percy Marquand, jej ojciec

Babe Lee, jej matka

CIA

Florence Geary

Tony Savino

Tim Tedder, częściowo na emeryturze

Keith Dorset

Inni

Maria Summers

Joseph Hugo, FBI

Larry Mawhinney, Pentagon

Nelly Fordham, dawna miłość Grega Peshkova

Dennis Wilson, asystent Bobby’ego Kennedy’ego

Skip Dickerson, asystent Lyndona Johnsona

Leopold „Lee” Montgomery, dziennikarz

Herb Gould, producent telewizyjny w programie This Day

Suzy Cannon, dziennikarka, autorka kolumn plotkarskich

Frank Lindeman, właściciel sieci telewizyjnej

Postacie historyczne

John F. Kennedy, trzydziesty piąty prezydent USA

Jackie, jego żona

Robert (Bobby) Kennedy, jego brat

Dave Powers, asystent prezydenta Kennedy’ego

Pierre Salinger, rzecznik prasowy prezydenta Kennedy’ego

doktor Martin Luther King, pastor, przewodniczący organizacji o nazwie Konferencja Chrześcijan Południowych

Lyndon B. Johnson, trzydziesty szósty prezydent USA

Richard Nixon, trzydziesty siódmy prezydent USA

Jimmy Carter, trzydziesty dziewiąty prezydent USA

Ronald Reagan, czterdziesty prezydent USA

George H.W. Bush, czterdziesty pierwszy prezydent USA

Brytyjczycy

Rodzina Leckwithów-Williamsów

Dave Williams

Evie Williams, jego siostra

Daisy Williams, jego matka

Lloyd Williams, parlamentarzysta, jego ojciec

Eth Leckwith, babka Dave’a

Rodzina Murrayów

Jasper Murray

Anna Murray, jego siostra

Eva Murray, jego matka

Muzycy z zespołu Guardsmen i Plum Nellie

Lenny, kuzyn Dave’a Williamsa

Lew, perkusista

Buzz, basista

Geoffrey, gitarzysta prowadzący

Inni

hrabia Fitzherbert, zwany Fitzem

Sam Cakebread, przyjaciel Jaspera Murraya

Byron Chesterfield (prawdziwe nazwisko Brian Chesnowitz), agent muzyczny

Hank Remington (prawdziwe nazwisko Harry Riley), gwiazda muzyki pop

Eric Chapman, dyrektor wytwórni płytowej

Niemcy

Rodzina Francków

Rebecca Hoffmann

Carla Franck, adopcyjna matka Rebekki

Werner Franck, adopcyjny ojciec Rebekki

Walli Franck, syn Carli

Lili Franck, córka Wernera i Carli

Maud von Ulrich, z domu Fitzherbert, matka Carli

Hans Hoffmann, mąż Rebekki

Inni

Bernd Held, nauczyciel

Karolin Koontz, piosenkarka folkowa

Odo Vossler, pastor

Postacie historyczne

Walter Ulbricht, pierwszy sekretarz Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec

Erich Honecker, następca Ulbrichta

Egon Krenz, następca Honeckera

Polacy

Stanisław „Staś” Pawlak, oficer

Lidka, dziewczyna Camerona Dewara

Danuta Górska, działaczka Solidarności

Postacie historyczne

Anna Walentynowicz, suwnicowa

Lech Wałęsa, przywódca Związku Zawodowego „Solidarność”

generał Wojciech Jaruzelski, premier

Rosjanie

Rodzina Dworkinów-Peszkowów

Tania Dworkina, dziennikarka

Dimka Dworkin, asystent na Kremlu, brat bliźniak Tani

Nina, dziewczyna Dimki

Ania Dworkina, ich matka

Grigorij Peszkow, ich dziadek

Katerina Peszkowa, ich babka

Władimir, zawsze nazywany Wołodią, ich wujek

Zoja, żona Wołodii

Inni

Danił Antonow, redaktor w agencji prasowej TASS

Piotr Opotkin, redaktor naczelny

Wasilij Jenkow, dysydent

Natalia Smotrowa, urzędniczka w Ministerstwie Spraw Zagranicznych

Nik Smotrow, mąż Natalii

Jewgienij Filipow, asystent ministra obrony Rodiona Malinowskiego

Wiera Pletner, sekretarka Dimki

Walentin, przyjaciel Dimki

marszałek Michaił Pusznoj

Postacie historyczne

Nikita Siergiejewicz Chruszczow, pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego

Andriej Gromyko, minister spraw zagranicznych za czasów Chruszczowa

Rodion Malinowski, minister obrony za czasów Chruszczowa

Aleksiej Kosygin, przewodniczący Rady Ministrów

Leonid Breżniew, następca Chruszczowa

Jurij Andropow, następca Breżniewa

Konstantin Czernienko, następca Andropowa

Michaił Gorbaczow, następca Czernienki

Inne narodowości

Paz Oliva, kubański generał

Frederik Bíró, węgierski polityk

Enok Andersen, duński księgowy

CZĘŚĆ IMur1961

ROZDZIAŁ 1

Rebecca Hoffmann otrzymała wezwanie z tajnej policji w deszczowy poniedziałek 1961 roku.

Dzień zaczął się zwyczajnie. Mąż Rebekki odwiózł ją do pracy swoim brązowym trabantem 500. Urokliwe stare uliczki śródmieścia Berlina wciąż poznaczone były wyrwami po wojennych bombardowaniach, tylko w niektórych miejscach stanęły betonowe budynki odcinające się od otoczenia niczym źle dobrane sztuczne zęby. Hans siedział za kierownicą i opowiadał o swojej pracy.

– Sądy służą sędziom, adwokatom, policji i władzom. Wszystkim oprócz ofiar przestępstw – powiedział. – Tego można się spodziewać w zachodnich krajach kapitalistycznych, ale w komunizmie sądy powinny służyć obywatelom. Moi koledzy zachowują się tak, jakby tego nie rozumieli. – Hans był urzędnikiem w Ministerstwie Sprawiedliwości.

– Prawie od roku jesteśmy małżeństwem, znam cię od dwóch lat, a jak dotąd nie spotkałam żadnego z twoich kolegów – zauważyła Rebecca.

– Zanudziliby cię – odparł bez namysłu. – To sami prawnicy.

– Żadnych kobiet?

– Żadnych. W każdym razie w moim wydziale. – Praca Hansa miała charakter administracyjny: przydzielał sprawy sędziom, wyznaczał terminy rozpraw, zarządzał budynkami sądowymi.

– Mimo to chciałabym ich poznać.

Hans był silnym mężczyzną, który nauczył się panować nad sobą. Jej upór wywołał w nim gniew, Rebecca dostrzegła znajomy błysk w oczach męża. Powściągnął go siłą woli.

– Coś zorganizuję – rzekł. – Może któregoś wieczoru wybierzemy się razem do baru.

Był pierwszym poznanym przez Rebeccę mężczyzną, który dorównywał jej ojcu. Cechowała go pewność siebie i władczość, ale zawsze wysłuchiwał zdania żony. Miał dobrą posadę – niewielu ludzi w Niemczech Wschodnich stać było na samochód. Ci, którzy zajmowali stanowiska we władzach, zwykle bywali twardogłowymi komunistami, lecz Hans, o dziwo, podzielał polityczny sceptycyzm Rebekki. I podobnie jak jej ojciec był wysoki, przystojny i dobrze się ubierał. Mogła śmiało powiedzieć, że to mężczyzna, na którego czekała.

Tylko jeden raz przed ślubem na krótko w niego zwątpiła. Zdarzył im się drobny wypadek drogowy. Wina leżała całkowicie po stronie kierowcy drugiego samochodu, który bez zatrzymania się wyjechał z bocznej ulicy. Takie rzeczy dzieją się codziennie, lecz Hans wpadł we wściekłość. Choć uszkodzenia wozów były minimalne, wezwał policję, wyciągnął legitymację urzędnika Ministerstwa Sprawiedliwości, po czym kazał aresztować sprawcę stłuczki i wsadzić do więzienia za niebezpieczną jazdę.

Później przeprosił Rebeccę, twierdząc, że poniosły go nerwy. Mściwość Hansa przestraszyła ją i omal z nim nie zerwała. Wytłumaczył jednak, że nie był sobą z powodu stresu związanego z pracą zawodową, a ona mu uwierzyła. Później okazało się, że postąpiła słusznie, ponieważ Hans nigdy więcej w taki sposób się nie zachował.

Rok po tym, jak się poznali, Rebecca zaczęła się zastanawiać, dlaczego jeszcze nie poprosił jej, by za niego wyszła. Nie byli już dziećmi: ona miała dwadzieścia osiem lat, on trzydzieści trzy, od sześciu miesięcy weekendowe noce spędzali przeważnie razem. W końcu sama mu się oświadczyła. Zaskoczyło go to, ale się zgodził.

Zatrzymał samochód przed szkołą, w której pracowała. Budynek był nowoczesny i dobrze wyposażony, ponieważ komuniści poważnie traktowali oświatę. Przed bramą pięciu lub sześciu chłopców ze starszych klas stało pod drzewem i paliło papierosy. Nie zwracając uwagi na ich spojrzenia, pocałowała Hansa w usta i wysiadła.

Chłopcy przywitali się grzecznie, lecz gdy Rebecca przemierzała kałuże na szkolnym podwórku, czuła na swoim ciele tęskne spojrzenia nastolatków.

Pochodziła z rodziny związanej z polityką. Dziadek należał do Socjaldemokratycznej Partii Niemiec i zasiadał w Reichstagu, niemieckim parlamencie, aż do czasu dojścia Hitlera do władzy. Matka była radną miejską z ramienia tej samej partii w króciutkim okresie po wojnie, gdy w Berlinie Wschodnim panowała demokracja. Teraz jednak Niemcy Wschodnie były komunistyczną dyktaturą i Rebecca nie widziała sensu w angażowaniu się w politykę. Swój idealizm skierowała na nauczanie i miała nadzieję, że następne pokolenie będzie wykazywało mniej dogmatyzmu, za to więcej mądrości i współczucia dla ludzi.

W pokoju nauczycielskim rzuciła okiem na tablicę ogłoszeń. Większość lekcji tego dnia miała się odbyć w podwojonym składzie, co oznaczało, że w jednej klasie trzeba będzie zmieścić dwie grupy uczniów. Przedmiotem Rebekki był rosyjski, ale będzie musiała poprowadzić również angielski. Nie mówiła po angielsku, choć przyswoiła sobie odrobinę tego języka od swojej babci Angielki, Maud, która w wieku siedemdziesięciu lat wciąż tryskała energią.

Już drugi raz poproszono Rebeccę o zastępstwo na zajęciach z angielskiego. Zaczęła zastanawiać się nad tekstem do wykorzystania. Za pierwszym razem posłużyła się ulotką, którą rozdawano amerykańskim żołnierzom, zawierającą instrukcję postępowania z Niemcami. Tekst bardzo rozbawił uczniów i przy okazji dużo się nauczyli. Postanowiła, że dzisiaj zapisze na tablicy słowa jakiejś znanej im piosenki, na przykład The Twist, i poprosi o przetłumaczenie na niemiecki. Piosenkę stale puszczano w radiu amerykańskich sił zbrojnych. Nie będzie to typowa lekcja języka obcego, ale Rebecca doszła do wniosku, że nic lepszego nie wymyśli.

Szkoła borykała się z dotkliwymi brakami kadrowymi: połowa nauczycieli wyemigrowała do Niemiec Zachodnich, gdzie miesięczne pensje były wyższe o trzysta marek, a obywatele mogli cieszyć się wolnością. Taka sama sytuacja panowała w większości szkół w Niemieckiej Republice Demokratycznej. I nie dotyczyła jedynie nauczycieli. Lekarze, wyjeżdżając na zachód, mogli podwoić swoje zarobki. Matka Rebekki, Carla, była naczelną pielęgniarką w dużym szpitalu w Berlinie Wschodnim i rwała sobie włosy z głowy z powodu niedoboru zarówno pielęgniarek, jak i lekarzy. Rąk do pracy brakowało także w przemyśle, ubywało ludzi nawet w wojsku. Problem osiągnął rozmiary kryzysu narodowego.

Rebecca notowała w zeszycie tekst piosenki The Twist i usiłowała przypomnieć sobie wers ze słowami my little sis, kiedy do pokoju nauczycielskiego wszedł zastępca dyrektora szkoły. Nazywał się Bernd Held i prawdopodobnie był najlepszym poza rodziną znajomym Rebekki. Szczupły, ciemnowłosy czterdziestolatek nosił na czole wyrazistą bliznę w miejscu, które przeciął odłamek; stało się to w ostatnich dniach wojny podczas obrony wzgórz Seelow. Uczył fizyki, lecz podzielał zainteresowanie Rebekki rosyjską literaturą; kilka razy w tygodniu jadali wspólnie kanapki w porze obiadu.

– Słuchajcie – odezwał się. – Niestety, mam złe wiadomości. Anselm odszedł.

Rozległ się szmer zdziwienia. Anselm Weber był dyrektorem szkoły i lojalnym komunistą, bo tylko tacy mogli piastować to stanowisko. Najwyraźniej jednak zachodnioniemiecki dobrobyt i swoboda wzięły górę nad zasadami.

– Będę go zastępował, dopóki nie zostanie wyznaczony nowy dyrektor – ciągnął Bernd. Rebecca, podobnie jak reszta kadry dydaktycznej, wiedziała, że to on powinien zarządzać placówką, ponieważ ma odpowiednie kwalifikacje i umiejętności. Jednak był wykluczony z racji tego, że nie wstąpił do Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, która w istocie była partią komunistyczną.

Z tego samego powodu także Rebecca nie miała szans, by zostać dyrektorką. Anselm prosił ją, żeby zapisała się do partii, lecz nawet o tym nie myślała. Jej zdaniem to byłoby tak, jakby zamieszkała w szpitalu psychiatrycznym i udawała, że wszyscy pensjonariusze są zdrowi na umyśle.

Bernd wyłuszczał zaistniałą sytuację, ona zaś zastanawiała się, kiedy zostanie mianowany nowy dyrektor. Za rok? Jak długo potrwa kryzys? Nikt tego nie wiedział.

Przed pierwszą lekcją zajrzała do swojej przegródki pocztowej, ale nic w niej nie było. Korespondencja jeszcze nie dotarła. Może listonosz również wyemigrował do Niemiec Zachodnich.

List, który miał wywrócić jej życie do góry nogami, wciąż był w drodze.

Na pierwszych zajęciach omawiała rosyjski poemat Jeździec miedziany z liczną grupą siedemnasto- i osiemnastolatków. Lekcję taką prowadziła rok w rok, odkąd została nauczycielką. Jak zawsze podsuwała uczniom radziecką interpretację ideologiczną, tłumacząc, że w obliczu konfliktu między dobrem osobistym a powinnością społeczną autor wiersza, Aleksander Puszkin, opowiada się po stronie tej drugiej.

W czasie przerwy obiadowej wzięła kanapkę i poszła do gabinetu dyrektora. Usiadła przy dużym biurku naprzeciwko Bernda i popatrzyła na półkę z tanimi glinianymi popiersiami: znalazły tam miejsce podobizny Marksa, Lenina oraz przywódcy wschodnioniemieckiej partii komunistycznej Waltera Ulbrichta. Bernd podążył za spojrzeniem koleżanki.

– Szczwany lis z tego Anselma – rzucił z uśmiechem. – Przez całe lata udawał prawowiernego, a teraz fru!, i już go nie ma.

– A ciebie nie kusi? – zaciekawiła się Rebecca. – Rozwiodłeś się, nie masz dzieci ani innych zobowiązań.

Bernd rozejrzał się, jakby podejrzewał, że ktoś może słuchać rozmowy. Potem wzruszył ramionami.

– Myślałem o tym, bo kto nie myślał? A ty? Przecież twój ojciec pracuje w Berlinie Zachodnim, prawda?

– Tak, ma fabrykę telewizorów. Ale mama jest zdecydowana, by zostać na Wschodzie. Powiada, że problemy trzeba rozwiązywać, a nie przed nimi uciekać.

– Poznałem ją, prawdziwa z niej tygrysica.

– To prawda. Poza tym dom, w którym mieszkamy, należy do rodziny od pokoleń.

– A co na to twój mąż?

– Poświęca się pracy.

– W takim razie nie muszę się obawiać, że cię stracę. To dobrze.

– Bernd… – zaczęła Rebecca i zawahała się.

– No, wyduś to.

– Mogę ci zadać osobiste pytanie?

– Naturalnie.

– Odszedłeś od żony, bo miała romans.

Bernd zesztywniał, ale odpowiedział:

– Owszem.

– Jak się dowiedziałeś?

Skrzywił się, jakby poczuł nagły ból.

– Wolisz, żebym nie pytała? – zaniepokoiła się Rebecca. – To zbyt osobiste?

– Tobie mogę powiedzieć – odparł. – Spytałem wprost i przyznała się.

– Dlaczego zacząłeś ją podejrzewać?

– Świadczyło o tym wiele drobnostek…

– Na przykład dzwoni telefon – wpadła mu w słowo Rebecca – ty odbierasz i przez kilka sekund nikt się nie odzywa, a potem rozłącza.

Bernd potwierdził skinieniem głowy.

– Małżonek drze kartkę na drobne kawałeczki i spuszcza w sedesie – ciągnęła. – W weekend ktoś wzywa go na niezapowiedziane zebranie. Wieczorami pisze coś przez dwie godziny i nie chce ci pokazać.

– Ojej – odezwał się ze smutkiem Bernd. – Ty mówisz o Hansie.

– Ma kochankę, prawda? – Rebecca odłożyła kanapkę, straciła apetyt. – Powiedz mi, co o tym sądzisz, ale szczerze.

– Przykro mi.

Bernd pocałował ją kiedyś; to było przed czterema miesiącami, w ostatni dzień semestru jesiennego. Żegnali się i życzył jej wesołych świąt Bożego Narodzenia, a potem ujął ją lekko za ramię, nachylił głowę i pocałował w usta. Poprosiła, by nigdy więcej tego nie robił, i oznajmiła, że nadal chce się z nim przyjaźnić. W styczniu oboje wrócili do pracy i udawali, że nic się nie wydarzyło. Parę tygodni później Bernd powiedział jej nawet, że umówił się na randkę z wdową rówieśniczką.

Rebecca nie zamierzała rozbudzać w nim nadziei, wiedząc, że nie zdoła ich spełnić, lecz Bernd był jedyną osobą, z którą mogła porozmawiać poza rodziną, a tej na razie nie chciała martwić.

– Byłam pewna, bardzo pewna, że Hans mnie kocha – wyznała z oczami pełnymi łez. – Bo ja go kocham.

– Może on też cię kocha. Niektórzy mężczyźni po prostu nie potrafią oprzeć się pokusie.

Rebecca nie wiedziała, czy Hans jest zadowolony z ich pożycia intymnego. Nigdy się nie skarżył, ale kochali się mniej więcej raz w tygodniu; ona uważała, że to za rzadko jak na nowożeńców.

– Ja tylko pragnę własnej rodziny, takiej jak rodzina mamy, w której wszyscy znajdują miłość, wsparcie i poczucie bezpieczeństwa – tłumaczyła. – Myślałam, że mogę to mieć z Hansem.

– Może nadal jest to możliwe – zauważył Bernd. – Romans nie musi oznaczać końca małżeństwa.

– W pierwszym roku związku?

– To źle wróży, zgadzam się.

– Co mam robić?

– Musisz go o to zapytać. Może się przyzna, może zaprzeczy, ale będzie wiedział, że jesteś świadoma tego, że coś się dzieje.

– I co potem?

– A czego byś chciała? Rozwieść się z nim?

Pokręciła głową.

– Nigdy bym nie odeszła. Małżeństwo to przyrzeczenie. Trzeba go dotrzymywać nawet wbrew własnym skłonnościom, a nie tylko wtedy, gdy ci to pasuje. Właśnie taki jest jego sens.

– Ja postąpiłem zupełnie inaczej. Na pewno tego nie pochwalasz.

– Nie osądzam ciebie ani nikogo innego, mówię jedynie o sobie. Kocham męża i chcę, żeby był mi wierny.

Bernd uśmiechnął się z podziwem i odrobiną żalu.

– Mam nadzieję, że twoje pragnienia się spełnią.

– Dobry z ciebie przyjaciel.

Odezwał się dzwonek wzywający na pierwszą popołudniową lekcję. Rebecca wstała i włożyła kanapkę z powrotem do papierowego opakowania. Nie zamierzała jej zjeść ani teraz, ani później, lecz myśl o wyrzuceniu chleba napawała ją trwogą; takie same odczucia miała większość tych, którzy przeżyli wojnę. Dotknęła chusteczką wilgotnych oczu.

– Dziękuję, że mnie wysłuchałeś.

– Niewiele cię pocieszyłem.

– Ależ tak – powiedziała i wyszła.

Zbliżając się do klasy, uświadomiła sobie, że nie zdążyła opracować tekstu piosenki. Była jednak nauczycielką nie od wczoraj i potrafiła improwizować.

– Kto słyszał piosenkę The Twist? – zapytała głośno, otwierając drzwi.

Okazało się, że wszyscy.

Podeszła do tablicy i wzięła kawałek kredy.

– Jak idą słowa?

Uczniowie zaczęli wykrzykiwać tekst.

– Come on, baby, let’s do the twist. – Rebecca zapisała na tablicy pierwszą linijkę. – Jak to będzie po niemiecku?

Na jakiś czas zapomniała o swoich strapieniach.

W czasie następnej przerwy znalazła w przegródce list. Zabrała go do pokoju nauczycielskiego i przed otwarciem zaparzyła sobie kawy instant. Kiedy zaczęła czytać, filiżanka wyleciała jej z ręki.

Kartka była jedna, w nagłówku widniała nazwa Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwa. Tak oficjalnie nazywała się tajna policja Stasi. Nadawcą listu był sierżant Scholz; nakazywał Rebecce stawić się w siedzibie policji na przesłuchanie.

Wytarła rozlaną kawę i przeprosiła kolegów, udając, że nie stało się nic złego. Potem poszła do damskiej toalety i zamknęła się w kabinie. Musiała pomyśleć, zanim komukolwiek się zwierzy.

Każdy obywatel Niemieckiej Republiki Demokratycznej wiedział o istnieniu takich listów i wszyscy się ich bali. Oznaczał on, że Rebecca popełniła jakieś przewinienie, być może drobne i nieznaczące, ale jednak takie, które zwróciło uwagę szpicli. Z tego, co mówili inni, zorientowała się, że nie ma sensu udawać niewinności. Policja wychodziła z założenia, że wezwany musi być winny, bo w przeciwnym razie z jakiej racji by go przesłuchiwali. Sugestie, że zaszła pomyłka, traktowali jako obrazę dla swojej fachowości, to zaś samo w sobie uważali za wykroczenie.

Rebecca spojrzała ponownie na list i zobaczyła, że ma się zgłosić o siedemnastej.

Czym zawiniła? Jej rodzina, rzecz jasna, wzbudzała głębokie podejrzenia. Ojciec Werner był kapitalistą i miał fabrykę, do której wschodnioniemieckie władze nie mogły się dobrać, ponieważ znajdowała się w Berlinie Zachodnim. Matka Carla była dobrze znaną członkinią Socjaldemokratycznej Partii Niemiec. Z kolei babka, Maud, była siostrą angielskiego hrabiego.

Wszelako władze od kilku już lat nie naprzykrzały się rodzinie i Rebecca sądziła, że wychodząc za urzędnika Ministerstwa Sprawiedliwości, uzyskała dla siebie i bliskich pewną dozę szacunku. Najwyraźniej się łudziła.

Czy popełniła jakieś przestępstwo? Miała w księgozbiorze antykomunistyczną alegorię George’a Orwella Folwark zwierzęcy, co było wbrew prawu. Jej młodszy brat Walli, obecnie piętnastoletni, grał na gitarze i śpiewał amerykańskie protest songi w rodzaju This Land is Your Land. Rebecca jeździła czasem do Berlina Zachodniego na wernisaże malarstwa abstrakcyjnego. W podejściu do sztuki komuniści wykazywali taki sam konserwatyzm jak matrony z epoki wiktoriańskiej.

Myjąc ręce, zerknęła w lustro. Nie wyglądała jak osoba zalękniona. Miała prosty nos, wyrazisty podbródek i oczy o głębokiej orzechowej barwie. Jej niesforna ciemna czupryna była mocno zaczesana do tyłu. Wysoki wzrost i posągowa budowa wzbudzały u niektórych strach. Rebecca potrafiła stanąć przed klasą rozwydrzonych osiemnastolatków i uciszyć ich jednym słowem.

A mimo to czuła lęk. Jej obawy płynęły ze świadomości, że funkcjonariusze Stasi zdolni są do wszystkiego. Nie znali żadnych prawdziwych ograniczeń, samo poskarżenie się na nich zakrawało na przestępstwo. Przypominało to Rebecce postępowanie Armii Czerwonej pod koniec wojny. Sowieccy żołdacy mogli swobodnie rabować, gwałcić i mordować Niemców; korzystanie z tej wolności przybrało u nich postać niewymownego barbarzyństwa.

Ostatnia lekcja Rebekki tego dnia miała być poświęcona stronie biernej w języku rosyjskim. Zajęcia się rozlazły i były z całą pewnością najgorszymi, jakie przeprowadziła od początku swojej pracy dydaktycznej. Uczniowie zorientowali się, że stało się coś złego, i ku jej wzruszeniu okazali pomoc; czasem trafnie podpowiadali, kiedy nauczycielce zabrakło słów. Dzięki ich wyrozumiałości jakoś dobrnęła do końca.

Bernd przyjmował w gabinecie urzędników z Ministerstwa Edukacji; zapewne wspólnie zastanawiali się, jak prowadzić dalej szkołę, gdy odeszła połowa kadry nauczycielskiej. Rebecca nie chciała udawać się do siedziby Stasi, nikogo nie powiadomiwszy, dlatego na wszelki wypadek zostawiła przełożonemu kartkę z informacją.

Potem wsiadła do autobusu, który mokrymi od deszczu ulicami zawiózł ją na Normannen Strasse w dzielnicy Lichtenberg na przedmieściu.

Kwatera tajnej policji mieściła się w szpetnym nowym biurowcu. Budynek nie był ukończony: na parkingu stały buldożery, a przy jednej ze ścian pięło się rusztowanie. W deszczu gmach sprawiał posępne wrażenie, w blasku słońca nie będzie wyglądał weselej.

Wchodząc, Rebecca nie wiedziała, czy kiedykolwiek stąd wyjdzie.

Przemierzyła ogromny hol i zawieziono ją windą na piętro. Jej lęk narastał wraz z wysokością. Wysiadła i znalazła się w korytarzu pomalowanym na koszmarny kolor musztardowej żółci. Zaprowadzono ją do małego pustego pomieszczenia, w którym jedynymi meblami były stół z blatem z tworzywa sztucznego oraz dwa niewygodne krzesełka z metalowych rurek. Powietrze przesycała gryząca woń farby. Mężczyzna, który eskortował Rebeccę, zostawił ją samą.

Siedziała pięć minut, trzęsąc się. Zaczęła żałować, że nie pali – papieros mógłby nieco ukoić jej nerwy. Z trudem powstrzymywała łzy.

Do pomieszczenia wszedł sierżant Scholz. Był nieco młodszy od Rebekki, oceniła jego wiek na mniej więcej dwadzieścia pięć lat. Trzymał w rękach cienką teczkę. Usiadł, odchrząknął, otworzył teczkę i skrzywił się. Przyszło jej do głowy, że usiłuje przydać sobie ważności. Pomyślała, że to może być jego pierwsze przesłuchanie.

– Jesteście nauczycielką w technikum Fryderyka Engelsa – stwierdził.

– Tak.

– Gdzie mieszkacie?

Rebecca odpowiedziała, ale pytanie ją zdziwiło. Czyżby bezpieka nie znała jej adresu? To by tłumaczyło, dlaczego list przyszedł do szkoły, a nie do jej domu.

Musiała podać nazwiska oraz wiek rodziców i dziadków.

– Kłamiecie! – oznajmił triumfalnie Scholz. – Mówicie, że matka ma trzydzieści dziewięć lat, a wy dwadzieścia dziewięć. Czyżby urodziła was jako dziesięciolatka?

– Jestem adoptowana – odrzekła Rebecca. Poczuła ulgę, mogąc udzielić niewinnego wyjaśnienia. – Moi prawdziwi rodzice zginęli pod koniec wojny, kiedy nasz dom został trafiony pociskiem. – Miała wtedy trzynaście lat. Pociski Armii Czerwonej padały wszędzie, miasto leżało w gruzach, a ona była sama, oszołomiona i przerażona. Grupka rosyjskich żołnierzy wybrała sobie pulchną nastolatkę, przymierzając się do gwałtu. Ocaliła ją Carla, która poświęciła się w zamian. Jednak tamto przerażające wydarzenie sprawiło, że Rebecca podchodziła do seksu niepewnie i z lękiem. Czuła, że jeśli Hans nie jest usatysfakcjonowany, musi to być jej wina.

Zadrżała, starając się odsunąć złe wspomnienie.

– Carla Franck uratowała mnie przed… – Powstrzymała się w samą porę. Komuniści zaprzeczali, jakoby żołnierze Armii Czerwonej popełniali gwałty, mimo że tę potworną prawdę znała każda kobieta, która w 1945 roku przebywała na terenie Niemiec Wschodnich. – Carla mnie ocaliła – dodała, pomijając kontrowersyjne szczegóły. – Później ona i Werner zaadoptowali mnie zgodnie z prawem.

Scholz notował wszystko skrupulatnie.

Taka teczka nie może zawierać wielu informacji, pomyślała Rebecca, ale coś musi w niej być. Jeśli policjant ma tak skąpą wiedzę o rodzinie wezwanej osoby, to co zwróciło jego uwagę?

– Jesteście nauczycielką angielskiego – powiedział.

– Nie, uczę rosyjskiego.

– Znowu kłamiecie.

– Nie kłamię i przedtem też nie kłamałam – odparła zwięźle Rebecca, dziwiąc się samej sobie, że tak buńczucznie odzywa się do funkcjonariusza bezpieki. Nie czuła już takiej obawy jak na początku. Może to głupota. Ten człowiek był młody i niedoświadczony, lecz wciąż mógł zrujnować jej życie. – Mam dyplom z języka i literatury rosyjskiej – ciągnęła, siląc się na przyjazny uśmiech. – W szkole kieruję wydziałem rusycystycznym, ale połowa nauczycieli wyjechała na Zachód, więc musimy sobie jakoś radzić. Dlatego w zeszłym tygodniu poprowadziłam dwie lekcje angielskiego.

– Czyli jednak miałem rację! I w czasie lekcji zatruwacie umysły dzieci amerykańską propagandą.

– O cholera – jęknęła Rebecca. – Czyżby chodziło o ulotkę z poradami dla amerykańskich żołnierzy?

Policjant przeczytał z notatek:

– Tu jest napisane: „Miejcie w pamięci, że w Niemczech Wschodnich nie ma wolności słowa”. Czy to nie jest amerykańska propaganda?

– Wytłumaczyłam uczniom, że Amerykanie kultywują prymitywne przedmarksistowskie wyobrażenie wolności – odparowała Rebecca. – Przypuszczam, że wasz informator zapomniał o tym wspomnieć. – Zastanawiała się, kto był tą szują. Na pewno uczeń bądź rodzic, któremu powiedziano o zajęciach. Stasi miało więcej szpicli niż naziści.

– A dalej: „W Berlinie Wschodnim nie pytajcie o drogę policjantów. W odróżnieniu od amerykańskich, nie mają oni za zadanie pomagać ludziom”. Co wy na to?

– Czy to nieprawda? – odpowiedziała pytaniem Rebecca. – Czy jako nastolatek zapytaliście kiedyś Vopo, jak dojść na stację metra? – Policja w Niemczech Wschodnich nazywała się Volkspolizei, w skrócie Vopo.

– Nie mogliście znaleźć odpowiedniejszego materiału do nauczania dzieci?

– Może sami przyjdziecie do szkoły i dacie lekcję angielskiego?

– Nie znam angielskiego!

– Ani ja! – zawołała Rebecca i od razu pożałowała, że podniosła głos. Ale Scholz się nie rozgniewał, sprawiał wrażenie trochę onieśmielonego. Z pewnością brakowało mu doświadczenia, mimo to nie powinna sobie pozwalać na nierozwagę. – Ani ja – powtórzyła ciszej. – Improwizuję i korzystam ze wszelkich materiałów w języku angielskim, jakie wpadną mi w ręce. – Przyszło jej na myśl, że pora udać skruchę. – Z pewnością popełniłam błąd i bardzo tego żałuję, sierżancie.

– Sprawiacie wrażenie inteligentnej osoby – rzucił policjant.

Zmrużyła lekko powieki. Czyżby zastawiał na nią pułapkę?

– Dziękuję za komplement – odparła neutralnym tonem.

– Potrzeba nam inteligentnych osób, zwłaszcza kobiet.

Rebecca się zdziwiła.

– Do czego?

– Do tego, by miały oczy otwarte, orientowały się w sytuacji i dawały nam znać, kiedy dzieje się coś złego.

Teraz Rebeccę ogarnęło wzburzenie.

– Prosicie mnie, bym została informatorką Stasi? – spytała po chwili z niedowierzaniem.

– To jest ważne działanie obywatelskie. Ma kluczowe znaczenie zwłaszcza w szkołach, bo tam kształtują się ludzkie postawy.

– Rozumiem.

Rebecca rozumiała i to, że ten młody funkcjonariusz Stasi popełnił poważny błąd. Zdobył informacje o jej poczynaniach w miejscu pracy, ale nie dowiedział się niczego o rodzinie, która u komunistycznych władz miała bardzo złą opinię. Gdyby to sprawdził, z całą pewnością nie zwróciłby się do niej z taką propozycją.

Mogła sobie wyobrazić, jak do tego doszło. Nazwisko Hoffmann było jednym z najpospolitszych, a imię Rebecca także nie należało do nietypowych. Żółtodziób z tajnej policji mógł łatwo podążyć tym fałszywym tropem.

– Jednak ci, którzy wykonują tę pracę, muszą być całkowicie uczciwi i godni zaufania – oświadczył Scholz.

Omal nie parsknęła śmiechem, usłyszawszy ten paradoks.

– Uczciwi i godni zaufania? – powtórzyła. – I mają szpiegować znajomych?

– Jak najbardziej – potwierdził, nie dostrzegając ironii. – Są także pewne korzyści – dodał, ściszając głos. – Stalibyście się jedną z nas.

– Nie wiem, co odpowiedzieć.

– Nie musicie podejmować decyzji w tej chwili. Idźcie do domu i zastanówcie się, ale nikomu o tym nie opowiadajcie. Sprawa musi pozostać w tajemnicy, oczywiście.

– Oczywiście.

Rebecca odczuła ulgę. Scholz szybko odkryje, że wybrał nader niewłaściwą kandydatkę, i wycofa propozycję. Jednak w tej chwili trudno mu było znów udawać, że ma do czynienia z siewczynią kapitalistycznej propagandy. Może uda jej się wyjść z opresji bez szwanku.

Wstał, ona zaś poszła za jego przykładem. Czy to możliwe, by wizyta w kwaterze Stasi zakończyła się tak pomyślnie? To było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.

Grzecznie otworzył jej drzwi i poprowadził ją nieprzyjemnie żółtym korytarzem. Przed drzwiami windy stało kilku agentów bezpieki i żywo o czymś rozprawiało. Na widok znajomej postaci aż się zlękła: mężczyzna był rosły i barczysty, o lekko pochylonej postawie. Miał na sobie jasnoszary flanelowy garnitur, który także doskonale znała. Zbliżała się do windy i patrzyła, nic nie rozumiejąc.

To był jej mąż, Hans.

Dlaczego się tu znalazł? W pierwszej chwili z obawą pomyślała, że on także stawił się na przesłuchanie. Jednak po chwili, spoglądając na mężczyzn, uświadomiła sobie, że pozostali nie traktują go jak podejrzanego.

A zatem? Serce biło jej ze strachu, ale czego się bała?

Może wezwały go obowiązki urzędnika Ministerstwa Sprawiedliwości, zastanawiała się w duchu. Nagle usłyszała, jak jeden z mężczyzn mówi: „Z całym szacunkiem, poruczniku…”. Nie dosłyszała reszty zdania. Poruczniku? Pracownicy administracji państwowej nie mieli stopni wojskowych – chyba że byli w policji…

I wtedy Hans zauważył żonę.

Dostrzegła emocje na jego twarzy; mężczyźni są tak łatwi do rozszyfrowania. Najpierw zmarszczył czoło, jakby ujrzał coś dobrze znanego w nietypowym otoczeniu, na przykład buraka w bibliotece. Potem otworzył szerzej oczy i lekko rozchylił usta, uświadomiwszy sobie, kogo widzi. Jednakże najsilniejsze wrażenie zrobiło na niej to, co stało się potem: policzki męża zaczerwieniły się ze wstydu i odwrócił głowę, chcąc ukryć poczucie winy.

Milczała dłuższą chwilę, usiłując ogarnąć sytuację. A później, wciąż nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co się dzieje, powiedziała:

– Dzień dobry, poruczniku Hoffmann.

– Znacie porucznika? – spytał zaskoczony i przestraszony Scholz.

– I to całkiem dobrze – odparła Rebecca. Z trudem panowała nad sobą, czując, jak narasta w niej zatrważające podejrzenie. – Zastanawiam się, czy już od jakiegoś czasu mnie nie inwigilował. – Ale to chyba niemożliwe, myślała. A może jednak?

– Naprawdę? – zdziwił się głupio Scholz.

Rebecca mierzyła Hansa ostrym wzrokiem, czekając na jego reakcję. Miała nadzieję, że wyśmieje jej uwagę i bez wahania poda prawdziwe, niewinne wytłumaczenie sytuacji. On tymczasem otworzył usta, jakby chciał coś odrzec, ale widziała, że nie zamierza powiedzieć prawdy: miał minę kogoś, kto rozpaczliwie, lecz bezskutecznie usiłuje wymyślić jakąś prawdopodobną bajeczkę.

– Nie wiedziałem! – tłumaczył się Scholz, który był bliski płaczu.

– Jestem żoną Hansa – oznajmiła Rebecca, nie odrywając wzroku od męża.

Wyraz jego twarzy znów się zmienił, poczucie winy ustąpiło miejsca gniewowi. W końcu odpowiedział, ale nie zwracał się do Rebekki:

– Stul pysk, Scholz.

Naraz Rebecca zrozumiała i jej świat się zawalił.

Scholz był zbyt oszołomiony i puścił mimo uszu ostrzeżenie Hansa.

– Jesteście tą Frau Hoffmann? – zapytał Rebeccę.

Wściekły Hans zareagował błyskawicznie: zamachnął się prawą ręką i duża twarda pięść wylądowała na twarzy Scholza. Ten zatoczył się do tyłu, a jego usta zaczęły krwawić.

– Ty cholerny durniu – warknął Hans. – Właśnie spaprałeś dwa lata mozolnej tajniackiej pracy.

– Dziwne telefony, nagłe zebrania, podarte kartki… – wyliczała cicho Rebecca. A więc jednak Hans nie miał kochanki.

Prawda była o wiele gorsza.

Kręciło jej się w głowie, ale wiedziała, że jeśli chce poznać prawdę, ma teraz jedyną szansę. Wszyscy byli zbici z tropu, lecz później zaczną kłamać i preparować wymówki.

– Ożeniłeś się ze mną po to, by mnie szpiegować?

Patrzył na nią bez słowa.

Scholz odwrócił się i ruszył korytarzem.

– Idźcie za nim – polecił Hans kolegom.

Nadjechała winda i Rebecca wsiadła do kabiny.

– Aresztować tego idiotę i do celi z nim! – krzyknął Hans.

Chciał coś powiedzieć do żony, ale drzwi się zamknęły. Rebecca wcisnęła guzik.

Ledwie widziała przez łzy, kiedy przemierzała hol. Nikt jej nie zaczepił, widok zapłakanych ludzi był tam zapewne codziennością. Pokonała w deszczu parking i dotarła do przystanku autobusowego.

Małżeństwo okazało się jednym wielkim fałszem. Rebecce trudno się było z tym pogodzić. Spała z Hansem, kochała go i wyszła za niego, a on przez cały czas ją oszukiwał. Niewierność można uznać za chwilowe potknięcie, lecz Hans był fałszywy od samego początku. Na pewno zaczął się z nią umawiać na randki po to, by ją szpiegować.

Nie zamierzał się z nią żenić. Prawdopodobnie za pomocą flirtu chciał wślizgnąć się do domu. Podstęp udał się aż nazbyt dobrze. To musiał być dla niego szok, kiedy Rebecca zaproponowała ślub. Może wymuszono na nim tę decyzję: albo odmówi i zaprzestanie inwigilacji, albo ożeni się i będzie mógł kontynuować robotę. Niewykluczone, że dostał rozkaz, by przyjąć oświadczyny. Rebecca zastanawiała się teraz, jak mogła tak bardzo dać się wyprowadzić w pole.

Nadjechał autobus. Wsiadła szybko i ze spuszczoną głową przeszła na koniec. Usiadłszy, ukryła twarz w dłoniach.

Wspominała okres ich narzeczeństwa. Kiedy przywoływała na pamięć kwestie, które stanęły na drodze jej poprzednich romansów – poglądy feministyczne i antykomunistyczne, bliski związek z Carlą – Hans zawsze udzielał poprawnych odpowiedzi. Uwierzyła, że oboje mają podobne przekonania, co było nieomal cudem. Nigdy nie przyszło jej na myśl, że narzeczony przez cały czas udaje.

Autobus w ślimaczym tempie wlókł się ulicami wśród ruin i nowych budynków z betonu, zmierzając ku centralnej dzielnicy Mitte. Rebecca usiłowała skupić się na przyszłości, ale nie była w stanie. W jej głowie nieustannie przewijały się obrazy przeszłości. Przypominała sobie dzień ślubu, miodowy miesiąc i pierwszy rok związku. Hans traktował wszystko jak przedstawienie, w którym grał. Ukradł jej dwa lata życia i tak ją to rozgniewało, że przestała płakać.

Wróciła myślą do tego wieczoru, kiedy oświadczyła się Hansowi. Spacerowali w Parku Ludowym we Friedrichshain i zatrzymali się przed starą baśniową fontanną, by popatrzeć na kamienne rzeźby żółwi. Miała na sobie sukienkę w swoim ulubionym granatowym kolorze. Hans był ubrany w nową tweedową marynarkę; udawało mu się znajdować dobre ubrania, mimo że pod względem mody Niemcy Wschodnie stanowiły pustynię. Gdy otaczał ją ramieniem, Rebecca czuła się bezpieczna, chroniona i hołubiona. Pragnęła jednego mężczyzny na zawsze i właśnie go znalazła. „Pobierzmy się, Hans”, rzekła z uśmiechem. Pocałował ją i odparł: „Wspaniały pomysł”.

Ależ ja byłam głupia, pomyślała ze złością.

Jedna sprawa się wyjaśniła: Hans na razie nie chciał mieć dzieci. Oznajmił, że najpierw wolałby zaczekać na następny awans i uzbierać na własny dom. Nie wspominał o tym przed ślubem, i Rebecca się zdziwiła: ona miała już dwadzieścia dziewięć lat, on zaś trzydzieści cztery. Teraz poznała prawdziwy powód.

Wysiadając z autobusu, czuła już wściekłość. Szybkim krokiem szła w deszczu i wietrze do wysokiej starej kamienicy, w której mieszkała. Z przedpokoju przez otwarte drzwi zobaczyła matkę pogrążoną w rozmowie z Heinrichem von Kesslem, który po wojnie był wraz z Carlą w radzie miejskiej z ramienia Socjaldemokratycznej Partii Niemiec. Rebecca minęła ich szybko i bez słowa. Jej dwunastoletnia siostra Lili odrabiała lekcje przy stole w kuchni. Z dużego pokoju płynęły dźwięki fortepianu – to jej brat Walli grał bluesa. Rebecca weszła na górę do dwupokojowego mieszkania, które zajmowała z Hansem.

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła, była makieta, nad którą pracował od początku ich związku. Z zapałek i kleju budował miniaturę Bramy Brandenburskiej i wszyscy znajomi musieli mu oddawać zużyte zapałki. Makieta, prawie skończona, tkwiła na stoliku pośrodku pokoju. Hans zrobił już centralny łuk i skrzydła, a teraz pracował nad kwadrygą, czterokonnym rydwanem stojącym na szczycie, który był o wiele trudniejszy do wykonania.

Z pewnością się nudził, pomyślała z goryczą Rebecca. Projekt pomagał mu przetrwać wieczory, które musiał spędzać z niekochaną kobietą. Ich małżeństwo było taką właśnie makietą, lichą kopią czegoś prawdziwego.

Podeszła do okna i wyjrzała na dwór, deszcz wciąż padał. Po minucie przy krawężniku zatrzymał się brązowy trabant i wysiadł z niego Hans.

Jak on śmie się tutaj pokazać?

Otworzyła okno, nie zważając na wiatr i ulewę.

– Wynoś się!

Hans zatrzymał się na mokrym chodniku i uniósł głowę.

Wzrok Rebekki padł na parę butów, które stały na podłodze tuż obok. Uszył je sędziwy szewc, którego jej mąż znalazł. Wzięła jeden do ręki i cisnęła. Rzut był dobry: mimo że Hans próbował się uchylić, but trafił go w czubek głowy.

– Ty oszalała krowo! – ryknął.

Walli i Lili weszli do pokoju i stanęli w drzwiach. Spoglądali na dorosłą siostrę, jakby stała się inną osobą. Niewykluczone, że mieli rację.

– Ożeniłeś się ze mną na rozkaz Stasi! – zawołała. – Które z nas oszalało?

Rzuciła drugim butem, lecz tym razem chybiła.

– Co ty wyprawiasz? – zdziwiła się Lili.

– Rany, ale odjazd – powiedział z uśmiechem Walli.

Dwoje przechodniów zatrzymało się na chodniku, sąsiad stanął na progu i gapił się na dziwne widowisko. Hans zgromił ich wzrokiem. Żona robiła z niego durnia na oczach innych, raniło to do żywego jego dumę.

Rebecca rozejrzała się za następnym pociskiem i jej wzrok spoczął na modelu Bramy Brandenburskiej.

Stał na płycie ze sklejki i był ciężki, lecz zdołała go dźwignąć.

– O kurczę – odezwał się Walli.

Rebecca podeszła z makietą do okna.

– Nie waż się! – krzyknął Hans. – To jest moje!

Oparła drewnianą podstawę o parapet.

– Zrujnowałeś mi życie, ty bandyto ze Stasi!

Jedna z kobiet stojących na chodniku parsknęła szyderczym śmiechem. Wściekły Hans rozejrzał się, usiłując zlokalizować jego źródło, ale na próżno. To, że ktoś się z niego naigrawał, było najgorszą z tortur.

– Odłóż makietę, zdziro! – pieklił się. – Pracowałem nad nią cały rok!

– A ja przez rok walczyłam o nasze małżeństwo – odcięła się i uniosła makietę.

– Rozkazuję ci! – wrzasnął.

Z wysiłkiem wysunęła model za parapet i puściła.

Odwrócił się w locie tak, że sklejka znalazła się u góry, a kwadryga na dole. Spadał długo, Rebecca miała wrażenie, że czas na chwilę stanął. A potem makieta rąbnęła w chodnik z odgłosem przypominającym zgniatanie papieru. Zapałki rozprysły się na wszystkie strony, fragmenty konstrukcji spoczęły bezładnie na mokrym betonie. Sklejka leżała nieruchomo, wszystko, co wcześniej na niej było, zniknęło jak zdmuchnięte.

Hans przez dłuższą chwilę gapił się na resztki makiety z rozdziawionymi ustami.

Potem się opanował i wyciągnął palec w stronę Rebekki.

– Zapamiętaj moje słowa – rzekł zimnym głosem, który nagle ją przeraził. – Pożałujesz tego! Ty i twoja rodzina! Będziecie tego żałowali do końca swoich dni. Przyrzekam.

Wsiadł do samochodu i odjechał.

ROZDZIAŁ 2

Na śniadanie matka podała George’owi Jakesowi naleśniki z borówkami i bekon z płatkami.

– Jeśli pochłonę to wszystko, będę musiał przejść do wagi ciężkiej – oznajmił George, który ważył prawie osiemdziesiąt kilogramów i był gwiazdą zapaśniczej reprezentacji Harvardu w wadze półśredniej.

– Jedz do syta i daj sobie spokój z zapasami – odparła. – Nie wychowałam cię, żebyś został tępym mięśniakiem. – Usiadła naprzeciwko niego przy stole w kuchni i nasypała płatków na talerz.

Wiedziała, że George nie jest tępakiem. Niebawem miał ukończyć harwardzki wydział prawa. Zaliczył egzaminy końcowe i był niemal pewny, że je zdał. Teraz przyjechał do skromnego podmiejskiego domku matki w hrabstwie Prince George w Marylandzie nieopodal Waszyngtonu.

– Chcę zachować dobrą kondycję – wyjaśnił. – Może zostanę trenerem szkolnej reprezentacji w zapasach.

– Pozazdrościć pomysłu.

Spojrzał na nią czule. Jacky Jakes miała kiedyś urodę; widział jej zdjęcia z czasów, gdy była nastolatką i marzyła o karierze filmowej. Nadal wyglądała młodo, jej skóra o barwie ciemnej czekolady się nie marszczyła. „Dobra czerń nie pęka”, mawiały murzyńskie kobiety. Jednakże usta uśmiechające się szeroko na starych zdjęciach teraz przybrały wyraz posępnej determinacji. Nie została aktorką, może nigdy nie miała szans. Nieliczne role czarnych kobiet na ogół przypadały ślicznotkom o jasnej cerze. Tak czy inaczej, jej kariera dobiegła końca, zanim się zaczęła, gdy w wieku szesnastu lat zaszła w ciążę. Urodziła George’a i jej twarz zmąciła troska, ponieważ przez dziesięć lat musiała go samotnie wychowywać. Pracowała jako kelnerka, mieszkała w malutkim domku na tyłach Union Station i wpajała synowi, że musi pracować, uczyć się i zabiegać o szacunek.

– Kocham cię, mamo, ale i tak pojadę na Rajd Wolności.

Zacisnęła usta z dezaprobatą.

– Masz dwadzieścia pięć lat – odparła po chwili. – Zrobisz, jak zechcesz.

– Wcale nie. Każdą ważną decyzję, którą podjąłem, najpierw omówiłem z tobą. I pewnie zawsze tak będzie.

– Ale mnie nie słuchasz.

– Nie zawsze. Mimo to jesteś najmądrzejszą osobą, jaką znam, nie wyłączając tych, które poznałem na Harvardzie.

– A teraz mi słodzisz – odparła Jacky, lecz syn widział, że sprawił jej przyjemność.

– Mamo, Sąd Najwyższy orzekł, że segregacja w autobusach międzystanowych i na dworcach jest sprzeczna z konstytucją, ale południowcy mają to za nic. Musimy jakoś zareagować!

– I myślisz, że przejazdy autobusami coś zmienią?

– Wsiądziemy tu, w Waszyngtonie, i pojedziemy na Południe. Zajmiemy miejsca na przodzie, będziemy korzystali z poczekalni tylko dla białych i prosili, by nas obsłużono w barach dla białych, a kiedy ktoś odmówi, powiemy mu, że prawo jest po naszej stronie, a on je haniebnie łamie.

– Synku, wiem, że masz rację, nie musisz mi tego tłumaczyć. Rozumiem konstytucję, ale jak sądzisz, co się stanie?

– Prędzej czy później nas aresztują, dojdzie do procesu i będziemy publicznie bronić swoich praw.

Jacky pokręciła głową.

– Chciałabym wierzyć, że pójdzie wam tak łatwo.

– Co masz na myśli?

– Dorastałeś jako dziecko uprzywilejowane – zauważyła. – W każdym razie tak było od czasu, gdy twój biały ojciec pojawił się w naszym życiu. Miałeś wtedy sześć lat. Nie wiesz, jaki jest świat większości kolorowych.

– Przykro mi, że tak mówisz – odparł George. Czarni aktywiści wielokrotnie mu to wypominali, aż krew się w nim gotowała. – Biały bogaty dziadek płaci za moje wykształcenie, ale to nie czyni mnie ślepym. Wiem, co się dzieje obok.

– W takim razie wiedz i to, że aresztowanie wcale nie jest najgorszą rzeczą, jaka może cię spotkać. A jeśli sprawy potoczą się naprawdę źle?

George zdawał sobie sprawę, że matka ma rację. Uczestnicy Rajdów Wolności narażali się na coś gorszego niż więzienie. Chciał ją jednak uspokoić.

– Odbyłem zajęcia z biernego oporu. – Wszyscy, którzy mieli uczestniczyć w Rajdach Wolności, byli doświadczonymi bojownikami. Poza tym przechodzili specjalne szkolenie, jego program obejmował rodzaj psychodramy, w której wcielano się w różne role. – Biały facet udający brutala przezywał mnie czarnuchem, popychał i szturchał, a potem wywlókł z sali za nogi. Pozwoliłem mu na to, chociaż mogłem jedną ręką wyrzucić go przez okno.

– Kto to był?

– Aktywista, bojownik o prawa obywatelskie.

– A więc to nie było naprawdę.

– Jasne, że nie. Grał swoją rolę.

– No dobrze. – Jacky westchnęła. George wiedział, że myśli coś przeciwnego.

– Nic mi nie będzie, mamo.

– Nie powiem już ani słowa. Zjesz te naleśniki?

– Spójrz na mnie – odparł George. – Mam kaszmirowy garnitur, krótko ostrzyżone włosy i buty wyglansowane tak, że można się w nich przeglądać. – George sam z siebie ubierał się elegancko na co dzień, lecz uczestników Rajdów Wolności instruowano, że mają budzić szacunek swoją prezencją i ubiorem.

– Wyglądasz bardzo dobrze, tylko to kalafiorowate ucho. – George zniekształcił sobie prawe ucho za sprawą zapasów.

– Kto chciałby zrobić krzywdę takiemu miłemu kolorowemu chłopcu?

– Nawet sobie nie wyobrażasz… – zaczęła z nagłym gniewem Jacky. – Ci biali na Południu, oni… – George z przerażeniem zobaczył łzy w oczach matki. – Boże, tak bardzo się boję, że cię zabiją.

Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń.

– Będę ostrożny, mamo, przyrzekam.

Otarła twarz fartuchem. Chcąc zrobić jej przyjemność, George zjadł trochę bekonu, mimo że nie miał apetytu. Nie dawał tego po sobie znać, ale był zaniepokojony. Matka wcale nie przesadzała. Niektórzy aktywiści oponowali przeciwko Rajdom Wolności, argumentując, że prowokują do aktów przemocy.

– Spędzisz dużo czasu w tym autobusie – zauważyła.

– Przejazd stąd do Nowego Orleanu zajmie trzynaście dni. Codziennie wieczorem będziemy się zatrzymywać na zebrania i wiece.

– Co masz do czytania?

– Autobiografię Mahatmy Gandhiego.

George uważał, że powinien wiedzieć dużo o Gandhim, którego filozofia stała się inspiracją dla pokojowej, wolnej od przemocy działalności na rzecz praw obywatelskich.

Jacky wzięła książkę, która leżała na lodówce.

– Mam tutaj coś bardziej rozrywkowego. To bestseller.

Od zawsze dzielili się lekturami. Ojciec Jacky wykładał literaturę w college’u dla czarnoskórych studentów, toteż od dzieciństwa czytała książki. Kiedy George był mały, razem czytali książeczki z cyklu Bobbsey Twins i Hardy Boys, mimo że wszyscy bohaterowie mieli białą skórę. Teraz regularnie wymieniali się przeczytanymi książkami. George spojrzał na tom w przezroczystej foliowej okładce świadczącej o tym, że został wypożyczony z biblioteki publicznej.

– Zabić drozda – przeczytał na głos. – Ta książka niedawno zdobyła Pulitzera, prawda?

– Miejsce akcji to Alabama, gdzie właśnie się wybierasz.

– Dzięki.

Kilka minut później George ucałował matkę na pożegnanie i z niewielką walizeczką w dłoni wyszedł z domu, by złapać autobus do Waszyngtonu. Wysiadł na dworcu linii Greyhound w śródmieściu. W kawiarni spotkała się grupka aktywistów ruchu praw obywatelskich. George znał niektórych ze szkolenia. Byli wśród nich czarni i biali, mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi. Oprócz kilkunastu uczestników rajdu znaleźli się tam organizatorzy z Kongresu Równości Rasowej CORE, paru dziennikarzy z murzyńskiej prasy i ludzi popierających akcję. Postanowiono podzielić rajd na dwie grupy: połowa miała wyruszyć z dworca Trailways po przeciwnej stronie ulicy. Nigdzie nie było transparentów ani kamer telewizyjnych; wyjazd miał się odbyć bez rozgłosu, co należało uznać za dobry znak.

George przywitał się z Josephem Hugo, białym kolegą ze studiów, który miał lekko wyłupiaste niebieskie oczy. Wspólnie zorganizowali bojkot sieci jadłodajni Woolworth’s w Cambridge w stanie Massachusetts, której placówki były w większości stanów zintegrowane, lecz na Południu, podobnie jak w autobusach, obowiązywała segregacja. Jednakże Joe zazwyczaj ulatniał się tuż przed konfrontacją i George wyrobił sobie o nim opinię jako o tchórzu z dobrymi intencjami.

– Jedziesz z nami? – zapytał, starając się ukryć sceptycyzm.

Joe pokręcił głową.

– Przyszedłem tylko, żeby się pożegnać.

Palił długiego mentolowego papierosa z białym filtrem i nerwowym ruchem strzepywał popiół o krawędź blaszanej popielniczki.

– Szkoda. Ty jesteś z Południa, prawda?

– Z Birmingham w Alabamie.

– Będą nas wyzywali od nasłanych podżegaczy. Dobrze byłoby mieć w autobusie kogoś z Południa, wytrącilibyśmy im argument z ręki.

– Nie mogę, mam parę spraw do załatwienia.

George nie naciskał, bo i on czuł obawę. Gdyby zaczęli rozmawiać o zagrożeniach, mógłby sam siebie zniechęcić. Rozejrzał się i ucieszył na widok Johna Lewisa, cichego, lecz zasługującego na podziw studenta teologii. John był jednym z założycieli Studenckiego Komitetu Aktywizmu bez Przemocy, jednej z najbardziej radykalnych organizacji walczących o prawa obywatelskie.

Przewodniczący poprosił o uwagę i zaczął wygłaszać krótkie oświadczenie dla prasy. George zauważył, że do kawiarni wszedł wysoki biały mężczyzna w wieku czterdziestu lat, ubrany w pomięty lniany garnitur. Był przystojny, ale tęgi, miał lekko zaczerwienioną twarz pijaka. Wyglądał jak pasażer autobusu i nikt nie zwrócił na niego uwagi. Usiadł obok George’a, objął go ramieniem i lekko uścisnął.

Był to senator Greg Peshkov, jego ojciec.

Ich pokrewieństwo stanowiło tajemnicę poliszynela; wiedziano o nim w Waszyngtonie, lecz nigdy jej publicznie nie potwierdzono. Greg nie był jedynym politykiem ukrywającym tego rodzaju tajemnicę. Senator Strom Thurmond opłacał edukację córki służącej, która pracowała w jego domu rodzinnym. Dziewczyna była podobno jego dzieckiem, co nie przeszkadzało Thurmondowi w pozostawaniu wściekłym segregacjonistą. Kiedy Greg pierwszy raz spotkał się z sześcioletnim synem, który zupełnie go nie znał, kazał mu nazywać się wujkiem Gregiem, nie znaleźli później lepszego eufemizmu na określenie tego związku krwi.

Greg był egoistą i nie można było na niego liczyć, ale do pewnego stopnia troszczył się o syna. Jako nastolatek George długo żywił gniew wobec ojca, lecz w końcu pogodził się z sytuacją i zaakceptował go takim, jaki był. Uznał, że lepiej jest mieć ojca połowicznie niż nie mieć go wcale.

– George – odezwał się cicho Greg. – Martwię się.

– Nie tylko ty, mama także.

– Co powiedziała?

– Uważa, że rasiści z Południa wszystkich nas zabiją.

– Nie sądzę, by do tego doszło, ale możesz stracić posadę.

– Czy pan Renshaw coś o tym wspomniał?

– Cholera, nie, jeszcze nic nie wie. Ale szybko się dowie, jeśli cię aresztują.

Renshaw pochodził z Buffalo i był przyjacielem Grega z dzieciństwa, a obecnie starszym wspólnikiem w prestiżowej kancelarii prawniczej Fawcett Renshaw. Latem zeszłego roku Greg wystarał się dla syna o wakacyjną pracę biurową w firmie i zgodnie z ich nadziejami, staż zaowocował propozycją pełnego etatu po ukończeniu studiów. To było jak wygrana na loterii, gdyż George miał zostać pierwszym Murzynem, który otrzyma w kancelarii pracę inną niż sprzątanie.

– Rajd Wolności to nie jest łamanie prawa, nie jesteśmy wichrzycielami – tłumaczył poirytowany George. – Działamy na rzecz egzekwowania tego, co zapisano w konstytucji, przestępcami są oni, zwolennicy segregacji. Adwokat taki jak Renshaw powinien to rozumieć.

– I rozumie, mimo to nie może zatrudnić kogoś, kto miał utarczki z policją. Wierz mi, gdybyś był biały, sytuacja wyglądałaby tak samo.

– Ale prawo jest po naszej stronie!

– Życie bywa niesprawiedliwe, twoje studenckie czasy dobiegły końca: witaj w prawdziwym świecie.

– Przygotujcie bilety i sprawdźcie bagaże! – zawołał szef grupy.

George wstał.

– Chyba ci tego nie wyperswaduję, prawda? – spytał Greg.

Miał tak smutną minę, że George zapragnął ulec jego namowom, nie mógł jednak tego zrobić.

– Nie, już postanowiłem.

– A więc proszę cię, żebyś zachował ostrożność.

George’a ogarnęło wzruszenie.

– Szczęściarz ze mnie, bo mam ludzi, którzy się o mnie martwią – rzekł. – Wiem o tym.

Greg uścisnął go za ramię i wyszedł niepostrzeżenie.

Jego syn ustawił się w kolejce i kupił bilet do Nowego Orleanu. Podszedł do granatowo-szarego autobusu i podał bagaż, który został umieszczony w luku. Na boku pojazdu namalowany był duży chart oraz hasło reklamowe: Jak dobrze jest rozsiąść się w autobusie… A my nim pokierujemy. George wsiadł.

Szef rajdu skierował go do miejsca w przedniej części. Pozostali mieli dobrać się tak, by biali siedzieli obok czarnych. Kierowca nie zwrócił uwagi na grupę, zwykli pasażerowie okazali niewielkie zainteresowanie. George otworzył książkę, którą dostał od matki, i przeczytał pierwszą linijkę.

Po chwili lider skierował do George’a jedną z kobiet. Zadowolony George powitał ją skinieniem głowy. Spotkali się kilkakrotnie i polubił ją. Nazywała się Maria Summers i była ubrana w skromną jasnoszarą sukienkę z bawełny z dekoltem pod szyję. Miała skórę w głębokim ciemnym odcieniu, podobną do skóry matki George’a, ładny płaski nosek i usta, które nasuwały myśl o pocałunku. Wiedział, że studiuje na wydziale prawa w Chicago i tak samo jak on jest na ostatnim roku, prawdopodobnie byli więc rówieśnikami. Domyślał się, że jest nie tylko inteligentna, ale także zdeterminowana, inaczej nie dostałaby się na uczelnię, ponieważ przeciwko niej przemawiały zarówno kolor skóry, jak i płeć.

George zamknął książkę, gdy kierowca uruchomił silnik i autobus ruszył z miejsca. Maria spojrzała na okładkę.

– Zabić drozda. Latem ubiegłego roku byłam w Montgomery w Alabamie.

Montgomery było stolicą stanu.

– Co tam porabiałaś? – zainteresował się George.

– Ojciec jest adwokatem, jego klient pozwał władze stanowe. W wakacje pomagałam tacie w pracy.

– Wygraliście sprawę?

– Nie. Ale zdaje się, że przeszkadzam ci w lekturze.

– Chyba żartujesz. Poczytać mogę zawsze, a nieczęsto zdarza się, żeby taka ładna dziewczyna usiadła obok faceta.

– Ojej. Ostrzegano mnie, że umiesz słodko gadać.

– Zdradzę ci mój sekret, jeśli chcesz.

– No, słucham.

– Jestem szczery.

Roześmiała się.

– Tylko tego nie rozpowiadaj – poprosił George. – Zrujnowałabyś mi opinię.

Autobus przejechał nad Potomakiem i znalazł się w Wirginii na drodze numer jeden.

– Jesteś teraz na Południu – oznajmiła Maria. – Masz już stracha?

– No jasne.

– Ja też.

Trasa wiodła prosto jak strzelił przez ciągnący się na wiele kilometrów las o barwie wiosennej zieleni. Mijali miasteczka, w których mężczyźni nie mieli nic lepszego do roboty, toteż zatrzymywali się, by popatrzeć na sunący autobus. George rzadko wyglądał przez okno. Dowiedział się, że Maria wychowała się w bardzo religijnej rodzinie; jej dziadek był kaznodzieją. On zaś zdradził, że do kościoła chodzi głównie po to, by sprawić przyjemność matce; wtedy Maria wyznała, że z nią jest tak samo. Przegadali całą drogę do Fredericksburga, czyli osiemdziesiąt kilometrów.

Uczestnicy rajdu zamilkli, gdy autobus wjechał do małego historycznego miasteczka, w którym wciąż utrzymywała się supremacja białych. Dworzec linii Greyhound znajdował się między dwoma kościołami z czerwonej cegły i z białymi drzwiami. Wiara chrześcijańska na Południu niekoniecznie stanowiła dobry sygnał. Autobus zatrzymał się i George ze zdziwieniem zobaczył, że na drzwiach poczekalni nie wiszą tabliczki z napisami Tylko dla białych i Tylko dla kolorowych.

Pasażerowie wysiedli z autobusu i stali, mrużąc oczy w słońcu. George przyjrzał się drzwiom dokładniej i zauważył jaśniejsze plamy: zapewne tabliczki segregacyjne zostały zdjęte całkiem niedawno.

Aktywiści i tak postanowili zrealizować plan. Biały uczestnik rajdu wszedł do brudnej toalety na tyłach, najwyraźniej przeznaczonej dla Murzynów. Nic mu się nie stało, lecz to była łatwiejsza część zadania. George zgłosił się na ochotnika, by rzucić wyzwanie regulaminowi jako czarny.

– No to jazda – rzekł do Marii i wszedł do czystej, świeżo wymalowanej toalety, z której bez wątpienia dopiero co usunięto tabliczkę Tylko dla białych.

Młody biały mężczyzna czesał swoją bujną fryzurę. Zerknął w lusterku na George’a, ale się nie odezwał. George był zbyt przestraszony, by się wysikać, nie mógł jednak tak po prostu wyjść, więc umył ręce. Tamten także wyszedł, lecz pojawił się inny, starszy, i wszedł do boksu. George wytarł ręce w papierowy ręcznik. Nie było nic więcej do zrobienia, więc opuścił toaletę.

Czekała na niego reszta aktywistów. Wzruszył ramionami.

– Nic się nie stało. Nikt mnie nie zatrzymywał, nikt nic nie mówił.

– Poprosiłam o colę przy ladzie i kelnerka mnie obsłużyła – oznajmiła Maria. – Wydaje mi się, że ktoś podjął tutaj decyzję, by unikać kłopotów.

– Czy tak pozostanie aż do samego Nowego Orleanu? – zastanawiał się głośno George. – Będą się zachowywali tak, jakby nic się nie stało? A później, kiedy odjedziemy, znowu narzucą segregację? W ten sposób stracimy grunt pod nogami!

– Nie martw się – odparła Maria. – Poznałam tych, którzy rządzą w Alabamie. Uwierz mi, nie są tacy bystrzy.

ROZDZIAŁ 3

Walli Franck grał na fortepianie w pokoju na górze. Ojciec Wallego dbał o to, żeby pełnowymiarowy instrument Steinwaya był nastrojony, tak by babcia Maud mogła go używać. Walli usiłował sobie przypomnieć akordy piosenki Elvisa Presleya A Mess of Blues. Były w tonacji C, co ułatwiało sprawę.

Babcia czytała nekrologi w „Berliner Zeitung”. Siedemdziesięcioletnia dama była szczupła i trzymała się prosto, miała na sobie granatową sukienkę z kaszmiru.

– Dobrze sobie radzisz z tą muzyką – stwierdziła, nie odrywając wzroku od gazety. – Masz po mnie słuch i zielone oczy. Dziadek Walter, po którym odziedziczyłeś imię, nigdy nie umiał grać ragtime’u, pokój jego duszy. Chciałam go nauczyć, ale to było beznadziejne.

– Ty grałaś ragtime? – zapytał zdziwiony Walli. – Zawsze słyszałem, jak grasz klasykę i nic poza tym.

– Ragtime ocalił nas od głodu, kiedy twoja mama była malutka. Po pierwszej wojnie światowej grywałam w klubie Nachtleben, tu, w Berlinie. Zarabiałam miliardy marek za wieczór i ledwo starczało na chleb. Ale czasem trafił się napiwek w obcej walucie i przez tydzień można było przeżyć za dwa dolary.

– O rany. – Nie wyobrażał sobie, by jego babcia o srebrnych włosach grała na fortepianie za napiwki w nocnym klubie.

Do pokoju weszła siostra Wallego. Była prawie o trzy lata młodsza i od pewnego czasu nie wiedział, jak się do niej odnosić. Odkąd pamiętał, stanowiła utrapienie niczym młodszy brat, tyle że głupszy. Jednak ostatnio nabrała rozumu, a sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej, bo niektórym z jej koleżanek urosły piersi.

Odwrócił się od fortepianu i wziął gitarę, którą przed rokiem kupił w lombardzie w Berlinie Zachodnim. Pewnie jakiś amerykański żołnierz zastawił ją za pożyczkę, której nie spłacił. Producent nazywał się Martin i choć instrument nie kosztował dużo, zdaniem Wallego był bardzo dobry. Podejrzewał, że ani właściciel lombardu, ani żołnierz nie zdawali sobie sprawy z jego wartości.

– Posłuchaj tego – rzekł do Lili i zaczął śpiewać pochodzącą z Bahamów melodię All My Trials z angielskim tekstem. Usłyszał ją w zachodniej stacji radiowej, cieszyła się popularnością wśród amerykańskich grup folkowych. Molowe akordy nadawały jej melancholijny charakter, Walli był zadowolony z tęsknie brzmiących szarpnięć strun, które sam opracował.

Kiedy skończył, babcia Maud uniosła głowę znad gazety i oznajmiła po angielsku:

– Twój akcent jest absolutnie koszmarny, dziecko drogie.

– Sorry.

– Ale zaśpiewałeś ładnie – pochwaliła Maud, wróciwszy do niemieckiego.

– Dziękuję. – Walli spojrzał na Lili. – A ty co sądzisz o tym kawałku?

– Ciut ponury. Może bardziej mi się spodoba, kiedy usłyszę go więcej razy.

– To kiepsko. Chcę go dzisiaj zagrać w Minnesänger. – Był to klub miłośników muzyki folkowej niedaleko Kurfürstendamm w Berlinie Zachodnim. Nazwa oznaczała trubadura.

Lili to zaimponowało.

– Wystąpisz w Minnesänger?

– To wyjątkowy wieczór. Organizują konkurs, każdy może zagrać. Zwycięzca dostanie szansę regularnego koncertowania.

– Nie wiedziałam, że w klubach są takie imprezy.

– Zwykle ich nie ma. To wyjątek.

– A nie trzeba być starszym, żeby chodzić do takich lokali? – zaciekawiła się babcia.

– Owszem, ale ja już tam bywałem.

– Walli wygląda na starszego, niż jest – dodała jego siostra.

– Hm.

– Nigdy nie śpiewałeś przed publicznością – zauważyła Lili. – Masz tremę?

– No jasne.

– Powinieneś zagrać coś weselszego.

– Pewnie tak.

– Może This Land is Your Land? Bardzo to lubię.

Walli zagrał, a Lili śpiewała razem z nim.

Weszła ich starsza siostra Rebecca. Walli ją ubóstwiał. Po wojnie, kiedy rodzice harowali ze wszystkich sił, by wyżywić rodzinę, Rebecca często opiekowała się młodszym rodzeństwem. Była jak druga matka, ale nie tak surowa.

I miała ikrę! Podziwiał ją, kiedy wyrzuciła przez okno makietę z zapałek budowaną przez męża; uważał, że to było niesamowite. Walli nigdy nie darzył sympatią Hansa; w skrytości ducha cieszył się, że już go nie ma.

Wszyscy sąsiedzi paplali o tym, że Rebecca nieświadomie wyszła za oficera Stasi. Walli zyskał dzięki temu sławę w szkole, a do tej pory nikt nie sądził, by rodzina Francków zasługiwała na uwagę. Zwłaszcza dziewczęta uznały to za fascynujące, że przez niemal rok tajna policja wiedziała o wszystkim, co działo się w jego domu.

Rebecca była siostrą Wallego, mimo to podziwiał jej urodę. Miała cudowną figurę oraz śliczną twarz, w której były i łagodność, i siła. Teraz jednak zauważył, że siostra wygląda jak osoba pogrążona w żałobie. Przestał grać.

– Co się stało?

– Wyrzucono mnie z pracy – odparła Rebecca.

Babcia Maud odłożyła gazetę.

– To jakiś obłęd! – oburzył się Walli. – Chłopaki z twojej szkoły mówią, że jesteś najlepszą nauczycielką!

– Wiem.

– Dlaczego cię wylali?

– Wydaje mi się, że to zemsta Hansa.

Walli przypomniał sobie jego słowa po tym, jak tysiące zapałek rozprysło się wśród kropel deszczu na chodniku. „Pożałujesz tego!”, ryknął, spoglądając w górę. Walli uznał to za blef, lecz gdyby się chwilę zastanowił, doszedłby do wniosku, że agent tajnej policji ma możliwość wprowadzenia groźby w czyn. „Ty i twoja rodzina!”, wrzeszczał tajniak. Walli zadrżał, uświadomiwszy sobie, że przekleństwo objęło także jego.

– Czy szkole nie doskwiera brak nauczycieli? – dociekała babcia Maud.

– Bernd Held miota się z rozpaczy – odparła Rebecca. – Ale dostał polecenie z góry.

– I co teraz poczniesz? – chciała wiedzieć Lili.

– Znajdę sobie inną pracę, to nie powinno być trudne. Bernd wystawił mi wzorową opinię. Nauczycieli brakuje w każdej szkole w Niemczech Wschodnich, bo wielu przeniosło się na Zachód.

– Ty też powinnaś – stwierdziła Lili.

– Wszyscy powinniśmy – poparł ją Walli.

– Mama się nie zgodzi, przecież wiecie – przypomniała Rebecca. – Mówi, że problemy powinno się rozwiązywać, a nie przed nimi uciekać.

W drzwiach stanął ojciec Wallego, ubrany w granatowy garnitur z kamizelką. Prezentował się po staroświecku, lecz elegancko.

– Dobry wieczór, mój drogi – rzekła Maud. – Rebecca powinna się czegoś napić, zwolniono ją z pracy. – Babcia często sugerowała, że ktoś potrzebuje drinka. Wtedy sama także korzystała z okazji.

– Wiem o tym – odparł krótko. – Rozmawiałem z nią.

Musiał być w złym humorze, skoro odezwał się tak niegrzecznie do teściowej, którą kochał i podziwiał. Walli nie odgadł, co wyprowadziło starego z równowagi.

Niebawem się dowiedział.