Saszeńka - Simon Sebag Montefiore - ebook

Saszeńka ebook

Simon Sebag Montefiore

0,0

Opis

[PK]

 

Powieść przedstawiająca dramatyczne losy trzech kobiet z bogatej rodziny pochodzenia żydowskiego na tle burzliwych dziejów Rosji od czasów cara Mikołaja II do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Tytułowa bohaterka, córka bankiera z Petersburga, tuż przed rewolucją angażuje się w podziemny ruch rewolucyjny. Poznaje przywódców bolszewickich, zostaje sekretarką Lenina i żoną wysokiego oficera NKWD. W latach trzydziestych nawiązuje burzliwy romans z pisarzem... Bohaterką ostatniej części powieści, której akcja rozgrywa się w 1994 roku, jest wnuczka Saszeńki, młoda absolwentka historii. 
Simon Montefiore, autor biografii „Stalin. Dwór czerwonego cara” i innych książek poświęconych rosyjskiej historii, nasycił powieść realiami życia codziennego i politycznego dwudziestowiecznej Rosji. 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Morągu 
Gminna Biblioteka Publiczna im. Marii Konopnickiej w Nieborowie

Biblioteka Publiczna Gminy Nadarzyn

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 719

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




KSIĄŻKI SIMONA SEBAGA MONTEFIOREGO POWIEŚĆ

Pewnej zimowej nocy

LITERATURA FAKTU

Stalin: dwór czerwonego cara

Stalin: młode lata despoty

Katarzyna Wielka i Potiomkin Jerozolima: biografia

SIMON MONTEFIORE

SASZENKA

PRZEKŁAD

Maciej Antosiewicz

WARSZAWA

Tytuł oryginału SASHENKA

First published in Great Britain in 2008 by Bantam Press an imprint of Transworld Publishers

Przekład

Maciej Antosiewicz

Okładka wg projektu Claire Ward/TW

Copyright © Simon Montefiore 2008

Simon Montefiore has asserted his right under the Copyright, Designs and Patents Act 1988 to be identified as the author of this work.

Niniejsza książka jest powieścią i, pomijając fakty historyczne, wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.

Copyright © 2008 for the Polish edition by Wydawnictwo Magnum Ltd.

Copyright © 2008 for the Polish translation by Wydawnictwo Magnum Ltd.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, zapisywana czy przekazywana w sposób mechaniczny, elektroniczny, fotograficzny lub w jakiejkolwiek innej formie bez uprzedniej zgody właściciela praw.

Wydawnictwo MAGNUM sp. z o.o.

02-536 Warszawa, ul. Narbutta 25a tel./fax 22 848-55-05, tel. 22 646-00-85 e-mail: [email protected]

Warszawa 2014

Księgarnia internetowa MAGNUM www.wvdawnictwo-magnum.com.pl

Opracowanie typograficzne, skład i łamanie - Ewa Witosińska Studio komputerowe Wydawnictwa MAGNUM sp. z o.o.

Druk i oprawa - Drukarnia Diecezjalna 27-600 Sandomierz, ul. Żeromskiego 4

ISBN 978-83-89656-70-4

Dla Santy

Tam gdzie morze wiecznie bryzga Na opustoszałe skały... Czarodziejka mnie z miłości Obdarzyła talizmanem.

Czule pieszcząc mnie mówiła: „Strzeż mojego talizmanu -W nim jest tajemnicza siła, Bo z miłości tobie dany!”

Aleksander Puszkin, Talizman (przeł. Mieczysław Jastrun)

Niekiedy w okolicach naszych rodzą się takie charaktery, że - acz wiele lat upłynie od zetknięcia się z nimi -niektórych z nich niepodobna wspomnieć bez drżenia duszy.

Nikołaj Leskow, Powiatowa lady Macbeth (przeł. Jerzy Wyszomirski)

Jestem sam i sierota, i nikt o mnie nic nie wie.

Wkrótce umrę, nikt za mnie nie zmówi modlitwy na grobie, Tylko słowik czasami zaśpiewa w pobliżu na drzewie.

Piosenka piotrogrodzkich uliczników, 1917 (przeł. Leszek Engelking)

UNIWERSYTET MOSKIEWSKI GAZETA WYDZIAŁU NAUK HUMANISTYCZNYCH 12 MARCA 1994

OGŁOSZENIA PRYWATNE

PRACA!

*

POSZUKUJEMY MŁODEGO HISTORYKA, Z DOŚWIADCZENIEM W PROWADZENIU POSZUKIWAŃ

W ROSYJSKICH ARCHIWACH PAŃSTWOWYCH.

PROJEKT - HISTORIA RODZINNA, POSZUKIWANIE OSÓB ZAGINIONYCH ETC. SZEŚĆ MIESIĘCY. WYMAGANA CAŁKOWITA DYSKRECJA.

*

WYNAGRODZENIE: US $ PLUS WYDATKI.

WAŻNY PASZPORT LUB DOKUMENTY UPRAWNIAJĄCE DO PODRÓŻOWANIA.

ZGŁASZAĆ MOGĄ SIĘ TYLKO ABSOLWENCI Z NAJLEPSZYMI OCENAMI.

WYBRANY KANDYDAT PODEJMIE PRACĘ OD RAZU. KONTAKT: AKADEMIK BORYS BIELAKÓW, DYREKTOR INSTYTUTU HISTORII NOWOŻYTNEJ I NAJNOWSZEJ, WYDZIAŁ NAUK HUMANISTYCZNYCH.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Piotrogród, 1916 13

CZĘŚĆ DRUGA

Moskwa, 1939 187

CZĘŚĆ TRZECIA

Kaukaz, Londyn, Moskwa, 1994 369

Podziękowania 513

Nota o nazwach i języku 517

Postaci 519

czesc pierwsza

PIOTROGRÓD 1916

Była dopiero pora podwieczorku, ale słońce już zachodziło, kiedy trzej carscy żandarmi zajęli pozycje przed bramą Instytutu dla Dobrze Urodzonych Panien w Smolnym. Mogłoby się wydawać, że najlepsza w Pio-trogrodzie szkoła dla dziewcząt podczas zakończenia trymestru to nie miejsce dla policjantów, a jednak tam byli, łatwo rozpoznawalni w dobrze skrojonych błękitnych mundurach z białym szamerunkiem, z połyskującymi szablami, w skórzanych kaskach z kitą z końskiego włosia. Jeden strzelał niecierpliwie palcami, drugi otwierał i zamykał skórzaną kaburę mauzera, a trzeci stał nieruchomo, na szeroko rozstawionych nogach, wetknąwszy kciuki za pas. Za nimi czekał sznur zaprzężonych w konie sań zdobionych złotem i szkarłatem rodowych herbów i kilka lśniących limuzyn. Rzadki, padający z ukosa śnieg był widoczny tylko w migocącym świetle lamp ulicznych i bursztynowych latarń przejeżdżających powozów.

Ta trzecia zima Wielkiej Wojny wydawała się najbardziej mroczna i najdłuższa. Za czarnymi bramami, w głębi brukowanej alei, biały gmach otoczonego kolumnadą Instytutu wyrastał z mroku jak transatlantyk dryfujący we mgle. Nawet ta szkoła z internatem, której patronowała sama imperatorowa i do której uczęszczały córki arystokratów i bogaczy dorabiających się fortuny na dostawach wojennych, nie mogła już wykarmić swoich dziewcząt ani ogrzać swoich pomieszczeń. Trymestr kończył się przed terminem. Braki w zaopatrzeniu dotknęły nawet najbogatszych. Mało kto mógł sobie pozwolić na benzynę do samochodu i konne zaprzęgi znowu stały się modne.

Zimowe ciemności w wojennym Piotrogrodzie tchnęły arktycznym smutkiem. Puszysty śnieg tłumił stukot końskich podków i warkot silników, lecz trzaskający mróz wyostrzał zapachy benzyny, końskiego łajna, alkoholu w oddechach drzemiących pocztylionów, wody kolońskiej i papierosów palonych przez kierowców w uniformach z żółtymi i czerwonymi wyłogami oraz kwiatowej woni perfum czekających kobiet.

W obitym ciemnoczerwoną skórą wnętrzu kabrioletu Delaunay-Belleville oświetlonym lampą naftową siedziała zamyślona młoda kobieta o trójkątnej twarzy z angielską powieścią na kolanach. Audrey Lewis - Mrs Lewis dla swoich chlebodawców i Lala dla swojej ukochanej podopiecznej - marzła. Na kolana naciągnęła baranicę; była w rękawiczkach, w czapce z wilczego futra i grubym płaszczu. Mimo to drżała z zimna. Zignorowała kierowcę, Pantalejmona, kiedy wrócił na swoje siedzenie, wyrzucając papierosa w śnieg. Nie odrywała piwnych oczu od drzwi szkoły.

- Pospiesz się, Saszeńko! - szepnęła do siebie Lala po angielsku. Spojrzała na mosiężny zegar wstawiony w szklaną przegrodę, która oddzielała ją od kierowcy. - Już niedługo!

Macierzyńskie uczucia wezbrały w jej piersi: wyobraziła sobie, jak długonoga Saszeńka biegnie ku niej po śniegu. Niewiele matek odbierało swoje dzieci z Instytutu Smolnego, a ojcowie nie robili tego prawie nigdy. Lala, guwernantka, zawsze przyjeżdżała po Saszeńkę.

Jeszcze kilka minut, moje dziecko, pomyślała; moje cudowne, bystre, poważne dziecko.

Latarnie przeświecające przez delikatny ornament szronu na ciemnych szybach samochodu przypomniały jej rodzinny dom w Pegsdon, wiosce w Hertfordshire. Od sześciu lat nie widziała Anglii i zastanawiała się, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy swoją rodzinę. Ale gdyby tam została, nigdy by nie poznała ukochanej Saszeńki. Sześć lat temu przyjęła posadę w domu barona i baronowej Zeitlin i rozpoczęła nowe życie w rosyjskiej stolicy, wówczas Sankt Petersburgu. Sześć lat temu mała dziewczynka w marynarskim ubranku przywitała ją chłodno, przyjrzała się jej badawczo, a później podała Angielce rękę, jakby wręczała bukiet kwiatów. Nowa guwernantka prawie nie mówiła po rosyjsku, ale przyklękła na jedno kolano i zamknęła małą ciepłą rączkę w swoich dłoniach. Dziewczynka, początkowo z wahaniem, potem z rosnącą ufnością, przytuliła się do niej i wreszcie oparła głowę na ramieniu Lali.

- Mienia zowut missis Lewis - powiedziała Angielka kulawą rusz-czyzną.

- Witam oczekiwanego gościa, Lala! Mnie nazywają Saszeńka - odparło dziecko okropną angielszczyzną. I tak się zaczęło: Mrs Lewis stała się odtąd Lalą. Pokochały się nawzajem od pierwszego wejrzenia.

- Za dwie piąta - powiedział kierowca przez tubę głosową.

Guwernantka pochyliła się, zdjęła z zaczepu własną tubę głosową i powiedziała do mosiężnej tulei doskonałą ruszczyzną (chociaż z angielskim akcentem):

- Dziękuję, Pantalejmonie.

- Co tu robią faraonowie? - spytał kierowca. Wszyscy posługiwali się tą zwyczajową nazwą na określenie żandarmerii. Zachichotał. - Może dziewczęta ukrywają pod spódniczkami niemieckie szyfry?

Lala nie zamierzała dyskutować z kierowcą o takich rzeczach.

- Pantalejmonie, chciałabym cię prosić, żebyś wysiadł i wziął od niej kuferek - powiedziała surowo. Ale co tu robią żandarmi? - zastanawiała się.

Dziewczęta zawsze wychodziły punktualnie. Madame Buxhoeven, dyrektorka nazywana przez dziewczęta Grand-maman, kierowała instytutem jak pruskimi koszarami - ale po francusku. Lala wiedziała, że Grand-maman jest ulubienicą cesarzowej wdowy, Marii Fiodorowny, i obecnej cesarzowej Aleksandry.

Oficer kawalerii oraz gromada uczniów i studentów w czapkach i mundurach ze złotymi guzikami przeszli przez bramę, by przywitać się ze swymi ukochanymi. W Rosji wszyscy uczniowie nosili mundury. Kiedy zobaczyli trzech żandarmów, zatrzymali się, po czym ruszyli dalej, oglądając się przez ramię: co robi policja polityczna w szkole z internatem dla dobrze urodzonych panien?

Czekając, by odwieźć córki swoich panów do domu, stangreci w podbitych owczą wełną płaszczach do kostek, czerwonych szarfach i melonikach przytupywali nogami i doglądali koni. Oni też przyglądali się żandarmom.

Piąta. Podwójne drzwi Smolnego otworzyły się, rzucaj i dziedziniec przed bramą smugę żółtego światła.

- Ach, już są! - Lala odłożyła książkę.

Na szczycie schodów ukazała się madame Buxhoeven w czarnej pelerynie i przetykanej jedwabiem sukni z wysokim białym kołnierzykiem -jak mechaniczna figurka w szwajcarskim zegarze, pomyślała Lala. Wzorzysty gors madame, szeroki jak forteczna skarpa, był widoczny nawet z tej odległości - a jej dźwięczny sopran mógłby skruszyć lód na sto kroków. Mimo przejmującego zimna Lala opuściła szybę i wyjrzała, czując narastające podniecenie. Pomyślała o ulubionej herbacie Saszeńki, czekającej na nią w salonie, i o herbatnikach, które kupiła specjalnie w Angielskim Sklepie na Nabrzeżu. Puszka herbatników Huntley & Palmers leżała obok niej na ciemnoczerwonym skórzanym siedzeniu.

Stangreci wspięli się na swoje skrzypiące pojazdy i usiedli na kozłach z batami w dłoni. Pant alej mon włożył czapkę z otokiem i kurtkę ze szkarłatnymi i złotymi wyłogami, przygładził wypomadowane wąsy i mrugnął do Lali. Dlaczego mężczyźni oczekują, iż zakochamy się w nich tylko dlatego, że potrafią uruchomić samochód? - zastanawiała się Lala, podczas gdy silnik zasapał, prychnął i zaskoczył.

Pantalejmon uśmiechnął się, odsłaniając spróchniałe zęby. Z tuby doleciał jego chrapliwy głos.

- Jest już nasz mały lisek! Za chwilę będę miał w aucie dwie ślicznotki.

Lala potrząsnęła głową.

- Pospiesz się, Pantalejmonie. Kuferek i walizka, jedno i drugie od Aspreya w Londynie. Bystro! Szybko!

2

To była ostatnia lekcja: szycie dla Cara i Ojczyzny. Saszeńka udawała, że zszywa oliwkowe bryczesy, ale nie mogła się skupić i co chwila kłuła się w kciuk. Zaraz miał zabrzmieć dzwonek, uwalniając ją i inne dziewczęta z tego osiemnastowiecznego więzienia z zimnymi sypialniami, dudniącymi echem refektarzami i alabastrowymi salami balowymi.

Saszeńka postanowiła, że pierwsza dygnie przed nauczycielką - i pierwsza opuści klasę. Zawsze chciała być inna: albo pierwsza, albo ostatnia, ale nigdy pośrodku. Usiadła więc z przodu, najbliżej drzwi.

Czuła, że wyrosła już ze Smolnego. Zaprzątały ją poważniejsze rzeczy niż głupstwa i błahostki, którymi żyły pozostałe uczennice w tym, jak go nazywała, Instytucie dla Dobrze Urodzonych Imbecylek. Rozmawiały wyłącznie o krokach jakichś dziwacznych tańców - pas d’espagne, pas depatineur, triguonne, chiconne... o swoich ostatnich listach miłosnych do Miszy lub Nikołaszy z korpusu gwardii, o nowoczesnym kroju sukni balowej i, przede wszystkim, o tym, jak zaprezentować swój dekolt. Dziewczęta dyskutowały bez końca z Saszeńką po zgaszeniu świateł, ponieważ miała najpełniejsze piersi w klasie. Mówiły, że bardzo jej zazdroszczą! Płytkość ich zainteresowań nie tylko ją przerażała, lecz wprawiała również w zakłopotanie, ponieważ, w przeciwieństwie do innych, nie chciała się popisywać swoim biustem.

Saszeńka miała szesnaście lat i powtarzała sobie, że nie jest już małą dziewczynką. Nienawidziła swojego szkolnego mundurka: w prostej białej sukience z bawełny i muślinu z idiotycznym fartuszkiem i nakrochmalonym, wykładanym kołnierzykiem wyglądała młodo i niewinnie. Teraz była kobietą, kobietą z misją do wypełnienia. Ale na przekór swoim tajemnicom, nic nie mogła na to poradzić, że wyobrażała sobie, jak ukochana Lala czeka na nią w kabriolecie ojca z angielskimi herbatnikami na tylnym siedzeniu.

Z tych snów na jawie zbudziło Saszeńkę donośne klaskanie maman Sokołowej (do wszystkich nauczycielek musiały się zwracać maman). Niska i ociężała, z kędzierzawymi włosami i głębokim głosem, maman grzmiała:

- Panienki, czas kończyć szycie! Mam nadzieję, że dobrze się starałyście dla naszych dzielnych żołnierzy, którzy poświęcają życie dla Ojczyzny i Jego Cesarskiej Mości!

Tego dnia szycie dla Cara i Ojczyzny sprowadzało się do wszywania zamków błyskawicznych - nowomodnej fanaberii - do spodni dla powoływanych do wojska rosyjskich chłopów, którzy ginęli tysiącami pod komendą Mikołaja II. To zadanie wywoływało wśród dziewcząt wiele zduszonych chichotów.

- Bardzo uważajcie - ostrzegła maman Sokołowa - przy tej delikatnej pracy. Źle wszyty suwak może być dodatkowym zagrożeniem dla już i tak wystawionego na niebezpieczeństwo rosyjskiego żołnierza.

- Czy tam właśnie trzyma swój karabin? - szepnęła Saszeńka do siedzącej obok koleżanki. Inne dziewczęta usłyszały to i roześmiały się. Żadna nie szyła szczególnie starannie.

Dzień zdawał się nie mieć końca: ołowiane godziny ciągnęły się od śniadania w głównej sali - i obowiązkowego dygnięcia przed ogromnym portretem matki imperatora, cesarzowej wdowy Marii Fiodorow-ny o świdrujących oczach i nadąsanych ustach.

Kiedy wszystkie spodnie ze źle wszytymi suwakami zostały zebrane, maman Sokołowa znowu klasnęła w dłonie.

- Minuta do dzwonka. Zanim wyjdziecie, mes enfants, chcę zobaczyć najlepsze dygnięcie w całym trymestrze! A dobre dygnięcie to...

- NISKIE dygnięcie! - zawołały dziewczęta ze śmiechem.

- O, tak, moje panny. Co się tyczy dygnięcia, mes enfants, NISKIE jest dla DOBRZE URODZONYCH PANIEN. Przekonacie się, że im wyższe miejsce zajmuje dama w tabeli rang nadanej nam przez pierwszego imperatora, Piotra Wielkiego, tym NIŻEJ dyga, kiedy jest przedstawiana Ich Cesarskim Mościom. Dotyka podłogi! - Kiedy maman Sokołowa mówiła „niskie”, jej głos nabierał jeszcze większej głębi. - Ekspedientki wykonują małe dygnięcie comme ęa - i ugięła lekko nogi, na co Saszeńka spojrzała na koleżanki i spróbowała ukryć uśmiech - ale DAMY DYGAJĄ NISKO! Dotykają ziemi kolanami, dziewczęta, comme ęa - i maman Sokołowa dygnęła ze zdumiewającą energią, tak nisko, że jej skrzyżowane kolana niemal dotknęły drewnianego parkietu. - Która pierwsza?

- Ja! - Saszeńka już stała, trzymając swój tornister z cielęcej skóry i płócienny worek na książki. Tak bardzo chciała wyjść, że wykonała najniższe i najbardziej arystokratyczne dygnięcie, jakie jej się kiedykolwiek udało, niższe nawet niż przed cesarzową wdową w dniu świętej Katarzyny.

- Merci, maman! - powiedziała. Za sobą usłyszała zdumione szepty dziewcząt, ponieważ zwykle była klasowym buntownikiem. Ale już o to nie dbała. Od lata. Lato zmieniło wszystko.

Rozległ się dzwonek, a Saszeńka już była na korytarzu. Popatrzyła na jego wysoki sufit, lśniący parkiet i żyrandole błyszczące elektrycznym światłem. Była zupełnie sama.

Tornister - z wygrawerowanym w złocie jej pełnym nazwiskiem, baronówna Aleksandra Zeitlin - założyła na plecy, ale swój najcenniejszy skarb, brzydki płócienny worek z książkami, przyciskała do piersi. Były tam cenne tomy realistycznych powieści Zoli, smutna poezja Niekrasowa i buntownicze wiersze Majakowskiego.

Zaczęła biec korytarzem w stronę Grand-maman, której sylwetka rysowała się w świetle reflektorów limuzyn na tle zastępu guwernantek i stangretów, czekających, by zabrać ze Smolnego Dobrze Urodzone Panny. Ale było już za późno. Drzwi sal otworzyły się i na korytarz wybiegły roześmiane dziewczęta w białych sukienkach z koronkowymi fartuszkami, białych pończochach i białych pantofelkach. Jak lawina puszystego śniegu sunęły korytarzem w stronę szatni. Spieszący z naprzeciwka stangreci, z długimi brodami białymi od szronu, szli ciężkim krokiem, by zabrać kuferki dziewcząt. Wyróżniał się spośród nich Panta-lejmon w nowym, połyskującym czerwienią i złotem mundurze i w czapce z daszkiem, wpatrujący się w Saszeńkę jak w transie.

- Pant alej mon!

- Och, mademoiselle Zeitlin! - Otrząsnął się i poczerwieniał.

Co mogło tak speszyć pogromcę serc niewieścich z pomieszczeń dla służby? - pomyślała, uśmiechając się do niego.

- Tak, to ja. Mój kuferek i walizka są w Sypialni 12, przy oknie. Poczekaj chwilę - czy to nowy mundur?

- Tak, mademoiselle.

- Kto go projektował?

- Twoja matka, baronowa Zeitlin - zawołał do niej ze schodów prowadzących do sypialni.

Na co patrzył, zadawała sobie pytanie Saszeńka: na jej straszny biust czy zbyt szerokie usta? Ruszyła niepewnie w stronę szatni. Ostatecznie, co znaczy wygląd zewnętrzny? Pusty świat dorastających dziewcząt! Wygląd jest niczym w porównaniu z historią, sztuką, postępem i przeznaczeniem. Uśmiechnęła się do siebie, myśląc, iż krzykliwy mundur Pantalejmona świadczy ponad wszelką wątpliwość, że Zeitlinowie są nuworyszami.

Saszeńka pierwsza znalazła się w szatni. W pomieszczeniu wypełnionym jedwabistymi futrami, brązowymi, złotymi i białymi, płaszczami, czapkami i etolami z lisów i norek unosił się zapach syberyjskich lasów. Włożyła futrzany płaszcz, owinęła szyję etolą z białego lisa, a głowę białą orenburską chustką i właśnie zmierzała do drzwi, gdy do szatni wpadły pozostałe dziewczęta, rozpromienione i uśmiechnięte. Zrzuciły miękkie pantofle, włożyły botki i kalosze, rozpięły skórzane tornistry i okutały się futrzanymi płaszczami, trajkocząc przez cały czas.

- Kapitan von Pahlen wrócił z frontu. Składa wizytę mamie i tacie, ale wiem, że przychodzi zobaczyć się ze mną - mówiła mała hrabianka Jelena; jej koleżanki słuchały z szeroko otwartymi oczami. - Napisał do mnie list.

Saszeńka już wychodziła, kiedy usłyszała, jak woła ją kilka dziewcząt. Dokąd idzie, gdzie jej tak spieszno, nie mogłaby na nie poczekać, co będzie robić później? Jeśli będziesz czytać, czy możemy poczytać z tobą wiersze? Zgódź się, Saszeńka!

Tłum dziewcząt napierał, przepychał się przez drzwi. Jedna z nich beształa spoconego starego stangreta, który, niosąc kufer, nadepnął jej na nogę. Mimo mrozu na zewnątrz w zatłoczonym korytarzu było bardzo gorąco. Ale nawet tutaj Saszeńka czuła się całkowicie odseparowana, otoczona niewidzialną barierą, której nikt nie mógł przekroczyć, gdy zarzucała na ramię płócienny worek, szorstki w porównaniu z przytulną miękkością futrzanego płaszcza. Wydawało się jej, że czuje w środku inne książki - antologie Błoka i Balmonta, Anatole’a France’a i Victora Hugo.

- Mademoiselle Zeitlin! Miłych ferii! - powiedziała uprzejmie Grand-maman stojąca w przejściu. Saszeńka zdołała podziękować i dygnąć (choć nie tak nisko, by zaimponować maman Sokołowej). Wreszcie znalazła się na zewnątrz.

Mroźne powietrze orzeźwiło ją, czuła je w płucach, a padający z ukosa śnieg szczypał ją w policzki. Lampy samochodów i powozów tworzyły teatr światła wznoszący się na kilka metrów. Wyżej rozpościerało się czarne, bezkresne niebo Piotrogrodu, upstrzone punkcikami bieli.

- Kabriolet jest tam! - pokazał Pantalejmon, niosąc kufer podróżny na ramieniu, a walizę z krokodylej skóry w ręku. Saszeńka przeciskała się przez tłum w stronę samochodu. Wiedziała, że cokolwiek się zdarzy - wojna, rewolucja czy apokalipsa - jej Lala będzie na nią czekała z herbatnikami Huntley & Palmers, a może nawet z angielskim ciastem imbirowym. I niebawem zobaczy również tatę.

Kiedy lokaj upuścił bagaże, przeskoczyła przez nie. A gdy drogę zablokował ogromny rolls-royce z wielkoksiążęcym herbem na drzwiach, Saszeńka po prostu otworzyła drzwi, wskoczyła do środka i wysiadła z drugiej strony.

Silniki parskały i postękiwały, klaksony trąbiły, konie rżały i stukały podkowami, służący uginali się pod piramidami kufrów i walizek, a miotający przekleństwa stangreci i kierowcy próbowali utorować sobie drogę wśród pojazdów, pieszych i zasp brudnego śniegu. Wyglądało to tak, jakby armia rozbijała obóz, lecz była to armia dowodzona przez generałów w białych fartuszkach, szynszylowych etolach i futrach z norek.

- Saszeńka! Tutaj! - Lala stała na stopniu samochodu, machając zawzięcie.

- Lala! Wracam do domu! Jestem wolna! - Saszeńka zapomniała na chwilę, że jest poważną kobietą z życiową misją do spełnienia i nie ma czasu na błahostki i sentymentalizm. Rzuciła się w ramiona Lali, a potem do samochodu, wdychając kojący aromat wyprawionej skóry i kwiatowych perfum Angielki. - Gdzie są herbatniki?

- Na siedzeniu, kochanie! Udało ci się przetrwać trymestr! - powiedziała Lala, przytulając ją mocno. - Ależ wyrosłaś! Nie mogę się doczekać, żeby zabrać cię do domu. W małym salonie wszystko jest przygotowane: racuszki, ciasto imbirowe i herbata. A na razie możesz się poczęstować herbatnikami.

Ale kiedy uwolniła Saszeńkę z uścisku, na jej twarz padł cień.

- Aleksandra Samojłowna Zeitlin? - Przy drzwiach samochodu stali żandarmi.

- Tak - odparła Saszeńka. Nagle poczuła, że kręci jej się w głowie.

- Proszę z nami - powiedział jeden z żandarmów. Stał tak blisko, że widziała pory na jego pobrużdżonej skórze i każdy włos jego rudych wąsów. - Natychmiast!

3

- Aresztujecie mnie? - spytała Saszeńka spokojnie, spoglądając na boki.

- To my zadajemy pytania, panienko - warknął drugi żandarm, który miał kwaśny oddech i bródkę a la Poincare.

- Poczekajcie! - poprosiła Lala. - To jeszcze dziecko. Czego od niej chcecie? To z pewnością jakaś pomyłka!

Ale oni już prowadzili Saszeńkę do otwartych sań, stojących po drugiej stronie ulicy.

- Proszę zapytać ją, jeśli chce pani wiedzieć - zawołał przez ramię żandarm, trzymając mocno Saszeńkę. - No dalej, powiedz jej, ty mała głupia dziwko. Przecież wiesz, dlaczego.

- Nie wiem, Lalu! Tak mi przykro! Powiedz tacie! - krzyknęła Saszeńka, zanim wepchnęli ją na tył sań.

Woźnica, również w mundurze, strzelił z bicza. Żandarmi wsiedli za nią do sań.

Kiedy znikli guwernantce z oczu, Saszeńka zwróciła się do żandarma z bródką.

- Co tak późno? - spytała. - Spodziewałam się was już od dawna.

Przygotowywała tę kwestię na nieuchronny moment aresztowania, ale ku jej irytacji policjanci chyba nie usłyszeli.

Serce biło jej mocno, kiedy sanie sunęły bezgłośnie po śniegu tuż obok Pałacu Taurydzkiego, w stronę centrum miasta. Zimowe ulice były ciche, przysypane śniegiem. Wciśnięta pomiędzy wywatowane ramiona dwóch żandarmów, siedziała nieruchomo. Prospekt Newski, którym teraz jechali, był zatłoczony saniami i końmi, nieliczne samochody i tramwaje wlokły się środkiem jezdni. Gazowe latarnie uliczne, zimą zapalone w dzień i w nocy, jarzyły się jak różowe aureole w padającym śniegu. Popatrzyła na boki: chciała, żeby zobaczył ją ktoś znajomy! Z pewnością jakieś przyjaciółki jej matki zauważą ją, wychodząc ze sklepów w arkadach Gostinego Dworu, pasażu kupieckiego z jego ujmującym rosyjskim rozgardiaszem - z ikonami, wypchanymi niedźwiedziami i samowarami.

Patrzyła na przesuwające się obok mrugające latarnie i światła w szerokich fasadach ministerstw, brunatno-żółtych pałaców i połyskujących sklepów miasta cara Piotra. Oto pasaż z ulubionymi sklepami jej matki: Sklep Angielski z mydełkami Pearsa i tweedowymi żakietami, magazyn Druce’a z angielskimi meblami, Brocarda z francuskimi perfumami. Płatki śniegu wirowały na lekkim wietrze, a Saszeńka spróbowała wziąć się w garść. Powiedziała sobie, że jest zdenerwowana, ale nie boi się. Przyszła na świat, żeby przeżyć tę przygodę: to było jej powołanie.

Dokąd mnie zabierają? - zastanawiała się. Do Departamentu Policji na Fontance? Ale sanie skręciły w Sadową, mijając posępny Zamek Inżynieryjny, gdzie spiskowcy zamordowali szalonego cara Pawła. Teraz już wiedziała, dokąd jedzie: z mroku wyłaniała się Twierdza Pietro-pawłowska. Czy zostanie pogrzebana za życia w Bastionie Trubieckim? Sanie skręciły w prawo, potem w lewo i wjechali na most Litiejny.

Rzeka spowita była w ciemności rozpraszanej tylko światłem lamp zawieszonych na moście i latami na nabrzeżu. Kiedy przejeżdżali przez most, Saszeńka pochyliła się do przodu, aby popatrzeć na swój ukochany Piotrogród wybudowany przez Piotra Wielkiego: Pałac Zimowy, Admiralicję, pałac księcia Mienszykowa i stojącego gdzieś w mroku Miedzianego Jeźdźca.

Kocham cię, Pitrze, pomyślała (rodowici mieszkańcy zawsze nazywali miasto Pitrem), i może już nigdy więcej cię nie zobaczę! Żegnaj, rodzinne miasto, żegnaj, tato, żegnaj, Lalu!

Zacytowała jednego z bohaterów Ibsena: wszystko albo nic! To było jej motto - i zawsze będzie.

I oto byli na miejscu: w ciemnościach zamajaczyły posępne ceglane mury więzienia Kriesty. Przez chwilę ogromne mury górowały nad maleńkimi saniami, po czym brama otworzyła się, a później zatrzasnęła.

Nie tyle budynek, ile grobowiec.

4

Delaunay-belleville z Pantalejmonem za kierownicą przemknął Prospektem Suworowskim i Newskim i zatrzymał się przed gotycką fasadą z fińskiego granitu i ochry przy ulicy Bolszaja Morskaja. Zapłakana Lala otworzyła frontowe drzwi do sieni z posadzką ułożoną w szachownicę, niemal wpadając na trzy kobiety, które z suknami przywiązanymi do rąk i kolan na czworakach polerowały kamień.

- Hej, buty! - zagrzmiała pokojówka Luda.

Buty Lali pozostawiały brudne ślady na lśniącej posadzce, ale Angielka nie dbała o to.

- Baron w domu? - spytała. Jedna z dziewcząt skinęła ponuro głową. - A baronowa?

Dziewczyna spojrzała na schody i przewróciła oczami - a Lala, starając się nie pośliznąć na mokrym kamieniu, podbiegła do drzwi gabinetu. Były otwarte.

Ze środka dobiegał mechaniczny odgłos, przypominający stukot lokomotywy.

Delfina, stara i zgryźliwa francuska kucharka, ustalała jadłospis. Normalnie takimi sprawami zajmowała się pani domu - ale nie w tej niespokojnej rodzinie, jak zdążyła się o tym przekonać Lala. Delfina, o cerze koloru woskowej świecy, chuda jak kij od szczotki w swoim brązowym fartuchu, miała długi nos, na końcu którego wiecznie zbierała się kapka, zwisając złowieszczo nad talerzami. Lala pamiętała, że Saszeńka była nią zafascynowana. Co będzie, jeśli wpadnie do barszczu? - pytała, a w jej szarych oczach zapalały się iskierki.

- Oni panu nie pomogą, mon baron - mówiła kucharka. - Porozmawiam z nimi, jeśli pan chce, wybadam ich.

- Dziękuję ci, Delfino - odparł baron Zeitlin. - Proszę wejść, missis Lewis!

Kucharka wyprostowała się jak brzoza i przeszła dumnie obok niani, nawet na nią nie spojrzawszy.

W gabinecie barona Lala nawet przez łzy czuła zapach skóry i cygar. Ciemny, wykładany orzechem pokój był zagracony i oświetlony elektrycznymi lampami w zielonych abażurach. Portrety zwisające na łańcuchach z sufitu spoglądały na rzeźbione popiersia, małe figurki we frakach i cylindrach oraz fotografie imperatora i wielkich książąt z ich autografami. Na rypsowym stoliku do kart kościane wachlarze, wielbłądy i słonie mieszały się z owalnymi kameami.

Baron Samuel Zeitlin, z lekko zaczerwienionymi policzkami i cygarem sterczącym między zębami, siedział w dziwacznym urządzeniu, które drżało rytmicznie jak cwałujący koń, kiedy manipulował jego stalowymi ramionami, opierając dłonie na drewnianych uchwytach. To Specjalne Krzesło miało ułatwiać baronowi wypróżnienie po posiłkach.

- O co chodzi, missis Lewis? Co się stało?

Starając się powstrzymać łzy, opowiedziała mu o wszystkim. Baron zeskoczył z krzesła. Lala zauważyła, że ręce lekko mu drżały, kiedy ponownie zapalał cygaro, nie wyjmując go z ust. Wypytywał ją o wszystkie szczegóły. Zeitlin sam decydował, kiedy ich rozmowy mają być ciepłe, a kiedy chłodne. Nie po raz pierwszy Lala współczuła dzieciom ludzi z wyższych sfer, którzy nie potrafią kochać tak jak wszyscy.

Potem, biorąc głęboki oddech, popatrzyła na swojego pracodawcę, na przenikliwe oczy tego szczupłego, przystojnego mężczyzny z wąsami i brodą w stylu Edwarda VII, i uświadomiła sobie, że jeśli ktoś może sprowadzić Saszeńkę do domu, to z pewnością baron.

- Proszę przestać płakać, missis Lewis - powiedział baron Zeitlin, właściciel Angielsko-Rosyjskiego Banku Naftowego w Baku i Piotro-grodzie, wręczając jej jedwabną chusteczkę. Spokój w momentach kryzysu był nie tylko życiową koniecznością i oznaką cywilizacji, lecz sztuką, niemal religią. - Płacz nie pomoże. Proszę usiąść. Proszę się opanować.

Lala odetchnęła głęboko, poprawiła włosy i wygładziła suknię. Usiadła, trzymając ręce razem i najwyraźniej próbując się uspokoić.

- Czy wspominała pani o tym komuś z domowników?

- Nie - odparła Lala, której trójkątna twarz wydawała się Zeitlino-wi nieodparcie pociągająca, kiedy zdobiły ją krystaliczne łzy. Tylko jej wysoki głos nie pasował do obrazu. - Ale Pantalejmon wie.

Zeitlin okrążył biurko i pociągnął za aksamitny sznur dzwonka. Zjawiła się pokojówka, szybkonoga chłopska dziewczyna z zadartym nosem, który zdradzał, że pochodziła z majątku Zeitlinów na Ukrainie.

- Luda, poproś Pantalejmona, żeby oczyścił silnik pierce-arrowa w garażu - powiedział Zeitlin.

- Słucham, jaśnie panie - odparła pokojówka, zginając się lekko w pasie: chłopi z prawdziwej wsi nadal kłaniają się swoim panom, pomyślał Zeitlin, ale ci z miast robią sobie z tego żarty.

Kiedy Luda zamknęła drzwi gabinetu, Zeitlin usiadł na swoim fotelu z wysokim oparciem, sięgnął po zielone pudełko ze złotym monogramem i z roztargnieniem wyciągnął cygaro. Głaszcząc zwinięte liście, zdjął banderolkę i powąchał je, przesuwając pod nosem tak, by dotykało jego ust. Potem wziął srebrny obcinacz i odciął koniuszek. Powoli i zmysłowo ujął cygaro palcem i kciukiem, obracając je w dłoni jak kapelmistrz batutę. W końcu włożył je do ust i podniósł srebrną zapalniczkę w kształcie karabinu (prezent od ministra wojny, dla którego produkował drewniane kolby do karabinów dla rosyjskich piechurów). Rozszedł się zapach nafty.

- Calme-toi, missis Lewis - powiedział Lali. - Wszystko będzie dobrze. Wystarczy kilka telefonów i wróci do domu.

Ale pod tą maską pewności siebie Zeitlinowi łomotało serce: jego jedyne dziecko, jego Saszeńka, znalazła się w więziennej celi. Myśl, że jakiś policjant lub, co gorsza, przestępca, morderca, mógłby jej dotknąć, wywołała w jego piersi palący ból zmieszany ze wstydem i poczuciem winy - ale szybko się z tego otrząsnął. Aresztowanie było albo pomyłką, albo owocem intrygi jakiegoś zawistnego kontrahenta - zdrowy rozsądek, niezrównane koneksje i pieniądze powinny to naprawić. Radził już sobie z większymi wyzwaniami niż zwolnienie z więzienia niewinnej uczennicy: jego awans z prowincji do obecnej pozycji w Piotrogrodzie, jego miejsce w tabeli rang, jego rosnąca fortuna, nawet obecność Sa-szeńki w Instytucie Smolnym - wszystko to było świadectwem jego zimnej kalkulacji i starannych przygotowań, szczęścia i umiejętności korzystania z okazji.

-Missis Lewis, czy wie pani coś jeszcze o aresztowaniu? - spytał nieco bojaźliwie. Pod tyloma względami potężny, we własnym domu czuł się bezbronny. - Czy wie pani coś, co mogłoby pomóc Saszeńce...

Lala spojrzała mu w oczy przez szary dym.

- Może powinien pan zapytać jej wuja?

- Mendla? Ale on jest na zesłaniu, prawda?

- Całkiem możliwe.

Wychwycił ostrzejszy ton w jej głosie zawsze brzmiącym tak, jakby śpiewała kołysankę dziecku, jego dziecku, i rozpoznał spojrzenie, które powiedziało mu, że nie wie prawie nic o własnej córce.

- Przed swoim aresztowaniem - ciągnęła Lala - powiedział mi, że ten dom nie jest już dla niego bezpieczny.

- Nie jest już bezpieczny... - wymamrotał Zeitlin. Chodziło jej o to, że jego dom obserwowała tajna policja. - A więc Mendel uciekł z Syberii? I Saszeńka była z nim w kontakcie? Ten drań Mendel! Dlaczego nikt mi o niczym nie mówił?

Mendel, brat jego żony, wuj Saszeńki, został niedawno aresztowany i skazany na pięć lat zesłania za działalność wywrotową. Ale teraz uciekł i w jakiś sposób porozumiał się z Saszeńką.

Lala wstała, potrząsając głową.

- Panie baronie, wiem, że to nie moja sprawa... - Wygładziła swoją kwiecistą suknię, co podkreśliło jedynie jej krągłości. Zeitlin patrzył na nią, bawiąc się sznurem jadeitowych paciorków stanowiących jedyny nierosyjski akcent w całym zdecydowanie rosyjskim gabinecie.

Nagle z sieni dobiegły ich jakieś odgłosy.

- Szalom alejchem! - zagrzmiał barczysty, brodaty mężczyzna w sobolowym futrze, karakułowej czapce i wysokich kawaleryjskich butach. - Nie pytajcie mnie o zeszłą noc! Straciłem ostatnią kopiejkę - ale kto by liczył?

Drzwi do sanktuarium barona otworzyły się i gabinet wypełnił otaczający Gideona Zeitlina zapach wody kolońskiej, wódki i zwierzęcego potu. Baron skrzywił się, wiedząc, że jego brat pojawia się w domu tylko wtedy, gdy musi uzupełnić swoje fundusze.

- Dziewczyna, z którą spędziłem ostatnią noc, kosztowała mnie majątek - powiedział Gideon. - Najpierw karty. Potem kolacja u Donana. Koniak w Europie. Cyganie w Niedźwiedziu. Ale warto było! To raj na ziemi, co? Najmocniej przepraszam, missis Lewis! - Skłonił się teatralnie, jego wielkie czarne oczy błyszczały spod czarnych krzaczastych brwi. - Ale co jeszcze jest w życiu poza świeżymi ustami i gładką skórą? Do diabła z jutrem! Czuję się wspaniale!

Gideon Zeitlin dotknął szyi Mrs Lewis, która aż podskoczyła, kiedy wciągał nosem zapach jej starannie upiętych włosów.

- Cudowne! - mruknął, okrążając biurko, żeby ucałować starszego brata, dwa razy w policzki i raz w usta.

Rzucił mokre futro w kąt, gdzie osiadło jak żywe zwierzę, i rozsiadł się na otomanie.

- Gideonie, Saszeńka ma kłopoty... - zaczął niepewnie Zeitlin.

- Słyszałem, Samojło. Ci idiooooci! - zaryczał Gideon, który składał wszystkie błędy ludzkości na spisek kretynów, obejmujący praktycznie wszystkich oprócz niego. - Byłem w redakcji i dostałem wiadomość ze źródła. Nie odespałem jeszcze ostatniej nocy. Ale cieszę się, że mama-sza tego nie dożyła. Dobrze się czujesz, Samojło? Jak twoje serce? Jak twoja niestrawność? Płuca? Pokażesz mi swój język?

- Jakoś się trzymam - odparł Zeitlin. - Pokaż mi swój.

Chociaż bracia bardzo się różnili wyglądem i charakterem, młodszy - dziennikarz bez grosza przy duszy - i starszy - bogaty przedsiębiorca dzielili bardzo żydowskie przekonanie, że przez cały czas znajdują się o krok od śmierci z powodu dusznicy bolesnej, słabych płuc ze skłonnością do suchot, niestrawności i wrzodów żołądka, zaostrzanych przez newralgię, zatwardzenia i hemoroidy. Najlepsi lekarze piotrogrodzcy rywalizowali ze specjalistami z Berlina, Londynu i kurortów w Biarritz, Bad Ems i Karlsbadzie o prawo do leczenia takich hipochondryków, których ciała były żywymi kopalniami złota dla świata medycznego.

- Mogę umrzeć w każdej chwili, prawdopodobnie kochając się znowu z córką generała, ale co tam! Nie dbam o piekło, Księgę Życia i wszystkie te żydowskie banialuki! Jest tylko tu i teraz! Nie ma nic później! Wódz naczelny i sztab generalny (Gideon miał na myśli swoją wyrozumiałą żonę Wierę i dwie córki) przeklinają mnie. Właśnie mnie! No cóż, ja po prostu nie mogę się oprzeć. Długo o nic nie poproszę, nawet przez lata! Moje długi karciane... - Szepnął coś bratu do ucha. - Daj mi teraz mój prezent na bar micwę, Samojło: daj mi mazumę i ruszam na swoją tułaczkę!

- Dokąd? - Kluczem zawieszonym na łańcuszku od złotego zegarka Zeitlin otworzył drewniane pudełko na biurku i wyjął dwieście rubli, całkiem sporą sumę.

Baron Zeitlin mówił po rosyjsku jak nadworny szambelan, bez żydowskiego akcentu, i podejrzewał, że Gideon wtrąca do swoich wypowiedzi zwroty hebrajskie i w jidysz, żeby droczyć się, przypominać mu, skąd się wywodzą. Miał wrażenie, że za Gideonem nadal ciągnie się zapach ojcowskiego podwórza w strefie osiedlenia, gdzie musieli mieszkać Żydzi w imperium carskim.

Gideon wziął pieniądze i rozłożył je w wachlarz.

- To dla mnie. A teraz potrzebuję drugie tyle, żeby dać w łapę kilku idioootom.

Zeitlin, który rzadko odmawiał Gideonowi, ponieważ czuł się winny z powodu jego życiowego niedołęstwa, znowu otworzył małe pudełko.

- Kupię jakieś ciasto owocowe w Angielskim Sklepie, dowiem się, gdzie jest Saszeńka, dam trochę twojej nędznej mazumy policjantom i gryzipiórkom i wydostanę ją, jeśli zdołam. Zadzwoń do gazety, gdybyś mnie potrzebował. Missis Lewis! - Gideon złożył jeszcze jeden zuchwały ukłon i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.

Kilka sekund później znowu się otworzyły.

- Wiesz, że Mendel się tu kręci? Uciekł z zesłania! Jeśli spotkam tego szmondaka, palnę go tak, że wyląduje na kolanach Lenina. Ci bolszewicy to idioooci!

Drzwi zatrzasnęły się po raz drugi.

Zeitlin na kilka sekund ukrył twarz w dłoniach, zapominając o obecności Lali. Potem z głębokim westchnieniem sięgnął do nowo zainstalowanego telefonu, skórzanego pudełka z zawieszoną z boku słuchawką. Postukał w nie trzy razy i powiedział do mikrofonu:

- Halo, centrala? Proszę mnie połączyć z ministrem spraw wewnętrznych Protopopowem! Piotrogród 234. Tak, teraz!

Czekając na połączenie, ponownie zapalił cygaro.

- Czy baronowa jest w domu? - spytał. Lala skinęła głową. - A staruszkowie, wędrowny cyrk? - Nazywał tak swoich teściów, którzy mieszkali nad garażem. Lala ponownie skinęła głową. - Proszę zostawić baronową mnie. Dziękuję, missis Lewis.

Kiedy Lala zamykała drzwi, powiedział, jakby do siebie:

- Co, na wszystkie świętości, zrobiła Saszeńka? - Potem głos mu się zmienił. - Halo, panie ministrze, tu Zeitlin. Doszedł pan do siebie po przegranej w pokera? Dzwonię w delikatnej sprawie rodzinnej. Pamięta pan moją córkę? Tak, właśnie ją. No cóż...

5

W tymczasowym domu zatrzymań w obrębie ceglanych murów więzienia Kriesty Saszeńka czekała, wciąż mając na sobie sobolowe futro i etolę z białych polarnych lisów. Jej sukienka i fartuszek były już poznaczone tłustymi śladami palców i czarnym pyłem. Pozostawiono ją w pomieszczeniu z cementową podłogą i poszczerbionymi drewnianymi ścianami.

Od drzwi do ławek, a stamtąd do kontuaru z płytkimi wgłębieniami w miejscach, gdzie więźniowie opierali łokcie, kiedy ich rejestrowano, wiodła wydeptana ścieżka. Wszystko dookoła nosiło ślady tysięcy ludzi, którzy tędy przeszli. Prostytutki, włamywacze, mordercy, rewolucjoniści czekali razem z Saszeńką. Fascynowały ją kobiety: najbliższa, gruba jak mors, w wojskowym płaszczu przykrywającym coś, co wyglądało jak spódniczka baletnicy, cuchnęła spirytusem.

- Czego chcesz, ścierwo? - warknęła. - Na co się gapisz?

Saszeńka, porażona, przestraszyła się nagle, że to monstrum ją uderzy. Ale kobieta pochyliła się tylko, zbliżając swą odrażającą, ogorzałą twarz.

- Jestem wykształconą kobietą, nie jakąś ulicznicą, chociaż na taką wyglądam. To ten drań mi to zrobił, bił mnie i... - Wywołano jej nazwisko, ale ona wciąż mówiła, dopóki żandarm nie wyszedł zza kontuaru i nie wyprowadził jej z pomieszczenia. Kiedy metalowe drzwi zatrzaskiwały się za nią, nadal krzyczała. - Wy ścierwa, jestem wykształconą kobietą, to ten drań mnie tak urządził...

W korytarzach aresztu panował ożywiony ruch: mężczyzn i kobiety odprowadzano do cel, zabierano na przesłuchania, wyprawiano w długą drogę na syberyjskie zesłanie. Jedni płakali, inni spali; był to cały obraz ludzkiej egzystencji. Żandarm za kontuarem przyglądał się jej jakby była pawiem w chlewie.

Saszeńka wyjęła z worka na książki swoje tomiki poezji. Udając, że czyta, przerzucała stronice. Kiedy znalazła kawałek papierosowej bibułki pokryty drobnym pismem, rozejrzała się, uśmiechnęła do policjanta, który na nią patrzył, a potem, zgodnie z tym, czego uczył ją wuj Mendel, włożyła bibułkę do ust. Papier nie smakował najgorzej i był łatwy do przełknięcia. Zanim nadeszła jej kolej, żeby zarejestrować się przy kontuarze, zjadła wszystkie obciążające zapiski. Poprosiła o szklankę wody.

- Chyba żartujesz - odparł policjant, który zanotował jej nazwisko, wiek i narodowość, ale nie chciał wyjawić, jakie są przeciwko niej zarzuty. - To nie hotel Europa, panienko.

Podniosła na niego szare oczy.

- Proszę - wyszeptała.

Policjant, śmiejąc się ochryple, postawił z hukiem na kontuarze wyszczerbiony kubek wody.

Kiedy piła, jeden z żandarmów wywołał jej nazwisko. Inny, z pękiem kluczy, otworzył wzmocnione stalowe drzwi i Saszeńka weszła do następnego kręgu Kriestów. Wprowadzono ją do małego pokoju i kazano się rozebrać, po czym zrewidowała ją rosła strażniczka w brudnym białym fartuchu. Jeszcze nikt z wyjątkiem ukochanej Lali nie widział jej nagiej (guwernantka kąpała ją co wieczór), ale Saszeńka powiedziała sobie, że to bez znaczenia. Nic nie miało znaczenia oprócz jej sprawy, jej świętego Graala, i tego, że wreszcie znalazła się w miejscu, w którym powinien się znaleźć każdy przyzwoity człowiek.

Strażniczka zabrała jej futro, etolę i worek z książkami. Saszeńka musiała coś podpisać i dostała w zamian kwit.

Potem ją sfotografowano. Czekała w długiej kolejce kobiet, które nieustannie się drapały. W powietrzu unosił się odór potu, uryny i krwi menstruacyjnej. Fotograf, starszy mężczyzna w brązowym garniturze i krawacie, bez zębów i z oczami jak otwory w pustej dyni, ustawił ją przed statywem podtrzymującym ogromny aparat, który przypominał akordeon. Zniknął pod płachtą, po czym rozległ się jego stłumiony głos:

- Dobrze, twarzą do mnie. Stanąć prosto. Spojrzeć w lewo, spojrzeć w prawo. Dziewczyna ze Smolnego, co, córka bogatego tatusia? Nie będziesz tu długo. Byłem jednym z pierwszych fotografów w Pitrze. Robię także portrety rodzinne, jeśli zechcesz wspomnieć o mnie swojemu tatusiowi... Gotowe!

Saszeńka uświadomiła sobie, że teraz jej aresztowanie zostanie odnotowane na zawsze - i uśmiechnęła się szeroko, co ośmieliło fotografa i wywołało nowy potok słów.

- Uśmiech! Co za miła odmiana! Większość zwierząt, które tu trafiają, nie dba o to, jak wyglądają - ale ty będziesz wyglądać cudownie. Obiecuję.

Strażnik o żółtawej skórze, niewiele starszy od Saszeńki, poprowadził ją w stronę zbiorczej celi. Już miała wejść, kiedy wyłonił się znikąd urzędnik w szarym mundurze.

- W porządku, chłopcze. Ja się tym zajmę.

Wyglądało na to, że ten goguś z kilkoma paskami na pagonach tutaj rządzi. Saszeńka doznała zawodu: chciała być traktowana zwyczajnie, jak wszyscy tutaj. A mimo to poczuła ulgę, kiedy ujął ją delikatnie za rękę. Zimne, kamienne wnętrze więzienia rozbrzmiewało zwielokrotnionym echem krzyków, jęków, szczęku kluczy, trzaskania drzwiami i przekręcania zamków.

Ktoś krzyczał:

- Pieprzę was, pieprzę cara, wszyscy jesteście niemieckimi szpiegami!

Ale dowódca straży więziennej, w bluzie i butach z cholewami, nie zwracał na to uwagi. Wciąż trzymał Saszeńkę za rękę i bez przerwy gadał.

- Mieliśmy tu kilku studentów i uczniów - ale ty jesteś pierwsza ze Smolnego. No cóż, lubię „politycznych”. Kryminalistów nie, to hołota. Ale „polityczni”, ludzie wykształceni, uprzyjemniają mi pracę. Pewnie cię zaskoczę: nie jestem typowym strażnikiem. Czytam książki i czytałem nawet trochę waszego Marksa i Plechanowa. Naprawdę. I jeszcze dwie rzeczy: mam słabość do szwajcarskiej czekolady i wody kolońskiej Bro-carda. Moje powonienie jest bardzo wyrafinowane: widzisz mój nos? - Saszeńka spojrzała posłusznie na jego wąskie nozdrza. - To gruczoły czuciowe estety, a utknąłem tutaj, w tej dziurze. Masz coś wspólnego z baronem Zeitlinem? No właśnie! Powiedz mu, że nazywam się Wołkow, sierżant Wołkow.

- Dobrze, panie sierżancie - odparła Saszeńka, starając się nie za-krztusić duszącym aromatem lawendowej wody kolońskiej.

- Nie jestem typowym strażnikiem, prawda? Zaskoczyłem cię?

- O, tak, panie sierżancie, zaskoczył mnie pan.

- Wszyscy tak mówią. No dobrze, mademoiselle Zeitlin, tu jest twoja prycza. Pamiętaj, sierżant Wołkow jest twoim przyjacielem. Nie jest typowym strażnikiem.

- Zupełnie nietypowym.

- Za chwilę zatęsknisz za moją wodą kolońską - ostrzegł.

Otworzył drzwi celi i wepchnął ją do środka. Odwróciła się do niego, nawet wyciągnęła rękę, ale już go nie było. Uderzył ją odór panujący w ciasnym pomieszczeniu pełnym kobiet. Oto prawdziwa Rosja! - pomyślała, czując, jak jej ubranie przesiąka stęchlizną.

Drzwi celi zatrzasnęły się za nią, usłyszała zgrzyt zamka. Stała z głową wciągniętą w ramiona, świadoma, że w ciemnym zatłoczonym pomieszczeniu za jej plecami istnieje nieznane życie. Prykanie, chrząkanie, chrapanie, śpiew i kaszel mieszały się z szeptami i odgłosem rozdawanych kart.

Saszeńka odwróciła się powoli, czując na twarzy nieświeży oddech dwudziestu czy trzydziestu kobiet. W półmroku paliła się jedna lampa naftowa. Więźniarki siedziały pod ścianami i leżały na materacach na zimnej brudnej podłodze, śpiąc, grając w karty, czasem nawet tuląc się do siebie. Dwie półnagie staruchy iskały sobie nawzajem wszy z włosów łonowych, zupełnie jak małpy. Niskie przepierzenie wyznaczało latrynę, skąd dobiegały postękiwania i odgłosy defekacji.

- Pospiesz się! - krzyknęła następna w kolejce.

Pulchna kobieta ze skośnymi orientalnymi oczami leżała, czytając Spowiedź Tołstoja; inna, przeraźliwie chuda, w wojskowym płaszczu narzuconym na chłopską koszulę, czytała na głos fragmenty pornograficznego pamfletu o cesarzowej, Rasputinie i ich wspólnej przyjaciółce, madame Wyrubowej.

- „Trójca jest lepsza niż jedność”, powiedział mnich. „Aniu Wyru-bowa, twoje cycki są soczyste jak u syberyjskiej foki, ale nic nie może się równać z twoją swawolną cesarską cipką, cesarzowo!”.

Rozległ się wybuch śmiechu. Czytająca urwała.

- Kto to jest? Madame Wyrubowa uprzykrzyła sobie dworskie życie? - Kobieta w wojskowym płaszczu poderwała się na nogi. Nadeptując na śpiącą postać, która krzyknęła z bólu, podbiegła do Saszeńki i chwyciła ją za włosy. - Ty bogata mała dziwko, nie patrz tak na mnie!

Po raz pierwszy od aresztowania Saszeńka bała się, naprawdę się bała. Zanim zdążyła pomyśleć, dostała pięścią w twarz i upadła, a kobieta rzuciła się na nią, przygniatając swoim ciężarem. Pewna, że zaraz umrze, pomyślała o Lali, o Grand-maman, o swoim kucyku na wsi... Ale nagle czyjeś ramiona oderwały od niej napastniczkę i odciągnęły ją na bok.

- Uważaj, dziwko. Nie dotykaj jej! To jedna z naszych. - Stała nad nią pulchna kobieta, trzymająca w ręku otwarty tom Tołstoja. - Saszeńka? Starsi celi witają cię. Rano poznasz komitet. Teraz trochę się prześpij. Możesz spać ze mną. Jestem towarzyszka Natasza. Nie znasz mnie, aleja wiem, kim jesteś.

6

Kapitan Sagan z Korpusu Żandarmów rozsiadł się w swoim ulubionym fotelu w Cesarskim Jachtklubie przy ulicy Bolszaja Morskaja i właśnie wcierał w dziąsła porcję kokainy, kiedy w drzwiach stanął adiutant.

- Wasza wielmożność, mogę zameldować?

Krostowaty adiutant rozejrzał się szybko po ogromnym, pustym pokoju ze skórzanymi fotelami i gazetami w języku angielskim, francuskim i rosyjskim. Na ścianie za wielkim stołem bilardowym wisiały portrety obwieszonych medalami prezesów klubu, a z drugiego końca pokoju, znad kominka, w którym płonęło drewno o jabłkowym zapachu, spoglądały wodniste niebieskie oczy imperatora Mikołaja II.

- Mów, Iwanow.

- Wasza wielmożność, aresztowaliśmy groźnych terrorystów. Znaleźliśmy dynamit, ładunki, mauzery, ulotki. Jest między nimi uczennica. Generał chce, żeby zabrał się pan do niej natychmiast, zanim bogaty tatuś wydostanie ją z więzienia. Powóz czeka.

Kapitan Sagan wstał i westchnął.

- Chcesz coś do picia, Iwanow, albo szczyptę tego? - Wyciągnął srebrne pudełko. - Nowa mikstura doktora Gempa na zmęczenie i ból głowy.

- Generał kazał się spieszyć.

- Jestem zmęczony - powiedział Sagan, chociaż waliło mu serce. Była to już trzecia zima wojny i czuł się wyczerpany. Był nie tylko żandarmem, lecz także oficerem Ochrany, carskiej tajnej policji. - Niemieccy szpiedzy, bolszewicy, eserowcy, zdrajcy wszelkiego autoramentu. Nie wieszamy ich dostatecznie szybko. I jeszcze ten Rasputin. Przynajmniej usiądź na chwilę.

- Dobrze. Koniak - powiedział Iwanow, ze zbytnim ociąganiem jak na gust Sagana.

- Koniak? Zaczynasz nabierać kosztownych upodobań, Iwanow. - Sagan brzęknął srebrnym dzwonkiem. Kelner, długi i chudy jak flet, wszedł chwiejnym krokiem do pokoju, przesuwając nogi jak na nartach. - Dwa koniaki i to migiem - zamówił Sagan, napawając się aromatem cygar, wody kolońskiej i wypastowanych butów, charakterystycznym dla kasyn oficerskich i eleganckich klubów w całym imperium. Kiedy zjawiły się kieliszki, obaj wstali, wznieśli toast za cara, wypili i pospieszyli do szatni.

Włożyli mundurowe płaszcze, czapki i wyszli na siarczysty mróz. Bezkształtne płatki śniegu tańczyły wokół nich. Była już północ, księżyc w pełni rzucał na świeży śnieg niebieską poświatę. Kokaina, uznał Sagan, to idealny środek pobudzający dla policjanta, wzmacnia spostrzegawczość, wyostrza spojrzenie. Stał tam ich powóz, odkryty, z jednym koniem parskającym gejzerami pary, woźnica chrapał, owinięty w kożuch. Iwanow potrząsnął nim i łysa głowa woźnicy wyłoniła się spod kożucha.

Sagan, któremu wciąż łomotało serce, omiótł wzrokiem ulicę. Z lewej złocona kopuła soboru Świętego Izaaka pochylała się złowieszczo nad domami, jakby miała je zmiażdżyć. Z prawej widać było drzwi rezydencji Zeitlina. Sagan sprawdził, czy jego wywiadowcy są na posterunkach. Tak, wąsata postać w zielonym płaszczu i meloniku czaiła się za rogiem: Batko, były podoficer kozaków, palił papierosa w przeciwległej bramie. (Kozacy i dawni podoficerowie byli najlepszymi filerami, „agentami zewnętrznymi” zajmującymi się inwigilacją.) Nieco dalej spał na koźle dorożkarz: Sagan miał nadzieję, że nie śpi naprawdę.

Obok przemknął rolls-royce z łańcuchami na kołach i herbem Romanowów na drzwiach. Sagan wiedział, iż należy on do wielkiego księcia Siergieja, jadącego do domu z kochanką, słynną primabaleriną, którą dzielił się ze swoim kuzynem, wielkim księciem Andriejem.

Od strony mostu Niebieskiego nad Mojką dobiegło echo krzyków, łoskot uderzeń, skrzypienie butów na ubitym śniegu. Marynarze z bazy w Kronsztadzie bili się z żołnierzami - granatowe mundury przeciwko oliwkowym.

Nagle, gdy Sagan postawił już jedną nogę na stopniu powozu, tuż obok zatrzymała się limuzyna Daimler-Benz. Umundurowany kierowca wyskoczył i otworzył obite skórą drzwi. Z samochodu wysiadła chuda postać w futrzanym płaszczu. Manasiewicz-Manujłow, Żyd, który przeszedł na prawosławie, szpieg, dziennikarz, spekulant, przyjaciel Rasputina i sekretarz premiera, minął Sagana i pospieszył do Cesarskiego Jachtklubu. W samochodzie Sagan dostrzegł wymięty szkarłatny atłas i norki na bladej szyi. Z wnętrza zionęło zapachem potu i dymu z cygar. Wsiadł do powozu.

- Oto, na co nam przyszło - powiedział Iwanowowi. - Żydowscy szpiedzy i kombinatorzy. Codziennie nowy skandal!

- Aaaaa! - ziewnął woźnica, strzelając z bicza trochę za blisko nosa Sagana. Powóz ruszył.

Sagan oparł się, odchylił głowę i patrzył na przepływające obok niego światła miasta Piotra Wielkiego. Wódka paliła mu żołądek jak kula stopionego złota. Tu było jego życie, w stolicy największego na świecie imperium, rządzonego przez najgłupszych ludzi w samym środku najstraszniejszej wojny w dziejach. Sagan pomyślał, iż cesarz ma szczęście, że on i jego koledzy nadal wierzą w niego i w jego prawo do rządzenia; że zachowują czujność; że nie cofną się przed niczym, by ocalić głupiego cara i jego histeryczną żonę, bez względu na to, kim są jej przyjaciele...

- Chce pan wiedzieć, co myślę, barinl - spytał woźnica. Usiadł bokiem do pasażerów, a jego wielki nos błyszczał w świetle rozkołysanej latarni powozu. - Owies znowu drożeje. Jeszcze jedna podwyżka i nie będziemy mieli czym nakarmić koni. Był czas, pamiętam, kiedy owies kosztował zaledwie...

Owies, owies, owies, Sagan nie słyszał nic innego od woźniców powozów i sań. Oddychał głęboko, a nasycona kokainą krew szumiała mu w skroniach jak górski strumień.

7

- Dokąd wychodzisz dzisiaj wieczorem? - spytał Zeitlin żonę.

- Nie wiem - westchnęła z rozmarzeniem Ariadna Zeitlin. Siedziała na otomanie w swoim buduarze, ubrana tylko w pończochy i halkę. Zamknęła oczy, a pokojówka kręciła jej loki żelazkiem do włosów. Głos miała niski i ochrypły, jakby była już trochę wstawiona. - Chcesz się wybrać na przejażdżkę?

- To ważne, moja droga. - Przysunął krzesło bliżej otomany.

- No cóż, może do baronowej Rożen na koktajl, potem kolacja u Do-nana, trochę potańczę w Akwarium - uwielbiam to miejsce, widziałeś te piękne ryby wokół ścian? A potem, nie jestem pewna... Ach, Naino, zobaczmy, dzisiaj wieczorem włożę coś z brokatu.

Z garderoby wyszły dwie pokojówki, Naina niosła pudełko z biżuterią, a druga dziewczyna naręcze sukien.

- Przestań, Ariadno. Chcę wiedzieć, dokąd idziesz - warknął Zeitlin.

Ariadna wyprostowała się raptownie.

- O co chodzi? Wyglądasz na zdenerwowanego. Był krach na giełdzie czy... - i obdarzyła go czułym uśmiechem, błyskając białymi zębami - ...czy nauczyłeś się być zazdrosny? Nigdy nie jest za późno, wiesz. Dziewczyna lubi być uwielbiana.

Zeitlin zaciągnął się cygarem. Z ich małżeństwa pozostały już tylko te krótkie rozmówki; każde z nich rzuciło się, oddzielnie, w nocne życie Piotrogrodu, chociaż na balach i oficjalnych przyjęciach wciąż bywali razem. Spojrzał na niezaścielone łóżko, gdzie jego żona spędzała większość czasu, śpiąc w ciągu dnia. Popatrzył na batystowe, szyfonowe i jedwabne suknie, na flakony mikstur i perfum, na wypalone do połowy papierosy, na uzdrawiające kryształy, na wszystkie te dziwactwa i przedmioty zbytku, ale najdłużej patrzył na Ariadnę z jej śnieżnobiałą skórą, szerokimi ramionami i fiołkowymi oczami. Wciąż była piękna, choć oczy miała przekrwione, a na skroniach wystąpiły jej żyły.

Wyciągnęła do niego ramiona, był jednak zbyt zdenerwowany na te codzienne gierki.

- Żandarmi aresztowali Saszeńkę - powiedział. - Przed szkolną bramą. Spędzi noc na Kriestach. Wyobrażasz sobie tamtejsze cele?

Ariadna zamrugała. Na jej bladej twarzy pojawił się lekki grymas.

- To musi być nieporozumienie. Jest taka oczytana, trudno sobie wyobrazić, żeby zrobiła coś głupiego. - Spojrzała na męża. - Z pewnością potrafisz ją stamtąd wydostać, Samuelu? Zadzwoń do swojego przyjaciela, ministra spraw wewnętrznych. Chyba jest ci winien pieniądze?

- Już dzwoniłem do Protopopowa, a on powiedział, że to poważna sprawa.

- Naino? - Ariadna skinęła na pokojówkę. - Chyba zdecyduję się na fiołkowy brokat ze złotym liściem i falbankami od madame Chanceau, a do tego perłowy kołnierzyk i broszka z szafirem...

Zeitlin tracił cierpliwość.

- Dosyć tego, Ariadno. - Przeszedł na jidysz, żeby służące nie mogły go zrozumieć. - Przestań się mizdrzyć jak chórzystka, do diabła! Rozmawiamy o Saszeńce. - Znowu przeszedł na rosyjski, obrzucając mrocznym spojrzeniem nieporządek w pokoju. - Dziewczęta, zostawcie nas samych!

Jego wybuchy gniewu budziły tym większy strach, że zdarzały się rzadko, trzy dziewczyny porzuciły więc suknie, klejnoty i żelazko do włosów i pospiesznie wybiegły.

- Czy to naprawdę było konieczne? - spytała Ariadna drżącym głosem, w jej uczernionych proszkiem antymonowym oczach pojawiły się łzy.

Ale Zeitlin był bardzo rzeczowy.

- Zobaczysz się z Rasputinem?

- Tak, odwiedzę świątobliwego starca Grigorija dziś wieczorem. Po północy. Nie mów o nim takim szyderczym tonem, Samuelu. Kiedy mongolski lama doktora Badajewa zahipnotyzował mnie w Domu Duchów, powiedział mi, że potrzebuję specjalnego nauczyciela. Miał rację. Świątobliwy starzec Grigorij pomaga mi, wzbogaca mnie duchowo. Mówi, że jestem łagodnym jagniątkiem w okrutnym świecie i że ty mnie miażdżysz. Myślisz, że jestem szczęśliwa w tym domu?

- Mieliśmy rozmawiać o Saszeńce - przypomniał żonie Zeitlin, lecz Ariadna podniosła głos.

- Pamiętasz, Samuelu, kiedy szłam na balet i wszystkie lornetki były skierowane na mnie, nie na scenę? „Co włożyła baronowa Zeitlin? Spójrzcie na jej oczy, jej klejnoty, jej cudowne ramiona...”. Gdy oficerowie patrzyli na mnie, myśleli, oto piękna klacz wyścigowa, czystej krwi, może warto dla niej zgrzeszyć! Czy wtedy nie byłeś ze mnie dumny, Samuelu? A teraz - tylko na mnie spójrz!

Zeitlin wstał gniewnie.

- Tu nie chodzi o ciebie, Ariadno. Spróbuj nie zapominać, że rozmawiamy o naszym dziecku!

- Przepraszam. Słucham...

- Mendel wrócił z zesłania. - Zobaczył jej uśmiech. - Och, więc wiesz o tym? On prawdopodobnie odegrał jakąś rolę w uwięzieniu naszej córki.

Ukląkł przed otomaną i ujął jej dłonie.

- Posłuchaj, Protopopow nic nie może zrobić. Nawet premier Stürmer nie ma żadnych wpływów - wkrótce zostanie odwołany. Wszystko jest w rękach cesarzowej i Rasputina. Dlatego tym razem chcę, żebyś poszła do Rasputina - chcę, żebyś tam poszła! Nie dbam o to, ile czasu spędzisz w objęciach tego świętoszkowatego prostaka. Powiedz mu, że dzisiaj sprzyja mu szczęście. Tylko ty możesz to zrobić, Ariadno. Po prostu tam pójdź i błagaj ich wszystkich - Rasputina, przyjaciół cesarzowej, wszystkich, żeby uwolniono Saszeńkę!

- Wysyłasz mnie z misją? - Ariadna otrząsnęła się jak kot na deszczu.

-Tak.

- Mnie z polityczną misją? To mi się podoba. - Zamilkła i Zeitlin niemal słyszał, jak obracają się tryby, kiedy podejmowała decyzję. - Po-każę ci, jaką jestem dobrą matką. - Wstała z otomany i pociągnęła za pleciony sznur. - Dziewczęta - chodźcie tu! Mamy do wypełnienia misję. - Pokojówki wróciły, spoglądając bojaźliwie na Zeitlina. - A co ty będziesz robił, Samuelu?

- Będę trzymał fason i pójdę do księcia Andronnikowa. Będą tam wszyscy.

Ariadna ujęła twarz Zeitlina w dłonie. Od jej aromatycznego oddechu zwilgotniały mu oczy.

- Ty i ja wyruszamy z misją, Samuelu!

Mimo szorstkiej cery - z powodu alkoholu i opium - jej twarz wciąż była piękna; spękane wargi, zwłaszcza wystająca górna warga, samolubnie zachłanne; ramiona i nogi doskonałe mimo sterczącego brzucha. Niezależnie od swoich skaz, Ariadna zachowała wygląd kobiety, której niewybredne przyjemności przychodzą aż nazbyt łatwo, tak łatwo jak stłuczenia na dojrzałej brzoskwini. Teraz, z rozmazanym przez łzy makijażem, wyglądała jak odurzona narkotykami Kleopatra.

- Samuelu, czy mogę wziąć russo-bałt?

- Tak - odparł Zeitlin, ciesząc się, że skorzysta z limuzyny. Wstał i pocałował ją.

Ariadna poczuła przyjemny dreszcz, otworzyła wieczko złotego, wysadzanego brylantami zegara, wyjęła z ukrytej przegródki egipskiego papierosa i popatrzyła na niego oczami, w których kryło się echo pustych pokojów.

Zastanawiając się, jak do tego doszło, że stała się zagubionym dzieckiem, i obwiniając o to siebie, Zeitlin przypalił jej papierosa, a potem zgaszone cygaro, które wciąż trzymał w ręku.

- No to idę - powiedział, patrząc, jak Ariadna się zaciąga i otwiera usta, żeby wypuścić błękitny dym.

- Powodzenia, Samuelu - zawołała.

Nie chciał się spóźnić do księcia Andronnikowa - od niego zależał los Saszeńki - a mimo to zatrzymał się i obejrzał, zanim zamknął drzwi.

- Jak to wygląda? A to? Spójrz, porusza się, kiedy idę! Widzisz, Gala? - Ariadna śmiała się, a wokół niej uwijały się pokojówki. - Zgodzisz się, Naino, sukienki od Wortha przyćmiewają wszystkie inne! Nie mogę się już doczekać, żeby to zobaczyli w Akwarium...

Z zamierającym sercem Zeitlin uświadomił sobie, że w chwili, gdy jego żona opuści dom, zapomni o nim i o Saszeńce.

8

Przez całą noc Saszeńka tuliła się do opasłej Nataszy.

Starsza kobieta chrapała, przewracając się z boku na bok i spychając ją z materaca. Saszeńka, która bała się poruszyć, leżała, dotykając bokiem lodowatej kamiennej podłogi, wdzięczna, że jest obok Nataszy, bezpieczna. Usta miała spuchnięte, a ręce jej drżały. Bała się, że potwór znowu ją uderzy - albo dźgnie nożem w ciemnościach. Pewnie wszystkie miały tu noże. Wpatrywała się w półmroku w kłębowisko kobiecych ciał, jedno półnagie z pomarszczonymi piersiami. Modliła się, żeby ktoś przyszedł i zabrał ją stąd.

W korytarzu migotały lampy, kiedy strażnik ryglował drzwi cel. Sprzątaczka szorowała podłogę. Zapach nafty i środka dezynfekcyjnego tłumił chwilami odór uryny i ekskrementów, ale nie na długo. Przy każdym dźwięku, skrzypnięciu i trząśnięciu drzwiami Saszeńka miała nadzieję, że to jej wybawienie, ale nikt nie nadchodził. Zimna, przerażająca, wroga noc ciągnęła się w nieskończoność.

- Dostaliśmy wiadomość więziennym telegrafem, że cię aresztowali - szepnęła Natasza do Saszeńki. - Ty i ja jesteśmy prawie rodziną. Jestem żoną twojego wuja Mendla. Poznaliśmy się na zesłaniu. Pewnie nie wiedziałaś, że ożenił się z Jakutką? Tak, z prawdziwą Syberyjką. Och, rozumiem - nie wiedziałaś, że w ogóle się ożenił. No cóż, to cały Mendel, urodzony konspirator. Ja aż do dzisiaj nie wiedziałam, że ma taką ładną siostrzenicę. Tak czy inaczej, on ci ufa. Nie trać otuchy: zawsze są jakieś możliwości...

Teraz Natasza sapała i wierciła się przez sen, mówiąc coś w swoim ojczystym języku. Saszeńka przypomniała sobie, że Jakuci wierzą w szamanów i duchy. Jakaś kobieta krzyknęła: „Poderżnę ci gardło!”. Inna łkała: „Przepadło... przepadło... przepadło”. W sąsiedniej męskiej celi wybuchła bójka, ktoś został ranny, strażnicy wywlekli go, jęczącego, i przynieśli szczotkę do umycia podłogi. Drzwi otworzyły się i zatrzasnęły. Saszeńka słuchała suchotniczego kaszlu, kroków strażników i bulgotania w żołądku Nataszy. Wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Chociaż była dumna, że się tu znalazła, strach, smród i niekończąca się noc doprowadzały ją do rozpaczy. Ale czy wuj Mendel nie powiedział jej, że pobyt w więzieniu to rytuał inicjacji? A co szepnęła jej przed zaśnięciem Jakutka Natasza? „Mendel ci ufa!”.

Znalazła się tu z powodu Mendla, z powodu ich spotkania zeszłego lata. Rodzina spędzała letnie miesiące w Zembliszynie, majątku na południe od miasta, w pobliżu Dworca Warszawskiego. Żydom nie wolno było mieszkać w stolicy ani nabywać majątków ziemskich - jednak jakimś cudem ojciec Saszeńki miał nie tylko rezydencję w mieście, ale również wiejski dworek z białymi kolumnami, las i park. Tylko najbogatsi żydowscy kupcy mogli mieszkać w mieście. Saszeńka wiedziała, że jej ojciec nie jest jedynym żydowskim przedsiębiorcą w Piotrogrodzie. Inny Żyd, baron Polakow, magnat kolejowy, był właścicielem starego pałacu z czerwonej cegły, należącego niegdyś do księcia Mienszykowa, pierwszego domu w nowym mieście Piotra Wielkiego, na nowym nabrzeżu, niemal naprzeciwko Pałacu Zimowego.

Każdego lata Saszeńka i Lala mogły na wsi robić, co chciały, chociaż czasem Zeitlin namawiał je do gry w tenisa lub jazdy na rowerze. Jej matka, zwykle w szale kryzysu nerwowego, jakichś mistycznych fanaberii lub cierpiąc z powodu złamanego serca, rzadko opuszczała swój pokój - i szybko wracała do miasta. Lala całymi dniami zbierała grzyby i jagody albo jeździła na kucyku Ałmazie. Saszeńka czytała, szczęśliwa, że pozostawiono ją samej sobie.

Tego lata zjawił się na wsi wuj Mendel. Ten drobny przygarbiony mężczyzna w grubych binoklach na wielkim, garbatym nosie, ze szpotawą stopą, pracował całymi nocami w bibliotece, paląc skręcane własnoręcznie papierosy z machorką i parząc kawę po turecku, która napełniała dom orzechowym aromatem. Spał nad stajniami, wylegując się przez całe ranki, i wstawał dopiero po obiedzie. Najwyraźniej nie zwracał uwagi, że jest lato, gdyż nosił bez przerwy ten sam brudny ciemny garnitur i wymiętą koszulę z przetłuszczonym kołnierzykiem. W butach wiecznie miał dziury. Przy jej wytwornym ojcu i eleganckiej matce naprawdę wydawał się istotą z innej planety. Jeśli zauważył, że Saszeńka na niego patrzy, chmurzył się i odwracał wzrok. Ze swoją bladą, krostowatą cerą i astmatycznym oddechem sprawiał wrażenie ciężko chorego, co Saszeńka uznawała za rezultat lat spędzonych w więzieniu i na syberyjskim zesłaniu.

Rodzina pogardzała Mendlem. Nawet matka Saszeńki, rodzona siostra Mendla, nie lubiła go - ale pozwoliła mu zostać.

- Jest zdany tylko na siebie, biedaczysko - mówiła z lekceważeniem.

Pewnej nocy Saszeńka nie mogła zasnąć. Zegar wybił trzecią. Lato było upalne i gorące powietrze zbierało się w jej pokoju na poddaszu. Zachciało się jej soku cytrynowego, zeszła więc po schodach, mijając portret księcia Orłowa-Czesmienskiego, dawnego właściciela majątku, piętnaście kryształowych pawi na półce i stary angielski zegar, do cudownie chłodnego przedpokoju z podłogą z czarnych i białych kamiennych płyt. Zobaczyła, że światło w bibliotece ciągle się pali, poczuła zapach kawy i dym mieszające się z ciepłem letniej nocy.

Odskoczyła na bok, kiedy Mendel otworzył drzwi biblioteki i wyszedł z błyskiem w przekrwionych oczach, ściskając w dłoniach swoje cenne papiery.

Saszeńka poczekała, aż odejdzie, a potem wśliznęła się do biblioteki, aby spojrzeć na książki, które tak go pasjonowały, że był gotów pójść dla nich do więzienia. Stół był pusty.

- Szukasz czegoś, Saszeńko? - W drzwiach stał Mendel, głos miał dziwnie głęboki i dźwięczny.

Podskoczyła.

- Po prostu byłam zaciekawiona - odparła.

- Moimi książkami?

-Tak.

- Schowałem je, kiedy skończyłem, nie chcę, żeby ludzie wiedzieli, co robię, a nawet co myślę. - Zawahał się. - Ale ty jesteś poważną osobą. Jedyna intelektualistka w rodzinie.

- Skąd możesz to wiedzieć, wujku, skoro nigdy ze mną nie rozmawiasz? - Saszeńka była zachwycona i zaskoczona.

- Inni to po prostu kapitalistyczni dekadenci, a nasz rodzinny rabin należy do wieków średnich. Sądzę z tego, co czytasz. Majakowski. Niekrasow. Błok. Jack London.

- Więc mnie śledziłeś?

Binokle Mendla były tak zatłuszczone, że soczewki prawie nie przepuszczały światła. Pokuśtykał do półki z powieściami angielskimi, pełnym wydaniem Dickensa, oprawionym w skórę ze złotym herbem Zeitli-nów, wyciągnął jeden tom, sięgnął za niego i wręczył jej starą książkę z pozaginanymi rogami: Co robić? Czernyszewskiego.

- Przeczytaj to. Kiedy skończysz, następną książkę znajdziesz tutaj, zaDcwidem Copperfieldem. Rozumiesz? Weźmiesz ją stąd.

- Co wezmę? Skąd?

Ale Mendla już nie było i została sama w bibliotece.

I tak się zaczęło. Następnej nocy nie mogła się doczekać, aż wszyscy zasną, po czym zakradła się do biblioteki, napawając się zapachem kawy i gryzącej machorki.

- Gotowa na następną? Twoja analiza książki? - spytał Mendel, nie podnosząc wzroku.

- Rachmietow to najbardziej niezwykły bohater, jakiego dotąd poznałam - odparła, zwracając książkę. - Jest bezinteresowny, oddany. Nic nie może mu przeszkodzić w osiągnięciu celu. To „szczególny człowiek” naznaczony przez historię. Chcę być taka jak on.

- Wszyscy chcemy - powiedział. - Znam wielu Rachmietowów. To była pierwsza książka, którą przeczytałem. I nie tylko ja, lecz również Lenin.

- Opowiedz mi o Leninie. I kto to jest bolszewik? Jesteś bolszewikiem, mienszewikiem, eserowcem, anarchistą?

Mendel obserwował ją, jakby była zoologicznym okazem, mrużąc oczy, zaciągając się machorką, którą drażniła mu gardło. Głośno kaszlał.

- Co to dla ciebie znaczy? Co myślisz o dzisiejszej Rosji, o robotnikach, chłopach, o wojnie?

- Nie wiem. Wydaje się, jakby... - Urwała, świadoma jego przenikliwego spojrzenia.

- Mów śmiało.

- To wszystko jest złe. Niesprawiedliwe. Robotnicy żyją jak niewolnicy. Przegrywamy wojnę. Wszystko gnije. Czy jestem rewolucjonistką? Bolszewikiem?

Mendel skręcił następnego papierosa, bez pośpiechu i zdumiewająco delikatnie, poślinił bibułkę i zakleił ją. Pomarańczowy płomień rozjarzył się i zgasł.

- Jeszcze za mało wiesz, żeby być czymkolwiek - powiedział. - Mu-simy solidnie popracować. Jesteś jedyną studentką na moim letnim kursie. Oto następna książka. - Wręczył jej powieść Victora Hugo o rewolucji francuskiej, Rok 93.

Następnej nocy była jeszcze bardziej podekscytowana.

- Gotowa na więcej? Twoja analiza?

- „Nigdy nie widziano, by Cimourdain płakał - zacytowała Hugo, charakteryzującego swojego bohatera. - Miał niezłomne i surowe poczucie uczciwości. Sprawiedliwy, ale straszny człowiek. Dla kapłana rewolucji, który musi być nikczemny i wzniosły, nie istnieją żadne półśrodki. Cimourdain był wzniosły, szorstki, odpychający, posępny, ale nade wszystko czysty”.

- Dobrze. Gdyby Cimourdain żył dzisiaj, byłby bolszewikiem. Masz właściwy instynkt, ale potrzebujesz nauki. Marksizm to nauka. Teraz przeczytaj to. - Wręczył jej powieść zatytułowaną Pani Cynthia de Fortescue i miłość okrutnego pułkownika. Na okładce widniała dama o ustach zabarwionych cynobrem i szerokich kościach policzkowych, a za nią czaił się zabójczo przystojny oficer z wypomadowanymi wąsami i zmrużonymi oczami.

- Co to jest? - spytała.

- Po prostu czytaj to, co ci daję. - Mendel znowu siedział przy swoim biurku, skrobiąc piórem.

Kiedy w sypialni Saszeńka otworzyła książkę, znalazła ukryty w środku Manifest komunistyczny Marksa. Później przyszła kolej na Plechanowa, Engelsa, Lassalle’a, i znów Marksa, a potem Lenina.

Nikt nigdy nie rozmawiał z Saszeńką tak jak Mendel. Jej matka chcia-ła, żeby była głupim dzieckiem przygotowanym do życia sprowadzającego się do nudnych balów, nieszczęśliwych małżeństw i upadlającego cudzołóstwa. Uwielbiała ojca, ale on ledwo zauważał swojego „małego liska”, traktując ją jak pluszową maskotkę. A ukochana Lala już dawno pogodziła się ze swoim miejscem w życiu, czytając tylko powieści takie jak Pani Cynthia de Fortescue i miłość okrutnego pułkownika. Co się zaś tyczy stryja Gideona, był zdegenerowanym rozpustnikiem, który próbował z nią flirtować, a raz nawet poklepał ją po pośladkach.