Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 507 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Człowiek z Sankt Petersburga - Ken Follett

Rok 1914. Nad Europą wisi groźba wojny. W obliczu zagrożenia rosnącą potęgą militarną Niemiec Winston Churchill, Pierwszy Lord Admiralicji, dąży do zawarcia tajnego sojuszu wojskowego z Rosją. Na rozmowy do Londynu przybywa wysłannik cara, książę Aleksy Orłow. Zawarciu przymierza sprzeciwiają się rosyjscy anarchiści, przebywający na wygnaniu w Szwajcarii. Młody anarchista Feliks Krzesiński zgłasza się na ochotnika do niebezpiecznej misji zgładzenia Orłowa. Śmierć księcia doprowadziłaby do zerwania negocjacji i odmieniła losy przyszłej wojny. Czy Feliksowi uda się wykonać zadanie? W Londynie rozpoczyna się obława na zamachowca...

Opinie o ebooku Człowiek z Sankt Petersburga - Ken Follett

Fragment ebooka Człowiek z Sankt Petersburga - Ken Follett

Wydanie elektroniczne

KEN FOL­LETT

Świa­to­wej sła­wy pi­sarz bry­tyj­ski. Po ukoń­cze­niu stu­diów fi­lo­zo­ficz­nych na Uni­ver­si­ty Col­le­ge w Lon­dy­nie pra­co­wał jako re­por­ter i bez więk­sze­go suk­ce­su pu­bli­ko­wał po­wie­ści sen­sa­cyj­ne pod kil­ko­ma pseu­do­ni­ma­mi. Je­de­na­sta z ko­lei – thril­ler wo­jen­ny za­ty­tu­ło­wa­ny Igła – przy­nio­sła mu za­słu­żo­ną sła­wę, zo­sta­ła też na­tych­miast sfil­mo­wa­na z Do­nal­dem Su­ther­lan­dem w ty­tu­ło­wej roli nie­miec­kie­go szpie­ga. Fol­lett wy­spe­cja­li­zo­wał się w thril­le­rach, naj­czę­ściej (choć nie tyl­ko) osa­dzo­nych w re­aliach II woj­ny świa­to­wej (m.in. Klucz do Re­be­ki, Noc nad oce­anem, Lot Ćmy, Trze­ci bliź­niak, Za­bój­cza pa­mięć, Za­mieć) oraz po­wie­ściach hi­sto­rycz­no-przy­go­do­wych (Nie­bez­piecz­na for­tu­na, Fi­la­ry Zie­mi, Świat bez koń­ca, Upa­dek gi­gan­tów, Zima świa­ta). Jego do­ro­bek li­te­rac­ki spo­tkał się z za­in­te­re­so­wa­niem twór­ców fil­mo­wych. Na kan­wie kil­ku ksią­żek po­wsta­ły fil­my ki­no­we bądź se­ria­le te­le­wi­zyj­ne (Klucz do Re­be­ki, Trze­ci bliź­niak, Za­mieć, Na skrzy­dłach or­łów, Fi­la­ry Zie­mi, a ostat­nio Świat bez koń­ca).

Tego au­to­ra

Po­wie­ści hi­sto­rycz­ne

NIE­BEZ­PIECZ­NA FOR­TU­NA

UCIE­KI­NIER

CZŁO­WIEK Z SANKT PE­TERS­BUR­GA

Fi­la­ry Zie­mi

FI­LA­RY ZIE­MI

ŚWIAT BEZ KOŃ­CA

Stu­le­cie

UPA­DEK GI­GAN­TÓW

ZIMA ŚWIA­TA

KRA­WĘDŹ WIECZ­NO­ŚCI

Thril­le­ry wo­jen­ne

IGŁA

KRYP­TO­NIM KAW­KI

LOT ĆMY

KLUCZ DO RE­BE­KI

NOC NAD OCE­ANEM

Thril­le­ry

MŁOT EDE­NU

ZA­BÓJ­CZA PA­MIĘĆ

TRÓJ­KA

ZA­MIEĆ

SKAN­DAL Z MO­DI­GLIA­NIM

TRZE­CI BLIŹ­NIAK

LWY PAN­SZI­RU

PA­PIE­RO­WE PIE­NIĄ­DZE

Li­te­ra­tu­ra fak­tu

NA SKRZY­DŁACH OR­ŁÓW

www.ken-fol­lett.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE MAN FROM ST. PE­TERS­BURG

Co­py­ri­ght © Ken Fol­lett 1982

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2002

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © An­drzej Szulc 2002

Re­dak­cja: Da­nu­ta Wdow­czyk

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-052-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Nie moż­na ko­chać ludz­ko­ści.

Moż­na tyl­ko ko­chać lu­dzi.

Gra­ham Gre­ene

1

Wal­den uwiel­biał ta­kie le­ni­we, nie­dziel­ne po­po­łu­dnia. Stał przy otwar­tym oknie i spo­glą­dał na park. Na roz­le­głym, pła­skim traw­ni­ku ro­sły dwa po­tęż­ne dęby, szkoc­ka so­sna, kil­ka kasz­ta­nów i wierz­ba przy­po­mi­na­ją­ca dziew­czę­cą gło­wę z roz­pusz­czo­ny­mi wło­sa­mi. Słoń­ce sta­ło wy­so­ko, do­rod­ne drze­wa rzu­ca­ły ciem­ny, chłod­ny cień. Pta­ki umil­kły, tyl­ko z kwit­ną­ce­go przy oknie po­wo­ju do­cho­dzi­ło bu­cze­nie sy­tych psz­czół. W domu rów­nież pa­no­wa­ła ci­sza. Więk­szość służ­by mia­ła wol­ne po­po­łu­dnie. Je­dy­ny­mi go­ść­mi tego week­en­du byli brat Wal­de­na Geo­r­ge, jego żona Cla­ris­sa i ich dzie­ci. Geo­r­ge po­szedł na spa­cer, Cla­ris­sa po­ło­ży­ła się, a dzie­ci były gdzieś poza za­się­giem wzro­ku. Wal­den od­prę­żył się. W na­bo­żeń­stwie uczest­ni­czył oczy­wi­ście w sur­du­cie, a za go­dzi­nę lub dwie miał prze­brać się do obia­du we frak i bia­ły kra­wat, tym­cza­sem jed­nak świet­nie czuł się w twe­edo­wym gar­ni­tu­rze i ko­szu­li z mięk­kim koł­nie­rzy­kiem. Je­śli tyl­ko Li­dia za­gra dziś wie­czo­rem na for­te­pia­nie, po­my­ślał, to bę­dzie na­praw­dę wspa­nia­ły dzień.

Ob­ró­cił się ku żo­nie.

– Za­grasz po obie­dzie?

– Je­śli tyl­ko so­bie tego ży­czysz – od­par­ła z uśmie­chem.

Wal­den usły­szał ha­łas i zno­wu wyj­rzał przez okno. U szczy­tu alei, w od­le­gło­ści kil­ku­set me­trów, zo­ba­czył au­to­mo­bil. Ogar­nę­ła go iry­ta­cja, po­dob­na do do­skwie­ra­ją­ce­go mu przed bu­rzą, zło­śli­we­go kłu­cia w pra­wej no­dze. Dla­cze­go przej­mu­ję się au­to­mo­bi­lem? – po­my­ślał. Nie miał nic prze­ciw­ko au­to­mo­bi­lom – sam po­sia­dał lan­che­ste­ra i uży­wał go re­gu­lar­nie, jeż­dżąc do Lon­dy­nu – la­tem jed­nak sta­no­wi­ły one dla miesz­kań­ców wio­ski praw­dzi­wą udrę­kę, pę­dzi­ły bo­wiem z ry­kiem, wznie­ca­jąc tu­ma­ny ku­rzu. Od ja­kie­goś cza­su Wal­den no­sił się z za­mia­rem wy­as­fal­to­wa­nia pa­ru­set me­trów dro­gi. Nor­mal­nie nie wa­hał­by się ani chwi­li, ale od roku 1909, kie­dy Lloyd Geo­r­ge po­wo­łał Za­rząd Dróg, spra­wa ta nie na­le­ża­ła już do jego kom­pe­ten­cji. To wła­śnie, uświa­do­mił so­bie, było po­wo­dem jego iry­ta­cji. Ty­po­wy przy­kład sta­no­wie­nia pra­wa przez li­be­ra­łów: bio­rą od czło­wie­ka pie­nią­dze, żeby wy­ko­nać coś, co rów­nie do­brze zro­bił­by sam, a na­stęp­nie sie­dzą z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi. Przy­pusz­czam, że w koń­cu sam wy­as­fal­tu­ję tę dro­gę, po­my­ślał, de­ner­wu­ją­cy jest tyl­ko fakt, że dwa razy trze­ba bę­dzie pła­cić za to samo.

Au­to­mo­bil skrę­cił na wy­sy­pa­ny żwi­rem pod­jazd. Kle­ko­cąc i ha­ła­su­jąc, za­trzy­mał się na­prze­ciw­ko wej­ścia po­łu­dnio­we­go. Spa­li­ny z rury wy­de­cho­wej do­le­cia­ły aż do okna i Wal­den wstrzy­mał na chwi­lę od­dech. Kie­row­ca, ubra­ny w kask, go­gle i cięż­ki płaszcz do jaz­dy, otwo­rzył drzwi przed pa­sa­że­rem. Z au­to­mo­bi­lu wy­siadł ni­ski męż­czy­zna w czar­nym płasz­czu i czar­nym fil­co­wym ka­pe­lu­szu. Wal­den po­znał go i za­mar­ło mu ser­ce: spo­koj­ne let­nie po­po­łu­dnie do­bie­gło koń­ca.

– To Win­ston Chur­chill – po­wie­dział.

– Ja­kież to krę­pu­ją­ce – żach­nę­ła się Li­dia.

Ten czło­wiek po pro­stu nie daje się spła­wić. W czwar­tek wy­słał li­ścik, któ­ry Wal­den zwy­czaj­nie zi­gno­ro­wał. W pią­tek za­dzwo­nił do lon­dyń­skie­go domu Wal­de­na, gdzie po­in­for­mo­wa­no go, że ear­la nie ma w domu. A te­raz, w nie­dzie­lę, prze­był dłu­gą dro­gę aż do Nor­fol­ku. Zo­sta­nie po­now­nie od­pra­wio­ny. Czy wy­obra­ża so­bie, że jego upór wy­wrze na kimś wra­że­nie? – py­tał sam sie­bie Wal­den.

Nie lu­bił być nie­grzecz­ny, ale ten czło­wiek w peł­ni na to za­słu­gi­wał. Rząd li­be­ra­łów, w któ­rym Chur­chill peł­nił funk­cję mi­ni­stra, w spo­sób ha­nieb­ny wy­stą­pił prze­ciw­ko fun­da­men­tom an­giel­skie­go spo­łe­czeń­stwa, opo­dat­ko­wu­jąc wiel­ką wła­sność ziem­ską, osła­bia­jąc zna­cze­nie Izby Lor­dów, usi­łu­jąc od­dać Ir­lan­dię w ręce ka­to­li­ków, prze­trze­bia­jąc Kró­lew­ską Ma­ry­nar­kę Wo­jen­ną i ustę­pu­jąc przed szan­ta­żem związ­ków za­wo­do­wych i prze­klę­tych so­cja­li­stów. Nie, Wal­den i jego przy­ja­cie­le nig­dy nie uści­sną ręki lu­dziom ta­kie­go po­kro­ju.

Drzwi otwo­rzy­ły się i do po­ko­ju wszedł Prit­chard, wy­so­ki męż­czy­zna o na­sma­ro­wa­nych bry­lan­ty­ną czar­nych wło­sach. Wy­wo­dził się z lon­dyń­skie­go przed­mie­ścia i mało kogo mógł oszu­kać do­stoj­ną miną, jaką przy­bie­rał na uży­tek go­ści. Jako mło­dy chło­pak uciekł na mo­rze i zszedł ze stat­ku we wschod­niej Afry­ce. Wal­den, prze­by­wa­ją­cy tam wów­czas na sa­fa­ri, wy­na­jął go do pil­no­wa­nia miej­sco­wych tra­ga­rzy. Od tej pory sta­li się nie­roz­łącz­ni. Obec­nie Prit­chard był u Wal­de­na ma­jor­do­mu­sem i to­wa­rzy­szył mu za­rów­no w domu w Lon­dy­nie, jak i w re­zy­den­cji na wsi. Byli przy­ja­ciół­mi, oczy­wi­ście na tyle, na ile pan może się przy­jaź­nić ze słu­gą.

– Przy­był Pierw­szy Lord Ad­mi­ra­li­cji, mi­lor­dzie – oznaj­mił Prit­chard.

– Nie ma mnie w domu – od­parł Wal­den.

Prit­chard wy­da­wał się lek­ko za­kło­po­ta­ny. Nie przy­wykł do wy­rzu­ca­nia za drzwi człon­ków ga­bi­ne­tu. Lo­kaj mo­je­go ojca po­ra­dził­by so­bie z tym bez zmru­że­nia oka, po­my­ślał Wal­den; sta­re­mu Thom­so­no­wi po­zwo­lo­no jed­nak ła­ska­wie odejść na eme­ry­tu­rę i ho­do­wał te­raz róże w ogród­ku przy swo­im domu we wsi. Prit­chard nie mógł so­bie ja­koś przy­swo­ić jego nie­wzru­szo­ne­go do­sto­jeń­stwa.

Prit­chard za­czął po­ły­kać spół­gło­ski, co było ozna­ką, że albo jest bar­dzo roz­luź­nio­ny, albo bar­dzo spię­ty.

– Pan Chur­chill po­edział, że pan, mi­lor­dzie, po­wie, że nie ma pana w domu. I po­edział, żeby od­dać panu ten list. – Po­dał na tacy ko­per­tę. Wal­den nie zno­sił lu­dzi na­chal­nych.

– Od­daj mu go – po­wie­dział zde­ner­wo­wa­ny.

Na­gle za­trzy­mał się i przyj­rzał po­now­nie cha­rak­te­ro­wi pi­sma na ko­per­cie. Było coś zna­jo­me­go w tych du­żych, wy­raź­nych, lek­ko po­chy­łych li­te­rach.

– O, mój Boże – wy­szep­tał.

Wziął ko­per­tę, otwo­rzył ją i wy­jął po­je­dyn­czą, zło­żo­ną na pół kart­kę gru­be­go bia­łe­go pa­pie­ru. Na gó­rze wid­nia­ła czer­wo­na pie­częć kró­lew­ska. Wal­den prze­czy­tał:

Pa­łac Buc­kin­gham, 1 maja 1914 roku

Mój dro­gi Wal­de­nie

Przyj­mij mło­de­go Win­sto­na.

Je­rzy R. V.

– To od kró­la – po­in­for­mo­wał Li­dię.

Był tak za­że­no­wa­ny, że aż się za­czer­wie­nił. Wcią­gać kró­la w coś ta­kie­go było po pro­stu strasz­li­wym nie­tak­tem. Czuł się jak uczeń, któ­re­go wy­tar­ga­no za uszy i ka­za­no za­jąć się lek­cja­mi. Przez mo­ment ku­si­ło go, żeby od­mó­wić kró­lo­wi. Ale kon­se­kwen­cje… Li­dii nie przy­ję­to by już wię­cej u kró­lo­wej, lu­dziom nie by­ło­by wol­no za­pra­szać Wal­de­nów na przy­ję­cia, na któ­rych mo­gli­by być obec­ni człon­ko­wie ro­dzi­ny pa­nu­ją­cej i – co naj­gor­sze ze wszyst­kie­go – cór­ka Wal­de­na, Char­lot­te, nie zo­sta­ła­by przed­sta­wio­na na dwo­rze. Ży­cie to­wa­rzy­skie ca­łej ro­dzi­ny le­gło­by w gru­zach. Rów­nie do­brze mo­gli­by się spa­ko­wać i wy­je­chać do in­ne­go kra­ju. Nie, nie spo­sób było sprze­ci­wić się woli kró­la.

Wal­den wes­tchnął. Chur­chill po­ko­nał go. Przy­jął to po­nie­kąd z ulgą: te­raz mógł wy­ła­mać się z sze­re­gu i nikt nie po­wi­nien mieć mu tego za złe. List od kró­la, sta­rusz­ku, mógł się uspra­wie­dli­wiać, nic się nie dało zro­bić, sam ro­zu­miesz.

– Po­proś tu­taj pana Chur­chil­la – po­wie­dział do Prit­char­da.

Po­dał list Li­dii. Li­be­ra­ło­wie na­praw­dę nie mają po­ję­cia, jak po­win­na funk­cjo­no­wać mo­nar­chia.

– Król jest po pro­stu za mało sta­now­czy w sto­sun­ku do tych lu­dzi – mruk­nął.

– To sta­je się okrop­nie nud­ne – za­uwa­ży­ła Li­dia.

Nie jest ani tro­chę znu­dzo­na, po­my­ślał Wal­den. W rze­czy­wi­sto­ści uwa­ża pew­nie tę sy­tu­ację za rzecz cał­kiem eks­cy­tu­ją­cą; po­wie­dzia­ła tak, bo tak wła­śnie wy­ra­zi­ła­by się an­giel­ska dama, a po­nie­waż nie była An­giel­ką, lecz Ro­sjan­ką, lu­bi­ła mó­wić w spo­sób ty­po­wy dla An­gli­ków, po­dob­nie jak ktoś, kto świe­żo na­uczył się fran­cu­skie­go, bę­dzie wszę­dzie wtrą­cał hein? i alors.

Wal­den pod­szedł do okna. Au­to­mo­bil Chur­chil­la wciąż war­czał i dy­mił na pod­jeź­dzie. Kie­row­ca stał przy nim, jed­ną ręką przy­trzy­mu­jąc drzwi, jak­by miał do czy­nie­nia z ko­niem, któ­ry w każ­dej chwi­li może się wy­rwać i po­gnać na pa­stwi­sko. Kil­ku słu­żą­cych przy­glą­da­ło się ma­szy­nie z bez­piecz­nej od­le­gło­ści.

Prit­chard wszedł i za­po­wie­dział:

– Pan Win­ston Chur­chill.

Chur­chill miał czter­dzie­ści lat, do­kład­nie dzie­sięć mniej niż Wal­den. Był ni­skim, szczu­płym męż­czy­zną, ubra­nym, we­dług ear­la, nie­co zbyt ele­ganc­ko jak na praw­dzi­we­go dżen­tel­me­na. W szyb­kim tem­pie prze­rze­dza­ły mu się wło­sy – zo­sta­ła mu tyl­ko kęp­ka na czub­ku gło­wy i dwa loki na skro­niach, co w po­łą­cze­niu z krót­kim no­sem i nie­ustan­nym iro­nicz­nym bły­skiem w oku, nada­wa­ło mu zło­śli­wy wy­gląd. Nie­trud­no było zro­zu­mieć, dla­cze­go ka­ry­ka­tu­rzy­ści re­gu­lar­nie przed­sta­wia­li go w po­sta­ci pod­stęp­ne­go che­ru­ba.

– Dzień do­bry, lor­dzie Wal­den – po­wie­dział we­so­ło Chur­chill, ści­ska­jąc mu rękę. Ukło­nił się Li­dii. – Lady Wal­den, wi­tam pa­nią.

Co jest ta­kie­go w tym czło­wie­ku, że gra mi na ner­wach? – za­sta­na­wiał się Wal­den. Po­pro­sił go, żeby usiadł, a Li­dia za­pro­po­no­wa­ła her­ba­tę. Nie wsz­czy­nał luź­nej po­ga­węd­ki; chciał szyb­ko do­wie­dzieć się, o co ten cały ha­łas.

– Przede wszyst­kim chciał­bym, rów­nież w imie­niu kró­la, prze­pro­sić pana za naj­ście – za­czął Chur­chill.

Wal­den kiw­nął gło­wą. Nie miał za­mia­ru uła­twiać tam­te­mu sy­tu­acji, twier­dząc, że nic się nie sta­ło.

– Chciał­bym do­dać, że nig­dy bym się do cze­goś ta­kie­go nie po­su­nął, gdy­by nie spra­wy naj­wyż­szej wagi pań­stwo­wej.

– Le­piej niech mi je pan przed­sta­wi.

– Czy wie pan, co dzie­je się na ryn­ku fi­nan­so­wym?

– Owszem. Pod­nio­sła się sto­pa dys­kon­to­wa.

– Z jed­ne­go i trzech czwar­tych do pra­wie trzech pro­cent. Jest to ol­brzy­mi wzrost i na­stą­pił w cią­gu kil­ku ostat­nich ty­go­dni.

– Spo­dzie­wam się, że pan wie dla­cze­go.

Chur­chill ski­nął gło­wą.

– Fir­my nie­miec­kie za­dłu­ża­ją się na wiel­ką ska­lę, wy­co­fu­jąc go­tów­kę i ku­pu­jąc zło­to. Jesz­cze kil­ka ty­go­dni i Niem­cy, kosz­tem in­nych kra­jów, ścią­gną do sie­bie wszyst­ko. Będą mie­li nie­spła­co­ne dłu­gi i re­zer­wy zło­ta wyż­sze niż kie­dy­kol­wiek w ich hi­sto­rii.

– Przy­go­to­wu­ją się do woj­ny.

– W ten i na sze­reg in­nych spo­so­bów. Pod­nie­śli po­dat­ki o mi­liard ma­rek w sto­sun­ku do ich po­przed­niej wy­so­ko­ści, aby wzmoc­nić ar­mię, któ­ra i tak jest już naj­sil­niej­sza w Eu­ro­pie. Pa­mię­ta pan, że kie­dy w roku ty­siąc dzie­więć­set dzie­wią­tym Lloyd Geo­r­ge pod­niósł bry­tyj­skie po­dat­ki o pięt­na­ście mi­lio­nów fun­tów szter­lin­gów, o mało nie do­pro­wa­dzi­ło to do re­wo­lu­cji. Cóż, mi­liard ma­rek sta­no­wi w przy­bli­że­niu rów­no­war­tość pięć­dzie­się­ciu mi­lio­nów fun­tów. To naj­wyż­sze po­dat­ki w hi­sto­rii Eu­ro­py.

– Tak, rze­czy­wi­ście – prze­rwał Wal­den. Oba­wiał się, że Chur­chill zno­wu za­cznie swo­je ora­tor­skie po­pi­sy. Nie ży­czył so­bie, żeby tam­ten wy­gła­szał przed nim mowę. – My, kon­ser­wa­ty­ści, od dłuż­sze­go już cza­su za­nie­po­ko­je­ni by­li­śmy roz­wo­jem nie­miec­kie­go mi­li­ta­ry­zmu. Te­raz, za pięć dwu­na­sta, oznaj­mia mi pan, że mie­li­śmy ra­cję.

Chur­chill nie dał się zbić z tro­pu.

– Niem­cy za­ata­ku­ją Fran­cję, to pra­wie pew­ne. Py­ta­nie brzmi: czy przyj­dzie­my Fran­cji z po­mo­cą?

– Ależ skąd – od­parł ze zdu­mie­niem Wal­den. – Mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych za­pew­nił nas prze­cież, że nie mamy żad­nych zo­bo­wią­zań wo­bec Fran­cji…

– Sir Edward, oczy­wi­ście, uczy­nił to ze szcze­re­go prze­ko­na­nia – przy­tak­nął Chur­chill. – Ale był w błę­dzie. Na­sze po­ro­zu­mie­nie z Pa­ry­żem jest tego ro­dza­ju, że nie mo­że­my stać z boku i pa­trzeć, jak Fran­cja pada w wal­ce z Niem­ca­mi.

Wal­den był wstrzą­śnię­ty. Li­be­ra­łom uda­ło się prze­ko­nać wszyst­kich, jego nie wy­klu­cza­jąc, że nie wcią­gną An­glii do woj­ny; a te­raz je­den z ich naj­waż­niej­szych mi­ni­strów twier­dzi coś wprost prze­ciw­ne­go. Dwu­li­co­wość po­li­ty­ków może do­pro­wa­dzić do sza­łu, ale Wal­den ry­chło o niej za­po­mniał, kie­dy za­czął za­sta­na­wiać się, ja­kie kon­se­kwen­cje po­cią­gnie za sobą ta woj­na. My­ślał o zna­nych mu mło­dych lu­dziach, któ­rzy będą mu­sie­li pójść na front: o nie­mra­wych, opie­ku­ją­cych się jego par­kiem ogrod­ni­kach, o bez­czel­nych, krę­cą­cych się po jego domu lo­ka­jach, o ogo­rza­łych na twa­rzy pa­rob­kach z fol­war­ku, o nie­sfor­nych stu­den­tach, o próż­nia­kach za­bi­ja­ją­cych czas w klu­bach przy St. Ja­mes’s. a po­tem ta myśl od­pły­nę­ła, ustę­pu­jąc miej­sca na­stęp­nej, o wie­le bar­dziej przy­gnę­bia­ją­cej.

– Czy je­ste­śmy w ogó­le w sta­nie wy­grać tę woj­nę? – za­py­tał.

Chur­chill przy­brał po­waż­ną minę.

– Są­dzę, że nie.

Wal­den wle­pił w nie­go oczy.

– Na miły Bóg, co­ście naj­lep­sze­go na­ro­bi­li?

– W na­szej po­li­ty­ce kie­ro­wa­li­śmy się za­wsze chę­cią unik­nię­cia woj­ny – za­czął się bro­nić Chur­chill – a nie moż­na pro­wa­dzić ta­kiej po­li­ty­ki i rów­no­cze­śnie zbro­ić się po zęby.

– Ale nie uda­ło wam się unik­nąć woj­ny.

– Wciąż się o to sta­ra­my.

– Ale są­dzi­cie, że to się wam nie uda.

Wy­da­wa­ło się, że Chur­chill chce się sprze­ci­wić, ale prze­łknął tyl­ko śli­nę.

– Nie­ste­ty tak.

– Więc co te­raz bę­dzie?

– W sy­tu­acji, kie­dy An­glia i Fran­cja nie są w sta­nie po­ko­nać Nie­miec wspól­ny­mi si­ła­mi, mu­si­my mieć jesz­cze jed­ne­go so­jusz­ni­ka: trze­cie pań­stwo, któ­re znaj­dzie się po na­szej stro­nie. Tym pań­stwem jest Ro­sja. Kie­dy Niem­cy po­dzie­lą swo­je siły i zmu­sze­ni będą wal­czyć na dwa fron­ty, wów­czas mo­że­my wy­grać. Ar­mia ro­syj­ska jest nie­udol­na i sko­rum­po­wa­na, jak wszyst­ko inne w tym kra­ju, ale nie gra to żad­nej roli, do­pó­ki jest w sta­nie ścią­gnąć na sie­bie część sił nie­miec­kich.

Chur­chill do­sko­na­le wie­dział, że Li­dia jest Ro­sjan­ką. Lek­ce­wa­żą­ce mó­wie­nie o Ro­sji w jej obec­no­ści świad­czy­ło o ty­po­wym dla nie­go bra­ku tak­tu, ale Wal­den pu­ścił mu to pła­zem, tak był za­in­try­go­wa­ny tym, co usły­szał.

– Ro­sja za­war­ła prze­cież przy­mie­rze z Fran­cją – po­wie­dział.

– To nie wy­star­cza – od­parł Chur­chill. – Roz­strzy­gnię­cie, czy Fran­cja jest ofia­rą agre­sji, czy agre­so­rem, po­zo­sta­wia się w każ­dym przy­pad­ku Ro­sji. Kie­dy wy­bu­cha woj­na, każ­da ze stron twier­dzi na ogół, że zo­sta­ła na­pad­nię­ta. Dla­te­go to przy­mie­rze zo­bo­wią­zu­je Ro­sję do wal­ki wy­łącz­nie wte­dy, kie­dy ta ma na to ocho­tę. Do ni­cze­go wię­cej. Chce­my, żeby Ro­sja na nowo i sta­now­czo opo­wie­dzia­ła się po na­szej stro­nie.

– Nie mogę so­bie was wy­obra­zić, jak wy­mie­nia­cie uścisk dło­ni z ca­rem.

– W ta­kim ra­zie, wca­le nas pan nie zna. Żeby oca­lić An­glię, go­to­wi je­ste­śmy pak­to­wać z sa­mym dia­błem.

– Nie spodo­ba się to wa­szym zwo­len­ni­kom.

– Nie będą o ni­czym wie­dzie­li.

Wal­den do­my­ślał się, do cze­go to wszyst­ko pro­wa­dzi. Per­spek­ty­wa była eks­cy­tu­ją­ca.

– Co pan ma na my­śli? Taj­ny trak­tat? Czy nie­pi­sa­ne po­ro­zu­mie­nie?

– Jed­no i dru­gie.

Wal­den przyj­rzał się Chur­chil­lo­wi przez zmru­żo­ne po­wie­ki. Ten mło­dy de­ma­gog ma ro­zum nie od pa­ra­dy, po­my­ślał, i może go wy­ko­rzy­stać prze­ciw­ko mnie. A za­tem li­be­ra­ło­wie pra­gną za­wrzeć taj­ny trak­tat z ca­rem – nie ba­cząc na nie­na­wiść, jaką na­ród an­giel­ski żywi do bru­tal­ne­go, pa­nu­ją­ce­go w Ro­sji re­żi­mu – ale dla­cze­go zdra­dza­ją mi swo­je za­my­sły? Chcą mnie ja­koś zwią­zać z tą spra­wą, to ja­sne. W ja­kim celu? Po to, żeby je­że­li coś się nie po­wie­dzie, mieć pod ręką ko­zła ofiar­ne­go, kon­ser­wa­ty­stę na do­da­tek? Żeby zwa­bić mnie w taką pu­łap­kę, po­trzeb­ny był­by in­try­gant bar­dziej sub­tel­ny niż Chur­chill.

– Pro­szę da­lej – po­wie­dział.

– Roz­po­czą­łem z Ro­sja­na­mi roz­mo­wy na te­mat ma­ry­nar­ki wo­jen­nej, przy oka­zji na­szych woj­sko­wych ne­go­cja­cji z Fran­cją. Przez ja­kiś czas uczest­ni­czy­li w nich urzęd­ni­cy dość ni­skiej ran­gi, te­raz jed­nak ro­ko­wa­nia na­bie­ra­ją ru­mień­ców. Do Lon­dy­nu ma przy­być mło­dy ro­syj­ski ad­mi­rał. To ksią­żę Alek­sy An­drie­je­wicz Or­łow.

– Aleks! – krzyk­nę­ła ci­cho Li­dia.

Chur­chill rzu­cił jej spoj­rze­nie.

– Zda­je się, że to pani krew­ny, lady Wal­den.

– Tak – przy­zna­ła Li­dia. Coś, o czym Wal­den nie miał naj­mniej­sze­go po­ję­cia, naj­wy­raź­niej wy­trą­ci­ło ją z rów­no­wa­gi.

– Jest sy­nem mo­jej star­szej sio­stry, co ozna­cza, że jest moim. ku­zy­nem?

– Sio­strzeń­cem – pod­po­wie­dział Wal­den.

– Nie wie­dzia­łam, że zo­stał ad­mi­ra­łem – mó­wi­ła da­lej.

– Mu­sie­li go nie­daw­no mia­no­wać.

Wy­da­wa­ła się te­raz jak zwy­kle do­sko­na­le opa­no­wa­na i Wal­den nie wie­dział, czy nie przy­śni­ło mu się to, cze­go świad­kiem był przed chwi­lą. Rad był, że Aleks przy­jeż­dża do Lon­dy­nu: bar­dzo lu­bił tego chło­pa­ka.

– Jest mło­dy jak na tak wy­so­ką szar­żę – stwier­dzi­ła Li­dia.

– Ma trzy­dzie­ści lat – od­parł Chur­chill i Wal­den uświa­do­mił so­bie, że czter­dzie­sto­let­ni Chur­chill jest rów­nież bar­dzo mło­dy jak na funk­cję, da­ją­cą mu wła­dzę nad całą Kró­lew­ską Ma­ry­nar­ką Wo­jen­ną. Pierw­szy Lord wy­dął dum­nie war­gi, jak­by chciał po­wie­dzieć: „Świat na­le­ży do ge­nial­nych mło­dych lu­dzi, ta­kich jak ja i Or­łow”.

A jed­nak i mnie do cze­goś po­trze­bu­je­cie, po­my­ślał Wal­den.

– Po­nad­to – kon­ty­nu­ował Chur­chill – Or­łow jest przez swe­go ojca, nie­ży­ją­ce­go już księ­cia, sio­strzeń­cem sa­me­go cara i, co jesz­cze waż­niej­sze, jed­nym z nie­wie­lu lu­dzi spo­za krę­gu Ra­spu­ti­na, któ­rych car lubi i któ­rych ob­da­rza za­ufa­niem. Je­że­li w do­wódz­twie ro­syj­skiej ma­ry­nar­ki wo­jen­nej jest ktoś, kto po­tra­fi prze­cią­gnąć cara na na­szą stro­nę, to tą oso­bą jest Or­łow.

– A mój udział w tym wszyst­kim? – Wal­den za­dał py­ta­nie, któ­re cały czas cho­dzi­ło mu po gło­wie.

– Chcę, żeby re­pre­zen­to­wał pan An­glię pod­czas tych roz­mów. i chcę, żeby przy­niósł mi pan Ro­sję na ta­le­rzu.

Ten fa­cet nig­dy nie może się oprzeć po­ku­sie, żeby nie za­cho­wy­wać się jak w ta­nim me­lo­dra­ma­cie, po­my­ślał Wal­den.

– Chce pan, aby­śmy ra­zem z Alek­sem wy­ne­go­cjo­wa­li an­giel­sko-ro­syj­ski trak­tat woj­sko­wy?

– Tak.

Wal­den na­tych­miast po­jął, jak trud­ne, śmia­łe i obie­cu­ją­ce by­ło­by to za­da­nie. Stłu­mił ogar­nia­ją­ce go pod­nie­ce­nie i po­ku­sę, aby wstać i przejść się po po­ko­ju.

– Zna pan oso­bi­ście cara – mó­wił Chur­chill. – Zna pan Ro­sję i mówi pan płyn­nie po ro­syj­sku. Jako mąż lady Wal­den jest pan wu­jem Or­ło­wa. Już raz przed­tem skło­nił pan cara do opo­wie­dze­nia się po stro­nie An­glii prze­ciw Niem­com, w roku ty­siąc dzie­więć­set szó­stym, kie­dy pań­ska in­ter­wen­cja za­po­bie­gła ra­ty­fi­ka­cji trak­ta­tu z Bjor­ko. – Chur­chill prze­rwał.

– Mimo to po­cząt­ko­wo nie bra­li­śmy pod uwa­gę pań­skiej kan­dy­da­tu­ry jako na­sze­go re­pre­zen­tan­ta w tych ne­go­cja­cjach. W West­min­ste­rze spra­wy mają się w ten spo­sób…

– Tak, tak – Wal­den nie chciał roz­po­czy­nać dys­ku­sji na ten te­mat. – Jed­nak coś spo­wo­do­wa­ło, że zmie­ni­li­ście zda­nie.

– Isto­ta spra­wy po­le­ga na tym, że pań­ską kan­dy­da­tu­rę wy­su­nął car. Wy­glą­da na to, że jest pan je­dy­nym An­gli­kiem, do któ­re­go ma ja­kie­kol­wiek za­ufa­nie. Wy­słał te­le­gram do swe­go ku­zy­na, a na­sze­go kró­la, do­ma­ga­jąc się, żeby Or­łow pro­wa­dził roz­mo­wy wła­śnie z pa­nem.

Wal­den mógł so­bie wy­obra­zić kon­ster­na­cję, jaka za­pa­no­wa­ła wśród ra­dy­ka­łów, kie­dy do­wie­dzie­li się, że będą mu­sie­li do­pu­ścić do swo­ich taj­nych kom­bi­na­cji sta­re­go, za­sia­da­ją­ce­go w Izbie Lor­dów kon­ser­wa­ty­stę.

– Są­dzę, że wpa­dli­ście w tym mo­men­cie w prze­ra­że­nie – po­wie­dział.

– Nie­zu­peł­nie. W spra­wach za­gra­nicz­nych na­sza po­li­ty­ka nie róż­ni się tak bar­dzo od wa­szej. Poza tym za­wsze uwa­ża­łem, że na­sze we­wnętrz­ne po­li­tycz­ne nie­po­ro­zu­mie­nia nie po­win­ny stać na prze­szko­dzie, aby pań­skie ta­len­ty wy­ko­rzy­sta­ne zo­sta­ły w służ­bie rzą­du Jego Kró­lew­skiej Mo­ści.

Te­raz po­chleb­stwa, po­my­ślał Wal­den. Mu­szę być im bar­dzo po­trzeb­ny.

– Jak uda się to wszyst­ko utrzy­mać w ta­jem­ni­cy? – za­py­tał gło­śno.

– Ma to wy­glą­dać na zwy­kłą to­wa­rzy­ską wi­zy­tę. Je­śli się pan zgo­dzi, Or­łow bę­dzie pań­stwa go­ściem. Wpro­wa­dzi go pan w lon­dyń­skie to­wa­rzy­stwo. Cór­ka pań­stwa roz­po­czy­na w tym se­zo­nie ży­cie to­wa­rzy­skie, nie mylę się chy­ba?

– Chur­chill spoj­rzał na Li­dię.

– Tak, to praw­da – od­po­wie­dzia­ła.

– Więc przy oka­zji mo­że­cie pań­stwo ubić cał­kiem inny in­te­res. Or­łow jest, jak wie­cie, ka­wa­le­rem, z pew­no­ścią sta­no­wi świet­ną par­tię, mo­że­my więc roz­pu­ścić za gra­ni­cą po­gło­ski, że przy­je­chał do An­glii w po­szu­ki­wa­niu żony. Nic się nie sta­nie, je­śli rze­czy­wi­ście ją znaj­dzie.

– Świet­ny po­mysł. – Na­gle Wal­den zdał so­bie spra­wę, że wszyst­ko to wpra­wia go w do­sko­na­ły hu­mor. Peł­nił kie­dyś, za cza­sów kon­ser­wa­tyw­nych rzą­dów Sa­lis­bu­ry’ego i Bal­fo­ura, funk­cję pół­ofi­cjal­ne­go dy­plo­ma­ty, jed­nak już od ośmiu lat nie uczest­ni­czył w żad­nym cha­rak­te­rze w po­li­ty­ce mię­dzy­na­ro­do­wej. Te­raz miał oka­zję po­ja­wić się z po­wro­tem na sce­nie i przy­po­mniał so­bie, jak ab­sor­bo­wa­ły i fa­scy­no­wa­ły go nie­gdyś ta­kie mi­sje: ota­cza­ją­ca je aura ta­jem­ni­czo­ści, po­ke­ro­we za­gra­nia pod­czas ne­go­cja­cji, zma­ga­nia się róż­nych oso­bo­wo­ści, umie­jęt­ne po­słu­gi­wa­nie się per­swa­zją, na­ci­skiem, na­wet groź­bą woj­ny. Z Ro­sja­na­mi, jak pa­mię­tał, roz­mo­wy nie były ła­twe. Byli ka­pry­śni, upar­ci i aro­ganc­cy. Ale z Alek­sem nie bę­dzie tak źle. Kie­dy Wal­den brał ślub z Li­dią, Aleks był obec­ny na we­se­lu. Dzie­się­cio­let­ni brzdąc w ma­ry­nar­skim ubran­ku. Po­tem stu­dio­wał kil­ka lat na uni­wer­sy­te­cie w Oks­for­dzie i od­wie­dzał Wal­den Hall pod­czas wa­ka­cji. Nie żył już wte­dy jego oj­ciec i Wal­den po­świę­cał mło­dzień­co­wi tro­chę wię­cej cza­su, niż czy­nił­by to w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach. Zy­skał dzię­ki temu go­rą­cą przy­jaźń mło­de­go, ob­da­rzo­ne­go ży­wym umy­słem Ro­sja­ni­na.

To sta­no­wi­ło świet­ną pod­sta­wę do ne­go­cja­cji. Są­dzę, że je­stem w sta­nie do­pro­wa­dzić je do po­myśl­ne­go za­koń­cze­nia, po­my­ślał. Cóż to był­by za suk­ces!

– Mogę za­tem uwa­żać, że pan się zga­dza? – za­py­tał Chur­chill.

– Na­tu­ral­nie – od­parł Wal­den.

Li­dia unio­sła się z krze­sła.

– Nie, pro­szę nie wsta­wać – po­wie­dzia­ła, kie­dy męż­czyź­ni po­wsta­li wraz z nią. – Zo­sta­wiam pa­nów, że­by­ście mo­gli po­roz­ma­wiać o po­li­ty­ce. Czy zo­sta­nie pan na obie­dzie, pa­nie Chur­chill?

– Nie­ste­ty, mam pil­ne spra­wy w mie­ście.

– W ta­kim ra­zie już te­raz że­gnam pana. – Po­da­ła mu rękę.

Wy­szła z po­ko­ju ośmio­kąt­ne­go, gdzie za­wsze pili her­ba­tę, prze­cię­ła duży i mały hall i otwo­rzy­ła drzwi do po­ko­ju kwia­to­we­go. W tym sa­mym mo­men­cie je­den z po­moc­ni­ków ogrod­ni­ka – nie zna­ła jego imie­nia – wszedł tam przez pro­wa­dzą­ce z ogro­du drzwi z na­rę­czem ró­żo­wych i żół­tych tu­li­pa­nów, prze­zna­czo­nych do przy­stro­je­nia sto­łu przy obie­dzie. Jed­ną z rze­czy, któ­re Li­dia po­ko­cha­ła w An­glii, a zwłasz­cza w Wal­den Hall, było bo­gac­two kwia­tów. Co rano i co wie­czór za­wsze ści­na­no dla niej świe­że kwia­ty, na­wet w zi­mie, kie­dy trze­ba je było ho­do­wać w szklar­ni.

Ogrod­nik do­tknął czap­ki pal­ca­mi – nie mu­siał jej zdej­mo­wać bez wy­raź­ne­go po­le­ce­nia, po­nie­waż po­kój kwia­to­wy był w za­sa­dzie czę­ścią ogro­du – po­ło­żył kwia­ty na mar­mu­ro­wym sto­le i wy­szedł. Li­dia usia­dła i ode­tchnę­ła chłod­nym, pach­ną­cym po­wie­trzem. To było od­po­wied­nie miej­sce do tego, żeby dojść do sie­bie po szo­ku. Roz­mo­wa o Sankt Pe­ters­bur­gu wy­trą­ci­ła ją z rów­no­wa­gi. Pa­mię­ta­ła Alek­se­go An­drie­je­wi­cza ze swo­je­go we­se­la jako nie­śmia­łe­go, ma­łe­go, ślicz­ne­go chłop­ca, pa­mię­ta­ła rów­nież, że był to naj­niesz­czę­śliw­szy dzień w jej ży­ciu.

To z mo­jej stro­ny praw­dzi­wa per­wer­sja, po­my­śla­ła, że wła­śnie z po­ko­ju kwia­to­we­go uczy­ni­łam swo­je sank­tu­arium. Ten dom miał spe­cjal­ne po­miesz­cze­nia na pra­wie każ­dą oka­zję: w jed­nym po­ko­ju ja­da­ło się śnia­da­nie, w in­nym lunch, w ko­lej­nym obiad, osob­ne po­ko­je prze­zna­czo­ne były na pi­cie her­ba­ty, na grę w bi­lard, prze­cho­wy­wa­nie bro­ni, pra­nie bie­li­zny, pra­so­wa­nie, ro­bie­nie prze­two­rów, czysz­cze­nie sre­ber, szczot­ko­wa­nie ubrań, na skła­do­wa­nie win i przy­bo­rów do gier. Jej wła­sny apar­ta­ment skła­dał się z sy­pial­ni, gar­de­ro­by i sa­lo­nu. Mimo to, gdy po­trze­bo­wa­ła spo­ko­ju, przy­cho­dzi­ła wła­śnie tu­taj. Sia­da­ła na twar­dym krze­śle i wpa­try­wa­ła się w pro­sty ka­mien­ny zlew i że­liw­ne nogi, na któ­rych spo­czy­wał mar­mu­ro­wy blat sto­łu. Za­uwa­ży­ła, że jej mąż ma tak­że swo­je pry­wat­ne sank­tu­arium: kie­dy coś wy­pro­wa­dzi­ło go z rów­no­wa­gi, szedł do zbro­jow­ni i tam czy­tał książ­ki o po­lo­wa­niach.

Aleks bę­dzie za­tem w Lon­dy­nie jej go­ściem. Będą roz­ma­wiać o ro­dzin­nych stro­nach, o za­śnie­żo­nych ulicz­kach Sankt Pe­ters­bur­ga, o ba­le­cie i o za­ma­chach bom­bo­wych; a ona, pa­trząc na Alek­sa, bę­dzie my­śla­ła o in­nym mło­dym Ro­sja­ni­nie, o męż­czyź­nie, za któ­re­go nie wy­szła kie­dyś za mąż.

Dzie­więt­na­ście lat mi­nę­ło, od­kąd wi­dzia­ła tego czło­wie­ka po raz ostat­ni, ale wciąż naj­drob­niej­sza wzmian­ka o Sankt Pe­ters­bur­gu spra­wia­ła, że sta­wał jej przed oczy­ma jak żywy, a skó­ra jej cier­pła pod je­dwab­ną suk­nią. Miał wte­dy dzie­więt­na­ście lat, tyle samo co ona: głod­ny, chu­dy jak pa­tyk stu­den­ci­na z dłu­gi­mi, czar­ny­mi wło­sa­mi, twa­rzą wil­ka i oczy­ma spa­nie­la. Miał bla­dą cerę, mięk­kie, ciem­ne wło­sy na pier­siach i zręcz­ne, bar­dzo zręcz­ne ręce. Dziś jesz­cze ob­le­wa­ła się ru­mień­cem, nie na myśl o nim, ale o swo­im wła­snym, zdra­dza­ją­cym ją, osza­la­łym z roz­ko­szy cie­le, o sro­mot­nym krzy­ku, któ­ry wy­dzie­rał się jej z gar­dła. By­łam nik­czem­na, my­śla­ła, i wciąż je­stem nik­czem­na, bo nadal tego pra­gnę.

Po­czu­ła się win­na i po­my­śla­ła o swo­im mężu. Rzad­ko kie­dy my­śla­ła o nim bez po­czu­cia winy. Kie­dy za nie­go wy­cho­dzi­ła, wca­le go nie ko­cha­ła, mi­łość przy­szła do­pie­ro póź­niej. Był czło­wie­kiem o sil­nej woli i do­brym ser­cu i uwiel­biał ją. Jego uczu­cie do niej było sta­łe, de­li­kat­ne i cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ne de­spe­rac­kiej na­mięt­no­ści, któ­rej kie­dyś do­świad­czy­ła. Był szczę­śli­wy tyl­ko dla­te­go, my­śla­ła, po­nie­waż nig­dy nie za­znał, że mi­łość może być sza­lo­na i wy­głod­nia­ła.

Nie po­żą­dam już wię­cej ta­kiej mi­ło­ści, po­wie­dzia­ła so­bie, na­uczy­łam się bez niej żyć i przez wszyst­kie te lata ży­cie sta­ło się ła­twiej­sze. I tak wła­śnie po­win­no być – mam już pra­wie czter­dzie­ści lat!

Nie­któ­re z jej przy­ja­ció­łek wciąż jesz­cze ule­ga­ły po­ku­sie. Nie opo­wia­da­ły jej o swo­ich ro­man­sach, bo czu­ły, że ich nie po­chwa­la; ale plot­ko­wa­ły o so­bie na­wza­jem i Li­dia wie­dzia­ła, że pod­czas nie­któ­rych przy­jęć w wiej­skich re­zy­den­cjach mają miej­sce licz­ne… po­wiedz­my, sto­sun­ki po­za­mał­żeń­skie. Lady Gi­rard zwró­ci­ła się kie­dyś do niej z miną do­świad­czo­nej star­szej ko­bie­ty, któ­ra udzie­la do­brych rad mło­dej go­spo­dy­ni: „Moja dro­ga, je­śli go­ścisz tej sa­mej nocy wi­cek­sięż­nę i Char­lie­go Stot­ta, mu­sisz umie­ścić ich w przy­le­ga­ją­cych do sie­bie sy­pial­niach”. Li­dia roz­lo­ko­wa­ła ich w po­ko­jach na dwóch prze­ciw­nych krań­cach domu i wi­cek­sięż­na już nig­dy wię­cej nie od­wie­dzi­ła Wal­den Hall.

Lu­dzie mó­wi­li, że nie­mo­ral­ność roz­ple­ni­ła się z winy zmar­łe­go kró­la, ale Li­dia w to nie wie­rzy­ła. To praw­da, że przy­jaź­nił się z Ży­da­mi i śpie­wa­ka­mi, ale to nie czy­ni­ło z nie­go jesz­cze roz­pust­ni­ka. Dwu­krot­nie go­ścił w Wal­den Hall – raz jako ksią­żę Wa­lii, po­tem jako król Edward VII – i za­wsze za­cho­wy­wał się bez za­rzu­tu.

Za­sta­na­wia­ła się, czy od­wie­dzi ich kie­dyś nowy pa­nu­ją­cy. Wi­zy­ta mo­nar­chy wią­za­ła się z ol­brzy­mi­mi wy­dat­ka­mi i na­pię­ciem, ale z dru­giej stro­ny ja­kąż wspa­nia­łą rze­czą było de­ko­ro­wa­nie domu na jego cześć, przy­go­to­wy­wa­nie naj­bar­dziej wy­szu­ka­nych, ja­kie moż­na so­bie wy­obra­zić, po­traw i spra­wia­nie so­bie dwu­na­stu su­kien tyl­ko na je­den week­end. Po wi­zy­cie w Wal­den Hall król przy­znał­by im być może po­żą­da­ny przez wszyst­kich przy­wi­lej spe­cjal­ne­go en­tree do pa­ła­cu Buc­kin­gham – pra­wo do wjaz­du pod­czas spe­cjal­nych oka­zji przez bra­mę ogro­do­wą. Nie mu­sie­li­by wów­czas ocze­ki­wać w ko­lej­ce wzdłuż alei The Mall wraz z dwie­ma set­ka­mi in­nych po­wo­zów.

Po­my­śla­ła o go­ściach, któ­rych przyj­mo­wa­li tego week­en­du. Geo­r­ge był młod­szym bra­tem Ste­phe­na; miał jego urok, ale ani tro­chę jego po­wa­gi. Cór­ka Geo­r­ge’a, Be­lin­da, mia­ła osiem­na­ście lat, tyle samo co Char­lot­te. Obie roz­po­czy­na­ły w tym se­zo­nie ży­cie to­wa­rzy­skie. Mat­ka Be­lin­dy zmar­ła kil­ka lat temu i Geo­r­ge dość szyb­ko oże­nił się po­now­nie. Jego dru­ga żona Cla­ris­sa była od nie­go znacz­nie młod­sza i cał­kiem po­nęt­na. Uro­dzi­ła mu dwóch bliź­nia­ków. Je­den z nich odzie­dzi­czy Wal­den Hall po śmier­ci Wal­de­na, je­że­li Li­dia nie bę­dzie mia­ła syna. Mo­gła­bym uro­dzić, po­my­śla­ła; czu­ję, że je­stem do tego zdol­na, ale po pro­stu na ra­zie się na to nie za­no­si.

Na­de­szła pora, żeby przy­go­to­wać się do obia­du. Wes­tchnę­ła. Czu­ła się wy­god­nie i na­tu­ral­nie w swo­jej suk­ni, z luź­no upię­ty­mi wło­sa­mi; te­raz bę­dzie mu­sia­ła dać się po­ko­jów­ce za­sznu­ro­wać w gor­set i ucze­sać w wy­so­ki kok. Mó­wi­ło się, że nie­któ­re mło­de ko­bie­ty w ogó­le prze­sta­ły no­sić gor­se­ty. Moż­na so­bie na to po­zwo­lić, my­śla­ła Li­dia, kie­dy ma się fi­gu­rę jak ósem­ka. Ale ona była szczu­pła we wszyst­kich nie­wła­ści­wych miej­scach.

Wsta­ła i wy­szła na dwór. Po­moc­nik ogrod­ni­ka stał przy drzew­ku ró­ża­nym i roz­ma­wiał z po­ko­jów­ką. Li­dia po­zna­ła ją. To była An­nie, ład­na, zmy­sło­wa dziew­czy­na o pu­stej gło­wie i sze­ro­kim uśmie­chu, któ­rym ob­da­rza­ła każ­de­go, kto się aku­rat tra­fił. Sta­ła z rę­ka­mi w kie­sze­niach far­tu­cha, ob­ra­ca­jąc za­czer­wie­nio­ną twarz ku słoń­cu i śmie­jąc się z cze­goś, co po­wie­dział ogrod­nik. To jest wła­śnie dziew­czy­na, któ­ra nie po­trze­bu­je gor­se­tu, po­my­śla­ła Li­dia. An­nie po­win­na pil­no­wać Char­lot­te i Be­lin­dy, bo gu­wer­nant­ka mia­ła aku­rat wol­ne po­po­łu­dnie.

– An­nie! Gdzie są mło­de pa­nien­ki? – za­py­ta­ła ostro Li­dia.

An­nie prze­sta­ła się uśmie­chać i dy­gnę­ła.

– Nie mogę ich zna­leźć, ja­śnie pani.

Ogrod­nik prze­zor­nie ulot­nił się.

– Nie wy­da­je mi się, że­byś ich szu­ka­ła – po­wie­dzia­ła Li­dia. – Już cię nie ma.

– Do­brze, pro­szę pani.

An­nie znik­nę­ła za na­roż­ni­kiem pa­ła­cu. Li­dia wes­tchnę­ła – z pew­no­ścią nie znaj­dzie tam dziew­cząt, zbyt nu­żą­ce by­ło­by jed­nak po­now­ne wzy­wa­nie jej i udzie­la­nie re­pry­men­dy.

Prze­szła przez traw­nik, my­śląc o rze­czach przy­jem­nych i swoj­skich, spy­cha­jąc Sankt Pe­ters­burg głę­bo­ko w mrok nie­pa­mię­ci. Oj­ciec Ste­phe­na, siód­my earl Wal­den, ob­sa­dził za­chod­nią część par­ku ro­do­den­dro­na­mi i aza­lia­mi. Li­dia nig­dy nie mia­ła oka­zji go po­znać, zmarł bo­wiem, za­nim spo­tka­ła Ste­phe­na, ale są­dząc z tego, co o nim mó­wio­no, mu­siał być jed­nym z tych, na któ­rych wiel­ko­ści opie­ra­ła się epo­ka wik­to­riań­ska. Za­sa­dzo­ne przez nie­go krza­ki ob­sy­pa­ne były prze­pięk­ny­mi, w peł­ni roz­wi­nię­ty­mi, ko­lo­ro­wy­mi kwia­ta­mi; bi­ją­cy od nich ogień nie miał w so­bie jed­nak wie­le z wik­to­riań­skie­go du­cha. Mu­si­my za­mó­wić u ko­goś nowy ob­raz przed­sta­wia­ją­cy Wal­den Hall, po­my­śla­ła. Po­przed­ni na­ma­lo­wa­no, kie­dy park nie był jesz­cze w peł­nym roz­kwi­cie.

Obej­rza­ła się do tyłu, na pa­łac. W pro­mie­niach po­po­łu­dnio­we­go słoń­ca sza­ry ka­mień ścia­ny fron­to­wej wy­glą­dał pięk­nie i do­stoj­nie. W sa­mym środ­ku wid­nia­ło wej­ście po­łu­dnio­we. Od­da­lo­ne skrzy­dło wschod­nie mie­ści­ło ba­wial­nię, kil­ka ja­dal­ni oraz kuch­nie, spi­żar­nie i pral­nie cią­gną­ce się w przy­pad­ko­wym ze­sta­wie­niu aż po od­le­głe staj­nie. Bli­żej, po stro­nie za­chod­niej, znaj­do­wał się po­kój po­ran­ny, po­kój ośmio­kąt­ny i w sa­mym na­roż­ni­ku bi­blio­te­ka. Za na­roż­ni­kiem zaś sala bi­lar­do­wa, zbro­jow­nia, po­kój kwia­to­wy Li­dii, pa­lar­nia i biu­ra po­sia­dło­ści. Na pię­trze sy­pial­nie ro­dzin­ne wy­cho­dzi­ły w więk­szo­ści na po­łu­dnie, po­ko­je go­ścin­ne na za­chód, a po­miesz­cze­nia dla służ­by na nie­wi­docz­ną stąd stro­nę pół­noc­no-wschod­nią. Jesz­cze wy­żej za­czy­na­ła się ir­ra­cjo­nal­na fe­eria wież, wie­ży­czek i man­sard. Cała fa­sa­da zgod­nie z naj­lep­szy­mi wzo­ra­mi wik­to­riań­skie­go ro­ko­ka sta­no­wi­ła za­sty­głą w ka­mie­niu or­gię naj­prze­róż­niej­szych or­na­men­tów. Były tu kwia­ty, mo­ty­wy geo­me­trycz­ne i wy­rzeź­bio­ne w ka­mie­niu spi­ra­le, da­lej smo­ki, lwy i che­ru­bi­ny, blan­ki mu­rów obron­nych i bal­ko­ny, masz­ty z fla­ga­mi, ze­ga­ry sło­necz­ne i chi­me­ry. Li­dia uwiel­bia­ła to miej­sce i dzię­ko­wa­ła lo­so­wi, że Ste­phe­na – w prze­ci­wień­stwie do wie­lu przed­sta­wi­cie­li sta­rej ary­sto­kra­cji – stać było na to, by utrzy­my­wać dom w na­le­ży­tym sta­nie.

Uj­rza­ła Char­lot­te i Be­lin­dę wy­ła­nia­ją­ce się zza ży­wo­pło­tu. An­nie oczy­wi­ście ich nie od­na­la­zła. Obie mia­ły na so­bie ka­pe­lu­sze z sze­ro­kim ron­dem, let­nie su­kien­ki, czar­ne szkol­ne poń­czo­chy i czar­ne trze­wi­ki bez ob­ca­sów. Po­nie­waż Char­lot­te mia­ła w tym roku za­cząć by­wać na ba­lach, po­zwa­la­no jej od cza­su do cza­su cze­sać się w wy­so­ki kok i ubie­rać w dłu­gą suk­nię do obia­du. Na ogół jed­nak Li­dia trak­to­wa­ła ją jak dziec­ko, któ­rym prze­cież nadal była. Nie jest do­brze, gdy dzie­ci doj­rze­wa­ją zbyt szyb­ko. Dwie ku­zyn­ki po­grą­żo­ne były w roz­mo­wie, któ­rej te­ma­tu Li­dia próż­no sta­ra­ła się do­my­ślić.

O czym roz­my­śla­łam, gdy mia­łam osiem­na­ście lat? – za­py­ta­ła samą sie­bie. I wte­dy sta­nął jej przed oczy­ma mło­dy czło­wiek o mięk­kich wło­sach i zręcz­nych dło­niach. Boże, po­my­śla­ła, po­zwól mi za­cho­wać moją ta­jem­ni­cę.

– Czy są­dzisz, że po­czu­je­my się in­a­czej, kie­dy za­cznie­my by­wać w to­wa­rzy­stwie? – py­ta­ła Be­lin­da.

Char­lot­te my­śla­ła o tym już wcze­śniej.

– Nie, nie są­dzę.

– Bę­dzie­my wte­dy do­ro­słe.

– Nie ro­zu­miem, w jaki spo­sób przy­ję­cia, bale i pik­ni­ki mogą spra­wić, że ktoś sta­je się bar­dziej do­ro­sły.

– Bę­dzie­my mu­sia­ły no­sić gor­se­ty.

Char­lot­te za­chi­cho­ta­ła.

– Czy mia­łaś kie­dyś na so­bie gor­set?

– Nie, a ty?

– Przy­mie­rza­łam swój w ze­szłym ty­go­dniu.

– No i co?

– Jest okrop­ny. Nie moż­na w nim cho­dzić pro­sto.

– Jak wy­glą­da­łaś?

Char­lot­te po­ka­za­ła przed sobą rę­ka­mi ol­brzy­mi biust. Obie za­czę­ły po­kła­dać się ze śmie­chu. Char­lot­te pod­chwy­ci­ła spoj­rze­nie mat­ki i przy­bra­ła po­kor­ny wy­raz twa­rzy w ocze­ki­wa­niu re­pry­men­dy; ale mama wy­glą­da­ła, jak­by my­śla­ła o czym in­nym, i tyl­ko uśmiech­nę­ła się nie­wy­raź­nie, od­wra­ca­jąc się do nich ple­ca­mi.

– Mimo to bę­dzie faj­nie, zo­ba­czysz – stwier­dzi­ła Be­lin­da.

– Kie­dy za­cznie­my cho­dzić na bale? No, może – z po­wąt­pie­wa­niem od­par­ła Char­lot­te. – Ale o co w tym wszyst­kim cho­dzi?

– O to, żeby spo­tkać od­po­wied­nich mło­dych lu­dzi, oczy­wi­ście.

– Masz na my­śli, zna­leźć so­bie męża.

Do­szły do wiel­kie­go, ro­sną­ce­go na środ­ku traw­ni­ka dębu i Be­lin­da usia­dła na ław­ce pod drze­wem. Była tro­chę na­dą­sa­na.

– Uwa­żasz, że to wszyst­ko jest bar­dzo głu­pie, praw­da? – za­py­ta­ła.

Char­lot­te usia­dła obok niej i po­pa­trzy­ła na wzno­szą­cą się nad tra­wia­stym ko­bier­cem po­łu­dnio­wą fa­sa­dę Wal­den Hall. W wy­so­kich go­tyc­kich oknach mi­go­ta­ły w pro­mie­niach słoń­ca szy­by. Z tego miej­sca dom wy­glą­dał tak, jak­by w środ­ku był urzą­dzo­ny w spo­sób sen­sow­ny i prze­my­śla­ny, w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak za tą fa­sa­dą krył się uro­czy ba­ła­gan.

– Głu­pie jest to – po­wie­dzia­ła – że trze­ba cze­kać tak dłu­go. Wca­le mi nie spiesz­no do cho­dze­nia na bale, zo­sta­wia­nia po po­łu­dniu li­ści­ków mło­dym lu­dziom i spo­ty­ka­nia się z nimi… nie dbam o to i do­sko­na­le mogę się bez tego obejść, ale je­stem zła, kie­dy wciąż trak­tu­je się mnie jak dziec­ko. Nie­na­wi­dzę jeść ko­la­cji z Ma­rią, ona jest kom­plet­ną igno­rant­ką albo tyl­ko taką uda­je. W ja­dal­ni pod­czas ko­la­cji przy­najm­niej się o czymś roz­ma­wia. Papa opo­wia­da o in­te­re­su­ją­cych rze­czach. Kie­dy się nu­dzę, Ma­ria mówi, że­by­śmy za­gra­ły w kar­ty. Ja nie chcę w nic grać. Całe moje ży­cie to gra. – Wes­tchnę­ła.

Mó­wie­nie o tym zde­ner­wo­wa­ło ją. Spoj­rza­ła na spo­koj­ną, oto­czo­ną au­re­olą ru­dych lo­ków, pie­go­wa­tą bu­zię Be­lin­dy. Jej wła­sna twarz była owal­na, z na­da­ją­cym jej wy­raz pro­stym no­sem i wy­sta­ją­cy­mi ko­ść­mi po­licz­ko­wy­mi. Mia­ła buj­ne, ciem­ne wło­sy. Po­czci­wa Be­lin­da, po­my­śla­ła, ona wca­le się nie przej­mu­je tymi spra­wa­mi, wła­ści­wie to ni­cze­go nie prze­ży­wa zbyt głę­bo­ko.

– Prze­pra­szam. – Do­tknę­ła ra­mie­nia Be­lin­dy. – Nie chcia­łam się uno­sić.

– W po­rząd­ku – Be­lin­da uśmiech­nę­ła się wy­ro­zu­mia­le.

– Za­wsze wście­ka­ją cię rze­czy, któ­rych nie mo­żesz zmie­nić. Pa­mię­tasz, jak upar­łaś się, że chcesz iść do szko­ły w Eton?

– Nie, nig­dy w ży­ciu!

– Mu­sisz pa­mię­tać, na pew­no. Zro­bi­łaś strasz­ną awan­tu­rę.

Papa cho­dził do szko­ły w Eton, po­wie­dzia­łaś, więc dla­cze­go ja nie mia­ła­bym tam cho­dzić?

Char­lot­te nie pa­mię­ta­ła tego, ale nie była w sta­nie za­prze­czyć, że istot­nie mo­gła tak wła­śnie po­wie­dzieć, ma­jąc dzie­sięć lat.

– Czy na­praw­dę my­ślisz – za­py­ta­ła – że te rze­czy nie mogą wy­glą­dać in­a­czej? Ży­cie to­wa­rzy­skie, bale w mie­ście, za­rę­czy­ny, a po­tem mał­żeń­stwo…

– Za­wsze mo­żesz jesz­cze wy­wo­łać skan­dal. Nie po­zo­sta­nie ci wów­czas nic in­ne­go, jak wy­emi­gro­wać do Ro­de­zji.

– Nie bar­dzo wiem, w jaki spo­sób moż­na wy­wo­łać skan­dal.

– Ja też nie.

Przez chwi­lę mil­cza­ły. Cza­sa­mi Char­lot­te chcia­ła­by być tak samo bier­na jak Be­lin­da. Ży­cie by­ło­by wte­dy o wie­le prost­sze – ale z dru­giej stro­ny sta­ło­by się strasz­nie nud­ne.

– Za­py­ta­łam Ma­rię – po­wie­dzia­ła – co będę ro­bić, kie­dy wyj­dę za mąż. Wiesz, co mi od­po­wie­dzia­ła? „Ro­bić?”

– Char­lot­te prze­drzeź­nia­ła gar­dło­wy ak­cent swo­jej gu­wer­nant­ki. – „Cóż, moje dziec­ko, nie bę­dziesz ro­bić nic”.

– Och, ja­kie ona wy­ga­du­je głu­po­ty – wes­tchnę­ła Be­lin­da.

– Na­praw­dę? A co robi moja mat­ka albo two­ja?

– Na­le­żą do do­bre­go to­wa­rzy­stwa. Urzą­dza­ją przy­ję­cia, sie­dzą w swo­ich do­mach na wsi, jeż­dżą do ope­ry…

– To wła­śnie mia­łam na my­śli. Nie ro­bią nic.

– Ro­dzą dzie­ci…

– To tro­chę inna spra­wa. Trzy­ma­ją w wiel­kiej ta­jem­ni­cy, jak to jest z tymi dzieć­mi.

– Dla­te­go, że to… ta­kie wul­gar­ne.

– Dla­cze­go? Co jest w tym wul­gar­ne­go? – Char­lot­te zda­ła so­bie spra­wę, że zno­wu jest pod­eks­cy­to­wa­na. Ma­ria za­wsze jej mó­wi­ła, żeby się nie eks­cy­to­wa­ła. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech i zni­ży­ła głos. – Ty i ja mamy prze­cież ro­dzić te dzie­ci. Nie uwa­żasz, że mo­gli­by nam coś o tym po­wie­dzieć, wy­ja­śnić, jak to się od­by­wa? Ale nie, im o wie­le bar­dziej za­le­ży, że­by­śmy wie­dzia­ły wszyst­ko o Mo­zar­cie, Szek­spi­rze i o Le­onar­dzie da Vin­ci.

Be­lin­da wy­glą­da­ła na spe­szo­ną, ale i bar­dzo za­cie­ka­wio­ną. Na pew­no my­śli to samo co ja, po­my­śla­ła Char­lot­te. Cie­ka­we, czy przy­pad­kiem nie wie cze­goś na ten te­mat.

– Zda­jesz so­bie spra­wę, że one doj­rze­wa­ją u cie­bie w brzu­chu? – rzu­ci­ła.

Be­lin­da kiw­nę­ła gło­wą.

– Ale jak to się za­czy­na? – za­py­ta­ła na­gle. – Och, my­ślę, że po pro­stu same za­czy­na­ją doj­rze­wać, kie­dy ko­bie­ta ma oko­ło dwu­dzie­stu je­den lat. To dla­te­go trze­ba za­cząć by­wać na ba­lach, spo­ty­kać się z mło­dy­mi ludź­mi: wszyst­ko po to, żeby mieć już męża, za­nim za­cznie się ten pro­ces. – Char­lot­te za­wa­ha­ła się na mo­ment. – Tak przy­najm­niej mi się zda­je – do­da­ła.

– No do­brze, a któ­rę­dy one wy­cho­dzą? – za­py­ta­ła Be­lin­da.

– Nie wiem. A ja­kiej są wiel­ko­ści?

Be­lin­da roz­su­nę­ła dło­nie mniej wię­cej na pół me­tra.

– Ta­kiej wiel­ko­ści były bliź­nia­ki, kie­dy mia­ły je­den dzień.

– Po­my­śla­ła chwi­lę i zmniej­szy­ła tro­chę od­stęp. –No, może ta­kie.

– Kie­dy kura zno­si jajo – po­wie­dzia­ła Char­lot­te – ono wy­cho­dzi jej… z tyłu. –Nie pa­trzy­ła Be­lin­dzie w oczy. Nig­dy jesz­cze nie roz­ma­wia­ła z ni­kim na tak in­tym­ny te­mat. – Jajo wy­da­je się za duże, a jed­nak wy­cho­dzi.

Be­lin­da po­chy­li­ła się ku niej.

– Wi­dzia­łam kie­dyś, jak ocie­li­ła się Da­isy – po­wie­dzia­ła pół­gło­sem. – Da­isy to kro­wa na na­szym fol­war­ku. Pa­rob­cy nie wie­dzie­li, że się przy­glą­dam. Tak wła­śnie to na­zy­wa­ją: ocie­lić się.

Char­lot­te była za­fa­scy­no­wa­na.

– Jak to wy­glą­da­ło?

– To było strasz­ne. Wy­glą­da­ło, jak­by się jej otwo­rzył brzuch, było mnó­stwo krwi i in­nych rze­czy. – Be­lin­da wzdry­gnę­ła się.

– Bar­dzo mnie to nie­po­koi – po­wie­dzia­ła Char­lot­te.

– Boję się, że mi się to przy­tra­fi, za­nim od­kry­ję całą praw­dę.

Dla­cze­go oni nic nam o tym nie mó­wią?

– Nie po­win­ny­śmy roz­ma­wiać o ta­kich rze­czach.

– Mamy, do cho­le­ry, świę­te pra­wo o tym roz­ma­wiać.

Be­lin­da otwo­rzy­ła usta.

– Prze­kleń­stwa tyl­ko po­gar­sza­ją spra­wę.

– Nie dbam o to. – Char­lot­te do­pro­wa­dza­ło do sza­łu, że nie było skąd się do­wie­dzieć ani kogo spy­tać, ani też żad­nej książ­ki, w któ­rej moż­na by o tym prze­czy­tać… Na­gle przy­szedł jej do gło­wy po­mysł. – W bi­blio­te­ce jest za­mknię­ta szaf­ka. Za­ło­żę się, że tam wła­śnie są książ­ki o wszyst­kich tych spra­wach. Chodź­my zo­ba­czyć!

– Ale je­że­li jest za­mknię­ta…

– To nic, już od kil­ku lat wiem, gdzie są klu­cze.

– Jak nas zła­pią, do­sta­nie­my nie­złą burę.

– Wszy­scy prze­bie­ra­ją się te­raz do obia­du. Mamy je­dy­ną szan­sę. – Char­lot­te wsta­ła.

Be­lin­da za­wa­ha­ła się.

– Bę­dzie awan­tu­ra.

– Nie ob­cho­dzi mnie to. Ja w każ­dym ra­zie za­mie­rzam zo­ba­czyć, co jest w tej szaf­ce. Je­śli chcesz, mo­żesz pójść ze mną. – Char­lot­te ob­ró­ci­ła się i ru­szy­ła w stro­nę domu. Po chwi­li, jak się tego spo­dzie­wa­ła, do­go­ni­ła ją Be­lin­da.

Prze­szły mię­dzy ko­lum­na­mi por­ty­ku do chłod­ne­go, wy­so­kie­go, roz­le­głe­go hal­lu. Idąc w lewo, mi­nę­ły po­kój po­ran­ny i po­kój ośmio­kąt­ny, i zna­la­zły się w bi­blio­te­ce. Char­lot­te po­wta­rza­ła so­bie, że jest prze­cież ko­bie­tą i ma pra­wo coś wie­dzieć, ale jed­no­cze­śnie czu­ła się jak nie­sfor­na mała dziew­czyn­ka.

Po­ło­żo­na w na­roż­ni­ku bu­dyn­ku wid­na bi­blio­te­ka była jej ulu­bio­nym miej­scem w domu. Świa­tło do­sta­wa­ło się tu przez trzy duże okna. Obi­te skó­rą fo­te­le pach­nia­ły sta­ro­ścią i były za­dzi­wia­ją­co wy­god­ne. W zi­mie przez cały dzień pa­lo­no tu w ko­min­ku. Znaj­do­wa­ły się tu­taj plan­sze do gier, ukła­dan­ki, a tak­że dwa albo trzy ty­sią­ce ksią­żek. Nie­któ­re z nich były sta­re, prze­cho­wy­wa­ne tu­taj od cza­su, gdy zbu­do­wa­no dom, wie­le jed­nak było no­wych, mama bo­wiem czy­ta­ła po­wie­ści, a papa in­te­re­so­wał się mnó­stwem róż­nych rze­czy – che­mią, rol­nic­twem, po­dró­ża­mi, astro­no­mią i hi­sto­rią. Char­lot­te lu­bi­ła tu przy­cho­dzić, zwłasz­cza kie­dy Ma­ria mia­ła wy­chod­ne i nie mo­gła wy­rwać jej z rąk Z dala od zgieł­ku i wrę­czyć za­miast tegoWod­nych dzie­ci. Cza­sa­mi papa był tu ra­zem z nią. Sie­dział przy wik­to­riań­skim biur­ku, czy­ta­jąc ka­ta­log ma­szyn rol­ni­czych albo rocz­ny bi­lans ame­ry­kań­skich ko­lei że­la­znych, i nig­dy nie prze­szka­dzał jej w swo­bod­nym wy­bo­rze ksią­żek.

W bi­blio­te­ce nie było te­raz ni­ko­go. Char­lot­te po­de­szła do biur­ka, otwo­rzy­ła małą, kwa­dra­to­wą szu­fla­dę i wy­ję­ła z niej klucz.

Przy ścia­nie za biur­kiem sta­ły trzy szaf­ki. W jed­nej mie­ści­ły się gry, w dru­giej pa­pier li­sto­wy i ko­per­ty z wy­tło­czo­nym her­bem Wal­de­nów. Trze­cia była za­mknię­ta. Char­lot­te wsa­dzi­ła klucz do dziur­ki i otwo­rzy­ła szaf­kę.

We­wnątrz było dwa­dzie­ścia albo trzy­dzie­ści ksią­żek i stos sta­rych cza­so­pism. Char­lot­te rzu­ci­ła okiem na jed­no z nich. No­si­ło ty­tuł The Pean. Nie wy­glą­da­ło za­chę­ca­ją­co. W po­śpie­chu wy­cią­gnę­ła na chy­bił tra­fił dwie książ­ki. Za­mknę­ła drzwicz­ki szaf­ki, prze­krę­ci­ła klucz w zam­ku i scho­wa­ła go z po­wro­tem do szu­fla­dy.

– Mamy! – oznaj­mi­ła z trium­fem.

– Do­kąd pój­dzie­my, żeby to obej­rzeć? – spy­ta­ła szep­tem Be­lin­da.

– Pa­mię­tasz na­szą kry­jów­kę?

– Och, tak!

– Dla­cze­go mó­wi­my szep­tem?

Obie za­chi­cho­ta­ły.

Char­lot­te po­de­szła do drzwi. Na­gle usły­sza­ła głos w hal­lu wo­ła­ją­cy: „Lady Char­lot­te… Lady Char­lot­te…”.

– To An­nie, szu­ka nas – po­wie­dzia­ła Char­lot­te. – Jest miła, ale strasz­nie nie­roz­gar­nię­ta. Wyj­dzie­my dru­gi­mi drzwia­mi, szyb­ko.

Wy­bie­gły z bi­blio­te­ki do po­ko­ju bi­lar­do­we­go, z któ­re­go moż­na się było do­stać do zbro­jow­ni; ale w zbro­jow­ni ktoś był. Chwi­lę na­słu­chi­wa­ły.

– To mój papa – wy­szep­ta­ła Be­lin­da, wy­raź­nie prze­stra­szo­na. – Był na spa­ce­rze z psa­mi.

Na szczę­ście z po­ko­ju bi­lar­do­we­go moż­na było wyjść bez­po­śred­nio na ta­ras za­chod­ni. Char­lot­te i Be­lin­da chył­kiem wy­śli­zgnę­ły się na dwór i ostroż­nie za­mknę­ły za sobą drzwi. Za­bar­wio­ne na czer­wo­no słoń­ce sta­ło ni­sko nad ho­ry­zon­tem, rzu­ca­jąc na tra­wę dłu­gie cie­nie.

– Jak się te­raz do­sta­nie­my z po­wro­tem? – spy­ta­ła Be­lin­da.

– Po da­chu. Chodź za mną!

Char­lot­te obie­gła dom z tyłu i prze­szła przez ogród ku­chen­ny aż do staj­ni. We­pchnę­ła książ­ki pod sta­nik su­kien­ki i za­ci­snę­ła pa­sek, żeby nie wy­pa­dły.

Ze skra­ju po­dwór­ka przy staj­ni mo­gła się z ła­two­ścią wspiąć na dach tej czę­ści bu­dyn­ku, w któ­rej znaj­do­wa­ły się po­miesz­cze­nia dla służ­by. Naj­pierw wdra­pa­ła się na kla­pę ni­skie­go że­la­zne­go skła­dzi­ku, w któ­rym prze­cho­wy­wa­no drew­no, a stam­tąd na dach z fa­li­stej bla­chy, któ­rym kry­ta była przy­bu­dów­ka z na­rzę­dzia­mi. Przy­bu­dów­ka przy­le­ga­ła do wo­zow­ni, ta z ko­lei do pral­ni. Char­lot­te sta­nę­ła na pal­cach i pod­cią­gnę­ła się w górę na po­kry­ty płyt­ka­mi spa­dzi­sty dach pral­ni. Obej­rza­ła się do tyłu: Be­lin­da po­dą­ża­ła w ślad za nią.

Char­lot­te prze­su­wa­ła się po­wo­li wzdłuż da­chu, chwy­ta­jąc się pal­ca­mi i opie­ra­jąc obu­ty­mi sto­pa­mi o kant da­chów­ki, aż do­tar­ła do szczy­to­wej ścia­ny głów­ne­go bu­dyn­ku. Wte­dy wczoł­ga­ła się na samą górę i usia­dła okra­kiem na da­chu pral­ni.

Po chwi­li zna­la­zła się tam rów­nież Be­lin­da.

– Czy to nie jest nie­bez­piecz­ne? – spy­ta­ła.

– Wcho­dzę tędy od dzie­wią­te­go roku ży­cia.

W ścia­nie szczy­to­wej, tuż nad nimi znaj­do­wa­ło się okno sy­pial­ni, któ­rą wspól­nie za­miesz­ki­wa­ły dwie po­ko­jów­ki. Okno się­ga­ło pra­wie sa­me­go szczy­tu opa­da­ją­ce­go stro­mo na obie stro­ny da­chu głów­ne­go bu­dyn­ku. Char­lot­te wy­pro­sto­wa­ła się i zaj­rza­ła do środ­ka. W po­ko­ju nie było ni­ko­go. Wdra­pa­ła się na pa­ra­pet i sta­nę­ła na nim.

Prze­chy­li­ła się w lewo, prze­rzu­ci­ła rękę i nogę przez skraj da­chu i wspię­ła się na górę. Ob­ró­ci­ła się i po­mo­gła Be­lin­dzie zro­bić to samo. Przez mo­ment le­ża­ły nie­ru­cho­mo, pró­bu­jąc zła­pać od­dech. Char­lot­te przy­po­mnia­ła so­bie po­wta­rza­ne w jej obec­no­ści in­for­ma­cje: da­chy Wal­den Hall zaj­mo­wa­ły łącz­nie po­wierzch­nię czte­rech akrów. Trud­no było w to uwie­rzyć, do­pó­ki nie we­szło się tu na górę i nie zo­ba­czy­ło, jak ła­two moż­na za­błą­dzić wśród po­kry­tych da­chów­ką gór i do­lin. Z punk­tu, w któ­rym się zna­la­zły, moż­na było do­trzeć do każ­de­go miej­sca na da­chu, ko­rzy­sta­jąc ze spe­cjal­nych przejść, dra­bin i szy­bów prze­zna­czo­nych dla ekip kon­ser­wa­tor­skich, któ­re każ­dej wio­sny po­ja­wia­ły się tu­taj, aby wy­czy­ścić i po­ma­lo­wać ryn­ny oraz wy­mie­nić po­ła­ma­ne da­chów­ki.

Char­lot­te wsta­ła.

– Chodź, da­lej jest już cał­kiem ła­two – po­wie­dzia­ła.

Na na­stęp­ny dach wcho­dzi­ło się po dra­bi­nie, po­tem była kład­ka, a na­stęp­nie kil­ka drew­nia­nych stop­ni pro­wa­dzą­cych do ma­łych, kwa­dra­to­wych drzwi­czek umiesz­czo­nych w ścia­nie. Char­lot­te otwo­rzy­ła je i wczoł­ga­ła się do środ­ka. Zna­la­zła się w swo­jej kry­jów­ce.

Było to ni­skie po­miesz­cze­nie bez okien, o po­chy­łym stro­pie i pod­ło­dze z nie­he­blo­wa­nych de­sek. Do­ty­ka­jąc jej nie­ostroż­nie ręką, moż­na było so­bie wbić drza­zgę. We­dług ro­ze­zna­nia Char­lot­te to po­miesz­cze­nie wy­ko­rzy­sty­wa­no kie­dyś jako skła­dzik, te­raz w każ­dym ra­zie wszy­scy o nim za­po­mnie­li. Drzwicz­ki z dru­giej stro­ny pro­wa­dzi­ły do nie­uży­wa­nej od lat gar­de­ro­by przy po­ko­ju dzie­cin­nym. Char­lot­te od­kry­ła to miej­sce, kie­dy mia­ła osiem albo dzie­więć lat. Przy­da­wa­ło jej się od cza­su do cza­su, gdy dla za­ba­wy kry­ła się przed pil­nu­ją­cy­mi ją opie­ku­na­mi – za­ba­wy, w któ­rą, jak się jej zda­wa­ło, mu­sia­ła się ba­wić przez całe swo­je ży­cie. Na pod­ło­dze le­ża­ły po­dusz­ki i pu­deł­ko za­pa­łek, w sło­ikach sta­ły świecz­ki. Na jed­nej z po­du­szek le­żał znisz­czo­ny i sfla­cza­ły plu­szo­wy pie­sek, któ­re­go scho­wa­ła tu­taj osiem lat temu, kie­dy Ma­ria, gu­wer­nant­ka, za­gro­zi­ła, że wy­rzu­ci go na śmiet­nik. Na ma­łym, wy­trza­śnię­tym nie wia­do­mo skąd sto­li­ku stał pęk­nię­ty wa­zon wy­peł­nio­ny kred­ka­mi, a obok le­żał czer­wo­ny skó­rza­ny piór­nik. W Wal­den Hall co roku prze­pro­wa­dza­no in­wen­ta­ry­za­cję i Char­lot­te świet­nie pa­mię­ta­ła, jak och­mi­strzy­ni, pani Bra­ith­wa­ite, skar­ży­ła się, że z domu giną naj­prze­róż­niej­sze rze­czy.

Be­lin­da wci­snę­ła się do środ­ka i Char­lot­te za­pa­li­ła świecz­ki. Wy­ję­ła książ­ki zza sta­ni­ka i spoj­rza­ła na ich ty­tu­ły. Pierw­szy z nich brzmiał Le­karz do­mo­wy, dru­gi Hi­sto­ria po­żą­da­nia. Książ­ka me­dycz­na wy­da­wa­ła się bar­dziej obie­cu­ją­ca. Sia­dła na po­dusz­ce i otwo­rzy­ła ją. Be­lin­da przy­sia­dła obok niej z wi­docz­nym po­czu­ciem winy. Char­lot­te czu­ła się, jak­by za chwi­lę mia­ły od­kryć wiecz­ną ta­jem­ni­cę ży­cia.

Prze­kart­ko­wa­ła książ­kę, któ­ra naj­wy­raź­niej za­wie­ra­ła peł­ne i szcze­gó­ło­we in­for­ma­cje na te­mat reu­ma­ty­zmu, zła­mań ko­ści i prze­bie­gu odry. Kie­dy jed­nak Char­lot­te do­szła do roz­dzia­łu o ro­dze­niu dzie­ci, książ­ka sta­wa­ła się na­gle nie­ja­sna i bar­dzo nie­wie­le moż­na było z niej zro­zu­mieć. Pi­sa­no tam o ja­kichś ta­jem­ni­czych skur­czach, o odej­ściu wód i pę­po­wi­nie, któ­rą po­win­no się za­wią­zać w dwu miej­scach, a na­stęp­nie prze­ciąć wy­go­to­wa­ny­mi w wo­dzie no­życz­ka­mi. Naj­wy­raź­niej roz­dział ten na­pi­sa­ny zo­stał dla lu­dzi nie­co już zo­rien­to­wa­nych w spra­wie. Był tam tak­że ry­su­nek na­giej ko­bie­ty. Char­lot­te za­uwa­ży­ła, że nie mia­ła ona wło­sów w miej­scu, w któ­rym u niej ro­sło ich do­syć spo­ro. Wsty­dzi­ła się jed­nak po­wie­dzieć o tym Be­lin­dzie. Zna­la­zła poza tym sche­ma­tycz­ny ry­su­nek dziec­ka tkwią­ce­go w brzu­chu ko­bie­ty, żad­nej na­to­miast wska­zów­ki co do dro­gi, któ­rą mo­gło­by się ono wy­do­stać na ze­wnątrz.

– Na pew­no dok­tor prze­ci­na mat­ce brzuch – stwier­dzi­ła Be­lin­da.

– W ta­kim ra­zie jak ro­bio­no to daw­niej, kie­dy nie było le­ka­rzy? – dzi­wi­ła się Char­lot­te. – Tak czy owak, ta książ­ka jest do ni­cze­go. – Otwo­rzy­ła na chy­bił tra­fił dru­gą i prze­czy­ta­ła gło­śno pierw­sze zda­nie, któ­re wpa­dło jej w oczy.

– „Opusz­cza­ła się co­raz ni­żej, lu­bież­nie i po­wo­li, aż prze­szy­łem ją na wskroś drzew­cem swej piki i jęła się mia­ro­wo ko­ły­sać ru­chem peł­nym roz­ko­szy”. – Char­lot­te zmarsz­czy­ła brwi i spoj­rza­ła na swą to­wa­rzysz­kę.

– Cie­ka­we, co to może zna­czyć? – ode­zwa­ła się Be­lin­da.

Fe­liks Krze­siń­ski sie­dział nie­ru­cho­mo w prze­dzia­le, cze­ka­jąc na od­jazd po­cią­gu. Sta­li na dwor­cu w Do­ver. W prze­dzia­le pa­no­wał ziąb. Na ze­wnątrz było ciem­no i Fe­liks wi­dział w szy­bie tyl­ko swo­je od­bi­cie: spo­glą­dał nań wy­so­ki męż­czy­zna z ele­ganc­kim wą­si­kiem, ubra­ny w czar­ny płaszcz i me­lo­nik. Na pół­ce nad jego gło­wą le­ża­ła nie­wiel­ka wa­liz­ka. Mógł­by od bie­dy ucho­dzić za po­dró­żu­ją­ce­go przed­sta­wi­cie­la szwaj­car­skiej fa­bry­ki ze­gar­ków, gdy­by nie to, że każ­dy, kto przyj­rzał­by mu się uważ­niej, zo­ba­czył­by, że jego płaszcz jest tan­det­ny, wa­liz­ka tek­tu­ro­wa, a twarz nie przy­po­mi­na twa­rzy czło­wie­ka sprze­da­ją­ce­go ze­gar­ki.

Roz­my­ślał o An­glii. Pa­mię­tał, jak w cza­sach swo­jej mło­do­ści uwa­żał an­giel­ską mo­nar­chię kon­sty­tu­cyj­ną za ide­al­ną for­mę rzą­dów. To wspo­mnie­nie uba­wi­ło go, a pa­trzą­ca na nie­go z szy­by pła­ska, bla­da twarz wy­krzy­wi­ła się w upior­nym uśmie­chu. Od tam­te­go cza­su jego po­glą­dy na te­mat ide­al­nej for­my rzą­dów dia­me­tral­nie się zmie­ni­ły.

Po­ciąg ru­szył i w kil­ka mi­nut póź­niej Fe­liks uj­rzał słoń­ce wscho­dzą­ce nad plan­ta­cja­mi chmie­lu i sa­da­mi hrab­stwa Kent. Eu­ro­pa była taka ład­na. Nig­dy nie prze­sta­wa­ło go to zdu­mie­wać. Kie­dy zo­ba­czył ją po raz pierw­szy, prze­żył głę­bo­ki szok. Po­dob­nie jak ro­syj­scy chło­pi nie był w sta­nie wy­obra­zić so­bie, że świat może tak wy­glą­dać. Pa­mię­tał jak dziś, je­chał wte­dy po­cią­giem. Prze­mie­rzał set­ki mil sła­bo za­lud­nio­nych gu­ber­ni na pół­noc­no-za­chod­nich kre­sach Ro­sji, mi­jał kar­ło­wa­te drze­wa, nędz­ne, za­ko­pa­ne w śnie­gu wio­ski, krę­te, błot­ni­ste dro­gi; na­gle, pew­ne­go ran­ka po prze­bu­dze­niu od­krył, że znaj­du­je się w Niem­czech. Uj­rzał za­dba­ne zie­lo­ne pola, po­kry­te twar­dą na­wierzch­nią szo­sy, ele­ganc­kie domy w czy­stych wio­skach, skrzyn­ki z kwia­ta­mi na za­la­nym słoń­cem pe­ro­nie, i wy­da­wa­ło mu się, że na­gle tra­fił do raju. Póź­niej, w Szwaj­ca­rii, sie­dział na we­ran­dzie ma­łe­go ho­te­li­ku, wy­grze­wa­jąc się w słoń­cu i pa­trząc na po­kry­te śnie­giem góry, jadł świe­ży, chru­pią­cy ro­ga­lik, po­pi­jał go kawą i my­ślał: jacy szczę­śli­wi mu­szą być tu­taj lu­dzie.

Kie­dy te­raz, wcze­snym ran­kiem, oglą­dał bu­dzą­ce się do ży­cia an­giel­skie far­my, przed oczy­ma sta­nął mu świt w jego ro­dzin­nej wio­sce: sza­re, roz­my­te nie­bo, po­ry­wi­sty wiatr, ścię­te mro­zem ba­gni­ste pola, na któ­rych tu i ów­dzie ja­śnia­ły za­mar­z­nię­te ka­łu­że i oszro­nio­ne kępy traw; zo­ba­czył sie­bie sa­me­go w zno­szo­nej, płó­cien­nej blu­zie, ze skost­nia­ły­mi sto­pa­mi w za­ło­żo­nych na wa­lon­ki cho­da­kach, idą­ce­go u boku swe­go ojca, odzia­ne­go w wy­świech­ta­ną su­tan­nę bied­ne­go, wiej­skie­go popa, któ­ry sta­ra się go prze­ko­nać, że Bóg jest jed­nak do­bry. Jego oj­ciec uko­chał na­ród ro­syj­ski, po­nie­waż na­ród ten zo­stał uko­cha­ny przez Boga. Na­to­miast dla Fe­lik­sa za­wsze było oczy­wi­ste, że Bóg nie­na­wi­dzi tego na­ro­du. Gdy­by było in­a­czej, nig­dy nie po­trak­to­wał­by go z ta­kim okru­cień­stwem.

Ten spór stał się po­cząt­kiem dłu­giej po­dró­ży, po­dró­ży, któ­rą od­był Fe­liks, po­cząw­szy od chrze­ści­jań­stwa, po­przez so­cja­lizm aż do anar­chi­zmu i ter­ro­ry­zmu, i któ­ra z gu­ber­ni tam­bow­skiej po­przez Sankt Pe­ters­burg i Sy­be­rię za­wio­dła go aż do Ge­ne­wy. W Ge­ne­wie pod­jął de­cy­zję, któ­ra za­pro­wa­dzi­ła go tu­taj, do An­glii. Przed oczy­ma sta­nę­ło mu tam­to ze­bra­nie. Omal się na nie nie spóź­nił…

O mało nie spóź­nił się na ze­bra­nie. Wra­cał z Kra­ko­wa, gdzie pro­wa­dził roz­mo­wy z pol­ski­mi Ży­da­mi, któ­rzy prze­rzu­ca­li do Ro­sji, przez zie­lo­ną gra­ni­cę, pi­smo jego gru­py, Bunt. Przy­był do Ge­ne­wy po zmro­ku i od razu po­spie­szył do ma­łej, po­ło­żo­nej w za­uł­ku dru­kar­ni Ulri­cha. Trwa­ło wła­śnie ko­le­gium re­dak­cyj­ne; czte­rej męż­czy­zni i dwie ko­bie­ty sie­dzie­li na za­ple­czu dru­kar­ni wo­kół jed­nej je­dy­nej świecz­ki, obok błysz­czą­cej pra­sy dru­kar­skiej. Wdy­cha­li za­pach far­by i sma­ru do ma­szyn i ra­dzi­li, jak do­pro­wa­dzić do wy­bu­chu re­wo­lu­cji w Ro­sji.

Ulrich za­po­znał krót­ko Fe­lik­sa z te­ma­tem dys­ku­sji. Nie­daw­no wi­dział się z Jo­se­fem, agen­tem Ochra­ny, ro­syj­skiej taj­nej po­li­cji. Jo­sef skry­cie sym­pa­ty­zo­wał z re­wo­lu­cjo­ni­sta­mi, więc za­opa­try­wał Ochra­nę w fał­szy­we in­for­ma­cje. Cza­sa­mi anar­chi­ści prze­ka­zy­wa­li mu garść praw­dzi­wych, lecz nie­szko­dli­wych in­for­ma­cji, a on w re­wan­żu ostrze­gał ich przed ak­cja­mi swych mo­co­daw­ców.

Tym ra­zem wia­do­mo­ści do­star­czo­ne przez Jo­se­fa były sen­sa­cyj­ne.

– Car chce za­wrzeć so­jusz woj­sko­wy z An­glią – oznaj­mił Ulrich. – Wy­sy­ła na roz­mo­wy do Lon­dy­nu księ­cia Or­ło­wa. Ochra­na do­wie­dzia­ła się o tym, po­nie­waż ma za za­da­nie chro­nić księ­cia pod­czas jego po­dró­ży przez Eu­ro­pę.

Fe­liks zdjął ka­pe­lusz i usiadł, roz­wa­ża­jąc w du­chu, czy to wszyst­ko praw­da. Jed­na z dziew­cząt, smut­na Ro­sjan­ka w po­strzę­pio­nej suk­ni, przy­nio­sła mu w szklan­ce her­ba­tę. Fe­liks wy­jął z kie­sze­ni nad­gry­zio­ną kost­kę cu­kru, wło­żył ją so­bie mię­dzy zęby i sior­ba­jąc, po­pi­jał her­ba­tę przez cu­kier, na mo­dłę ro­syj­skich chło­pów.

– Rzecz w tym – mó­wił da­lej Ulrich – że dys­po­nu­jąc ta­kim so­ju­szem, An­glia może przy­stą­pić do woj­ny z Niem­ca­mi i wcią­gnąć do niej Ro­sję.

Fe­liks kiw­nął gło­wą.

– A w oko­pach nie będą wca­le gi­nąć ksią­żę­ta i hra­bio­wie – po­wie­dzia­ła dziew­czy­na w po­strzę­pio­nej suk­ni – ale pro­sty ro­syj­ski lud.

Ma ra­cję, po­my­ślał Fe­liks. Na woj­nie będą wal­czy­li chło­pi. Spę­dził wśród nich więk­szość swo­je­go ży­cia. Byli twar­dzi, or­dy­nar­ni i ogra­ni­cze­ni, ale ich głup­ko­wa­ta wiel­ko­dusz­ność i zda­rza­ją­ce im się cza­sem wy­bu­chy ży­wio­ło­wej ra­do­ści da­wa­ły po­ję­cie, kim mo­gli­by stać się w uczci­wym spo­łe­czeń­stwie. Je­dy­ny­mi rze­cza­mi, któ­re ich in­te­re­so­wa­ły, były po­go­da, zwie­rzę­ta go­spo­dar­skie, cho­ro­ba, na­ro­dzi­ny dziec­ka i to, jak prze­chy­trzyć dzie­dzi­ca. Przez kil­ka krót­kich lat, za­nim osią­gnę­li wiek doj­rza­ły, cho­dzi­li wy­pro­sto­wa­ni i z pod­nie­sio­ną gło­wą, po­tra­fi­li się śmiać, szyb­ko bie­gać i flir­to­wać, ale po­tem szyb­ko zgi­na­li kark, sta­wa­li się po­sęp­ni, sza­rzy i po­wol­ni. A te­raz ksią­żę Or­łow weź­mie tych mło­dych, wkra­cza­ją­cych do­pie­ro w wio­snę swo­je­go ży­cia męż­czyzn i po­pro­wa­dzi pod ogień ar­mat, żeby ro­ze­rwał ich na strzę­py albo uczy­nił ka­le­ka­mi do koń­ca ży­cia. I wszyst­ko to, bez wąt­pie­nia, po­zo­sta­wać bę­dzie w naj­lep­szej zgo­dzie z za­sa­da­mi mię­dzy­na­ro­do­wej dy­plo­ma­cji.

To wła­śnie ta­kie rze­czy spra­wi­ły, że Fe­liks stał się anar­chi­stą.

– Co po­win­ni­śmy zro­bić? – za­py­tał Ulrich.

– Mu­si­my tę wia­do­mość za­mie­ścić na pierw­szej stro­nie Bun­tu – za­pro­po­no­wa­ła dziew­czy­na w po­strzę­pio­nej suk­ni.

Za­czę­li mó­wić o tym, jak na­le­ża­ło­by zre­da­go­wać całą hi­sto­rię. Fe­liks przy­słu­chi­wał się jed­nym uchem. Spra­wy re­dak­cyj­ne mało go ob­cho­dzi­ły. Kol­por­to­wał pi­smo, pi­sał do nie­go ar­ty­ku­ły o tym, jak spo­rzą­dzać bom­by, i po­pa­dał w co­raz głęb­sze nie­za­do­wo­le­nie. Strasz­nie się ucy­wi­li­zo­wał w tej Ge­ne­wie. Pił piwo za­miast wód­ki, no­sił kra­wat z koł­nie­rzy­kiem i uczęsz­czał na kon­cer­ty mu­zy­ki sym­fo­nicz­nej. Miał pra­cę w księ­gar­ni. Tym­cza­sem w Ro­sji pa­no­wa­ło wrze­nie. Gór­ni­cy z szy­bów naf­to­wych wal­czy­li z Ko­za­ka­mi, par­la­ment był bez­sil­ny, straj­ko­wał mi­lion ro­bot­ni­ków. Car Mi­ko­łaj II oka­zał się naj­bar­dziej nie­kom­pe­tent­nym i głu­pim wład­cą, ja­kie­go jest w sta­nie spło­dzić zde­ge­ne­ro­wa­na ary­sto­kra­cja. Cały kraj przy­po­mi­nał becz­kę pro­chu cze­ka­ją­cą tyl­ko na iskrę. Fe­liks chciał stać się tą iskrą. Ale nie mógł wró­cić do Ro­sji. Wró­cił tam Jó­zef Sta­lin i kie­dy tyl­ko po­sta­wił sto­pę na oj­czy­stej zie­mi, uję­to go i ze­sła­no na Sy­be­rię. Taj­na po­li­cja dys­po­no­wa­ła do­kład­niej­szy­mi in­for­ma­cja­mi o re­wo­lu­cjo­ni­stach ży­ją­cych na emi­gra­cji ani­że­li o tych, któ­rzy wciąż po­zo­sta­wa­li w kra­ju.

Fe­lik­sa uwie­ra­ły jego skó­rza­ne buty, sztyw­ny koł­nie­rzyk i wa­run­ki, w ja­kich przy­szło mu żyć.

Spoj­rzał na sie­dzą­cą wo­kół nie­go grup­kę anar­chi­stów. Oto Ulrich, przed­wcze­śnie po­si­wia­ły dru­karz w po­pla­mio­nym far­tu­chu, in­te­lek­tu­ali­sta, po­ży­cza­ją­cy Fe­lik­so­wi książ­ki Pro­udho­na i Kro­pot­ki­na, ale tak­że czło­wiek czy­nu, któ­ry po­mógł mu kie­dyś w na­pa­dzie na bank; Olga, dziew­czy­na w po­strzę­pio­nej suk­ni, któ­ra pod­ko­chi­wa­ła się w Fe­lik­sie, aż któ­re­goś dnia zo­ba­czy­ła, jak zła­mał rękę po­li­cjan­to­wi, i za­czę­ła się go bać; Wie­ra, pusz­cza­ją­ca się na pra­wo i lewo po­et­ka; Jew­no, stu­dent fi­lo­zo­fii, mó­wią­cy bez prze­rwy o oczysz­cza­ją­cej rze­ce krwi i ognia; Hans, ze­gar­mistrz, za­glą­da­ją­cy jak przez szkło po­więk­sza­ją­ce w ludz­kie du­sze; i Piotr, wy­dzie­dzi­czo­ny ksią­żę, au­tor bły­sko­tli­wych trak­ta­tów eko­no­micz­nych i bu­dzą­cych re­wo­lu­cyj­ny za­pał wstęp­nia­ków. Wszy­scy byli od­da­ny­mi spra­wie, cięż­ko pra­cu­ją­cy­mi ludź­mi, nie bra­ko­wa­ło im ole­ju w gło­wie. Fe­liks zda­wał so­bie spra­wę z wagi tego, co ro­bią. Bę­dąc w Ro­sji, prze­by­wał wśród do­pro­wa­dzo­nych do roz­pa­czy lu­dzi, któ­rzy nie­cier­pli­wie cze­ka­li na nie­le­gal­ne ga­zet­ki i ulot­ki, a po­tem prze­ka­zy­wa­li je so­bie z rąk do rąk, aż po­rwa­ły się na strzę­py. A jed­nak to wszyst­ko było za mało. Trak­ta­ty eko­no­micz­ne nie osło­nią przed po­ci­ska­mi po­li­cji, a od pło­mien­nych ar­ty­ku­łów nie zaj­mą się ogniem pa­ła­ce moż­nych tego świa­ta.

– Ta wia­do­mość musi uzy­skać szer­szy roz­głos – mó­wił Ulrich – niż ten, któ­ry osią­gnie­my, pu­bli­ku­jąc ją w Bun­cie. Pra­gnę, aby każ­dy ro­syj­ski chłop do­wie­dział się, że ksią­żę Or­łow chce wy­słać go na bez­sen­sow­ną i krwa­wą woj­nę to­czo­ną o spra­wy, któ­re nic a nic go nie ob­cho­dzą.

– Naj­waż­niej­sze jest to – stwier­dzi­ła Olga – czy lu­dzie uwie­rzą w to, co mó­wi­my.

– Naj­waż­niej­sze jest to – ode­zwał się Fe­liks – czy cała hi­sto­ria jest praw­dzi­wa.

– Mo­że­my spraw­dzić – po­wie­dział Ulrich. – To­wa­rzy­sze z Lon­dy­nu mogą po­twier­dzić, czy Or­łow przy­był zgod­nie z za­po­wie­dzią i czy spo­tkał się z tymi, z któ­ry­mi miał się spo­tkać.

– Nie wy­star­czy nadać roz­głos tym kno­wa­niom – po­wie­dział z prze­ję­ciem Jew­no – mu­si­my je uda­rem­nić!

– Jak? – za­py­tał Ulrich, spo­glą­da­jąc na mło­de­go Jew­no znad dru­cia­nych opra­wek oku­la­rów.

– Po­win­ni­śmy na­wo­ły­wać do zgła­dze­nia Or­ło­wa. Jest zdraj­cą, za­prze­dał swój na­ród i po­wi­nien zo­stać stra­co­ny.

– Czy to za­sto­pu­je roz­mo­wy?

– Praw­do­po­dob­nie tak – po­wie­dział ksią­żę Piotr.

– Zwłasz­cza je­śli za­bój­cą oka­że się anar­chi­sta. Pa­mię­taj­cie, że An­glia udzie­la azy­lu po­li­tycz­ne­go anar­chi­stom i że do­pro­wa­dza to cara do bia­łej go­rącz­ki. Je­śli ro­syj­ski ksią­żę zo­sta­nie zgła­dzo­ny w An­glii przez jed­ne­go z na­szych to­wa­rzy­szy, cara może to roz­wście­czyć do tego stop­nia, że ze­rwie całe ne­go­cja­cje.

– Cóż to bę­dzie za hi­sto­ria – roz­ma­rzył się Jew­no.

– Bę­dzie­my mo­gli na­pi­sać, że Or­łow zo­stał zgła­dzo­ny przez jed­ne­go z na­szych to­wa­rzy­szy za to, że zdra­dził na­ród ro­syj­ski.

– Będą o tym pi­sa­ły ga­ze­ty na ca­łym świe­cie – stwier­dził w za­my­śle­niu Ulrich.

– Po­my­śl­cie o efek­cie, jaki wy­wo­ła to w kra­ju. Wie­cie prze­cież, jak chło­pi ro­syj­scy trak­tu­ją po­wo­ła­nie do woj­ska. To dla nich to samo co wy­rok śmier­ci. Chłop­cu, któ­ry idzie do ar­mii, wy­pra­wia się po­grzeb. Je­śli do­wie­dzą się, że car za­mie­rza wy­słać ich na wiel­ką eu­ro­pej­ską woj­nę, rze­ki spły­ną krwią…

Ma ra­cję, po­my­ślał Fe­liks. Jew­no za­wsze mó­wił o rze­kach krwi, ale tym ra­zem miał ra­cję.

– Oba­wiam się, że bu­jasz w ob­ło­kach, Jew­no – za­opo­no­wał Ulrich. – Mi­sja Or­ło­wa jest taj­na, nie bę­dzie jeź­dził po Lon­dy­nie w otwar­tym po­wo­zie i po­zdra­wiał tłu­mów. Poza tym znam na­szych to­wa­rzy­szy w Lon­dy­nie: nig­dy nie do­ko­na­li po­waż­ne­go za­ma­chu. Nie wi­dzę, w jaki spo­sób mo­gło­by im się to te­raz udać.

– Ja to zro­bię – ode­zwał się Fe­liks. Wszy­scy spoj­rze­li na nie­go. Po ich twa­rzach peł­za­ły cie­nie rzu­ca­ne przez mi­go­czą­cy pło­mień świe­cy. – Wiem, jak to zro­bić. – Jego głos wy­dał im się zmie­nio­ny, jak­by mó­wił przez ści­śnię­te gar­dło. – Po­ja­dę do Lon­dy­nu. Za­bi­ję Or­ło­wa.

W po­ko­ju za­pa­dło na­głe mil­cze­nie. Wszyst­kie te sło­wa o śmier­ci i znisz­cze­niu sta­ły się na­raz re­al­ne i kon­kret­ne. Pa­trzy­li na nie­go zdu­mie­ni i tyl­ko Ulrich uśmie­chał się, jak­by wie­dział o wszyst­kim wcze­śniej, jak­by prze­wi­dział, że spra­wa przy­bie­rze taki wła­śnie ob­rót.

2

Lon­dyn był nie­wia­ry­god­nie bo­ga­ty. Fe­liks wi­dy­wał wiel­kie for­tu­ny w Ro­sji i do­bro­byt w Eu­ro­pie, ale nig­dy na taką ska­lę. Tu­taj nikt nie cho­dził w łach­ma­nach. Prze­ciw­nie, mimo że nie było zim­no, każ­dy miał na so­bie kil­ka warstw cie­płej odzie­ży. Fe­liks przy­glą­dał się fur­ma­nom, ulicz­nym sprze­daw­com, za­mia­ta­czom, ro­bot­ni­kom i po­słań­com – wszy­scy no­si­li przy­zwo­ite, fa­brycz­ne ubra­nia, na któ­rych nie było ani jed­nej dziu­ry czy łaty. Nie było dziec­ka, któ­re cho­dzi­ło­by bez bu­tów. Wszyst­kie ko­bie­ty mia­ły na gło­wie ka­pe­lu­sze, i to ja­kie! Były to ol­brzy­mie przed­mio­ty o ron­dach sze­ro­kich jak koła po­wo­zu, ozdo­bio­ne wstąż­ka­mi, pió­ra­mi, kwia­ta­mi i owo­ca­mi. Na uli­cach pa­no­wał nie­ustan­ny ruch. W cią­gu pierw­szych pię­ciu mi­nut zo­ba­czył tu­taj wię­cej au­to­mo­bi­li niż w ca­łym swo­im do­tych­cza­so­wym ży­ciu. Było ich bo­daj tyle samo, co po­jaz­dów kon­nych. Na ko­łach czy na wła­snych no­gach, wszy­scy po­dą­ża­li do­kądś w po­śpie­chu.

Na Pic­ca­dil­ly Cir­cus sta­nę­ły wszyst­kie po­jaz­dy. Przy­czy­na za­to­ru była taka sama jak w każ­dym in­nym mie­ście: koń upadł na bruk, a cią­gnię­ty prze­zeń fur­gon prze­wró­cił się na bok. Gru­pa męż­czyzn sta­ra­ła się pod­nieść zwie­rzę i wóz z zie­mi, pod­czas gdy sto­ją­ce na chod­ni­ku kwia­ciar­ki i pa­nie o wy­ma­lo­wa­nych twa­rzach stro­iły so­bie żar­ty i za­grze­wa­ły ich do czy­nu okrzy­ka­mi.

Nie­co da­lej na wschód to wra­że­nie wiel­kie­go bo­gac­twa, ja­kie Fe­liks po­cząt­ko­wo od­niósł, tro­chę osła­bło. Mi­nął zwień­czo­ną ko­pu­łą ka­te­drę pod we­zwa­niem świę­te­go Paw­ła. Imie­nia pa­tro­na do­wie­dział się z mapy, któ­rą ku­pił na dwor­cu Vic­to­ria. Za ka­te­drą cią­gnę­ły się uboż­sze dziel­ni­ce. Wspa­nia­łe fa­sa­dy ban­ków i urzę­dów ustą­pi­ły na­gle miej­sca ma­łym, na ogół za­nie­dba­nym, sto­ją­cym sze­re­go­wo dom­kom. Mniej było tu au­to­mo­bi­li, wię­cej koni, te ostat­nie zaś wy­da­wa­ły się o wie­le mi­zer­niej­sze od tych ze śród­mie­ścia. Han­del od­by­wał się w więk­szo­ści na ulicz­nych stra­ga­nach. Nie doj­rzał już ani jed­ne­go po­słań­ca. W oczy ci­snę­ło się te­raz mnó­stwo bo­sych dzie­ci – ale nie prze­jął się tym zbyt­nio, gdyż w tym kli­ma­cie i tak, jego zda­niem, nie po­trze­bo­wa­ły bu­tów.

Im głę­biej za­pusz­czał się w dziel­ni­cę East End, tym bar­dziej po­nu­re roz­ta­cza­ły się przed nim wi­do­ki. Mi­jał roz­pa­da­ją­ce się ka­mie­ni­ce, brud­ne po­dwór­ka i śmier­dzą­ce alej­ki. Odzia­ni w łach­ma­ny wy­ko­le­jeń­cy grze­ba­li w ster­tach śmie­ci, po­szu­ku­jąc resz­tek po­ży­wie­nia. Po­tem zna­lazł się na­gle na Whi­te­cha­pel High Stre­et i uj­rzał zna­jo­me bro­dy, pej­sy i tra­dy­cyj­ne cha­ła­ty or­to­dok­syj­nych Ży­dów, małe skle­pi­ki, w któ­rych moż­na było ku­pić wę­dzo­ną rybę i ko­szer­ne mię­so: miał wra­że­nie, jak­by zna­lazł się z po­wro­tem w Ro­sji, z tą tyl­ko róż­ni­cą, że tu­taj Ży­dzi nie wy­da­wa­li się za­stra­sze­ni.

Szedł da­lej, szu­ka­jąc nu­me­ru 165 przy Ju­bi­lee Stre­et; taki ad­res po­dał mu bo­wiem Ulrich. Był to dwu­pię­tro­wy bu­dy­nek o ar­chi­tek­tu­rze lu­te­rań­skie­go zbo­ru. Ta­blicz­ka na ze­wnątrz in­for­mo­wa­ła, że In­sty­tut i Klub Przy­ja­ciół Ro­bot­ni­ka otwar­ty jest dla wszyst­kich pra­cu­ją­cych bez wzglę­du na ich po­glą­dy po­li­tycz­ne, inna zaś ta­blicz­ka wi­szą­ca obok niej wy­ja­wia­ła praw­dzi­wy cha­rak­ter tej pla­ców­ki, stwier­dza­jąc, że zo­sta­ła ona otwar­ta w roku 1906 przez Pio­tra Kro­pot­ki­na. Fe­liks za­sta­na­wiał się, czy tu, w Lon­dy­nie, uda mu się spo­tkać le­gen­dar­ne­go księ­cia anar­chi­stów.

Wszedł do środ­ka. W sie­ni zo­ba­czył stos ga­ze­tek w ję­zy­ku ji­dysz, któ­rych ty­tuł przy­po­mi­nał na­zwę klu­bu: Der Ar­be­ter Fra­int, Przy­ja­ciel Ro­bot­ni­ka. Ogło­sze­nia na ścia­nach do­ty­czy­ły lek­cji an­giel­skie­go, szkół­ki nie­dziel­nej, wy­ciecz­ki do Ep­ping Fo­rest i wy­kła­du na te­mat Ham­le­ta. Fe­liks wszedł do głów­nej sali. Jej wy­strój po­twier­dzał jego wcze­śniej­sze przy­pusz­cze­nia: z pew­no­ścią była to nie­gdyś nawa ko­ścio­ła dy­sy­denc­kie­go. Z jed­nej stro­ny do­bu­do­wa­no tam sce­nę, z dru­giej zaś bar. Na sce­nie gru­pa męż­czyzn i ko­biet przy­go­to­wy­wa­ła, zda­je się, ja­kieś przed­sta­wie­nie. Być może tym wła­śnie zaj­mo­wa­li się anar­chi­ści w An­glii, po­my­ślał Fe­liks; to wy­ja­śnia, dla­cze­go wol­no im tu­taj za­kła­dać wła­sne klu­by. W ba­rze nie było wi­dać żad­nych na­po­jów al­ko­ho­lo­wych, ale na kon­tu­arze zo­ba­czył fi­le­ty ryb­ne, ma­ry­no­wa­ne śle­dzie i – o ra­do­ści! – praw­dzi­wy sa­mo­war.

Dziew­czy­na za ladą spoj­rza­ła na nie­go.

– Nu, czto? – za­py­ta­ła.

Fe­liks uśmiech­nął się.

Ty­dzień póź­niej, tego sa­me­go dnia, kie­dy ksią­żę Or­łow miał przy­być do Lon­dy­nu, Fe­liks za­ja­dał lunch we fran­cu­skiej re­stau­ra­cji w Soho. Przy­szedł wcze­śnie i za­jął sto­lik tuż przy wej­ściu. Zjadł zupę ce­bu­lo­wą, stek i ka­wa­łek bryn­dzy, wy­pi­ja­jąc do tego pół bu­tel­ki czer­wo­ne­go wina. Za­ma­wiał po­tra­wy po fran­cu­sku. Kel­ne­rzy ob­słu­gi­wa­li go z wiel­ką es­ty­mą. Kie­dy skoń­czył, w re­stau­ra­cji za­czął się naj­więk­szy ruch. W chwi­li gdy trzej kel­ne­rzy znaj­do­wa­li się aku­rat w kuch­ni, a po­zo­sta­li dwaj od­wró­ce­ni byli do nie­go ple­ca­mi, spo­koj­nie wstał, pod­szedł do drzwi, za­brał swój płaszcz i ka­pe­lusz, po czym wy­szedł, nie pła­cąc ra­chun­ku.

Idąc uli­cą, uśmie­chał się. Kra­dzież spra­wia­ła mu przy­jem­ność.

Szyb­ko na­uczył się, jak prze­żyć w mie­ście pra­wie za dar­mo. Na śnia­da­nie ku­po­wał w ulicz­nej bud­ce sło­dzo­ną her­ba­tę i krom­kę chle­ba za dwa pen­sy. Było to je­dy­ne po­ży­wie­nie, za któ­re pła­cił. W po­rze lun­chu kradł ja­kiś owoc albo ja­rzy­nę z ulicz­ne­go stra­ga­nu. Wie­czo­rem szedł do or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej, gdzie w za­mian za wy­słu­cha­nie nie­zro­zu­mia­łe­go ka­za­nia i od­śpie­wa­nie hym­nu do­sta­wał ta­lerz dar­mo­we­go ro­so­łu i tyle chle­ba, ile tyl­ko chciał. Miał pięć fun­tów go­tów­ką, ale oszczę­dzał je na czar­ną go­dzi­nę.

Za­miesz­kał w Dun­stan Ho­uses w Step­ney Gre­en, w pię­cio­pię­tro­wej ka­mie­ni­cy. Gnieź­dzi­ła się w niej po­ło­wa zna­nych lon­dyń­skich anar­chi­stów. Fe­liks spał na roz­ło­żo­nym na pod­ło­dze ma­te­ra­cu w miesz­ka­niu Ru­dol­fa Roc­ke­ra, cha­ry­zma­tycz­ne­go Niem­ca o blond wło­sach, któ­ry re­da­go­wał Der Ar­be­ter Fra­int. Cha­ry­zma Roc­ke­ra nie dzia­ła­ła na Fe­lik­sa, był od­por­ny na ta­kie rze­czy, po­dzi­wiał jed­nak­że bez­brzeż­ne po­świę­ce­nie tego czło­wie­ka. Roc­ker i jego żona Mil­ly przez cały dzień i do póź­nej nocy pro­wa­dzi­li dom otwar­ty dla anar­chi­stów. Bez prze­rwy zja­wia­li się tam go­ście i po­słań­cy, od­by­wa­ły się dys­ku­sje i spo­tka­nia róż­nych ko­mi­te­tów, po­pi­ja­no her­ba­tę i pa­lo­no pa­pie­ro­sy. Fe­liks nie pła­cił za miesz­ka­nie, ale każ­de­go dnia przy­no­sił coś do wspól­nej spi­żar­ni – funt pa­ró­wek, pacz­kę her­ba­ty albo kil­ka po­ma­rań­czy. Wszy­scy my­śle­li, że ku­pu­je te rze­czy, ale po­cho­dzi­ły oczy­wi­ście z kra­dzie­ży.

In­nym anar­chi­stom po­wie­dział, że przy­je­chał tu­taj, aby w Mu­zeum Bry­tyj­skim zbie­rać ma­te­riał do książ­ki, któ­rą pi­sał na te­mat na­tu­ral­ne­go anar­chi­zmu w spo­łe­czeń­stwach pier­wot­nych. Uwie­rzy­li mu. Byli przy­jaź­nie na­sta­wie­ni, peł­ni po­świę­ce­nia i nie­szko­dli­wi: szcze­rze wie­rzy­li, że re­wo­lu­cji moż­na do­ko­nać przez roz­wój oświa­ty i związ­ków za­wo­do­wych, przez dru­ko­wa­nie ulo­tek i or­ga­ni­zo­wa­nie wy­cie­czek do Ep­ping Fo­rest. Fe­liks wie­dział, że tacy wła­śnie byli w więk­szo­ści anar­chi­ści poza Ro­sją. Nie nie­na­wi­dził ich, ale w skry­to­ści du­cha nimi po­gar­dzał, w isto­cie rze­czy byli bo­wiem ludź­mi o za­ję­czym ser­cu.

Nie­mniej, i wśród ta­kich lu­dzi tra­fi się cza­sem kil­ka od­waż­nych jed­no­stek. Od­naj­dzie ich, kie­dy za­ist­nie­je taka po­trze­ba.