Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Kontynuacja monumentalnej sagi o Anglii ukazująca jej burzliwe dzieje na przestrzeni dziesięciu tysięcy lat.
Drugi tom obejmuje część Nowe Sarum i koncentruje się na losach Salisbury od chwili przeniesienia miasta ze wzgórza do nowej lokalizacji, gdzie wyrasta potężna katedra i rodzi się nowa miejska tożsamość.
Śledząc dzieje rodów Porteusów, Wilsonów, Shockleyów, Masonów, Godfreyów, Moodych i Barnikelów obserwujemy kluczowe momenty w historii kraju. Reformacja, wojny domowe, rozwój parlamentaryzmu, ekspansja kolonialna oraz rewolucja przemysłowa stanowią tło dla osobistych dramatów, namiętności i walki o wpływy. Z biegiem stuleci zmienia się nie tylko krajobraz miasta, lecz także mentalność jego mieszkańców.
To opowieść o ambicji, wierze i społecznych przemianach, które kształtują nowoczesne państwo, a zarazem panoramiczna, pełna pasji i historycznej precyzji narracja potwierdzająca mistrzostwo autora w tworzeniu wielowątkowych epickich historii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1002
Tytuł oryginału: Sarum. Volume 2
Copyright © Edward Rutherfurd 1987 Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © for the Polish translation by Ryszard Oślizło
All rights reserved
Redakcja: Anna Brzezińska Korekta: Marta Tyczyńska-Lewicka, Beata Wójcik Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka Zdjęcia na okładce: © PaWLoSh/Shutterstock.com, © Phawat/Shutterstock.com, © Paladin12/Shutterstock.com Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 978-83-8382-900-5
Niniejszą książkę dedykuję tym, którzy zbudowali, i tym, którzy obecnie próbują ocalić Iglicę w Salisbury
W dolinie, gdzie spotykało się pięć rzek, pojawił się nowy element: w łagodnym zakolu rzeki, półtora kilometra poniżej zamkowego wzgórza, oczyszczono rozległy teren i teraz w miejscu niegdysiejszych łąk usianych gdzieniegdzie drzewami rozciągał się ogromny, obejmujący setki akrów plac budowy.
Był większy niż wszystko, co mieszkańcy Sarum kiedykolwiek widzieli. Miejscami przypominał olbrzymią, dziwaczną roślinę, powoli wyrastającą spod warstwy kurzu pokrywającego ją niczym pyłek – albo potężne stworzenie wyłaniające się ze swego kokonu. Jednak już teraz ulice oraz domy z drewna i gipsu, a także otwarta przestrzeń z ogromną, niedokończoną jeszcze katedrą z szarego kamienia, tętniły życiem i widać było, że całość zapowiada się okazale i majestatycznie. Powstawało tu bowiem przestronne Nowe Salisbury.
Nie było to ufortyfikowane wzgórze, jak stare normańskie miasto założycielskie, ani częściowo ufortyfikowany burgh, jak wcześniejsze osady saskie. Nowe miasto leżało w rozległej dolinie; obejmowało obszerne, otwarte przestrzenie; nie miało murów obronnych ani donżonu; budowano je z myślą o wygodzie i handlu.
Aby zrozumieć, skąd się tam wzięło, trzeba cofnąć się nieco w przeszłość.
Po burzliwym okresie rządów króla Stefana w Anglii zasadniczo panował pokój. Został on ustanowiony przez następcę Stefana, syna jego kuzynki, cesarzowej Matyldy – Henryka II. Po swoich rodzicach Henryk odziedziczył Andegawenię leżącą po drugiej stronie Kanału, dzięki czemu podczas swego długiego panowania rządził nie tylko Anglią, lecz także Normandią i znacznymi terenami we Francji. Wojny toczył za granicą, zaś wyspie zapewnił pokój, silną administrację, kodeksy prawne i sprawiedliwość królewską opartą na procesach przed ławą przysięgłych. Było to dziedzictwo Anglii, którego nie zdołali zniweczyć jego synowie – ani bohaterski, lecz nieobecny Ryszard Lwie Serce, ani młodszy, niefortunny Jan, który utracił większość andegaweńskiego i normańskiego imperium. Pod koniec rządów Jana ład i spokój w Anglii zostały na krótko zaburzone wskutek buntu baronów, który zakończył się kapitulacją króla i podpisaniem umowy znanej jako Wielka Karta Swobód, oraz krótkiego najazdu króla Francji na wschodnią część wyspy. Wkrótce po śmierci Jana to właśnie magnaci wykazali się rozwagą, wypędzając Francuzów, przywracając pokój i udzielając poparcia synowi Jana, pobożnemu młodemu królowi Henrykowi III.
Pokój w kraju przyniósł spektakularny wzrost dobrobytu – bogactwo średniowiecznej Anglii, które zaowocowało wspaniałymi nowymi katedrami i okazałymi miastami.
Podstawę tego rozwoju stanowiły dwa czynniki: wyższe ceny produktów rolnych, będące wynikiem rosnącej liczby ludności, oraz owce.
Angielska wełna należała do najlepszych w Europie i było jej w bród, a kupcy z Flandrii i Włoch, gdzie kwitł przemysł włókienniczy, wciąż domagali się więcej. Ogromne ilości wełny eksportowano, a przez większość czasu nakładane na nią podatki i cła pozostawały niskie. Na początku XIII wieku w feudalnej Anglii nastąpiła olbrzymia ekspansja kapitałowa.
Dla większości właścicieli ziemskich były to dobre czasy.
Przede wszystkim jednak były to dobre czasy dla magnatów.
Magnaci byli bowiem potężni. Pozwalali monarsze rządzić – ale mocno ściągali cugle. Kiedy władca, jak król Jan, znajdował się w trudnym położeniu, ponieważ zbyt niskie dochody z opłat feudalnych nie wystarczały na pokrycie nadzwyczajnych wydatków – najczęściej wojennych – baronowie na wszelkie sposoby opierali się jego próbom zdobycia dodatkowych funduszy. Kryzys związany z Wielką Kartą Swobód był w równej mierze wynikiem tej naturalnej sprzeczności interesów, jak i braku dyplomacji oraz uchybień ze strony króla Jana. W istocie monarcha nie dysponował nawet środkami wystarczającymi na pokrycie kosztów własnej administracji.
Po części z tego ostatniego powodu, a po części, aby zaspokoić feudalną próżność magnatów, kolejni monarchowie pozwalali im zarządzać w swoim imieniu ogromnymi połaciami ziemi. W tych wielkich domenach feudalnych, zwanych honorami, baroniami bądź swobodami, to właśnie magnat, funkcjonujący jako przedstawiciel króla, stał na czele sądów, które zajmowały się wszelkimi sprawami z wyjątkiem najcięższych przestępstw; to słudzy magnatów pobierali podatki i grzywny, zaś w niektórych z tych obszarów nawet szeryf królewski nie miał prawa postawić stopy, jeżeli król nie dysponował dowodami na istotne nadużycie magnackich przywilejów. Za to królestwo w królestwie magnat płacił królowi służbą swoich rycerzy bądź odprowadzał stosowny czynsz.
Choć z czasem rozwój sądów królewskich ograniczył zakres tych feudalnych przywilejów, nadal były one pożądane i to nie tylko z uwagi na prestiż, jaki ze sobą niosły, ale także dlatego, że przychody z rozpatrywania spraw sądowych, nawet tych drobnych, wciąż były nie do pogardzenia.
Za czasów króla Jana w rękach prywatnych znajdowała się jedna trzecia „setek” Wiltshire, każda z własnymi sądami i administracją, a sto lat później były to już dwie trzecie. Te prywatne domeny feudalne należały do wielkich rodów, takich jak Longspée’owie, którzy dzięki małżeństwu pozyskali majątki hrabstwa Salisbury, czy do innych znakomitych rodzin, jak Peverelowie, Pavely’owie i Giffardowie.
Jednak do największych możnowładców należał Kościół. Opactwa w Glastonbury, Malmesbury i Wilton, klasztory Świętego Swituna w Winchesterze i pobliskim Amesbury, a także, rzecz jasna, biskup Salisbury, posiadali własne „setki” w hrabstwie.
Za te przywileje płacili królowi czynsz, ale zyski należały wyłącznie do nich.
W zmieniającym się świecie jedną z najbardziej dochodowych włości, jakie magnat mógł posiadać w swoim dominium, było miasto.
Czynsze za budynki, wpływy z sądów, opłaty i cła za wwożone do miasta towary: wartość przywilejów miejskich była niemała.
Rozwój gospodarczy i panujący w Anglii pokój sprawiały, że możliwości zakładania nowych miast zdawały się wzrastać z każdym dniem. W drugiej połowie poprzedniego stulecia biskup Winchesteru założył ich wiele i niemal wszystkie przynosiły jego diecezji znaczne zyski. Nic zatem dziwnego, że biskup Salisbury zapragnął pójść w jego ślady.
Miał po temu idealny pretekst – a właściwie cały ich zestaw. Położenie starej katedry było niezadowalające. Ciasne grodzisko z luźno zabudowanymi przyległościami było wietrzne i słabo zaopatrzone w wodę; oślepiająco biała kreda męczyła wzrok; kapłani katedralni mieli dzielić tę ograniczoną przestrzeń z królewskim garnizonem wojskowym, który – jak twierdzono – przeszkadzał nawet w odprawianiu nabożeństw. Jednak na południe od wzgórza, w niecce doliny, gdzie spotykało się pięć rzek, rozciągały się łąki znane jako Myrifields. Na tym terenie znajdowała się tylko niewielka parafia Świętego Marcina. A przecież ta rozległa i dobrze nawodniona połać ziemi należała już do diecezji.
W roku Pańskim 1218 biskup Poore – drugi z zamożnych i wpływowych braci, którzy piastowali urząd biskupa Sarum – otrzymał zezwolenie papieża i pobożnego młodego króla Anglii Henryka III na przeniesienie katedry w nowe, przyjemniejsze miejsce na niżej położonych łąkach. Uzyskał także, co oczywiste, zgodę, żeby w pobliżu katedry założyć nowe miasto.
Było ono typowym przykładem sztuki urbanistycznej swoich czasów. Na przestrzeni niemal stulecia w całej Anglii powstawały nowe miasta targowe, którym nadawano wyrafinowane geometryczne kształty, projektując je na planie klina albo półokręgu. Jednak największe z nich, jak Nowe Salisbury, zazwyczaj oparte były na prostokątnej siatce. Tak zaawansowanego planowania urbanistycznego nie widziano na wyspie od czasów rzymskich, tysiąc lat wcześniej.
Nowe miasto biskupa leżało w łagodnym zakolu rzeki Avon, która płynęła z północy i otaczała je, niczym troskliwym ramieniem, od zachodu i południa. Składało się ono z dwóch części. Jedną z nich stanowiły tereny przykatedralne, znane jako close – na tym rozległym otwartym obszarze miała powstać nowa katedra, a przy jego obrzeżach budowano domy kapłanów. Druga część przylegała do pierwszej, a tworzyło ją miasto targowe z prostokątną siatką ulic i ogromnym rynkiem w samym centrum.
Każda z tych części pełniła odmienną funkcję: jedna duchową, druga handlową. Obie zaś – kościół z kapłanami i rynek z handlarzami – należały do biskupa, całkowicie i bezwarunkowo. Miasto stanowiło bowiem swobodę feudalną, a na mocy przywileju nadanego w 1227 roku biskup Salisbury był jej niekwestionowanym panem feudalnym.
Był upalny letni dzień. Grupka robotników pracowała, nie czerpiąc ze swego zajęcia żadnej radości.
Niezadowolony był zwłaszcza jeden z nich – mały, krępy trzynastolatek o nieproporcjonalnie dużej głowie, krótkich, grubych palcach i poważnych szarych oczach, który, chociaż pracował pod bacznym nadzorem kanonika katedralnego, nie mógł powstrzymać się od niespokojnego zerkania w głąb ulicy.
Wiedział bowiem coś, czego kanonik nie był świadomy – w dolinie na północ od miasta zebrało się kilku mężczyzn, a wśród nich Godefroi i Shockley, którzy obiecali, że jeśli narada zakończy się powodzeniem, wrócą tu i dadzą mu szansę wyrwania się z tego kieratu.
Już kilka razy odrywał oczy od pracy, by spojrzeć z nadzieją w dal. Nienawidził tej katorżniczej harówki. Jakże pragnął odmienić swoje życie.
Kanonik Stephen Portehors wbił w niego lodowaty wzrok.
W całym Sarum nie było nikogo tak nieistotnego i pozbawionego znaczenia jak ten młody kamieniarz. Sam Osmund doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ponieważ kanonik Stephen wyraźnie mu to powiedział.
„W oczach Boga, Osmundzie, jesteś tak mały jak drobina kurzu – wyjaśnił. – Ale pamiętaj – dodał złowieszczo – On widzi wszystko, co czynisz, bo przed Jego wzrokiem nie zdoła się ukryć ni pyłek. Ojciec niebieski pozna każdy twój grzech”.
Kanonik skinął na niego, każąc mu podejść. A Osmund wiedział dlaczego: zgrzeszył.
Osmundowi zdawało się, że gdziekolwiek spojrzy, wszędzie jest kurz.
Kurz, niczym migotliwa mgiełka, przesłaniał ogromną szarą bryłę wznoszonej katedry, która majaczyła w oddali, kilkaset metrów na południe. Kurz spowijał rozległą, otwartą przestrzeń przykatedralnego close – otaczającego katedrę dwustuakrowego terenu rozciągającego się od granicznego rowu na wschodzie aż po rzekę. Kurz przykrywał stosy szarego kamienia z Chilmark okalające plac budowy, leżał na wozach, deskach, rusztowaniach, na zwojach sznurów i stertach gruzu do wypełniania ścian; kurz pokrywał rozległe działki, gdzie budowano kamienne domy dla kapłanów, i ogrody przylegające do krzywizny zakola rzeki Avon; kurz opadał wreszcie na samą rzekę i kładł się na długie, ciemne wodorosty, które wolno falowały w jej nurcie. Łabędzie sunące cicho swoim dostojnym, miarowym tempem wzdłuż zielonych brzegów były na wpół szare od kurzu. Kurz osiadał na płaskich, podmokłych łąkach ciągnących się od wiosek Fisherton i Bemerton aż po odległe Wilton. Wszędzie nad niedokończoną szachownicą nowego miasta przyległego do terenów katedry unosił się kurz pochodzący z domów budowanych z listew i tynku.
Kurz – widział go wyraźnie – niczym bladoszary całun spowijał ciemny, na wpół opuszczony zamek na wzgórzu. A na zboczach powyżej, na surowym, bezdrzewnym wzniesieniu, gdzie pasły się owce, każde dotknięcie ich runa wzbijało w powietrze obłoczki szarego kredowego pyłu, które zaraz unosił południowy wiatr. Bladoniebieskie motyle, gdy podrywały się letnim rojem z twardej, rozgrzanej ziemi, również zdawały się przyprószone subtelną powłoką kurzu. Nawet ten wielki, fascynujący krąg powalonych głazów, do którego kiedyś zawędrował, przebywszy niemal trzynaście kilometrów, wydawał się przyciągać kurz z nowego miasta. Wyglądał jak dziwny, odległy satelita placu budowy, gotów podźwignąć się po upadku, zamiast bezgłośnie popaść w ostateczną ruinę.
Sam Osmund też był pokryty kurzem. Podobnie jak srogi kanonik, którego ramiona znaczyła szara obwódka pyłu.
Kurz dusił i drażnił chłopca.
A jednak wiedział, że powinien być wdzięczny.
„Nasze miasto zbudowane jest na skale – powiedział mu kanonik. – To pewny fundament”.
I rzeczywiście, choć znaczna część okolicznego terenu była podmokła, ziemia, którą mądry biskup wybrał w Myrifield, była solidna.
„Widzi sz – pouczył młodego Osmunda kanonik Stephen poprzedniego dnia – wprawdzie to miejsce leży nisko, ale tuż pod powierzchnią skrywa grubą warstwę żwiru. – I kiedy Osmund zajrzał do wykopu, nad którym stali, przekonał się, że to prawda. – Żwir jest mocny. Udźwignie największą katedrę, jaką człowiek zdoła zbudować – zapewnił go duchowny. – Bądź wdzięczny, żeś urodził się w czasach, w których dane ci jest oglądać tworzenie tak wielkich dzieł na chwałę Bożą”.
Teraz jednak kanonik był rozgniewany. Włosy miał siwe i rzadkie, ale brwi gęste i nadal w większości czarne, o zewnętrznych końcach wywiniętych ku górze jak u puszczyka. Ciemnobrązowymi oczami przeszywał Osmunda na wskroś, a kiedy przemówił, jego głos wydał się chłopcu twardy i ostry jak krzemień.
– Wymień siedem grzechów głównych, Osmundzie.
Grzechy popełniane świadomie i dobrowolnie, grzechy niechybnie skazujące grzesznika na potępienie: ksiądz z Avonsford zadbał o to, by znał je od najwcześniejszych lat.
– Gniew, obżarstwo, zazdrość, lenistwo, chciwość, pożądliwość i pycha – wyrecytował ponuro.
Portehors skinął głową.
– A którego z nich jesteś dziś winien?
Jak wiele wiedział kanonik? Osmund musiał być ostrożny.
Powszechnie wiedziano, że dzieło, nad którym kanonik Stephen Portehors trudził się przez całe lato – wspaniałe i niezwykłe udogodnienie miejskie – stanowi jego dumę i radość. Kanały wodne Nowego Salisbury, jeszcze niedokończone, a już budziły podziw. Woda czerpana z Avonu tuż powyżej miasta płynęła siecią kamiennych koryt wiodących środkiem najważniejszych ulic. Szerokość tychże kanałów wahała się od sześćdziesięciu centymetrów do około dwóch metrów, a tu i ówdzie przecinały je drobne mostki dla pieszych.
„Przywodzą rzekę w samo serce miasta – ogłaszał z dumą Portehors. – Czy może być coś przyjemniejszego albo zdrowszego?”
Po prawdzie kanały te były dla niego ważniejsze niż same ulice: gdy przed kilkoma miesiącami zauważył, że teren wzdłuż jednej z właśnie wytyczanych arterii północ–południe nie jest tak równy, jak należy, nie wahał się zmienić przebiegu samej ulicy, a co za tym idzie, całego układu części nowego miasta, byle tylko zapewnić swemu ukochanemu kanałowi stabilne podłoże.
„Precyzja – podkreślał stanowczo. – Woda popłynie jedynie wtedy, gdy podłoże będzie dokładnie wypoziomowane”.
Dokładnie. Na dźwięk tego słowa robotnicy ponuro wzruszyli ramionami; w Sarum dobrze wiedziano, że kanonik i jego brat w mieście odziedziczyli rodzinną obsesję na punkcie dokładności. Gdy tylko padało słowo takie jak „precyzja”, wszelkie dyskusje traciły sens. Nie było innej rady, jak tylko wytyczyć całą ulicę od nowa i ponownie przekopać kanał.
Jakże chłopiec tego nienawidził!
Osmund Mularz. W jego uszach brzmiało to jak szyderstwo. Choć podobnie jak jego ojciec i dziadek, którzy niekiedy pracowali jako mularze w Avonsford, on także nosił przydomek „Masoun” lub „Mason”, czyli Mularz albo Kamieniarz, nic to właściwie nie znaczyło. W rzeczywistości był tylko prostym chłopem, robotnikiem, któremu czasem, jeśli miał szczęście, pozwalano przycinać kamienie potrzebne do budowy tych przeklętych kanałów wodnych.
Prawdziwi mularze byli rzemieślnikami pracującymi przy budowie tej wielkiej katedry. A to był zupełnie inny świat. Świat, o którym czasami marzył. Gdy kończył swoją codzienną pracę, często wstępował w magiczną ciszę przykatedralnego close, by obserwować, jak rzemieślnicy zajmują się swoim fachem w tej monumentalnej budowli. Widywał tam dostojnych mistrzów mularstwa, którzy przewodzili cechowi mularzy – wybrańców sprowadzanych z całego kraju, a nawet z kontynentu po drugiej stronie Kanału. Lecz zarówno oni, jak i zwykli kamieniarze zostali zatrudnieni już dawno temu. Nawet swoich uczniów dobierali zwykle z własnych rodzin. Dlaczego mieliby zwrócić uwagę na młodego chłopa z Avonsford, którego ojciec parał się swego czasu obróbką kamienia?
A jednak rzeźbiarski duch wciąż był w nim żywy. Pewnego dnia, poprzysiągł sobie, znajdzie sposób – będzie pracował w samej katedrze, wśród mularzy w ciężkich fartuchach, którzy co dnia tak dumnie kroczyli do swojej pracy.
Już ponad sto lat upłynęło, odkąd Godric Body zawisł na szubienicy na wzgórzu zamkowym. Kilka miesięcy później przyszedł na świat jego syn, a że matka dziecka zmarła podczas porodu, wuj Godrica Nicholas uznał za rzecz naturalną, żeby przygarnąć niemowlę i wychować chłopca jak własnego syna. W rezultacie dzieci i wnuki Godrica Body’ego zwykle nosiły przydomek Mason, czyli Mularz, podobnie jak reszta ich przybranej rodziny. A kiedy osiemdziesiąt lat po śmierci Godrica jeden z jego potomków poślubił swą drobną, krępą kuzynkę, ich syn odziedziczył wszystkie charakterystyczne cechy pracowitego rodu Masonów: przysadzistą sylwetkę, krótkie kciuki i dużą głowę. Choć jednak wyglądał jak Mason, mały Osmund skrywał w sobie bujną wyobraźnię oraz wrażliwość na piękno natury – cechy pochodzące wprost od nieszczęsnego pastuszka-rzeźbiarza, którego przed laty powieszono. Był to swoisty geniusz, lecz jego istnienie ten młody i nieco powolny z wyglądu chłopiec – chociaż uwielbiał rzeźbić – na razie tylko mgliście przeczuwał.
W tej chwili jedyne, co mu oferowano, to mozolna harówka i sam musiał przyznać, że nie zawsze przykładał się do pracy, tak jak powinien.
Patrząc więc na wychudzonego, siwiejącego księdza, odparł ze smutkiem:
– Grzechu lenistwa.
Kanonik Stephen pokiwał głową.
– Tak. Jesteś leniwy, bo nie lubisz tej pracy. Lecz Bóg nie stworzył cię po to, byś był szczęśliwy. Stworzył cię, żebyś służył, bo tylko przez służbę Jemu zasłużysz na niebiańską nagrodę.
Osmund zwiesił swą dużą głowę. Gdzieś w głębi duszy czuł bunt, wiedział jednak, że kanonik, chociaż surowy, był sprawiedliwy. Odwrócił się, by odejść.
– Stój. – Głos kanonika był nieubłagany. – To nie wszystko. Ukrywasz jeszcze jeden grzech, mój synu.
Skąd mógł o tym wiedzieć? Chłopiec czuł na plecach wzrok duchownego i nie miał odwagi się odwrócić.
– I cóż mi powiesz?
Osmund nadal milczał.
– Więc ja powiem tobie – głos ciął jak brzytwa. – Tym grzechem jest chciwość. – Wysyczał to słowo.
A zatem wiedział.
Płacono mu pensa dziennie. Był biedny.
– Ludzie, którzy powinni mieć więcej rozumu, kuszą cię, byś pracował dla nich, gdy jesteś potrzebny tutaj – oskarżył go kanonik. – Bezbożnicy.
Każde jego słowo było prawdą. A jednak Osmundowi nie wydawało się to wielkim przewinieniem.
Chodziło o to, na co tak niecierpliwie czekał przez cały poranek. Mężczyźni, po powrocie z narady w dolinie, mieli mu zaoferować pracę za półtora pensa dziennie – była to wspaniała stawka, a pracy mogło wystarczyć na cały rok. Znał ich obu dobrze. Nie wydawali się tacy bezbożni. Odwrócił się powoli, zastanawiając się, jakim sposobem kanonik się o tym dowiedział.
– Chciałeś porzucić swoją pracę tutaj dla pieniędzy, Osmundzie. Jesteś młody. Lecz miłość do pieniędzy to chciwość, a ta jest grzechem. – Umilkł na chwilę, przewiercając chłopca swym strasznym spojrzeniem, a potem podjął już nieco łagodniej: – Dobrze obrabiasz kamień. Podobno potrafisz też rzeźbić w drewnie.
Osmund skinął głową. Wyrzeźbił piękne drzwi dla Godefroia we dworze w Avonsford i wiedział, że ksiądz oglądał jego dzieło. Niemniej następne słowa kanonika wprawiły go w zdumienie.
– Czy chciałbyś pracować w katedrze?
Osmund wpatrywał się w Portehorsa, ledwie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. Pracować w katedrze pośród mularzy – czyżby miało się spełnić jego marzenie? Ksiądz przypatrywał mu się przenikliwie.
– Płacą pensa i ćwierć dziennie – powiedział cicho – ale nie więcej. – Urwał, by dodać po chwili: – Mógłbyś zacząć od Świętego Michała, jeżeli dobrze się spiszesz przy kanałach. Czy tego chcesz?
– O tak – odparł tonem niemal błagalnym. Nie potrafił opanować wzruszenia.
– Dobrze więc. – Kanonik znów umilkł na moment, nim podjął: – Rzecz jasna, jeśli zdecydujesz się pracować dla Shockleya i jego kompanów, nie dostaniesz pracy w katedrze. Nigdy.
Osmund pobladł, ale się nie odezwał.
Stephen Portehors przyglądał mu się spokojnie. Nie bez powodu piastował urząd kanonika katedry.
Widział dzieła młodego Osmunda w Avonsford. Podejrzewał, że chłopak ma talent.
W tej właśnie chwili Shockleyowie i Godefroi nadjechali konno ulicą, a kanonik zwrócił się ku nim.
Być może w zamyśle Stwórcy włosy stojącego przy moście mężczyzny o szczurowatej twarzy miały prężyć się dumnie na jego głowie jak kępa czarnej trawy, z czasem jednak – przez brak mycia i szczotkowania – zmieniły się w kilkanaście skołtunionych kłaków, które żałośnie oklapły niczym zmarniałe gałązki osmalonego krzewu. I tak jak na wszystkim innym wokoło, również na tym splątanym gąszczu osiadał kurz z Nowego Salisbury.
William atte Brigge miał dziś doświadczyć najgorszego dnia w swoim życiu.
Już teraz był wściekły. Gdy patrzył na rozgrywającą się przed nim scenę, jego blisko osadzone oczy błyskały gniewem.
Tego ranka przybył tu ze swoim wózkiem z Wilton. Przeprawił się przez Avon Mostem Fisherton i niezwłocznie podążył na rynek w centrum nowego biskupiego miasta. Tam zostawił wózek u innego handlarza z Wilton, który miał własny stragan, i ruszył dalej, mijając po drodze powstającą katedrę i zmierzając w stronę południowego krańca nowej osady, gdzie rzeka zakręcała na południe, żeby leniwie kontynuować swój bieg ku wybrzeżu.
W oczach przypadkowego obserwatora dalsze zachowanie Williama atte Brigge mogłoby wydać się dziwne. Przed nim wznosił się nowy, kamienny most. Przecinał rzekę dwoma krótkimi łukami, między którymi znajdowała się niewielka wysepka. Po swojej lewej stronie miał kompleks budynków szpitala Świętego Mikołaja, zaś na wysepce wznosiła się kapliczka Świętego Jana – oba obiekty zbudował biskup Bingham z myślą o podróżnych. Było to urokliwe miejsce otulone łagodnym szmerem wody opływającej wysepkę z obu stron.
William przeszedł na środek mostu. Najpierw rzucił okiem na drogę po drugiej stronie rzeki, prowadzącą na południe i zachód, potem obejrzał się na powstające miasto, a wreszcie utkwił posępny wzrok w małym szarym budynku na wyspie. I nagle, jakby opętał go jakiś amok, począł skakać i wymachiwać chudymi rękami, a potem odwrócił się i z dziką furią splunął w stronę szpitala. I drugi raz, na zakurzoną drogę przed sobą. Wrzasnął: „Niech diabli wezmą tego biskupa i wszystko, co robi!”, po czym zawrócił i z ponurą miną ruszył w kierunku miasta.
William atte Brigge był z natury skłonny do noszenia urazy – dziś jednak miał powód do goryczy, bowiem czcigodny biskup Bingham z Salisbury miał właśnie doprowadzić go do ruiny.
Od czasów króla Alfreda, a nawet wcześniej, miasto Wilton dzierżyło tytuł stolicy hrabstwa. Nie tylko szeryf odbywał tam swoje sądy, nie tylko od czasów anglosaskich w mieście tym biła mennica, lecz nade wszystko w Wilton prosperował targ, dogodnie usytuowany u zbiegu dwóch ruchliwych rzek. Co prawda istniał mały targ w starym zamku na wzgórzu Sarum, ale z uwagi na swe odsłonięte położenie i drugorzędne znaczenie nigdy nie stał się on poważnym zagrożeniem dla interesów starego saskiego miasta w zachodniej dolinie. Jednak ćwierć wieku temu, gdy biskup Poore rozpoczął budowę tego nowego miasta targowego w dolinie, mieszczanie i kupcy z Wilton poczęli odczuwać niepokój. Wkrótce biskup wyjednał prawo do organizowania zarówno corocznego jarmarku, jak i cotygodniowego dnia targowego, zaś nowo nadana karta miasta przyznawała jego wolnym mieszkańcom istotne przywileje handlowe oraz zwolnienia podatkowe porównywalne z tymi, które przyznano wielkim miastom, takim jak Winchester czy Bristol. Co gorsza, królewska rezydencja myśliwska w lesie Clarendon znajdowała się zaledwie trzy kilometry na wschód od nowego miasta biskupa, a król Henryk, który lubił tam polować, znany był ze swego zamiłowania do wznoszenia kościołów.
– To nowe miasto pochłonie wszystkie pieniądze – szemrali mieszczanie z Wilton. – Król o nas nie dba.
Mieli rację. Początkowo jednak istniał pewien czynnik łagodzący. Gdy bowiem handel w okolicy się rozwijał, a ruch na drogach nabierał tempa, wielu handlarzy przybywało do nowej osady z południa i zachodu, a żeby przekroczyć system rzeczny i wjechać do miasta, musieli korzystać z mostu w Wilton. Dzięki temu handlowe ożywienie przynosiło zyski także kupcom z Wilton. Przez dwadzieścia lat wydawało się, że u boku nowego sąsiada stare miasto na zachodzie może prosperować. Niestety teraz, w 1244 roku, nieuniknione stało się faktem: biskup Bingham zbudował własny most na południe od katedry. Płacąc niewielkie myto za przekroczenie rzeki w Ayleswade, przyjezdni kupcy mogli przeprawić się przez tę część systemu rzecznego, w ogóle nie zbliżając się do Wilton, skutkiem czego starsze miasto nagle zostało zupełnie odcięte od głównego nurtu handlu.
To jednak nie było wszystko. Od niepamiętnych czasów na niewielkim rynku starego miasta Wilton targ odbywał się dwa razy w tygodniu. Biskupowi przyznano prawo do organizacji zaledwie jednego dnia targowego, tymczasem na wielkim targowisku Nowego Salisbury kupcy handlowali bez licencji niemal codziennie i nikt z tym nic nie robił. Pomimo licznych skarg kierowanych do króla przez mieszkańców Wilton nowa osada nieubłaganie wysysała ze starszej życiowe siły.
Od czasu nieudanego procesu sprzed stulecia rodzina Williama niewiele zdołała osiągnąć. Choć nosił to samo imię co jego pradziad, który tak bezskutecznie rzucił wyzwanie rolnikom z Shockley, William nie był garbarzem, lecz drobnym handlarzem wełny, próbującym utrzymać się z udzielania zaliczek chłopom pod zastaw ich wełny, którą następnie sprzedawał na otwartym targu. Ceny wełny były stabilne, a handel bujnie rozkwitał, co pozwoliło Williamowi osiągać nieznaczne zyski na tym raczkującym systemie zaliczkowym. Z kolei jego żona i jej siostra odziedziczyły dzierżawę chaty w jednym z majątków Godefroia, dzięki czemu William posiadał trzydzieści owiec, które wypasał nad rzeką Avon. Aby dodatkowo wspomóc skromny dochód rodziny, jego szwagierka tkała na jednym krośnie tkaniny słabszej jakości, które on następnie sprzedawał na lokalnych targach po obniżonej cenie, czerpiąc stąd własny zysk. W ten sposób zarabiał na życie, choć był biedniejszy niż jego pradziad, garbarz.
Ich rodzina nigdy nie wybaczyła zamożnym rolnikom z Shockley.
„Ci z Shockley to zwykłe łotry”, powtarzał William swoim dzieciom niczym dogmat wiary. A teraz Shockleyowie zajęli także dom w nowym mieście – w tym, które miało doprowadzić do ruiny Wilton.
– Niech szlag trafi ich wszystkich i ten przeklęty most! – wymamrotał.
Ale gniew, jaki obudził w nim widok biskupiego mostu, zbladł wobec furii, która w nim eksplodowała, gdy dotarł na targowisko.
Przy jego wózku kłębił się tuzin ludzi – niektórzy zerkali zaciekawieni, a inni patrzyli otwarcie z wrednym uśmiechem. Człowiek z Wilton, któremu powierzył pieczę nad wózkiem, wyglądał markotnie, zaś w samym sercu tego zgromadzenia, niewzruszony i srogi, znajdował się ktoś, kogo William zawsze się lękał: Alan Le Portier, kontroler jakości tkanin. Obok niego stała jego córka Alicia.
Kontroler wskazał na wózek.
– To twoje tkaniny?
Uchwała dotycząca miar i jakości tkanin została ustanowiona przez króla Ryszarda przed półwieczem. Był to prosty podatek od sukna połączony z nakazem przestrzegania określonych norm miarowych. Alan Le Portier przyjął inną wersję rodowego nazwiska, lecz podobnie jak jego brat kanonik Portehors, był człowiekiem chudym i rygorystycznym, a wielmożny William Longspée, który rekomendował go królewskim urzędnikom na stanowisko kontrolera, zapewnił ich ze śmiechem:
„Nie troskajcie się, on taki sam jak cała jego rodzina: wszystkie nitki w suknie porachuje, jeśli zajdzie potrzeba”.
Zbliżywszy się, William przeniósł spojrzenie z kontrolera na twarz towarzyszącej mu córki. Alan posiwiał nieco bardziej niż jego brat. Wychudłe oblicze miał szlachetne, a zarazem surowe, oczy zaś ciemne i przenikliwe. Alicia, jego pięknolica szesnastoletnia córka o orzechowych oczach, przyglądała się Williamowi z zaciekawieniem. Często przechadzała się z uwielbianym ojcem po targowisku, które znała na wylot.
Kontroler powtórzył pytanie:
– To twoje tkaniny?
Skinął głową.
– Za wąskie o sześć milimetrów.
Któż by przypuszczał, że to dostrzeże? Oszukując klientów na tej ledwie zauważalnej różnicy w szerokości płótna, zapewniał sobie skromny zysk, nawet przy obniżonej cenie. Nie powinien był zostawiać wózka w miejscu, gdzie mógł go wypatrzyć przenikliwy wzrok Le Portiera.
– Uiścisz grzywnę, rzecz jasna – oznajmił rzeczowo kontroler. – I radziłbym zabrać to z powrotem do Wilton. Tutaj nie możesz tego sprzedawać.
William zwiesił głowę z rezygnacją. Mogło być gorzej – kontroler mógł skonfiskować towar. Tak czy inaczej, trudno będzie teraz znaleźć kupca na te tkaniny. A przecież był to efekt dwumiesięcznej pracy. Bez słowa sprzeciwu chwycił za długie dyszle wózka i zaczął go z mozołem ciągnąć. Oddalając się, usłyszał jeszcze, jak Le Portier zwraca się do córki:
– Lepiej mieć tę rodzinę na oku.
William przeklął ich wszystkich pod nosem.
Zebranie, które tak bardzo interesowało młodego Osmunda, odbyło się tego ranka nad brzegiem Avonu, niespełna kilometr na południe od wioski Avonsford.
Dwa wspaniałe konie i wóz czekały przy ścieżce biegnącej powyżej rzeki. Trzy metry dalej grupka złożona z dwóch mężczyzn i chłopca rozmawiała przyciszonymi głosami, a niżej, tuż nad wodą, samotna postać odziana w długą czarną opończę z kapturem przechadzała się w zamyśleniu wzdłuż brzegu, tam i z powrotem. Pozostała trójka co jakiś czas rzucała w jej stronę niespokojne spojrzenia.
Jocelin de Godefroi, Edward Shockley i jego osiemnastoletni syn Peter oczekiwali na decyzję człowieka w kapturze.
„Jeżeli zgodzi się dzisiaj na to, o co go poprosimy – rzekł Edward do syna, jeszcze zanim przybyli nad rzekę – będzie to najważniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek uczyniłem. Przyniesie nam fortunę”.
I teraz czekali na osąd zakapturzonej postaci, a Shockley z ledwością panował nad emocjami.
Rodzina osiągnęła umiarkowanie powodzenie. Utrzymali gospodarstwo w Shockley, którego nazwa stała się z czasem ich nazwiskiem rodowym, ale jeszcze jako młody człowiek Edward objął także dom w nowym mieście, gdzie założył niewielki, lecz dochodowy warsztat. Wyposażył go w trzy duże krosna i zatrudnił tkaczy do wyrobu tkanin. Czasy to były pracowite. Rodzina zyskała sobie zaufanie i powszechną sympatię. Edward Shockley, mężczyzna postawny i szorstki, został członkiem cechu kupieckiego nowego miasta, a w 1240 roku cieszył się już pozycją godnego szacunku mieszczanina. Gospodarstwem Shockleyów zarządzał na co dzień pańszczyźniak pełniący funkcję rządcy.
Jocelin de Godefroi był spokojniejszy.
Od fatalnych rządów Stefana los sprzyjał jego rodzinie. Choć w czasach anarchii Edward z Salisbury i jego brat opowiadali się po stronie cesarzowej, przeciwko królowi, to kiedy Stefan ostatecznie zatriumfował, zachowali swoje wpływy, a ich młodszy stronnik Godefroi także nie poniósł żadnej szkody. Co więcej, za panowania Henryka II i Ryszarda rodzina nie tylko się wzbogaciła, lecz także okryła chwałą, gdyż wielki Ranulf de Godefroi walczył u boku Ryszarda Lwie Serce w trzeciej krucjacie do Ziemi Świętej. Wspaniały grobowiec w niewielkim kościele w Avonsford zdobił posąg Ranulfa leżącego z mieczem u boku, szerokim krzyżem na piersi i skrzyżowanymi nogami, w tradycyjnej pozie zmarłego rycerza krzyżowego. Mała cynowa odznaka, którą nabył od mnichów w Ziemi Świętej na pamiątkę swojej pielgrzymki, została wkomponowana w zewnętrzną krawędź kościelnego dzwonu. Rodzina Godefroich zyskała sobie poważanie w całej okolicy. Otrzymała też drugą posiadłość w Sarum, którą dzierżawiła bezpośrednio od króla, a że ostatnio król powoływał pomniejszych szlachciców na urzędy, pojawiła się plotka, że ktoś tak znamienity jak Jocelin de Godefroi mógłby zostać wezwany do pełnienia funkcji szeryfa.
Ale pod jednym istotnym względem Jocelin bardzo się różnił od swoich przodków: chociaż posiadał dwa majątki, miał tylko jeden dom, a była nim Anglia.
Taki stan rzeczy był zjawiskiem nowym. Przez pierwsze sto pięćdziesiąt lat po inwazji wielu Normanów i Bretończyków miało posiadłości zarówno w Anglii, jak i po drugiej stronie Kanału, a gdyby ich spytać, który kraj uważają za dom, niejeden nie byłby w stanie odpowiedzieć. Gdy jednak król Jan wskutek wojennych porażek stracił Normandię na rzecz króla Francji, właściciele majątków w obu regionach musieli wybierać – zrzec się angielskich ziem i złożyć hołd królowi Francji lub vice versa. Rodzina Godefroich z Avonsford wybrała Anglię. Poniesiona strata nie była dotkliwa. Obaj monarchowie, sami będący panami feudalnymi, dla których idea rodziny nadal była znacznie ważniejsza niż mglisty koncept taki jak naród, dali swoim wasalom czas na uporządkowanie spraw majątkowych, więc posiadłości Godefroich w Normandii zostały sprzedane na zadowalających warunkach i bez zbędnego pośpiechu. Jednak w wyniku takiego obrotu spraw Jocelin był pierwszym z rodu, dla którego drugi kraj nigdy nie był domem i który, zapytany o swoją tożsamość, nie odparłby „Norman”, lecz „Anglik”.
Był to mężczyzna średniego wzrostu, o nienagannej postawie. W przeciwieństwie do swoich przodków z czasów króla Stefana był gładko ogolony, a włosy, już nierozdzielone przedziałkiem, miał przycięte w grzywkę na czole i starannie podwinięte za pomocą nagrzanych szczypców pod uszy, co w połączeniu z subtelnymi rysami twarzy i orlim nosem nadawało mu wygląd intelektualisty. Nosił długą lnianą szatę cotte, sięgającą do kostek, a na niej surcot podszyty lisim futrem. Miękkie skórzane buty zapinane wokół kostek były haftowane srebrną nitką na długich czubkach, a w ręku trzymał filcową czapkę o trójkątnym kształcie. Na złotym łańcuchu wokół szyi wisiały dwa małe amulety upamiętniające jego dwie pielgrzymki: tę do Santiago de Compostela w Hiszpanii i drugą, do sanktuarium św. Tomasza Becketa, zamordowanego po kłótni z Henrykiem II w Canterbury, zaledwie przed siedemdziesięciu laty. Przy uździe jego konia wisiały dwie maleńkie szmaragdowe tarcze o średnicy dwóch i pół centymetra, ozdobione herbem – białym łabędziem na czerwonym tle.
Nie było w Sarum rodu bardziej oddanego idei rycerskości niż Godefroiowie. Kiedy pod koniec ubiegłego stulecia ów niefrasobliwy wzór rycerskości Ryszard I zaczął organizować turnieje rycerskie na rozległych polach między starym zamkiem Sarisberie a miastem Wilton, żaden rycerz nie wspierał tych zawodów z większym zapałem niż stary Ranulf de Godefroi. Jego syn, a teraz i wnuk, należeli do najznamienitszych patronów i organizatorów tychże rycerskich festynów.
Jednakże Jocelin miał także smykałkę do interesów, a dzisiejsze spotkanie dotyczyło przedsięwzięcia doniosłej wagi, toteż i on bacznie przyglądał się zakapturzonemu mężczyźnie, który wreszcie ruszył zboczem, zmierzając w ich stronę.
Po chwili dotarł do celu. Cóż postanowił?
Był to człowiek postawny, o mocnej budowie, z lekką skłonnością do tuszy, a jego ciężki krok znaczył ślady na miękkiej darni. Stanął przy nich i zsunął kaptur, odsłaniając kopulastą, łysiejącą głowę o siwiejących skroniach i twarz z orlim nosem, ustach stanowczych, ale uprzejmych, oraz szeroko rozstawionych niebieskich oczach pełnych humoru i inteligencji. Miał trzydzieści lat, ale był już doświadczonym człowiekiem interesów.
– Prąd jest silny, grunt – solidny. – Uśmiechnął się. – Otrzymacie pożyczkę.
Mówił po francusku, gdyż zwracał się do Godefroia, i zarówno ten fakt, jak i jego kosztowna opończa oraz wspaniały koń, który najwyraźniej należał do niego, wskazywały, że jest członkiem normańskiej klasy rządzącej. Jego strój odznaczał się jednak pewnym osobliwym szczegółem: otóż na piersi miał on naszyty podwójny prostokąt białego płótna, o wymiarach około pięciu na siedem i pół centymetra – była to tak zwana tabula, znak symbolizujący dwie kamienne tablice z Dziesięcioma Przykazaniami. Aaron z Wilton był bowiem Żydem.
Żydzi w Anglii przynależeli do króla. Przybyli głównie z północnej Francji, a zarówno Wilhelm Zdobywca, jak i jego synowie Rufus i Henryk zachęcali ich do osiedlania się w tym nowym królestwie. Co prawda wzbroniono im posiadania ziemi i prowadzenia zwykłego handlu, zyskali jednak szczególny przywilej królewskiej protekcji w normańskim systemie feudalnym jako finansiści i pożyczkodawcy. Nie tylko Żydzi pełnili tę nieodzowną funkcję. Zarówno włoscy kupcy, jak i najpobożniejszy zakon templariuszy, którego sieć obejmowała wiele ziem chrześcijańskiego świata, również trudnili się pożyczaniem pieniędzy. Jednakże w Anglii to właśnie Żydzi stanowili najważniejsze oparcie finansowe w czasach, kiedy potrzeba gotówki na pokrycie kosztów królewskich krucjat, zagranicznych wojen i najemników gwałtownie rosła, a rozwijająca się gospodarka wyspy nie dysponowała inną instytucją feudalnego ładu zdolną dostarczyć niezbędnego kapitału. Mówiący po francusku, często wykształceni, a na pewno niezbędni królowi i magnatom, ich przywódcy – chociaż formalnie poza feudalną kastą – byli bliżsi arystokracji niż jakakolwiek inna grupa społeczna, nie licząc biskupów i wyższych dostojników kościelnych. Przez niemal stulecie ich relacje z samym Kościołem – którego biskupi często potrzebowali funduszy na wznoszenie wspaniałych katedr, a klasztory rychło uległy pokusie zaciągania pożyczek pod zastaw produkowanej w ogromnych ilościach wełny – pozostawały zazwyczaj przyjazne.
Społeczność żydowska prosperowała, mimo kilku lokalnych wystąpień przeciwko niej, także w XII wieku, podczas długiego panowania Henryka II. Żydzi stali się królewskimi pośrednikami finansowymi, udzielając władcy pożyczek zabezpieczonych jego przyszłymi dochodami, które szeryfowie ściągali ze swoich hrabstw. Takie pożyczki stanowiły zalążek bardziej złożonych form kredytowania państwa znanych z późniejszych stuleci. Żydzi mogli nawet zostać bezpośrednimi dzierżawcami królewskich dóbr i użytkować ziemię, która formalnie wciąż należała do króla. Zgodnie z prawem majątek każdego Żyda, po jego śmierci, wracał do korony, jednak w praktyce rzadko z tego przywileju korzystano, ponieważ niszczenie własnych tak bardzo użytecznych dla króla bankierów nie miało żadnego sensu. A użyteczni byli z całą pewnością. U schyłku XII wieku król zaczął pozyskiwać środki od społeczności żydowskiej, wprowadziwszy system arbitralnych danin, zwanych tallages, które mógł nakładać według własnej woli. I choć żądania Henryka II były umiarkowane, to w ostatnich latach swego długiego panowania około jednej siódmej całkowitych rocznych dochodów królestwa pochodziło właśnie od społeczności żydowskiej.
„Może i jesteśmy użyteczni – przestrzegał Aarona ojciec. – Lecz nie łudź się, że możemy czuć się bezpiecznie”.
Jego ostrożność była uzasadniona. Krzyżowcy rozpalili powszechną nienawiść do wszystkich, których można było określić mianem niewiernych, zaś w Anglii przygotowania do krucjaty króla Ryszarda stały się zarzewiem nowej fali antyżydowskich zamieszek, które wybuchały w niektórych miastach. Kulminacją tych wydarzeń była straszliwa tragedia w Yorku, gdzie stu pięćdziesięciu Żydów uwięzionych w zamku, w którym szukali schronienia, odebrało sobie życie, aby uniknąć znacznie gorszego losu z rąk uzbrojonego rozjuszonego tłumu. Te niepokoje zostały jednak wkrótce stłumione przez samego Ryszarda i społeczność żydowska odzyskała względne bezpieczeństwo pod królewską opieką.
Jednak wysokość tallages nieustannie rosła. Gdy wracający z Ziemi Świętej król Ryszard został pojmany dla okupu, niewielką społeczność żydowską obciążono podatkiem wynoszącym pięć tysięcy marek – trzykrotnie wyższym niż suma przekazana przez mieszczan z potężnego handlowego miasta Londynu. Za panowania następcy Ryszarda, króla Jana, wiecznie zmagającego się z brakiem pieniędzy, podatki osiągnęły jeszcze wyższy poziom.
Co ciekawe, stanowisko króla w tej sprawie zdawało się nad wyraz osobliwe. Oto bowiem Kościół, pomimo działalności własnych przedstawicieli, coraz dobitniej potępiał praktykę pożyczania pieniędzy na procent, którą określał mianem lichwy, zaś król Anglii, który głośno tę doktrynę popierał, po cichu stale podnosił tallages i czerpał największe zyski z żydowskiego systemu finansowego, który w istocie chronił i podtrzymywał. W rezultacie największym lichwiarzem w całym królestwie był zatem sam król.
Mimo swych niewątpliwych wad system ten był z pewnością dobrze zorganizowany. Dla społeczności żydowskiej ustanowiono oddzielny sąd lokalny i skarbowy, a w wielu miastach powstały archiwa, w których przechowywano oficjalne rejestry wszelkich transakcji pożyczkowych. Dokumenty te, zwane chirografami, trzymano w „arkach”, czyli wielkich skrzyniach przeznaczonych do tego celu. Jednym z takich miast było Wilton, słynące ze znamienitej społeczności żydowskiej, zaś Aaron należał do jej najbardziej poważanych członków.
Minęło sto lat, odkąd jego rodzina zawitała w te strony, a on dobrze znał zarówno Godefroia, jak i Shockleya. Jego dziadek, w lepszych czasach, zwykł toczyć długie i przyjazne dysputy z wielmożnym Ranulfem Godefroiem, a ojciec wsparł niegdyś Edwarda Shockleya niewielką pożyczką, gdy ten stawiał pierwsze kroki w interesach w Nowym Salisbury. Naturalną więc rzeczy koleją to u niego obie rodziny szukały teraz pomocy przy tym nowym, znacznie ambitniejszym przedsięwzięciu.
Aaron zwrócił się następnie do Shockleya:
– Mam jedno pytanie – rzekł poważnym tonem. – Masz już w mieście gospodarstwo i tkaczy. Kto zatem będzie nadzorował na co dzień ten nowy zakład?
Edward wskazał na Petera.
– Mój syn.
Niebieskie oczy Aarona spoczęły na Peterze Shockleyu. Lubił tego młodzieńca, znał go od dziecka; był dość zrównoważony, ale Aaron wyczuwał w nim pewną impulsywność, która nieco go niepokoiła.
– Dobrze. Ale on jest młody – powiedział. – Musisz mieć na niego baczenie.
Ruszył w kierunku swego konia.
Czy to możliwe, że zapomniał o najważniejszym z warunków? Godefroi i Shockley spojrzeli po sobie.
– Aaronie. – Edward Shockley zatrzymał go. – Nie powiedziałeś… – zawahał się nerwowo – na jaki procent.
Żyd posłał mu uśmiech.
– Czyżby mi to umknęło? Cóż za nieuwaga. Powiedzmy, że na zwykły?
Obaj mężczyźni odetchnęli z wyraźną ulgą. Było lepiej, niż mogli się spodziewać.
W rozkwitającej gospodarce XIII wieku, gdy płynny kapitał był wysoce pożądany, a jego zasoby wciąż pozostawały ograniczone, nawet zwykłe stopy procentowe osiągały wygórowane wartości. Zwyczajowa stopa wynosiła od jednego do dwóch pensów od funta na tydzień, co w skali rocznej dawało od dwudziestu jeden do czterdziestu trzech procent. Jednak wysokie tallages nałożone na społeczność pożyczkodawców często powodowały wzrost stóp procentowych, a chociaż król oficjalnie ich zakazywał, stopy rzędu sześćdziesięciu czy osiemdziesięciu procent nie należały do rzadkości. Tak wysoki koszt kapitału nie dotyczył wyłącznie pożyczek zaciąganych u Żydów. Chrześcijańscy kupcy z Cahors często wystawiali weksel na kwotę przewyższającą wartość pożyczki o połowę, z terminem spłaty przypadającym na koniec bieżącego roku – co w praktyce oznaczało naliczanie pięćdziesięcioprocentowych odsetek za okres, który mógł wynosić zaledwie kilka miesięcy. Mimo to interesy kwitły, a zarówno właściciele ziemscy, jak i kupcy godzili się na te szokujące warunki. Aaron jednakże wspierał przedsięwzięcia Shockleyów i Godefroich od wielu lat, a zwykła stawka, do której się odwoływał, wynosiła stosunkowo skromne dwadzieścia pięć procent.
Cała grupka zaczęła się zbierać do odjazdu: Aaron i Godefroi dosiedli koni, a Shockley z synem zajęli miejsca w swoim wozie. Jako że wszyscy mieli sprawy do załatwienia w nowym mieście, więc ruszyli razem, niespiesznie, zieloną doliną Avonu.
Po chwili Edward Shockley zwrócił się do syna cichym szeptem:
– Zaczniemy budowę niezwłocznie. – A potem dodał, nie po raz pierwszy: – Ten młyn przyniesie nam fortunę.
Peter skinął głową. Co za wspaniałe przedsięwzięcie. To on będzie nim zarządzał, a potem – potem z pewnością poślubi Alicię. Na tę myśl uśmiechnął się pełen nadziei. Le Portier nie śmie odmówić młodzieńcowi z młynem.
Młyn, w który inwestowali Godefroi i Shockleyowie, nie miał nic wspólnego z mieleniem zboża. Był to folusz do obróbki tkanin – symbol ówczesnej epoki.
Proces wytwarzania tkanin zmienił się od najdawniejszych czasów bardzo niewiele. Najpierw strzyżono owce i zbierano wełnę; potem ją czesano, czyli drapano ostem, aby rozprostować i rozluźnić włókna, następnie zaś ją prano i suszono, żeby usunąć nadmiar tłuszczu. Później surową wełnę przędzono – rozciągano i skręcano w nić za pomocą wrzeciona. Był to mozolny proces wykonywany ręcznie, ponieważ nie wynaleziono jeszcze kołowrotka. Dopiero wówczas można było przystąpić do samego tkania.
Od dwóch tysięcy lat budowa krosien, na których wytwarzano tkaninę, pozostawała niezwykle prosta: ich podstawę stanowiła wysoka belka poprzeczna, na której zawieszano i obciążano długie nici przędzy (osnowę), zaś krótsze (wątek) przewlekano pomiędzy nimi i dociskano bidłem. Ten prosty zabieg – przewlekanie wątku zgodnie ze starannie zaprojektowanym wzorem – powtarzano tysiąckrotnie i powoli, centymetr po centymetrze, na krosnach pojawiał się surowy materiał. Proces ten trwał do chwili, kiedy kończyły się długie nici osnowy, co oznaczało zakończenie pracy nad daną połacią tkaniny.
Były to krosna pionowe. Jednak niedawno wprowadzono do użytku znacznie lepsze urządzenie, w którym osnowę mocowano poziomo na ramie i nawijano na obracający się wał, co pozwalało wytwarzać tkaninę o nieograniczonej długości. Co więcej, teraz z łatwością można było wytwarzać ją w szerokich pasach, a to dzięki współpracy dwóch tkaczy siedzących naprzeciwko siebie po obu stronach krosien i przekazujących sobie wątek. Były to podwójne krosna poziome, które zrewolucjonizowały rzemiosło tekstylne w średniowieczu – i to właśnie takie urządzenia posiadał Shockley.
Jednak świeżo utkana tkanina z krosien była jeszcze niezdatna do użytku. Włókna wciąż były stosunkowo luźne, a wełna zawierała brud i zanieczyszczenia. Kolejnym istotnym etapem było folowanie: proces ten polegał na deptaniu surowego materiału w kadziach wypełnionych wodą z dodatkiem detergentu, którym zazwyczaj była sfermentowana uryna. Folusznicy, depcząc tkaninę w kadziach, z których unosiła się ostra woń amoniaku, sprawiali, że materiał się kurczył i zagęszczał, a wszelkie pozostałe zabrudzenia rozluźniały się i oddzielały od włókien wełny. Po zakończeniu folowania tkaninę dokładnie płukano, żeby usunąć drażniący zapach, a następnie, gdy była jeszcze wilgotna, unoszono jej włosie za pomocą ostu i równo przycinano nożycami. Na koniec rozwieszano ją na rozciągarkach i zostawiano do wyschnięcia.
Cały ten proces był żmudny i czasochłonny – często trwał nawet dwadzieścia godzin i przebiegał w wysokiej temperaturze – a wymagał też nie lada wysiłku. Im cięższa była tkanina, tym intensywniej trzeba ją było folować. Na przykład w przypadku grubego filcu materiał był tak mocno spilśniany, że pierwotny splot stawał się niewidoczny.
To właśnie w tym okresie dziejów wyspy zaszły dwie inne istotne zmiany w handlu wełną. Pierwszą był stopniowy wzrost wytwórstwa tkanin. Z upływem dekad, mimo że większość tkanin nadal sprowadzano z Flandrii i Włoch, wyroby angielskie również zaczęły zdobywać coraz większe uznanie. Drugim przełomem było wynalezienie mechanicznego foluszu.
I to właśnie możliwości tej ogromnej nowoczesnej machiny wzbudziły u Edwarda Shockleya tak wielką ekscytację.
„Widzisz – objaśniał Godefroiowi – to działa tak samo jak młyn zbożowy: nurt rzeczny wprawia w ruch koło wodne, ale zamiast kamieni młyńskich, są tu dwa ogromne drewniane młoty na zapadce, które bez przerwy uderzają w tkaninę. To urządzenie może zastąpić i dziesięciu foluszników, a im cięższy materiał, tym ta machina jest skuteczniejsza”.
Folusze mechaniczne zaczęły pojawiać się w wielu miejscach, zwłaszcza w zachodniej części wyspy. Choć często wzbudzały opór wśród miejscowych foluszników, obawiających się, że staną się one konkurencją dla ich tradycyjnych metod, okazały się znacznie efektywniejszym sposobem obróbki ciężkich tkanin. Wyglądem urządzenia te przypominały młyny zbożowe, a jedynymi różnicami, jakie dało się dostrzec, były odgłosy rytmicznych uderzeń ciężkich drewnianych młotów i ostra woń amoniaku. Biskup z Winchesteru już wcześniej kazał wznieść taki folusz na terenie swojej pobliskiej posiadłości w Downton.
„Co roku wytwarza się więcej tkanin – argumentował Shockley. – A jeśli będziemy mieć sprawny folusz, to zwiększony popyt przyniesie nam wielkie korzyści”.
Do osiągnięcia celu potrzebował jedynie działki ziemi nad rzeką, w miejscu, gdzie można by taki folusz łatwo postawić, oraz sponsora posiadającego wystarczające zasoby kapitałowe, żeby sfinansować tę budowę albo poręczyć za potrzebne na nią środki. Oczywiście zwrócił się w tej sprawie do Godefroia.
Na mocy zawartej umowy Godefroi miał pożyczyć pieniądze od Aarona i wybudować folusz na terenie nowego majątku, którym jako wasal królewski miał prawo zarządzać według własnego uznania, bez konieczności uzyskiwania zgody jakiegokolwiek zwierzchnika ziemskiego. Shockley zaś, jako przedsiębiorca, zobowiązywał się do oddawania mu połowy dochodów od przywożących tkaniny spoza majątków Godefroia, a także cały dochód od wszystkich dzierżawców i chłopów pańszczyźnianych rycerza, którzy – jako mu podlegli – byliby obowiązani do korzystania wyłącznie z jego foluszu. Zatem Godefroi, zaciągając pożyczkę pod zastaw swoich rozległych włości, w istocie zyskałby cenny atut dla swego majątku, zaś jego wasale i chłopi byliby zmuszeni, pośrednio, do pomnażania jego dochodów. Było to typowe dla tamtej epoki połączenie kapitalizmu z feudalizmem.
Konstrukcja samego budynku nie była skomplikowana, wymagała jednak solidnej pracy mularskiej i stolarskiej.
– Kto zajmie się murowaniem? – zapytał Aaron, jadący obok Godefroia.
– Mamy młodzieńca z mojego majątku – odpowiedział rycerz – który obecnie pracuje w mieście. Z tego, co widziałem, zna się na swoim rzemiośle. Nazywa się Osmund.
Aaron skinął głową z uśmiechem.
– Będzie tańszy niż godny zaufania mistrz mularski – zauważył.
– Otóż to – przytaknął Godefroi.
Gdy pół godziny później William atte Brigge ujrzał nadjeżdżający ulicą niewielki orszak złożony z Godefroia, Aarona z Wilton i znienawidzonych Shockleyów, natychmiast poczuł instynktowną niechęć. Kiedy tamci się zatrzymali, a Godefroi odłączył się od grupki, by rozmówić się z jakimś kupcem, William czym prędzej przeciął ulicę i zbliżył się chyłkiem do Aarona. Żaden z mężczyzn nie darzył drugiego sympatią, lecz jako sąsiedzi w Wilton obaj zachowywali względem siebie chłodną uprzejmość.
– Cóż nowego? – zagadnął William. – Godefroi i Shockleyowie dopraszają się pieniędzy? – Aaron nie odpowiedział. – Wpadli w kłopoty? – rzucił z nadzieją.
– Bynajmniej. To, jak sądzę, bardzo dobra inwestycja. – Pokrótce nakreślił plan budowy foluszu. – Już wcześniej wsparłem finansowo dwa inne młyny na zachodzie – dodał spokojnie.
Twarz Williama się zachmurzyła. Błyskawicznie połączył fakty. Krosno żony i jego owce, źródło tych lichych tkanin, które sprzedawał, znajdowały się na ziemiach Godefroia, a to mogło znaczyć tylko jedno. Jego podejrzenia potwierdziły się chwilę później, gdy wyrósł za nim koń w zdobionym emalią rynsztunku, a siedzący w siodle rycerz Godefroi spojrzał na kupca z nietajoną pogardą.
– Czy rodzina twojej żony nie trudni się tkactwem na moich ziemiach? – zapytał oschle.
William skinął głową.
– Dobrze. Wkrótce będą folować te tkaniny w moim foluszu. – Trącił boki konia, który ruszył naprzód, a wóz z Shockleyami potoczył się za nim. William usłyszał śmiech, ale nie wiedział czyj. I nie podniósł wzroku, żeby to sprawdzić.
Zatem tkanina, którą do tej pory tanio folował w Wilton, tkanina z wełny jego własnych owiec, teraz będzie trafiała do foluszu prowadzonego przez tych przeklętych Shockleyów. A on będzie musiał płacić im i Godefroiowi za doprowadzenie go do ruiny. I nie mógł nic, absolutnie nic na to poradzić.
W porywie furii chwycił swój wózek i pociągnął go za sobą, lecz z każdym krokiem nagromadzone przez cały dzień upokorzenia coraz bardziej w nim nabrzmiewały, aż nie mógł dłużej tego znieść. Nagle się zatrzymał.
– Do diabła z biskupem i jego mostem! Do diabła z tym kontrolerem! Do diabła z tym Żydem i Shockleyami! – ryknął. Chwycił bele wadliwego sukna i cisnął je na zakurzoną drogę, a potem odwrócił się i nie zważając na bezlitosny skwar, ruszył w stronę Wilton.
Ponieważ Aaron zatrzymał się na chwilę na rynku, to Godefroi i dwóch Shockleyów jako pierwsi stanęli twarzą w twarz z kanonikiem. A ponieważ rycerz nie wiedział nic o tym, co zaszło tego ranka między Portehorsem a Osmundem, nie przeczuwał niczego złego, kiedy ściągnąwszy wodze swojego konia, skinął na chłopca, nakazując mu podejść.
Nim jednak Osmund zdążył podnieść się z rowu, w którym klęczał, ksiądz zdecydowanym gestem odepchnął go na bok i ruszył gniewnie w stronę rycerza.
– Czego chcesz od tego młodzieńca?
Godefroi zmierzył go spokojnym wzrokiem z wyżyn swego wierzchowca.
– Pragnę zamienić z nim słowo. To mój poddany.
– Jest zajęty.
Godefroi uprzejmie skłonił głowę.
– Zabiorę mu tylko chwilę, kanoniku Portehors.
Ale Portehors ani myślał ustąpić.
– Jeśli twoim zamiarem jest odwieść go od pracy, którą wykonuje tutaj, to stanowczo zabraniam.
Godefroi zesztywniał. Ksiądz nie miał żadnej władzy nad tym chłopcem, natomiast on, jako feudalny pan Osmunda, miał pełne prawo decydować o jego losie.
– Byłbym zobowiązany, gdybyś się nie mieszał – rzucił ostro.
Portehors ani drgnął. Rycerz, ignorując go więc, zwrócił się bezpośrednio do Osmunda.
– Jutro rozpoczniesz pracę przy foluszu – rzekł uprzejmie. – Staw się o świcie.
Godefroi już miał się odwrócić i odejść.
Nie zamierzał wdawać się w dysputy z Portehorsem i uważał, że sprawa jest zakończona.
Jednak kanonik widział to inaczej.
– On pracuje na chwałę Kościoła – oznajmił z naciskiem.
Ani rycerzowi, ani kanonikowi, rzecz jasna, nawet w głowie nie postało, żeby o rozstrzygnięcie tej sprawy zwrócić się do samego chłopca, choć teoretycznie Osmund miał prawo decydować, jak spożytkować dni, w których nie był zobowiązany do pracy na rzecz swego feudalnego pana. Dla Portehorsa sprawa była zbyt istotna, by brać pod uwagę życzenia Osmunda, gdyż teraz w grę wchodziła kwestia zasad.
Jednak na ostatnią uwagę kanonika Godefroi zmarszczył brwi ze zdziwieniem.
– Ależ on kopie uliczne rowy. – Wskazał na niedokończony kanał wodny.
Portehors wahał się tylko przez chwilę.
– Jutro zaczyna pracę przy katedrze. – Zdecydowany postawić na swoim, kanonik właśnie odmienił los Osmunda.
Godefroi był w rozterce. Choć miał pełne prawo korzystać ze służby chłopca, w zwykłych okolicznościach nie poważyłby się pozbawić katedry jednego z jej robotników. Czuł jednak, że Portehors nagina fakty, i zirytowała go ta próba manipulacji.
– Będzie pracował dla mnie – oświadczył stanowczo.
Jednak Portehors, teraz już rozsierdzony, uparł się przy swoim. Zmarszczył brwi i się zjeżył.
– Nie znieważaj Kościoła Bożego! – zawołał. – Albo pójdę do biskupa, a on zwróci się do samego króla!
– To niedorzeczne – stwierdził rozsądnie rycerz, ale w jego oczach nagle pojawiła się czujność. Portehors ją dostrzegł i już nie ustąpił.
Choć cała ta sytuacja zakrawała na absurd, Godefroi słusznie zachował ostrożność: kanonik Portehors i jego Kościół mogli być niebezpieczni.
Było po temu kilka powodów: jednym z nich był król Henryk III. Odkąd przed dwudziestoma laty zasiadł na tronie jako chłopiec, pobożny Henryk świadomie wzorował się na ostatnim królu starej saskiej dynastii, Świętym Edwardzie Wyznawcy. Jego zamiłowanie do ceremonii i budowy kościołów sprawiało, że często wyruszał ze swej rezydencji myśliwskiej w pobliskim lesie Clarendon, aby nadzorować postępy przy wznoszeniu nowej katedry, i łatwo wpadał w gniew, kiedy ktoś próbował przeszkodzić w realizacji tego przedsięwzięcia.
Nie chodziło jednak wyłącznie o królewską religijność. Polityczna walka o dominację między Kościołem a państwem trwała już od dawna. Zaczęła się, kiedy Wilhelm II Rudy pokłócił się ze świętym arcybiskupem Anzelmem, a jej punktem kulminacyjnym stał się konflikt, który poróżnił Henryka II z nieustępliwym Tomaszem Becketem, a w rezultacie doprowadził do zamordowania tego arcybiskupa przed ołtarzem katedry w Canterbury.
Jedno pokolenie później spór wybuchł ponownie – pod pewnymi względami jeszcze poważniejszy – kiedy król Jan odmówił uznania papieskiej nominacji Stephena Langtona na arcybiskupa, a w odpowiedzi Papież Innocenty III nałożył na całe królestwo interdykt. Przez sześć długich lat wszystkie nabożeństwa, nawet chrześcijańskie pochówki, były wzbronione, co dla bogobojnych ludzi, takich jak Godefroi, było nie do zniesienia.
W odwecie Jan skonfiskował dobra kościelne i przywłaszczył sobie płynące z nich dochody, a wówczas Innocenty obłożył go ekskomuniką, zwalniając tym samym wszystkich jego wasali ze złożonych królowi przysiąg wierności. Posunął się nawet do gróźb detronizacji władcy. Innocenty był bowiem człowiekiem, którego nie można było lekceważyć. Wreszcie, w obliczu widma francuskiej inwazji z błogosławieństwem papieża, Jan postanowił się ugiąć – zrzekł się królestwa na rzecz papieża, a następnie odzyskał je jako jego wasal. Kościół triumfował: nowy arcybiskup objął urząd, a prymat Kościoła nawet nad koronowanymi głowami wydawał się ugruntowany. Takiej władzy nie należało lekceważyć i Godefroi miał wszelkie powody, żeby się jej obawiać.
Zwycięstwo polityczne miało charakter formalny. Znacznie ważniejszy dla każdego mieszkańca Anglii był fakt, że Kościół i państwo nie mogą bez siebie istnieć: król potrzebował moralnego autorytetu Kościoła, a Kościół, posiadający rozległe ziemie, potrzebował ochrony ze strony króla i ludzi świeckich. W Anglii po interdykcie zrodził się nowy duch współpracy, który przyniósł państwu wielkie korzyści. Gdy katastrofalne rządy króla Jana w końcu doprowadziły do buntu wielu jego baronów i do spisania Wielkiej Karty Swobód, to właśnie Stephen Langton, arcybiskup, którego nominacji Jan się sprzeciwiał, doradzał baronom umiarkowanie i to on ostatecznie sporządził akt zawierający zapisy tak roztropne i dalekowzroczne, a przy tym chroniące nawet prostych ludzi, że przez wiele pokoleń zarówno królowie, jak i magnaci kierowali się zawartą w nim mądrością. Odtąd to Kościół wspierał w równym stopniu królów i lud Anglii przeciwko żądnym władzy feudałom, a jego autorytet moralny skutecznie zapobiegał powrotowi do chaosu rządów Stefana.
Nie byłoby to możliwe, gdyby sami biskupi nie byli znaczącymi dostojnikami albo brakowałoby im przychylności wobec państwa. Czasem ich kandydatury wysuwał Kościół angielski lub papież, a czasem byli to słudzy królewscy, niemniej obecnie na wyspie zapanowała era praktycznego kompromisu. Zwierzchnicy Kościoła byli zazwyczaj wyłaniani na drodze wzajemnego porozumienia, a spory między Kościołem i władzami świeckimi rozstrzygano w sądach. W przeciwieństwie do burzliwych czasów, w których biskup Roger wznosił swoje warowne zamki, biskupi Salisbury w ostatnich pokoleniach jawili się jako mężowie godni i wybitni, stąd też ludzie pokroju Godefroia darzyli obecnego biskupa Binghama wielkim szacunkiem. Salisbury, w którym dostojna katedra sąsiadowała z gwarnym miastem targowym, odzwierciedlało ducha współpracy nowej epoki.
Dlatego kiedy kanonik odwołał się do autorytetu Kościoła, rycerz zawahał się powodowany nie tylko ostrożnością, lecz także szczerą estymą.
Mimo to nadal nie zamierzał ustąpić.
Tymczasem zebrała się grupka ciekawskich.
Ze swego miejsca przy rowie Osmund spoglądał na obu mężczyzn i nie potrafił zdecydować, któremu z nich życzyć zwycięstwa.
Nagle zauważył ledwo widoczne drgnienie brwi kanonika – znał ten ruch aż nazbyt dobrze. Oznaczał on, że szykuje się nowy atak, i to z innej flanki. Patrzył na to jak urzeczony.
Portehors nie był bowiem jedynie surowym służbistą. Uosabiał nową, dynamiczną i wpływową siłę.
W ostatnich latach w Kościele angielskim narodził się nowy nurt, którego przywódcą był wymagający i uczony Grosseteste, biskup Lincoln. Jego zwolennicy przypominali swoim współbraciom, że podstawowym obowiązkiem Kościoła jest troska o zbawienie dusz i że nic nie może zakłócać wypełniania tej misji. Zadaniem biskupów i archidiakonów było czuwanie nad stanem moralnym i duchowym nie tylko każdego księdza w diecezji, lecz także osób świeckich.
„Nie jestem przeciwny głoszonym przez Grosseteste’a ideom – wyznał Godefroi siwowłosemu Binghamowi. – Rzecz w tym, że on rozzuchwala duchownych o ciasnych umysłach, którzy stają się przez to istnym utrapieniem”.
Ta purytańska frakcja starego Kościoła rzymskiego rzeczywiście mogła drażnić życzliwie usposobionych świeckich, takich jak rycerz. Jednak w odpowiedzi Bingham tylko uśmiechnął się łagodnie. Zbyt dobrze znał życie, by opowiadać się po którejkolwiek ze stron w sporach o reformy.
Niemniej do grona najbardziej ograniczonych i dogmatycznych duchownych obaj mężczyźni niewątpliwie zaliczyliby właśnie Portehorsa.
Bowiem w pojęciu kanonika, skoro Chrystus przyszedł na ziemię przynieść miecz, religia miała stać się narzędziem ostrym jak nóż.
Wpatrując się teraz w rycerza przed sobą, poczuł, że może zwyciężyć, i przeniknął go dreszcz ekscytacji. Szczegółowo zapoznał się z konstytucjami Grosseteste’a i wiedział, co musi zrobić. Wskazując palcem najpierw na Godefroia, a następnie na dwóch Shockleyów, zawołał nagle:
– Grzech pychy, Jocelinie de Godefroi! Widzę go w tobie. A ty, Edwardzie Shockleyu: w twej duszy zagnieździła się chciwość! – Umilkł na chwilę, po czym skierował wzrok na Petera Shockleya. – Pożądliwość! – wykrzyknął z triumfem. – Widzę grzech pożądliwości!
– Każdy osiemnastoletni młodzian jest pełen pożądliwości – mruknął Godefroi z irytacją.
Ale Portehors już płonął ogniem moralnego oburzenia:
– Odprawcie pokutę za swoje grzechy – nakazał kategorycznie. – I nie ważcie się zakłócać dzieła Bożego swymi knowaniami.
Zapadła niezręczna cisza. Tłum gęstniał. Godefroi się zawahał. Shockleyowie patrzyli z niepokojem, a Osmund wstrzymał oddech.
I właśnie w tym momencie, zupełnie nieświadom rozgrywającego się dramatu, zza rogu wyłonił się Aaron. Podjechał spokojnie do Godefroia, ukłonił się uprzejmie Portehorsowi, a spojrzawszy na Osmunda, zwrócił się z uśmiechem do rycerza:
– Czy to ten młodzieniec zbuduje nam folusz?
Wtedy kanonik Stephen Portehors, gorliwy strażnik dyscypliny i moralności, ujrzał ohydę zepsucia w całej okazałości i wzdrygnął się jak użądlony.
– Lichwiarz! – wrzasnął na Aarona. W jego oczach nie było haniebniejszej zbrodni. – Nędzni grzesznicy. – Wskazywał na nich, wściekle wymachując długim palcem.
Aaron zmierzył go chłodnym spojrzeniem. Jawna zniewaga nie wytrąciła go z równowagi, choć w jego oczach błysnęła irytacja, której nie zdołał całkowicie ukryć. Nie umknęło to uwadze bystrookiego księdza, który uznał, że może bez skrępowania obrażać go dalej. Zwrócił się do tłumu.
– Zobaczcie, jak bezbożni Żydzi próbują zawłaszczyć naszą pracę i zniszczyć dzieło Boże!
Aaron z Wilton miał pewną wadę, przed którą ostrzegał go ojciec. „Nigdy nie dyskutuj z głupcem, Aaronie – upominał go. – Tylko wtedy wygrasz”. Bowiem choć Aaron był człowiekiem życzliwym i łagodnym wobec swojej rodziny, a także niezwykle uczciwym w interesach z ludźmi pokroju Godefroia i Shockleya, to jednak miał w sobie pewną intelektualną wyniosłość, która sprawiała, że w konfrontacji z głupcem robił się opryskliwy.
Doskonale rozumiał, jak ważną sprawą dla wyspy jest lokata kapitału, a że z łatwością przejrzał ciasnotę umysłową kanonika, nie potrafił się oprzeć, by nie obnażyć jego głupoty.
– A jednak społeczność żydowska w Yorku, zanim została wymordowana – zauważył oschle – wykonała dzieło Boże. Sfinansowała budowę dziewięciu klasztorów cysterskich.
Była to prawda. Wielkie klasztory na północy, trudniące się hodowlą owiec, zawarły niegdyś pokaźne i opłacalne transakcje z Żydami, dzięki czemu sfinansowano wzniesienie tych imponujących budowli. Ale w większości interesy te prowadzono dwa pokolenia wstecz, kiedy stosunki były lepsze.
Portehors obrzucił go wściekłym spojrzeniem.
– Kościół nie potrzebuje już waszych pieniędzy – odparował.
– A mimo to na czwartym soborze laterańskim w Rzymie – ciągnął chłodno Aaron – zażądano od nas płacenia dziesięciny na Kościół.
– Czego odmówiliście – prychnął Portehors w odpowiedzi.
Jego niekonsekwencja wywołała ponury uśmiech na twarzy Aarona.
– Prawda, nasz wkład był aż nadto hojny – odparł cicho. Dopiął swego i miał zamiar się oddalić, ale Portehors, nieświadomy, że właśnie przegrywa, pieklił się dalej.
– Waszym jedynym celem jest przejmowanie ziemi chrześcijan jako zabezpieczenia – rzucił oskarżeniem.
Aaron zatrzymał konia. Jak łatwo było zdemaskować głupotę Portehorsa.
– Ziemię? Ależ skąd – odparł beznamiętnie. – Biskup Ely, jak zapewne pamiętasz, chciał oddać relikwie świętych w zastaw za pożyczkę.
To również było faktem. Bratanek nikczemnego biskupa Rogera zrobił to w poprzednim stuleciu, wzbudzając wielkie zgorszenie wśród członków Kościoła i lekkie rozbawienie wśród społeczności żydowskiej.
Kanonik poczerwieniał z gniewu. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Godefroi i Shockleyowie obserwują jego upokorzenie z milczącą satysfakcją.
– Król wkrótce się z tobą rozprawi.
Nie była to groźba całkiem bezpodstawna. Henryk miał ambiwalentny stosunek do Żydów. Przed czterema laty zezwolił na ceremonialne spalenie Talmudu, a często oddawał żydowski sąd skarbowy w ręce swoich bezwzględnych zagranicznych protegowanych, którym pozwalał bezkarnie ograbiać społeczność. Jednak jego ekstrawaganckie projekty budowlane i skomplikowane sprawy zagraniczne sprawiały, że nieustannie brakowało mu pieniędzy i wciąż potrzebował tego źródła funduszy.
– W zeszłym roku w Westminsterze król przyjął nasze złoto własnymi rękoma. – Gdy w czasie ceremonii monarcha faktycznie przyjął złoto osobiście, wywołało to pewne zdziwienie, ale Henryk wydawał się zachwycony.
– To nie moja sprawa – Portehors zmienił podejście. – Mnie interesuje tylko budowa Domu Bożego.
Aaron skinął głową.
– Tak jak i nas, kanoniku Portehors. Bowiem w tej właśnie chwili król zabiega o znaczącą pożyczkę od społeczności żydowskiej na odbudowę swojego kościoła – Opactwa Westminsterskiego.
Portehors oniemiał. Nic o tym nie wiedział. Jednak odbudowa wspaniałej świątyni Edwarda Wyznawcy faktycznie została po części sfinansowana żydowską pożyczką w 1245 roku. Pokonany kanonik spojrzał z odrazą na Aarona, a potem, nie znajdując już gorszych słów, rzucił najdotkliwszą ze znanych mu obelg.
– Cóż ty możesz wiedzieć, skoro Żydzi są krzyżownikami dzieci?
Spośród wszystkich kalumnii wysuwanych przeciwko Żydom, heretykom i innym rzekomym wrogom Kościoła jedna z najpotworniejszych, ale i najczęściej uznawanych za prawdę, dotyczyła mordu rytualnego. Oskarżenia te zaczęły się przed stu laty, gdy w Norwich znaleziono dziecięce zwłoki noszące jakoby ślady po ukrzyżowaniu. Grupa fanatycznych duchownych natychmiast oskarżyła miejscowych Żydów o uprawianie nekromancji i rytualne mordowanie dzieci. Ten absurdalny zarzut pojawiał się od tamtej pory wielokrotnie, szczególnie gdy zawstydzeni dłużnicy szukali sposobu na zaatakowanie wierzycieli, których obwiniali o swoją sytuację.
Na tę oburzającą zniewagę nie istniała żadna rozsądna odpowiedź. Z wymalowanym na twarzy niesmakiem Aaron zawrócił konia i odjechał. Portehors odprowadzał go wzrokiem, a w jego spojrzeniu błysnął cień triumfu. Może i przegrał spór, ale przegonił Żyda. Odzyskawszy poczucie zwycięstwa, a wraz z nim spokój i powagę, skierował wzrok na Godefroia i Edwarda Shockleya.
– Jeśli odsuniecie tego młodzieńca od dzieła Bożego – zagroził cichym głosem – aby bratał się z tymi, którzy ukrzyżowali naszego Pana, narazicie się na ekskomunikę.
Zapewne nie byłby w stanie spełnić tej groźby, nie miał po temu żadnych podstaw prawnych. Widząc jednak, że kanonik zamierza walczyć do upadłego, i nie chcąc wdawać się w spory z władzami Kościoła, Godefroi dał za wygraną. W końcu było wielu innych kamieniarzy.
– Jak sobie życzysz. – Wzruszył ramionami i skinąwszy na pożegnanie Shockleyom, oddalił się.
I tak oto w roku Pańskim 1244 Osmund Mularz został ocalony przez kanonika Portehorsa od dwóch grzechów śmiertelnych – chciwości oraz lenistwa – i przeniesiony, za stawkę jednego i ćwierć pensa dziennie, do pracy przy nowej Katedrze Najświętszej Marii Panny w Nowym Salisbury.
Tego popołudnia, gdy Peter Shockley przechadzał się z Alicią Le Portier po mieście, podzielił się z nią dobrą nowiną o foluszu.
Odgarnął jasne włosy z czoła i z błyskiem w niebieskich oczach oznajmił z dumą:
– Mamy młyn, a ojciec mówi, że to ja mam nim zarządzać.
Był ambitny. Wiedziała o tym. Ta prosta, entuzjastyczna ambicja pociągała ją w nim już od dzieciństwa. Szli obok siebie, a ich rozmowa toczyła się znajomym, niemniej miłym rytmem.
– Mam nadzieję, że podołasz. – Nie mogła się oprzeć, żeby choć trochę nie przygasić jego entuzjazmu. Lubiła patrzeć, jak odzyskuje rezon.
Zarumienił się.
– Oczywiście, że tak. A to dopiero początek.
Spuściła wzrok, nie chcąc, aby zobaczył jej pełen zadowolenia uśmiech.
– Może sobie poradzisz – bąknęła, niby w to wątpiąc.
– Poradzę! – Opowiedział jej ze szczegółami o młynie foluszniczym, wyjaśnił, jak ciężkie drewno sprowadza się z posiadłości Godefroia, by wykonać ogromne młoty, mechanizm obrotowy z kołami zębatymi i zapadkami oraz wielkie koło wodne. – Będzie jak młyn w Downton – oświadczył – ale ja poprowadzę go jeszcze lepiej.
Na chwilę podniosła na niego wzrok.
– Nie miałabym o tobie dobrego zdania, gdyby było inaczej – rzekła z wyzwaniem w głosie.
Znał ją od zawsze, więc jak to możliwe, że kilka jej słów wciąż wystarczyło, by wzbudzić w nim taki dreszcz ekscytacji? Dowiedzie swojej wartości, a potem, za rok lub dwa, gdy folusz zacznie prosperować, poślubi ją. Ta wizja stanowiła jeden z sekretnych, lecz niezmiennych punktów jego planów na przyszłość, i to niemal odkąd sięgał pamięcią. Teraz, gdy stawała się coraz bardziej realna, czuł ciepło i radosne oczekiwanie. „Za rok poproszę jej ojca o zgodę”, obiecał sobie.
Alicia była drobna i zgrabna, miała piegi i rudawobrązowe włosy, które nosiła ścięte krótko, jak u chłopca. Poruszała się szybko i zwinnie: gdy ścigali się w dzieciństwie, Peter potrafił ją wyprzedzić, ale nigdy nie zostawała daleko w tyle, a kiedy dzieci z okolicy kąpały się w szerokich sadzawkach opodal Wilton, ona pływała jak ryba i nawet chłopcy nie potrafili jej dogonić. Jej jedyny brat Walter był od niej dużo starszy, więc zajęła jego miejsce, stając się niczym drugi syn dla ojca, którego naturalny autorytet podziwiała. „Nie jestem chłopcem – powiedziała Peterowi, gdy miała siedem lat – ale w niczym od chłopców nie jestem gorsza”.
Jakże odległe wydawały się tamte czasy. Obecnie Walter był poważanym urzędnikiem królewskim w Winchesterze, gdzie dzięki wpływom ojca otrzymał posadę kontrolera jakości tkanin, a przez ostatnie dwa lata Alicia dorosła i dojrzała, tak że teraz u boku Petera szła już nie jego dawna ukochana z dzieciństwa, lecz nowa, tylko częściowo mu znana młoda kobieta, owiana aurą tajemnicy i ekscytacji, która sprawiała, że czasem drżał na samą myśl o niej.
Nade wszystko kochał jej oczy. Były jedyne w swoim rodzaju. W jednej chwili zdawały się piwne, usiane plamkami zieleni i błękitu wokół tęczówek, a już w następnej, gdy zmieniało się światło, a może jej nastrój, stawały się zdumiewająco fiołkowe. Odziedziczyła je po matce.
– Chodźmy na targ – zaproponowała.
Wielki, nieregularny plac tętnił gwarem i życiem.
Po zachodniej stronie wznosił się masywny, nowy kościół św. Tomasza Becketa, który służył za kościół parafialny dla dzielnicy kupieckiej. Jednak ponieważ miasto rozwijało się bardzo szybko, wkrótce mogła zajść potrzeba budowy kolejnej świątyni. Obok kościoła mieścił się targ serowy. Naprzeciwko, po stronie wschodniej, znajdowały się zagrody dla bydła. W samym centrum, jako symbol władzy biskupa nad przestępcami, stały dyby. Od południa zaś, w kilku rzędach, rozstawiono stragany.
Były tam kramy kołodziejów, a obok nich ciągnął się rząd butelkowy, gdzie handlowano nie tylko butelkami, ale też ceramiką i naczyniami cynowymi. Był rząd rybny, rząd żelazny, rząd kucharzy i rząd szewców – w tym ostatnim pracowicie szyli i stukotali za swoimi stołami ci, którzy wytwarzali nowe buty, i ci, którzy naprawiali stare. Swoje stoiska mieli rzeźnicy, piekarze, handlarze tkanin, krawcy, srebrnicy, cieśle, rymarze, miechownicy, rękawicznicy, kapelusznicy, sprzedawcy przędzy, królików, przypraw, warzyw, czosnku i drobiu. Byli też bednarze z ułożonymi w stosy beczkami, sprzedawcy węgla, soli i mąki owsianej oraz hodowcy trzody chlewnej, zaś w południowo-wschodnim rogu, przy krzyżu, swoje miejsce mieli bardzo ważni kupcy – sukiennicy. Rynek kipiał energią i mienił się barwną mozaiką rzemieślniczych profesji, które tworzyły esencję średniowiecznego świata i które w postaci nazwisk takich jak Carter/Woźnica, Cooper/Bednarz, Butcher/Rzeźnik czy Tailor/Krawiec przylgnęły wówczas do wielu ludzi.
Spędzili godzinę, przechadzając się między barwnymi straganami. Ludzie w tłumie przepychali się niespiesznie, bez względu na to, czy byli kupcami, czy chłopami, handlarzami z Wilton czy rolnikami z okolicznych wiosek, bogatymi księżmi, biednymi mnichami czy też mularzami z pobliskiej katedry. Tu i ówdzie można było dostrzec poważnych kanoników, których służący starannie wybierali sery, a zakonnice z Wilton i spokojni pasterze z pastorałami, majestatyczni niczym biskupi, stali ramię w ramię przy stoiskach z przyprawami, podczas gdy po ulicy za ich plecami harcowały urwisy. Każdy zakątek rynku wypełniały inne, bogate wonie, od delikatnego aromatu przy straganach z serami aż po ostry, pylisty zapach tam, gdzie handlowano węglem.
W trakcie przechadzki Peter dyskretnie oddalił się na chwilę, żeby kupić coś, co wpadło mu w oko, zaś Alicia udała, że tego nie spostrzegła.
W końcu dotarli na północną stronę rynku i ruszyli ulicą wzdłuż kwartału Blue Boar.
Biskup zaprojektował swoje miasto w postaci mniej więcej prostokątnych bloków, zwanych kwartałami, z których każdy podzielony został na standardowe parcele dzierżawne. Były to działki szerokie na trzy pręty (około piętnastu metrów), wychodzące na ulicę, i głębokie na siedem prętów. Najemcy płacili za nie roczny czynsz w wysokości jednego szylinga i mogli je zabudować wedle własnego uznania. Większość budowała domy ze składnicą albo warsztatem na poziomie ulicy, ale niektórzy – zamożniejsi – wznosili rezydencje wyłącznie mieszkalne. Na południe od rynku znajdował się kwartał New Street, na północ zaś Blue Boar i kilka innych, wciąż niedokończonych ze względu na stopniowy rozwój miasta.
Za kwartałem Blue Boar, przy ulicy biegnącej na północ, w kierunku starego zamku, ale przed bramą miejską, stał dom Le Portiera, kontrolera tkanin – wysoki, trzykondygnacyjny budynek z drewna i tynku, o stromym, jednospadowym dachu krytym dachówką.
Ojca Alicii nie było w domu, zastali tylko jej matkę. Peter zauważył, że gdy ją mijali, obrzuciła ich ciekawskim, uważnym spojrzeniem. „Być może – pomyślał – zastanawia się, kiedy zostanę jej zięciem”.
Widok matki Alicii sprawił mu przyjemność. Prócz tego, że miała niezwykłe fiołkowe oczy, należała do grona kobiet wyróżniających się nie tyle klasycznym pięknem, ile harmonią, dzięki której zdawała się nie starzeć. Był to jeden z powodów, dla których wybrał Alicię. „Chcę kobiety, która przetrwa próbę czasu”, powtarzał sobie. Jej matka miała tylko jedną wadę, która psuła jej wygląd: lekkie przygarbienie, deformujące linię ramion. „Ale jej ojciec jest wyprostowany jak świeca – przekonywał się w myślach. – Myślę, że Alicia odziedziczy postawę po nim”.
I tak się stało. Patrząc na nią teraz, nie miał wątpliwości, że wybrał idealną kandydatkę na żonę.
Przeszli na podwórze za domem.
W odróżnieniu od większości sąsiednich parcel na tyłach domu kontrolera tkanin nie znajdował się warsztat ani składnica, lecz niewielki ogród z cisowym żywopłotem, dwoma wiciokrzewami i sześcioma drzewkami różanymi. Pośrodku ogródka ustawiono drewnianą ławkę.
Dopiero kiedy Alicia usiadła, Peter wyciągnął prezent, który wypatrzył na jednym z targowych straganów. Był to maleńki srebrny medalion zawieszony na cienkim srebrnym łańcuszku. Wykonano go na wybrzeżu, u ujścia rzeki, gdzie działały niewielkie odkrywkowe kopalnie srebra. Peter podał go dziewczynie z udawaną swobodą, lecz ona bacznie mu się przyglądała. Oboje wiedzieli, że ta chwila jest wyjątkowa.
– To dla ciebie. – Nagle poczuł się niezręcznie.
Przyjęła podarek, wbijając wzrok w ziemię.
– A co to właściwie ma znaczyć? – Wiele wysiłku kosztowało ją zachowanie chłodnego, obojętnego tonu.
– Że masz to nosić, ponieważ należysz do mnie – odparł z nutą zbytniej pewności siebie.
– Doprawdy? – Starała się ukryć rozradowanie. Chciała, żeby powiedział coś więcej.
– Oczywiście.
– Czy to nie nazbyt pochopne założenie?
Młody Peter czuł się co prawda niezręcznie, ale był z siebie zadowolony. Wzruszył jedynie ramionami.
– A może ja wcale nie chcę do ciebie należeć. – W jej cichym głosie pobrzmiewało ostrzeżenie, które on postanowił zignorować. Co więcej, blady rumieniec na jej policzku, zdradzający niezadowolenie, dał mu poczucie władzy. Ten półmężczyzna, półchłopiec chciał, by mu uległa.
– Dałem ci medalion – rzucił chłodno.
Już zakładała go na szyję, lecz teraz się zawahała.
– To wszystko, co masz mi do powiedzenia? – Dlaczego nie wyznał, że ją kocha?
Peter wiedział, czego pragnie Alicia, ale nagle ta świadomość go onieśmieliła.
– Jest wiele innych, które chętnie go przyjmą, jeśli ty nie chcesz – oznajmił dumnie i spojrzał na nią z triumfem.
Te słowa były dla niej jak cios w brzuch. Poczuła, że blednie. Przez chwilę nie mogła wykrztusić ani słowa. Zebrała się w sobie i powstrzymała łzy, które napływały jej do oczu.
– To weź go sobie! – Wyrwał jej się krótki szloch. – Nie chcę go! Ani ciebie!
Przesadził. Chciał wycofać to, co powiedział, ale nie był dość bystry.
– Jestem dla ciebie niezłą partią – próbował jej zaimponować. – Jestem bogatym mężczyzną.
Milczenie, które zaległo, zdawało się nie mieć końca. Fiolet jej oczu nigdy nie był aż tak intensywny, kiedy tłumiła łzy, by w końcu rzucić mu zimne i pełne pogardy spojrzenie.
– Nie jesteś mężczyzną, zapewniam cię. Jesteś chłopcem. I nie chcę cię. Proszę, odejdź. – Spokojnym gestem oddała mu medalion. – Nie chcę cię więcej widzieć.
Z uczuciem mdłości Peter w milczeniu przyjął niechciany wisiorek, a potem, nie wiedząc, co innego mógłby zrobić, odwrócił się na pięcie.
Ona jeszcze się opamięta.
Tego samego wieczoru matka zabrała Alicię na górę i zaczęła ją przebierać, mówiąc z uśmiechem do zaskoczonej córki:
– Musisz dzisiaj wyglądać olśniewająco. – Kiedy dziewczyna spytała dlaczego, jej matka spojrzała na nią z namysłem i odpowiedziała pytaniem: – Kogo spodziewasz się poślubić?
Zamiast odrzec jak zwykle: „Przypuszczam, że Petera Shockleya”, wciąż rozgniewana Alicia rzuciła:
– Któż to wie?
Jej matka skinęła głową.
– Shockley to miły chłopiec – przyznała szybko – i lubię go. Ale jest bardzo młody. No i to tylko kupiec. Nigdy nie będzie kimś więcej. – Delikatnie odgarnęła włosy z twarzy Alicii i upięła je z tyłu. – Jesteś już kobietą i potrzebujesz starszego mężczyzny, a nie chłopca.
Alicia oblała się rumieńcem. Te słowa współgrały z jej nastrojem. Zastanawiała się jednak, co z tego wyniknie. Najwyraźniej szykowało się coś niezwykłego, bo jeszcze nigdy nie widziała na matczynej twarzy takiego skupienia.
Ku jej zdumieniu matka zdjęła z niej prostą dziecięcą tunikę bliaut i lnianą szatę cotte, a następnie włożyła jej przez głowę białą jedwabną halkę. Gdy delikatny materiał spłynął miękkimi fałdami na ciało Alicii, w jej oczach rozbłysnął zachwyt, bo jeszcze nigdy nie miała na sobie czegoś podobnego.
– Masz ładne piersi – oznajmiła jej matka bez ogródek. – Trochę je odsłonimy. – I ze stojącej przy łóżku dużej skrzyni wyjęła misternie haftowaną suknię w odcieniach błękitu i złota, która, po delikatnym zebraniu złotym sznurem nad talią, opadała długimi fałdami do ziemi. Z przodu, tam gdzie suknia była sznurowana, matka zostawiła dekolt tak głęboki, jak tylko się dało, by kształt młodych piersi Alicii rysował się uwodzicielsko pod jedwabiem, przyprawiając dziewczynę o kolejny rumieniec. Następnie matka złożyła delikatną, lnianą podwikę, tworząc opaskę na czubku głowy, i nakryła ją lnianym czepkiem przypominającym koronę.
Alicia stanęła przed lustrem z polerowanego brązu w kącie pokoju i przyjrzała się swemu odbiciu. Nie miała pojęcia, że może tak wyglądać. Na widok tej nowej osoby, którą właśnie się stała, aż mocniej zabiło jej serce.
– Teraz, moje dziecko, jesteś kobietą – oznajmiła jej matka.
– Na czyją cześć to wszystko? – zapytała dziewczyna.
– Twój ojciec ma ważnego przyjaciela w Winchesterze – usłyszała. – Przybędzie do nas dzisiaj, twój brat go przyprowadzi. Nazywa się Geoffrey de Whiteheath. – Alicia słyszała kiedyś, jak ojciec wspominał o nim z szacunkiem. – Byłby dla ciebie doskonałą partią – ciągnęła matka. – To rycerz ze wspaniałą posiadłością. W zeszłym roku stracił żonę i syna w pożarze. Ale pragnie dziedzica.
– Czy ojciec każe mi go poślubić?
Jej matka zawahała się lekko.
– Nie. Ale ma nadzieję, że to zrobisz. On i twój brat włożyli sporo wysiłku, by zaaranżować to spotkanie.
Alicia ceniła i ojca, i brata, ale nie była pewna, co o tym sądzić. Przypuszczała, że ich wybór ją zadowoli.
– Czy on jest bardzo stary? – zapytała z niepokojem.
Matka się roześmiała.
– Nie. Trochę siwizny na skroniach, ale mężczyzna tylko na tym zyskuje. – Uśmiechnęła się. – Będzie tu lada moment.
Alicia zeszła po schodach jako pierwsza. W długiej sukni czuła się bardzo dorosła. „Dla Petera Shockleya – pomyślała – aż nazbyt dorosła”.
Może ten rycerz będzie umiał ją docenić.
Trzeci z siedmiu grzechów głównych, które dotknęły Osmunda Mularza, wkradał się w jego życie bardzo powoli i zupełnie go zaskoczył.
Praca przy budowie katedry wręcz go uszczęśliwiała. Zanurzając się w spokój przykatedralnych terenów, odkrywał inny świat.
