Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Druga część powieści „Silne dziewice” autorstwa Marcel Prévost przynosi dalszy rozwój wydarzeń i pogłębia portrety bohaterów. Relacje między postaciami stają się coraz bardziej skomplikowane, a decyzje podejmowane pod wpływem emocji zaczynają przynosić nieoczekiwane konsekwencje.
Autor z niezwykłą wnikliwością ukazuje mechanizmy życia towarzyskiego oraz wpływ opinii publicznej na losy jednostki. Bohaterowie muszą zmierzyć się z pytaniami o uczciwość wobec siebie i innych, o granice wolności oraz o cenę, jaką płaci się za przekraczanie społecznych norm.
Druga część audiobooka prowadzi słuchacza ku finałowi historii, w którym losy bohaterów splatają się w dramatyczny i poruszający sposób.
Audiobook czyta Bernadetta Statkiewicz
Produkcja: Studio 4P Acoustic
Realizacja nagrania: Aniela Mazur
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 141
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszelkie prawa zastrzeżone.Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Żadna jej część nie może być powielana, reprodukowana, rozpowszechniana ani przetwarzana w jakiejkolwiek formie — elektronicznej, mechanicznej, kserograficznej, nagraniowej lub innej — bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
ISBN: 978-83-68669-22-0
Wydanie IWarszawa 2026
Wydanie elektroniczne (EPUB)
Wydawca:4P Acoustic sp. z o.o.
Tytuł: Silne dziewice. Część 2. Lea.
Autor: Marcel Prevost
Opracowanie redakcyjne: Aleksandra Szatkowska
Skład i opracowanie edytorskie: Wiktor Piechowski
Wszelkie znaki towarowe, nazwy własne i marki użyte w publikacji należą do ich prawnych właścicieli.
Marcel Prevost
Część druga
LEA
Cała przyjacielska kolonia, którą powiększyła Edyta Craggs, listownie zaproszona, zebrała się tego wieczoru przy stole Ortsenów.
Podczas pierwszych dań, Tinka zakłopotana, prawie nie siadała. Do pomocy miała tylko służącą gospodyni, niezmiernie powolną. Georg robił honory domu. Jedzenie było doskonałe: zupa z ostryg z ryżem, homar duszony w maśle; kaczka pieczona i sławny tort z jabłkami.
Wszyscy współbiesiadnicy pili zwykle tylko wodę, ale Georg zażądał butelki szampańskiego na cześć wiosny.
Fryderyka, Lea i Tinka, która nareszcie usiadła razem, przyznały, że wino było doskonałe.
Jedna Edyta nie dała się namówić. Jako wymówkę przytoczyła te słowa psalmisty: „W drodze pić będzie wodę z potoku; i dla tego podniesie głowę !"
Wino uczyniło Tinkę nadzwyczaj wymowną. Uprzedziła z góry o tym.
- Pamiętasz, Georg, dzień moich zaręczyn z profesorem Ebner?... Ojciec nalał mi dwa duże kieliszki musującego wina. Nigdy dotąd nie piłam. Tak mnie spojono, iż weszłam na stół i odegrałam całą zaimprowizowaną komedię... Nadzwyczaj bawiło to gości!
- Ale swoją drogą byli skandalizowani - odparł Georg. - Pani Reubner, ciotka Ebnera, oświadczyła, że jesteś wariatką i co najprędzej trzeba ciebie zamknąć w zakładzie w Elsingfors.
- A narzeczony? - spytała Edyta. - Co mówił na to?
- Znalazł, że jestem zachwycająca. Przyklaskiwał; ucałował mnie, co sił starczyło. Później, nazajutrz po ślubie, powiedział: „Zabraniam ci pić w towarzystwie choć kroplę szampańskiego wina, Tinko! Byłaś tak nieprzyzwoitą w dzień zaręczyn, Ale gdy będziemy we dwoje, będę ci często przynosił szampańskie…” Takim był profesor Ebner! - dodała z komiczną minką.
Maczając swe usta w złotym płynie, mówiła:
- Ten człowiek podlegał dwóm wpływom: swoim namiętnościom i opinii ludzkiej. Poza tym, nie był łym. Byłam z nim bardzo szczęśliwą, więcej niż lat siedem lat.
- Siedm lat!... - zawołała Lea. - Jakże wcześnie wyszła za mąż!
- Mając lat osiemnaście. Profesor Ebner miał dwadzieścia osiem. Wydawał mi się zupełnie starym, z tym szerokim czołem i złotą lornetką... Tak śmiałam się, gdy mi powiedziano, że on chce się ze mną żenić i że będę „panią profesorową!" Ojciec spytał, czy jestem zadowolona, powiedziałam, że tak; jestem gotowa wyjść za mąż, tegoż jeszcze wieczoru. Wytłumaczono mi, że trzeba poczekać... Myślałam tylko o jednej rzeczy: nie chciałam rozłączać się z Georgiem. Stąd powstały trudności, gdyż mój narzeczony nie życzył sobie, by mój brat był ciągle z nami. Ale tak się uparłam, że mało brakowało do zupełnego zerwania.
- Kochana Tinka - powiedział Georg, końcem palców podnosząc loczki na czole siostry. - Ma żelazną energię, gdy zechce!
- Gdy ty zechcesz - poprawiła Tinka. - W gruncie rzeczy, mnie jest wszystko jedno, aby tylko pozwolono mi zajmować się gospodarstwem i pisać… Muszę tylko mieć koniecznie koło siebie kogoś, kogo kocham - pociągnęła za jasny wąs brata - który by mi mówił, co trzeba myśleć i czego pragnąć... Wówczas pojmuję jasno te rzeczy i umiem chcieć. Nie macie pojęcia, jak to słodko dla kobiety, małej słabej kobiety, czerpać swą energię z istoty podziwianej i kochanej.
- Owszem - odrzekła Lea - rozumiem to!
Ujęła rękę starszej siostry i przycisnęła do ust.
- Tinka przesadza - odezwał się Georg. - Ona nie jest wcale moim echem... Ale prawdą jest, że żyliśmy z sobą w takiej zażyłości, pomimo dwóch lat różnicy wieku, iż jednocześnie myślimy o tych samych rzeczach... Ale jakże się różnimy na innych punktach! Ona jest czynną, drobiazgową; ja nieporządny i leniwy…
- Bo jesteś cierpiący - zaprotestowała Tinka.
- Nie... tylko dla tego, że ruch i praca męczą mnie... Praca moja, jako artysty, jest mimowolną częścią tego, co odczuwam. A Tinka umie swe myśli, spostrzeżenia i odczucia wyrazić słowami, ja jestem amatorem, który nic nie stworzy, ty już napisałaś nieśmiertelną książkę. Przyjdzie dzień, gdy nasz język nie będzie nieznanem narzeczem, a wtedy świat skłoni się przed twym geniuszem
Georg patrzył na Tinkę i taka wiara promieniowała z jego oczu, iż ogarnęła Frydrykę, Edytę i Leę.
Tinka spoważniała; jej oczy zamyślone dziwny stanowiły kontrast z dziecinną twarzyczką, loczkami i haftowanym fartuszkiem subretki.
Fryderyka spytała:
- W jaki sposób zaczęłaś pisać, Tinko?
- W bardzo prosty, w chwili, gdy musiałam zarabiać na życie... Wiesz zapewne, w jakich okolicznościach musiałam opuścić profesora Ebnera?... Z biedną służącą, gdy był kawalerem, miał córkę. Nie przyznając się do niej, wychował ją, a gdy służąca umarła, oddał ją do rzemiosła. Gdyśmy się o tym dowiedzieli, Georg i ja, powiedzieliśmy memu mężowi: „Trzeba, żeby twoja starsza córka mieszkała razem z nami". Zaczął kłamać, mówił, że nie ma córki... a widząc, że wiemy wszystko, oświadczył, że nie może jej uznać i wziąć do siebie, że toby mu zaszkodziło w opinii miasta... że ja i Georg jesteśmy parą wariatów…
Wówczas zginęło uczucie, jakie miałam dla mego męża, zmniejszyło się me uczucie dla dzieci, małej Karolki i Idy, gdyż, patrząc na nie, myślałam o tamtej, ich starszej siostrze, którą dla nich poświęcono... „Och! Georg - zawołałam, co robić? Ten dom jest domem nieprawości, nie mogę w nim dłużej pozostawać!” - „Dobrze - odparł - odjeżdżamy. Ja również nie mógłbym patrzeć nieustannie na tego człowieka." Tegoż wieczoru porzuciliśmy razem dom i miasto, odpływając statkiem do Kopenhagi.
- Nie żałowałaś niczego? - spytała Lea, której Tinka wydała się w tej chwili wstrętną, na myśl o opuszczonych dzieciach.
- Owszem, ale Georg był mi podporą. Konieczność pracy była najlepszą rozrywką. Georg zarabiał trochę, malując portrety... ja malowałam pudełka i wachlarze, ale nie mogłam znaleźć nabywcy na mą pracę. Georg powiedział: „Powinnaś opisać swoją historię." Tegoż dnia wzięłam się do dzieła. Nic nie wymyśliłam: nie umiem tworzyć. Opisałam prawdę, zmieniając tylko nazwiska… Ponieważ kocham mój kraj, więc z przyjemnością opisywałam równiny, jeziora; płacząc, wspominałam dom i pola, po których z bratem biegałam. Płakałam na myśl o Karoli i Idzie, które były tak ładne, tak serdecznie obejmowały rączkami.
- Pamiętasz, Tinko? - szepnął Georg - gdy skończyłaś rozdział, czytałaś mi: ileż razy płakałem, słuchając! Oh! Kochany stary dom w Kopenhadze; z wypukłymi szybkami w oknach. Jakże czuliśmy się tam czystymi na sumieniu! O drogi czas walki!
Trzymając się za ręce, patrzyli sobie w oczy, Byli rzeczywiście dla siebie całym światem.
Lea posmutniała, Fryderyka czuła się wzmocnioną, Edyta wypowiedziała słowa:
- Pan rzekł: „Gdy będziesz myślał, że jesteś sam, ja stanę u twego boku."
A później - pytała Lea z wilgotnymi oczami i zarumienioną twarzyczką - dlaczego opuściliście Kopenhagę?
- Klimat nie służył Georgowi - odparła Tinka. - W jesieni idzie z Bałtyku podmuch ostry, który przenika do kości i szpik zamraża. W październiku przeraziłam się, słysząc kaszel Georga, w napadzie którego zdawało się, że duszę wyzionie. Moja książka: „Tamta córka" co tylko się ukazała. Miała wielki rozgłos u nas i w krajach skandynawskich... Pierwsza edycja została rozprzedana w dni kilka; mieliśmy więc trochę pieniędzy. Postanowiliśmy udać się do wielkiego miasta, z łagodniejszym klimatem, gdzie moglibyśmy się poradzić powag lekarskich. Naturalnie wolelibyśmy Paryż, Riwierę lub Włochy, o których marzyliśmy od dzieciństwa, ale szczupłe były nasze kapitały. Skutkiem jednej okoliczności, wybraliśmy Londyn. W Kopenhadze otrzymałam list od pani Sanz. Nie znała mnie, ale czytała moją książkę, pisała mi o niej przyjemne rzeczy i prosiła bym ją odwiedziła, jeżeli będę kiedy w Londynie. Zwróciłam się do niej; czekała nas na dworcu kolejowym. Od razu za jej staraniem, Georg otrzymał kilka lekcji... Mogliśmy żyć.
- Georg jest teraz wyleczony? Prawda? - spytała Lea.
- Tak - odparł Georg - jestem zdrów. Nigdy nie miałem tak dobrej zimy; a dzisiejsze wiosenne powietrze działało na mnie pobudzająco.
Wstał, wyprostował się, zdawało się, że pozbył się ciężaru, który go dawniej ugniatał.
- Chodźmy do mej pracowni - powiedział - będzie nam tam wygodniej.
Zaprowadził gości do swej pracowni, której oszklona ściana wychodziła na dziedziniec. Z sufitu zwieszał się szabaśnik, z którego dwóch gałęzi wymykał się płomyczek gazu, jasne rzucający światło na ściany, zawieszone szkicami, na wschodnią kanapę, obarczoną poduszkami. Palisandrowe pianino stało w jednym rogu, w drugim stał stół do ustawiania modeli. Kawę podano w malutkich filiżaneczkach, na niskim stoliczku, Tinka i Georg zapalili papierosy. Lea usiadła koło Tinki i patrzyła swoimi dużymi, niebieskimi oczami, jej idealna twarzyczka zdradzała prawdziwą ekstazę.
- Mów, Tinko, tak lubię cię słuchać... Opowiedz nam jeszcze o Georgu i o sobie.
- Ale nie mam więcej nic do powiedzenia, mój aniołku drogi... Znasz teraz naszą całą historię, która nie jest ani długa, ani skomplikowana.
- Chciałabym przeczytać twą książkę.
- Przeczytasz ją wkrótce... Wyjdzie w angielskim tłumaczeniu, a zresztą, jeżeli dalej tak pójdzie, będziesz mogła ją przeczytać w oryginale.
Lea rzeczywiście zaczęła rozumieć i mówić kilka zdań w narzeczu fińskiem. Śpiewała również swym ładnym głosem narodowe piosenki, których się nauczyła od Georga i Tinki.
- Ta nowa książka, którą piszesz, czy prędko będzie gotową? - spytała.
- Mam nadzieję skończyć za miesiąc, wówczas będziemy trochę bogatsi, może uda nam się pojechać do Włoch.
Georg odezwał się:
- Ta nowa powieść jest nadzwyczaj piękną. Może dla niektórych będzie mniej wzruszającą jak „Tamta córka", ale ona jest wznioślejszą, lepiej broni niezależności sumienia kobiety... Zdaje mi się, że będzie miała większy jeszcze rozgłos.
- Wybierasz zawsze kwestię kobiecą? - spytała Fryderyka.
- Mój Boże, nie mam właściwie dokładnego pojęcia o tym, co nazywają „kwestią kobiecą". Słyszałam o tym w dzieciństwie od koleżanek i nauczycielek. Na Północy kwestia ta roznamiętnia... Georg i ja nie tworzymy żadnych teorii. Widzimy jasno, że mężczyzna i kobieta mają te same prawa, że opanowanie jednej przez drugiego jest nadużyciem siły. Ja piszę powieści, w których, być może, ta prawda jest wykazaną.
- Opowiedz treść przyszłej książki - nalegała Lea.
- A więc dobrze! To historia wzięta z życia? Opisuję tam małżeństwo mistyczne, w którym tylko zakończenie wymyśliłam.
- Co nazywasz małżeństwem mistycznym?
Tinka, ze zmarszczonym czołem, szukała określenia, Georg poradził:
- Opowiedz treść... To będzie najlepsze wytłumaczenie mistycznego małżeństwa.
- Masz rację - odparła Tinka. - Otóż rzecz się dzieje w Finlandii, naturalnie niedaleko od jeziora Ładoga. Ten kraj nie jest tak zimny jak nasz. Wielu Rosjan spędza tam lato i jesień, w pałacach i willach. To jest kraina małych jezior i zielonych pagórków, niebo ma koloryt południowy. W jednym z miast wielkich tej krainy mieszka bogaty, despotyczny budowniczy, nazwiskiem Lindstroem. Wdowiec, mieszka ze swą córką Hildą. Człowiek ten ma okropne obyczaje; odwiedza jedną z upadłych kobiet, a obecność Hildy, jej czystość lat dwudziestu, jest mu nie na rękę. Chce ją wydać za nauczyciela Wichmana, przyjaciela swego, który jest tak zepsutym, jak i on sam. Hilda odmawia; Lindstroem nalega i w końcu, by ją zmusić, oświadcza, że ta upadła kobieta zamieszka z nimi razem. Spełnia swą groźbę
- Cóż czyni Hilda? - spytała zaniepokojona Lea.
- Hilda, tegoż wieczoru, jak ujrzała kobietę w domu ojca, uciekła wprost do człowieka, którego szanowała, profesora Miklewicza, który był jej nauczycielem. Był to trzydziestopięcioletni uczony, o twarzy przyjemnej i dobrej reputacji. Profesor zdziwił się niezmiernie, widząc jedną ze swych lepszych uczennic, w płaszczu zarzuconym na domową sukienkę, wchodzącą do jego mieszkania. „Sergiuszu Miklewiczu - rzekła Hilda - uważałam pana zawsze za człowieka honoru, żyjącego w bojaźni Bożej i szanującego wszystko, co jest godne tego... Jestem w okropnym położeniu, albo wyjść muszę za człowieka, którym pogardzam; albo zostać w domu i ocierać się o brudy… Czy chcesz poślubić mnie?” - „Poślubić cię, Hildo! Ja biedny profesor, poślubić mam młodą dziewczynę, bogatą i piękną, jaką ty jesteś?” „Słuchaj, Sergiuszu Miklewiczu... Nie kocham ciebie, zresztą, byłam świadkiem rozmaitych smutnych wypadków i postanowiłam nigdy za mąż nie wychodzić. Będę twą żoną tylko dla świata... Ja błagam cię o twą bezinteresowną opiekę. Będziemy mistycznymi małżonkami”...
- I Sergiusz zgadza się na to?
- Zgadza się. Nie sądź, że tu cokolwiek wymyśliłam. Związek dwóch istot, które kochają się, jak siostra z bratem wybranym, nie są rzadkością w naszym kraju i we wszystkich okolicach skandynawskich.
- Mam kilka sławnych przykładów - odezwał się Georg; - na przykład. Zofia Kowalewskiej. Ona i jej dwie siostry, chcąc być niezależne, udały się razem do profesora matematyki, zupełnie tak, jak Hilda, prosiły, by wybrał jedną z nich za żonę, tylko dla świata aby wszystkie trzy od razu uzyskały swobodę. Kowalewski przyjął propozycję: wybrał Zofię, która odtąd stała się sławną.
- Pochwalacie takie związki? - spytała Edyta Craggs, która od jakiegoś czasu milczała nadąsana.
Georg odrzekł:
- Uważam, Edyto, że one są o tyle wyższe od zwyczajnych małżeństw, o ile duch bierze górę nad ciałem... To jest rzeczą naturalną, że mężczyzna dobiera sobie towarzyszkę życia; ale przyjrzyj się z bliska wszystkim stadłom, zobaczysz, że niezgody, wstyd, nędze moralne powstają skutkiem tego, że małżonkowie połączyli nie tylko uczucia swe i dusze, ale najniższe instynkta cielesne. Tego nam dowiódł nieśmiertelny Tolstoj w Sonacie Kreutzerowskiej.
Nie rozumiejąc dokładnie znaczenia słów Georga, Lea czuła w sobie harmonię z tym, co on wypowiadał; było jej dobrze i słodko.
Po raz pierwszy zapragnęła być zawsze z tym przyjacielem, który, tak jasno wypowiadał szlachetne myśli. Oczy Georga, zwrócone w tej chwili na młodą dziewczynę, wyczytały jej gorącą aprobatę. Uśmiechnęli się do siebie.
- Ja - rzekła Edyta, przerywając milczenie - ja potępiam takie małżeństwa. Są niebezpieczne i prowadzą na pokuszenie. Chrystus zawsze głosił, że celem małżeństwa są dzieci. Małżeństwa nie rozmnażające się, są to sztuczki papistów, tak jak ten Alojzjusz, lub ten, którego nazywają błogosławionym Robertem d' Arbrissel.
Ta przemowa wypowiedziana była z taką energią i głębokiem przekonaniem, a tak niezgodną była z pojęciami otoczenia, iż odpowiedzią był wybuch śmiechu.
Edyta zamilkła z zupełną obojętnością.
- Edyto - odparł Georg - jest trochę prawdy w twoim kazaniu, nawet książka Tinki po części przyznaję ci rację. Małżeństwo mistyczne jest rzeczą wzniosłą, ale nie dla dusz przeciętnych.
Lea prosiła:
- Tinka, opowiedz nam koniec powieści.
Tinka zaczęła opowiadać.
- To, co wam mówiłam, stanowi część pierwszą. W drugiej odnajdujemy Sergiusza i Hildę w Niemczech. Kochają się wzajemnie, Sergiusz, pod wpływem żony, a raczej siostry z wyboru, staje się istotą doskonalszą, mniej egoistyczną, bardziej jej godną. A Hilda, pod wpływem umysłu o głębszej kulturze, robi postępy na drodze nauki i sama staje się uczoną.
- Oh! - szepnęła Lea. - Możliwie są takie związki?... Widziałaś je, Tinko?
Zamyślona Fryderyka chciała coś powiedzieć, ale wstrzymała się. Patrząc uważnie na Leę i Georga, słuchała opowiadania.
- Otóż, to jest trzecia część książki. Nieznacznie Sergiusz Miklewicz traci humor, staje się kwaśnym, ponurym. Żona stara się go rozerwać. On milczy zawzięcie. W końcu, jednego dnia, złamany gorączką, spowiada się: kocha swą towarzyszkę, nie tylko mistyczną miłością, ale pospolitą miłością mężczyzny do kobiety. Kochał ją tak od pierwszej chwili, gdy uczyć ją zaczął. Kocha ją, pożąda jej. Każe jej ulec; chce używać swych praw. Hilda stara się przypomnieć mu uczynioną przysięgę: mówi ze słodyczą, błaga… Nic nie pomaga. Samiec przebudził się w nim. Wówczas Hilda oświadcza, że opuści dom męża, tak jak opuściła dom ojca. „Nie możesz tego uczynić - woła Sergiusz.- Prawo jest za mną. Policja sprowadzi cię do tego domu, jeżeli go porzucisz. A jeżeli ośmielisz się podać do sądu przyczynę naszej niezgody, wiesz dobrze, że zostaniesz skazaną.”
- Ależ - protestowała Fryderyka - czy to możliwe, żeby Hilda w rzeczywistości nie mogła uwolnić się od wymagań męża? Przecież podstawą ich związku był formalny układ, określający ich wzajemny stosunek.
- Żaden sąd nie przyjąłby jej skargi - odparł Georg. - Prawdopodobnie byłaby nawet uznaną za niemoralną.
Edyta zawołała:
- Mieliby rację! Kto wydaje córkę za mąż, dobrze robi, powiedział apostoł Paweł; ale kto nie wydaje jej za mąż, lepiej czyni. Po cóż Hilda wychodziła za mąż, jeżeli postanowiła zachować czystość dziewiczą? Małżeństwo jest przeciwieństwem dziewiczości.
- Czyż nie mogła przynajmniej rozwieść się? - pytała Fryderyka.
- Nie - mówiła Tinka. - W żadnym prawodawstwie Europejskim, o ile wiemy, nie jest to punktem do rozwodu. Walka kobiety z prawami mężczyzny stanowi przedmiot trzeciej części mojej książki. Hilda, szukając obrony przeciw nędznemu mężowi, zwraca się do księdza, do magistratu; ale i prawo boskie i ludzkie odpycha ją. Wówczas Hilda wskakuje do łodzi i rzuca się w fale morza.
Trzeba sobie wystawić miejsce, gdzie Tinka wymawiała te słowa, pracownię wąską i długą, okno szarą zasłonięte firanką, jasne światło gazu, padające na szkice i grupę słuchaczy, siedzących na kanapie.
W rogu Tinka, oparta o poduszki, tak mała, że nóżki jej nie dotykały ziemi, w białej pikowej sukni z bukiecikiem bławatków, miała wygląd czarodziejski.
Fryderyka i Edyta, chociaż nie zgadzały się z jej teoriami, patrzyły na nią z podziwem; Edyta, dziwna i śmieszna w swoim kostiumie oliwkowym, z twarzą pokrytą wyrzutami, włosami lnianemi i niezgrabnem ciałem. Fryderyka z głową opartą na ręku, bez śladu, rumieńca na pięknej, matowej cerze, z płomiennym błyskiem w cudnych oczach.
Lea, nerwowa i drżąca, zwracała to na Tinkę, to na Georga swe źrenice, często zamglone. W tym dziwacznym opowiadaniu porywało ją to poświęcenie dla brata z wyboru i heroizmy prawdziwie czystego uczucia. Georg obserwował ją. Zmuszał oczy młodej dziewczyny do zwracania się ku niemu i dziwił się, że ta pieszczota spojrzenia sprawiała mu rozkosz prawdziwą. Słodka niemoc opanowała go po tym dniu, spędzonym z nią razem. Pragnął, by to posiedzenie nie miało końca, bał się samotności i bezsennej nocy.
Służąca Ellen, która w salonie uporządkowała stół, przyszła oznajmić:
- Wszystko gotowe, proszę pani!
Na dziedzińcu znajdowały się stajnie. Konie właśnie wprowadzano... Przekleństwa i kłótnie stajennych dochodziły do wnętrza pracowni... Później cisza zaległa; czasami dochodził głuchy odgłos uderzenia kopytem o słomą wysłaną ziemię. Lea spytała:
- Powiedz, Tinko. Znałaś prawdziwą Hildę, bohaterkę twej powieści?
- Tak - odparła Tinka… - Prawdziwa Hilda była towarzyszką mojego dzieciństwa, pierwsza część książki jest jej historią. Ale, dzięki Bogu, uniknęła nieszczęścia mej bohaterki. Jest zupełnie szczęśliwa z człowiekiem, którego kocha i który, również jak ona, nie myśli o zmianie ich braterskich stosunków.
Oczy Lei i Georga spotkały się, odgadli, że myśl ich była wspólną.
Ale Tinka nagle skoczyła i śmiejąc się jak mała dziewczynka, zawołała:
- Oh!... Zostawmy tę całą literaturę... Ona nam daje sposób do życia, oto wszystko... Chodźmy śpiewać i grać. Jutro niedziela, nie można będzie.
Poszła do fortepianu, wzięła parę akordów, mówiąc:
- Chodź, Georg... Zagraj coś bardzo smutnego, nastrojowego.
Georg siadł do fortepianu; Lea usiadła niedaleko, Tinka, wspinając się na paluszki, przewracała kartki.
Georg zagrał jakąś melodię Czajkowskiego, później melancholijną przygrywką przeszedł na piosnkę finlandzką.
Jak do wszystkich sztuk pięknych, Georg uzdolniony był i do muzyki, ale był miernym wykonawcą, nigdy niezadowolonym z siebie.
- Lea - szepnął - zaśpiewaj.
Lea prędko nauczyła się piosenek finlandzkich, które Tinka miała w kajecie przepisane. Posłuchała.
Teraz, gdy Tinka nie potrzebowała przewracać kartek, wdrapała się na stół modelowy i wyciągnęła w kształt sfinksa: muzyka ją hipnotyzowała.
- Dźwięki zamieniają się dla mnie w obrazy - mówiła. - Nic tak mnie nie zachęca do pisania, jak muzyka.
