Serce spowite mrokiem - Iwona Serej - ebook

Serce spowite mrokiem ebook

Iwona Serej

0,0

Opis

Poznaj dalsze losy bohaterów książki "Serce spowite mrokiem"!

Po ucieczce z wyspy Sierra i Lana trafiają do niezwykłej kolonii ukrytej pod powierzchnią oceanu. Dla dziewczyn wszystko jest tu nowe – ludzie, zasady i technologia, o której w ich wiosce dawno zapomniano. A choć znalazły schronienie, nie mogą być jednak pewne, czy naprawdę są bezpieczne.
Mieszkańcy Odnovy pozostają w napiętych relacjach z inną frakcją i jednocześnie szukają na kontynencie terenu, który nadawałby się do życia mimo skażenia. Wśród nowych ludzi i wyzwań Sierra próbuje znaleźć dla siebie miejsce, ale musi zmierzyć się z własnymi demonami oraz konsekwencjami decyzji, którą podjęła.
Zmutowane stworzenia, nieznane tereny i ruiny dawnej cywilizacji przypominają, jak niebezpieczny i nieprzewidywalny stał się świat poza wyspą. Czy Sierra odkryje, co naprawdę doprowadziło do upadku dawnego świata i jaką tajemnicę skrywają szamanki?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 445

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Serce spowite mrokiem

Serce spowite mrokiem. Tom 2

Copyright © Iwona Serej

Copyright © Wydawnictwo Excalibur

Wydanie I, Wrocław 2026

ISBN: 978-83-981060-0-9

Redakcja: Joanna Karyś

Korekta: Patrycja Szura

Skład i łamanie: Piotr Mańturzyk

Ilustracja na okładce: Martyna Starczewska

Ilustracje w tekście: Martyna Szpil-Augusiewicz KajuArt

Opracowanie graficzne okładki: Anna Piotrowicz, Joanna Karyś

Wektory: Anna Piotrowicz

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

All right reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

instagram.com/kociara_pisze/

instagram.com/wydawnictwoexcalibur

tiktok.com/@kociara_pisze2

tiktok.com/@wydawnictwoexcalibur

www.wydawnictwoexcalibur.pl

fb.com/wydawnictwoexcalibur

Trigger warning

Książka zawiera treści przeznaczone dla osób powyżej szesnastego roku życia. Pojawiają się opisy przemocy oraz zabójstwa. Ostrzegamy również przed obrazowymi opisami pająków, co może być istotne dla osób zmagających się z arachnofobią.

Część I

Dziewczyna, która nosiła w sobie smutek

Rozdział 1

Gdy Sierra wpatrywała się w ściany swojego więzienia, po raz kolejny dotarło do niej, że znów zaufała nieodpowiedniemu mężczyźnie.

Była tak bardzo, bardzo głupia. Gdyby pozostała w niej jeszcze jakakolwiek chęć do życia, sama dałaby sobie w twarz.

Być może powinna – tak jak Lana – walić pięściami w ścianę.

Być może powinna – tak jak Lana – wrzeszczeć na strażników przynoszących im jedzenie.

Być może powinna – tak jak Lana – walczyć zaciekle z obcymi, którzy, ubrani w szeleszczące białe kombinezony, zbliżyli się do nich, gdy tylko opuściły statek.

O ile dawna rywalka w ogóle była prawdziwa.

Sierra nie była jednak Laną i po raz pierwszy w życiu się poddała.

Reed zdążył jej tylko powiedzieć: „Zaufaj mi. Znajdę was później, muszę im to wyjaśnić”. Tylko że to później nie nastąpiło ani godzinę po ich rozmowie, ani dwie. Nawet nie dzień. Minęło siedem długich dni i nocy, a mężczyzna, któremu zaufała, zniknął bez słowa.

Sierrze przeszło przez myśl, że być może wcale jej nie zdradził. Co, jeśli sam został uwięziony? W końcu przywiezienie dwóch dzikusek do kolonii, która strzegła swoich tajemnic, musiało mieć jakieś konsekwencje. Co, jeśli okazały się dotkliwsze, niż Reed się spodziewał? Chciała w to wierzyć, ale ostatecznie pozostało jej zaakceptować smutną prawdę: jeśli wybierał pomiędzy dziewczyną, którą znał kilkanaście dni, a miejscem, w którym się urodził i w którym mieszkała jego córka, decyzja była oczywista.

– Musisz jeść – syknęła Lana, która usiadła naprzeciwko niej. Z jej błękitnych oczu wyzierała wściekłość. – Nie waż się teraz stchórzyć. Wdepnęłyśmy w to razem i razem się z tego wygrzebiemy, rozumiesz?

Ją też zawiodłam. Zaufała mi, bo ja ufałam Reedowi. Jak mogłam ją w to wciągnąć?

– Ona ma rację, wiesz? Jesteś strasznym tchórzem – powiedziała Rosa i splotła dłonie na pękatym brzuchu.

– Przyszła szamanka! Nadzieja plemienia. Wielkie mi rzeczy. Nie dość, że nie uratowałaś żadnej z nas – Dakota stanęła za nią – to jeszcze uciekłaś, gdy tylko nadarzyła się taka okazja.

– Nie ma was tutaj – wyszeptała Sierra, a łyżka wyślizgnęła się spomiędzy jej palców i z głośnym stukotem uderzyła o stół. Widziała jedynie beżową, nijaką ścianę, o którą opierała się Rosa.

– Jak to mnie nie ma? – syknęła Lana i szarpnęła jej rękę. – Sierro, nie wiem, co się teraz z tobą dzieje, ale musisz pozbierać się do kupy, rozumiesz? Potrzebuję cię.

Rosa parsknęła, a okrutny uśmiech wykrzywił jej łagodną twarz.

Nie istniejesz. Jesteś martwa, sama cię pochowałam, pomyślała Sierra, ale nie potrafiła oderwać wzroku od siostry.

Zaczęło się trzeciego dnia ich izolacji – tylko tyle wystarczyło, by kruchy spokój i nadzieja, które w sobie nosiła, rozsypały się w pył. Zrobiły miejsce żałobie i szaleństwu. Bo Sierra wiedziała, że traci zmysły i choć czuła, że z każdym dniem znajduje się coraz bliżej obłędu, to nie potrafiła mu się oprzeć.

Bo szaleństwo zabierało jej ból.

Najpierw pojawiły się głosy: niezrozumiałe szepty i chichoty. Kolejnego dnia słowa nabrały ostrości, a w cieniu mogła dojrzeć obserwujące ją oczy. Następnie zaczęła zauważać niewyraźne, ale zdecydowanie kobiece sylwetki. Dzisiaj zjawy wydawały się w pełni realne – czuła przecież oddech Dakoty na karku.

– Nie możesz teraz odpuścić – powiedziała z naciskiem Lana, ale zostawiła ją samą i odeszła na drugi kraniec ich celi.

Sierrze z trudem przyszło nazwanie w ten sposób ciepłego i dość wygodnego pomieszczenia, w którym każda z nich miała własne łóżko, stół z dwoma krzesłami i łazienkę z bieżącą wodą. Klatka pozostawała jednak klatką, a żadna z nich nie była przyzwyczajona do życia w zamknięciu.

Shanka znów zerknęła na siostrę. Rozumiała, że nie jest prawdziwa, ale chciała jej tak wiele powiedzieć. Przeprosić. Nie potrafiła jednak znaleźć odpowiednich słów, więc milczała. Odsunęła od siebie tacę z jedzeniem. Straciła chęć do dalszej walki.

Ósmego dnia Lana zmieniła taktykę, zarówno wobec obcych, jak i Sierry, która przestała jeść. W zasadzie to z trudem zwlekała się z łóżka, ale im wyraźniejsze stawały się zjawy, tym ona sama wydawała się bledsza.

– Umrze z głodu, jeśli czegoś nie zrobicie. Przyślijcie tu Reeda – nalegała Lana.

– To niemożliwe, mówiliśmy to już wielokrotnie. Pan Harlow jest niedostępny – odpowiedział jakiś mężczyzna dziwnym, zniekształconym głosem.

Do uszy Sierry dotarło tłumione prychnięcie.

– Skoro nas więzicie…

– Rozmawialiśmy o tym, panno Toms, to nie więzienie, a kwarantanna…

– Mówiłam, żebyście mnie tak nie nazywali. To nie jest moje nazwisko, nie mam żadnego, więc…

– Ale to imię pani ojca, więc zgodnie z naszymi zasadami…

– W dupie mam wasze zasady! – wybuchła Lana. Po chwili odchrząknęła. – Chodzi o moją towarzyszkę. Przestała jeść, to już trzeci dzień i najwyraźniej głód na nią nie działa.

– Zwróciliśmy uwagę, że jedna z tac wraca nietknięta. Zaobserwowała pani inne objawy? Podwyższoną temperaturę? Wymioty? Drgawki? Zbyt ciemne i nabrzmiałe żyły?

– Nie. Ona nie jest chora, już to mówiłam! Jest w żałobie. Na pewno macie jakieś wydumane sposoby na to, by zmusić ją do jedzenia.

– Ciekawe stwierdzenie, jak na mieszkankę wyspy, która, bazując na naszej wiedzy…

Lana jęknęła.

– Pomóżcie jej albo przysięgam, że roztrzaskam wasze łby na tamtej ścianie. A wierzcie mi, ja się stąd, kurwa, w końcu wydostanę…

Tym razem to mężczyzna odchrząknął.

– Panno Toms, ze względu na pani uprzednie zachowanie, mam ogromne obiekcje przed wpuszczeniem do waszej ce… kwatery swoich ludzi. Ostatniego pracownika pani pobiła i rozerwała mu kostium ochronny, przez co sam również został poddany izolacji.

– Mówiłam, że nie dam sobie zabrać więcej krwi, wy…

– Lano, przestań. Nic mi nie jest – powiedziała Sierra, ale nawet ona słyszała, jak żałośnie to zabrzmiało. Nie potrafiła zmusić się do wstania, jakiejkolwiek reakcji, jedzenia. To wszystko zdawało się ponad jej siły.

– Zamknij się, Sierro. Straciłaś prawo głosu, gdy zaczęłaś gadać do samej siebie, jasne?

Sierra przestała słuchać, gdy tuż przed nią uklękła matka. Mimo że ona również zmarła przy porodzie, to jej sylwetka wydawała się smukła i gibka. Właśnie tak Sierra ją zapamiętała, nawet pachniała tak samo. Ziołami i krwią, bo zajmowała się ubojem, a następnie oprawianiem kłapaków, które hodowało plemię.

– Mamo…

– Moja córeczka. – Spracowane ręce dotknęły policzków shanki. – Miałaś zająć się siostrą, miałaś ją ocalić.

Sierra przymknęła oczy.

– Naprawdę próbowałam. Zrobiłam, co mogłam…

– Za mało. Próbowanie nie ocali nikomu życia.

Niedoszła szamanka podciągnęła kolana pod brodę i zwinęła się w kłębek. Jakaś część jej umysłu, niewielka, ale nadal trzeźwo myśląca, doskonale wiedziała, czym są te głosy. Nie potrafiła się jednak przed nimi obronić.

– Och, czy ona znowu będzie płakać? – zapytała Rosa i wydała z siebie zmęczone westchnienie.

– Nie jesteś nią. Ona taka nie była. Nigdy nie była okrutna.

– A skąd możesz to wiedzieć? Znałaś ją? Tak naprawdę?

– Ja…

– Biedna Rosa. Śliczna, ale głupia, co? Ładna buzia, którą zawsze musiałaś chronić, bo przecież nie potrafiła o siebie zadbać. Wiecznie w twoim cieniu, nawet w miłości, nawet we własnym małżeństwie.

Rosa zbliżyła się i stanęła przy wezgłowiu.

– Nigdy nie zabrałam ci wolności, pozwoliłam podejmować swoje decyzje, nawet wtedy, na samym końcu, ja…

– Och, ty naprawdę tak myślisz? – wyszeptała Rosa, a Sierra uniosła powieki. Siostra pochylała się nad nią tak, że ich oczy od razu się spotkały. – Gdybyś ten jeden raz zdobyła się na prawdę, nadal bym żyła. Wystarczyło, abyś chociaż raz mnie do siebie dopuściła i nigdy by do tego nie doszło.

Sierrę ścisnęło w gardle. Nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Mogła tylko patrzeć na niegdyś łagodną twarz siostry, gdy w głowie kołatała się jedna myśl. Zasłużyłaś na to.

– Gdybyś tylko wyznała mi prawdę o tym, że kiedyś go kochałaś – wyszeptała Rosa tak cicho, że ledwie rozumiała poszczególne słowa. – Że najpierw należał do ciebie. Nawet ja nie chciałabym takich resztek. A tak…

– A tak skończyłam martwa, wraz z dzieckiem, które nosiłam pod sercem. Dzieckiem mężczyzny, który nigdy mnie nie kochał. Pewnie nocą, gdy był we mnie, to tak naprawdę myślał o tobie. Za każdym, cholernym razem…

Sierra jęknęła i ukryła twarz w dłoniach.

– Przepraszam, Rosie, tak strasznie przepraszam.

– Żadne słowa nie zwrócą mi życia, Sierro.

Gdy Sierra ocknęła się jakiś czas później, zjawy zniknęły, a do prawej ręki ktoś przymocował jej rurkę z przeźroczystym płynem. W pierwszym odruchu chciała ją wyrwać – przed oczami momentalnie stanęła jej ostatnia próba i laboratoria – ale powstrzymał ją ostry głos Lany.

– Zostaw. Wiesz, ile się namęczyłam, aby ktoś cię w końcu obejrzał? Nie zdechniesz tutaj, nie pozwolę ci. – Toms podeszła bliżej i usiadła okrakiem na krześle, które stało obok. Wsparła brodę na oparciu i wbiła w nią wzrok.

Sierra nie odpowiedziała. Popatrzyła na sufit, bo nie mogła znieść kolejnego pełnego wyrzutów spojrzenia.

– Weszli tutaj. Wieki czekałam na taką okazję. Ukryłam łyżkę i udało mi się ją zaostrzyć, byłby z tego niezły nóż, ale przez to, że ktoś zdecydował się zgrywać umierającą, musiałam sterczeć jak ta idiotka z ryjem odwróconym do ściany. Stałam i prawie się modliłam, aby potrafili ci pomóc. I wiesz co? – Lana brodą wskazała na woreczek z płynem, do którego prowadziła rurka wystająca z ręki. – Żaden, kurwa, problem. Nazwali to kroplówką i po problemie. Więc z łaski swojej, zacznij jeść.

Sierra nadal patrzyła w sufit. W tym momencie jeszcze bardziej nienawidziła samej siebie – za to, że stchórzyła, że odpuściła, że chciała zostawić ją samą.

– Przepraszam, że cię w to wpakowałam.

Lana prychnęła.

– Może nie tak to sobie wyobrażałam, ale uciekłam z wyspy. Zobaczyłam słońce i codziennie grzeję w nim swój tyłek przez tę godzinę, kiedy promienie wpadają przez nasze okno. Podejrzewałam, że nie będzie łatwo, ale cóż… to tylko kolejna przeszkoda do pokonania.

Wzruszyła ramionami, co Sierra dostrzegła kątem oka.

– Jeśli zaczniesz wzdychać, przysięgam, sama cię uduszę – zastrzegła Lana.

Shanka z trudem powstrzymała uśmiech, ale przed oczami mignęła jej znajoma twarz.

– Reed. Zaufałam mu, a on nas zostawił.

– No powiedziałabym, że szanse są pół na pół. Z tego, co o nim mówiłaś, wyglądał na takiego, który nawet jeśli wbija komuś nóż w plecy, nadal ma jaja, aby skonfrontować się ze swoją ofiarą. Myślę, że gdyby mógł, już by się zjawił. Skoro nas objęli kwarantanną, to obstawiam, że jego też.

– Kwarantanną?

– Boją się chorób, które mogłyśmy przywieźć z wyspy. Trochę ich pociągnęłam za język, gdy dotarło do mnie, że zachowuję się dokładnie tak, jak typowy pozbawiony pomyślunku łowca z plemienia, i że takie podejście raczej niewiele mi da. Wypatrzyłam takiego młodego strażnika, pewnie nigdy nawet nie dotykał kobiety, trochę się powdzięczyłam – skrzywiła się z obrzydzeniem – rozpięłam nieco koszulę, aby popatrzył na cycki i zaczęłam do niego gadać. Szyba szybą, ale w komunikacji wcale aż tak bardzo nie przeszkadza.

Sierra otworzyła usta, aby o coś zapytać, ale wtedy usłyszała kroki. Gdy spojrzała ponad ramieniem Lany, zobaczyła Rosę, która z trudem sadowiła się na krześle. Za nią, w cieniu, stała Dakota i z rozmarzonym wyrazem twarzy gładziła się po brzuchu.

– Nie dowiedziałam się zbyt wiele. Jesteśmy gdzieś na oceanie, sama kolonia znajduje się pod wodą, ale nas trzymają na powierzchni, dopóki nie upewnią się, że nie stanowimy zagrożenia.

Sierra milczała.

– Wiem, co czujesz, aż zbyt dobrze, ale nie możesz zrezygnować. Ona by tego nie chciała – powiedziała zaskakująco łagodnie Lana, a to sprawiło, że Rosa podniosła głowę.

– O, a tu mam wiele do powiedzenia…

– Nie potrafię – zaczęła Sierra, ale Lana jej przerwała.

– Musisz. Skoro ja potrafiłam, to ty też dasz radę. Twój ból nie jest większy niż mój, rozumiesz? Możesz ją opłakiwać do woli, jeszcze długo będziesz, ale nie pozwolę ci się poddać. Za daleko zaszłyśmy. Możemy dowiedzieć się, co stało się ze światem przodków. Nie jesteś ciekawa?

Sierra wyczuła w jej głosie desperację. Jej dawna rywalka chwytała się wszystkiego, co mogłoby zwrócić uwagę shanki i wyrwać ją z marazmu.

– Oni też nie wiedzą – odparła niedoszła szamanka.

– Oni czy Reed? Jesteś pewna, że twój chłoptaś miałby dostęp do takiej wiedzy? Przecież ci, którzy rządzą, decydują o tym, co ludzie pamiętają. Tak było w wiosce i wątpię, aby to miejsce okazało się inne.

Sierra nie wiedziała, co na to odpowiedzieć.  

Rozdział 2

Zapis audiowizualny nr 1/ prep&LCIena

Stan zapisu: 94%_brak istotnych uszkodzeń

Autor: F_M_

#Komentarz#LCIena: mężczyzna, lat 36, rasy białej; pracownik laboratorium z poziomem uprawnień N-6, oddelegowany do projektu Aurora3.

Ekhm… no więc kazali nam prowadzić codzienne dzienniki, w sumie nie wiem, po co. Jakbym nie miał, co robić.

Mick mówi, że to po to, abym mógł odtworzyć własny tor myśli i rozumowanie, jeśli trafię na ścianę w projekcie.

#Komentarz#&LCIena: mężczyzna pociera czoło, wskaźniki sugerują wysoki poziom niepokoju emocjonalnego.

Ale może zacznę od początku. Jestem Max Ford i jestem starszym badaczem [.................] w Fundacji.

#Komentarz#&LCIena: część zapisu została utajona, ze względu na protokół 42F, umowy o zachowaniu poufności.

…Chryste, jak głupio to brzmi. Rzuciłem pracę dla korporacji, ale pewne rzeczy wszędzie są takie same.

– Nie dam wam się znowu kłuć. Jeśli któryś z was zrobi choćby krok w moim kierunku, to nie opuści naszej celi w jednym kawałku – powiedziała spokojnie Lana i zmierzyła wrogim spojrzeniem, czekających za szybą mężczyzn. Jeden z nich wyjaśnił, że przyszli z laboratorium.

Było ich trzech. Podobnie jak strażnicy nosili te śmieszne kombinezony i hełmy, do których dziwne urządzenie na plecach musiało pompować powietrze. Jeden z obcych trzymał plastikowe pudełko z małymi fiolkami, a drugi igły. Trzeci najwyraźniej odpowiadał za gadanie. Odchrząknął i zaczął mówić.

– Panno Toms, pomogliśmy pani przyjaciółce, liczyliśmy więc na kooperację.

Toms. Znów mnie tak nazwał. Gdyby ten drań wiedział, że nadali mi po nim nazwisko… Po człowieku, którym gardziłam i który gardził mną. Wtedy coś ją tknęło. Lana uświadomiła sobie, że może je nosić i uczynić swoim. Sprawić, aby wypowiadano je z uznaniem, zazdrością, by… należało do niej. A to z kolei wymazałoby jego i wszystko to, czego kiedykolwiek dokonał. Ojcu zależało tylko na chwale i uznaniu. Jego chwale.

Mężczyzna kolejny raz odchrząknął, czym wyrwał ją z zamyślenia. Skrzyżowała ręce na piersi. Już nie potrzebowała ich pomocy: Sierra poddała się po dwóch dniach kroplówki i zaczęła jeść. Niestety nie przestała mówić do samej siebie. To martwiło Lanę o wiele bardziej i mogła się tylko domyślać, co działo się w głowie niedoszłej szamanki. Trzymała się nadziei, że shanka w końcu się z tym upora, bo naprawdę jej potrzebowała.

– Nie mam wam za co dziękować, skoro to wasza wina, że jest w takim stanie. Dopóki nas tu nie zamknęliście, wszystko było z nią w porządku. No prawie.

– Im mniej panie z nami współpracują, tym dłuższa będzie izolacja. Potrzebujemy kolejnych próbek.

– Jesteśmy zdrowe, sami przyznaliście, że poprzednie badania niczego nie wykazały, nie rozumiem więc, po co wam kolejne. Niczego ode mnie nie dostaniecie.

– Może więc panna Rowan będzie bardziej skora do współpracy… – kontynuował, ale Lana mu przerwała.

– Jej krwi tym bardziej nie dostaniecie. Tylko spróbuj się zbliżyć z tą igłą…

Mężczyźni popatrzyli na siebie, ale w końcu się poddali. Na razie. Podejrzewała, że wrócą, ale nie zamierzała pozwolić, aby pobrali więcej próbek, szczególnie od Sierry. Toms obawiała się, że mogą znaleźć to coś, co różniło szamanki od innych, a dzięki czemu potrafiły to, co potrafiły. Nie musiała rozumieć, co dokładnie robili z ich krwią, ale widziała wystarczająco wiele wspomnień przodków, żeby domyślać się, że to niebezpieczne.

Rzuciła milczącemu strażnikowi ostatnie wyzywające spojrzenie, po czym odwróciła się plecami do grubej szyby, która oddzielała ich celę od korytarza. Jak na więźniów traktowano ich wyjątkowo dobrze, ale może to standardy plemienia były po prostu inne? Z jej rachuby wynikało, że tkwią w zamknięciu już dziesięć dni. Od siedmiu Sierra wariowała.

Nie, przeżywa żałobę, Lana poprawiła w myślach samą siebie. Dawna rywalka trzymała się tak długo, jak potrafiła, ale ich zamknięcie i zniknięcie Reeda uwolniły wstrzymywane emocje. Od trzech dni praktycznie nie opuszczała łóżka.

Lepiej, aby miał solidne wyjaśnienie na swoją nieobecność, pomyślała Lana.

Martwiła się również o to, co zamierzają z nimi zrobić. Nie zabili ich od razu, ale gdy tylko statek wylądował, odseparowali je od reszty załogi, a nim zorientowały się, co się dzieje, ktoś je odurzył. Obudziły się tutaj, ze śladami igieł na rękach i szybko okazało się, że nie za bardzo mają jakiekolwiek opcje ucieczki.

Żadna z nich nie powiedziała głośno tego – strażnik stał za szybą i słuchał, ale może nie tylko on? – że nawet moce Sierry mogły nie wystarczyć, by stąd uciekły. Jeden rzut oka za okratowane okienko wystarczył, by potwierdzić, że naprawdę znajdują się na środku oceanu. Wtedy nadal liczyły, że Reed się zjawi. Lana z każdym dniem coraz mniej w to wierzyła. Trzymała się myśli, że jeśli bali się podejść do nich bez kombinezonu, to przecież musieli zafundować coś podobnego pozostałym. W końcu mieli kontakt, podróżowali jednym statkiem. Dotykali się. Wierzyła więc, że chłopak Sierry zjawi się, gdy tylko go wypuszczą. Chyba że tego nie zrobią, ale o tym wolała na razie nie myśleć.

Lana opadła na łóżko i zastanawiała się, co ze sobą zrobić. Przynieśli im wczoraj książki: część wyglądała, jak te dla dzieci, a inne okazały się dla niej zbyt trudne do czytania. W przeciwieństwie do Sierry nie spędziła kilku ostatnich lat na czytaniu tekstów przodków i niewiele pamiętała.

Powinnam zacząć od tych, pomyślała Lana i zerknęła na kolorowe strony z zaledwie kilkoma linijkami tekstu. Zaczynała wpadać w ten sam marazm, co dawna rywalka: bezczynność i nuda męczyły ją bardziej niż samo zamknięcie. W końcu: ile pryszniców mogła brać w ciągu doby? Na początku myła się kilka razy dziennie: cieszyła się gorącym strumieniem wody, której nie trzeba było wcześniej podgrzać.

Może powinnam ćwiczyć? Zapuściłam się w ostatnich latach. Usiadła na posłaniu i krytycznie przyjrzała się kwadratowemu pomieszczeniu, którego jedną trzecią zajmowały ich łóżka. Przy każdym stała nieduża szafka, w której schowały zapasową bieliznę. Odebrano im wszystko, co przywiozły ze sobą, nawet to, co miały na sobie. Lana obudziła się w prostym, szarym ubraniu, które mimo dziwnego zapachu, okazało się dość wygodne.

Resztę celi zajmowały kwadratowy stolik przykręcony do podłogi i wysoka lampa stojąca w rogu tuż obok okna. Dokładnie sprawdziła pomieszczenie – zarówno za dnia, jak i w nocy, ale nie znalazła żadnej drogi ucieczki ani niczego, co mogłoby posłużyć jej za broń. Póki co traktowali je przyzwoicie, ale Lana nie wątpiła, że to nie potrwa wiecznie. I że zapewne czegoś od nich chcieli – na razie tylko krwi do badań, ale na tym się przecież nie skończy.

Sytuacja wydawała się beznadziejna, ale i tak oddałaby wszystko, aby Reed i reszta zjawili się kilka tygodni wcześniej. Przekonałaby Sierrę, aby Dakota poleciała z nimi. A oni mogliby ją uratować, nie wątpiła w to. Nie bardzo interesowało ją dziecko, które ukochana nosiła pod sercem, ale skoro Dakota o nie dbała, to Lana zrobiłaby wszystko, by przeżyło. Tylu rzeczy chciała, o tylu marzyła, ale nie było im dane.

Miały może czternaście lat, gdy coś się między nimi zmieniło. Przyjaźniły się, odkąd Lana pamiętała – nawet pobieranie nauk u szamanki niczego nie zmieniło. Dakota, w przeciwieństwie do innych dzieciaków, nigdy nie potraktowała jej źle. Ani podczas szkolenia, ani później, gdy zawiodła na ostatniej próbie. To ona ją pocieszała, mimo że Toms próbowała ją na wszelkie sposoby odtrącić: nie radziła sobie z palącym wstydem i poniesioną porażką. Ale to wydarzyło się później, dużo później.

Gdy miały czternaście lat, jeszcze nie wiedziały, że choć się kochały, był to inny – daleki od tej siostrzanej – rodzaj miłości.

– Nienawidzę go – szepnęła Lana i z brodą opartą na kolanach patrzyła gdzieś przed siebie. Piekący policzek nieustannie przypominał o twardej ręce ojca. Dakota znalazła ją w ich kryjówce, na dachu jednej z opuszczonych chat, która z każdym rokiem coraz bardziej groziła zawaleniem. W tej części wioski już nikt nie mieszkał i nawet inne dzieciaki rzadko się tu zapuszczały.

– Tak bardzo mi przykro. Nie wiem, czemu oni tacy są – mruknęła Dakota i oparła głowę o ramię przyjaciółki.

– Mężczyźni?

– Ojcowie. Mama jest taka… ciepła i kojąca. A tata może i o nas dba, ale wszystko musi być po jego myśli.

– Mężczyźni na tym świecie uwielbiają rządzić i kontrolować…

Dakota przez moment milczała.

– Myślę, że to go męczy. Czasami mam wrażenie, że chciałby być inny, postępować inaczej, ale wie, co pomyślą pozostali wojownicy. Skoro nie potrafi zapanować nad rodziną…

– …to jest słaby – dokończyła Lana.

Przez chwilę obie milczały i przysłuchiwały się szumowi liści. Dakota często żartowała, że drzewo do nich mówi, ale plemię zapomniało starych słów. Bo przecież rodziły się w akompaniamencie szumu drzew, a gdy umrą, to szelest liści będzie ostatnim, co usłyszą.

– Myślisz, że gdzieś tam jest miejsce, gdzie ludzie mogą być, kim chcą?

Lana westchnęła, ale zaraz uniosła kącik ust.

– Przykro mi to mówić, ale jesteś naiwna. – Dakota szturchnęła ją w bok. – Świat poza wyspą jest martwy, nic tam nie ma. Jesteśmy ostatni.

– Wolę wierzyć, że coś tam nadal jest i ktoś nas kiedyś uratuje. Od rodzenia dzieci, posłuszeństwa, tego wszystkiego… Tobie się może nawet upiecze i bez tego.

– Nie jestem co do tego przekonana. Stara nie powie tego głośno, ale wolałaby swoją krew, Sierrę. Nie powinni jej w ogóle dopuścić do prób. On mnie zabije, jeśli nie zostanę szamanką – dodała po chwili i nienawidziła tego, jak płaczliwie to zabrzmiało. Schowała twarz w zgięciu łokcia, aby ukryć łzy, a Dakota ją przytuliła.

– W takim razie zostaniesz szamanką, rozumiesz? Kto nadawałby się lepiej od ciebie? Nie znam drugiej tak odważnej osoby. No i jak już nią będziesz, zadbasz o to, aby wydali mnie za jakiegoś miłego chłopaka, który nie będzie mnie bił. Liczę na ciebie.

Lana pociągnęła nosem i uniosła głowę.

– Zresztą dzisiaj i tak był łagodny, nawet nie będzie siniaka – dodała Dakota i wsunęła palce pod jej brodę. Obróciła jej twarz najpierw w lewo, później w prawo i głośno zacmokała. – Biedny Tom, ewidentnie się starzeje.

Lana parsknęła, a wtedy ich spojrzenia się spotkały. Zaschło jej w ustach, a wzrok zsunął się niżej, na usta Dakoty. Rumieniec oblał policzki, więc gwałtownie się cofnęła.

Lany nie pociągali chłopcy, ale do tamtej pory wierzyła, że nigdy nie spotkała tego właściwego. Słyszała szepty o tej innej, zakazanej miłości, ale nigdy nie sądziła, że sama jej doświadczy.

Gdy obudziła się w nocy, zastała Sierrę siedzącą na łóżku i tęsknie wpatrującą się w okno. Lana łudziła się, że dziewczyna tęskni za wiatrem. Wodą. Za bieganiem po lesie. Za piskiem kłapaków i śmiechem smarkaczy z wioski. Za wolnością.

A co, jeśli czuje zew tej innej wolności? Jeśli tak… to nie mogło spotkać nas nic lepszego niż zamknięcie.

Sierra nadal głównie leżała w łóżku i prawie się nie odzywała. Toms nie należała do ludzi, którzy potrafili pocieszać innych. Zresztą, co miała jej powiedzieć? Jej siostra nie żyła, a jeśli dobrze liczyła, spędziły tu już czternaście dni i niewiele się przez ten czas zmieniło.

Nikt się nie zjawił. Ani Reed, ani ten okularnik Wade, czy młokos, którego imienia nie zdążyła zapamiętać.

Dam jej jeszcze pięć dni, zdecydowała, mimo że czuła, iż oszukuje samą siebie. Uznała jednak, że tyle może zaoferować Sierrze, zanim zmusi ją, aby pozbierała się do kupy. Będzie to okrutne, ale przypuszczała, że tylko poczucie odpowiedzialności za sytuację, w której się znalazły mogło wyrwać shankę z marazmu. Wtedy nie zostanie im nic innego, niż moce Sierry i desperacka próba ucieczki.

– Co one mówią? – zapytała, chociaż nie była pewna, czy chce wiedzieć. Lana miała swoje demony i nie zamierzała obarczać się cudzymi.

– One?

– Głosy. Te, które do ciebie mówią i którym odpowiadasz.

Sierra przez chwilę milczała, nim wyznała:

– To Rosa, mama i… Dakota.

Toms aż się wyprostowała.

– To bez sensu. Rosę i matkę rozumiem, ale Dakota?

– Zawiodłam je wszystkie. Żadnej z nich nie potrafiłam uratować, ja…

– Ale pierdolisz od rzeczy. – Lana zerwała się z łóżka, podeszła do niej i chwyciła ją za ramiona. Żadna z nich nie należała do niskich osób, ale Sierra była od niej o stopę niższa i drobniejszej budowy. – Nie mogłaś uratować żadnej z nich, rozumiesz? Nie jesteś żadną zbawczynią i ode mnie różni cię tylko trochę wspomnień przodków, kolor oczu i siła. Siła, która zabija, a nie leczy.

Sierra opuściła wzrok, ale to tylko ją rozjuszyło.

– Poszłam za tobą, bo w ciebie uwierzyłam. – Potrząsnęła shanką i jeszcze mocniej wbiła palce w jej ramiona. – CO ZE MNĄ?! Jeszcze tu jestem i JA NIE ZAMIERZAM SIĘ PODDAĆ.

Lana puściła ją, po czym wzięła zamach i mocno spoliczkowała. Głowa Sierry odskoczyła, a oczy wypełniły się łzami. Toms jednak osiągnęła zamierzony efekt: spojrzenie stało się bardziej przytomne. I mocno zabarwione szokiem.

– Zrobiłam to, bo mi na tobie zależy – rzuciła i ruszyła w stronę łazienki. Przelotnie zerknęła na strażnika, który musiał przyglądać się całej scenie.

No cóż, ostatecznie Sierra nie dostała tych pięciu dni.

Rozdział 3

Zapis audiowizualny nr 135/ prep&LCIena

Stan zapisu: 78%_drobne uszkodzenia dźwięku i obrazu

Autor: F_M_

Czasami się zastanawiam, czy dobrze zrobiłem, że przyjąłem tę ofertę. Niby nikt na mnie nie czeka, nie mam żadnej rodziny, ale… Może mógłbym jakąś założyć.

#Komentarz#LCIena: mężczyzna śmieje się; analiza poprzednich zapisów ujawnia, że jednostka wykazuje podobne zachowania, by ukryć dyskomfort. Uruchamiam procedurę CINT i flaguję jako jednostkę wymagającą bieżącej rewizji.

Czasami czuję się w jakimś fil[][][] science-fiction. Zamknięty z grupą naukowców gdzieś na końcu świata… prawie. Bo mają tu wszystko, przypomina to bardziej kompleksy G[][][]a dla pracowników, jakie budowali w latach dwudziestych. To musiał[] być czasy.

#Komentarz#LCIena: mężczyzna odchyla się na krześle, jakby sprawdzał, czy jest sam; analiza oświetlenia sugeruje późne godziny wieczorne.

Jakoś… częściej m[][][]ę tu o rodzinie. Ciekawe, czy [][][][] [zapis uszkodzony]

Pewnie tak. Może to kwestia tej całej izolacji? Powinienem tu opowiadać o pracy, ale szczerze mówiąc… nie chcę. Nie potrzebuję tego całego dziennika, niezależnie od tego, co [][][][][][][][][] sobie wyobraża. Płacą mi za robotę, a nie gadanie…

Nadal śni mi się tamten obóz dla cho[][]ch…

Dobra, wystarczy i tak pewnie nikt tego nie ogląda.

#Komentarz#LCIena: wysłano raport do centrum z sugestią rewizji przyjmowanych przez obiekt leków. Analiza zasobów projektu wykazała, że Aurora3 nie może stracić tej konkretnej jednostki ze względu na brak odpowiedniego zastępstwa.

Gdy Reed stanął za szybą, Sierra w pierwszej chwili nie wierzyła własnym oczom. A potem uznała, że to kolejny wytwór umysłu, który w ten sposób próbował poradzić sobie z nieobecnością mężczyzny, któremu zaufała. Nie mogła jednak zrozumieć, dlaczego i on miał na sobie ten idiotyczny kombinezon.

Dopiero głośny gwizd Lany i donośne „Nareszcie!” uświadomiło jej, że to naprawdę był on. Musiał być.

– Ho, ho, ho, zobaczcie, kto w końcu się zjawił? – rzuciła Rosa, zajmując swoje stałe miejsce przy stole.

Shanka powoli ruszyła ku szybie, ale nogi zrobiły się dziwnie miękkie. Reed dotknął dłonią szklanej tafli i posłał jej długie, pełne udręki spojrzenie.

– Mogę się tylko domyślać, jak to dla was wyglądało – powiedział.

– Pomogę ci: zdradziłeś nas. Wystawiłeś. Zostawiłeś samym sobie i nie miałeś jaj, aby popatrzeć nam później w oczy. Mogłabym tak długo – podsunęła ochoczo Lana, która założyła ręce na piersi i patrzyła na niego wyczekująco. – Czternaście długich dni.

– Co się stało? – zapytała cicho Sierra. Zatrzymała się jakieś trzy kroki od szyby i nie potrafiła zmusić nóg do dalszego ruchu.

– Zamknęli nas na kwarantannie. Dokładnie tak samo jak i was, ale ja przynajmniej wiedziałem, co się dzieje. Domyślam się, że nikt wam nic nie wyjaśnił ani nie przekazał moich wiadomości, prawda?

Gdy obie zaprzeczyły, na moment przymknął oczy.

– To trochę… niecodzienna sytuacja. Nikt nie spodziewał się, że wrócimy z dodatkowymi pasażerami. Rada kolonii chce się upewnić, że nie przywiozłyście ze sobą żadnych chorób, na które nie jesteśmy odporni.

– No to już wiedzą, więc chyba pora nas wypuścić, co?

Milczenie Reeda wystarczyło Sierrze za odpowiedź. Nikła nadzieja na opuszczenie celi zgasła równie szybko jak się pojawiła, a jej plecy garbiły się wraz z każdym kolejnym chichotem Rosy.

– To tyle z ratunku w wykonaniu twojego chłoptasia. Żadna z nas nie ma dobrego gustu, jeśli chodzi o mężczyzn.

– Jeszcze nie mogą tego zrobić – stwierdziła Sierra.

Lana szpetnie zaklęła. Rzuciła się do szyby i walnęła w nią pięścią.

– Co to znaczy, że nie mogą? – syknęła i zmrużyła oczy.

Shanka przyglądała się przyjaciółce, która ledwo panowała nad wściekłością i która nadal miała siłę, by walczyć. Ona sama najchętniej zakopałaby się pod kocem i zasnęła na bardzo długo. Najchętniej…

Drgnęła, gdy przypomniała sobie policzek, jaki Lana wymierzyła jej w środku nocy.

Nie. Ona ma rację. Wciągnęłam ją w to wszystko i powinnam zadbać o to, aby stąd wyszła. To ja powinnam być w stanie – jeśli będzie trzeba – siłą wydostać nas z tego więzienia. Muszę wytrwać do tego momentu.

Głos Reeda sprawił, że nieco oprzytomniała.

– Chcą was tu trzymać równe dwadzieścia osiem dni, negocjuję jednak do dwudziestu jeden. To i tak aż nadto, ale kwarantanna to dla nich bardzo wygodna wymówka, by was tu przetrzymywać.

Kolejne siedem dni. Sierra obejrzała się przez ramię i napotkała poważną twarz Rosy. Nie umiała określić, ile jeszcze zniesie. Powtarzała sobie, że gdy odzyska wolność, uwolni się też od zjaw. Trzymała się tej myśli kurczowo, ignorując fakt, że nie miała ona najmniejszego sensu.

– Sierro… – powiedział cicho Reed, a ona obróciła się ku niemu.

– Ona nie ma siedmiu dni. Dostanie pierdolca wcześniej i mogę mieć tylko nadzieję, że nie wpadnie na żaden głupi pomysł – rzuciła Lana.

Reed nie odpowiedział. Wpatrywał się w Sierrę tak intensywnie, jakby samym tylko spojrzeniem próbował przekazać jej wszystko, co chciał. Na twarzy widziała troskę, wyrzuty sumienia i… strach. Bał się o nią.

Mojego stanu, czy tego, że obietnice, które złożył, mogą okazać się bez pokrycia? Odwróciła wzrok. Między nimi zawisła przepaść: nie widziała go dwa tygodnie, a niewiele więcej czasu spędzili razem na wyspie. Powoli rosnące zaufanie zastąpiła nieufność, a wspólne spędzone chwile zdawały się wyblakłymi wspomnieniami.

– Sierro – powtórzył z naciskiem, ale ona uparcie wpatrywała się w ścianę. Nie zniosłaby, gdyby teraz dał jej nadzieję, a potem i tak je zdradził. Wolała zachować dystans. – Zaczekałem na ciebie na wyspie, wierzyłem, że przyjdziesz. Teraz ty zaczekaj na mnie, wrócę tak szybko, jak będę mógł. Daj mi kilka dni. Proszę.

Skinęła, bo gardło miała zbyt ściśnięte, aby wydusić z siebie cokolwiek. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Nie poznawała samej siebie. A może właśnie taka była? Żałosna, płaczliwa i szalona?

– Nie zmuszaj nas, abyśmy same się stąd wydostały. Dla nikogo nie będzie to przyjemne doświadczenie – ostrzegła Lana.

– Kochałaś go chociaż? – zapytała jakiś czas później Rosa, której twarz nie wyrażała żadnych emocji. Sierrę kusiło, by nie odpowiadać, ale domyślała się, że dziewczyna będzie nalegać tak długo, aż dowie się tego, czego chciała.

W końcu ta Rosa była zwykłą ułudą, halucynacją udręczonego umysłu. Shanka zastanawiała się, czy właśnie tak by zareagowała, gdyby kiedykolwiek poznała prawdę.

– Tak prawdziwie jak tylko mogła kochać dziewczyna w moim wieku. Naiwnie. Szaleńczo. I głupio.

– I nigdy nie przeszło ci przez myśl, żeby mi o tym powiedzieć?

– Myślałam, że się wycofa, że zmądrzeje i odwoła ślub. Ale Hektor i ta jego duma… Chyba chciał mnie ukarać, ale nie przewidział wszystkich konsekwencji.

Sierra zapatrzyła się w podłogę, a przed oczami stanęła jej znajoma twarz. Arogancki uśmieszek, jasne oczy, dredy sięgające pleców. Równie przystojny, co okrutny.

– Nieszczęście w miłości przekazałam wam jeszcze w łonie. Moje córki, obie zakochane, obie skończyły ze złamanym sercem – powiedziała mama i usiadła na krześle obok. Dłonią sięgnęła do policzka Sierry, a ta przymknęła oczy. Tak łatwo zapominała, że nic z tego nie było prawdziwe i że obie kobiety, które tak bardzo kochała, nie żyją. – Zawiodłaś swoją siostrę, ale nadal możesz ocalić siebie. Nasze marzenia żyją w tobie. Jedyne, czego dla was pragnęłam, to szczęścia i długiego życia.

– Długie życie nie jest mi dane, mamo. Nie mi.

Sierra otworzyła oczy, gdy usłyszała skrzypnięcie łóżka. Kątem oka zobaczyła, że Lana usiadła i się jej przygląda.

Mama pochyliła się ku niej i szepnęła:

– Więc żyj tak, abyś nie żałowała niczego ponad to, czego już żałujesz. Żyj tak, aby cię zapamiętano.

Nie chcę być bohaterką. Zostawiłam tę część mnie na wyspie, wybrałam siebie. Ale… czy po tym, co zrobiłam Rosie, mam prawo do myślenia tylko o sobie?

Sierra spojrzała na siostrę, ale ta milczała. Okrucieństwo zniknęło z twarzy, pozostawiając jedynie smutek. I żal. Taki sam żal, który sama żywiła za podjęte wybory i bezsilność, której doświadczyła.

Sierra zmusiła się do wstawania z łóżka przez kolejne siedem dni. Zjawy raz a to znikały, a to pojawiały się – i to zwykle wtedy, gdy najmniej się tego spodziewała. Milczały. Mówiły. Krzyczały. Rosa łypała na nią z kąta, Dakota nuciła, a mama najczęściej trzymała ją za rękę. Były jak cienie, o których niby mogła zapomnieć, ale nigdy na dobre nie opuszczały jej boku.

Dwudziestego pierwszego dnia ich zamknięcia niemal potrafiła udawać, że wszystko jest z nią w porządku. Lana i tak znała prawdę, ale Sierra starała się zachowywać pozory ze względu na strażników. Nie chciała ryzykować, że jej stan przyczyni się do wydłużenia ich izolacji. Bo mimo wszystko wierzyła Reedowi. Wysłał im dwie wiadomości, które niechętnie odczytali mężczyźni akurat pełniący wartę.

– Ale jak to jest zrobione? – mruczała Lana, oglądając szklane pudło, przez które podawali im posiłki. Dwie pary drzwiczek, ale otwarcie jednej, blokowało drugą. Gwarantowało to bezkontaktową wymianę.

– Naprawdę się nudzisz, co? – zapytała Sierra, unosząc wzrok znad książki, którą zaczęła czytać dwa dni wcześniej. Wiele rzeczy nie rozumiała, ale po tylu dniach zamknięcia, chwytała się wszystkiego, co mogło choćby na moment odgonić nudę i monotonię.

– Policzyłam już wszystkie pęknięcia na suficie, śruby w salonie i liczbę płytek w łazience. Powiedzieć, że jestem zdesperowana, to jak nie powiedzieć nic.

Gdzieś szczęknęły drzwi, a Sierra rzuciła okiem na Lanę. Obie już dawno zauważyły, że to znak, iż będą miały gości.

Shanka z trudem ukryła rozczarowanie, gdy zamiast Reeda dostrzegła Wade’a. Dopiero po kilku oddechach uświadomiła sobie, że tym razem nie założył tego dziwacznego kombinezonu.

Okularnik od razu podszedł do strażnika.

– To nakaz zakończenia izolacji i nowe wytyczne. Mają zostać pod nadzorem, ale wolno im poruszać się po głównym pokładzie i po częściach socjalnych.

Lana aż sapnęła i podbiegła do szyby. Sierra zrobiła krok do przodu, ale zaraz znieruchomiała. Zawładnął nią irracjonalny strach, że jakikolwiek zbyt gwałtowny ruch z jej strony sprawi, że Wade zniknie, a wraz z nim szansa na wolność.

Strażnik coś wymruczał, ale sięgnął po kartę przypiętą do pasa i ruszył w stronę wejścia do ich celi. Sierra straciła go z oczu, ale usłyszała osiem miarowych piknięć.

Kod? Ma to sens, kartę przecież łatwo ukraść, a strażnicy pewnie znają szyfr na pamięć i nie tak łatwo byłoby ich zmusić, by go wyjawili.

Gdy drzwi otworzyły się z cichym sykiem, Wade stanął zaraz za progiem i wsunął dłonie do kieszeni spodni. Miał poważny wyraz twarzy, a lekko zmarszczone brwi zdradzały, że raczej nie jest zachwycony ich spotkaniem.

– Reed mnie przysłał. Musimy pogadać, ale śmiem przypuszczać, że wolicie posiedzieć na górnym pokładzie. Lecz – zwrócił się do Lany, która już ruszyła ku niemu – są pewne warunki. Musicie założyć opaski z lokalizatorem i pogodzić się z tym, że wszędzie będzie wam towarzyszyć strażnik.

Sierra i Lana wymieniły spojrzenie.

– Czym dokładnie są te opaski? – zapytała ostrożnie shanka.

– Monitorują wasze funkcje życiowe, pokazują strażnikom aktualne miejsce waszego pobytu, zawierają dane o waszych dostępach. Każdy mieszkaniec Odnovy taką ma.

– Dopiero powiedziałeś, że ktoś będzie nas pilnować. Czyli ten lokalizator jest na wypadek, gdybyśmy poderżnęły mu gardło i próbowały uciec? – Lana zmrużyła oczy, a strażnik, który ich strzegł, poruszył się niespokojnie.

Wade wydawał się niewzruszony.

– Albo to, albo kolejne siedem dni tutaj. Wasz wybór.

Wyciągnęły ręce niemal jednocześnie. Okularnik wyjął wąskie szare opaski z ledwo widoczną płytką pośrodku, po czym ruszył w stronę Sierry, a później Lany.

Shanka przez chwilę oglądała dziwne urządzenie. Pociągnęła za zapięcie, ale to ani drgnęło. Nie dało się więc go tak łatwo zdjąć, ale uznała, że będzie się tym martwić później. Teraz liczyło się tylko to, że w końcu opuści celę, nawet jeśli miała znajdować się pod czujnym okiem strażnika.

Łzy zebrały się pod powiekami Sierry, gdy poczuła pierwsze podmuchy wiatru na twarzy. Musiała zasłonić oczy przed słońcem i szła przed siebie niemal po omacku.

Słyszała rozmowy i męski śmiech. Odgłos fal. Stukot butów na metalowej platformie. Szum jakichś maszyn. Korytarze, którymi poprowadził ich Wade, zdawały się ciche, ale tu, na zewnątrz, czuła się tak, jakby wkroczyła do innego świata.

– Złapcie mnie za ramię – rzucił okularnik.

Sierra wyciągnęła rękę w kierunku, w którym jak sądziła, powinien stać.

Usłyszała głośne przekleństwo, które wyrwało się Lanie.

Spod półprzymkniętych powiek zerkała na ciężkie buty i brudne nogawki spodni. Podczas podróży do Odnovy niebo ciągle przysłaniały ciężkie chmury, a gdy wylądowali, noc trwała w najlepsze. Widziała więc słońce jedynie przez szybę, nigdy bezpośrednio, a teraz ostry blask sprawiał, że była ślepa niczym ryjec żyjący głęboko pod ziemią.

Wade poprowadził ich do jakiegoś zacienionego miejsca, a gdy Sierra opuściła ramię, zauważyła, że znalazły się pod czymś w rodzaju wiaty. Stało tu kilka skrzynek, które służyły za krzesła i rozklekotany metalowy stolik.

– Och – wyrwało się Lanie.

Shanka chyba po raz pierwszy widziała ją tak oniemiałą. Podążyła za jej wzrokiem. To, co Wade nazwał głównym pokładem, okazało się niewyobrażalnie długą płytą, składającą się z paru poziomów, na których kręciło się kilkanaście osób. Po lewej Sierra dostrzegła pół tuzina statków powietrznych podobnych do tych, którymi sami przylecieli. W przypadku dwóch z nich zdjęto metalowe elementy kadłuba, by odsłonić silnik.

Silnik? Tak to się nazywało?

Po drugiej stronie, tak daleko, że chodzący tam ludzie wydawali się nie wyżsi od jej przedramienia, znajdowało się kilka budynków. A za nimi ocean.

Sierra obróciła się wokół własnej osi, ale wszędzie widziała tylko przytłaczający bezmiar wody.

Naprawdę tu jesteśmy. Odnova. To nie był sen. Popatrzyła na Lanę, ale ta nadal przyglądała się platformie. Wychyliła się za barierkę, a gdy shanka do niej podeszła, jej oczom ukazał się ogromny kwadratowy otwór głęboki na kilka pięter. Gdzieś w dole dostrzegła błysk stalowego dna.

Sierra wyciągnęła rękę, a ciepłe promienie padły na jej skórę. Uniosła głowę, a wtedy oniemiała. Słońce wyglądało tak niepozornie, a od tak wielu dni marzyła, by je zobaczyć. Wychyliła się i obróciła twarz ku niemu. Coś ścisnęło ją w piersi, ale nie potrafiła opisać tego, co czuła. Nie znajdowała odpowiednich słów.

Wade odchrząknął.

– Wiem, że to dla was dużo, ale muszę wyjaśnić parę rzeczy i wolałbym zrobić to bez świadków.

To przykuło uwagę Sierry. Odwróciła się ku chłopakowi, po czym splotła ręce na piersi.

– Gdzie jest Reed? Nasza obecność przysporzyła mu kłopotów? – zapytała.

– I tak, i nie. – Chłopak skrzywił się i poprawił okulary na nosie. – Zatrzymali go tam na dole, bo…

– Na dole? – wtrąciła Lana.

– W kolonii. To, co widzicie tutaj, to tylko ułamek. Lądowisko, część maszynowni, panele słoneczne zasilające kolonię… zdecydowana większość z nas mieszka pod wodą. Tam mamy farmy, lekarzy, laboratoria. Podróże wte i wewte nie są takie proste ze względu na dekompresję, a Reed musiał wytłumaczyć się przed Radą, zobaczyć z córką. Potem znowu stawić się na przesłuchanie…

Wade machnął ręką, ale jakiś cień przemknął po jego twarzy. Sierra najpierw chciała zapytać, co to dekompresja, ale porzuciła tę myśl. Bardziej zainteresowały ją kolejne słowa: przesłuchanie. Czy obecność jej i Lany była aż taką zbrodnią? Już otwierała usta, ale chłopak ją uprzedził.

– Was też to czeka i właśnie dlatego Reed mnie przysłał. Mam was przygotować na to, czego doświadczycie na dole.

– Kiedy? – zapytała Lana.

– Za siedem dni. Wtedy oficjalnie kończy się wasza kwarantanna. Dla pewności zatrzymają was tutaj jeszcze jakiś czas. Chcą sprawdzić, jak na waszą obecność zareagują nasi ludzie, ale ci, którzy nie zostali wysłani na wyspę i nie oddychali tamtejszym powietrzem. Przynajmniej to oficjalny powód.

Toms uniosła brew.

– Nie oddychali tamtym powietrzem? To ma niby coś znaczyć? Gdyby coś nam dolegało, objawy pojawiłyby się dawno temu.

– Wiem. Ale to polityka. Takie są zasady i przy obecnych nastrojach nikt nie będzie nadstawiać dla was karku. Miałyście być tajemnicą, ale ktoś puścił parę z ust i cała kolonia już wie, że przywieźliśmy ze sobą dzikuski z jakiegoś miejsca owianego tajemnicą. Swoją drogą, macie zakaz opowiadania komukolwiek o wyspie, chyba że Rada powie inaczej.

Sierra potwierdziła skinieniem, ale Lana prychnęła.

– Nie jesteśmy dzikuskami.

– Powiedziałeś: Rada. To oni rządzą kolonią? Czego powinniśmy się po nich spodziewać? – zapytała Sierra.

– I tu sedno mojej sprawy, bo…

Wade urwał i zerknął na postawnego mężczyznę o szpakowatych włosach, który pytająco wskazał na wiatę, ale okularnik pokręcił głową. Jedną ręką musnął niewielką wypukłość na klatce piersiowej. Odprężył się dopiero, gdy obcy się oddalił.

– Ściany w kolonii mają uszy. Powinnyście zawsze o tym pamiętać.

– A ta cała Rada? – przypomniała Lana.

Wade wyjął z kieszeni metalową blaszkę, którą następnie rozłożył. Pozornie jednolita powierzchnia nagle rozbłysła na biało.

– To tablet – wyjaśnił. – Reed radził, byście mówiły jak najmniej i zdradzały o wyspie tylko tyle, ile będziecie musiały.

– Czego od nas chcą? – zapytała Sierra, a gdy Wade stwierdził, że nie ma pojęcia, wyczuła, że kłamie. Nie nalegała jednak.

– Rada składa się z trzech osób: Amelii Stone, Liama Bone oraz Roba Casey’a.

Chłopak pokazał im na ekranie trzy zdjęcia. Czarnoskóra, krótko ostrzyżona kobieta. Niepozorny mężczyzna w okularach po trzydziestce. Posiwiały mężczyzna, którego oczy otaczała gęsta siateczka zmarszczek.

– Amelia odpowiada za bezpieczeństwo kolonii, uważajcie na nią. To twarda kobieta, będzie próbowała wycisnąć z was każdą przydatną informację. Liam, on… – Wade zawahał się i potarł brodę. – Zarządza laboratoriami. Tak w skrócie. Całkiem niedawno zastąpił swojego mentora.

Wade się myli. To Liama powinnyśmy obawiać się najbardziej, nie Amelii. Gdyby odkryli, co potrafię, chcieliby mnie wykorzystać. Zbadać i pewnie odtworzyć proces, czymkolwiek on był. Zerknęła na Lanę i po jej zmarszczonym czole zgadywała, że dawna rywalka pomyślała o tym samym.

– A Rob ogarnia całą resztę. – Chłopak postukał w zdjęcie starszego mężczyzny. – Sam o sobie mówi, że jest zaopatrzeniowcem, ale to weteran i tylko dzięki niemu jeszcze się jakoś trzymamy. Zarazy, przedwcześnie obumarłe plony w farmach hydroponicznych czy utrata jednego z pierścieni… Rob zajmuje się tym wszystkim.

– Pierścieni? Co masz na myśli?

– Uff, naprawdę łatwiej byłoby wam to pokazać, jednak plany miasta są tajne. Ale w wielkim uproszczeniu: kolonia wygląda jak okrągła rura otoczona pierścieniami. Na samej górze znajdują się te najszersze i największe. Potem średnie, a na końcu najmniejsze. Im głębiej, tym gorzej, bo ciśnienie robi swoje.

– A utrata jednego to…? – zaczęła Sierra, ale umilkła, bo w końcu zrozumiała.

– To śmierć. Od lat borykamy się z drobnymi nieszczelnościami, mimo to zdarza się, że przeciek jest zbyt duży i tracimy cały blok czy nawet pierścień. Ale każdy poziom jest odizolowany od poprzedniego. A centrum, czyli ta rura, jest z kolei odizolowane od pierścieni. Łapiecie?

Sierra nie do końca rozumiała, ale przytaknęła. Zaschło jej w ustach na samą myśl, że ma zejść pod wodę.

– Zabrali nam nasze rzeczy. Co się z nimi stało? – Lana zmieniła temat.

– Są już na dole. Ubrania zutylizowano, ptaki, które przywiozłyście, przekazano do laboratorium, resztę powinniście odzyskać, ale dysków już nie – powiedział Wade, a Sierra drgnęła. Uważnie obserwował jej reakcję.

Reed obiecał, że je ukryje. Nie udało mu się czy sam im je przekazał? Nie zdziwiło jej to, spodziewała się takiego obrotu sprawy, po tym jak je zamknięto. Dla Sierry najważniejsza była bransoletka, którą dostała od siostry. Mimowolnie rozejrzała się, ale nie dostrzegła żadnej ze zjaw. Nie miała jednak wątpliwości, że wrócą.

Rozdział 4

Zapis audiowizualny nr 345/ prep&LCIena

Stan zapisu: 47%_liczne uszkodzenia, nie udało się odzyskać całych fragmentów zapisu

Autor: F_M_

#Komentarz#LCIena: jednostka znajduje się w średnim stanie nietrzeźwości; zachowała podstawowe funkcje motoryczne i werbalne – zapis przeszedł audyt przydatności.

…mieliśmy dzisiaj integrację [][][][]][[]…

Dziwna sprawa, bo [][][] znałem tych [][][][][]. Tylko z widzenia. Wszyscy trzymają się swoich [][][][][] [[]][][][][] wię[] [][][][] tak nawet na logikę, skoro [][][][][] nie pozwala ci mówić o swoim pro[][][][][], to na co komu takie znajomości. Tu wszyscy gadamy tylko o robocie.

Rozmawiałem z taką jedną… Boże, jak jej było na imię… z [][][][][][][]. Opowiadała mi o tym, co oni tam robią i wow… to jest dopiero science-fiction. Gdybym [][][][][][][][][][][] [][][][] w to sam chciałbym w tym uczestniczyć.

KIM! Tak miała na imię! Narzekała na jakąś raszplę z [][][][][][][][]

braki w zapisie

…ale żeby wgrywać innym obrazy? To nie tak, że jedynie pokazują, oni je im wypalają. Testują to już ponoć nawet na ludziach, ale wątpię, że [..............]

#Komentarz#&LCIena: zapis utajniony, ze względu na protokół 42F, umowy o zachowaniu poufności.

…przy tym moje badania nad zdolnościami hibernacji żaby leśnej wydają się banalne.

Posiłki nadal jadały w swoim pokoju – ich obecność w stołówce wzbudzała zainteresowanie i dziwne szepty. Szybko okazało się też, że nie miały dostępu do większości budynków platformy i niższych pięter, ale Sierra – w przeciwieństwie do Lany – nie narzekała. Spędzały całe godziny, siedząc pod tą samą wiatą, do której zaprowadził je wcześniej Wade.

Czekały. Nawet zjawy, które materializowały się, gdy tylko wracały do pokoju, zdawały się cichsze i spokojniejsze.

Sierra i Lana nie mogły jednak niczego zaplanować, bo nie wiedziały, co ich czeka na dole. Wade przygotował je na przesłuchanie, ale nie chciał udzielić innych informacji. Ilu jest mieszkańców kolonii? Jak tam się żyje? Czy grozi im kolejne uwięzienie?

Siedem dni minęło szybciej, niż shanka się spodziewała. Wade zjawił się tego dnia z prostą torbą na ramieniu i podał im dwie kolejne.

– To na wasze rzeczy. Niezależnie od przebiegu przesłuchania, raczej prędko tu nie wrócicie.

– A jeśli będziemy chciały odejść? Reed mówił, że na kontynencie żyją inni ludzie.

Wade przez chwile patrzył Sierrze w oczy.

– Rada musi się na to zgodzić…

Czyli się nie zgodzi, uświadomiła sobie.

– No i wątpię, abyście tam przetrwały.

Lana zmrużyła oczy i już miała coś na to odpowiedzieć, ale Sierra złapała ją za nadgarstek.

– Nie dzisiaj – szepnęła, a ta zacisnęła zęby i przemilczała to, co cisnęło się jej na usta.

Jechali windą o wiele dłużej niż Sierra się spodziewała. Miała wrażenie, że ledwo się poruszają i szybko zrozumiała, dlaczego pod ścianami ustawiono – i przyspawano do podłogi – niewygodne metalowe ławki.

– To zawsze tak długo trwa? – mruknęła Lana, która oparła się o ścianę i skrzyżowała ramiona na piersi. Sierrze przyszło na myśl, że dziewczyna tak maskowała własną niepewność.

– Mhm – rzucił Wade, jakby to wszystko tłumaczyło.

Shanka być może pytałaby dalej, ale za bardzo się denerwowała. Przesłuchaniem. Tym, że znowu zobaczy Reeda. Obiecała sobie, że dotrwa do tego momentu, że tyle mogła zaoferować Lanie.

Gdy drzwi w końcu się otworzyły, ujrzeli poważnie wyglądającą kobietę. Zamiast workowatych ubrań – takich, jakie dano im – miała na sobie wąską ciemną spódnicę i beżową bluzkę.

– Chodźcie za mną, już na was czekają.

Lana zerknęła przelotnie na Sierrę, a ta pod wpływem impulsu chwyciła jej dłoń i mocno ścisnęła. Toms odwzajemniła gest.

Korytarze wydawały się dziwnie opustoszałe i shance przeszło przez myśl, że nie jest to główna część kolonii. Skoro wzbudzały tyle zainteresowania, to czy przesłuchanie zorganizowano w tajemnicy przed mieszkańcami? Nie zdziwiłoby jej to.

Przeszli przez drzwi, aktywowane specjalną kartą, którą miała nieznajoma, i szybko wystukanego kodu na terminalu.

Shanka nie liczyła mijanych korytarzy, ale gdy stanęli przed wysokimi dwuskrzydłowymi drzwiami, zrozumiała, że w końcu dotarli na miejsce. Jej uwagę zwróciły drobne zdobienia, ale nim zdążyła im się przyjrzeć, kobieta wprowadziła ich do środka.

Pomieszczenie miało kształt półkola, a większość sufitu okazała się przeszklona. Światło wydawało się mniej ostre, bardziej przytłumione i żółte. Shanka stanęła zaraz za progiem i wbiła wzrok w mrok unoszącej się nad nią wody. Pokój nagle się skurczył, a ona pomyślała, że żadna szyba nie jest w stanie utrzymać takiego ciężaru i ta zaraz pęknie. Wszyscy się utopią, zanim dojdzie do jakiegokolwiek przesłuchania.

– Sierro.

Znajomy głos zmusił ją do odwrócenia wzroku i rozejrzenia się po reszcie pomieszczenia.

– Reed – powiedziała i zrobiła krok w jego kierunku. Stał tuż obok stołu w kształcie trapezu, którego środek wydawał się pusty. Przy jego dłuższym boku siedziała Rada – Sierra rozpoznała ich dzięki zdjęciom, które pokazał im Wade – a naprzeciwko ustawiono dwa krzesła.

Dziewczyna wzięła głęboki wdech i oderwała wzrok od Reeda, by rozejrzeć się po pomieszczeniu. Metalowe ściany mieszały się z drewnianymi półkami pełnymi książek po jednej stronie i jakąś skomplikowaną aparaturą po drugiej. Za plecami Rady, przy samej szybie, dostrzegła dwie kanapy z niskim stolikiem, na którym walały się stosy papierów.

– Usiądźcie – powiedziała Amelia Stone, która zajmowała miejsce pomiędzy Liamem i Robem. Skrzyżowała palce i ułożyła je na blacie, po czym wbiła w nie wzrok.

Sierra usadowiła się na jednym z krzeseł, a Lana, nieco się ociągając, na drugim. Zerknęły na siebie ukradkiem – ustaliły, że ograniczą się do odpowiadania na pytania i same z siebie nie zaczną mówić.

– Lana Toms i Sierra Rowan, podobno tak brzmią wasze imiona? Zakładam, że nasze nazwiska są wam znane, dzięki sprawcy tego całego zamieszania. – Amelia znacząco spojrzała na Reeda. Miała neutralny, niemal pogodny wyraz twarzy, ale Sierra pamiętała ostrzeżenia Wade’a.

– Podobno? – powtórzyła Lana.

– Takie imiona nadały nam nasze matki za zgodą szamanki – potwierdziła shanka.

– Matki za zgodą szamanki? – Członkini Rady przechyliła głowę. – A ojcowie nie mają nic do powiedzenia?

– Ojcowie nazywają synów, a matki córki.

Rob i Liam spojrzeli po sobie, ale Sierra nie umiała odgadnąć, co miało to oznaczać. Bo coś na pewno.

– Jesteście tutaj, bo staracie się o azyl w Odnovie. To chyba pierwsza taka sytuacja od lat, bo zwykle nie przyjmujemy obcych. Zarówno ze względu na bezpieczeństwo, jak i przeludnienie. Reed mocno nagiął zasady, sprowadzając was tutaj.

Sierra zerknęła na mężczyznę, który zabrał ją z wyspy. Nadal stał z boku, z rękami założonymi na piersi, ale wzrok wbił w podłogę, jakby w wyrazie skruchy. Podejrzewała, że udawał, ale zrozumiała jedno: Reed czuł respekt przed Radą. Więc ona też powinna.

– Będę z wami szczera. Powinniśmy odmówić i odesłać was z powrotem. Wasza wyspa znajduje się jednak na tyle daleko, że sama ilość potrzebnego paliwa w zasadzie dyskwalifikuje ten pomysł. Nie stać nas też na luksus więzienia, problematyczne jednostki karzemy przymusem pracy i zesłaniem na poziomy, na których nikt inny nie chce żyć. A w bardzo szczególnych przypadkach skazujemy winnych na śmierć – powiedziała Amelia, po czym cicho westchnęła. – Rozważamy zrobienie dla was wyjątku, bo Reed twierdzi, że znacząco przyczyniłyście się do zdobycia rdzeni, co stanowiło sens całej wyprawy. I jak słusznie zauważył, ich wartość jest dla nas nie do przecenienia.

Sierra zaczęła rozumieć, jak wiele dla nich zrobił i czym zajmował się przez ostatnie dni. Nie miała pojęcia, jaką dokładnie ma pozycję w kolonii, ale najwyraźniej była na tyle istotna, że wzięli pod uwagę jego zdanie.

Co im obiecałeś? Jak ich zmusiłeś do tego, aby znaleźli dla nas miejsce?

– Mamy do was kilka pytań i bardzo liczymy na szczere odpowiedzi. Musimy się upewnić, że nie stanowicie zagrożenia dla Odnovy… lub nie jesteście tu, by szpiegować.

– Amelio, naprawdę wątpię, aby Skrzydło zadało sobie tyle trudu, aby podstawić nam szpiega w taki sposób. Wiesz, że dotarliśmy na wyspę przed nimi – wtrącił Reed, ale ona niezbyt przejęła się jego słowami.

– Interesuje nas przede wszystkim to, dlaczego zdecydowałyście się opuścić wyspę. Zostawić rodzinę i wszystko, co znacie.

Sierra zerknęła na Lanę i poczuła, jak tym razem to ona ściska jej palce. Shanka widziała niechęć towarzyszki do dzielenia się takimi informacjami, ale uznała, że tak trzeba było zrobić. Skoczyły i musiały jakoś wylądować.

– Nie mam już rodziny – powiedziała Sierra i zaraz uświadomiła sobie, że to kłamstwo. Żółć zebrała się w ustach, a przed oczami stanęła zmęczona twarz ciotki.

Nieważne, ile będzie zaprzeczać i ile żalu w sobie nosiła: Amara ją wychowała i choć Sierra żałowała ścieżki, na którą Starsza ją popchnęła, to nie mogła od tak wymazać ich więzi. Mimo tego nie zmieniła swojej odpowiedzi.

– Moja siostra zmarła tuż przed wylotem. Nic więcej nie trzymało mnie na wyspie.

Poza obowiązkami, oczekiwaniami i Amarą. Ale z tego wszystkiego zrezygnowałam świadomie. Sierra drgnęła, gdy za plecami Rady dostrzegła Rosę. Wyglądała przez szybę na mroczną toń.

– Rozumiem, przykro mi. A ty? – Amelia odwróciła się do Lany.

– Podobnie. Nic mnie tam nie trzymało, nic na mnie nie czekało. Nie wiem, ile wam opowiedzieli o tym, jak wygląda życie na wyspie – skrzywiła się – ale dla kobiety przewidziana jest tylko jedna droga: rodzenie dzieci do momentu, aż któreś ją w końcu zabije. Pragnęłam czegoś innego, więc gdy nadarzyła się okazja, nie zastanawiałam się zbyt długo.

Stone przez chwilę wpatrywała się w Lanę bez słowa. Sierra zastanawiała się, ile faktycznie powiedział im Reed. Opowiedział o drzewie? Ile zdradził im o samych laboratoriach? A może to, że spędził ostatnie dni tu, na dole, miało uniemożliwić im uzgodnienie zeznań? W końcu Wade i Timmy praktycznie nie opuszczali obozu.

Amelia uruchomiła leżący przed nią tablet i przez chwilę przesuwała po nim palcem.

– A co z wyrokiem wygnania?

Zimny pot oblał Sierrę. Nie sądziła, że o tym wiedzą, ale Reed zapewne musiał jakoś wyjaśnić, jak zdobył rdzenie.

– Złamałam zasady plemienia. Ci, którzy mnie na tym przyłapali, dali mi czas do porodu siostry, a skoro ona… odeszła, to wygnanie było kwestią czasu – powiedziała ostrożnie.