Truposz za potwierdzeniem odbioru - Monika B. Janowska - ebook + audiobook

Truposz za potwierdzeniem odbioru ebook i audiobook

Monika B. Janowska

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Małżeństwo Krzysztofy i Waldemara wydaje się szczęśliwe i spełnione, a wisienką na torcie ma być ich wspólny wyjazd do czeskiej Pragi z okazji 15. rocznicy zawarcia ślubu. Jednak na wycieczce nie wszystko poszło zgodnie z planem. Podczas dojazdu do swojego hotelu utknęli w korku i nastąpiło nieuniknione - pęcherz Krzysi z całą stanowczością upominał się o opróżnienie! Z braku innych możliwości już miała użyć znicza, co najpewniej zadecydowało o rozpadzie małżeństwa miesiąc po wypadzie. Porzucona Krzysztofa, która do tej pory zajmowała się wyłącznie domem, aby utrzymać siebie i swoje córki zatrudnia się w lokalnej firmie kurierskiej. Jednak pierwszy dzień w pracy jest daleki od ideału, gdyż kobieta o mały włos nie została świadkiem morderstwa! Ale największy "kataklizm" ma dopiero nastąpić Wiedzione współczuciem i chęcią pomocy, mama i teściowa Krzysi wprowadzają się do niej. A gdy dowiadują się, kto został zamordowany, odkrywają w sobie detektywistyczną żyłkę i postanawiają przeprowadzić swoje amatorskie śledztwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 38 min

Lektor: 978-83-8334-635-9

Oceny
4,3 (87 ocen)
47
29
7
2
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bomaszkowie

Nie oderwiesz się od lektury

Znakomita pozycja. Nie pamiętam kiedy tak się śmiałem czytając książkę. Odtąd inaczej spojrzę na zawód kuriera i na Legnicę, której kiedyś nie lubiłem. Dziękuję...
10
Annami24

Nie oderwiesz się od lektury

Muszę przyznać, że zabawna! Super się czytało, sięgnę po inną pozycję tej autorki. A Legnica znajoma.....
00
Martulinda96

Dobrze spędzony czas

Książka bardzo rozweselająca,lekka. Niestety lektorka dla mnie fatalna.
00
BozekM

Nie oderwiesz się od lektury

Zabawna z fajnym wątkiem kryminalnym. Polecam
00
Kaganaabooklover

Dobrze spędzony czas

Co może doprowadzić do rozpadu małżeństwa? Tak naprawdę wszystko. Krzysztofa i Waldemar, małżeństwo z piętnastoletnim stażem, kolejną rocznicę postanawia spędzić w Pradze. Niestety nie wszystko idzie zgodnie z planem, a pewien wydawałoby się drobny incydent sprawia, że miesiąc później mąż się wyprowadza, pozostawiając Krzysię wraz z bliźniaczkami. Z odsieczą przychodzą „mamunki”, które postanawiają wprowadzić się do Krzysi, a ona sama podejmuje pracę w firmie kurierskiej. Jakby tego było mało, już pierwszego dnia pracy, na terenie zakładu zostaje znaleziony trup, a „mamunki” postanawiają rozpocząć własne śledztwo. Co z tego wyniknie i kim są „mamunki” możecie przekonać się sięgając po książkę Moniki Janowskiej „Truposz za potwierdzeniem odbioru”. To było moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, ale już wiem, że nie będzie ono ostatnim. Książka została zaklasyfikowana jako literatura obyczajowa/romans, ale dla mnie to komedia obyczajowa z wątkiem kryminalnym. Lekka i napisana p...
00

Popularność




Co­py­ri­ght © Mo­nika B. Ja­now­ska Co­py­ri­ght © 2023 by Lucky
Pro­jekt okładki: Ilona Go­styń­ska-Rym­kie­wicz
Au­tor zdję­cia: de­agreez (stock.adobe.com)
Skład i ła­ma­nie: Mi­chał Bog­dań­ski
Re­dak­cja i ko­rekta: Klau­dia Jo­va­no­vska
Wy­da­nie I
Ra­dom 2023
ISBN 978-83-67787-08-6
Wy­daw­nic­two Lucky ul. Że­rom­skiego 33 26-600 Ra­dom
Dys­try­bu­cja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: kon­takt@wy­daw­nic­two­lucky.plwww.wy­daw­nic­two­lucky.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

1. Tu­nel utra­co­nej mi­ło­ści

Śmiem po­dej­rze­wać, że roz­pad mo­jego wie­lo­let­niego mał­żeń­stwa roz­po­czął się pew­nego po­po­łu­dnia, kiedy w obec­no­ści mał­żonka za­mie­rza­łam si­kać w JEGO sa­mo­cho­dzie do... zni­cza! Dla uza­sad­nie­nia mego po­dej­rze­nia do­dam, że audi a8 long w ko­lo­rze czar­nym, rocz­nika ni­gdy nie pa­mię­ta­łam, sta­no­wiło in­te­gralną ca­łość z wła­ści­cie­lem. Było bó­stwem ob­da­rza­nym nad­tro­skliwą opieką i bez­gra­nicz­nym uwiel­bie­niem. Każdy, kto do­stą­pił za­szczytu za­ję­cia miej­sca pa­sa­żera, prze­sta­wał od­dy­chać, mó­wić i my­śleć w oba­wie, że na­razi się na nie­za­do­wo­le­nie, gło­śne uwagi czy pre­ten­sje wła­ści­ciela. O ja­kim­kol­wiek bru­dze­niu, je­dze­niu czy pi­ciu na­wet nie wspo­mnę. Pyłki ku­rzu same ucie­kały w po­pło­chu z ide­al­nie czy­stej i nie­ska­zi­tel­nej świą­tyni nie­miec­kiej mo­to­ry­za­cji. A tym­cza­sem ja...

Cóż, my­ślę, że ta­kiej próby nie prze­trwa­łoby żadne mał­żeń­stwo, ża­den naj­męż­niej­szy mąż ani do sza­leń­stwa za­ko­chany w swo­jej wy­brance ko­cha­nek. Ja też nie wy­trzy­ma­łam ze zgoła od­mien­nych po­wo­dów. Otóż pew­nego sło­necz­nego ma­jo­wego po­po­łu­dnia zo­sta­li­śmy za­trzy­mani przez czer­wone świa­tło we wnę­trzu pra­skiego tu­nelu. Wła­śnie przy­je­cha­li­śmy na week­end do cze­skiej sto­licy, by ce­le­bro­wać na­szą pięt­na­stą rocz­nicę ślubu. Tak, wzię­łam ślub w maju, wbrew wszyst­kim gło­szo­nym wszem wo­bec prze­są­dom! Wy­trwa­li­śmy pięt­na­ście lat i wy­cho­wy­wa­li­śmy dwie fan­ta­styczne có­reczki: To­mirę i El­wirę. Kiedy na ścien­nym ka­len­da­rzu po­ja­wiła się data 15 maja, mój mąż Wal­de­mar oznaj­mił, że za­re­zer­wo­wał dla nas apar­ta­ment w pra­skim ho­telu z wi­do­kiem na Hrad­czany. Któż by się oparł ta­kiej nie­spo­dziance?! Ja na pewno nie, gdyż po­dróże, wy­cieczki, prze­jażdżki rzadko od­by­wały się z moim udzia­łem. Aby wsiąść do audi a8 long, mu­sia­ła­bym się pod­dać ta­kim ry­tu­ałom oczysz­cza­ją­cym, ja­kich nie po­wsty­dzi­liby się or­to­dok­syjni sza­mani dzi­kich ple­mion. Zresztą nie by­łam wy­jąt­kiem i nie przy­po­mi­nam so­bie ja­kie­go­kol­wiek pa­sa­żera od ostat­nich trzech lat, gdy lśniące audi a8 long po­ja­wiło się w na­szej ro­dzi­nie i za­miesz­kało w do­bu­do­wa­nym do domku ga­rażu. Ob­se­sja Wal­de­mara na punk­cie sa­mo­chodu wy­da­wała mi się cał­kiem nie­szko­dliwa w po­rów­na­niu do mę­żów sa­dy­stów, pi­ja­ków, nie­ro­bów czy lo­we­la­sów, o któ­rych sporo się na­słu­cha­łam od po­szko­do­wa­nych zna­jo­mych, za­szlo­cha­nych ko­le­ża­nek czy na­rze­ka­ją­cych przy­ja­ció­łek, z któ­rymi dość wcze­śnie po­tra­ci­łam kon­takt. Za­tem do­stą­pi­łam za­szczytu wy­jazdu z mę­żem, po­waż­nie roz­wa­ża­jąc, czy za­miast za­kła­dać sek­sowną bie­li­znę, nie po­win­nam za­bez­pie­czyć się fo­lią, aby nie ska­zić au­diczki swoim śla­dem DNA.

Po­dróż mi­nęła bez przy­gód, w pro­mie­niach słońca i na moim bez­de­chu. Fale ra­diowe prze­ska­ki­wały ze sta­cji na sta­cję, aż w końcu do sa­mej Pragi to­wa­rzy­szyły nam już tylko wiel­kie świa­towe prze­boje lat osiem­dzie­sią­tych w cze­skiej aran­ża­cji. Nie­zwy­kłe do­świad­cze­nie, któ­rego nie po­le­cam, ale jako że nie śmia­łam ni­czego do­tknąć, znio­słam to dziel­nie. Mu­zyczny pod­kład na­szej po­dróży po­trak­to­wa­łam jako wstęp do nie­zwy­kłej przy­gody i pod­bu­dowę pod at­mos­ferę cze­skiej sto­licy. Pragę mia­łam zo­ba­czyć po raz pierw­szy, za­tem z ogrom­nym pod­nie­ce­niem i cie­ka­wo­ścią mo­głam znieść na­prawdę wszystko. Oka­zało się, że taka de­kla­ra­cja była mocno na wy­rost.

Le­d­wie wje­cha­li­śmy w pra­skie przed­mie­ścia, na­wi­ga­cja po­pro­wa­dziła nas do tu­nelu. Dwie mi­nuty póź­niej za­trzy­ma­li­śmy się przed czer­wo­nym świa­tłem. Tuż obok nas, na dru­gim pa­sie, sta­nęła stara skoda, jaką pa­mię­ta­łam z dzie­ciń­stwa, bo są­siad – szczę­śliwy po­sia­dacz je­dy­nego auta w na­szym bloku – re­gu­lar­nie grze­bał w sil­niku z tyłu. Stąd za­pa­mię­ta­łam, że na od­wrót niż w in­nych sa­mo­cho­dach po­sia­dała ba­gaż­nik z przodu. Dwie star­sze pa­nie, bar­dzo mocno po­su­nięte w la­tach, może i pierw­sze wła­ści­cielki skody, po­ma­chały mi przy­jaź­nie. Uśmiech­nę­łam się i rów­nież od­ma­cha­łam. Roz­ga­łę­zie­niem przed nami nie je­chał ża­den sa­mo­chód, za to za nami usta­wił się cał­kiem im­po­nu­jący sznur aut. Mi­jały ko­lejne mi­nuty, a świa­tło nie zmie­niało się na zie­lone. Jedno spoj­rze­nie na Wal­de­mara wy­star­czyło, by wie­dzieć, że za­czyna się nie­cier­pli­wić. Dło­nie w skó­rza­nych sa­mo­cho­do­wych rę­ka­wicz­kach mocno za­ci­skał na skó­rza­nej kie­row­nicy, uważ­nie i w na­pię­ciu spo­glą­dał przed sie­bie, jakby spo­dzie­wał się nad­cho­dzą­cego z wnę­trza tu­nelu ka­ta­kli­zmu, zdol­nego wy­rwać mu naj­uko­chań­szy sa­mo­chód, a któ­remu on stawi dziel­nie czoła. Ra­dio mil­czało, na elek­tro­nicz­nym ze­ga­rze zmie­niały się ko­lejne cy­fry, po­su­wa­jąc czas do przodu i wy­dłu­ża­jąc ocze­ki­wa­nie. No i wtedy po­czu­łam, że w moim pę­che­rzu nie ma już miej­sca na cze­ka­nie. Za­ci­snę­łam zęby i uda. Ro­zej­rza­łam się nie­spo­koj­nie za ja­ki­miś zna­kami lub strzał­kami wska­zu­ją­cymi to­a­letę. Nic.

W są­sied­niej sko­dzie dwie star­sze pa­nie wła­śnie otwie­rały opa­ko­wa­nie pizzy i za­śmie­wa­jąc się gło­śno, od­ry­wały pierw­sze ka­wałki. Kiedy po­now­nie spo­tka­ły­śmy się wzro­kiem, w ge­ście za­pro­sze­nia wska­zały na opa­ko­wa­nie. Uśmiech­nę­łam się i zro­bi­łam minę w stylu: „nie ro­zu­miem”, więc sie­dząca za kie­row­nicą, po­spiesz­nie od­krę­ciła szybę. Od­ru­chowo chcia­łam uczy­nić po­dob­nie, ale oka­zało się, że ist­nieje coś ta­kiego jak blo­kada.

– Mo­żesz otwo­rzyć okno? – spy­ta­łam Wal­de­mara, nie­prze­rwa­nie kon­tem­plu­ją­cego pu­stą prze­strzeń tu­nelu przed nami.

– Spa­liny nas udu­szą – burk­nął.

– Te pa­nie obok chcą nam coś po­wie­dzieć. – Wska­za­łam ru­chem głowy są­siedni sa­mo­chód, gdzie we­sołe cze­skie sta­ruszki ma­chały rę­koma nad po­dziw ener­gicz­nie.

– I tak nic nie zro­zu­miesz.

– Po dwóch go­dzi­nach cze­skich wer­sji C.C. Catch, Mi­cha­ela Jack­sona, Ma­donny, Li­malha i na­wet Sha­kina Ste­vensa czuję, jak­bym bie­gle wła­dała ję­zy­kiem na­szych są­sia­dów – od­par­łam z peł­nym prze­ko­na­niem. – Otwie­raj!

Szyba po­szła w dół, ale at­mos­fera zgęst­niała od nie­mej pre­ten­sji.

– Do­brý den! – usły­sze­li­śmy od razu. Po­tem na­stą­piła se­ria cze­skich słów, które za­prze­czyły mo­jemu prze­ko­na­niu, że je­ste­śmy w tej sa­mej gru­pie ję­zy­ko­wej – za­chod­nio­sło­wiań­skiej. Za to opa­no­wa­łam bez­słowne ki­wa­nie głową i przy­ja­zne uśmie­chy tę­pej idiotki. Od­mó­wi­łam pizzy i po­ma­cha­łam na po­że­gna­nie.

– Za­mknij już to okno – wy­ce­dzi­łam przez zęby, które na­dal grzecz­nie szcze­rzy­łam do we­so­łych sta­ru­szek.

– A nie mó­wi­łem?! – par­sk­nął z sa­tys­fak­cją mój mał­żo­nek.

Za­ci­snę­łam zęby, lecz nie z po­wodu chęci mordu na Wal­de­ma­rze, ale peł­nego pę­che­rza. Roz­pię­łam pasy, aby mieć wię­cej swo­body, i za­czę­łam głę­biej od­dy­chać. Kar­cące spoj­rze­nie męża miało mnie bar­dziej zmo­ty­wo­wać do kwe­stii bez­pie­czeń­stwa, ale mój pę­cherz zaj­mo­wał mi te­raz wszyst­kie my­śli, cały mózg! Bo­le­sne ukłu­cia w dole brzu­cha raz po raz sy­gna­li­zo­wały, że sprawa staje się bar­dzo po­ważna i nie­bez­piecz­nie roz­wo­jowa.

– Siku mi się chce! – ryk­nę­łam nie­ludzko we wnę­trzu sa­mo­cho­do­wej świą­tyni.

Wal­de­mar pod­sko­czył na miej­scu, ale nie pu­ścił kie­row­nicy.

– Jak to?!

– Nor­mal­nie! Zda­rza się! – od­po­wie­dzia­łam.

– Prze­cież si­ka­łaś na sta­cji ben­zy­no­wej! – Ob­rzu­cił mnie spoj­rze­niem peł­nym wy­rzutu i obrzy­dze­nia, jak­bym oznaj­miła, że je­stem ko­smitką, a te­raz wy­kluwa się we mnie obca forma ży­cia, a ja za­po­mnia­łam mu o tym po­wie­dzieć pięt­na­ście lat temu.

Za­ci­snę­łam moc­niej szczęki. W bocz­nym lu­sterku wi­dzia­łam ka­wa­łek nieba nad tu­ne­lem i sznur sa­mo­cho­dów z rów­nie nie­cier­pli­wymi kie­row­cami i pa­sa­że­rami jak my dwoje. Poza le­ciwą skodą z le­ci­wymi Czesz­kami, które za­śmie­wały się bez­tro­sko, za­ja­da­jąc pizzę. Czer­wone świa­tło z sy­gna­li­za­tora spo­glą­dało na nas nie­wzru­szone. Zło­wiesz­czo prze­czu­wa­łam, że szyb­ciej po­po­łu­dnie zmieni się w noc, niż czer­wone na zie­lone. Ból sta­wał się nie­zno­śny i pra­gnę­łam tylko uwol­nić się od nad­miaru płynu!

– Nie wy­trzy­mam! – krzyk­nę­łam nie­ludz­kim gło­sem. – Ze­si­kam się! Co z tym świa­tłem?!

Wi­zja ska­la­nej mym mo­czem ta­pi­cerki sa­mo­cho­do­wej mu­siała za­dzia­łać na mego mał­żonka bły­ska­wicz­nie, bo­wiem wy­łą­czył sil­nik i wy­siadł z sa­mo­chodu. Na chwilę moje my­śli od­da­liły się od pę­che­rza i pod­dały za­sko­cze­niu. Tym­cza­sem Wal­de­mar z nie­spo­ty­kaną ener­gią ru­szył po­mię­dzy sa­mo­chody za nami i naj­wy­raź­niej za­się­gał ję­zyka. Przez myśl prze­szło mi, że roz­py­tuje o pie­lu­chy dla mnie i w ak­cie de­spe­ra­cji go­tów wy­rwać je ja­kie­muś przy­pad­ko­wemu nie­mow­lę­ciu! Ob­ser­wo­wa­łam go we wstecz­nym lu­sterku, ale nie prze­ja­wiał agre­syw­nych od­ru­chów w sto­sunku do in­nych ocze­ku­ją­cych w tu­nelu. Wresz­cie, we­dług mych ob­li­czeń pod wpły­wem co­raz bar­dziej na­pie­ra­ją­cego na na­tych­mia­stową ewa­ku­ację mo­czu, po­wró­cił po wie­kach! Wsiadł i nie za­szczy­ciw­szy mnie spoj­rze­niem, oznaj­mił:

– Gdzieś tam był wy­pa­dek!

– Iiiiiii?! – za­wy­łam.

– Wy­trzy­maj jesz­cze kilka mi­nut!

– Wy­klu­czone! Idę przed sie­bie i wy­si­kam się za za­krę­tem! – po­in­for­mo­wa­łam i na­wet się­gnę­łam do klamki.

– Po­cze­kaj! Za­raz nas mogą pusz­czać!

– Sto­imy tu­taj pra­wie trzy­dzie­ści mi­nut!

– Dwa­dzie­ścia pięć! – po­pra­wił mnie, spo­glą­da­jąc na elek­tro­niczny ze­gar. – Za­raz będą pusz­czać.

– Ja chcę się pu­ścić! – za­wy­łam na tyle gło­śno, że we­sołe sta­ruszki prze­rwały kon­sump­cję i roz­mowę, by z za­cie­ka­wie­niem wpa­try­wać się w nasz sa­mo­chód.

Po­dej­rze­wam, że moje de­spe­rac­kie wy­cie usły­szeli wszy­scy przed i w tu­nelu, a na­wet oko­liczni pra­ża­nie miesz­ka­jący w pro­mie­niu pię­ciu ki­lo­me­trów.

– Je­zuuu, co się z tobą dzieje?! – za­py­tał od­kryw­czo Wal­de­mar, wzmac­nia­jąc py­ta­nie su­ro­wym zmarsz­cze­niem czoła.

– Chcę siku! I nie wy­trzy­mam! Da­waj coś!

– Co?! Wia­dra nie mam! – rzu­cił chyba we­soło. – Kie­rowcy TIR-ów po­dobno si­kają do bu­te­lek, gdy nie mogą się za­trzy­mać. Mam tu­taj bu­telkę z wodą, ale czy tra­fisz? Za­si­kasz mi ta­pi­cerkę!

– Cie­bie w głupi łeb tra­fię, na pewno! – ryk­nę­łam w bo­le­ściach nad­ludz­kich.

Z miej­sca przy­po­mniał mi się po­ród, kiedy pod wpły­wem strasz­nego bólu wy­rzu­ca­łam z sie­bie liczne prze­kleń­stwa, a chęć mordu mie­szała się z chę­cią rzu­ce­nia się pod po­ciąg. Te­raz wró­ciło do mnie to uczu­cie. Ob­da­rzy­łam Wal­de­mara ta­kim spoj­rze­niem, że w fil­mie Ma­rvela na pewno wy­pa­ro­wałby jak kro­pla wody na słońcu. Za­mknę­łam mu tym sa­mym usta, za­nim wy­po­wie­dział po­now­nie: „wy­trzy­maj jesz­cze tro­chę”. Mąż wzdry­gnął się i po chwili pac­nął otwartą dło­nią w czoło.

– Mam! Mam w ba­gaż­niku zni­cze, które ku­pi­li­śmy na Boże Na­ro­dze­nie, ale w końcu nie po­szli­śmy na cmen­tarz! – wy­krzyk­nął, za­cie­ra­jąc dło­nie w rę­ka­wicz­kach i ocze­ku­jąc na po­chwałę.

To był już ostatni mo­ment. Tra­ci­łam kon­trolę nad pę­che­rzem i mó­zgiem. Mia­łam gdzieś to całe bó­stwo o na­zwie a8 long i nie do­tarło do mnie, że w upo­rząd­ko­wa­nym świe­cie Wal­de­mara po­ja­wił się dy­so­nans w po­staci ja­kichś zni­czy sprzed pół roku w ba­gaż­niku! A on już się­gał do tyłu i de­mon­to­wał jedno z tyl­nych sie­dzeń. Po chwili, w cza­sie któ­rej zmu­szona by­łam wpa­try­wać się w jego wy­pięty za­dek, wy­cią­gnął nie­wielki pa­ku­nek i po­dał mi go z uśmie­chem szczę­ścia! Od­dy­cha­łam głę­boko i szybko, jakby to rze­czy­wi­ście był po­ród. Wy­rwa­łam mu pa­ku­nek i po­czę­łam ner­wowo szar­pać fo­lię, która szczel­nie owi­jała znicz w kształ­cie cho­inki. Jed­no­cze­śnie od­su­nę­łam do tyłu sie­dze­nie, by zro­bić so­bie miej­sce. Bro­kat ze szkla­nej cho­inki po­sy­pał się ob­fi­cie na sa­mo­cho­dowy dy­wa­nik i ta­pi­cerkę. Bły­ska­wicz­nie i spraw­nie, jak­bym nic in­nego w ży­ciu nie ro­biła, tylko ćwi­czyła si­ka­nie w trud­nych wa­run­kach i oko­licz­no­ściach, zdję­łam górę cho­inki i...

Po­wiem tylko, że... na szczę­ście świa­tło na sy­gna­li­za­to­rze wresz­cie zmie­niło swoją barwę na ko­lor na­dziei, lecz twarz mo­jego mał­żonka Wal­de­mara długo po­zo­stała krwi­ście czer­wona i na­dziei na udany po­byt w Pra­dze da­rem­nie było wy­glą­dać.

2. Sta­now­czy ko­niec z grzecz­no­ścią

No i ko­niec. Ko­niec mo­jego wie­lo­let­niego, uda­nego, zgod­nego, ocie­ra­ją­cego się o ideał mał­żeń­stwa. Ja­kiś mie­siąc po po­wro­cie z Pragi Wal­de­mar z nie­zwy­kłą sta­now­czo­ścią i w za­cię­tym mil­cze­niu wkła­dał swoje ko­szule, spodnie i ga­cie do wiel­kiej wa­lizy, którą ku­pi­li­śmy, gdy jeź­dzi­li­śmy w ro­dzinne po­dróże. Oczy­wi­ście w za­mierz­chłych cza­sach sprzed au­diczki, gdy po­dró­żo­wa­li­śmy wspól­nie, ro­dzin­nie, choć rów­nież je­dy­nym uzna­wa­nym przez mego mał­żonka środ­kiem trans­portu – mia­no­wi­cie sa­mo­cho­dem. Jesz­cze nie tak bez­kry­tycz­nie wiel­bio­nym.

Im­po­nu­ją­cych roz­mia­rów wa­liza w zu­peł­no­ści star­czała na na­szą czwórkę. Te­raz mu­siała za­brać Wal­de­mara w ostat­nią po­dróż i po­mie­ścić wszyst­kie jego rze­czy. Po­my­śla­łam, że roz­miary ba­gażu za­wsze ska­zy­wały nas na trans­port sa­mo­cho­dowy. Ża­den sa­mo­lot cy­wilny nie zgo­dziłby się za­gra­cić so­bie po­łowy ła­downi na­szą wa­lizą, na­wet za so­lidną do­płatą. A trans­port woj­skowy, który udźwi­gnąłby i wagę, i roz­miar, z pew­no­ścią nie zgo­dziłby się, aby po po­kła­dzie krę­cili się ja­cyś cy­wile. Na­wet mocno za­słu­żeni, jak mój mał­żo­nek Wal­de­mar – ho­no­rowy oby­wa­tel mia­sta, znany i lu­biany przed­się­biorca bu­dow­lany oraz, albo przede wszyst­kim, hojny spon­sor.

Za­tem wa­liza zo­stała spa­ko­wana i wcią­gnięta do wy­na­ję­tego busa, po czym od­je­chała w to­wa­rzy­stwie te­le­wi­zora, in­nego sprzętu RTV, dzie­więt­na­sto­wiecz­nego biurka, kom­pu­tera, dru­karki oraz pralki i zmy­warki. Za roz­pad na­szego wie­lo­let­niego po­ży­cia uznana zo­sta­łam, jesz­cze przed roz­prawą są­dową, winna ja i przy­kład­nie uka­rana. Te­raz w ra­mach po­kuty będę prała swoje i dziew­czy­nek rze­czy w Ka­cza­wie, trąc na tarce, i szo­ro­wała na­czy­nia ręcz­nie. Skoro do­pu­ści­łam do tego, aby fi­zjo­lo­gia wzięła górę nad cy­wi­li­za­cją, to i zdo­by­cze cy­wi­li­za­cji nie po­winny mi prze­szka­dzać w pro­ce­sie to­tal­nego zdzi­cze­nia.

Wal­de­mar za­dbał, aby wy­pro­wadzka od­była się, gdy na­sze uko­chane bliź­niaczki będą w szkole, oszczę­dza­jąc so­bie py­tań, szlo­chów i dra­ma­tycz­nych po­że­gnań. Je­stem prze­ko­nana, że gdyby jego sza­lona babka Mau­ryca nie prze­pi­sała domku na na­sze dziew­czynki, to ja bym mu­siała wy­naj­mo­wać busa albo ro­wer z przy­czepką, bo tyle by mi po­zwo­lił za­brać. Na szczę­ście dla mnie, nie­sa­mo­wita star­sza pani, którą uwiel­bia­łam za jej ży­cia, a reszta ro­dziny uwa­żała za wa­riatkę, prze­wi­działa moją przy­szłość, czy­niąc mnie je­dy­nym praw­nym peł­no­moc­ni­kiem mo­ich có­rek i ich ma­jątku po so­bie.

– Mój praw­nik się z tobą skon­tak­tuje – rzu­cił Wal­de­mar, na­wet nie za­szczy­ciw­szy mnie ostat­nim spoj­rze­niem.

– Praw­nik... – wes­tchnę­łam gło­śno.

– Tylko nie rób scen – do­dał jesz­cze mój mał­żo­nek, bio­rąc me wes­tchnie­nie za wstęp do roz­dzie­ra­ją­cej sceny po­że­gna­nia.

Po czym tak szybko chciał już zna­leźć się poza za­się­giem mych prze­wi­dy­wa­nych roz­pacz­li­wych wrza­sków, rwa­nia wło­sów, tu­dzież roz­szar­py­wa­nia odzieży, że po­tknął się o wy­sta­jący ko­rzeń sta­rej so­sny, za­ma­chał ener­gicz­nie rę­koma i omal nie wy­lą­do­wał na ziemi. Wzru­szy­łam ra­mio­nami cał­ko­wi­cie zo­bo­jęt­niała, a Wal­de­mar, bru­net mego ży­cia, który nie­gdyś tak za­wzię­cie za mną ła­ził, po­my­słowo zdo­by­wał i ślepo wiel­bił... już uru­cha­miał sil­nik swego audi, by mnie opu­ścić na za­wsze.

Cóż, oparta o ogro­dze­nie, przy­glą­da­łam się wszyst­kiemu, jak­bym uczest­ni­czyła w spek­ta­klu te­atral­nym albo sce­nie fil­mo­wej. Nie­obecna, nie­za­an­ga­żo­wana i na­dal cał­ko­wi­cie za­sko­czona. Czerw­cowy, cie­pły, jesz­cze wio­senny dzień, za­pach kwit­ną­cych kwia­tów w na­szym ogro­dzie, lekki wiatr strą­ca­jący li­ście klonu u są­siada, do­tarły do mnie do­piero, gdy prze­ła­do­wany bus od­je­chał w ostatni kurs, a tuż za nim znik­nęło za ro­giem czarne audi a8 long. A po­tem, to już mnie po­rząd­nie grzmot­nęło i za­mknęło w sza­leń­stwie py­tań bez od­po­wie­dzi, dy­wa­ga­cji „dla­czego?”, sa­mo­bi­czo­wa­niu, pła­czu i śmia­niu się na prze­mian i bez ustanku.

DLA­CZEGO? Do­bre py­ta­nie, które za­dają so­bie mi­liony ko­biet w mo­jej sy­tu­acji. Roz­pa­mię­ty­wa­nie każ­dego dnia mał­żeń­stwa w po­szu­ki­wa­niu wła­snej winy. Praw­dziwe śledz­two bez li­cen­cji, od­znaki i... wy­płaty. Gdzie po­peł­ni­łam błąd? Co da­lej? Jak te­raz żyć? Tylko która z tych mi­lio­nów po­rzu­co­nych ko­biet może po­wią­zać roz­wód z próbą pro­fa­na­cji zni­cza wła­snym mo­czem? No tylko ja! Bo i ow­szem, do­pro­wa­dzona do osta­tecz­no­ści i bólu się­gnę­łam po ów znicz i na­wet ścią­gnę­łam majtki, ale do aktu nie do­szło. Zmiana świa­teł w tu­nelu i prze­kra­cza­nie pręd­ko­ści na pra­skich skrzy­żo­wa­niach przez mo­jego mał­żonka do­po­mo­gły, aby do­star­czyć mnie i mój pełny pę­cherz do mar­ke­to­wej to­a­lety, gdzie bez­par­do­nowo do­pa­dłam wresz­cie wła­ści­wego miej­sca. Znicz mimo wszystko wy­lą­do­wał w śmiet­niku, a at­mos­fera wy­jazdu ze­psuła się do końca po­bytu. Praga, ow­szem, piękna, ale skwa­szona mina Wal­de­mara sku­tecz­nie za­sło­niła mi Hrad­czany i Most Ka­rola.

– Ależ on ma kry­zys wieku śred­niego! – za­wy­ro­ko­wała moja mama, gdy w po­szu­ki­wa­niu ro­dzi­ciel­skiego po­cie­sze­nia, za­dzwo­ni­łam do niej tuż po po­wro­cie na oj­czy­zny łono. – Ten sa­mo­chód, fo­chy, ele­ganc­kie ubiory. Jesz­cze cię rzuci, zo­ba­czysz! A gdzie ty lep­szego zię­cia dla mnie znaj­dziesz?

– Zię­cia? – po­wtó­rzy­łam z nie­do­wie­rza­niem. – Chyba męża...

Gło­śne prych­nię­cie mo­jej mamy omal mnie nie ogłu­szyło.

– Ja nie szu­kam męża! – za­pro­te­sto­wała. – Jed­nego już mia­łam, umor­do­wa­łam się strasz­nie i star­czył mi na całe ży­cie!

– Mamo, po­wta­rzasz wszyst­kim wo­kół, że ko­bieta do szczę­ścia nie musi mieć męża, aby być speł­niona – przy­po­mnia­łam.

– Wła­śnie! Dla­tego ja nie mam!

– A ja to niby nie je­stem ko­bietą? – obu­rzy­łam się, lecz bez prze­ko­na­nia i na­dziei na zro­zu­mie­nie ze strony Bo­żenny Pa­we­łek.

– Nie to mia­łam na my­śli... – od­parła zdez­o­rien­to­wana, jako że moją mamę oj­ciec zo­sta­wił, gdy skoń­czy­łam cztery lata, więc nie wiem, kiedy zdą­żyła się tak zmę­czyć mał­żeń­stwem? Chyba że przeze mnie, bo nie dość, że łu­dząco przy­po­mi­na­łam ojca, to jesz­cze do­sta­łam po nim imię: Krzysz­tofa.

– My­śla­łam, że je­steś po stro­nie wy­zwo­lo­nych ko­biet...

– Wła­śnie za dużo my­ślisz! – pod­chwy­ciła na­tych­miast. – Ostrze­ga­łam cię, abyś nie dała się tak stłam­sić. Na­ma­wia­łam na stu­dia! A te­raz... Le­piej po­sprzą­taj, ugo­tuj Wal­de­ma­rowi coś do­brego, co lubi, i bądź grzeczna.

– Ta­aak.

Nie ma to jak wspar­cie uko­cha­nej ma­muni! Spie­ra­nie się z Bo­żenną Pa­we­łek ni­gdy nie przy­no­siło zwy­cię­stwa. Pan Bóg ob­da­rzył mnie ste­reo­ty­pową ma­mu­sią, o ja­kich mnó­stwo na­pi­sano w po­rad­ni­kach, cza­so­pi­smach czy po­wie­ściach. W do­datku wy­cho­waną w PRL-u, co znacz­nie wzmac­niało cha­rak­te­rek.

– On na pewno so­bie znaj­dzie młod­szą! – za­wy­ro­ko­wała de­mo­nicz­nie na ko­niec. – Zo­stawi cię! Jak twój oj­ciec, ka­na­lia! A tyle razy mó­wi­łam ci, dziecko, że o męża, dzieci, dom trzeba dbać... I o sie­bie...

Ten znany mi mo­no­log o roli ko­biety w mał­żeń­stwie i ro­dzi­nie nieco mnie nu­żył. Na­słu­cha­łam się go w dzie­ciń­stwie i mło­do­ści. Mnie wpa­jała tra­dy­cyjne war­to­ści, gło­sząc fe­mi­ni­styczne ha­sła. Matka, po­rzu­cona przez mo­jego ojca, ni­gdy nie prze­sta­wała obar­czać winą; na­prze­mien­nie sie­bie, by­łego męża i wszyst­kich wo­kół. Dla­tego mnie wy­cho­wy­wała na grzeczną, ci­chą, zgodną dziew­czynkę, aby ów wy­brany, uko­chany do gro­bo­wej de­ski ni­gdy nie mu­siał mnie po­rzu­cać. Grzecz­ność przede wszyst­kim i nade wszystko. Po pierw­sze, po dru­gie, po ostat­nie! Bądź grzeczną dziew­czynką w szkole, to na­uczy­ciele cię po­lu­bią. Bądź grzeczna na po­dwórku, w ko­ściele, na ko­lo­nii, na dys­ko­tece, na wi­zy­cie ro­dzin­nej, na spa­ce­rze, w au­to­bu­sie... Bądź grzeczna, bądź grzeczna! Sta­ty­stycz­nie te dwa wy­razy zdo­mi­no­wały mat­czyne wy­po­wie­dzi.

* * *

– No i mi wy­kra­ka­łaś, ma­mu­siu... – wy­po­wie­dzia­łam smęt­nie, za­my­ka­jąc bramę wjaz­dową jak au­to­mat.

We­szłam do domu, po­włó­cząc no­gami, ni­czym po­wra­ca­jący z prze­gra­nego boju ry­cerz. Za­klu­czy­łam drzwi i opar­łam się o nie ple­cami, roz­glą­da­jąc się ze smut­kiem po za­gra­co­nym przed­po­koju. Na­sze zi­mowe kurtki, jesz­cze nie scho­wane na stry­chu, ob­cią­żały wie­kowy wie­szak. Zi­mowe obu­wie za­gra­cało więk­szą część pod­łogi, niemo świad­cząc o mo­jej mar­nej kon­dy­cji jako ide­al­nej pani domu. Re­pre­zen­ta­cyjną ko­bietą ży­cia rów­nież nie by­łam, są­dząc po mo­jej roz­cią­gnię­tej pi­dża­mie w kra­snale, a było już po po­łu­dniu. Fakt, ostat­nimi czasy Wal­de­mar skne­rzył mi na wszystko, wy­dzie­lał marne gro­sze na dom, wy­ma­ga­jąc jed­no­cze­śnie po­nad miarę, ale na­wet nie bun­to­wa­łam się prze­ciw ta­kiemu trak­to­wa­niu. Przy­ję­łam rolę kury do­mo­wej i nie czu­łam się w niej fa­tal­nie, ale że­brać u niego o pie­nią­dze, czy na­wet słusz­nie się upo­mi­nać, to prze­kra­czało moje wy­obra­że­nie. Po pro­stu czy­ni­łam cuda, aby­śmy nie cho­dziły głodne, bo prze­cież mój mąż by­wał na biz­ne­so­wych „lun­chach” i mógł z po­gardą spo­glą­dać na do­mową po­mi­do­rową czy ka­pu­śniak. A o mie­lo­nych, które wcze­śniej tak uwiel­biał, wy­po­wia­dał się te­raz, że to dość ob­cia­chowe pol­skie da­nie.

Na­gle z nie­spo­dzie­wa­nym za­pa­łem rzu­ci­łam się, aby to wszystko po­sprzą­tać, wresz­cie po­skła­dać w po­jem­niki i zło­żyć na stry­chu. Za­jęło mi to za­le­d­wie pół go­dziny i już po­now­nie sta­łam po­środku przed­po­koju. Tym ra­zem ide­al­nie wy­sprzą­ta­nego, ale ma­gia po­rząd­ków nie za­dzia­łała. Wal­de­mar nie po­ja­wił się w progu, by z za­chwy­tem zlu­stro­wać wy­sprzą­tany hol, po­rwać mnie w ra­miona i po­wró­cić na łono ro­dziny.

– No i co te­raz? – rzu­ci­łam z roz­pa­czą swemu zu­ży­temu od­bi­ciu w lu­strze w holu. – Grzeczne dziew­czynki na­wet nie my­ślą, aby si­kać do zni­czy!

Co po­wie­dziaw­szy, wy­buch­nę­łam słusz­nym pła­czem, roz­dzie­ra­ją­cym serca wraż­liw­szych są­sia­dów. Po­tem przez dwie go­dziny uża­la­łam się nad sobą, by przed sa­mym po­wro­tem có­rek ze szkoły wy­sko­czyć z po­ścieli z po­sta­no­wie­niem:

– Już ni­gdy! Ni­gdy! – krzy­cza­łam z za­ci­śnię­tymi zę­bami, gro­żąc oknu w sy­pialni. – Ni­gdy nie będę grzeczna, mamo! I cały świe­cie!

Wy­smar­ka­łam nos, umy­łam twarz i ze­szłam na dół w samą porę, by po­wi­tać moje dwie prze­cu­downe córki.

– Mamo, co na obiad? – To­mira jako pierw­sza wpa­dła do domu i od razu pe­ne­tro­wała wnę­trze lo­dówki.

Jak zwy­kle po­tknę­łam się o ple­cak w mo­tyle, który nie­dbale rzu­cała w przej­ściu. Do­piero te­raz do domu do­tarła El­wira, ciężko dy­sząc.

– Cześć! – rzu­ciła od nie­chce­nia w moją stronę. – Pró­bo­wa­łam ją do­go­nić, ale... nie udało mi się.

– Umyj­cie ręce – od­po­wie­dzia­łam, nieco roz­cza­ro­wana bra­kiem spo­strze­gaw­czo­ści u có­rek, które nie sko­men­to­wały upo­rząd­ko­wa­nego przed­po­koju.

Ni­czym zna­ko­mi­cie za­pro­gra­mo­wany ro­bot, ru­szy­łam do kuchni. Dziew­czynki wró­ciły z ła­zienki i usia­dły przy ma­łym ku­chen­nym stole.

– Już grzeję krup­nik – po­in­for­mo­wa­łam bez­na­mięt­nie.

– Znowu krup­nik? – wy­ję­czała nie­za­do­wo­lona To­mira. – Mogę po­mi­nąć zupę i za­cząć od głów­nego da­nia? Wi­dzia­łam mie­lone w lo­dówce.

– Boże! Ileż ona mie­ści tego je­dze­nia? – El­wira obu­rzyła się i te­atral­nie zła­pała się za głowę.

– A co to za pu­ste miej­sce? – Spo­strze­gaw­cza To­mira wska­zała na dziurę w me­blach po zmy­warce.

Opar­łam się ty­łem o blat zle­wo­zmy­waka i przyj­rza­łam się moim cór­kom. Czas od­być po­ważną roz­mowę. Jak zwy­kle wspar­łam się ob­fitą lek­turą na ten te­mat, więc po­winno pójść pro­fe­sjo­nal­nie i bez emo­cji.

– Tato wziął ze sobą zmy­warkę – za­czę­łam. – Wziął rów­nież pralkę i te­le­wi­zor.

– W de­le­ga­cję? – wtrą­ciła ze zdu­mie­niem El­wira.

Mi­mo­wol­nie par­sk­nę­łam śmie­chem, ale bły­ska­wicz­nie się zdy­scy­pli­no­wa­łam. Prze­cież od tej roz­mowy za­leży, czy na­sze córki nie po­zo­staną strau­ma­ty­zo­wane do końca ży­cia! Roz­wód ro­dzi­ców to ka­ta­strofa, szcze­gól­nie w okre­sie doj­rze­wa­nia. Próby sa­mo­bój­cze, złe to­wa­rzy­stwo, sekty, nar­ko­tyki... Wszystko to czy­hało na moje uko­chane bliź­niaczki!

– No... nie w de­le­ga­cję – spro­sto­wa­łam, zbie­ra­jąc się po­woli.

– Kur­czę! – wy­krzyk­nęła To­mira. – Roz­wo­dzi­cie się? Se­rio?

Za­tkało mnie zu­peł­nie i mu­sia­łam pre­zen­to­wać cał­kiem ogłu­piałą minę, bo obie par­sk­nęły śmie­chem.

– Skąd wie­cie?! Oj­ciec wam po­wie­dział?!

– Mamo, to nudne! – prych­nęła To­mira. – Wszy­scy się roz­wo­dzą. Mo­żesz już po­dać te ko­tlety?

El­wira po­now­nie zła­pała się za głowę, a ja po­pra­wi­łam:

– Naj­pierw krup­nik.

– No, do­oooobra...

I tyle w kwe­stii po­waż­nych roz­mów z na­sto­let­nimi cór­kami.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki