Młot Edenu - Ken Follett - ebook
Opis

W oświadczeniu nadanym przez radio niezidentyfikowana grupa terrorystów grozi spowodowaniem potężnego trzęsienia ziemi. Gubernator Kalifornii i policja ignorują ostrzeżenie. Czy warto przejmować się tak absurdalnie brzmiącą groźbą? Młoda agentka FBI Judy Maddox uważa, że tak i podejmuje intensywne śledztwo. Rozmowa z sejsmologiem Michaelem Quercusem przekonuje ją o możliwości planowego wywoływania zaburzeń sejsmicznych. Hipotezę tę zdaje się potwierdzać nieoczekiwany wstrząs zarejestrowany w odludnej części stanu. Czy spowodowali go terroryści, sygnujący swoje komunikaty jako Młot Edenu? Gdzie znowu uderzą? Judy ma zaledwie czterdzieści osiem godzin, by powstrzymać szaleńców. W przeciwnym razie gigantyczne trzęsienie ziemi obróci w ruinę wielomilionowe San Francisco...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 532

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydanie elektroniczne

KEN FOL­LETT

Świa­to­wej sła­wy pi­sarz bry­tyj­ski. Po ukoń­cze­niu stu­diów fi­lo­zo­ficz­nych na Uni­ver­si­ty Col­le­ge w Lon­dy­nie pra­co­wał jako re­por­ter i bez więk­sze­go suk­ce­su pu­bli­ko­wał po­wie­ści sen­sa­cyj­ne pod kil­ko­ma pseu­do­ni­ma­mi. Je­de­na­sta z ko­lei – thril­ler wo­jen­ny za­ty­tu­ło­wa­ny Igła – przy­nio­sła mu za­słu­żo­ną sła­wę, zo­sta­ła też na­tych­miast sfil­mo­wa­na z Do­nal­dem Su­ther­lan­dem w ty­tu­ło­wej roli nie­miec­kie­go szpie­ga. Fol­lett wy­spe­cja­li­zo­wał się w thril­le­rach, naj­czę­ściej (choć nie tyl­ko) osa­dzo­nych w re­aliach II woj­ny świa­to­wej (m.in. Klucz do Re­be­ki, Noc nad oce­anem, Lot Ćmy, Trze­ci bliź­niak, Za­bój­cza pa­mięć, Za­mieć) oraz po­wie­ściach hi­sto­rycz­no-przy­go­do­wych (Nie­bez­piecz­na for­tu­na, Fi­la­ry Zie­mi, Świat bez koń­ca, Upa­dek gi­gan­tów, Zima świa­ta). Jego do­ro­bek li­te­rac­ki spo­tkał się z za­in­te­re­so­wa­niem twór­ców fil­mo­wych. Na kan­wie kil­ku ksią­żek po­wsta­ły fil­my ki­no­we bądź se­ria­le te­le­wi­zyj­ne (Klucz do Re­be­ki, Trze­ci bliź­niak, Za­mieć, Na skrzy­dłach or­łów, Fi­la­ry Zie­mi, a ostat­nio Świat bez koń­ca).

Tego au­to­ra

Po­wie­ści hi­sto­rycz­ne

NIE­BEZ­PIECZ­NA FOR­TU­NA

UCIE­KI­NIER

CZŁO­WIEK Z SANKT PE­TERS­BUR­GA

Fi­la­ry Zie­mi

FI­LA­RY ZIE­MI

ŚWIAT BEZ KOŃ­CA

Stu­le­cie

UPA­DEK GI­GAN­TÓW

ZIMA ŚWIA­TA

KRA­WĘDŹ WIECZ­NO­ŚCI

Thril­le­ry wo­jen­ne

IGŁA

KRYP­TO­NIM KAW­KI

LOT ĆMY

KLUCZ DO RE­BE­KI

NOC NAD OCE­ANEM

Thril­le­ry

MŁOT EDE­NU

ZA­BÓJ­CZA PA­MIĘĆ

TRÓJ­KA

ZA­MIEĆ

SKAN­DAL Z MO­DI­GLIA­NIM

TRZE­CI BLIŹ­NIAK

LWY PAN­SZI­RU

PA­PIE­RO­WE PIE­NIĄ­DZE

Li­te­ra­tu­ra fak­tu

NA SKRZY­DŁACH OR­ŁÓW

www.ken-fol­lett.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE HAM­MER OF EDEN

Co­py­ri­ght © Ken Fol­lett 1998 All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 1999

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew A. Kró­lic­ki 1999

Re­dak­cja: Lu­cy­na Le­wan­dow­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ja­cek Ko­pal­ski

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-048-9

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

CZĘŚĆ PIERWSZACztery tygodnie

Kie­dy kła­dzie się spać, ten wi­dok za­wsze sta­je mu przed ocza­mi.

Wzgó­rza po­ra­sta so­sno­wy las, gę­sty jak niedź­wie­dzie fu­tro. W czy­stym gór­skim po­wie­trzu nie­bo jest tak błę­kit­ne, że aż razi. Kil­ka mil od dro­gi leży ukry­ta do­li­na o stro­mych zbo­czach, z rze­ką to­czą­cą zim­ne wody po jej dnie. Tam, z da­le­ka od nie­po­wo­ła­nych oczu, na wy­kar­czo­wa­nym, na­sło­necz­nio­nym po­łu­dnio­wym sto­ku, w rów­nych rzę­dach ro­śnie wi­no­rośl.

Kie­dy przy­po­mi­na so­bie, jak tam pięk­nie, ser­ce pęka mu z żalu.

Męż­czyź­ni, ko­bie­ty i dzie­ci po­wo­li idą win­ni­cą, pie­ląc krze­wy wi­no­ro­śli. To jego przy­ja­cie­le, ko­chan­ki, krew­ni. Jed­na z ko­biet śmie­je się. Jest wy­so­ka, ma dłu­gie czar­ne wło­sy i bar­dzo mu się po­do­ba. Od­chy­la gło­wę w tył i sze­ro­ko otwie­ra usta, a jej per­li­sty śmiech roz­cho­dzi się po do­li­nie jak pta­si trel. Nie­któ­rzy męż­czyź­ni ci­cho po­wta­rza­ją przy pra­cy man­try, mo­dląc się do bo­gów do­li­ny i wi­no­ro­śli o do­bry plon. W zie­mi tkwią pnia­ki po­tęż­nych drzew, przy­po­mi­na­jąc o znoj­nej pra­cy, dzię­ki któ­rej przed ćwierć­wie­czem po­wsta­ła ta win­ni­ca. Gle­ba jest ka­mie­ni­sta, ale to do­brze, gdyż ka­mie­nie chło­ną cie­pło sło­necz­nych pro­mie­ni i ogrze­wa­ją ko­rze­nie wi­no­ro­śli, chro­niąc je przed za­bój­czym mro­zem.

Za plan­ta­cją wi­dać grup­kę chat, skrom­nych, ale so­lid­nych i od­por­nych na ka­pry­sy po­go­dy. Nad kuch­nią uno­si się dym. Na pla­cy­ku ko­bie­ta uczy chłop­ca, jak się robi becz­ki.

To świę­te miej­sce.

Chro­nio­ne przez ta­jem­ni­cę i mo­dli­twy po­zo­sta­ło czy­ste, a jego miesz­kań­cy wol­ni, pod­czas gdy świat na ze­wnątrz po­grą­żył się w ko­rup­cji i hi­po­kry­zji, chci­wo­ści i wy­stęp­ku.

Jed­nak ten ob­raz zmie­nia się na­gle.

Coś się sta­ło z wart­kim zim­nym nur­tem, któ­ry pły­nął zyg­za­kiem przez do­li­nę. Jego ci­chy szmer ucichł, szyb­ki bieg zwol­nił. Za­miast spie­nio­nych by­strzyn stoi ciem­na toń, spo­koj­na i ci­cha. Woda wy­da­je się nie­ru­cho­ma, lecz pa­trzą­cy na do­li­nę męż­czy­zna po chwi­li za­uwa­ża, że jej po­ziom pod­niósł się. Nie­ba­wem jest zmu­szo­ny wejść wy­żej, na zbo­cze.

Nie może zro­zu­mieć, dla­cze­go inni nie wi­dzą wzbie­ra­ją­cej wody. Kie­dy czar­ne fale za­czy­na­ją omy­wać pierw­szy rząd wi­no­ro­śli, nadal pra­cu­ją po kost­ki w wo­dzie. Bu­dyn­ki zo­sta­ją pod­my­te, a po­tem za­la­ne. Ga­śnie ogień w kuch­ni, pu­ste becz­ki pły­wa­ją po szyb­ko po­wsta­ją­cym je­zio­rze. Dla­cze­go nikt nie ucie­ka? – za­sta­na­wia się i strach ści­ska mu gar­dło, za­pie­ra­jąc dech.

Nie­bo prze­sła­nia­ją oło­wia­ne chmu­ry i zim­ny wiatr szar­pie ubra­nia pra­cu­ją­cych, lecz oni wciąż krzą­ta­ją się przy wi­no­ro­śli, po­chy­la­jąc się i pro­stu­jąc, uśmie­cha­jąc do sie­bie i pro­wa­dząc spo­koj­ne roz­mo­wy. Tyl­ko on do­strze­ga nie­bez­pie­czeń­stwo i poj­mu­je, że musi chwy­cić dwo­je albo na­wet tro­je dzie­ci, żeby ura­to­wać je przed uto­nię­ciem.

Pró­bu­je pod­biec do swo­jej cór­ki, lecz od­kry­wa, że nogi uwię­zły mu w mule i nie może się ru­szyć. Ogar­nia go strach.

Woda się­ga już pra­cu­ją­cym w win­ni­cy do ko­lan, po­tem do pasa i wresz­cie po szy­ję. Męż­czy­zna usi­łu­je krzy­czeć do lu­dzi, któ­rych ko­cha, chce ostrzec ich, że mu­szą za­raz coś zro­bić, na­tych­miast, in­a­czej umrą – lecz cho­ciaż otwie­ra usta i na­tę­ża krtań, z jego gar­dła nie wy­do­by­wa się ża­den dźwięk.

Po chwi­li woda wpły­wa mu do otwar­tych ust i po­zba­wia go tchu.

Wte­dy się bu­dzi.

1

Męż­czy­zna zwa­ny Prie­stem na­su­nął kow­boj­ski ka­pe­lusz na czo­ło i spoj­rzał na py­li­stą, pu­styn­ną rów­ni­nę po­łu­dnio­we­go Tek­sa­su.

Jak okiem się­gnąć, wszę­dzie wo­kół roz­po­ście­rał się gąszcz cier­ni­stych ciem­no­zie­lo­nych krze­wów i za­ro­śli. Opo­dal biegł wy­bo­isty i roz­jeż­dżo­ny szlak wy­cię­ty w po­szy­ciu, sze­ro­ki na dzie­sięć stóp. Mek­sy­kań­scy ope­ra­to­rzy spy­cha­czy, któ­rzy wy­ty­cza­li te dro­gi, na­zy­wa­li je sen­de­ros. Po jed­nej stro­nie, w pięć­dzie­się­cio­jar­do­wych od­stę­pach, trze­po­ta­ły na wie­trze ja­sno­ró­żo­we pla­sti­ko­we wstąż­ki na krót­kich me­ta­lo­wych prę­tach. Cię­ża­rów­ka po­wo­li je­cha­ła sen­de­ro.

Priest za­mie­rzał ją ukraść.

Kie­dy miał je­de­na­ście lat, ukradł swój pierw­szy sa­mo­chód – no­wiut­kie­go, śnież­no­bia­łe­go lin­col­na con­ti­nen­ta­la rocz­nik 1961, zo­sta­wio­ne­go z klu­czy­ka­mi w sta­cyj­ce przed Roxy The­atre na So­uth Broad­way w Los An­ge­les. Prie­sto­wi, na któ­re­go wów­czas wo­ła­no Ric­ky, gło­wa le­d­wie wy­sta­wa­ła zza kie­row­ni­cy. Był tak wy­stra­szo­ny, że o mało się nie po­si­kał, ale prze­je­chał kil­ka prze­cznic i dum­nie wrę­czył klu­czy­ki Jim­my’emu „Ry­jo­wi” Ri­ley­owi, któ­ry dał mu pięć do­lców, a po­tem za­brał swo­ją dziew­czy­nę na prze­jażdż­kę i roz­bił wóz na Pa­ci­fic Co­ast Hi­gh­way. W ten spo­sób Ric­ky stał się człon­kiem ban­dy Ryja.

Ale ta cię­ża­rów­ka nie była zwy­kłym sa­mo­cho­dem.

Na oczach pa­trzą­ce­go na to Prie­sta po­tęż­na ma­szy­ne­ria za­mon­to­wa­na za ka­bi­ną kie­row­cy po­wo­li opu­ści­ła na zie­mię gru­bą sta­lo­wą pły­tę – kwa­drat o boku sze­ściu stóp. Chwi­la prze­rwy, a po­tem głu­chy ło­skot. Wo­kół cię­ża­rów­ki unio­sła się chmu­ra ku­rzu, gdy ka­far za­czął ryt­micz­nie ude­rzać w zie­mię. Priest po­czuł, jak grunt drży pod jego no­ga­mi.

Był to wi­bra­tor sej­smicz­ny, ma­szy­na do wy­twa­rza­nia drgań sko­ru­py ziem­skiej. Poza kra­dzie­żą sa­mo­cho­dów Priest nie­zbyt przy­kła­dał się do na­uki, ale uwa­żał się za bar­dzo spryt­ne­go i ro­zu­miał za­sa­dę dzia­ła­nia wi­bra­to­ra, po­dob­ną do za­sa­dy dzia­ła­nia ra­da­ru i so­na­ru. Drga­nia od­bi­ja­ły się od warstw sko­ru­py ziem­skiej – sta­łych czy płyn­nych – i po­wra­ca­ły na po­wierzch­nię, gdzie wy­chwy­ty­wa­ły je przy­rzą­dy na­słu­cho­we zwa­ne geo­fo­na­mi albo dzba­na­mi.

Priest pra­co­wał w ze­spo­le dzba­nia­rzy. Na ob­sza­rze jed­nej mili kwa­dra­to­wej roz­mie­ści­li w re­gu­lar­nych od­stę­pach po­nad ty­siąc geo­fo­nów. Przy każ­dym ude­rze­niu wi­bra­to­ra od­bi­te drga­nia były wy­ła­py­wa­ne przez „dzba­ny” i re­je­stro­wa­ne przez ob­ser­wa­to­rium w przy­cze­pie kem­pin­go­wej, któ­rą na­zy­wa­no psią budą. Wszyst­kie te dane mia­ły być póź­niej wpro­wa­dzo­ne do su­per­kom­pu­te­ra w Ho­uston i wy­ko­rzy­sta­ne do spo­rzą­dze­nia trój­wy­mia­ro­wej mapy złóż, któ­ra zo­sta­nie po­tem sprze­da­na fir­mie wiert­ni­czej.

Wstrzą­sy przy­bie­ra­ły na sile. To­wa­rzy­szył im na­ra­sta­ją­cy ło­skot, przy­po­mi­na­ją­cy huk sil­ni­ków stat­ku pa­sa­żer­skie­go na­bie­ra­ją­ce­go pręd­ko­ści. Na­gle ha­łas umilkł. Priest po­biegł sen­de­ro do cię­ża­rów­ki, mru­żąc oczy w kłę­bach pyłu. Otwo­rzył drzwi i wspiął się do ka­bi­ny. Za kie­row­ni­cą sie­dział krę­py czar­no­wło­sy męż­czy­zna.

– Cześć, Ma­rio – po­wie­dział Priest, sa­do­wiąc się na sie­dze­niu obok.

– Cześć, Ric­ky.

Za­wo­do­we pra­wo jaz­dy (kla­sy B) przed­sta­wia­ło Prie­sta jako Ri­char­da Gran­ge­ra. Do­ku­ment był pod­ro­bio­ny, ale na­zwi­sko praw­dzi­we.

Priest miał pod pa­chą kar­ton marl­bo­ro, któ­re pa­lił Ma­rio. Rzu­cił je na de­skę roz­dziel­czą.

– Masz, przy­nio­słem ci coś.

– Hej, czło­wie­ku, nie mu­sisz mi ku­po­wać pa­pie­ro­sów!

– Za­wsze cię opa­lam.

Się­gnął po otwar­tą pacz­kę le­żą­cą na de­sce, wy­jął jed­ne­go pa­pie­ro­sa i wło­żył go do ust. Ma­rio uśmiech­nął się.

– Dla­cze­go nig­dy nie masz swo­ich fa­jek?

– Do li­cha, czło­wie­ku, nie stać mnie na pa­le­nie!

– Je­steś stuk­nię­ty – za­śmiał się Ma­rio.

Priest za­pa­lił. Za­wsze ła­two do­ga­dy­wał się z ludź­mi i da­wał się lu­bić. Na uli­cy, któ­ra go wy­cho­wa­ła, bito nie­lu­bia­nych, a on był mi­zer­nej po­stu­ry. Dla­te­go na­uczył się in­tu­icyj­nie wy­czu­wać, cze­go od nie­go ocze­ku­ją – ule­gło­ści, sym­pa­tii, po­czu­cia hu­mo­ru, cze­go­kol­wiek – i szyb­ko speł­niać te ocze­ki­wa­nia. Na po­lach naf­to­wych czło­wie­ko­wi bar­dzo po­ma­gał też hu­mor: cza­sem drwią­cy i in­te­li­gent­ny, ale naj­czę­ściej ob­sce­nicz­ny.

Cho­ciaż Priest pra­co­wał tu do­pie­ro od dwóch ty­go­dni, zdą­żył już zy­skać za­ufa­nie ko­le­gów. Jed­nak jesz­cze nie wie­dział, jak ukraść ten wi­bra­tor. A mu­siał to zro­bić w cią­gu kil­ku na­stęp­nych go­dzin, gdyż ju­tro po­jazd miał od­je­chać na nowy te­ren ba­dań, do od­le­głe­go o sie­dem­set mil Clo­vis w No­wym Mek­sy­ku.

Po­sta­no­wił za­brać się z Ma­riem. Po­dróż zaj­mie im dwa lub trzy dni, bo wa­żą­ca dwa­dzie­ścia ton cię­ża­rów­ka nie mo­gła je­chać z szyb­ko­ścią więk­szą niż czter­dzie­ści mil na go­dzi­nę. Przy pierw­szej oka­zji upi­je Ma­ria albo po­zbę­dzie się go w ja­kiś inny spo­sób, a po­tem uciek­nie cię­ża­rów­ką. Miał na­dzie­ję, że wy­my­śli ja­kiś lep­szy plan, ale na ra­zie nic in­ne­go nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy.

– Moja bry­ka do­go­ry­wa – oświad­czył. – Może za­brał­byś mnie ju­tro do San An­to­nio?

Ma­rio zdzi­wił się.

– Nie je­dziesz z nami do Clo­vis?

– Nie – od­parł Priest i wska­zał ręką pu­styn­ny kra­jo­braz. – Tek­sas jest tak pięk­ny, czło­wie­ku, że nie chcę go opusz­czać.

Ma­rio wzru­szył ra­mio­na­mi. W tej ro­bo­cie czę­sto spo­ty­ka­ło się ta­kie nie­spo­koj­ne du­chy.

– Ja­sne, pod­wio­zę cię.

Wpraw­dzie za­bie­ra­nie pa­sa­że­rów było nie­zgod­ne z prze­pi­sa­mi, ale kie­row­cy wciąż to ro­bi­li.

– Spo­tka­my się przy śmiet­ni­ku – do­dał.

Priest kiw­nął gło­wą. Śmiet­ni­sko było od­lud­ną do­lin­ką, peł­ną rdze­wie­ją­cych fur­go­ne­tek, roz­bi­tych te­le­wi­zo­rów i za­wszo­nych ma­te­ra­ców. Znaj­do­wa­ło się na przed­mie­ściach Li­ber­ty – naj­bliż­sze­go mia­stecz­ka. Oprócz paru dzie­cia­ków strze­la­ją­cych z dwu­dziest­ki­dwój­ki do węży, nie bę­dzie tam ni­ko­go, kto mógł­by ich zo­ba­czyć.

– O któ­rej?

– Po­wiedz­my o szó­stej.

– Przy­nio­sę kawę.

Priest bar­dzo po­trze­bo­wał tej cię­ża­rów­ki. Od niej za­le­ża­ło jego ży­cie. Swę­dzia­ły go ręce, żeby zła­pać Ma­ria, wy­pchnąć go z szo­fer­ki i od­je­chać, ale nie mógł tego zro­bić. Po pierw­sze, tam­ten był pra­wie o dwa­dzie­ścia pięć lat młod­szy od nie­go i za­pew­ne nie dał­by się wy­pchnąć bez opo­ru. Po dru­gie, kra­dzież po­win­na po­zo­stać nie­zau­wa­żo­na przez kil­ka dni. Mu­siał prze­pro­wa­dzić cię­ża­rów­kę do Ka­li­for­nii i ukryć, za­nim po­li­cjan­ci w ca­łym kra­ju za­czną roz­glą­dać się za skra­dzio­nym po­jaz­dem. Pisk ra­dio­sta­cji oznaj­mił, że kon­tro­ler w przy­cze­pie spraw­dził dane po ostat­nich wstrzą­sach i nie ma żad­nych pro­ble­mów. Ma­rio pod­niósł pły­tę, wrzu­cił bieg i prze­je­chał pięć­dzie­siąt jar­dów, usta­wia­jąc się do­kład­nie przy ró­żo­wej cho­rą­giew­ce. Po­tem po­now­nie opu­ścił pły­tę i wy­słał sy­gnał go­to­wo­ści. Priest ob­ser­wo­wał go uważ­nie, jak to ro­bił już kil­ka­krot­nie, sta­ra­jąc się za­pa­mię­tać ko­lej­ność, w ja­kiej Ma­rio na­ci­skał dźwi­gnie i prze­łącz­ni­ki. Je­śli o czymś za­po­mni, póź­niej nie bę­dzie miał kogo py­tać.

Cze­kał, aż z psiej budy wy­ślą sy­gnał, któ­ry za­po­cząt­ku­je ko­lej­ną se­rię wstrzą­sów. Kie­row­ca cię­ża­rów­ki mógł sam włą­czyć urzą­dze­nie, ale kon­tro­le­rzy za­zwy­czaj wo­le­li oso­bi­ście wy­da­wać po­le­ce­nia i uru­cha­miać ma­szy­nę pi­lo­tem zdal­ne­go ste­ro­wa­nia. Priest skoń­czył pa­pie­ro­sa i ci­snął nie­do­pa­łek przez okno. Ma­rio ru­chem gło­wy wska­zał sa­mo­chód Prie­sta, za­par­ko­wa­ny ćwierć mili da­lej, na dwu­pa­smo­wej szo­sie.

– To two­ja ko­bie­ta?

Priest spoj­rzał w tam­tą stro­nę. Star wy­sia­dła z ciem­no­sza­rej hon­dy ci­vic i opar­ta o ma­skę wa­chlo­wa­ła się słom­ko­wym ka­pe­lu­szem.

– Tak – od­parł.

– Po­ka­żę ci zdję­cie – Ma­rio wy­jął z kie­sze­ni dżin­sów sta­ry skó­rza­ny port­fel. Zna­lazł fo­to­gra­fię i po­dał Prie­sto­wi.

– To jest Iza­bel­la – oznaj­mił dum­nie.

Priest zo­ba­czył ślicz­ną Mek­sy­kan­kę po dwu­dzie­st­ce, w żół­tej su­kien­ce i prze­pa­sce na gło­wie. Trzy­ma­ła na rę­kach dziec­ko, a obok stał mały czar­no­wło­sy chło­piec o nie­śmia­łym spoj­rze­niu.

– To two­je dzie­ci?

Ma­rio ski­nął gło­wą.

– Ross i Bet­ty.

Priest z tru­dem po­wstrzy­mał uśmiech, sły­sząc ty­po­wo an­giel­skie imio­na.

– Ład­ne dzie­cia­ki.

Po­my­ślał o swo­ich dzie­ciach i o mało nie po­wie­dział o nich, ale w samą porę ugryzł się w ję­zyk.

– Gdzie miesz­ka­ją?

– W El Paso.

W gło­wie Prie­sta już kieł­ko­wał pe­wien po­mysł.

– Czę­sto ich wi­du­jesz?

Ma­rio po­trzą­snął gło­wą.

– Nic, tyl­ko pra­ca, czło­wie­ku. Oszczę­dzam, żeby ku­pić im dom. Ład­ny dom z wiel­ką kuch­nią i ba­se­nem w ogro­dzie. Za­słu­gu­ją na to.

Po­mysł urósł i za­kwitł. Priest ukrył pod­nie­ce­nie i obo­jęt­nym to­nem po­wie­dział:

– Pięk­ny dom dla pięk­nej ro­dzi­ny, co?

– Wła­śnie…

Ra­dio­sta­cja po­now­nie pi­snę­ła i cię­ża­rów­ka za­czę­ła drgać. Huk był jak prze­ta­cza­ją­cy się grzmot, tyl­ko bar­dziej re­gu­lar­ny. Za­czy­nał się ba­so­wą nutą i szyb­ko prze­cho­dził w wy­cie. Do­kład­nie po czter­na­stu se­kun­dach ucichł. Priest pstryk­nął pal­ca­mi.

– Wiesz, mam taki po­mysł… Nie, może nie.

– Co? – za­in­te­re­so­wał się Ma­rio.

– Nie wiem, czy to moż­li­we.

– Co ta­kie­go, czło­wie­ku?

– Po­my­śla­łem so­bie, no wiesz… two­ja żona jest taka pięk­na, a dzie­ci ta­kie ład­ne… Szko­da, że tak rzad­ko je wi­du­jesz.

– To jest ten twój po­mysł?

– Nie. Po­my­śla­łem so­bie, że mógł­bym od­pro­wa­dzić ten wóz do No­we­go Mek­sy­ku, a ty w tym cza­sie od­wie­dził­byś ich, to wszyst­ko. – Priest na­po­mi­nał się w du­chu, żeby nie oka­zy­wać nad­mier­ne­go pod­nie­ce­nia.

– Ale pew­nie nic by z tego nie wy­szło – do­dał to­nem mó­wią­cym: „A kogo to ob­cho­dzi?”.

– Nie, czło­wie­ku, to nie­moż­li­we.

– Pew­nie nie. Cho­ciaż… gdy­by­śmy wy­ru­szy­li ju­tro wcze­śnie rano i ra­zem po­je­cha­li do San An­to­nio, mógł­bym wy­sa­dzić cię przy lot­ni­sku i w po­łu­dnie był­byś już pew­nie w El Paso. Po­ba­wił­byś się z dzieć­mi, zjadł ko­la­cję z żoną, prze­spał noc w domu, a rano zła­pał na­stęp­ny sa­mo­lot… Mógł­bym cię ode­brać z lot­ni­ska w Lub­bock… Jak da­le­ko jest z Lub­bock do Clo­vis?

– Dzie­więć­dzie­siąt, może sto mil.

– Mo­gli­by­śmy być w Clo­vis w nocy, naj­póź­niej rano i nikt nie wie­dział­by, że nie pro­wa­dzi­łeś przez cały czas.

– Prze­cież chcesz je­chać tyl­ko do San An­to­nio.

Kur­wa. Nie prze­my­ślał tej ba­jecz­ki; im­pro­wi­zo­wał.

– Wiesz, nig­dy nie by­łem w Lub­bock – rzu­cił nie­dba­le. – Tam uro­dził się Bud­dy Hol­ly.

– Kim, do dia­bła, jest Bud­dy Hol­ly?

Priest za­nu­cił:

– I love you, Peg­gy Sue! Bud­dy Hol­ly umarł, kie­dy cie­bie jesz­cze nie było na świe­cie, Ma­rio. Lu­bi­łem go bar­dziej od Elvi­sa. Tyl­ko nie py­taj mnie, kim był Elvis.

– Po­je­chał­byś tak da­le­ko dla mnie?

Priest nie­spo­koj­nie za­sta­na­wiał się, czy Ma­rio jest po­dejrz­li­wy, czy tyl­ko wdzięcz­ny.

– Ja­sne, że tak – po­wie­dział. – Je­śli tyl­ko po­zwo­lisz mi pa­lić two­je faj­ki.

Ma­rio ze zdu­mie­niem po­trzą­snął gło­wą.

– Faj­ny z cie­bie fa­cet, Ric­ky, ale sam nie wiem… Za­tem ni­cze­go nie po­dej­rze­wał. Po pro­stu bał się, więc le­piej go nie na­ci­skać. Priest po­krył roz­cza­ro­wa­nie uda­wa­ną non­sza­lan­cją.

– No nic, po­myśl o tym – mruk­nął.

– Gdy­by coś po­szło źle… ro­zu­miesz, nie chcę stra­cić pra­cy.

– Masz ra­cję – Priest opa­no­wał znie­cier­pli­wie­nie.

– Wiesz co, po­ga­da­my póź­niej. Bę­dziesz wie­czo­rem w ba­rze?

– Ja­sne.

– Może wte­dy po­wiesz mi, co po­sta­no­wi­łeś?

– W po­rząd­ku, umo­wa stoi.

Ra­dio­sta­cja za­pisz­cza­ła, sy­gna­li­zu­jąc go­to­wość do ko­lej­ne­go po­mia­ru, więc Ma­rio wci­snął dźwi­gnię, uno­sząc pły­tę z zie­mi.

– Mu­szę wra­cać do dzba­nia­rzy – oświad­czył Priest.

– Do zmro­ku mamy roz­wi­nąć jesz­cze kil­ka mil ka­bla. Od­dał kie­row­cy zdję­cie i otwo­rzył drzwi.

– Mó­wię ci, czło­wie­ku, gdy­bym miał taką ład­ną żonę, nie wy­cho­dził­bym z domu – rzu­cił przez ra­mię, a po­tem wy­sko­czył z ka­bi­ny i za­trza­snął drzwi. Gdy cię­ża­rów­ka ru­szy­ła w kie­run­ku na­stęp­nej cho­rą­giew­ki, Priest od­szedł, wzbi­ja­jąc kurz kow­boj­ski­mi bu­ta­mi. Idąc po sen­de­ro do za­par­ko­wa­ne­go sa­mo­cho­du, wi­dział prze­cha­dza­ją­cą się tam i z po­wro­tem Star, znie­cier­pli­wio­ną i nie­spo­koj­ną.

Kie­dyś, przez chwi­lę, była sław­na. Pod­czas ery hi­pi­sów miesz­ka­ła koło San Fran­ci­sco, w Ha­ight-Ash­bu­ry. Priest nie znał jej wte­dy – pod ko­niec lat sześć­dzie­sią­tych był za­ję­ty za­ra­bia­niem swo­je­go pierw­sze­go mi­lio­na – ale sły­szał róż­ne hi­sto­rie. Na­gra­ła pły­tę, na któ­rej re­cy­to­wa­ła wier­sze z pod­kła­dem psy­cho­de­licz­nej mu­zy­ki ze­spo­łu Ra­ining Fresh Da­isies. Ten al­bum stał się prze­bo­jem, a Star przez kil­ka dni cie­szy­ła się wiel­ką po­pu­lar­no­ścią.

Jed­nak le­gen­dą sta­ła się za spra­wą swo­ich nie­na­sy­co­nych ape­ty­tów sek­su­al­nych. Upra­wia­ła seks z każ­dym, kto wpadł jej w oko: z chęt­ny­mi ma­ło­la­ta­mi i za­sko­czo­ny­mi męż­czy­zna­mi po sześć­dzie­siąt­ce, z chłop­ca­mi uwa­ża­ją­cy­mi się za ho­mo­sek­su­ali­stów i dziew­czę­ta­mi nie­ma­ją­cy­mi po­ję­cia o mi­ło­ści les­bij­skiej, z wie­lo­let­ni­mi zna­jo­my­mi i ob­cy­mi spo­tka­ny­mi na uli­cy.

Ale to było daw­no. Te­raz do pięć­dzie­sią­tych uro­dzin po­zo­sta­ło jej tyl­ko kil­ka ty­go­dni, a we wło­sach po­ja­wi­ły się pa­sma si­wi­zny. Wciąż mia­ła nie­złą fi­gu­rę, cho­ciaż już nie wy­glą­da­ła tak, jak daw­niej – wa­ży­ła sto osiem­dzie­siąt fun­tów. Mimo to po­zo­sta­ła nie­zwy­kle zmy­sło­wą ko­bie­tą. Kie­dy wcho­dzi­ła do baru, oglą­da­li się za nią wszy­scy męż­czyź­ni.

Na­wet tego dnia, cho­ciaż zmę­czo­na upa­łem i nie­spo­koj­na, ema­no­wa­ła sek­sem, krą­żąc wo­kół ta­nie­go gru­cho­ta. Opię­te ba­weł­nia­ną su­kien­ką cia­ło po­ru­sza­ło się za­chę­ca­ją­co i Priest miał wiel­ką ocho­tę ją prze­le­cieć.

– Co się sta­ło? – za­py­ta­ła, kie­dy od­je­cha­li ka­wa­łek i sta­nę­li.

Priest był nie­po­praw­nym opty­mi­stą.

– Spra­wa jest na do­brej dro­dze – oświad­czył.

– To fa­tal­nie – mruk­nę­ła scep­tycz­nie. Wie­dzia­ła, że nie po­win­na wie­rzyć w jego prze­chwał­ki.

Opo­wie­dział jej o pro­po­zy­cji, jaką zło­żył Ma­rio­wi.

– Naj­pięk­niej­sze jest to, że będą wi­ni­li jego – za­koń­czył.

– Jak to?

– Tyl­ko po­myśl. Przy­le­ci do Lub­bock, za­cznie mnie szu­kać, ale nie znaj­dzie ani mnie, ani cię­ża­rów­ki. Do­my­śli się, że zo­stał wy­ki­wa­ny. Co wte­dy zro­bi? Po­je­dzie do Clo­vis i przy­zna się, że zgu­bił gdzieś wóz? Nie są­dzę. W naj­lep­szym wy­pad­ku wy­la­li­by go. W naj­gor­szym – oskar­ży­li o kra­dzież i wsa­dzi­li do wię­zie­nia. Za­ło­żę się, że nie po­je­dzie do Clo­vis. Wró­ci na lot­ni­sko, po­le­ci do El Paso, wsa­dzi żonę z dzie­cia­ka­mi w sa­mo­chód i znik­nie. Wte­dy po­li­cja bę­dzie prze­ko­na­na, że to on ukradł sa­mo­chód. I nikt nie bę­dzie po­dej­rze­wał Ric­ky’ego Gran­ge­ra.

Zmarsz­czy­ła brwi.

– Świet­ny plan, tyl­ko czy on po­łknie przy­nę­tę?

– My­ślę, że tak.

Jej nie­po­kój jesz­cze się po­głę­bił. Ude­rzy­ła dło­nią w brud­ną pod­su­fit­kę.

– Cho­le­ra, mu­si­my mieć tę prze­klę­tą cię­ża­rów­kę!

Był rów­nie nie­spo­koj­ny jak ona, ale po­kry­wał to po­zor­ną pew­no­ścią sie­bie.

– Bę­dzie­my ją mie­li – obie­cał. – Tak czy in­a­czej. Wło­ży­ła na gło­wę słom­ko­wy ka­pe­lusz, wy­sia­dła i opar­ła się o sa­mo­chód, za­my­ka­jąc oczy.

– Chcia­ła­bym w to wie­rzyć.

Sta­nął obok i po­gła­dził po­li­czek.

– Pod­wieźć pa­nią?

– Tak, pro­szę. Za­bierz mnie do mo­te­lu z kli­ma­ty­za­cją.

– To bę­dzie kosz­to­wa­ło.

Otwo­rzy­ła oczy i spoj­rza­ła na nie­go z nie­win­ną miną.

– Czy będę mu­sia­ła ro­bić brzyd­kie rze­czy, pro­szę pana? Wsu­nął dłoń w de­kolt jej su­kien­ki.

– Tak.

– Och, do li­cha – wy­mam­ro­ta­ła i unio­sła su­kien­kę. Nie no­si­ła bie­li­zny. Priest wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu i roz­piął dżin­sy.

– Co so­bie po­my­śli Ma­rio, je­śli nas zo­ba­czy? – spy­ta­ła.

– Bę­dzie za­zdro­ścił – mruk­nął Priest, wcho­dząc w nią. Byli pra­wie tego sa­me­go wzro­stu, więc wpa­so­wa­li się w sie­bie z ła­two­ścią i wpra­wą. Po­ca­ło­wa­ła go w usta.

Po chwi­li usły­szał nad­jeż­dża­ją­cy sa­mo­chód. Obo­je obej­rze­li się, nie prze­ry­wa­jąc tego, co ro­bi­li. Dro­gą prze­je­cha­ła fur­go­net­ka z trze­ma ro­bot­ni­ka­mi na przed­nim sie­dze­niu. Męż­czyź­ni za­uwa­ży­li, co się dzie­je, i mi­ja­jąc ich po­krzy­ki­wa­li i gwiz­da­li przez otwar­te okno.

Star po­ma­cha­ła im, wo­ła­jąc:

– Cześć, chło­pa­ki!

Priest par­sk­nął śmie­chem. Chwi­lę póź­niej szczy­to­wa­li.

***

Do­kład­nie trzy ty­go­dnie wcze­śniej kry­zys wszedł w ostat­nią, de­cy­du­ją­cą fazę.

Sie­dzie­li w kuch­ni, przy dłu­gim sto­le, je­dząc obiad – pi­kant­ną po­traw­kę z so­cze­wi­cy i wa­rzyw oraz świe­ży chleb, pro­sto z pie­ca – kie­dy wszedł Paul Be­ale, nio­sąc w ręku ko­per­tę. Był to łysy, bro­da­ty męż­czy­zna w skó­rza­nej kurt­ce, przy­ja­ciel Prie­sta jesz­cze z cza­sów, gdy obaj byli czter­na­sto­let­ni­mi ło­bu­za­mi, ob­sku­bu­ją­cy­mi pi­ja­ków w za­uł­kach LA na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych.

Paul bu­tel­ko­wał wino pro­du­ko­wa­ne przez wspól­no­tę Prie­sta – ale ro­bił też znacz­nie wię­cej. Był ich łącz­ni­kiem, dzię­ki któ­re­mu mie­li kon­takt ze świa­tem, jed­no­cze­śnie trzy­ma­jąc się od nie­go z da­le­ka.

Priest do­my­ślił się, że Paul do­stał ten list rano, po czym na­tych­miast wsiadł w sa­mo­chód i przy­je­chał do nich z Napa. Do­my­ślał się też, co było w li­ście, ale cze­kał, aż Paul sam mu to po­wie.

– Z Urzę­du Go­spo­dar­ki Grun­ta­mi – za­ko­mu­ni­ko­wał po­nu­ro Paul. – Ad­re­so­wa­ny do Stel­li Hig­gins.

Po­dał go Star sie­dzą­cej u szczy­tu sto­łu na­prze­ciw Prie­sta. Na­praw­dę na­zy­wa­ła się Stel­la Hig­gins i wła­śnie pod tym na­zwi­skiem wy­dzier­ża­wi­ła ich zie­mię od Mi­ni­ster­stwa Spraw We­wnętrz­nych na je­sie­ni 1969 roku.

Wo­kół sto­łu za­pa­dła ci­sza. Na­wet dzie­ci uci­chły, wy­czu­wa­jąc lęk i nie­po­kój do­ro­słych. Star ro­ze­rwa­ła ko­per­tę i wy­ję­ła z niej kart­kę. Prze­czy­ta­ła ją szyb­ko.

– Siód­me­go czerw­ca – po­wie­dzia­ła po chwi­li.

– Za pięć ty­go­dni i dwa dni – mruk­nął Priest.

Kil­ka osób jęk­nę­ło z roz­pa­czy. Ko­bie­ta zwa­na Song za­czę­ła ci­cho pła­kać. Je­den z sy­nów Prie­sta, dzie­się­cio­let­ni Rin­go, za­py­tał:

– Dla­cze­go, Star, dla­cze­go?

Priest po­chwy­cił spoj­rze­nie Me­la­nie, wy­so­kiej, szczu­płej dwu­dzie­sto­ośmio­let­niej ko­bie­ty o bia­łej skó­rze, dłu­gich wło­sach ko­lo­ru pa­pry­ki i cie­le mo­del­ki. Obok niej sie­dział jej pię­cio­let­ni syn, Du­sty.

– Co? – spy­ta­ła zdzi­wio­na Me­la­nie. – O co cho­dzi?

Wszy­scy wie­dzie­li, co im gro­zi, ale było to zbyt przy­gnę­bia­ją­ce, żeby o tym roz­ma­wiać, więc jesz­cze nie po­wie­dzie­li Me­la­nie, któ­ra do­pie­ro nie­daw­no do nich do­łą­czy­ła.

– Mu­si­my opu­ścić do­li­nę – wy­ja­śnił Priest. – Przy­kro mi, Me­la­nie.

Star od­czy­ta­ła frag­ment li­stu:

– „Po siód­mym czerw­ca wy­żej wy­mie­nio­na po­sia­dłość znaj­dzie się na te­re­nie za­gro­żo­nym, tak więc do­tych­cza­so­wa umo­wa dzier­ża­wy zo­sta­je wy­po­wie­dzia­na zgod­nie z punk­tem dzie­wią­tym, pod­punkt b, pa­ra­graf dru­gi”.

Me­la­nie wsta­ła. Jej bia­ła skó­ra po­czer­wie­nia­ła, pięk­ną twarz wy­krzy­wił gry­mas wście­kło­ści.

– Nie! – krzyk­nę­ła. – Nie! Nie mogą mi tego zro­bić… do­pie­ro co was zna­la­złam! Nie wie­rzę, to nie­praw­da.

Ob­ró­ci­ła swój gniew prze­ciw Pau­lo­wi.

– Kłam­ca! – wrza­snę­ła. – Pier­do­lo­ny kłam­ca!

Jej dziec­ko za­czę­ło pła­kać.

– Hej, od­czep się! – burk­nął ura­żo­ny Paul. – Ja tu je­stem tyl­ko cho­ler­nym li­sto­no­szem.

Wszy­scy za­czę­li mó­wić jed­no­cze­śnie. Priest po­spiesz­nie pod­szedł do Me­la­nie, ob­jął ją ra­mio­na­mi i szep­nął do ucha:

– Wy­stra­szysz Du­sty’ego. Usiądź. Masz ra­cję, że się zło­ścisz, wszy­scy je­ste­śmy źli jak dia­bli.

– Po­wiedz mi, że to nie­praw­da.

De­li­kat­nie po­sa­dził ją na krze­śle.

– To praw­da, Me­la­nie. Praw­da.

Kie­dy się uspo­ko­ili, po­le­cił:

– No już, te­raz umyj­my na­czy­nia i wra­caj­my do pra­cy.

– Po co? – za­py­tał Dale, któ­ry ro­bił wino. Nie był jed­nym z za­ło­ży­cie­li, przy­je­chał tu w la­tach osiem­dzie­sią­tych roz­cza­ro­wa­ny sko­mer­cja­li­zo­wa­nym świa­tem, ale był naj­waż­niej­szym człon­kiem gru­py po Prie­ście i Star. – Nie zdą­ży­my ze­brać plo­nów – do­dał.

– Mamy stąd odejść w cią­gu pię­ciu ty­go­dni. Po co pra­co­wać?

Priest prze­szył go hip­no­tycz­nym spoj­rze­niem, któ­re wy­trzy­my­wa­li tyl­ko lu­dzie o bar­dzo sil­nej woli. Za­cze­kał, aż w kuch­ni za­pad­nie ci­sza, po czym po­wie­dział:

– Po­nie­waż zda­rza­ją się cuda.

***

Miej­sco­we prze­pi­sy za­bra­nia­ły sprze­da­ży na­po­jów al­ko­ho­lo­wych w tek­sań­skim mia­stecz­ku Shi­loh, ale tuż za prze­cho­dzą­cą przez nie gra­ni­cą znaj­do­wał się bar „Do­odle­bug”, z ta­nim ja­snym pi­wem, or­kie­strą gra­ją­cą co­un­try oraz kel­ner­ka­mi w cia­snych dżin­sach i kow­boj­skich bu­tach.

Priest po­szedł tam sam. Nie chciał, żeby Star się po­ka­zy­wa­ła, ry­zy­ku­jąc, że ktoś ją roz­po­zna. Ża­ło­wał, że przy­je­cha­ła z nim do Tek­sa­su. Ktoś jed­nak mu­siał mu po­móc prze­wieźć wi­bra­tor sej­smicz­ny do domu. Będą je­cha­li dzień i noc, zmie­nia­jąc się za kie­row­ni­cą i ły­ka­jąc prosz­ki, żeby nie za­snąć. Mu­szą wró­cić, za­nim ktoś za­uwa­ży brak ma­szy­ny.

Ża­ło­wał, że po po­łu­dniu był tak nie­ostroż­ny. Ma­rio wi­dział Star z od­le­gło­ści ćwierć mili, a trzej ro­bot­ni­cy w fur­go­net­ce wi­dzie­li ją tyl­ko prze­lot­nie, ale rzu­ca­ła się w oczy, więc pew­nie po­tra­fi­li­by opi­sać, jak wy­glą­da­ła: wy­so­ka bia­ła ko­bie­ta, do­brze zbu­do­wa­na, z dłu­gi­mi ciem­ny­mi wło­sa­mi…

Priest zmie­nił swój wy­gląd przed przy­jaz­dem do Li­ber­ty. Wy­ho­do­wał gę­stą bro­dę i wąsy, a dłu­gie wło­sy wią­zał w ku­cyk, któ­ry cho­wał pod czap­ką. Je­śli jed­nak wszyst­ko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, nikt nie bę­dzie py­tał o ry­so­pis jego czy Star.

Kie­dy przy­szedł do „Do­odle­bug”, Ma­rio już tam był. Sie­dział przy sto­le z pię­cio­ma czy sze­ścio­ma fa­ce­ta­mi od roz­sta­wia­nia dzba­nów oraz sze­fem eki­py – Len­nym Pe­ter­se­nem, któ­ry kie­ro­wał ca­łym per­so­ne­lem pro­wa­dzą­cym ba­da­nia.

Nie chcąc oka­zy­wać nad­mier­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia swo­imi ko­le­ga­mi z pra­cy, Priest za­mó­wił jed­ną bu­tel­kę Lone Star i przez chwi­lę stał przy ba­rze, pi­jąc piwo z bu­tel­ki i roz­ma­wia­jąc z bar­man­ką, za­nim usiadł przy sto­li­ku Ma­ria.

Len­ny był ły­sa­wym męż­czy­zną z czer­wo­nym no­sem. Przy­jął Prie­sta do pra­cy dwa ty­go­dnie wcze­śniej. Priest spę­dził wte­dy w ba­rze cały wie­czór, nie­wie­le pi­jąc, roz­ma­wia­jąc z człon­ka­mi eki­py i gło­śno śmie­jąc się z żar­tów Len­ny’ego. Na­stęp­ne­go ran­ka zna­lazł go w biu­rze i za­py­tał o pra­cę.

– Przyj­mę cię na okres prób­ny – po­wie­dział Len­ny.

Priest tyl­ko tego po­trze­bo­wał.

Cięż­ko pra­co­wał, szyb­ko się uczył i da­wał się lu­bić, więc po kil­ku dniach zo­stał za­ak­cep­to­wa­ny przez po­zo­sta­łych człon­ków eki­py. Kie­dy usiadł te­raz przy ich sto­li­ku, Len­ny za­py­tał tym swo­im roz­wle­kłym tek­sań­skim draw­lem:

– A więc, Ric­ky, nie je­dziesz z nami do Clo­vis?

– Zga­dza się – od­parł Priest. – Za bar­dzo lu­bię tu­tej­szą po­go­dę.

– No cóż, chcę tyl­ko po­wie­dzieć, cał­kiem szcze­rze, że zna­jo­mość z tobą, cho­ciaż tak krót­ka, była przy­jem­no­ścią i za­szczy­tem.

Po­zo­sta­li ro­ze­śmia­li się. Czę­sto tak roz­ma­wia­li. Te­raz cze­ka­li na ri­po­stę.

Priest przy­brał po­waż­ny wy­raz twa­rzy i po­wie­dział:

– Len­ny, je­steś dla mnie taki do­bry i miły, że mu­szę za­py­tać cię jesz­cze raz: wyj­dziesz za mnie?

Wszy­scy znów się za­śmia­li. Ma­rio klep­nął Prie­sta w ple­cy. Len­ny zro­bił zmie­sza­ną minę i po­wie­dział:

– Wiesz, że nie mogę za cie­bie wyjść, Ric­ky. Mó­wi­łem ci już dla­cze­go… – prze­rwał dla zwięk­sze­nia efek­tu. Nad­sta­wi­li uszu, cze­ka­jąc na po­in­tę. – Je­stem les­bij­ką.

Ryk­nę­li śmie­chem. Priest uśmiech­nął się smęt­nie, ak­cep­tu­jąc od­mo­wę, i za­mó­wił piwo dla ca­łej eki­py dzba­nia­rzy. Za­czę­li roz­ma­wiać o ba­se­bal­lu. Więk­szość z nich wo­la­ła Ho­uston Astros, lecz Len­ny był z Ar­ling­ton i ki­bi­co­wał Te­xas Ran­gers. Priest nie in­te­re­so­wał się spor­tem, więc cze­kał nie­cier­pli­wie, od cza­su do cza­su wtrą­ca­jąc neu­tral­ne ko­men­ta­rze. Wszy­scy byli we wspa­nia­łych hu­mo­rach. Skoń­czy­li pra­cę w ter­mi­nie, do­brze za­ro­bi­li i był piąt­ko­wy wie­czór. Priest po­wo­li są­czył swo­je piwo. Nig­dy nie pił dużo – nie lu­bił tra­cić kon­tro­li nad swo­im cia­łem. Pa­trzył, jak Ma­rio osu­sza swój ku­fel. Kie­dy Tam­my, ich kel­ner­ka, przy­nio­sła mu na­stęp­ny, Ma­rio tę­sk­nie spoj­rzał na jej pier­si pod kra­cia­stą ko­szu­lą. Tak trzy­maj, Ma­rio. Ju­tro wie­czo­rem mógł­byś być w łóż­ku z żoną.

Po go­dzi­nie Ma­rio po­szedł do ubi­ka­cji. Priest ru­szył za nim. Do dia­bła z tym cze­ka­niem, pora pod­jąć de­cy­zję. Sta­nął obok Ma­ria i po­wie­dział:

– Tam­my ma dziś na so­bie czar­ną bie­li­znę.

– Skąd wiesz?

– Zer­k­ną­łem so­bie, kie­dy po­chy­li­ła się nad sto­łem. Uwiel­biam ko­ron­ko­we biu­sto­no­sze.

Ma­rio wes­tchnął. Priest nie re­zy­gno­wał:

– Lu­bisz pa­trzeć na ko­bie­tę w czar­nej bie­liź­nie?

– W czer­wo­nej – stwier­dził zde­cy­do­wa­nie Ma­rio.

– Tak, czer­wo­na też jest pięk­na. Mó­wią, że kie­dy ko­bie­ta wkła­da czer­wo­ną bie­li­znę, to znak, że cię pra­gnie.

– Na­praw­dę? – Ma­rio za­czął od­dy­chać odro­bi­nę szyb­ciej.

– Tak, gdzieś o tym sły­sza­łem. – Priest za­piął spodnie.

– Słu­chaj, mu­szę już iść. Moja ko­bie­ta cze­ka na mnie w mo­te­lu.

Ma­rio uśmiech­nął się i otarł pot z czo­ła.

– Czło­wie­ku, wi­dzia­łem was dziś po po­łu­dniu.

Priest z uda­wa­nym wsty­dem po­trzą­snął gło­wą.

– To moja sła­bość. Nie po­tra­fię oprzeć się ład­nej bab­ce.

– Ro­bi­li­ście to na środ­ku tej cho­ler­nej dro­gi!

– Taa… No wiesz, kie­dy przez ja­kiś czas nie wi­dzisz swo­jej ko­bie­ty, za­czy­na jej tego bra­ko­wać, ro­zu­miesz, o czym mó­wię?

Ma­rio, za­łap wresz­cie, o co cho­dzi!

– Tak, wiem. Słu­chaj, je­śli cho­dzi o ju­trzej­szy dzień… Priest wstrzy­mał od­dech.

– No więc, je­śli nadal pod­trzy­mu­jesz to, co po­wie­dzia­łeś…

Tak! Tak!

– Zrób­my to.

Priest miał ocho­tę uści­snąć go. Ma­rio za­py­tał nie­spo­koj­nie:

– Wciąż chcesz, praw­da?

– Ja­sne. – Priest po­ło­żył mu rękę na ra­mio­nach i ra­zem wy­szli z ubi­ka­cji. – W koń­cu od cze­go ma się przy­ja­ciół, no nie?

– Dzię­ki, czło­wie­ku – po­wie­dział Ma­rio ze łza­mi w oczach. – Wspa­nia­ły z cie­bie fa­cet, Ric­ky.

***

Umy­li gli­nia­ne mi­ski i drew­nia­ne łyż­ki w wiel­kiej ba­lii z cie­płą wodą, po czym wy­tar­li je ścier­ką zro­bio­ną ze sta­rej fla­ne­lo­wej ko­szu­li. Me­la­nie po­wie­dzia­ła do Prie­sta:

– No cóż, po pro­stu za­cznie­my gdzie in­dziej. Znaj­dzie­my ka­wa­łek zie­mi, zbu­du­je­my drew­nia­ne cha­ty, za­sa­dzi­my wi­no­rośl i bę­dzie­my ro­bić wino. Dla­cze­go nie? Prze­cież tak zro­bi­li­ście przed laty.

– Owszem – przy­znał Priest.

Po­sta­wił mi­skę na pół­ce i wrzu­cił łyż­kę do pu­deł­ka. Przez chwi­lę znów był mło­dy, sil­ny jak kuc i nie­stru­dzo­ny, prze­ko­na­ny, że roz­wią­że każ­dy pro­blem, jaki może po­sta­wić przed nim ży­cie. Przy­po­mniał so­bie wspa­nia­łe za­pa­chy tam­tych dni: za­pach świe­żo ścię­tych drzew i mło­de­go cia­ła Star spo­co­ne­go przy ko­pa­niu zie­mi, ostry za­pach ich wła­snej ma­ri­hu­any upra­wia­nej na le­śnej po­la­nie, słod­ki aro­mat miaż­dżo­nych wi­no­gron. Po­tem wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści i usiadł przy sto­le.

– Przed laty – po­wtó­rzył za Me­la­nie – wy­dzier­ża­wi­li­śmy tę zie­mię od rzą­du pra­wie za dar­mo, a po­tem za­po­mnie­li o nas.

– Nig­dy nie pod­nie­śli czyn­szu, przez dwa­dzie­ścia dzie­więć lat – wtrą­ci­ła Star.

Priest zi­gno­ro­wał ją i mó­wił da­lej:

– Wy­kar­czo­wa­li­śmy ten las rę­ko­ma trzy­dzie­stu lub czter­dzie­stu mło­dych lu­dzi, któ­rzy ze­chcie­li pra­co­wać za dar­mo, dwa­na­ście i czter­na­ście go­dzin dzien­nie.

Paul Be­ale uśmiech­nął się.

– Do dziś boli mnie krzyż, kie­dy o tym po­my­ślę.

– Pędy wi­no­ro­śli do­sta­li­śmy w pre­zen­cie od pew­ne­go mi­łe­go ho­dow­cy z Napa Val­ley, któ­ry chciał za­chę­cić mło­dych lu­dzi, żeby zro­bi­li coś kon­struk­tyw­ne­go, za­miast sie­dzieć na tył­kach i ćpać przez cały dzień.

– Sta­ry Ray­mond Del­la­val­le… – mruk­nął Paul. – Już nie żyje, niech go Bóg ma w swo­jej opie­ce.

– Ale naj­waż­niej­sze, że chcie­li­śmy i mo­gli­śmy żyć na kra­wę­dzi ubó­stwa, przez pięć dłu­gich lat gło­du­jąc, śpiąc na pod­ło­dze, cho­dząc w dziu­ra­wych bu­tach, za­nim ze­bra­li­śmy pierw­szy plon na­da­ją­cy się do sprze­da­ży.

Star pod­nio­sła z pod­ło­gi racz­ku­ją­ce dziec­ko, wy­tar­ła mu nos i po­wie­dzia­ła:

– I nie mie­li­śmy dzie­ci, o któ­re trze­ba się mar­twić.

– Ra­cja – przy­znał Priest. – Gdy­by­śmy dziś byli w tej sa­mej sy­tu­acji, mo­gli­by­śmy za­cząć od nowa.

Me­la­nie nie uspo­ko­iła się jed­nak.

– Musi być ja­kiś spo­sób! – za­wo­ła­ła.

– Owszem, jest – po­wie­dział Priest. – Paul wie, jaki.

Paul ski­nął gło­wą.

– Moż­na za­ło­żyć spół­kę, po­ży­czyć z ban­ku ćwierć mi­lio­na do­la­rów, wy­na­jąć ro­bot­ni­ków i stać się jesz­cze jed­ną ban­dą chci­wych ka­pi­ta­li­stów, pil­nu­ją­cych zy­sków.

– A to – pod­su­mo­wał Priest – by­ło­by rów­no­znacz­ne z pod­da­niem się.

***

W Li­ber­ty było jesz­cze ciem­no, kie­dy Priest i Star wsta­li w so­bo­tę. Priest po­szedł po kawę do baru znaj­du­ją­ce­go się obok mo­te­lu. Gdy wró­cił, Star ślę­cza­ła przy noc­nej lamp­ce nad atla­sem dróg.

– Po­wi­nie­neś wy­sa­dzić Ma­ria przy mię­dzy­na­ro­do­wym lot­ni­sku w San An­to­nio dziś rano, mię­dzy dzie­wią­tą trzy­dzie­ści a dzie­sią­tą – oznaj­mi­ła. – Po­tem wy­je­dziesz z mia­sta mię­dzy­sta­no­wą nu­mer dzie­sięć.

Priest na­wet nie spoj­rzał na atlas. Nie znał się na ma­pach. Bę­dzie kie­ro­wał się zna­ka­mi I-10.

– Gdzie się spo­tka­my?

Star za­sta­na­wia­ła się przez chwi­lę.

– Po­win­nam być tam go­dzi­nę przed tobą – po­wie­dzia­ła i po­ka­za­ła pal­cem ja­kiś punkt na ma­pie.

– Pięt­na­ście mil od lot­ni­ska, przy I-dzie­sięć, jest miej­sce, któ­re na­zy­wa się Leon Springs. Za­par­ku­ję tak, że­byś za­uwa­żył sa­mo­chód.

– Brzmi nie­źle.

Byli spię­ci i pod­nie­ce­ni. Kra­dzież cię­ża­rów­ki to do­pie­ro pierw­szy, ale de­cy­du­ją­cy punkt ich pla­nu: od tego za­le­ża­ło wszyst­ko. Star naj­bar­dziej mar­twi­ła się szcze­gó­ła­mi.

– Co zro­bi­my z hon­dą?

Priest ku­pił ją­trzy ty­go­dnie wcze­śniej, za ty­siąc do­la­rów go­tów­ką.

– Cięż­ko bę­dzie j ą sprze­dać. Je­że­li sko­rzy­sta­my z usług han­dla­rza uży­wa­ny­mi sa­mo­cho­da­mi, do­sta­nie­my za nią pięć­set do­la­rów. Je­że­li nie, bę­dzie­my mu­sie­li zna­leźć ja­kiś las przy mię­dzy­sta­no­wej i zo­sta­wić ją w nim.

– Stać nas na to?

– Pie­nią­dze czy­nią czło­wie­ka bie­da­kiem.

Był to je­den z Pię­ciu Pa­ra­dok­sów Ba­gh­ra­ma, ich guru. Priest wie­dział co do cen­ta, ile mają pie­nię­dzy, ale nie zdra­dzał tego po­zo­sta­łym. Więk­szość człon­ków ko­mu­ny nie mia­ła po­ję­cia, że mają kon­to w ban­ku. I nikt na świe­cie nie wie­dział o awa­ryj­nym fun­du­szu Prie­sta – dzie­się­ciu ty­sią­cach do­la­rów w dwu­dziest­kach, przy­kle­jo­nych w środ­ku odra­pa­nej gi­ta­ry, któ­ra wi­sia­ła na gwoź­dziu na ścia­nie jego cha­ty.

Star wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie przej­mo­wa­łam się tym przez dwa­dzie­ścia pięć lat, więc chy­ba nie za­cznę te­raz.

Zdję­ła oku­la­ry do czy­ta­nia. Priest uśmiech­nął się do niej.

– Ład­nie ci w oku­la­rach.

Zer­k­nę­ła na nie­go z uko­sa.

– Nie mo­żesz się do­cze­kać, kie­dy zo­ba­czysz Me­la­nie? – za­py­ta­ła.

Wie­dzia­ła, że on i Me­la­nie są ko­chan­ka­mi. Wziął Star za rękę.

– Pew­nie.

– Cie­szę się, że je­ste­ście ra­zem. Ona daje ci szczę­ście.

W mó­zgu Prie­sta roz­bły­sło na­głe wspo­mnie­nie. Me­la­nie le­żą­ca twa­rzą do po­dusz­ki na łóż­ku, w po­ran­nym słoń­cu za­glą­da­ją­cym do cha­ty. Sie­dział pi­jąc kawę, ob­ser­wu­jąc ją, cie­sząc oczy pięk­nem jej bia­łej skó­ry, wy­pu­kło­ścią po­ślad­ków, dłu­gi­mi ru­dy­mi wło­sa­mi roz­rzu­co­ny­mi na po­ście­li. Za chwi­lę dziew­czy­na po­czu­je za­pach kawy, ob­ró­ci się na bok i otwo­rzy oczy, a wte­dy on przyj­dzie do niej i bę­dzie się z nią ko­chał. Na ra­zie jed­nak roz­ko­szo­wał się nad­cho­dzą­cą chwi­lą, my­śląc o tym, jak bę­dzie ją do­ty­kał i pie­ścił, sma­ku­jąc ten cu­dow­ny mo­ment jak kie­lich do­bre­go wina. Kie­dy ta wi­zja znik­nę­ła, zo­ba­czył czter­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nią twarz Star w ta­nim tek­sań­skim mo­te­lu.

– Chy­ba nie je­steś za­zdro­sna o Me­la­nie, praw­da? – za­py­tał.

– Mał­żeń­stwo jest naj­gor­szą ze zdrad – po­wie­dzia­ła, cy­tu­jąc inny z Pa­ra­dok­sów.

Ski­nął gło­wą. Nig­dy nie wy­ma­ga­li od sie­bie wier­no­ści. Daw­niej to wła­śnie ona ani my­śla­ła po­prze­stać na jed­nym ko­chan­ku. Po­tem, kie­dy skoń­czy­ła trzy­dzie­ści lat i nie­co ochło­dła, Priest wy­sta­wił jej to­le­ran­cję na pró­bę, bio­rąc so­bie inne dziew­czy­ny. Jed­nak przez kil­ka ostat­nich lat, cho­ciaż nadal wie­rzy­li w wol­ną mi­łość, żad­ne z nich nie ko­rzy­sta­ło ze swo­bo­dy. Dla­te­go Me­la­nie była dla Star pew­nym za­sko­cze­niem. Nie szko­dzi. Ich zwią­zek był aż na­zbyt trwa­ły. Priest nie lu­bił, aby kto­kol­wiek są­dził, że po­tra­fi prze­wi­dzieć, co on zro­bi. Ko­chał Star, lecz źle skry­wa­ny nie­po­kój w jej oczach da­wał mu przy­jem­ne po­czu­cie pa­no­wa­nia nad sy­tu­acją. Ba­wi­ła się sty­ro­pia­no­wym kub­kiem po ka­wie.

– Za­sta­na­wia­łam się tyl­ko, co o tym my­śli Flo­wer.

Flo­wer była ich trzy­na­sto­let­nią cór­ką, naj­star­szym dziec­kiem w ko­mu­nie.

– Nie wy­cho­wa­ła się w nu­kle­ar­nej ro­dzi­nie – przy­po­mniał. – Nie zro­bi­li­śmy z niej nie­wol­ni­cy bur­żu­azyj­nych kon­we­nan­sów. To pod­sta­wo­wa rola na­szej wspól­no­ty.

– Tak – przy­zna­ła Star. – Nie chcia­ła­bym tyl­ko, żeby cię stra­ci­ła, to wszyst­ko.

Po­gła­dził jej dłoń.

– Tak się nie sta­nie.

Uści­snę­ła jego pal­ce.

– Dzię­ku­ję.

– Mu­si­my iść – po­wie­dział i wstał.

Ich skrom­ny ba­gaż skła­dał się z trzech pla­sti­ko­wych re­kla­mó­wek ze skle­pu spo­żyw­cze­go. Priest wziął je i za­niósł do hon­dy. Star po­szła za nim. Za­pła­ci­li ra­chu­nek po­przed­nie­go wie­czo­ru. Re­cep­cja była nie­czyn­na, więc nikt nie wi­dział, jak Star usia­dła za kie­row­ni­cą i od­je­cha­li w sza­rym brza­sku po­ran­ka.

Shi­loh było małą mie­ści­ną z jed­ną sy­gna­li­za­cją świetl­ną na skrzy­żo­wa­niu dwóch głów­nych ulic. O tak wcze­snej go­dzi­nie so­bot­nie­go ran­ka jeź­dzi­ło po nich nie­wie­le po­jaz­dów. Star prze­je­cha­ła skrzy­żo­wa­nie na czer­wo­nym świe­tle i opu­ści­ła mia­sto. Parę mi­nut przed szó­stą do­tar­li do wy­sy­pi­ska.

Nie było tam żad­ne­go dro­go­wska­zu, pło­tu czy bra­my, tyl­ko szlak wy­jeż­dżo­ny ko­ła­mi fur­go­ne­tek w by­li­cy. Star wje­cha­ła na ła­god­ne wznie­sie­nie. Śmiet­ni­sko znaj­do­wa­ło się w nie­wi­docz­nej z dro­gi ko­tlin­ce. Za­par­ko­wa­ła obok ster­ty dy­mią­cych śmie­ci. Ma­ria i wi­bra­to­ra sej­smicz­ne­go nig­dzie nie było wi­dać.

Priest wi­dział, że Star wciąż się za­mar­twia. Mu­szę ją uspo­ko­ić, po­my­ślał. Aku­rat dziś nie wol­no jej się roz­pra­szać. Gdy­by coś po­szło nie tak, po­win­na być opa­no­wa­na i go­to­wa.

– Flo­wer mnie nie utra­ci – oświad­czył.

– To do­brze – od­par­ła ostroż­nie.

– Zo­sta­nie­my ra­zem, wszy­scy tro­je. Wiesz dla­cze­go?

– Ty mi po­wiedz.

– Po­nie­waż się ko­cha­my.

Zo­ba­czył, że ulga wy­gła­dza jej twarz. Z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła łzy.

– Dzię­ku­ję ci – po­wie­dzia­ła.

To pod­nio­sło go na du­chu. Dał jej to, cze­go po­trze­bo­wa­ła. Te­raz wszyst­ko bę­dzie do­brze. Po­ca­ło­wał ją.

– Ma­rio może po­ja­wić się w każ­dej chwi­li. Ru­szaj. Od­jedź kil­ka mil.

– Nie chcesz, że­bym za­cze­ka­ła tu­taj, do­pó­ki nie przy­je­dzie?

– Nie po­wi­nien zo­ba­czyć cię z bli­ska. Nie wie­my, co przy­nie­sie nam przy­szłość, więc nie chcę, żeby mógł cię zi­den­ty­fi­ko­wać.

– W po­rząd­ku.

Wy­siadł z sa­mo­cho­du.

– Hej! – za­wo­ła­ła. – Za­po­mnia­łeś o ka­wie dla Ma­ria!

Wrę­czy­ła mu pa­pie­ro­wą tor­bę.

– Dzię­ki.

Wziął od niej tor­bę i za­trza­snął drzwi. Sa­mo­chód za­wró­cił sze­ro­kim łu­kiem i szyb­ko od­je­chał, wzbi­ja­jąc ko­ła­mi chmu­rę pyłu. Priest ro­zej­rzał się wo­kół. To zdu­mie­wa­ją­ce, że ta­kie małe mia­stecz­ko po­tra­fi wy­pro­du­ko­wać tyle śmie­ci, po­my­ślał. Wi­dział po­ła­ma­ne ro­we­ry i zu­peł­nie nowe wóz­ki dzie­cię­ce, po­pla­mio­ne ka­na­py i sta­ro­mod­ne lo­dów­ki oraz co naj­mniej dzie­sięć wóz­ków z su­per­mar­ke­tów. Wszę­dzie wa­la­ły się pu­ste opa­ko­wa­nia: kar­to­ny po wie­żach ste­reo, po­dob­ne do abs­trak­cyj­nych rzeźb ka­wał­ki lek­kie­go po­li­sty­re­nu, pa­pie­ro­we tor­by, po­li­ety­le­no­we wor­ki i alu­mi­nio­we fo­lie oraz mnó­stwo pla­sti­ko­wych po­jem­ni­ków po sub­stan­cjach, ja­kich Priest nig­dy nie uży­wał: płu­kan­kach, na­wil­ża­czach, to­ni­kach, środ­kach zmięk­cza­ją­cych, to­ne­rze do fak­sów. Za­uwa­żył baj­ko­wy za­mek z ró­żo­we­go pla­sti­ku, praw­do­po­dob­nie wy­rzu­co­ny przez ja­kieś dziec­ko. Za­dzi­wi­ło go ta­kie mar­no­traw­stwo.

W Si­lver Ri­ver Val­ley pra­wie nie było śmie­ci. Nie uży­wa­li wóz­ków dla dzie­ci ani lo­dó­wek i rzad­ko ku­po­wa­li coś, co sprze­da­wa­no w opa­ko­wa­niach, a ich dzie­ci po­tra­fi­ły­by zbu­do­wać ba­śnio­wy za­mek z pnia, becz­ki lub ster­ty drew­na.

Za­snu­te czer­wo­ną mgieł­ką słoń­ce wy­nu­rzy­ło się zza pa­gór­ka, rzu­ca­jąc dłu­gi cień Prie­sta na rdze­wie­ją­ce łóż­ko. Przy­po­mnia­ło mu to wschód słoń­ca nad ośnie­żo­ny­mi szczy­ta­mi Sier­ra Ne­va­da i po­czuł na­gły przy­pływ tę­sk­no­ty za chłod­nym, czy­stym gór­skim po­wie­trzem.

Już nie­dłu­go, nie­dłu­go.

Coś za­bły­sło u jego stóp. Lśnią­cy me­ta­lo­wy przed­miot, do po­ło­wy za­ko­pa­ny w zie­mi. Ma­chi­nal­nie kop­nął go czub­kiem buta, otrzą­sa­jąc z su­chej zie­mi, a po­tem po­chy­lił się i pod­niósł zna­le­zi­sko. Był to cięż­ki klucz fran­cu­ski.

Wy­glą­dał na nowy. Może przy­da się Ma­rio­wi – po­my­ślał. Ale chy­ba nie, oczy­wi­ście w cię­ża­rów­ce bę­dzie kom­plet na­rzę­dzi, nie za­brak­nie klu­cza do żad­nej śrub­ki. Ma­rio nie po­trze­bu­je ta­kie­go klu­cza. Co za mar­no­traw­ne spo­łe­czeń­stwo.

Upu­ścił klucz.

Usły­szał nad­jeż­dża­ją­cy sa­mo­chód, ale nie był to war­kot du­żej cię­ża­rów­ki. Obej­rzał się. Po chwi­li zza wzgó­rza wy­ło­nił się ja­sno­brą­zo­wy pick-up, pod­ska­ku­ją­cy na wy­bo­istej dro­dze. Był to sa­mo­chód Ma­ria – do­dge z po­pę­ka­ną przed­nią szy­bą. Priest po­czuł ukłu­cie nie­po­ko­ju. Co to mia­ło zna­czyć? Ma­rio po­wi­nien przy­je­chać w wi­bra­to­rze sej­smicz­nym, a jego sa­mo­chód miał od­pro­wa­dzić na pół­noc je­den z ko­le­gów, je­śli nie po­sta­no­wi sprze­dać go tu­taj i ku­pić inny w Clo­vis. Coś po­szło nie tak.

– Kur­wa – za­klął pod no­sem Priest. – Kur­wa.

Gdy Ma­rio pod­je­chał i wy­siadł z pick-upa, z tru­dem stłu­mił złość i roz­cza­ro­wa­nie.

– Przy­nio­słem ci kawę – po­wie­dział, po­da­jąc Ma­rio­wi pa­pie­ro­wą tor­bę. – Co się sta­ło?

Ma­rio na­wet nie zaj­rzał do tor­by. Ze smut­kiem po­trzą­snął gło­wą.

– Nie mogę tego zro­bić, czło­wie­ku.

Kur­wa.

Ma­rio mó­wił da­lej:

– Na­praw­dę do­ce­niam two­ją pro­po­zy­cję, ale nie mogę.

O co cho­dzi, do dia­bła?

Priest za­ci­snął zęby i sta­rał się mó­wić nor­mal­nym to­nem:

– Co się sta­ło, że zmie­ni­łeś zda­nie, ko­le­go?

– Czło­wie­ku, kie­dy wczo­raj wy­sze­dłeś z baru, Len­ny pal­nął mi dłu­gą mów­kę o tym, ile kosz­to­wa­ła ta cię­ża­rów­ka i że nie wol­no mi ni­ko­go pod­wo­zić ani za­bie­rać au­to­sto­po­wi­czów, że ma do mnie za­ufa­nie i w ogó­le.

Wy­obra­żam so­bie Len­ny’ego, urżnię­te­go jak świ­nia i beł­ko­czą­ce­go o za­ufa­niu i od­po­wie­dzial­no­ści – pew­nie do­pro­wa­dził cię do łez, ty głu­pi skur­wy­sy­nu.

– Wiesz, jak jest, Ric­ky. To nie­zła ro­bo­ta. Pra­ca cięż­ka i od rana do nocy, ale do­brze płat­na. Nie chcę jej stra­cić.

– No cóż, to ża­den pro­blem – po­wie­dział z wy­mu­szo­nym spo­ko­jem Priest. – Je­śli pod­rzu­cisz mnie do San An­to­nio.

Coś wy­my­ślę, za­nim tam do­je­dzie­my.

Ma­rio po­trzą­snął gło­wą.

– Le­piej nie, nie po tym, co mi mó­wił Len­ny. Ni­ko­go nie wpusz­czę do cię­ża­rów­ki. Dla­te­go przy­je­cha­łem tu moim sa­mo­cho­dem, żeby od­wieźć cię do mia­sta.

I co ja mam te­raz zro­bić, do li­cha?

– No to co, chcesz je­chać?

I co po­tem?

Priest wy­bu­do­wał za­mek z pia­sku, a te­raz pa­trzył, jak drży i roz­sy­pu­je się w lek­kim po­dmu­chu wy­rzu­tów su­mie­nia Ma­ria. Spę­dził dwa ty­go­dnie na tej roz­pra­żo­nej, za­py­lo­nej pu­sty­ni, wy­ko­nu­jąc głu­pią i bez­sen­sow­ną pra­cę, a przed­tem stra­cił kil­ka­set do­la­rów na bi­le­ty lot­ni­cze, mo­te­le oraz obrzy­dli­we je­dze­nie w ba­rach szyb­kiej ob­słu­gi.

Po­zo­sta­ły mu tyl­ko dwa ty­go­dnie i je­den dzień. Nie miał cza­su, żeby to po­wtó­rzyć.

Ma­rio zmarsz­czył brwi.

– No, czło­wie­ku, ru­szaj­my.

***

– Nie za­mie­rzam re­zy­gno­wać z tego miej­sca – oświad­czy­ła Star Prie­sto­wi w dniu, kie­dy przy­szedł list.

Sie­dzia­ła obok nie­go na dy­wa­nie so­sno­wych igieł na skra­ju win­ni­cy, pod­czas po­łu­dnio­wej prze­rwy, pi­jąc zim­ną wodę i je­dząc ro­dzyn­ki zro­bio­ne z ze­szło­rocz­nych wi­no­gron. – To nie tyl­ko win­ni­ca, do­li­na czy ko­mu­na… to całe moje ży­cie. Przy­by­li­śmy tu­taj przed laty, po­nie­waż wie­rzy­li­śmy, że nasi ro­dzi­ce stwo­rzy­li nie­szczę­śli­we, sko­rum­po­wa­ne i ska­żo­ne spo­łe­czeń­stwo. I mie­li­śmy ra­cję, na Boga!

Po­czer­wie­nia­ła ze zło­ści, a Priest po­my­ślał, że nadal jest pięk­na.

– Spójrz tyl­ko, co sta­ło się ze świa­tem – po­wie­dzia­ła pod­no­sząc głos. – Prze­moc, brzy­do­ta i de­gra­da­cja śro­do­wi­ska, pre­zy­den­ci okła­mu­ją­cy na­ród i ła­mią­cy pra­wo, za­miesz­ki, zbrod­nie i ubó­stwo. Tym­cza­sem my ży­li­śmy tu w po­ko­ju i har­mo­nii, rok po roku, bez pie­nię­dzy, bez sek­su­al­nych prze­są­dów i kon­for­mi­zmu. Uwa­ża­li­śmy, że wszyst­ko, cze­go czło­wiek po­trze­bu­je, to mi­łość, a oni na­zwa­li nas na­iw­ny­mi. Ale to my mie­li­śmy ra­cję, a oni się my­li­li. Wie­my, że zna­leź­li­śmy na­szą dro­gę ży­cia. Do­wie­dli­śmy tego.

Za­wsze bar­dzo pre­cy­zyj­nie wy­ra­ża­ła swo­je my­śli, co zdra­dza­ło sta­ran­ne wy­kształ­ce­nie. Jej oj­ciec po­cho­dził ze sta­rej i bo­ga­tej ro­dzi­ny, ale przez całe ży­cie le­czył miesz­kań­ców po­bli­skich slum­sów. Star odzie­dzi­czy­ła po nim ide­alizm.

– Zro­bię wszyst­ko, żeby ura­to­wać na­sze domy i na­szą dro­gę ży­cia – cią­gnę­ła. – Umrę za to, żeby na­sze dzie­ci mo­gły tu po­zo­stać.

Mó­wi­ła te­raz ci­szej, ale z głę­bo­kim prze­ko­na­niem.

– Na­wet za­bi­ła­bym za to – do­da­ła. – Ro­zu­miesz mnie, Priest? Zro­bi­ła­bym wszyst­ko.

***

– Słu­chasz mnie? – za­py­tał Ma­rio. – Chcesz je­chać do mia­sta czy nie?

– Ja­sne – od­parł Priest. Ja­sne, ty tchórz­li­wy dra­niu, ty par­szy­wy tchó­rzu, ty śmie­ciu. Chcę je­chać.

Ma­rio od­wró­cił się. Priest spoj­rzał na klucz fran­cu­ski, któ­ry upu­ścił kil­ka mi­nut wcze­śniej.

I na­gle w jego umy­śle zro­dził się nowy plan.

Za­nim Ma­rio prze­szedł trzy kro­ki w kie­run­ku sa­mo­cho­du, Priest schy­lił się i pod­niósł klucz. Na­rzę­dzie mia­ło ja­kieś osiem­na­ście cali dłu­go­ści i wa­ży­ło pra­wie pięć fun­tów. Naj­cięż­sza była głów­ka, z ma­syw­ny­mi na­staw­ny­mi szczę­ka­mi do chwy­ta­nia po­tęż­nych sze­ścio­kąt­nych śrub.

Priest spoj­rzał wo­kół i na pu­stą dro­gę za Ma­riem. Ni­ko­go.

Żad­nych świad­ków.

Ru­szył na­przód w chwi­li, gdy tam­ten się­gnął ręką do drzwi fur­go­net­ki.

W na­głym roz­bły­sku przy­po­mnie­nia uj­rzał nie­po­ko­ją­cy ob­raz: ślicz­ną mło­dą Mek­sy­kan­kę w żół­tej su­kien­ce, z dziec­kiem na ręku i dru­gim sto­ją­cym obok. Na mo­ment za­wa­hał się, gdy uświa­do­mił so­bie nie­szczę­ście, ja­kie na nich spro­wa­dzi.

Ale za­raz po­tem zo­ba­czył jesz­cze gor­szy wi­dok: je­zio­ro czar­nej wody, po­wo­li za­le­wa­ją­ce win­ni­cę, męż­czyzn, ko­bie­ty i dzie­ci.

Pod­biegł do Ma­ria, trzy­ma­jąc klucz w pod­nie­sio­nej ręce.

Ma­rio wła­śnie otwie­rał drzwi pick-upa. Pew­nie za­uwa­żył coś ką­tem oka, bo kie­dy Priest już go do­pa­dał, wrza­snął prze­raź­li­wie i sze­ro­ko otwo­rzył drzwi, czę­ścio­wo się nimi za­sła­nia­jąc. Priest rąb­nął w nie tak, że po­le­cia­ły na Mek­sy­ka­ni­na. Były sze­ro­kie i cięż­kie, więc od­rzu­ci­ły go na bok. Ma­rio stra­cił rów­no­wa­gę i upadł na ko­la­na, twa­rzą do bur­ty fur­go­net­ki. Cza­pecz­ka ba­se­bal­lo­wa z em­ble­ma­tem Ho­uston Astros wy­lą­do­wa­ła na zie­mi. Priest za­to­czył się w tył i cięż­ko usiadł na ka­mie­ni­stej zie­mi, wy­pusz­cza­jąc klucz, któ­ry upadł na pół­ga­lo­no­wą pla­sti­ko­wą bu­tel­kę po coli, od­bił się i wy­lą­do­wał pół me­tra da­lej.

– Ty stuk­nię­ty… – wy­sa­pał Ma­rio.

Klę­czał na jed­nym ko­la­nie i wy­cią­gnął rękę, żeby się cze­goś chwy­cić. Zła­pał za kra­wędź cięż­kich drzwi. Kie­dy wsta­wał, Priest – wciąż sie­dząc na zie­mi – pod­kur­czył nogę i z ca­łej siły kop­nął w drzwi. Przy­trza­snę­ły rękę Mek­sy­ka­ni­na i od­sko­czy­ły. Ma­rio krzyk­nął z bólu i z po­wro­tem osu­nął się na klęcz­ki.

Priest ze­rwał się z zie­mi.

Klucz lśnił sre­brzy­ście w po­ran­nym słoń­cu. Się­gnął szyb­ko po nie­go i spoj­rzał na Ma­ria, czu­jąc gniew i nie­na­wiść do tego czło­wie­ka, któ­ry po­krzy­żo­wał mu pla­ny i za­gro­ził jego spo­so­bo­wi ży­cia. Do­sko­czył do Mek­sy­ka­ni­na i pod­niósł klucz. Ma­rio ob­ró­cił gło­wę. Na jego mło­dej twa­rzy ma­lo­wa­ło się zdu­mie­nie. Otwo­rzył usta i za­nim Priest zdą­żył ude­rzyć, wy­chry­piał py­ta­ją­co:

– Ric­ky…?

Cięż­ki ko­niec klu­cza z obrzy­dli­wym chrzę­stem tra­fił go w gło­wę. Wło­sy Ma­ria były gę­ste i lśnią­ce, ale nie sta­no­wi­ły żad­nej osło­ny. Klucz prze­bił skó­rę, roz­trza­skał czasz­kę i wbił się w mięk­ki mózg.

Jed­nak ten cios nie za­bił ofia­ry.

Priest prze­stra­szył się.

Ma­rio pa­trzył na nie­go sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Jego twarz za­sty­gła w gry­ma­sie za­sko­cze­nia i nie­do­wie­rza­nia. Wy­da­wa­ło się, że pró­bu­je jesz­cze coś po­wie­dzieć. Pod­niósł rękę, jak­by chciał zwró­cić na sie­bie uwa­gę.

Priest cof­nął się prze­ra­żo­ny.

– Nie! – jęk­nął.

– Czło­wie­ku… – wy­mam­ro­tał Ma­rio.

Priest wpadł w pa­ni­kę. Po­now­nie uniósł klucz nad gło­wę.

– Giń, pier­dol­cu! – wrza­snął i jesz­cze raz ude­rzył Mek­sy­ka­ni­na.

Tym ra­zem klucz wbił się głę­biej. Wy­cią­ga­nie go przy­po­mi­na­ło wy­do­by­wa­nie ło­pa­ty z mułu. Priest po­czuł mdło­ści, gdy zo­ba­czył sza­rą tkan­kę po­kry­wa­ją­cą na­staw­ne szczę­ki klu­cza. Żo­łą­dek pod­szedł mu do gar­dła i za­krę­ci­ło mu się w gło­wie. Prze­łknął śli­nę.

Ma­rio opadł bez­wład­nie i oparł się o tyl­ne koło. Sze­ro­ko roz­rzu­cił ra­mio­na i otwo­rzył usta, ale wciąż jesz­cze żył. Ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły. Krew try­ska­ła z roz­bi­tej gło­wy Mek­sy­ka­ni­na, spły­wa­jąc mu po twa­rzy i na koł­nie­rzyk ko­szu­li. Wy­raz jego oczu prze­ra­ził Prie­sta.

– Umrzyj – po­pro­sił go Priest. – Na li­tość bo­ską, pro­szę, umrzyj.

Nic się jed­nak nie sta­ło. Ma­rio nie umarł.

Priest cof­nął się. Mek­sy­ka­nin zda­wał się bła­gać wzro­kiem o do­bi­cie, ale Priest nie mógł ude­rzyć jesz­cze raz. Nie była to świa­do­ma de­cy­zja; po pro­stu nie po­tra­fił pod­nieść klu­cza. Na­gle Ma­rio po­ru­szył się. Sze­ro­ko otwo­rzył usta, za­dy­go­tał, a z jego gar­dła wy­do­był się zdu­szo­ny krzyk bólu.

Prie­sta ogar­nę­ło sza­leń­stwo. Wrza­snął, pod­biegł do Ma­ria i za­czął ude­rzać raz po raz, w to samo miej­sce, le­d­wie wi­dząc swo­ją ofia­rę przez czer­wo­ną mgieł­kę, któ­ra za­snu­ła mu oczy.

Krzyk urwał się i skur­cze usta­ły. Priest cof­nął się, wy­pusz­cza­jąc z ręki klucz. Cia­ło Ma­ria po­wo­li opa­dło na bok, aż roz­trza­ska­na gło­wa ude­rzy­ła o zie­mię. Priest osu­nął się na ko­la­na i za­mknął oczy.

– Boże Wszech­mo­gą­cy, wy­bacz mi – wy­szep­tał. Klę­czał tak przez dłuż­szą chwi­lę, drżąc na ca­łym cie­le. Bał się, że je­śli otwo­rzy oczy, zo­ba­czy ula­tu­ją­cą du­szę Ma­ria. Aby uspo­ko­ić my­śli, za­czął po­wta­rzać man­trę: „Ley, tor, pur-doy-kor.”. Te sło­wa nie mia­ły żad­ne­go sen­su, dla­te­go ich po­wta­rza­nie da­wa­ło uspo­ka­ja­ją­cy efekt. Po­dob­ny rytm mia­ła dzie­cię­ca wy­li­czan­ka, któ­rą pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa:

Raz, dwa, trzy,

Baba Jaga pa­trzy.

Pał­ka-za­pał­ka, dwa kije, kto się nie scho­wa, ten kry­je!

Kie­dy me­dy­to­wał, czę­sto za­miast man­try po­wta­rzał so­bie w my­ślach ten wier­szyk. Miał po­dob­ne dzia­ła­nie.

Czu­jąc po­wra­ca­ją­cy wraz ze zna­jo­my­mi sy­la­ba­mi spo­kój, my­ślał, jak po­wie­trze wcho­dzi mu przez nos, wę­dru­je do jamy ust­nej, prze­cho­dzi przez gar­dło, tcha­wi­cę i oskrze­la, by w koń­cu do­trzeć do pę­che­rzy­ków płuc­nych, skąd za­cznie po­wrot­ną po­dróż: płu­ca, tcha­wi­ca, gar­dło, usta, nos i na ze­wnątrz. Kie­dy skon­cen­tro­wał się na tej wę­drów­ce po­wie­trza, nie my­ślał o ni­czym in­nym – nie miał żad­nych wi­zji, kosz­ma­rów, wspo­mnień.

Po kil­ku mi­nu­tach wstał, z chło­dem w ser­cu i ze zde­ter­mi­no­wa­nym wy­ra­zem twa­rzy. Ode­pchnął od sie­bie wszel­kie emo­cje: nie czuł żalu ani li­to­ści. Mor­der­stwo to prze­szłość, a Ma­rio był śmie­ciem, któ­re­go na­le­ża­ło się po­zbyć.

Pod­niósł swój kow­boj­ski ka­pe­lusz, otrze­pał go z ku­rzu i wło­żył na gło­wę. Za sie­dze­niem kie­row­cy zna­lazł ze­staw na­rzę­dzi. Wziął śru­bo­kręt i od­krę­cił nim ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne, przed­nią i tyl­ną. Prze­szedł kil­ka kro­ków i we­pchnął je w ster­tę pło­ną­cych śmie­ci. Po­tem wło­żył śru­bo­kręt z po­wro­tem do skrzyn­ki na­rzę­dzio­wej.

Po­chy­lił się nad zwło­ka­mi. Pra­wą ręką zła­pał za pa­sek dżin­sów Ma­ria, lewą za fla­ne­lo­wą ko­szu­lę i dźwi­gnął cia­ło z zie­mi. Chrząk­nął, na­pi­na­jąc mię­śnie ple­ców – Ma­rio nie był lek­ki.

Drzwi pick-upa sta­ły sze­ro­ko otwar­te. Priest roz­ko­ły­sał zwło­ki, chwy­ta­jąc rytm, a po­tem jed­nym po­tęż­nym za­ma­chem wrzu­cił je do szo­fer­ki. Upa­dło na sie­dze­nie tak, że ob­ca­sy bu­tów ster­cza­ły z otwar­tych drzwi, a gło­wa zwi­sa­ła na pod­nó­żek fo­te­la pa­sa­że­ra. Z roz­bi­tej czasz­ki wciąż cie­kła krew.

Priest ci­snął klucz w ślad za cia­łem.

Mu­siał spu­ścić ben­zy­nę z baku pick-upa. Po­trze­bo­wał do tego dłu­gie­go ka­wał­ka cien­kiej rur­ki. Pod­niósł ma­skę wozu, od­na­lazł zbior­nik pły­nu do my­cia szyb i ze­rwał pla­sti­ko­wy prze­wód spry­ski­wa­cza. Pod­niósł za­uwa­żo­ną wcze­śniej pół­ga­lo­no­wą bu­tel­kę po coli, ob­szedł fur­go­net­kę i od­krę­cił ko­rek wle­wu pa­li­wa. Wsu­nął rur­kę do baku, po­ssał ją, aż po­czuł smak ben­zy­ny, a po­tem wło­żył jej ko­niec do bu­tel­ki po coli. Po­wo­li na­peł­ni­ła się ben­zy­ną.

Pa­li­wo roz­le­wa­ło się po zie­mi, gdy pod­szedł do drzwi pick-upa i wy­lał za­war­tość bu­tel­ki na zwło­ki Ma­ria.

Usły­szał nad­jeż­dża­ją­cy sa­mo­chód.

Po­pa­trzył na ob­la­ne­go ben­zy­ną tru­pa w szo­fer­ce fur­go­net­ki. Je­śli go te­raz przy­ła­pią, w ża­den spo­sób nie wy­wi­nie się od od­po­wie­dzial­no­ści za ten czyn.

Od­zy­ska­ny z ta­kim tru­dem spo­kój zno­wu go opu­ścił. Priest za­czął dy­go­tać, wy­pu­ścił z ręki pla­sti­ko­wą bu­tel­kę i sku­lił się na zie­mi jak prze­stra­szo­ne dziec­ko. Drżąc, pa­trzył na dro­gę pro­wa­dzą­cą do szo­sy. Czyż­by ja­kiś ran­ny pta­szek przy­je­chał po­zbyć się ze­psu­tej zmy­war­ki, pla­sti­ko­we­go dom­ku dla la­lek, któ­rym prze­sta­ły ba­wić się cór­ki, albo sta­ro­mod­nych gar­ni­tu­rów po dziad­ku? War­kot sil­ni­ka na­ra­stał. Priest za­mknął oczy.

– Ley, tor, pur-doy-kor.

Sa­mo­chód mi­nął zjazd i po­je­chał da­lej. Prie­sto­wi zro­bi­ło się głu­pio. Wstał i pró­bo­wał się uspo­ko­ić.

– Ley, tor, pur-doy-kor.

Ale strach do­dał mu ener­gii. Po­now­nie na­peł­nił bu­tel­kę po coli i szyb­ko ob­lał ben­zy­ną pla­sti­ko­we fo­te­le oraz całe wnę­trze szo­fer­ki. Część pły­nu wy­lał cien­ką struż­ką na zie­mię, two­rząc szlak bie­gną­cy z ka­bi­ny do baku, a resz­tą opry­skał bok po­jaz­du obok otwo­ru wle­wu pa­li­wa. Wrzu­cił bu­tel­kę do ka­bi­ny i cof­nął się o krok.

Za­uwa­żył na zie­mi czap­kę z em­ble­ma­tem Ho­uston Astros. Pod­niósł ją i wrzu­cił do szo­fer­ki.

Wy­jął z kie­sze­ni dżin­sów pu­deł­ko za­pa­łek, za­pa­lił jed­ną, a od niej wszyst­kie po­zo­sta­łe; po­tem rzu­cił pło­ną­ce pu­deł­ko do ka­bi­ny auta i po­spiesz­nie wy­co­fał się na bez­piecz­ną od­le­głość.

Buch­nę­ły pło­mie­nie i czar­ne kłę­by dymu – w mgnie­niu oka szo­fer­ka za­mie­ni­ła się w roz­pa­lo­ny piec. Po chwi­li pło­mie­nie prze­śli­zgnę­ły się po zie­mi do rur­ki, z któ­rej wciąż pły­nę­ła ben­zy­na z baku. Zbior­nik eks­plo­do­wał z hu­kiem, aż cały po­jazd pod­sko­czył. Opo­ny tyl­nych kół za­ję­ły się ogniem i pło­mie­nie za­czę­ły li­zać za­chla­pa­ne ole­jem pod­wo­zie. W po­wie­trzu roz­szedł się obrzy­dli­wy smród pa­lo­ne­go mię­sa. Priest gwał­tow­nie prze­łknął śli­nę i cof­nął się kil­ka kro­ków da­lej.

Po chwi­li pło­mie­nie tro­chę przy­ga­sły. Opo­ny, fo­te­le i cia­ło Ma­ria pa­li­ły się po­wo­li.

Priest za­cze­kał jesz­cze kil­ka mi­nut, ob­ser­wu­jąc pło­mie­nie, a po­tem ostroż­nie pod­szedł bli­żej, płyt­ko od­dy­cha­jąc usta­mi, żeby nie wcią­gać przy­kre­go za­pa­chu no­sem. Zaj­rzał do ka­bi­ny. Zwło­ki i fo­tel sto­pi­ły się w jed­ną czar­ną masę po­pio­łu i ze­sma­żo­ne­go pla­sti­ku. Kie­dy ogień zga­śnie, sa­mo­chód sta­nie się jesz­cze jed­nym ka­wał­kiem zło­mu, spa­lo­nym przez ja­kieś dzie­cia­ki.

Wie­dział, że nie po­zbył się wszyst­kich śla­dów Ma­ria. Po­bież­ne oglę­dzi­ny ni­cze­go nie ujaw­nią, ale je­śli gli­ny zba­da­ją pick-upa, z pew­no­ścią znaj­dą klam­rę pasa, plom­by z zę­bów i zwę­glo­ne ko­ści. Pew­ne­go dnia Ma­rio może po­wró­cić, cho­ciaż Priest zro­bił wszyst­ko, co mógł, żeby za­trzeć śla­dy zbrod­ni.

Te­raz mu­siał ukraść wi­bra­tor sej­smicz­ny.

Od­wró­cił się ple­ca­mi do pło­ną­ce­go sa­mo­cho­du i od­szedł.

***

W ko­mu­nie Si­lver Ri­ver Val­ley była mała grup­ka zwa­na Zja­da­cza­mi Ryżu. Zo­sta­ło ich sied­mio­ro – nie­do­bit­ki tych, któ­rzy pod­czas okrop­nej zimy na prze­ło­mie 1972 i 1973 roku zo­sta­li od­cię­ci przez śnie­ży­cę i przez trzy ty­go­dnie nie je­dli ni­cze­go poza brą­zo­wym ry­żem go­to­wa­nym w wo­dzie ze sto­pio­ne­go śnie­gu. Tego dnia, kie­dy przy­szedł list, Zja­da­cze Ryżu sie­dzie­li w kuch­ni do póź­nej nocy, pi­jąc wino i pa­ląc ma­ri­hu­anę.

Song, któ­ra w 1972 roku skoń­czy­ła pięt­na­ście lat i ucie­kła z domu, gra­ła blu­esa na gi­ta­rze aku­stycz­nej. Nie­któ­rzy człon­ko­wie gru­py wy­ra­bia­li w zi­mie gi­ta­ry. Za­trzy­my­wa­li te, któ­re naj­bar­dziej im się po­do­ba­ły, a inne Paul Be­ale za­bie­rał do skle­pu w San Fran­ci­sco, gdzie sprze­da­wa­no je za spo­re pie­nią­dze. Star śpie­wa­ła chra­pli­wym, zmy­sło­wym kontr­al­tem, im­pro­wi­zu­jąc:

– Nie po­ja­dę tym po­cią­giem do­ni­kąd…

Mia­ła naj­sek­sow­niej­szy głos na świe­cie, za­wsze taki mia­ła.

Me­la­nie sie­dzia­ła z nimi, cho­ciaż nie na­le­ża­ła do Zja­da­czy Ryżu, po­nie­waż Priest po­zwo­lił jej zo­stać, a inni nie kwe­stio­no­wa­li jego de­cy­zji. Ci­cho pła­ka­ła, wiel­kie łzy cie­kły jej po po­licz­kach. Po­wta­rza­ła raz po raz:

– Do­pie­ro co was zna­la­złam.

– Nie zre­zy­gnu­je­my – obie­cał jej Priest. – Musi być ja­kiś spo­sób, żeby ten cho­ler­ny gu­ber­na­tor sta­nu Ka­li­for­nia zmie­nił zda­nie.

Oak­tree – cie­śla, mu­sku­lar­ny czar­no­skó­ry męż­czy­zna w tym sa­mym wie­ku co Priest – po­wie­dział po­wo­li:

– Wie­cie co, wca­le nie jest tak trud­no zro­bić bom­bę ato­mo­wą.

Słu­żył w pie­cho­cie mor­skiej, ale zde­zer­te­ro­wał, kie­dy pod­czas ćwi­czeń za­bił ofi­ce­ra, i od tej pory był z nimi.

– Po­tra­fił­bym ją zro­bić w je­den dzień, gdy­bym miał tro­chę plu­to­nu. Mo­gli­by­śmy za­szan­ta­żo­wać gu­ber­na­to­ra… je­śli nie speł­nią na­szych żą­dań, za­gro­zi­my wy­sa­dze­niem Sa­cra­men­to.

– Nie! – za­pro­te­sto­wa­ła Aneth. Kar­mi­ła dziec­ko. Chłop­czyk miał już trzy lata i Priest był zda­nia, że czas od­sta­wić go od pier­si, ale Aneth uwa­ża­ła, że na­le­ży po­zwo­lić mu ssać, jak dłu­go ze­chce. – Nie moż­na oca­lić świa­ta bom­ba­mi.

Star prze­sta­ła śpie­wać.

– My już nie pró­bu­je­my oca­lić świa­ta – po­wie­dzia­ła.

– Zre­zy­gno­wa­łam z tego w sześć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku, kie­dy pra­sa ob­ró­ci­ła cały ruch hi­pi­sow­ski w żart. Wszyst­ko, cze­go te­raz chcę, to ura­to­wać na­sze ży­cie tu­taj, żeby dzie­ci mo­gły ro­snąć w po­ko­ju i mi­ło­ści.

Priest, któ­ry już roz­wa­żył i od­rzu­cił po­mysł skon­stru­owa­nia bom­by ato­mo­wej, oświad­czył:

– Bar­dzo trud­no zdo­być plu­ton.

Aneth od­su­nę­ła chłop­czy­ka od pier­si i klep­nę­ła go w ple­cy.

– Za­po­mnij­cie o tym – po­wie­dzia­ła. – Nie chcę mieć nic wspól­ne­go z tym świń­stwem. To śmierć!

Star znów za­czę­ła śpie­wać.

– Po­ciąg, po­ciąg, po­ciąg do­ni­kąd…

Oak­tree na­le­gał jed­nak.

– Mógł­bym za­trud­nić się w elek­trow­ni ją­dro­wej i zna­leźć ja­kiś spo­sób, żeby obejść ich sys­tem za­bez­pie­czeń.

– Za­żą­da­li­by two­je­go ży­cio­ry­su – za­uwa­żył Priest.

– I jak wy­ja­śnił­byś, co ro­bi­łeś przez ostat­nie dwa­dzie­ścia pięć lat? Zaj­mo­wa­łeś się fi­zy­ką nu­kle­ar­ną w Ber­ke­ley?

– Po­wie­dział­bym, że miesz­ka­łem z ban­dą dzi­wo­lą­gów, któ­rzy te­raz chcą wy­sa­dzić Sa­cra­men­to, więc przy­sze­dłem wziąć dla nich tro­chę tego ra­dio­ak­tyw­ne­go świń­stwa, czło­wie­ku.

Wszy­scy ryk­nę­li śmie­chem. Oak­tree siadł na krze­śle i za­czął śpie­wać ra­zem ze Star:

– Nie, nie, nie wsią­dę do tego po­cią­gu do­ni­kąd…

Priest zmarsz­czył brwi, wi­dząc ich do­bre hu­mo­ry. Jemu nie było do śmie­chu, jego ser­ce prze­peł­niał gniew. Wie­dział jed­nak, że pod­czas ta­kich swo­bod­nych dys­ku­sji cza­sem ro­dzą się na­tchnio­ne po­my­sły, więc nie upo­mi­nał roz­ba­wio­nych to­wa­rzy­szy. Aneth po­ca­ło­wa­ła syn­ka w czu­bek gło­wy i po­wie­dzia­ła:

– Mo­gli­by­śmy ko­goś po­rwać.

– Kogo? – spy­tał Priest. – Gu­ber­na­tor ma pew­nie sze­ściu ochro­nia­rzy.

– A może jego pra­wą rękę, tego ca­łe­go Al­ber­ta Ho­ney­mo­ona?

Roz­legł się po­mruk apro­ba­ty: wszy­scy nie­na­wi­dzi­li se­kre­ta­rza gu­ber­na­to­ra.

– Albo pre­ze­sa Co­astal Elec­tric…

Priest po­ki­wał gło­wą. To mo­gło się udać.

Znał się na tym. Mi­nę­ło spo­ro cza­su, od kie­dy żył na uli­cy, ale pa­mię­tał za­sa­dy: pla­nuj sta­ran­nie, za­cho­waj spo­kój, prze­strasz prze­ciw­ni­ka, żeby nie zdo­łał ze­brać my­śli, dzia­łaj szyb­ko i zjeż­dżaj ile sił w no­gach. Jed­nak coś go nie­po­ko­iło.

– To jest zbyt… no wie­cie, zbyt skrom­ne. Po­rwie­my kil­ka gru­bych ryb. I co z tego? Je­śli chce­cie prze­ra­zić lu­dzi nie moż­na się cza­ić, trze­ba to zro­bić tak, żeby po­sra­li się ze stra­chu, tak…

Po­wstrzy­mał się i nie po­wie­dział nic wię­cej. Kie­dy gość jest na ko­la­nach, pła­cze, mo­czy się i bła­ga, że­byś mu już nie ro­bił krzyw­dy, do­pie­ro wte­dy mó­wisz mu, cze­go chcesz – a on jest ci tak wdzięcz­ny, że po pro­stu ko­cha cię za to, że po­wie­dzia­łeś mu, co ma zro­bić, żeby go już nie bo­la­ło. Ale nie mówi się ta­kich rze­czy ko­muś ta­kie­mu jak Aneth.

W tym mo­men­cie do roz­mo­wy znów włą­czy­ła się Me­la­nie.

Sie­dzia­ła na pod­ło­dze, opar­ta ple­ca­mi o krze­sło Prie­sta. Aneth po­da­ła jej skrę­ta, któ­ry krą­żył wko­ło. Me­la­nie otar­ła łzy, za­cią­gnę­ła się moc­no i prze­ka­za­ła skrę­ta Prie­sto­wi, a po­tem wy­dmuch­nę­ła dym i po­wie­dzia­ła:

– Wie­cie, w Ka­li­for­nii jest dzie­sięć czy pięt­na­ście miejsc, gdzie na sko­ru­pę ziem­ską dzia­ła tak ogrom­ne ci­śnie­nie, że wy­star­czy­ło­by lek­kie szturch­nię­cie, żeby pły­ty tek­to­nicz­ne się roz­su­nę­ły, a wte­dy bum! Coś jak ol­brzym, któ­ry po­śli­zgnął się na ka­my­ku. To tyl­ko mały ka­myk, ale ol­brzym jest taki wiel­ki, że od jego upad­ku trzę­sie się zie­mia.

Oak­tree prze­stał na chwi­lę śpie­wać.

– Me­la­nie, dzie­ci­no, o czym ty mó­wisz?

– O trzę­sie­niu zie­mi.

Oak­tree ro­ze­śmiał się.

– Jedź, jedź tym po­cią­giem do­ni­kąd… – za­nu­cił.

Priest nie śmiał się jed­nak. Miał prze­czu­cie, że to może być waż­ne. Za­py­tał z na­ci­skiem:

– Co masz na my­śli, Me­la­nie?

– Za­po­mnij­cie o po­rwa­niach i bom­bach ato­mo­wych – mruk­nę­ła. – Dla­cze­go nie za­gro­zić gu­ber­na­to­ro­wi trzę­sie­niem zie­mi?

– Nikt nie zdo­ła wy­wo­łać trzę­sie­nia zie­mi – od­parł Priest. – Wy­ma­ga­ło­by to ogrom­nej ilo­ści ener­gii.

– I tu się my­lisz. Wy­star­czy­ło­by bar­dzo nie­wie­le ener­gii, gdy­by zo­sta­ła uży­ta w od­po­wied­nim miej­scu.

– Skąd o tym wiesz? – za­py­tał Oak­tree.

– Ze stu­diów. Ukoń­czy­łam sej­smo­lo­gię. Te­raz po­win­nam wy­kła­dać na uni­wer­sy­te­cie. Ale wy­szłam za pro­fe­so­ra i to był ko­niec mo­jej ka­rie­ry. Nie dali mi otwo­rzyć dok­to­ra­tu.

Mó­wi­ła to z roz­go­ry­cze­niem. Priest roz­ma­wiał z nią o tym i wie­dział, że no­si­ła w ser­cu głę­bo­ką ura­zę. Jej mąż na­le­żał do ko­mi­sji uni­wer­sy­tec­kiej, któ­ra od­rzu­ci­ła jej wnio­sek. Nie mógł uczest­ni­czyć w po­sie­dze­niu, na któ­rym oma­wia­no jej kan­dy­da­tu­rę, co Prie­sto­wi wy­da­wa­ło się oczy­wi­ste, jed­nak Me­la­nie uwa­ża­ła, że mąż po­wi­nien ja­koś wpły­nąć na po­myśl­ny wy­nik gło­so­wa­nia. Priest do­my­ślał się, że nie była do­sta­tecz­nie do­bra, aby zro­bić dok­to­rat – ale dziew­czy­na nig­dy by w to nie uwie­rzy­ła, po­wie­dział więc, że ko­mi­sja po­zaz­dro­ści­ła jej uro­dy i in­te­lek­tu, dla­te­go po­sta­no­wi­ła ją od­rzu­cić. A ona po­ko­cha­ła go za to, że po­zwo­lił jej w to wie­rzyć.

Me­la­nie mó­wi­ła da­lej:

– Mój mąż – już nie­ba­wem były mąż – stwo­rzył na­pię­cio­wą teo­rię trzę­sień zie­mi. W pew­nych punk­tach wzdłuż li­nii usko­ku przez całe dzie­się­cio­le­cia ci­śnie­nie na­ra­sta do bar­dzo wy­so­kie­go po­zio­mu. Po­tem na­wet sto­sun­ko­wo sła­be wstrzą­sy sko­ru­py ziem­skiej mogą spo­wo­do­wać prze­miesz­cze­nie płyt i uwol­nie­nie na­gro­ma­dzo­nej ener­gii, a w efek­cie trzę­sie­nie zie­mi.

Priest słu­chał jak urze­czo­ny. Pod­chwy­cił spoj­rze­nie Star. Po­nu­ro kiw­nę­ła gło­wą. Za­wsze wie­rzy­ła w nie­prze­wi­dzia­ne. Była głę­bo­ko prze­ko­na­na, że naj­dziw­niej­sza teo­ria może oka­zać się praw­dzi­wa, nie­kon­wen­cjo­nal­ny spo­sób ży­cia naj­szczę­śliw­szy, a naj­bar­dziej zwa­rio­wa­ny plan po­wie­dzie się tam, gdzie za­wio­dą wszel­kie roz­sąd­ne roz­wią­za­nia.

Priest przy­glą­dał się twa­rzy Me­la­nie. Bia­ła skó­ra, zdu­mie­wa­ją­co zie­lo­ne oczy i rude wło­sy nada­wa­ły jej wy­gląd isto­ty z in­nej pla­ne­ty. Kie­dy ją pierw­szy raz zo­ba­czył, po­wie­dział urze­czo­ny: „Przy­le­cia­łaś z Mar­sa?”.

Czy ona wie, co mówi? Była lek­ko odu­rzo­na, ale cza­sem naj­lep­sze po­my­sły przy­cho­dzą lu­dziom na haju.

– Je­śli to ta­kie ła­twe, dla­cze­go jesz­cze nikt tego nie spró­bo­wał? – za­py­tał.

– Och, wca­le nie twier­dzę, że to by­ło­by ła­twe. Trze­ba być sej­smo­lo­giem, żeby wie­dzieć, w któ­rym do­kład­nie miej­scu usko­ku tek­to­nicz­ne­go pa­nu­je ci­śnie­nie kry­tycz­ne.

Priest go­rącz­ko­wo roz­wa­żał jej sło­wa. Kie­dy ma się praw­dzi­we kło­po­ty, cza­sem naj­le­piej zro­bić coś tak dziw­ne­go, tak kom­plet­nie nie­ocze­ki­wa­ne­go, żeby wro­ga spa­ra­li­żo­wa­ło za­sko­cze­nie.

– A jak wy­wo­łać wi­bra­cje sko­ru­py ziem­skiej?

– To by­ło­by naj­trud­niej­sze…

Jedź, jedź, jedź….

Po­ja­dę tym po­cią­giem do­ni­kąd…

***

Wra­ca­jąc pie­szo do mia­stecz­ka, Priest ob­se­syj­nie my­ślał o po­peł­nio­nym mor­der­stwie: o tym, jak klucz wbił się w mózg Ma­ria, o wy­ra­zie twa­rzy ofia­ry, o krwi ciek­ną­cej z roz­trza­ska­nej gło­wy.

Nie­do­brze. Musi za­cho­wać spo­kój i zim­ną krew. Nadal nie miał wi­bra­to­ra sej­smicz­ne­go, któ­ry mógł ura­to­wać jego wspól­no­tę. Za­bi­cie Ma­ria było ła­twe, po­wie­dział so­bie. Te­raz musi ja­koś omo­tać Len­ny’ego. Tyl­ko jak?

Dźwięk nad­jeż­dża­ją­ce­go sa­mo­cho­du gwał­tow­nie przy­wo­łał go do rze­czy­wi­sto­ści. Po­jazd nad­jeż­dżał z tyłu i zmie­rzał w kie­run­ku mia­sta. W tych stro­nach nikt nie cho­dził pie­cho­tą. Więk­szość lu­dzi po­my­śli, że ze­psuł mu się sa­mo­chód. Ktoś może się za­trzy­mać i ze­chce go pod­wieźć. Go­rącz­ko­wo usi­ło­wał wy­my­ślić ja­kiś po­wód swo­jej pie­szej wę­drów­ki do mia­sta o szó­stej trzy­dzie­ści w so­bot­ni ra­nek, ale nic nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy.

Usi­ło­wał we­zwać na po­moc bo­gów, któ­rzy pod­su­nę­li mu myśl, żeby za­bić Ma­ria – lecz bo­go­wie mil­cze­li. W pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu mil nie było żad­ne­go miej­sca, z któ­re­go mógł­by wra­cać, oprócz tego je­dy­ne­go, o któ­rym nie mógł wspo­mnieć – wy­sy­pi­ska, gdzie na sie­dze­niu spa­lo­ne­go pick-upa le­ża­ły pro­chy Ma­ria.

Pod­jeż­dża­jąc, wóz za­czął zwal­niać. Priest z tru­dem oparł się po­ku­sie na­cią­gnię­cia ka­pe­lu­sza na oczy.

Co tu ro­bi­łeś?

…Po­sze­dłem na pu­sty­nię po­ob­ser­wo­wać na­tu­rę.

Taak, by­li­ce i grze­chot­ni­ki.

…Ze­psuł mi się sa­mo­chód.

Gdzie? Żad­ne­go nie wi­dzia­łem.

…Mu­sia­łem się od­lać.

Tak da­le­ko?

Mimo chłod­ne­go po­ran­ne­go po­wie­trza za­czął się po­cić.

Sa­mo­chód mi­nął go po­wo­li. Był to ostat­ni mo­del do­dge’a z me­ta­licz­ną zie­lo­ną ka­ro­se­rią i ta­bli­cą re­je­stra­cyj­ną z Tek­sa­su. W środ­ku sie­dzia­ła tyl­ko jed­na oso­ba – męż­czy­zna. Priest zo­ba­czył, że kie­row­ca przy­glą­da mu się w lu­ster­ku. Czyż­by gli­niarz po służ­bie…?

Wpadł w pa­ni­kę i z tru­dem po­wstrzy­mał chęć, by od­wró­cić się i rzu­cić do uciecz­ki. Sa­mo­chód za­trzy­mał się i cof­nął. Kie­row­ca opu­ścił szy­bę. Był to mło­dy Azja­ta w gar­ni­tu­rze.

– Hej, ko­leś, pod­wieźć cię?

I co mu po­wie­dzieć: „Nie, dzię­ki, uwiel­biam spa­ce­ry ”?

– Je­stem tro­chę za­ku­rzo­ny – wy­mam­ro­tał, spoj­rzaw­szy na swo­je dżin­sy. Usia­dłem na tył­ku, pró­bu­jąc za­bić czło­wie­ka.

– A kto w tych stro­nach nie jest?

Priest wsiadł do sa­mo­cho­du. Trzę­sły mu się ręce. Za­piął pas – tyl­ko po to, żeby za­jąć się czymś i ukryć nie­po­kój. Kie­dy wóz ru­szał, kie­row­ca za­py­tał:

– Co pan robi na tej szo­sie, do li­cha?

Wła­śnie za­mor­do­wa­łem klu­czem fran­cu­skim mo­je­go kum­pla Ma­ria.

W ostat­niej chwi­li uda­ło mu się wy­my­ślić wia­ry­god­ną ba­jecz­kę.

– Po­kłó­ci­łem się z żoną – po­wie­dział.

– Przy­sta­ną­łem, wy­sia­dłem i od­sze­dłem kil­ka kro­ków. Nie spo­dzie­wa­łem się, że ona po­je­dzie da­lej.

Po­dzię­ko­wał bo­gom, któ­rzy pod­su­nę­li mu ten po­mysł. Ręce prze­sta­ły mu drżeć.

– Czy to może była przy­stoj­na ciem­no­wło­sa ko­bie­ta w nie­bie­skiej hon­dzie, któ­ra mi­nę­ła mnie pięt­na­ście czy dwa­dzie­ścia mil stąd?

Jezu Chry­ste, co to za fa­cet, czło­wiek en­cy­klo­pe­dia?

Azja­ta uśmiech­nął się i do­dał wy­ja­śnia­ją­co:

– Kie­dy się je­dzie przez tę pu­sty­nię, każ­dy sa­mo­chód wy­da­je się in­te­re­su­ją­cy.

– Nie, to nie ona – od­parł Priest. – Moja żona je­dzie pick-upem.

– Nie wi­dzia­łem żad­ne­go.

– To do­brze. Może nie od­je­cha­ła da­le­ko.

– Pew­nie za­par­ko­wa­ła na zjeź­dzie do ja­kiejś far­my i wy­pła­ku­je so­bie oczy, ża­łu­jąc, że pana zo­sta­wi­ła.

Priest uśmiech­nął się z ulgą. Fa­cet ku­pił jego hi­sto­ryj­kę. Do­jeż­dża­li do Shi­loh.

– A pan? – za­py­tał Priest. – Cze­mu wstał pan tak wcze­śnie w so­bo­tę rano?

– Wra­cam wła­śnie do domu. Miesz­kam w La­re­do. Sprze­da­ję ce­ra­mi­kę: ozdob­ne ta­le­rze, fi­gur­ki, wy­wiesz­ki z na­pi­sem „po­kój dzie­cin­ny”. Bar­dzo ład­ne rze­czy.

Jak moż­na tak mar­no­wać swo­je ży­cie.

– Gdzie to pan sprze­da­je?

– Głów­nie w dro­ge­riach.

– Ta w Shi­loh bę­dzie jesz­cze za­mknię­ta.

– I tak dziś nie pra­cu­ję. Może jed­nak za­trzy­mam się tu na śnia­da­nie. Po­le­ci mi pan ja­kiś lo­kal?

Priest wo­lał­by, żeby ko­mi­wo­ja­żer prze­je­chał przez mia­sto nie za­trzy­mu­jąc się i nie ma­jąc oka­zji na­po­mknąć ni­ko­mu o bro­da­tym fa­ce­cie, któ­re­go spo­tkał w po­bli­żu wy­sy­pi­ska. Ale prze­jeż­dża­jąc głów­ną uli­cą, na pew­no zo­ba­czy szyld „Lazy Su­san”, więc nie było sen­su kła­mać.

– Jest tu taka knaj­pa…

– Ja­kie żar­cie?

– Dają do­bry gu­lasz. Za­raz za skrzy­żo­wa­niem. Tam wy­sią­dę.

Chwi­lę póź­niej sa­mo­chód wje­chał na nie­wiel­ki par­king przed re­stau­ra­cją. Priest po­dzię­ko­wał ko­mi­wo­ja­że­ro­wi i wy­siadł.

– Smacz­ne­go! – za­wo­łał od­cho­dząc. Inie wda­waj się w roz­mo­wy z miej­sco­wy­mi, do li­cha.

Prze­czni­cę da­lej znaj­do­wa­ło się miej­sco­we biu­ro Rit­kin Se­ismex, nie­wiel­kiej fir­my sej­smo­lo­gicz­nej, dla któ­rej pra­co­wał. Biu­ro mie­ści­ło się w dłu­giej przy­cze­pie sto­ją­cej na par­kin­gu. Sej­smicz­ny wi­bra­tor Ma­ria był za­par­ko­wa­ny obok wi­śnio­we­go pon­tia­ca Len­ny’ego.

Priest przy­sta­nął i przez chwi­lę pa­trzył na cię­ża­rów­kę. Dzie­się­cio­ko­ło­wa, z wiel­ki­mi opo­na­mi, przy­po­mi­na­ła di­no­zau­ra. Pod war­stwą tek­sań­skie­go ku­rzu była ja­sno­nie­bie­ska. Priest miał ocho­tę wsko­czyć za kie­row­ni­cę i na­tych­miast od­je­chać. Spoj­rzał na skom­pli­ko­wa­ną ma­szy­ne­rię z tyłu, na po­tęż­ny sil­nik, ma­syw­ną sta­lo­wą pły­tę, zbior­ni­ki, węże, rury i za­wo­ry. Mógł­bym ją uru­cho­mić w mi­nu­tę, bez klu­czy­ków. Ale gdy­by ukradł ją te­raz, po kil­ku mi­nu­tach szu­ka­ła­by go cała po­li­cja dro­go­wa w Tek­sa­sie. Musi być cier­pli­wy. Spra­wię, że za­trzę­sie się zie­mia, i nikt mnie nie po­wstrzy­ma.

Ru­szył do przy­cze­py. W biu­rze był ruch. Obaj kie­row­ni­cy ze­spo­łu dzba­nia­rzy sta­li przy kom­pu­te­rze, przy ko­lo­ro­wej ma­pie te­re­nu wy­plu­wa­nej przez plo­ter. Dziś po­zbie­ra­ją swój sprzęt i za­czną prze­wo­zić go do Clo­vis. Ja­kiś geo­de­ta wy­kłó­cał się z kimś po hisz­pań­sku przez te­le­fon, a se­kre­tar­ka Len­ny’ego, Dia­na, spraw­dza­ła li­stę płac.

Priest wszedł przez otwar­te drzwi do ga­bi­ne­tu sze­fa. Len­ny pił kawę, trzy­ma­jąc przy uchu słu­chaw­kę. Oczy miał prze­krwio­ne, a twarz obrzę­kłą po wie­czor­nym pi­jań­stwie. Po­wi­tał wcho­dzą­ce­go le­d­wie do­strze­gal­nym ski­nie­niem gło­wy.

Priest sta­nął przy drzwiach cze­ka­jąc, aż Len­ny skoń­czy roz­ma­wiać. Ser­ce po­de­szło mu do gar­dła. Wie­dział, co po­wi­nien po­wie­dzieć, ale czy tam­ten chwy­ci przy­nę­tę? Od tego wszyst­ko za­le­ża­ło. Mi­nu­tę póź­niej Len­ny odło­żył słu­chaw­kę i za­py­tał gniew­nym to­nem:

– Hej, Ric­ky, wi­dzia­łeś dzi­siaj Ma­ria? Po­wi­nien wy­je­chać pół go­dzi­ny temu.

– Tak, wi­dzia­łem – od­parł Priest. – Przy­kro mi tak wcze­śnie rano przy­no­sić złe wie­ści, ale wy­sta­wił cię…

– O czym ty mó­wisz?

Priest opo­wie­dział mu na­pręd­ce wy­my­ślo­ną hi­sto­ryj­kę, któ­ra przy­szła mu do gło­wy, za­nim pod­niósł klucz i rzu­cił się na Ma­ria.

– Tak bar­dzo stę­sk­nił się za żoną i dzie­cia­ka­mi, że wsiadł do swo­je­go sta­re­go pick-upa i wy­je­chał z mia­sta.

– O kur­wa, to pięk­nie. Skąd wiesz?

– Mi­nął mnie ja­kąś go­dzi­nę temu na uli­cy. Po­je­chał do El Paso.

– Do dia­bła, cze­mu do mnie nie za­dzwo­nił?

– Pew­nie się wsty­dził, że cię wy­sta­wia do wia­tru.

– No, mam na­dzie­ję, że prze­je­dzie przez gra­ni­cę i nie za­trzy­ma się, aż wje­dzie do oce­anu – wark­nął Len­ny i po­tarł knyk­cia­mi oczy.

– Ma mło­dą żonę, nie bądź dla nie­go zbyt su­ro­wy.

– Su­ro­wy…? Mó­wisz po­waż­nie? On już prze­szedł do hi­sto­rii.

– Ma­rio na­praw­dę po­trze­bu­je tej pra­cy.

– A ja ko­goś, kto za­pro­wa­dzi ten cho­ler­ny po­jazd aż do No­we­go Mek­sy­ku.

– Musi za­ro­bić, żeby ku­pić so­bie dom z ba­se­nem – im­pro­wi­zo­wał Priest.

– Prze­stań, Ric­ky, bo się roz­pła­czę – mruk­nął sar­ka­stycz­nie Len­ny.

– Może zrób­my tak… – Priest prze­łknął śli­nę i sta­rał się mó­wić obo­jęt­nym to­nem: – Od­pro­wa­dzę tę prze­klę­tą cię­ża­rów­kę do Clo­vis, je­że­li obie­casz, że nie zwol­nisz Ma­ria.

Wstrzy­mał od­dech. Len­ny spo­glą­dał na nie­go nie od­zy­wa­jąc się.

– No wiesz, on nie jest złym fa­ce­tem – cią­gnął Priest. Nie ga­daj tyle, nie oka­zuj zde­ner­wo­wa­nia, spró­buj się roz­luź­nić!

– Masz za­wo­do­we pra­wo jaz­dy kla­sy B? – za­py­tał Len­ny.

– Od kie­dy ukoń­czy­łem dwa­dzie­ścia je­den lat.

Priest wy­jął port­fel, wy­cią­gnął pra­wo jaz­dy i rzu­cił je na biur­ko. Było sfał­szo­wa­ne. Star też mia­ła ta­kie i też fał­szy­we. Paul Be­ale wie­dział, gdzie zdo­być tego ro­dza­ju rze­czy. Len­ny obej­rzał do­ku­ment, a po­tem pod­niósł gło­wę i za­py­tał po­dejrz­li­wie:

– Cze­go ty wła­ści­wie chcesz? My­śla­łem, że nie za­mie­rzasz je­chać do No­we­go Mek­sy­ku.

Nie pieprz głu­pot, Len­ny, po­wiedz tak lub nie!

– Przy­da­ło­by mi się jesz­cze pięć­set do­lców.

– Sam nie wiem…

Za­bi­łem czło­wie­ka, żeby do­stać tę cię­ża­rów­kę, ty skur­wy­sy­nu!

– A zro­bił­byś to za dwie­ście?

Tak! Tak! Dzię­ku­ję! Udał, że się waha.

– Dwie­ście to tro­chę mało za trzy dni pra­cy – Dwa dni, może dwa i pół. Dam ci dwie­ście pięć­dzie­siąt.

Zgo­da! Tyl­ko daj mi klu­czy­ki!

– Słu­chaj, zro­bił­bym to i tak, bo Ma­rio to faj­ny gość i chcę mu po­móc. Więc za­płać mi tyle, ile two­im zda­niem war­ta jest ta ro­bo­ta.

– W po­rząd­ku, chy­tru­sie, trzy­sta.

– Umo­wa stoi. A ja mam wi­bra­tor.

– Dzię­ki za po­moc – po­wie­dział Len­ny. – Na­praw­dę je­stem ci wdzięcz­ny.

Priest usi­ło­wał ukryć trium­fal­ny błysk w oku.

– No pew­nie.

Len­ny otwo­rzył szu­fla­dę, wy­jął kart­kę pa­pie­ru i rzu­cił ją na biur­ko.

– Wy­peł­nij ten for­mu­larz ubez­pie­cze­nia.

Priest za­marł.

Nie umiał czy­tać ani pi­sać.

Z prze­ra­że­niem spoj­rzał na for­mu­larz.

– No już, weź go, to nie grze­chot­nik! – mruk­nął nie­cier­pli­wie Len­ny.

Prze­pra­szam, ale te kre­ski i za­krę­ta­sy na pa­pie­rze tań­czą mi w oczach i nie chcą znie­ru­cho­mieć!

Len­ny spoj­rzał na ścia­nę i po­wie­dział do nie ist­nie­ją­cej wi­dow­ni:

– Jesz­cze mi­nu­tę temu przy­siągł­bym, że fa­cet jest zu­peł­nie przy­tom­ny.

Ley, tor, pur-doy-kor.

Priest po­wo­li wy­cią­gnął rękę i wziął for­mu­larz.

– Masz ja­kiś pro­blem? – za­py­tał Len­ny.

– Nie, tyl­ko po­my­śla­łem o Ma­riu. Nie wy­wa­lisz go?

– Za­po­mnij o nim. Wy­peł­nij ten for­mu­larz i ru­szaj. Chcę mieć ten wóz w Clo­vis.

– Do­brze – od­parł Priest i wstał. – Zro­bię to na ze­wnątrz.

– Ja­sne, daj mi się za­jąć sie­dem­dzie­się­cio­ma sied­mio­ma in­ny­mi pro­ble­ma­mi.

Priest wy­szedł z ga­bi­ne­tu Len­ny’ego do biu­ra.

Prze­cho­dzi­łeś przez to już ze sto razy, więc uspo­kój się. Wiesz, co masz ro­bić.

Przy­sta­nął przed drzwia­mi Len­ny’ego. Nikt nie zwra­cał na nie­go uwa­gi – wszy­scy byli za­ję­ci. Po­pa­trzył na for­mu­larz. Duże li­te­ry ster­czą jak drze­wa wśród krza­ków. Je­śli wy­sta­ją do dołu, trzy­masz pa­pier do góry no­ga­mi.

Trzy­mał go od­wrot­nie. Prze­krę­cił for­mu­larz.

Cza­sem duże „x” wy­dru­ko­wa­ne gru­bą czcion­ką albo wpi­sa­ne ołów­kiem czy czer­wo­nym atra­men­tem wska­zy­wa­ło, gdzie wsta­wić na­zwi­sko – jed­nak ten for­mu­larz nie miał ta­kie­go uła­twie­nia. Priest umiał na­pi­sać swo­je na­zwi­sko – pra­wie. Trwa­ło to ja­kiś czas i wie­dział, że strasz­nie gry­zmo­li, ale ja­koś so­bie z tym ra­dził.

Jed­nak nie po­tra­fił na­pi­sać nic wię­cej.

Kie­dy był chłop­cem, dzię­ki spry­to­wi nie mu­siał umieć czy­tać ani pi­sać. Umiał do­da­wać w my­ślach szyb­ciej od in­nych, cho­ciaż nie po­tra­fił prze­czy­tać cyfr na pa­pie­rze. Miał nie­za­wod­ną pa­mięć. Za­wsze po­tra­fił skło­nić in­nych, żeby ro­bi­li to, co chciał, i nie mu­siał ni­cze­go za­pi­sy­wać. W szko­le znaj­do­wał roz­ma­ite spo­so­by, by uni­kać czy­ta­nia na głos. Pra­ce pi­sem­ne pi­sa­li za nie­go inni ucznio­wie, a je­śli nie, miał przy­go­to­wa­ne ty­sią­ce wy­mó­wek, więc na­uczy­cie­le w koń­cu wzru­sza­li ra­mio­na­mi i mó­wi­li, że je­śli ktoś nie chce pra­co­wać, to oni go do tego nie zmu­szą. Miał opi­nię le­nia, a kie­dy wy­czu­wał, że nad­cho­dzi kry­zys, szedł na wa­ga­ry.

Póź­niej uda­ło mu się za­ło­żyć kwit­ną­cy in­te­res – hur­tow­nię al­ko­ho­li. Nig­dy ni­cze­go nie za­pi­sy­wał, wszyst­ko za­ła­twiał te­le­fo­nicz­nie lub oso­bi­ście. Kie­dy jesz­cze nie było go stać na se­kre­tar­kę, miał w pa­mię­ci tu­zi­ny nu­me­rów te­le­fo­nów. Wie­dział do­kład­nie, ile pie­nię­dzy ma w to­wa­rze, a ile w ban­ku. Je­śli sprze­daw­ca pod­su­wał mu for­mu­larz za­mó­wie­nia, mó­wił: „Po­wiem panu, cze­go po­trze­bu­ję, a pan niech wy­peł­ni for­mu­larz”. Za­trud­niał księ­go­we­go i praw­ni­ka i w wie­ku dwu­dzie­stu je­den lat za­ro­bił kil­ka mi­lio­nów do­la­rów. Stra­cił wszyst­ko, za­nim ra­zem ze Star do­łą­czył do ko­mu­ny – nie dla­te­go jed­nak, że był anal­fa­be­tą, ale po­nie­waż okra­dał klien­tów, nie pła­cił po­dat­ków i po­ży­czał pie­nią­dze od ma­fii.

Wy­peł­nie­nie for­mu­la­rza ubez­pie­cze­nio­we­go to ła­twi­zna.

Usiadł przy biur­ku se­kre­tar­ki Len­ny’ego, Dia­ny, i uśmiech­nął się do niej.

– Wy­glą­dasz dziś na zmę­czo­ną, ko­cha­nie – za­uwa­żył.

Wes­tchnę­ła. Była pulch­ną blon­dyn­ką po trzy­dzie­st­ce, mia­ła męża ro­bot­ni­ka i trój­kę dzie­ci. Świet­nie so­bie ra­dzi­ła z ob­ce­so­wy­mi za­czep­ka­mi przy­cho­dzą­cych do biu­ra męż­czyzn, ale Priest wie­dział, że nie jest obo­jęt­na na kom­ple­men­ty.

– Ric­ky, mam dziś tyle ro­bo­ty, że przy­da­ły­by mi się dwa mó­zgi.

Zro­bił zgnę­bio­ną minę.

– To fa­tal­nie… bo wła­śnie chcia­łem cię pro­sić, że­byś mi w czymś po­mo­gła.

Po­pa­trzy­ła na nie­go ża­ło­śnie i uśmiech­nę­ła się bla­do.

– W czym? – za­py­ta­ła.

– Ja tak okrop­nie gry­zmo­lę, że chcia­łem cię pro­sić, że­byś wy­peł­ni­ła za mnie ten for­mu­larz. Ale nie chcę cię nie­po­ko­ić, sko­ro je­steś tak bar­dzo za­ję­ta.

– No cóż, za­wrzyj­my umo­wę. – Wska­za­ła na stos sto­ją­cych pod ścia­ną sta­ran­nie opi­sa­nych kar­to­no­wych pu­deł. – Po­mo­gę ci z tym for­mu­la­rzem, je­śli za­nie­siesz te do­ku­men­ty do zie­lo­ne­go che­vro­le­ta, któ­ry stoi na ze­wnątrz.

– Umo­wa stoi – od­parł z wdzięcz­no­ścią Priest i wrę­czył jej kart­kę.

Zer­k­nę­ła na for­mu­larz.

– Po­pro­wa­dzisz wi­bra­tor sej­smicz­ny?

– Tak. Ma­rio za­tę­sk­nił za do­mem i po­je­chał do El Paso.

Zmarsz­czy­ła brwi.

– To do nie­go nie­po­dob­ne.

– Z pew­no­ścią. Mam na­dzie­ję, że Len­ny go nie wy­wa­li z ro­bo­ty.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i chwy­ci­ła pió­ro.

– No cóż, naj­pierw na­zwi­sko i imię oraz miej­sce uro­dze­nia.

Priest po­dał jej swo­je dane, a ona wy­peł­ni­ła pu­ste ru­bry­ki. To ta­kie ła­twe. Cze­mu pa­ni­ko­wał? Po pro­stu nie spo­dzie­wał się ni­cze­go ta­kie­go. Len­ny za­sko­czył go i Priest na chwi­lę zgłu­piał ze stra­chu.