Sekret nieudanych zwiazkow. Pamiętnik Alex.Gi - Aleksandra Gmyrek - ebook + audiobook

Sekret nieudanych zwiazkow. Pamiętnik Alex.Gi ebook i audiobook

Aleksandra Gmyrek

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

To pamiętnik Alex – kobiety, która przez 15 lat próbowała zbudować trwały związek, ale za każdym razem kończyło się tak samo: rozczarowaniem, łzami i kolejnym rozstaniem. Mimo 35 lat na karku nigdy nie miała ślubu, a samotność i zegar społeczny tykał coraz głośniej.
Alex zaczyna zadawać sobie pytania: „Co jest ze mną nie tak?”, „Dlaczego moje związki się nie udają?”, „Czemu zawsze trafiam na niewłaściwych mężczyzn?”. I choć długo szuka winy w sobie – nadmiernie się starając, dopasowując, ćwicząc na siłowni i próbując być „lepszą wersją siebie” – dopiero po kilku złamanych sercach dochodzi do zaskakującego wniosku. Odkrywa sekret nieudanych związków. Sekret, który nie dotyczy tylko jej – ale miliona kobiet na całym świecie.
Książka podzielona jest na trzy części:

1. Przed przebudzeniem
To rozdział, w którym Alex wchodzi z relacji w relację bez refleksji. Kocha zbyt mocno, ufa zbyt szybko i za wszelką cenę próbuje zasłużyć na miłość. Wydaje jej się, że bycie idealną partnerką oznacza: zawsze dobrze wyglądać, spełniać potrzeby drugiej osoby i nie mieć zbyt wielu własnych. Myli pracę nad sobą z dążeniem do perfekcji. Opisuje trzy związki, w których stara się być „tą właściwą”, nie zauważając, że gubi samą siebie.

2. Przebudzenie
To część, w której Alex zaczyna widzieć więcej. Po każdej relacji analizuje, co poszło nie tak i dlaczego. Nie tylko opowiada historię – ale też wyciąga wnioski. I choć nadal popełnia błędy, to już coraz bardziej świadomie. Poznaje czterech mężczyzn, z których każdy zostawia w niej ślad:
Krystian – przystojny milioner, który od początku owija ją sobie wokół palca. Działa jak uzależnienie. To właśnie on staje się impulsem do zmiany.
Antonio – gorący Hiszpan, który początkowo urzeka temperamentem, ale szybko okazuje się emocjonalną bombą.
Dominik– oświecony, refleksyjny, z głową pełną książek i ideałów. Szuka bratniej duszy. Jest blisko… ale jedna paskudna cecha sprawia, że Alex nie potrafi iść z nim dalej.
Mikael– wakacyjna miłość, która przeprowadza ją przez historię godną Netflixa. Wydaje się ideałem, ale z czasem wychodzą na jaw fakty, które łamią serce – dosłownie i metaforycznie.

W tej części Alex dojrzewa. Przestaje idealizować relacje. Zaczyna zauważać schematy. Po raz pierwszy nie tylko czuje – ale zaczyna rozumieć.

3. Sekret
To kulminacyjny punkt książki. Po ostatnim rozpadzie relacji Alex zostaje zmuszona do konfrontacji z najgłębszym bólem. I wtedy odkrywa to, co wcześniej było dla niej niewidoczne – uniwersalny sekret nieudanych związków. Nie chodzi już tylko o mężczyzn, którzy nie potrafili jej pokochać, ale o coś znacznie większego. Coś, co dotyczy miliona kobiet na całym świecie. Coś, co łączy je wszystkie, niezależnie od wieku, wyglądu czy statusu.

To nie jest poradnik.
Nie znajdziesz tu listy dziesięciu kroków do znalezienia miłości ani złotych zasad randkowania.
To pamiętnik kobiety, która przeszła przez piekło emocjonalnych rollercoasterów, zbierając po drodze siniaki, nadzieje i przebłyski świadomości.
To opowieść o polskiej, uduchowionej Bridget Jones po psychoterapii, która zamiast siedzieć z lodami przed telewizorem, postanawia zanurkować głębiej – w swoje wybory, wzorce i serce.
Z humorem, czułością i brutalną czasem szczerością opowiada o tym, co dzieje się wtedy, gdy przestajesz się oszukiwać. Kiedy już nie szukasz mężczyzny, który cię uratuje – tylko uczysz się ratować samą siebie.
To książka dla kobiet, które za dużo dawały, za długo czekały i zbyt często myślały, że to z nimi jest coś nie tak. Dla tych, które już wiedzą, albo dopiero się dowiedzą, że największym sekretem jest coś pozornie tak banalnego, a jednocześnie tak trudnego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 452

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 27 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Anna Dudziak-Klempka

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyrights©2025 by Aleksandra Gmyrek

All rights reserved.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Redakcja

Magdalena S. Matusiewicz (www.nocnaredaktorka.com)

Korekta

Anna Milaszkiewicz

opracowanie graficzne okładki

Magdalena S. Matusiewicz, SwanCraft Creations

skład

Magdalena S. Matusiewicz

Zdjęcia na okładce

Karolina Marek

Wydanie I, 2025

ISBN

978-83-68521-54-2

Ten pamiętnik dedykuję trzem najważniejszym kobietom mojego życia…

Mojej ukochanej córeczce Oliwii, która jest moim światłem w najciemniejsze dni i najczystszą radością mojego serca.

Niezastąpionej mamie Bogusi, która zawsze mnie wspierała.

Oraz cudownej siostrze Emilii, bez której mój świat byłby o wiele uboższy.

Wszystkie historie, które za chwilę przeczytasz, wydarzyły się naprawdę. Jednej kobiecie – mnie, Alex.Gi.

Dokładnie w tej kolejności, z tymi samymi zwrotami akcji, absurdem i paradoksami losu. Tak jak w życiu, tak i w tej książce nie ma spisu treści – a gdyby istniał, pewne kartki już dawno wyrwałabym z tej opowieści.

Imiona mężczyzn i niektóre fakty z ich życia prywatnego mogły zostać zmienione, by zachować ich anonimowość.

Cała reszta pozostała wierna rzeczywistości – szczera i do bólu prawdziwa.

Oczekiwania i rozczarowania

Niedługo kończę trzydzieści pięć lat. W tym wieku, według społecznych norm i niemych oczekiwań otoczenia, już dawno powinnam być po ślubie. W końcu „porządna kobieta” powinna mieć, przynajmniej, stabilne i ułożone życie z ustalonymi planami na przyszłość. Taki porządek: własne mieszkanie lub dom na kredyt, ślub z rozsądku albo z miłości – byle nie za późno – i może jedno, a najlepiej dwoje dzieci.

Dobrze jest, gdy jest się w stałym, rokującym związku – takim, w którym można bez skrępowania przedstawić rodzinie kandydata na wspólne życie. A jeszcze lepiej, gdy w moim wieku już ma się… męża – i to najlepiej od kilku lat. Męża, z którym można pojawić się na świętach, wybrać kafelki do łazienki i kupować masło w akcji promocyjnej „dla rodziny”. Bo przecież wtedy wszystko wygląda „jak trzeba”.

A ja? Byłam już dwa razy zaręczona – z dwoma różnymi mężczyznami. Jeden pierścionek zgubiłam. Drugi wyrzuciłam przez okno podczas jednej z naszych kłótni. Oczywiście, potem go szukałam – nie z sentymentu, żeby nie było. Raczej z praktycznego odruchu, bo przecież złoto to złoto. Jednak w tamtej chwili jedyne, co miało dla mnie znaczenie, to wykrzyczenie całą sobą, że nie chcę tego życia i tego związku. Choć – o ironio – zostałam w tej relacji jeszcze przez kilka lat.

Los chciał, że ślubu nigdy nie wzięłam, chociaż miałam całkiem sporo sukni ślubnych. Oczywiście wszystkie były w mojej głowie jako cudowny wytwór mojej wyobraźni. Suknia z koronki? Czemu nie. Klasyczna, prosta, elegancka? Jasne! A może coś ekstrawaganckiego, z głębokim dekoltem na plecach? O, tak! Miałam w zwyczaju wyobrażać sobie siebie w sukni ślubnej dostosowanej do wieku oraz preferencji mojego partnera. Dla każdego ukochanego miałam inną wersję… siebie. Taką idealnie dopasowaną do jego gustu, pragnień i oczekiwań.

Za każdym razem, gdy wydawało się, że trafiłam na idealnego mężczyznę, myślałam: To na pewno ten jedyny. Przecież wszystkie moje przyjaciółki już dawno wyszły za mąż albo przynajmniej są w pewnych, rokujących związkach. Więc skoro im się udało – dlaczego nie mnie? Wierzyłam, że w końcu i na mnie przyjdzie pora. Myliłam się.

Miałam wrażenie, że los bezczelnie sobie ze mnie kpi. Widziałam siebie jako cudowną kobietę – inteligentną, zadbaną, wierną, wrażliwą i silną mentalnie, która nie zbacza z obranej ścieżki tak łatwo. Do tego jeszcze – stabilną emocjonalnie. Mam poczucie humoru, głowę na karku, jestem kobietą z sercem na dłoni. Uważam się za zaradną romantyczkę. Seksowną, ale bez potrzeby bycia podziwianą. Towarzyską, ale lubiącą też ciszę.

Taka do tańca i do różańca.

Taka, która potrafi zasnąć pod namiotem w lesie, ale i z wdziękiem porusza się po korytarzach luksusowego hotelu.

Jednego dnia zjem podgrzany na patelni obiad, drugiego – celebruję kolację w prestiżowej restauracji. Lubię wędrówki po górach i imprezy do rana, czytanie książek w domowym zaciszu i maratony filmowe pod kocem. Uwielbiam gotować dla rodziny, ale bez wyrzutów sumienia zamówię pizzę, gdy nie mam siły na nic więcej. Lubię czułość i bliskość. Lubię seks – bez tabu, bez gier, bez udawania. Z uważnością, humorem i namiętnością. Dla przyjemności, nie dla pozorów. Materiał na żonę jak z katalogu. Taka, która w jednej chwili miesza w garnku wyśmienity, domowy obiad, by innym razem pakować walizkę i w szpilkach lecieć na spontaniczny weekend do Paryża.

No to co ze mną było nie tak, że nie umiałam ułożyć swojego życia?

Idealizowana, a potem ignorowana – moja specjalizacja

Dlaczego miałam taki problem ze znalezieniem odpowiedniego partnera? Mężczyźni przecież pojawiali się w mojej rzeczywistości. Wchodzili w moje życie, dawali nadzieję, budzili emocje – ale żaden z tych związków nie przetrwał na tyle długo, by doprowadzić mnie do ślubnego kobierca.

Początki moich relacji zawsze były piękne, cudowne, a nawet wręcz jak z bajki. Moi ukochani obiecywali miłość na zawsze, patrzyli na mnie z zachwytem, a ja topniałam jak lód w słońcu. Pierwsze wspólne chwile zawsze pachniały nadzieją. Czułam się jak bogini. Jak femme fatale. Jak bohaterka wielkiej, miłosnej opowieści. Jak ta jedyna, niepowtarzalna kobieta, która wreszcie została prawdziwie wybrana i pożądana. A potem…

Potem przychodziło zderzenie z rzeczywistością.

Powoli, prawie niezauważalnie, zaczynały opadać moje różowe okulary. Zachwyt i fascynacja, które początkowo mnie oślepiały, z czasem zaczynały ustępować miejsca rozczarowaniu. Moi wybrankowie…? Jakby nagle zmieniali się w zupełnie innych ludzi. Nie z dnia na dzień, nie w jeden wieczór… O, nie… To była cicha zmiana, rozciągnięta w czasie, ale dotkliwa. Zaczynało się od drobnych kłamstw. Od małych złośliwości, które miały być „żartem”. Od niedotrzymanych obietnic, od nagłego braku czasu i od wygaszania kontaktu, który kiedyś był pełen ciepła i zaangażowania. Pojawiały się manipulacje. I to uczucie, że muszę „zasłużyć”, przypodobać się, dopasować, żeby nie stracić partnera, który miał być moim księciem z bajki, a my mieliśmy żyć długo i szczęśliwie. Bywało, że przychodziła zdrada – czasem emocjonalna, czasem fizyczna. Jednak najczęściej – cicha, powolna zdrada obecności.

Brak zainteresowania.

Niemal wymuszony kontakt.

Wyczuwalna obojętność, która bolała bardziej niż krzyk.

♥♥♥

Jak mężczyzna, który na początku nosił mnie „na rękach”, zasypywał serduszkami na Messengerze i dzwonił tylko po to, żeby usłyszeć mój głos, nagle stał się kimś zupełnie innym? Kimś, kto nawet nie pyta, czy wróciłam bezpiecznie do domu? Zamiast reagować, zaczynałam się dopasowywać – jakby moim powołaniem było wyginanie się w każdą stronę, byle tylko nie stracić partnera. Czasem zastanawiałam się, czy nie pomyliłam życiowej roli z treningiem gimnastycznym.

Nie obwiniałam siebie o to, że moje relacje kończyły się porażką. Czy to naprawdę możliwe, że kobieta, która od zawsze stara się być najlepszą wersją siebie – kochająca, wspierająca, wyrozumiała i lojalna – może być przyczyną nieudanego związku? Uważałam siebie za wręcz idealny „materiał na żonę”. Gotowa na partnerstwo, lojalna, wrażliwa i zaangażowana. Więc jeśli to nie była moja wina… To może miałam po prostu pecha?

Czyżby chodziło o to, że źle dobierałam partnerów? Że czegoś nie widziałam? Ale jak to możliwe, że przez tyle lat trafiałam wciąż na mężczyzn, którzy najpierw mnie idealizowali, a potem – niemal niepostrzeżenie – zaczynali mnie traktować zupełnie inaczej? Serio, PIĘTNAŚCIE lat i ani jednego trafionego egzemplarza? To już nie był przypadek, to wyglądało jak moja życiowa specjalizacja.

Pewnego razu, podczas rozmowy z jednym z mężczyzn, z którym się spotykałam, wyznałam, że chyba mam pecha w miłości. Spojrzał na mnie i powiedział:

– Widocznie powielasz jakiś schemat.

Zawrzało we mnie. Jaki schemat?! O co ci, kurczę, chodzi? Czy ja wyglądam na kserokopiarkę?! W duchu się oburzyłam. Zacisnęłam zęby. Nie byłam zadowolona z tego tekstu. W zasadzie to pomyślałam, że to on chyba ma jakiś problem ze sobą. Nie wiedziałam wtedy, że jego słowa – choć mnie zirytowały – już niedługo miały okazać się początkiem czegoś ważnego.

♥♥♥

Każdy ze spotkanych przeze mnie mężczyzn miał swoją historię, swoje braki, swoje metody na prowadzenie sercowych rozgrywek. Jedni robili to nieświadomie, inni z precyzją godną scenarzysty thrillera.

Ale to nie oni są głównymi bohaterami tej opowieści. Bo choć odegrali ważne role, to scenariusz pisałam ja – swoim milczeniem, swoimi wyborami.

Nieświadomie…

Moment przełomu

Po moim ostatnim związku, gdy straciłam swoją bratnią duszę, a moje serce rozpadło się na milion kawałków, dokonałam niesamowitego odkrycia.

Musiało się tak stać, bo tylko w ten sposób odkryłam sekret.

Sekret nieudanych związków…

Sekret nieudanych związków miliona kobiet

Sekret tak banalny i tak prosty, że aż trudno uwierzyć, iż kryje się w nim odpowiedź na pytanie, dlaczego tak wiele relacji nie wychodzi. Ale właśnie w tej pozornej prostocie tkwi jego siła. Bo kiedy go naprawdę pojmiesz… już nigdy nie spojrzysz na swoje życie i miłość tak samo.

A co najdziwniejsze – ta prawda była przez cały czas tak blisko. Jak obraz za szybą: widoczny, niemal na wyciągnięcie ręki, a jednak zamazany, jakby oddzielała mnie od niego cienka tafla szkła. Dopiero, gdy moje serce kolejny raz pękło, szyba roztrzaskała się na kawałki, a ja zobaczyłam wyraźnie to, co od zawsze było tuż obok mnie.

Wtedy też zrozumiałam, że sekret, który odkryłam, nie dotyczy tylko kobiet. Choć moje historie opowiadam ze swojej perspektywy, to prawda, którą odkryłam, nie ma płci. Bo nie tylko kobiety żyją w iluzji miłości.

Nie tylko kobiety poświęcają się w relacjach, które je wyniszczają.

Nie tylko kobiety godzą się na mniej, niż zasługują w imię strachu byciem samą.

Mężczyźni także kochają z lęku – z lęku przed samotnością, przed pustką, przed brakiem kontroli nad własnym życiem. Mężczyźni także szukają w związku potwierdzenia własnej wartości i także wchodzą w toksyczne relacje, które im nie służą.

♥♥♥

Byłam przekonana, że moja szczera miłość do mężczyzn pozwoli mi zbudować trwałą relację. Że jeśli dam z siebie wszystko, to wszystko do mnie wróci. Że jeśli będę wyrozumiała, cierpliwa, oddana – to miłość mnie nie opuści. Wierzyłam w coś, co tak naprawdę nigdy nie było prawdziwe, a było tylko deklaracją udanych związków. Ślepa wiara w obietnice pięknych relacji, które miały mnie uratować i które miały sprawić, że jako kobieta – będę „kompletna”.

Musiałam więc wylać wiele łez, aby zrozumieć, jak bardzo nie znałam siebie i swoich potrzeb. Musiałam stracić siebie, by na nowo się odbudować. I nie, to nie była lekcja, którą chciałam przejść. To była lekcja, którą życie narzuciło mi siłą. Gdybym jednak nie upadła, nigdy bym nie zobaczyła, jak bardzo potrzebowałam się podnieść.

Zaproszenie do wspólnej podróży

To nie jest tylko książka o mnie. To książka o każdej kobiecie – i każdym mężczyźnie – którzy choć raz kochali za bardzo. Którzy z nadzieją wchodzili w relacje, wierząc, że tym razem będzie inaczej. O tych, którzy dawali z siebie wszystko, nie zauważając, że zatracają po drodze samych siebie. To opowieść o duszach, które tak bardzo pragnęły miłości, że nie zorientowały się, kiedy zamieniły ją w walkę o przetrwanie.

Mój pamiętnik to nie tylko moje historie, ale też pytania, które rozrywały moje wnętrze i zmuszały do zatrzymania. Refleksje, które pojawiały się nocą, gdy nie mogłam zasnąć i przychodzące odpowiedzi, które z czasem zaczęły zmieniać wszystko. Jeśli pozwolisz, poprowadzę Cię przez miejsca, które sama przeszłam: przez lęki, złudzenia i odkrycia. Może niektóre z tych doświadczeń rozpoznasz jak własne. A może odkryjesz je dopiero po raz pierwszy, patrząc na nie moimi oczami. Tak czy inaczej – nie jesteś sama.

Panowie – jeśli sięgnęliście po tę książkę, nie odkładajcie jej. Znajdziecie tu także coś dla siebie. Ale będę pisać głównie do kobiet, bo to one najczęściej odnajdą w tych historiach własne odbicia.

♥♥♥

„Przed przebudzeniem” opowiada o związkach, w których nie znałam jeszcze siebie. Nie wiedziałam, czym naprawdę jest praca nad sobą. Myliłam emocjonalne wzloty z miłością, intensywność z głębią, a przywiązanie z prawdziwym partnerstwem. Po każdym zakończonym związku nie zatrzymywałam się, by zrozumieć, co poszło nie tak. Nie zadawałam sobie trudnych pytań. Zamiast tego – niemal bezwiednie – powielałam ten sam schemat, licząc na inne zakończenie. Szybko wchodziłam w kolejne relacje z tymi samymi ranami, z tymi samymi lękami, z tą samą iluzją, że jeśli dam z siebie wszystko, to w końcu zostanę pokochana tak, jak marzę.

Dopiero w „Przebudzeniu” zaczniesz widzieć razem ze mną, jak wszystko zaczęło się zmieniać. Jak z każdym kolejnym doświadczeniem – nawet tym najbardziej bolesnym – uczyłam się patrzeć głębiej. Zaczęłam analizować, rozumieć mechanizmy, w których tkwiłam. Przestałam obwiniać wyłącznie innych, ale i siebie nie potępiałam. Zamiast tego, zaczęłam siebie słuchać. I wreszcie… wyciągać wnioski. To tam zaczynała się moja wewnętrzna przemiana. Tam kończył się chaos powtarzanych historii, a zaczynał nowy rozdział – rozdział świadomości, uważności i prawdziwej miłości do samej siebie.

W „Sekrecie” podzieliłam się tym, co przyszło dopiero wtedy, gdy wszystko inne już się rozsypało. To nie była odpowiedź, której szukałam – to była prawda, która przyszła sama, gdy w końcu przestałam uciekać przed samą sobą. To było jak uchylenie drzwi do innego świata – tego, w którym zrozumiałam, czemu nic nie działało. Dlaczego wszystko bolało. DLACZEGO wszystko to, co wydawało się miłością, miało w sobie tyle cierpienia.

Ważne jest, aby czytać tę książkę kartka po kartce. Sekret nie objawia się od razu – rodzi się powoli, na tle wcześniejszych historii, iluzji i błędów. Tylko wtedy, gdy przejdziesz tę drogę razem ze mną krok po kroku, odkryjesz go w pełni i naprawdę zrozumiesz jego znaczenie.

Odkrycie tej uniwersalnej prawdy kosztowało mnie niemal piętnaście lat. Piętnaście lat nieudanych związków, złamanych obietnic, nieprzespanych nocy i prób zaczynania wszystkiego od nowa. To nie była wiedza, którą można znaleźć w książce czy usłyszeć w rozmowie – to było doświadczenie wyryte w sercu i duszy.

Poznaj więc moje relacje. Przejdź przez nie ze mną – przez te wszystkie obietnice, zachwyty i bolesne rozczarowania. Zobacz, jak nieświadomie powielałam te same wzorce. Nie wiedziałam wtedy, co robię nie tak. Nie rozumiałam, dlaczego moje serce wciąż pękało, mimo najlepszych intencji. Ale z czasem… wśród łez, ciszy i pustych nocy dotarłam do prawdy.

Do sekretu…

Dlatego teraz – jeśli pozwolisz – chwyć mnie za rękę. Nie musisz się spieszyć. Nie musisz niczego udowadniać. Po prostu bądź przez chwilę ze mną. Dotknij mojej duszy, bo ja już rozpoznałam ból, który tak długo w sobie niosłam. I wierzę, z całego serca wierzę, że Ty możesz uniknąć tego cierpienia, na które sama – z lęku, niewiedzy i tęsknoty – tak długo siebie skazywałam.

Wierzę, że odnajdziesz w sobie siłę, by odejść ze związku, który Cię gasi.

Wierzę, że rozpoznasz siebie w moich opowieściach i poczujesz ulgę.

Wierzę, że potrafisz być częścią zdrowego i silnego związku. Bo każdy z nas zasługuje na to, aby rozwinąć swoje skrzydła i rozkwitnąć niczym piękna róża z tajemniczego ogrodu.

Przed przebudzeniem

PIERWSZA KLATKA

Hiszpańska plaża i moje pierwsze „odchodzę”

Słoneczny dzień w Hiszpanii, na studenckim obozie z moją siostrą. Leżałyśmy na plaży jak dwie jaszczurki na kamieniu, łapiąc każdy promień słońca. Nie zdawałyśmy sobie wtedy sprawy o sile tamtejszego ciepła do tego stopnia, że zamiast kremów z filtrami używałyśmy oliwki. W końcu młodość rządzi się swoimi prawami.

Było błogo i cudownie. Lato otulało mnie w całości – kojący spokój, ciepły piasek pod skórą, szum fal, nocne wyjścia na okoliczne imprezy, brak obowiązków i poczucie wolności. To był czas, kiedy największym problemem był wybór drinka na wieczór.

Tylko w środku nie czułam się wolna.

Od roku tkwiłam w związku, który w jakiś sposób mnie wyniszczał. Nie znałam wtedy słowa „manipulacja”, a słowo „narcyz” kojarzyłam dość przyjemnie z piosenki „Narcyz się nazywam”. Utożsamiałam je z zadzierającym nosa, znającym swoją wartość mężczyzną. Nie umiałam jeszcze określić tego, co właściwie działo się w moim związku. Po prostu było mi źle.

Uznałam, że jest to doskonały moment, aby każde z nas poszło swoją drogą. Wiedziałam, że jeśli nie odejdę teraz, to ta relacja pójdzie w złą stronę. Wolałam ją zakończyć bez konfrontacji na żywo, może dlatego, że byłam na to chyba zbyt słaba. A może dlatego, że on miał na mnie zbyt silny wpływ, bym potrafiła to zrobić w jego obecności.

Zdecydowałam, że zrobię to przez SMS. Nie było mi z tym dobrze, ale to był mój jedyny sposób, aby odejść od człowieka, który mnie źle traktuje oraz idealna ku temu okazja – dzieliły nas w końcu setki kilometrów.

Myślałam: Nie przyjdzie mnie błagać o to, abym została. Łatwo mi będzie mu odmówić, bo go nie widzę. Były to bowiem czasy, kiedy internet w telefonie i wideorozmowy dopiero miały stać się popularne, więc nie musiałam odrzucać tego typu konwersacji na WhatsAppie czy też patrzeć mu w oczy, gdybym zdecydowała się odebrać. Brzmi strasznie, ale to była jedyna szansa, aby odejść i w końcu nadszedł ten moment. Napisałam mu, czym to jest spowodowane, w końcu nieraz groziłam ze łzami w oczach, że odejdę, jak nie zacznie mnie lepiej traktować.

Dokonałam tego!

Wysłałam mu SMS-a!

Jestem wolna – myślałam. Pożegnałam się z człowiekiem, który zamiast uczyć mnie miłości w związku, uczył mnie bólu. Natychmiast zaczęło się bombardowanie telefonami i wiadomości typu:

Proszę, nie rób tego. Kocham Cię, daj mi ostatnią szansę.

Stanowczo odmawiałam, byłam twardą laską, która tkwi w swoich postanowieniach. A przynajmniej takie wyobrażenie miałam o sobie.

Poprosił tylko, abym odebrała telefon, abyśmy mogli się normalnie pożegnać. To brzmiało rozsądnie. Odebrałam, aby potwierdzić mu moje stanowisko w sprawie zakończenia związku.

Miłość czy manipulacja?

Owszem, spodziewałam się płaczu, roztrzęsionego głosu, jednak w jego barwie usłyszałam również złość i ten sam ton, którego zawsze używał, gdy nie podobało mu się to, co robię, gdy mnie karcił. Usłyszałam również dźwięk łamanych gałęzi i stawiania kroków na leśnym podłożu. Powiedział:

– Jeżeli nie chcesz być ze mną, to się zabiję. Nie mogę żyć bez ciebie, muszę się zabić.

Nie wierzyłam w to, co słyszę. Moje serce zamarło. Naprawdę, on chce odebrać sobie życie z mojego powodu? O Boże, on mnie tak bardzo kocha, że żyć beze mnie nie umie. Jest jaki jest, ale jego miłość jest taka mocna i szczera, nie mogę pozwolić mu odejść – pomyślałam. Moja reakcja była natychmiastowa:

Proszę, nie zabijaj się. Jakoś się wszystko ułoży. Dam ci szansę, ale proszę, nie zabijaj się!

Właśnie tam, na tej wspaniałej hiszpańskiej plaży, podpisałam niewidzialny kontrakt na kolejne trzy lata własnego więzienia. W końcu nie chciałam, aby z mojej winy ktoś odebrał sobie życie. Nie byłabym w stanie sobie tego wybaczyć. Szantaż emocjonalny? Czy ktoś nas uczył w szkole, co tak naprawdę to oznacza? W tamtym czasie nie miałam pojęcia, że zostałam zmanipulowana. Nie wiedziałam, że miłość nie powinna oznaczać klatki, a związek nie powinien opierać się na strachu.

Oceniłam jego chęć zabicia się jako deklarację miłości po grób: „Póki śmierć nas nie rozłączy”. Chciałam, aby on był moim Romeo, a ja jego Julią. W końcu, gdy Romeo nie mógł być z Julią, postanowił odebrać sobie życie. To był właśnie taki sam „bajkowy” obraz wielkiego uczucia – przecież w bajkach i książkach brzmiało to tak romantycznie. Tak nas uczono – jeśli nie możesz mieć tej jedynej, prawdziwej miłości, to lepiej umrzeć.

Wówczas myślałam, że takie zachowanie i słowa „zabiję się, bo nie mogę być z tobą” to synonim prawdziwej, nierozerwalnej więzi. Teraz wiem, że była to jedynie okropna manipulacja, a takiego słowa słownik dobrej, dwudziestoletniej dziewczyny nie widział. Chciałam odmienić los tej historii i żyć z nim długo i szczęśliwie. Uważałam bowiem, że historia Romeo i Julii jest taka romantyczna. Dzisiaj wiem, że pokazuje tragedię i toksyczne uwikłanie, które nie ma nic wspólnego z prawdziwym uczuciem.

Kolejne dni w słonecznej Hiszpanii czułam się jak zbawicielka świata. W końcu ocaliłam czyjeś życie. Codziennie przychodziły romantyczne wiadomości o tym, jak cudownie będzie, gdy wrócę. W zasadzie wtedy cieszyłam się z podjętej decyzji. Byłam bohaterką. Skoro ocaliłam go przed rozpaczą, czułam się teraz odpowiedzialna za jego dalszy los.

Każdy dzień był jak spłata emocjonalnego długu – dostawałam wiadomości pełne czułości, tych słów, których tak bardzo mi brakowało. Zapewnienia, że na zawsze będę jego „jedyną”. I w pewnym sensie było w tym coś kojącego – przecież pomogłam drugiemu człowiekowi. Tylko że mnie… nikt nie ocalił.

Kolejne lata w związku – życie w klatce

Przez dalsze trzy lata tego związku godziłam się na złe traktowanie. W zasadzie nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo źle byłam traktowana. To nie były siniaki na ciele, tylko te na duszy – ledwo widoczne, ale naprawdę bolesne. Obrażanie mnie przy znajomych, odbieranie mi głosu w rozmowie, podważanie moich decyzji i potrzeb. Zabieranie mi kluczy do domu, kiedy ośmieliłam się mieć inne zdanie. Groźby, że „nie mam dokąd wracać”, jeśli nie zrobię tego, czego on oczekuje.

Pamiętam, jak źle traktował mojego ukochanego kota – tego samego, który spał mi na brzuchu, gdy płakałam po cichu nocami. Jego obecność go drażniła. A mnie bolało, że nawet zwierzę, które kochałam, nie mogło czuć się bezpiecznie w naszym wspólnym domu.

Moi znajomi nieraz pytali:

– Alex, ty nie widzisz, jak on cię traktuje?

Nie widziałam… A może nie chciałam widzieć? Myślałam, że to normalne. Że w związkach raz bywa lepiej, raz gorzej. Że kłótnie i codzienne walki o rację to po prostu część wspólnego życia.

I tak minęły trzy kolejne lata mojego życia. Przyjęłam nawet jego zaręczyny, choć w głębi serca czułam, że podejmuję złą decyzję. Że to droga donikąd. W głowie miałam jedno słowo: „nie”, ale z moich ust wydobyło się: „tak”. Wstydziłam się swojego wyboru do tego stopnia, że nie potrafiłam nawet pochwalić się tym – jakże ważnym wydarzeniem w moim życiu – przed bliskimi. Oni przecież dobrze wiedzieli, jak wygląda mój związek – i liczyli raczej na to, że w końcu zakończę swoje męki.

Ostatnie rozczarowanie

Po czterech latach tej relacji, gdy sytuacja stawała się – delikatnie mówiąc – dramatyczna, a moja psychika zaczynała się kruszyć, postanowiłam odejść. Opuszczenie osoby, która Tobą manipuluje, a Ty nie masz o tym bladego pojęcia, nigdy nie jest łatwe. Zwłaszcza gdy zostałaś opleciona cienkimi nićmi, utkanymi z troski, pozornej czułości i słów, które brzmią jak prawda. Tak subtelnie, że nie widzisz więzów – aż zaczynasz się w nich dusić.

Decyzję podjęłam po tym, jak obraził moją rodzinę – w ich własnym domu. To był ostateczny cios, który wyrwał mnie z letargu. Zrozumiałam, że ten związek niszczy nie tylko mnie, ale także wszystko, co było dla mnie ważne. Musiałam odejść. Musiałam uwolnić się z tych subtelnych nici mojego toksycznego więzienia.

Mieszkaliśmy wtedy u mnie – w mieszkaniu wynajmowanym przeze mnie, na moje nazwisko. Byłam tak zdesperowana, że gotowa byłam sama się wyprowadzić, zamiast czekać, aż on to zrobi. Nie miałam siły walczyć o to, co było moje. Powiedziałam mu tylko:

– Czynsz jest opłacony jeszcze na kolejny miesiąc. Znajdź sobie nowe lokum. Ja tam już nie wrócę.

Gdzie miałam się wtedy podziać? Teraz tego nie pamiętam. Wiem tylko, że byli wokół mnie życzliwi przyjaciele, gotowi mi pomóc. Zresztą zawsze byłam zaradna – nie chciałam, aby wspólne mieszkanie trzymało mnie przy mężczyźnie, który zabijał mnie swoją obecnością.

W końcu zrozumiał, że to koniec. Finalnie rozstaliśmy się… o dziwo – w dość przyjaznych warunkach. Może dlatego, że na odchodne dałam mu prezent. Drogi zegarek, który w tamtych czasach kosztował prawie tyle, co mój dwutygodniowy pobyt w Hiszpanii. Sama sobie nigdy nie kupiłam tak drogiego podarunku.

Byłam z siebie dumna, gdy mu go wręczałam. Jakby to był ostatni dług, który musiałam spłacić. Jakby moje poczucie winy domagało się rekompensaty. To ja odchodziłam. To ja miałam być „tą złą”. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi. Przecież tyle dla mnie zrobił. Tak bardzo mnie „kochał”. Nie mogłam po prostu zamknąć za sobą drzwi. Musiałam zostawić coś w zamian. Coś, co choć trochę ukoi jego ból. A może… moje własne sumienie.

Dziś wiem, że to nie była wdzięczność. To był podatek od mojej wolności.

WOLNA, ALE ZAGUBIONA

Wolność z drinkiem w dłoni

W pierwszych dniach mojej wolności czułam się, jakbym właśnie rozwaliła swoje życie. Chociaż było to moje ocalenie, to w mojej głowie brzmiał jego głos: „Nie możesz żyć beze mnie. Nikt tak cię nie pokocha jak ja. Inni nie będą cię chcieli. Sama sobie nie poradzisz. Zawsze do mnie wrócisz”. A jeśli miał rację? Może naprawdę nie potrafię żyć sama? Może to ja byłam problemem?

Na szczęście otaczali mnie moi znajomi i rodzina. Dość szybko uporałam się z destrukcyjnymi myślami, ruszyłam po nowe życie i zaczęłam wracać do siebie – do tej dziewczyny, którą kiedyś byłam, zanim wpadłam w pułapkę toksycznej miłości. Zaczęłam znowu czuć, że mam prawo do marzeń, że mogę się śmiać głośno bez strachu, że ktoś to skrytykuje. Powoli wracała moja lekkość, moje poczucie wartości, moja ciekawość świata. To był proces odzyskiwania samej siebie kawałek po kawałku – jakby ktoś z powrotem oddawał mi moją duszę, którą przez lata pozwalałam trzymać zamkniętą w cudzych rękach.

W tamtym czasie należałam do towarzyskich i imprezowych osób. Byłam duszą towarzystwa – wszyscy chcieli spędzać ze mną czas, a ja szukałam okazji, by wyjść i się bawić. Nie chodziło jednak o seks – tę sferę pielęgnowałam, nigdy nie miałam przygód na jedną noc. Może wynikało to z mojego szacunku do swojego ciała, a może z wpojonych w dzieciństwie przekonań, że jeśli będę „niegrzeczna”, to „zje” mnie szatan.

Miałam wielu znajomych, ale moją najbliższą paczką była grupa dziewczyn ze szkoły, którą nazywałyśmy „Oaza” – ironiczna nazwa, bo nie miała nic wspólnego z kościelnym kółkiem. W rzeczywistości byłyśmy siedmioma silnymi, odważnymi, seksownymi (a jakże!) i pewnymi siebie dziewczynami, które kochały dobrą zabawę i wspólne spędzanie czasu.

Razem wychodziłyśmy na miasto, wspierałyśmy się w dobrych i trudnych momentach. Rozprawiałyśmy o życiu, o miłości i oczywiście o facetach. Niejednokrotnie śmiałyśmy się do łez. Byłyśmy nierozłączne. Nasze spotkania zawsze były pełne śmiechu, a imprezy zakrapiane dużą ilością alkoholu. Bo przecież tak wygląda wolność, prawda? Prawda…?

Wyjście na miasto? Oczywiście.

Spotkania z dziewczynami? Pierwsza na miejscu.

Impreza do rana? Jeszcze niezmęczona.

Alkohol? Niech leje się strumieniami.

Polowanie w szpilkach

Miałam poczucie, że każdy wieczór był kolejną szansą na rozpoczęcie nowego życia. Może tym razem poznam kogoś odpowiedniego? Może to będzie ten właściwy? Może ten jeden wieczór sprawi, że w końcu ktoś wypełni moją pustkę? Może na parkiecie znajdę to, czego szukam całe życie?

Przed każdą z imprez szykowałyśmy się u którejś z nas – im bardziej obcisła sukienka i wyższe szpilki, tym lepiej. W końcu wyjście na imprezę oznaczało realną szansę na poznanie „tego jedynego” – a przynajmniej tak wtedy myślałyśmy. Musiałyśmy wyglądać perfekcyjnie. Wtedy oznaczało to, że musimy wyglądać superwyzywająco.

W końcu mężczyźni uwielbiają skąpo ubrane kobiety, oni właśnie na to lecą! Uwielbiają kobiety, które prężą się dla nich w niewygodnych szpilkach i w sukienkach, w których ledwo co mogą oddychać, prawda?

Szkopuł w tym, że wtedy nie myślałam w kategoriach, jakich mężczyzn można w ten sposób przyciągnąć, bo raczej nie tych powściągliwych i „normalnych”. Nasze stroje przyciągały samców, którzy w świecie zwierząt mogliby zostać sklasyfikowani jako „gotowi do kopulacji”. Dziś wiem, że mogłyśmy od razu rozdawać numery startowe, bo chodziło tylko o zaliczenie pierwszej bazy. Ich zainteresowanie kończyło się tam, gdzie zaczynała się jakakolwiek głębia. Chcieli „zaliczyć”, nie poznać. Zdobyć, a nie „coś” zbudować. W ich oczach nie byłyśmy partnerkami, tylko nagrodami za dobrze rozegraną rundę.

Flirtowałyśmy, chętnie piłyśmy stawiany nam alkohol i tańczyłyśmy do białego rana. Ile razy byłam na imprezie, tego nie zliczę. Podam jednak liczbę „normalnych” mężczyzn, których poznałam, gotowych na stabilny związek: ZERO.

Oczywiście to nie jest tak, że na imprezy nie chodzą porządni mężczyźni. Tyle że w warunkach, kiedy wszyscy są wcięci, ciężko określić, kto rzeczywiście szuka drugiej połówki, a kto przelotnej zabawy. Wtedy oczywiście myślałam, że dyskoteka to idealne miejsce, aby poznać miłość. Tak. To była moja logika. Tam, gdzie wszyscy zapominają swoje imiona, miałam znaleźć kogoś, kto zapamięta moje na całe życie.

W końcu większość osób, która tam jest, jest singlami, no i „szuka”. Więc i ja szukałam. Nawet powiem to bardziej dobitnie: ja polowałam. Przecież miałam wszystko, czym mogłam przyciągnąć mężczyzn. Uroda, pewność siebie, seksapil, charyzma. Zawsze uśmiechnięta, zabawna i beztroska. Przyciągałam wzrok, więc czerpałam z tego satysfakcję. Bo skoro mogłam być podziwiana, to znaczyło, że jestem coś warta.

Prawda?

Kogo przyciągałam?

Tak oto poznałam naprawdę szeroką gamę osobowości, można by powiedzieć, że od zwykłych strażaków i przedsiębiorców, przez handlarzy diamentów, aż po pilotów floty powietrznej i kryminalistów. Cały przekrój męskości.

Pamiętam, jak pewnego ranka po imprezie dostałam SMS-a:

Cudownie mi się z Tobą rozmawiało, jesteś niesamowita.

Niestety, byłam tak wcięta, że nie pamiętałam, o kogo dokładnie chodzi. Zacisnęłam oczy, próbując przypomnieć sobie twarz, głos, kontekst.

To był chyba ten przystojniak przy barze – pomyślałam, czując dumę, że mimo alkoholowego zamroczenia potrafiłam dokonać tak trafnego wyboru. Jak się okazało, ta duma była zupełnie przedwczesna. W końcu postanowiłam nie wnikać, tylko dać losowi szansę – skoro już umówiłam się na randkę, to może będzie miłe zaskoczenie. No cóż… nie było. Gdy się spotkaliśmy, zamiast czarującego mężczyzny ujrzałam kogoś, kto wyglądał, jakby właśnie wyszedł z przesłuchania w sprawie kradzieży dzwonu w Katedrze Notre-Dame.

Niestety, alkohol zdecydowanie nie był moim sprzymierzeńcem w podejmowaniu decyzji. Jak miałam ocenić, czy to facet mojego życia, skoro mój zdrowy rozsądek w tamtym momencie dryfował w promilach alkoholu razem z moją godnością?

W każdym razie wszystkie te zabawne sytuacje na imprezach traktowałam z luzem i dystansem. Nie ten, to inny, na pewno poznam kiedyś tego właściwego. Fajnie spędzałam czas i to się wtedy dla mnie liczyło.

DO RANY PRZYŁÓŻ

Silna zawsze i dla wszystkich

Choć moje życie kręciło się wokół imprez, miałam też swoją codzienność. Codzienność, która wyglądała zupełnie inaczej. W dzień byłam odpowiedzialna, zorganizowana, twardo stąpająca po ziemi. Nocą – żyłam w beztroskiej iluzji. Nie byłam tylko dziewczyną, która tańczyła do białego rana. Miałam wtedy świetną i stabilną pracę oraz całkiem niezłe zarobki. Stać mnie było na fajne ciuchy i wyjazdy z dziewczynami. Byłam wręcz mistrzynią żonglowania dwoma światami – za dnia menedżer w garsonce, wieczorem królowa parkietu na szpilkach.

Zawsze byłam osobą, na którą można było liczyć – tą, która pierwsza wyciągała rękę do pomocy. Jeśli ktoś miał problem, wiedział, że może do mnie przyjść, a ja znajdę rozwiązanie. Czułam satysfakcję, że jestem niezawodna, że tylu osobom mogę pomóc. Bycie potrzebną dawało mi poczucie wartości – wiedziałam, że nawet jeśli moje życie nie jest perfekcyjne, to przynajmniej mogę być tą, która ratuje innych. To była moja supermoc.

Nie czekałam aż ktoś zwróci się do mnie o pomoc. Ja po prostu wiedziałam, że ktoś akurat się z czymś zmaga i od razu wchodziłam do akcji. Gasiłam pożary w czyichś związkach, rozładowywałam konflikty, znajdowałam rozwiązania problemów, które nie były moje. Nie oczekiwałam niczego w zamian, bo wierzyłam, że sama dam sobie radę. Byłam silniejsza niż inni – nigdy nie miałam swojego ratownika i nawet nie czułam, że go potrzebuję.

Nosiłam w sobie przekonanie, że skoro potrafię rozwiązać problemy innych, to moje własne również są na mojej głowie. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłabym czasem powiedzieć:

Nie wiem, co robić.

Potrzebuję pomocy.

Nie radzę sobie.

Nie. Ja byłam tą silną. Zawsze.

Często rezygnowałam nawet z własnych planów, by pomóc komuś innemu. I choć nie robiłam tego z przymusu, czasem czułam, że moje życie bardziej kręci się wokół cudzych problemów niż moich własnych. Ale przecież właśnie taka byłam – ta, która zawsze znajdzie rozwiązanie, a potem z chęcią wyjdzie na drinka i z radością opije sukces.

Miłość do bliźniego zapisana w DNA

Wartość miłości do bliźniego wyniosłam z domu. Wychowałam się w biednej rodzinie, ale za to pełnej ciepła i miłości. Mam cudownych rodziców i trójkę rodzeństwa: dwie siostry i brata. Teraz wszyscy mamy się dobrze, ale nie zawsze tak było.

Nasz tata pracował jako listonosz i to na jego barkach spoczywało utrzymanie całej rodziny. Mimo trudnej sytuacji każdego dnia po pracy wracał do domu z uśmiechem i małym podarunkiem – dla każdego z nas miał coś słodkiego albo słonego. Te drobiazgi były dla nas czymś więcej niż tylko przekąskami. Były symbolem jego miłości. Codziennie czekaliśmy na jego powrót, pełni ekscytacji, jakbyśmy spodziewali się skarbów.

Jeden dzień pamiętam szczególnie wyraźnie. Tata wszedł do domu, a my, jak zwykle, rzuciliśmy się do niego z pytaniem:

– Co dziś nam przyniosłeś?

Ale tym razem jego twarz nie rozjaśniła się uśmiechem. Miał poważną, smutną minę.

– Dziś nic nie mam – powiedział zirytowany.

Zapadła cisza. To był pierwszy dzień, kiedy niczego nie przyniósł. I pierwszy, który zwiastował nowy początek. Okazało się, że zmieniono mu warunki pracy i od teraz nie będzie go już stać na te codzienne drobne podarunki.

Wtedy miałam około sześciu lat i nie do końca rozumiałam, co to oznacza. Ale pisząc to teraz, czuję, że coś wówczas we mnie drgnęło. Czy to właśnie w tamtym momencie nieświadomie wzięłam na siebie odpowiedzialność za dobro rodziny i bliskich mi osób?

Nie tylko tata się dla nas poświęcał. Mama była filarem domu. Byliśmy tradycyjną rodziną, w której to ona o wszystko dbała – szykowała nas do szkoły, sprzątała, gotowała obiady dla całej naszej szóstki. Zawsze była ostatnia przy stole. Często zdarzało się, że dostawała najmniejszą porcję, a czasem jej obiad był niepełny, jak choćby bez mięsa. Nie narzekała.

Wychowywano nas w duchu, że to kobieta zajmuje się domem – sprząta, pierze, zmywa, chodzi na zakupy. Rodzice wielokrotnie powtarzali mi i moim siostrom, że jeśli nie będziemy dobrze sprzątać, nie znajdziemy męża. Musiałyśmy umieć również gotować – dla męża. Gdy skarżyłyśmy się z siostrami, dlaczego nasz brat nie musi zmywać, słyszałyśmy:

– Bo on jest chłopakiem. To rola kobiety.

Chociaż dziś się z tym nie zgadzam, to nie mam do rodziców żalu. Tak sami zostali wychowani. Przekazywali nam normy społeczne, które panowały w większości tradycyjnych polskich domów. Kobieta musi dbać o swojego męża, ale teraz wiem, że to nie był przywilej, tylko narzucone z góry prawo. Tak również i oni zostali przez swoje matki wychowani i tego właśnie oczekiwali od swoich przyszłych kobiet.

Ostatnia przy stole

Dopiero z czasem zaczęłam dostrzegać, ile mama dla nas poświęcała. Patrząc na nią jako dziewczynka, później już jako nastolatka, wydawało mi się to normalne. Tak po prostu wyglądało życie. Ale dzisiaj widzę, że ona też rezygnowała z siebie, tak jak później ja. Ciekawe, czy ona też, tak jak ja, nie potrafiła prosić o pomoc?

Przyjęłam te zasady jako coś oczywistego, nie wiedziałam, że mogę żyć inaczej, że nie muszę być tą, która zawsze dba o wszystkich. Nie muszę być ostatnia przy stole. Ale czy naprawdę potrafiłam to zmienić? Czy gdzieś głęboko we mnie nadal siedziała ta dziewczynka, która nie mówiła, że buty są już za małe, bo bała się, że obciąży kosztami rodzinę?

Dla mnie pomaganie było czymś naturalnym. Nie tylko w domu, ale i wśród znajomych. Niezależnie od tego, czy byłam z rodziną, czy z przyjaciółmi – zawsze starałam się być tą, która dba o innych. Nie umiałam inaczej. Już jako dziecko nauczyłam się ukrywać własne potrzeby i emocje, tylko po to, by wspierać innych.

Nosiłam w sobie przekonanie, że muszę dawać więcej niż inni. Inne przekonanie, jakie we mnie wykiełkowało, to takie, że muszę być bardziej troskliwa, bardziej wyrozumiała, bardziej gotowa na poświęcenie. Żeby nikt nie pomyślał, że jestem za trudna. Nie chciałam być tą, która „za dużo oczekuje”. Nie chciałam być tą, która „za dużo komplikuje”. Więc nie oczekiwałam. Zadowalałam się ochłapami i z powodu braku własnej wartości oraz braku przekonania, że zasługuję na coś więcej, wchodziłam w kolejne związki. Takie, jakie się trafiały.

Nie z wyboru, tylko z głodu.

KOLEJNY MĘŻCZYZNA – KOLEJNA SZANSA?

Boysband z klatą na medal

Ledwo zdążyłam dojść do siebie po ostatnim rozstaniu, a już na horyzoncie pojawił się on. Przystojniak z niebieskimi oczami, który wyglądał jak zagubiony członek boysbandu z lat 2000. Kolczyk w brwi, dżokejka odwrócona do tyłu, styl tak luźny, że aż się zastanawiałam, jak te spodnie w ogóle się na nim trzymają. Szczupły, wysoki, piękna i naturalnie wyrzeźbiona klata. A jak jeszcze się odezwał tym swoim aksamitnym głosem, to już w ogóle mogłam się pakować na wspólną trasę koncertową.

Był zupełnie inny niż mój poprzedni partner – zero fochów, zero manipulacji, zero dziwnych emocjonalnych gierek. Po prostu luz, spokój i totalne „carpe diem”. I wiesz co? Idealnie do siebie pasowaliśmy. Mieliśmy wspólną pasję – imprezowanie. A co może pójść nie tak w związku opartym na nocnym życiu, drinkach i głośnej muzyce?

No cóż… jak się okazało, całkiem sporo.

Mężczyzna do złożenia

Na początku było pięknie – imprezy, śmiech, beztroska. Ale potem, jak to w życiu bywa, zachciało mi się stabilizacji. No bo ile można się bawić? Chciałam „czegoś więcej”, więc naturalnym krokiem było wspólne mieszkanie. Problem w tym, że mój chłopak wcale tego nie chciał. A przynajmniej nie tak bardzo, jak ja tego potrzebowałam. Tyle że on nie umiał powiedzieć „nie”.

Był typowym maminsynkiem – takim, co to mamusia wiecznie troszczy się o jego zdrowie, gotuje mu obiadki i robi pranie. Pochodził z zamożnej rodziny, więc samodzielność nie była czymś, czego musiał doświadczać na własnej skórze. W końcu po co walczyć o każdy dzień na własny rachunek, skoro w domu czekała na niego pełna lodówka i ciepłe skarpetki? Ale ja? Ja sklasyfikowałam go jako gotowego do życia. Bo oczywiście kto, jak nie ja, miał zrobić z niego mężczyznę?

I tak przejęłam rolę jego mamusi. Na dodatek w wersji all inclusive z bonusem jako kochanki i przyjaciółki. W tej roli nie gotowałam obiadków z miłością, tylko wkurzałam się, że muszę robić wszystko za niego. To ja planowałam, organizowałam, ustalałam. A on? No cóż, nie protestował. W zasadzie zgadzał się na wszystko. Gdyby powiedział mi:

– Kochanie, planujesz mi życie trochę jak dyktator, a ja chcę po prostu grać na PlayStation…

To może bym się zastanowiła. Ale nie, on po prostu dryfował przez życie jak liść na wietrze, a ja miałam go zebrać i przekształcić w stabilny dąb.

Tylko że im więcej za niego robiłam, tym bardziej mnie to frustrowało. Byłam zła, że co chwilę zmienia pracę, bo nagle finanse spadły na mnie. Drażniło mnie już dosłownie wszystko… To, że palił papierosy i to, że nie umiał się zdecydować na jedno miejsce zamieszkania. I oczywiście to, że nadal siedział u mamy, a jego „luźne podejście do życia”, które wcześniej mnie urzekało, zaczęło mnie doprowadzać do szału.

Związek Sp. z o. o. – ja zarządzam

Zabawa się skończyła. Chciałam stabilizacji, chciałam wspólnego kąta, wspólnych wyjazdów, ale takich, które on by w końcu zorganizował, a nie ja. Czułam się, jakbym to ja w tym związku nosiła spodnie. I, powiem szczerze, w tamtym czasie nie było mi to do śmiechu.

Zaczęłam się zmieniać. Nie byłam już tą samą słodką, wyrozumiałą kobietą, która z uśmiechem ogarniała cały świat. Zmęczenie i frustracja zastępowały powoli cierpliwość. A on? On wydawał się być taki sam. Spokojny, z tym samym beztroskim podejściem do życia. Ale tylko dlatego, że świetnie kłamał. Nie chciał mnie „zawieść”, więc wolał serwować mi bajki, zamiast po prostu powiedzieć prawdę.

Kiedy powiedział mi, że jest na rozmowie w sprawie nowej pracy, naprawdę się ucieszyłam. Byłam dumna, że w końcu robi krok w stronę odpowiedzialności. Ale czułam, że coś tu nie gra. Mieliśmy wspólne śledzenie GPS i jakoś tak przypadkiem zerknęłam. No i co zobaczyłam? Zamiast być na rozmowie w siedzibie firmy, krążył wokół niej. Serio. Jak jakiś agent na tajnej misji. Obserwował miejsce, które mi podał jako swoją nową potencjalną pracę, tylko po to, żeby GPS mnie nie zaniepokoił.

I jak myślisz? Czy zrobił mi dramatyczne wyznanie? Czy może spojrzał mi w oczy i powiedział:

– Kochanie, muszę być z tobą szczery, nie byłem na tej rozmowie…

Oczywiście, że nie. Postanowiłam nie robić afery. Zamiast tego, z zaciśniętą szczęką i duszą pełną rozczarowania pojechałam z nim na koncert Briana Adamsa.

Siedziałam na trybunach sceny, a on w najlepsze śpiewał „Please Forgive Me”. No, ironia losu jak się patrzy. Patrzę na mojego chłopaka, który kiwa się do rytmu, jakby właśnie nie wyszło na jaw, że odstawia szpiegowskie akcje. Ludzie wokół wzruszeni, ściskają się za ręce, jakieś zakochane pary patrzą sobie w oczy, a ja? Ja patrzę na niego i wyobrażam sobie, jak zamiast konfetti lecą na niego z nieba kartki z jego kłamstwami.

Partner 2.0 – aktualizacja nieudana

Okazało się bowiem, że mój chłopak nie tylko kłamał w sprawie pracy, ale był również cudownym iluzjonistą w kwestii rzucania palenia.

– Oczywiście, kochanie, rzuciłem! – wołał z entuzjazmem, po czym całował mnie z tak świeżym oddechem nikotyny, że mogłam zgadywać markę papierosów, które przed chwilą wypalił.

Nie chodziło jednak tylko o palenie. Chciałam, żeby zmienił to, tamto, jeszcze tamto i najlepiej wszystko naraz. Nie miał być po prostu moim chłopakiem. Miał stać się moim własnym, spersonalizowanym ideałem. Taki model „Partner 2.0” – ulepszony, bez wad, zgodny z moimi wytycznymi.

Chciałam, żeby wydawał pieniądze tak, jak JA uważam za rozsądne.

Chciałam, żeby był bardziej ambitny.

Chciałam, żeby był bardziej dojrzały.

Chciałam, żeby był tym typem faceta, który wie, gdzie jedziemy na wakacje, ale jednocześnie pyta mnie o zgodę, zanim kupi sobie skarpetki.

W skrócie – chciałam, żeby chodził jak w zegarku, który sama zaprogramowałam.

No właśnie. Chciałam…

I wiesz co? Zaczęłam w tym wszystkim brzmieć jak jego matka. A nawet gorzej, bo ona pozwalała mu przynajmniej chodzić do sklepu. Ja – niekoniecznie. Jak byliśmy razem na zakupach, a on chciał wejść do środka, to sorry, ale nie. Plan był inny, bo mój „piesek” musiał się przejść, więc on miał robić okrążenia wokół sklepu, dopóki nie skończyłam szaleć na shoppingu. I naprawdę, miałam wtedy poczucie, że to było całkowicie logiczne.

Z perspektywy czasu widzę, że zachowywałam się jak szefowa życia, tylko zapomniałam, że w związku mamy jednak tę samą pozycję w hierarchii. Ale karma jest szybka i ma gorzkie poczucie humoru.

Karma w wydaniu offline

Zaczęłam zauważać, że kiedy nie byliśmy razem, on wieczorami nagle znikał jak kamfora. Zero internetu, zero rozmów, zero śladów aktywności – ani na komunikatorach, ani w mediach społecznościowych. Jakby zapadał się pod ziemię.

– Zmęczony jestem, idę spać – tłumaczył się.

No cóż… okazało się, że nie chodziło o sen, tylko o to, że po prostu nie chciał słuchać moich kolejnych dram i pretensji, dlatego jego widoczność na socialach znikała. I wtedy przyszło moje wielkie: „AHA!”. Wściekła jak kocica, zadzwoniłam do niego na wideorozmowę. Wiedziałam, że kłamie. Wielkodusznie postanowiłam „dać mu nauczkę” i oznajmiłam, że nie chcę już z nim być. Czułam się wtedy tak pewna siebie, jakby cały świat klaskał mi za tę decyzję. Jakby Brian Adams stanął obok i powiedział:

– Dobra robota, dziewczyno.

I tu nastąpiło coś zupełnie nieoczekiwanego: Jego wzrok nie mówił: „Boże, straciłem miłość życia”, tylko: „Boże, dlaczego tak długo z nią wytrzymałem?”.

I jak myślisz? Czy ta reakcja mnie otrzeźwiła? Oczywiście, że nie.

Kilka dni później coś jednak poszło nie tak. Zamiast błagać mnie o powrót, on po prostu… nie walczył. I nagle panika. Jak to? On nie płacze? Nie błaga? Nie bije się w pierś? Panicznie próbowałam cofnąć swoją decyzję, ale no cóż… W związku decyzje podejmuje się wspólnie. On postanowił, że wracać nie chce. I wtedy dotarło do mnie coś przerażającego…

Nie, nie to, że go straciłam. Tylko to, że tym razem to JA byłam potworem w związku. Zrozumiałam, że miałam przy sobie kogoś, kogo wcale nie kochałam takim, jakim był. Że chciałam go tylko ulepszyć, zmienić i ulepić na własną modłę. Nie chciałam nosić spodni w związku, ale jednocześnie nie pozwalałam mu ich założyć. I to bolało. Nie rozstanie, tylko ta przebudzona we mnie świadomość, że naprawdę spartoliłam tę relację.

Żałowałam tego związku niesamowicie.

NIEKOCHANA, ALE W FORMIE

Naprawianie siebie od zewnątrz

Znowu byłam sama. Powrót do trybu „imprezy z przyjaciółkami + potajemna nadzieja, że on jednak zmieni zdanie”. Oficjalnie nie przyznawałam się do rozpaczy, ale wewnętrznie nadal liczyłam, że któregoś dnia on napisze coś w stylu: „Nie mogę bez Ciebie żyć, popełniłem błąd, wracaj!”. Niestety. Nie napisał. Nie wrócił. Nigdy więcej go nie zobaczyłam.

Swoje sercowe rozczarowanie zaczęłam więc topić w wyjściach z przyjaciółkami, koktajlach i… kolejnych randkach. Pomyślałam: Trzeba działać!I tak powstał plan: konto na portalu randkowym. A właściwie – konta. Bo przecież im więcej, tym większa szansa, że ten jeden jedyny gdzieś tam się ukrywa z pierścionkiem i marzeniem o wspólnym kredycie.

W wieku dwudziestu pięciu lat czułam ogromną potrzebę stabilizacji. Wokół mnie kilka dziewczyn z „Oazy” było już zaręczone, planowało ślub, suknie i podróże poślubne. Ja oczywiście też planowałam – tylko jeszcze nie wiedziałam z kim.

Ale suknia była już w wyobraźni, spokojnie.

A ślub? Oczywiście, że miał być wystawny. Taki, o którym mówi się latami. Z girlandami świateł, orkiestrą, która gra do rana i tortem tak wysokim, że trzeba było go kroić z drabiny. W mojej głowie to była bajkowa uroczystość z rozmachem – nie do pomylenia z żadną inną. Bo jeśli już miałam powiedzieć „tak” – to miało to być wydarzenie, które każdy zapamięta do końca życia.

I wtedy, pełna determinacji i dorosłości, postanowiłam się zmienić. Serio. Wyciągnęłam wnioski z poprzedniego związku, powiedziałam sobie:

– Nigdy więcej tych samych błędów!

Postanowiłam popracować nad sobą, pogłębić świadomość, zadbać o swoje granice, rozwijać się emocjonalnie…

…więc kupiłam karnet na siłownię.

Bo przecież, jeśli coś we mnie wymagało naprawy, to na pewno nie były to wzorce relacyjne. Moje ego mówiło mi, że problem tkwił w moich udach. Zamiast przepracować toksyczne mechanizmy – przerabiałam zestawy na pośladki. Zamiast uczyć się mówić „nie” – nauczyłam się robić plank przez dwie minuty. Moja „praca nad sobą” była głęboka. Do poziomu mięśni brzucha. Wewnętrzna przemiana? Oczywiście! Z rozmiaru M na XS.

Milion dolarów, wątpliwość gratis

I muszę przyznać – wyglądałam fantastycznie! Moje serce może jeszcze trochę krwawiło, ale za to nogi wyglądały jak z reklamy maszynki do golenia. A to się przecież liczy. Bo przecież żaden ex nie będzie żałował, że odszedł od dziewczyny z dobrym charakterem. Ale od tej z płaskim brzuchem – już prędzej!

To był mój moment. Mój „glow up”. Wysyłałam zdjęcia kolegom, dostawałam wiadomości z serii „Alex, wyglądasz bosko!”, co powodowało, że moje ego rosło, a nadzieja, że może jednak jeszcze spotkam „tego jedynego”, zaczęła kiełkować ponownie.

Takie zachowanie pozwalało mi się dowartościować, ale czy jeżeli wartość nie pochodzi ode mnie, to czy w ogóle jest coś warta?

Umawiałam się na randki z różnymi mężczyznami – i wtedy pojawił się on. Ten jeden, który przykuł moją uwagę. Już przed pierwszą, oficjalną randką mieliśmy okazję zobaczyć się w klubie. Byłam wtedy opalona, wysportowana, szczupła jak nigdy, ubrana w dwuczęściowy biały komplet z koronki. Elegancki, bo spódniczka porządnie sięgała połowy ud, a koronkowy top delikatnie odkrywał brzuch, ale dekolt był całkowicie zasłonięty. Szyk i ogień w jednym. Wyglądałam jak milion dolarów w zestawie wakacyjnym. A on? Również niczego sobie!

Ten, który miał być wszystkim

Mój samiec alfa

Wyglądał jak wyjęty z katalogu „Mężczyzna idealny – edycja limitowana”. Przystojny, umięśniony, dobrze, proporcjonalnie zbudowany, z ciemnymi włosami i opaloną skórą, która przypominała południowe słońce – miał w sobie coś z Latynosa, jakby Antonio Banderas i Massimo z „365 dni” wpadli na siebie na siłowni i stworzyli dzieło sztuki. No, może jedynie zapomnieli dorzucić mu tych magicznych stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu.

Jego oczy takie czekoladowe, głębokie, przenikliwe. Gdy na mnie patrzył, miałam wrażenie, że wie o mnie więcej niż ja sama. A ten uśmiech? Rozbrajający jak granat – tylko że zamiast eksplozji hałasu, odpalił we mnie serotoninową bombę.

Pachniał obłędnie – tak, że chciało się za nim iść nawet bez GPS-a. Zadbany, stylowy, męski do szpiku kości, a przy tym z niesamowitym luzem i dystansem do siebie. Zero zadęcia, pełen klasy.

I teraz najlepsze: to był ten typ bad boya z zasadami. Tajemniczy, nieco niedostępny, jak bohater filmu, którego chcesz rozgryźć, ale on zawsze zostawia jedno zdanie niedopowiedziane. Ten typ mężczyzny, na którego lecą wszystkie kobiety, ale on nie leci na każdą. Nie, nie. To był facet z selekcją. Z kodeksem, z jakimś swoim wewnętrznym filtrem, przez który ciężko się było przebić.

Bad boy, który wie, kiedy otworzyć drzwi, kiedy nie mówić nic, a kiedy powiedzieć wszystko. Taki, co Cię nie zagłaska, nie zaleje komplementami, ale jak już spojrzy i się uśmiechnie… to przepadłaś. I właśnie dlatego zadziałał na mnie jak magnes.

Co tu dużo mówić. Najnormalniej w świecie ideał.

Wypiliśmy kilka drinków, pożartowaliśmy, porozmawialiśmy – i każdy poszedł w swoją stronę.

Dzięki Bogu, że pracowałam nad sobą (a raczej nad swoim ciałem), bo skoro już się poznaliśmy przypadkiem na żywo i taki Alvaro dalej chce ze mną pisać przez portal randkowy, to oznacza to, że los szykował dla mnie coś więcej niż maminsynka, który nie pasował do wyobrażeń na temat mojego idealnego mężczyzny.

W końcu przeszliśmy do klasyki randkowania – spotkanie w parku. Już jest mój – pomyślałam. Zaparkowałam w pobliżu, chwyciłam plecak z piwem i popędziłam w stronę parku. Spędziliśmy ze sobą osiem godzin, siedząc na ławce przy jeziorze i rozmawiając. Tak, osiem. I to bez niezręcznych przerw, bez gapienia się w telefon – po prostu chemia i płynący czas.

I kiedy zrobiło się już naprawdę późno i chłodno, jak na faceta z nutą dżentelmena w sercu przystało, postanowił odprowadzić mnie do domu. Szliśmy pieszo, bo moje auto zostało na parkingu przy parku, w którym zaczęliśmy nasz ośmiogodzinny maraton rozmów. I wtedy, niedaleko mojego mieszkania, zorientowałam się, że… zostawiłam klucze w aucie. Brawo ja. Kopciuszek w wersji współczesnej – tylko że zamiast zgubionego pantofelka, zgubiłam dostęp do własnego mieszkania.

Na szczęście Mój Książę Alvaro był gotowy do akcji: zaprosił mnie na nocleg. Okazało się, że jego mieszkanie było znacznie bliżej niż moje auto, w którym zostawiłam klucze. Mój ratownik. Rycerz bez zbroi, ale z wygodnym gniazdkiem.

W domu, mimo późnej pory, nie poszliśmy od razu spać – nieee. Zaczęliśmy się bawić w śmigus-dyngus. On próbował mnie wrzucić pod prysznic, ja walczyłam jak lwica, żeby nie zrujnować włosów. Śmiech, przepychanki, chlupiąca woda – jakby ktoś reżyserował tę scenę w stylu romantycznej komedii. I najważniejsze: nie skończyło się seksem. Nie próbował wykorzystać sytuacji, nie robił podchodów, nie puszczał dwuznacznych tekstów. Poszliśmy spać… w osobnych pokojach.

Ah, jaki dżentelmen!

I wiesz co? Podczas tych całych ośmiu godzin randki nawet mnie nie dotknął. Nie próbował pocałować. To może być ten jedyny – pomyślałam.

I wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nasza historia dopiero się rozkręca.

Pod moim sercem

Byłam przeszczęśliwa. Serio. Chodziłam po świecie jak zakochana żarówka – wręcz promieniowałam szczęściem i endorfinami. Uwielbiałam spędzać z nim czas. W jego towarzystwie czułam się, jakbym trafiła na własne odbicie, tylko z bardziej umięśnionymi ramionami. Idealny. Taki męski, a przy tym czuły. Jakby ktoś wyprodukował go na moje specjalne zamówienie, wprost z katalogu zatytułowanego „Dla kobiecego serca”.

Niedługo potem pojechaliśmy na pierwsze wakacje ze znajomymi. Potem zaprosił mnie na romantyczny weekend w górach. Góry, zachody słońca, lampka wina i on obok – jak z pocztówki z tytułem: „Idealny facet + domek z kominkiem”.

Oczywiście, miał swoje zadziorności. Czasem żartował tak, że miałam ochotę rzucić w niego poduszką… albo czymś cięższym. Ale potem się uśmiechał tym swoim seksownym uśmiechem Jamesa Bonda po urlopie i wszystko było wybaczone.

A seks? To nie był seks. To była sztuka. Poezja. Opera namiętności. Gdyby ktoś chciał nakręcić film erotyczny z prawdziwym uczuciem – my bylibyśmy obsadzeni w rolach głównych. Bez prób. Bez scenariusza. Tylko my, chemia i spontaniczne rozbieranie się gdzie popadnie. On mnie tak podniecał, że momentami miałam ochotę pojawiać się na randkach już w płaszczu i niczym więcej. Po co tracić czas?

Byliśmy jednością. Pod każdym względem. Ciała się zgadzały, dusze się zgrywały, serca pulsowały w jednym rytmie. No i wtedy, po trzech miesiącach – bum! Wiadomość, która może zmienić życie każdej kobiety: „Jesteś w ciąży”.

W jednej sekundzie stałam się jednocześnie przerażona jak w horrorze i szczęśliwa jak w komedii romantycznej. Bo z jednej strony – halo, ja? W ciąży? Przecież dopiero co organizowałam imprezę halloweenową. A z drugiej – ten człowiek obok mnie był kimś, z kim chciałam stworzyć coś większego. Dosłownie.

Mój osobisty Alvaro zareagował bajecznie. Radość totalna. Od razu zadzwonił do rodziny, jakby właśnie wygrał w totka:

– Będziemy mieć dziecko! – oznajmił z taką ekscytacją, że ja sama przez chwilę pomyślałam, że może nawet urodzę bliźniaki z wdzięczności za jego entuzjazm.

Mimo życia, jakie dotychczas prowadziłam, ucieszyłam się ogromnie, że noszę pod sercem małą istotkę. Naprawdę. Mimo huśtawek nastrojów i momentów, kiedy płakałam, bo zabrakło mi ogórków kiszonych o 22:15. Próbowałam zachować pogodę ducha, bo przecież to miał być najpiękniejszy czas mojego życia. Tylko że… coś między nami zaczęło się psuć.

Tango generałów

Na początku to były drobiazgi – spojrzenia, które trwały o sekundę krócej niż zwykle, pytania zadawane z cieniem wątpliwości w głosie. Pamiętam moment, gdy pierwszy raz zapytał:

– A z kimś dziś pisałaś?

Innym razem:

– Ktoś cię odwiózł?

Albo:

– Kim jest ten „M.” w kontaktach?

To nie brzmiało jak przesłuchanie. Bardziej jak niepewność zaklęta w pytaniu. Tylko że ja byłam wtedy w ciąży – skupiona na tym, by jeść warzywa, nie pić mocnej herbaty na czczo i wybrać imię dla naszej córeczki. W mojej głowie królowała troska i planowanie wyprawki, a nie wspomnienia z kontaktów telefonicznych.

Między nami zaczęła rosnąć ściana. Nie z kłótni, tylko z milczenia. Nie z dramatów, tylko z niedopowiedzeń. Jakbyśmy byli razem w tym samym pokoju, ale każde prowadziło rozmowę w innym języku. Coraz mniej było „my”, coraz więcej „ja” i „ty”.

Raz zapytał mnie, kim jest „Legenda”. Przez chwilę myślałam, że chodzi o film, potem może o jakiegoś rapera. Dopiero później zorientowałam się, że chodziło o chłopaka sprzed wielu, wielu lat. Z tamtego życia. Z tego, które już dawno przestałam wspominać, bo nie miało z moją teraźniejszością nic wspólnego.

Z jednej strony to rozumiałam, bo przecież kiedy się kogoś kocha, z czasem rodzi się lęk utraty ukochanej osoby. Z drugiej – zaczynało mnie przytłaczać, że zamiast rozmawiać o tym, co tu i teraz, nieustannie wędrowaliśmy w przeszłość. A przecież to, co próbowałam budować, działo się tu i teraz. Nasza córeczka rosła, ja puchłam jak drożdżówka, a on coraz częściej zdawał się podważać nie to, co robię, ale to, kim byłam kiedyś. Ten stres nie pomagał. Nie pomagały też emocje. A już na pewno, nie pomagało to, że zaczęłam słyszeć:

– Może już czas wyrosnąć z tej „Oazy”?

– Po co ci spotkania z koleżankami?

– Teraz masz rodzinę. Trzeba się ustatkować – wyjaśniał.

Może i miał w tym jakąś rację, ale forma… Czułam się, jakby ktoś próbował mi odebrać wszystkie dotychczasowe wersje mnie – zostawić tylko: „Matka. Wersja domowa w trybie wyciszonym”. Tyle że ja nigdy nie byłam cicha. Ja byłam tą, co zawsze miała swoje zdanie, nawet jeśli nie było ono najwygodniejsze. A mój książęcy Alvaro, choć twierdził, że kocha we mnie siłę… Coraz częściej próbował ją przyciąć.

Były momenty ciepła, wspólnych planów, śmiechu przy wieczornej herbacie. A potem – bach! – znów jakaś różnica zdań. I znów przekonywanie mnie, że jego sposób myślenia jest tym właściwym. Miał swoje zdanie. Bardzo konkretne. I chętnie oferował mi je jako jedyną słuszną opcję.

♥♥♥

Frustrowało mnie nie tylko to, co mówił, ale sposób w jaki to mówił. Ton głosu, narzucająca narracja, pytania zadawane tak, bym nie mogła odpowiedzieć po swojemu, tylko według jego klucza. Czułam, że nie rozmawia ze mną, tylko próbuje mnie ustawić. To było jak taniec dwóch silnych charakterów, w którym każdy próbował przewodzić. Tylko że nie tańczyliśmy walca. To raczej przypominało tango dwóch generałów.

I tak, z jednej strony kochałam jego siłę. Z drugiej – nie chciałam, by ta siła mnie przygniotła. Czułam, że powoli przestaję być sobą. Że już nie śmieję się tak głośno. Że zanim coś powiem, w głowie ważę słowa dwa razy.

A potem urodziła się nasza córeczka. I przez chwilę świat naprawdę się zatrzymał. Była najpiękniejszym darem, jaki mogłam dostać od życia. On też był wzruszony – dzwonił do znajomych, ściskał mnie jak skarb, robił zdjęcia z taką czułością, że mogłabym przysiąc, iż kocha mnie całym sercem.

Byliśmy razem. I przez jakiś czas to wystarczało. Ale nieuchronnie wróciło życie. Z jego napięciem, obowiązkami, niedoborem snu i nadmiarem pytań bez odpowiedzi. On chciał, abym dostosowała się do jego wizji. Ja – byśmy byli partnerami, a nie jakimś dziwnym układem sił na poziomie dowódca i żołnierz.

Zaczęliśmy się coraz częściej rozmijać w codzienności. Niby obok, ale jednak – osobno. On z planem na przyszłość, a ja z lękiem o teraźniejszość. I choć bardzo się staraliśmy, coraz rzadziej udawało nam się spotkać w połowie drogi.

A wtedy przyszedł pomysł, który miał nas zbliżyć – wspólny interes.

Miłość w cieniu piekarnika