Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Sekret lorda Portmana ebook

Mary Nichols

3 (16)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sekret lorda Portmana - Mary Nichols

Ojciec Rosamundy ginie w tajemniczych okolicznościach. Bez pieniędzy i bez dachu nad głową Rosamunda staje przed trudnym wyborem. Może przyjąć posadę opiekunki starej, despotycznej arystokratki lub zostać nianią sześciorga niegrzecznych dzieci swojego brata. Wybiera jeszcze inne rozwiązanie i przyjmuje oświadczyny tajemniczego lorda Portmana. Nie wie jednak, że lord ma bardzo nietypowe zajęcie...

Opinie o ebooku Sekret lorda Portmana - Mary Nichols

Fragment ebooka Sekret lorda Portmana - Mary Nichols

Mary Nichols

Sekret lorda Portmana

Tłumaczenie: Wojciech

Rozdział pierwszy

Lato 1761 roku

Rosamunda potoczyła wzrokiem po żałobnikach, stojących z kieliszkami w dłoni lub wolno przechadzających się po salonie jej domu przy Holles Street, i zastanawiała się, po co właściwie przyszli. Przecież nie mogli spodziewać się spadku. Wszyscy doskonale wiedzieli, że sir Joshua przepuścił cały majątek. Może chcieli posłuchać plotek, by później móc się nimi dzielić podczas podwieczorków w gronie przyjaciół?

Śmierć ojca Rosamundy była nagła i tragiczna, a przyczyna czekała na wyjaśnienie, co z pewnością zostawiało pole przykrym domysłom. Znaleziono go bowiem na Tyburn Lane we wczesnych godzinach rannych. Sądzono, że wracał po nocy spędzonej poza domem i został potrącony przez pojazd, który nie zdążył się zatrzymać.

– Pijany w sztok – mówili. – Nie patrzył, dokąd idzie.

Maksymilian, jej brat, siedział zamknięty w bibliotece z adwokatem rodziny już prawie godzinę, więc gośćmi panna Chalmers zajmowała się sama. Było kilkoro kuzynostwa, których ledwie znała. Wszyscy należeli do lepszego towarzystwa, więc patrzyli na nią z góry i szeptali między sobą, prawdopodobnie wytykając staropanieństwo i pospolitą urodę. Zapewne wszyscy wyrażali też nadzieję, że nie będą musieli dać jej pokoju w swoim domu. Kilku znajomych ojca przyszło z kondolencjami wyłącznie po to, by przy okazji sprawdzić, czy są jakieś szanse odzyskania pieniędzy, które zmarły był im winien. Nikt oprócz córki tak naprawdę nie żałował tego porywczego człowieka.

Rosamunda prowadziła dom, odkąd jej matka umarła przed siedmioma laty, a ponieważ była przeświadczona, że ojciec jej potrzebuje, nigdy nie wyszła za mąż. Teraz, w wieku dwudziestu sześciu lat, uważała, że jest już za stara, by ktoś ją zechciał.

– Co teraz zamierzasz, Rosie? – wyrwała ją z zadumy ciotka Jessica.

Pani Jessica Bullivant była siostrą ojca. W czarnej jedwabnej sukni żałobnej z poszerzanymi biodrami wydawała się szersza niż wyższa.

– Na razie pozostanę tutaj.

– Tutaj, moje dziecko? Nie możesz mieszkać sama.

– Nie będę sama. Zatrzymam kucharkę i Janet.

– To jest służba. Nie, Rosie. Taki pomysł jest nie do przyjęcia. Znam kogoś, kto mógłby zaproponować ci posadę damy do towarzystwa. Oczywiście dochody nie są duże, ale będziesz miała dach nad głową i pełny talerz, no i niezbyt wiele obowiązków. Po opiece nad Joshuą to będzie jak bułka z masłem.

– Dama do towarzystwa! – wykrzyknęła Rosamunda ze zgrozą. Lubiła mówić to, co myśli, i zwykła korzystać ze swojej wolności, tymczasem trudno było sobie wyobrazić mniej niezależną osobę niż płatna towarzyszka, zobowiązana stawiać się o dowolnej porze na każde wezwanie chlebodawczyni. – Serdecznie dziękuję, ciociu, ale nie. Jestem pewna, że tata coś mi zapisał. Wystarczy, żebym mogła wieść oszczędne życie i nie musiała szukać płatnej posady.

– Wątpię. Wszyscy wiedzą, że mój brat był utracjuszem. Czy dał ci kiedyś cokolwiek oprócz kieszonkowego?

– Niczego nie potrzebowałam.

Ciotka parsknęła na ten nieuzasadniony przejaw lojalności.

– Lepiej zostać damą do towarzystwa w eleganckim domu niż nieopłacaną służącą, jaką byłaś przez ostatnie siedem lat.

– Każda szanująca się córka zrobiłaby na moim miejscu to samo.

– Tymczasem dawno przekroczyłaś wiek, w którym wychodzi się za mąż.

– Wiem, ciociu. Nie mam żadnych oczekiwań pod tym względem. Zajmę się dobroczynnością.

Ciotka roześmiała się na te słowa, co sprawiło, że w pokoju nagle przerwano rozmowy i wszyscy zwrócili się w ich stronę. Dama natychmiast spoważniała i przybrała żałobny wyraz twarzy.

– Gdybym nie miała do towarzystwa mojej drogiej panny Davies, wzięłabym cię sama, ale za nic nie chciałabym urazić jej uczuć. Zresztą mój skromny dom przy Chandos Street byłby za mały, by nas pomieścić.

– Wiem, ciociu, ale mimo to bardzo dziękuję za troskę. Dam sobie radę. – Za nic nie chciałaby przeprowadzić się do swojej władczej krewnej.

W tym momencie drzwi biblioteki otworzyły się. Rosamunda zobaczyła adwokata ojca, który szybkim krokiem ruszył ku wyjściu. Zaniepokojona, pośpieszyła zobaczyć się z bratem. Maksymilian siedział przy stole z twarzą ukrytą w dłoniach.

– Stary głupiec! – powiedział, usłyszawszy kroki siostry.

– Masz na myśli pana Tetleya?

– Nie, naszego ojca. Nie zostawił nam niczego, Rosie, niczego z wyjątkiem długów. Jak człowiek może być tak naiwny? Ulegał namowom na bezwartościowe inwestycje, nie chciał słuchać rozsądnych rad i wszystko stracił.

Roześmiał się ponuro i wziął do ręki płócienny woreczek, który przy poruszeniu pobrzękiwał.

– Wszystko, z wyjątkiem tego – powiedział, rzucając przedmiot do stóp Rosamundy.

– Co to? – Pochyliła się, by rozwiązać troczek, i zobaczyła garść złotych monet. – Przecież to majątek!

– Nie. Wszystkie co do jednej są fałszywe. Tetley powiedział, że należy je przekazać sędziemu.

– Wielkie nieba, jak pan Tetley poznał się na fałszerstwie? – Wzięła do ręki gwineę i zaczęła ją oglądać. – Mnie się ona wydaje całkiem zwyczajna.

– Została spiłowana. – Wsunął rękę do kieszeni i wyjął autentyczną monetę. – Widzisz? Przyłóż jedną do drugiej, a okaże się, że spiłowana moneta jest mniejsza, bok monety jest mniej zniszczony niż reszta, a rant jest ostrzejszy.

– Nie rozumiem.

– Ja też nie rozumiałem, ale Tetley mi sprawę wyjaśnił. Fałszerze przycinają albo spiłowują boki prawdziwych monet i wykonują nowy rant. Takie zmniejszone monety ponownie wprowadzają do obiegu, a zdobyte złoto przetapiają i wykorzystują na nowe monety albo po prostu do pokrycia tańszego metalu warstwą złota. Wybijają awers, rewers i robią rant. O, tak jak tutaj. – Wsadził rękę do kieszeni i wyjął jeszcze jedną monetę. – Przedsięwzięcie wydaje się bardzo dochodowe. Naturalnie dopóki nie pozwolisz się złapać – dodał i parsknął gorzkim śmiechem.

– Skąd tata miał te monety?

– Oboje wiemy tyle samo. Chciałbym wierzyć, że coś sprzedał i nieświadomie przyjął zapłatę fałszywkami, ale mógł też mieć świadomość tego, co bierze, i myśleć o ich rozprowadzeniu...

– Nie, nie zrobiłby tego – sprzeciwiła się Rosamunda. – Był naiwny, trudny w rozmowie, czasem uparty, ale w jego nieuczciwość nie uwierzę!

– Chyba nigdy się tego nie dowiemy. Musimy jednak podjąć decyzję, co teraz zrobić.

– Zanieś monety do sędziego, tak jak powiedział pan Tetley.

– Mam się narazić na szczegółowe wypytywanie o okoliczności, w jakich wpadły nam w ręce? Nikt nie uwierzy w naszą niewinność. I fałszowanie, i rozprowadzanie fałszywych monet są uznawane za zdradę stanu. Moglibyśmy za to nawet zawisnąć. Na razie schowam to znalezisko, póki nie zdecyduję, co najlepiej z nim zrobić. – Wziął spiłowaną monetę, wrzucił do woreczka i mocno zawiązał troczek. – Jedno jest pewne. Nie możemy tymi pieniędzmi spłacić długów ojca.

– To zrozumiałe.

– Kolejna sprawa. Masz dwa tygodnie na opuszczenie domu...

– Opuszczenie domu? – powtórzyła wstrząśnięta.

– Tak. Ojciec go zastawił i wierzyciele wystąpili o przejęcie. Możemy sprzedać meble, żeby spłacić najpilniejsze długi, ale to wszystko.

– Chcesz powiedzieć, że straciłam dach nad głową?

Nie mogła uwierzyć, że ojciec, którego kochała, zostawił ją bez pensa przy duszy. Inna sprawa, że jego śmierć przyszła niespodziewanie, a on bez wątpienia wierzył, że zdoła odwrócić niepomyślny los.

– Mniej więcej.

Rosamunda przez chwilę próbowała przyzwyczaić się do nowej myśli.

– To zapewne oznacza, że muszę zamieszkać u ciebie?

Taka perspektywa nie była zachęcająca. Maks ma wymagającą żonę i szóstkę dzieci, z których żadne nie jest grzeczne. Oczami duszy widziała, jak staje się bezpłatną opiekunką. Nawet los damy do towarzystwa wydawał jej się w tej sytuacji lepszy.

– Mogłabyś znaleźć sobie męża.

– Maks, a kto mnie poślubi? Mam dwadzieścia sześć lat i nie pociągam ani urodą, ani majątkiem. Nie myślisz trzeźwo.

– Ktoś na pewno będzie chciał cię wziąć. Może jakiś wdowiec, który potrzebuje matki dla swoich dzieci? Takich jest mnóstwo.

– A co z miłością?

– Miłość? Rosie, czy stać cię na miłość?

Pytanie było brutalne, ale Maks nigdy nie oszczędzał jej uczuć, a prawdę mówiąc, miał rację.

– Nie, ale znalezienie męża w dwa tygodnie wydaje się całkiem nierealne.

– Może udałoby mi się wyskrobać jakiś skromny posag.

– Jeśli możesz znaleźć pieniądze na posag, to lepiej daj je mnie, mądrze je zainwestuję.

– I kto tu nie myśli trzeźwo? Co ty wiesz o inwestowaniu? Potrafisz tylko prowadzić dom. – Wstał i podszedł do lustra, żeby poprawić perukę i czarny jedwabny halsztuk. – Kłopot w tym, że czas działa na twoją niekorzyść. Zostaw jednak tę sprawę mnie. Może jeszcze coś wymyślę.

Z tymi słowami opuścił pokój i wrócił do żałobników, a zrozpaczona Rosamunda podążyła za nim.

Była zbyt otumaniona tym, co powiedział jej brat, by dalej we właściwy sposób zajmować się gośćmi. Na szczęście Maks sprawnie ją zastąpił, proponując napoje i przekąski i prowadząc konwersację o zmarłym. Opowiadał różne epizody z życia ojca i słuchał historii przybyłych gości. W końcu wszyscy uznali, że nie sposób niczego więcej się dowiedzieć, i poszli.

Rosamunda pozostała pośród resztek stypy: talerzy, filiżanek, szklanek, połowicznie opróżnionych butelek wina, resztek herbaty i okruchów. Maks także pożegnał się i skierował ku drzwiom razem ze swoją żoną i hałaśliwymi dziećmi, którym normalnie nie pozwolono by przyjść, ale ponieważ te były rozpuszczone ponad wszelką miarę, postawiły na swoim odpowiednio długim i głośnym krzykiem. Odejścia rodziny Rosamunda nawet nie zauważyła. Siedziała ogarnięta bezsilnością i nawet nie była w stanie pomóc Janet, która przyszła pozbierać zastawę i posprzątać pokój.

Czuła żal po śmierci ojca, ale bardziej była na niego zła, że okazał się takim naiwnym głupcem i zaufał rzekomym wspólnikom, którzy sprzedali mu bezwartościowe akcje i zrujnowali go. Jednak kto mu dał te sfałszowane monety, pozostawało dla Rosamundy tajemnicą. Dlaczego ojciec je zatrzymał, zamiast oddać przestępców w ręce sprawiedliwości? Musiał przecież wiedzieć, że monety są fałszywe, bo inaczej spłaciłby nimi długi i nieco poprawił sytuację rodziny. A jeśli część monet już wydał? Czy należało się wkrótce spodziewać wizyt rozwścieczonych kupców, żądających rekompensaty? A może będzie jeszcze gorzej i przyjdzie konstabl albo detektyw z Bow Street z nakazem aresztowania? Czy utrzymywanie, że była niczego nieświadoma, wystarczy, by się ocalić? Maks nie zamierzał niczego w tej sprawie zrobić.

Musi się wszystkiego dowiedzieć, postanowiła w duchu i pomodliła się, żeby ojciec okazał się niewinny.

Jedyną osobą, która mogła jej pomóc, był pan Tetley, więc następnego dnia wybrała się prosto do niego.

– Moja droga panno Chalmers – powiedział, gdy zajęła miejsce w jego gabinecie. – Proszę pozwolić, że złożę jej kondolencje z powodu straty. Nie miałem okazji zrobić tego wczoraj, ponieważ przeszkodziły mi obowiązki zawodowe, a pani była zajęta krewnymi. Bez wątpienia jednak brat przedstawił jej stan rzeczy.

– Tak, ale chciałabym usłyszeć to od pana.

Pan Tetley westchnął, mimo to cierpliwie wyłuszczył wszystko od początku, dokładnie tak samo jak Maks.

– Jest mi niezwykle przykro, że nie może pani dostać więcej czasu na uporządkowanie swoich spraw, ale niestety nie udało mi się przekonać nowych właścicieli do okresu dłuższego niż dwa tygodnie. Sir Maksymilian bez wątpienia weźmie panią pod swoją opiekę.

Słysząc, jak prawnik mówi o jej bracie, Rosamunda odczuła swoją stratę tym bardziej namacalnie. Omal nie wybuchnęła płaczem, ale nie mogła pozwolić sobie na łzy w takiej sytuacji.

– Dziękuję, panie Tetley – odparła, z trudem się opanowując. – Jestem bardzo zaskoczona złotymi monetami, które pokazał mi brat. Skąd mój ojciec je wziął?

– Nie mam pojęcia. Niczego na ten temat nie wiem. Pani brat znalazł je zamknięte w kredensie, w gabinecie sir Joshui. Niestety, wydawał się bardzo zły i rozczarowany, gdy zwróciłem mu uwagę, że wszystkie są fałszywe.

– I nic więcej o tej sprawie pan nie wie?

– Nie. Mogę tylko przypuszczać, że pani zmarły ojciec sprzedał jakiś przedmiot, na przykład obraz albo klejnoty, i dostał te pieniądze jako zapłatę.

– Wobec tego sprawcy powinni zostać pociągnięci do odpowiedzialności i zmuszeni do wypłacenia należnej sumy prawdziwymi pieniędzmi.

– Nie mamy pojęcia, od kogo należy się tego domagać. Poza tym nie chciałbym stanąć oko w oko z tymi ludźmi. Nie, moja droga panno Chalmers. Radzę zostawić tę sprawę w spokoju. Proszę zanieść woreczek z pieniędzmi do sędziego, powiedzieć, że go pani znalazła, i umyć od tego ręce.

– Pieniądze ma mój brat i na pewno zrobi z nimi to, co konieczne. Czy jednak może mi pan coś powiedzieć o tych bezwartościowych akcjach kupionych przez tatę?

– Na to nie ma rady, jeśli zostały sprzedane i kupione w dobrej wierze. Gra na giełdzie jest jak hazard.

– Czy te dwie sprawy mogą być powiązane? Mam na myśli kupno akcji i uszkodzone monety.

– Wątpię.

– Musi pan jednak znać nazwiska ludzi, którzy sprzedali ojcu akcje. Przecież był pan jego doradcą.

Pan Tetley parsknął.

– Tylko wtedy, kiedy był skłonny słuchać rad, najczęściej jednak je ignorował, tak jak w tym przypadku. – Otworzył szufladę, wyciągnął z niej teczkę i rozwiązał opasującą ją czerwoną wstążkę. – Ta spółka nazywa się Barnstaple Mining.

Rosamunda uśmiechnęła się żałośnie.

– Podejrzewam, że zajmuje się wydobyciem złota. Kto podpisał dokument?

Adwokat spojrzał na kartkę.

– Michael O’Keefe.

– Nazwisko wskazuje na Irlandczyka. Czy pan coś o nim wie?

– Zupełnie nic, droga panno Chalmers. On może nawet zupełnie inaczej się nazywać.

– A gdzie znajduje się siedziba spółki?

– Jedyny adres w dokumencie to karczma Nag’s Head w Covent Garden. Nie wydaje mi się, żeby był prawdziwy. Odradzałem sir Joshui tę inwestycję, ale on nie chciał mnie słuchać.

– Nie mogę uwierzyć w aż taką naiwność ojca. Cała ta sprawa wydaje mi się bardzo podejrzana.

– To samo mu powiedziałem. – Zamilkł, by po chwili spytać: – Co pani zamierza uczynić, panno Chalmers?

– Jeszcze nie wiem.

– Błagam, proszę dać spokój interesom ojca. Z pewnością i bez tego ma pani dość spraw na głowie przed przeprowadzką.

Spotkanie Klubu Dżentelmenów z Piccadilly w londyńskim domu lorda Trenthama zbliżało się do końca. Nie był to zwykły klub, w którym oddawano się hazardowi. Tutaj zajmowano się wyłącznie tropieniem przestępców i oddawaniem ich w ręce sprawiedliwości. Oficjalnie jego nazwa brzmiała Towarzystwo na rzecz Ujawniania i Ujmowania Przestępców. Członkowie byli wystarczająco dobrze sytuowani, by nie domagać się zapłaty za swoje usługi. Nie brali też łapówek, z czego słynęli płatni łowcy głów. Robili swoje z upodobania do przygód i z poczucia sprawiedliwości.

Dziesięć lat temu towarzystwo założył lord Drymore, wówczas będący jeszcze zwykłym wojskowym w stopniu kapitana. Pozostałymi członkami byli: wicehrabia Jonathan Leinster, Harry, lord Portman, sir Ashley Saunders, kapitan Aleksander Carstairs i Sam Roker, służący i przyjaciel Jamesa Drymore’a. Każdy z nich miał swoją specjalność, tego roku jednak wszyscy szczególnie troszczyli się o to, by zapobiec większej niż zwykle aktywności przestępców w czasie przygotowań do ślubu Jerzego III z Charlottą Mecklenburg-Strelitz i koronacji dwa tygodnie później. Tropili kieszonkowców i innych złoczyńców, którzy chcieliby skorzystać na obecności tłumów przybywających, by wziąć udział w uroczystościach.

Harry zajmował się przede wszystkim fałszerstwem pieniędzy, odegrał więc zasadniczą rolę w postawieniu przed sądem kilku zajmujących się tym szajek. Zawsze jednak okazywało się, że miejsce ujętych przestępców szybko zajmują następni, a teraz w dodatku wprowadzaniu fałszywek do obiegu sprzyja czas uroczystości i tłumy przyjezdnych. Harry niestrudzenie i skutecznie walczył z plagą oszustów, choć nawet najbardziej przenikliwy obserwator, patrząc na niego, z trudem by się tego domyślił. Harry nosił długi szustokor z bursztynowego jedwabiu, haftowany złotą nicią. Koronki zdobiące szerokie mankiety stroju opadały mu na dłonie. Haftowana kamizelka miała długi rząd perłowych guzików od szyi aż po kolana, chociaż tylko połowę z nich należało zapinać. Halsztuk był wykrochmalony niemal do granic możliwości, a spodnie biły w oczy nieskazitelną bielą, podobnie jak pończochy, obwiązane poniżej kolana żółtymi tasiemkami. Harry siedział w swobodnej pozie, opierając na stole lewą rękę, której długie palce były ciężkie od sygnetów. Drugą skubał monokl zwisający na tasiemce z szyi. Każdy, kto go nie znał, zobaczyłby w nim fircyka pierwszej wody.

– Jadę do Old Bailey – powiedział, gdy wyczerpali porządek dnia i wszyscy przygotowywali się do wyjścia. – Sądzą dzisiaj bandę Dustina, chciałbym zobaczyć, czym to się skończy.

Wziął cylinder i wstał. Czerwone obcasy jego trzewików i wielka biała peruka podwyższały go o przynajmniej piętnaście centymetrów, choć przy jego metrze osiemdziesięciu wzrostu i tak nikt nie nazwałby go niskim. Większość jego znajomych goliła głowy, żeby noszenie peruki sprawiało mniej kłopotów, ponieważ jednak Harry często potrzebował swoich prawdziwych włosów, przyjmował pozę fircyka, narażając się na złośliwości. Prawdziwego Harry’ego Portmana znało jednak bardzo niewielu ludzi.

– Będziesz zeznawał? – spytał Jonathan.

– Nie, nie chcę zdradzić swojego incognito. Pójdziesz ze mną?

– Nie, w domu czeka na mnie Louise.

– Ja pójdę – zaofiarował się sir Ashley.

Wyszli razem. Trudno byłoby o większy kontrast między ludźmi. Sir Ashley nosił stonowane kolorystycznie stroje, choć zawsze nienagannie skrojone. Ciemne włosy nosił splecione w harcap. W odróżnieniu od Harry’ego, który pudrował twarz i zdobił ją pieprzykami, Ashley robił wrażenie opalenizną i surowymi rysami. Pozory jednak mylą, obu bowiem można było w równym stopniu pozazdrościć sprawności fizycznej, spostrzegawczości i błyskotliwości. Obaj też potrafili szybko reagować w każdej sytuacji. Tyle tylko że Harry’ego bawiło udawanie kogo innego.

Początkowo jego maniery fircyka były zwykłą maską mającą przesłonić głęboką urazę i poczucie winy, które pozostały mu po śmierci żony przed sześcioma laty, potem jednak zorientował się, że może z tego czerpać korzyści, ścigając przestępców. Widząc go w wysmakowanym stroju, różne draby uznawały go natychmiast za głupca, a on nie wyprowadzał ich z błędu. Naturalnie członkowie Klubu Dżentelmenów z Piccadilly znali prawdę.

– Jak wsadziłeś szajkę Dustina za kratki? – spytał Ash, gdy wyszli na ulicę i zaczęli się rozglądać za lektykami.

Ruch był duży, ale wolnych lektyk nie zauważyli, więc poszli piechotą, przy czym Ash szedł normalnie, a Harry zręcznie unikał błota i kałuż.

– Stając się jednym z nich.

– Ty!? – zaśmiał się sir Ashley. – Wyróżniałbyś się na milę. Nie uwierzę, że dali się nabrać.

– Wyobraź sobie, Ash, że potrafię być bardzo niedomyty, kiedy zachodzi taka potrzeba.

– Nawet ci wierzę, choć dla wielu byłoby to zupełnie nieprawdopodobne.

– O to mi chodzi. Długo flirtowałem z teatrem, więc potrafię nosić przebranie i grać różne role. Sądzę, że gdybym został na scenie, doszedłbym do podobnej sławy, jak David Garrick.

– Czemu więc zrezygnowałeś?

– Obowiązki wobec majątku, drogi chłopcze. Odziedziczyłem rodzinne dobra, kiedy mój ojciec umarł w pięćdziesiątym trzecim, wypadało mi więc ożenić się i ustatkować, żeby wydać na świat następne pokolenie Portmanów.

– Nie wiedziałem, że byłeś żonaty i miałeś rodzinę.

– Żonaty byłem niecały rok. Żona umarła, rodząc córkę.

– Przykro mi, Harry. Nie chciałem być wścibski. Zawsze zakładałem, że jesteś zaprzysięgłym kawalerem, tak samo jak ja.

– To nie tajemnica, po prostu o tym nie mówię. Beth była za młoda, miała zaledwie siedemnaście lat. Nikt jej nie powiedział, czego się spodziewać, a ona nie rozumiała, co się dzieje, kiedy zaczęły się bóle.

Urwał, znów bowiem usłyszał w głowie jej niekończące się krzyki, gdy go przeklinała. Czuł się wówczas kompletnie bezradny, w końcu nie mógł już tego znieść i wyszedł na spacer do ogrodu, by tam poczekać, aż będzie po wszystkim. Powinien był z nią zostać, dodawać jej otuchy, ale przecież żadnego mężczyzny nie dopuszczano do rodzącej kobiety. Nawet gdyby próbował tam wejść, z pewnością zostałby wyrzucony. Dlaczego jednak nie nalegał?

Wezwano go dużo później, by popatrzył na jej blade, martwe ciało. Krew już zmyto, ale kłąb prześcieradeł, ciśnięty w kąt pokoju, był cały czerwony. Mimo woli wciąż na niego zerkał, przejęty trwogą. Córki nie chciał widzieć, najpierw więc umieścił ją u mamki, a potem znalazł jej przybranych rodziców. Nie brakowało jej niczego, to jednak wcale nie zmniejszyło poczucia winy.

– Od żadnej kobiety, tym bardziej takiej młodej, nie powinno się żądać poświęcenia życia po to, by zaspokoić męską potrzebę posiadania dziedzica – powiedział do Asha.

– Jesteś dla siebie zbyt surowy, Harry. Nie mogłeś przewidzieć, co się stanie, a następnym razem wszystko dobrze się skończy.

– Nie będzie następnego razu. Jak mógłbym poddać kogoś takiej torturze, a zwłaszcza kobietę, którą darzę szczerym uczuciem?

– Kobiety mają wybór, przyjacielu. Większość, jeśli je spytać, mówi, że chce wyjść za mąż i mieć dzieci. Taki ich los i one doskonale o tym wiedzą.

– Dobrze ci tak mówić – mruknął Harry. – Jesteś kawalerem i masz... ile lat?

– Trzydzieści dwa. Porzuciłem już nadzieję, że spotkam damę, którą chciałbym uczynić towarzyszką życia. Mam za wiele złych nawyków. Irytowalibyśmy się wzajemnie ponad wszelką miarę, a ponieważ nie mam wielkiego majątku do przekazania, nie czuję brzemienia obowiązku.

– Ale kochanki miewasz?

– Naturalnie. Istnieją jednak sposoby, żeby zapobiec poczęciu.

– Co z tego za pożytek dla człowieka, który potrzebuje prawowitego dziedzica?

– Na pewno jakiegoś masz – powiedział Ash.

– No, mam. Kuzyna wymoczka, którego nie obchodzi ani ziemia, ani mieszkający na niej ludzie. On w rok przegrałby cały spadek w karty.

– Musisz więc temu zapobiec i ponownie się ożenić.

– Nie planuję swojej śmierci w najbliższej przyszłości.

– Mam nadzieję, że się nie mylisz, ale nigdy nie wiadomo...

– Mhm.

Harry miał dość. Na szczęście wypatrzył i przywołał dwie wolne lektyki, co ostatecznie zakończyło rozmowę. Zaniesiono ich pod Old Bailey.

Sala była już pełna. Część publiczności z różnych powodów interesowała się procesem, przyszło jednak wielu gapiów. Póki nie pojawili się urzędnicy, ludzie, jedząc pasztety i owoce, głośno spekulowali na temat przewidywanego wyroku.

Na ławie oskarżonych siedziała szajka Dustina: Alfred Dustin, jego żona Meg, ich dwudziestoczteroletnia córka Matilda i jej mąż Bernard Watson. Wszystkich oskarżono o to, że: „nie będąc zatrudnionymi w Mennicy Królewskiej w Tower ani nie dysponując wymaganymi przez prawo upoważnieniami od lorda wielkiego skarbnika, co więcej, Boga przed oczami nie mając i lekceważąc wagę obowiązku lojalności wobec swojego pana, Jego Królewskiej Mości, oraz jego ludu, w okresie od pierwszego do dziesiątego maja roku Pańskiego tysiąc siedemset sześćdziesiątego pierwszego, działając przestępczo i zdradziecko, wybili czterdzieści fałszywych monet ze srebra na podobieństwo srebrnych szylingów i sześciopensówek”. Żadne z oskarżonych nie przyznało się do winy.

Pierwszym świadkiem była gospodyni, która pod ich nieobecność przyszła posprzątać mieszkanie i znalazła formę wypełnioną kredą, tygiel, bardzo już zużyty, oraz dwie sześciopensówki ze wzorem po jednej stronie i całkiem płaskie po drugiej. Kiedy Bernard Watson wrócił do domu, gospodyni powiedziała mu o tym, co znalazła, a on przyznał się przed nią, że fałszuje monety, i pokazał, w jaki sposób to robi.

– Miał formę – powiedziała. – Była w niej odciśnięta sześciopensówka, a w środku pełno było proszku kredowego. Wlewał do formy cynę, podgrzaną wcześniej w tyglu nad ogniem. Twierdził, że najlepsza jest cyna dobrej jakości, więc aby ją uzyskać, pociął kufel. Monetę wyjętą z formy nacinał po bokach pilnikiem i szlifował piaskiem, żeby błyszczała. W końcu wkładał ją do garnka wody gotowanej z jakimś proszkiem, nazywanym przez niego tartarusem, żeby błyszczała jak srebro.

– Co na to powiedzieliście? – zwrócił się do gospodyni sędzia.

– Powiedziałam mu, że nie chcę z tym mieć nic wspólnego i muszą sobie znaleźć inne mieszkanie.

– Kłamiesz, kobieto – krzyknął Bernard Watson. – Nigdy w życiu nie zrobiłem fałszywej monety.

Kobieta zwróciła się do sędziego:

– Wysoki Sądzie, Bóg mi świadkiem, że mówię prawdę.

– Co stało się potem? – popędził ją prokurator.

– Powiedział, że dobrze mi zapłaci, jeśli wydam te monety, robiąc zakupy, ale odmówiłam i kazałam im wszystkim się wynieść.

– Czy tak zrobili?

– Wyszłam z domu, żeby sprowadzić konstabla. Kiedy z nim wróciłam, po nich nie było już śladu. Zabrali wszystkie swoje rzeczy, także te sześciopensówki.

Następnie wezwano konstabla, który powiedział sądowi, że na miejscu nie znalazł niczego oprócz zniszczonego cynowego kubka i tygla z cynowym osadem w środku. Sfałszowanych monet nie widział.

– Boże, tym łotrom się upiecze – szepnął Ash.

– Cierpliwości – odszepnął Harry, strzepując niewidzialny pyłek z rękawa.

– Dokąd oskarżeni się udali? – spytał świadka prokurator.

– Do domu na White Lion Street. Dostałem adres od człowieka w karczmie Nag’s Head, który słyszał ich rozmowę. Poszedłem tam razem z konstablem Buntingiem, wyłamaliśmy drzwi i zastaliśmy wszystkich razem zajętych wybijaniem monet.

– Podejrzewam, że wiem, kto był tym człowiekiem z Nag’s Head – szepnął znowu Ash.

– Pst – uciszył go Harry z uśmiechem.

Wezwano innych świadków, aby potwierdzili zeznania. Obrona oskarżonych, którzy twierdzili, że robili guziki i klamry, sprzedawane potem na targowisku, została odrzucona. Alfreda, Meg i Bernarda skazano na powieszenie, przyjęto tylko obronę Matildy utrzymującej, że nie była świadoma czynów swoich rodziców i męża, i ją jedną uwolniono. Opuściła sąd, przysięgając zemstę donosicielowi.

Harry i Ash, nie czekając na następny proces, wyszli na ulicę, gdzie powietrze było wyraźnie świeższe.

– Nie wiedziałem, że tak łatwo wyrabia się fałszywe monety – powiedział Ash. – Wydaje się jednak, że zyski są minimalne.

– Większe, jeśli wybijesz tych monet odpowiednio dużo. Zanieś fałszywego szylinga albo choćby sześciopensówkę do sklepu i kup coś za pensa albo pół pensa. Resztę dostajesz w prawdziwych monetach i wkrótce masz całkiem niezłą sumkę. Fałszerze zwykle zatrudniają paserów, którzy jeżdżą po kraju z zapasem podrobionych monet i kupują za nie różne tanie towary.

– Gra niewarta świeczki – ocenił Ash.

– Dla takich jak my niewarta, ale dla niżej urodzonych ludzi to dobre uzupełnienie marnych zarobków, a jeśli ktoś w ogóle nie pracuje, lepsze to niż głodowanie.

– Ta młoda kobieta była wściekła. Myślisz, że spróbuje urzeczywistnić groźbę?

– Ona nie ma pojęcia, kto ich wydał. – Harry zamilkł na chwilę. – To były tylko płotki. Naprawdę duże zyski są ze spiłowywania monet ze złota, ale do tego trzeba mieć najpierw dużo prawdziwych złotych monet, więc to zajęcie dla zupełnie innych ludzi. Właśnie teraz tym się zajmuję.

– Co odkryłeś?

– Na razie niewiele, ale niedawno dostałem spiłowaną gwineę od kupca winnego. Niestety, kupiec nie pamiętał, kto nią zapłacił za wino. Obiecał jednak, że da mi znać, jeśli zauważy drugą podobną.

– Przecież nie dadzą fałszywej monety więcej niż raz w jednym sklepie – powiedział Ash.

– To zależy od spostrzegawczości sklepikarza. A jeśli łotrzykowi się udało, może mieć pokusę, żeby spróbować ponownie.

Doszli do klubu White’a, więc wkrótce rozmowy o fałszerzach i monetach zostały zapomniane, obaj bowiem zgodnie zajęli się grą w karty. Harry pił i grał z umiarem, za to pilnie obserwował. Dawno już zauważył, że ludziom, którzy mają w czubie, rozwiązują się języki. Zdobył dzięki temu niejedną informację przydatną w działalności dżentelmenów z Piccadilly. Zresztą do domu właściwie nie miał po co wracać.

Oprócz niego i Asha czwórkę tworzyli tego wieczoru Benedict Stafford i sir Maks Chalmers. Benedict był pryszczatym młodzieńcem najwyżej dwudziestoletnim, dziedzicem tytułu wicehrabiowskiego. Tajemnicą poliszynela było, że tatuś trzyma go na krótkiej smyczy. Sir Maks, którego Harry spotkał pierwszy raz, nosił porządny czarny strój urozmaicony jedynie srebrnym haftem i białym halsztukiem z koronki wylewającej mu się również spod mankietów wierzchniego okrycia. Maks miał spiczasty nos, ostry podbródek i chude nogi, dlatego przypominał Harry’emu srokę.

– Ma pan diabelne szczęście – narzekał Stafford kilka godzin później, gdy Harry zgarnął swoją wygraną. – Jeśli nie weźmie pan ode mnie kwitu dłużnego, muszę się wycofać.

– Naturalnie przyjmę kwit – powiedział Harry swoim wysokim głosem fircyka. – Zastanawia mnie jednak, kiedy będę mógł zamienić go na gotówkę, jeśli przypadkiem pańskich kwitów krąży zbyt dużo.

Benedict wybuchnął śmiechem.

– Tego nie umiem powiedzieć, ale przecież panu się nie spieszy, prawda? O ile wiem, ma pan góry pieniędzy.

– To możliwe, ale głupcem nie jestem.

Beznamiętnie przyjrzał się zgromadzonym przed nim monetom i ani jednym mrugnięciem nie dał poznać, że zauważył wśród nich jedną spiłowaną. Ciekaw był, który z graczy ją dołożył i czy zrobił to celowo. Kłopot polegał na tym, że łatwo było posłużyć się złą monetą nieświadomie. Przecież przed spiłowaniem taka moneta była całkiem dobra, a i potem jej jedyna niedoskonałość polegała na tym, że stawała się nieco mniejsza i ważyła mniej, niż powinna. Harry schował uszkodzoną gwineę osobno do kieszeni.

– Lubię, kiedy dłużnicy regulują swoje zobowiązania – dodał.

– Wobec tego kończę – powiedział wyniośle Benedict. – Każdy inny człowieka na moim miejscu zażądałby satysfakcji za tę obrazę.

– To dla mnie prawdziwa ulga, że pan do nich nie należy – odparł Harry z leniwym uśmieszkiem. – Przemoc budzi u mnie odrazę.

– Rzućmy kośćmi o moją część puli – powiedział do młodego człowieka Ash. – Jeśli pan wygra, dostanie dość pieniędzy, by móc grać dalej.

– A jeśli przegram?

– Wezmę pański kwit.

– Zgoda.

Przerwano grę i polecono służącemu przynieść kości. Harry poświęcił ten czas na obserwację partnerów przy stoliku. Benedict był młodym głupcem. Chciał uchodzić za światowego człowieka, ale nie starczyłoby mu odwagi, by posługiwać się fałszywymi pieniędzmi. Co innego Maks Chalmers. Ten miał około trzydziestu lat, całkiem nieźle wyglądał, ale przez cały czas się chmurzył. Nosił dobrze skrojone ubranie i perukę z pewnością od jednego z najlepszych rzemieślników w mieście. Próżniak, uznał Harry, i trochę go to rozbawiło, gdyż w tej samej chwili pomyślał o własnym wyglądzie.

– Proszę pozwolić, Chalmers, że złożę panu kondolencje i jednocześnie gratulacje – powiedział Ash, bo oczekiwanie na kości wciąż trwało. – O ile wiem, wszedł pan ostatnio w posiadanie spadku.

– Dziękuję, chociaż niewiele udało się ocalić, a mam jeszcze na garnuszku niezamężną siostrę.

– To duży ciężar?

– Nie byłoby go wcale, gdyby ojciec nie inwestował lekkomyślnie. A tak nie zostawił jej żadnego zabezpieczenia. Moja żona za nią nie przepada i nie bardzo chce ją przyjąć pod nasz dach. – Westchnął. – Gdybym tylko mógł znaleźć jej męża. Nie wiecie panowie o nikim, kto potrzebowałby żony?

Ash zerknął znacząco na Harry’ego, który odpowiedział mu groźnym marsem.

– Co dobrego może pan o niej powiedzieć? – spytał niezrażony Ash.

– Nie za wiele – przyznał ponuro Maks. – Skończyła dwadzieścia sześć lat i nie jest piękna, ale można by chyba powiedzieć, że ma ładną figurę...

– Dlaczego pańska żona jej nie lubi? – spytał Harry.

– Jest zanadto wyniosła i zadufana w sobie.

– Hmm, to niedobra cecha, rzeczywiście – przyznał Harry. – Czy dlatego nigdy nie wyszła za mąż?

– To możliwe, ale poza tym od czasu śmierci naszej matki była praktycznie gospodynią ojca. Trzeba jej oddać sprawiedliwość, że w tym jest naprawdę dobra. W domu zawsze wszystko szło jak po maśle. Na tym zresztą polega część problemu. Gdyby zamieszkała u nas, chciałaby narzucić własne przyzwyczajenia...

Harry parsknął śmiechem.

– No, to ma pan problem, przyjacielu.

– Niech pan ją wyda za mąż – powiedział Ash.

– Zrobiłbym to, gdybym znalazł kogoś, kto ją zechce.

– Jest zdrowa? – dopytywał się dalej Ash.

– Jednego dnia nie przechorowała, jak żyje.

– Wydaje mi się – skonstatował Ash – że pańskie twierdzenie, jakoby nie miała zalet, jest fałszywe. Dobrze prowadzi dom, ma własne zdanie i jest zdrowa, więc może rodzić dzieci. Czy jest wybredna, jeśli chodzi o wybór męża?

Maks roześmiał się.

– Nie stać jej na to.

– Chce pan powiedzieć, że zgodziłaby się na małżeństwo z rozsądku?

– Gdyby ktoś jej to zaproponował, sądzę, że zdołałbym ją namówić. – Urwał. Uświadomił sobie bowiem, jak bezdusznie to zabrzmiało. – Naturalnie nie zgodziłbym się, żeby to był pierwszy lepszy Tom, Dick czy Harry... och, przepraszam, Portman.

– Nic się nie stało.

– Chciałbym mieć pewność, że będzie uczciwie traktowana, że mąż nie zrobi z niej wołu roboczego ani nie będzie skąpił pieniędzy – ciągnął Maks. – Przecież ona mimo wszystko jest damą. Nasza rodzina ma korzenie sięgające okresu Tudorów.

– Posag? – spytał Ash, ignorując Harry’ego, który kopnął go pod stołem.

– Niestety, to mój słaby punkt.

Ash zachichotał.

– Finansowo zatem propozycja jest nieatrakcyjna. Jak pan zatem zamierza doprowadzić do małżeństwa? Wystawi ją pan na sprzedaż?

– To jest myśl – przyznał Maks.

– Jak pan może być taki gruboskórny? – wybuchnął Harry, zapominając o swojej pozie zblazowanego fircyka. – To przecież pańska siostra i do tego dama. Powinien pan się nią opiekować!

Maks popatrzył na niego zaskoczony. Nie spodziewał się takiego wybuchu po człowieku, znanym z rozleniwienia i ostentacyjnego lekceważenia wszelkich uczuć wyższych z wyjątkiem własnych.

– Ona naturalnie jest i będzie pod moją opieką, póki nie wyjdzie za mąż, mam jednak niezbitą pewność, że w małżeństwie będzie szczęśliwsza.

– Chcielibyśmy poznać tę damę, czyż nie, Harry?

– Mów za siebie – odparł szorstko Harry, zastanawiając się, jak długo jeszcze służący będzie przynosił kości, bo cała ta rozmowa stawała się w najwyższym stopniu niestosowna.

– Pan? – spytał Benedict, zwracając się do Ashleya. – Zdawało mi się, że jest pan zadowolony z życia w stanie kawalerskim.

– Owszem, jestem. Myślałem o kim innym.

Maks parsknął śmiechem.

– Męski swat. Słyszał ktoś kiedyś o takim?

– Nie posunąłbym się do tego – stwierdził Ash.

– No, myślę! – wtrącił Harry. – Błagam, zapomnijmy o całej sprawie.

Jednak Ash na dobre wbił sobie ten pomysł do głowy i nie zamierzał z niego zrezygnować.

– Nie zaszkodzi poznać się z tą damą. Na gruncie towarzyskim, naturalnie. Ona nie musi o niczym wiedzieć. – Zwrócił się do Maksa.

– Nosi żałobę, więc nie udziela się towarzysko, ale popołudniami lubi spacerować po Green Parku. Gdyby panowie akurat tam byli, moglibyśmy przypadkiem się spotkać i wtedy przedstawiłbym was siostrze.

– Kiedy?

– Jutro po południu. O drugiej?

– Znakomicie! Spotkamy się przy bramie i razem pospacerujemy.

Tym razem Harry kopnął mocniej. Zaskoczony Ash krzyknął „Au!”, co natychmiast zamaskował kaszlnięciem.

– Gdzie się podział ten przeklęty służący z kośćmi? – spytał zrzędliwie Harry, rozglądając się dookoła.

– Zmieniłem zdanie – oświadczył Maks. – Nie będę dłużej czekał, panowie wybaczą.

Wstał od stołu i odszedł. Benedict szybko wziął z niego przykład, zadowolony, że udało mu się ujść bez podpisania kwitu. Harry naturalnie to zauważył, postanowił jednak dać młodemu człowiekowi spokój.

Gdy tylko ich niedawni partnerzy znaleźli się dostatecznie daleko, Harry zwrócił się do przyjaciela.

– W co ty grasz, Ash? Jeśli sądzisz, że upadłem tak nisko, by kupować sobie żonę, to jesteś w grubym błędzie. Nie przyjdę.

– Mnie się widzi, że oboje wyświadczylibyście sobie przysługę. Niemożliwe, żeby ona chciała zamieszkać u swojego błaznowatego braciszka. Ty możesz jej zapewnić wygodny dom, a ona dałaby ci potrzebnego dziedzica bez wprawiania cię w zamęt uczuciowy.

– Żałuję, że opowiedziałem ci o żonie – powiedział Harry. – I bardzo cię proszę, abyś w przyszłości powstrzymał się przed wracaniem do tej sprawy.

Przyzwał służącego i polecił mu sprowadzić przed klub dwie lektyki. Ash wracał do swoich kawalerskich apartamentów na Lincoln’s Inn Fields, a Harry do Portman House przy Berkeley Square.

– To tylko propozycja – wyjaśnił Ash ze śmiechem – ale chętnie pospaceruję po parku jutro po południu. Wpadnę przedtem po ciebie. Możesz ze mną iść albo nie, jak sobie życzysz.

Harry sobie nie życzył. Wrócił do domu, gdzie w samotności zjadł na kolację befsztyk z polędwicy, kuropatwę, kapłona i kilka owocowych tartaletek, popijając wszystko dwiema butelkami reńskiego wina. Miał po dziurki w nosie przyjaciół, choć musiał przyznać, że czasem rzeczywiście czuł się samotny.

Chcąc zapomnieć o przyczynie swojej irytacji, poszedł do sypialni, zrzucił perukę, zdjął elegancki strój i zaczął się przebierać. Wdział sukienne spodnie, wełniane pończochy ozdobione czerwonymi zegarami, które z wiekiem stały się szaroróżowe, i czarną znoszoną kamizelkę, pozieleniałą ze starości. Na koniec włożył brunatną kapotę i zawiązał wokół szyi chustkę w grochy. Musiał to zrobić sam, ponieważ jego osobisty służący, Jack Sylvester, odmawiał udziału w maskaradzie. Harry wzuł jeszcze rozczłapane czarne buty.

– Wychodzę, Jack – powiedział. – Nie wiem, kiedy wrócę, ale możesz na mnie nie czekać.

Znalazłszy się na ulicy, skierował kroki ku karczmie Nag’s Head. Harry Portman, fircyk, przeobraził się w Gusa Housmana, mroczną postać, w której sir Ashley Saunders najprawdopodobniej by nie rozpoznał przyjaciela.

Rozdział drugi

– O’Keefe? Nigdy o kimś takim nie słyszałem.

Mężczyzna, któremu zatłuszczony fartuch przykrywał pokaźny brzuch i równie zatłuszczone spodnie, popatrzył na Rosamundę z pogardą i zachwytem jednocześnie. Z pogardą, bo mimo nędznego stroju niewątpliwie była damą, a on nie miał czasu dla takich, którzy uważają, że są lepsi od niego; z podziwem zaś, bo sama odważyła się przekroczyć próg Nag’s Head. Jeśli jednak sądziła, że będzie ryzykował głowę i powie jej, gdzie można znaleźć Micka O’Keefe’a, to grubo się myliła.

– A o spółce Barnstaple Mining? – nalegała Rosamunda. – O ile wiem, czasem prowadzi tutaj interesy.

Roześmiał się ochryple.

– Spółka górnicza, milady? A gdzie tu jest kopalnia? Pewnie pod brukiem, co? Mnie też by się przydało trochę złota. Wtedy nie musiałbym tutaj stać i odpowiadać na głupie pytania.

– Złoto – powiedziała zaskoczona. – Dlaczego wspomnieliście o złocie?

– A czy nie tego wszyscy chcą? – odparł. – Przydałby mi się garnek złota, żebym mógł zostawić tę norę.

– Czyli spółka Barnstaple Mining nie zajmuje się wydobyciem złota?

Wzruszył ramionami.

– A skąd mam wiedzieć? Nigdy o niej nie słyszałem. Niech milady stąd zmyka, póki moi goście nie zechcą zawrzeć znajomości. Jest tu paru zabijaków co się zowie.

Rozejrzała się dookoła. Gdy wchodziła, niska, obskurna sala była pusta, jeśli nie liczyć szynkarza, tymczasem jednak pojawiło się kilku mężczyzn, którzy mierzyli ją wzrokiem z nieukrywanym zaciekawieniem. Uświadomiwszy sobie, że niczego nie osiągnie, zdecydowała się na odwrót. Głupio było oczekiwać, że uda jej się znaleźć ślady tajemniczego pana O’Keefe’a i jego spółki, bez wątpienia stanowiącej jakieś oszustwo. Musiała jednak spróbować, i to wcale nie z uwagi na pamięć o ojcu, lecz dla samej siebie. Potrzebowała pieniędzy. Poniosła porażkę, więc nie pozostało jej nic innego, jak wrócić na Holles Street i dokończyć wyprzedaż mebli.

Pozostało tylko wyposażenie kuchni, łóżko i kufer w sypialni, a w salonie kanapa i mały sekretarzyk odziedziczony po matce. Również te meble czekała wkrótce zmiana właściciela, najpierw jednak Rosamunda musiała postanowić, co dalej. Zostać płatną damą do towarzystwa u przyjaciółki ciotki Jessiki? A może bezpłatną opiekunką u brata? Czy nie miała innego wyboru? Co jeszcze mogłaby robić? Przyszło jej do głowy prowadzenie domu. Przez chwilę zastanawiała się nawet nad napisaniem książki na ten temat, nie byłaby jednak pierwsza, a poza tym ten pomysł nie rozwiązywał jej bieżących problemów. Musi działać szybko.

Gdy wróciła, zastała czekającą na nią ciotkę Jessicę, która siedziała na kanapie w czarno-białej sukni w paski.

– Gdzie byłaś, Rosamundo? – spytała napastliwie. – W dodatku w tych łachmanach? Wyglądasz jak kramarka.

Właśnie tak chciała wyglądać, wybierając się do Covent Garden, więc puściła uwagę ciotki mimo uszu.

– Miałam sprawę do załatwienia – powiedziała, rzucając kapelusz na stolik przy sekretarzyku. – Przecież ciocia wie, że sprzedaję meble.

– Wiem, i cieszę się, że idzie to tak sprawnie.

– Nie mam wyboru, prawda?

– Rzeczywiście nie. Rozmawiałam z lady Bonhaven. Bardzo chętnie przyjmie cię na próbę. Umówiłam się z nią, że jutro złożymy jej wizytę.

– Ciocia zanadto się spieszy. Wcale nie powiedziałam, że chcę zostać damą do towarzystwa.