Selfie z Prowansją - Monika B. Janowska - ebook

Selfie z Prowansją ebook

Monika B. Janowska

0,0

Opis

Co musi się wydarzyć, byśmy przestali zwlekać z realizacją marzeń?
Antonia wiedzie uporządkowane życie u boku męża. Jedyne, co odważa się zmienić, to przerobienie na własną pracownię pokoju, w którym do niedawna mieszkała ich córka. Inne marzenia - jak choćby to o zobaczeniu Prowansji, o której opowiadała jej ukochana babcia - odsuwa na bok.
Do czasu
Ze stanu równowagi wytrąca ją niekorzystna diagnoza dotycząca jej zdrowia. Antonia nie może się pogodzić z perspektywą wcześniejszej menopauzy i koniecznością operacji. Jej troskliwy mąż, by uniknąć całkowitego załamania, postanawia zabrać żonę na wymarzoną wycieczkę do Francji. Okazuje się jednak, że podobną przyjemność chce zrobić swojej babci - osobie o tak trudnym charakterze, że Antonia nie wyobraża sobie spędzenia z nią tych kilku dni.
Tym razem nie zamierza jednak zrezygnować z podróży i w jej głowie powstaje misterny plan.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 298

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Text Copyright © by Monika B. Janowska Copyright © 2026 by Lucky

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Autorzy grafik na okładce: yanadjan (Stock.adobe.com)

DTP: Justyna Jakubczyk

Redakcja i korekta: Justyna Jakubczyk

Grafika lawendy: Copyright © Grgapitich88 (Freepik)

Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom

Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54

e-mail: [email protected]

Wydanie I

Radom 2026

ISBN 978-83-68684-49-0

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Targ w L’Isle-sur-la-Sorgue przyciągał tłumy zarówno sprzedających, jak i kupujących. Pomiędzy licznymi kanałami rzeki Sorgue, które malowniczo przecinały miasto, i wśród starej zabudowy rozkładano kolorowe stragany pełne przeróżnych towarów. L’Isle-sur-la-Sorgue wypełniło się ludźmi, gwarem, barwami i zapachami. Koła wodne kręciły się powoli i leniwie, jakby z dystansem przyglądając się ludzkiemu zamieszaniu, szybkim gestykulacjom, zachwalaniu swojego towaru i nieustannym targom o cenę. W opozycji do ogromnej energii targu miejscowy proboszcz, o dość wątłej budowie przypominającej bajkowego stracha na wróble, niespiesznie otwierał wielkie drzwi Collégiale Notre-Dame-des-Anges de L’Isle-sur-la-Sorgue znajdującej się w sercu miasta. Ludzie szeptali, że podobno wrócił z obozu, ale nic o sobie nie mówił. Zanim wreszcie dotarł do kościoła, z każdym musiał porozmawiać, wysłuchać narzekań, żalów i utyskiwań, grzecznie odmawiać poczęstunków i podarków od sprzedających i obiecywać, że na pewno ich odwiedzi, gdy tylko znajdzie chwilę. Tuż za progiem kościoła proboszcz odzyskiwał spokój. Wewnątrz czekało prawdziwe bogactwo rzeźb, malowideł, świętych i podobno dwieście dwadzieścia dwie figury aniołów z Maryją, spragnionych ludzkiego podziwu i modlitw. I cisza. Boska cisza.

Dziesięcioletni Jean, trzymając się mocno matczynego fartucha, podziwiał z zapartym tchem ów festiwal kolorów na targu. Wszystko tutaj posiadało intensywne barwy, od których wirowało mu w głowie. Oliwki, pomidory, bakłażany, cukinie, lawenda, plecione kosze, kolorowe serwety, przyprawy... I choć nie był tutaj pierwszy raz, to nieodmiennie wszystko od nowa go zadziwiało i fascynowało. Kiedy trzymał się mamy, mógł spokojnie chłonąć ten barwny, hałaśliwy świat targu w L’Isle-sur-la-Sorgue bez obawy, że się zgubi. Kiedy przybyli tu po raz pierwszy, gdy miał pięć lat, wówczas z daleka zobaczył witrynę księgarni i odszedł od mamy, która targowała się z rolnikiem o cenę pomidorów. Kobieta, pewna, że dziecko wciąż podąża za nią, przeszła do kolejnego straganu, a potem do następnego. Tymczasem Jean ruszył w przeciwnym kierunku, wzdłuż kanału, uwiedziony i zafascynowany zieloną barwą Sorgue. Nie potrafił oderwać oczu od mieniącej się w słońcu wody, którą pani nauczycielka Eugène kazała rysować niebieską kredką. A przecież tutaj płynęła złociście i soczyście zielona woda! Nawet odbijające się od niej niebo traciło swój błękit.

Wszyscy na targu w L’Isle-sur-la-Sorgue szukali zagubionego chłopca, podczas gdy matka omal nie oszalała ze zmartwienia, mnożąc w głowie straszne i mroczne scenariusze. Znaleźli go w kościele, do którego trafił i gdzie po raz pierwszy zobaczył tyle złota, że aż mrużył oczy, by stłumić jego blask. Powoli szedł od jednego obrazu do drugiego i uważnie przyglądał się każdej namalowanej scenie, starając się pamiętać szczegóły. Wpatrywał się w rzeźby, aż wreszcie z niemałym wysiłkiem oderwała go od nich pewna starsza pani, by zaprowadzić do odchodzącej od zmysłów Anne. Dlatego teraz pomimo swoich dziesięciu lat posłusznie trzymał się matki, narażając na śmiechy i dogryzki rówieśników. Anne taki postawiła warunek, jeśli chciał jechać z nią na targ, a Jean uwielbiał to miejsce i tej wyprawy nie zamieniłby nawet na wesołą bieganinę z kolegami. Po zakupach mama zabierała syna na lody do niewielkiej kawiarni tuż przy kanale z jednym z kół wodnych. Rozłożysty platan zapewniał stolikowi, przy którym usiedli, zbawczy cień. Jean mógł się przyglądać kolorom i nurtowi rzeki, słuchać rozmów z sąsiednich stolików i przypatrywać twarzom prowansalskich kobiet i mężczyzn. Wszyscy się gdzieś spieszyli. Pospiesznie rozmawiali, zawzięcie gestykulując, dobijali targów, krzyczeli na siebie i zaraz się rozchodzili, robiąc miejsce kolejnym identycznym ludziom. Jean zamykał oczy, chcąc, by te obrazy zostały w jego głowie na dłużej i aby nigdy nie zniknęły. Mama zamawiała kawę i piła tak długo, aż nie usłyszeli klaksonu auta pana Maurice’a, z którym wracali do swojego miasteczka.

Ciężarówka czekała w pobliżu przy małym, pustym placu, a pan Maurice palił papierosa i głośno rozmawiał z żandarmem, gestykulując nerwowo. Wyglądał dziwacznie w starej wojskowej kurtce z jednym rękawem zawiązanym na supeł i czarną przepaską na oku. Jego posępna twarz nigdy nie wyrażała niczego. Nie uśmiechał się, nie dziwił, nie smucił. Wszystkie dzieci się go bały, gdy przechodził przez miasteczko, ale z bliska okazywał się mniej demoniczny. Jean wiedział od babci, że pan Maurice to bohater, który stracił rękę oraz oko na wojnie, bo zbyt dużo widział. Chłopiec nie rozumiał słowa „bohater” i długo myślał, że tak się nazywa wszystkich, którzy wracają z wojny i nie mają kompletnego ciała. Może tata też wróci jako bohater? Może nie ma nóg, skoro do tej pory nie wrócił? Babcia powtarzała Jeanowi, że powinien być dumny z taty, i chłopiec bardzo by tego chciał, ale czuł tylko złość. Tyle razy widział, jak mama płakała, ściskając zdjęcie męża, a on zaciskał zęby i pięści, by też się nie rozpłakać.

Pan Maurice pożegnał się z żandarmem, zgasił papierosa i pomachał im swoją jedną ręką. Pomógł Anne wsadzić zakupy na pakę i spokojnie czekał, aż oboje usadowią się w ciasnej kabinie. Amerykańska ciężarówka, choć nie miała jeszcze dziesięciu lat, prezentowała się nieciekawie. Pan Maurice opowiadał, że kiedy ją otrzymał od Amerykanów za pomoc, już była mocno wysłużona. Teraz podskakiwali na nierównej drodze do Lagnes przy akompaniamencie wycia, zgrzytów i ryku silnika. Jean z oczarowaniem przyglądał się równym rzędom winorośli, lawendy i oliwnym gajom, które mijali. Myślał o barwach oliwek, które inaczej mienią się w słońcu, a inaczej zmoczone deszczem, o zakurzonych gronach winogron, o nieskończoności barw prowansalskiej ziemi. Wszystko to chciałby zamknąć w jednym miejscu, jak ów szalony malarz, o którym opowiadała mu mama. Jean też chciał malować. Na razie wciąż rysował we wszystkich szkolnych zeszytach. A pani wychowawczyni Eugène zachwycała się tymi ozdobnikami rysunkowymi. Inni nauczyciele też nie mieli nic przeciwko, gdy Jean tak „ozdabiał” własne zeszyty. Nikt nie wydawałby pieniędzy na farby, gdy ledwie starczało na chleb.

Pan Maurice przynosił mu czasem pakowy papier od piekarza, gdzie zostało jeszcze sporo miejsca, by narysować wielki obraz. Babcia, widząc zapał wnuka do rysowania, zbiła kilka desek i naciągnęła starą koszulę dziadka, by Jean mógł namalować swój pierwszy obraz, lecz na farby już nie starczyło pieniędzy. Zatem płótno czekało na pierwsze dotknięcie pędzla młodego artysty w sypialni chłopca. On nadal rysował w zeszytach i wpatrując się w czystą biel babcinego płótna, na razie wyobrażał sobie, co namaluje jako pierwsze.

Czasy były ciężkie. Tak powtarzali wszyscy w miasteczku. Oboje z matką zatrudnili się przy uprawie winorośli u sąsiadów, ale Jean często zapominał się, zamyślał i uciekał, by coś rysować w swoim zeszycie albo marzyć, że coś narysuje. Matka wzdychała tylko. Znosiła ucieczki syna bez wymówek, choć musiała pracować za dwoje. Przynajmniej dopóki nie wróci ojciec Jeana... choć już wszyscy wrócili, a o nim nie było żadnej wieści. Od czasu do czasu zmęczona Anne prostowała obolałe przy pracy plecy i spoglądała za horyzont, jakby właśnie od zachodu miał nadejść. Widziała tylko nieskończone rzędy obficie owocujących winorośli i Jeana siedzącego w kucki ze swoim zeszytem i ołówkiem. Uśmiechała się i wracała do pracy.

Pani Eugène, przejęta i zachwycona talentem swego ucznia, rozpoczęła zbiórkę na jego edukację między sąsiadami. Choć pośród prostych ludzi takie malowanie uchodziło za zbytek i próżniactwo, to przez wzgląd na ojca chłopca okazywali hojność i serce. A dzisiaj pani Eugène na targu w L’Isle-sur-la-Sorgue mogła wreszcie kupić farby, pędzle i duży szkicownik, z którego można odrywać kartki. Zadowolona z siebie wracała do Lagnes piechotą, snując marzenia o pięknych obrazach, które Jean namaluje i które rozsławią jego, ich miasteczko i wszystkich mieszkańców. Rozmarzona nauczycielka nawet nie słyszała hałaśliwej ciężarówki Maurice’a, którą jechał jej utalentowany uczeń, i widząc go już w promieniach międzynarodowej sławy, nie słyszała nawet pozdrawiającego klaksonu. Może to będzie ich własny prowansalski Vincent van Gogh? – myślała, przyspieszając kroku, by jak najszybciej zanieść farby chłopcu.

1.

Macica last minute

Popołudniowe majowe słońce powoli traciło na intensywności. Pomimo zaawansowanej wiosny wciąż skąpiło swojego ciepła Legnicy i jej mieszkańcom. Zazwyczaj pojawiało się gdzieś po południu, a potem złośliwie ukrywało za szarymi chmurami aż do zachodu. Nawet intensywna zieleń i nieśmiało kwitnące krzewy i rabaty nie potrafiły zrekompensować legniczanom braku słońca. Opinia najcieplejszego miasta w Polsce została mocno nadwyrężona przez takie pogodowe kaprysy, a mieszkańcy snuli się po ulicach w coraz paskudniejszych nastrojach.

Antonia Fatuga właśnie wyszła z gabinetu lekarskiego w równie podłym, a nawet wręcz wisielczym nastroju. Zupełnie nie odnotowała faktu, że w drzwiach potrąciła starszą kobietę, która ją przeklinała, łapiąc się za obolałe od uderzenia ramię. Będąca daleko myślami Antonia nie zauważyłaby na swojej drodze nawet czołgu, a górę lodową staranowałaby z lepszym skutkiem niż Titanic. Po raz pierwszy w życiu całe jestestwo kotłowało się w niej, burzyło, kipiało albo i wrzało, i mieszało na granicy eksplozji. Po wyjściu z gabinetu koniecznie pragnęła zaczerpnąć świeżego powietrza, choć wiedziała, że swojego losu nie zmieni kilkoma wdechami i wydechami. Wybiegła z przychodni wprost na ulicę szczęśliwie pozbawioną ruchu. W spokojnej dotąd kobiecie zachodziła właśnie zmiana na miarę Konrada z III części Dziadów. Zatrzymała się dopiero, boleśnie tłukąc biodrami w rząd metalowych sklepowych wózków. Tutaj zamrugała intensywnie, odzyskując własną obecność, choć nadal otaczający ją świat wydawał się totalnie nierealny.

– Przepraszam... bierze pani ten wózek? – usłyszała gdzieś obok siebie i jakby ktoś mówił do tuby.

Tuż przy niej stał młody mężczyzna i wyczekująco spoglądał na rząd wózków, które blokowała Antonia. Najwyraźniej spieszył się, bo brak odpowiedzi go zirytował, i przeskakiwał z nogi na nogę, jakby próbując znaleźć słaby punkt w obronie. Antonia wzruszyła ramionami i oderwała dla siebie jeden z wózków, by zupełnie nieprzytomnie, bez planu i potrzeby, ruszyć do wnętrza marketu.

– Cóż, takie sytuacje się zdarzają... – słyszała wciąż w głowie słowa lekarza.

Mijała sklepowe półki i chłodnicze lady bez zainteresowania, pochłonięta odtwarzaniem swojej wizyty u ginekologa, choć gdy siedziała tam kilkanaście minut wcześniej, niewiele do niej docierało. Lekarz mówił spokojnie, ale Antonia po pierwszych słowach „ma pani premenopauzę” i po dodatku: „musimy też usunąć macicę”, straciła zdolność rozumienia i słyszenia, jakby ktoś wyłączył fonię. Dopiero teraz, pośród alejek sklepowych z kolorowym towarem, odzyskała przytomność i tutaj właśnie dopadło ją każde słowo lekarza i własna zagłada.

– Ale ja mam dopiero czterdzieści dwa lata! – jęknęła, nie bacząc, że słyszą ją pozostali klienci sklepu.

– A ja mam osiemdziesiąt dwa, i co z tego? – odpowiedziała jej elegancka starsza pani sięgająca po karton mleka.

Antonia jednak nie słyszała ani odpowiedzi, ani informacji o bieżących promocjach, ani niczego wokół. Myślami siedziała na krześle w przychodni i słuchała uzasadnienia wyroku we własnej sprawie. Pomyśleć, że przyszła tylko zaniepokojona uderzeniami gorąca, które czasami się jej przydarzały. A tutaj: macica, menopauza, zmienność nastrojów, mięśniaki, narośle, jajniki, rak... A przecież teraz właśnie zamierzała żyć, ruszyć z kopyta, brać życie za barki i korzystać z częściowej swobody! Miała też swoje plany, marzenia! Dopiero wyprowadzili się z mieszkania córka z zięciem, a Antonia z mężem rozpoczęli remont. W wolnym pokoju zamierzała urządzić pracownię, bo zamówień na produkowane przez nią lalki przybywało. Wreszcie zyskała więcej czasu, renomę i niezależność finansową. Tymczasem jej własne estrogeny cichaczem, podstępnie i pospiesznie zaczęły ją opuszczać! Podłość i skandal! W tak młodym wieku?!

– To katastrofa! – znów bezwiednie powiedziała na głos, ale tym razem nikogo nie było, by mógł odnieść się do jej wypowiedzi.

Antonia widziała siebie jako pomarszczoną staruszkę, postarzałą w mgnieniu oka. Menopauza kojarzyła się z szybką utratą kobiecego wyglądu, trudną do zniesienia zmianą nastroju, zwiotczeniem... A przecież ma dopiero czterdzieści dwa lata! Tymczasem gdzieś blisko czaiła się kostucha, która wydrze marzenia o lżejszym losie, o podróży do Prowansji, ostatnie euro zbierane przez lata i skromny dorobek zawodowy! No i jeszcze ta macica! Fakt, że nie planowali już z Mariuszem dzieci, nie oznacza, że ma się pozbywać bądź co bądź kobiecego atrybutu, ot tak, bez walki! Nie! To wykluczone! Zrobi te wszystkie zalecane przez lekarza badania, ale macicy nie odda! Co to to nie! Dwudziesty pierwszy wiek zobowiązuje do takiego postępu medycyny, by nie wycinać ważnych organów, kobiecych atrybutów!

W narastającym w niej buntowniczym nastroju Antonia szła przed siebie, od czasu do czasu rzucając słowa głośniej. Akurat robił się popołudniowy tłok. Wszystkie alejki wypełniły się kupującymi, a na stoisku mięsnym utworzył się długi ogonek. Powiększał się wprost proporcjonalnie do spokojnych, niespiesznych ruchów jedynej na stoisku sprzedawczyni. Przyglądając się z boku, można by uznać, że kobieta delektuje się krojeniem wędlin, serów i mieleniem kawałków mięsa. Niespiesznie celebrowała każdą czynność i tym samym powiększała liczbę oczekujących w kolejce oraz budowała nerwową atmosferę pośród klienteli.

Antonia ustawiła się na końcu ogonka. Bezwiednie przyglądała się wędlinom, nieświadomie przybierając wyraz odrazy. W uszach wciąż brzmiały słowa lekarza, którym w myślach ostro się przeciwstawiała. Obcy jej dotąd bunt nie tylko zakiełkował w obliczu straty, ale również rozrastał się i przybierał na sile. Niczym zacięty film pojawiały się te same sceny i fragmenty rozmowy z lekarzem i riposty Antonii, które wówczas nie padły.

– I jeszcze serka bym poprosił tego z promocji... – Dotarły do niej jak z bardzo daleka słowa klienta stojącego dwie osoby przed nią.

Jednak nie prośba wielkiego faceta wyrwała Antonię z głębokich rozważań na temat swojej apokalipsy zdrowotnej, lecz ciężkie, mocno wyczuwalne i napierające zewsząd niezadowolenie kolejki. Rozejrzała się wokół, zdezorientowana, nie wiedząc, dlaczego i po co tutaj się znalazła. Za nią utworzył się wąż z pomrukujących nerwowo ludzi. Natomiast przed nią stała kobieta w zaawansowanej ciąży, starszy mężczyzna i ów osiłek, który wybrzydzał przy każdym zamówieniu. Jego wózek wypełniała połowa towaru z działu mięsnego, a on wciąż kupował. Rozrośnięty we wszystkich kierunkach ciała, łysy i z tatuażem motyla na pomarszczonej tłustymi fałdami szyi, wzbudził w Antonii zdecydowaną niechęć. I to jego wybrzydzanie, zmiana zdania co do gramatury! Nic dziwnego, że tłum szalał ze zdenerwowania, a w powietrzu unosił się zapach mordu, tudzież linczu. Atmosfera niespodziewanie udzieliła się Antonii, która powoli myślami powracała do polskiej rzeczywistości.

– Dlaczego nie podeszła pani bez kolejki? – zwróciła się do ciężarnej kobiety, ale na tyle głośno, by usłyszeli ją nawet w odległych kasach.

– Nie chciałam robić zamieszania – odpowiedziała kobieta z przepraszającym uśmiechem.

Antonia ujrzała w niej samą siebie sprzed dwudziestu dwóch lat. Zawsze cicha, skromna, schodząca z drogi, ustępliwa sierotka Marysia, wychowana na grzeczną dziewczynkę.

– Co to znaczy „nie robić zamieszania”?! Jest pani w zaawansowanej ciąży! Wszystkie wiemy, jak to jest nosić wielki brzuch napierający na pęcherz i mieć opuchnięte nogi – perorowała, z coraz większym zawzięciem łypiąc w stronę nadal kupującego osiłka.

Odpowiedziało jej spłoszone spojrzenie ciężarnej i pomruk zrozumienia ze strony stojących w ogonku kobiet.

– To jest martwy przywilej – westchnęła kobieta za Antonią. – Teraz takie czasy, że nie szanuje się kobiet w ciąży.

– A co to znaczy, że się nie szanuje?! – wykrzyknęła Antonia. – Musimy o to zawalczyć! O nasze macice!

Rzuciwszy takie hasło, niczym Marianna wiodąca lud na barykady podeszła do wózka osiłka i odepchnęła go z zaskakującą siłą. Mężczyzna się obrócił i zamarł zdezorientowany z kawałkiem karkówki w ręce.

Wypadki potoczyły się już z zawrotną prędkością najnowszego modelu Ferrari. Antonia nie tylko uzyskała pierwszeństwo w kolejce dla ciężarnej, ale również dla kobiet w ogóle. Wszyscy mężczyźni nagle zniknęli ze sklepu, a osiłek uciekł ze swoim wózkiem, prawie unosząc go pod pachą. Niespodziewanie pojawiła się dziennikarka internetowa, która przeprowadziła wywiad z rozsierdzoną patriarchalnym modelem świata Antonią, a na stoisku mięsno-wędliniarskim zmobilizowano dodatkową obsługę, która spowodowała zmniejszenie się kolejki do zera. A ciężarna kobieta, gdyby była w dożywotniej ciąży, to miałaby zapewnione dożywotnie pierwszeństwo w kolejkach w tym markecie. Tymczasem, spłoszona niespodziewaną publiczną atencją, uciekła, porzucając swoje zakupy przed kasą.

Antonia zadowolona z siebie, zdecydowana bronić każdej macicy, nie wyłączając swojej, postanowiła przespacerować się do domu pieszo. Wszystkie obecne jeszcze w jej ciele hormony buzowały, więc spacer powinien ustabilizować wewnętrzną sytuację. Szczególnie że aby dotrzeć do mieszkania, musiała przejść spory kawałek miasta. Zakupy sobie odpuściła, słusznie podejrzewając, że kolejna wizyta w sklepie mogłaby zakończyć się kolejną awanturą.

W trakcie długiego spaceru postanowiła zadzwonić do matki, aby chwilą spokojnej rozmowy przyspieszyć odzyskanie równowagi.

– Właśnie wychodziłam na spotkanie seniorów... – oznajmiła na wstępie Antonina Rupniewska, matka-emerytka, zdrowa na ciele i umyśle, której nie sposób odebrać apetytu na życie. – Coś pilnego?

– Przekwitam i chcą mnie wypatroszyć... – poinformowała skrótowo rodzicielkę Antonia.

– Wielkie mi halo! Ta aktorka z Klanu... no wiesz, taka blondynka... A może to z innego filmu, przekwitła, gdy jeszcze nie miała czterdziestki. A teraz proszę, już trzeciego chłopa ma!

Antonia westchnęła ciężko i wymownie. Na wsparcie matki mogła liczyć w stopniu umiarkowanym, ale na jej wiedzę na temat celebrytów niezawodnie i zawsze. Antonina z pasją zaczytywała się w plotkarskich serwisach w wersji papierowej, elektronicznej i mówionej, czyli co przekazywały jej ustnie koleżanki z Klubu Seniora „Pod Zadyszką”, a czego nie zdołała sama przeczytać. Słabo interesowała się losami własnej rodziny, ale królewskie znała od podszewki. O każdej porze dnia i nocy mogła wymienić wszystkich członków z imienia i nazwiska. Żadna plotka o artystach nie umknęła jej oku i uchu. W klubie seniora spotykała tylko bratnie dusze, w równym stopniu zainteresowane serwisami plotkarskimi. Same też plotkowały i tworzyły alternatywne scenariusze żyć celebrytów. Niestety, bywało, że pamięć co do nazwisk, imion i tytułów filmów zawodziła... ale od czego jest wyobraźnia?

– Mamo, czy nie uważasz, że powinnam otrzymać przynajmniej podstawowe wsparcie z twojej strony? – westchnęła Antonia bez przekonania.

– Toż właśnie to robię! Przecież ci jeszcze nie wycięli... – jęknęła Antonina. – A może ty chciałaś zajść w ciążę?

Całe szczęście, że Antonia szła właśnie zaciszną alejką parkową, więc jej głośne parsknięcie śmiechem przeszło bez zaniepokojonych albo oburzonych spojrzeń przechodniów.

– Wiesz, ile aktorek rodziło po czterdziestce? Taka Cameron Diaz na przykład! Może zanim ci wytną, to się postarajcie – kontynuowała zapalona do własnego pomysłu Antonina. – Taka macica last minute.

Antonia rozłączyła się bez wyrzutów sumienia. Zadzwoni, gdy Antonina będzie na celebryckim odwyku, czyli w chwilach, gdy z powodu przesytu plotkarskimi serwisami samoistnie powraca do szarej rzeczywistości. Taki stan trwa dobry miesiąc i wówczas udaje się im normalnie porozmawiać jak matka z córką. Cóż, hormony całkiem możliwe, że nie poczekają, podobnie jak skalpel chirurgiczny. Trudno – westchnęła Antonia, wchodząc na most na Kaczawie. Zatrzymała się na chwilę, by przyglądając się leniwemu nurtowi rzeki, wspomnieć z tęsknotą świętej pamięci babcię Rozalię. Szkoda, że już nie może zadzwonić... Babcia zawsze służyła radą, wsparciem i... gotówką. Antonia odziedziczyła po niej jasne włosy, pionową zmarszczkę nad czołem, sporo pieniędzy, obraz z widokiem na lawendowe pola i marzenie o podróży do Prowansji. Cóż, kiedy w takich okolicznościach szybciej spotka się z babcią na tamtym świecie, niż wybierze choćby do najbliżej położonego Lubina.

Na ulicę Góralską dotarła z postanowieniem, że żadnego organu za życia swego nie odda. Po śmierci, proszę bardzo, ale teraz to wykluczone! Tymczasem sława ją wyprzedziła, ponieważ mąż, zamiast powiedzieć „dzień dobry”, spytał, marszcząc czoło:

– Co to za awantura w sklepie o jakieś macice?

Jako że w zdumieniu zastygła z butem w dłoni, więc mąż zaprezentował nagranie z internetu. Antonia nie czuła wstydu, choć niezamierzenie wyszła na pieniaczkę, i kto wie, czy taka „sława” nie przyniesie jej strat w biznesie. Poza tym nikt inny się nie wypowiadał. Mariusz trzymał telefon w dłoni, pozwalając, by nagranie powtarzało się wciąż od początku. Wyraźnie oczekiwał szczegółowych wyjaśnień, choć na razie musiał zadowolić się wzruszeniem ramion i głośnym parsknięciem. Zmęczona spacerem Antonia minęła męża bez słowa w przedpokoju, dotarła do salonu resztką sił i opadła na narożnik. Mariusz pojawił się tuż przy niej w milczącym i wytrwałym oczekiwaniu. Miał prawo czuć się zaniepokojony, gdyż Antonia do tej pory unikała „sławy” i nawet nie posiadała konta na mediach społecznościowych. A jedyne związane z jej biznesem prowadził właśnie on. Skąd zatem tak nagła zmiana i żądza zaistnienia w przestrzeni publicznej i medialnej?

– Wyobraź sobie, że nikt nie chciał ustąpić pierwszeństwa ciężarnej kobiecie – wyjaśniała zdawkowo, nie czuła się bowiem na siłach zaczynać od genezy tego zamieszania. Przynajmniej nie w tej chwili, gdy jeszcze sobie nie poukładała rozbieganych myśli wokół swojej przedwczesnej menopauzy i straty macicy. Jak to przyjmie Mariusz? Może trzeba faceta jakoś przygotować na takie nowe okoliczności? Sama też nie była gotowa... Może to się przechodzi razem, jak ciążę?

– Zastanawia mnie, dlaczego, stając w obronie ciężarnej, krzyczałaś o prawie do macicy dla tych bez macicy? O co tu chodzi? – natrętnie interesował się małżonek i zacytował jej wypowiedź z nagrania: – „Te bez macic także powinny być obsługiwane poza kolejnością!” Nie rozumiem...

– Bo chcą mi wyciąć macicę! – nie wytrzymała i wybuchła płaczem.

Mąż porzucił odtwarzanie nieszczęsnego nagrania i chwilę mrugał w niedowierzaniu, lecz zaraz przygarnął Antonię, która zdążyła się już porządnie rozpłakać. Pochlipując w mężowskich ramionach, opowiedziała o wizycie u ginekologa.

– No przecież to dla twojego zdrowia... Lekarz wie, co robi... Skoro uważa, że...

Antonia gwałtownie wyrwała się z męskich ramion i zerwała na baczność.

– Ty! A chciałbyś nie mieć jaj?!

– No co ty! – oburzył się Mariusz i nawet odruchowo zakrył przyrodzenie, jakby już ktoś czyhał na nie z nożem w dłoni.

– Właśnie! To odchrzań się od mojej macicy! – rzuciła niegrzecznie i uciekła do swojej pracowni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki