Siostry Blue - Coco Mellors - ebook + audiobook + książka

Siostry Blue audiobook

Mellors Coco

4,5
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Coco Mellors

Siostry Blue

Przełożyła Anna Tomczyk

Rozrzucone po świecie Avery, Bonnie i Lucky wracają do rodzinnego domu w Nowym Jorku po śmierci czwartej siostry, Nicky, dając początek tej niezapomnianej opowieści o żałobie, tożsamości i skomplikowanych relacjach rodzinnych.

Trzy siostry Blue są wyjątkowe – i wyjątkowo się różnią. Avery, najstarsza, kiedyś uzależniona od heroiny, dziś zasadnicza prawniczka, mieszka z żoną w Londynie; Bonnie, była bokserka, po druzgocącej porażce w walce pracuje na bramce klubu w Los Angeles; Lucky, najmłodsza, jest modelką w Paryżu i wciąż próbuje coraz to nowszych sposobów na ostre imprezowanie. Miały też czwartą siostrę, Nicky, a jej niespodziewana śmierć zachwiała Avery, Bonnie i Lucky. Rok później, kiedy próbują się odnaleźć wśród żalu, uzależnienia oraz własnych ambicji, dowiadują się, że muszą wrócić do Nowego Jorku, by powstrzymać sprzedaż mieszkania, w którym dorastały.

Powrót do domu nigdy nie jest jednak tak łatwy, jak się wydaje. Siostry mierzą się z rozczarowaniem swoim dzieciństwem oraz utratą jedynej osoby, która trzymała je wszystkie razem i dopiero wtedy zdają sobie sprawę, że być może największe tajemnice skrywały nie przed innymi, lecz przed samymi sobą.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 57 min

Lektor: Magdalena Kumorek

Oceny
4,5 (16 ocen)
11
3
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
alibabe2222

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna, szybko się czyta. Myślałam, że będzie infantylna, ale nie jest. Polecam.
00
maadzia18

Nie oderwiesz się od lektury

wzruszajaca historia.
00
NataliaKowalik89

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobrze słuchało sie lektorki. Książka też bardzo mi się podobała. Porusza wiele problemów w przystępny sposób. Daje do myślenia i inspiruje do przemyśleń.
00
Puellae_2007

Nie oderwiesz się od lektury

Po prostu wspaniała!♥️
00
ewela6t

Nie oderwiesz się od lektury

Niespodziewanym się tak wciągającej lektury
00



Prolog

Sio­stra to nie to samo co przy­ja­ciółka. Dla­czego mie­li­by­śmy redu­ko­wać tę pier­wotną i zło­żoną więź do cze­goś rów­nie zastę­po­wal­nego i banal­nego jak przy­jaźń? Tak, w kółko używa się tego okre­śle­nia, żeby pod­kre­ślić naj­więk­szy sto­pień zaży­ło­ści z jakąś osobą. „Mama to moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka”. „Mój mąż jest moim przy­ja­cie­lem”. Nie. Praw­dziwe sio­strzeń­stwo, takie, w któ­rym wasze paznok­cie kształ­to­wały się w tej samej macicy, w któ­rym zosta­ły­ście wypchnięte przez ten sam kanał rodny, to nie to samo co przy­jaźń. W sio­strzeń­stwie nie wybiera się dru­giej osoby, nie ma żad­nego okresu przej­ścio­wego, pod­czas któ­rego się pozna­je­cie. Od samego początku jeste­ście ze sobą zwią­zane. Weźmy taką pępo­winę – mocną, wijącą się, nie­zbyt uro­czą, a jed­nak nie­zbędną – i porów­najmy ją z bran­so­letką przy­jaźni rado­śnie uple­cioną ze sznurka. To wła­śnie jest róż­nica mię­dzy sio­strą a przy­ja­ciółką.

Naj­star­sza z sióstr Blue, ich głów­no­do­wo­dząca, ma na imię Avery. Uro­dziła się już mądra i zmę­czona życiem. W wieku czte­rech lat wró­ciła z przed­szkola do domu w Upper West Side pie­szo i oznaj­miła, że jest zbyt zmę­czona, by cią­gnąć to dalej. Ale i tak cią­gnęła dalej, zawsze. Avery nauczyła wszyst­kie sio­stry pły­wać, poka­zała im, jak gła­skać skle­powe koty pod brodą, żeby się z nimi zakum­plo­wały, a także jak taso­wać karty bez zagi­na­nia rogów. Nie cierpi auto­ry­te­tów, ale uwiel­bia zor­ga­ni­zo­wa­nie. Ma foto­gra­ficzną pamięć; w liceum wła­mała się do szkol­nej doku­men­ta­cji i zapa­mię­tała numery iden­ty­fi­ka­cyjne całej klasy, po czym przez resztę seme­stru stra­szyła dzieci, zwra­ca­jąc się do nich po ich dzie­wię­cio­cy­fro­wych sekwen­cjach.

Liceum ukoń­czyła w wieku szes­na­stu lat, a potem przez trzy lata uczyła się na Uni­wer­sy­te­cie Kolum­bii. Następ­nie ucie­kła do „anar­chi­stycz­nej, nie­hie­rar­chicz­nej spo­łecz­no­ści opar­tej na wspól­nym poro­zu­mie­niu”, zna­nej powszech­nie jako komuna. Zaraz potem krótko pomiesz­ki­wała na uli­cach San Fran­ci­sco, gdzie paliła, a w końcu zaczęła brać hero­inę. Nie infor­mu­jąc nikogo z rodziny, rok póź­niej zgło­siła się na odwyk i od tam­tej pory jest czy­sta oraz trzeźwa. Póź­niej zapi­sała się na stu­dia praw­ni­cze, gdzie jej świetna pamięć wresz­cie się do cze­goś przy­dała.

Mawia się, że czło­wiek nie jest świa­dom swo­ich wewnętrz­nych reguł, dopóki nie staną się dla niego nie­wy­godne. Avery jest tego dosko­na­łym przy­kła­dem. Ma wiele zasad, które czę­sto stają jej na prze­szko­dzie. Wola­łaby być poetką albo reży­serką fil­mów doku­men­tal­nych, a tym­cza­sem jest praw­niczką. Teraz, w wieku trzy­dzie­stu trzech lat, mieszka w Lon­dy­nie z żoną o imie­niu Chiti, sie­dem lat star­szą tera­peutką. Spła­ciła wszyst­kie kre­dyty stu­denc­kie i ma meble, które kosz­tują nie­mal tyle, co całe jej cze­sne. Jesz­cze tego nie wie, ale za kilka tygo­dni w jej życiu i mał­żeń­stwie nastąpi zała­ma­nie, jakiego sobie nawet nie wyobra­żała. Avery chcia­łaby mieć silny cha­rak­ter, ale bywa też miękka.

Dwa lata po Avery uro­dziła się Bon­nie. Jest łagodna i uparta. Poro­zu­miewa się języ­kiem ciała. W wieku sze­ściu lat potra­fiła cho­dzić na rękach. W dzie­siąte uro­dziny umiała żon­glo­wać pię­cioma man­da­ryn­kami naraz. Pró­bo­wała ćwi­czyć balet i gim­na­stykę, ale nie paso­wała do tego stada gib­kich, kobie­cych dziew­cząt. Gdy miała pięt­na­ście lat, ojciec kupił jej ręka­wice bok­ser­skie po tym, jak wybiła pię­ścią dziurę w ścia­nie swo­jego pokoju, i wtedy Bon­nie odna­la­zła praw­dziwą sie­bie. Odkry­cie boksu było dla niej tym, czym dla innych bywa pew­nie odkry­cie seksu. A więc o to w tym wszyst­kim cho­dzi.

Bon­nie poświę­ciła się dys­cy­pli­nie. Po tym, jak w mil­cze­niu obser­wo­wała upa­dek dora­sta­ją­cej star­szej sio­stry, poprzy­się­gła sobie ni­gdy nie tknąć alko­holu. Jej nar­ko­ty­kami są pot i gniew. W ten spo­sób dotarła aż na mistrzo­stwa świata kobiet w bok­sie, czyli na naj­wyż­szy poziom ama­tor­stwa w tym spo­rcie, wio­dący wprost na igrzy­ska olim­pij­skie. Zdo­była tam srebrny medal w wadze lek­kiej, a potem zaczęła tre­no­wać zawo­dowo. Nie­ocze­ki­wa­nie, bio­rąc pod uwagę wybrany przez nią sport, Bon­nie jest naj­de­li­kat­niej­szą z sióstr. Potrafi wyjąć lód z tacki, nie wywa­la­jąc go na blat. Natych­miast zyskuje zaufa­nie nie­mow­ląt i psów. Nie potrafi kła­mać. Mimo że jej ciało jest solidne niczym dębowe drzwi do skarbca, w oby­ciu jest przej­rzy­sta jak okno. Teraz ma trzy­dzie­ści jeden lat, powinna być u szczytu bok­ser­skiej kariery, ale po wstrzą­sa­ją­cej porażce w ostat­niej walce porzu­ciła zarówno Nowy Jork, jak i boks. Ucie­kła do Venice Beach w Los Ange­les i zatrud­niła się jako bram­karka w jakiejś spe­lu­nie.

Więk­szość ludzi idzie przez życie i w ogóle nie dowia­duje się, jak to jest mieć powo­ła­nie, takie wyma­ga­jące poświę­ce­nia chwi­lo­wej przy­jem­no­ści dla poten­cjału marze­nia, które może pozo­stać nie­speł­nione przez lata albo nawet na zawsze. To potrafi być wyczer­pu­jące, samotne i mor­der­cze doświad­cze­nie, ale jeśli mamy do czy­nie­nia z praw­dzi­wym powo­ła­niem, czło­wiek nie ma wyboru. Tak wła­śnie było z Bon­nie i bok­sem. A jed­nak teraz można ją spo­tkać w jakiejś bocz­nej uliczce Venice, zbie­ra­jącą puste szklanki po piwie, poma­ga­jącą wsta­wio­nym dziew­czy­nom wsiąść do tak­sówki lub zamia­ta­jącą nie­do­pałki papie­ro­sów; i nie ma w niej choćby śladu tej anar­chi­stycz­nej wojow­niczki o żela­znym sercu, na jaką się tre­no­wała.

Rodzice chcieli mieć potem syna, ale po dwóch poro­nie­niach, o któ­rych ni­gdy się nie mówiło, uro­dziła się Nicole, nazy­wana Nicky. Ona była ze wszyst­kich naj­bar­dziej dziew­częca. Potra­fiła wydmu­chać balon z gumy tak wielki jak jej głowa. Słu­chała nasto­let­niego popu aż do doro­sło­ści, i to nie iro­nicz­nie. W dzie­ciń­stwie jej ulu­bio­nym hobby była hodowla motyli z gąsie­nic, które kar­miła maleń­kimi kawał­kami dyni. W wieku dzie­się­ciu lat kupiła sobie pierw­szy biu­sto­nosz z fisz­bi­nami, tylko po to, żeby być przy­go­to­wana. Lubiła pla­no­wać z wyprze­dze­niem ubra­nia na cały tydzień, włącz­nie z pasu­jącą do nich bie­li­zną. Potra­fiła nary­so­wać ide­alną kre­skę płyn­nym eyeli­ne­rem w tak­sówce i ręka nawet jej nie drgnęła na wybo­jach. Nicky zawsze była lubiana przez chłop­ców, ale lubiła dziew­czyń­skie przy­jaź­nie. W col­lege’u wstą­piła do sto­wa­rzy­sze­nia stu­den­tek, z czego jej sio­stry bez­li­to­śnie się nabi­jały, ale ona nic sobie z tego nie robiła. Sio­stry były zwy­kle zajęte wła­snymi karie­rami, a ona za nimi tęsk­niła, więc stwo­rzyła sobie rodzinę z przy­ja­ció­łek.

Jeśli Avery była roz­sądna, a Bon­nie sto­icka, to Nicky nale­ża­łoby okre­ślić jako tę wraż­liwą. Buzo­wały w niej emo­cje, któ­rych nawet nie pró­bo­wała ukry­wać. Cza­sami była niczym eks­cy­tu­jąca prze­jażdżka na karu­zeli, innym razem jak zde­rza­jące się gokarty albo nie­ru­chomy cel wycze­ku­jący na strzel­nicy. Wyda­wała się wprost stwo­rzona do macie­rzyń­stwa, jed­nak jej ciało miało inne plany. Po dłu­gich latach bole­snych mie­sią­czek zdia­gno­zo­wano u niej endo­me­triozę. Mimo że zmarła w wieku dwu­dzie­stu sied­miu lat, nie nale­żała do tego klubu – nie była pio­sen­karką żad­nego zespołu ani też nie żyła spe­cjal­nie szybko, by umrzeć młodo. Gdyby zapy­tać Nicky, okre­śli­łaby swoje życie jako wyjąt­kowo zwy­czajne: była nauczy­cielką dzie­sią­tej klasy w szkole spo­łecz­nej na Upper West Side, zale­d­wie dzie­sięć prze­cznic od miej­sca, w któ­rym się wycho­wała. Nawet jeśli można by to uznać za mniej­sze osią­gnię­cie w porów­na­niu z sio­strami, to ona sama tak tego nie postrze­gała. Uwiel­biała swo­ich uczniów i marzyła, że pew­nego dnia stwo­rzy rodzinę. Nic poza bólem nie wró­żyło jej śmierci.

W rok po naro­dzi­nach Nicky rodzice po raz ostatni spró­bo­wali spło­dzić syna. I tra­fiła im się Lucky. Uro­dzona nie­spo­dzie­wa­nie w domu pod­czas pięt­na­sto­mi­nu­to­wego porodu, Lucky nie mar­no­wała czasu i szybko okre­śliła swoje miej­sce w rodzi­nie. Nie­za­leż­nie od wieku, Lucky na zawsze pozo­stała dziec­kiem. Kiedy Nicky nauczyła się mówić, szybko ochrzciła Lucky „swoim dzi­dziu­siem” i upie­rała się, żeby wszę­dzie dźwi­gać ze sobą jej małe ciałko. Pozo­stały nie­roz­łączne, ale Lucky nie została malutka. Ma sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu. Rodzice cztery razy pró­bo­wali stwo­rzyć tak bar­dzo poszu­ki­wane kobiece piękno. Z Lucky im się udało. Nawet jej zęby, nie cał­kiem pro­ste i z wyjąt­kowo ostrymi kłami, nadają uśmie­chowi zmy­słowy, wil­czy czar. Nie­dawno bez zgody agen­cji obcięła włosy na krótko i roz­ja­śniła na biało. Teraz wygląda jak połą­cze­nie Bar­bie, Billy’ego Idola i huskiego. Lucky została modelką w wieku lat pięt­na­stu i pra­cuje na całym świe­cie, innymi słowy jest samotna na całym świe­cie.

Gdy Lucky wcho­dzi do jakie­goś pomiesz­cze­nia, to tak jakby do akwa­rium ze zło­tymi ryb­kami wtar­gnął węgorz elek­tryczny. Jest bystra i skry­cie nie­śmiała. Miesz­ka­jąc w Tokio, nauczyła się grać na gita­rze i jest w tym cał­kiem dobra, tylko za bar­dzo się wsty­dzi, żeby w ogóle przed kim­kol­wiek wystą­pić. Na­dal uwiel­bia gry wideo, a wła­ści­wie to wszel­kie formy ucieczki. Teraz mieszka samot­nie w Paryżu. Od początku tego roku wypo­wie­działa słowa „Muszę się napić” sto trzy­dzie­ści dwa razy. To wię­cej, niż powie­działa „kocham cię” w całym swoim życiu. W miesz­ka­niu na Mont­mar­tre powie­siła nad łóż­kiem opra­wione nie­bie­skie motyle, które Nicky dała jej przed śmier­cią, ale rzadko sypia. Lucky ma dwa­dzie­ścia sześć lat i jest zagu­biona.

Wła­ści­wie to wszyst­kie sio­stry są zagu­bione.

Ale jed­nego nie wie­dzą: dopóki czło­wiek żyje, ni­gdy nie jest za późno, by dać się odna­leźć.

Rozdział pierwszy

Lucky

Lucky była spóź­niona. Nie­od­po­wie­dzial­nie, nie­od­wra­cal­nie, tak spóź­niona, że mogłaby przez to stra­cić pracę. W połu­dnie miała przy­miarki do pokazu w Marais, ale ta godzina minęła już przed dzie­się­cioma minu­tami, a ona na­dal była jesz­cze całe kilo­me­try dalej, w metrze. Noc spę­dziła na impre­zie bran­żo­wej, korzy­sta­jąc z dobro­dziejstw open baru (Lucky uzna­wała tylko takie), gdzie poznała dwóch arty­stów gra­fi­cia­rzy zatrud­nio­nych przez kor­po­ra­cję, któ­rzy ner­wowo usi­ło­wali odbu­do­wać swoją repu­ta­cję osób kre­atyw­nych, żyją­cych na pery­fe­riach spo­łe­czeń­stwa. Zapro­po­no­wali, że zawiozą ją jed­nym ze swo­ich moto­cy­kli do opusz­czo­nej rezy­den­cji w 16. dziel­nicy, daw­nej posia­dło­ści dyplo­maty, którą chcieli ota­go­wać. Lucky nie popie­rała zbyt­nio szpe­ce­nia zabyt­ków farbą w sprayu, ale zawsze z rado­ścią odwle­kała zakoń­cze­nie wie­czoru.

Budy­nek oka­zał się lepiej chro­niony, niż się spo­dzie­wali, usiany kame­rami moni­to­ringu i oto­czony odstra­sza­ją­cym pło­tem ze szta­che­tami, więc poprze­stali na spre­jo­wa­niu meta­lo­wych okien­nic pobli­skiego kio­sku. Arty­ści gra­fi­cia­rze wybrali liber­tyń­skie hasła spo­pu­la­ry­zo­wane przez pro­te­sty w Paryżu w 1968 roku: „Zaka­zuje się zaka­zy­wać”, a Lucky zde­cy­do­wała się na kla­syczną inter­pre­ta­cję penisa z jajami. Obej­rzeli słońce wscho­dzące ponad scho­dami Palais de Tokyo, popi­ja­jąc z butelki różowe Veuve Cli­cquot, które zwi­nęli wcze­śniej z imprezy, a potem poje­chali do miesz­ka­nia Lucky na jointa. Po prze­wi­dy­wal­nych pró­bach zaini­cjo­wa­nia trój­kąta przez dwóch męż­czyzn, Lucky zasu­ge­ro­wała, żeby po pro­stu pomi­nęli kobietę i prze­le­cieli się sami, a ona zasnęła w ubra­niu na łóżku. Obu­dziła się kilka godzin póź­niej w pustym i na szczę­ście nie­okra­dzio­nym miesz­ka­niu, a jej rado­sna agentka przy­po­mniała, żeby umyła włosy przed dzi­siej­szymi przy­miar­kami.

Była to także pierw­sza rocz­nica śmierci Nicky.

Metro pruło przed sie­bie, a Lucky zaj­rzała do komórki i zoba­czyła nie­ode­brane połą­cze­nie oraz wia­do­mość gło­sową od Avery, która na pewno miała misję, żeby nakło­nić ją do „prze­pra­co­wa­nia” uczuć w związku z tym dniem. A do tego for­malny mejl od matki, który od razu zigno­ro­wała. Tęsk­niła za nowo­jor­skim metrem, za jego bru­dem, nie­za­wodną zawod­no­ścią oraz bra­kiem zasięgu; w Paryżu metro było nie­mal agre­syw­nie sprawne i z dosko­na­łym zasię­giem komór­ko­wym, nawet pod zie­mią. Tutaj nie było gdzie się ukryć. Lucky nie odsłu­chała wia­do­mo­ści od Avery i scho­wała komórkę do kie­szeni. Nie widziała się z nikim z rodziny od pogrzebu Nicky przed rokiem. Tam­tego wie­czoru w Nowym Jorku wiał silny, gorący wiatr; wywra­cał sto­liki w restau­ra­cji i ciskał koszami na śmieci, tur­la­jąc je uli­cami, prze­ry­wał linie elek­tryczne i poła­mał gałę­zie w Cen­tral Parku. Roz­rzu­cił rów­nież Lucky oraz jej sio­stry na różne strony świata, a żadna z nich nie zamie­rzała wra­cać.

Teraz była już spóź­niona kwa­drans. Wycho­dząc w pośpie­chu, zapo­mniała o słu­chaw­kach, a to prze­ocze­nie na pewno miało ją wku­rzać przez cały dzień. Zwy­kle nie potra­fiła przejść dalej niż jedną prze­cznicę, nie wpy­cha­jąc ich do uszu, two­rząc w ten spo­sób muzyczną barierę pomię­dzy sobą a świa­tem. Jed­nak wyszy­ko­wała się w rekor­do­wym tem­pie, głów­nie dzięki temu, że zre­zy­gno­wała z tra­dy­cyj­nego śnia­da­nia w postaci czer­wo­nego marl­boro oraz ibu­pro­fenu, a do tego wyszła z domu w tym samym ubra­niu, w któ­rym się obu­dziła. Ukrad­kiem pową­chała swoją koszulkę. Czuć ją było tro­chę dymem, tro­chę potem, ale osta­tecz­nie nie tak źle.

– Je voudrais te sen­tir1.

Wzrok Lucky powę­dro­wał ku męż­czyź­nie sie­dzą­cemu naprze­ciwko, który wła­śnie się ode­zwał. Miał spiętą twarz ofiary, tro­chę jak u gry­zo­nia, ale jego oczy były dra­pieżne. W dło­niach ści­skał na wyso­ko­ści kro­cza dużą butelkę na wodę Volvic i celo­wał nią w jej stronę. Uśmie­chał się.

– Co? – spy­tała po angiel­sku, cho­ciaż w ogóle nie miała ochoty się dowia­dy­wać, co powie­dział ten typ, nie chciała z nim roz­ma­wiać.

– Ach! Pani jest Ame­ry­kanką!

Wymó­wił to bar­dzo z fran­cu­ska, z akcen­tem na ostat­nią sylabę.

– No.

Lucky ski­nęła głową i znów się­gnęła po komórkę, pró­bu­jąc oka­zać brak zain­te­re­so­wa­nia.

– Jest pani piękna – powie­dział i nachy­lił się w jej stronę.

– Mhm, dzięki.

Nie odry­wała wzroku od tele­fonu. Zasta­na­wiała się, czy nie wysłać ese­mesa do swo­jej agentki z infor­ma­cją, że się spóźni, ale zre­zy­gno­wała. To by spra­wiło, że spóź­nie­nie sta­łoby się praw­dziwe. Lepiej cie­szyć się tym sta­nem zawie­sze­nia, póki trwa, zanim kto­kol­wiek się dowie, że znów coś zawa­liła.

– I taka wysoka – mówił dalej męż­czy­zna.

W ciem­nych, vin­tage’owych levi­sach i czar­nym crop topie Lucky rze­czy­wi­ście była pro­sta i długa jak wykrzyk­nik. Zgar­biła się, żeby nie widział jej dokład­nie całej, i zmie­niła się w znak zapy­ta­nia.

– Mon Dieu! – zawo­łał cicho do sie­bie. – T’es trop sexy2.

Powinna wstać i wyjść. Powinna mu powie­dzieć, żeby się odpier­do­lił. Powinna zabrać mu tę butelkę z wodą – tego wiel­kiego, dur­nego, nie­bie­skiego uda­wa­nego fal­lusa – i zmiaż­dżyć ją dłońmi. Tym­cza­sem wska­zała na swoją komórkę.

– Wie pan co, ja tylko…

Zmarsz­czyła brwi i wska­zała na ekran, żeby zasu­ge­ro­wać, że będzie dzwo­nić. Szybko prze­wi­nęła listę kon­tak­tów. Ale do kogo mogła zadzwo­nić? Wcale nie miała ochoty z nikim roz­ma­wiać. Z przy­zwy­cza­je­nia wyszu­kała imię Nicky i wci­snęła przy­cisk połą­cze­nia. Wszyst­kie miały wspólny, rodzinny abo­na­ment, za który pła­ciła Avery. Przy­pusz­czała, że Avery wolała sobie oszczę­dzić bólu usu­wa­nia numeru Nicky i po pro­stu wolała dalej pła­cić. Lucky nie wie­działa, gdzie była teraz komórka Nicky, wyobra­żała sobie, że leży gdzieś roz­ła­do­wana na dnie szu­flady, ale cie­szyła się, że na­dal ist­nieje. Usły­szała głos sio­stry:

„Tu komórka Nicky, zostaw wia­do­mość po sygnale. Miłego!”.

Zachi­cho­tała zawsty­dzona, że się nagrywa. Cichutko w oddali Lucky sły­szała sie­bie, o parę lat młod­szą i nie­świa­domą straty, jaka cze­kała ją w przy­szło­ści. Śmiała się.

– Chciał­bym panią poznać – upie­rał się męż­czy­zna.

– Roz­ma­wiam przez tele­fon – odpo­wie­działa Lucky.

– Ach, d’accord3. – Męż­czy­zna odchy­lił się do tyłu i roz­ło­żył dło­nie w absur­dal­nym geście uprzej­mo­ści. – Poroz­ma­wiamy póź­niej.

Nie był to pierw­szy raz, kiedy dzwo­niła do Nicky po jej śmierci; nie­ustan­nie cią­gnęło ją, żeby poroz­ma­wiać z sio­strą i opo­wie­dzieć, jak wygląda życie bez niej. Dzwo­niąc do niej, czuła się jak osoba po ampu­ta­cji, która wie­rzy, że na­dal ma nogi i usi­łuje na nich sta­nąć.

– Cześć, to ja – zaczęła Lucky po wybrzmie­niu sygnału. – Wiesz… no, dzwo­nię po pro­stu, żeby się przy­wi­tać.

Zer­k­nęła na męż­czy­znę, który nawet nie pró­bo­wał uda­wać, że jej nie słu­cha.

– U nas jest fashion week, więc tro­chę sza­leń­stwo, jak zawsze, ale chcia­łam do cie­bie zadzwo­nić, bo… Hm, to chyba dla cie­bie wielki dzień. Rok! Nie wie­rzę. No więc tak, dzwo­nię, żeby ci powie­dzieć… Nie, oczy­wi­ście, że nie zło­żyć gra­tu­la­cje. Kurde, tu nie ma czego świę­to­wać. Ale chcia­łam ci powie­dzieć, że o tobie myślę. Myślę o tobie bez prze­rwy. I tęsk­nię za tobą. Oczy­wi­ście. – Lucky odchrząk­nęła. – No, to tyle. Kocham cię. – Odcze­kała, żeby spraw­dzić, czy coś poczuje, jakiś ruch ener­gii w kosmo­sie, który da jej znać, że jej sio­stra słu­chała. Nic. – A poza tym Avery mnie wku­rza. Pa.

Roz­łą­czyła się i wyj­rzała przez okno. Byli już pra­wie przy Saint Paul, to jej przy­sta­nek. Wypro­sto­wała się, żeby wstać, a męż­czy­zna się­gnął do jej ramie­nia. Pod­sko­czyła, jakby przy­ło­żył jej do skóry roz­pa­loną zapałkę.

– Da mi pani swój numer?

Pociąg zwol­nił przy wjeź­dzie na sta­cję, a Lucky się zato­czyła. Uśmiech­nął się do niej, kiedy była pochy­lona. Miał na zębach brą­zowe plamy od tyto­niu.

– Jesteś taka sek­sowna – powie­dział.

Lucky spoj­rzała na męż­czy­znę obser­wu­ją­cego ją z zabor­czą przy­jem­no­ścią, jakby wybie­rał sobie ciastko ze szkla­nej gabloty. Butelka z wodą wciąż ster­czała z jego kro­cza wyce­lo­wana w jej stronę.

– Mogę? – spy­tała, wska­zu­jąc na nią.

Pociąg się zatrzy­mał.

– To? – odparł zasko­czony. Podał jej pla­sti­kową tubę. – Mais bien sûr4.

Wzięła butelkę z jego dłoni, odkrę­ciła nakrętkę i wylała pozo­stałą w niej wodę na jego spodnie. Męż­czy­zna wstał gwał­tow­nie, z okrzy­kiem, a ciemna plama zaczęła się roz­cho­dzić po jego dżin­sach. Lucky wystrze­liła w stronę wyj­ścia i pocią­gnęła za srebrną dźwi­gnię, ten nie­zwy­kły przed­miot dający poczu­cie spraw­czo­ści, uni­ka­towy dla pary­skiego metra, a drzwi wagonu się roz­su­nęły. Już z peronu sły­szała, jak wyzy­wał ją od dzi­wek, pod­czas gdy inni pasa­że­ro­wie wle­wali się do pociągu. Wbie­gła na górę, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie, po czym wyło­niła się na świa­tło dzienne.

Na Place des Vos­ges nad głową Lucky śmi­gały kamienne łuki, gdy pędziła pod adres wysłany przez agentkę. Dwóch star­szych męż­czyzn w podob­nych oliw­ko­wych tren­czach, któ­rzy wyszli zapa­lić, obej­rzało się za nią, gdy ich minęła. Zadzwo­niła dzwon­kiem, wbie­gła przez odra­pane, nie­bie­skie drew­niane drzwi pro­wa­dzące na podwó­rze. Po dru­giej stro­nie znaj­do­wały się wyso­kie, spi­ralne schody; kroki jej cięż­kich butów roz­brzmie­wały gło­śnym echem odbi­ja­ją­cym się od kamien­nych ścian, gdy wspi­nała się na kolejne pię­tra i zatrzy­my­wała na półpię­trach, by zła­pać oddech. Nałóg pale­nia paczki dzien­nie zaczął się u niej jesz­cze w wieku nasto­let­nim, przez co nie była dobrze przy­sto­so­wana do tego rodzaju aktyw­no­ści. W końcu, trzy­ma­jąc się porę­czy, dotarła na samą górę. W drzwiach cze­kała na nią kobieta z wło­sami upię­tymi w cia­sny, ciemny kok, z miarą kra­wiecką prze­wie­szoną na szyi.

– Wiem, jestem spóź­niona – wydy­szała Lucky. – Je suis désolée.

– Nazwi­sko? – spy­tała ostrym tonem kobieta.

– Lucky – wes­tchnęła. – Blue.

– Looki? – powtó­rzyła kobieta, spo­glą­da­jąc na teczkę z klip­sem. Z tyłu dobie­gał szum prze­my­sło­wych maszyn do szy­cia. – Nie spóź­niła się pani. A nawet jest pani za wcze­śnie. Pani ma przy­miarki o dru­giej.

Lucky oparła dło­nie na kola­nach i wypu­ściła powie­trze.

– Myśla­łam, że o dwu­na­stej.

– Pomy­liła się pani. Pro­szę wró­cić o dru­giej. Ciao!

Drzwi zamknęły się jej przed nosem z kate­go­rycz­nym klik­nię­ciem zamka. Lucky powstrzy­mała ochotę, żeby paść na zie­mię tu, gdzie stoi, i prze­spać się pod drzwiami niczym jakiś dacho­wiec, aż wpusz­czą ją o dru­giej. Powoli zeszła po scho­dach.

Ponie­waż nie miała nic innego do roboty, zaczęła snuć się ską­pa­nymi w słońcu ulicz­kami Marais w poszu­ki­wa­niu miej­sca, w któ­rym mogłaby się cze­goś napić. Adre­na­lina po tam­tej mokrej zemście oraz biegu na przy­miarki powoli z niej scho­dziła, odkry­wa­jąc początki kaca, który będzie okrutny, jeżeli nie zdusi go w zarodku. Był począ­tek lipca i pomimo przy­jem­nej pogody tego lata Paryż ogar­nęła atmos­fera nie­po­koju. Strajk ogólny oraz nastę­pu­jące po nim korki wypeł­niły powie­trze mgli­stym smo­giem, a nagły wzrost ata­ków nożow­ni­ków w metrze i na osie­dlach miesz­kal­nych dopro­wa­dził do zagęsz­cze­nia poli­cyj­nych patroli na uli­cach. Mimo wszystko Marais, ze swo­imi buti­kami, peł­nymi barami i tęt­nią­cymi życiem kawiar­niami wyda­wało się rado­śnie ode­rwane od tego wszyst­kiego.

Lucky usły­szała głos jakiejś kobiety woła­ją­cej ją po imie­niu z prze­ciw­nej strony ulicy, odwró­ciła się i ujrzała Sabinę, rudo­włosą Fran­cuzkę, rów­nież modelkę, któ­rej ciało jeden z pro­jek­tan­tów okre­ślił kie­dyś mia­nem stu kilo­me­trów dobrej drogi, sie­dzącą przed kawiar­nią z dwoma mode­lami. Ski­nęła na Lucky.

– Chyba idzie do nas pun­kowa Poly­anna – ode­zwał się wyż­szy męż­czy­zna, Cliff, kiedy pode­szła.

Cliff był daw­nym zawo­do­wym austra­lij­skim sur­fe­rem, który cie­szył się w tym sezo­nie pew­nym roz­gło­sem po tym, jak prze­szedł po wybiegu w Medio­la­nie w samych zło­tych majt­kach. Mimo to nie dało się go uprzed­mio­to­wić; nie pozwa­lała na to siła jego ego. To oraz świa­do­mość, że zawsze może odejść ze świata mody i wró­cić do ści­ga­nia fal i miesz­ka­nia w vanie, spra­wiało, że nie miał żad­nych roz­te­rek zwią­za­nych z obec­nym wybo­rem zawo­do­wym, w prze­ci­wień­stwie do Lucky, któ­rej uroda była dla niej jed­no­cze­śnie źró­dłem dochodu, jak i wstydu. Lucky ni­gdy nie robiła w życiu niczego poza mode­lin­giem, przez co czuła się tak, jakby w ogóle ni­gdy niczego nie doko­nała. Nie przy­zna­łaby tego gło­śno, ale zazdro­ściła Clif­fowi jego wol­no­ści.

– Ciao, Złote Jaja – odpo­wie­działa, wycią­ga­jąc papie­rosa z leżą­cej przed nim paczki i wsu­nęła go sobie mię­dzy wargi. – Nie pozna­łam cię w ubra­niu.

Drugi model, Ame­ry­ka­nin o dzie­cin­nej twa­rzy, któ­rego Lucky nie znała, zaśmiał się i nachy­lił się do niej z ogniem. Miał kolo­ryt gol­den retrie­vera oraz rów­nie bez­kry­tyczną potrzebę zado­wa­la­nia innych. Każdy z męż­czyzn trzy­mał przed sobą duże piwo, a Sabina obra­cała w pal­cach mały kie­li­szek bia­łego wina, ale nie piła. Lucky ski­nęła na kel­nera i zamó­wiła piwo, jesz­cze zanim zdą­żyła usiąść.

– Cześć, jestem Riley – ode­zwał się młod­szy męż­czy­zna.

– Muszę się napić – odparła Lucky i oparła się na krze­śle, odkry­wa­jąc blady kawa­łek brzu­cha.

– To jest Lucky – przed­sta­wiła ją Sabina. – Ma soeur5.

Lucky zaak­cep­to­wała to prze­lot­nym kiw­nię­ciem głową. Sabina miała skłon­ność typową dla jedy­na­ków – uzna­wała przy­ja­ciół za człon­ków swo­jej rodziny; a tak naprawdę wie­działy o sobie nie­wiele wię­cej niż to, w jakich kam­pa­niach ostat­nio pra­co­wały i co lubią pić.

– Jesteś Ame­ry­kanką! – zauwa­żył Riley. Miał lekko połu­dniowy akcent, każda jego samo­gło­ska zda­wała się owi­nięta watą. – Nie mogłem się docze­kać, żeby spo­tkać dzi­siaj kogoś z Ame­ryki. – Uniósł szklankę z piwem. – Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji czwar­tego lipca!

Lucky wydmu­chała dym wąską strużką w kie­runku nieba.

– Nie obcho­dzę tego święta.

W tym roku, w przy­szłym roku, w każ­dym roku jej życia, Dzień Nie­pod­le­gło­ści będzie wyłącz­nie dniem, w któ­rym zmarła Nicky. Riley zmarsz­czył brwi.

– Ale jesteś Ame­ry­kanką, prawda?

– Pocho­dzę z Nowego Jorku – odparła. – Więc tak sobie.

– Ale dzi­siaj miesz­kasz w Paryżu – wtrą­ciła Sabina. – A to zna­czy, że musisz świę­to­wać Dzień Basty­lii.

– Kiedy to będzie? – spy­tał Cliff.

– W sumie to w przy­szłym tygo­dniu – wyja­śniła Sabina.

– Lipiec to naj­lep­szy mie­siąc na wyry­wa­nie się z uści­sku tyra­nii – zauwa­żył Cliff.

– Ech, bra­kuje mi tego – przy­znał Riley. – Jesz­cze ni­gdy nie byłem czwar­tego lipca poza kra­jem. Moi rodzice zawsze urzą­dzają wiel­kiego grilla.

– Przy­kro mi – ode­zwała się Sabina. – Fran­cuzi nie gril­lują. – Szyb­kim ruchem odsta­wiła kie­li­szek. – Nie mogę tego pić. Cią­gle jesz­cze mnie boli głowa po poranku. Dla­czego za kuli­sami upie­rają się, żeby poda­wać szam­pana przed śnia­da­niem?

– Bo wy, dziew­czyny, nic innego nie zje­cie – zauwa­żył Cliff. – Jak to się mówi? Szam­pan, koka­ina i swo­bodny seks?

Sabina po pro­stu go zigno­ro­wała. Zer­k­nęła w niebo, które nabie­rało ane­micz­nego odcie­nia sza­ro­ści.

– Chyba nie będzie padać?

– O rany – wes­tchnął Riley. – Mój kolejny pokaz jest na świe­żym powie­trzu.

– Mój też – ode­zwała się Lucky.

– To mój pierw­szy fashion week i pada – dodał ponuro.

Cliff zaczął śpie­wać refren pio­senki Iro­nic Ala­nis Mori­sette, zaska­ku­jąco czy­sto. It’s like raaaain on your wed­ding day.

– To jest wła­śnie haute couture – zauwa­żyła Sabina. – La crème de la crème. Mówię wam, na pewno nie każą wam mok­nąć.

– Miała na myśli raczej ubra­nia niż was – wyja­śniła Lucky, a potem zwró­ciła się do Cliffa: – A w ogóle co tam mówi­łeś o model­kach? Jakoś nie wydaje mi się, żeby­ście wy, chło­paki, byli oka­zami zdro­wia i umiaru.

Stuk­nęła w pra­wie pustą szklankę piwa Cliffa.

– W prze­ci­wień­stwie do was, my umiemy pić. – Wyce­lo­wał w nią pal­cem. – Nie powin­naś pić, jeśli nie jesz.

– Ja jem – odparła Lucky i się­gnęła po piwo, które wła­śnie przed nią posta­wiono. – Żeby pić.

Cliff się zaśmiał i zamó­wił następną kolejkę.

– Any­thing you can do I can do bet­ter – zaśpie­wał.

– Założę się, że mam moc­niej­szą głowę od cie­bie – rzu­ciła Lucky.

Cliff uniósł swoją szklankę i wypił ją do dna.

– Spraw­dzimy?

Godzinę póź­niej Lucky była już po pię­ciu drin­kach i wła­śnie miała opo­wie­dzieć naj­za­baw­niej­szą histo­rię swo­jego życia. Smu­tek tego poranka, który wcze­śniej pokrył ją jakby grubą war­stwą brudu, spły­wał z każdą kolejką.

– No więc mam dzie­więt­na­ście lat i miesz­kam od roku w Tokio – mówiła. – Faj­nie, ale byłam też odro­binę nie­od­po­wie­dzialna, wie­cie, sie­dzia­łam do późna, nie przy­cho­dzi­łam na umó­wione spo­tka­nia. Ogól­nie wszystko, czego nie powinno się robić na początku kariery.

Tu Lucky wska­zała na Rileya i ostrze­gaw­czo unio­sła brew.

– Wydaje mi się, że za twoim wykła­dem nie idą przy­kłady – stwier­dził Cliff. – Jestem pra­wie pewien, że na­dal postę­pu­jesz dokład­nie tak samo.

– Hej, mnie nie musisz pouczać – uniósł się Riley. – Mam dwa­dzie­ścia trzy lata, wiem, co robię.

– Ja też! – zawo­łała Sabina. – W sumie to już od trzech lat mam dwa­dzie­ścia trzy lata.

Lucky się roze­śmiała i napiła się piwa.

– Agen­cja mi gro­ziła, że mnie zwolni, ale wtedy, zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, wybrano mnie do kam­pa­nii. To była jakaś kiczo­wata, komer­cyjna marka, ale mimo wszystko kasa, kasa, kasa. Agentka dzwoni do mnie i mówi „Lucky, jeśli spóź­nisz się na tę sesję choćby minutę, to cię zwol­nię. Wystar­czy minuta”.

– Wiem, co będzie dalej – wtrą­cił Riley. – Spóź­ni­łaś się, zwol­nili cię, ale osta­tecz­nie i tak zosta­łaś ważną, sławną modelką.

– Myślisz, że ona jest sławna?! – zawo­łała Sabina. – Sław­niej­sza ode mnie?

Riley nie wie­dział, na którą z nich patrzeć.

– Nie, to zna­czy t-tak – wydu­kał. – W sen­sie, sam nie wiem. Obie jeste­ście piękne.

– Ona się wydur­nia – wyja­śniła Lucky.

– Wcale nie – zaprze­czył Cliff. – Zresztą ja jestem sław­niej­szy od nich obu.

Sabina zmarsz­czyła nos.

– Nikt z nas nie jest sławny – ucięła Lucky. – W każ­dym razie, do brzegu. W wie­czór przed sesją poło­ży­łam się wcze­śnie spać, taka byłam zde­ter­mi­no­wana, żeby obu­dzić się na czas. Ale byłam w miesz­ka­niu dla mode­lek w Shi­buya, które naprawdę nie­wiele się róż­niło od bur­delu. No więc, leżę w łóżku, pró­buję być grzeczna, a wtedy wpada grupka dziew­czyn i mówią mi: „W Hara­juku jest impreza z oka­zji pre­miery, jest tam ten sek­sowny aktor, on grał jakie­goś kow­boja astro­nautę w fil­mie, który dostał w tam­tym roku Oscara, więc jedna z nas musi go prze­le­cieć, wkła­daj buty, wycho­dzimy”. No i nie wiem, mam zerową siłę woli, więc idę, ale przy­się­gam na Boga, żeby wypić tylko jed­nego drinka.

Lucky urwała, żeby dopić resztkę piwa, a potem odwró­ciła się, żeby popro­sić kel­nera o kolejne.

– No, to co się stało? – spy­tał Cliff. – Pro­szę, powiedz mi, że cię zwol­nili.

Lucky bek­nęła zado­wo­lona, a potem się uśmiech­nęła.

– Gorzej. Impre­zo­wa­łam całą noc…

– A ten aktor? – spy­tała Sabina.

– Zakle­pała go jedna Rosjanka.

Sabina prych­nęła.

– Typowe.

– Obu­dzi­łam się na drugi dzień i oczy­wi­ście, że minęła już godzina od roz­po­czę­cia sesji. Zaspa­li­ście kie­dyś do pracy?

– Ja pra­wie nie zdą­ży­łem na egza­miny w szkole, bo mama zapo­mniała mnie obu­dzić – odparł poważ­nie Riley.

Lucky poki­wała głową.

– No, to znasz to uczu­cie.

Posta­no­wiła pomi­nąć fakt, że scho­dziła z niej mie­szanka ecstasy, aniel­skiego pyłu i koka­iny, które w Japo­nii trudno było zdo­być. Oczy­wi­ście Lucky, którą zawsze cią­gnęło do dra­gów na impre­zach jak świ­nię do tru­fli, dała radę.

– Agentka zdą­żyła zadzwo­nić już do mnie z pięt­na­ście razy, zanim w ogóle się obu­dzi­łam – mówiła dalej. – Oddzwa­niam do niej, a ona chce wie­dzieć, gdzie jestem, dla­czego nie odbie­ra­łam. Mówię jej spon­ta­nicz­nie, że mam zapa­le­nie spo­jó­wek, a nie odbie­ra­łam, bo nic nie widzę. Wiem, że to idio­tyczne, ale nie byłam jesz­cze na peł­nych obro­tach.

Cliff prych­nął.

– Uwie­rzyła ci?

– Oczy­wi­ście, że nie. Powie­działa mi, że muszę przy­nieść zaświad­cze­nie od leka­rza potwier­dza­jące infek­cję albo agen­cja mnie wyrzuci i będę musiała wra­cać do Nowego Jorku. Ja pier­dolę! Ale, no, byłam spa­ni­ko­wana. Uzna­łam, że jedyne, co mogę, to rze­czy­wi­ście zafun­do­wać sobie zapa­le­nie spo­jó­wek, czyli con­junc­ti­vi­tis, a potem iść do leka­rza.

– Chwi­leczkę – prze­rwała Sabina. – Co to jest za cho­roba? To się prze­nosi przy sek­sie?

Riley, który aku­rat brał łyk, cicho się zadła­wił.

– Tylko jeśli facet nie trafi – rzu­cił Cliff.

Lucky pac­nęła go zza stołu i poka­zała pal­cem oczy, żeby Sabina się domy­śliła.

– A, con­jonc­ti­vite! – zawo­łała Sabina. – Je com­prends6.

– Nie domy­śli­łaś się? – wtrą­cił Cliff. – To jest prak­tycz­nie to samo słowo.

– Ciiii – uci­szyła go Sabina. – Prze­stań ze mną flir­to­wać.

– No więc – kon­ty­nu­owała Lucky. – Mój plan był taki, żeby dotknąć wszyst­kich brud­nych rze­czy, jakie znajdę, a potem mojego oka. Oczy­wi­ście Tokio sły­nie z czy­sto­ści, więc nie było to łatwe wyzwa­nie. Na szczę­ście miesz­ka­łam z dwu­na­stoma naprawdę obrzy­dli­wymi model­kami. Zatłusz­czony blat kuchenny? Świet­nie. Deska klo­ze­towa? Dosko­nale! Tyłek któ­re­goś z ich maleń­kich pie­sków? Jasne, zaraz go pogłasz­czę.

– Obrzy­dliwe! – krzyk­nął Riley, wyraź­nie zachwy­cony.

– Idę do leka­rza i moje oczy są po tym wszyst­kim, jak może­cie sobie wyobra­zić, dość zaczer­wie­nione. On mi się nawet dobrze nie przy­gląda. „Czego pani potrze­buje?”. Mówię mu, że przy­szłam po zaświad­cze­nie do pracy. Podaje mi kawa­łek kartki i spa­dam. Takie pro­ste. Dzwo­nię do agentki i mówię jej, że mam zaświad­cze­nie. „To świet­nie – stwier­dza. – Ale ty zawsze kła­miesz, więc oznaj­mi­łam klien­towi, że jesteś w podróży i lot ci się opóź­nił. Powie­dzieli, że możesz przyjść jutro”. Czyli dobrze się skoń­czyło, prawda? Wie­czo­rem poło­ży­łam się spać o dobrej godzi­nie. Budzę się raniutko i… naprawdę mam zapa­le­nie spo­jó­wek.

– Mais non7! – pisnęła Sabina.

– Kurwa, mais oui8! – krzyk­nęła Lucky.

Ze sto­lika obok zer­k­nęły na nią dwie Fran­cuzki w śred­nim wieku i zmarsz­czyły brwi. Lucky poma­chała im rado­śnie.

– Czyli wła­ści­wie – stwier­dził Cliff – mia­łaś prze­je­bane.

– Dokład­nie tak. Oczy mam zupeł­nie czer­wone i spuch­nięte. Omi­nęła mnie sesja. Stra­ci­łam klienta.

– A agen­cja cię wyrzu­ciła? – spy­tał Riley.

– Pra­wie. – Lucky poki­wała głową. – Zatrzy­mali mnie warun­kowo. Ale parę tygo­dni póź­niej wpa­dłam na impre­zie na redak­tora „Vogue Japan”. Wie­cie co, on ma wspa­niałe poczu­cie humoru, więc opo­wie­dzia­łam mu tę histo­rię. Tak mu się spodo­bała, że osta­tecz­nie parę tygo­dni póź­niej mnie zatrud­nił. To w sumie był począ­tek mojej kariery w pra­sie.

– Masz cho­lerne szczę­ście – przy­znał Cliff, krę­cąc głową.

– Lucky jest jak kot – zauwa­żyła Sabina. – Ma dzie­więć żyć.

– Rodzice wie­dzieli, co robili, dając ci takie far­ciar­skie imię, Lucky – powie­dział Riley.

– Moi rodzice gówno wie­dzieli – oznaj­miła Lucky i zapa­liła kolej­nego papie­rosa. – Na­dal tak jest.

Przy stole zapa­dła cisza. Z koń­cem histo­rii ciemna fala smutku, która w każ­dej chwili gro­ziła, że ścią­gnie ją na dno, powró­ciła. Nie chciała myśleć o rodzi­cach ani o Nicky, ani w ogóle o niczym poza tym małym kawiar­nia­nym sto­li­kiem, jed­nak jej rodzina zawsze była gotowa prze­pchnąć się i zająć miej­sce w jej gło­wie.

Sio­stry wiele wyba­czały, ale Lucky wie­działa, że nie miały dobrego ojca. Na pewno nie one jedyne. Przez całe życie poznała pew­nie led­wie garstkę osób, któ­rym tra­fił się dobry tata. Wszyst­kie były dziwne. Dzie­ciaki dora­sta­jące z kocha­ją­cymi ojcami miały takie same zamglone, roz­ma­rzone spoj­rze­nia, co te wycho­wu­jące się w miej­scach typu Malibu, w domach, w któ­rych wiecz­nie świe­ciło słońce. Nie musiały się har­to­wać. Lucky miała wła­sną teo­rię, że dora­sta­nie ze złym ojcem przy­po­mina dzie­ciń­stwo spę­dzone w kraju z dłu­gimi, cięż­kimi zimami. To cię wzmac­nia. Przy­go­to­wuje cię też na praw­dziwe życie, w któ­rym lato jest tylko jedną z pór roku, nie sty­lem życia, a więk­szość męż­czyzn może cię skrzyw­dzić przy pierw­szej lep­szej oka­zji. A może wie­rzyli w to tylko ludzie dora­sta­jący ze złymi ojcami.

Co zabawne, ich ojciec nie był chłodny, a przy­naj­mniej nie od zawsze. Nazwa­łaby go raczej płyn­nym. Zmien­nym jak pogoda. I podob­nie jak z pogodą, trzeba było go cią­gle spraw­dzać, żeby prze­wi­dzieć, jaki to będzie dzień. Lucky i jej sio­stry potra­fiły odgad­nąć jego nastrój po tym, jak zamy­kał drzwi wej­ściowe. Nie roz­kłada się pik­niku pod­czas burzy gra­do­wej i tak samo nie można robić pew­nych rze­czy przy wku­rzo­nym tacie. Żad­nych sprze­czek o pilota, gło­śnych poga­du­szek z kole­żan­kami przez tele­fon, pła­czu nad kiep­ską oceną, śmia­nia się z głu­piego żartu, maru­dze­nia mamie, że coś by się zja­dło. On był jedy­nym męż­czy­zną w domu, a jed­no­cze­śnie był całym domem. Miesz­kały wśród jego nastro­jów.

Lucky odzie­dzi­czyła po nim nie­bie­skie oczy oraz jasne włosy i wolała wie­rzyć, że na tym podo­bień­stwa się koń­czyły. Był ame­ry­kań­skim potom­kiem Szko­tów w trze­cim poko­le­niu, miał za sobą kato­lic­kie dzie­ciń­stwo pełne zakon­nic, które, jak mawiał, każ­dego wypro­wa­dzi­łoby na dobrego ate­istę. Uwiel­biał czy­tać, utrzy­my­wał nawyk czy­ta­nia jed­nej książki tygo­dniowo, nawet kiedy już pił, ale jego reli­gią był sport. Piłka nożna, boks, golf, kolar­stwo – oglą­dał wszystko. Podob­nie jak Bon­nie, lepiej doga­dy­wał się ze swoim cia­łem niż z umy­słem. Powi­nien był zostać zawo­do­wym spor­tow­cem, dostał się nawet do col­lege’u ze spor­to­wym sty­pen­dium dla pił­ka­rzy, ale zerwane ścię­gno stawu sko­ko­wego ozna­czało, że po ukoń­cze­niu stu­diów wylą­do­wał w lokal­nym banku, w któ­rym pra­co­wał do końca życia. Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo się upił albo jak czę­sto, zawsze przy­cho­dził do pracy na czas. To dla­tego ich matka nie potra­fiła przy­znać, że ma pro­blem. Jaki alko­ho­lik jest w sta­nie utrzy­mać się tyle lat w pracy? Oka­zało się, że wła­śnie ich.

Lucky łatwo było powie­dzieć, że miały nie­do­brego tatę. Trud­niej za to przy­znać, że jej matka też nie była wcale taka wspa­niała. Wycho­wała się w nisz­cze­ją­cej posia­dło­ści w Sus­sex, była jedyną córką matki z depre­sją i bru­tal­nego ojca alko­ho­lika, któ­rzy sta­no­wili oso­bliwe połą­cze­nie bry­tyj­skiej klasy wyż­szej oraz zupeł­nie pod­upa­dłej. Eks­klu­zywni, ale bez gro­sza, jak mawiała matka. Jej ojciec zaprze­pa­ścił więk­szość swo­jej spu­ści­zny, jesz­cze zanim matka weszła w wiek nasto­letni. Nawet po tym, jak poznała i poślu­biła ich ojca, żyła w głę­bo­kiej pogar­dzie dla bry­tyj­skiego sys­temu kla­so­wego, z któ­rego ucie­kła.

W życiu ich matki było wiele rze­czy, o któ­rych Lucky nie miała poję­cia, ale wie­działa, że mama pry­snęła z tego nie­szczę­śli­wego domu, w któ­rym doro­sła, w ogóle z tego prze­klę­tego kraju, jak go nazy­wała, gdy tylko mogła. Wylą­do­wała w Nowym Jorku i zaczęła pracę w gale­rii w cen­trum mia­sta. Wtedy miała jedwa­bi­ste, kasz­ta­nowe włosy się­ga­jące do pasa oraz piękną twarz o kształ­cie tuli­pana. Twier­dzi, że zatrud­niono ją głów­nie po to, by stała w oknie w spód­niczce mini i wabiła do gale­rii męż­czyzn, ale miała też oko do mło­dych arty­stów i prze­ko­nała pra­co­daw­ców do zakupu paru wcze­snych prac mala­rzy sław­nych dzi­siaj na całym świe­cie.

Gdyby ich matka nie miała dzieci, to Lucky była pewna, że zosta­łaby dyrek­torką jakiejś gale­rii albo uznaną kura­torką, jed­nak ode­szła z gale­rii po naro­dzi­nach Avery. Potem, kiedy Avery miała pięt­na­ście lat, a Lucky osiem, matka wró­ciła do pracy na sta­no­wi­sko opie­kuna wystaw w muzeum i powie­rzyła naj­star­szej córce obo­wią­zek opieki nad resztą. Twier­dziła, że potrze­bują pie­nię­dzy, co było prawdą, choć zara­biała pew­nie za godzinę mniej niż jedna z jej córek mogłaby dostać za opiekę nad dziećmi. Przede wszyst­kim jed­nak miała już dość bycia mamą, a obo­wiąz­kowa Avery ze sto­ic­kim spo­ko­jem zajęła jej miej­sce. Lucky przy­zna­wała to nie­chęt­nie, ale mało kto miał taką dobrą mamę, jaką była Avery, co jed­nak nie ozna­czało, że zamie­rzała dzi­siaj do niej oddzwo­nić.

Strzep­nęła popiół z papie­rosa do popiel­niczki w kształ­cie muszli i wypu­ściła dym. Chciała zna­leźć jakąś szparę w swoim umy­śle i w niej znik­nąć, uciec do takiego miej­sca, w któ­rym nie dosię­ga­łyby jej wspo­mnie­nia, a potra­fiła to zro­bić tylko w jeden spo­sób. Odsu­nęła od sie­bie pustą szklankę po piwie i wystrze­liła do zna­jo­mych z wil­czym uśmie­chem:

– Zama­wiamy coś moc­niej­szego?

Lucky wra­cała do ate­lier gołę­bio­sza­rymi uli­cami, które roz­ma­zy­wały się jej przed oczami niczym obrazy impre­sjo­ni­stów. Przez chwilę roz­wa­żała, czy nie prze­le­cieć Rileya w łazience, ale wyglą­dał na takiego, co łatwo się przy­wią­zuje, więc pod­jęła nie­zwy­kle odpo­wie­dzialną decy­zję, żeby zamiast tego zdą­żyć na przy­miarki. Zro­biła unik przed jakimś psem i potknęła się, końce jej pal­ców musnęły chod­nik, a potem się wypro­sto­wała. Była odro­binę pijana. Miała moc­niej­szą głowę od oby­dwu face­tów, pomy­ślała z satys­fak­cją. Na pewno od Cliffa, bo gdy wycho­dziła, on śpie­wał a cap­pella bar­dzo emo­cjo­nalną wer­sję Ima­gine Johna Len­nona na oczach spe­szo­nej Sabiny.

Gdy Lucky otwo­rzyła nie­bie­skie drew­niane drzwi, dotąd ciche podwó­rze oka­zało się pełne życia. Na środku bru­ko­wa­nego patio wznie­siono długi, biały wybieg, wokół któ­rego krzą­tali się pra­cow­nicy roz­sta­wia­jący krze­sła, ukła­da­jący prze­wody i szy­ku­jący miej­sca dla foto­gra­fów. Lucky poczuła dziwne zde­rze­nie świa­tów, które wspól­nie two­rzyły branżę modową; ten przed­się­bior­czy tłum pra­cow­ni­ków obsługi sceny w ciągu kilku godzin dokona her­ku­le­so­wych czy­nów, a potem wtopi się w tło, jakby w ogóle ich tam nie było, żeby oble­czona w jedwab Lucky i jej kole­żanki po fachu mogły dry­fo­wać ponad morzem widzów po ich dziele.

Wymi­nęła męż­czy­znę nio­są­cego chwie­jący się stos krze­seł tak wysoki, jakby gość wystę­po­wał w cyrku, po czym wspięła się przez pię­tra wiją­cych się, przy­pra­wia­ją­cych ją o zawroty głowy scho­dów. Wszystko jej wiro­wało, gdy weszła do dusz­nego ate­lier. W noz­drza ude­rzyła ją gorąca fala ludz­kiego potu. Nad głową darem­nie krę­cił się drew­niany wia­trak sufi­towy, mie­sza­jąc gorące powie­trze w pomiesz­cze­niu, ale go nie wyrzu­ca­jąc. Jakaś kobieta pchała zbyt obcią­żony wie­szak sukie­nek z tafty w sor­be­to­wych kolo­rach, prze­to­czyła się obok niej i nawet na nią nie spoj­rzała.

Lucky poczuła, że jej głowa wiruje w tym samym tem­pie co wia­trak. Pode­szła do okna i wychy­liła się, głę­boko oddy­cha­jąc. Okna pra­cowni wycho­dziły na podwó­rze, Lucky sku­piła uwagę na łysi­nie męż­czy­zny pole­ru­ją­cego lśniący, biały wybieg pod nią. Pró­bo­wała uspo­koić głowę, wpa­tru­jąc się w niego.

– Zbiera się na deszcz?

Lucky odwró­ciła się i zoba­czyła tę samą sty­listkę co wcze­śniej, z cia­snym kokiem i prze­wie­szoną przez szyję kra­wiecką miarą.

– Bar­dzo się mar­twimy desz­czem – wyja­śniła sty­listka i wyjęła z ust srebrną szpilkę.

Lucky wysta­wiła głowę przez okno, żeby zlu­stro­wać niebo. Po lewej stro­nie było szare, po pra­wej błę­kitne.

– Pół na pół.

Wyma­wiała słowa, jakby miała w ustach kawałki mięk­kich owo­ców. Sty­listka lekko zmarsz­czyła brwi.

– Alors, pro­szę za mną.

Lucky została popro­wa­dzona do jesz­cze goręt­szego rogu pomiesz­cze­nia, gdzie na aksa­mit­nym wie­szaku, do któ­rego przy­kle­jono taśmą jej pola­ro­idowe zdję­cie, wisiał jej strój. Była to suk­nia balowa wią­zana na szyi, z roz­klo­szo­waną spód­nicą w kształ­cie odwró­co­nego kie­liszka mar­tini. Tka­nina miała naj­bled­szy odcień cukier­ko­wego różu, niczym poduszki na łapce kociaka. Na umie­jęt­nie udra­po­wa­nym gor­se­cie wiły się srebrne kora­li­kowe gałązki obwie­szone cięż­kimi, błysz­czą­cymi kwia­tami wiśni. Sty­listka spoj­rzała wycze­ku­jąco na Lucky.

– Sam haft zajął trzy­sta godzin – oznaj­miła.

Jed­nak Lucky była zbyt zajęta tym, żeby wyswo­bo­dzić się z dżin­sów i się przy tym nie prze­wró­cić, więc nie odpo­wie­działa. Udało jej się je zdjąć, a potem ścią­gnęła koszulkę i sta­nęła chwiej­nie w samej bie­liź­nie, zupeł­nie nie­skrę­po­wana, czego nauczyła się na samym początku mode­lin­go­wej kariery. Jeżeli sty­listka liczyła na czuły zachwyt ze strony Lucky, to na próżno. Wciąż jesz­cze w brud­nych skar­pet­kach wsu­nęła się do sztyw­nej sukni. Czuła, że została zapięta z tyłu na haftki, gor­set bole­śnie ści­skał jej żebra i wpi­jał się w talię.

– Prawda, że pięk­nie? – wes­tchnęła kraw­cowa przy maszy­nie. – Zupeł­nie jak księż­niczka.

Lucky lekko bek­nęła.

– Zaraz przyj­dzie pro­jek­tant i oceni – oznaj­miła sty­listka. – Ale naj­pierw spraw­dzę, czy jest dobrze dopa­so­wana.

– Czy mogę pro­sić o wodę? – wychry­piała Lucky.

Z zasko­czoną miną sty­listka podała jej gazo­wany Volvic o smaku tru­skaw­ko­wym. Lucky z waha­niem wzięła łyk. Nie cier­piała tru­ska­wek. Gdy tylko sło­dzone bąbelki dotarły do jej brzu­cha, wie­działa już, że ma duży pro­blem. Pod­bie­gła do otwar­tego okna i wystrze­liła z niej brą­zowa struga piwa z wódką, bo gor­set zadzia­łał tro­chę jak pompka do płu­ka­nia żołądka. Cuch­nąca ciecz wyla­ty­wała z niej falami. Lucky popa­trzyła w dół na płyny i żółć, które z sie­bie wyda­liła, roz­pry­śnięte niczym test Ror­scha­cha na bia­łym wybiegu. Męż­czy­zna z łysiną, któ­rego obser­wo­wała zale­d­wie kilka chwil wcze­śniej, zadarł głowę i spo­glą­dał na nią z prze­ra­że­niem, bo sam ledwo unik­nął obla­nia. Z tyłu usły­szała piski kraw­co­wej i sty­listki, bła­ga­ją­cych ją, żeby nie zwy­mio­to­wała na sukienkę. Lucky była w poło­wie w środku, w poło­wie na zewnątrz, jej tułów zwi­sał wychy­lony przez okienny para­pet. Prze­lot­nie pomy­ślała, jak dobrze byłoby tak zostać, pomię­dzy, ani po jed­nej, ani po dru­giej stro­nie, na zawsze, a potem otarła z ust kwa­śną strużkę śliny. Przed nią błysz­czały jasno sko­śne dachy Paryża. Przy­naj­mniej wycho­dziło słońce.

Rozdział drugi

Bon­nie

Przed świ­tem Bon­nie zbu­dziły dźwięki jakie­goś naj­ścia. Ktoś szar­pał drzwiami wej­ścio­wymi, pró­bu­jąc dostać się do środka. W ciągu kilku sekund chwy­ciła kij do base­balla, który miała przy łóżku, i ruszyła do małego salonu. Pokój był ciemny i nie­ru­chomy, pra­wie pusty, z wyjąt­kiem stosu kar­to­nów w rogu i skła­da­nego leżaka. Siar­ko­wo­żółte plamy świa­tła z ulicz­nych latarni padały pasmami na gołą pod­łogę. Stała nie­ru­chomo, nasłu­chi­wała. Drzwi raz jesz­cze zachy­bo­tały się we fra­mu­dze. Bon­nie wstrzy­mała oddech i zakra­dła się do nich, aż zna­la­zła się na tyle bli­sko, żeby z cichym klik­nię­ciem odsu­nąć zasuwę. Jed­nym szyb­kim ruchem otwo­rzyła drzwi na oścież i zamach­nęła się kijem w powie­trzu przed sobą. Z meta­licz­nym hukiem ude­rzył o zie­mię pod jej sto­pami. Wyj­rzała na puste pię­tro obwie­szone mokrymi ręcz­ni­kami, które dzieci sąsia­dów roz­wie­szały na noc na balu­stra­dzie, i pokrę­ciła głową. Znowu wal­czyła z samą sobą.

Bon­nie ostat­nio sypiała do połu­dnia. Praca na bramce w pobli­skim barze U Peachy’ego ozna­czała, że zwy­kle nie wra­cała do domu przed trze­cią albo czwartą nad ranem. To zupeł­nie odwrotny rytm dnia do tego z poprzed­nich lat, kiedy to codzien­nie zry­wała się przed świ­tem na tre­ning, a zanim więk­szość ludzi zdą­żyła się obu­dzić na śnia­da­nie, miała za sobą wię­cej ener­gicz­nej aktyw­no­ści fizycz­nej, niż reszta była w sta­nie wyko­nać w ciągu tygo­dnia. Na­dal ćwi­czyła, ale w ogóle nie było to porów­ny­walne z inten­syw­no­ścią pro­gramu tre­ningowego przy­go­to­wu­ją­cego do walki, kiedy jej tre­ningi raczej nale­żało nazy­wać życiem, bo w tam­tych okre­sach nie robiła niczego poza nimi.

Bon­nie wró­ciła do łóżka i zapa­dła w płytki, drę­czący sen. Obu­dził ją dźwięk tele­fonu dobie­ga­jący gdzieś z miesz­ka­nia. Uży­wała go tak rzadko, że czę­sto zosta­wiała apa­rat na lodówce albo na brzegu wanny na kilka dni, więc nie od razu umiała sobie przy­po­mnieć, gdzie leżał. Wygra­mo­liła się z łóżka i zna­la­zła komórkę na jed­nym z nie­otwar­tych pudeł w salo­nie, na ekra­nie migało imię Avery. Było wcze­sne popo­łu­dnie, nawet jak na nią to późna pobudka.

– Aves – wychry­piała.

Usły­szała, że sio­stra wypusz­cza powie­trze.

– Bon Bon, naresz­cie. Dajesz wiarę, co mama napi­sała w tym zje­ba­nym mejlu?

Bon­nie zmarsz­czyła brwi.

– Jakim mejlu?

– Jesz­cze nie widzia­łaś? Dopiero wsta­łaś?

Bon­nie poszła do kuchni, odkrę­ciła kurek i pochy­liła się, żeby napić się wody pro­sto z kranu.

– Mam komórkę z klapką – odparła, ocie­ra­jąc usta. – Nie odbiera mejli. Co tam napi­sała?

– No, to uwaga. Cze­kaj chwilkę, tylko go znajdę… O, tutaj… Dro­gie dziew­czynki, trudno uwie­rzyć, że minął już rok bez naszej kocha­nej Nicky. Piszę do was, ponie­waż, jak wie­cie, jej miesz­ka­nie stało puste przez ostat­nich dwa­na­ście mie­sięcy i pod­ję­li­śmy z tatą trudną decy­zję o jego sprze­daży. Gdy­by­ście chciały zabrać jakieś rze­czy Nicky, zrób­cie to, pro­szę, do końca tego mie­siąca. Resztę zabie­rze firma prze­pro­wadz­kowa. Pozo­staję z sza­cun­kiem, mama.

Bon­nie mimo­wol­nie wypu­ściła powie­trze. Nie spo­dzie­wała się tego. Ich sze­ścio­oso­bowa rodzina miesz­kała kie­dyś w miesz­ka­niu z dwiema sypial­niami w przed­wo­jen­nej kamie­nicy na Upper West Side, które rodzice kupili przed kil­ku­dzie­się­ciu laty dużo poni­żej war­to­ści ryn­ko­wej. Avery miała wspólną sypial­nię z Bon­nie, a Lucky i Nicky zaj­mo­wały mniej­szą. Rodzice spali w pomiesz­cze­niu, które można by nazwać małą jadal­nią, oddzie­loną od salonu malo­waną ścianką.

Bon­nie usły­szała kie­dyś, że rekin w akwa­rium rośnie do dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów, a rekin na wol­no­ści do dwóch metrów. Jed­nak ich dom z dzie­ciń­stwa naj­wy­raź­niej dzia­łał na nie odwrot­nie. Bon­nie oraz jej sio­stry rosły i rosły, aż w końcu miesz­ka­nie nie było w sta­nie ich pomie­ścić. Sama wypro­wa­dziła się krótko przed sie­dem­na­stymi uro­dzi­nami, żeby roz­po­cząć ama­tor­ską karierę, parę lat póź­niej Nicky wyje­chała do innego stanu na stu­dia, Lucky zaś, zło­wiona w wieku pięt­na­stu lat przez agen­cję, zaczęła pra­co­wać na całym świe­cie jako modelka. W końcu wszyst­kie się wypro­wa­dziły, a Avery ucie­kła i wró­ciła rok póź­niej na nowo czy­sta i zde­ter­mi­no­wana stu­dio­wać prawo. Po tym, gdy ojciec prze­szedł na eme­ry­turę, rodzice prze­pro­wa­dzili się na przed­mie­ście, rze­komo dla­tego, że mia­sto nie sprzy­jało jego zdro­wiu, co tak naprawdę ozna­czało, że nie sprzy­jało piciu. Bon­nie i Nicky wpro­wa­dziły się do miesz­ka­nia z powro­tem i dokła­dały się do opłat; Nicky uczyła angiel­skiego w pobli­skim liceum, a Bon­nie dosko­na­liła swoje umie­jęt­no­ści w klu­bie Pavla i wpa­dała na tro­chę do miesz­ka­nia pomię­dzy wyjaz­dami na zawody i obozy spor­towe. Był to szczę­śliwy układ, do samego końca.

– Co to w ogóle zna­czy „pozo­staję z sza­cun­kiem”? – spy­tała Avery pod­nie­sio­nym tonem. – Jak­by­śmy miały wąt­pli­wo­ści, czy aby dalej będzie naszą mamą?

– To bar­dzo chłodna for­muła – przy­znała Bon­nie. – Nawet jak na nią.

Natych­miast poczuła wyrzuty sumie­nia. Sta­rała się ni­gdy nie mówić źle o matce, ale wła­ści­wie ni­gdy nie były ze sobą bli­sko. To Avery i Nicky zawsze sta­no­wiły połą­cze­nie pomię­dzy pozo­sta­łymi sio­strami a matką. Nicky wzbu­dzała naj­więk­sze zain­te­re­so­wa­nie mamy, mimo że ona nie dawała z sie­bie zbyt wiele żad­nej z córek. Ponie­waż nie­na­wi­dziła sportu, a w prze­ci­wień­stwie do Nicky, Bon­nie nie prze­ja­wiała spe­cjal­nego zain­te­re­so­wa­nia sztuką, utrzy­my­wały pełen sza­cunku dystans. Tym­cza­sem Avery w doro­słym wieku wzięła na sie­bie rolę obo­wiąz­ko­wej córki, żeby pozor­nie wyna­gro­dzić swoją nie­obec­ność w cza­sie ule­ga­nia nało­gowi, więc co parę lat odwie­dzała rodzi­ców pod mia­stem i dzwo­niła w waż­niej­sze święta czy uro­dziny. Ale Bon­nie wyczu­wała tę gorącą wście­kłość na nich, jaką Avery pie­lę­gno­wała w sobie w tajem­nicy, buzu­jącą niczym magma pod powierzch­nią jej tro­skli­wo­ści. Zarówno Lucky, jak i Bon­nie po pro­stu prze­nio­sły swoje potrzeby rela­cji z rodzi­cami poza rodzinę – Lucky zawsze była pod opieką zespołu booke­rów i agen­tów, a Bon­nie miała swo­jego tre­nera boksu, Pavla Petro­vi­cha. I jeżeli potrze­bo­wały odro­biny mat­czy­nej porady i zachęty, zwra­cały się do Avery. Do kogo musiała zwra­cać się Avery, zanim poznała Chiti, tego Bon­nie na­dal nie wie­działa.

– Myślisz, że powin­ny­śmy do niej zadzwo­nić? – spy­tała Bon­nie, już się tego bojąc.

– Och, dzwo­ni­łam już – rzu­ciła dziar­sko Avery. – Zaraz, gdy tylko przy­szedł.

Bon­nie poha­mo­wała uśmiech. Avery była taką praw­niczką.

– I? – spy­tała.

– No i naprawdę sprze­dają. Mają już zain­te­re­so­wa­nego kupca.

– Wow – wydu­siła Bon­nie.

Nie wie­działa, co innego mia­łaby powie­dzieć. Avery wyda­wała się dosta­tecz­nie obu­rzona za nie obie.

– Przez resztę roz­mowy opo­wia­dała mi o nowym nawo­zie, któ­rego używa w ogro­dzie – dodała Avery, a jej głos pod­niósł się jesz­cze bar­dziej z roz­draż­nie­nia. – Typowe. Pra­wie ze sobą nie gadamy, a jeśli już, to ona chce roz­ma­wiać dosłow­nie o gów­nie.

Ich matka zawsze je kar­miła i ni­gdy ich nie biła – Bon­nie lubiła o tym sobie przy­po­mi­nać. Ale czuła się przez nie przy­tło­czona. To nie była taka mama, która speł­nia się przy goto­wa­niu i pra­cach domo­wych, jed­nak ni­gdy nie pro­siła o pomoc. Codzien­nie wie­czo­rem podej­mo­wała się zada­nia nakar­mie­nia ich czte­rech niczym bar­dzo wyczer­pany podróż­nik na samot­nej wypra­wie, któ­rej roz­po­czę­cia żałuje, ale już się z tym pogo­dził. Zda­niem Bon­nie, matka bała się Avery, Bon­nie ją zdu­mie­wała, Nicky od czasu do czasu ocza­ro­wy­wała, a na Lucky w ogóle nie zwa­żała. Oczy­wi­ście żadna z tych opcji nie była ide­alna.

Bon­nie miała znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wane uczu­cia wobec ojca. Zarówno ku jej dumie, jak i zakło­po­ta­niu, inte­re­so­wał się nią bar­dziej niż pozo­sta­łymi cór­kami, czę­sto żar­to­wał, że jest dla niego jak syn, któ­rego mu bra­ko­wało. Gdy dora­stała, wie­czo­rami zabie­rał ją do Cen­tral Parku, gdzie w mil­cze­niu rzu­cali do sie­bie piłkę na Great Lawn, pod­czas gdy ostat­nie pro­mie­nie słońca prze­su­wały się po tra­wie, a jedy­nym dźwię­kiem były ciche ude­rze­nia skóry o ich dło­nie i od czasu do czasu jakiś pomruk w uzna­niu dla wyjąt­kowo dobrego chwytu. W dro­dze do domu kładł ciężką rękę na jej karku, poga­nia­jąc ją, co było dla niej jed­no­cze­śnie przy­jemne i klau­stro­fo­biczne, bo z jed­nej strony chciała utrzy­mać jego uwagę, a z dru­giej od niej uciec, uciec przed nim i pobiec wolno, nie­skrę­po­wa­nie, do bez­piecz­nej przy­stani sióstr. Gdy Bon­nie skoń­czyła pięt­na­ście lat i odkryła boks, jego picie, wcze­śniej ogra­ni­czone do prze­strzeni poza domem lub czasu, gdy córki już poszły spać, wśli­zgnęło się we wcze­sne godziny wie­czorne, pod­czas któ­rych daw­niej grali. Mar­twiła się o niego, ale też ulżyło jej, że nie czuje już jego dłoni na swoim karku; to najbar­dziej utkwiło jej w pamięci.

– To co myślisz? – pona­gliła ją Avery. – Mamy pró­bo­wać ich powstrzy­mać?

Bon­nie nie wie­działa, co myśleć. To miesz­ka­nie było jedy­nym domem, jaki znała, zarówno kamie­niem u szyi, jak i kotwicą. Przez ostatni rok Avery opła­cała raty kre­dytu hipo­tecz­nego i czynsz, pozwa­la­jąc w ten spo­sób, by miesz­ka­nie stało puste, ale wszy­scy wie­dzieli, że taki układ nie może trwać wiecz­nie. Naj­lep­szą stra­te­gią w ich rodzi­nie, jak się prze­ko­nała, była neu­tral­ność.

– A ty myślisz, że powin­ni­śmy? – spy­tała.

– Tak – odparła zde­cy­do­wa­nie Avery. – To także nasz dom, oni nie mają takiego prawa.

– Tylko że należy do nich – wymam­ro­tała Bon­nie.

– I co z tego! – rzu­ciła poiry­to­wana Avery. Zabrzmiała jak za nasto­let­nich cza­sów. – Poważ­nie nie obcho­dzi cię to, czy go sprze­da­dzą?

Bon­nie kochała tamto miesz­ka­nie, ale po tym, co się tam wyda­rzyło, wie­działa, że już ni­gdy nie postawi w nim stopy.

– To ich miesz­ka­nie i chyba… jestem w sta­nie usza­no­wać taką decy­zję – wybrnęła.

– Boże, jak ja bym chciała być taka sto­icka jak ty – stwier­dziła Avery.

Bon­nie zachi­cho­tała nie­śmiało.

– Ja nawet nie wiem, co to zna­czy.

– To zna­czy, że w prze­ci­wień­stwie do mnie nie jesteś ska­zana na śmierć w wyniku zawału serca wywo­ła­nego nie­ustan­nym stre­sem.

– Ale co z tymi wszyst­kimi rze­czami Nicky? – spy­tała Bon­nie.

W tej kwe­stii nie była sto­icka. Avery mruk­nęła coś przez tele­fon.

– No tak. Jedna z nas będzie musiała tam poje­chać i wszystko zabrać.

– Wiem, że ja mam naj­bli­żej… – zaczęła ze stra­chem Bon­nie.

– Nie ma sprawy – prze­rwała jej szybko Avery. – Nikt nie będzie od cie­bie ocze­ki­wał, żebyś tam wra­cała. Coś wymy­ślę.

Bon­nie z ulgą wypu­ściła powie­trze. Nie cier­piała tego, że Avery musiała zawsze wszystko napra­wiać w rodzi­nie, a jed­no­cze­śnie dawało jej to poczu­cie bez­pie­czeń­stwa.

– Dzię­kuję – powie­działa cicho.

– Trudno uwie­rzyć, że to już rok – stwier­dziła Avery.

– Wiem… – Bon­nie uśmiech­nęła się smutno do sie­bie. – Kur­czę, jak z bicza trzasł.

– Brzmisz już, jak­byś była z Los Ange­les. Jak ci tam?

Bon­nie wró­ciła do pokoju i wyszła na bal­kon, lekko mru­żąc oczy przed słoń­cem.

– Świet­nie. Patrzę teraz na ocean.

Tak naprawdę Bon­nie widziała tylko alejkę pod sobą, na któ­rej mewa wyszar­py­wała brzeg pizzy z worka na śmieci. Miesz­kała na tro­chę podej­rza­nej uliczce prze­cznicę od plaży, w jed­nym z roz­pa­da­ją­cych się budyn­ków, gdzie wciąż można było wynaj­mo­wać lokum na poje­dyn­cze mie­siące. Była to więc opła­calna opcja dla wędrow­nej spo­łecz­no­ści sur­fe­rów, stu­den­tów, pra­cow­ni­ków sezo­no­wych, pod­sta­rza­łych hip­ste­rów i wysoko funk­cjo­nu­ją­cych nar­ko­ma­nów, czyli tych osób, które nada­wały dziel­nicy Venice coś, co agenci nie­ru­cho­mo­ści nazy­wali „kolo­ry­tem lokal­nym”, cho­ciaż te osoby ni­gdy same nie sko­rzy­sta­łyby z usług takiego agenta.

– To faj­nie. Ja patrzę wła­śnie na akta sprawy.

– Na­dal? U was nie jest późno?

– Znasz mnie.

Rze­czy­wi­ście. Praca odgry­wała u Avery tę samą rolę co kie­dyś nar­ko­tyki: odci­nała ją od świata.

– Zro­bi­łaś coś, żeby, no wiesz, uczcić ten dzień? – spy­tała Avery.

– Jesz­cze nie. A ty?

– Ja tylko zadzwo­ni­łam do was wszyst­kich. Gdy­by­śmy chciały zapo­cząt­ko­wać jakąś tra­dy­cję, to byłby naj­wła­ściw­szy moment.

Bon­nie zdmuch­nęła kosmyk wło­sów wpa­da­jący jej w oczy.

– Co by się spodo­bało Nicky? Nie ma prze­cież żad­nych reguł co do żałoby.

Avery zaczęła mówić zwięźle i ener­gicz­nie, tak zwy­kle poro­zu­mie­wała się z klien­tami.

– Chwi­leczkę, już spraw­dzam. – Sły­chać było, że zaczęła stu­kać w kla­wia­turę. – Jak… uczcić… rocz­nicę… śmierci.

Bon­nie pokrę­ciła głową i cicho par­sk­nęła. Skie­ro­wała uwagę z powro­tem na zażarte wysiłki mewy, która roze­rwała worek ze śmie­ciami w poszu­ki­wa­niu kolej­nych kawał­ków pizzy.

– Mnie chyba cho­dziło bar­dziej o to, co same czu­jemy, Aves. Inter­net nam nie powie, co mamy robić.

– Inter­net zawsze mówi nam, co trzeba zro­bić. Pro­szę, mam już jakąś listę. – Zaczęła odczy­ty­wać. – Punkt pierw­szy, odwiedź grób… Dobra, nie jeste­śmy wszyst­kie w Nowym Jorku, więc tego nie zro­bimy. Punkt drugi, wypuść motyle…

Bon­nie par­sk­nęła.

– Pew­nie, tylko pójdę po swoją siatkę.

Avery się zaśmiała.

– Punkt trzeci brzmi roz­sąd­niej. Napisz list, wiersz albo bloga.

– List? Bloga? Kto to napi­sał?

– Ojej, okej. Punkt czwarty, włącz ulu­bioną pio­senkę tej osoby.

– Wiesz, jaka to?

– Nie, ale Lucky by wie­działa.

– Lucky by nam pew­nie pod­po­wie­działa jakiś death­me­ta­lowy kawa­łek tylko po to, żeby się powy­głu­piać.

– Może się dowiemy, jeśli kie­dyś odbie­rze tele­fon.

Teraz jej głos zabrzmiał ostrzej, jak zawsze, kiedy sta­rała się ukry­wać zra­nione uczu­cia, choć ni­gdy by się do tego nie przy­znała. Bon­nie wie­działa, jak bar­dzo Avery sta­rała się pod­trzy­my­wać więzi z młod­szymi sio­strami, tak samo nie­uchwyt­nymi jak wspo­mniane motyle. Bon­nie miała ochotę powie­dzieć sio­strze, że sekre­tem do poko­cha­nia Lucky było sza­no­wa­nie jej potrzeby wol­no­ści. Niech sobie przy­cho­dzi i wycho­dzi kiedy chce, w końcu na cie­bie wpad­nie. Ale jak zawsze Bon­nie posta­no­wiła się nie wtrą­cać.

– Dobra, dalej – cią­gnęła Avery. – Punkt piąty, możemy urzą­dzić spe­cjalną uro­czy­stość upa­mięt­nia­jącą. Punkt szó­sty, wyraź miłość kwia­tami…

– Żadna z tych rze­czy nie jest w stylu Nicky.

– Wiem. Okej, ostatni punkt na liście radzi, żeby usiąść.

– Tylko tyle? – Bon­nie zmarsz­czyła brwi. – To jest cała rada? Usiąść?

– Tylko tyle napi­sali. Usiądź.

– Tyle chyba możemy zro­bić.

– Ja już sie­dzę przy biurku. Mam się prze­siąść?

– Tak, usiądź gdzieś indziej. Na pod­ło­dze.

– Dobra, ty też sia­daj na pod­ło­dze.

Bon­nie usia­dła na pod­ło­dze w kory­ta­rzu i oparła się ple­cami o ścianę, zamknęła oczy. Sły­szała mewy i sąsia­dów, któ­rzy cicho się kłó­cili, męż­czy­zna powta­rzał „mówi­łem ci, mówi­łem ci”, a ponad tym wszyst­kim cichy szum fal. Pro­mie­nie słońca lśniły złoto przez skórę jej powiek. Powie­trze pach­niało solą, śmie­ciami i słoń­cem.

– Czu­jesz, żeby to coś robiło? – spy­tała.

– To chyba nie ma niczego robić – odparła Avery. – Cho­dzi po pro­stu o to, żeby­śmy miały oka­zję sobie ją przy­po­mnieć i poczuć, no wiesz, ten żal.

– Faj­nie.

– Czu­jesz?

– Mój żal? Tak mi się wydaje. A może po pro­stu jestem głodna. – Chciała, żeby to było śmieszne, ale Avery mil­czała. – A ty? – spy­tała nie­pew­nie. – Czu­jesz?

Usły­szała płytki oddech Avery.

– Jestem na nią taka zła – wyszep­tała Avery. – Czy to nie jest popie­przone? Wiem, że powinno być mi smutno, ale czuję głów­nie złość na nią.

– To chyba… nor­malne? Prawda? Powin­naś spy­tać Chiti, ona będzie wie­działa.

– Nie wydaje mi się to nor­malne. Wiesz co, mam ochotę ją skrzyw­dzić. Gdyby tu była, wal­nę­ła­bym ją w szyję.

Bon­nie się uśmiech­nęła.

– To naprawdę dziwne miej­sce, żeby kogoś ude­rzyć.

– Wiesz, nie chcia­ła­bym jej bić po twa­rzy. Tylko zbli­żyć się na tyle, żeby wie­działa, że jestem na nią naprawdę wście­kła.

– Rozu­miem. Ja też bym ją wal­nęła w szyję.

– Tylko że ty byś ją pew­nie w ten spo­sób zabiła.

– Za późno.

Te słowa zawi­sły roz­wi­bro­wane pomię­dzy nimi.

– Jak naprawdę się czu­jesz, Bon Bon? – spy­tała Avery. – Jak tam… w tym noc­nym klu­bie?

– W porządku. – Bon­nie wzru­szyła ramio­nami. – Dziś wie­czo­rem pra­cuję.

Daleko w Lon­dy­nie Avery mruk­nęła z nie­za­do­wo­le­niem.

– Co ty tam w ogóle robisz? Prze­cież my zupeł­nie nie pasu­jemy do Los Ange­les.

– Może ja pasuję – stwier­dziła Bon­nie.

Ale tak naprawdę nie uwa­żała, żeby paso­wała gdzie­kol­wiek, czy do Los Ange­les, czy gdzieś indziej. Tak długo była bok­serką, że zapo­mniała stać się osobą. Wybrała to mia­sto, bo było daleko od miejsc jej tre­nin­gów w Nowym Jorku i wyda­wało jej się, że łatwo tam będzie o pracę. Nie było dla niej ważne, czy jej się tam podoba. Zna­la­zła się tam tylko po to, żeby uciec.

– Miesz­ka­nie w Los Ange­les jest jak zwią­zek z pięk­nym czło­wie­kiem, który nie ma nic do powie­dze­nia – oznaj­miła Avery. – Na krótki czas to w porządku, bo wiesz, sama zobacz, ale osta­tecz­nie zda­jesz sobie sprawę, że potrze­bu­jesz wokół sie­bie ludzi, któ­rzy czy­tają książki i mają praw­dziwe nosy.

Bon­nie zmarsz­czyła brwi. Czy Avery w ogóle odwie­dziła Los Ange­les w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat? Skąd może wie­dzieć, jak się tu mieszka?

– Nie wiem, jak długo tu zostanę – rzu­ciła nie­zo­bo­wią­zu­jąco.

Jed­nym miej­scem, w któ­rym czuła jakąś wolę walki, był ring. Poza jego linami łatwiej było się pod­dać, zwłasz­cza przy Avery, któ­rej pew­ność sie­bie była niczym kowa­dło prze­wa­ża­jące w każ­dej roz­mo­wie.

– Mogłaś się zatrzy­mać u nas! – zawo­łała Avery. – Chiti byłaby zachwy­cona. A na pół­nocy Lon­dynu jest dobra siłow­nia z klu­bem bok­ser­skim.

– Wiesz, że już nie tre­nuję. Mówi­łam ci o tym.

– Dobra, dobra, odpu­śćmy siłow­nię. Nie musisz wal­czyć, jeśli nie chcesz. Mogła­byś kogoś tre­no­wać, mogła­byś zostać mene­dżerką w jakimś spo­rcie, mogła­byś zało­żyć fun­da­cję. Tylko pamię­taj, kim jesteś, Bon­nie.

Bon­nie znów zamknęła oczy. Nagle poczuła olbrzy­mie zmę­cze­nie.

– Kim?

– No, przede wszyst­kim jesteś mistrzy­nią świata kobiet. Sama nie pamię­tam nawet połowy wygra­nych przez cie­bie zawo­dów, ale wiem, że było ich dużo. Jesteś naj­sil­niej­szą osobą, jaką znam, w środku i z zewnątrz. I jesteś moją sio­strą. Zauważ, pro­szę, że żaden z powyż­szych opi­sów nie obej­mo­wał bram­karki w noc­nym klu­bie.

– Tylko że ja jestem bram­karką. Wła­śnie nią jestem.

Avery mil­czała, Bon­nie nie­mal sły­szała, jak machina jej umy­słu pra­cuje, spraw­dza­jąc, jaką tak­tykę wypró­bo­wać.

– Wiesz, że Nicky by tego dla cie­bie nie chciała – powie­działa w końcu Avery.

Czyli, pomy­ślała Bon­nie, osta­tecz­nie powo­łuje się na pra­gnie­nia zmar­łych. Kla­syk.

– Chcia­łaby, żebyś robiła to, co kochasz – mówiła dalej Avery.

Bon­nie deli­kat­nie stuk­nęła głową o ścianę za sobą.

– Cza­sem nie cier­pię tego, co kocham – wyznała.

– Nawet mnie?

– Cie­bie ni­gdy – zaprze­czyła Bon­nie, choć dosko­nale wie­działa, że Avery tak odbie­rze tę uwagę.

Pew­nie dla­tego, podej­rze­wała, w ogóle tak powie­działa. Avery wydała jakiś odgłos pomię­dzy mruk­nię­ciem a wark­nię­ciem.

– Ja po pro­stu tylko cię kocham. I wła­śnie dla­tego cię cisnę.

– Wiem. Ja cie­bie też kocham. Bez też. – Tak im mówiła Nicky. Bez „też”. Tylko „kocham”. – Słu­chaj, muszę się zbie­rać na bie­ga­nie. Zadzwo­nię do cie­bie w przy­szłym tygo­dniu?

– Mhm – mruk­nęła Avery. – Nie będziesz bie­gać w nie­skoń­czo­ność.

Bon­nie prze­brała się w krót­kie spodenki i spor­towy sta­nik, po czym ruszyła na plażę. Bie­gała osiem kilo­me­trów po pia­sku dzien­nie, a potem jesz­cze ćwi­czyła tro­chę kali­ste­niki na drąż­kach na Muscle Beach. Nie miało to w ogóle porów­na­nia do reżimu tre­nin­go­wego, do jakiego była przy­zwy­cza­jona, ale przy­naj­mniej poma­gało jej cał­kiem nie zwiot­czeć. Nie bar­dzo lubiła publicz­ność tury­stów, któ­rzy zbie­rali się wokół, obser­wu­jąc czę­sto odwie­dza­ją­cych to miej­sce kultury­stów, ale było tu taniej niż na siłowni, a poza tym sku­piała na sobie dużo mniej uwagi niż napa­ko­wani, opa­leni męż­czyźni, napom­po­wani jak base­nowe zabawki, któ­rzy spę­dzali całe dnie, pusząc się na ławecz­kach do wyci­ska­nia. Czę­sto była jedyną kobietą na porę­czach, a już na pewno jedyną, która była w sta­nie pod­cią­gnąć się sto razy w cza­sie poni­żej pię­ciu minut, ale po tre­nin­gach bok­ser­skich była do tego przy­zwy­cza­jona. Nie grała w żadne sporty dru­ży­nowe od gim­na­zjum i rzadko wymie­niała wię­cej niż prze­lotne żar­ciki z part­ner­kami spa­rin­go­wymi. Czuła, że w towa­rzy­stwie poru­sza się z gra­cją niedź­wie­dzia griz­zly. Na porę­czach, podob­nie jak w życiu, była pozo­sta­wiona sama sobie – i mówiła sobie, że tak wła­śnie lubiła naj­bar­dziej.

Tylko że odkąd zaczęła tre­no­wać w wieku pięt­na­stu lat, tak naprawdę ni­gdy nie była sama. Może się wyda­wać, że bok­ser na ringu jest samotny, ale wystar­czy tro­chę roz­sze­rzyć kadr i dwa, trzy metry dalej w naroż­niku zawsze będzie stał tre­ner, który przyj­muje każdy cios razem z nim. Naprawdę dobry tre­ner widzi to, co jego pię­ściarz i czuje to samo, co on. A bok­ser potrze­buje tego wspar­cia, cał­ko­wi­cie na nim polega, jak dziecko na matce. Jest to sekretna bez­bron­ność wpi­sana w duszę tego sportu, ta intymna zależ­ność. A jed­nak z takiego pod­da­nia się zależ­no­ści bie­rze się zdol­ność do indy­wi­du­al­nej odpor­no­ści, która może spra­wiać wra­że­nie wręcz nie­ludz­kie. Bok­se­rów tre­nuje się zawsze do walki, ni­gdy do ucieczki. Bon­nie widziała wielu bok­serów i bok­serek leżą­cych pła­sko na ple­cach, ale ni­gdy ucie­ka­ją­cych z ringu. Mimo prze­strogi sędziego na początku walki, by „w każ­dej chwili chro­nić sie­bie”, boks wymaga prze­zwy­cię­że­nia naj­głęb­szych natu­ral­nych odru­chów, żeby za wszelką cenę się chro­nić. Aby to zro­bić, trzeba zno­sić ból.

Gdy za pierw­szym razem Bon­nie weszła do klubu bok­ser­skiego, była z nią Nicky. Miała pięt­na­ście lat, a Nicky dwa­na­ście; rodzice powie­rzyli jej odpro­wa­dza­nie Nicky każ­dego popo­łu­dnia ze szkoły przez park, kiedy sami byli w pracy. Avery wcze­śnie skoń­czyła liceum i już dobi­jała się podwójną liczbą kur­sów na Colum­bii, a dzie­się­cio­let­nia Lucky cho­dziła na zaję­cia popo­łu­dniowe, kiedy ich mama pra­co­wała. Pew­nego popo­łu­dnia, zamiast iść dalej na zachód przez park do ich miesz­ka­nia, Bon­nie bez ostrze­że­nia popro­wa­dziła Nicky na połu­dnie, w kie­runku śród­mie­ścia.

Wtedy Bon­nie już od wielu tygo­dni oglą­dała wyłącz­nie filmy o bok­se­rach, zmu­sza­jąc wszyst­kie sio­stry do wspól­nego odgry­wa­nia scen z Wście­kłego Byka i Rocky’ego. Wcią­gnęła się w to jesz­cze zanim wkro­czyła na ring, ale ich matka uwa­żała ten sport za bar­ba­rzyń­ski i odmó­wiła pła­ce­nia za lek­cje. To ich ojciec, który ama­tor­sko tre­no­wał boks w liceum, otrzą­snął się z pijac­kiego odrę­twie­nia na tyle, żeby ukrad­kiem dać Bon­nie pie­nią­dze i powie­dzieć jej, żeby poszła kie­dyś spró­bo­wać. Bon­nie spraw­dziła wszyst­kie kluby bok­ser­skie na szkol­nym kom­pu­te­rze i wybrała taki naj­bli­żej domu. W ten spo­sób zna­la­zły się przed Gol­den Ring, sali tre­nin­go­wej urzą­dzo­nej w daw­nym skle­pie, bez żad­nej więk­szej renomy.

Była zima, wielką wysta­wową witrynę pokry­wała para, a spa­rin­gu­jące i ska­czące na ska­kance postaci po dru­giej stro­nie były roz­ma­za­nymi cie­niami. Bon­nie stała spa­ra­li­żo­wana przed szybą, nagle zbyt zde­ner­wo­wana, żeby tam wejść, ale Nicky otwo­rzyła drzwi. W środku cuch­nęło, było wil­gotno i cie­pło. Powie­trze wypeł­niały ryt­miczne posy­ki­wa­nia, ude­rze­nia, trza­ski i pla­śnię­cia w ryt­mie stac­cato. Bon­nie stała w wej­ściu, a jej wzrok bie­gał od osoby do osoby. Wszy­scy to byli męż­czyźni, dużo starsi od niej, wszy­scy cał­ko­wi­cie pochło­nięci tre­nin­giem; nikt nawet nie zer­k­nął w ich stronę. Nagle roz­brzmiał dzwo­nek i hałas przy­cichł. Męż­czyźni odrzu­cili ska­kanki albo ode­rwali się od spa­rin­gów, żeby chwy­cić butelki z wodą i ręcz­niki. To był jej moment, ale Bon­nie się wahała. Nicky musiała o tym wie­dzieć, bo pode­szła do wyso­kiego męż­czy­zny, który wła­śnie skoń­czył ska­kać na ska­kance, i przyj­rzała się mu. Jego ciało przy­po­mi­nało Bon­nie pan­terę; widziała mię­śnie pra­cu­jące pod skórą, kiedy się poru­szał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Chcę cię poczuć (fr.). [wróć]

2. Mój Boże! Jesteś zbyt sek­sowna (fr.). [wróć]

3. W porządku (fr.). [wróć]

4. Ależ oczy­wi­ście (fr.). [wróć]

5. Moja sio­stra (fr.). [wróć]

6. Rozu­miem (fr.). [wróć]

7. No nie (fr.). [wróć]

8. Ależ tak! (fr.). [wróć]