Niech stanie się światłość - Ken Follett - ebook + audiobook

Niech stanie się światłość ebook i audiobook

Ken Follett

4,6

31 osób interesuje się tą książką

Opis

Jest rok 997 naszej ery, koniec wieków barbarzyństwa. Anglia na zachodzie mierzy się z atakami Walijczyków, a na wschodzie – wikingów. Lokalni przywódcy naginają królewskie zarządzenia do swoich celów, sprzeciwiając się władzy i nie dbając o los prostych ludzi. Ponieważ w kraju nie ma ściśle wytyczonego prawa, króluje chaos.

W tych burzliwych czasach splatają się losy trójki bohaterów. Życie młodego szkutnika zmienia się w chwili, gdy jego dom zostaje zniszczony przez wikingów, a jego rodzina musi uciekać do miejsca, w którym traktowani są jak intruzi… Pewna kobieta wychodzi za mąż z miłości i płynie z Normandii do Anglii, kraju swojego małżonka. Szybko jednak przekonuje się, że wśród zupełnie innych obyczajów i ludzi stale zaangażowanych w walkę o wpływy musi uważać na każdy swój krok… Mnich marzy o przekształceniu opactwa w centrum nauki, które będzie podziwiane w całej Europie.

Każde z nich wejdzie w niebezpieczny konflikt z przebiegłym i bezwzględnym biskupem, który złamie każde przykazanie, aby zwiększyć swoją władzę i bogactwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1065

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 30 godz. 55 min

Lektor: Krzysztof Gosztyła

Popularność




PREQUEL NAJGŁOŚNIEJSZEJ KSIĄŻKI KENA FOLLETTA, FILARÓW ZIEMI, SPRZEDANEJ W PONAD 27 MILIONACH EGZEMPLARZY.

Opowieść o nieokiełznanej żądzy władzy, walce o prawa, które służą nie tylko rządzącym, o miłości i nienawiści, i desperackim dążeniu do zachowania godności, nawet tam, gdzie nie ma na nią miejsca.

Tak to się zaczęło… W Kingsbridge, które jeszcze się tak nie nazywało – 100 lat przed tym, jak Tom Budowniczy zaczął stawiać katedrę.

Koniec pierwszego tysiąclecia naszej ery. Anglia, nękana od wschodu przez wikingów i od zachodu przez Walijczyków, pogrąża się w chaosie. Ale trzy pochodzące z różnych środowisk osoby rozpaczliwie próbują dojrzeć na horyzoncie światło i sprawić, by świat wydobył się z mroków barbarzyństwa.

Edgar, młody szkutnik, który w napadzie wikingów stracił dom i ukochaną, rozpoczyna życie w nowym miejscu i wykorzystuje swoje zdolności, by uciec od poniżenia i nędzy. Lady Ragna opuszcza rodzinną Normandię, aby poślubić ukochanego mężczyznę, lecz kiedy dociera do Anglii, musi walczyć we wrogim środowisku o swoją pozycję i przetrwanie. Brat Aldred, ambitny mnich, marzy o stworzeniu biblioteki, za sprawą której jego klasztor stałby się największym centrum nauki w całym chrześcijańskim świecie.

Wszyscy troje – z różnych powodów – będą musieli zmierzyć się z przebiegłym biskupem, który złamie każde przykazanie, by zdobyć nieograniczoną władzę i bogactwo.

KEN FOLLETT

Brytyjski pisarz urodzony w 1949 roku w Walii. Autor thrillerów i powieści historycznych. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1978 roku Igła. Kolejne tytuły, m.in. Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Zamieć, Upadek gigantów, Zima świata orazKrawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów.

Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, autor za swoje najważniejsze dzieło nadal uważa sagę Filary Ziemi – owoc jego zainteresowania średniowieczem.

Na podstawie dzieł Folletta nakręcono wiele filmów oraz seriali, m.in. Igłę, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów i Filary Ziemi. W Polsce powstały dwie superprodukcje audio: Filary Ziemi – z udziałem m.in. Krzysztofa Gosztyły, Katarzyny Herman, Michała Żurawskiego i Piotra Cyrwusa – oraz Upadek gigantów, w którym bohaterom głosów użyczyli m.in. Łukasz Simlat, Agnieszka Więdłocha, Antoni Pawlicki czy Eliza Rycembel.

Nakłady książek Kena Folletta przekroczyły 100 milionów egzemplarzy.

ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIER

NIEBEZPIECZNA FORTUNA

CZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary Ziemi

FILARY ZIEMI

ŚWIAT BEZ KOŃCA

SŁUP OGNIA

NIECH STANIE SIĘ ŚWIATŁOŚĆ

Stulecie

UPADEK GIGANTÓW

ZIMA ŚWIATA

KRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne

IGŁA

KRYPTONIM „KAWKI”

LOT ĆMY

KLUCZ DO REBEKI

NOC NAD OCEANEM

Thrillery

MŁOT EDENU

ZABÓJCZA PAMIĘĆ

TRÓJKA

ZAMIEĆ

SKANDAL Z MODIGLIANIM

TRZECI BLIŹNIAK

LWY PANSZIRU

PAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:

THE EVENING AND THE MORNING

Copyright © Ken Follett 2020

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2020

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2020

Redakcja: Marzena Wasilewska

Zdjęcia na okładce: Carlos Casado/Shutterstock (dziób łodzi), Asmus Koefoed/Shutterstock (ornament), Pexels (niebo). Na tylnej okładce wykorzystano inicjał z Book of Kells

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka

ISBN 978-83-8215-227-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Ku pamięci E.F.

Po upadku Cesarstwa Rzymskiego Brytania uczyniła krok wstecz. Podczas gdy rzymskie wille popadały w ruinę, ludzie budowali drewniane jednoizbowe chaty bez kominów. Rzymskie garncarstwo – jakże ważne dla przechowywania pożywienia – popadło w zapomnienie. Coraz mniej ludzi potrafiło czytać i pisać.

Okres ten nazywany jest czasem wiekami ciemnymi, a postęp, który nastąpił w ciągu kolejnych pięciuset lat, był boleśnie powolny.

Aż w końcu nadeszły zmiany…

CZĘŚĆ IŚlubRok 997

ROZDZIAŁ 1Czwartek, 17 czerwca 997

Edgar przekonał się, że niełatwo jest czuwać przez całą noc, nawet jeśli jest to najważniejsza noc w życiu.

Rozłożył opończę na wysypanej sitowiem podłodze i położył się na niej, odziany w sięgającą do kolan brązową wełnianą tunikę, którą nosił przez całe lato, zarówno w dzień, jak i w nocy. Zimą otulał się opończą i kładł przy ogniu. Teraz jednak było ciepło – do nocy świętojańskiej został tylko tydzień.

Zawsze wiedział, jaki jest dzień, podczas gdy większość ludzi musiała pytać księży, którzy prowadzili kalendarze. Erman, starszy brat Edgara, zapytał go pewnego dnia: „Skąd wiesz, kiedy jest Wielkanoc?”, a on odparł: „Wypada w pierwszą niedzielę po pierwszej pełni księżyca po dwudziestym pierwszym dniu marca. To oczywiste”. Popełnił błąd, dodając, że „to oczywiste”, albowiem Erman uznał to za złośliwość i uderzył go pięścią w brzuch. To było jednak lata temu, kiedy Edgar był mały. Teraz dorósł. Trzy dni po wigilii świętego Jana skończy osiemnaście wiosen. Dawno już przestał zbierać cięgi od braci.

Potrząsnął głową. Te rozmyślania sprawiały, że zaczął zapadać w sen. Spróbował ułożyć się tak, by było mu niewygodnie, i złożył głowę na pięści, żeby nie zasnąć.

Zastanawiał się, ile jeszcze będzie musiał czekać.

Odwrócił głowę i omiótł wzrokiem izbę. Jego chata wyglądała jak niemal wszystkie chaty w Combe: ściany z dębowych desek, kryty strzechą dach i klepisko częściowo przykryte trzciną porastającą brzegi pobliskiej rzeki. Nie było tu okien. Pośrodku jedynej izby mieściło się otoczone kamieniami palenisko. Nad ogniem stał żelazny trójnóg, na którym wieszano garnki. Jego nogi rzucały na powałę cienie przypominające odnóża pająka. W ścianach tkwiły drewniane kołki do wieszania ubrań, garnców i narzędzi szkutniczych.

Edgar nie wiedział, ile czasu minęło, mógł bowiem przysnąć, i to kilkakrotnie. Wcześniej nasłuchiwał odgłosów miasta gotującego się do snu: pijaków śpiewających nieprzyzwoitą przyśpiewkę, małżeńskiej kłótni w domu obok, trzasku drzwi, ujadania psa i gdzieś niedaleko kobiecego szlochu. Teraz jednak nie słyszał niczego poza kołysanką fal na osłoniętej plaży. Patrzył w stronę drzwi, wypatrując przeświecających zza nich smug światła zwiastujących brzask, lecz zobaczył tylko ciemność. To znaczyło, że albo księżyc zaszedł i noc ma się ku końcowi, albo niebo zasnute jest chmurami.

Reszta jego rodziny leżała pod ścianami, gdzie dym nie był taki gęsty. Ojciec i matka spali odwróceni do siebie plecami. Czasami budzili się w środku nocy, obejmowali się, szeptali i poruszali rytmicznie, aż w końcu zdyszani opadali na posłanie. Teraz jednak spali. Ojciec chrapał. Liczący dwadzieścia wiosen Erman, najstarszy brat Edgara, leżał obok niego, a średni z trzech braci, Eadbald, kulił się w kącie. Edgar słyszał ich równe, miarowe oddechy.

W końcu odezwał się dzwon kościelny.

W drugim końcu miasta znajdował się klasztor. Mnisi potrafili odmierzać godziny nocy: robili wysokie świece z nacięciami, które w miarę wypalania informowały o upływie czasu. Godzinę przed świtem mnisi uderzali w dzwon i wstawali, by wyśpiewywać na jutrzni swoje pieśni.

Edgar jeszcze przez chwilę leżał bez ruchu. Wiedział, że dźwięk dzwonu może obudzić matkę, która ma lekki sen. Dał jej czas, by zasnęła z powrotem, i w końcu dźwignął się z klepiska.

Po cichu sięgnął po opończę, buty i pas z przytroczonym do niego sztyletem. Uważając, by nie wpaść na któryś z mebli – stół, dwa zydle i ławę – boso podszedł do drzwi. Otworzyły się bezgłośnie, bo wczoraj porządnie nasmarował zawiasy owczym łojem.

Gdyby ktoś z rodziny obudził się teraz i zapytał, dokąd idzie, odparłby, że musi się wysikać, licząc, że nie zauważą butów w jego dłoni.

Eadbald mruknął i Edgar zamarł. Czyżby brat się obudził, czy może tylko mruczał przez sen? Nie potrafił powiedzieć. Ale Eadbald był powolny i nieskory do awantur, podobnie jak ojciec. Nie narobi mu kłopotu.

Edgar wyszedł na zewnątrz i ostrożnie zamknął za sobą drzwi.

Księżyc zaszedł, lecz niebo było czyste i miriady gwiazd rozświetlały plażę. Między chatą i palikiem wskazującym poziom wody znajdował się warsztat szkutniczy. Ojciec budował łodzie, a jego trzej synowie pracowali razem z nim. Był dobrym rzemieślnikiem, nie miał jednak głowy do interesów, więc pieniędzmi zarządzała matka, zwłaszcza gdy chodziło o wyliczanie pokaźnych sum za coś tak skomplikowanego jak statek czy łódź. Jeśli klient próbował utargować niższą cenę, ojciec był gotów przystać na jego propozycję, ale żona mu nie pozwalała.

Sznurując buty i zapinając pas, Edgar zerkał na warsztat i czekającą na ukończenie niewielką łódź do pływania w górę rzeki. Nieopodal leżała ogromna sterta cennego drewna. Rozłupane na połówki i ćwiartki pnie czekały, aż powstaną z nich części łodzi. Mniej więcej raz w miesiącu cała rodzina udawała się do lasu i wspólnymi siłami ścinała rosły dąb. Pierwsi przystępowali do pracy ojciec i Edgar – na przemian wymachiwali toporami na długich styliskach i starannie podcinali pień. Kiedy odpoczywali zmęczeni, za topory chwytali Erman i Eadbald. Po obcięciu gałęzi spławiano pień w dół rzeki do Combe. Rzecz jasna musieli za niego płacić; las należał do tana Wigelma, któremu większość mieszkańców Combe płaciła za dzierżawę i który za każde drzewo żądał trzech srebrnych pensów.

Oprócz stosu drewna w warsztacie były także beczka smoły, zwój liny i kamień szlifierski. Wszystkiego strzegł uwiązany na łańcuchu mastyf Grendel – czarne psisko z szarym pyskiem, zbyt stare, by zrobić krzywdę złodziejom, lecz wciąż potrafiące narobić hałasu. Grendel był teraz cicho i leżąc z głową na łapach, popatrywał na Edgara obojętnym wzrokiem. Chłopak przyklęknął i pogłaskał go po łbie.

– Żegnaj, staruszku – wymruczał, na co pies, nie podnosząc się z ziemi, pomachał radośnie ogonem.

W warsztacie była łódź rybacka, którą Edgar traktował jak swoją. Zbudował ją sam według projektu opartego na łodziach wikingów. Po prawdzie nigdy nie widział żadnego wikinga – ci jeszcze nigdy nie złupili Combe – lecz dwa lata temu wody wyrzuciły na brzeg wrak, pusty i poczerniały od ognia, z zatkniętą na dziobie smoczą głową rozrąbaną na pół – niechybnie podczas bitwy. Edgara zachwyciło piękno zniszczonej łodzi: pełne wdzięku łuki, długi wężowy dziób i smukły kadłub. Najbardziej jednak urzekł go biegnący na całej długości łodzi wystający długi kil, który – jak stwierdził po namyśle – przydawał jej stabilności i pozwalał wikingom przemierzać morza. Łódź Edgara była znacznie mniejsza, z dwoma wiosłami i małym, prostokątnym żaglem.

Wiedział, że ma talent. Już teraz był lepszym szkutnikiem od starszych braci, a niebawem prześcignie ojca. Instynktownie wyczuwał, jak łączyć ze sobą rozmaite elementy, by razem tworzyły solidną konstrukcję. Lata temu podsłuchał, jak ojciec mówił do matki: „Erman uczy się powoli, a Eadbald szybko, lecz Edgar sprawia wrażenie, jakby pojmował wszystko, nim zdążę cokolwiek powiedzieć”. Była to prawda. Niektórzy sięgali po instrument, na którym nigdy wcześniej nie grali – fujarkę albo lirę – i chwilę później dobywali z niego melodię. Edgar miał tak z łodziami i domami. „Ta łódź będzie się przechylała na sterburtę”, mówił, albo „Ten dach będzie przeciekał”. I zawsze miał rację.

Odcumował łódź i zepchnął ją w stronę wody. Dźwięk kadłuba szorującego po piasku był stłumiony chlupotem fal liżących brzeg.

Edgara zaskoczył dziewczęcy chichot. W świetle gwiazd zobaczył nagą kobietę leżącą na piasku i leżącego na niej mężczyznę. Pewnie ich znał, lecz nie mogąc dostrzec twarzy, pospiesznie odwrócił wzrok. Domyślał się, że przyłapał ich na potajemnej schadzce. Kobieta wydawała się młoda, a mężczyzna być może miał żonę. Księża potępiali takie postępowanie, ale ludzie nie zawsze ich słuchali. Edgar zignorował tych dwoje i zepchnął łódź do wody.

Miał szczęście, że znalazł pracę gdzieś indziej. Interesy ojca nie szły najlepiej, odkąd Edgar skończył dziewięć lat, a wikingowie ponowili ataki na południu Anglii. Handel i połowy były niebezpieczne, gdy w pobliżu czaili się grabieżcy. Tylko najdzielniejsi ludzie kupowali łodzie.

Na przystani cumowały dwa statki rybackie do połowu śledzi i frankijski kupiecki, a na brzeg wciągnięto kilka mniejszych łodzi do pływania po rzekach i wzdłuż nabrzeży. Sam pomagał zbudować jeden ze statków rybackich. Pamiętał jednak czasy, gdy na przystani zawsze cumowało kilkanaście łodzi, a czasem więcej.

Poczuł rześką bryzę z południowego zachodu, częstą w tej okolicy. Jego łódź miała żagiel – mały, ponieważ były one niezwykle kosztowne; na utkanie naturalnej wielkości żagla dla statku żeglującego po morzach jedna kobieta potrzebowała aż czterech lat – lecz go nie rozwinął. W czasie krótkiej podróży przez zatokę nie było to warte zachodu. Edgar zaczął wiosłować. Przychodziło mu to z łatwością, miał bowiem mięśnie niczym kowal, podobnie jak jego ojciec i bracia. Przez cały dzień sześć dni w tygodniu pracowali siekierami, toporkami i świdrami, nadając kształt dębowym deskom, z których powstawały kadłuby łodzi. Była to ciężka praca dla silnych mężczyzn.

Radował się, bo udało mu się zbiec i płynął na spotkanie z kobietą, którą kochał. W świetle gwiazd piasek na brzegu rzucał biały blask, a gdy wiosła wynurzały się na powierzchnię, piana wokół nich przywodziła na myśl włosy jego ukochanej, które opadały jej na ramiona. Miała na imię Sungifu, lecz wszyscy mówili na nią Sunni, i była wyjątkowa pod każdym względem.

Widział ciągnące się na nabrzeżu zabudowania, w większości kramy rybaków i handlarzy. Był tu także warsztat blacharza wyrabiającego nierdzewne części do łodzi, podwórze, gdzie skręcano liny, a także wielki piec smolarza, w którym wypalano sosnowe kłody, aby uzyskać lepką substancję służącą szkutnikom do uszczelniania łodzi. Z wody miasto zawsze wydawało się większe. Liczyło kilkuset mieszkańców, a byt większości z nich był w ten lub inny sposób związany z morzem.

Edgar spojrzał na drugi brzeg zatoki. W ciemności nie byłby w stanie zobaczyć Sunni, nawet gdyby tam stała. Wiedział jednak, że jej nie ma, bo mieli się spotkać dopiero o świcie. Mimo wszystko nie mógł oderwać wzroku od miejsca, w którym wkrótce zobaczy ukochaną.

Sunni miała dwadzieścia jeden wiosen i była starsza od Edgara o przeszło trzy lata. Zauważył ją, gdy pewnego dnia siedział na plaży i wpatrywał się we wrak wikińskiej łodzi. Oczywiście znał ją z widzenia – znał tutaj wszystkich mieszkańców – ale wcześniej nie zwracał na nią uwagi i nie przypominał sobie, by wiedział coś na temat jej rodziny.

– Morze wyrzuciło cię razem z wrakiem? – spytała. – Siedziałeś tak nieruchomo, że wzięłam cię za drewno, które fale wymyły na brzeg.

Domyślił się, że musi mieć bujną wyobraźnię, skoro wymyśliła coś takiego, i przeczuwając, że go zrozumie, odparł, że fascynuje go kształt wikińskiej łodzi. Po godzinie rozmowy był w niej zakochany bez pamięci.

Sunni powiedziała mu, że jest mężatką, ale było już za późno.

Jej mąż, Cyneric, liczył sobie trzydzieści wiosen i Sunni poślubiła go w wieku czternastu lat. Cyneric miał niewielkie stado mlecznych krów, których doglądała. Była bystra i zarobiła dla niego dużo pieniędzy. Dzieci nie mieli.

Edgar szybko odkrył, że Sunni nienawidzi męża. Co wieczór po nocnym dojeniu Cyneric chodził do karczmy Pod Żeglarzem i upijał się. Sunni mogła się wtedy wymykać z domu na spotkania z Edgarem.

Teraz jednak przestaną się ukrywać. Dziś uciekną razem… czy raczej odpłyną. Edgarowi zaproponowano pracę i dom w wiosce rybackiej pięćdziesiąt mil dalej wzdłuż wybrzeża. Miał szczęście, że spotkał szkutnika, który szukał rąk do pracy. Edgar nie miał pieniędzy – nigdy ich nie miał, bo matka twierdziła, że są mu niepotrzebne – lecz wziął swoje narzędzia; leżały w schowku na łodzi. Wkrótce on i Sunni rozpoczną nowe życie.

Kiedy wyda się, że zniknęli, Cyneric zacznie myśleć o ponownym ożenku. Jeśli żona uciekała z innym, małżeństwo stawało się nieważne. Kościołowi mogło się to nie podobać, ale taki był zwyczaj. Sunni mówiła, że w ciągu kilku tygodni Cyneric uda się na wieś i znajdzie przymierającą głodem rodzinę z ładną czternastoletnią córką. Edgar zastanawiał się, po co mu nowa żona, skoro według Sunni łóżkowe sprawy niewiele go interesowały.

– Musi mieć kogoś, kim będzie mógł pomiatać – mówiła. – A problem ze mną jest taki, że jestem wystarczająco dorosła, żeby nim pogardzać.

Cyneric nie będzie ich ścigał, nawet jeśli się dowie, gdzie się ukrywają, co prawdopodobnie nieprędko się wyda.

– A jeżeli się mylimy i nas odnajdzie, spiorę go na kwaśne jabłko – zagroził Edgar. Sunni miała taką minę, jakby uważała jego słowa za czcze przechwałki, i nie myliła się. – Ale pewnie nie dojdzie do tego – dodał więc pospiesznie.

Dopłynąwszy na drugą stronę zatoki, wciągnął łódź na brzeg i zawiązał linę cumowniczą wokół głazu. Słyszał śpiew mnichów i ich modlitwy. Klasztor znajdował się nieopodal, a kilkaset jardów dalej stała chata Cynerica i Sunni.

Edgar usiadł na piasku i wpatrzony w ciemne morze i niebo, rozmyślał o ukochanej. Czy wymknie się z domu równie łatwo jak on? A jeśli Cyneric się obudzi i ją zatrzyma? Może wywiązać się awantura. Nagle ogarnęła go przemożna chęć, żeby zmienić plan i pójść po Sunni.

Z trudem się powstrzymał. Wiedział, że dziewczyna lepiej poradzi sobie sama. Pijany Cyneric spał twardo, a ona poruszała się cicho jak kotka. Zamierzała położyć się do łóżka w jedynej ozdobie, jaką miała – misternie rzeźbionym srebrnym kółku zawieszonym na skórzanym rzemyku. W sakiewce u pasa miała igłę i nić, a także haftowaną płócienną obręcz na głowę, którą zakładała na wyjątkowe okazje. Podobnie jak Edgar, mogła wymknąć się z domu w ciągu kilku sekund.

Niebawem tu będzie, z oczami błyszczącymi z podniecenia i gibkim ciałem spragnionym jego dotyku. Padną sobie w objęcia i tuląc się do siebie, pocałują się namiętnie, a gdy już nacieszą się sobą, Sunni wejdzie do łodzi, którą on zepchnie do wody, i oboje popłyną ku wolności. Pomyślał, że gdy będą już daleko od brzegu, znowu ją pocałuje. Kiedy będą mogli się kochać? Sunni była równie niecierpliwa jak on. Może wrzuci do wody obwiązany liną kamień, którego używał jako kotwicy, i zlegną na dnie, pod ławką wioślarską. Będzie im trochę niewygodnie, ale jakie to miało znaczenie? Łódź zakołysze się na falach, a oni poczują na nagiej skórze ciepłe promienie wschodzącego słońca.

Choć może rozsądniej byłoby rozwinąć żagiel, oddalić się od miasta na bezpieczną odległość i dopiero wtedy zarzucić kamień kotwiczny. Chciał odpłynąć jak najdalej, nim słońce stanie wysoko na niebie. Wiedział, że nie będzie to łatwe, kiedy Sunni znajdzie się tak blisko, wpatrzona w niego i uśmiechnięta. Przede wszystkim jednak chciał, żeby oboje byli bezpieczni.

Postanowili, że gdy dotrą do nowego domu, powiedzą, że są małżeństwem. Jeszcze nigdy nie spędzili nocy we wspólnym łożu. Od dziś co wieczór będą razem jeść kolację i zasypiać, tuląc się, a rankiem uśmiechać się do siebie znacząco.

Zobaczył błysk światła na horyzoncie – znak, że niedługo zacznie świtać. Lada chwila Sunni powinna tu być.

Na myśl o swojej rodzinie poczuł smutek. Wyobrażał sobie życie bez braci, którzy nadal traktowali go jak głupiego młokosa i próbowali udawać, że są od niego mądrzejsi. Będzie jednak tęsknił za ojcem, przez całe życie powtarzającym mu rzeczy, których on nigdy nie zapomni, na przykład: „Bez względu na to, jak dobrze spasujesz klepki, łączenie jest zawsze najsłabszym punktem”. Na myśl, że porzuca matkę, łzy napłynęły mu do oczu. Była silną kobietą; w trudnych chwilach nie utyskiwała na swój los, lecz stawiała mu czoło. Trzy lata temu, kiedy ojciec zapadł na poty i omal nie umarł, to ona przejęła obowiązki. Mówiła chłopcom, co mają robić, ściągała długi i dbała o to, by klienci nie rezygnowali z zamówień. Potrafiła przewodzić, i to nie tylko rodzinie. Ojciec był jednym z dwunastu starszych Combe, ale to matka poprowadziła mieszkańców, gdy tan Wigelm próbował podnieść komorne.

Myśl o porzuceniu rodziny byłaby nie do zniesienia, gdyby nie to, że Edgara czekała przyszłość u boku Sunni.

W bladym świetle dostrzegł na wodzie coś dziwnego. Wzrok miał dobry, nawykły do wypatrywania statków, i z daleka potrafił odróżnić kadłub od wysokiej fali albo nisko wiszącej chmury, teraz jednak nie wiedział, na co patrzy. Wytężył słuch, lecz wychwycił jedynie chlupot fal omywających piaszczystą plażę.

Po chwili wydało mu się, że dostrzegł łeb potwora, i zdjął go strach. Na tle jaśniejącego nieba ujrzał coś przypominającego spiczaste uszy, wielkie szczęki i długą szyję.

W końcu dotarło do niego, że to, na co patrzy, jest gorsze od potwora. Była to łódź wikingów ze smoczą głową zatkniętą na wysokiej dziobnicy.

Kolejna łódź zamajaczyła w oddali, a po niej trzecia i czwarta. Żagle wydymały się na wzmagającym się południowo-wschodnim wietrze, gdy lekkie łodzie ślizgały się na falach. Edgar zerwał się na równe nogi.

Wikingowie byli złodziejami, gwałcicielami i mordercami. Atakowali wzdłuż wybrzeży i w górze rzek. Palili miasta i wioski, zabierali wszystko, co zdołali unieść, i wyrzynali wszystkich z wyjątkiem młodych mężczyzn i kobiet, których brali jako jeńców i sprzedawali w niewolę.

Edgar wahał się przez chwilę.

Widział teraz dziesięć łodzi, a to znaczyło, że płynie ku nim co najmniej pięć setek wikińskich wojowników.

Lecz czy to aby na pewno byli wikingowie? Inni szkutnicy wzorowali się na nich… sam tak robił. Potrafił jednak dostrzec różnicę: łodzie skandynawskich wojowników miały w sobie groźbę, której nie sposób było podrobić.

Zresztą któż inny mógłby płynąć w takiej liczbie bladym świtem? Nie, Edgar nie miał wątpliwości.

Do Combe nadciągało piekło.

Musiał ostrzec Sunni. Gdyby dotarł do niej na czas, wciąż jeszcze mogliby zbiec.

Ze wstydem uświadomił sobie, że to o niej pomyślał w pierwszej kolejności. Nie o rodzinie. Ich także musiał ostrzec. Mieszkali jednak na drugim końcu miasta. Najpierw odnajdzie Sunni.

Zawrócił i pobiegł wzdłuż plaży, wypatrując na ścieżce na wpół ukrytych przeszkód. Po chwili zatrzymał się i obejrzał na zatokę. Przeraziło go to, jak szybko płyną wikińskie statki. Widział zbliżające się płonące pochodnie, których blask odbijał się w wodzie. Inne łodzie wciągano na brzeg. Już tu byli!

Poruszali się bezszelestnie. Edgar pomyślał o modlących się mnichach, nieświadomych czekającego ich losu. Ich również powinien uprzedzić. Ale przecież nie mógł ostrzec wszystkich!

A może mógł… Patrząc na wieżę kościoła, rysującą się na tle jaśniejącego nieba, pomyślał, że istnieje sposób, by ostrzec Sunni, swoją rodzinę, mnichów i całe miasto.

Skręcił gwałtownie w stronę klasztoru. Z ciemności wyłonił się niski płotek i Edgar, nie zwalniając, przesadził go jednym susem. Lądując po drugiej stronie, zatoczył się, zaraz jednak odzyskał równowagę i popędził dalej.

Dotarł do drzwi kościoła i obejrzał się. Klasztor zbudowano na niewielkim wzniesieniu, z którego roztaczał się widok na całe miasto i zatokę. Setki wikingów biegły przez płycizny ku plaży i dalej w stronę zabudowań. Zobaczył, jak kryty wyschniętą strzechą dach zajmuje się ogniem. A zaraz potem następny i jeszcze jeden. Edgar znał wszystkie domy i ich mieszkańców, lecz w słabym świetle poranka nie był w stanie rozpoznać, czyje obejścia płoną; pomyślał ze zgrozą, że to może być ich dom.

Pchnięciem otworzył drzwi kościoła. Nawę oświetlało światło świec. Niektórzy mnisi przestali śpiewać, gdy zobaczyli go, biegnącego do wejścia na wieżę. Ujrzał zwisającą linę, chwycił ją i pociągnął. Ku jego przerażeniu dzwon nie wydał żadnego dźwięku.

Jeden z mnichów odłączył się od pozostałych i ruszył ku niemu zdecydowanym krokiem. Ogolony czubek jego głowy otoczony był wianuszkiem siwych loków. Edgar rozpoznał w nim przeora Ulfrica.

– Wynoś się stąd, ale już, głupi chłopcze – powiedział oburzony mnich.

Chłopak nie miał czasu na wyjaśnienia.

– Muszę uderzyć w dzwon – odparł gorączkowo. – Co jest z nim nie tak?

Msza została przerwana i wszyscy mnisi patrzyli w ich stronę. Chwilę później do Edgara podszedł klasztorny kucharz, Maerwynn. Był młodszy od Ulfrica i nie tak napuszony.

– Co się dzieje, Edgarze? – spytał.

– Wikingowie! – krzyknął chłopak. Kolejny raz szarpnął linę. Nigdy dotąd nie próbował uderzyć w kościelny dzwon i zdumiał się, jak bardzo jest ciężki.

– Nie! – zawołał przeor Ulfric. Surowość na jego twarzy ustąpiła miejsca przerażeniu. – Boże, miej nas w opiece!

– Jesteś pewien, Edgarze? – zapytał Maerwynn.

– Widziałem ich z plaży!

Maerwynn podbiegł do drzwi i wyjrzał na dwór. Kiedy wrócił, twarz miał białą jak płótno.

– To prawda – potwierdził.

– Uciekajcie! – ryknął Ulfric. – Wszyscy uciekajcie!

– Zaczekajcie! – odezwał się Maerwynn. – Edgarze, ciągnij za linę. Trzeba szarpnąć kilka razy, żeby uderzyć w dzwon. Uwieś się na niej. Słuchajcie – zwrócił się do mnichów – mamy chwilę, nim tutaj dotrą. Uciekając, niech każdy z was coś weźmie: w pierwszej kolejności relikwiarze ze szczątkami świętych, wysadzane klejnotami paramenty i księgi. Potem biegnijcie do lasu.

Uwieszony liny Edgar oderwał stopy od podłogi i chwilę później usłyszał donośny dźwięk dzwonu.

Ulfric chwycił srebrny krzyż i rzucił się w stronę drzwi. Pozostali mnisi poszli za jego przykładem. Niektórzy ze spokojem zbierali cenne przedmioty, inni krzyczeli i panikowali.

Rozkołysany dzwon uderzał raz za razem. Edgar wściekle ciągnął za linę, wieszając się na niej całym ciężarem ciała. Chciał, by wszyscy wiedzieli, że nie jest to zwykłe wezwanie do pobudki, lecz alarm, który ma postawić na nogi całe miasto.

Po chwili uznał, że już wystarczy, puścił rozkołysaną linę i wybiegł z kościoła.

Gryząca woń palonej strzechy uderzyła go w nos. Rześki południowo-zachodni wiatr sprawiał, że ogień rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie. Dniało. Ludzie wybiegali z chat, niosąc na rękach niemowlęta, młodsze dzieci i co tylko mieli cennego: narzędzia, kury i skórzane sakiewki z pieniędzmi. Najszybsi biegli już przez pola w stronę lasu. Widząc to, Edgar pomyślał, że dzięki dzwonowi przynajmniej niektórzy zdołają zbiec.

On, omijając przyjaciół i sąsiadów, biegł pod prąd, w stronę domu Sunni. Zobaczył piekarza, który o tej porze zwykle krzątał się już przy piecu. Teraz wybiegał z domu z workiem mąki zarzuconym na ramię. W karczmie Pod Żeglarzem było cicho; jej bywalcy najwyraźniej nie spieszyli się z ucieczką. Złotnik Wyn przegalopował obok na koniu ze skrzynią przytroczoną do grzbietu wierzchowca. Przerażone zwierzę gnało ile sił, złotnik zaś kurczowo obejmował je za szyję. Niewolny o imieniu Griff niósł na rękach starą kobietę, która była jego panią. Edgar przyglądał się twarzom mijających go ludzi, wypatrując wśród nich Sunni. Nigdzie jej jednak nie widział.

I nagle zobaczył wikingów.

Na ich czele szedł tuzin rosłych mężczyzn i dwie budzące grozę kobiety – wszyscy w skórzanych kamizelkach, uzbrojeni we włócznie i w topory. Edgar zauważył, że nie mają hełmów, i kiedy strach podchodził mu do gardła jak wymiociny, uświadomił sobie, że słabowici mieszkańcy Combe nie stanowią dla nich żadnego zagrożenia. Niektórzy z najeźdźców już nieśli łupy: miecz z rękojeścią wysadzaną klejnotami, który bardziej nadawał się na pokaz niż do bitwy, sakwę ciężką od monet, futro, drogie siodło i uprząż zdobioną złoconym brązem. Jeden prowadził białego konia, który jeszcze niedawno należał do właściciela statku do połowu śledzi, a inny niósł przerzuconą przez ramię dziewczynę. Edgar odetchnął z ulgą, widząc, że to nie Sunni.

Cofnął się, lecz wikingowie parli naprzód. Nie mógł uciec, musiał przecież odnaleźć Sunni.

Kilku dzielnych mieszkańców postanowiło stawić opór. Edgar ich nie rozpoznał, stali bowiem odwróceni do niego plecami. Niektórzy byli uzbrojeni w topory i sztylety, jeden miał łuk i strzały. Przez chwilę Edgar gapił się na nich sparaliżowany widokiem ostrych kling tnących ciała, zwierzęcymi wrzaskami rannych, wonią płonącego miasta. Do tej pory oglądał jedynie bójki na pięści między kłócącymi się chłopakami albo pijanymi mężczyznami. To było coś nowego: tryskająca krew, wnętrzności wylewające się z rozprutych brzuchów, krzyki strachu i przerażenia. Zmartwiał ze zgrozy.

Handlarze i rybacy z Combe nie mogli równać się z najeźdźcami, którzy żyli z mordowania. Wystarczyła chwila, by wikingowie wyrżnęli obrońców wioski i ruszyli dalej. Za nimi nadciągali następni.

W końcu Edgar opamiętał się i ukrył za domem. Wiedział, że musi uciekać, lecz nie był na tyle przerażony, by zapomnieć o Sunni.

Najeźdźcy szli główną ulicą, ścigając uciekających ludzi, jednak za domami ich nie było. Każde gospodarstwo miało około pół akra ziemi: większość ludzi uprawiała na nich drzewa owocowe i warzywa, a zamożniejsi pobudowali kurniki i zagrody dla świń. Edgar przemykał z jednego ogródka do drugiego, kierując się w stronę domu ukochanej.

Sunni i Cyneric mieszkali w chacie podobnej do innych, z dobudowaną do niej mleczarnią. Ściany mleczarni ulepiono z mieszanki piasku, kamyków, gliny i słomy, a dach pokryto cienkimi kamiennymi płytkami – wszystko po to, by w pomieszczeniu panował chłód. Chata stała na skraju małego poletka, na którym pasły się krowy.

Edgar dotarł do niej, pchnięciem otworzył drzwi i wpadł do środka.

Cyneric, niski krępy mężczyzna o czarnych włosach, leżał na podłodze. Sitowie wokół niego nasiąkło krwią, a on się nie ruszał. Rana biegnąca od szyi do ramienia przestała już krwawić i Edgar nie miał wątpliwości, że mężczyzna nie żyje.

Brindle, brązowo-biała suka Sunni, stała w kącie, dysząc i dygocząc, jak to psy, kiedy się czegoś boją.

Gdzie jednak była jej pani?

Na tyłach chaty znajdowało się przejście do mleczarni. Drzwi stały otworem. Idąc w ich stronę, Edgar usłyszał krzyk ukochanej.

Gdy wpadł do mleczarni, ujrzał wysokiego wikinga o żółtych włosach. Pomieszczenie wyglądało jak pole walki: skopek na mleko leżał przewrócony – jego zawartość wylała się na kamienną podłogę – podobnie jak długi żłób, z którego jadły krowy.

Chwilę później Edgar pojął, że przeciwniczką wikinga jest Sunni. Jej opaloną twarz wykrzywiał grymas wściekłości, ciemne włosy miała zmierzwione, a otwarte usta obnażały białe zęby. Wiking trzymał w dłoni topór, lecz go nie używał. Drugą ręką próbował przyprzeć do podłogi Sunni, która wymachiwała dużym kuchennym nożem. Najwyraźniej nie chciał jej zabijać, lecz tylko pojmać, bo zdrowa młoda niewolnica była sporo warta.

Żadne z nich nie widziało Edgara.

Nim chłopak zdążył się poruszyć, Sunni chlasnęła napastnika nożem w twarz. Ten ryknął z bólu, a z rozciętego policzka trysnęła krew. Rozjuszony wojownik cisnął topór na ziemię, oburącz chwycił dziewczynę za ramiona i przygniótł do ziemi. Edgar usłyszał straszne łupnięcie, gdy głowa Sunni z impetem uderzyła o kamienny stopień na progu. Z przerażeniem zobaczył, że ukochana straciła przytomność. Wiking przyklęknął, sięgnął do skórzanej kamizelki i wyciągnął rzemień, którym pewnie zamierzał związać dziewczynę, lecz kiedy odwrócił głowę, kątem oka zauważył Edgara.

Na jego twarzy odmalował się niepokój. Sięgnął po porzuconą broń, ale było już za późno. Edgar okazał się szybszy i pierwszy pochwycił topór, podobny do tego, którego używał do ścinania drzew. Zaciskając palce na trzonku, pomyślał, że broń jest pięknie wyważona. Cofnął się poza zasięg żółtowłosego, który zaczął podnosić się z podłogi.

Edgar zatoczył toporem szerokie koło, a zaraz potem uniósł broń nad głowę i szybkim, mocnym ruchem ją opuścił. Ostrze utkwiło w głowie wikinga. Rozłupało skórę i czaszkę i sięgnęło mózgu.

Ku zgrozie Edgara mężczyzna nie upadł od razu – przez chwilę próbował utrzymać się na nogach. W końcu życie uleciało z niego jak dym znad zdmuchniętej świecy i niezgrabnie zwalił się na podłogę.

Chłopak porzucił topór i przyklęknął obok Sunni. Oczy miała otwarte, jakby czegoś wypatrywała. Wyszeptał jej imię.

– Przemów do mnie – poprosił.

Ujął ją za rękę, lecz ta była bezwładna. Pocałował ją w usta i uświadomił sobie, że dziewczyna nie oddycha. Położył dłoń na jej kształtnej, miękkiej piersi, rozpaczliwie pragnąc poczuć bicie serca, i rozpłakał się, gdy odkrył, że przestało bić. Sunni odeszła; jej serce nigdy już nie zabije.

Przez dłuższą chwilę patrzył na nią z niedowierzaniem. W końcu z niemal nabożną czułością dotknął czubkami palców jej powiek i delikatnie, jakby bał się, że może zrobić jej krzywdę, zamknął oczy ukochanej.

Powoli pochylał się, aż dotknął głową nieruchomej piersi dziewczyny; jego łzy wsiąkały w ręcznie tkaną sukienkę z brązowej wełny.

Po chwili ogarnęła go wściekłość na człowieka, który odebrał życie jego ukochanej. Niewiele myśląc, zerwał się na nogi, chwycił topór i zaczął rąbać nim twarz wikinga, miażdżąc mu czoło, oczy i kości policzkowe.

Napad szału trwał, dopóki Edgar nie zdał sobie sprawy z przerażającej bezcelowości swego czynu. Kiedy przestał, usłyszał na zewnątrz krzyki w języku, który przypominał mu jego własny, a jednak było w nim coś innego. To przypomniało mu, w jak wielkim jest niebezpieczeństwie. Lada chwila on także mógł stracić życie.

Nie dbam o to, czy umrę, pomyślał, lecz tę myśl szybko zastąpiła inna. Kolejny napotkany wiking mógł zabić go równie łatwo, jak on zatłukł tego, który leżał teraz u jego stóp. Pogrążony w smutku, poczuł ukłucie trwogi, gdy uświadomił sobie, że właśnie to może się zdarzyć.

Co począć? – zastanawiał się. Bał się, że ktoś znajdzie go w mleczarni z ciałem wojownika domagającym się pomsty. Ale jeśli wyjdzie, z pewnością złapią go i zabiją. Rozejrzał się dookoła oszalałym wzrokiem, szukając miejsca, w którym mógłby się ukryć. Spojrzał na przewrócony żłób – prymitywną drewnianą konstrukcję. Wydawał się dość duży, by Edgar mógł się pod nim zmieścić.

Położył się na kamiennej podłodze i nakrył się żłobem. Po chwili podniósł go jeszcze, sięgnął po topór i przyciągnął go do siebie.

Przez szczeliny w deskach prześwitywało światło. Edgar leżał bez ruchu i nasłuchiwał. Drewno tłumiło odgłosy, wciąż jednak słyszał dobiegające z zewnątrz wrzaski. Czekał przerażony; w każdej chwili któryś z najeźdźców mógł wejść do mleczarni i zajrzeć pod żłób. Jeśli tak się stanie, spróbuję zabić go toporem, postanowił Edgar. Najgorsze jednak było to, że leżał na podłodze, a to znaczyło, że stojący nad nim wróg będzie miał przewagę.

Usłyszał skomlenie psa i uświadomił sobie, że to Brindle stoi obok jego kryjówki.

– Idź sobie – syknął. Dźwięk jego głosu rozochocił tylko sukę i zaskomlała jeszcze głośniej.

Zaklął, uniósł skraj żłobu, wyciągnął rękę i przyciągnął zwierzę. Brindle położyła się obok niego i natychmiast się uspokoiła.

Czekał, przysłuchując się dobiegającym z zewnątrz potwornym odgłosom rzezi i zniszczenia.

Brindle zaczęła zlizywać z ostrza topora resztki wikińskiego mózgu.

*

Nie wiedział, jak długo siedział w ukryciu. Zrobiło się ciepło i przypuszczał, że słońce stoi już wysoko na niebie. W końcu zgiełk na zewnątrz zaczął cichnąć, Edgar nie miał jednak pewności, czy wikingowie odpłynęli. Za każdym razem, gdy zastanawiał się, czy nie wyjść z kryjówki, dochodził do wniosku, że jeszcze nie czas. Na myśl o Sunni znów się rozpłakał.

Śpiąca obok Brindle od czasu do czasu skomlała i drżała. Edgar zastanawiał się, czy psom zdarzają się złe sny.

On czasami miewał koszmary: był na tonącej łodzi albo potężny dąb spadał wprost na niego, a on nie mógł się ruszyć, albo próbował wydostać się z płonącego lasu. Kiedy się budził, ogarniała go taka ulga, że miał ochotę rozpłakać się ze szczęścia. Teraz nie przestawał myśleć, że atak wikingów to tylko kolejny zły sen, a gdy się obudzi, odkryje, że Sunni wciąż żyje. Nie obudził się jednak.

W końcu dobiegły go głosy i wychwycił anglosaskie słowa. Mimo to nadal się wahał. Głosy nie wydawały się przerażone, lecz stroskane. Ludzie, których słyszał, byli smutni, lecz nie sprawiali wrażenia, jak gdyby obawiali się o własne życie. To z pewnością był znak, że wikingowie odpłynęli.

Ilu jego przyjaciół zabrali na łodzie, by sprzedać ich jako niewolników? Ile trupów zostawili za sobą? Czy wciąż miał rodzinę?

Brindle wydała gardłowy pomruk i spróbowała się podnieść. Pod żłobem nie było na to dość miejsca, jednak suka wyczuwała, że niebezpieczeństwo minęło i może się już poruszyć.

Edgar uniósł żłób i suka natychmiast wyszła z ukrycia. Potem on wytoczył się spod niego, trzymając w dłoni wikiński topór, i powoli opuścił żłób z powrotem na kamienną podłogę. Wstał. Ręce i nogi miał obolałe od leżenia bez ruchu w ciasnej kryjówce. Zatknął topór za pas.

Uchylił drzwi mleczarni i wyjrzał na zewnątrz.

Combe zniknęło.

Przez chwilę gapił się w osłupieniu. Jak to możliwe, że Combe przestało istnieć? Znał jednak odpowiedź. Niemal wszystkie chaty spłonęły do gołej ziemi. Znad kilku wciąż unosiły się smugi dymu. Tu i ówdzie stały domy z kamienia, lecz Edgar potrzebował chwili, żeby je rozpoznać. Klasztor miał dwa budynki z kamienia – kościół i piętrowy dom z refektarzem na dole i dormitorium na górze. Poza tym w Combe były jeszcze dwa kamienne kościoły. Nieco dłużej zajęło mu rozpoznanie domu złotnika, którego kamienne ściany miały chronić Wyna przed złodziejami.

Krowy Cynerica przeżyły najazd wikingów i zbite w ciasną gromadkę stały pośrodku ogrodzonego pastwiska. Krowy były cenne, lecz Edgar przypuszczał, że zagnanie zwierząt na łódź stanowiło problem, a wikingowie, jak wszyscy złodzieje, woleli monety albo cenne niewielkie przedmioty jak biżuteria.

Oszołomieni mieszkańcy Combe stali pośród zgliszczy. Z ich ust dobywały się pojedyncze dźwięki wyrażające smutek, przerażenie i zdumienie.

W zatoce cumowały te same łodzie, jednak te, na których przypłynęli wikingowie, zniknęły.

Spojrzał w końcu na ciała leżące w mleczarni. Wiking prawie nie przypominał już człowieka i Edgar poczuł się dziwnie na myśl, że to jego dzieło. Teraz wydawało mu się to nie do pomyślenia. Sunni wyglądała zdumiewająco spokojnie. Uderzenie w głowę, które ją zabiło, nie pozostawiło na jej ciele żadnych śladów. Oczy miała na wpół otwarte, więc raz jeszcze zamknął jej powieki. Uklęknął i położył dłoń na jej piersi, jakby jeszcze się łudził, że poczuje pod palcami bijące serce. Ciało dziewczyny było zimne.

Co powinien zrobić? Może mógłby jakoś pomóc jej duszy, by trafiła do nieba? Klasztor nadal stał. Powinien zabrać ciało do kościoła.

Wziął ją na ręce. Nie spodziewał się, że będzie to takie trudne. Sunni była szczupła, a on silny, lecz pod ciężarem bezwładnego ciała zachwiał się i aby odzyskać równowagę, musiał przytulić ją do piersi mocniej, niż tego chciał. Ten silny uścisk i świadomość, że Sunni nie czuje już bólu, jeszcze dobitniej uświadomiły mu, że ukochana nie żyje, i łzy znów napłynęły mu do oczu.

Przeszedł przez dom i minąwszy ciało Cynerica, wyszedł na zewnątrz.

Brindle truchtała za nim.

Zdawało mu się, że jest już popołudnie, choć nie miał pewności, bo w powietrzu unosiły się smugi dymu z dogasających domostw, popiół i ohydna woń spalonych ludzkich ciał. Ci, którzy przeżyli, rozglądali się w osłupieniu, jak gdyby nadal nie pojmowali, co się właściwie stało. Inni wychodzili z lasu, niektórzy prowadzili żywy inwentarz.

Edgar ruszył w stronę klasztoru. Ciało Sunni zaczynało mu ciążyć, lecz ból ramion sprawiał mu dziwną, niemal perwersyjną przyjemność. Niepokoiło go tylko to, że ona wciąż otwiera oczy. Chciał, żeby wyglądała tak, jakby spała.

Nikt nie zwracał na niego uwagi; wszyscy przeżywali własne tragedie. Nie niepokojony przez nikogo, dotarł do kościoła i wszedł do środka. Jak się okazało, nie on jeden wpadł na ten pomysł. Wzdłuż nawy leżały ciała, przy których stali lub klęczeli ludzie. Zrozpaczony przeor Ulfric podszedł do Edgara i zapytał obcesowo:

– Żywa czy martwa?

– To Sungifu – odparł Edgar. – Nie żyje.

– Martwych składamy we wschodnim końcu – wyjaśnił Ulfric, zbyt zajęty, by silić się na delikatność. – A rannych w nawie.

– Pomodli się przeor za jej duszę? Proszę.

– Będzie potraktowana jak pozostali.

– To ja wszcząłem alarm – oburzył się Edgar. – Możliwe, że ocaliłem przeorowi życie. Proszę się za nią pomodlić.

Ulfric nie odpowiedział i oddalił się pospiesznie.

Edgar zobaczył brata Maerwynna, który bandażował nogę rannego mężczyzny, podczas gdy ten jęczał z bólu. Kiedy mnich wstał, Edgar zwrócił się do niego:

– Pomodli się brat za duszę Sunni?

– Tak, oczywiście – odrzekł Maerwynn i uczynił na czole Sunni znak krzyża.

– Dziękuję.

– A teraz złóż ciało we wschodnim końcu kościoła.

Chłopak ruszył w górę nawy i minął ołtarz. W drugim końcu kościoła złożono w równych rzędach ponad dwadzieścia ciał, nad którymi stali pogrążeni w bólu bliscy. Edgar ostrożnie położył ciało Sunni. Wyprostował jej nogi, ramiona skrzyżował na piersi dziewczyny i palcami przyczesał jej włosy. Żałował, że nie jest duchownym, wówczas sam zadbałby o jej duszę.

Klęczał przez długi czas wpatrzony w jej nieruchomą twarz i próbował oswoić się z myślą, że już nigdy nie spojrzy na niego z uśmiechem. W końcu jednak zwrócił myśli ku żywym. Czy jego rodzice przeżyli? Czy bracia trafili do niewoli? Zaledwie kilka godzin temu zamierzał opuścić ich na dobre, a teraz ich potrzebował. Bez nich będzie na świecie sam jak palec.

Jeszcze chwilę stał nad ciałem Sunni, po czym wyszedł z kościoła, a za nim Brindle.

Na zewnątrz zaczął się zastanawiać, od czego zacząć. W końcu postanowił, że najpierw pójdzie do domu. Wiedział, że z chaty pozostały pewnie zgliszcza, miał jednak nadzieję, że znajdzie tam bliskich albo chociaż dowie się, co się z nimi stało.

Najkrótsza droga wiodła wzdłuż plaży. Idąc w stronę morza, prosił Boga, by jego łódź była wciąż na brzegu. Zostawił ją w pewnej odległości od najbliższych zabudowań, może więc nie spłonęła.

Po drodze spotkał matkę, która ukryła się w lesie i teraz wracała do miasta. Na widok jej ostrych, zdecydowanych rysów i pewnego siebie kroku poczuł ulgę tak wielką, że nogi się pod nim ugięły i omal nie upadł. Matka niosła kociołek z brązu; być może jedyną rzecz, którą zdołała zabrać z domu. Twarz miała ściągniętą ze smutku, lecz zaciśnięte w wąską kreskę usta zdradzały ponurą determinację.

Na widok Edgara rozpromieniła się. Objęła go i kryjąc twarz w jego piersi, wyszlochała:

– Mój synek, och, mój Eddie, dzięki Bogu.

Zacisnął powieki i przytulił ją. Jeszcze nigdy nie cieszył się tak na widok matki.

Po chwili otworzył oczy, spojrzał ponad jej ramieniem i zobaczył Ermana – równie ponurego jak matka, choć na jego twarzy malowała się zaciętość – i jasnowłosego, piegowatego Eadbalda. Nigdzie jednak nie widział ojca.

– Gdzie tata? – spytał.

– Kazał nam uciekać – odparł Erman. – Sam został, żeby bronić warsztatu.

„A wyście go zostawili?”, chciał powiedzieć Edgar. Powstrzymał się jednak, bo nie był to czas na wzajemne obwinianie się, zresztą sam przecież zostawił rodzinę.

Matka wypuściła go z objęć.

– Wracamy do domu – rzekła. – Do tego, co z niego zostało.

Ruszyli w stronę brzegu. Matka kroczyła energicznie, chcąc jak najszybciej poznać prawdę – nieważne, czy dobrą, czy złą.

– Szybko uciekłeś, braciszku – rzucił oskarżycielsko Erman. – Czemu nas nie zbudziłeś?

– Właśnie że obudziłem – oburzył się Edgar. – To ja uderzyłem w kościelny dzwon.

– Nieprawda.

Sprzeczanie się w takich sytuacjach było typowe dla Ermana. Edgar odwrócił wzrok i nie odezwał się więcej. Nie obchodziło go, co myśli brat. Kiedy dotarli na plażę, zauważył, że jego łódź zniknęła. Było oczywiste, że zabrali ją wikingowie. Potrafili rozpoznać dobrą łódź. Do tego łatwo ją było ukraść – wystarczyło, że przywiązali ją do rufy jednej ze swoich. Strata była dotkliwa, lecz Edgar nie czuł bólu: w porównaniu ze śmiercią Sunni zdawała się niczym.

Idąc brzegiem, natknęli się na zabitą matkę rówieśnika Edgara; zastanawiał się, czy zginęła, próbując powstrzymać wikingów, by nie brali jej syna w niewolę.

Kilka jardów dalej leżało kolejne ciało, a jeszcze dalej następne. Edgar przyglądał się każdej twarzy; wszystkie należały do jego przyjaciół i sąsiadów, lecz nie było wśród nich ojca. To obudziło w nim nieśmiałą nadzieję, że może ojciec przeżył.

W końcu dotarli do domu, z którego pozostało jedynie palenisko i stojący nad nim żelazny trójnóg. Przy zgliszczach natknęli się na ciało ojca. Matka krzyknęła z rozpaczy i przerażenia i upadła na kolana. Edgar uklęknął przy niej i objął ręką jej drżące ramiona.

Prawa ręka ojca została odrąbana, prawdopodobnie toporem, przez co wykrwawił się na śmierć. Edgar pomyślał o sile i umiejętnościach, które do niedawna drzemały w tym ramieniu, i po policzkach spłynęły mu łzy wściekłości i żalu.

– Spójrzcie na warsztat – usłyszał głos Eadbalda.

Wstał i otarł oczy. Z początku nie był pewien, co właściwie widzi, więc jeszcze raz przetarł łzy.

Warsztat spłonął. Łódź, którą budowali, i sterta drewna zmieniły się w kupki popiołu, podobnie jak beczka smoły i lina. Pozostał tylko kamień szlifierski, na którym ostrzyli narzędzia. Wśród dogasającego żaru Edgar dostrzegł zwęglone kości, zbyt małe, by mogły należeć do człowieka. Domyślił się, że to szczątki uwiązanego na łańcuchu biednego Grendela.

Wszystko, z czego żyli, znajdowało się tutaj.

Edgar uświadomił sobie, że stracili nie tylko warsztat, ale też źródło utrzymania. Nawet gdyby ktoś chciał zamówić u nich łódź, nie mieli drewna na budowę, narzędzi, by nadać drewnu kształt, ani pieniędzy na zakup tego, co było im potrzebne.

Matka miała pewnie w sakiewce kilka srebrnych pensów, lecz nigdy im się nie przelewało, a ojciec za każdą nadwyżkę pieniędzy kupował drewno. Powtarzał, że dobre drewno jest lepsze od srebra, bo trudniej je ukraść.

– Straciliśmy wszystko i nie mamy z czego żyć – odezwał się Edgar. – Na Boga, co my teraz poczniemy?

ROZDZIAŁ 2Sobota, 19 czerwca 997

Biskup Wynstan z Shiring zatrzymał konia na szczycie wzniesienia i spojrzał w dół na Combe. Niewiele zostało z miasta: letnie słońce oświetlało poszarzałe pustkowie.

– Jest gorzej, niż myślałem – rzekł. Jedynym obiecującym znakiem było kilka nietkniętych łodzi i statków cumujących na przystani.

Jego brat, Wigelm, zrównał się z nim i powiedział:

– Każdy wiking powinien smażyć się żywcem.

Wigelm był lennikiem królewskim, możnym właścicielem ziemskim. Miał trzydzieści wiosen – pięć mniej od brata – i łatwo wpadał w gniew.

Jednakże tym razem Wynstan musiał się z nim zgodzić.

– Na wolnym ogniu – mruknął.

Ich starszy brat przyrodni przysłuchiwał się rozmowie. Zgodnie ze zwyczajem nosili podobnie brzmiące imiona i choć najstarszy, czterdziestoletni, miał na imię Wilwulf, wszyscy mówili na niego Wilf. Był ealdormanem Shiring i władał częścią zachodniej Anglii, w której leżało Combe.

– Nigdy nie widzieliście miasta najechanego przez wikingów – zabrał teraz głos. – Oto co z niego zostaje.

Ruszyli w stronę spalonego miasta, a za nimi podążyła garstka uzbrojonych ludzi. Wynstan wiedział, że stanowią imponujący widok: trzech odzianych w najprzedniejsze szaty wysokich mężczyzn dosiadających urodziwych koni. Wilf miał na sobie długą do kolan niebieską tunikę i skórzane buty, tunika Wigelma zaś była czerwona. Wynstan, jak przystało na księdza, przywdział prostą, długą do kostek czarną szatę z gęsto tkanego materiału. Na szyi nosił duży srebrny krzyż zawieszony na skórzanym rzemieniu. Jak przystało na zamożnych Anglików, każdy z braci miał bujne, jasne wąsy, żaden jednak nie nosił brody. Włosy Wilfa i Wigelma były jasne i gęste, a Wynstan, jak wszyscy księża, miał na czubku głowy wygoloną tonsurę. Wyglądali na bogatych, ważnych ludzi i tacy byli.

Zrozpaczeni mieszkańcy chodzili wśród zgliszczy, grzebiąc, przesiewając i układając żałosne stosiki z tego, co udało im się odzyskać: powyginanych żelaznych naczyń kuchennych, sczerniałych od ognia kościanych grzebieni, popękanych garnków i zniszczonych narzędzi. Kury i świnie rozgrzebywały popioły, szukając czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach wygasłych zgliszczy i Wynstan przyłapał się na tym, że oddycha płytko.

Na widok trzech braci ludzie podnieśli wzrok. W ich oczach zajaśniała nadzieja. Wielu znało tych mężczyzn z widzenia, a ci, którzy nigdy ich nie widzieli, słusznie domyślali się, że są ważnymi osobistościami. Niektórzy wykrzykiwali słowa powitania, inni wiwatowali i klaskali. Wszyscy porzucili swe zajęcia i ruszyli za nimi. Sądząc po minach ocalałych mieszkańców Combe, wierzyli, że tak wpływowi notable będą w stanie jakoś im pomóc.

Bracia zatrzymali konie na spłachetku wolnej ziemi między kościołem a klasztorem. Kiedy zsiedli, okoliczni chłopcy stłoczyli się wokół zwierząt, chcąc potrzymać wodze. Przeor Ulfric wyszedł na spotkanie przybyszów. Siwe włosy miał poczerniałe od sadzy.

– Dobrzy panowie, Combe rozpaczliwie potrzebuje waszej pomocy – zaczął. – Ludzie…

– Chwileczkę! – przerwał mu Wynstan głosem, który niósł się ponad tłumem. Jego bracia nie byli zaskoczeni, Wynstan uprzedził ich bowiem o swych zamiarach.

Wśród ludzi zapanowała cisza.

Wynstan zdjął z szyi krzyż, uniósł go nad głowę i odwróciwszy się, powoli ruszył w stronę kościoła.

Bracia udali się za nim, podobnie jak cała reszta.

Biskup wszedł do świątyni i dostojnym krokiem przemierzył nawę, w której leżeli ranni, lecz w ogóle na nich nie baczył. Ci, którzy mieli dość sił, skłaniali głowy albo klękali, gdy szedł między nimi z krzyżem uniesionym nad głową. W drugim końcu kościoła ujrzał jeszcze więcej ludzi, ci jednak nie żyli.

Kiedy dotarł do ołtarza, położył się twarzą do ziemi i ściskając w prawej ręce krzyż, wyciągnął ją w stronę ołtarza.

Przez długą chwilę leżał bez ruchu, podczas gdy zgromadzeni przyglądali się mu w milczeniu. W końcu podniósł się i uklęknął. Rozłożył ramiona w błagalnym geście i przemówił donośnym głosem:

– Cośmy uczynili?

W tłumie rozległ się dźwięk przypominający zbiorowe westchnienie.

– W którym momencie zgrzeszyliśmy? – ciągnął biskup. – Czym sobie na to zasłużyliśmy? Czy nam wybaczysz?

Kontynuował w podobnym duchu. Jego słowa przywodziły na myśl modlitwę albo kazanie. Musiał wyjaśnić ludziom, że to, co ich spotkało, zdarzyło się z woli Bożej. Że najazd wikingów był karą za grzech.

Miał zadanie do wykonania, a to była tylko ceremonia wstępna, postanowił zatem nie tracić czasu.

– Podejmując się odbudowy tego miasta, przysięgamy podwoić wysiłki i być jeszcze bardziej pobożnymi, pokornymi, bogobojnymi chrześcijanami, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa – zakończył. – Amen.

– Amen – powtórzyli mieszkańcy.

Wstał i odwrócił się ku wiernym, pokazując twarz mokrą od łez. Zawiesił krzyż z powrotem na szyi, po czym rzekł:

– A teraz w obliczu Boga wzywam swojego brata, ealdormana Wilwulfa, by zwołał sąd.

Wynstan i Wilf ruszyli zgodnie do wyjścia. Wigelm i Ulfric szli za nimi. Na samym końcu świątynię opuścili mieszkańcy Combe.

Wilf rozejrzał się.

– Tutaj zwołam sąd – oświadczył.

– Jak sobie życzysz, panie – rzekł Ulfric. Pstryknął palcami na jednego z mnichów. – Przynieś krzesło. – Następnie zwrócił się do ealdormana: – Będziesz, panie, potrzebował inkaustu i pergaminu?

Wilf umiał czytać, lecz pisać nie potrafił. Wynstan, jak większość wysoko postawionych kapłanów, zarówno czytał, jak i pisał. Wigelm zaś był zupełnie niepiśmienny.

– Wątpię, byśmy musieli cokolwiek zapisywać – odparł Wilf.

Wynstana zatrzymała wysoka, mniej więcej trzydziestoletnia kobieta w podartej czerwonej sukience. Była urodziwa, choć policzek miała usmarowany sadzą. Mówiła szeptem, ale w jej głosie słychać było rozpacz.

– Musisz mi pomóc, księże biskupie. Błagam – zwróciła się do niego.

– Nie odzywaj się do mnie, głupia dziwko – zgromił ją.

Znał tę kobietę. Miała na imię Meagenswith, ale wszyscy znali ją jako Mags. Mieszkała w dużej chacie z dziesięcioma albo dwunastoma dziewczynami – niektóre z nich były niewolnymi, inne przyszły do niej z własnej woli – które sypiały z mężczyznami za pieniądze.

– Nie możesz być pierwszą osobą w Combe, której będę współczuł – dodał, nawet na nią nie patrząc. Głos miał cichy, lecz zdecydowany.

– Ale wikingowie zabrali wszystkie moje dziewczęta. I pieniądze!

A więc teraz są niewolnicami, pomyślał Wynstan.

– Później z tobą porozmawiam – mruknął. A zaraz potem, podnosząc głos, tak by wszyscy go słyszeli, powiedział: – Zejdź mi z oczu, przeklęta ladacznico!

Mags czmychnęła czym prędzej.

Dwaj mnisi przynieśli wielkie dębowe krzesło i postawili je na środku placu. Wilf rozsiadł się na nim. Wigelm stanął po jego lewej, a Wynstan po prawej ręce.

Kiedy mieszkańcy zgromadzili się wokół nich, zmartwieni bracia zaczęli poszeptywać między sobą. Wszyscy trzej czerpali zyski z Combe. Było to drugie po Shiring najważniejsze miasto w majątku ealdormana. Każde domostwo płaciło za dzierżawę Wigelmowi, który dzielił się zyskami z Wilfem. Ludzie płacili też dziesięcinę kościołom, a te oddawały jej część biskupowi Wynstanowi. Wilf pobierał opłaty celne za towary, które przypływały na przystań i z niej wypływały. Wynstan czerpał też dochody z klasztoru. Wigelm sprzedawał drewno z należących do niego lasów. Dwa dni temu wszystkie te źródła bogactwa nagle wyschły.

– Minie sporo czasu, nim ktokolwiek z tutejszych ludzi będzie w stanie cokolwiek zapłacić – orzekł ponuro Wynstan.

To znaczyło, że będzie musiał ograniczyć wydatki. Shiring nie było bogatą diecezją. Gdybym był biskupem Canterbury, pomyślał, nigdy nie musiałbym się martwić, bo sprawowałbym pieczę nad wszystkimi bogactwami Kościoła w południowej Anglii. Tymczasem jako biskup Shiring miał ograniczoną władzę. Zastanawiał się, na czym mógłby zaoszczędzić. Nienawidził odmawiać sobie przyjemności.

– Wszyscy ci ludzie mają pieniądze – powiedział z pogardą Wigelm. – Znajdziecie je, kiedy rozprujecie ich brzuchy.

Wilf pokręcił głową.

– Nie bądź głupi – mruknął. Często zwracał się w ten sposób do Wigelma. – Większość z nich straciła dorobek całego życia. Nie mają jedzenia ani pieniędzy, żeby je kupić. Nie mają nawet jak zarobić na życie. Zimą będą zbierać żołędzie, żeby ugotować na nich zupę. Ci, którzy przeżyli atak wikingów, z głodu opadną z sił. Dzieci będą chorować i umierać, starcy przewracać się i łamać kości, a młodzi i silni wyjadą.

Wigelm sprawiał wrażenie rozdrażnionego.

– Co więc mamy zrobić?

– Postąpimy mądrze, zmniejszając opłaty.

– Nie możemy pozwolić, żeby nam nie płacili!

– Głupcze, martwi w ogóle ci nie zapłacą. Jeśli ci, którzy przeżyli, znów zaczną łowić ryby, wytwarzać produkty i handlować, być może wiosną znowu będą mogli nam płacić.

Wynstan przyznał mu rację. Wigelm nie zgadzał się z bratem, lecz postanowił milczeć. Wilf był najstarszy i najważniejszy z nich.

– A teraz, przeorze Ulfricu, opowiedz nam, co się stało – rzekł, rozpoczynając wysłuchanie.

– Wikingowie przypłynęli dwa dni temu bladym świtem, kiedy wszyscy jeszcze spali – zaczął Ulfric.

– Czemu z nimi nie walczyliście, tchórze? – spytał Wigelm.

Wilf podniósł rękę, nakazując ciszę.

– Po kolei – upomniał brata i spojrzał na przeora. – Jeśli dobrze pamiętam, Ulfricu, wikingowie nigdy dotąd nie najeżdżali Combe. Wiecie, skąd dokładnie przypłynęli?

– Nie, panie. Może któryś z rybaków widział wikińską flotę?

– Nie widujemy ich, panie – odezwał się przysadzisty mężczyzna z brodą przetykaną siwizną.

– To Maccus – powiedział Wigelm, który znał mieszkańców miasta lepiej niż jego bracia. – Właściciel największej łodzi rybackiej w Combe.

Tymczasem Maccus ciągnął:

– Podejrzewamy, że wikingowie cumują swoje łodzie po drugiej stronie kanału, w Normandii. Mówi się, że tam się zaopatrują i stamtąd wyprawiają się na rajdy, a potem wracają do Normandii, żeby sprzedawać swoje łupy, niech Bóg przeklnie ich nieśmiertelne dusze.

– To całkiem prawdopodobne, choć niezbyt pomocne – odparł Wilf. – Normandia ma długą linię brzegową. Domyślam się, że najbliższa przystań znajduje się w Cherbourgu.

– Pewnie macie rację, panie – zgodził się Maccus. – Mówiono mi, że zbudowano ją na długim cyplu, który wrzyna się w kanał. Sam jednak tam nie byłem.

– Ani ja – rzekł Wilf. – Czy ktokolwiek z Combe tam pływał?

– Może dawniej – odparł Maccus. – Teraz nie zapuszczamy się tak daleko. Nie prosimy się o kłopoty i unikamy wikingów.

– Powinniśmy zgromadzić flotę, popłynąć do Cherbourga i spalić go tak, jak oni spalili Combe! – zawołał Wigelm, wyraźnie zniecierpliwiony tą rozmową.

Stojący w tłumie młodsi mężczyźni zakrzyknęli na znak, że się z nim zgadzają.

– Ten, kto chce zaatakować Normanów, nic o nich nie wie – ostudził ich zapał Wilf. – Pamiętajcie, że to potomkowie wikingów. Może i są ucywilizowani, lecz to nie znaczy, że nie są równie twardzi jak ich przodkowie. Jak myślicie, czemu wikingowie najechali nas, a nie ich?

Wigelm wydawał się przybity.

– Chciałbym wiedzieć więcej o tym Cherbourgu – powiedział w zadumie Wilf.

– Byłem tam raz – odezwał się młodzik z tłumu.

– Coś ty za jeden? – Wynstan popatrzył na niego z zainteresowaniem.

– Edgar, syn szkutnika, lordzie biskupie.

Wynstan przyjrzał mu się z uwagą. Chłopak, choć średniego wzrostu, był umięśniony jak wszyscy szkutnicy. Miał jasnobrązowe włosy, a na twarzy ledwie meszek. Przemawiał grzecznie, lecz bez lęku; najwyraźniej wysoka pozycja społeczna ludzi, do których się zwracał, nie onieśmielała go.

– Jak to się stało, że byłeś w Cherbourgu? – dopytywał się Wynstan.

– Ojciec mnie zabrał. Dostarczał łódź, którą zbudowaliśmy. Ale to było pięć lat temu. Od tego czasu wiele mogło się tam zmienić.

– Jakakolwiek informacja jest lepsza niż żadna – orzekł Wilf.

– Mają tam dużą, ładną przystań dla wielu statków i łodzi. Rządził nią hrabia Hubert i pewnie wciąż rządzi, bo nie był stary.

– Coś jeszcze?

– Pamiętam córkę hrabiego, Ragnę. Miała rude włosy.

– Chłopcy pamiętają takie rzeczy – zauważył Wilf.

Wszyscy zaczęli się śmiać, a Edgar spąsowiał.

Chwilę później, chcąc przekrzyczeć zgiełk, dodał podniesionym głosem:

– Była tam też kamienna wieża.

– Co ci mówiłem? – zwrócił się Wilf do Wigelma. – Niełatwo zaatakować miasto z kamiennymi umocnieniami.

– Może mógłbym coś zaproponować – odezwał się biskup Wynstan.

– Oczywiście – odparł jego przyrodni brat Wilf.

– A gdybyśmy zaprzyjaźnili się z hrabią Hubertem? Może udałoby się go przekonać, że chrześcijańscy Normanowie i chrześcijańscy Anglicy powinni wspólnymi siłami pokonać wyznawców Odyna. – Wynstan wiedział, że większość wikingów, którzy osiedli na północy i wschodzie Anglii, przyjęła wiarę chrześcijańską, lecz ci, którzy wciąż pływali po morzach, nadal oddawali cześć swoim pogańskim bogom. – Kiedy czegoś chcesz, potrafisz być bardzo przekonujący, Wilf – ciągnął z uśmiechem biskup. Miał rację, jego przyrodni brat bywał czarujący.

– Nie jestem pewien – odparł Wilf.

– Wiem, co myślisz – dodał pospiesznie Wynstan. Zniżył głos, by omówić sprawy niezrozumiałe dla prostych ludzi. – Zastanawiasz się, co powie na to król Ethelred. Wszak dyplomacja jest prerogatywą króla.

– Otóż to.

– Zostaw to mnie. Porozmawiam z królem.

– Muszę coś zrobić, nim wikingowie spustoszą moje ziemie – odparł Wilf. – To pierwsza praktyczna rada, jaką usłyszałem.

Mieszkańcy Combe stali niespokojnie i szeptali między sobą. Biskup wyczuwał, że pomysł, by zaprzyjaźnić się z Normanami, byłby trudny do zrealizowania, zwłaszcza że ci ludzie już dziś potrzebowali pomocy i oczekiwali jej od nich. Obowiązkiem możnych było chronić maluczkich – to tłumaczyło ich status i bogactwa – tymczasem bracia nie zdołali ochronić Combe. Teraz mieszkańcy miasta oczekiwali od nich, że coś z tym zrobią.

Wilf również wyczuwał nastrój panujący wśród mieszkańców miasta.

– Przejdźmy do bieżących spraw – rzekł pospiesznie. – Przeorze Ulfricu, skąd ludzie biorą jedzenie?

– Z zapasów klasztornych, które nie zostały skradzione – odparł Ulfric. – Wikingowie wzgardzili rybami i fasolą mnichów, woleli kraść złoto i srebro.

– A gdzie śpią?

– W nawie kościoła, razem z rannymi.

– A zabici?

– Złożyliśmy ciała we wschodnim krańcu świątyni.

– Mogę coś powiedzieć, Wilfie? – wtrącił Wynstan.

Jego brat przyrodni skinął przyzwalająco głową.

– Dziękuję. – Wynstan podniósł głos, tak by wszyscy go usłyszeli. – Dziś przed zachodem słońca odprawię mszę za dusze wszystkich zmarłych i pobłogosławię zbiorową mogiłę, w której zostaną pogrzebani. W taką pogodę jak ta istnieje ryzyko, że ciała doprowadzą do szerzenia się zarazy, chcę więc, by jutro do zmierzchu zostały pochowane.

– Jak biskup sobie życzy – odrzekł Ulfric.

Wilf spojrzał na tłum, zmarszczył brwi i przemówił:

– Jest tu was prawie tysiąc. Połowa mieszkańców Combe przeżyła. Jak to możliwe, że tyle osób zdołało umknąć wikingom?

– Chłopiec, który wstał wczesnym rankiem, zobaczył, że się zbliżają, i przybiegł do klasztoru, by nas ostrzec. Dźwięk dzwonu zbudził mieszkańców.

– Sprytnie – zauważył Wilf. – Kim był ów chłopiec?

– To Edgar, który przed chwilą opowiadał o Cherbourgu. Najmłodszy z trzech synów szkutnika.

Bystry młodzieniec, pomyślał Wynstan.

– Dobrze się spisałeś, Edgarze – pochwalił go Wilf.

– Dziękuję – odparł chłopak.

– Co zamierzasz?

Edgar chciał sprawiać wrażenie dzielnego, jednak biskup widział, że obawia się przyszłości.

– Nie wiem – odparł chłopak. – Mój ojciec został zabity, straciliśmy narzędzia i zapasy drewna.

– Nie możemy rozmawiać o każdej rodzinie z osobna – wtrącił się zniecierpliwiony Wigelm. – Musimy zdecydować o losach całego miasta.

Wilf pokiwał głową.

– Ludzie muszą spróbować odbudować swe domy przed nastaniem zimy – powiedział. – Wigelmie, zrezygnujesz z przyjmowania opłat, które przewidziano na wigilię świętego Jana. – Opłaty pobierano zwykle cztery razy w roku: w wigilię świętego Jana, która wypadała dwudziestego czwartego czerwca; w dzień świętego Michała, dwudziestego siódmego września; w Boże Narodzenie, dwudziestego piątego grudnia, i dwudziestego piątego marca, w święto Zwiastowania.

Wynstan zerknął na najmłodszego brata, Wigelma. Ten wydawał się niezadowolony, lecz nie odezwał się ani słowem. Był głupi, że się złościł – ci ludzie nie mieli czym zapłacić za dzierżawę, więc i tak by od nich nic nie dostał.

– I w dzień świętego Michała, panie, proszę! – zawołała z tłumu jakaś kobieta.

Biskup spojrzał na nią. Wyglądała na czterdzieści lat, była drobna, ale sprawiała wrażenie nieustępliwej.

– W dzień świętego Michała zobaczymy, jak sobie radzicie – odparł przebiegle Wilf.

– Będziemy potrzebować drewna, by odbudować domy – ciągnęła kobieta. – Ale nie możemy za nie zapłacić.

– Co to za jedna? – mruknął Wilf do młodszego z braci.

– Mildred, żona szkutnika – odparł Wigelm. – To wichrzycielka.

Wynstanowi przyszła do głowy pewna myśl.

– Chyba będę mógł cię od niej uwolnić, bracie – odezwał się półszeptem.

– Może i jest wichrzycielką, ale ma rację – zauważył Wilf. – Wigelm będzie musiał dać im drewno za darmo.

– Zgoda – odparł niechętnie Wigelm i podnosząc głos, zwrócił się do tłumu: – Darmowe drewno, ale tylko dla mieszkańców Combe, tylko na domy i tylko do dnia świętego Michała.

Wilf wstał.

– To wszystko, co możemy teraz zrobić – orzekł, po czym odwrócił się do Wigelma. – Porozmawiaj z tym Maccusem. Dowiedz się, czy zabierze mnie do Cherbourga, co chce w zamian, jak długo potrwa podróż i tak dalej.

Wśród mieszkańców Combe dało się słyszeć pomruki niezadowolenia. Byli rozczarowani. Oto mroczna strona władzy, pomyślał Wynstan; ludzie oczekują cudów. Kilku podeszło bliżej, prawdopodobnie by domagać się specjalnego traktowania. Zbrojni drgnęli, gotowi zaprowadzić porządek.

Biskup się oddalił. Przy drzwiach kościoła znowu wpadł na Mags. Tym razem kobieta postanowiła zmienić ton i rozpacz w jej głosie zastąpiła udawana namiętność.

– Może chciałbyś, żebym zrobiła ci dobrze na tyłach kościoła? – zapytała. – Zawsze powtarzasz, że robię to lepiej niż młódki.

– Nie bądź głupia – warknął Wynstan. Żeglarz czy rybak mógł nie dbać o to, kto go widział, jak zabawia się z ladacznicą, lecz biskup musiał być dyskretny. – Przejdź do rzeczy. Ile potrzebujesz?

– Co masz na myśli?

– Żeby zastąpić dziewczęta – odparł Wynstan. Dobrze się bawił w przybytku Mags i miał nadzieję, że jeszcze ją odwiedzi. – Ile pieniędzy chcesz pożyczyć?

Mags, nauczona, jak reagować na zmiany nastrojów u mężczyzn, znowu zmieniła ton, tym razem na bardziej rzeczowy:

– Na targu w Bristolu młode, świeże niewolne kosztują około funta za jedną.

Biskup pokiwał głową. W Bristolu, kilka dni drogi stąd, odbywał się duży targ niewolników. Jak zwykle szybko podjął decyzję.

– Jeśli dziś pożyczę ci dziesięć funtów, za rok oddasz mi dwadzieścia?

Oczy Mags rozbłysły, lecz rajfurka udała, że się waha.

– Nie wiem, czy stali klienci wrócą tak szybko.

– Zawsze trafią się jacyś żeglarze. A nowe dziewczyny przyciągną więcej mężczyzn. W twoim zawodzie nigdy nie brakuje klientów.

– Daj mi półtora roku.

– Za rok w Boże Narodzenie oddasz mi dwadzieścia pięć funtów.

– Zgoda – odparła Mags, choć wyglądała na zmartwioną.

Wynstan przywołał Cnebbę, rosłego męża w żelaznym hełmie, który strzegł biskupich pieniędzy.

– Daj jej dziesięć funtów – rozkazał.

– Szkatułka jest w klasztorze. – Cnebba zwrócił się do Mags: – Chodź ze mną.

– I nie oszukaj jej – przykazał Wynstan. – Możesz ją wychędożyć, ale ma dostać dziesięć funtów.

– Niech was Bóg błogosławi, biskupie – odparła kobieta.

Położył jej palec na ustach.

– Podziękujesz mi później, kiedy zrobi się ciemno.

Ujęła go za rękę i lubieżnie polizała jego palec.

– Nie mogę się doczekać – wymruczała.

Wynstan oddalił się, nim ktokolwiek ich zobaczył.

Rozejrzał się po twarzach zgromadzonych. Ludzie byli zrozpaczeni i rozżaleni, lecz nie można było nic na to poradzić. Napotkał wzrok syna szkutnika i przywołał go skinieniem dłoni. Edgar podszedł do drzwi kościoła. Tuż za nim dreptała brązowo-biała suka.

– Zawołaj matkę – polecił mu Wynstan. – I braci. Może będę mógł wam pomóc.

– Dziękuję, panie! – odparł uradowany chłopak. – Chcesz, panie, byśmy zbudowali statek?

– Nie.

– O co więc chodzi? – spytał Edgar, wyraźnie markotniejąc.

– Zawołaj matkę, to wszystko wyjaśnię.

– Tak, panie.

Chłopak odszedł i chwilę później wrócił z Mildred, nieufnie popatrującą na biskupa, i dwoma młodymi mężczyznami, którzy pewnie byli jego braćmi. Obaj przewyższali go wzrostem, lecz nie wyglądali na równie inteligentnych. Trzech silnych młodzieńców i matka, która wiele w życiu przeszła – oto czego potrzeba było Wynstanowi.

– Słyszałem o opuszczonej farmie – zaczął. Pozbywając się krnąbrnej Mildred, wyświadczy Wigelmowi przysługę.

Edgar wyglądał na przerażonego.

– Jesteśmy szkutnikami, nie rolnikami – odparł.

– Zawrzyj gębę, Edgarze – zrugała go matka.

– Potrafisz prowadzić gospodarstwo, wdowo? – zwrócił się do niej biskup.

– Urodziłam się na farmie.

– Ta leży nad rzeką.

– Jaka jest duża?

– Trzydzieści akrów ziemi. Podobno to wystarczy, żeby wyżywić rodzinę.

– To zależy od gleby.

– I od rodziny.

Mildred nie dała się zbyć.

– Jaka jest tam gleba?

– Taka, jakiej można się spodziewać: trochę bagnista przy rzece, nieco wyżej, na wzniesieniu, lekka i ilasta. Obsiano ją owsem, który właśnie zaczyna kiełkować. Musicie go tylko zżąć i będziecie gotowi na zimę.

– Jakieś woły?

– Nie, ale nie będą wam potrzebne. To lekka ziemia, obejdziecie się bez pługa.

– Czemu ta farma jest opuszczona? – Mildred zmrużyła oczy.

Było to sprytne pytanie. Prawda wyglądała tak, że ostatni dzierżawca nie był w stanie wyżywić rodziny z plonów, które dawała marna ziemia. Jego żona i trójka małych dzieci umarli, a dzierżawca uciekł. Ale ta rodzina była inna – trzech dobrych, silnych robotników i tylko cztery gęby do wykarmienia. Rzecz jasna im również będzie ciężko, lecz Wynstan miał przeczucie, że sobie poradzą. Mimo wszystko nie zamierzał mówić im prawdy.

– Dzierżawca zmarł na gorączkę, a jego żona wróciła do matki – skłamał.