Trójka - Ken Follett - ebook
Opis

Oksford, rok 1947. Trójka studentów uniwersytetu, Żyd Nat, Palestyńczyk Jasif i Rosjanin Dawid, bierze udział w przyjęciu wydanym przez profesora Ashforda. Dwadzieścia jeden lat później spotykają się ponownie. Jako agenci zwalczających się tajnych służb - izraelskiego Mossadu, egipskiego wywiadu cywilnego i radzieckiego KGB - są uwikłani w swoje własne gry, w których nie ma miejsca na sentymenty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 509

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydanie elektroniczne

O autorze

KEN FOL­LETT

Świa­to­wej sła­wy pi­sarz bry­tyj­ski. Po ukoń­cze­niu stu­diów fi­lo­zo­ficz­nych na Uni­ver­si­ty Col­le­ge w Lon­dy­nie pra­co­wał jako re­por­ter i bez więk­sze­go suk­ce­su pu­bli­ko­wał po­wie­ści sen­sa­cyj­ne pod kil­ko­ma pseu­do­ni­ma­mi. Je­de­na­sta z ko­lei – thril­ler wo­jen­ny za­ty­tu­ło­wa­ny Igła – przy­nio­sła mu za­słu­żo­ną sła­wę, zo­sta­ła też na­tych­miast sfil­mo­wa­na z Do­nal­dem Su­ther­lan­dem w ty­tu­ło­wej roli nie­miec­kie­go szpie­ga. Fol­lett wy­spe­cja­li­zo­wał się w thril­le­rach, naj­czę­ściej (choć nie tyl­ko) osa­dzo­nych w re­aliach II woj­ny świa­to­wej (m.in. Klucz do Re­be­ki, Noc nad oce­anem, Lot Ćmy, Trze­ci bliź­niak, Za­bój­cza pa­mięć, Za­mieć) oraz po­wie­ściach hi­sto­rycz­no-przy­go­do­wych (Nie­bez­piecz­na for­tu­na. Fi­la­ry Zie­mi, Świat bez koń­ca, Upa­dek gi­gan­tów, Zima świa­ta). Jego do­ro­bek li­te­rac­ki spo­tkał się z za­in­te­re­so­wa­niem twór­ców fil­mo­wych. Na kan­wie kil­ku ksią­żek po­wsta­ły fil­my ki­no­we bądź se­ria­le te­le­wi­zyj­ne (Klucz do Re­be­ki, Trze­ci bliź­niak, Za­mieć, Na skrzy­dłach or­łów, Fi­la­ry Zie­mi, a ostat­nio Świat bez koń­ca).

Tego au­to­ra

Po­wie­ści hi­sto­rycz­ne

NIE­BEZ­PIECZ­NA FOR­TU­NA

UCIE­KI­NIER

CZŁO­WIEK Z SANKT PE­TERS­BUR­GA

Fi­la­ry Zie­mi

FI­LA­RY ZIE­MI

ŚWIAT BEZ KOŃ­CA

Stu­le­cie

UPA­DEK GI­GAN­TÓW

ZIMA ŚWIA­TA

KRA­WĘDŹ WIECZ­NO­ŚCI

Thril­le­ry wo­jen­ne

IGŁA

KRYP­TO­NIM KAW­KI

LOT ĆMY

KLUCZ DO RE­BE­KI

NOC NAD OCE­ANEM

Thril­le­ry

MŁOT EDE­NU

ZA­BÓJ­CZA PA­MIĘĆ

TRÓJ­KA

ZA­MIEĆ

SKAN­DAL Z MO­DI­GLIA­NIM

TRZE­CI BLIŹ­NIAK

LWY PAN­SZI­RU

PA­PIE­RO­WE PIE­NIĄ­DZE

Li­te­ra­tu­ra fak­tu

NA SKRZY­DŁACH OR­ŁÓW

www.ken-fol­lett.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

TRI­PLE

Co­py­ri­ght © Ken Fol­lett 1979

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2003

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ce­za­ry & Ma­ria Frąc 2003

Re­dak­cja: Lu­cy­na Le­wan­dow­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ja­cek Ko­pal­ski

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-051-9

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Alo­wi Zuc­ker­ma­no­wi

Trze­ba zda­wać so­bie spra­wę, że je­dy­nym pro­ble­mem przy pro­duk­cji bom­by ato­mo­wej jest przy­go­to­wa­nie za­pa­sów ma­te­ria­łu roz­sz­cze­pial­ne­go o od­po­wied­niej czy­sto­ści. Sam pro­jekt kon­struk­cji bom­by jest rze­czą sto­sun­ko­wo pro­stą…

En­cyc­lo­pe­dia Ame­ri­ca­na

Prolog

Los zrzą­dził, że tyl­ko raz spo­tka­li się wszy­scy w jed­nym miej­scu. Byli mło­dzi i upły­nę­ło wie­le lat, za­nim wy­da­rzy­ła się cała ta hi­sto­ria. Wte­dy jesz­cze nie mo­gli wie­dzieć, jaki ślad to spo­tka­nie od­ci­śnie na ich ży­cio­ry­sach.

Do­kład­nie w pierw­szą nie­dzie­lę li­sto­pa­da 1947 roku każ­dy z nich miał oka­zję po­znać wszyst­kich po­zo­sta­łych. Przez kil­ka mi­nut prze­by­wa­li w tym sa­mym po­ko­ju. Jed­ni nie­ba­wem za­po­mnie­li twa­rze i na­zwi­ska osób, z któ­ry­mi wów­czas roz­ma­wia­li, in­nym ten dzień w ogó­le nie po­zo­stał w pa­mię­ci. Kie­dy jed­nak dwa­dzie­ścia je­den lat póź­niej oka­zał się tak waż­ny, uda­wa­li, że pa­mię­ta­ją. Wpa­try­wa­li się w wy­bla­kłe fo­to­gra­fie, mru­cząc: „Ach tak, oczy­wi­ście”.

Do spo­tka­nia do­szło wsku­tek zbie­gu oko­licz­no­ści, w czym nie ma nic oso­bli­we­go. Byli mło­dzi i zdol­ni, to­też wła­dza, po­dej­mo­wa­nie de­cy­zji i na­pra­wia­nie świa­ta sta­no­wi­ły ich prze­zna­cze­nie, choć każ­dy miał je re­ali­zo­wać w od­mien­ny spo­sób, bo każ­dy po­cho­dził z in­ne­go kra­ju. Nic też dziw­ne­go, że spo­tka­li się na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim. Ale po la­tach, gdy wy­da­rzy­ło się to wszyst­ko, oka­za­ło się, że w całą tę spra­wę zo­sta­ły uwi­kła­ne oso­by wła­ści­wie zu­peł­nie so­bie obce, a je­dy­nym tego po­wo­dem było to, że nie­gdyś ze­tknę­ły się w Oks­for­dzie.

W każ­dym ra­zie spo­tka­nie to nie było waż­nym wy­da­rze­niem hi­sto­rycz­nym. Zwy­czaj­ne par­ty z wi­nem w domu, w któ­rym wy­da­wa­no wie­le po­dob­nych przy­jęć (nie tyl­ko z wi­nem; mo­gli­by coś o tym po­wie­dzieć star­si stu­den­ci). Oko­licz­ność może nie­war­ta wzmian­ki, ale nie­zu­peł­nie.

Al Cor­to­ne za­stu­kał w drzwi i cze­kał, spo­dzie­wa­jąc się wła­ści­wie uj­rzeć w nich nie­bosz­czy­ka.

W cią­gu trzech ostat­nich lat utwier­dzał się co­raz bar­dziej w prze­ko­na­niu, że jego przy­ja­ciel nie żyje. Naj­pierw do­wie­dział się, że Nat Dick­ste­in do­stał się do nie­wo­li. W mia­rę jak ci­chły od­gło­sy woj­ny, sły­sza­ło się co­raz wię­cej opo­wie­ści o lo­sie Ży­dów w nie­miec­kich obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. A kie­dy woj­na się skoń­czy­ła, po­nu­ra praw­da o strasz­li­wych zbrod­niach na­zi­stów wresz­cie wy­szła na jaw.

Duch za drzwia­mi za­szu­rał krze­słem po pod­ło­dze i prze­szedł przez po­kój.

Cor­to­ne­go ob­le­ciał strach. Co bę­dzie, je­śli Dick­ste­in oka­że się ka­le­ką? Albo ma oszpe­co­ną twarz? Albo zwa­rio­wał? Cor­to­ne nig­dy nie wie­dział, jak się od­no­sić do ka­lek i czub­ków. W 1943 roku on i Dick­ste­in w cią­gu kil­ku dni sta­li się so­bie bar­dzo bli­scy, ale jak jego daw­ny to­wa­rzysz wy­glą­da te­raz?

Drzwi się otwo­rzy­ły.

– Cześć, Nat – po­wie­dział Cor­to­ne.

Dick­ste­in wy­trzesz­czył oczy, ale za­raz na jego twa­rzy po­ja­wił się sze­ro­ki uśmiech.

– Ple­ry, nery, cy­na­de­ry – po­wi­tał kum­pla jed­nym ze swo­ich za­baw­nych kna­jac­kich po­wie­dzo­nek.

Włoch z ulgą od­wza­jem­nił uśmiech. Po­da­li so­bie ręce, po­kle­pa­li się po ra­mio­nach, wy­mie­ni­li kil­ka so­czy­stych uwag w su­ro­wym żoł­nier­skim ję­zy­ku i we­szli do środ­ka.

Miesz­ka­nie Dick­ste­ina znaj­do­wa­ło się w sta­rym domu, po­ło­żo­nym w znisz­czo­nej przez bom­bar­do­wa­nie czę­ści mia­sta, i skła­da­ło się z jed­ne­go nie­wia­ry­god­nie wy­so­kie­go po­ko­ju. Sta­ło tam pro­ste łóż­ko, schlud­nie, po woj­sko­we­mu za­sła­ne, cięż­ka sta­ra sza­fa z ciem­ne­go drew­na, ser­want­ka z tego sa­me­go kom­ple­tu oraz za­ło­żo­ny książ­ka­mi stół pod nie­wiel­kim oknem. Po­kój nie wy­glą­dał przy­tul­nie. Gdy­by Cor­to­ne miał tu za­miesz­kać, za­brał­by ze sobą tro­chę dro­bia­zgów, dzię­ki któ­rym mógł­by się po­czuć jak u sie­bie: fo­to­gra­fie człon­ków ro­dzi­ny, pa­miąt­ki z Nia­ga­ry i Mia­mi Be­ach, a tak­że tro­fea spor­to­we z li­ce­al­nych cza­sów.

– Bar­dzo chciał­bym wie­dzieć, jak ci się uda­ło mnie od­na­leźć – mruk­nął Dick­ste­in.

– Nie było to ła­twe. – Cor­to­ne zdjął woj­sko­wą kurt­kę i po­ło­żył ją na wą­skim łóż­ku. – Za­ję­ło mi to pra­wie cały wczo­raj­szy dzień. – Spoj­rzał na klu­bo­wy fo­tel. Jego po­rę­cze były po­krzy­wio­ne, spo­śród wy­bla­kłych chry­zan­tem obi­cia wy­sta­wa­ła sprę­ży­na, a pod bra­ku­ją­cą nogę pod­ło­żo­no tom Te­aj­te­ta Pla­to­na. – Czy lu­dzie mogą na czymś ta­kim sia­dać? – za­py­tał.

– Nie wy­żsi stop­niem od sier­żan­ta. Ale…

– Ale tam­ci nie są ludź­mi.

Obaj wy­buch­nę­li śmie­chem. Sta­ry dow­cip. Dick­ste­in od­su­nął krze­sło i usiadł na nim okra­kiem. Przez chwi­lę uważ­nie wpa­try­wał się w przy­ja­cie­la.

– Uty­łeś!

Cor­to­ne po­kle­pał się po brzu­chu.

– We Frank­fur­cie żyje nam się cał­kiem nie­źle. Dużo stra­ci­łeś, że prze­sze­dłeś do cy­wi­la. – Po­chy­lił się do przo­du i ści­szył głos, jak­by cho­dzi­ło o ja­kąś ta­jem­ni­cę: – Zbi­łem ma­ją­tek. Bi­żu­te­ria, por­ce­la­na, an­ty­ki, wszyst­ko za pa­pie­ro­sy i my­dło. Niem­cy gło­du­ją. A za ro­ga­li­ka dziew­czy­ny zro­bią ci wszyst­ko.

Wy­pro­sto­wał się w ocze­ki­wa­niu na ko­lej­ny wy­buch śmie­chu, ale twarz Dick­ste­ina po­zo­sta­ła nie­ru­cho­ma. Zbi­ty z tro­pu Cor­to­ne zmie­nił te­mat:

– Ale o to­bie nie da się po­wie­dzieć, że je­steś za gru­by.

Po­cząt­ko­wo wi­dok Dick­ste­ina ca­łe­go, zdro­we­go i uśmiech­nię­te­go spra­wił mu taką wiel­ką ulgę, że nie przyj­rzał się bli­żej przy­ja­cie­lo­wi. Te­raz jed­nak uświa­do­mił so­bie, że­Nat Dick­ste­in jest bar­dziej niż chu­dy: jest wy­cień­czo­ny. Przed­tem tak­że nie mógł im­po­no­wać wzro­stem ani bu­do­wą cia­ła, ale nig­dy nie wy­glą­dał jak szkie­let. Wra­że­nie to po­głę­bia­ła jesz­cze tru­pio bla­da cera i wiel­kie brą­zo­we oczy za oku­la­ra­mi w pla­sti­ko­wej opra­wie. No i ka­wa­łek łyd­ki, wi­docz­nej mię­dzy skar­pet­ką a no­gaw­ką, bia­łej i cien­kiej jak za­pał­ka. Czte­ry lata temu Dick­ste­in był śnia­dy, sprę­ży­sty i moc­ny ni­czym skó­rza­ne po­de­szwy bu­tów, w któ­re wy­po­sa­ży­ła go bry­tyj­ska ar­mia. Gdy­by Cor­to­ne miał go scha­rak­te­ry­zo­wać po swo­je­mu, po­wie­dział­by: „To naj­mniej­szy, ale naj­tward­szy i naj­bar­dziej za­wzię­ty ze skur­wy­sy­nów, któ­rzy ra­to­wa­li moje za­sra­ne ży­cie”.

– Za gru­by? Pew­nie, że nie – od­parł Dick­ste­in. – Ten kraj wciąż żyje na że­la­znych ra­cjach. Ale ja­koś so­bie ra­dzi­my.

– Nie ja­dłeś naj­le­piej…

– Ale ja­dłem – uśmiech­nął się Dick­ste­in.

– Do­sta­łeś się do nie­wo­li.

– W La Mo­li­na.

– Jak cię, do dia­bła, do­pa­dli?

– Po­cisk strza­skał mi nogę – od­parł Dick­ste­in, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Stra­ci­łem przy­tom­ność. Ock­ną­łem się w nie­miec­kim wa­go­nie.

Cor­to­ne spoj­rzał na nogi przy­ja­cie­la.

– Do­brze zło­żo­na?

– Mia­łem szczę­ście, w po­cią­gu dla jeń­ców był me­dyk i na­sta­wił ko­ści.

Włoch po­ki­wał gło­wą.

– A po­tem w obo­zie…? – Po­my­ślał, że może nie po­wi­nien o to py­tać, ale chciał wie­dzieć.

Dick­ste­in umknął spoj­rze­niem w bok.

– Było w po­rząd­ku, do­pó­ki nie od­kry­li, że je­stem Ży­dem. Może her­ba­ty? Nie­ste­ty, nie stać mnie na whi­sky.

– Nie, dzię­ki. – Cor­to­ne naj­chęt­niej w ogó­le by się wię­cej nie od­zy­wał. – A co do whi­sky, rano już jej nie pi­jam. Ży­cie wca­le nie jest ta­kie krót­kie, jak się zda­je.

Dick­ste­in znów pod­niósł wzrok.

– Po­sta­no­wi­li spraw­dzić, ile razy moż­na zła­mać nogę w tym sa­mym miej­scu i na po­wrót ją zło­żyć.

– O Jezu… – wy­mam­ro­tał Cor­to­ne.

– To jesz­cze było naj­lep­sze ze wszyst­kie­go – stwier­dził Dick­ste­in bez­na­mięt­nie. Znów spoj­rzał gdzieś przed sie­bie.

– Skur­wy­sy­ny – syk­nął Cor­to­ne. Nic in­ne­go nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy. Twarz Dick­ste­ina na­bra­ła ja­kie­goś ob­ce­go wy­ra­zu, któ­re­go Cor­to­ne nig­dy przed­tem u nie­go nie wi­dział. Po chwi­li uprzy­tom­nił so­bie, że ma­lu­je się na niej lęk. Dziw­na spra­wa, prze­cież naj­gor­sze już się skoń­czy­ło, po­my­ślał. – No do­bra, do li­cha, w koń­cu wy­gra­li­śmy, no nie? – po­wie­dział i klep­nął przy­ja­cie­la po ple­cach.

Dick­ste­in uśmiech­nął się.

– Wy­gra­li­śmy. Ale po­wiedz wresz­cie, co ro­bisz w An­glii i jak mnie od­na­la­złeś?

– W dro­dze do Buf­fa­lo za­ła­twi­łem so­bie po­stój w Lon­dy­nie. By­łem w Mi­ni­ster­stwie Obro­ny… – Cor­to­ne za­wa­hał się. Po­szedł spe­cjal­nie do mi­ni­ster­stwa, żeby za­się­gnąć in­for­ma­cji o oko­licz­no­ściach śmier­ci Dick­ste­ina. – Dali mi ad­res na Step­ney. A tam za­sta­łem tyl­ko je­den dom na ca­łej uli­cy. I w tym domu spod ca­lo­wej war­stwy ku­rzu od­grze­ba­łem tego star­ca…

– Tom­my’ego Ca­ste­ra?

– Zga­dza się. Kie­dy wy­pi­łem dzie­więt­na­ście fi­li­ża­nek cien­kiej her­ba­ty i wy­słu­cha­łem hi­sto­rii jego ży­cia, skie­ro­wał mnie do in­ne­go domu, w któ­rym od­szu­ka­łem two­ją mat­kę, wy­pi­łem jesz­cze wię­cej cien­kiej her­ba­ty i wy­słu­cha­łem jej bio­gra­fii. Gdy wresz­cie do­sta­łem twój ad­res, było za póź­no, żeby zdą­żyć na ostat­ni po­ciąg do Oks­for­du. Po­cze­ka­łem do rana i oto je­stem. Mam tyl­ko parę go­dzin, mój sta­tek ju­tro od­pły­wa.

– Zde­mo­bi­li­zo­wa­li cię?

– Trzy ty­go­dnie, dwa dni i dzie­więć­dzie­siąt czte­ry mi­nu­ty temu.

– Co za­mie­rzasz ro­bić po po­wro­cie?

– Pro­wa­dzić ro­dzin­ny in­te­res. Ostat­nie lata prze­ko­na­ły mnie, że nie­zły ze mnie biz­nes­men.

– A czym się zaj­mu­je two­ja ro­dzi­na? Nig­dy mi o tym nie mó­wi­łeś.

– To fir­ma prze­wo­zo­wa – od­parł Cor­to­ne. – A ty? Co z tym Oks­for­dem? Na mi­łość bo­ską, stu­diu­jesz coś?

– Li­te­ra­tu­rę he­braj­ską.

– Żar­tu­jesz!

– Pi­sa­łem po he­braj­sku, za­nim po­sze­dłem do szko­ły. Nig­dy ci nie mó­wi­łem? Mój dzia­dek był praw­dzi­wym uczo­nym. Miesz­kał w jed­nym śmier­dzą­cym po­ko­ju nad skle­pem z plac­ka­mi przy Mile End Road. Od­kąd pa­mię­tam, cho­dzi­łem tam w każ­dą so­bo­tę i nie­dzie­lę. Nig­dy się nie uskar­ża­łem… lu­bi­łem to. Cóż in­ne­go mógł­bym stu­dio­wać?

Cor­to­ne wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Czy ja wiem, może fi­zy­kę ją­dro­wą albo za­rzą­dza­nie. Po co w ogó­le stu­dio­wać?

– Żeby być szczę­śli­wym, mą­drym i bo­ga­tym.

Cor­to­ne po­krę­cił gło­wą.

– Jak za­wsze ta­jem­ni­czy. Dużo tu dziew­czyn?

– Bar­dzo mało. Poza tym je­stem zbyt za­ję­ty.

Cor­to­ne za­uwa­żył, że Dick­ste­in się ru­mie­ni.

– Łżesz, dup­ku. Chcesz, to ci po­wiem: za­ko­cha­łeś się. Kim ona jest?

– No do­brze, masz ra­cję – od­parł zmie­sza­ny Dick­ste­in. – Ale ona jest nie­osią­gal­na. To żona pro­fe­so­ra. Eg­zo­tycz­na, in­te­li­gent­na… naj­pięk­niej­sza ko­bie­ta, jaką w ży­ciu wi­dzia­łem.

Cor­to­ne po­pa­trzył na nie­go.

– To nie wy­glą­da obie­cu­ją­co, Nat.

– Wiem, ale jed­nak… – Dick­ste­in wstał z krze­sła. – Sam się prze­ko­nasz, co mam na my­śli.

– Zo­ba­czę ją?

– Pro­fe­sor Ash­ford wy­da­je par­ty. Je­stem za­pro­szo­ny. Wy­bie­ra­łem się tam wła­śnie, kie­dy wpa­dłeś. – Wło­żył ma­ry­nar­kę.

– Par­ty w Oks­for­dzie! – ucie­szył się Cor­to­ne. – Będę się miał czym chwa­lić w Buf­fa­lo!

Był chłod­ny, ja­sny po­ra­nek. Bla­de słoń­ce śli­zga­ło się po kre­mo­wych ele­wa­cjach sta­rych bu­dyn­ków. Szli w mil­cze­niu, z rę­ka­mi w kie­sze­niach, sku­le­ni, bo po uli­cach hu­lał li­sto­pa­do­wy wiatr.

– Ar­chi­tek­tu­ra, kur­wa, jak z baj­ki – mruk­nął pod no­sem Cor­to­ne.

Prze­chod­niów pra­wie nie było, ale gdy uszli mniej wię­cej milę, Dick­ste­in wska­zał Cor­to­ne­mu wy­so­kie­go męż­czy­znę w sza­li­ku o bar­wach jed­ne­go z col­le­ge’ów wo­kół szyi, idą­ce­go dru­gą stro­ną uli­cy.

– To Ro­sja­nin – po­wie­dział i za­wo­łał: – Hej, Ro­stow!

Tam­ten od­wró­cił się, po­ma­chał ręką na po­wi­ta­nie i prze­szedł na ich stro­nę uli­cy. Miał wło­sy ostrzy­żo­ne jak re­krut, a jego ubra­nie – ta­nie, kon­fek­cyj­ne i zbyt ob­szer­ne – wi­sia­ło na nim jak na wie­sza­ku. Cor­to­ne go­tów był po­my­śleć, że w tym kra­ju wszy­scy są tacy chu­dzi.

– Ro­stow z Bal­liol, z tego sa­me­go col­le­ge’u co ja – wy­ja­śnił Dick­ste­in. – Da­wi­dzie Ro­stow, po­znaj Ala­na Cor­to­ne­go. Al i ja by­li­śmy ra­zem ja­kiś czas we Wło­szech. Idziesz do Ash­for­dów?

Ro­sja­nin uro­czy­ście ski­nął gło­wą.

– Za kie­li­cha je­stem go­tów na wszyst­ko.

– Czy pan też zaj­mu­je się li­te­ra­tu­rą he­braj­ską? – za­py­tał Cor­to­ne.

– Nie – od­parł Ro­stow. – Je­stem tu po to, aby stu­dio­wać eko­no­mię bur­żu­azyj­ną.

Dick­ste­in za­śmiał się gło­śno, ale Cor­to­ne nie wi­dział w tym nic za­baw­ne­go.

– Ro­stow jest ze Smo­leń­ska – po­in­for­mo­wał go Dick­ste­in. – Na­le­ży do KPZR – Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Związ­ku Ra­dziec­kie­go.

Cor­to­ne nadal nie do­strze­gał w tym ni­cze­go śmiesz­ne­go.

– Są­dzi­łem – po­wie­dział – że w Ro­sji ni­ko­mu nie wol­no wy­jeż­dżać za gra­ni­cę.

Ro­stow wdał się w dłu­gie i męt­ne wy­ja­śnie­nia, z któ­rych mia­ło wy­ni­kać, że jego oj­ciec był dy­plo­ma­tą i w chwi­li wy­bu­chu woj­ny prze­by­wał w Ja­po­nii. Tym wy­wo­dom to­wa­rzy­szył od cza­su do cza­su prze­bie­gły uśmie­szek. Cho­ciaż Ro­sja­nin nie mó­wił bie­gle po an­giel­sku, w jego gło­sie sły­chać było ton pro­tek­cjo­nal­nej wyż­szo­ści. Cor­to­ne prze­stał go słu­chać i wró­cił my­ślą do Dick­ste­ina. Jak to moż­li­we – roz­wa­żał – ko­chasz ko­goś jak bra­ta, ra­zem z nim prze­le­wasz na woj­nie krew, a po­tem on zni­ka, by stu­dio­wać li­te­ra­tu­rę he­braj­ską, ty zaś do­cho­dzisz do wnio­sku, że tak na­praw­dę zu­peł­nie go nie zna­łeś.

– Czy zde­cy­do­wa­łeś się już na wy­jazd do Pa­le­sty­ny? – za­py­tał Ro­stow Dick­ste­ina.

– Do Pa­le­sty­ny? Po co? – zdzi­wił się Cor­to­ne.

Dick­ste­ina py­ta­nie Ro­sto­wa wy­raź­nie spe­szy­ło.

– Nie, nie zde­cy­do­wa­łem się.

– A po­wi­nie­neś – oświad­czył Ro­stow. – Pań­stwo ży­dow­skie może po­móc w de­mon­ta­żu resz­tek im­pe­rium bry­tyj­skie­go na Bli­skim Wscho­dzie.

– Czy taka jest li­nia par­tii? – za­py­tał Dick­ste­in z bla­dym uśmiesz­kiem.

– Owszem – od­parł po­waż­nie Ro­stow. – Je­steś so­cja­li­stą…

– W pew­nym sen­sie.

– …a pań­stwo ży­dow­skie po­win­no być so­cja­li­stycz­ne. To istot­na spra­wa.

Cor­to­ne słu­chał tego z nie­do­wie­rza­niem.

– Ara­bo­wie mor­du­ją tam Ży­dów. Na mi­łość bo­ską, Nat, do­pie­ro co wy­rwa­łeś się z łap Niem­ców.

– Nie pod­ją­łem jesz­cze de­cy­zji – po­wtó­rzył Dick­ste­in z lek­ką iry­ta­cją. – Nie wiem, co zro­bię. – Wy­da­wa­ło się, że nie ma ocho­ty dłu­żej o tym mó­wić.

Przy­spie­szy­li kro­ku. Cor­to­ne­mu zmar­z­ła twarz, ale po­cił się w zi­mo­wym mun­du­rze. Dick­ste­in i Ro­stow dys­ku­to­wa­li o pew­nym ha­nieb­nym wy­da­rze­niu. Nie­ja­ki Mo­sley – Cor­to­ne pierw­szy raz sły­szał to na­zwi­sko – przy­je­chał do Oks­for­du, by wy­gło­sić prze­mó­wie­nie na cześć ofiar woj­ny. Jak się póź­niej oka­za­ło, był fa­szy­stą. We­dług Ro­sto­wa in­cy­dent ten do­wo­dził, że de­mo­kra­cja bur­żu­azyj­na bliż­sza jest fa­szy­zmo­wi niż ko­mu­ni­zmo­wi. Dick­ste­in nie był tak za­sad­ni­czy; jego zda­niem stu­den­tom, któ­rzy zor­ga­ni­zo­wa­li to spo­tka­nie, za­le­ża­ło po pro­stu na wy­wo­ła­niu moc­ne­go wra­że­nia.

Cor­to­ne słu­chał i ob­ser­wo­wał obu męż­czyzn. Oso­bli­wa była z nich para: tycz­ko­wa­ty Ro­stow w sza­li­ku przy­po­mi­na­ją­cym pa­sia­sty ban­daż, sta­wia­ją­cy wiel­kie kro­ki w ku­sych spodniach o no­gaw­kach po­wie­wa­ją­cych jak cho­rą­giew­ki – a obok nie­wy­so­ki Dick­ste­in o wiel­kich oczach, w okrą­głych oku­la­rach i ubra­niu z de­mo­bi­lu, chu­dy jak szkie­let i ru­chli­wy. Cor­to­ne nie był in­te­lek­tu­ali­stą, ale miał ucho wy­czu­lo­ne na wci­ska­nie kitu. Obaj nie mó­wi­li szcze­rze tego, co my­ślą. Ro­stow uży­wał sfor­mu­ło­wań za­czerp­nię­tych wprost z ofi­cjal­nych do­gma­tów, a Dick­ste­in usi­ło­wał nie­fra­so­bli­wym to­nem za­ma­sko­wać róż­ni­ce zdań, ale kie­dy śmiał się z Mo­sleya, przy­po­mi­na­ło to śmiech dziec­ka po noc­nym kosz­ma­rze. Pro­wa­dzi­li dys­ku­sję zręcz­nie, choć bez więk­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia – przy­po­mi­na­ło to po­je­dy­nek szer­mier­czy na stę­pio­ne szpa­dy.

Dick­ste­in spo­strzegł wresz­cie, że Cor­to­ne się nie od­zy­wa, za­czął więc opo­wia­dać o go­spo­da­rzu przy­ję­cia.

– Ste­phen Ash­ford jest może tro­chę eks­cen­trycz­ny – po­wie­dział – ale to na­praw­dę nie­tu­zin­ko­wy czło­wiek. Więk­szość ży­cia spę­dził na Bli­skim Wscho­dzie. Miał nie­wiel­ki ka­pi­tał, któ­ry prze­pu­ścił co do gro­sza. Od­wa­żył się na­wet wy­ru­szyć w po­dróż na wiel­błą­dzie przez całą Pu­sty­nię Arab­ską.

– To wca­le nie ta­kie strasz­ne sza­leń­stwo – za­uwa­żył Cor­to­ne.

– Żona pro­fe­so­ra jest Li­ban­ką – wtrą­cił Ro­stow.

Cor­to­ne spoj­rzał na Dick­ste­ina.

– Ona jest…

– Jest młod­sza od nie­go – do­koń­czył po­spiesz­nie Dick­ste­in. – Ash­ford przy­wiózł ją do An­glii tuż przed woj­ną i ob­jął ka­te­drę na wy­dzia­le se­mi­ty­sty­ki. Je­śli poda ci mar­sa­lę za­miast sher­ry, bę­dzie to znak, że pora się że­gnać.

– A go­ście o tym wie­dzą? – za­py­tał Cor­to­ne.

– Je­ste­śmy na miej­scu – oznaj­mił Dick­ste­in, igno­ru­jąc to py­ta­nie.

Cor­to­ne był pra­wie pe­wien, że dom oka­że się mau­re­tań­ską wil­lą. Uj­rzał jed­nak imi­ta­cję sty­lu elż­bie­tań­skie­go: bia­łe ścia­ny i zie­lo­ne bel­ko­wa­nie. Ogród od fron­tu przy­po­mi­nał dżun­glę. Trzej mło­dzi lu­dzie do­szli do domu wy­ło­żo­ną ka­mien­ny­mi pły­ta­mi dróż­ką. Za­sta­li uchy­lo­ne drzwi, któ­re pro­wa­dzi­ły do pro­sto­kąt­ne­go hal­lu. Z głę­bi domu do­bie­gał śmiech: przy­ję­cie już się za­czy­na­ło. Sa­lon znaj­do­wał się za dwu­skrzy­dło­wy­mi drzwia­mi, któ­re w tym mo­men­cie się roz­war­ły i uka­za­ła się w nich naj­pięk­niej­sza ko­bie­ta na świe­cie.

Cor­to­ne znie­ru­cho­miał. Po­że­rał ją wzro­kiem, kie­dy się zbli­ża­ła, by ich po­wi­tać.

– To mój przy­ja­ciel, Alan Cor­to­ne – usły­szał głos Dick­ste­ina i po­czuł do­tyk jej smu­kłej, śnia­dej ręki, cie­płej, su­chej i drob­nej. Nie miał­by nic prze­ciw­ko temu, żeby trwa­ło to wiecz­nie.

Ale ko­bie­ta od­wró­ci­ła się i wpro­wa­dzi­ła ich do sa­lo­nu. Dick­ste­in szturch­nął Cor­to­ne­go w ra­mię i wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu. Do­brze wie­dział, co dzie­je się w du­szy przy­ja­cie­la.

Cor­to­ne wy­mam­ro­tał:

– O rany!

Na ma­łym sto­le, w sze­re­gu, z woj­sko­wą pre­cy­zją usta­wio­no nie­wiel­kie kie­lisz­ki z sher­ry. Ko­bie­ta po­da­ła je­den Cor­to­ne­mu.

– Je­stem Eila Ash­ford – przed­sta­wi­ła się z uśmie­chem.

Cor­to­ne przy­pa­try­wał jej się z uwa­gą, kie­dy roz­da­wa­ła drin­ki. Jej uro­da nie po­trze­bo­wa­ła upięk­szeń: żad­ne­go ma­ki­ja­żu, pro­ste czar­ne wło­sy, bia­ła suk­nia i san­da­ły. W pew­nym sen­sie ta ko­bie­ta była jak­by naga i Cor­to­ne po­czuł się skrę­po­wa­ny, po­nie­waż kie­dy na nią pa­trzył, bu­dzi­ło się w nim zwie­rzę.

Spo­ro go kosz­to­wa­ło, by ode­rwać od niej oczy i ro­zej­rzeć się wo­kół. Sa­lon urzą­dzo­ny był ele­ganc­ko, ale bez dba­ło­ści o szcze­gó­ły, co jest ty­po­we dla lu­dzi, któ­rzy – we­dle wła­sne­go mnie­ma­nia – żyją na pew­nym po­zio­mie. Na obrze­żach kosz­tow­ne­go per­skie­go dy­wa­nu wi­dać było pod­ło­gę po­kry­tą sza­rym li­no­leum; na sto­li­ku sta­ło ra­dio, któ­re ktoś naj­wy­raź­niej na­pra­wiał, bo na bla­cie były po­roz­rzu­ca­ne czę­ści apa­ra­tu­ry; na ta­pe­tach od­ci­na­ły się pro­sto­ką­ty po zdję­tych ob­ra­zach; kil­ka kie­lisz­ków z sher­ry nie pa­so­wa­ło do kom­ple­tu. Co zaś do go­ści – było ich tu­taj oko­ło tu­zi­na.

Ja­kiś mło­dy Arab w ele­ganc­kim per­ło­wo­sza­rym gar­ni­tu­rze oglą­dał drew­nia­ne rzeź­by usta­wio­ne na gzym­sie ko­min­ka. Eila Ash­ford za­wo­ła­ła go.

– Chcę wam przed­sta­wić Ja­si­fa Ha­sa­na. To przy­ja­ciel mo­ich ro­dzi­ców – po­wie­dzia­ła. – Stu­diu­je w Wor­ce­ster Col­le­ge.

– Znam Dick­ste­ina – od­parł Ha­san i przy­wi­tał się ze wszyst­ki­mi.

Cor­to­ne po­my­ślał, że jest cał­kiem przy­stoj­ny jak na Ara­ba.

I wy­nio­sły – jak każ­dy Arab, któ­ry za­ro­bił tro­chę for­sy i bywa za­pra­sza­ny przez bia­łych.

– Pan z Li­ba­nu? – za­py­tał go Ro­stow.

– Z Pa­le­sty­ny.

– O! – oży­wił się Ro­stow. – I co pan są­dzi o oen­ze­tow­skim pla­nie po­dzia­łu Pa­le­sty­ny?

– Jest bez sen­su – od­rzekł tam­ten, ce­dząc sło­wa. – Bry­tyj­czy­cy mu­szą odejść, a wte­dy mój kraj sta­nie się de­mo­kra­tycz­nym pań­stwem.

– Ale wów­czas Ży­dzi będą mniej­szo­ścią – za­uwa­żył Ro­stow.

– W An­glii też są mniej­szo­ścią. Czy to ozna­cza, że po­win­ni otrzy­mać Sur­rey i urzą­dzić tam wła­sne pań­stwo?

– Sur­rey nig­dy do nich nie na­le­ża­ło, w prze­ci­wień­stwie do Pa­le­sty­ny.

Ha­san wzru­szył ra­mio­na­mi.

– To było wte­dy, gdy An­glią rzą­dzi­li Wa­lij­czy­cy, Niem­ca­mi An­gli­cy, a Skan­dy­na­wię za­miesz­ki­wa­li fran­cu­scy Nor­ma­no­wie. – Od­wró­cił się do Dick­ste­ina. – Pan ma po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści. Co pan o tym są­dzi?

Dick­ste­in zdjął oku­la­ry.

– Mniej­sza o spra­wie­dli­wość. Chciał­bym mieć ta­kie miej­sce, któ­re mógł­bym na­zwać swo­im wła­snym.

– Na­wet gdy­by mu­siał pan za­brać mi moje?

– Do pana może na­le­żeć cała resz­ta Bli­skie­go Wscho­du.

– Ale ja jej nie chcę.

– Ta dys­ku­sja do­wo­dzi, że po­dział jest nie­unik­nio­ny – uciął Ro­stow.

Kie­dy spie­ra­li się o Pa­le­sty­nę, Eila Ash­ford otwo­rzy­ła pacz­kę pa­pie­ro­sów. Cor­to­ne wziął jed­ne­go i po­dał Eili ognia.

– Dłu­go pan zna Dick­ste­ina? – spy­ta­ła.

– Spo­tka­li­śmy się w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym trze­cim roku – od­parł, ob­ser­wu­jąc jej ciem­ne war­gi z pa­pie­ro­sem. Na­wet pa­lić po­tra­fi­ła pięk­nie.

– On mnie bar­dzo in­te­re­su­je – po­wie­dzia­ła i de­li­kat­nie zdję­ła okru­szek ty­to­niu z czub­ka ję­zy­ka.

– Dla­cze­go?

– Nie tyl­ko mnie. To prze­cież jesz­cze chło­piec, choć wy­glą­da tak sta­ro. Poza tym po­cho­dzi z kla­sy śred­niej, a by­najm­niej nie onie­śmie­la­ją go ci wszy­scy An­gli­cy z wyż­szych sfer.

Cor­to­ne po­ki­wał gło­wą.

– Wła­śnie stwier­dzi­łem, że tak na­praw­dę go nie znam.

– Mój mąż uwa­ża go za świet­ne­go stu­den­ta.

– Nat ura­to­wał mi ży­cie.

– Do­bry Boże! – Eila Ash­ford uważ­nie przyj­rza­ła się Cor­to­ne­mu. Była zdu­mio­na, że oka­zał się taki sen­ty­men­tal­ny, ale po­sta­no­wi­ła dać mu szan­sę. – Niech mi pan o tym opo­wie.

Ja­kiś męż­czy­zna w śred­nim wie­ku ubra­ny w luź­ne sztruk­so­we spodnie do­tknął jej pal­ców.

– No i jak tam, moja dro­ga?

– Świet­nie – od­po­wie­dzia­ła. – Pa­nie Cor­to­ne, to mój mąż, pro­fe­sor Ash­ford.

– Miło mi. – Cor­to­ne spoj­rzał na ły­si­nę męż­czy­zny i wy­jąt­ko­wo źle le­żą­ce ubra­nie. Spo­dzie­wał się ra­czej ko­goś w ty­pie słyn­ne­go puł­kow­ni­ka Law­ren­ce’a. Po­my­ślał, że Nat mimo wszyst­ko może mieć na­dzie­ję.

– Pan Cor­to­ne wła­śnie opo­wia­da mi, jak Nat Dick­ste­in ura­to­wał mu ży­cie.

– Do­praw­dy? – za­in­te­re­so­wał się Ash­ford.

– To nie­dłu­ga hi­sto­ria – po­wie­dział Cor­to­ne. Od­na­lazł wzro­kiem Dick­ste­ina, po­chło­nię­te­go roz­mo­wą z Ha­sa­nem i Ro­sto­wem. (Już z sa­mych ich po­staw moż­na było od­czy­tać, ja­kie każ­dy z tej trój­ki żywi prze­ko­na­nia. Ro­stow: sze­ro­ko roz­sta­wio­ne nogi, pa­lec unie­sio­ny w górę, jak­by był na­uczy­cie­lem, nie­złom­na wia­ra w do­gma­ty. Ha­san: opar­ty o bi­blio­tecz­kę, ręka w kie­sze­ni, pa­pie­ros w ustach – po­sta­wa wy­ra­ża­ją­ca zde­cy­do­wa­ny dy­stans do tej mię­dzy­na­ro­do­wej de­ba­ty nad przy­szło­ścią jego kra­ju jako do czy­sto aka­de­mic­kich roz­wa­żań. Dick­ste­in: skrzy­żo­wa­ne na pier­siach ręce, gło­wa po­chy­lo­na w sku­pie­niu i przy­gar­bio­ne ple­cy, ujaw­nia­ją­ce na­pię­cie ab­so­lut­nie sprzecz­ne z bez­na­mięt­nym to­nem jego gło­su. – Bry­tyj­czy­cy obie­ca­li Ży­dom Pa­le­sty­nę – usły­szał głos jed­ne­go z nich. – Strzeż się po­da­run­ków od zło­dzie­ja – zri­po­sto­wał na­tych­miast dru­gi). Od­wró­cił się do Ash­for­dów. – Było to na Sy­cy­lii, nie­da­le­ko gór­skie­go mia­stecz­ka Ra­gu­sa – za­czął opo­wia­dać. – Zdo­by­wa­li­śmy umoc­nie­nia na jego pe­ry­fe­riach. W nie­wiel­kiej do­li­nie, na pół­noc od mia­stecz­ka, tuż przy kę­pie drzew na­tknę­li­śmy się na nie­miec­ki czołg. Wy­glą­dał jak po­rzu­co­ny, ale na wszel­ki wy­pa­dek wrzu­ci­łem do środ­ka gra­nat. Wte­dy roz­legł się po­je­dyn­czy strzał i z drze­wa zwa­lił się Nie­miec z au­to­ma­tem. Ukrył się tam, żeby nas po­wy­strze­lać, gdy bę­dzie­my go mi­ja­li. Czło­wie­kiem, któ­ry go za­bił, był Nat Dick­ste­in.

Oczy Eili za­iskrzy­ły się z pod­nie­ce­nia, ale jej mąż zbladł. Ja­sne, pro­fe­so­ro­wi nie w smak ta­kie ka­wał­ki o ży­ciu i śmier­ci, po­my­ślał Cor­to­ne. Je­śli na­wet to cię zi­ry­to­wa­ło, pap­ciu, le­piej, żeby Nat nie opo­wia­dał ci nig­dy o swo­ich prze­ży­ciach.

– Bry­tyj­czy­cy po­de­szli z dru­giej stro­ny – cią­gnął. – Nat za­uwa­żył czołg – tak jak i ja – ale zwie­trzył za­sadz­kę. Tra­fił snaj­pe­ra i wy­pa­try­wał in­nych, kie­dy­śmy się zbie­ra­li do od­jaz­du. Gdy­by nie był tak cho­ler­nie szyb­ki, już bym nie żył.

Mil­cze­li przez chwi­lę.

– To prze­cież było cał­kiem nie­daw­no, a my tak szyb­ko za­po­mi­na­my – ode­zwał się Ash­ford.

Eila przy­po­mnia­ła so­bie o in­nych go­ściach.

– Chcia­ła­bym jesz­cze z pa­nem po­roz­ma­wiać, za­nim pan wyj­dzie – po­wie­dzia­ła do Cor­to­ne­go i po­de­szła do drzwi pro­wa­dzą­cych do ogro­du.

Ash­ford gła­dził ner­wo­wo rzad­kie wło­sy za usza­mi.

– Opi­nia pu­blicz­na do­wia­du­je się o wiel­kich bi­twach – za­uwa­żył – lecz są­dzę, że żoł­nierz naj­le­piej pa­mię­ta ta­kie wła­śnie drob­ne po­tycz­ki, w któ­rych sam uczest­ni­czył.

Cor­to­ne ski­nął gło­wą. Po­my­ślał, że Ash­ford nie ma zie­lo­ne­go po­ję­cia o woj­nie, i za­sta­na­wiał się, czy mło­dość pro­fe­so­ra była rze­czy­wi­ście tak awan­tur­ni­cza, jak to przed­sta­wił Dick­ste­in.

– Po­tem wzią­łem go ze sobą – mó­wił da­lej – żeby po­znał mo­ich krew­nych. Po­cho­dzę z Sy­cy­lii. Je­dli­śmy spa­ghet­ti i pi­li­śmy wino. Trak­to­wa­li Nata jak bo­ha­te­ra. To trwa­ło tyl­ko kil­ka dni, ale czu­li­śmy się jak bra­cia, ro­zu­mie pan?

– Oczy­wi­ście.

– Kie­dy usły­sza­łem, że do­stał się do nie­wo­li, po­my­śla­łem, że już go nig­dy nie zo­ba­czę.

– Czy pan wie, co się z nim dzia­ło? – spy­tał Ash­ford. – Nie mó­wił o so­bie zbyt wie­le.

– Prze­żył obóz.

– Miał szczę­ście.

– Tak pan my­śli?

Ash­ford roz­glą­dał się przez dłuż­szą chwi­lę po po­ko­ju.

– Wie pan, to nie jest ty­po­wo oks­fordz­kie to­wa­rzy­stwo – po­wie­dział w koń­cu. – Dick­ste­in, Ro­sto­wi Ha­san są ra­czej nie­co­dzien­ny­mi stu­den­ta­mi. Po­wi­nien pan po­znać Toby’ego. To praw­dzi­wy, kla­sycz­ny stu­dent. – Po­chwy­cił spoj­rze­nie ru­mia­ne­go mło­dzień­ca w twe­edo­wym ubra­niu i bar­dzo sze­ro­kim kra­wa­cie. – Toby, chodź tu do nas, po­znaj pana: to to­wa­rzysz bro­ni Nata Dick­ste­ina, pan Cor­to­ne.

Toby przy­wi­tał się.

– Czyż­bym miał szan­sę usły­szeć ja­kąś plot­kę pro­sto ze staj­ni? – za­py­tał ob­ce­so­wo. – Czy Dick­ste­in wy­gra?

– Co wy­gra? – spy­tał Cor­to­ne.

– Dick­ste­in i Ro­stow mają ro­ze­grać mecz sza­cho­wy – po­śpie­szył z wy­ja­śnie­niem Ash­ford. – Pa­nu­je opi­nia, że obaj są pie­kiel­nie do­brzy. Toby są­dzi, że ma pan ja­kieś in­for­ma­cje z pierw­szej ręki. Naj­pew­niej już chce przyj­mo­wać za­kła­dy.

– My­śla­łem, że sza­chy to sport dla eme­ry­tów – oświad­czył Cor­to­ne.

Toby wes­tchnął z dez­apro­ba­tą i opróż­nił swo­ją szklan­kę. Obaj, on i Ash­ford, wy­da­wa­li się za­kło­po­ta­ni uwa­gą Cor­to­ne­go. Sy­tu­ację ura­to­wa­ła dziew­czyn­ka – czte­ro-, może pię­cio­let­nia – któ­ra przy­szła z ogro­du z bu­rym ko­tem na rę­kach.

– To jest Suza – po­wie­dział Ash­ford z mie­sza­ni­ną dumy i po­ko­ry w gło­sie, jak każ­dy męż­czy­zna, któ­ry zo­stał oj­cem w śred­nim wie­ku.

– A to Eze­chiasz – przed­sta­wi­ła wszyst­kim kota dziew­czyn­ka. Mia­ła cerę i wło­sy mat­ki. Kie­dyś bę­dzie tak samo pięk­na. Cor­to­ne za­sta­na­wiał się, czy na­praw­dę jest cór­ką Ash­for­da. Jej uro­da na to nie wska­zy­wa­ła.

– Jak się masz, Eze­chia­szu? – za­py­tał i uprzej­mie uści­snął łapę ko­cu­ra.

Suza po­de­szła do Dick­ste­ina.

– Dzień do­bry, Nat. Chcesz się po­ba­wić z Eze­chia­szem?

– Jest bar­dzo ład­na – po­wie­dział Cor­to­ne do Ash­for­da. – Ale pan wy­ba­czy, mu­szę po­ga­dać z Na­tem – oświad­czył i pod­szedł do Dick­ste­ina, któ­ry klę­czał i gła­skał kota.

Nat i Suza wy­glą­da­li na do­brych kum­pli.

– Suza, to mój przy­ja­ciel Alan – do­ko­nał pre­zen­ta­cji Nat.

– My się już zna­my. – Dziew­czyn­ka za­trze­po­ta­ła rzę­sa­mi. Cor­to­ne po­my­ślał, że mu­sia­ła się tego na­uczyć od mat­ki.

– By­li­śmy ra­zem na woj­nie – do­dał Dick­ste­in.

Suza spoj­rza­ła na Cor­to­ne­go.

– Czy za­bi­ja­łeś lu­dzi?

Wa­hał się przez chwi­lę, w koń­cu jed­nak od­parł:

– Oczy­wi­ście.

– I to cię drę­czy?

– Nie­spe­cjal­nie. To byli źli lu­dzie.

– Ale Nata to drę­czy. Dla­te­go nie lubi o tym mó­wić.

To dziec­ko wie­dzia­ło o Dick­ste­inie wię­cej niż wszy­scy do­ro­śli.

Kot zwin­nie wy­śli­znął się z rąk Suzy, więc po­bie­gła za nim, zo­sta­wiw­szy Dick­ste­ina i Cor­to­na.

– Nie po­wie­dział­bym, żeby pani Ash­ford była nie do zdo­by­cia – oświad­czył Cor­to­ne.

– Nie po­wie­dział­byś…?

– Nie ma wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat. On jest przy­najm­niej o dwa­dzie­ścia lat star­szy i za­ło­żę się, że ża­den z nie­go pi­sto­let. Je­śli po­bra­li się przed woj­ną, mu­sia­ła mieć ja­kieś sie­dem­na­ście lat. Poza tym nie wy­glą­da­ją na za­ko­cha­nych.

– Chciał­bym ci wie­rzyć – mruk­nął Dick­ste­in. Nie wy­da­wał się zbyt­nio za­in­te­re­so­wa­ny tym te­ma­tem. – Chodź, obej­rzysz ogród.

Wy­szli przez oszklo­ne drzwi. Na dwo­rze słoń­ce świe­ci­ło moc­niej i mi­nął już ostry chłód. Ogród przy­po­mi­nał zie­lo­no­brą­zo­wą pusz­czę i cią­gnął się aż do brze­gu rze­ki. Ode­szli ka­wa­łek od domu.

– Nie spodo­ba­ło ci się zbyt­nio to to­wa­rzy­stwo – stwier­dził Dick­ste­in.

– Woj­na się skoń­czy­ła – od­parł Cor­to­ne. – Te­raz każ­dy z nas żyje w in­nym świe­cie. Ci pro­fe­so­ro­wie, par­tie sza­chów, przy­ję­cia z sher­ry… Rów­nie do­brze mógł­bym tra­fić na Mar­sa. Moje ży­cie to ro­bie­nie in­te­re­sów, wal­ka z kon­ku­ren­cją, za­ra­bia­nie pie­nię­dzy. Za­mie­rza­łem za­pro­po­no­wać ci ro­bo­tę, ale chy­ba tra­cę czas.

– Alan…

– Po­słu­chaj, do dia­bła. Praw­do­po­dob­nie stra­ci­my te­raz kon­takt. Nie bar­dzo na­da­ję się do pi­sa­nia li­stów. Ale nie za­po­mnę, że za­wdzię­czam ci ży­cie. Może kie­dyś bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wał. Wiesz, jak mnie zna­leźć.

Sta­li za roz­ro­śnię­tym ży­wo­pło­tem, któ­ry od­gra­dzał róg ogro­du; miał tu kie­dyś po­wstać cały la­bi­rynt, ale prac nie do­koń­czo­no. Kil­ka kro­ków da­lej ścia­na zie­le­ni za­ła­my­wa­ła się pod ką­tem pro­stym, wy­ty­cza­jąc pro­me­na­dę bie­gną­cą wzdłuż rze­ki. Na­gle usły­sze­li ni­ski, gar­dło­wy głos ko­bie­ty, do­bie­ga­ją­cy nie­wąt­pli­wie z tam­tej stro­ny za­ro­śli:

– Po­wie­dzia­łam „nie”! Idź do dia­bła, bo za­cznę krzy­czeć.

Dick­ste­in i Cor­to­ne pod­bie­gli do luki w ży­wo­pło­cie.

Cor­to­ne nig­dy nie za­po­mni tego wi­do­ku. Po­czuł, jak bled­nie, gdy zo­ba­czył tych dwo­je lu­dzi, a po­tem uj­rzał twarz Dick­ste­ina. Była sza­ra, jak twarz cięż­ko cho­re­go. Jego otwar­te usta wy­ra­ża­ły prze­ra­że­nie i roz­pacz. Cor­to­ne jesz­cze raz spoj­rzał w stro­nę krza­ków.

Ko­bie­tą w ogro­dzie była Eila Ash­ford. Mia­ła su­kien­kę pod­wi­nię­tą do pasa, a twarz za­ru­mie­nio­ną pod­nie­ce­niem. Ca­ło­wa­ła Ja­si­fa Ha­sa­na.

1

Me­ga­fon na lot­ni­sku ka­ir­skim za­brzę­czał jak dzwo­nek u drzwi, po czym za­po­wie­dzia­no po arab­sku, wło­sku, fran­cu­sku i an­giel­sku przy­lot sa­mo­lo­tu li­nii Ali­ta­lia z Me­dio­la­nu. To­ufik el-Ma­si­ri wstał od sto­li­ka w ba­rze i skie­ro­wał się na ta­ras. Za­ło­żył ciem­ne oku­la­ry, bez któ­rych trud­no by mu było pa­trzeć na roz­mi­go­ta­ną pły­tę lot­ni­ska. Ca­ra­vel­le znaj­do­wa­ła się już na zie­mi i ko­ło­wa­ła.

Spro­wa­dzi­ła go tu de­pe­sza. Przy­szła rano od „wuj­ka” z Rzy­mu i była za­szy­fro­wa­na. Pra­wo do uży­wa­nia szy­fru w te­le­gra­mach mię­dzy­na­ro­do­wych mają wszyst­kie fir­my, któ­re klucz do nie­go zde­po­nu­ją w urzę­dzie pocz­to­wym. Po­słu­gi­wa­no się szy­fra­mi co­raz czę­ściej, głów­nie ze wzglę­dów oszczęd­no­ścio­wych – za­miast peł­nych zdań uży­wa­no po­je­dyn­czych słów – a nie w celu za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy. De­pe­sza do To­ufi­ka zgod­nie z re­je­strem szy­frów po­da­wa­ła szcze­gó­ły te­sta­men­tu jego zmar­łej ciot­ki. To­ufik miał jed­nak inny klucz, we­dług któ­re­go wia­do­mość brzmia­ła na­stę­pu­ją­co:

OB­SER­WUJ PRO­FE­SO­RA FRIE­DRI­CHA SCHUL­ZA STOP PRZY­LOT DO KA­IRU Z ME­DIO­LA­NU W ŚRO­DĘ 28 LU­TE­GO NA KIL­KA DNI STOP WIEK 51 WZROST 5 STÓP I 7 CALI WAGA 150 FUN­TÓW WŁO­SY JA­SNE OCZY NIE­BIE­SKIE STOP NA­RO­DO­WOŚĆ AU­STRIAC­KA STOP TO­WA­RZY­SZY MU TYL­KO ŻONA STOP.

Nie­ba­wem z sa­mo­lo­tu za­czę­li wy­cho­dzić pa­sa­że­ro­wie i To­ufik nie­mal na­tych­miast wy­pa­trzył opi­sa­ne­go w de­pe­szy męż­czy­znę. Wśród wy­cho­dzą­cych był tyl­ko je­den wy­so­ki szczu­pły blon­dyn. Miał na so­bie ja­sno­nie­bie­ski gar­ni­tur, bia­łą ko­szu­lę i kra­wat, niósł pla­sti­ko­wą tor­bę ze skle­pu wol­no­cło­we­go oraz apa­rat fo­to­gra­ficz­ny. Obok szła żona, o wie­le niż­sza, w mod­nej su­kien­ce mini i blond pe­ru­ce. Szli przez pły­tę lot­ni­ska, roz­glą­da­li się i wdy­cha­li cie­płe i su­che pu­styn­ne po­wie­trze, jak robi to więk­szość lu­dzi, któ­rzy po raz pierw­szy od­wie­dza­ją Afry­kę Pół­noc­ną.

Pa­sa­że­ro­wie po­wo­li zni­ka­li w hali przy­lo­tów. To­ufik stał na ta­ra­sie do­pó­ty, do­pó­ki z sa­mo­lo­tu nie za­czę­to wy­ła­do­wy­wać ba­ga­ży. Do­pie­ro wte­dy wszedł do hali i wmie­szał się w gru­pę lu­dzi cze­ka­ją­cych z dru­giej stro­ny ba­rier­ki.

Nie zno­sił cze­ka­nia. Była to umie­jęt­ność, któ­rej po pro­stu nie po­tra­fił opa­no­wać. Uczo­no go strze­la­nia, za­pa­mię­ty­wa­nia map, otwie­ra­nia sej­fów i za­bi­ja­nia lu­dzi go­ły­mi rę­ka­mi – wszyst­ko to w cią­gu pierw­szych sze­ściu mie­się­cy szko­le­nia. Kurs nie obej­mo­wał jed­nak wy­kła­dów na te­mat cier­pli­wo­ści, ćwi­czeń za­po­bie­ga­ją­cych mro­wie­niu nóg i se­mi­na­riów o nu­dzie. Tym­cza­sem in­stynkt pod­po­wia­dał mu, że coś tu­taj śmier­dzi. W tłu­mie pa­sa­że­rów znaj­do­wał się inny agent.

W gło­wie To­ufi­ka za­pa­li­ło się świa­teł­ko alar­mo­we. Nadal roz­wa­żał pro­blem cier­pli­wo­ści. Lu­dzie ocze­ku­ją­cy krew­nych, przy­ja­ciół czy wspól­ni­ków pa­li­li pa­pie­ro­sy, prze­stę­po­wa­li z nogi na nogę, wy­cią­ga­li szy­je, nie mo­gli so­bie zna­leźć miej­sca. Sta­ła tam ro­dzi­na z czwor­giem dzie­ci, dwóch Ara­bów w tra­dy­cyj­nych ga­la­bi­jach, biz­nes­men w ciem­nym gar­ni­tu­rze, mło­da bia­ła ko­bie­ta, kie­row­ca ze znacz­kiem Ford Mo­tor Com­pa­ny i…

…sa­mot­ny męż­czy­zna. On je­den był spo­koj­ny.

Po­dob­nie jak To­ufik, miał ciem­ną skó­rę, krót­kie wło­sy i no­sił się po eu­ro­pej­sku. Na pierw­szy rzut oka ro­bił wra­że­nie ty­po­we­go przed­sta­wi­cie­la kla­sy śred­niej. Przy­pad­ko­wy ob­ser­wa­tor mógł­by go wziąć za biz­nes­me­na, po­dob­nie jak To­ufi­ka.

Stał swo­bod­nie, z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi do tyłu, wpa­trzo­ny w wyj­ście z hal­lu ba­ga­żo­we­go. Nie przy­cią­gał ni­czy­jej uwa­gi. Wzdłuż jego nosa bie­gła ja­sna li­nia, jak­by daw­na bli­zna, któ­rej raz do­tknął ner­wo­wym ge­stem, ale za­raz znów scho­wał rękę za ple­cy.

To­ufi­ka drę­czy­ło py­ta­nie, czy tam­ten już go za­uwa­żył. Od­wró­cił się do sto­ją­ce­go za nim biz­nes­me­na.

– Nie ro­zu­miem, dla­cze­go to za­wsze tak dłu­go trwa.

Uśmie­chał się i mó­wił spo­koj­nie, więc za­gad­nię­ty przy­su­nął się bli­żej.

– For­mal­no­ści za­bie­ra­ją wię­cej cza­su niż sam lot – stwier­dził, od­wza­jem­nia­jąc uśmiech. Wy­glą­da­li jak dwaj wspól­ni­cy za­ję­ci swo­imi spra­wa­mi.

To­ufik zno­wu zer­k­nął na agen­ta. Męż­czy­zna stał wciąż w tej sa­mej po­zy­cji i spo­glą­dał w stro­nę wyj­ścia. Nie si­lił się na ża­den ka­mu­flaż. Czy mia­ło to zna­czyć, że za­uwa­żył To­ufi­ka? A może oba­wiał się, że wła­śnie ka­mu­fla­żem może się zdra­dzić?

Pa­sa­że­ro­wie za­czę­li już wy­cho­dzić i To­ufik uświa­do­mił so­bie, że ma nie­wiel­kie pole ma­new­ru. Ży­wił na­dzie­ję, że oso­by, któ­rych ocze­ku­je agent, opusz­czą halę przed pro­fe­so­rem Schul­zem i że nie o nie­go tu cho­dzi.

Tak się jed­nak nie sta­ło. Schulz i jego żona prze­kro­czy­li ba­rier­kę ra­zem z pierw­szą grup­ką po­dróż­nych go­to­wych do wyj­ścia.

Agent pod­szedł do nich i uści­snął im ręce.

A więc wszyst­ko ja­sne.

Przy­był tu po to, by spo­tkać się z Schul­zem.

To­ufik uważ­nie ob­ser­wo­wał, jak przy­wo­łu­je ba­ga­żo­wych i od­pro­wa­dza Schul­zów, a na­stęp­nie wy­mknął się in­ny­mi drzwia­mi do swo­je­go sa­mo­cho­du. Za­nim wsiadł, zdjął ma­ry­nar­kę i kra­wat, po czym wło­żył ciem­ne oku­la­ry i bia­łą ba­weł­nia­ną czap­kę. Te­raz nikt nie po­wi­nien roz­po­znać w nim czło­wie­ka, któ­ry ko­goś śle­dził.

Za­kła­dał, że agent za­par­ko­wał wóz nie­co da­lej od głów­ne­go wyj­ścia, i ru­szył w tam­tą stro­nę. Nie po­my­lił się. Zo­ba­czył, że ba­ga­żo­wi ła­du­ją wa­liz­ki Schul­zów do pię­cio­let­nie­go sza­re­go mer­ce­de­sa. Mi­nął go i po­je­chał da­lej.

Skie­ro­wał swo­je brud­ne re­nault na głów­ną au­to­stra­dę, pro­wa­dzą­cą z He­lio­po­lis, gdzie znaj­do­wa­ło się lot­ni­sko, do Ka­iru. Je­chał sześć­dzie­siąt­ką, trzy­ma­jąc się naj­mniej za­tło­czo­ne­go pasa. Sza­ry mer­ce­des mi­nął go parę mi­nut póź­niej, więc przy­śpie­szył, by nie stra­cić go z oczu. Za­pa­mię­tał jego nu­mer, co za­wsze się przy­da­je, gdy trze­ba roz­po­znać sa­mo­cho­dy prze­ciw­ni­ka.

Za­czę­ło się chmu­rzyć. To­ufik su­nął au­to­stra­dą wy­sa­dza­ną z obu stron pal­ma­mi i za­sta­na­wiał się, co tu jest gra­ne. De­pe­sza nie mó­wi­ła o Schul­zu nic prócz tego, jak wy­glą­da, i że jest au­striac­kim na­ukow­cem. Co­kol­wiek by o tym są­dzić, spo­tka­nie na lot­ni­sku mu­sia­ło mieć ja­kieś zna­cze­nie. Wy­glą­da­ło jak se­kret­ne po­wi­ta­nie waż­nej oso­bi­sto­ści. Agent nie­wąt­pli­wie po­cho­dzi stąd, są­dząc po wy­glą­dzie, sa­mo­cho­dzie i spo­so­bie za­cho­wa­nia. Schultz przy­le­ciał z pew­no­ścią na za­pro­sze­nie rzą­du, któ­ry sta­ra się utrzy­mać tę wi­zy­tę w ta­jem­ni­cy.

Ale to było wszyst­ko. To­ufik na­wet nie wie­dział, czym zaj­mu­je się pro­fe­sor Schulz. Może jest fi­nan­si­stą, pro­du­cen­tem bro­ni, spe­cja­li­stą w dzie­dzi­nie ra­kiet albo han­dlu­je ba­weł­ną, choć rów­nie do­brze mógł­by mieć po­wią­za­nia z Al-Fa­tah; krót­ko mó­wiąc, nie wy­glą­da na by­łe­go hi­tle­row­ca. Wszyst­ko jed­nak jest moż­li­we.

Naj­wy­raź­niej Tel Awiw nie uwa­żał Schul­za za ni­ko­go waż­ne­go. W prze­ciw­nym ra­zie nie po­słu­żo­no by się mło­dym i nie­do­świad­czo­nym To­ufi­kiem. Być może za­da­nie mia­ło cha­rak­ter ćwi­czeb­ny.

W Ka­irze, na Sza­ri Ram­zes, To­ufik zmniej­szył dy­stans, już tyl­ko je­den po­jazd dzie­lił go od mer­ce­de­sa. Sza­ry wóz skrę­cił w pra­wo, w Ko­misz an-Nil, prze­ciął rze­kę mo­stem 26 Lip­ca i do­tarł do dziel­ni­cy Za­ma­lek na wy­spie Dża­zi­ra.

Ruch się zmniej­szył; była to bo­ga­ta, spo­koj­na dziel­ni­ca i To­ufik za­czął się oba­wiać, że agent za kie­row­ni­cą mer­ce­de­sa może go ła­two do­strzec. Od­cze­kał dwie mi­nu­ty, aż inny sa­mo­chód skrę­cił w wil­lo­wą uli­cę przy Klu­bie Ofi­cer­skim i za­trzy­mał się przed ele­ganc­kim bu­dyn­kiem z drze­wa­mi dża­ka­ran­dy w ogro­dzie. Na­tych­miast ru­szył jego śla­dem, po czym sta­nął za nim, wy­sko­czył z sa­mo­cho­du i po­biegł do rogu. Zo­ba­czył agen­ta i Schul­zów, wcho­dzą­cych do bu­dyn­ku. Za nimi po­dą­żał do­zor­ca w ga­la­bii, dźwi­ga­jąc ba­ga­że.

To­ufik zlu­stro­wał uli­cę. Nie było na niej ni­ko­go. Wró­cił do sa­mo­cho­du i za­par­ko­wał go po­mię­dzy dwo­ma in­ny­mi wo­za­mi, po tej sa­mej stro­nie, po któ­rej stał mer­ce­des.

Pół go­dzi­ny póź­niej agent wy­szedł. Sam. Wsiadł do sa­mo­cho­du i od­je­chał.

To­ufik przy­go­to­wał się do dłu­gie­go cze­ka­nia.

Przez dwa dni nie dzia­ło się nic szcze­gól­ne­go.

W tym cza­sie Schul­zo­wie uda­wa­li tu­ry­stów, co chy­ba bar­dzo im się po­do­ba­ło. Pierw­sze­go wie­czo­ru zje­dli ko­la­cję w noc­nym klu­bie, gdzie po­dzi­wia­li ta­niec brzu­cha. Na­stęp­ne­go dnia za­li­czy­li pi­ra­mi­dy i Sfink­sa, lunch u Grop­pie­go i ko­la­cję w Hil­to­nie. Dzi­siaj – był to już trze­ci dzień ich po­by­tu w Egip­cie – wsta­li wcze­śnie rano i po­je­cha­li tak­sów­ką do me­cze­tu Ibn Tu­lu­na.

To­ufik zo­sta­wił sa­mo­chód w po­bli­żu Gay­er-An­der­son Mu­seum i śle­dził ich na pie­cho­tę. Na me­czet za­le­d­wie rzu­ci­li okiem i za­raz po­tem uda­li się w kie­run­ku wschod­nim, na Sza­ri an-Sa­li­bah. Za­in­te­re­so­wa­ły ich tu fon­tan­ny i bu­dyn­ki, mrocz­ne wnę­trza skle­pi­ków oraz ko­bie­ty ku­pu­ją­ce na stra­ga­nach ce­bu­lę, pieprz i wiel­błą­dzie ko­py­ta.

Przy skrzy­żo­wa­niu za­trzy­ma­li się i we­szli do her­ba­ciar­ni. Gdy byli w środ­ku, To­ufik po­dzi­wiał re­lie­fy ba­ro­ko­wej se­bi­li – kry­tej da­chem fon­tan­ny z ażu­ro­wy­mi okna­mi ku­ty­mi w me­ta­lu. Zmi­trę­żył też tro­chę cza­su przy czte­rech ogrom­nych, nie­kształt­nych po­mi­do­rach, któ­re ku­po­wał u bo­se­go stra­ga­nia­rza w bia­łej czap­ce, nie spusz­cza­jąc oka z her­ba­ciar­ni.

Kie­dy Schul­zo­wie w koń­cu wy­szli stam­tąd, skie­ro­wa­li się na pół­noc. To­ufik nadal ich śle­dził. Wy­glą­da­ło to te­raz bar­dziej na­tu­ral­nie, bo mógł uda­wać ko­goś, kto po pro­stu so­bie spa­ce­ru­je: raz szedł przed nimi, in­nym ra­zem zo­sta­wał z tyłu. Frau Schulz ku­pi­ła pan­to­fle i zło­tą bran­so­let­kę i za­pła­ci­ła pół­na­gie­mu dziec­ku wy­gó­ro­wa­ną cenę za ga­łąz­kę mię­ty. To­ufik, cią­gle za­cho­wu­jąc wła­ści­wą od­le­głość, zdą­żył wy­pić w ka­wiar­ni „U Na­si­fa” fi­li­żan­kę moc­nej gorz­kiej kawy po tu­rec­ku.

Z uli­cy tar­go­wej skrę­ci­li na suk – czy­li ba­zar – z wy­ro­ba­mi ze skó­ry. Schulz spoj­rzał na ze­ga­rek i po­wie­dział coś do żony – To­ufik po raz pierw­szy po­czuł lek­ki dresz­czyk nie­po­ko­ju – po czym obo­je nie­znacz­nie przy­śpie­szy­li kro­ku i we­szli w uli­cę Bab Zu­wej­la, pro­wa­dzą­cą do śród­mie­ścia.

Na chwi­lę pole ob­ser­wa­cji za­sło­nił To­ufi­ko­wi osioł cią­gną­cy wó­zek pe­łen sło­ików po­za­ty­ka­nych pa­pie­rem. Kie­dy prze­je­chał, Schulz że­gnał się z żoną i wsia­dał do sza­re­go mer­ce­de­sa.

To­ufik za­klął w du­chu.

Drzwicz­ki trza­snę­ły i wóz ru­szył. Frau Schulz ma­cha­ła na po­że­gna­nie. To­ufik po­pa­trzył na ta­bli­cę re­je­stra­cyj­ną. To był ten sam sa­mo­chód, któ­ry śle­dził od He­lio­po­lis; wła­śnie od­jeż­dżał; skrę­cał w lewo, na za­chód, w kie­run­ku Sza­ri Port Said.

To­ufik od­wró­cił się i za­po­mi­na­jąc o Frau Schulz, rzu­cił się pę­dem przed sie­bie.

Spa­cer Schul­zów trwał wpraw­dzie go­dzi­nę, ale nie prze­szli wię­cej niż milę. To­ufik w mgnie­niu oka prze­biegł przez suk, klu­cząc mię­dzy stra­ga­na­mi, po­trą­ca­jąc dwo­je lu­dzi – męż­czy­znę i ko­bie­tę ubra­nych na czar­no – i gu­biąc po dro­dze tor­bę z po­mi­do­ra­mi w zde­rze­niu z Nu­bij­czy­kiem za­mia­ta­ją­cym uli­cę, do­padł swo­je­go sa­mo­cho­du za­par­ko­wa­ne­go przy mu­zeum.

Usiadł za kie­row­ni­cą, cięż­ko dy­sząc i czu­jąc kłu­cie w boku. Za­pa­lił sil­nik i peł­nym ga­zem po­mknął na skró­ty w kie­run­ku Sza­ri Port Said.

Ruch nie był duży. To­ufik, zna­la­zł­szy się na głów­nej dro­dze, spo­dzie­wał się nie­ba­wem uj­rzeć mer­ce­de­sa. Je­chał wciąż na po­łu­dnio­wy za­chód przez wy­spę Roda, most i au­to­stra­dę Giza.

Gdy­by Schulz wie­dział, że cią­gnie za sobą ogon i chciał się go po­zbyć, zro­bił­by to już daw­no, po­my­ślał To­ufik. Po pro­stu od­był po­ran­ny spa­cer, za­nim udał się na punkt kon­tak­to­wy. Za­rów­no miej­sce spo­tka­nia, jak i prze­chadz­ka po tar­gu zo­sta­ły za­pla­no­wa­ne przez agen­ta – co do tego To­ufik nie miał wąt­pli­wo­ści.

Do­kąd­kol­wiek Schulz zmie­rzał, wy­glą­da­ło na to, że opusz­cza mia­sto – in­a­czej przy Bab Zu­wej­la wziął­by tak­sów­kę; Bab Zu­wej­la to głów­na uli­ca wy­lo­to­wa, pro­wa­dzą­ca w kie­run­ku za­chod­nim. To­ufik je­chał bar­dzo szyb­ko. Wkrót­ce miał przed sobą już tyl­ko sza­rą dro­gę pro­stą jak strza­ła, żół­ty pia­sek po bo­kach i błę­kit­ne nie­bo nad gło­wą.

Do­tarł do pi­ra­mid, ale wciąż jesz­cze nie wi­dział mer­ce­de­sa. Dro­ga roz­wi­dla­ła się tu­taj: na pół­noc do Alek­san­drii i na po­łu­dnie do Fa­jum. Są­dząc jed­nak po miej­scu, z któ­re­go mer­ce­des za­brał Schul­za, nie wy­da­wa­ło się, by mie­li je­chać do Alek­san­drii. To­ufik ru­szył w stro­nę Fa­jum.

W koń­cu za­uwa­żył przed sobą ja­kiś sa­mo­chód ja­dą­cy z dużą szyb­ko­ścią. Ale za­nim się zbli­żył, wóz skrę­cił w pra­wo i zje­chał z głów­nej szo­sy. To­ufik przy­ha­mo­wał i za­wró­cił. Sa­mo­chód był już o milę da­lej. To­ufik ru­szył za nim.

Ro­bi­ło się nie­bez­piecz­nie. Dro­ga pro­wa­dzi­ła w głąb Pu­sty­ni Za­chod­niej, być może aż do pól naf­to­wych Kat­ta­ry. Wy­glą­da­ła na rzad­ko uczęsz­cza­ną, a sil­ny wiatr ła­two mógł za­sy­pać ją pia­chem. Agent w mer­ce­de­sie z pew­no­ścią zda­wał so­bie spra­wę z tego, że jest śle­dzo­ny. Je­śli był do­brym agen­tem, po­wi­nien sko­ja­rzyć syl­wet­kę re­naul­ta z jaz­dą z He­lio­po­lis.

Wszel­kie sztucz­ki i cały ka­mu­flaż nie mia­ły już te­raz sen­su.

Sko­ro się już zła­pa­ło ślad fa­ce­ta, nie­waż­ne, czy wi­dział cię wcze­śniej, czy nie, cho­dzi­ło tyl­ko o to, żeby się do­wie­dzieć, do­kąd je­dzie. Je­śli so­bie z tym nie po­ra­dzisz, je­steś do ni­cze­go.

To­ufik za­nie­chał wszel­kich środ­ków ostroż­no­ści i rzu­cił się w po­goń, wkrót­ce jed­nak stra­cił tam­tych z oczu.

Mer­ce­des był szyb­szy i le­piej przy­sto­so­wa­ny do jaz­dy po wą­skiej, wy­bo­istej dro­dze. To­ufik miał jed­nak na­dzie­ję, że tam­ci się gdzieś za­trzy­ma­ją albo przy­najm­niej osią­gną wresz­cie cel swej po­dró­ży.

Na czter­dzie­stej mili za­czął się mar­twić, czy star­czy mu ben­zy­ny, ale tra­fił na nie­wiel­ką oazę u skrzy­żo­wa­nia dróg. Wo­kół za­mu­lo­ne­go ba­jo­ra pa­sło się kil­ka wy­chu­dzo­nych ba­wo­łów. Sło­ik z fa­so­lą i trzy pusz­ki oran­ża­dy Fan­ta na pro­wi­zo­rycz­nej la­dzie obok cha­ty ozna­cza­ły miej­sco­wą ka­wiar­nię. To­ufik wy­siadł z sa­mo­cho­du i za­gad­nął star­ca, któ­ry poił zwie­rzę­ta:

– Wi­dzia­łeś sza­re­go mer­ce­de­sa?

Wie­śniak wle­pił w nie­go tępy wzrok, jak­by To­ufik mó­wił w ob­cym ję­zy­ku.

– Czy wi­dzia­łeś sza­ry sa­mo­chód?

Sta­rzec spę­dził z czo­ła wiel­ką czar­ną mu­chę i ski­nął gło­wą.

– Kie­dy?

– Dzi­siaj.

Nie na­le­ża­ło się spo­dzie­wać do­kład­niej­szej od­po­wie­dzi.

– Któ­rą dro­gą po­je­chał?

Sta­ry wska­zał na za­chód, w kie­run­ku pu­sty­ni.

– Gdzie moż­na zdo­być ben­zy­nę?

Wie­śniak wska­zał na wschód, w stro­nę Ka­iru.

To­ufik wrę­czył mu drob­ną mo­ne­tę i wró­cił do wozu. Włą­czył sil­nik i po­now­nie spoj­rzał na wskaź­nik pa­li­wa. Wy­star­czy­ło­by ben­zy­ny, żeby do­trzeć do Ka­iru. Gdy­by jed­nak chciał je­chać da­lej na za­chód, mu­siał­by wra­cać na pie­cho­tę.

Uznał, że zro­bił, co w jego mocy, i znie­chę­co­ny od­je­chał w stro­nę mia­sta.

To­ufik nie lu­bił swo­jej pra­cy. Nu­dzi­ła go, kie­dy się nic nie dzia­ło, a gdy już coś się za­czy­na­ło dziać – za­czy­nał się bać. Ale po­wie­dzie­li mu, że w Ka­irze cze­ka na nie­go waż­ne i nie­bez­piecz­ne za­da­nie i że on, To­ufik, po­sia­da kwa­li­fi­ka­cje po­trzeb­ne do­bre­mu szpie­go­wi, a pań­stwo Izra­el od­czu­wa nie­do­sta­tek egip­skich Ży­dów, na tyle uzdol­nio­nych, by w każ­dej chwi­li mo­gli za­stą­pić in­nych, więc nie ma mowy, żeby od­mó­wił. A za­tem, rzecz oczy­wi­sta, zgo­dził się. Nie ry­zy­ko­wał ży­cia dla oj­czy­zny z po­bu­dek ide­owych. To było coś wię­cej; to był jego wła­sny in­te­res: zgu­ba Izra­ela mo­gła ozna­czać i jego zgu­bę; wal­cząc dla Izra­ela, wal­czył dla sie­bie; ry­zy­ko­wał ży­cie, żeby oca­lić ży­cie. Ot, i cała fi­lo­zo­fia. Tyl­ko jak dłu­go to po­trwa – pięć lat, dzie­sięć, dwa­dzie­ścia – za­nim wresz­cie oka­że się za sta­ry na dzia­ła­nie w te­re­nie, prze­nio­są go do pra­cy za biur­kiem i bę­dzie mógł po­znać ja­kąś miłą ży­dow­ską dziew­czy­nę, oże­nić się i osiąść spo­koj­nie w kra­ju, za któ­ry wal­czył?

Stra­ciw­szy z oczu pro­fe­so­ra Schul­za, za­jął się jego żoną. Nadal spę­dza­ła czas na zwie­dza­niu, te­raz w to­wa­rzy­stwie mło­de­go Ara­ba, naj­wy­raź­niej przy­dzie­lo­ne­go przez Egip­cjan do opie­ki nad nią pod nie­obec­ność męża. Wie­czo­rem Arab za­brał ją na ko­la­cję do egip­skiej re­stau­ra­cji, a po­tem od­pro­wa­dził do domu i po­ca­ło­wał w po­li­czek pod drze­wem dża­ka­ran­dy w ogro­dzie.

Na­stęp­ne­go ran­ka To­ufik po­szedł na pocz­tę i nadał za­szy­fro­wa­ną de­pe­szę do wuj­ka w Rzy­mie:

SCHULZ SPO­TKAŁ SIĘ NA LOT­NI­SKU Z MIEJ­SCO­WYM AGEN­TEM STOP SPĘ­DZIŁ DWA DNI NA ZWIE­DZA­NIU STOP WSPO­MNIA­NY AGENT ZA­BRAŁ GO SA­MO­CHO­DEM W KIE­RUN­KU KAT­TA­RY STOP IN­WI­GI­LA­CJA NIE­MOŻ­LI­WA STOP ŻONA POD OB­SER­WA­CJĄ STOP.

Wró­cił na Za­ma­lek o dzie­sią­tej rano. O wpół do dwu­na­stej wi­dział Frau Schulz na bal­ko­nie; piła kawę. Mógł wresz­cie się zo­rien­to­wać, któ­re po­ko­je na­le­żą do Schul­zów.

W po­łu­dnie wnę­trze re­naul­ta było po­twor­nie roz­grza­ne. To­ufik zjadł jabł­ko i na­pił się cie­płe­go piwa pro­sto z bu­tel­ki.

Schulz wró­cił póź­nym po­po­łu­dniem, przy­wiózł go ten sam sza­ry mer­ce­des. Pro­fe­sor wy­glą­dał na zmę­czo­ne­go, jak czło­wiek w śred­nim wie­ku po zbyt dłu­giej po­dró­ży. Wszedł do bu­dyn­ku, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Za to agent, kie­dy go wy­sa­dził i prze­jeż­dżał obok re­naul­ta, do­brze się przyj­rzał To­ufi­ko­wi, a on nic nie mógł na to po­ra­dzić.

Gdzie Schulz prze­by­wał do tej pory? – za­sta­na­wiał się. Na do­jazd do tego miej­sca mu­siał po­świę­cić więk­szą część dnia. Spę­dził tam noc, cały dzień i na­stęp­ną noc. Po­wrót stam­tąd za­brał mu więk­szą część dzi­siej­sze­go dnia. Kat­ta­ra to tyl­ko jed­na z kil­ku­na­stu moż­li­wo­ści. Pu­styn­na dro­ga pro­wa­dzi­ła aż do Ma­truh nad Mo­rzem Śród­ziem­nym. Nie da się wy­klu­czyć, że pro­fe­sor skrę­cił do Kar­kur Tol na da­le­kim po­łu­dniu. Zmie­nia­jąc wóz i naj­mu­jąc prze­wod­ni­ka, mógł od­być spo­tka­nie na­wet na gra­ni­cy z Li­bią.

O dzie­wią­tej wie­czo­rem Schul­zo­wie wy­szli z domu. Pro­fe­sor był znów w do­brej for­mie. Wnio­sku­jąc z ubra­nia, wy­bie­ra­li się na ko­la­cję. Po krót­kim spa­ce­rze za­trzy­ma­li tak­sów­kę.

To­ufik nie po­je­chał za nimi, ale wy­siadł z auta i za­kradł się do ogro­du. Ostroż­nie prze­szedł po piasz­czy­stej ścież­ce i przy­cup­nął w krza­kach; mógł stąd ob­ser­wo­wać hall przez drzwi fron­to­we – były otwar­te. Nu­bij­ski do­zor­ca sie­dział na drew­nia­nej ła­wecz­ce i dłu­bał w no­sie.

To­ufik cze­kał.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Nu­bij­czyk wstał i znikł na za­ple­czu. To­ufik na­tych­miast wbiegł do hal­lu i ru­szył po ci­chu na pię­tro. Miał przy so­bie trzy yalow­skie wy­try­chy, ale ża­den nie pa­so­wał do zam­ka. W koń­cu uda­ło mu się go otwo­rzyć ka­wał­kiem wy­gię­te­go pla­sti­ku, wy­ła­ma­ne­go ze szkol­nej ekier­ki.

Wszedł do po­ko­ju i za­mknął za sobą drzwi.

Wszę­dzie pa­no­wa­ły nie­mal kom­plet­ne ciem­no­ści, do wnę­trza do­cie­ra­ła tyl­ko odro­bi­na świa­tła z ulicz­nej la­ta­mi, pa­da­ją­ce­go przez nie­za­sło­nię­te okna. To­ufik wy­cią­gnął z kie­sze­ni nie­wiel­ką la­tar­kę, ale nie za­pa­lał jej jesz­cze.

Apar­ta­ment był prze­stron­ny i chłod­ny, miał bia­łe ścia­ny i był urzą­dzo­ny w sty­lu ko­lo­nial­nym. Spra­wiał wra­że­nie, jak­by chwi­lo­wo nikt w nim nie miesz­kał. Skła­dał się z du­że­go sa­lo­nu, po­ko­ju ja­dal­ne­go, trzech sy­pial­ni i kuch­ni.

To­ufik naj­pierw się ro­zej­rzał, a po­tem roz­po­czął prze­szu­ki­wa­nie.

W dwóch mniej­szych sy­pial­niach nie było nic, je­dy­nie gołe ścia­ny. W więk­szej To­ufik prze­mknął szyb­ko po­śród pół­ek i sza­fek. W sza­fie wi­sia­ła ja­skra­wa ko­lo­ro­wa gar­de­ro­ba; na­le­ża­ła do ko­bie­ty, któ­ra naj­lep­sze lata ma już za sobą – tur­ku­so­we, po­ma­rań­czo­we i ró­żo­we su­kien­ki, ja­sne de­se­nie, ce­ki­ny. Met­ki ame­ry­kań­skie. Z de­pe­szy wy­ni­ka­ło, że Schulz jest Au­stria­kiem, ale być może miesz­kał w USA. To­ufik nie miał oka­zji sły­szeć, z ja­kim mó­wił ak­cen­tem.

Na noc­nym sto­li­ku le­żał prze­wod­nik po Ka­irze w ję­zy­ku an­giel­skim, eg­zem­plarz „Vo­gue’a” oraz od­bit­ka wy­kła­du o izo­to­pach.

A więc Schulz jest na­ukow­cem. To­ufik prze­kart­ko­wał bro­szu­rę. Nie bar­dzo chwy­tał, o co cho­dzi w tek­ście, ale do­szedł do wnio­sku, że Schulz musi być albo wy­bit­nym che­mi­kiem, albo fi­zy­kiem. Je­śli przy­był tu pra­co­wać nad bro­nią, ci z Tel Awi­wu na pew­no chcie­li­by o tym wie­dzieć.

Nie zna­lazł żad­nych do­ku­men­tów oso­bi­stych. Schulz z pew­no­ścią no­sił pasz­port i port­fel przy so­bie. Poza tym ktoś usu­nął z wa­li­zek przy­wiesz­ki li­nii lot­ni­czych.

Dwie pu­ste szklan­ki na sto­le w sa­lo­nie pach­nia­ły dżi­nem. Naj­wy­raź­niej Schul­zo­wie wy­pi­li kok­tajl przed wyj­ściem.

W ła­zien­ce To­ufik na­tknął się na ubra­nia, w któ­rych Schulz po­dró­żo­wał po pu­sty­ni. Zna­lazł dużo pia­chu w bu­tach oraz małe sza­re okru­chy w man­kie­tach spodni – chy­ba ce­ment. W gór­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki wy­ma­cał nie­bie­skie, bar­dzo pła­skie pla­sti­ko­we pu­deł­ko. We­wnątrz znaj­do­wa­ła się ko­per­ta chro­nią­ca za­war­tość przed świa­tłem, taka, ja­kich uży­wa się do za­bez­pie­cza­nia klisz fo­to­gra­ficz­nych.

To­ufik scho­wał pu­deł­ko do kie­sze­ni.

Przy­wiesz­ki li­nii lot­ni­czych od­na­la­zły się w ko­szu na śmie­ci, któ­ry stał w przed­po­ko­ju. Był na nich ad­res Schul­zów: Bo­ston, Mas­sa­chu­setts; ozna­cza­ło to, że pro­fe­sor wy­kła­dał na Ha­rvar­dzie, w Mas­sa­chu­setts In­sti­tu­te of Tech­no­lo­gy lub na in­nej tam­tej­szej uczel­ni. To­ufik szyb­ko ob­li­czył w pa­mię­ci, że pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej Schulz miał dwa­dzie­ścia kil­ka lat. Mógł być jed­nym z tych nie­miec­kich spe­cja­li­stów od ra­kiet, któ­rzy po woj­nie wy­je­cha­li do USA.

Albo i nie. Nie trze­ba być na­zi­stą, żeby pra­co­wać dla Ara­bów.

Tak czy owak, Schulz naj­wy­raź­niej był skne­rą. Jego my­dło, pa­sta do zę­bów i płyn po go­le­niu po­cho­dzi­ły z sa­mo­lo­tów i ho­te­li.

Na pod­ło­dze pod trzci­no­wym fo­te­lem, obok sto­łu ze szklan­ka­mi po kok­taj­lu, To­ufik zo­ba­czył blok li­nio­wa­ne­go pa­pie­ru kan­ce­la­ryj­ne­go. Pierw­sza kart­ka była czy­sta. Le­żał na niej ołó­wek. Wy­glą­da­ło to tak, jak gdy­by Schulz, po­pi­ja­jąc kok­tajl, spo­rzą­dzał ja­kieś no­tat­ki z po­dró­ży, a po­tem wy­rwał za­pi­sa­ne stro­ny. To­ufik prze­trzą­snął po­kój i w koń­cu zna­lazł je na bal­ko­nie, spa­lo­ne w du­żej szkla­nej po­piel­ni­cy.

Noc była chłod­na. To jesz­cze nie ta pora roku, któ­ra przy­no­si cie­plej­sze po­wie­trze, prze­sy­co­ne za­pa­chem kwia­tów z drze­wa dża­ka­ran­dy. Z od­da­li do­bie­ga­ły od­gło­sy mia­sta. To­ufik przy­po­mniał so­bie miesz­ka­nie swo­je­go ojca w Je­ro­zo­li­mie. Cie­ka­we, ile cza­su upły­nie, za­nim znów zo­ba­czy Je­ro­zo­li­mę.

Jak na ra­zie, zro­bił tu­taj wszyst­ko, co do nie­go na­le­ża­ło. Po­my­ślał, że mógł­by jesz­cze spraw­dzić, czy ołó­wek Schul­za nie od­ci­snął pi­sma na na­stęp­nej kart­ce. Ode­rwał się od ba­rier­ki i ru­szył przez bal­kon w stro­nę drzwi do sa­lo­nu.

Trzy­mał już rękę na klam­ce, gdy usły­szał gło­sy.

Za­marł w bez­ru­chu.

– Prze­pra­szam, ko­cha­nie, ale nie mógł­bym pa­trzeć na jesz­cze je­den przy­pa­lo­ny stek.

– Na mi­łość bo­ską, po­win­ni­śmy jed­nak coś zjeść.

Nie było wąt­pli­wo­ści – wró­ci­li Schul­zo­wie.

To­ufik zro­bił w my­ślach bły­ska­wicz­ny prze­gląd swo­ich dzia­łań: sy­pial­nie, ła­zien­ka, sa­lon, kuch­nia… Wszyst­ko, cze­go do­tknął, po­win­no le­żeć na swo­im miej­scu, z wy­jąt­kiem ma­łe­go pla­sti­ko­we­go pu­deł­ka. Ale mu­siał je za­brać. Może Schulz po­my­śli, że je zgu­bił.

Je­śli uda mu się wy­do­stać stąd nie­zau­wa­że­nie, po co mają wie­dzieć, że kto­kol­wiek tu wę­szył.

Prze­wi­nął się przez ba­rier­kę i za­wisł na rę­kach. Było tak ciem­no, że nie wi­dział pod sobą zie­mi. Pu­ścił się, upadł mięk­ko i wy­mknął się z ogro­du.

Był z sie­bie za­do­wo­lo­ny – za­li­czył swo­je pierw­sze wła­ma­nie.

Stą­pał po ci­chu jak pod­czas tre­nin­gu tech­ni­ki od­wro­tu w sy­tu­acji, gdy szpieg zo­sta­je za­sko­czo­ny wcze­śniej­szym po­wro­tem in­wi­gi­lo­wa­nych. Uśmiech­nął się do sie­bie w ciem­no­ściach. Per­spek­ty­wa pra­cy za biur­kiem nie wy­da­wa­ła się już tak od­le­gła.

Wsiadł do sa­mo­cho­du, włą­czył sil­nik i za­pa­lił świa­tła.

Z cie­nia wy­ło­ni­li się dwaj męż­czyź­ni. Sta­nę­li po obu stro­nach re­naul­ta.

Kim oni są?

Nie za­sta­na­wiał się dłu­go. Wrzu­cił je­dyn­kę i przy­ci­snął gaz do de­chy.

Nie pró­bo­wa­li go za­trzy­mać. Więc co tam ro­bi­li? Chcie­li się upew­nić, czy sie­dzi w sa­mo­cho­dzie?

Na­ci­snął ha­mu­lec i spoj­rzał na tyl­ne sie­dze­nie. Po­czuł prze­raź­li­wy smu­tek, bo na­gle zro­zu­miał, że nig­dy już nie zo­ba­czy Je­ro­zo­li­my.

Wy­so­ki Arab w ciem­nym gar­ni­tu­rze uśmie­chał się do nie­go znad lufy ma­łe­go pi­sto­le­tu.

– Jedź da­lej – po­wie­dział po arab­sku – ale bar­dzo pro­szę, nie tak szyb­ko.

P.: Jak się na­zy­wasz?

O.: To­ufik el-Ma­si­ri.

P.: Two­ja cha­rak­te­ry­sty­ka?

O.: Wiek dwa­dzie­ścia sześć, wzrost pięć stóp i dzie­więć cali, waga sto osiem­dzie­siąt fun­tów, oczy brą­zo­we, rysy se­mic­kie, skó­ra ja­sno­brą­zo­wa.

P.: Dla kogo pra­cu­jesz?

O.: Je­stem stu­den­tem.

P.: Jaki dzień mamy dzi­siaj?

O.: So­bo­tę.

P.: Two­ja na­ro­do­wość?

O.: Je­stem Egip­cja­ni­nem.

P.: Ile jest dwa­dzie­ścia mi­nus sie­dem?

O.: Trzy­na­ście.

Tego typu py­ta­nia za­da­je się po to, żeby wy­kry­wacz kłamstw od­po­wied­nio wy­ska­lo­wać.

P.: Pra­cu­jesz dla CIA?

O.: Nie. (praw­da)

P.: Dla Niem­ców?

O.: Nie. (praw­da)

P.: Więc dla Izra­ela?

O.: Nie. (fałsz)

P.: Na­praw­dę je­steś stu­den­tem?

O.: Tak. (praw­da)

P.: Opo­wiedz mi o swo­ich stu­diach.

O.: Stu­diu­ję che­mię na Uni­wer­sy­te­cie Ka­ir­skim. (praw­da) In­te­re­su­ję się po­li­me­ra­mi. (praw­da) Chcę zo­stać spe­cja­li­stą w dzie­dzi­nie pe­tro­che­mii. (fałsz)

P.: Co to są po­li­me­ry?

O.: Zło­żo­ne związ­ki or­ga­nicz­ne o dłu­gim łań­cu­chu mo­le­ku­lar­nym – naj­bar­dziej zna­ny jest po­li­ety­len. (praw­da)

P.: Jak się na­zy­wasz?

O.: Już po­wie­dzia­łem, To­ufik el-Ma­si­ri. (fałsz)

P.: Koń­ców­ki ka­bli umiesz­czo­ne na two­jej gło­wie i pier­si mie­rzą twój puls, bi­cie ser­ca, od­dech i wy­dzie­la­nie potu. Kie­dy mó­wisz nie­praw­dę, zdra­dza cię twój me­ta­bo­lizm – od­dy­chasz szyb­ciej, po­cisz się bar­dziej i tak da­lej. To urzą­dze­nie, któ­re otrzy­ma­li­śmy od ra­dziec­kich przy­ja­ciół, mówi mi, kie­dy kła­miesz. Poza tym wiem, że To­ufik el-Ma­si­ri nie żyje. Kim je­steś?

O.: (bez od­po­wie­dzi)

P.: Drut przy­mo­co­wa­ny do czub­ka two­je­go człon­ka to część in­ne­go urzą­dze­nia. Jest po­łą­czo­ny z tym oto gu­zi­kiem. Je­śli go wci­snę…

O.: (krzyk)

P.: Prąd elek­trycz­ny prze­cho­dzi przez drut i za­da­je ci ból. Wło­ży­li­śmy ci sto­py do wia­dra z wodą, aby zwięk­szyć sku­tecz­ność apa­ra­tu­ry. Jak się na­zy­wasz?

O.: Abram Am­ba­che. (praw­da)

(Elek­trycz­na apa­ra­tu­ra współ­pra­cu­je z wy­kry­wa­czem kłamstw).

P.: Może pa­pie­ro­sa?

O.: Dzię­ku­ję.

P.: Wierz mi albo nie, ale nie­na­wi­dzę tej pra­cy. Kło­pot w tym, że lu­dzie, któ­rzy ją lu­bią, nig­dy się w niej nie spraw­dza­ją. Po­trze­bu­jesz współ­czu­cia, a ja je­stem wraż­li­wym czło­wie­kiem. Nie zno­szę wi­do­ku cier­pią­cych lu­dzi. A ty?

O.: (bez od­po­wie­dzi)

P.: Te­raz ob­my­ślasz spo­sób, jak mi się oprzeć. Nie trudź się. Nie ma obro­ny przed no­wo­cze­sną tech­no­lo­gią… roz­mo­wy. Jak się na­zy­wasz?

O.: Abram Am­ba­che. (praw­da)

P.: Kto jest two­im prze­ło­żo­nym?

O.: Nie wiem, co pan ma na my­śli. (fałsz)

P.: Czy to Bosch?

O.: Nie, Fried­man. (nie­wy­raź­ny od­czyt)

P.: A więc Bosch.

O.: Tak. (fałsz)

P.: Nie, to nie Bosch. To Krantz.

O.: W po­rząd­ku, Krantz… je­śli tak chce­cie. (praw­da)

P.: Jak na­wią­zu­jesz kon­takt?

O.: Przez ra­dio. (fałsz)

P.: Nie mó­wisz mi praw­dy.

O.: Przez skrzyn­kę na nie­do­rę­czo­ne li­sty… (krzyk)

P.: My­ślisz, że kie­dy cię boli, wy­kry­wacz kłamstw nie funk­cjo­nu­je pra­wi­dło­wo i je­steś wte­dy bez­piecz­ny. Tyl­ko czę­ścio­wo masz ra­cję. To bar­dzo zmyśl­ne urzą­dze­nie. Uczy­łem się je ob­słu­gi­wać przez wie­le mie­się­cy. Po za­da­niu ci bólu wy­star­czy kil­ka chwil na do­sto­so­wa­nie ma­szy­ny do two­je­go szyb­sze­go me­ta­bo­li­zmu i zno­wu mogę ci po­wie­dzieć, kie­dy kła­miesz. Jak na­wią­zu­jesz kon­takt?

O.: Przez skrzyn­kę na nie­do­rę­czo­ne li­sty… (krzyk)

Ali! Roz­wią­za­ły mu się nogi – te kon­wul­sje są cho­ler­nie sil­ne. Zwiąż go zno­wu, za­nim doj­dzie do sie­bie. Po­staw wia­dro i wlej wię­cej wody.

(prze­rwa w prze­słu­cha­niu)

W po­rząd­ku, bu­dzi się, wyjdź.

P.: Sły­szysz mnie, To­ufik?

O.: (nie­wy­raź­nie)

P.: Jak się na­zy­wasz?

O.: (bez od­po­wie­dzi)

P.: Mały kop ci po­mo­że…

O.: (krzyk)

P.: …my­śleć.

O.: Abram Am­ba­che.

P.: Jaki jest dzi­siaj dzień?

O.: So­bo­ta.

P.: Co da­li­śmy ci na śnia­da­nie?

O.: Fa­so­lę.

P.: Ile jest dwa­dzie­ścia mi­nus sie­dem?

O.: Trzy­na­ście.

P.: Twój za­wód?

O.: Je­stem stu­den­tem. Nie, pro­szę… je­stem też szpie­giem, tak, je­stem szpie­giem, pro­szę nie do­ty­kać gu­zi­ka, pro­szę, o Boże, o Boże…

P.: Jak na­wią­zu­jesz kon­takt?

O.: Wy­sy­łam za­szy­fro­wa­ne te­le­gra­my.

P.: Chcesz pa­pie­ro­sa? Och, wi­dzę, że nie mo­żesz go utrzy­mać w ustach. Po­zwo­lisz, że ci po­mo­gę?

O.: Dzię­ku­ję.

P.: No do­brze, a te­raz spró­buj się uspo­ko­ić. Pa­mię­taj, do­pó­ki mó­wisz praw­dę, nie bę­dzie żad­ne­go bólu.

(prze­rwa w prze­słu­cha­niu)

P.: Czu­jesz się le­piej?

O.: Tak.

P.: Ja też. A te­raz opo­wiedz mi o pro­fe­so­rze Schul­zu. Dla­cze­go go śle­dzi­łeś?

O.: Mia­łem ta­kie po­le­ce­nie. (praw­da)

P.: Z Tel Awi­wu?

O.: Tak. (praw­da)

P.: Od kogo?

O.: Nie wiem. (nie­wy­raź­ny od­czyt)

P.: Spró­buj zgad­nąć.

O.: Bosch. (nie­wy­raź­ny od­czyt)

P.: A może Krantz?

O.: Moż­li­we. (praw­da)

P.: Krantz to po­rząd­ny fa­cet. Moż­na na nim po­le­gać. A jak się czu­je jego żona?

O.: Bar­dzo do­brze, ja… (krzyk)

P.: Jego żona umar­ła w ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym ósmym. Dla­cze­go zmu­szasz mnie, bym spra­wiał ci ból? Co ro­bił Schulz?

O.: Zwie­dzał oko­li­cę przez dwa dni, a po­tem znikł na pu­sty­ni. W sza­rym mer­ce­de­sie.

P.: Wła­ma­łeś się do jego apar­ta­men­tu, czy tak?

O.: Tak. (praw­da)

P.: Cze­go się do­wie­dzia­łeś?

O.: Że jest na­ukow­cem. (praw­da)

P.: Coś jesz­cze?

O.: Jest Ame­ry­ka­ni­nem. To wszyst­ko, co wiem. (praw­da)

P.: Kto był two­im in­struk­to­rem na tre­nin­gu?

O.: Ertl. (nie­wy­raź­ny od­czyt)

P.: To nie jest jego praw­dzi­we na­zwi­sko.

O.: Nie wiem. (fałsz) Nie! Tyl­ko nie gu­zik, za­raz so­bie przy­po­mnę. Chy­ba ktoś mi mó­wił, że on na­zy­wa się Man­ner. (praw­da)

P.: Ach, Man­ner. To taki sta­ro­świec­ki typ. Cią­gle my­śli, że może na­uczyć agen­tów, jak nie za­ła­mać się w śledz­twie. To jego wina, że tak cier­pisz, nie­praw­daż? A je­śli cho­dzi o two­ich ko­le­gów – z kim tre­no­wa­łeś?

O.: Nig­dy nie wie­dzia­łem, jak się na­praw­dę na­zy­wa­ją. (fałsz) P.: Nie wie­dzia­łeś?

O.: (krzyk)

P.: Praw­dzi­we na­zwi­ska.

O.: Nie znam wszyst­kich…

P.: Wy­mień te, któ­re znasz.

O.: (bez od­po­wie­dzi)

(krzyk)

Wię­zień ze­mdlał.

(prze­rwa w prze­słu­cha­niu)

P.: Na­zwi­sko.

O.: Och… To­ufik. (krzyk)

P.: Co ja­dłeś na śnia­da­nie?

O.: Nie wiem.

P.: Ile jest dwa­dzie­ścia mi­nus sie­dem?

O.: Dwa­dzie­ścia sie­dem.

P.: Co prze­ka­za­łeś Krant­zo­wi o pro­fe­so­rze Schul­zu?

O.: Zwie­dzał… Pu­sty­nię Za­chod­nią… In­wi­gi­la­cja nie­moż­li­wa…

P.: Z kim tre­no­wa­łeś?

O.: (bez od­po­wie­dzi)

P.: Z kim tre­no­wa­łeś?

O.: (krzyk)

P.: Z kim tre­no­wa­łeś?

O.: …cho­ciaż idę przez do­li­nę śmier­ci…

P.: Z kim tre­no­wa­łeś?

O.: (krzyk)

Wię­zień zmarł.

Pier­re Borg za­wsze sta­wiał się na spo­tka­nie, kie­dy Kau­asz go o to pro­sił. Nig­dy wspól­nie nie usta­la­li ter­mi­nu ani miej­sca: po pro­stu Kau­asz je wy­zna­czał, a Borg po­twier­dzał, że przy­bę­dzie. Kau­asz był naj­lep­szym po­dwój­nym agen­tem, ja­kie­go Borg miał kie­dy­kol­wiek do dys­po­zy­cji.

Szef Mo­sa­du stał na koń­cu pół­noc­ne­go pe­ro­nu me­tra w Oxford Cir­cus, czy­ta­jąc ogło­sze­nie o cy­klu wy­kła­dów z teo­zo­fii. Cze­kał na Kau­asza. Nie miał po­ję­cia, dla­cze­go Arab wy­brał na to spo­tka­nie Lon­dyn, jak wy­tłu­ma­czył prze­ło­żo­nym swo­ją obec­ność tu­taj ani dla­cze­go nie był wo­bec nich lo­jal­ny.

Było to jed­nak bez zna­cze­nia, bo ten czło­wiek po­mógł Izra­el­czy­kom wy­grać dwie woj­ny i unik­nąć trze­ciej i Borg go po­trze­bo­wał.

Ro­zej­rzał się po pe­ro­nie, czy nie wi­dać gdzieś du­żej gło­wy z wiel­kim, mię­si­stym no­sem. Do­my­ślał się, dla­cze­go Kau­asz chce z nim mó­wić. Miał na­dzie­ję, że in­tu­icja go nie za­wie­dzie.

Od ja­kie­goś cza­su Bor­ga tra­pi­ły nie lada kło­po­ty w związ­ku ze spra­wą Schul­za. Za­czę­ła się ona od ru­ty­no­we­go śledz­twa, któ­re pro­wa­dził naj­młod­szy, naj­mniej do­świad­czo­ny agent w Ka­irze. Cóż w tym szcze­gól­ne­go, że wy­bit­ny i usto­sun­ko­wa­ny fi­zyk ame­ry­kań­ski pod­czas wa­ka­cji w Eu­ro­pie po­sta­no­wił zro­bić so­bie wy­ciecz­kę do Egip­tu? Pierw­szy sy­gnał ostrze­gaw­czy po­ja­wił się, kie­dy To­ufik stra­cił go z oczu. Wte­dy Borg zwięk­szył ak­tyw­ność. Pe­wien dzien­ni­karz me­dio­lań­ski, któ­ry od cza­su do cza­su zbie­rał in­for­ma­cje dla wy­wia­du nie­miec­kie­go, usta­lił, że lot Schul­za do Ka­iru opła­ci­ła żona egip­skie­go dy­plo­ma­ty w Rzy­mie. Póź­niej CIA prze­ka­za­ła Mo­sa­do­wi se­rię zdjęć sa­te­li­tar­nych z oko­lic Kat­ta­ry, przed­sta­wia­ją­cych ele­men­ty ja­kiejś bu­dow­li. Borg przy­po­mniał so­bie, że Schulz zmie­rzał wła­śnie w kie­run­ku Kat­ta­ry, kie­dy urwał się To­ufi­ko­wi.

Coś się dzia­ło, a on nie wie­dział co, i to go bar­dzo mar­twi­ło. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, mar­twił się za­wsze. Je­śli snu z po­wiek nie spę­dza­li mu Egip­cja­nie, czy­ni­li to Sy­ryj­czy­cy, je­śli nie Sy­ryj­czy­cy, to fe­da­ini, je­śli nie wro­go­wie, to przy­ja­cie­le, bo jak dłu­go mo­gli po­zo­sta­wać przy­ja­ciół­mi? Taką miał pra­cę. Jego mat­ka po­wie­dzia­ła mu kie­dyś, co o tym są­dzi: „Ty już się uro­dzi­łeś zmar­twio­ny, jak twój bied­ny oj­ciec. Nie zwa­laj wszyst­kie­go na pra­cę. Gdy­byś był ogrod­ni­kiem, też byś się sta­le mar­twił”.

Pew­nie mia­ła ra­cję. W każ­dym ra­zie pa­ra­no­ja to dla su­per­a­gen­ta do­bra rzecz.

Ale te­raz, kie­dy urwał się kon­takt z To­ufi­kiem – miał na­praw­dę po­waż­ny pro­blem.

Może Kau­asz coś tu wy­ja­śni.

Na pe­ron wto­czył się po­ciąg. Tyle że Borg nie cze­kał na po­ciąg, za­czął więc oglą­dać pla­kat fil­mo­wy. Po­ło­wa na­zwisk była ży­dow­ska. Trze­ba było zo­stać pro­du­cen­tem fil­mo­wym, po­my­ślał.

Kie­dy po­ciąg od­je­chał, Borg zo­rien­to­wał się po cie­niu, że ktoś obok nie­go stoi. Pod­niósł wzrok i uj­rzał spo­koj­ną twarz Kau­asza.

– Dzię­ki za przy­by­cie – po­wie­dział Arab.

Za­wsze tak mó­wił. Borg zbył to mil­cze­niem. Nig­dy nie wie­dział, jak od­po­wia­dać na po­dzię­ko­wa­nia.

– Co no­we­go? – za­py­tał.

– W pią­tek w Ka­irze mu­sia­łem zgar­nąć jed­ne­go z two­ich za­srań­ców.

– Mu­sia­łeś?

– Wy­wiad woj­sko­wy chro­nił pew­ną waż­ną oso­bę i za­uwa­ży­li dzie­cia­ka, któ­ry dep­tał im po pię­tach. Woj­sko­wi nie mają na mie­ście per­so­ne­lu ope­ra­cyj­ne­go, więc po­pro­si­li mnie, że­bym ka­zał go zgar­nąć swo­im lu­dziom. To było ofi­cjal­ne zle­ce­nie.

– Do dia­bła! – za­klął Borg. – I co się z nim sta­ło?

– Mu­sia­łem po­stę­po­wać zgod­nie z re­gu­la­mi­nem – od­po­wie­dział po­nu­rym gło­sem Kau­asz. – Chło­pak był prze­słu­chi­wa­ny i nie prze­żył. Na­zy­wał się Abram Am­ba­che, ale pra­co­wał jako To­ufik el-Ma­si­ri.

Borg skrzy­wił się.

– Po­dał wam praw­dzi­we na­zwi­sko?

– On nie żyje, Pier­re.

Borg był zi­ry­to­wa­ny, bo Kau­asz za­wsze ocią­gał się z wy­ja­śnie­niem spraw per­so­nal­nych.

– Dla­cze­go po­dał wam swo­je na­zwi­sko?

– Uży­li­śmy ro­syj­skich urzą­dzeń… wstrzą­sy elek­trycz­ne plus wy­kry­wacz kłamstw. Nie szko­li­cie lu­dzi na taką oko­licz­ność.

Borg za­śmiał się su­cho.

– Gdy­by­śmy choć­by tyl­ko na­po­mknę­li o czymś ta­kim, nie zna­leź­li­by­śmy do tej ro­bo­ty na­wet jed­ne­go ob­szczy­mu­ra. Co jesz­cze z nie­go wy­cią­gnę­li­ście?

– Nic, cze­go by­śmy nie wie­dzie­li. Mógł jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale go za­bi­łem.

– Ty go za­bi­łeś?

– Pro­wa­dzi­łem prze­słu­cha­nie w taki spo­sób, żeby nie po­wie­dział ni­cze­go waż­ne­go. Te­raz wszyst­kie prze­słu­cha­nia są na­gry­wa­ne i tra­fia­ją do ar­chi­wum. Na­uczy­li­śmy się tego od Ro­sjan. – W jego brą­zo­wych oczach po­ja­wił się smu­tek.

– Może wo­lał­byś, żeby kto inny wy­kań­czał two­ich chło­pa­ków? Borg od­wró­cił wzrok i po­my­ślał, że nie może ule­gać sen­ty­men­tom. Musi przejść do kon­kre­tów.

– Cze­go chło­pak do­wie­dział się o Schul­zu?

– Agent wy­wiózł pro­fe­so­ra na Pu­sty­nię Za­chod­nią.

– Po co?

– Nie wiem.

– Mu­sisz wie­dzieć, prze­cież pra­cu­jesz dla wy­wia­du egip­skie­go! – Borg z tru­dem opa­no­wał zde­ner­wo­wa­nie. Po­wi­nien prze­stać fa­ce­ta na­ci­skać i dać mu wol­ną rękę. Je­śli wie co­kol­wiek, po­wie mu to.

– Nie mam po­ję­cia, co oni tam ro­bi­li. Zaj­mu­je się tym spe­cjal­na gru­pa – od­parł Kau­asz. – Mój wy­wiad nie otrzy­mu­je ta­kich in­for­ma­cji.

– A nie do­my­ślasz się dla­cze­go?

Arab wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Chy­ba nie chcą, żeby do­wie­dzie­li się o tym Ro­sja­nie. Te­raz Mo­skwa otrzy­mu­je wszyst­ko, co prze­cho­dzi przez na­sze służ­by.

Borg nie ukry­wał roz­cza­ro­wa­nia.

– I To­ufik miał so­bie dać radę z tym wszyst­kim?

W ła­god­nym gło­sie Ara­ba na­gle po­ja­wi­ła się złość.

– Dzie­ciak zgi­nął dla cie­bie – oświad­czył.

– Po­dzię­ku­ję mu w nie­bio­sach. Czy zgi­nął nada­rem­nie?

– Za­brał to z apar­ta­men­tu Schul­za… – Kau­asz się­gnął ręką do kie­sze­ni i po­ka­zał Bor­go­wi małe kwa­dra­to­we pu­deł­ko z nie­bie­skie­go pla­sti­ku.

– Skąd wiesz, gdzie to zwę­dził?

– Były na tym od­ci­ski pal­ców Schul­za. Aresz­to­wa­li­śmy To­ufi­ka za­raz po wła­ma­niu do miesz­ka­nia pro­fe­so­ra.

Borg otwo­rzył pu­deł­ko i wy­jął ko­per­tę. Była otwar­ta. Się­gnął po ne­ga­tyw fo­to­gra­fii.

– Otwo­rzy­li­śmy ko­per­tę i roz­wi­nę­li­śmy film. Nie jest na­świe­tlo­ny – po­wie­dział Arab.

Borg za­mknął pu­deł­ko i wsa­dził je do kie­sze­ni. Te­raz wszyst­ko na­bie­ra­ło sen­su. Te­raz ro­zu­miał. Te­raz już wie­dział, co ma zro­bić. Na sta­cję wje­chał po­ciąg.

– Wsia­dasz? – za­py­tał Kau­asza.

Arab ski­nął gło­wą i ru­szył do kra­wę­dzi pe­ro­nu. Po­ciąg wła­śnie się za­trzy­mał i drzwi się otwo­rzy­ły. Wsiadł i sta­nął w drzwiach.

– Nie wiem, co kry­je się za tym pu­deł­kiem – mruk­nął.

Ty mnie nie lu­bisz, po­my­ślał Borg, a ja uwa­żam, że je­steś świet­nym agen­tem. Uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Ale ja wiem – oświad­czył.

2

Nat Dick­ste­in zu­peł­nie ocza­ro­wał mło­dą Ame­ry­kan­kę.

Pra­co­wa­li ra­zem w piasz­czy­stej win­ni­cy. Peł­li i oko­py­wa­li wi­no­rośl w lek­kich po­dmu­chach wia­tru znad Mo­rza Ga­li­lej­skie­go. Dick­ste­in zdjął ko­szu­lę i pra­co­wał tyl­ko w szor­tach i w san­da­łach, nie zwa­ża­jąc na słoń­ce, jak więk­szość lu­dzi uro­dzo­nych w mie­ście.

Był szczu­pły, drob­nej bu­do­wy, miał wą­skie bar­ki, pła­ską klat­kę pier­sio­wą oraz gu­zo­wa­te łok­cie i ko­la­na. Ka­ren przy­glą­da­ła mu się w prze­rwach, któ­re czę­sto ro­bi­ła, gdy tym­cza­sem on ani razu nie po­trze­bo­wał od­po­czyn­ku. Jego mię­śnie pod śnia­dą skó­rą, całą w bli­znach, po­ru­sza­ły się sprę­ży­ście niby lina po­wią­za­na w wę­zły. Ka­ren na­le­ża­ła do zmy­sło­wych ko­biet i bar­dzo chcia­ła do­ty­kać tych blizn i py­tać, skąd się wzię­ły.

Nie­kie­dy na­po­ty­kał jej spoj­rze­nie, uśmie­chał się do niej i pra­co­wał da­lej. Jego twarz o re­gu­lar­nych ry­sach była spo­koj­na i nie­od­gad­nio­na. Ciem­ne oczy spo­glą­da­ły zza okrą­głych oku­la­rów, bar­dzo ostat­nio mod­nych wśród ró­wie­śni­ków Ka­ren, po­nie­waż no­sił ta­kie John Len­non. Wło­sy Nata też były ciem­ne – i krót­kie. Ka­ren wo­la­ła­by, żeby je za­pu­ścił. Chwi­la­mi kie­dy się uśmie­chał, w cha­rak­te­ry­stycz­ny spo­sób krzy­wiąc usta, wy­glą­dał mło­dziej, choć nie­ła­two było do­kład­nie okre­ślić jego wiek. Miał siłę i ener­gię mło­de­go męż­czy­zny, ale Ka­ren wi­dzia­ła pod jego ze­gar­kiem wy­ta­tu­owa­ny nu­mer z obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go, nie mógł więc li­czyć so­bie mniej niż czter­dzie­ści lat.