Trzeci bliźniak - Ken Follett - ebook
Opis

Eksperyment medyczny, który może zmienić całą naszą wiedzę o człowieku.

Labirynt intryg sięgający amerykańskich elit władzy.

Spisek, którego uczestnicy są gotowi zabijać.

Jeannie Ferrami, psycholog prowadząca na Jones Falls University badania naukowe w dziedzinie genetyki, dokonuje zaskakującego odkrycia. Przeglądając bazy danych, natrafia na parę jednojajowych bliźniaków, urodzonych w odstępie kilku tygodni przez dwie różne matki. Jeden z nich jest odsiadującym wyrok mordercą i sadystą, drugi, Steven Logan, sprawia wrażenie wzorowego obywatela. Nieoczekiwanie Steven zostaje oskarżony o brutalny gwałt, zeznania ofiary nie pozostawiają wątpliwości, że to on jest sprawcą przestępstwa. Przekonana o niewinności Stevena Jeannie podejmuje wysiłki, by rozwiązać zagadkę i oczyścić go z zarzutów. Poszukiwania naprowadzają ją na ślad tajnych eksperymentów medycznych z okresu zimnej wojny. W eksperymenty zamieszane są bardzo wpływowe osoby, a nawet jej sponsor na uniwersytecie. Gra toczy się o wysoką stawkę: miliony dolarów i ambicje prawicowych polityków, którzy pragną przywrócić "integralność rasową" Ameryki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 631

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Eksperyment medyczny, który może zmienićcałą naszą wiedzę o człowieku.

Labirynt intryg sięgający amerykańskich elit władzy.

Spisek, którego uczestnicy są gotowi zabijać.

Doktor Jeannie Ferrami, młoda ambitna psycholog, podczas badań trafia na dwóch mężczyzn podobnych do siebie jak dwie krople wody – bliźniaków, z których każdy miał inną matkę. Różnica jest tylko taka, że w jednym z nich mogłaby się zakochać, drugi siedzi w więzieniu za zabójstwo.

Niestety, również ten pierwszy jest podejrzewany o popełnienie strasznego czynu, przysięga jednak na wszystko, że jest niewinny. Doktor Ferrami, napędzana ciekawością naukowca – a może nie tylko tym? – bada sprawę i w końcu zadaje sobie pytanie:

Czy istnieje trzeci bliźniak?

Ken Follet

Brytyjski pisarz, urodzony w Walii w 1949 r. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1978 r. Igła. Kolejne tytuły, m.in. Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Zamieć, Upadek gigantów, Zima świata oraz Krawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów. Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, za swoje najważniejsze dzieło autor nadal uważa sagę Filary Ziemi – owoc jego zainteresowania średniowieczem. Na podstawie powieści Folletta nakręcono wiele filmów oraz seriali, m.in. Igłę, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów i Filary Ziemi.

www.ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczneUCIEKINIERNIEBEZPIECZNA FORTUNACZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGAFilary ZiemiFILARY ZIEMIŚWIAT BEZ KOŃCAStulecieUPADEK GIGANTÓWZIMA ŚWIATAKRAWĘDŹ WIECZNOŚCIThrillery wojenneIGŁAKRYPTONIM KAWKILOT ĆMYKLUCZ DO REBEKINOC NAD OCEANEMThrilleryMŁOT EDENUZABÓJCZA PAMIĘĆTRÓJKAZAMIEĆSKANDAL Z MODIGLIANIMTRZECI BLIŹNIAKLWY PANSZIRUPAPIEROWE PIENIĄDZELiteratura faktuNA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:THE THIRD TWIN

Copyright © Ken Follett 1996All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2006

Redakcja: Barbara Nowak

Zdjęcie na okładce: Star Line/freepik

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-357-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Moim pasierbom:Jann Turner, Kim Turner i Adamowi Broerowiz wyrazami miłości

Książka ta jest dziełem fikcji. Nazwiska, postaci, miejsca, organizacje oraz wydarzenia są wytworem wyobraźni autora bądź też pojawiają w fikcyjnym kontekście. Wszelkie podobieństwo do faktów, rzeczywistych organizacji, a także osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.

NIEDZIELA

1

Fala upału zawisła nad Baltimore niczym całun. Zielone przedmieścia chłodzone były setkami tysięcy zraszaczy, ale zamożni mieszkańcy pochowali się w domach z włączoną na pełny regulator klimatyzacją. Prostytutki na North Avenue szukały rozpaczliwie cienia, pocąc się pod swoimi perukami, a dzieciaki handlujące na rogach ulic prochami wyjmowały je z kieszeni obszernych szortów. Była druga połowa września, lecz jesień wydawała się jeszcze bardzo odległa.

Zardzewiały biały datsun ze stłuczonym przednim kloszem, oklejonym dwoma krzyżującymi się paskami taśmy, przemierzał powoli leżącą na północ od śródmieścia, zamieszkaną przez białych dzielnicę. Samochód nie miał klimatyzacji i kierowca, przystojny dwudziestodwuletni chłopak, otworzył wszystkie szyby. Ubrany w przycięte dżinsy i czysty biały podkoszulek, na głowie miał czerwoną baseballową czapkę z wypisanym białymi literami napisem SECURITY. Plastikowe siedzenie pod jego udami było śliskie od potu, ale on wcale się tym nie przejmował. Był w wesołym nastroju. Radio w samochodzie nastawione było na stację 92Q – Dwadzieścia hitów jeden po drugim! Na fotelu obok leżał otwarty skoroszyt. Mężczyzna zerkał co jakiś czas na naszpikowany specjalistycznym słownictwem tekst, ucząc się przed czekającym go nazajutrz testem. Nauka nigdy nie sprawiała mu trudności; powinien opanować materiał w ciągu najwyżej kilku minut.

Na światłach dogoniła go blondynka w porsche z otwieranym dachem. Mężczyzna uśmiechnął się do niej.

– Ładny wózek – rzucił.

Blondynka odwróciła bez słowa wzrok, ale zobaczył, że kąciki ust zadrżały jej lekko w uśmiechu. Schowana za wielkimi ciemnymi szkłami była prawdopodobnie dwa razy starsza od niego – starsza od niego była większość kobiet, które jeździły porsche.

– Pościgajmy się do następnych świateł – zaproponował.

Słysząc to, roześmiała się kokieteryjnym muzycznym śmiechem, a potem wrzuciła wąską elegancką dłonią jedynkę i wystrzeliła z miejsca jak rakieta.

Wzruszył ramionami. Tylko żartował.

Mijał teraz zadrzewiony kampus Uniwersytetu Jonesa Fallsa, uczelni należącej do Bluszczowej Ligi, o wiele bardziej nobliwej aniżeli ta, na której sam studiował. Przejeżdżając obok imponującej bramy, minął grupkę biegnących truchtem ośmiu lub dziesięciu kobiet, ubranych w stroje do joggingu: obcisłe szorty, przepocone T-shirty i buty firmy Nike. Domyślił się, że to drużyna hokeja na trawie. Biegnąca na czele wysportowana dziewczyna musiała być ich kapitanem, szlifującym przed sezonem formę podopiecznych.

Dziewczęta skręciły na teren uczelni i wyobraźnia podsunęła mu nagle obraz tak sugestywny i podniecający, że przez chwilę miał trudności z prowadzeniem samochodu. Wyobraził je sobie w szatni – tę pulchną namydlającą się pod prysznicem, tę rudą wycierającą ręcznikiem długie kasztanowe włosy, tę czarnoskórą wkładającą białe koronkowe majtki, tę, która jest kapitanem drużyny, przechadzającą się nago między szafkami i prężącą mięśnie. Nagle dzieje się coś, co im zagraża. Dziewczyny wpadają w panikę, zaczynają płakać, ich oczy rozszerza przerażenie. Biegają w kółko, zderzając się ze sobą. Ta gruba przewraca się na podłogę i leży, zanosząc się bezsilnym płaczem. Inne depczą po niej, próbując się desperacko ukryć, znaleźć drzwi, uciec przed tym, co je przeraża.

Zjechał na bok i wyłączył bieg. Oddychał szybko i czuł, jak serce wali mu w piersi. To była najbardziej sugestywna wizja, którą pamiętał. Brakowało w niej jednak małego szczegółu. Czego się tak przestraszyły? Przez chwilę szukał odpowiedzi w swej bujnej wyobraźni, a potem westchnął z rozkoszy, kiedy przyszła mu do głowy: pożar. W szatni szaleje pożar, a one boją się ognia. Krztusząc się i kaszląc, drepczą w kółko, półnagie i ogłupiałe.

– Mój Boże – szepnął, patrząc prosto przed siebie, widząc całą scenę, tak jakby projektor wyświetlał ją na przedniej szybie datsuna.

Po kilku chwilach ochłonął. Wciąż był podniecony, ale sama wizja przestała mu wystarczać; podobnie jak myśl o kuflu piwa nie wystarcza komuś, kogo pali silne pragnienie. Podniósł skraj podkoszulka i wytarł nim pot z twarzy. Wiedział, że powinien zapomnieć i odjechać, ale wizja była zbyt wspaniała. Jej urzeczywistnienie wiązało się z wielkim ryzykiem – gdyby go złapano, trafiłby na długie lata do więzienia – ale zagrożenie nigdy jeszcze nie powstrzymało go przed tym, na co miał ochotę. Starał się opanować pokusę, lecz trwało to tylko sekundę.

– Chcę tego – mruknął, po czym zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni i wjechał przez majestatyczną bramę na teren kampusu.

Był tutaj już wcześniej. Uniwersytet zajmował czterdzieści hektarów błoni, ogrodów i lasów. Budynki wzniesiono na ogół ze standardowej czerwonej cegły, ale było również kilka nowoczesnych gmachów ze szkła i betonu; wszystkie łączyły się ze sobą plątaniną wąskich alejek, obstawionych parkometrami.

Drużyna hokeja na trawie zniknęła, ale znalezienie sali gimnastycznej nie sprawiło mu większych trudności. Mieściła się w niskim budynku obok bieżni; przed wejściem stała figura dyskobola. Mężczyzna zatrzymał się przy parkometrze, ale nie wrzucił do niego monety; nigdy nie wrzucał monet do parkometrów. Muskularna kapitan drużyny hokejowej stała na stopniach sali, rozmawiając z facetem w porozpruwanej bluzie. Mężczyzna z datsuna wbiegł po stopniach, uśmiechnął się po drodze do dziewczyny i pchnął drzwi prowadzące do budynku.

W hallu roiło się od wchodzących i wychodzących dziewcząt i chłopców w szortach i opaskach na włosach, z rakietami w rękach i sportowymi torbami zawieszonymi na ramieniu. Dla większości drużyn uniwersyteckich niedziela była dniem treningu. Siedzący za biurkiem strażnik sprawdzał legitymacje studenckie; ale kiedy do środka wbiegła razem duża grupa biegaczy i część z nich zapomniała je pokazać, strażnik wzruszył po prostu ramionami i wsadził z powrotem nos w czytaną książkę.

Nieznajomy odwrócił się i zaczął oglądać stojące w gablocie srebrne puchary zdobyte przez miejscowych sportowców. Chwilę później do hallu wbiegli piłkarze – dziesięciu chłopaków i klocowata dziewczyna w butach z kolcami – i szybko się do nich przyłączył. Przeciął żwawym krokiem hall i zbiegł razem z nimi szerokimi schodami. Piłkarze, którzy rozmawiali o meczu, ciesząc się ze zdobytej bramki i oburzając na złośliwy faul, w ogóle nie zwrócili uwagi na nieznajomego.

Szedł lekkim niedbałym krokiem, ale oczy miał szeroko otwarte. Na dole był kolejny mały hall z maszyną do coca-coli i płatnym telefonem w osłonie akustycznej. Do męskiej szatni wchodziło się bezpośrednio z hallu, ale gruba dziewczyna skręciła w długi korytarz. Żeńską szatnię architekt dołączył pewnie do projektu w ostatniej chwili: w czasach gdy słowo „koedukacyjny” miało seksualny podtekst, nie wyobrażał sobie, że na uniwersytecie będzie studiować tyle dziewczyn.

Nieznajomy podniósł słuchawkę i udał, że szuka ćwierćdolarowej monety. Mężczyźni wchodzili gęsiego do swojej szatni. Patrzył, jak dziewczyna idzie korytarzem, a potem otwiera jakieś drzwi i znika. Prowadziły na pewno do szatni. Były tam wszystkie, pomyślał podniecony. Rozbierały się, brały prysznic, wycierały ręcznikami. To, że znajdował się tak blisko, nie dawało mu spokoju. Otarł brew rąbkiem podkoszulka. Żeby urzeczywistnić swoją wizję, musiał je tylko śmiertelnie nastraszyć.

Uspokoił się. Nie zepsuje sobie zabawy przez zbytni pośpiech. Potrzebował kilku minut, żeby to porządnie zaplanować.

Kiedy wszyscy zniknęli, ruszył korytarzem. Prowadziło z niego troje drzwi, jedne po prawej i lewej i jedne na końcu. Dziewczyna wybrała te po prawej stronie. Otworzył ostatnie i zobaczył potężne instalacje, najprawdopodobniej kotły i filtry do basenu. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Wewnątrz rozbrzmiewał cichy pomruk urządzeń elektrycznych. Wyobraził sobie dziewczynę, oszalałą ze strachu i ubraną tylko w bieliznę – biustonosz i majtki ozdobione kwiatkami – leżącą na podłodze i przyglądającą się z przerażeniem, jak rozpina pasek. Przez chwilę rozkoszował się tym obrazem. Dzieliło go od niej tylko kilka metrów. W tej chwili myślała pewnie o tym, co będzie robić wieczorem. Może miała chłopaka i zastanawiała się, czy tej nocy pozwoli mu pójść na całość; może była studentką pierwszego roku, samotną i trochę nieśmiałą, której w niedzielny wieczór pozostało tylko oglądanie Colombo; a może musiała jutro oddać jakąś pracę i miała zamiar ślęczeć nad nią przez całą noc. Nic z tego, kochanie. Przygotuj się na koszmar.

Robił podobne rzeczy już wcześniej, ale nigdy na taką skalę. Odkąd pamiętał, zawsze uwielbiał straszyć dziewczyny. W liceum najbardziej lubił zaskoczyć którąś w pojedynkę gdzieś na korytarzu, i grozić jej tak długo, aż wybuchała płaczem i prosiła o litość. Dlatego właśnie musiał stale zmieniać szkoły. Czasami umawiał się z dziewczynami na randki, żeby nie różnić się tak bardzo od innych chłopaków i mieć kogoś, z kim mógłby pójść do baru. Jeśli tego oczekiwały, bzykał je, ale zawsze wydawało mu się to trochę bezcelowe.

Każdy ma jakiegoś hysia, myślał; pewni mężczyźni przebierają się w damskie ciuchy, inni lubią, żeby ubrana w skórę dziewczyna deptała ich butami na wysokich obcasach. Znał faceta, dla którego najseksowniejszą częścią ciała kobiety były jej stopy; dostawał orgazmu, stojąc w dziale damskiego obuwia w domu towarowym i obserwując, jak wkładają i zdejmują pantofle.

On miał hysia na punkcie strachu. Podniecało go, kiedy kobieta się bała. Bez tego nie odczuwał przyjemności.

Rozglądając się metodycznie dookoła, zauważył przymocowaną do ściany drabinę, nad którą znajdowała się zamykana od środka żelazna klapa. Wspiął się szybko po szczeblach, odsunął rygle i podniósł ją. Przed sobą zobaczył opony stojącego na parkingu chryslera. Ustaliwszy, że znajduje się na tyłach budynku, zasunął z powrotem rygle i zszedł na dół.

Kiedy zamykał za sobą drzwi kotłowni, idąca z naprzeciwka dziewczyna zmierzyła go nieprzyjaznym spojrzeniem. Przeżył chwilę niepokoju; mogła zapytać go, czego, do cholery, szuka koło damskiej szatni. Czegoś takiego nie przewidział w swoim scenariuszu. W tym momencie mogło to popsuć cały plan. Ale ona spojrzała na jego czapkę i widząc napis SECURITY, odwróciła się i weszła do szatni.

Uśmiechnął się. Kupił tę czapkę w sklepie z pamiątkami za osiem dolców dziewięćdziesiąt dziewięć centów. Ludzie przyzwyczaili się do ubranych w dżinsy strażników na koncertach rockowych, do detektywów, którzy nie różnili się od przestępców, dopóki nie wyciągnęli odznaki, a także do ubranych w swetry policjantów na lotnisku; trudno było pytać o legitymację każdego palanta, który twierdził, że jest ochroniarzem.

Nacisnął klamkę drzwi naprzeciwko damskiej szatni. W środku znajdował się mały magazyn. Zapalił światło i zamknął za sobą drzwi.

Na regałach leżał stary sprzęt sportowy: wielkie, czarne piłki lekarskie, zużyte gumowe materace, maczugi gimnastyczne, zdefasonowane rękawice bokserskie i rozklekotane składane krzesła. Obok stał kozioł z popękaną skórą i złamaną nogą. W powietrzu unosił się zapach pleśni. Pod sufitem biegła duża srebrna rura. Domyślił się, że tłoczy świeże powietrze do szatni po drugiej stronie korytarza.

Sięgnął do góry i spróbował odkręcić śruby łączące rurę z większym urządzeniem, które wyglądało na wentylator. Nie udało mu się to gołymi rękami, ale miał klucz w bagażniku datsuna. Kiedy odkręci śruby, wentylator zamiast z rury będzie pobierał powietrze z magazynu.

Rozpali ogień na podłodze. Kupi kanister benzyny, odleje jej trochę do butelki po perrierze i przyniesie tutaj razem z pudełkiem zapałek, gazetą na rozpałkę i kluczem.

Ogień szybko się rozprzestrzeni i w górę zaczną walić gęste kłęby dymu. Wtedy zakryje sobie usta i nos mokrą szmatą, odczeka chwilę i odkręci rurę. Wentylator zacznie wsysać dym i tłoczyć go do szatni. Z początku nikt tego nie zauważy. A potem któraś z dziewczyn pociągnie nosem i zapyta: „Czy ktoś tutaj pali papierosa?” On tymczasem otworzy drzwi magazynu i cały korytarz wypełni się dymem. Dziewczęta zorientują się w końcu, że coś jest nie w porządku, otworzą drzwi i przekonane, że pali się cały budynek, wpadną wszystkie w panikę.

Wtedy on wejdzie do szatni. Wszędzie, gdziekolwiek spojrzy, będą migać biustonosze, pończochy, gołe piersi, pośladki i włosy łonowe. Niektóre z dziewczyn wybiegną nagie i mokre spod prysznica i będą szukały po omacku ręcznika; inne zaczną się ubierać; większość będzie biegać w kółko, mrużąc oczy i próbując znaleźć drzwi. Słychać będzie krzyki i szlochy. On nadal będzie udawać ochroniarza i zacznie im wydawać rozkazy: „Nie ubierajcie się! Nie ma ani chwili do stracenia! Uciekajcie! Płonie cały budynek! Szybciej! Szybciej!” Będzie je klepał po nagich pośladkach, popychał, wyrywał z rąk ubrania i obmacywał. Niektóre domyślą się może, że coś jest nie w porządku, ale większość będzie zbyt przerażona, żeby się nad tym zastanawiać. Jeśli w środku będzie jeszcze muskularna hokeistka, starczy jej być może jasności umysłu, żeby stawić mu czoło, ale on znokautuje ją po prostu jednym celnym uderzeniem.

Spacerując po szatni, wybierze dla siebie ofiarę: ładną dziewczyną o bezbronnym spojrzeniu. Weźmie ją pod ramię i powie: „Tędy, proszę. Jestem z ochrony”. Wyjdzie z nią na korytarz, a potem skręci do kotłowni. I dokładnie wtedy, gdy biedaczka pomyśli, że jest bezpieczna, uderzy ją najpierw w twarz, a potem w brzuch i rzuci na podłogę. Będzie patrzył, jak się turla po brudnym betonie, a potem niepewnie siada, płacząc i wpatrując się w niego z przerażeniem w oczach.

Wtedy uśmiechnie się i rozepnie pasek.

2

– Chcę wracać do domu – oświadczyła pani Ferrami.

– Nie martw się, mamo, zabierzemy cię stąd szybciej, niż myślisz – odparła jej córka Jeannie.

Młodsza siostra Jeannie, Patty, posłała jej spojrzenie, które mówiło: Jak sobie to, do licha, wyobrażasz?

Ubezpieczenie mamy starczało wyłącznie na umieszczenie w domu opieki Bella Vista, który sprawiał wyjątkowo obskurne wrażenie. W pokoju stały dwa szpitalne łóżka, dwie szafki nocne, kanapa i telewizor. Ściany pomalowane były na brunatny kolor, a podłoga wyłożona plastikowymi kremowopomarańczowymi płytkami. Okna miały kraty zamiast zasłon i wychodziły na stację benzynową. Umywalka była w rogu pokoju, toaleta na korytarzu.

– Chcę wracać do domu – powtórzyła pani Ferrami.

– Ale ty wszystko zapominasz, mamo. Nie możesz już dłużej sama mieszkać – powiedziała Patty.

– Oczywiście, że mogę, nie waż się do mnie mówić w ten sposób.

Jeannie przygryzła wargę. Gdy spoglądała na wrak człowieka, który był kiedyś jej matką, chciało jej się płakać. Mama miała mocne rysy: czarne brwi, ciemne oczy, prosty nos, szerokie usta i wystające kości policzkowe. I chociaż była niskiego wzrostu, a jej córki wysokie jak ojciec, Jeannie i Patty odziedziczyły po niej typ urody. I wszystkie trzy odznaczały się, zgodnie z tym, co sugerowały rysy twarzy, silnym charakterem; słowem, którego używano najczęściej, by je opisać, było „imponujące”. Ale mama już nigdy nie będzie imponująca. Miała alzheimera.

Nie skończyła jeszcze sześćdziesiątki. Dwudziestodziewięcioletnia Jeannie i dwudziestosześcioletnia Patty miały nadzieję, że przez kilka lat mama będzie sobie jeszcze jakoś radzić, ale nadzieja ta legła w gruzach o godzinie piątej tego ranka, kiedy gliniarz z Waszyngtonu zadzwonił do Jeannie i zakomunikował jej, że znalazł mamę w brudnej nocnej koszuli na Osiemnastej Ulicy, powtarzającą z płaczem, że zapomniała, gdzie mieszka.

Jeannie wsiadła do samochodu i pojechała w ten cichy niedzielny ranek do Waszyngtonu, oddalonego o godzinę jazdy z Baltimore. Odebrała mamę z posterunku, odwiozła do domu, umyła ją i ubrała, po czym zadzwoniła do Patty. Obie siostry załatwiły następnie mamie miejsce w domu spokojnej starości Bella Vista w mieście Columbia, w połowie drogi między Waszyngtonem i Baltimore. Spędziła w nim swoje ostatnie lata ich ciotka Rosa. Miała taką samą polisę ubezpieczeniową jak mama.

– Nie podoba mi się to miejsce – stwierdziła mama.

– Nam też – odparła Jeannie – ale w tej chwili to wszystko, na co nas stać. – Chciała być rzeczowa i rozsądna, lecz jej słowa zabrzmiały bardziej szorstko, niż zamierzała.

Patty spojrzała na nią z dezaprobatą.

– Daj spokój, mamo, mieszkałyśmy już w gorszych warunkach – powiedziała.

To była prawda. Kiedy ich ojciec trafił po raz drugi za kratki, mama i dwie córki zamieszkały w jednym pokoju z płytą grzejną na kredensie i kranem na korytarzu. To były lata pomocy społecznej. Ale przeciwności losu zawsze mobilizowały mamę do działania. Kiedy tylko Jeannie i Patty poszły do szkoły, znalazła pracę – była fryzjerką, niezłą, chociaż może mało oryginalną – wynajęła godną zaufania starszą panią, która opiekowała się dziewczynkami, gdy wróciły do domu, i przeniosła się do małego mieszkanka z dwiema sypialniami, w Adams-Morgan, porządnej robotniczej dzielnicy.

Smażyła grzanki na śniadanie, wysyłała Jeannie i Patty do szkoły w czystych ubraniach, a potem czesała się i malowała – trzeba było wyglądać elegancko, kiedy pracowało się w salonie – i zawsze zostawiała wysprzątaną kuchnię i ciasteczka dla dziewczynek, kiedy wracały do domu. W niedzielę wszystkie trzy robiły porządki i duże pranie. Mama zawsze wydawała się taka zaradna, taka solidna i wytrzymała, że żal było patrzeć na tę leżącą w łóżku narzekającą kobietę.

Teraz zmarszczyła brzwi, jakby coś ją zadziwiło.

– Dlaczego nosisz kolczyk w nosie, Jeannie? – zapytała.

Jeannie dotknęła palcem delikatnego srebrnego kółka i lekko się uśmiechnęła.

– Kazałam sobie przekłuć nos, kiedy byłam dzieckiem, mamo. Pamiętasz, jak się z tego powodu wściekałaś? Myślałam, że wyrzucisz mnie na ulicę.

– Zapomniałam – szepnęła mama.

– Ja pamiętam – powiedziała Patty. – Uważałam, że to najwspanialszy pomysł pod słońcem. Ale miałam wtedy jedenaście, a ty czternaście lat i wszystko, co robiłaś, wydawało mi się odważne, mądre i zgodne z najnowszą modą.

– Może wcale się nie myliłaś – rzuciła żartem Jeannie.

Patty zachichotała.

– Na pewno nie można było tego powiedzieć o pomarańczowej kurtce.

– Mój Boże, ta kurtka. Mama spaliła ją w końcu po tym, jak nocowałam w opuszczonym budynku i oblazły mnie pchły.

– Pamiętam to – odezwała się nagle mama. – Pchły u mojego dziecka! – Wciąż ją to oburzało, mimo że minęło piętnaście lat.

Nagle poprawiły im się humory. Wspomnienia uświadomiły im, jak bardzo były kiedyś ze sobą związane. To był najlepszy moment, żeby wyjść.

– Muszę już lecieć – oświadczyła, wstając, Jeannie.

– Ja też – powiedziała Patty. – Muszę zrobić obiad.

Żadna z córek nie kwapiła się jednak do drzwi. Jeannie dręczyło poczucie, że porzuca matkę w potrzebie. W tym miejscu nikt jej nie kochał. Powinna się nią opiekować rodzina. Jeannie i Patty powinny u niej zamieszkać, powinny gotować posiłki, prasować nocne koszule i nastawiać telewizor na jej ulubiony program.

– Kiedy was znowu zobaczę? – zapytała mama.

Jeannie zawahała się. Chciała powiedzieć: „Jutro. Przyniosę ci śniadanie i zostanę z tobą przez cały dzień”. Ale to było niemożliwe, czekał ją pracowity tydzień. Ogarnęło ją poczucie winy. Jak mogę być taka okrutna?

Patty przyszła jej w sukurs.

– Przyjadę jutro – obiecała – i przywiozę ze sobą dzieci. Zobaczysz, będzie wspaniale.

Mama nie zamierzała jednak tak łatwo odpuścić starszej córce.

– Ty też przyjedziesz?

– Kiedy tylko będę mogła – oparła Jeannie. Pochyliła się nad łóżkiem i czując, jak żal dławi ją w gardle, pocałowała matkę. – Kocham cię, mamo. Postaraj się o tym nie zapomnieć.

Gdy znalazły się na korytarzu, Patty wybuchła płaczem.

Jeannie też chciało się płakać, lecz była starsza i dawno temu przyzwyczaiła się panować nad własnymi uczuciami i opiekować Patty. Objęła ją ramieniem i ruszyły razem aseptycznym korytarzem. Patty nie miała słabego charakteru; była po prostu bardziej zgodna od wojowniczej i upartej Jeannie. Mama zawsze krytykowała starszą córkę, twierdząc, że powinna być podobna do Patty.

– Chciałabym ją zabrać do siebie do domu, ale nie mogę – odezwała się ze smutkiem Patty.

Jeannie pokiwała głową. Jej siostra wyszła za mąż za stolarza, niejakiego Zipa. Mieszkali w małym domku z dwiema sypialniami. Drugą sypialnię zajmowali ich trzej synowie. Davey miał sześć, Mel cztery, a Tom dwa lata. Nie było gdzie umieścić babci.

Jeannie mieszkała sama. Jako asystentka na Uniwersytecie Jonesa Fallsa zarabiała trzydzieści tysięcy dolarów rocznie – znacznie mniej, była tego pewna, niż mąż Patty. Zaciągnęła właśnie swój pierwszy dług hipoteczny, kupiła dwupokojowe mieszkanie i umeblowała je na kredyt. W pokoju dziennym miała aneks kuchenny, w sypialni szafę i malutką łazienkę. Gdyby oddała mamie swoje łóżko, musiałaby co noc spać na kanapie; poza tym przez cały dzień nie byłoby tam nikogo, kto mógłby się zaopiekować kobietą chorą na alzheimera.

– Ja też nie mogę jej wziąć – powiedziała.

Patty, mimo że zapłakana, wpadła nagle w gniew.

– Więc po co mówiłaś, że ją stąd zabierzemy? Nie możemy tego zrobić!

Wyszły na zewnątrz i uderzyła je w twarz fala gorąca.

– Jutro pojadę do banku i wezmę pożyczkę – oznajmiła Jeannie. – Umieścimy ją w lepszym domu i dopłacę do tego, co daje ubezpieczenie.

– Ale jak spłacisz kredyt? – zapytała praktycznie Patty.

– Za parę lat zostanę adiunktem, a potem profesorem. Załatwię sobie zlecenie na napisanie podręcznika, a także posadę konsultanta w trzech międzynarodowych koncernach.

Patty uśmiechnęła się przez łzy.

– Ja ci wierzę, ale czy uwierzą ci w banku?

Zawsze wierzyła w Jeannie. Sama nigdy nie była zbyt ambitna. Uczyła się średnio w szkole, wyszła za mąż w wieku dziewiętnastu lat i bez większego żalu poświęciła się wychowaniu dzieci. Jeannie była inna. Najlepsza w klasie, pełniła funkcję kapitana wszystkich szkolnych drużyn, doszła do niezłych wyników w tenisie i ukończyła studia, korzystając ze stypendiów sportowych. Kiedy mówiła, że coś zrobi, młodsza siostra ani przez chwilę w to nie wątpiła.

Patty miała jednak rację, bank nie da jej kolejnej pożyczki zaraz po sfinansowaniu zakupu mieszkania. Poza tym zaczęła dopiero pracować jako asystentka; musiało upłynąć co najmniej trzy lata, nim można było pomyśleć o awansie.

– Trudno, sprzedam samochód – powiedziała z desperacją Jeannie, kiedy dotarły do parkingu.

Kochała swój samochód. Był to liczący dwadzieścia jeden lat mercedes 230C, czerwony dwudrzwiowy sedan z czarnymi skórzanymi siedzeniami. Kupiła go przed sześciu laty za pięć tysięcy dolarów, które dostała za zdobycie pierwszego miejsca w turnieju tenisowym Mayfair Lites College. Posiadanie starego mercedesa nie było jeszcze wówczas szczytem mody.

– Teraz jest prawdopodobnie wart dwa razy więcej, niż za niego zapłaciłam – dodała.

– Ale musisz przecież kupić sobie inny samochód – przypomniała jej bezlitośnie praktyczna Patty.

– Masz rację. – Jeannie westchnęła. – No cóż, mogę wziąć korepetycje. To niezgodne z regulaminem Jonesa Fallsa, ale mogłabym prawdopodobnie dostać ze czterdzieści dolców za godzinę, ucząc statystyki poprawkowiczów, którzy oblali egzamin na innych uczelniach. To dałoby trzysta dolarów tygodniowo, wolne od podatku, jeśli tego nie zgłoszę. – Jeannie spojrzała siostrze prosto w oczy. – A ty zdołasz coś zaoszczędzić?

Patty spuściła wzrok.

– Nie wiem.

– Zip zarabia więcej ode mnie.

– Zabiłby mnie, gdyby to słyszał, ale sądzę, że możemy zaoszczędzić siedemdziesiąt pięć do osiemdziesięciu dolarów tygodniowo – przyznała w końcu Patty. – Namówię go, żeby poprosił o podwyżkę. Trochę się krępuje, ale wiem, że na nią zasłużył, a szef nawet go lubi.

Jeannie rozpogodziła się nieco, chociaż perspektywa uczenia w niedzielę ograniczonych umysłowo poprawkowiczów nie była zbyt wesoła.

– Za dodatkowe czterysta dolarów tygodniowo pewnie udałoby się załatwić mamie własny pokój z łazienką.

– Mogłaby wtedy trzymać tam trochę więcej swoich rzeczy. Bibeloty i może jakieś meble z mieszkania.

– Popytajmy, czy ktoś nie zna jakiegoś miłego miejsca.

– Dobrze – odparła Patty, ale coś najwyraźniej nie dawało jej spokoju. – Choroba mamy jest dziedziczna, prawda? – zapytała w końcu. – Widziałam o tym program w telewizji.

Jeannie pokiwała głową.

– Jest pewien defekt genetyczny, AD3, który wiąże się z wczesnym rozwojem alzheimera. – Pamiętała, że defekt znajduje się w chromosomie 14q24.3, ale to i tak nie powiedziałoby nic Patty.

– Czy to znaczy, że ty i ja skończymy tak samo jak mama?

– To znaczy, że istnieje taka możliwość.

Przez chwilę obie milczały. Perspektywa wczesnej demencji była zbyt przygnębiająca, by o niej mówić.

– Cieszę się, że urodziłam młodo dzieci – odezwała się Patty. – Kiedy mnie to spotka, będą wystarczająco dojrzałe, żeby o siebie zadbać.

Jeannie wyczuła w jej głosie cień wymówki. Patty, podobnie jak mama, uważała, że coś jest nie w porządku, jeśli dwudziestodziewięcioletnia kobieta nie ma jeszcze dzieci.

– To, że znaleźli ten gen – odezwała się po chwili Jeannie – daje pewną nadzieję. Oznacza, że kiedy będziemy w wieku mamy, będą mogli nam wstrzyknąć zmodyfikowaną wersję naszego własnego DNA. Bez zdefektowanego genu.

– Mówili o tym w telewizji. Nazywa się to rekombinacyjną technologią DNA, prawda?

Jeannie uśmiechnęła się do siostry.

– Zgadza się.

– Widzisz, nie jestem taka głupia.

– Nigdy nie uważałam, że jesteś głupia.

– Ale skoro to właśnie DNA czyni mnie tym, kim jestem – dodała z poważną miną Patty – czy jego zmiana nie sprawi, że stanę się inną osobą?

– Nie tylko DNA czyni cię tym, kim jesteś. Ma na to wpływ również twoje wychowanie.

– Jak ci się podoba nowa praca?

– Jest ekscytująca. To dla mnie wielka szansa, Patty. Mnóstwo ludzi czytało mój artykuł o skłonnościach przestępczych. O tym, czy są zapisane w naszych genach.

Nad artykułem opublikowanym rok wcześniej, gdy pracowała jeszcze na Uniwersytecie Minnesota, widniało również nazwisko jej promotora, ale to ona wykonała całą robotę.

– Nigdy nie mogłam dojść, czy twoim zdaniem skłonności przestępcze są, czy też nie są dziedziczne – powiedziała Patty.

– Wyodrębniłam cztery dziedziczne cechy, które prowadzą do zachowań przestępczych: impulsywność, odwagę, agresywność i hiperaktywność. Ale według mojej teorii pewien sposób wychowywania dzieci neutralizuje te cechy i zmienia potencjalnych przestępców w porządnych obywateli.

– Jak można w ogóle udowodnić coś takiego?

– Badając wychowywane oddzielnie identyczne bliźniaki. Identyczne bliźniaki mają takie same DNA. I kiedy adoptuje się je przy urodzeniu albo rozdzieli z innych powodów, każde z nich wychowywane jest inaczej. Szukam więc par bliźniaków, z których jeden jest przestępcą, a drugi normalnym obywatelem. Następnie zaś badam, jak byli wychowywani i co takiego ich rodzice robili inaczej.

– Twoja praca jest naprawdę ważna – stwierdziła Patty.

– Ja też tak sądzę.

– Musimy dowiedzieć się, dlaczego tak wielu Amerykanów schodzi dzisiaj na złą drogę.

Jeannie pokiwała głową. Tak można to było ująć w olbrzymim skrócie.

Patty skręciła do własnego samochodu, wielkiego starego forda kombi, którego tył wypełniały kolorowe dziecięce klamoty: rakiety, piłki, złożona spacerówka, trójkołowy rowerek i wielka ciężarówka z urwanym kołem.

– Ucałuj ode mnie mocno chłopaków – powiedziała Jeannie.

– Dzięki. Zadzwonię do ciebie jutro, kiedy zobaczę się z mamą.

Jeannie wyjęła kluczyki, zawahała się, a potem podeszła z powrotem do Patty i uściskała ją.

– Kocham cię, siostrzyczko – powiedziała.

– Ja też cię kocham.

Wsiadła do samochodu i odjechała.

Czuła się psychicznie obolała i rozdrażniona. Targały nią sprzeczne uczucia do mamy, do Patty i do ojca, którego praktycznie nie znała. Wjechała na autostradę I-70 i pędziła zdecydowanie za szybko, zmieniając co chwila pasma. Zastanawiała się, co zrobić z resztą dnia. O szóstej była umówiona na tenisa, potem miała pójść na piwo i pizzę z grupą studentów i młodych asystentów wydziału psychologii. Jej pierwszą myślą było odwołać wszystko, nie chciała jednak siedzieć cały wieczór w domu i się zamartwiać. Postanowiła, że zagra w tenisa; ruch na świeżym powietrzu dobrze jej zrobi. Potem skoczy na godzinkę do baru Andy’ego i pójdzie wcześniej spać.

Ten dzień miał jednak wyglądać zupełnie inaczej.

Jej przeciwnikiem na korcie był Jack Budgen, dyrektor biblioteki uniwersyteckiej. Brał kiedyś udział w turnieju wimbledońskim i chociaż przerzedziły mu się włosy i skończył pięćdziesiąt lat, wciąż był w dobrej formie i nie zapomniał, czego się niegdyś nauczył. Jeannie nie grała nigdy w Wimbledonie – szczytem jej sportowej kariery okazało się zakwalifikowanie się do olimpijskiej drużyny Stanów Zjednoczonych jeszcze za studenckich czasów – była jednak silniejsza i szybsza od Jacka.

Grali na jednym z wysypanych czerwoną glinką kortów Jonesa Fallsa. Byli godnymi siebie przeciwnikami i mecz przyciągnął niewielką grupkę widzów. Na kortach nie obowiązywały jakieś szczególne wymogi co do stroju, ale Jeannie grała zawsze w nieskazitelnie białych szortach i białej koszulce polo. Miała długie ciemne włosy, nie takie jedwabiste i proste jak Patty, lecz kręcone i niesforne. Na czas gry wetknęła je pod czapkę z daszkiem.

Serwis Jeannie był zabójczy, a bity oburącz z backhandu cross nie dawał przeciwnikowi żadnych szans. Jack nie mógł wiele poradzić na serwis, ale po kilku pierwszych gemach starał się nie dawać jej zbyt wielu okazji na smecz z backhandu. Grał chytrze, oszczędzając siły i czekając na błąd przeciwniczki, która przyjęła zbyt agresywną taktykę: popełniała podwójne błędy serwisowe i zbyt wcześnie podbiegała do siatki. W normalnych okolicznościach mogła go pokonać, ale tego dnia była zdekoncentrowana i nie zawsze potrafiła odgadnąć jego zamiary. Wygrali każde po jednym secie. Wynik trzeciego wynosił pięć do czterech i Jeannie zorientowała się nagle, że broni piłki meczowej.

Po kolejnych dwóch wyrównaniach Jack zdobył punkt i miał teraz przewagę. Jeannie posłała pierwszy serwis w siatkę i w tłumie rozległo się zbiorowe westchnienie. A potem, zamiast posłać wolniejszą normalną piłkę, postawiła wszystko na jedną kartę i zaserwowała tak, jakby to był pierwszy serwis. Jack z wyraźnym trudem odbił, posyłając jej piłkę na backhand. Jeannie zasmeczowała i podbiegła do siatki. Jak się jednak okazało, Jack całkowicie panował nad sytuacją i odwzajemnił się idealnie uplasowanym lobem, który przeleciał jej nad głową i wylądował tuż przed tylną linią, dając mu zwycięstwo.

Jeannie oparła dłonie na biodrach i popatrzyła na piłkę, wściekła na siebie. Chociaż od paru lat nie grała już poważnych meczy, była ambitna i bolała ją każda przegrana. Po chwili opanowała się, przywołała na twarz uśmiech i obróciła się do Jacka.

– Piękny strzał! – zawołała, po czym podbiegła do siatki i uścisnęła mu rękę.

Widzowie zgotowali im krótkie brawa. Jeden z nich podszedł do Jeannie.

– To był wspaniały mecz – stwierdził, uśmiechając się szeroko.

Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem. Prezentował się całkiem nieźle: młody, wysoki, wysportowany, z ostrzyżonymi krótko, kręconymi blond włosami i sympatycznymi błękitnymi oczami. I miał wielką ochotę ją poderwać.

Nie była w nastroju.

– Dziękuję – odparła oschle.

Na jego ustach ponownie ukazał się uśmiech – pewny siebie, swobodny uśmiech mężczyzny, który wie, że większość dziewcząt cieszy się, gdy je zagadnie, bez względu na to, czy mówi do rzeczy.

– Sam też gram trochę w tenisa i pomyślałem sobie… – zaczął.

– Jeśli grasz tylko trochę, nie należysz chyba do mojej ligi – powiedziała i wyminęła go.

– Czy mam z tego wnosić – dobiegł ją wesoły głos z tyłu – że romantyczna kolacja we dwoje i namiętna noc jest raczej wykluczona?

Nie mogła powstrzymać uśmiechu. Facet nie dawał za wygraną, mimo że potraktowała go bardziej obcesowo, niż to było konieczne.

– Nie, ale dziękuję za propozycję – odparła przez ramię, nawet się nie zatrzymując.

Zeszła z kortu i ruszyła w stronę szatni. Zastanawiała się, co teraz porabia mama. Musiała już dawno zjeść kolację; było wpół do ósmej, a w tego rodzaju instytucjach zawsze karmią ludzi wcześniej. Oglądała teraz pewnie telewizję w świetlicy. Może znajdzie sobie jakąś przyjaciółkę, kobietę w tym samym wieku, której nie będą przeszkadzać jej zaniki pamięci i która zainteresuje się zdjęciami jej wnuków. Mama miała kiedyś dużo znajomych – przyjaźniła się z koleżankami z pracy, klientkami, sąsiadkami, ludźmi, których znała od dwudziestu pięciu lat – ale ciężko im było podtrzymywać tę znajomość, kiedy zapominała, kim, do diabła, są.

Mijając boisko hokeja na trawie, spotkała Lisę Hoxton. Lisa była pierwszą prawdziwą przyjaciółką, którą poznała po przyjeździe miesiąc temu do Baltimore. Pracowała jako laborantka w pracowni psychologicznej. Miała dyplom, ale nie chciała robić kariery naukowej. Podobnie jak Jeannie, pochodziła z niezamożnej rodziny i onieśmielała ją nieco panująca na uniwersytecie nobliwa atmosfera. Natychmiast przypadły sobie do gustu.

– Właśnie próbował mnie poderwać jakiś dzieciak – oznajmiła z uśmiechem Jeannie.

– Jak wyglądał?

– Jak Brad Pitt, ale wyższy.

– Powiedziałaś mu, że masz przyjaciółkę w bardziej odpowiednim dla niego wieku? – zapytała Lisa. Miała dwadzieścia cztery lata.

– Nie. – Jeannie obejrzała się przez ramię, ale chłopak zniknął z pola widzenia. – Chodź szybciej. Nie chcę, żeby za mną łaził.

– I co w tym złego?

– Daj spokój.

– Ucieka się przed szpetnymi, a nie przystojnymi, Jeannie.

– Nie chcę o tym więcej słyszeć.

– Mogłaś mu przynajmniej dać numer mojego telefonu.

– Powinnam dać mu karteczkę z numerem twojego biustonosza. To by go zachęciło.

Lisa, która miała dość duży biust, stanęła w miejscu. Przez chwilę Jeannie myślała, że posunęła się za daleko i ją obraziła, ale myliła się.

– Wspaniały pomysł! – zawołała Lisa. – „Mam trzydzieści sześć D, jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej, zadzwoń pod ten numer”. Och, jakie to subtelne.

– Jestem po prostu zazdrosna. Zawsze chciałam mieć wielkie cycki – powiedziała Jeannie i obie zachichotały. – Naprawdę. Kiedyś się o to modliłam. Byłam ostatnią dziewczyną w klasie, która nie miała jeszcze okresu. To było takie krępujące.

– Naprawdę klęczałaś przy łóżku i prosiłaś: „Panie Boże, powiększ mi cycki”?

– Dokładniej rzecz biorąc, modliłam się do Najświętszej Panienki. Wydawało mi się, że to sprawa między nami kobietami. I nie używałam oczywiście słowa „cycki”.

– A jak mówiłaś? Piersi?

– Nie. Uznałam, że nie mówi się „piersi” do Matki Boskiej.

– Więc jak je nazwałaś?

– Bufory.

Lisa parsknęła śmiechem.

– Nie wiem, skąd mi się wzięło to słowo. Musiałam pewnie podsłuchać jakichś mężczyzn. Wydawało mi się dość grzecznym eufemizmem. Nikomu o tym jeszcze nie mówiłam.

Lisa obejrzała się przez ramię.

– Nie widzę za nami żadnych adonisów – oznajmiła. – Domyślam się, że zgubiłyśmy Brada Pitta.

– I bardzo dobrze. Był dokładnie w moim typie: przystojny, seksowny, przesadnie pewny siebie i kompletnie niegodny zaufania.

– Skąd wiesz, że był niegodny zaufania? Miałaś z nim do czynienia raptem dwadzieścia sekund.

– Żaden mężczyźna nie jest godny zaufania.

– Chyba masz rację. Wpadniesz dzisiaj do Andy’ego?

– Tak, ale tylko na godzinkę. Muszę najpierw wziąć prysznic. – Koszulka Jeannie była mokra od potu.

– Ja też. – Lisa miała na sobie podkoszulek i szorty, na nogach tenisówki. – Trenowałam z drużyną hokeja na trawie. Dlaczego tylko na godzinę?

– To był ciężki dzień. – Mecz pozwolił Jeannie zapomnieć na chwilę o porannych kłopotach, ale teraz skrzywiła się na ich wspomnienie. – Musiałam umieścić mamę w domu opieki.

– Och, Jeannie, tak mi przykro.

Jeannie opowiedziała jej całą historię w drodze do budynku sali gimnastycznej. W szatni mignęło jej przez chwilę ich odbicie w lustrze. Tak bardzo różniły się wyglądem, że mogły występować w wodewilu. Lisa była trochę mniej niż średniego wzrostu, podczas gdy Jeannie miała prawie metr osiemdziesiąt. Lisa była jasnowłosa i krągła, Jeannie ciemna i muskularna. Lisa miała ładną buzię, piegowaty zadarty nosek i wydatne usta. Większość ludzi określało urodę Jeannie słowem „fascynująca”, a mężczyźni mówili czasami, że jest piękna, nikt jednak nie stwierdził nigdy, że jest ładna.

– A co na to twój ojciec? Nic o nim nigdy nie mówisz – powiedziała Lisa, kiedy zrzuciły z siebie przepocone ubrania.

Jeannie westchnęła. Tego pytania nauczyła się obawiać już jako mała dziewczynka; ale padało wcześniej czy później. Przez wiele lat kłamała, twierdząc, że tato nie żyje albo ożenił się z inną kobietą i wyjechał do Arabii Saudyjskiej. Ostatnio jednak zaczęła mówić prawdę.

– Mój ojciec jest w więzieniu – odparła.

– O mój Boże… Nie powinnam była pytać.

– Nic nie szkodzi. Siedział w więzieniu przez większość mojego życia. To jego trzeci wyrok.

– Na ile go skazali?

– Nie pamiętam. To nie ma znaczenia. Kiedy wyjdzie, i tak nie będzie z niego żadnego pożytku. Nigdy się nami nie opiekował i nie ma zamiaru robić tego teraz.

– Nigdy nie miał normalnej pracy?

– Tylko kiedy przygotowywał jakiś skok. Zatrudniał się na tydzień lub dwa jako dozorca, odźwierny albo ochroniarz, a potem okradał to miejsce.

Lisa bacznie się jej przyjrzała.

– To dlatego tak cię interesuje genetyka przestępczości?

– Może dlatego.

– A może nie. – Lisa machnęła ręką, jakby nie chciała o tym dłużej mówić. – Tak czy owak nienawidzę amatorskiej psychoanalizy.

Przeszły do łazienki. Jeannie została dłużej pod prysznicem, żeby umyć włosy. Cieszyła się z ich przyjaźni. Lisa pracowała na Uniwersytecie Jonesa Fallsa od ponad roku i pomogła jej się zaaklimatyzować, kiedy Jeannie zjawiła się tutaj na początku semestru. Jeannie lubiła z nią pracować, ponieważ na Lisie można było absolutnie polegać; lubiła też przebywać z nią po pracy, ponieważ mogła mówić wszystko, co jej przyszło do głowy, bez obawy, że zaszokuje koleżankę.

Wcierając odżywkę we włosy, usłyszała dziwne odgłosy. Znieruchomiała i przez chwilę nasłuchiwała. Przypominały przerażone piski. Przeszedł ją dreszcz niepokoju. Nagle poczuła się zupełnie bezbronna: naga, mokra, głęboko w podziemiach. Po chwili wahania zmyła włosy i wyszła spod prysznica, żeby zobaczyć, co się dzieje.

Natychmiast poczuła, że coś się pali. Nie było widać ognia, ale pod sufitem waliły gęste kłęby czarnoszarego dymu. Wydobywał się chyba z przewodów wentylacyjnych. W budynku wybuchł pożar.

Ogarnął ją strach. Nigdy jeszcze nie znalazła się w środku pożaru.

Bardziej odważne dziewczyny złapały swoje torby i ruszyły szybkim krokiem do drzwi. Inne wpadły w histerię i krzycząc wniebogłosy, biegały w kółko. Jakiś durny ochroniarz z zawiązaną na nosie i ustach poplamioną chustką szerzył jeszcze większy popłoch, popychając je i wydając krzykiem rozkazy.

Jeannie wiedziała, że nie powinna tracić czasu na ubieranie, nie mogła jednak wybiec goła z budynku. Strach rozlewał się po jej żyłach niczym lodowata woda, ale starała się uspokoić. Odnalazła swoją szafkę. Lisy nie było nigdzie widać. Wyjęła rzeczy, włożyła dżinsy i naciągnęła przez głowę podkoszulek.

Zajęło jej to tylko kilka sekund, ale w tym czasie szatnia zupełnie opustoszała i wypełniła się dymem. Nie widziała już przed sobą drzwi i zaczęła kaszleć. Myśl, że nie będzie mogła oddychać, przeraziła ją. Wiem, gdzie są drzwi i muszę po prostu zachować spokój, powiedziała sobie. Klucze i pieniądze miała w kieszeniach dżinsów. Złapała swoją rakietę do tenisa i wstrzymując oddech, ruszyła szybko wzdłuż szafek do wyjścia.

W korytarzu unosiły się kłęby dymu. Jeannie zaczęły łzawić oczy i przestała cokolwiek widzieć. Żałowała teraz, że nie wybiegła nago i nie zyskała tych kilku drogocennych sekund. Dżinsy nie pomagały jej wcale oddychać w gęstych oparach dymu. A to, czy ktoś jest nagi, czy ubrany, nie ma żadnego znaczenia w godzinie śmierci.

Stąpając korytarzem i wciąż wstrzymując oddech, macała drżącą ręką ścianę, żeby nie stracić orientacji. Bała się, że wpadnie na inne kobiety, ale wszystkie najwyraźniej znacznie ją wyprzedziły. Ściana się skończyła i Jeannie domyśliła się, że znajduje się w niewielkim hallu. Wciąż jednak widziała przed sobą wyłącznie kłęby dymu. Schody powinny być prosto przed nią. Ruszyła środkiem korytarza i wpadła na maszynę do coca-coli. Czy schody były teraz z lewej, czy z prawej strony? Doszła do wniosku, że z lewej. Ruszyła w lewo i widząc przed sobą drzwi do męskiej szatni, zdała sobie sprawę, że popełniła błąd.

Nie mogła już dłużej wstrzymywać oddechu i zaczerpnęła z jękiem powietrza. Składało się głównie z dymu, który przyprawił ją o konwulsyjny kaszel. Nie widząc przed sobą własnych dłoni, zatoczyła się z powrotem na ścianę. Nozdrza płonęły jej, oczy łzawiły, a całe ciało modliło się o jeden haust powietrza, które przez dwadzieścia dziewięć lat uważała za coś raz na zawsze danego. Drepcząc wzdłuż ściany, trafiła ponownie na automat do coca-coli i obeszła go dookoła. A potem potknęła się o najniższy stopień i zorientowała się, że ma przed sobą schody. Wypuściła z ręki rakietę. To była szczególna rakieta – wygrała nią turniej Mayfair Challenge – ale zostawiła ją na podłodze i wspięła się na czworakach na górę.

Kiedy znalazła się w obszernym hallu na parterze, dym przerzedził się. Zobaczyła przed sobą otwarte drzwi budynku. Stojący tuż za nimi ochroniarz dawał jej energiczne znaki ręką.

– Szybciej, szybciej! – wrzeszczał.

Kaszląc i słaniając się na nogach, wybiegła na błogosławione świeże powietrze.

Przez następne dwie albo trzy minuty stała zgięta wpół na schodach, łapiąc kurczowo oddech i wydychając dym z płuc. Po jakimś czasie usłyszała dobiegające z oddali syreny karetek. Rozejrzała się dookoła, ale nigdzie nie widziała Lisy.

Nie została chyba w środku? Wciąż roztrzęsiona, ruszyła przez tłum, przyglądając się twarzom. Teraz, kiedy niebezpieczeństwo minęło, wszędzie słychać było nerwowe śmiechy. Ci, którym udało się zabrać torby, pożyczali garderobę tym, którzy mieli mniej szczęścia. Nagie dziewczyny przyjmowały z wdzięcznością przepocone i brudne podkoszulki przyjaciółek. Kilka osób zdążyło się tylko owinąć ręcznikami.

Lisy nie było w tłumie. Coraz bardziej zaniepokojona Jeannie wróciła do ochroniarza przy drzwiach.

– Wydaje mi się, że na dole została moja przyjaciółka – powiedziała, słysząc drżenie w swoim głosie.

– Ja tam nie pójdę – odparł szybko.

– Dzielny chłopak – prychnęła. Nie bardzo wiedziała, czego od niego oczekuje, nie spodziewała się jednak, że okaże się zupełnie bezużyteczny.

Ochroniarz spojrzał na nią z pretensją.

– To ich robota – stwierdził, pokazując nadjeżdżającą straż pożarną.

Jeannie zaczęła się obawiać o życie Lisy, nie miała jednak pojęcia, co robić. Patrzyła bezradnie, jak strażacy wyskakują ze swojego samochodu i zakładają aparaty tlenowe. Poruszali się jak muchy w smole i miała ochotę potrząsnąć nimi i krzyknąć, żeby się pospieszyli. Po chwili podjechał następny wóz strażacki i biały samochód z niebiesko-srebrnym paskiem baltimorskiej policji.

Strażacy wbiegli do środka, rozwijając wąż, a ich dowódca podszedł do ochroniarza przy drzwiach.

– Gdzie zaczął się pożar? – zapytał.

– W damskiej szatni.

– Gdzie to jest dokładnie?

– W piwnicy, na tyłach budynku.

– Ile jest wyjść z podziemi?

– Tylko jedno. Schodami do hallu wejściowego – odparł ochroniarz.

– W kotłowni jest jeszcze drabina, która prowadzi do włazu z tyłu budynku – poprawił go stojący obok pracownik administracji.

Jeannie udało się zwrócić na siebie uwagę strażaka.

– Myślę, że tam na dole jest wciąż moja przyjaciółka.

– Jak wygląda?

– Niska blondynka, dwadzieścia cztery lata.

– Jeśli tam jest, na pewno ją znajdziemy.

Przez chwilę Jeannie poczuła się raźniej. A potem zdała sobie sprawę, że nie obiecał jej wcale, że znajdą ją żywą.

Nigdzie nie widać było ochroniarza, który kręcił się w szatni.

– Na dole był jeszcze jeden ochroniarz – powiedziała, zwracając się do dowódcy. – Nie ma go tutaj. Wysoki facet.

– W tym budynku nie ma więcej pracowników ochrony – oznajmił autorytatywnym tonem strażnik przy drzwiach.

– Miał na czapce napis SECURITY i mówił dziewczynom, żeby opuściły budynek.

– Nie obchodzi mnie, co miał na czapce – upierał się strażnik.

– Na litość boską, niech pan się ze mną nie kłóci – zgromiła go Jeannie. – Może mi się przyśnił, ale jeśli nie, jego życie może być teraz w niebezpieczeństwie!

Obok nich stała dziewczyna w męskich spodniach khaki z podwiniętymi nogawkami.

– Widziałam tego faceta – wtrąciła. – Prawdziwa świnia. Próbował mnie obmacywać.

– Proszę się nie denerwować, znajdziemy wszystkich – powiedział strażak. – Dziękuję państwu za pomoc.

Jeannie piorunowała przez moment wzrokiem ochroniarza. Czuła, że dowódca strażaków uznał ją za histeryczkę, bo wrzeszczała na tego głąba. Odwróciła się od nich z niesmakiem. Co miała teraz robić? Do środka wbiegali strażacy w hełmach i wysokich butach. Bosa, ubrana tylko w dżinsy i podkoszulek, nie miała tam czego szukać. Gdyby próbowała się do nich przyłączyć, wyrzuciliby ją z budynku. Zacisnęła pięści ze zdenerwowania. Skup się, dziewczyno! Gdzie jeszcze może być Lisa?

Nieopodal sali gimnastycznej stał gmach imienia Ruth W. Acorn, nazwany tak na cześć żony fundatora, określany jednak przez wszystkich, łącznie z pracownikami mieszczącego się tam wydziału psychologii, mianem Wariatkowa. Czy Lisa mogła tam pójść? W niedzielę drzwi były zamknięte, ale pewnie miała klucz. Mogła wbiec do środka, żeby poszukać jakiegoś fartucha, którym mogłaby się okryć, albo usiąść po prostu przy swoim biurku i ochłonąć. Jeannie postanowiła to sprawdzić. Wszystko było lepsze od stania w miejscu.

Pobiegła przez trawnik do głównego wejścia i zajrzała przez oszklone drzwi do środka. W hallu nie było nikogo. Wyjęła z kieszeni plastikową kartę, która służyła jako klucz, i wsunęła ją w otwór czytnika. Drzwi się otworzyły.

– Lisa! Jesteś tam?! – zawołała, biegnąc po schodach. Laboratorium było puste, krzesło Lisy dosunięte porządnie do jej biurka, komputer wyłączony. Jeannie zajrzała do damskiej toalety na końcu korytarza. Nikogo. – Niech to diabli! – zaklęła nerwowo. – Gdzie ona się podziała?

Zdyszana wybiegła na zewnątrz. Postanowiła obejść cały budynek sali gimnastycznej. Może Lisa siedzi gdzieś na trawie i próbuje złapać oddech. Z tyłu budynku, za wielkimi kontenerami na śmieci znajdował się mały parking. Zobaczyła biegnącą ścieżką, oddalającą się postać. Była wyższa od Lisy i dałaby sobie rękę uciąć, że to mężczyzna. To mógł być ten zagadkowy ochroniarz, ale nim zdążyła mu się lepiej przyjrzeć, zniknął za rogiem budynku bractwa studenckiego.

Ruszyła dalej wokół budynku. Po drugiej stronie znajdowała się opustoszała teraz bieżnia. W końcu, zatoczywszy pełne koło, wróciła do głównego wejścia.

Tłum powiększył się, przybyły także kolejne samochody straży pożarnej i policji, ale nie widziała nigdzie Lisy. Wszystko wskazywało na to, że została w płonącym budynku. Jeannie ogarnęły złe przeczucia, ale nie zamierzała dawać za wygraną.

Spostrzegła oficera straży, z którym rozmawiała wcześniej, i złapała go za ramię.

– Jestem prawie pewna, że Lisa Hoxton jest w środku – oznajmiła zdecydowanym tonem. – Szukałam jej wszędzie i nie znalazłam.

Facet zmierzył ją uważnym spojrzeniem i uznał widać, że można jej ufać. Nie odpowiadając, przystawił do ust mikrotelefon.

– Szukajcie młodej białej kobiety, która jest podobno w budynku – powiedział. – Na imię ma Lisa, powtarzam, Lisa.

– Dziękuję – mruknęła Jeannie.

Strażak ukłonił się lekko i odmaszerował.

Jeannie cieszyła się, że jej wysłuchał, ale trudno jej było usiedzieć w miejscu. Lisa mogła tam na próżno wołać o pomoc, zamknięta w toalecie albo osaczona przez płomienie. Mogła rozbić sobie głowę lub zatruć się czadem i leżała teraz gdzieś nieprzytomna, podczas gdy z każdą sekundą zbliżał się do niej ogień.

Przypomniała sobie pracownika administracji, który powiedział, że z piwnicy można się wydostać przez właz. Obchodząc budynek, w ogóle go nie zobaczyła. Postanowiła, że sprawdzi jeszcze raz, i pobiegła z powrotem na parking.

Tym razem dostrzegła go prawie natychmiast. Właz znajdował się tuż przy budynku i częściowo zasłaniał go szary chrysler new yorker. Stalowa klapa była otwarta i oparta o ścianę. Jeannie uklękła przy kwadratowym otworze i pochyliła się, żeby zajrzeć do środka.

Przymocowana do ściany drabina prowadziła do brudnego pomieszczenia, oświetlonego przez jarzeniówki. Wewnątrz unosiły się wstęgi dymu, ale nie było go zbyt dużo; kotłownia musiała być oddzielona od reszty podziemi. Mimo to zapach dymu przypomniał jej, jak krztusząc się i kaszląc, szukała po omacku schodów. Poczuła, że bije jej szybciej serce.

– Jest tam kto?! – zawołała. Wydawało jej się, że słyszy jakiś dźwięk, ale nie była pewna. – Hej! – zawołała głośniej. Żadnej odpowiedzi.

Zawahała się. Najrozsądniej byłoby wrócić do głównego wejścia i sprowadzić tutaj któregoś ze strażaków, ale to zajęłoby zbyt wiele czasu, zwłaszcza że zacząłby ją pewnie wypytywać. Mogła też zejść po drabinie i rozejrzeć się sama.

Myśl o wejściu z powrotem do budynku sprawiła, że zrobiło jej się słabo. Płuca wciąż bolały ją od spazmatycznego kaszlu. Ale tam na dole mogła być Lisa, ranna, nieprzytomna albo unieruchomiona przez jakąś belkę. Musiała to zrobić.

Postawiła stopę na szczeblu, ale prawie natychmiast ugięły się pod nią kolana i o mało nie wpadła do środka. Po chwili poczuła się lepiej i zeszła szczebel niżej, potem jednak wpadło jej do gardła trochę dymu i kaszląc głośno, wdrapała się z powrotem na górę.

Kiedy kaszel ustał, spróbowała ponownie.

Postawiła stopę na pierwszym, potem na drugim szczeblu. Jeśli się zakrztuszę, powiedziała sobie, zaraz zwieję na górę. Trzeci szczebel był łatwiejszy, a potem poszło jej całkiem gładko i zeskoczyła na betonową podłogę.

Znajdowała się w dużym pomieszczeniu, w którym stały pompy i filtry, obsługujące prawdopodobnie basen. Odór dymu był silny, ale mogła normalnie oddychać.

Zobaczyła Lisę prawie od razu i serce zamarło jej w piersi.

Leżała na boku, zwinięta w kłębek. Była naga i na udzie miała plamę, która wyglądała jak krew. Nie poruszała się.

Na krótką chwilę Jeannie sparaliżował strach.

– Lisa! – zawołała, próbując odzyskać zimną krew.

Usłyszała w swoim głosie wysoki ton histerii i wzięła głęboki oddech. Proszę Cię, Boże, nie pozwól jej umrzeć. Omijając plątaninę rur, dotarła do przyjaciółki i uklękła na podłodze.

– Lisa?

Dziewczyna otworzyła oczy.

– Chwała Bogu – jęknęła Jeannie. – Myślałam, że nie żyjesz.

Lisa powoli usiadła. Nie patrzyła na Jeannie. Miała spuchnięte wargi.

– On mnie… zgwałcił – wyszeptała.

Ulga, jakiej doznała Jeannie, odnajdując ją żywą, ustąpiła miejsca kompletnemu osłupieniu.

– Mój Boże. Tutaj?

Lisa pokiwała głową.

– Powiedział, że wyprowadzi mnie na zewnątrz.

Jeannie zamknęła oczy. Wyobraziła sobie ból i upokorzenie Lisy, to uczucie, że jest się znieważoną, zbezczeszczoną i zbrukaną. W oczach stanęły jej łzy i za wszelką cenę starała się je zatrzymać. Przez moment było jej zbyt słabo i niedobrze, by mogła coś powiedzieć.

W końcu wzięła się w garść.

– Kto to był? – zapytała.

– Ochroniarz.

– Ten z poplamioną chustką na twarzy?

– Potem ją zdjął. – Lisa odwróciła się na bok. – Bez przerwy się uśmiechał.

Wszystko było jasne. Dziewczyna w spodniach koloru khaki mówiła, że obmacywał ją jakiś ochroniarz. Strażnik przy drzwiach twierdził, że w budynku nie było innych pracowników ochrony.

– To nie był żaden ochroniarz – oznajmiła Jeannie. Kilka minut temu widziała, jak się oddalał. Kiedy uświadomiła sobie, że zrobił tę straszną rzecz tutaj, na terenie uczelni, w budynku sali gimnastycznej, gdzie sądziły, że mogą się bezpiecznie przebrać i wziąć prysznic, ogarnęła ją ślepa furia. Miała ochotę pobiec za nim i zadusić gołymi rękami.

Usłyszała wzrastające hałasy: wołania mężczyzn, ciężkie kroki i szum wody. Strażacy zeszli do podziemi.

– Słuchaj, grozi nam tutaj niebezpieczeństwo – powiedziała. – Musimy się stąd wydostać.

– Nie mam się w co ubrać – odparła matowym głosem Lisa.

Możemy tutaj zginąć!

– Nie martw się o ubranie, na zewnątrz wszyscy chodzą półnadzy. – Jeannie omiotła szybkim spojrzeniem kotłownię i zobaczyła leżącą za zbiornikiem czerwoną koronkową bieliznę Lisy. – Włóż majtki i stanik. Są brudne, ale lepsze to niż nic.

Lisa siedziała dalej na podłodze ze wzrokiem utkwionym w ścianie.

Jeannie starała się nie wpadać w panikę. Co zrobi, jeśli Lisa nie zechce się ruszyć? Zdoła ją prawdopodobnie podnieść, ale czy da radę wspiąć się z nią po drabinie?

– Szybko, wstawaj – powiedziała, podnosząc głos. Złapała ją za ręce i podniosła z podłogi. Lisa spojrzała jej w końcu w oczy.

– Jeannie, to było straszne – szepnęła.

Przyjaciółka objęła ją ramieniem i mocno uścisnęła.

– Tak mi przykro, Lisa, naprawdę tak mi przykro – powiedziała.

Dymu wciąż przybywało mimo ciężkich drzwi. W jej sercu współczucie ustąpiło strachowi.

– Musimy się stąd wydostać. Pali się cały budynek. Ubieraj się, na litość boską.

Lisa ruszyła się w końcu z miejsca. Włożyła majtki i zapięła biustonosz. Jeannie wzięła ją za rękę, zaprowadziła do drabiny przy ścianie i puściła przodem. Kiedy zaczęła się za nią wspinać, drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich w obłoku dymu jeden ze strażaków. Jego buty opływała struga wody. Wydawał się zaskoczony ich widokiem.

– Wszystko w porządku, wychodzimy tym włazem! – zawołała do niego Jeannie. A potem ruszyła w ślad za Lisą.

Chwilę później obie były na zewnątrz, na świeżym powietrzu.

Jeannie poczuła olbrzymią ulgę: uratowała Lisę z pożaru. Ale teraz Lisa potrzebowała pomocy. Objęła ją ramieniem i zaprowadziła do głównego wejścia. Wzdłuż całej alejki zaparkowane były samochody straży i policji. Większość kobiet znalazła już coś, żeby się okryć, i Lisa rzucała się w oczy w samej czerwonej bieliźnie.

– Czy ktoś ma do pożyczenia jakieś spodnie albo cokolwiek? – pytała Jeannie, kiedy przeciskały się przez tłum. Ludzie pooddawali już wszystkie zapasowe ciuchy. Pożyczyłaby jej chętnie swój własny T-shirt, ale nie miała pod spodem biustonosza.

W końcu jakiś wysoki czarny chłopak zdjął koszulę z zapinanym kołnierzykiem i wręczył ją Lisie.

– Chcę ją mieć z powrotem, to autentyczny Ralph Lauren – powiedział. – Nazywam się Mitchell Waterfield, wydział matematyki.

– Na pewno nie zapomnę – odparła z wdzięcznością Jeannie.

Lisa włożyła koszulę. Sięgała jej prawie do kolan.

Jeannie czuła, że zaczyna powoli kontrolować sytuację. Ruszyła wraz z Lisą w stronę zaparkowanych pojazdów. Przy jednym z policyjnych samochodów stało bezczynnie, opierając się tyłkami o karoserię, trzech gliniarzy.

– Ta kobieta nazywa się Lisa Hoxton – powiedziała, zwracając się do najstarszego z nich, grubego białego mężczyzny z siwymi wąsami. – Została zgwałcona.

Oczekiwała, że wiadomość o popełnieniu poważnego przestępstwa wywrze na nich jakieś wrażenie, ale reakcja policjantów była zaskakująco bierna. Przez kilka sekund trawili bez słowa informację i Jeannie miała już ochotę na nich wrzasnąć, kiedy wąsacz wyprostował się i zapytał:

– Gdzie to się stało?

– W podziemiach płonącego budynku, w kotłowni.

– Ci strażacy zniszczą zaraz wszystkie dowody rzeczowe, sierżancie – zauważył młody czarny policjant.

– Masz rację – odparł starszy. – Lepiej tam idź, Lenny, i zabezpiecz miejsce przestępstwa. – Lennie ruszył szybkim krokiem do budynku. – Zna pani mężczyznę, który to zrobił, pani Hoxton? – zapytał sierżant.

Lisa pokręciła głową.

– To wysoki biały facet w czerwonej czapce z napisem SECURITY – powiedziała Jeannie. – Widziałam go w damskiej szatni zaraz po tym, jak wybuchł pożar, a potem chyba jeszcze raz, zanim znalazłam Lisę.

Gliniarz podszedł do samochodu, wyciągnął mikrofon i przez chwilę do niego przemawiał.

– Jeśli będzie na tyle głupi, żeby zachować tę czapkę, możemy go złapać. Zawieź ofiarę do szpitala, McHenty – zwrócił się do trzeciego gliniarza.

McHenty był młodym białym mężczyzną w okularach.

– Chce pani siedzieć z tyłu czy z przodu?

Lisa nie odpowiedziała. Sprawiała wrażenie przestraszonej.

– Siądź z przodu, nie chcesz chyba wyglądać na podejrzaną – poradziła jej Jeannie.

Na twarzy Lisy odmalowało się przerażenie.

– Nie jedziesz ze mną? – zapytała, odzywając się po raz pierwszy od wyjścia z piwnicy.

– Jeśli chcesz, pojadę – odparła Jeannie, starając się jej dodać otuchy. – Ale może lepiej będzie, jak skoczę do domu, wezmę dla ciebie trochę ciuchów i spotkamy się w szpitalu.

Lisa spojrzała z niepokojem na McHenty’ego.

– Nic złego ci się nie stanie – powiedziała Jeannie.

McHenty otworzył drzwi i Lisa wsiadła do samochodu.

– Do jakiego jedziecie szpitala? – zapytała Jeannie.

– Santa Teresa – odparł, siadając za kierownicą.

– Będę tam za parę minut! – zawołała, kiedy samochód ruszył z miejsca.

Przebiegła truchtem przez parking, już teraz żałując, że nie pojechała razem z nimi. Siedząc na przednim fotelu, Lisa sprawiała wrażenie przestraszonej i zdruzgotanej. Z pewnością potrzebowała czystego ubrania, ale może jeszcze bardziej potrzebna jej była druga kobieta, która siedziałaby obok niej, trzymała za rękę i dodawała otuchy. Jazda sam na sam z uzbrojonym macho była prawdopodobnie ostatnią rzeczą, jakiej sobie w tym momencie życzyła. Wskakując do swojego mercedesa, Jeannie czuła, że dała plamę.

– Jezu, co za dzień – jęknęła, wyjeżdżając z piskiem opon z parkingu.

Mieszkała niedaleko uczelni, na pierwszym piętrze małego szeregowego domu. Zaparkowała na chodniku i wbiegła na górę.

Umyła szybko twarz i ręce, a potem rzuciła na łóżko stos czystych ubrań. Przez chwilę zastanawiała się, które z nich będą pasować na niską, krągłą przyjaciółkę. Wyciągnęła o numer na nią za dużą koszulkę polo i spodnie od dresu. Dobranie bielizny było nieco trudniejsze. Znalazła parę obszernych męskich szortów, ale żaden z biustonoszy nie wydawał się odpowiedni. Lisa będzie musiała się obejść bez stanika. Dorzuciła tenisówki, wpakowała wszystko do torby i wybiegła.

W drodze do szpitala czuła, jak ogarnia ją gniew. Od wybuchu pożaru przez cały czas koncentrowała się na tym, co trzeba było zrobić; teraz dopiero uświadomiła sobie w pełni, co się stało. Lisa była szczęśliwą, wesołą dziewczyną, ale doznany wstrząs zmienił ją w zombie, w kogoś, kto bał się wsiąść do policyjnego samochodu.

Jadąc handlową ulicą, Jeannie wypatrywała faceta w czerwonej czapce. Wyobrażała sobie, że jeśli go zobaczy, skręci samochodem na chodnik i rozjedzie na miazgę. Tak naprawdę jednak chyba by go nie rozpoznała. Musiał już dawno zdjąć chustkę, a prawdopodobnie także i czapkę. W co jeszcze był ubrany? Uświadomiła sobie z osłupieniem, że nie bardzo pamięta. Miał na sobie jakiś podkoszulek, niebieskie dżinsy, a może szorty. Tak czy owak zdążył się już pewnie przebrać, podobnie jak ona.

Właściwie mógł to być każdy wysoki biały mężczyzna, którego widziała na ulicy: dostarczający pizzę chłopak w czerwonej kurtce; łysawy facet idący ze swoją żoną do kościoła, z książeczką do nabożeństwa pod pachą; przystojny brodacz z futerałem od gitary; nawet gliniarz strofujący włóczęgę przed sklepem monopolowym. Nie mogąc wyładować dławiącej ją wściekłości, Jeannie zacisnęła palce na kierownicy, aż pobielały jej kłykcie.

Szpital Santa Teresa położony był niedaleko północnej granicy miasta. Jeannie zostawiła samochód na parkingu i znalazła izbę przyjęć. Ubrana w szpitalną koszulę Lisa leżała już na łóżku i gapiła się przed siebie. Telewizor z wyłączoną fonią pokazywał ceremonię wręczania nagród Emmy: setki ubranych w wieczorowe stroje hollywoodzkich znakomitości popijało szampana i składało sobie nawzajem gratulacje. McHenty siedział przy łóżku z notesem na kolanie.

Jeannie postawiła torbę na podłodze.

– Masz tu ubranie. Co się dzieje?

Lisa milczała, pogrążona w apatii. Jest w szoku, pomyślała Jeannie. Tłumi wzbierające w niej uczucia, starając się nie stracić nad sobą panowania. Ale w którymś momencie musi wyładować nagromadzony gniew. Eksplozja nastąpi prędzej czy później.

– Muszę ustalić podstawowe fakty – powiedział McHenty. – Czy mogłaby pani zostawić nas na kilka minut samych?

– Ależ oczywiście – odparła przepraszającym tonem Jeannie, ale potem spostrzegła wzrok Lisy i zawahała się. Kilka minut wcześniej przeklinała się za to, że zostawiła ją sam na sam z mężczyzną. Teraz chciała zrobić dokładnie to samo. – Chociaż z drugiej strony – dodała – być może Lisa woli, żebym została.

Lisa potwierdziła jej domniemanie, kiwając ledwo dostrzegalnie głową. Jeannie siadła przy łóżku i wzięła ją za rękę.

McHenty sprawiał wrażenie poirytowanego, ale nie protestował.

– Pytałem właśnie pannę Hoxton, w jaki sposób broniła się przed napastnikiem – wyjaśnił. – Czy krzyczałaś, Liso?

– Raz, kiedy rzucił mnie na podłogę – odparła cichym głosem. – Potem wyciągnął nóż.

McHenty przemawiał rzeczowym tonem, wpatrując się w swój notes.

– Czy próbowałaś z nim walczyć?

Lisa pokręciła głową.

– Bałam się, że mnie potnie.

– Więc tak naprawdę po tym pierwszym krzyku nie stawiałaś żadnego oporu?

Lisa potrząsnęła głową i zaczęła płakać. Jeannie ścisnęła jej rękę. Miała ochotę zapytać McHenty’ego: „A co, u diabła, miała robić?”, ale ugryzła się w język. Zdążyła już dzisiaj potraktować obcesowo chłopaka, który wyglądał jak Brad Pitt, pozwoliła sobie na obraźliwą uwagę o cyckach Lisy i objechała strażnika przy drzwiach. Wiedziała, że nie potrafi rozmawiać z przedstawicielami władzy, i na pewno nie chciała nastawić do siebie wrogo tego policjanta, który wykonywał tylko swoją pracę.

– Czy tuż przed penetracją sprawca rozsunął ci nogi? – zapytał McHenty.

Jeannie skrzywiła się. Czyżby nie mieli na komendzie policjantek, które mogłyby zadawać tego rodzaju pytania?

– Dotknął mojego uda czubkiem noża – powiedziała Lisa.

– Czy cię skaleczył?

– Nie.

– Więc rozłożyłaś nogi własnowolnie?

– Jeśli podejrzany celuje z pistoletu do gliniarza, na ogół kładziecie go trupem, prawda? – wtrąciła się Jeannie. – Nazywa pan to własnowolnym użyciem broni?

McHenty posłał jej gniewne spojrzenie.

– Proszę zostawić to mnie. Czy odniosłaś w ogóle jakieś obrażenia? – zapytał, zwracając się ponownie do Lisy.

– Tak, krwawię.

– W wyniku wymuszonego stosunku?

– Tak.

– Gdzie dokładnie odniosłaś obrażenia?

Jeannie nie mogła tego dłużej wytrzymać.

– Może powinien to raczej ustalić lekarz?

McHenty spojrzał na nią, jakby była niespełna rozumu.

– Muszę to umieścić we wstępnym raporcie.

– W takim razie niech pan napisze, że w wyniku gwałtu odniosła wewnętrzne obrażenia.

– To ja prowadzę to przesłuchanie.

– A ja mówię, żeby nie przeciągał pan struny. – Jeannie przygryzła wargę, żeby nie krzyczeć. – Moja przyjaciółka jest w stresie i nie sądzę, żeby musiała opisywać panu swoje wewnętrzne obrażenia, kiedy i tak zaraz zbada ją lekarz.

McHenty był wściekły, ale nie dawał za wygraną.

– Zauważyłem, że nosisz czerwoną koronkową bieliznę, Liso. Nie sądzisz, że to mogło mieć jakiś wpływ na to, co ci się przydarzyło?

Lisa odwróciła wzrok. Jej oczy lśniły od łez.

– Gdybym zawiadomiła, że skradziono mojego czerwonego mercedesa – wtrąciła Jeannie – czy uważałby pan, że sprowokowałam złodzieja, jeżdżąc tak atrakcyjnym samochodem?

McHenty zignorował ją.

– Nie wydaje ci się, że mogłaś spotkać sprawcę już wcześniej, Liso?

– Nie.

– Ale w kłębach dymu nie widziałaś go chyba zbyt wyraźnie. A on miał zawiązaną na twarzy jakąś chustkę.

– Z początku prawie nic nie widziałam. Ale tam, gdzie… to zrobił, nie było tak dużo dymu. Widziałam go. – Lisa pokiwała głową. – Widziałam go – powtórzyła.

– Więc rozpoznasz sprawcę, jeśli go ponownie zobaczysz?

Lisa zadrżała.

– Tak.

– Ale nigdy przedtem go nie widziałaś? W barze albo gdziekolwiek?

– Nie.

– Czy często chodzisz do barów, Liso?

– Jasne.

– Do barów dla samotnych? Tego rodzaju lokali?

Jeannie nie mogła tego dłużej słuchać.

– Cóż to w ogóle za pytania?

– Takie, jakie zadaje obrońca – odparł McHenty.

– Lisa nie jest na rozprawie! Nie jest sprawcą, ale ofiarą!

– Czy byłaś dziewicą, Liso?

Jeannie wstała z krzesła.

– Dosyć tego dobrego. Nie wierzę, żeby tak to powinno wyglądać. Nie wolno panu zadawać takich napastliwych pytań.

– Próbuję ustalić, czy jest wiarygodna – oświadczył, podnosząc głos, McHenty.

– Godzinę po tym, jak została zgwałcona? Niech pan to sobie wybije z głowy!

– Robię to, co do mnie należy.

– Nie wierzę, żeby robił pan to, co do pana należy. Nie sądzę, żeby pan w ogóle wiedział, na czym polega pańska praca, McHenty.

Zanim policjant zdążył odpowiedzieć, do pokoju wszedł bez pukania lekarz. Był młody i sprawiał wrażenie zagonionego i zmęczonego.

– Czy to ten gwałt? – zapytał.

– To jest pani Lisa Hoxton – oznajmiła lodowatym tonem Jeannie. – Owszem, została zgwałcona.

– Muszę zrobić wymaz z pochwy.

Był bezduszny, ale stwarzał przynajmniej pretekst, żeby pozbyć się McHenty’ego. Jeannie spojrzała na gliniarza. Nie ruszał się z miejsca, jakby miał zamiar obserwować pobranie wymazu.

– Zanim pan to zrobi, doktorze – powiedziała – być może posterunkowy McHenty zechce nas na chwilę opuścić.

Lekarz spojrzał na McHenty’ego. Gliniarz wzruszył ramionami i wyszedł.

Doktor ściągnął gwałtownym ruchem okrywające Lisę prześcieradło.

– Podciągnij koszulę i rozsuń szeroko nogi – polecił.

Lisa zaczęła płakać.

Jeannie nie mogła w to uwierzyć. Co się działo z tymi facetami?

– Przepraszam pana – odezwała się głośno.

Lekarz posłał jej niecierpliwe spojrzenie.

– Ma pani jakiś problem?

– Czy mógłby pan łaskawie zwracać się do niej trochę grzeczniej?

Na jego policzkach pojawiły się rumieńce.

– Mamy w tym szpitalu wiele osób, które doznały poważnych urazów i cierpią na zagrażające życiu choroby – oświadczył. – W tej chwili na izbie przyjęć leży troje dzieci, które wydobyto z rozbitego samochodu i które zapewne umrą. A pani skarży się, że nie jestem grzeczny dla dziewczyny, która poszła do łóżka z nieodpowiednim facetem?

Jeannie miała wrażenie, że ktoś zdzielił ją pałką w głowę.

– Poszła do łóżka z nieodpowiednim facetem? – powtórzyła.

Lisa usiadła na łóżku.

– Chcę iść do domu – powiedziała.

– Z tego co widzę, to chyba najlepszy pomysł – stwierdziła Jeannie. Rozsunęła zamek błyskawiczny torby i zaczęła wykładać garderobę na łóżko.

Doktora na chwilę zamurowało.

– Róbcie, jak chcecie – mruknął w końcu gniewnie i wyszedł.

Jeannie i Lisa spojrzały na siebie.

– Nie potrafię w to wszystko uwierzyć – powiedziała Jeannie.

– Dzięki Bogu, że już sobie poszli – szepnęła Lisa i wstała z łóżka.

Jeannie pomogła jej zdjąć szpitalną koszulę. Lisa włożyła szybko świeże ubranie i wsunęła na stopy szmaciane buty.

– Odwiozę cię do domu – oznajmiła Jeannie.

– Przenocujesz w moim mieszkaniu? – zapytała Lisa. – Nie chcę być dziś w nocy sama.

– Oczywiście. Z przyjemnością.

Za drzwiami czekał na nie McHenty. Nie był już taki pewny siebie. Być może zdał sobie sprawę, że w niewłaściwy sposób prowadził wywiad.

– Zostało mi jeszcze kilka pytań – oświadczył.

– Wyjeżdżamy – odparła spokojnym głosem Jeannie. – Lisa jest zbyt zdenerwowana, żeby mogła na nie teraz odpowiadać.

Gliniarz sprawiał wrażenie przestraszonego.

– Musi odpowiedzieć. Złożyła skargę.

– Nie zostałam zgwałcona – odezwała się Lisa. – To była pomyłka. Chcę wrócić do domu.

– Zdaje pani sobie sprawę, że może panią czekać kara za składanie fałszywych zeznań?

– Ta kobieta nie jest kryminalistką – rzuciła gniewnie Jeannie. – Jest ofiarą przestępstwa. Jeśli pański szef zapyta, dlaczego wycofała skargę, niech pan powie, że zrobiła to, ponieważ była w brutalny sposób przesłuchiwana przez posterunkowego McHenty’ego z baltimorskiej policji. A teraz pan wybaczy, ale zabieram ją do domu. – Objęła ramieniem Lisę i ruszyła z nią w kierunku wyjścia.

– Co ja takiego zrobiłem? – mruknął, kiedy go mijały.