Sarum. Powieść o Anglii. Tom 2 - Edward Rutherfurd - ebook
NOWOŚĆ

Sarum. Powieść o Anglii. Tom 2 ebook

Edward Rutherfurd

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kontynuacja monumentalnej sagi o Anglii ukazująca jej burzliwe dzieje na przestrzeni dziesięciu tysięcy lat.

Drugi tom obejmuje część Nowe Sarum i koncentruje się na losach Salisbury od chwili przeniesienia miasta ze wzgórza do nowej lokalizacji, gdzie wyrasta potężna katedra i rodzi się nowa miejska tożsamość.

Śledząc dzieje rodów Porteusów, Wilsonów, Shockleyów, Masonów, Godfreyów, Moodych i Barnikelów obserwujemy kluczowe momenty w historii kraju. Reformacja, wojny domowe, rozwój parlamentaryzmu, ekspansja kolonialna oraz rewolucja przemysłowa stanowią tło dla osobistych dramatów, namiętności i walki o wpływy. Z biegiem stuleci zmienia się nie tylko krajobraz miasta, lecz także mentalność jego mieszkańców.

To opowieść o ambicji, wierze i społecznych przemianach, które kształtują nowoczesne państwo, a zarazem panoramiczna, pełna pasji i historycznej precyzji narracja potwierdzająca mistrzostwo autora w tworzeniu wielowątkowych epickich historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 1002

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Sarum. Volume 2

Copy­ri­ght © Edward Ruther­furd 1987 Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Ryszard Ośli­zło

All rights rese­rved

Redak­cja: Anna Brze­ziń­ska Korekta: Marta Tyczyń­ska-Lewicka, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Mag­da­lena Zawadzka Zdję­cia na okładce: © PaW­LoSh/Shut­ter­stock.com, © Pha­wat/Shut­ter­stock.com, © Paladin12/Shut­ter­stock.com Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 978-83-8382-900-5

Sarum mapa

Miasto mapa

Kwartały mapa

Drzewo genealogiczne

Dedykacja

Niniej­szą książkę dedy­kuję tym, któ­rzy zbu­do­wali, i tym, któ­rzy obec­nie pró­bują oca­lić Iglicę w Salis­bury

NOWE SARUM

NARODZINY

1244

W doli­nie, gdzie spo­ty­kało się pięć rzek, poja­wił się nowy ele­ment: w łagod­nym zakolu rzeki, pół­tora kilo­me­tra poni­żej zam­ko­wego wzgó­rza, oczysz­czono roz­le­gły teren i teraz w miej­scu nie­gdy­siej­szych łąk usia­nych gdzie­nie­gdzie drze­wami roz­cią­gał się ogromny, obej­mu­jący setki akrów plac budowy.

Był więk­szy niż wszystko, co miesz­kańcy Sarum kie­dy­kol­wiek widzieli. Miej­scami przy­po­mi­nał olbrzy­mią, dzi­waczną roślinę, powoli wyra­sta­jącą spod war­stwy kurzu pokry­wa­ją­cego ją niczym pyłek – albo potężne stwo­rze­nie wyła­nia­jące się ze swego kokonu. Jed­nak już teraz ulice oraz domy z drewna i gipsu, a także otwarta prze­strzeń z ogromną, nie­do­koń­czoną jesz­cze kate­drą z sza­rego kamie­nia, tęt­niły życiem i widać było, że całość zapo­wiada się oka­zale i maje­sta­tycz­nie. Powsta­wało tu bowiem prze­stronne Nowe Salis­bury.

Nie było to ufor­ty­fi­ko­wane wzgó­rze, jak stare nor­mań­skie mia­sto zało­ży­ciel­skie, ani czę­ściowo ufor­ty­fi­ko­wany burgh, jak wcze­śniej­sze osady saskie. Nowe mia­sto leżało w roz­le­głej doli­nie; obej­mo­wało obszerne, otwarte prze­strze­nie; nie miało murów obron­nych ani don­żonu; budo­wano je z myślą o wygo­dzie i han­dlu.

Aby zro­zu­mieć, skąd się tam wzięło, trzeba cof­nąć się nieco w prze­szłość.

Po burz­li­wym okre­sie rzą­dów króla Ste­fana w Anglii zasad­ni­czo pano­wał pokój. Został on usta­no­wiony przez następcę Ste­fana, syna jego kuzynki, cesa­rzo­wej Matyldy – Hen­ryka II. Po swo­ich rodzi­cach Hen­ryk odzie­dzi­czył Ande­ga­we­nię leżącą po dru­giej stro­nie Kanału, dzięki czemu pod­czas swego dłu­giego pano­wa­nia rzą­dził nie tylko Anglią, lecz także Nor­man­dią i znacz­nymi tere­nami we Fran­cji. Wojny toczył za gra­nicą, zaś wyspie zapew­nił pokój, silną admi­ni­stra­cję, kodeksy prawne i spra­wie­dli­wość kró­lew­ską opartą na pro­ce­sach przed ławą przy­się­głych. Było to dzie­dzic­two Anglii, któ­rego nie zdo­łali zni­we­czyć jego syno­wie – ani boha­ter­ski, lecz nie­obecny Ryszard Lwie Serce, ani młod­szy, nie­for­tunny Jan, który utra­cił więk­szość ande­ga­weń­skiego i nor­mań­skiego impe­rium. Pod koniec rzą­dów Jana ład i spo­kój w Anglii zostały na krótko zabu­rzone wsku­tek buntu baro­nów, który zakoń­czył się kapi­tu­la­cją króla i pod­pi­sa­niem umowy zna­nej jako Wielka Karta Swo­bód, oraz krót­kiego najazdu króla Fran­cji na wschod­nią część wyspy. Wkrótce po śmierci Jana to wła­śnie magnaci wyka­zali się roz­wagą, wypę­dza­jąc Fran­cu­zów, przy­wra­ca­jąc pokój i udzie­la­jąc popar­cia synowi Jana, poboż­nemu mło­demu kró­lowi Hen­rykowi III.

Pokój w kraju przy­niósł spek­ta­ku­larny wzrost dobro­bytu – bogac­two śre­dnio­wiecz­nej Anglii, które zaowo­co­wało wspa­nia­łymi nowymi kate­drami i oka­za­łymi mia­stami.

Pod­stawę tego roz­woju sta­no­wiły dwa czyn­niki: wyż­sze ceny pro­duk­tów rol­nych, będące wyni­kiem rosną­cej liczby lud­no­ści, oraz owce.

Angiel­ska wełna nale­żała do naj­lep­szych w Euro­pie i było jej w bród, a kupcy z Flan­drii i Włoch, gdzie kwitł prze­mysł włó­kien­ni­czy, wciąż doma­gali się wię­cej. Ogromne ilo­ści wełny eks­por­to­wano, a przez więk­szość czasu nakła­dane na nią podatki i cła pozo­sta­wały niskie. Na początku XIII wieku w feu­dal­nej Anglii nastą­piła olbrzy­mia eks­pan­sja kapi­ta­łowa.

Dla więk­szo­ści wła­ści­cieli ziem­skich były to dobre czasy.

Przede wszyst­kim jed­nak były to dobre czasy dla magna­tów.

Magnaci byli bowiem potężni. Pozwa­lali monar­sze rzą­dzić – ale mocno ścią­gali cugle. Kiedy władca, jak król Jan, znaj­do­wał się w trud­nym poło­że­niu, ponie­waż zbyt niskie dochody z opłat feu­dal­nych nie wystar­czały na pokry­cie nad­zwy­czaj­nych wydat­ków – naj­czę­ściej wojen­nych – baro­no­wie na wszel­kie spo­soby opie­rali się jego pró­bom zdo­by­cia dodat­ko­wych fun­du­szy. Kry­zys zwią­zany z Wielką Kartą Swo­bód był w rów­nej mie­rze wyni­kiem tej natu­ral­nej sprzecz­no­ści inte­re­sów, jak i braku dyplo­ma­cji oraz uchy­bień ze strony króla Jana. W isto­cie monar­cha nie dys­po­no­wał nawet środ­kami wystar­cza­ją­cymi na pokry­cie kosz­tów wła­snej admi­ni­stra­cji.

Po czę­ści z tego ostat­niego powodu, a po czę­ści, aby zaspo­koić feu­dalną próż­ność magna­tów, kolejni monar­cho­wie pozwa­lali im zarzą­dzać w swoim imie­niu ogrom­nymi poła­ciami ziemi. W tych wiel­kich dome­nach feu­dal­nych, zwa­nych hono­rami, baro­niami bądź swo­bo­dami, to wła­śnie magnat, funk­cjo­nu­jący jako przed­sta­wi­ciel króla, stał na czele sądów, które zaj­mo­wały się wszel­kimi spra­wami z wyjąt­kiem naj­cięż­szych prze­stępstw; to słu­dzy magna­tów pobie­rali podatki i grzywny, zaś w nie­któ­rych z tych obsza­rów nawet sze­ryf kró­lew­ski nie miał prawa posta­wić stopy, jeżeli król nie dys­po­no­wał dowo­dami na istotne nad­uży­cie magnac­kich przy­wi­le­jów. Za to kró­le­stwo w kró­le­stwie magnat pła­cił kró­lowi służbą swo­ich ryce­rzy bądź odpro­wa­dzał sto­sowny czynsz.

Choć z cza­sem roz­wój sądów kró­lew­skich ogra­ni­czył zakres tych feu­dal­nych przy­wi­le­jów, na­dal były one pożą­dane i to nie tylko z uwagi na pre­stiż, jaki ze sobą nio­sły, ale także dla­tego, że przy­chody z roz­pa­try­wa­nia spraw sądo­wych, nawet tych drob­nych, wciąż były nie do pogar­dze­nia.

Za cza­sów króla Jana w rękach pry­wat­nych znaj­do­wała się jedna trze­cia „setek” Wilt­shire, każda z wła­snymi sądami i admi­ni­stra­cją, a sto lat póź­niej były to już dwie trze­cie. Te pry­watne domeny feu­dalne nale­żały do wiel­kich rodów, takich jak Longspée’owie, któ­rzy dzięki mał­żeń­stwu pozy­skali majątki hrab­stwa Salis­bury, czy do innych zna­ko­mi­tych rodzin, jak Peve­re­lo­wie, Pavely’owie i Gif­far­do­wie.

Jed­nak do naj­więk­szych moż­no­wład­ców nale­żał Kościół. Opac­twa w Gla­ston­bury, Mal­mes­bury i Wil­ton, klasz­tory Świę­tego Swi­tuna w Win­che­ste­rze i pobli­skim Ames­bury, a także, rzecz jasna, biskup Salis­bury, posia­dali wła­sne „setki” w hrab­stwie.

Za te przy­wi­leje pła­cili kró­lowi czynsz, ale zyski nale­żały wyłącz­nie do nich.

W zmie­nia­ją­cym się świe­cie jedną z naj­bar­dziej docho­do­wych wło­ści, jakie magnat mógł posia­dać w swoim domi­nium, było mia­sto.

Czyn­sze za budynki, wpływy z sądów, opłaty i cła za wwo­żone do mia­sta towary: war­tość przy­wi­le­jów miej­skich była nie­mała.

Roz­wój gospo­dar­czy i panu­jący w Anglii pokój spra­wiały, że moż­li­wo­ści zakła­da­nia nowych miast zda­wały się wzra­stać z każ­dym dniem. W dru­giej poło­wie poprzed­niego stu­le­cia biskup Win­che­steru zało­żył ich wiele i nie­mal wszyst­kie przy­no­siły jego die­ce­zji znaczne zyski. Nic zatem dziw­nego, że biskup Salis­bury zapra­gnął pójść w jego ślady.

Miał po temu ide­alny pre­tekst – a wła­ści­wie cały ich zestaw. Poło­że­nie sta­rej kate­dry było nie­za­do­wa­la­jące. Cia­sne gro­dzi­sko z luźno zabu­do­wa­nymi przy­le­gło­ściami było wietrzne i słabo zaopa­trzone w wodę; ośle­pia­jąco biała kreda męczyła wzrok; kapłani kate­dralni mieli dzie­lić tę ogra­ni­czoną prze­strzeń z kró­lew­skim gar­ni­zo­nem woj­sko­wym, który – jak twier­dzono – prze­szka­dzał nawet w odpra­wia­niu nabo­żeństw. Jed­nak na połu­dnie od wzgó­rza, w niecce doliny, gdzie spo­ty­kało się pięć rzek, roz­cią­gały się łąki znane jako Myri­fields. Na tym tere­nie znaj­do­wała się tylko nie­wielka para­fia Świę­tego Mar­cina. A prze­cież ta roz­le­gła i dobrze nawod­niona połać ziemi nale­żała już do die­ce­zji.

W roku Pań­skim 1218 biskup Poore – drugi z zamoż­nych i wpły­wo­wych braci, któ­rzy pia­sto­wali urząd biskupa Sarum – otrzy­mał zezwo­le­nie papieża i poboż­nego mło­dego króla Anglii Hen­ryka III na prze­nie­sie­nie kate­dry w nowe, przy­jem­niej­sze miej­sce na niżej poło­żo­nych łąkach. Uzy­skał także, co oczy­wi­ste, zgodę, żeby w pobliżu kate­dry zało­żyć nowe mia­sto.

Było ono typo­wym przy­kła­dem sztuki urba­ni­stycz­nej swo­ich cza­sów. Na prze­strzeni nie­mal stu­le­cia w całej Anglii powsta­wały nowe mia­sta tar­gowe, któ­rym nada­wano wyra­fi­no­wane geo­me­tryczne kształty, pro­jek­tu­jąc je na pla­nie klina albo pół­okręgu. Jed­nak naj­więk­sze z nich, jak Nowe Salis­bury, zazwy­czaj oparte były na pro­sto­kąt­nej siatce. Tak zaawan­so­wa­nego pla­no­wa­nia urba­ni­stycz­nego nie widziano na wyspie od cza­sów rzym­skich, tysiąc lat wcze­śniej.

Nowe mia­sto biskupa leżało w łagod­nym zakolu rzeki Avon, która pły­nęła z pół­nocy i ota­czała je, niczym tro­skli­wym ramie­niem, od zachodu i połu­dnia. Skła­dało się ono z dwóch czę­ści. Jedną z nich sta­no­wiły tereny przy­ka­te­dralne, znane jako close – na tym roz­le­głym otwar­tym obsza­rze miała powstać nowa kate­dra, a przy jego obrze­żach budo­wano domy kapła­nów. Druga część przy­le­gała do pierw­szej, a two­rzyło ją mia­sto tar­gowe z pro­sto­kątną siatką ulic i ogrom­nym ryn­kiem w samym cen­trum.

Każda z tych czę­ści peł­niła odmienną funk­cję: jedna duchową, druga han­dlową. Obie zaś – kościół z kapła­nami i rynek z han­dla­rzami – nale­żały do biskupa, cał­ko­wi­cie i bez­wa­run­kowo. Mia­sto sta­no­wiło bowiem swo­bodę feu­dalną, a na mocy przy­wi­leju nada­nego w 1227 roku biskup Salis­bury był jej nie­kwe­stio­no­wa­nym panem feu­dal­nym.

* * *

Był upalny letni dzień. Grupka robot­ni­ków pra­co­wała, nie czer­piąc ze swego zaję­cia żad­nej rado­ści.

Nie­za­do­wo­lony był zwłasz­cza jeden z nich – mały, krępy trzy­na­sto­la­tek o nie­pro­por­cjo­nal­nie dużej gło­wie, krót­kich, gru­bych pal­cach i poważ­nych sza­rych oczach, który, cho­ciaż pra­co­wał pod bacz­nym nad­zo­rem kano­nika kate­dral­nego, nie mógł powstrzy­mać się od nie­spo­koj­nego zer­ka­nia w głąb ulicy.

Wie­dział bowiem coś, czego kano­nik nie był świa­domy – w doli­nie na pół­noc od mia­sta zebrało się kilku męż­czyzn, a wśród nich Gode­froi i Shoc­kley, któ­rzy obie­cali, że jeśli narada zakoń­czy się powo­dze­niem, wrócą tu i dadzą mu szansę wyrwa­nia się z tego kie­ratu.

Już kilka razy odry­wał oczy od pracy, by spoj­rzeć z nadzieją w dal. Nie­na­wi­dził tej katorż­ni­czej harówki. Jakże pra­gnął odmie­nić swoje życie.

Kano­nik Ste­phen Por­te­hors wbił w niego lodo­waty wzrok.

W całym Sarum nie było nikogo tak nie­istot­nego i pozba­wio­nego zna­cze­nia jak ten młody kamie­niarz. Sam Osmund dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę, ponie­waż kano­nik Ste­phen wyraź­nie mu to powie­dział.

„W oczach Boga, Osmun­dzie, jesteś tak mały jak dro­bina kurzu – wyja­śnił. – Ale pamię­taj – dodał zło­wiesz­czo – On widzi wszystko, co czy­nisz, bo przed Jego wzro­kiem nie zdoła się ukryć ni pyłek. Ojciec nie­bie­ski pozna każdy twój grzech”.

Kano­nik ski­nął na niego, każąc mu podejść. A Osmund wie­dział dla­czego: zgrze­szył.

* * *

Osmun­dowi zda­wało się, że gdzie­kol­wiek spoj­rzy, wszę­dzie jest kurz.

Kurz, niczym migo­tliwa mgiełka, prze­sła­niał ogromną szarą bryłę wzno­szo­nej kate­dry, która maja­czyła w oddali, kil­ka­set metrów na połu­dnie. Kurz spo­wi­jał roz­le­głą, otwartą prze­strzeń przy­ka­te­dral­nego close – ota­cza­ją­cego kate­drę dwu­stu­akro­wego terenu roz­cią­ga­ją­cego się od gra­nicz­nego rowu na wscho­dzie aż po rzekę. Kurz przy­kry­wał stosy sza­rego kamie­nia z Chil­mark oka­la­jące plac budowy, leżał na wozach, deskach, rusz­to­wa­niach, na zwo­jach sznu­rów i ster­tach gruzu do wypeł­nia­nia ścian; kurz pokry­wał roz­le­głe działki, gdzie budo­wano kamienne domy dla kapła­nów, i ogrody przy­le­ga­jące do krzy­wi­zny zakola rzeki Avon; kurz opa­dał wresz­cie na samą rzekę i kładł się na dłu­gie, ciemne wodo­ro­sty, które wolno falo­wały w jej nur­cie. Łabę­dzie sunące cicho swoim dostoj­nym, mia­ro­wym tem­pem wzdłuż zie­lo­nych brze­gów były na wpół szare od kurzu. Kurz osia­dał na pła­skich, pod­mo­kłych łąkach cią­gną­cych się od wio­sek Fisher­ton i Bemer­ton aż po odle­głe Wil­ton. Wszę­dzie nad nie­do­koń­czoną sza­chow­nicą nowego mia­sta przy­le­głego do tere­nów kate­dry uno­sił się kurz pocho­dzący z domów budo­wa­nych z listew i tynku.

Kurz – widział go wyraź­nie – niczym bla­do­szary całun spo­wi­jał ciemny, na wpół opusz­czony zamek na wzgó­rzu. A na zbo­czach powy­żej, na suro­wym, bez­drzew­nym wznie­sie­niu, gdzie pasły się owce, każde dotknię­cie ich runa wzbi­jało w powie­trze obłoczki sza­rego kre­do­wego pyłu, które zaraz uno­sił połu­dniowy wiatr. Bla­do­nie­bie­skie motyle, gdy pod­ry­wały się let­nim rojem z twar­dej, roz­grza­nej ziemi, rów­nież zda­wały się przy­pró­szone sub­telną powłoką kurzu. Nawet ten wielki, fascy­nu­jący krąg powa­lo­nych gła­zów, do któ­rego kie­dyś zawę­dro­wał, prze­byw­szy nie­mal trzy­na­ście kilo­me­trów, wyda­wał się przy­cią­gać kurz z nowego mia­sta. Wyglą­dał jak dziwny, odle­gły sate­lita placu budowy, gotów podźwi­gnąć się po upadku, zamiast bez­gło­śnie popaść w osta­teczną ruinę.

Sam Osmund też był pokryty kurzem. Podob­nie jak srogi kano­nik, któ­rego ramiona zna­czyła szara obwódka pyłu.

Kurz dusił i draż­nił chłopca.

A jed­nak wie­dział, że powi­nien być wdzięczny.

„Nasze mia­sto zbu­do­wane jest na skale – powie­dział mu kano­nik. – To pewny fun­da­ment”.

I rze­czy­wi­ście, choć znaczna część oko­licz­nego terenu była pod­mo­kła, zie­mia, którą mądry biskup wybrał w Myri­field, była solidna.

„Widzi sz – pouczył mło­dego Osmunda kano­nik Ste­phen poprzed­niego dnia – wpraw­dzie to miej­sce leży nisko, ale tuż pod powierzch­nią skrywa grubą war­stwę żwiru. – I kiedy Osmund zaj­rzał do wykopu, nad któ­rym stali, prze­ko­nał się, że to prawda. – Żwir jest mocny. Udźwi­gnie naj­więk­szą kate­drę, jaką czło­wiek zdoła zbu­do­wać – zapew­nił go duchowny. – Bądź wdzięczny, żeś uro­dził się w cza­sach, w któ­rych dane ci jest oglą­dać two­rze­nie tak wiel­kich dzieł na chwałę Bożą”.

* * *

Teraz jed­nak kano­nik był roz­gnie­wany. Włosy miał siwe i rzad­kie, ale brwi gęste i na­dal w więk­szo­ści czarne, o zewnętrz­nych koń­cach wywi­nię­tych ku górze jak u pusz­czyka. Ciem­no­brą­zo­wymi oczami prze­szy­wał Osmunda na wskroś, a kiedy prze­mó­wił, jego głos wydał się chłopcu twardy i ostry jak krze­mień.

– Wymień sie­dem grze­chów głów­nych, Osmun­dzie.

Grze­chy popeł­niane świa­do­mie i dobro­wol­nie, grze­chy nie­chyb­nie ska­zu­jące grzesz­nika na potę­pie­nie: ksiądz z Avons­ford zadbał o to, by znał je od naj­wcze­śniej­szych lat.

– Gniew, obżar­stwo, zazdrość, leni­stwo, chci­wość, pożą­dli­wość i pycha – wyre­cy­to­wał ponuro.

Por­te­hors ski­nął głową.

– A któ­rego z nich jesteś dziś winien?

Jak wiele wie­dział kano­nik? Osmund musiał być ostrożny.

Powszech­nie wie­dziano, że dzieło, nad któ­rym kano­nik Ste­phen Por­te­hors tru­dził się przez całe lato – wspa­niałe i nie­zwy­kłe udo­god­nie­nie miej­skie – sta­nowi jego dumę i radość. Kanały wodne Nowego Salis­bury, jesz­cze nie­do­koń­czone, a już budziły podziw. Woda czer­pana z Avonu tuż powy­żej mia­sta pły­nęła sie­cią kamien­nych koryt wio­dą­cych środ­kiem naj­waż­niej­szych ulic. Sze­ro­kość tychże kana­łów wahała się od sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów do około dwóch metrów, a tu i ówdzie prze­ci­nały je drobne mostki dla pie­szych.

„Przy­wo­dzą rzekę w samo serce mia­sta – ogła­szał z dumą Por­te­hors. – Czy może być coś przy­jem­niej­szego albo zdrow­szego?”

Po praw­dzie kanały te były dla niego waż­niej­sze niż same ulice: gdy przed kil­koma mie­sią­cami zauwa­żył, że teren wzdłuż jed­nej z wła­śnie wyty­cza­nych arte­rii pół­noc–połu­dnie nie jest tak równy, jak należy, nie wahał się zmie­nić prze­biegu samej ulicy, a co za tym idzie, całego układu czę­ści nowego mia­sta, byle tylko zapew­nić swemu uko­cha­nemu kana­łowi sta­bilne pod­łoże.

„Pre­cy­zja – pod­kre­ślał sta­now­czo. – Woda popły­nie jedy­nie wtedy, gdy pod­łoże będzie dokład­nie wypo­zio­mo­wane”.

Dokład­nie. Na dźwięk tego słowa robot­nicy ponuro wzru­szyli ramio­nami; w Sarum dobrze wie­dziano, że kano­nik i jego brat w mie­ście odzie­dzi­czyli rodzinną obse­sję na punk­cie dokład­no­ści. Gdy tylko padało słowo takie jak „pre­cy­zja”, wszel­kie dys­ku­sje tra­ciły sens. Nie było innej rady, jak tylko wyty­czyć całą ulicę od nowa i ponow­nie prze­ko­pać kanał.

Jakże chło­piec tego nie­na­wi­dził!

Osmund Mularz. W jego uszach brzmiało to jak szy­der­stwo. Choć podob­nie jak jego ojciec i dzia­dek, któ­rzy nie­kiedy pra­co­wali jako mula­rze w Avons­ford, on także nosił przy­do­mek „Masoun” lub „Mason”, czyli Mularz albo Kamie­niarz, nic to wła­ści­wie nie zna­czyło. W rze­czy­wi­sto­ści był tylko pro­stym chło­pem, robot­ni­kiem, któ­remu cza­sem, jeśli miał szczę­ście, pozwa­lano przy­ci­nać kamie­nie potrzebne do budowy tych prze­klę­tych kana­łów wod­nych.

Praw­dziwi mula­rze byli rze­mieśl­ni­kami pra­cu­ją­cymi przy budo­wie tej wiel­kiej kate­dry. A to był zupeł­nie inny świat. Świat, o któ­rym cza­sami marzył. Gdy koń­czył swoją codzienną pracę, czę­sto wstę­po­wał w magiczną ciszę przy­ka­te­dral­nego close, by obser­wo­wać, jak rze­mieśl­nicy zaj­mują się swoim fachem w tej monu­men­tal­nej budowli. Widy­wał tam dostoj­nych mistrzów mular­stwa, któ­rzy prze­wo­dzili cechowi mula­rzy – wybrań­ców spro­wa­dza­nych z całego kraju, a nawet z kon­ty­nentu po dru­giej stro­nie Kanału. Lecz zarówno oni, jak i zwy­kli kamie­nia­rze zostali zatrud­nieni już dawno temu. Nawet swo­ich uczniów dobie­rali zwy­kle z wła­snych rodzin. Dla­czego mie­liby zwró­cić uwagę na mło­dego chłopa z Avons­ford, któ­rego ojciec parał się swego czasu obróbką kamie­nia?

A jed­nak rzeź­biar­ski duch wciąż był w nim żywy. Pew­nego dnia, poprzy­siągł sobie, znaj­dzie spo­sób – będzie pra­co­wał w samej kate­drze, wśród mula­rzy w cięż­kich far­tu­chach, któ­rzy co dnia tak dum­nie kro­czyli do swo­jej pracy.

Już ponad sto lat upły­nęło, odkąd Godric Body zawisł na szu­bie­nicy na wzgó­rzu zam­ko­wym. Kilka mie­sięcy póź­niej przy­szedł na świat jego syn, a że matka dziecka zmarła pod­czas porodu, wuj Godrica Nicho­las uznał za rzecz natu­ralną, żeby przy­gar­nąć nie­mowlę i wycho­wać chłopca jak wła­snego syna. W rezul­ta­cie dzieci i wnuki Godrica Body’ego zwy­kle nosiły przy­do­mek Mason, czyli Mularz, podob­nie jak reszta ich przy­bra­nej rodziny. A kiedy osiem­dzie­siąt lat po śmierci Godrica jeden z jego potom­ków poślu­bił swą drobną, krępą kuzynkę, ich syn odzie­dzi­czył wszyst­kie cha­rak­te­ry­styczne cechy pra­co­wi­tego rodu Maso­nów: przy­sa­dzi­stą syl­wetkę, krót­kie kciuki i dużą głowę. Choć jed­nak wyglą­dał jak Mason, mały Osmund skry­wał w sobie bujną wyobraź­nię oraz wraż­li­wość na piękno natury – cechy pocho­dzące wprost od nie­szczę­snego pastuszka-rzeź­bia­rza, któ­rego przed laty powie­szono. Był to swo­isty geniusz, lecz jego ist­nie­nie ten młody i nieco powolny z wyglądu chło­piec – cho­ciaż uwiel­biał rzeź­bić – na razie tylko mgli­ście prze­czu­wał.

W tej chwili jedyne, co mu ofe­ro­wano, to mozolna harówka i sam musiał przy­znać, że nie zawsze przy­kła­dał się do pracy, tak jak powi­nien.

Patrząc więc na wychu­dzo­nego, siwie­ją­cego księ­dza, odparł ze smut­kiem:

– Grze­chu leni­stwa.

Kano­nik Ste­phen poki­wał głową.

– Tak. Jesteś leniwy, bo nie lubisz tej pracy. Lecz Bóg nie stwo­rzył cię po to, byś był szczę­śliwy. Stwo­rzył cię, żebyś słu­żył, bo tylko przez służbę Jemu zasłu­żysz na nie­biań­ską nagrodę.

Osmund zwie­sił swą dużą głowę. Gdzieś w głębi duszy czuł bunt, wie­dział jed­nak, że kano­nik, cho­ciaż surowy, był spra­wie­dliwy. Odwró­cił się, by odejść.

– Stój. – Głos kano­nika był nie­ubła­gany. – To nie wszystko. Ukry­wasz jesz­cze jeden grzech, mój synu.

Skąd mógł o tym wie­dzieć? Chło­piec czuł na ple­cach wzrok duchow­nego i nie miał odwagi się odwró­cić.

– I cóż mi powiesz?

Osmund na­dal mil­czał.

– Więc ja powiem tobie – głos ciął jak brzy­twa. – Tym grze­chem jest chci­wość. – Wysy­czał to słowo.

A zatem wie­dział.

Pła­cono mu pensa dzien­nie. Był biedny.

– Ludzie, któ­rzy powinni mieć wię­cej rozumu, kuszą cię, byś pra­co­wał dla nich, gdy jesteś potrzebny tutaj – oskar­żył go kano­nik. – Bez­boż­nicy.

Każde jego słowo było prawdą. A jed­nak Osmun­dowi nie wyda­wało się to wiel­kim prze­wi­nie­niem.

Cho­dziło o to, na co tak nie­cier­pli­wie cze­kał przez cały pora­nek. Męż­czyźni, po powro­cie z narady w doli­nie, mieli mu zaofe­ro­wać pracę za pół­tora pensa dzien­nie – była to wspa­niała stawka, a pracy mogło wystar­czyć na cały rok. Znał ich obu dobrze. Nie wyda­wali się tacy bez­bożni. Odwró­cił się powoli, zasta­na­wia­jąc się, jakim spo­so­bem kano­nik się o tym dowie­dział.

– Chcia­łeś porzu­cić swoją pracę tutaj dla pie­nię­dzy, Osmun­dzie. Jesteś młody. Lecz miłość do pie­nię­dzy to chci­wość, a ta jest grze­chem. – Umilkł na chwilę, prze­wier­ca­jąc chłopca swym strasz­nym spoj­rze­niem, a potem pod­jął już nieco łagod­niej: – Dobrze obra­biasz kamień. Podobno potra­fisz też rzeź­bić w drew­nie.

Osmund ski­nął głową. Wyrzeź­bił piękne drzwi dla Gode­froia we dwo­rze w Avons­ford i wie­dział, że ksiądz oglą­dał jego dzieło. Nie­mniej następne słowa kano­nika wpra­wiły go w zdu­mie­nie.

– Czy chciał­byś pra­co­wać w kate­drze?

Osmund wpa­try­wał się w Por­te­horsa, led­wie mogąc uwie­rzyć w to, co usły­szał. Pra­co­wać w kate­drze pośród mula­rzy – czyżby miało się speł­nić jego marze­nie? Ksiądz przy­pa­try­wał mu się prze­ni­kli­wie.

– Płacą pensa i ćwierć dzien­nie – powie­dział cicho – ale nie wię­cej. – Urwał, by dodać po chwili: – Mógł­byś zacząć od Świę­tego Michała, jeżeli dobrze się spi­szesz przy kana­łach. Czy tego chcesz?

– O tak – odparł tonem nie­mal bła­gal­nym. Nie potra­fił opa­no­wać wzru­sze­nia.

– Dobrze więc. – Kano­nik znów umilkł na moment, nim pod­jął: – Rzecz jasna, jeśli zde­cy­du­jesz się pra­co­wać dla Shoc­kleya i jego kom­pa­nów, nie dosta­niesz pracy w kate­drze. Ni­gdy.

Osmund pobladł, ale się nie ode­zwał.

Ste­phen Por­te­hors przy­glą­dał mu się spo­koj­nie. Nie bez powodu pia­sto­wał urząd kano­nika kate­dry.

Widział dzieła mło­dego Osmunda w Avons­ford. Podej­rze­wał, że chło­pak ma talent.

W tej wła­śnie chwili Shoc­kley­owie i Gode­froi nad­je­chali konno ulicą, a kano­nik zwró­cił się ku nim.

* * *

Być może w zamy­śle Stwórcy włosy sto­ją­cego przy moście męż­czy­zny o szczu­ro­wa­tej twa­rzy miały prę­żyć się dum­nie na jego gło­wie jak kępa czar­nej trawy, z cza­sem jed­nak – przez brak mycia i szczot­ko­wa­nia – zmie­niły się w kil­ka­na­ście skoł­tu­nio­nych kła­ków, które żało­śnie okla­pły niczym zmar­niałe gałązki osma­lo­nego krzewu. I tak jak na wszyst­kim innym wokoło, rów­nież na tym splą­ta­nym gąsz­czu osia­dał kurz z Nowego Salis­bury.

Wil­liam atte Brigge miał dziś doświad­czyć naj­gor­szego dnia w swoim życiu.

Już teraz był wście­kły. Gdy patrzył na roz­gry­wa­jącą się przed nim scenę, jego bli­sko osa­dzone oczy bły­skały gnie­wem.

Tego ranka przy­był tu ze swoim wóz­kiem z Wil­ton. Prze­pra­wił się przez Avon Mostem Fisher­ton i nie­zwłocz­nie podą­żył na rynek w cen­trum nowego bisku­piego mia­sta. Tam zosta­wił wózek u innego han­dla­rza z Wil­ton, który miał wła­sny stra­gan, i ruszył dalej, mija­jąc po dro­dze powsta­jącą kate­drę i zmie­rza­jąc w stronę połu­dnio­wego krańca nowej osady, gdzie rzeka zakrę­cała na połu­dnie, żeby leni­wie kon­ty­nu­ować swój bieg ku wybrzeżu.

W oczach przy­pad­ko­wego obser­wa­tora dal­sze zacho­wa­nie Wil­liama atte Brigge mogłoby wydać się dziwne. Przed nim wzno­sił się nowy, kamienny most. Prze­ci­nał rzekę dwoma krót­kimi łukami, mię­dzy któ­rymi znaj­do­wała się nie­wielka wysepka. Po swo­jej lewej stro­nie miał kom­pleks budyn­ków szpi­tala Świę­tego Miko­łaja, zaś na wysepce wzno­siła się kapliczka Świę­tego Jana – oba obiekty zbu­do­wał biskup Bin­gham z myślą o podróż­nych. Było to uro­kliwe miej­sce otu­lone łagod­nym szme­rem wody opły­wa­ją­cej wysepkę z obu stron.

Wil­liam prze­szedł na śro­dek mostu. Naj­pierw rzu­cił okiem na drogę po dru­giej stro­nie rzeki, pro­wa­dzącą na połu­dnie i zachód, potem obej­rzał się na powsta­jące mia­sto, a wresz­cie utkwił posępny wzrok w małym sza­rym budynku na wyspie. I nagle, jakby opę­tał go jakiś amok, począł ska­kać i wyma­chi­wać chu­dymi rękami, a potem odwró­cił się i z dziką furią splu­nął w stronę szpi­tala. I drugi raz, na zaku­rzoną drogę przed sobą. Wrza­snął: „Niech dia­bli wezmą tego biskupa i wszystko, co robi!”, po czym zawró­cił i z ponurą miną ruszył w kie­runku mia­sta.

Wil­liam atte Brigge był z natury skłonny do nosze­nia urazy – dziś jed­nak miał powód do gory­czy, bowiem czci­godny biskup Bin­gham z Salis­bury miał wła­śnie dopro­wa­dzić go do ruiny.

Od cza­sów króla Alfreda, a nawet wcze­śniej, mia­sto Wil­ton dzier­żyło tytuł sto­licy hrab­stwa. Nie tylko sze­ryf odby­wał tam swoje sądy, nie tylko od cza­sów anglo­sa­skich w mie­ście tym biła men­nica, lecz nade wszystko w Wil­ton pro­spe­ro­wał targ, dogod­nie usy­tu­owany u zbiegu dwóch ruchli­wych rzek. Co prawda ist­niał mały targ w sta­rym zamku na wzgó­rzu Sarum, ale z uwagi na swe odsło­nięte poło­że­nie i dru­go­rzędne zna­cze­nie ni­gdy nie stał się on poważ­nym zagro­że­niem dla inte­re­sów sta­rego saskiego mia­sta w zachod­niej doli­nie. Jed­nak ćwierć wieku temu, gdy biskup Poore roz­po­czął budowę tego nowego mia­sta tar­go­wego w doli­nie, miesz­cza­nie i kupcy z Wil­ton poczęli odczu­wać nie­po­kój. Wkrótce biskup wyjed­nał prawo do orga­ni­zo­wa­nia zarówno corocz­nego jar­marku, jak i coty­go­dnio­wego dnia tar­go­wego, zaś nowo nadana karta mia­sta przy­zna­wała jego wol­nym miesz­kań­com istotne przy­wi­leje han­dlowe oraz zwol­nie­nia podat­kowe porów­ny­walne z tymi, które przy­znano wiel­kim mia­stom, takim jak Win­che­ster czy Bri­stol. Co gor­sza, kró­lew­ska rezy­den­cja myśliw­ska w lesie Cla­ren­don znaj­do­wała się zale­d­wie trzy kilo­me­try na wschód od nowego mia­sta biskupa, a król Hen­ryk, który lubił tam polo­wać, znany był ze swego zami­ło­wa­nia do wzno­sze­nia kościo­łów.

– To nowe mia­sto pochło­nie wszyst­kie pie­nią­dze – szem­rali miesz­cza­nie z Wil­ton. – Król o nas nie dba.

Mieli rację. Począt­kowo jed­nak ist­niał pewien czyn­nik łago­dzący. Gdy bowiem han­del w oko­licy się roz­wi­jał, a ruch na dro­gach nabie­rał tempa, wielu han­dla­rzy przy­by­wało do nowej osady z połu­dnia i zachodu, a żeby prze­kro­czyć sys­tem rzeczny i wje­chać do mia­sta, musieli korzy­stać z mostu w Wil­ton. Dzięki temu han­dlowe oży­wie­nie przy­no­siło zyski także kup­com z Wil­ton. Przez dwa­dzie­ścia lat wyda­wało się, że u boku nowego sąsiada stare mia­sto na zacho­dzie może pro­spe­ro­wać. Nie­stety teraz, w 1244 roku, nie­unik­nione stało się fak­tem: biskup Bin­gham zbu­do­wał wła­sny most na połu­dnie od kate­dry. Pła­cąc nie­wiel­kie myto za prze­kro­cze­nie rzeki w Ayle­swade, przy­jezdni kupcy mogli prze­pra­wić się przez tę część sys­temu rzecz­nego, w ogóle nie zbli­ża­jąc się do Wil­ton, skut­kiem czego star­sze mia­sto nagle zostało zupeł­nie odcięte od głów­nego nurtu han­dlu.

To jed­nak nie było wszystko. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów na nie­wiel­kim rynku sta­rego mia­sta Wil­ton targ odby­wał się dwa razy w tygo­dniu. Bisku­powi przy­znano prawo do orga­ni­za­cji zale­d­wie jed­nego dnia tar­go­wego, tym­cza­sem na wiel­kim tar­go­wi­sku Nowego Salis­bury kupcy han­dlo­wali bez licen­cji nie­mal codzien­nie i nikt z tym nic nie robił. Pomimo licz­nych skarg kie­ro­wa­nych do króla przez miesz­kań­ców Wil­ton nowa osada nie­ubła­ga­nie wysy­sała ze star­szej życiowe siły.

Od czasu nie­uda­nego pro­cesu sprzed stu­le­cia rodzina Wil­liama nie­wiele zdo­łała osią­gnąć. Choć nosił to samo imię co jego pra­dziad, który tak bez­sku­tecz­nie rzu­cił wyzwa­nie rol­ni­kom z Shoc­kley, Wil­liam nie był gar­ba­rzem, lecz drob­nym han­dla­rzem wełny, pró­bu­ją­cym utrzy­mać się z udzie­la­nia zali­czek chło­pom pod zastaw ich wełny, którą następ­nie sprze­da­wał na otwar­tym targu. Ceny wełny były sta­bilne, a han­del buj­nie roz­kwi­tał, co pozwo­liło Wil­liamowi osią­gać nie­znaczne zyski na tym racz­ku­ją­cym sys­te­mie zalicz­ko­wym. Z kolei jego żona i jej sio­stra odzie­dzi­czyły dzier­żawę chaty w jed­nym z mająt­ków Gode­froia, dzięki czemu Wil­liam posia­dał trzy­dzie­ści owiec, które wypa­sał nad rzeką Avon. Aby dodat­kowo wspo­móc skromny dochód rodziny, jego szwa­gierka tkała na jed­nym kro­śnie tka­niny słab­szej jako­ści, które on następ­nie sprze­da­wał na lokal­nych tar­gach po obni­żo­nej cenie, czer­piąc stąd wła­sny zysk. W ten spo­sób zara­biał na życie, choć był bied­niej­szy niż jego pra­dziad, gar­barz.

Ich rodzina ni­gdy nie wyba­czyła zamoż­nym rol­ni­kom z Shoc­kley.

„Ci z Shoc­kley to zwy­kłe łotry”, powta­rzał Wil­liam swoim dzie­ciom niczym dogmat wiary. A teraz Shoc­kleyowie zajęli także dom w nowym mie­ście – w tym, które miało dopro­wa­dzić do ruiny Wil­ton.

– Niech szlag trafi ich wszyst­kich i ten prze­klęty most! – wymam­ro­tał.

Ale gniew, jaki obu­dził w nim widok bisku­piego mostu, zbladł wobec furii, która w nim eks­plo­do­wała, gdy dotarł na tar­go­wi­sko.

Przy jego wózku kłę­bił się tuzin ludzi – nie­któ­rzy zer­kali zacie­ka­wieni, a inni patrzyli otwar­cie z wred­nym uśmie­chem. Czło­wiek z Wil­ton, któ­remu powie­rzył pie­czę nad wóz­kiem, wyglą­dał mar­kot­nie, zaś w samym sercu tego zgro­ma­dze­nia, nie­wzru­szony i srogi, znaj­do­wał się ktoś, kogo Wil­liam zawsze się lękał: Alan Le Por­tier, kon­tro­ler jako­ści tka­nin. Obok niego stała jego córka Ali­cia.

Kon­tro­ler wska­zał na wózek.

– To twoje tka­niny?

Uchwała doty­cząca miar i jako­ści tka­nin została usta­no­wiona przez króla Ryszarda przed pół­wie­czem. Był to pro­sty poda­tek od sukna połą­czony z naka­zem prze­strze­ga­nia okre­ślo­nych norm mia­ro­wych. Alan Le Por­tier przy­jął inną wer­sję rodo­wego nazwi­ska, lecz podob­nie jak jego brat kano­nik Por­te­hors, był czło­wie­kiem chu­dym i rygo­ry­stycz­nym, a wiel­możny Wil­liam Longspée, który reko­men­do­wał go kró­lew­skim urzęd­ni­kom na sta­no­wi­sko kon­tro­lera, zapew­nił ich ze śmie­chem:

„Nie tro­skaj­cie się, on taki sam jak cała jego rodzina: wszyst­kie nitki w suk­nie pora­chuje, jeśli zaj­dzie potrzeba”.

Zbli­żyw­szy się, Wil­liam prze­niósł spoj­rze­nie z kon­tro­lera na twarz towa­rzy­szą­cej mu córki. Alan posi­wiał nieco bar­dziej niż jego brat. Wychu­dłe obli­cze miał szla­chetne, a zara­zem surowe, oczy zaś ciemne i prze­ni­kliwe. Ali­cia, jego pięk­no­lica szes­na­sto­let­nia córka o orze­cho­wych oczach, przy­glą­dała się Wil­liamowi z zacie­ka­wie­niem. Czę­sto prze­cha­dzała się z uwiel­bia­nym ojcem po tar­go­wi­sku, które znała na wylot.

Kon­tro­ler powtó­rzył pyta­nie:

– To twoje tka­niny?

Ski­nął głową.

– Za wąskie o sześć mili­me­trów.

Któż by przy­pusz­czał, że to dostrzeże? Oszu­ku­jąc klien­tów na tej led­wie zauwa­żal­nej róż­nicy w sze­ro­ko­ści płótna, zapew­niał sobie skromny zysk, nawet przy obni­żo­nej cenie. Nie powi­nien był zosta­wiać wózka w miej­scu, gdzie mógł go wypa­trzyć prze­ni­kliwy wzrok Le Por­tiera.

– Uiścisz grzywnę, rzecz jasna – oznaj­mił rze­czowo kon­tro­ler. – I radził­bym zabrać to z powro­tem do Wil­ton. Tutaj nie możesz tego sprze­da­wać.

Wil­liam zwie­sił głowę z rezy­gna­cją. Mogło być gorzej – kon­tro­ler mógł skon­fi­sko­wać towar. Tak czy ina­czej, trudno będzie teraz zna­leźć kupca na te tka­niny. A prze­cież był to efekt dwu­mie­sięcz­nej pracy. Bez słowa sprze­ciwu chwy­cił za dłu­gie dyszle wózka i zaczął go z mozo­łem cią­gnąć. Odda­la­jąc się, usły­szał jesz­cze, jak Le Por­tier zwraca się do córki:

– Lepiej mieć tę rodzinę na oku.

Wil­liam prze­klął ich wszyst­kich pod nosem.

* * *

Zebra­nie, które tak bar­dzo inte­re­so­wało mło­dego Osmunda, odbyło się tego ranka nad brze­giem Avonu, nie­spełna kilo­metr na połu­dnie od wio­ski Avons­ford.

Dwa wspa­niałe konie i wóz cze­kały przy ścieżce bie­gną­cej powy­żej rzeki. Trzy metry dalej grupka zło­żona z dwóch męż­czyzn i chłopca roz­ma­wiała przy­ci­szo­nymi gło­sami, a niżej, tuż nad wodą, samotna postać odziana w długą czarną opoń­czę z kap­tu­rem prze­cha­dzała się w zamy­śle­niu wzdłuż brzegu, tam i z powro­tem. Pozo­stała trójka co jakiś czas rzu­cała w jej stronę nie­spo­kojne spoj­rze­nia.

Joce­lin de Gode­froi, Edward Shoc­kley i jego osiem­na­sto­letni syn Peter ocze­ki­wali na decy­zję czło­wieka w kap­tu­rze.

„Jeżeli zgo­dzi się dzi­siaj na to, o co go popro­simy – rzekł Edward do syna, jesz­cze zanim przy­byli nad rzekę – będzie to naj­waż­niej­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek uczy­ni­łem. Przy­nie­sie nam for­tunę”.

I teraz cze­kali na osąd zakap­tu­rzo­nej postaci, a Shoc­kley z led­wo­ścią pano­wał nad emo­cjami.

Rodzina osią­gnęła umiar­ko­wa­nie powo­dze­nie. Utrzy­mali gospo­dar­stwo w Shoc­kley, któ­rego nazwa stała się z cza­sem ich nazwi­skiem rodo­wym, ale jesz­cze jako młody czło­wiek Edward objął także dom w nowym mie­ście, gdzie zało­żył nie­wielki, lecz docho­dowy warsz­tat. Wypo­sa­żył go w trzy duże kro­sna i zatrud­nił tka­czy do wyrobu tka­nin. Czasy to były pra­co­wite. Rodzina zyskała sobie zaufa­nie i powszechną sym­pa­tię. Edward Shoc­kley, męż­czy­zna postawny i szorstki, został człon­kiem cechu kupiec­kiego nowego mia­sta, a w 1240 roku cie­szył się już pozy­cją god­nego sza­cunku miesz­cza­nina. Gospo­dar­stwem Shoc­kleyów zarzą­dzał na co dzień pańsz­czyź­niak peł­niący funk­cję rządcy.

Joce­lin de Gode­froi był spo­koj­niej­szy.

Od fatal­nych rzą­dów Ste­fana los sprzy­jał jego rodzi­nie. Choć w cza­sach anar­chii Edward z Salis­bury i jego brat opo­wia­dali się po stro­nie cesa­rzo­wej, prze­ciwko kró­lowi, to kiedy Ste­fan osta­tecz­nie zatrium­fo­wał, zacho­wali swoje wpływy, a ich młod­szy stron­nik Gode­froi także nie poniósł żad­nej szkody. Co wię­cej, za pano­wa­nia Hen­ryka II i Ryszarda rodzina nie tylko się wzbo­ga­ciła, lecz także okryła chwałą, gdyż wielki Ranulf de Gode­froi wal­czył u boku Ryszarda Lwie Serce w trze­ciej kru­cja­cie do Ziemi Świę­tej. Wspa­niały gro­bo­wiec w nie­wiel­kim kościele w Avons­ford zdo­bił posąg Ranulfa leżą­cego z mie­czem u boku, sze­ro­kim krzy­żem na piersi i skrzy­żo­wa­nymi nogami, w tra­dy­cyj­nej pozie zmar­łego ryce­rza krzy­żo­wego. Mała cynowa odznaka, którą nabył od mni­chów w Ziemi Świę­tej na pamiątkę swo­jej piel­grzymki, została wkom­po­no­wana w zewnętrzną kra­wędź kościel­nego dzwonu. Rodzina Gode­froich zyskała sobie powa­ża­nie w całej oko­licy. Otrzy­mała też drugą posia­dłość w Sarum, którą dzier­ża­wiła bez­po­śred­nio od króla, a że ostat­nio król powo­ły­wał pomniej­szych szlach­ci­ców na urzędy, poja­wiła się plotka, że ktoś tak zna­mie­nity jak Joce­lin de Gode­froi mógłby zostać wezwany do peł­nie­nia funk­cji sze­ryfa.

Ale pod jed­nym istot­nym wzglę­dem Joce­lin bar­dzo się róż­nił od swo­ich przod­ków: cho­ciaż posia­dał dwa majątki, miał tylko jeden dom, a była nim Anglia.

Taki stan rze­czy był zja­wi­skiem nowym. Przez pierw­sze sto pięć­dzie­siąt lat po inwa­zji wielu Nor­ma­nów i Bre­toń­czy­ków miało posia­dło­ści zarówno w Anglii, jak i po dru­giej stro­nie Kanału, a gdyby ich spy­tać, który kraj uwa­żają za dom, nie­je­den nie byłby w sta­nie odpo­wie­dzieć. Gdy jed­nak król Jan wsku­tek wojen­nych pora­żek stra­cił Nor­man­dię na rzecz króla Fran­cji, wła­ści­ciele mająt­ków w obu regio­nach musieli wybie­rać – zrzec się angiel­skich ziem i zło­żyć hołd kró­lowi Fran­cji lub vice versa. Rodzina Gode­fro­ich z Avons­ford wybrała Anglię. Ponie­siona strata nie była dotkliwa. Obaj monar­cho­wie, sami będący panami feu­dal­nymi, dla któ­rych idea rodziny na­dal była znacz­nie waż­niej­sza niż mgli­sty kon­cept taki jak naród, dali swoim wasa­lom czas na upo­rząd­ko­wa­nie spraw mająt­ko­wych, więc posia­dło­ści Gode­fro­ich w Nor­man­dii zostały sprze­dane na zado­wa­la­ją­cych warun­kach i bez zbęd­nego pośpie­chu. Jed­nak w wyniku takiego obrotu spraw Joce­lin był pierw­szym z rodu, dla któ­rego drugi kraj ni­gdy nie był domem i który, zapy­tany o swoją toż­sa­mość, nie odparłby „Nor­man”, lecz „Anglik”.

Był to męż­czy­zna śred­niego wzro­stu, o nie­na­gan­nej posta­wie. W prze­ci­wień­stwie do swo­ich przod­ków z cza­sów króla Ste­fana był gładko ogo­lony, a włosy, już nie­roz­dzie­lone prze­dział­kiem, miał przy­cięte w grzywkę na czole i sta­ran­nie pod­wi­nięte za pomocą nagrza­nych szczyp­ców pod uszy, co w połą­cze­niu z sub­tel­nymi rysami twa­rzy i orlim nosem nada­wało mu wygląd inte­lek­tu­ali­sty. Nosił długą lnianą szatę cotte, się­ga­jącą do kostek, a na niej sur­cot pod­szyty lisim futrem. Mięk­kie skó­rzane buty zapi­nane wokół kostek były hafto­wane srebrną nitką na dłu­gich czub­kach, a w ręku trzy­mał fil­cową czapkę o trój­kąt­nym kształ­cie. Na zło­tym łań­cu­chu wokół szyi wisiały dwa małe amu­lety upa­mięt­nia­jące jego dwie piel­grzymki: tę do San­tiago de Com­po­stela w Hisz­pa­nii i drugą, do sank­tu­arium św. Toma­sza Bec­keta, zamor­do­wa­nego po kłótni z Hen­ry­kiem II w Can­ter­bury, zale­d­wie przed sie­dem­dzie­się­ciu laty. Przy uździe jego konia wisiały dwie maleń­kie szma­rag­dowe tar­cze o śred­nicy dwóch i pół cen­ty­me­tra, ozdo­bione her­bem – bia­łym łabę­dziem na czer­wo­nym tle.

Nie było w Sarum rodu bar­dziej odda­nego idei rycer­sko­ści niż Gode­fro­io­wie. Kiedy pod koniec ubie­głego stu­le­cia ów nie­fra­so­bliwy wzór rycer­sko­ści Ryszard I zaczął orga­ni­zo­wać tur­nieje rycer­skie na roz­le­głych polach mię­dzy sta­rym zam­kiem Saris­be­rie a mia­stem Wil­ton, żaden rycerz nie wspie­rał tych zawo­dów z więk­szym zapa­łem niż stary Ranulf de Gode­froi. Jego syn, a teraz i wnuk, nale­żeli do naj­zna­mie­nit­szych patro­nów i orga­ni­za­to­rów tychże rycer­skich festy­nów.

Jed­nakże Joce­lin miał także smy­kałkę do inte­re­sów, a dzi­siej­sze spo­tka­nie doty­czyło przed­się­wzię­cia donio­słej wagi, toteż i on bacz­nie przy­glą­dał się zakap­tu­rzo­nemu męż­czyź­nie, który wresz­cie ruszył zbo­czem, zmie­rza­jąc w ich stronę.

Po chwili dotarł do celu. Cóż posta­no­wił?

Był to czło­wiek postawny, o moc­nej budo­wie, z lekką skłon­no­ścią do tuszy, a jego ciężki krok zna­czył ślady na mięk­kiej darni. Sta­nął przy nich i zsu­nął kap­tur, odsła­nia­jąc kopu­la­stą, łysie­jącą głowę o siwie­ją­cych skro­niach i twarz z orlim nosem, ustach sta­now­czych, ale uprzej­mych, oraz sze­roko roz­sta­wio­nych nie­bie­skich oczach peł­nych humoru i inte­li­gen­cji. Miał trzy­dzie­ści lat, ale był już doświad­czo­nym czło­wiekiem inte­re­sów.

– Prąd jest silny, grunt – solidny. – Uśmiech­nął się. – Otrzy­ma­cie pożyczkę.

Mówił po fran­cu­sku, gdyż zwra­cał się do Gode­froia, i zarówno ten fakt, jak i jego kosz­towna opoń­cza oraz wspa­niały koń, który naj­wy­raź­niej nale­żał do niego, wska­zy­wały, że jest człon­kiem nor­mań­skiej klasy rzą­dzą­cej. Jego strój odzna­czał się jed­nak pew­nym oso­bli­wym szcze­gó­łem: otóż na piersi miał on naszyty podwójny pro­sto­kąt bia­łego płótna, o wymia­rach około pię­ciu na sie­dem i pół cen­ty­me­tra – była to tak zwana tabula, znak sym­bo­li­zu­jący dwie kamienne tablice z Dzie­się­cioma Przy­ka­za­niami. Aaron z Wil­ton był bowiem Żydem.

Żydzi w Anglii przy­na­le­żeli do króla. Przy­byli głów­nie z pół­noc­nej Fran­cji, a zarówno Wil­helm Zdo­bywca, jak i jego syno­wie Rufus i Hen­ryk zachę­cali ich do osie­dla­nia się w tym nowym kró­le­stwie. Co prawda wzbro­niono im posia­da­nia ziemi i pro­wa­dze­nia zwy­kłego han­dlu, zyskali jed­nak szcze­gólny przy­wi­lej kró­lew­skiej pro­tek­cji w nor­mań­skim sys­te­mie feu­dal­nym jako finan­si­ści i pożycz­ko­dawcy. Nie tylko Żydzi peł­nili tę nie­odzowną funk­cję. Zarówno wło­scy kupcy, jak i naj­po­boż­niej­szy zakon tem­pla­riu­szy, któ­rego sieć obej­mo­wała wiele ziem chrze­ści­jań­skiego świata, rów­nież trud­nili się poży­cza­niem pie­nię­dzy. Jed­nakże w Anglii to wła­śnie Żydzi sta­no­wili naj­waż­niej­sze opar­cie finan­sowe w cza­sach, kiedy potrzeba gotówki na pokry­cie kosz­tów kró­lew­skich kru­cjat, zagra­nicz­nych wojen i najem­ni­ków gwał­tow­nie rosła, a roz­wi­ja­jąca się gospo­darka wyspy nie dys­po­no­wała inną insty­tu­cją feu­dal­nego ładu zdolną dostar­czyć nie­zbęd­nego kapi­tału. Mówiący po fran­cu­sku, czę­sto wykształ­ceni, a na pewno nie­zbędni kró­lowi i magna­tom, ich przy­wódcy – cho­ciaż for­mal­nie poza feu­dalną kastą – byli bliżsi ary­sto­kra­cji niż jaka­kol­wiek inna grupa spo­łeczna, nie licząc bisku­pów i wyż­szych dostoj­ni­ków kościel­nych. Przez nie­mal stu­le­cie ich rela­cje z samym Kościo­łem – któ­rego biskupi czę­sto potrze­bo­wali fun­du­szy na wzno­sze­nie wspa­nia­łych katedr, a klasz­tory rychło ule­gły poku­sie zacią­ga­nia poży­czek pod zastaw pro­du­ko­wa­nej w ogrom­nych ilo­ściach wełny – pozo­sta­wały zazwy­czaj przy­ja­zne.

Spo­łecz­ność żydow­ska pro­spe­ro­wała, mimo kilku lokal­nych wystą­pień prze­ciwko niej, także w XII wieku, pod­czas dłu­giego pano­wa­nia Hen­ryka II. Żydzi stali się kró­lew­skimi pośred­ni­kami finan­so­wymi, udzie­la­jąc władcy poży­czek zabez­pie­czo­nych jego przy­szłymi docho­dami, które sze­ry­fo­wie ścią­gali ze swo­ich hrabstw. Takie pożyczki sta­no­wiły zalą­żek bar­dziej zło­żo­nych form kre­dy­to­wa­nia pań­stwa zna­nych z póź­niej­szych stu­leci. Żydzi mogli nawet zostać bez­po­śred­nimi dzier­żaw­cami kró­lew­skich dóbr i użyt­ko­wać zie­mię, która for­mal­nie wciąż nale­żała do króla. Zgod­nie z pra­wem mają­tek każ­dego Żyda, po jego śmierci, wra­cał do korony, jed­nak w prak­tyce rzadko z tego przy­wi­leju korzy­stano, ponie­waż nisz­cze­nie wła­snych tak bar­dzo uży­tecz­nych dla króla ban­kie­rów nie miało żad­nego sensu. A uży­teczni byli z całą pew­no­ścią. U schyłku XII wieku król zaczął pozy­ski­wać środki od spo­łecz­no­ści żydow­skiej, wpro­wa­dziw­szy sys­tem arbi­tral­nych danin, zwa­nych tal­la­ges, które mógł nakła­dać według wła­snej woli. I choć żąda­nia Hen­ryka II były umiar­ko­wane, to w ostat­nich latach swego dłu­giego pano­wa­nia około jed­nej siód­mej cał­ko­wi­tych rocz­nych docho­dów kró­le­stwa pocho­dziło wła­śnie od spo­łecz­no­ści żydow­skiej.

„Może i jeste­śmy uży­teczni – prze­strze­gał Aarona ojciec. – Lecz nie łudź się, że możemy czuć się bez­piecz­nie”.

Jego ostroż­ność była uza­sad­niona. Krzy­żowcy roz­pa­lili powszechną nie­na­wiść do wszyst­kich, któ­rych można było okre­ślić mia­nem nie­wier­nych, zaś w Anglii przy­go­to­wa­nia do kru­cjaty króla Ryszarda stały się zarze­wiem nowej fali anty­ży­dow­skich zamie­szek, które wybu­chały w niektó­rych mia­stach. Kul­mi­na­cją tych wyda­rzeń była strasz­liwa tra­ge­dia w Yorku, gdzie stu pięć­dzie­się­ciu Żydów uwię­zio­nych w zamku, w któ­rym szu­kali schro­nie­nia, ode­brało sobie życie, aby unik­nąć znacz­nie gor­szego losu z rąk uzbro­jo­nego roz­ju­szo­nego tłumu. Te nie­po­koje zostały jed­nak wkrótce stłu­mione przez samego Ryszarda i spo­łecz­ność żydow­ska odzy­skała względne bez­pie­czeń­stwo pod kró­lew­ską opieką.

Jed­nak wyso­kość tal­la­ges nie­ustan­nie rosła. Gdy wra­ca­jący z Ziemi Świę­tej król Ryszard został poj­many dla okupu, nie­wielką spo­łecz­ność żydow­ską obcią­żono podat­kiem wyno­szą­cym pięć tysięcy marek – trzy­krot­nie wyż­szym niż suma prze­ka­zana przez miesz­czan z potęż­nego han­dlo­wego mia­sta Lon­dynu. Za pano­wa­nia następcy Ryszarda, króla Jana, wiecz­nie zma­ga­ją­cego się z bra­kiem pie­nię­dzy, podatki osią­gnęły jesz­cze wyż­szy poziom.

Co cie­kawe, sta­no­wi­sko króla w tej spra­wie zda­wało się nad wyraz oso­bliwe. Oto bowiem Kościół, pomimo dzia­łal­no­ści wła­snych przed­sta­wi­cieli, coraz dobit­niej potę­piał prak­tykę poży­cza­nia pie­nię­dzy na pro­cent, którą okre­ślał mia­nem lichwy, zaś król Anglii, który gło­śno tę dok­trynę popie­rał, po cichu stale pod­no­sił tal­la­ges i czer­pał naj­więk­sze zyski z żydow­skiego sys­temu finan­so­wego, który w isto­cie chro­nił i pod­trzy­my­wał. W rezul­ta­cie naj­więk­szym lichwia­rzem w całym kró­le­stwie był zatem sam król.

Mimo swych nie­wąt­pli­wych wad sys­tem ten był z pew­no­ścią dobrze zor­ga­ni­zo­wany. Dla spo­łecz­no­ści żydow­skiej usta­no­wiono oddzielny sąd lokalny i skar­bowy, a w wielu mia­stach powstały archiwa, w któ­rych prze­cho­wy­wano ofi­cjalne reje­stry wszel­kich trans­ak­cji pożycz­ko­wych. Doku­menty te, zwane chi­ro­gra­fami, trzy­mano w „arkach”, czyli wiel­kich skrzy­niach prze­zna­czo­nych do tego celu. Jed­nym z takich miast było Wil­ton, sły­nące ze zna­mie­ni­tej spo­łecz­no­ści żydow­skiej, zaś Aaron nale­żał do jej naj­bar­dziej powa­ża­nych człon­ków.

Minęło sto lat, odkąd jego rodzina zawi­tała w te strony, a on dobrze znał zarówno Gode­froia, jak i Shoc­kleya. Jego dzia­dek, w lep­szych cza­sach, zwykł toczyć dłu­gie i przy­ja­zne dys­puty z wiel­moż­nym Ranul­fem Gode­fro­iem, a ojciec wsparł nie­gdyś Edwarda Shoc­kleya nie­wielką pożyczką, gdy ten sta­wiał pierw­sze kroki w inte­re­sach w Nowym Salis­bury. Natu­ralną więc rze­czy koleją to u niego obie rodziny szu­kały teraz pomocy przy tym nowym, znacz­nie ambit­niej­szym przed­się­wzię­ciu.

Aaron zwró­cił się następ­nie do Shoc­kleya:

– Mam jedno pyta­nie – rzekł poważ­nym tonem. – Masz już w mie­ście gospo­dar­stwo i tka­czy. Kto zatem będzie nad­zo­ro­wał na co dzień ten nowy zakład?

Edward wska­zał na Petera.

– Mój syn.

Nie­bie­skie oczy Aarona spo­częły na Pete­rze Shoc­kleyu. Lubił tego mło­dzieńca, znał go od dziecka; był dość zrów­no­wa­żony, ale Aaron wyczu­wał w nim pewną impul­syw­ność, która nieco go nie­po­ko­iła.

– Dobrze. Ale on jest młody – powie­dział. – Musisz mieć na niego bacze­nie.

Ruszył w kie­runku swego konia.

Czy to moż­liwe, że zapo­mniał o naj­waż­niej­szym z warun­ków? Gode­froi i Shoc­kley spoj­rzeli po sobie.

– Aaro­nie. – Edward Shoc­kley zatrzy­mał go. – Nie powie­dzia­łeś… – zawa­hał się ner­wowo – na jaki pro­cent.

Żyd posłał mu uśmiech.

– Czyżby mi to umknęło? Cóż za nie­uwaga. Powiedzmy, że na zwy­kły?

Obaj męż­czyźni ode­tchnęli z wyraźną ulgą. Było lepiej, niż mogli się spo­dzie­wać.

W roz­kwi­ta­ją­cej gospo­darce XIII wieku, gdy płynny kapi­tał był wysoce pożą­dany, a jego zasoby wciąż pozo­sta­wały ogra­ni­czone, nawet zwy­kłe stopy pro­cen­towe osią­gały wygó­ro­wane war­to­ści. Zwy­cza­jowa stopa wyno­siła od jed­nego do dwóch pen­sów od funta na tydzień, co w skali rocz­nej dawało od dwu­dzie­stu jeden do czter­dzie­stu trzech pro­cent. Jed­nak wyso­kie tal­la­ges nało­żone na spo­łecz­ność pożycz­ko­daw­ców czę­sto powo­do­wały wzrost stóp pro­cen­to­wych, a cho­ciaż król ofi­cjal­nie ich zaka­zy­wał, stopy rzędu sześć­dzie­się­ciu czy osiem­dzie­się­ciu pro­cent nie nale­żały do rzad­ko­ści. Tak wysoki koszt kapi­tału nie doty­czył wyłącz­nie poży­czek zacią­ga­nych u Żydów. Chrze­ści­jań­scy kupcy z Cahors czę­sto wysta­wiali weksel na kwotę prze­wyż­sza­jącą war­tość pożyczki o połowę, z ter­mi­nem spłaty przy­pa­da­ją­cym na koniec bie­żą­cego roku – co w prak­tyce ozna­czało nali­cza­nie pięćdziesięciopro­cen­to­wych odse­tek za okres, który mógł wyno­sić zale­d­wie kilka mie­sięcy. Mimo to inte­resy kwi­tły, a zarówno wła­ści­ciele ziem­scy, jak i kupcy godzili się na te szo­ku­jące warunki. Aaron jed­nakże wspie­rał przed­się­wzię­cia Shoc­kleyów i Gode­fro­ich od wielu lat, a zwy­kła stawka, do któ­rej się odwo­ły­wał, wyno­siła sto­sun­kowo skromne dwa­dzie­ścia pięć pro­cent.

Cała grupka zaczęła się zbie­rać do odjazdu: Aaron i Gode­froi dosie­dli koni, a Shoc­kley z synem zajęli miej­sca w swoim wozie. Jako że wszy­scy mieli sprawy do zała­twie­nia w nowym mie­ście, więc ruszyli razem, nie­spiesz­nie, zie­loną doliną Avonu.

Po chwili Edward Shoc­kley zwró­cił się do syna cichym szep­tem:

– Zaczniemy budowę nie­zwłocz­nie. – A potem dodał, nie po raz pierw­szy: – Ten młyn przy­nie­sie nam for­tunę.

Peter ski­nął głową. Co za wspa­niałe przed­się­wzię­cie. To on będzie nim zarzą­dzał, a potem – potem z pew­no­ścią poślubi Ali­cię. Na tę myśl uśmiech­nął się pełen nadziei. Le Por­tier nie śmie odmó­wić mło­dzień­cowi z mły­nem.

* * *

Młyn, w który inwe­sto­wali Gode­froi i Shoc­kley­owie, nie miał nic wspól­nego z mie­le­niem zboża. Był to folusz do obróbki tka­nin – sym­bol ówcze­snej epoki.

Pro­ces wytwa­rza­nia tka­nin zmie­nił się od naj­daw­niej­szych cza­sów bar­dzo nie­wiele. Naj­pierw strzy­żono owce i zbie­rano wełnę; potem ją cze­sano, czyli dra­pano ostem, aby roz­pro­sto­wać i roz­luź­nić włókna, następ­nie zaś ją prano i suszono, żeby usu­nąć nad­miar tłusz­czu. Póź­niej surową wełnę przę­dzono – roz­cią­gano i skrę­cano w nić za pomocą wrze­ciona. Był to mozolny pro­ces wyko­ny­wany ręcz­nie, ponie­waż nie wyna­le­ziono jesz­cze koło­wrotka. Dopiero wów­czas można było przy­stą­pić do samego tka­nia.

Od dwóch tysięcy lat budowa kro­sien, na któ­rych wytwa­rzano tka­ninę, pozo­sta­wała nie­zwy­kle pro­sta: ich pod­stawę sta­no­wiła wysoka belka poprzeczna, na któ­rej zawie­szano i obcią­żano dłu­gie nici przę­dzy (osnowę), zaś krót­sze (wątek) prze­wle­kano pomię­dzy nimi i doci­skano bidłem. Ten pro­sty zabieg – prze­wle­ka­nie wątku zgod­nie ze sta­ran­nie zapro­jek­to­wa­nym wzo­rem – powta­rzano tysiąc­krot­nie i powoli, cen­ty­metr po cen­ty­metrze, na kro­snach poja­wiał się surowy mate­riał. Pro­ces ten trwał do chwili, kiedy koń­czyły się dłu­gie nici osnowy, co ozna­czało zakoń­cze­nie pracy nad daną poła­cią tka­niny.

Były to kro­sna pio­nowe. Jed­nak nie­dawno wpro­wa­dzono do użytku znacz­nie lep­sze urzą­dze­nie, w któ­rym osnowę moco­wano poziomo na ramie i nawi­jano na obra­ca­jący się wał, co pozwa­lało wytwa­rzać tka­ninę o nie­ogra­ni­czo­nej dłu­go­ści. Co wię­cej, teraz z łatwo­ścią można było wytwa­rzać ją w sze­ro­kich pasach, a to dzięki współ­pracy dwóch tka­czy sie­dzą­cych naprze­ciwko sie­bie po obu stro­nach kro­sien i prze­ka­zu­ją­cych sobie wątek. Były to podwójne kro­sna poziome, które zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wały rze­mio­sło tek­stylne w śre­dnio­wie­czu – i to wła­śnie takie urzą­dze­nia posia­dał Shoc­kley.

Jed­nak świeżo utkana tka­nina z kro­sien była jesz­cze nie­zdatna do użytku. Włókna wciąż były sto­sun­kowo luźne, a wełna zawie­rała brud i zanie­czysz­cze­nia. Kolej­nym istot­nym eta­pem było folo­wa­nie: pro­ces ten pole­gał na dep­ta­niu suro­wego mate­riału w kadziach wypeł­nio­nych wodą z dodat­kiem deter­gentu, któ­rym zazwy­czaj była sfer­men­to­wana uryna. Folusz­nicy, dep­cząc tka­ninę w kadziach, z któ­rych uno­siła się ostra woń amo­niaku, spra­wiali, że mate­riał się kur­czył i zagęsz­czał, a wszel­kie pozo­stałe zabru­dze­nia roz­luź­niały się i oddzie­lały od włó­kien wełny. Po zakoń­cze­niu folo­wa­nia tka­ninę dokład­nie płu­kano, żeby usu­nąć draż­niący zapach, a następ­nie, gdy była jesz­cze wil­gotna, uno­szono jej wło­sie za pomocą ostu i równo przy­ci­nano noży­cami. Na koniec roz­wie­szano ją na roz­cią­gar­kach i zosta­wiano do wyschnię­cia.

Cały ten pro­ces był żmudny i cza­so­chłonny – czę­sto trwał nawet dwa­dzie­ścia godzin i prze­bie­gał w wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze – a wyma­gał też nie lada wysiłku. Im cięż­sza była tka­nina, tym inten­syw­niej trzeba ją było folo­wać. Na przy­kład w przy­padku gru­bego filcu mate­riał był tak mocno spil­śniany, że pier­wotny splot sta­wał się nie­wi­doczny.

To wła­śnie w tym okre­sie dzie­jów wyspy zaszły dwie inne istotne zmiany w han­dlu wełną. Pierw­szą był stop­niowy wzrost wytwór­stwa tka­nin. Z upły­wem dekad, mimo że więk­szość tka­nin na­dal spro­wa­dzano z Flan­drii i Włoch, wyroby angiel­skie rów­nież zaczęły zdo­by­wać coraz więk­sze uzna­nie. Dru­gim prze­ło­mem było wyna­le­zie­nie mecha­nicz­nego folu­szu.

I to wła­śnie moż­li­wo­ści tej ogrom­nej nowo­cze­snej machiny wzbu­dziły u Edwarda Shoc­kleya tak wielką eks­cy­ta­cję.

„Widzisz – obja­śniał Gode­fro­iowi – to działa tak samo jak młyn zbo­żowy: nurt rzeczny wpra­wia w ruch koło wodne, ale zamiast kamieni młyń­skich, są tu dwa ogromne drew­niane młoty na zapadce, które bez prze­rwy ude­rzają w tka­ninę. To urzą­dze­nie może zastą­pić i dzie­się­ciu folusz­ni­ków, a im cięż­szy mate­riał, tym ta machina jest sku­tecz­niej­sza”.

Folu­sze mecha­niczne zaczęły poja­wiać się w wielu miej­scach, zwłasz­cza w zachod­niej czę­ści wyspy. Choć czę­sto wzbu­dzały opór wśród miej­sco­wych folusz­ni­ków, oba­wia­ją­cych się, że staną się one kon­ku­ren­cją dla ich tra­dy­cyj­nych metod, oka­zały się znacz­nie efek­tyw­niej­szym spo­so­bem obróbki cięż­kich tka­nin. Wyglą­dem urzą­dze­nia te przy­po­mi­nały młyny zbo­żowe, a jedy­nymi róż­ni­cami, jakie dało się dostrzec, były odgłosy ryt­micz­nych ude­rzeń cięż­kich drew­nia­nych mło­tów i ostra woń amo­niaku. Biskup z Win­che­steru już wcze­śniej kazał wznieść taki folusz na tere­nie swo­jej pobli­skiej posia­dło­ści w Down­ton.

„Co roku wytwa­rza się wię­cej tka­nin – argu­men­to­wał Shoc­kley. – A jeśli będziemy mieć sprawny folusz, to zwięk­szony popyt przy­nie­sie nam wiel­kie korzy­ści”.

Do osią­gnię­cia celu potrze­bo­wał jedy­nie działki ziemi nad rzeką, w miej­scu, gdzie można by taki folusz łatwo posta­wić, oraz spon­sora posia­da­ją­cego wystar­cza­jące zasoby kapi­ta­łowe, żeby sfi­nan­so­wać tę budowę albo porę­czyć za potrzebne na nią środki. Oczy­wi­ście zwró­cił się w tej spra­wie do Gode­froia.

Na mocy zawar­tej umowy Gode­froi miał poży­czyć pie­nią­dze od Aarona i wybu­do­wać folusz na tere­nie nowego majątku, któ­rym jako wasal kró­lew­ski miał prawo zarzą­dzać według wła­snego uzna­nia, bez koniecz­no­ści uzy­ski­wa­nia zgody jakie­go­kol­wiek zwierzch­nika ziem­skiego. Shoc­kley zaś, jako przed­się­biorca, zobo­wią­zy­wał się do odda­wa­nia mu połowy docho­dów od przy­wo­żą­cych tka­niny spoza mająt­ków Gode­froia, a także cały dochód od wszyst­kich dzier­żaw­ców i chło­pów pańsz­czyź­nia­nych ryce­rza, któ­rzy – jako mu pod­le­gli – byliby obo­wią­zani do korzy­sta­nia wyłącz­nie z jego folu­szu. Zatem Gode­froi, zacią­ga­jąc pożyczkę pod zastaw swo­ich roz­le­głych wło­ści, w isto­cie zyskałby cenny atut dla swego majątku, zaś jego wasale i chłopi byliby zmu­szeni, pośred­nio, do pomna­ża­nia jego docho­dów. Było to typowe dla tam­tej epoki połą­cze­nie kapi­ta­li­zmu z feu­da­li­zmem.

Kon­struk­cja samego budynku nie była skom­pli­ko­wana, wyma­gała jed­nak solid­nej pracy mular­skiej i sto­lar­skiej.

– Kto zaj­mie się muro­wa­niem? – zapy­tał Aaron, jadący obok Gode­froia.

– Mamy mło­dzieńca z mojego majątku – odpo­wie­dział rycerz – który obec­nie pra­cuje w mie­ście. Z tego, co widzia­łem, zna się na swoim rze­mio­śle. Nazywa się Osmund.

Aaron ski­nął głową z uśmie­chem.

– Będzie tań­szy niż godny zaufa­nia mistrz mular­ski – zauwa­żył.

– Otóż to – przy­tak­nął Gode­froi.

* * *

Gdy pół godziny póź­niej Wil­liam atte Brigge ujrzał nad­jeż­dża­jący ulicą nie­wielki orszak zło­żony z Gode­froia, Aarona z Wil­ton i znie­na­wi­dzo­nych Shoc­kleyów, natych­miast poczuł instynk­towną nie­chęć. Kiedy tamci się zatrzy­mali, a Gode­froi odłą­czył się od grupki, by roz­mó­wić się z jakimś kup­cem, Wil­liam czym prę­dzej prze­ciął ulicę i zbli­żył się chył­kiem do Aarona. Żaden z męż­czyzn nie darzył dru­giego sym­pa­tią, lecz jako sąsie­dzi w Wil­ton obaj zacho­wy­wali wzglę­dem sie­bie chłodną uprzej­mość.

– Cóż nowego? – zagad­nął Wil­liam. – Gode­froi i Shoc­kley­owie dopra­szają się pie­nię­dzy? – Aaron nie odpo­wie­dział. – Wpa­dli w kło­poty? – rzu­cił z nadzieją.

– By­naj­mniej. To, jak sądzę, bar­dzo dobra inwe­sty­cja. – Pokrótce nakre­ślił plan budowy folu­szu. – Już wcze­śniej wspar­łem finan­sowo dwa inne młyny na zacho­dzie – dodał spo­koj­nie.

Twarz Wil­liama się zachmu­rzyła. Bły­ska­wicz­nie połą­czył fakty. Kro­sno żony i jego owce, źró­dło tych lichych tka­nin, które sprze­da­wał, znaj­do­wały się na zie­miach Gode­froia, a to mogło zna­czyć tylko jedno. Jego podej­rze­nia potwier­dziły się chwilę póź­niej, gdy wyrósł za nim koń w zdo­bio­nym ema­lią rynsz­tunku, a sie­dzący w sio­dle rycerz Gode­froi spoj­rzał na kupca z nie­ta­joną pogardą.

– Czy rodzina two­jej żony nie trudni się tkac­twem na moich zie­miach? – zapy­tał oschle.

Wil­liam ski­nął głową.

– Dobrze. Wkrótce będą folo­wać te tka­niny w moim folu­szu. – Trą­cił boki konia, który ruszył naprzód, a wóz z Shoc­kley­ami poto­czył się za nim. Wil­liam usły­szał śmiech, ale nie wie­dział czyj. I nie pod­niósł wzroku, żeby to spraw­dzić.

Zatem tka­nina, którą do tej pory tanio folo­wał w Wil­ton, tka­nina z wełny jego wła­snych owiec, teraz będzie tra­fiała do folu­szu pro­wa­dzo­nego przez tych prze­klę­tych Shoc­kleyów. A on będzie musiał pła­cić im i Gode­fro­iowi za dopro­wa­dze­nie go do ruiny. I nie mógł nic, abso­lut­nie nic na to pora­dzić.

W pory­wie furii chwy­cił swój wózek i pocią­gnął go za sobą, lecz z każ­dym kro­kiem nagro­ma­dzone przez cały dzień upo­ko­rze­nia coraz bar­dziej w nim nabrzmie­wały, aż nie mógł dłu­żej tego znieść. Nagle się zatrzy­mał.

– Do dia­bła z bisku­pem i jego mostem! Do dia­bła z tym kon­tro­le­rem! Do dia­bła z tym Żydem i Shoc­kley­ami! – ryk­nął. Chwy­cił bele wadli­wego sukna i cisnął je na zaku­rzoną drogę, a potem odwró­cił się i nie zwa­ża­jąc na bez­li­to­sny skwar, ruszył w stronę Wil­ton.

* * *

Ponie­waż Aaron zatrzy­mał się na chwilę na rynku, to Gode­froi i dwóch Shoc­kleyów jako pierwsi sta­nęli twa­rzą w twarz z kano­ni­kiem. A ponie­waż rycerz nie wie­dział nic o tym, co zaszło tego ranka mię­dzy Por­te­hor­sem a Osmun­dem, nie prze­czu­wał niczego złego, kiedy ścią­gnąw­szy wodze swo­jego konia, ski­nął na chłopca, naka­zu­jąc mu podejść.

Nim jed­nak Osmund zdą­żył pod­nieść się z rowu, w któ­rym klę­czał, ksiądz zde­cy­do­wa­nym gestem ode­pchnął go na bok i ruszył gniew­nie w stronę ryce­rza.

– Czego chcesz od tego mło­dzieńca?

Gode­froi zmie­rzył go spo­koj­nym wzro­kiem z wyżyn swego wierz­chowca.

– Pra­gnę zamie­nić z nim słowo. To mój pod­dany.

– Jest zajęty.

Gode­froi uprzej­mie skło­nił głowę.

– Zabiorę mu tylko chwilę, kano­niku Por­te­hors.

Ale Por­te­hors ani myślał ustą­pić.

– Jeśli twoim zamia­rem jest odwieść go od pracy, którą wyko­nuje tutaj, to sta­now­czo zabra­niam.

Gode­froi zesztyw­niał. Ksiądz nie miał żad­nej wła­dzy nad tym chłop­cem, nato­miast on, jako feu­dalny pan Osmunda, miał pełne prawo decy­do­wać o jego losie.

– Był­bym zobo­wią­zany, gdy­byś się nie mie­szał – rzu­cił ostro.

Por­te­hors ani drgnął. Rycerz, igno­ru­jąc go więc, zwró­cił się bez­po­śred­nio do Osmunda.

– Jutro roz­pocz­niesz pracę przy folu­szu – rzekł uprzej­mie. – Staw się o świ­cie.

Gode­froi już miał się odwró­cić i odejść.

Nie zamie­rzał wda­wać się w dys­puty z Por­te­hor­sem i uwa­żał, że sprawa jest zakoń­czona.

Jed­nak kano­nik widział to ina­czej.

– On pra­cuje na chwałę Kościoła – oznaj­mił z naci­skiem.

Ani ryce­rzowi, ani kano­ni­kowi, rzecz jasna, nawet w gło­wie nie postało, żeby o roz­strzy­gnię­cie tej sprawy zwró­cić się do samego chłopca, choć teo­re­tycz­nie Osmund miał prawo decy­do­wać, jak spo­żyt­ko­wać dni, w któ­rych nie był zobo­wią­zany do pracy na rzecz swego feu­dal­nego pana. Dla Por­te­horsa sprawa była zbyt istotna, by brać pod uwagę życze­nia Osmunda, gdyż teraz w grę wcho­dziła kwe­stia zasad.

Jed­nak na ostat­nią uwagę kano­nika Gode­froi zmarsz­czył brwi ze zdzi­wie­niem.

– Ależ on kopie uliczne rowy. – Wska­zał na nie­do­koń­czony kanał wodny.

Por­te­hors wahał się tylko przez chwilę.

– Jutro zaczyna pracę przy kate­drze. – Zde­cy­do­wany posta­wić na swoim, kano­nik wła­śnie odmie­nił los Osmunda.

Gode­froi był w roz­terce. Choć miał pełne prawo korzy­stać ze służby chłopca, w zwy­kłych oko­licz­no­ściach nie powa­żyłby się pozba­wić kate­dry jed­nego z jej robot­ni­ków. Czuł jed­nak, że Por­te­hors nagina fakty, i ziry­to­wała go ta próba mani­pu­la­cji.

– Będzie pra­co­wał dla mnie – oświad­czył sta­now­czo.

Jed­nak Por­te­hors, teraz już roz­sier­dzony, uparł się przy swoim. Zmarsz­czył brwi i się zje­żył.

– Nie znie­wa­żaj Kościoła Bożego! – zawo­łał. – Albo pójdę do biskupa, a on zwróci się do samego króla!

– To nie­do­rzeczne – stwier­dził roz­sąd­nie rycerz, ale w jego oczach nagle poja­wiła się czuj­ność. Por­te­hors ją dostrzegł i już nie ustą­pił.

Choć cała ta sytu­acja zakra­wała na absurd, Gode­froi słusz­nie zacho­wał ostroż­ność: kano­nik Por­te­hors i jego Kościół mogli być nie­bez­pieczni.

Było po temu kilka powo­dów: jed­nym z nich był król Hen­ryk III. Odkąd przed dwu­dzie­stoma laty zasiadł na tro­nie jako chło­piec, pobożny Hen­ryk świa­do­mie wzo­ro­wał się na ostat­nim królu sta­rej saskiej dyna­stii, Świę­tym Edwar­dzie Wyznawcy. Jego zami­ło­wa­nie do cere­mo­nii i budowy kościo­łów spra­wiało, że czę­sto wyru­szał ze swej rezy­den­cji myśliw­skiej w pobli­skim lesie Cla­ren­don, aby nad­zo­ro­wać postępy przy wzno­sze­niu nowej kate­dry, i łatwo wpa­dał w gniew, kiedy ktoś pró­bo­wał prze­szko­dzić w reali­za­cji tego przed­się­wzię­cia.

Nie cho­dziło jed­nak wyłącz­nie o kró­lew­ską reli­gij­ność. Poli­tyczna walka o domi­na­cję mię­dzy Kościo­łem a pań­stwem trwała już od dawna. Zaczęła się, kiedy Wil­helm II Rudy pokłó­cił się ze świę­tym arcy­bi­sku­pem Anzel­mem, a jej punk­tem kul­mi­na­cyj­nym stał się kon­flikt, który poróż­nił Hen­ryka II z nie­ustę­pli­wym Toma­szem Bec­ke­tem, a w rezul­ta­cie dopro­wa­dził do zamor­do­wa­nia tego arcy­bi­skupa przed ołta­rzem kate­dry w Can­ter­bury.

Jedno poko­le­nie póź­niej spór wybuchł ponow­nie – pod pew­nymi wzglę­dami jesz­cze poważ­niej­szy – kiedy król Jan odmó­wił uzna­nia papie­skiej nomi­na­cji Ste­phena Lang­tona na arcy­bi­skupa, a w odpo­wie­dzi Papież Inno­centy III nało­żył na całe kró­le­stwo inter­dykt. Przez sześć dłu­gich lat wszyst­kie nabo­żeń­stwa, nawet chrze­ści­jań­skie pochówki, były wzbro­nione, co dla bogo­boj­nych ludzi, takich jak Gode­froi, było nie do znie­sie­nia.

W odwe­cie Jan skon­fi­sko­wał dobra kościelne i przy­własz­czył sobie pły­nące z nich dochody, a wów­czas Inno­centy obło­żył go eks­ko­mu­niką, zwal­nia­jąc tym samym wszyst­kich jego wasali ze zło­żo­nych kró­lowi przy­siąg wier­no­ści. Posu­nął się nawet do gróźb detro­ni­za­cji władcy. Inno­centy był bowiem czło­wie­kiem, któ­rego nie można było lek­ce­wa­żyć. Wresz­cie, w obli­czu widma fran­cu­skiej inwa­zji z bło­go­sła­wień­stwem papieża, Jan posta­no­wił się ugiąć – zrzekł się kró­le­stwa na rzecz papieża, a następ­nie odzy­skał je jako jego wasal. Kościół trium­fo­wał: nowy arcy­bi­skup objął urząd, a pry­mat Kościoła nawet nad koro­no­wa­nymi gło­wami wyda­wał się ugrun­to­wany. Takiej wła­dzy nie nale­żało lek­ce­wa­żyć i Gode­froi miał wszel­kie powody, żeby się jej oba­wiać.

Zwy­cię­stwo poli­tyczne miało cha­rak­ter for­malny. Znacz­nie waż­niej­szy dla każ­dego miesz­kańca Anglii był fakt, że Kościół i pań­stwo nie mogą bez sie­bie ist­nieć: król potrze­bo­wał moral­nego auto­ry­tetu Kościoła, a Kościół, posia­da­jący roz­le­głe zie­mie, potrze­bo­wał ochrony ze strony króla i ludzi świec­kich. W Anglii po inter­dyk­cie zro­dził się nowy duch współ­pracy, który przy­niósł pań­stwu wiel­kie korzy­ści. Gdy kata­stro­falne rządy króla Jana w końcu dopro­wa­dziły do buntu wielu jego baro­nów i do spi­sa­nia Wiel­kiej Karty Swo­bód, to wła­śnie Ste­phen Lang­ton, arcy­bi­skup, któ­rego nomi­na­cji Jan się sprze­ci­wiał, dora­dzał baro­nom umiar­ko­wa­nie i to on osta­tecz­nie spo­rzą­dził akt zawie­ra­jący zapisy tak roz­tropne i dale­ko­wzroczne, a przy tym chro­niące nawet pro­stych ludzi, że przez wiele poko­leń zarówno kró­lo­wie, jak i magnaci kie­ro­wali się zawartą w nim mądro­ścią. Odtąd to Kościół wspie­rał w rów­nym stop­niu kró­lów i lud Anglii prze­ciwko żąd­nym wła­dzy feu­da­łom, a jego auto­ry­tet moralny sku­tecz­nie zapo­bie­gał powro­towi do cha­osu rzą­dów Ste­fana.

Nie byłoby to moż­liwe, gdyby sami biskupi nie byli zna­czą­cymi dostoj­ni­kami albo bra­ko­wa­łoby im przy­chyl­no­ści wobec pań­stwa. Cza­sem ich kan­dy­da­tury wysu­wał Kościół angiel­ski lub papież, a cza­sem byli to słu­dzy kró­lew­scy, nie­mniej obec­nie na wyspie zapa­no­wała era prak­tycz­nego kom­pro­misu. Zwierzch­nicy Kościoła byli zazwy­czaj wyła­niani na dro­dze wza­jem­nego poro­zu­mie­nia, a spory mię­dzy Kościo­łem i wła­dzami świec­kimi roz­strzy­gano w sądach. W prze­ci­wień­stwie do burz­li­wych cza­sów, w któ­rych biskup Roger wzno­sił swoje warowne zamki, biskupi Salis­bury w ostat­nich poko­le­niach jawili się jako mężo­wie godni i wybitni, stąd też ludzie pokroju Gode­froia darzyli obec­nego biskupa Bin­ghama wiel­kim sza­cun­kiem. Salis­bury, w któ­rym dostojna kate­dra sąsia­do­wała z gwar­nym mia­stem tar­go­wym, odzwier­cie­dlało ducha współ­pracy nowej epoki.

Dla­tego kiedy kano­nik odwo­łał się do auto­ry­tetu Kościoła, rycerz zawa­hał się powo­do­wany nie tylko ostroż­no­ścią, lecz także szczerą estymą.

Mimo to na­dal nie zamie­rzał ustą­pić.

Tym­cza­sem zebrała się grupka cie­kaw­skich.

Ze swego miej­sca przy rowie Osmund spo­glą­dał na obu męż­czyzn i nie potra­fił zde­cy­do­wać, któ­remu z nich życzyć zwy­cię­stwa.

Nagle zauwa­żył ledwo widoczne drgnie­nie brwi kano­nika – znał ten ruch aż nazbyt dobrze. Ozna­czał on, że szy­kuje się nowy atak, i to z innej flanki. Patrzył na to jak urze­czony.

Por­te­hors nie był bowiem jedy­nie suro­wym służ­bi­stą. Uosa­biał nową, dyna­miczną i wpły­wową siłę.

W ostat­nich latach w Kościele angiel­skim naro­dził się nowy nurt, któ­rego przy­wódcą był wyma­ga­jący i uczony Gros­se­te­ste, biskup Lin­coln. Jego zwo­len­nicy przy­po­mi­nali swoim współ­bra­ciom, że pod­sta­wo­wym obo­wiąz­kiem Kościoła jest tro­ska o zba­wie­nie dusz i że nic nie może zakłó­cać wypeł­nia­nia tej misji. Zada­niem bisku­pów i archi­dia­ko­nów było czu­wa­nie nad sta­nem moral­nym i ducho­wym nie tylko każ­dego księ­dza w die­ce­zji, lecz także osób świec­kich.

„Nie jestem prze­ciwny gło­szo­nym przez Gros­se­te­ste’a ideom – wyznał Gode­froi siwo­wło­semu Bin­gha­mowi. – Rzecz w tym, że on roz­zu­chwala duchow­nych o cia­snych umy­słach, któ­rzy stają się przez to ist­nym utra­pie­niem”.

Ta pury­tań­ska frak­cja sta­rego Kościoła rzym­skiego rze­czy­wi­ście mogła draż­nić życz­li­wie uspo­so­bio­nych świec­kich, takich jak rycerz. Jed­nak w odpo­wie­dzi Bin­gham tylko uśmiech­nął się łagod­nie. Zbyt dobrze znał życie, by opo­wia­dać się po któ­rej­kol­wiek ze stron w spo­rach o reformy.

Nie­mniej do grona naj­bar­dziej ogra­ni­czo­nych i dogma­tycz­nych duchow­nych obaj męż­czyźni nie­wąt­pli­wie zali­czy­liby wła­śnie Por­te­horsa.

Bowiem w poję­ciu kano­nika, skoro Chry­stus przy­szedł na zie­mię przy­nieść miecz, reli­gia miała stać się narzę­dziem ostrym jak nóż.

Wpa­tru­jąc się teraz w ryce­rza przed sobą, poczuł, że może zwy­cię­żyć, i prze­nik­nął go dreszcz eks­cy­ta­cji. Szcze­gó­łowo zapo­znał się z kon­sty­tu­cjami Gros­se­te­ste’a i wie­dział, co musi zro­bić. Wska­zu­jąc pal­cem naj­pierw na Gode­froia, a następ­nie na dwóch Shoc­kleyów, zawo­łał nagle:

– Grzech pychy, Joce­li­nie de Gode­froi! Widzę go w tobie. A ty, Edwar­dzie Shoc­kleyu: w twej duszy zagnieź­dziła się chci­wość! – Umilkł na chwilę, po czym skie­ro­wał wzrok na Petera Shoc­kleya. – Pożą­dli­wość! – wykrzyk­nął z trium­fem. – Widzę grzech pożą­dli­wo­ści!

– Każdy osiem­na­sto­letni mło­dzian jest pełen pożą­dli­wo­ści – mruk­nął Gode­froi z iry­ta­cją.

Ale Por­te­hors już pło­nął ogniem moral­nego obu­rze­nia:

– Odpraw­cie pokutę za swoje grze­chy – naka­zał kate­go­rycz­nie. – I nie waż­cie się zakłó­cać dzieła Bożego swymi kno­wa­niami.

Zapa­dła nie­zręczna cisza. Tłum gęst­niał. Gode­froi się zawa­hał. Shoc­kley­owie patrzyli z nie­po­ko­jem, a Osmund wstrzy­mał oddech.

I wła­śnie w tym momen­cie, zupeł­nie nie­świa­dom roz­gry­wa­ją­cego się dra­matu, zza rogu wyło­nił się Aaron. Pod­je­chał spo­koj­nie do Gode­froia, ukło­nił się uprzej­mie Por­te­hor­sowi, a spoj­rzaw­szy na Osmunda, zwró­cił się z uśmie­chem do ryce­rza:

– Czy to ten mło­dzie­niec zbu­duje nam folusz?

Wtedy kano­nik Ste­phen Por­te­hors, gor­liwy straż­nik dys­cy­pliny i moral­no­ści, ujrzał ohydę zepsu­cia w całej oka­za­ło­ści i wzdry­gnął się jak użą­dlony.

– Lichwiarz! – wrza­snął na Aarona. W jego oczach nie było hanieb­niej­szej zbrodni. – Nędzni grzesz­nicy. – Wska­zy­wał na nich, wście­kle wyma­chu­jąc dłu­gim pal­cem.

Aaron zmie­rzył go chłod­nym spoj­rze­niem. Jawna znie­waga nie wytrą­ciła go z rów­no­wagi, choć w jego oczach bły­snęła iry­ta­cja, któ­rej nie zdo­łał cał­ko­wi­cie ukryć. Nie umknęło to uwa­dze bystro­okiego księ­dza, który uznał, że może bez skrę­po­wa­nia obra­żać go dalej. Zwró­cił się do tłumu.

– Zobacz­cie, jak bez­bożni Żydzi pró­bują zawłasz­czyć naszą pracę i znisz­czyć dzieło Boże!

Aaron z Wil­ton miał pewną wadę, przed którą ostrze­gał go ojciec. „Ni­gdy nie dys­ku­tuj z głup­cem, Aaro­nie – upo­mi­nał go. – Tylko wtedy wygrasz”. Bowiem choć Aaron był czło­wie­kiem życz­li­wym i łagod­nym wobec swo­jej rodziny, a także nie­zwy­kle uczci­wym w inte­re­sach z ludźmi pokroju Gode­froia i Shoc­kleya, to jed­nak miał w sobie pewną inte­lek­tu­alną wynio­słość, która spra­wiała, że w kon­fron­ta­cji z głup­cem robił się opry­skliwy.

Dosko­nale rozu­miał, jak ważną sprawą dla wyspy jest lokata kapi­tału, a że z łatwo­ścią przej­rzał cia­snotę umy­słową kano­nika, nie potra­fił się oprzeć, by nie obna­żyć jego głu­poty.

– A jed­nak spo­łecz­ność żydow­ska w Yorku, zanim została wymor­do­wana – zauwa­żył oschle – wyko­nała dzieło Boże. Sfi­nan­so­wała budowę dzie­wię­ciu klasz­to­rów cyster­skich.

Była to prawda. Wiel­kie klasz­tory na pół­nocy, trud­niące się hodowlą owiec, zawarły nie­gdyś pokaźne i opła­calne trans­ak­cje z Żydami, dzięki czemu sfi­nan­so­wano wznie­sie­nie tych impo­nu­ją­cych budowli. Ale w więk­szo­ści inte­resy te pro­wa­dzono dwa poko­le­nia wstecz, kiedy sto­sunki były lep­sze.

Por­te­hors obrzu­cił go wście­kłym spoj­rze­niem.

– Kościół nie potrze­buje już waszych pie­nię­dzy – odpa­ro­wał.

– A mimo to na czwar­tym sobo­rze late­rań­skim w Rzy­mie – cią­gnął chłodno Aaron – zażą­dano od nas pła­ce­nia dzie­się­ciny na Kościół.

– Czego odmó­wi­li­ście – prych­nął Por­te­hors w odpo­wie­dzi.

Jego nie­kon­se­kwen­cja wywo­łała ponury uśmiech na twa­rzy Aarona.

– Prawda, nasz wkład był aż nadto hojny – odparł cicho. Dopiął swego i miał zamiar się odda­lić, ale Por­te­hors, nie­świa­domy, że wła­śnie prze­grywa, pie­klił się dalej.

– Waszym jedy­nym celem jest przej­mo­wa­nie ziemi chrze­ści­jan jako zabez­pie­cze­nia – rzu­cił oskar­że­niem.

Aaron zatrzy­mał konia. Jak łatwo było zde­ma­sko­wać głu­potę Por­te­horsa.

– Zie­mię? Ależ skąd – odparł bez­na­mięt­nie. – Biskup Ely, jak zapewne pamię­tasz, chciał oddać reli­kwie świę­tych w zastaw za pożyczkę.

To rów­nież było fak­tem. Bra­ta­nek nik­czem­nego biskupa Rogera zro­bił to w poprzed­nim stu­le­ciu, wzbu­dza­jąc wiel­kie zgor­sze­nie wśród człon­ków Kościoła i lek­kie roz­ba­wie­nie wśród spo­łecz­no­ści żydow­skiej.

Kano­nik poczer­wie­niał z gniewu. Dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że Gode­froi i Shoc­kley­owie obser­wują jego upo­ko­rze­nie z mil­czącą satys­fak­cją.

– Król wkrótce się z tobą roz­prawi.

Nie była to groźba cał­kiem bez­pod­stawna. Hen­ryk miał ambi­wa­lentny sto­su­nek do Żydów. Przed czte­rema laty zezwo­lił na cere­mo­nialne spa­le­nie Tal­mudu, a czę­sto odda­wał żydow­ski sąd skar­bowy w ręce swo­ich bez­względ­nych zagra­nicz­nych pro­te­go­wa­nych, któ­rym pozwa­lał bez­kar­nie ogra­biać spo­łecz­ność. Jed­nak jego eks­tra­wa­ganc­kie pro­jekty budow­lane i skom­pli­ko­wane sprawy zagra­niczne spra­wiały, że nie­ustan­nie bra­ko­wało mu pie­nię­dzy i wciąż potrze­bo­wał tego źró­dła fun­du­szy.

– W zeszłym roku w West­min­ste­rze król przy­jął nasze złoto wła­snymi rękoma. – Gdy w cza­sie cere­mo­nii monar­cha fak­tycz­nie przy­jął złoto oso­bi­ście, wywo­łało to pewne zdzi­wie­nie, ale Hen­ryk wyda­wał się zachwy­cony.

– To nie moja sprawa – Por­te­hors zmie­nił podej­ście. – Mnie inte­re­suje tylko budowa Domu Bożego.

Aaron ski­nął głową.

– Tak jak i nas, kano­niku Por­te­hors. Bowiem w tej wła­śnie chwili król zabiega o zna­czącą pożyczkę od spo­łecz­no­ści żydow­skiej na odbu­dowę swo­jego kościoła – Opac­twa West­min­ster­skiego.

Por­te­hors onie­miał. Nic o tym nie wie­dział. Jed­nak odbu­dowa wspa­nia­łej świą­tyni Edwarda Wyznawcy fak­tycz­nie została po czę­ści sfi­nan­so­wana żydow­ską pożyczką w 1245 roku. Poko­nany kano­nik spoj­rzał z odrazą na Aarona, a potem, nie znaj­du­jąc już gor­szych słów, rzu­cił naj­do­tkliw­szą ze zna­nych mu obelg.

– Cóż ty możesz wie­dzieć, skoro Żydzi są krzy­żow­ni­kami dzieci?

Spo­śród wszyst­kich kalum­nii wysu­wa­nych prze­ciwko Żydom, here­ty­kom i innym rze­ko­mym wro­gom Kościoła jedna z naj­po­twor­niej­szych, ale i naj­czę­ściej uzna­wa­nych za prawdę, doty­czyła mordu rytu­al­nego. Oskar­że­nia te zaczęły się przed stu laty, gdy w Nor­wich zna­le­ziono dzie­cięce zwłoki noszące jakoby ślady po ukrzy­żo­wa­niu. Grupa fana­tycz­nych duchow­nych natych­miast oskar­żyła miej­sco­wych Żydów o upra­wia­nie nekro­man­cji i rytu­alne mor­do­wa­nie dzieci. Ten absur­dalny zarzut poja­wiał się od tam­tej pory wie­lo­krot­nie, szcze­gól­nie gdy zawsty­dzeni dłuż­nicy szu­kali spo­sobu na zaata­ko­wa­nie wie­rzy­cieli, któ­rych obwi­niali o swoją sytu­ację.

Na tę obu­rza­jącą znie­wagę nie ist­niała żadna roz­sądna odpo­wiedź. Z wyma­lo­wa­nym na twa­rzy nie­sma­kiem Aaron zawró­cił konia i odje­chał. Por­te­hors odpro­wa­dzał go wzro­kiem, a w jego spoj­rze­niu bły­snął cień triumfu. Może i prze­grał spór, ale prze­go­nił Żyda. Odzy­skaw­szy poczu­cie zwy­cię­stwa, a wraz z nim spo­kój i powagę, skie­ro­wał wzrok na Gode­froia i Edwarda Shoc­kleya.

– Jeśli odsu­nie­cie tego mło­dzieńca od dzieła Bożego – zagro­ził cichym gło­sem – aby bra­tał się z tymi, któ­rzy ukrzy­żo­wali naszego Pana, nara­zi­cie się na eks­ko­mu­nikę.

Zapewne nie byłby w sta­nie speł­nić tej groźby, nie miał po temu żad­nych pod­staw praw­nych. Widząc jed­nak, że kano­nik zamie­rza wal­czyć do upa­dłego, i nie chcąc wda­wać się w spory z wła­dzami Kościoła, Gode­froi dał za wygraną. W końcu było wielu innych kamie­nia­rzy.

– Jak sobie życzysz. – Wzru­szył ramio­nami i ski­nąw­szy na poże­gna­nie Shoc­kleyom, odda­lił się.

* * *

I tak oto w roku Pań­skim 1244 Osmund Mularz został oca­lony przez kano­nika Por­te­horsa od dwóch grze­chów śmier­tel­nych – chci­wo­ści oraz leni­stwa – i prze­nie­siony, za stawkę jed­nego i ćwierć pensa dzien­nie, do pracy przy nowej Kate­drze Naj­święt­szej Marii Panny w Nowym Salis­bury.

* * *

Tego popo­łu­dnia, gdy Peter Shoc­kley prze­cha­dzał się z Ali­cią Le Por­tier po mie­ście, podzie­lił się z nią dobrą nowiną o folu­szu.

Odgar­nął jasne włosy z czoła i z bły­skiem w nie­bie­skich oczach oznaj­mił z dumą:

– Mamy młyn, a ojciec mówi, że to ja mam nim zarzą­dzać.

Był ambitny. Wie­działa o tym. Ta pro­sta, entu­zja­styczna ambi­cja pocią­gała ją w nim już od dzie­ciń­stwa. Szli obok sie­bie, a ich roz­mowa toczyła się zna­jo­mym, nie­mniej miłym ryt­mem.

– Mam nadzieję, że podo­łasz. – Nie mogła się oprzeć, żeby choć tro­chę nie przy­ga­sić jego entu­zja­zmu. Lubiła patrzeć, jak odzy­skuje rezon.

Zaru­mie­nił się.

– Oczy­wi­ście, że tak. A to dopiero począ­tek.

Spu­ściła wzrok, nie chcąc, aby zoba­czył jej pełen zado­wo­le­nia uśmiech.

– Może sobie pora­dzisz – bąk­nęła, niby w to wąt­piąc.

– Pora­dzę! – Opo­wie­dział jej ze szcze­gó­łami o mły­nie folusz­ni­czym, wyja­śnił, jak cięż­kie drewno spro­wa­dza się z posia­dło­ści Gode­froia, by wyko­nać ogromne młoty, mecha­nizm obro­towy z kołami zęba­tymi i zapad­kami oraz wiel­kie koło wodne. – Będzie jak młyn w Down­ton – oświad­czył – ale ja popro­wa­dzę go jesz­cze lepiej.

Na chwilę pod­nio­sła na niego wzrok.

– Nie mia­ła­bym o tobie dobrego zda­nia, gdyby było ina­czej – rze­kła z wyzwa­niem w gło­sie.

Znał ją od zawsze, więc jak to moż­liwe, że kilka jej słów wciąż wystar­czyło, by wzbu­dzić w nim taki dreszcz eks­cy­ta­cji? Dowie­dzie swo­jej war­to­ści, a potem, za rok lub dwa, gdy folusz zacznie pro­spe­ro­wać, poślubi ją. Ta wizja sta­no­wiła jeden z sekret­nych, lecz nie­zmien­nych punk­tów jego pla­nów na przy­szłość, i to nie­mal odkąd się­gał pamię­cią. Teraz, gdy sta­wała się coraz bar­dziej realna, czuł cie­pło i rado­sne ocze­ki­wa­nie. „Za rok popro­szę jej ojca o zgodę”, obie­cał sobie.

Ali­cia była drobna i zgrabna, miała piegi i ruda­wo­brą­zowe włosy, które nosiła ścięte krótko, jak u chłopca. Poru­szała się szybko i zwin­nie: gdy ści­gali się w dzie­ciń­stwie, Peter potra­fił ją wyprze­dzić, ale ni­gdy nie zosta­wała daleko w tyle, a kiedy dzieci z oko­licy kąpały się w sze­ro­kich sadzaw­kach opo­dal Wil­ton, ona pły­wała jak ryba i nawet chłopcy nie potra­fili jej dogo­nić. Jej jedyny brat Wal­ter był od niej dużo star­szy, więc zajęła jego miej­sce, sta­jąc się niczym drugi syn dla ojca, któ­rego natu­ralny auto­ry­tet podzi­wiała. „Nie jestem chłop­cem – powie­działa Pete­rowi, gdy miała sie­dem lat – ale w niczym od chłop­ców nie jestem gor­sza”.

Jakże odle­głe wyda­wały się tamte czasy. Obec­nie Wal­ter był powa­ża­nym urzęd­ni­kiem kró­lew­skim w Win­che­ste­rze, gdzie dzięki wpły­wom ojca otrzy­mał posadę kon­tro­lera jako­ści tka­nin, a przez ostat­nie dwa lata Ali­cia doro­sła i doj­rzała, tak że teraz u boku Petera szła już nie jego dawna uko­chana z dzie­ciń­stwa, lecz nowa, tylko czę­ściowo mu znana młoda kobieta, owiana aurą tajem­nicy i eks­cy­ta­cji, która spra­wiała, że cza­sem drżał na samą myśl o niej.

Nade wszystko kochał jej oczy. Były jedyne w swoim rodzaju. W jed­nej chwili zda­wały się piwne, usiane plam­kami zie­leni i błę­kitu wokół tęczó­wek, a już w następ­nej, gdy zmie­niało się świa­tło, a może jej nastrój, sta­wały się zdu­mie­wa­jąco fioł­kowe. Odzie­dzi­czyła je po matce.

– Chodźmy na targ – zapro­po­no­wała.

Wielki, nie­re­gu­larny plac tęt­nił gwa­rem i życiem.

Po zachod­niej stro­nie wzno­sił się masywny, nowy kościół św. Toma­sza Bec­keta, który słu­żył za kościół para­fialny dla dziel­nicy kupiec­kiej. Jed­nak ponie­waż mia­sto roz­wi­jało się bar­dzo szybko, wkrótce mogła zajść potrzeba budowy kolej­nej świą­tyni. Obok kościoła mie­ścił się targ serowy. Naprze­ciwko, po stro­nie wschod­niej, znaj­do­wały się zagrody dla bydła. W samym cen­trum, jako sym­bol wła­dzy biskupa nad prze­stęp­cami, stały dyby. Od połu­dnia zaś, w kilku rzę­dach, roz­sta­wiono stra­gany.

Były tam kramy koło­dzie­jów, a obok nich cią­gnął się rząd butel­kowy, gdzie han­dlo­wano nie tylko butel­kami, ale też cera­miką i naczy­niami cyno­wymi. Był rząd rybny, rząd żela­zny, rząd kucha­rzy i rząd szew­ców – w tym ostat­nim pra­co­wi­cie szyli i stu­ko­tali za swo­imi sto­łami ci, któ­rzy wytwa­rzali nowe buty, i ci, któ­rzy napra­wiali stare. Swoje sto­iska mieli rzeź­nicy, pie­ka­rze, han­dla­rze tka­nin, krawcy, srebr­nicy, cie­śle, ryma­rze, mie­chow­nicy, ręka­wicz­nicy, kape­lusz­nicy, sprze­dawcy przę­dzy, kró­li­ków, przy­praw, warzyw, czosnku i dro­biu. Byli też bed­na­rze z uło­żo­nymi w stosy becz­kami, sprze­dawcy węgla, soli i mąki owsia­nej oraz hodowcy trzody chlew­nej, zaś w połu­dniowo-wschod­nim rogu, przy krzyżu, swoje miej­sce mieli bar­dzo ważni kupcy – sukien­nicy. Rynek kipiał ener­gią i mie­nił się barwną mozaiką rze­mieśl­ni­czych pro­fe­sji, które two­rzyły esen­cję śre­dnio­wiecz­nego świata i które w postaci nazwisk takich jak Car­ter/Woź­nica, Cooper/Bed­narz, But­cher/Rzeź­nik czy Tailor/Kra­wiec przy­lgnęły wów­czas do wielu ludzi.

Spę­dzili godzinę, prze­cha­dza­jąc się mię­dzy barw­nymi stra­ga­nami. Ludzie w tłu­mie prze­py­chali się nie­spiesz­nie, bez względu na to, czy byli kup­cami, czy chło­pami, han­dla­rzami z Wil­ton czy rol­ni­kami z oko­licz­nych wio­sek, boga­tymi księżmi, bied­nymi mni­chami czy też mula­rzami z pobli­skiej kate­dry. Tu i ówdzie można było dostrzec poważ­nych kano­ni­ków, któ­rych słu­żący sta­ran­nie wybie­rali sery, a zakon­nice z Wil­ton i spo­kojni paste­rze z pasto­ra­łami, maje­sta­tyczni niczym biskupi, stali ramię w ramię przy sto­iskach z przy­pra­wami, pod­czas gdy po ulicy za ich ple­cami har­co­wały urwisy. Każdy zaką­tek rynku wypeł­niały inne, bogate wonie, od deli­kat­nego aro­matu przy stra­ga­nach z serami aż po ostry, pyli­sty zapach tam, gdzie han­dlo­wano węglem.

W trak­cie prze­chadzki Peter dys­kret­nie odda­lił się na chwilę, żeby kupić coś, co wpa­dło mu w oko, zaś Ali­cia udała, że tego nie spo­strze­gła.

W końcu dotarli na pół­nocną stronę rynku i ruszyli ulicą wzdłuż kwar­tału Blue Boar.

Biskup zapro­jek­to­wał swoje mia­sto w postaci mniej wię­cej pro­sto­kąt­nych blo­ków, zwa­nych kwar­ta­łami, z któ­rych każdy podzie­lony został na stan­dar­dowe par­cele dzier­żawne. Były to działki sze­ro­kie na trzy pręty (około pięt­na­stu metrów), wycho­dzące na ulicę, i głę­bo­kie na sie­dem prę­tów. Najemcy pła­cili za nie roczny czynsz w wyso­ko­ści jed­nego szy­linga i mogli je zabu­do­wać wedle wła­snego uzna­nia. Więk­szość budo­wała domy ze skład­nicą albo warsz­ta­tem na pozio­mie ulicy, ale nie­któ­rzy – zamoż­niejsi – wzno­sili rezy­den­cje wyłącz­nie miesz­kalne. Na połu­dnie od rynku znaj­do­wał się kwar­tał New Street, na pół­noc zaś Blue Boar i kilka innych, wciąż nie­do­koń­czo­nych ze względu na stop­niowy roz­wój mia­sta.

Za kwar­ta­łem Blue Boar, przy ulicy bie­gną­cej na pół­noc, w kie­runku sta­rego zamku, ale przed bramą miej­ską, stał dom Le Por­tiera, kon­tro­lera tka­nin – wysoki, trzy­kon­dy­gna­cyjny budy­nek z drewna i tynku, o stro­mym, jed­no­spa­do­wym dachu kry­tym dachówką.

Ojca Ali­cii nie było w domu, zastali tylko jej matkę. Peter zauwa­żył, że gdy ją mijali, obrzu­ciła ich cie­kaw­skim, uważ­nym spoj­rze­niem. „Być może – pomy­ślał – zasta­na­wia się, kiedy zostanę jej zię­ciem”.

Widok matki Ali­cii spra­wił mu przy­jem­ność. Prócz tego, że miała nie­zwy­kłe fioł­kowe oczy, nale­żała do grona kobiet wyróż­nia­ją­cych się nie tyle kla­sycz­nym pięk­nem, ile har­mo­nią, dzięki któ­rej zda­wała się nie sta­rzeć. Był to jeden z powo­dów, dla któ­rych wybrał Ali­cię. „Chcę kobiety, która prze­trwa próbę czasu”, powta­rzał sobie. Jej matka miała tylko jedną wadę, która psuła jej wygląd: lek­kie przy­gar­bie­nie, defor­mu­jące linię ramion. „Ale jej ojciec jest wypro­sto­wany jak świeca – prze­ko­ny­wał się w myślach. – Myślę, że Ali­cia odzie­dzi­czy postawę po nim”.

I tak się stało. Patrząc na nią teraz, nie miał wąt­pli­wo­ści, że wybrał ide­alną kan­dy­datkę na żonę.

Prze­szli na podwó­rze za domem.

W odróż­nie­niu od więk­szo­ści sąsied­nich par­cel na tyłach domu kon­tro­lera tka­nin nie znaj­do­wał się warsz­tat ani skład­nica, lecz nie­wielki ogród z ciso­wym żywo­pło­tem, dwoma wicio­krze­wami i sze­ścioma drzew­kami róża­nymi. Pośrodku ogródka usta­wiono drew­nianą ławkę.

Dopiero kiedy Ali­cia usia­dła, Peter wycią­gnął pre­zent, który wypa­trzył na jed­nym z tar­go­wych stra­ga­nów. Był to maleńki srebrny meda­lion zawie­szony na cien­kim srebr­nym łań­cuszku. Wyko­nano go na wybrzeżu, u ujścia rzeki, gdzie dzia­łały nie­wiel­kie odkryw­kowe kopal­nie sre­bra. Peter podał go dziew­czy­nie z uda­waną swo­bodą, lecz ona bacz­nie mu się przy­glą­dała. Oboje wie­dzieli, że ta chwila jest wyjąt­kowa.

– To dla cie­bie. – Nagle poczuł się nie­zręcz­nie.

Przy­jęła poda­rek, wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię.

– A co to wła­ści­wie ma zna­czyć? – Wiele wysiłku kosz­to­wało ją zacho­wa­nie chłod­nego, obo­jęt­nego tonu.

– Że masz to nosić, ponie­waż nale­żysz do mnie – odparł z nutą zbyt­niej pew­no­ści sie­bie.

– Doprawdy? – Sta­rała się ukryć roz­ra­do­wa­nie. Chciała, żeby powie­dział coś wię­cej.

– Oczy­wi­ście.

– Czy to nie nazbyt pochopne zało­że­nie?

Młody Peter czuł się co prawda nie­zręcz­nie, ale był z sie­bie zado­wo­lony. Wzru­szył jedy­nie ramio­nami.

– A może ja wcale nie chcę do cie­bie nale­żeć. – W jej cichym gło­sie pobrzmie­wało ostrze­że­nie, które on posta­no­wił zigno­ro­wać. Co wię­cej, blady rumie­niec na jej policzku, zdra­dza­jący nie­za­do­wo­le­nie, dał mu poczu­cie wła­dzy. Ten pół­męż­czy­zna, pół­chło­piec chciał, by mu ule­gła.

– Dałem ci meda­lion – rzu­cił chłodno.

Już zakła­dała go na szyję, lecz teraz się zawa­hała.

– To wszystko, co masz mi do powie­dze­nia? – Dla­czego nie wyznał, że ją kocha?

Peter wie­dział, czego pra­gnie Ali­cia, ale nagle ta świa­do­mość go onie­śmie­liła.

– Jest wiele innych, które chęt­nie go przyjmą, jeśli ty nie chcesz – oznaj­mił dum­nie i spoj­rzał na nią z trium­fem.

Te słowa były dla niej jak cios w brzuch. Poczuła, że bled­nie. Przez chwilę nie mogła wykrztu­sić ani słowa. Zebrała się w sobie i powstrzy­mała łzy, które napły­wały jej do oczu.

– To weź go sobie! – Wyrwał jej się krótki szloch. – Nie chcę go! Ani cie­bie!

Prze­sa­dził. Chciał wyco­fać to, co powie­dział, ale nie był dość bystry.

– Jestem dla cie­bie nie­złą par­tią – pró­bo­wał jej zaim­po­no­wać. – Jestem boga­tym męż­czy­zną.

Mil­cze­nie, które zale­gło, zda­wało się nie mieć końca. Fio­let jej oczu ni­gdy nie był aż tak inten­sywny, kiedy tłu­miła łzy, by w końcu rzu­cić mu zimne i pełne pogardy spoj­rze­nie.

– Nie jesteś męż­czy­zną, zapew­niam cię. Jesteś chłop­cem. I nie chcę cię. Pro­szę, odejdź. – Spo­koj­nym gestem oddała mu meda­lion. – Nie chcę cię wię­cej widzieć.

Z uczu­ciem mdło­ści Peter w mil­cze­niu przy­jął nie­chciany wisio­rek, a potem, nie wie­dząc, co innego mógłby zro­bić, odwró­cił się na pię­cie.

Ona jesz­cze się opa­mięta.

* * *

Tego samego wie­czoru matka zabrała Ali­cię na górę i zaczęła ją prze­bie­rać, mówiąc z uśmie­chem do zasko­czo­nej córki:

– Musisz dzi­siaj wyglą­dać olśnie­wa­jąco. – Kiedy dziew­czyna spy­tała dla­czego, jej matka spoj­rzała na nią z namy­słem i odpo­wie­działa pyta­niem: – Kogo spo­dzie­wasz się poślu­bić?

Zamiast odrzec jak zwy­kle: „Przy­pusz­czam, że Petera Shoc­kleya”, wciąż roz­gnie­wana Ali­cia rzu­ciła:

– Któż to wie?

Jej matka ski­nęła głową.

– Shoc­kley to miły chło­piec – przy­znała szybko – i lubię go. Ale jest bar­dzo młody. No i to tylko kupiec. Ni­gdy nie będzie kimś wię­cej. – Deli­kat­nie odgar­nęła włosy z twa­rzy Ali­cii i upięła je z tyłu. – Jesteś już kobietą i potrze­bu­jesz star­szego męż­czy­zny, a nie chłopca.

Ali­cia oblała się rumień­cem. Te słowa współ­grały z jej nastro­jem. Zasta­na­wiała się jed­nak, co z tego wynik­nie. Naj­wy­raź­niej szy­ko­wało się coś nie­zwy­kłego, bo jesz­cze ni­gdy nie widziała na mat­czy­nej twa­rzy takiego sku­pie­nia.

Ku jej zdu­mie­niu matka zdjęła z niej pro­stą dzie­cięcą tunikę bliaut i lnianą szatę cotte, a następ­nie wło­żyła jej przez głowę białą jedwabną halkę. Gdy deli­katny mate­riał spły­nął mięk­kimi fał­dami na ciało Ali­cii, w jej oczach roz­bły­snął zachwyt, bo jesz­cze ni­gdy nie miała na sobie cze­goś podob­nego.

– Masz ładne piersi – oznaj­miła jej matka bez ogró­dek. – Tro­chę je odsło­nimy. – I ze sto­ją­cej przy łóżku dużej skrzyni wyjęła mister­nie hafto­waną suk­nię w odcie­niach błę­kitu i złota, która, po deli­kat­nym zebra­niu zło­tym sznu­rem nad talią, opa­dała dłu­gimi fał­dami do ziemi. Z przodu, tam gdzie suk­nia była sznu­ro­wana, matka zosta­wiła dekolt tak głę­boki, jak tylko się dało, by kształt mło­dych piersi Ali­cii ryso­wał się uwo­dzi­ciel­sko pod jedwa­biem, przy­pra­wia­jąc dziew­czynę o kolejny rumie­niec. Następ­nie matka zło­żyła deli­katną, lnianą pod­wikę, two­rząc opa­skę na czubku głowy, i nakryła ją lnia­nym czep­kiem przy­po­mi­na­ją­cym koronę.

Ali­cia sta­nęła przed lustrem z pole­ro­wa­nego brązu w kącie pokoju i przyj­rzała się swemu odbi­ciu. Nie miała poję­cia, że może tak wyglą­dać. Na widok tej nowej osoby, którą wła­śnie się stała, aż moc­niej zabiło jej serce.

– Teraz, moje dziecko, jesteś kobietą – oznaj­miła jej matka.

– Na czyją cześć to wszystko? – zapy­tała dziew­czyna.

– Twój ojciec ma waż­nego przy­ja­ciela w Win­che­ste­rze – usły­szała. – Przy­bę­dzie do nas dzi­siaj, twój brat go przy­pro­wa­dzi. Nazywa się Geof­frey de Whi­te­he­ath. – Ali­cia sły­szała kie­dyś, jak ojciec wspo­mi­nał o nim z sza­cun­kiem. – Byłby dla cie­bie dosko­nałą par­tią – cią­gnęła matka. – To rycerz ze wspa­niałą posia­dło­ścią. W zeszłym roku stra­cił żonę i syna w poża­rze. Ale pra­gnie dzie­dzica.

– Czy ojciec każe mi go poślu­bić?

Jej matka zawa­hała się lekko.

– Nie. Ale ma nadzieję, że to zro­bisz. On i twój brat wło­żyli sporo wysiłku, by zaaran­żo­wać to spo­tka­nie.

Ali­cia ceniła i ojca, i brata, ale nie była pewna, co o tym sądzić. Przy­pusz­czała, że ich wybór ją zado­woli.

– Czy on jest bar­dzo stary? – zapy­tała z nie­po­ko­jem.

Matka się roze­śmiała.

– Nie. Tro­chę siwi­zny na skro­niach, ale męż­czy­zna tylko na tym zyskuje. – Uśmiech­nęła się. – Będzie tu lada moment.

Ali­cia zeszła po scho­dach jako pierw­sza. W dłu­giej sukni czuła się bar­dzo doro­sła. „Dla Petera Shoc­kleya – pomy­ślała – aż nazbyt doro­sła”.

Może ten rycerz będzie umiał ją doce­nić.

* * *

Trzeci z sied­miu grze­chów głów­nych, które dotknęły Osmunda Mula­rza, wkra­dał się w jego życie bar­dzo powoli i zupeł­nie go zasko­czył.

Praca przy budo­wie kate­dry wręcz go uszczę­śli­wiała. Zanu­rza­jąc się w spo­kój przy­ka­te­dral­nych tere­nów, odkry­wał inny świat.