Silne dziewice. Fryderyka. Tom 1. Kolekcja klasyki romansu. - Marcel Prevost - ebook + audiobook

Silne dziewice. Fryderyka. Tom 1. Kolekcja klasyki romansu. ebook i audiobook

Marcel Prévost

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Powieść „Silne dziewice” autorstwa Marcel Prévost to jeden z najbardziej dyskutowanych utworów końca XIX wieku. Autor z dużą przenikliwością opisuje świat paryskiej burżuazji, w którym pozory moralności często skrywają skomplikowane relacje, ambicje i emocje.

W tej historii poznajemy młode kobiety funkcjonujące w społeczeństwie pełnym konwenansów i oczekiwań. Bohaterki próbują odnaleźć własną drogę między tradycją a rodzącą się nowoczesnością, między uczuciem a społecznymi zasadami. Powieść ukazuje napięcia między tym, co wypada, a tym, czego naprawdę pragną bohaterowie.

Pierwsza część audiobooka wprowadza słuchacza w realia epoki i stopniowo odsłania złożone relacje między postaciami. To opowieść o miłości, reputacji i wyborach, które mogą zmienić całe życie.

 

Audiobook czyta Bernadetta Statkiewicz
Produkcja: Studio 4P Acoustic
Realizacja nagrania: Aniela Mazur

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 139

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 0 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Bernadetta Statkiewicz

Oceny
5,0 (10 ocen)
10
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© 2026 4P Acoustic sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone.Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Żadna jej część nie może być powielana, reprodukowana, rozpowszechniana ani przetwarzana w jakiejkolwiek formie — elektronicznej, mechanicznej, kserograficznej, nagraniowej lub innej — bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 978-83-68669-22-0

Wydanie IWarszawa 2026

Wydanie elektroniczne (EPUB)

Wydawca:4P Acoustic sp. z o.o.

Tytuł: Silne dziewice. Część 1. Fryderyka.

Autor: Marcel Prevost

Opracowanie redakcyjne: Aleksandra Szatkowska

Skład i opracowanie edytorskie: Wiktor Piechowski

Wszelkie znaki towarowe, nazwy własne i marki użyte w publikacji należą do ich prawnych właścicieli.

Silne dziewice

Marcel Prevost

Część pierwsza

FRYDERYKA

Rozdział 1

Statek pruł spokojnie srebrne fale wód, pozostawiając za sobą białe mury szpitala Greenwich i otaczający go park, na którym jesień pozostawiła już swe ślady.

Płynąc w górę Tamizy, zatoczył szerokie koło. Zwolnił biegu. Kominy jego wydzielały teraz tylko lekki dym, który zaraz stapiał się z otaczającą mgłą.

Woda niosła go ku miastu.

Podróżni opuścili kajuty, stojąc na pokładzie, wpatrywali się w ten Londyn, który wydawało się, że jest wielkim zwojem mgieł czerwonych. Widać było tylko zarysy wielkich, ponurych gmachów.

Jedni z podróżnych mieli twarze wypoczęte, lekkie ubrania, znać przybywali z Ranesgate, Margate lub Donores. Inni zaś, zmęczonymi ruchami i liczbą bagaży, zdradzalı dalszą podróż. Przybywali z Francji. Poprzedniego dnia wsiedli na statek w Boulogne, i przebywając kanał doznali niegościnnego przyjęcia od kapryśnego morza.

Między nimi właśnie, dwie młode dziewczyny w żałobie stały oparte o balustradę.

Przytulone do siebie, niespokojne swe myśli wysyłały ku tej mgle krwawej, z której wyłonić się miało to miasto, cel ich podróży. Podobne były do siebie. Jaka to tajemnica tkwi w tym podobieństwie dwóch istot, które różnią się wzrostem, twarzą, kolorem włosów i oczu, a jednak każdy, przechodząc powie z przekonaniem: „to są siostry!" Te zresztą, ubrane były jednakowo: jednakowe czarne kostiumy, bez żadnych ozdób, zgrabnie ubierały piękne figury; jednakowe pelerynki z czarnego sukna obejmowały twarzyczki wysokimi kołnierzami, czarne kapelusze z takimiż woalkami dopełniały stroju. Ale jedna z nich, wyższa, wydawała się starszą, miała włosy czarne, lśniące, rysy regularne, niepozbawione szlachetności, cerę matową i oczy ciemne. Tymczasem młodsza, niższa, szczuplejsza, przy porównaniu wydawała się blondynką, chociaż była jasną szatynką, o blado niebieskich oczach i twarzyczce sentymentalnej, która przypominała wizerunki z epoki romantyzmu. Artystę zajęłaby więcej starsza, ale zwyczajni podróżni na „Czarnym księciu" z większą ciekawością przypatrywali się młodszej. Tak różne między sobą a jednak dla każdego, na pierwszy rzut oka były siostrami.

Na brzegu Tamizy, pełno było dużych łodzi, które ładowały, lub wyładowywały towary. Kilka dużych statków stało na kotwicy. Mijano trzymasztowiec, cały biały, który ciągnięty był przez inny statek.

- Patrz, Fryderyko - zawołała młodsza - statek z Norwegii. Nazywa się Olda.

Fryderyka roztargniona, nie od razu odpowiedziała.

- Oh! Leo! - szepnęła po chwili. - Pomyśl, że jesteśmy tu same..., że dążymy do tego miasta, któremu niesiemy nasze wysiłki tak jak to uczyniła Romana Pirnitz przed czternastu laty? Może jechała tym samym statkiem, wszak tę samą drogę przebywała: widziała to niebo, tę żółtą wodę. Jej ręce może spoczywały na tem miejscu, gdzie są twoje teraz!..

- Droga Pirnitz - szepnęła Lea. - Droga przyjaciółka! Jej myśl musi nam towarzyszyć od wczoraj. Czuję się, jakby ogarnięta przez nią. A ty?

Parowiec holowniczy zbliżył się do „Czarnego księcia"; z komina jego wydobywał się gęsty, czarny dym. Delikatna twarzyczka Lei skurczyła się, kaszel ją porwał.

Siostra ujęła jej rękę.

- Może ci zimno? Jak słońce zaszło czuć wilgoć. Zejdźmy do kajuty, chcesz?

- Oh! nie, proszę cię, Fedi - błagała Lea. - Zostańmy! Chcę widzieć…

Krajobraz zmienił się. Na wybrzeżu widać było długie linie magazynów, na których widniały ogromne napisy, wielkie łodzie przybijały do brzegów, po rzece pływały ogromne płyty, które statek zręcznie omijał. Kursowały już małe stateczki - ommibusy, przepełnione ludźmi.

Wielki parowiec, napełniony podróżnymi minął „Czarnego księcia." Nic nie zdradzało bliskości miasta, które kryło się za skrętem, jaki robi Tamiza przed Limehouse; ale płynęło się w ruchomem mieście. Poza nadbrzeżnymi magazynami widziało się znów maszty, nareszcie statek przebył skręt Limehouse. Londyn ukazał się. Londyn, jakim go nie znają podróżni przybywający koleją z Charing Cross, Londyn, widziany z tej wielkiej paszczy, jaką miasto olbrzym wchłania w siebie życie świata. To było coś gigantycznego, a smutnego; miasto zdawało się być jedną fabryką.

Domy, zdawały się służyć tylko na skład towarów, pokryte były taką grubą warstwą sadzy, iż nie można było odgadnąć, czy cegła była czerwona czy żółta. Statki, jak domy, miały wyraz smutku i zmęczenia, robiły wrażenie rzeczy nadmierną pracą zużytych. Na prawo ciągnęła się najludniejsza i najbiedniejsza część Londynu - Limehouse, Stepney, Whitechapel. Na lewo. Rotherhithe i Bermondsey, nędzne i niebezpieczne środowisko południo-wschodu. Tamiza dzieliła je na duże części, a wody jej żółte, brudne, poruszane falami, pokryte były rozmaitymi odpadkami, roślinnymi i zwierzęcymi.

- To miasto przygnębia mnie już - odezwała się Lea, tuląc się do siostry.

Fryderyka, której wzrok był pełen energii, lepiej znosiła smutek otoczenia, mocno ścisnęła rękę młodej dziewczyny.

- Tak - odparła. - Zaledwie się wejdzie... Ta masa domów i ludzi, jakby więzi człowieka... Pirnitz doznawała tego co my, a jednak widzisz, ona silniejszą była niż miasto.

- To tak niepodobne do Paryża. - szepnęła Lea.

Urodzone paryżanki, rzuciły Paryż po raz pierwszy, więc naturalnie, obie siostry, żywo miały w pamięci te malownicze, wesołe widoki brzegów Sekwany koło Asnières i Auteuil.

- Patrz - rzekła starsza - to jest piękne.

Statek świszczał przeraźliwie, zawiadamiając o swoim przybyciu... Wjechano do portu. Po obu stronach Tamizy wznosił się las masztów, kominów, Te olbrzymy przybyły z Indii, Egiptu, Kanady, z obu Ameryk i Australii. Zebrane tu w tym porcie świętej Katarzyny, świadczyły dowodnie o tych niezliczonych niciach, wiążących Londyn ze światem całym. Odgadywało się bogactwo i potęgę państwa angielskiego.

- Patrz! - powtórzyła Fryderyka.

To, co Fryderyka pokazywała, było starym miastem, sercem Londynu, który nareszcie wynurzył się z czerwonej mgły, statek płynął bardzo wolno. Ukazał się zamek, stary, z wieżycami. Dalej złocona kolumna, a jeszcze dalej, na prawo świątynia Świętego Pawła.

Na wprost, przecinał horyzont olbrzymi most, nowy, prawie biały, zdawał się być gotyckimi wrotami grodu.

Gdy statek podpłynął środek mostu wzniósł się w górę, by dać przejście, a po obu końcach czekały rozmaite wehikuły i mnóstwo przechodniów.. Z wielką ostrożnością przepłynął teraz „Czarny książę" wąską przestrzeń dzielącą Tower Bridge od starego mostu Londynu. Zwracał się na prawo, zbliżał do brzegu; Fryderyka i Lea rozróżniały twarze ludzi, którzy oparci na parapecie przyglądali się statkowi. Za tym szeregiem głów i ramion, widziały przechodniów, kursujące dorożki i omnibusy. Za mostem rozpoczynało się stare miasto.

Były to domy, powozy, kobiety, mężczyźni, tak, jak w Paryżu; dlaczegóż na pierwszy nawet rzut oka, wszystko było tak inne? Była szósta godzina, gdy łańcuchy, przywiązujące „Czarnego księcia", zgrzytnęły…

Szósta godzina we wrześniu, mglistym i ponurym. Fryderyka i Lea stały na przodzie statku. One ostatnie wylądowały, popychane bez ceremoniii przez podróżnych. Gdy stanęły na deskach stanowiących przejście na ulicę, Lea pierwsza spostrzegła sylwetkę osoby ubranej w zieloną suknię. Twarz tej nieznajomej miała wyraz dziecinny, ale brzydka była, i pokryta wyrzutami. Na głowie piętrzył się wielki kok, na którym był umieszczony kapelusz, śmiesznie płaski i zsunięty na tył głowy.

- Patrz Fedi; czyż to nie ona? Czyż to nie Edyta?

- Ta blondynka, co trzyma parasolkę? Prawdopodobnie... Tak podobna do Daisy…

Nieznajoma zbliżyła się: para maleńkich, spokojnych oczu patrzyła badawczo i po chwili, po francusku, lecz z silnym angielskim akcentem, przemówiła:

- Panny Surier?.. Prawda? Jestem Edytą Croggs, siostrą Daisy.

- Oh! jaka pani dobra, żeś przyszła na nasze spotkanie!

Systematycznie Edyta Croggs ucałowała oba policzki obu sióstr.

- Jakże się czujecie?

- Trochę jesteśmy zmęczone - odparła Fryderyka. - Płynęłyśmy od piątej rano.

- Jak to, przybyłyście parowcem aż z Francji? Dlaczegoż nie siadłyście na kolej w Donores?

- Oh! - odparła Fryderyka z uśmiechem… - Chciałyśmy koniecznie przybić Tamizą. To jest rodzaj przesądu... ponieważ kobieta, którą znasz pewno z nazwiska, a którą my czcimy, tą drogą przybyła po raz pierwszy do Londynu.

- Romana Pirnitz? - spytała śmieszna osóbka.

- Tak.

- Miałyśmy ją w Londynie we Free College kilka miesięcy temu... Rozumiem was. Nie można jej znać i nie kochać. Co to za dusza!

Mówiąc te słowa, Edyta skinęła na tragarza, któremu wskazała kufer młodych dziewcząt, a człowiek wziął go na plecy.

Przeszli wąską, krętą uliczką na jakiś mały dziedzińczyk, gdzie czekały dorożki. Włożono kufer i walizki na jedną z nich.

- Czy lubicie Londyn? - spytała poważnie Edyta.

Pytanie to tak było zabawne, w takim otoczeniu, gdzie prócz brudnych murów, widać było tylko mały skrawek zadymionego nieba, iż siostry nie mogły powstrzymać uśmiechu. Lea odrzekła:

- Podróż Tamizą jest piękna.

- Dla mnie - mówiła Edyta, którą zmieszał dojrzany uśmiech - piękność domów i ulic nic nie znaczy. Kocham Londyn, bo w nim dużo ludzi, którzy pracują rękami, plecami, jak pociągowe zwierzęta, czarni są od dymów fabrycznych, a tak biedni, iż ze swoimi rodzinami mają zaledwie połowę potrzebnego chleba... Zobaczycie to, zobaczycie... Będziecie tu żyć, w otoczeniu biednych, którzy są wizerunkiem Chrystusa.

Lea i Fryderyka spojrzały na siebie, zdziwione słowami Edyty. Ani Romana Pirnitz, której one były wysłankami, ani inne kobiety oddane w Paryżu tej samej sprawie, zupełnie świeckiej, nie używały tego tonu religijno-misyjnego, który im się nie podobał.

- Macie - zwróciła się Edyta do tragarza, podając mu trzy pensy. - Nie mamy ani złota, ani srebra, jak apostoł. Ale co mamy, to wam oddajemy. Jeżeli nie będziecie zmęczeni, przyjdźcie którego wieczora do naszego zakładu dla robotników Walworth Road, 17, Elephant and Castle... Będziesz miał czym się pożywić i rozerwać bez grzechu. Oto program.

Człowiek bez śmiechu i bez słowa wziął papier, złożył, schował do kieszeni czarnej swej bluzy i odszedł krokiem ciężkim.

- Czy pani go zna? - spytała Fryderyka.

- Pierwszy raz go widzę - odparła Edyta.- Ale trzeba wszędzie siać ziarno. Jedno pada na kamień, drugie na drogę; ale gdy trafi do ziemi, daje sto za jedno... Czy już wszystko gotowe?

Policzyła pakunki podróżnych.

- Siadajmy - wyrzekła. - Three, Apple Three Yard, Piccadilly - podała adres woźnicy.

Usiadła naprzeciw sióstr; pojechały.

W tej długiej drodze, przez serce Londynu, łączące, Mansion - House z Trafalgar Square, Fryderyka i Lea mało co widziały, bo noc zapadła szybko; latarnie zaczynały się palić. Zdawało im się, że przejeżdżają przez rodzaj ulicy Montmartre, z czarnymi, wysokimi domami; więcej omnibusów, mniej dorożek; szybko lecące hansom-cabs, przecinały to wszystko. Szyldy były ogromne, krzyczące, pozbawione gustu. Domy wąskie, z cegieł zabrudzonych sadzą, różniły się zupełnie od bogatych i biednych domów paryskich. Jakie istoty żyły za tymi oknami?

Domy obcokrajowców mają wygląd tajemniczy dla tych, co na nich patrzą po raz pierwszy, tak jak gdyby chciały ukryć przed ciekawością przechodnia duszę narodu.

Edyta, głosem spokojnym, jak gdyby mówiła kazanie, opisywała siostrom mieszkanie, które dla nich wybrano.

- Stosownie do tego, co pisała mi z Paryża Daisy, szukałam dla was pokoju w środku Londynu. Nic nie znalazłam stosownego... wtedy panna Sanz, wiecie przełożona tego wspaniałego Free College, które założono znów na Kensington Road?

- Tak - odparła Fryderyka - mówiła mam o niej Pirnitz.

- Otóż, panna Sanz wskazała mi pokój duży... Piękny, w zacnym domu, gdzie mieszkają jej przyjaciele, finlandczycy, siostra i brat. Obejrzałam pokój i zatrzymałam go dla was na tydzień, zdecydujecie same, czy zatrzymacie go na dłużej. Zdaje mi się, że sąsiedzi będą się wam podobać; brat jest malarzem portrecistą; siostra pisze powieści. Są nadzwyczaj godni szacunku... naturalnie, jak tu jest zwyczaj, możecie stołować się w domu, gdy zechcecie.

Lea pełna imaginacji, wystawiła sobie sąsiadów swych z Apple Three Yard, jako staruszków systematycznych, oddanych pracy drobiazgowej i wyblakłej.

- Byłaś pani bardzo dobrą, zadając sobie tyle trudu - rzekła Fryderyka.

- Która z was chce pracować u Clariss and Sons? - pytała Edyta.

- Ja - odparła Lea.

- Ja także pracuję u Clariss and Sons - mówiła dalej Edyta. - O! Nie jestem rysowniczką, nie mam wcale, a wcale talentu. Jestem nadzorczynią. Pani, która masz gust, jak mi mówiła panna Sanz, będziesz zaciekawiona tymi warsztatami. Zdaje mi się, że nawet w Paryżu, nie posiadacie podobnych w dziale dekoracji papierowych i wyrobu materii na meble.

To wszystko mówione było tonem obojętnym, który mroził uczucia wdzięczności i sympatii.

Dorożka wjechała na plac rzęsiście oświetlony elektrycznością i gazem.

- Gdzie jesteśmy - spytała Fryderyka.

- W Piccadilly Circus - odparła Edyta. - Ta wielka ulica, Regent Street, prosta droga do Leicester Square, Kwartał francuski. O! brzydki, obrzydliwy Kwartał... Zbliżamy się do naszego mieszkania.

Rzeczywiście, dorożka skręciła koło kościoła St. James, przebyła Jermyn Street, skręciła na lewo i stanęła.

Trzy młode panny wysiadły. Fryderyka i Lea patrzyły na wszystko tym wzrokiem młodości, który zdaje się chłonąć w siebie wszystko... Dojrzały, że Apple Three Yard, było rodzajem zaułka, zrobionego z domów wąskich, na żółto pomalowanych. Nr. 3 miał dwa piętra na antresoli, okna bez okiennic z płóciennymi storami; na tych oświeconych storach, nieuniknione lustro rzucało swój cień... Naprzeciwko wysoki gmach typ jeszcze nowy w Londynie, otoczony był rusztowaniem z drzewa.

Gospodyni domu, osoba szczupła, w czarnym czepku, przyjęła podróżne z zimną grzecznością. Poprowadziła je przez korytarz do pokoju, który Edyta dla nich wybrała: pokój był duży i dobrze umeblowany. Dwa łóżka żelazne stały obok siebie, duża szafa, krzesła skórą kryte, umywalka, biurko z kałamarzem. Po obu stronach kominka palił się gaz.

- Będzie wam wygodnie? - spytała Edyta Fryderyki, gdy wnoszono pakunki.

- Ależ z pewnością - odparła Lea. - Patrzcie... nie ma okien.

- Tak, dlatego pokój tańszy - mówiła Edyta. - Ale tędy wchodzi dużo światła i powietrza - dodała, wskazując na kwadratowy otwór w suficie. - Nawet w nocy możecie nie zamykać okienka.

Wniesiono wszystko, zamknięto drzwi, i młode dziewczęta zostały same. Edyta odezwała się:

- Jeżeli chcecie, ubierzcie się teraz i zaraz pójdziemy do Free College.... Nie jesteście nazbyt zmęczone? Pani Sons poleciła mi przyprowadzić was dziś jeszcze: jest... czytanie, wy to nazywacie konferencją, prawda? Następnie jest herbata... Przyjdziemy na herbatę. Ale może już teraz jesteście głodne?

Fryderyka i Lea uspokoiły Edytę. Jadły na statku przed samym przyjazdem do Londynu. Podczas, gdy mała angielka siadła przy biurku i zagłębiła się w czytaniu Biblii, Fryderyka i Lea obmyły się z kurzu.

Edyta, zajęta czytaniem nie ruszała się. Odwróciła się, gdy usłyszała:

- Już jesteśmy gotowe!

Mała kobiecina przypatrywała się uważnie i potrząsnęła głową.

- Czy jest co niestosownego w naszym stroju? - spytała Lea.

Nie - odparła Edyta. - Ale jesteście obie bardzo ładne i ładnie się ubieracie! Jak droga Chrystusa jest ciężka dla takich dziewcząt, jak wy... Oh! Boże!

Frydryka i Lea, rozgorączkowane tym uczuciem ciekawości, jakie budzi pierwsza podróż, z radością ujrzały się znów na ulicach Londynu. Apple Three Yard, Jermyn Street, John Street, wydały im się uliczkami ponurymi, źle oświetlonymi. W Piccadilly Circus, zdawał się koncentrować cały ruch i światło.

Wsiadły z Edytą do omnibusu, który udał się zaraz na Kensington. Było koło dziewiątej. Przez drogę Edyta wskazywała rozmaite ciekawe rzeczy.

- Green Park... Hyde Park Corner... Ambasada francuska, tu, na prawo.

Wysiadły na rogu Allen Street. Dalej poszły piechotą do Free College, oddalonego zaledwie o ćwierć mili.

Duży budynek, nowy, w zwyczajnym stylu angielskim, oświetlony, dwoma kanciastymi szczytami; było to Free College. Całość była z cegły czerwonej; szczyty z kamienia białego. Fryderyka, Lea i i Edyta weszły do bramy, później do sieni, zapełnionej płaszczami i kapeluszami; przeszły przez salon, który zamieniono teraz na bufet i weszły do ogromnej sklepionej sali, gdzie kończyła się konferencja.

To jest jadalnia uczennic - objaśniła Edyta swe towarzyszki. - Służy też do wykładów; stoły zsunięte formują estradę w głębi, ławki są dla słuchaczów.

Kobieta, elegancko ubrana, sądząc z wyglądu i akcentu - amerykanka, siedziała za stołem i mówiła. Trzy młode panny słuchały.

- Oto mój wniosek - mówiła prelegentka.- Przypuśćmy, że egzystują różnice radykalne między inteligencją mężczyzny i kobiety, ale to nie jest argument, dowodzący potrzeby oddzielnej edukacji, przeciwnie, widzimy tu konieczną potrzebę wspólnej nauki. Im więcej się różnią, tym większą korzyść odniosą przy wspólnym wychowaniu, mogąc się wzajemnie udoskonalić i nabywać zalet i przymiotów, których nie nabędą, jeżeli zostawieni będą własnej naturze... Jeżeli przeciwnie, jak przypuszczam, nie ma między inteligencją mężczyzny i kobiety różnic zasadniczych…

- To jest prelekcja o wspólnej edukacji - szepnęła Edyta. - Taką praktykuje się w Ameryce w wielu nawet wyższych zakładach np: w Krox College. Prelegentką jest panna Ada Smith. Ona jest Lady Principal w Brixton College to jest Uniwersytet kwitnący, gdzie młodzi ludzie i młode panny przechodzą zupełnie te same nauki, razem jedzą i razem się bawią. Panna Ada Smith jeździ teraz po całym Zjednoczonym Państwie z serią odczytów.

Oklaski przerwały Edycie. Energiczna elegancka kobieta, gestykulując, kończyła przemowę i schodziła z estrady.

- Ale - spytała Fryderyka - Free College nie jest szkołą wspólną?

- Oh! nie... Pani Sanz nienawidzi tego systemu, który jest sprzeczny z jej poglądami. Tylko we Free College, każdy ma prawo wyjawiać swe przekonania, aby one tylko były godne szacunku. Ja nawet, mając inne pojęcia, jak Pani Sanz i Romana Pirnitz, miałam w tej sali prelekcję o „Przygotowaniu się do małżeństwa." Jutro, uczennice będą dysputować na temat wspólnego wychowania, napiszą wypracowania, zdadzą egzamin i już wtedy będą mogły ocenić system tutejszy: wychowanie kobiety przez kobietę.

Prelegentka energicznie wstrząsała podawane sobie ręce, pocałowała tłustą blondynkę - panią Sanz - i nareszcie wyszła, a słuchacze wychodzić poczęli na salę.

- Gdzież są uczennice? - spytała Lea.

- Ależ tu - odparła Edyta - wszędzie, pomiędzy publicznością, którą stanowią rodzice, i przyjaciele szkoły... Patrz, ta panienka w białej muślinowej sukni, to jest uczennica... Ta w niebieska - również.

- Nie ma mundurków?

- Poza lekcjami, każda ubiera się jak chce. Większość kładzie wieczorowe suknie, codzień na kolację. Mają może aż za wiele upodobania w strojach.

Fryderyka i Lea były tego samego zdania, chociaż nie zaznały nędzy, wychowane były w bardzo skromnym otoczeniu, to też ta gotycka nawa, wydała im się nadto wspaniałą na salę jadalną dla uczennic; te suknie muślinowe, niebieskie, różowe, białe, lekko dekoltowane, te kwiaty we włosach i przy stanikach, dziwiły te dusze proste, które ulepione rękami apostołki, nauczyły się gardzić środkami, zwiększającymi i uwydatniającymi urok kobiety. Zauważyły jednak, że te strojne panny rozmawiały z mężczyznami z zupełną prostotą.

Wszyscy przeszli do salonu, gdzie podano herbatę na małych stoliczkach. Edyta, wyglądająca, jak kwakierka, w swej skromnej zielonej sukni, podprowadziła nowoprzybyłe do grupy, w której tłusta pani Sanz, rozmawiała z gośćmi.

- Proszę pani, o to są dwie Francuzki.

- Oh! - zawołała panna Sanz, szczerze uradowana. - Jakże jestem szczęśliwa, że was widzę! Moja droga pani Pirnitz tak mi was polecała! Pozwólcie mi ucałować was...

Ucałowała je po macierzyńsku, następnie zaprowadziła do pustego stolika w rogu sali.

- Porozmawiamy sobie i poznamy się.

Jedna z uczennic, w kremowej muślinowej sukni, zakrytej haftowanym fartuszkiem, podeszła do nich, pytając o rozkazy, zupełnie jak subretka z teatru.