Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jeden adres, sześć mieszkań i mur, którego nie widać.
Przy ulicy Samotnej 6 życie toczy się w rytmie niedopowiedzeń. Bibliotekarka Katarzyna sądzi, że jej historia jest już napisana, a kropka postawiona na zawsze. Starsze małżeństwo naprzeciwko karmi się wspomnieniami, młodzi rodzice bliźniąt walczą o resztki sił. Robert, zamiast choinki, trzyma w salonie Harleya, a Krzysztof… nocami próbuje złapać oddech, dusząc w sobie krzyk, na który świat nie daje mężczyznom przyzwolenia.
Ostatnie mieszkanie stoi puste. Co przyniosą ze sobą nowi lokatorzy? Czy będą zarzewiem burzy, czy szansą na nowy początek?
„Samotna 6” to poruszająca opowieść o tym, że każdy ma prawo do trudnych emocji, a przeszłość zawsze znajduje drogę do teraźniejszości. Przekonaj się, że to, co brałaś za kropkę, jest zaledwie pierwszym z wielu przecinków.
W tej historii nic nie jest takie, jakim się wydaje.
Odważysz się wejść do środka?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 590
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Samotna 6
Copyright © 2026 Family Press Kamila Mytyk
Autorka: Kamila Mytyk
Redakcja: Katarzyna Twarduś
Korekta: Tomasz Powyszyński
Opracowanie graficzne i skład: Mirosław Mytyk
Wydanie I
Rybnik 2026
ISBN: 978-83-967972-9-2
Family Press Kamila Mytyk
ul. W. Kadłubka 6c/1 5, 44-270 Rybnik
tel: +48 791 061 663,
e-mail: [email protected]
Woda była wszędzie. Otaczała ją z każdej strony i po raz pierwszy w życiu próbowała wedrzeć się także do wnętrza. Ta myśl ją przeraziła. Dotychczas się przyjaźniły. Dziś wszystko się zmieniło. Próbowała płynąć, ale czuła, że nie da rady. Brzeg teoretycznie był już blisko, ale wiedziała, że dla niej i tak za daleko. Nie miała już sił. Oddała wszystkie, ale nie wystarczyło. W pewnym momencie zrobiło się cicho, zupełnie cicho. Wystraszyła się jeszcze bardziej. Wypłynęła po raz kolejny. Dała radę, ten ostatni, krótki oddech zabolał. Teraz do ciszy dołączyła też ciemność. A strach wszystko pochłonął!
Obudziła się, oddychając szybko. Była roztrzęsiona ― jak zawsze, kiedy to wracało. Zaświeciła światło, wyjęła z książki zdjęcie i wpatrywała się w nie aż do świtu.
Kiedy za oknem zrobiło się jasno, ściany pokoju zaczęły jej przeszkadzać. Katarzyna miała wrażenie, że chcą ją zatrzymać w sobie na zawsze. Jak tamta woda. Wyjęła z szafy ubrania i poszła z nimi do łazienki. Kilka minut później stała przed łóżkiem córki. Dziewczynka spała spokojnie. Dawno minął już czas, kiedy Ania budziła się w środku nocy albo nad ranem i biegła do łóżka mamy. Kasia uśmiechnęła się delikatnie na to wspomnienie, ale teraz się cieszyła, że może swobodnie wyjść i nie martwić się tym, że córka może się obudzić w każdej chwili.
Kobieta sięgnęła po słuchawki, włączyła swoją ulubioną playlistę i cicho wyszła z mieszkania. Potrzebowała zarówno orzeźwiającego zimna poranka, jak i przestrzeni. Najbardziej ze wszystkiego pragnęła jednak oderwania się od rzeczywistości. Chociażby chwilowego zatopienia w muzyce i wyobraźni, co pozwalało uciec zarówno od przeszłości, jak i... teraźniejszości.
Kiedy Katarzyna zamykała drzwi mieszkania, przed blokiem parkował ciemny samochód. Kierowca wyłączył silnik i oparł głowę o zagłówek. Zamknął na chwilę oczy, wspominając jeszcze widoki z zakończonej właśnie podróży, po czym wziął głęboki wdech i powiedział sam do siebie:
― Czas na powrót do codzienności. Niedługo znowu uciekniesz, ale teraz spróbuj tu trochę posiedzieć i nie oszaleć!
Uniósł powieki i sięgnął do klamki, jednak nie otworzył drzwi. Zamiast tego zastygł w bezruchu. Z głośników wciąż płynęły delikatne dźwięki muzyki, a on obserwował niewysoką, szczupłą szatynkę, która właśnie wyszła na zewnątrz. Zdziwiło go, że o tej porze spotkał któregoś z lokatorów swojego bloku. Kobieta tymczasem przesunęła dłońmi po przedramionach, jakby chciała się nieco rozgrzać, po czym naciągnęła rękawy bluzy i ruszyła przed siebie. Krzysztof zauważył jeszcze, że poprawiła słuchawkę w uchu i niesforny kosmyk, który wypadł jej ze związanych frotką włosów, po czym skierowała się wprost do nieodległej furtki, prowadzącej mniej więcej na środek ulicy Samotnej, przy której mieszkali.
Krzysztof wiedział, że kobieta go nie widziała. Zresztą nawet gdyby było inaczej, obydwoje ograniczyliby się jedynie do uprzejmego „dzień dobry”, jak zawsze. Tym razem zastanawiał się jednak, czy nie powinien jakoś zareagować. Może mógłby wysiąść i zwyczajnie zapytać, czy wszystko w porządku. Wyglądało na to, że sąsiadka wybrała się po prostu na spacer. Tylko ta godzina? Może powinien zapytać, czy nie trzeba jej dokądś podwieźć albo pomóc w jakikolwiek inny sposób.
Chciał zareagować, ale nie zrobił nic. Katarzyna tymczasem dotarła do furtki, po czym skręciła w lewo i po chwili zniknęła mu z pola widzenia. Krzysztof znów zamknął oczy. Był na siebie zły. Jak zawsze w takich sytuacjach. Czuł zmęczenie długim lotem i drogą z lotniska do domu. Chwilę wcześniej nawet cieszył się tym, że zaraz będzie mógł się położyć i przespać. Jednak teraz zupełnie porzucił myśli o odpoczynku. Wiedział, że jeśli pójdzie na górę, zamiast spać, będzie bił się z myślami i obwiniał za swoją bierną postawę. Został więc w samochodzie, wpatrując się uparcie we wsteczne lusterko, w którym widział ulicę.
Czterdzieści minut później znów zauważył Katarzynę. Wracała niespiesznie, zatopiona we własnych myślach, a może w muzyce, która prawdopodobnie rozbrzmiewała w jej słuchawkach. Kiedy dostrzegł ją w lusterku, uśmiechnął się szczerze. I z tym samym uśmiechem odprowadził ją wzrokiem do drzwi.
W kolejnych godzinach budzili się także inni lokatorzy bloku przy ulicy Samotnej 6. Dla starszego małżeństwa, które mieszkało naprzeciwko Kasi i Ani, był to kolejny, spokojny, a nawet leniwy poranek. Przywilej osób, które przepracowały już inne popularne scenariusze ― poranny pośpiech przed pracą, zbyt wczesne pobudki serwowane przez dzieci czy bezsenne noce i nerwowe ranki związane z wymaganiami kolejnego dnia. Emerytura to czas, kiedy można się delektować ciszą, wzajemnym towarzystwem i aromatem powoli stygnącej herbaty.
W życiu Marii i Henryka takie poranki zdarzały się często, choć od kiedy sąsiedzi z góry przywitali na świecie parę uroczych bliźniąt, starsze małżeństwo co kilka dni znów doświadczało pobudki spowodowanej płaczem dzieci. Przyjmowali to jednak z pobłażliwym uśmiechem. W końcu, w przeciwieństwie do młodych rodziców z piętra wyżej, wcale nie musieli wstawać.
Trudniej tego dnia było o spokojne śniadanie. Kiedy tylko Maria postawiła na stole twarożek i miód, drzwiami wejściowymi ich mieszkania wpadło coś kolorowego i niesamowicie rozentuzjazmowanego.
― Wiecie już coś? O której mają być? ― zarzuciła Marię pytaniami Ania, kiedy tylko znalazła się w kuchni.
Chwilę po niej w pomieszczeniu pojawił się gospodarz, nieco rozbawiony faktem, że po otwarciu drzwi nie doczekał się nawet „dzień dobry”. Wciąż wysoki, choć już siwowłosy i delikatnie przygarbiony, Henryk znał doskonale swoją małą sąsiadkę i jej życiowe zniecierpliwienie.
― Witaj, słoneczko. Zjesz z nami śniadanie? ― Maria obdarzyła dziewczynkę serdecznym uśmiechem.
― Miałam nadzieję, że przyjadą, zanim pójdę do szkoły ― kontynuowała dziewczynka, niezrażona brakiem odpowiedzi na swoje wcześniejsze pytania. ― Jak ja mam tam wysiedzieć, kiedy tu się dzieją takie ważne rzeczy? I jak mam się skupić na tabliczce mnożenia, gdy tu być może właśnie wprowadzi się moja najlepsza przyjaciółka?! Żeby tylko była w moim wieku! Dostanie się do mojej klasy i będziemy jak siostry!
― Oj, młoda damo, troszkę więcej cierpliwości. Nawet nie wiesz, czy do pustego mieszkania w ogóle wprowadzą się jakieś dzieci, a już chcesz ustalać przyjaźnie na całe życie. ― Henryk się roześmiał.
― Pan jak zawsze marudzi! ― Ania zmarszczyła nos, ale uśmiechnęła się do swojego ulubionego dziadka, jak często nazywała mężczyznę. ― Marzenia same się nie spełnią, trzeba o nich mówić głośno, żeby usłyszeli!
― Kto? ― dopytał starszy pan wesołym głosem.
― Wszyscy, czyli i Bóg, i mikołaj, i wróżka zębuszka, i Dziadek Mróz, i mama też. Im dłuższa lista, tym większe szanse ― podsumowała rezolutnie, puszczając do niego oko, a para emerytów wymieniła serdeczne uśmiechy.
― Poczęstuj się ― ponowiła propozycję Maria, wskazując przygotowane śniadanie.
― Dziękuję, mama zostawiła mi śniadanie na stole, ale jakoś nie mam na nic ochoty. Jak można spokojnie jeść, gdy tu się takie rewolucyjne zmiany szykują! W ogóle jakoś mnie tak ssie w brzuchu, chyba nie powinnam iść do szkoły, to może być początek jakiejś paskudnej choroby. Babciu Marysiu, czy ja jestem blada?
― Ta choroba to niecierpliwość, a wywołuje ją wirus ciekawości ― powiedział z powagą Henryk, a dziewczynka znów zmarszczyła nos.
― Wiesz, że twoja mama nie zgodziłaby się, żebyś opuściła lekcje z powodu nowych sąsiadów. ― Ton głosu gospodyni wciąż był miły, ale równocześnie stał się stanowczy.
― Mama nie zgodziłaby się nawet, żebym opuściła szkołę z powodu uderzenia komety w nasze miasto ― powiedziała Ania, wpatrując się w okno. ― Jak kiedyś zaatakują nas kosmici, to tylko ja przeżyję, bo kiedy wszyscy będą obserwowali niebo, ja będę siedziała w szkolnej ławce.
― Możliwe, ale dziś, na razie, nie widać ani statku kosmitów, ani samochodu z rzeczami nowych sąsiadów. A ty, zdaje się, zaczynasz za trzydzieści minut?
― No tak, dorośli jak zawsze solidarni ― westchnęła dziewczyna, odrywając się od okna.
― Ale zawsze dla twojego dobra. ― Maria się uśmiechnęła i pogłaskała sąsiadkę po długich blond włosach. ― Zjedz przynajmniej jedną kanapkę, bo to niezdrowo tak z pustym brzuchem wychodzić z domu.
Kiedy Ania cierpiała katusze w szkolnej ławce, jej mama porządkowała książki na bibliotecznej półce. Lista nowości, które otrzymali niedawno do wypożyczalni, była naprawdę imponująca. Kiedy książki zostały już opisane i wprowadzone do systemu, mogły wreszcie trafić na półki, a następnie w ręce czytelników.
Biblioteka od zawsze była ulubionym miejscem Katarzyny. Jeszcze jako mała dziewczynka często zaglądała do niewielkiej wypożyczalni znajdującej się niedaleko jej domu. Tamtą bibliotekę prowadziła jej dalsza sąsiadka, więc po znajomości mogła wypożyczać więcej książek. Później, kiedy jej życie diametralnie się zmieniło, wypożyczalnia i czytelnia stały się jej schronieniem przed burzami, które przetaczały się przez dom. Wtedy godzinami przesiadywała gdzieś pomiędzy regałami z kolejnymi tomami, szukając ucieczki w ich kartkach. Z tej mieszanki młodzieńczej fascynacji książkami przygodowymi i pierwszymi romansami połączonej z traktowaniem biblioteki jako azylu zrodziła się długa i szczera miłość do słowa pisanego. Kiedy więc jako maturzystka musiała wybrać kierunek studiów, nie miała wątpliwości, że będzie to właśnie bibliotekoznawstwo. I choć musiała pogodzić naukę z wymaganiami dorosłości, nigdy nie narzekała.
Biblioteka, w której teraz pracowała, znacznie różniła się od tej, z której dawno temu przynosiła pełny książek plecak. Łączyła je jednak całkiem pokaźna lista nazwisk autorów, bestsellerów i ponadczasowych tytułów, no i ten... zapach! Zapach książki, od którego Katarzyna, tak jak wiele innych zakochanych w literaturze osób, zaczynała przygodę z każdą kolejną historią. Ktoś niewtajemniczony w tę niezwykłą, niemalże alchemiczną procedurę mógłby powiedzieć, że to po prostu mieszanka zapachu papieru i tuszu. Nic bardziej mylnego! Ten zapach to zapowiedź podróży, przygody, emocji, miłości i rozczarowań. Czasem bólu i strachu, ale zawsze zmiany! Zmiany, którą każda książka nieodwołalnie wywołuje w swoim czytelniku.
Miejsce pracy było dla Kasi swego rodzaju oazą. Odnajdywała tam spokój i radość, choć wyzwań także nie brakowało. Od pewnego czasu na jej barki zrzucano organizację i przeprowadzanie spotkań autorskich i eventów czytelniczych. Prowadziła więc dyskusyjny klub książki, wieczorne spotkania z pisarzami oraz wieczorki poetyckie. Początkowo ta część pracy wywoływała w niej ogromny stres. Ze spotkania na spotkanie czerpała jednak coraz większą przyjemność z rozmowy z drugim, także zakochanym w literaturze, człowiekiem i tym samym zyskiwała coraz większą zawodową pewność siebie.
Przedpołudnia w bibliotece zazwyczaj należały do spokojnych. Kiedy więc Ania niecierpliwie wierciła się w szkolnej ławce, jej mama przemierzała alejki wzdłuż regałów wypełnionych książkami. Tego dnia była szczególnie wdzięczna za ten spokój. Nieprzespana noc nie ułatwiała skupienia w pracy. Należy jednak przyznać, że myśli mamy, tak jak myśli jej córki, krążyły wokół nowych lokatorów ich niewielkiego bloku. W przeciwieństwie do dziewczynki, którą zawsze cechował entuzjazm, mama była pełna obaw.
Katarzyna od lat skupiała większość swoich myśli na Ani. Teraz też zastanawiała się nad nowymi lokatorami głównie w odniesieniu do córki. Z jednej strony miała nadzieję, że w pustym mieszkaniu zamieszka jakieś dziecko, z serca życzyła córce nowej przyjaciółki albo przynajmniej serdecznej koleżanki. Z drugiej strony jak zawsze wyobraźnia podpowiadała jej także pesymistyczne rozwiązania ― że wśród nowych lokatorów w ogóle nie będzie dziecka, że dziewczynki się nie zaprzyjaźnią albo, co najgorsze, że w ich bloku pojawi się jakaś panienka, która będzie miała zły wpływ na Anię.
Niestety aż do popołudnia mieszkańcom bloku nie było dane rozwiać wątpliwości. Samochód z napisem „Przekludzki” pojawił się na parkingu dopiero około trzynastej i w zasadzie zauważył go jedynie Henryk, który jako zarządca bloku poszedł do pracowników firmy transportowej, żeby ustalić z nimi szczegóły.
Czterdzieści minut później ten sam samochód dostrzegła także wracająca ze szkoły Ania. Jedenastolatka aż podskoczyła uradowana faktem, że nie umknęła jej cała akcja związana z pojawieniem się nowych lokatorów. Podbiegła szybko do samochodu, ale oprócz sporej liczby paczek dostrzegła jedynie dwóch mężczyzn ubranych w jednakowe kombinezony. Ania zasmuciła się nieco z obawy, że być może jej nowi sąsiedzi zniknęli już w swoim mieszkaniu na samej górze, ale dostrzegła wychodzącą akurat z mieszkania sąsiadkę.
― Babciu Marysiu, widziałaś już naszych nowych sąsiadów?
― Aniu, spokojnie. ― Kobieta uśmiechnęła się serdecznie, niestety Ania ani myślała o spokoju. Jak w tak ważnym momencie?!
― A może mają psa albo chociaż kota? Są mili? No i gdzie są teraz? Bo w samochodzie widziałam tylko dwóch panów, którzy noszą paczki.
Starsza pani wysłuchała dziewczyny z miłym uśmiechem i dopiero kiedy ta skończyła mówić i utkwiła w niej wyczekujące spojrzenie, odpowiedziała:
― Przykro mi, kochanie, ale jak na razie nie pojawił się nikt poza panami z firmy przeprowadzkowej.
― Dobra, poczekam na nich w oknie!
― A nie byłoby lepiej w tym czasie zająć się zadaniem domowym albo przeczytać lekturę?
― Nie! Już poszłam dziś do szkoły, to wystarczy!
― Ech, żywiole ty mój kochany, i tak cię nie poskromię. ― Starsza pani uśmiechnęła się do młodej sąsiadki, która znikała już za drzwiami swojego mieszkania.
Ania faktycznie przysiadła na parapecie w kuchni i zapatrzyła się na parking przed budynkiem. Ale czekanie nie było jej mocną stroną, dlatego już po chwili pobiegła po książkę i od tej pory próbowała czytać i obserwować parking równocześnie.
Jak na złość nowi lokatorzy jednak nie przybywali. Zamiast nich pojawiły się natomiast ciemne chmury, które zapowiadały nieuchronny deszcz. Te same chmury obserwowała także Katarzyna, wychodząc z pracy. Miała do pokonania niespełna dwa kilometry i zazwyczaj bardzo lubiła spacery, ale dziś obawa przed ulewą odebrała jej całą przyjemność.
Kiedy niebo przeszyła błyskawica, Kasia przyspieszyła kroku, ale pierwsze, ciężkie krople, które pojawiły się na chodniku, były jasnym sygnałem, że nie zdąży dotrzeć do domu przed ulewą. Nie chciała schronić się w pobliskiej piekarni czy pod wiatą przystanku autobusowego. Nie lubiła zostawiać córki samej w domu dłużej, niż to było konieczne.
Takie same krople deszczu uderzały miarowo w przednią szybę samochodu Krzysztofa. Mężczyzna tego dnia nie był w pracy, ale postanowił wykorzystać wolne popołudnie na wizytę w banku i urzędzie. Gdy wracał, od razu zauważył Katarzynę na chodniku. Tak naprawdę spodziewał się, że będzie mijał kobietę, bo było już tak wielokrotnie, kiedy przejeżdżał tą drogą o podobnej godzinie. Tym razem padał deszcz, a w umyśle Krzysztofa wciąż rezonowały wyrzuty, które sam sobie zafundował rano. Ku własnemu zdziwieniu zwolnił więc samochód, a następnie zatrzymał się w pobliskiej zatoczce autobusowej.
Kasia oczywiście dostrzegła zatrzymujący się czarny samochód, ale zupełnie go zignorowała. Ogromnie zaskoczył ją jednak widok kierowcy, który stanął przed nią, akurat kiedy dotarła na wysokość tylnych drzwi.
― Dzień dobry, pani Katarzyno, proszę pozwolić się podwieźć. ― Mężczyzna uśmiechnął się pogodnie.
Kobieta zawahała się przez chwilę, ale kiedy dosięgły jej kolejne krople, odwzajemniła uśmiech.
― Dzień dobry, panie Krzysztofie. Serdecznie dziękuję ― powiedziała, a on szarmancko otworzył przed nią drzwi. Kiedy usiadł za kierownicą, dodała: ― Zazwyczaj lubię się przejść, ale dziś zdecydowanie wiązałoby się to z prysznicem.
― Od tego są sąsiedzi. ― Uśmiechnął się serdecznie.
Kasia niewiele o nim wiedziała. W zasadzie tyle, że nazywa się Krzysztof Stróżyński, mieszka dokładnie nad nią i Anią i jest notariuszem. Zawsze spokojny i serdeczny, raczej stronił od towarzyskich spotkań i rozmów o niczym. Miał jasne włosy, które zdecydowanie uciekły mu już nieco nad czoło, i sympatyczne, jasne oczy. Pomimo wieku, który Kasia oceniała na okolice czterdziestki, jego twarz zachowała młodzieńczy, a nawet nieco chłopięcy wygląd. Powagi dodawały mu okulary w ciemnych oprawkach, pasujące do idealnej czerni doskonałej jakości garnituru, który naprawdę dobrze na nim leżał. Nie był wysoki ani barczysty, ale miał w sobie coś, co sprawiało, że na pierwszy rzut oka robił wrażenie po prostu miłego.
Po wymianie uprzejmości w samochodzie zapanowała niezręczna cisza przerywana jedynie przez miarowy dźwięk pracy wycieraczek, które z każdą chwilą musiały dawać z siebie coraz więcej. Kiedy zaparkowali pod blokiem, przez przednią szybę w zasadzie trudno było już cokolwiek dostrzec.
― Jestem bardzo zapobiegliwy, więc parasol zostawiłem w kancelarii. ― Mężczyzna się zaśmiał.
― Mój spędza leniwe popołudnie w szafie. ― Katarzyna wskazała dłonią w kierunku mieszkania, odwzajemniając uśmiech.
Podmuchy wiatru stawały się coraz silniejsze, a deszcz najwyraźniej zapomniał, że natura przeznaczyła mu postać pojedynczych kropli.
― Taka ulewa nie może trwać wiecznie ― powiedział powoli, po dłuższej chwili ciszy, w której każde z nich zastanawiało się, jak powinno się teraz zachować. ― Jeśli chce pani przebiec do klatki, służę marynarką. Jeśli jednak mógłbym zaoferować przeczekanie, chętnie zaproponuję dawkę dobrej muzyki. Lubi pani musicale? Ja jestem ogromnym fanem.
― Szczerze mówiąc, znam tylko te polskie w wykonaniu Studia Accantus. ― Katarzyna uśmiechnęła się delikatnie, nieco speszona. ― Jednak moja córka jest sama w domu, ale to ściana wody, a nie deszcz... Jeśli pan pozwoli, zadzwonię do niej i upewnię się, że wróciła ze szkoły.
― Oczywiście.
Katarzyna wyjęła telefon z torebki i wybrała numer Ani. Po kilku sygnałach zaczęła rozmowę:
― Cześć, słoneczko, mam nadzieję, że jesteś w domu. Tak, oczywiście... Jeszcze się nie pojawili? Rozumiem. Nie martw się, na pewno w końcu ich poznasz... Ja... przez ten deszcz będę trochę później... Tak, wyszłam, znaczy... ― W tym momencie Katarzyna wyraźnie się zawahała, jakby nie chciała wyznać całej prawdy. Po kilku sekundach zmieniła jednak zdanie. ― Nie, nie moknę. Pan Krzysztof, nasz sąsiad z góry, mnie podwiózł. Tylko chyba zaczekam w jego samochodzie, aż ten największy deszcz minie. Dobrze... W takim razie za chwilę się widzimy... Pa.
Przerwała połączenie, po czym zwróciła się do kierowcy:
― Ania na szczęście jest już w domu. Z niecierpliwością wypatruje naszych nowych sąsiadów.
― Dziś się wprowadzają? ― zdziwił się. ― Chyba to przeoczyłem.
― Usłyszałby pan zapewne hałas nad głową. Przy przeprowadzce to raczej nieuniknione. Ania ma jednak nadzieję, że wprowadzi się jakaś jej przyszła przyjaciółka... Obawiam się, że wymyśliła jej już nawet imię... ale przepraszam, plotę o niczym, a pan chciał posłuchać muzyki.
― Rozmowa mi nie przeszkadza, ale zdaje się, wspomniała pani, że zna Studio Accantus. To doskonały wybór w kwestii musicalu. ― Krzysztof sięgnął ręką do niemałego wyświetlacza na desce rozdzielczej. ― Six? Hamilton czy może Hadestown? ― zapytał, wymieniając tytuły znanych musicali.
― Do aury za oknem chyba najbardziej będzie pasował Hadestown.
Mężczyzna nie odpowiedział, zamiast tego wybrał odpowiedni utwór i wyregulował głośność. Po chwili szum deszczu i wiatru zastąpiły pierwsze tony utworu. Kobieta oparła głowę wygodnie na zagłówku fotela pasażera i przymknęła oczy, wsłuchując się w doskonale jej znane dźwięki. Na chwilę zapomniała o tym, że powinna pobiec do domu, zająć się dzieckiem, obiadem, sprzątaniem, zakupami, podatkami i pracą. Na chwilę zapomniała, że przed nią kolejny wieczór, kolejna noc i kolejny poranek, wypełnione... książkami i samotnością. Na chwilę, znów, uciekła od teraźniejszości.
Mężczyzna początkowo wpatrywał się w szybę, ale po chwili przeniósł wzrok na siedzącą obok kobietę. Kiedy dostrzegł jej zamknięte oczy, pozwolił sobie na dłuższe spojrzenie. Zauważył jej niewielki, nieco zadarty w górę nos, delikatne usta, zarumienione policzki. Dostrzegł niewielką bliznę tuż przy lewej brwi. Wystraszył się, że mógłby zobaczyć więcej, więc odwrócił wzrok i znów utkwił go za szybą, a w zasadzie na niej, bo wszystko, co było za nią, zasłaniała kotara wody.
Kwadrans później deszcz zaczął wyraźnie słabnąć. Nim jednak którekolwiek z nich zdecydowało się na wyjście, tuż obok zaparkował biały samochód. Kiedy prowadząca go kobieta wysiadła, Krzysztof z Katarzyną stracili ostatnie argumenty do pozostania wewnątrz. Chwilę później mężczyzna otworzył drzwi klatki i przepuścił przodem sąsiadkę. Przytrzymał także drzwi przed nadchodzącą kobietą i towarzyszącym jej chłopcem.
Nieznajoma była naprawdę ładna. Miała kruczoczarne włosy sięgające ramion, aczkolwiek wycieniowane tak, że przy twarzy opadały delikatnymi, krótszymi pasmami. Nie była wysoka, za to zgrabna. Ubrana w dopasowane spodnie, bluzkę z dekoltem i cienki płaszcz, który zostawiła odpięty, oraz buty na niewielkim obcasie, wyglądała zarazem elegancko i... charakternie.
― Cześć, mamuś! ― W tym momencie na klatce schodowej pojawiła się Ania. ― Dzień dobry. ― Dziewczynka ukłoniła się sąsiadowi, a następnie przyjrzała się podążającym za nimi osobom.
― Dzień dobry. ― Katarzyna uśmiechnęła się do kobiety, na co ta zareagowała jedynie skinieniem głowy, po czym zapytała:
― Mieszkanie numer pięć jest na samej górze, tak?
― Zgadza się, po lewej stronie ― odparł Krzysztof.
W tym momencie na klatce zrobiło się pewne zamieszanie, ponieważ z góry zeszli właśnie mieszkańcy z ostatniego piętra.
― Dzień dobry ― przywitał się mężczyzna. ― Czyżbyśmy mieli zaszczyt właśnie poznać naszych nowych sąsiadów? ― zwrócił się uprzejmie do kobiety.
Niestety na twarzy nowej lokatorki nie pojawił się uśmiech. Przesunęła spojrzeniem po nażelowanych włosach mężczyzny, jego nieco dłuższym zaroście, koszulce z postaciami z kreskówki, czarnej skórzanej kurtce i dłoniach, na których widniały tatuaże, po czym spojrzała na towarzyszącą mu kobietę. Czerwone włosy tej ostatniej bez wątpienia nie przypadły jej do gustu. Obdarzyła ich jedynie prychnięciem, po którym skierowała się do windy.
Towarzyszący jej chłopak, szczupły szatyn z wpadającymi do oczu włosami, ani na chwilę nie zdjął z uszu słuchawek. Wszedł za kobietą do budynku, zatrzymał się, kiedy i ona się zatrzymywała, po czym poszedł do windy, nie interesując się nikim i niczym wokół. W zasadzie jego rola w tej scenie była zbliżona do roli niewielkiej walizki, którą kobieta ciągnęła za sobą. Różnica polegała tylko na tym, że chłopak poruszał się na własnych nogach.
Kiedy na niewielkiej klatce poza piątką skonsternowanych sąsiadów pozostał jedynie zapach intensywnych perfum, milczenie przerwał właściciel tatuaży:
― Coś czuję, że będzie wesoło ― powiedział z szerokim uśmiechem, po czym wraz z towarzyszącą mu kobietą skierował się do drzwi wyjściowych.
Ania, z wyraźnym zawodem malującym się nie tylko na twarzy, ale w całej postawie, wyswobodziła się spod dłoni mamy, która spoczywała na jej ramieniu, i przeszła w stronę mieszkania. Katarzyna, zanim ruszyła dalej, spojrzała na Krzysztofa.
― Raz jeszcze dziękuję ― powiedziała z delikatnym uśmiechem.
― Naprawdę nie ma za co. Życzę dobrego wieczoru! ― powiedział, po czym poszedł na pierwsze piętro do swojego mieszkania, usytuowanego pomiędzy tymi dwiema, jakże różnymi kobietami.
Tego dnia Ania nie miała ochoty na rozmowę, grę planszową z mamą czy nawet wspólne przygotowywanie kolacji. Kiedy wieczorem sięgnęła po książkę, nie zauważyła, że po raz kolejny czyta rozdział, który przeczytała już wczoraj. Zanim jednak zasnęła, powzięła bardzo ważną decyzję.
Jej mama natomiast z przyjemnością pogrążyła się w lekturze. Przyniosła z pracy dwie książki pisarki, z którą niebawem miała przeprowadzić spotkanie autorskie. Książki były swoistego rodzaju dziennikiem podróży, zarówno tej fizycznej, jak i emocjonalnej. Otworzyła pierwszą z nich i zagłębiła się w lekturze: „Pomysł na pierwszy wyjazd zaskoczył nawet mnie samą. Ostatnie lata, które zrujnowały moje małżeństwo, wiarę w siebie i odebrały sens życia, jawiły mi się jako nieustające pasmo koszmarów. Rozwód był jak batalia, która zostawiała po sobie coraz więcej ran. Pewnego dnia obudziłam się, nie wiedząc, co jest jawą, a co koszmarem. W zasadzie tamtego dnia chyba wybrałabym koszmar, bo rzeczywistość wydawała się o wiele gorsza. Wolałabym uciekać przez ciemny las przed wilkołakiem, niż spojrzeć w lustro i znów ją zauważyć ― kobietę, która przekroczyła czterdziestkę i w zasadzie niczego nie osiągnęła. Tam w lustrze stał życiowy przegryw, a ja nie mogłam odwrócić od niego wzroku. Właśnie wtedy w mojej głowie pojawił się śmieszny pomysł: wyjadę. Idea iście absurdalna, ale gdybyście widzieli moją minę, kiedy późnym popołudniem stałam w przedpokoju ze spakowaną walizką! Przyszła panika, ale wtedy znów zobaczyłam tę kobietę z lustra. Cóż mi pozostało, jak tylko pokazać jej środkowy palec i ruszyć w kierunku drzwi!?”.
No pięknie, pomyślała Kasia, przewracając kolejne strony książki. Potrzebowałam przerwy od romansów, trudnych wyborów i złamanych serc, a tu zaczyna się już w prologu. Chciała czytać dalej, ale zamiast tego sięgnęła po kubek herbaty i podążyła myślami za słowami, które właśnie przeczytała. Kogo ja widzę w lustrze? Mamę Ani! I muszę widzieć siebie w uśmiechu mojej pięknej córeczki. Zawodowo przecież też nie jest źle. Robię to, co kocham od zawsze. Wszystkiego mieć nie można... Miało być inaczej. Zupełnie inaczej... Ale tak też jest dobrze i w żadną szaloną podróż się nie wybieram! Bo niby po co? Odpowiedź na ostatnie pytanie pojawiła się błyskawicznie. Po marzenia! Niestety racjonalna strona umysłu kobiety szybko tę odpowiedź wyśmiała, a ona sama pogrążyła się w kolejnych stronach historii.
Piętro wyżej Krzysztof siedział na oparciu kanapy i wpatrywał się w deszcz, który znów zasłaniał widok za szybą. Z głośnika cicho leciała muzyka ― tak, ta sama, którą włączył w samochodzie ― a jego myśli wcale nie krążyły gdzieś daleko. I znów uśmiechał się delikatnie. Dawno nie czuł się tak dobrze sam ze sobą.
Na kolejnym piętrze młody chłopak leżał w swoim łóżku i wciąż miał na uszach słuchawki. Nie były one świadectwem demonstracyjnej niechęci do dialogu. Bo i po co, skoro jego mama od kilku godzin była zajęta wydzwanianiem i wyszukiwaniem informacji w internecie. Doskonale wiedział, że właśnie próbuje, po raz kolejny, szybko zorganizować ich codzienność. Szkoła załatwiona, zostały angielski, basen i judo. Dla niej kosmetyczka i fryzjerka. Wszystko, czego potrzeba do rozwoju i kreowania wizerunku. Niezbędne, znienawidzone.
Mieszkanie czerwonowłosej Niny i Roberta, właściciela tatuaży, było puste. Ich życie zawodowe zaczynało się późnym wieczorem i nierzadko wracali, kiedy wszyscy inni lokatorzy budynku byli bliżej pobudki niż pory zasypiania. No dobrze, nie wszyscy. Bliźniaki, Ignaś i Tosia, też często wtedy nie spali. Podobnie jak ich rodzice, którzy także tego wieczoru nosili córeczkę na zmianę, modląc się w duchu, żeby przynajmniej jej braciszek przespał spokojnie kilka godzin. Tuż pod nimi, przy kuchennym stole siedziała Marysia. Obserwowała spływające po szybie krople, a jej myśli błądziły gdzieś daleko, wśród minionych chwil. Jej mąż siedział w salonie, przed ekranem telewizora. Chętniej grabiłby liście albo naprawiał uszkodzone zadaszenie przed wejściem. Deszcz sprawił jednak, że musiał spędzić wieczór przed telewizorem, choć od dawna uważał już, że nic ciekawego w nim nie leci.
Kolejnego dnia Katarzyna trzykrotnie przestawiała budzik w telefonie. Poprzedniego wieczoru książka pochłonęła ją na długie godziny, co rano poskutkowało trudną pobudką. Nim jednak budzik zadzwonił po raz czwarty, a miał to być ten ostateczny sygnał, do sypialni wbiegła Ania.
― Dzieńdoberek! ― zawołała, rzucając się na poduszkę obok mamy.
― Cześć, słonko. Ja zaspałam czy to ciebie ktoś podmienił?
― Dziś nie można być śpiochem! Więc wstawaj! Przygotowałam już śniadanie!
― Słucham? ― Kobieta usiadła na łóżku, patrząc na córkę z ogromnym zdziwieniem. ― Nie mam dziś urodzin i chyba nic nie świętujemy...
― Jej, nie mogę tak po prostu przygotować śniadania? ― Dziewczyna udała oburzenie.
― Możesz, oczywiście, ale to zdecydowanie zaburza nasz poranny rytuał! Poranek bez budzenia cię przez trzydzieści minut jest jakiś taki... dziwny. ― Kasia zaśmiała się wesoło, a Ania zabawnie zmarszczyła nos, wstając.
― Też cię kocham, tak więc wstawaj, śpiochu, śniadanie czeka w kuchni ― powiedziała, udając ton mamy, ale zanim zdążyła odejść od łóżka, kobieta przyciągnęła ją do siebie i mocno przytuliła.
― Jesteś moim słoneczkiem, skarbeńkiem, kruszynką...
― Ratunkuuu! ― zawołała dziewczynka, śmiejąc się w głos.
Czterdzieści minut później mama i córka szły w kierunku szkoły. Ania ― jak zawsze ― nieustannie opowiadała, a Katarzyna słuchała jej z przyjemnością i promiennym uśmiechem. Dobry humor córki mile ją zaskoczył. Wczoraj wieczorem widziała ogromny zawód spowodowany niespełnionymi marzeniami i czuła się winna, że nie potrafiła znaleźć słów ukojenia dla emocji swojej małej księżniczki. Jak miała jej jednak wytłumaczyć, że marzenia mają to do siebie, że najczęściej spełniają się po czasie albo zupełnie inaczej, niż byśmy sobie tego życzyli? Nie mogła powiedzieć czegoś, co odebrałoby małej wiarę w siłę marzeń, ale nie mogła też podzielić się żadną anegdotą z własnego życia. Jej lista spełnionych pragnień była niezwykle krótka i nie zawierała w sobie niczego szczególnego. W zasadzie miała wrażenie, że już od dawna nie marzyła. Modliła się o pomyślność dla córki i na tym koniec.
Ania nie zamierzała czekać, aż los stanie po jej stronie. Rzeczywistość wyglądała inaczej, niż sobie tego życzyła? Trudno, czas zakasać rękawy i przemodelować stan rzeczy według własnych oczekiwań!
Dziewczyna szybko przekroczyła próg szkoły i pomijając szatnię, pobiegła prosto pod sekretariat.
― Dzień dobry, pani Basiu! ― przywitała się z szerokim uśmiechem, zupełnie ignorując fakt, że sekretarka była zajęta rozmową z elegancką kobietą, którą Ania doskonale znała, rzecz jasna.
Wchodząc, daleka była od zakłopotania wywołanego przeszkadzaniem w rozmowie dorosłych. Nie siliła się też na teatralne zdziwienie. Szczerze mówiąc, najtrudniej było jej powstrzymać się od triumfalnego gestu i okrzyku: „Wiedziałam, że tu będziesz!”.
― Słonko, zaczekaj chwilkę, zaraz porozmawiamy. ― Pani Basia obdarzyła Anię serdecznym uśmiechem, w przeciwieństwie do swojej rozmówczyni, która wyraźnie nie lubiła, kiedy jej przerywano.
― A, nie, spokojnie. Chciałam tylko zapytać o zgody na wycieczkę dla naszej klasy, ale przyjdę później. ― Uśmiechnęła się serdecznie, bo wiedziała, że pani Basia skupi się na drugiej części zdania, zupełnie nie zastanawiając się nad wymyślonymi zgodami.
― Dobrze, oczywiście, ale zaraz, słonko, jak już tu jesteś, mam prośbę!
― Tak? ― Ania zrobiła minkę zaciekawionego aniołka, który wcale nie zaplanował wydobycia z serdecznej sekretarki informacji o nowym uczniu.
― To jest Aron, nowy uczeń naszej szkoły. Aron dziś dołączy do twojej klasy. Pokażesz mu, gdzie macie szatnię i poszczególne sale lekcyjne? Myślę, że z przewodnikiem będzie łatwiej niż tylko z planem lekcji. ― Ostatnie zdanie kobieta wypowiedziała do matki chłopca.
On sam siedział na krześle znudzony i zupełnie niezainteresowany sytuacją. Całkowicie zignorował promienny uśmiech dziewczyny i zachęcające słowa sekretarki. Zresztą mamy też nie zaszczycił spojrzeniem. Zarzucił plecak na ramię i po prostu wyszedł z pomieszczenia, kierując się przed siebie.
― Do dzwonka mamy jeszcze dziesięć minut, chcesz zobaczyć salę gimnastyczną albo bibliotekę? Obok boiska jest rewelacyjny...
― Odpuść, dobra? ― odezwał się po raz pierwszy, całkowicie zaskakując Anię.
― Ale że jak? Nie chcesz wiedzieć, gdzie jest szatnia i gdzie masz pierwszą lekcję?
― Niech zgadnę... szatnia jest w piwnicy, sala gimnastyczna na parterze, zapewne na samym końcu korytarza ― powiedział z kpiącym uśmiechem, po czym zerknął na plan lekcji. ― Zaczynamy od matmy, sala dwadzieścia pięć, czyli pewnie na pierwszym piętrze.
― Skąd wiesz? ― Ania była ogromnie zdziwiona.
― Buda jak buda. Więc daj mi spokój, nie potrzebuję niańki ― powiedział, po czym odwrócił się i po prostu odszedł.
Sale były zamknięte, a młodzież powoli gromadziła się pod drzwiami. Kiedy Ania pokonała w sobie zdziwienie, weszła na piętro i dostrzegła Arona opartego o parapet. Chłopak znów założył słuchawki i wydawało się, że zupełnie nie zwracał uwagi na otoczenie. Dziewczyna przywitała się z koleżankami, zrzuciła plecak pod ścianą i usiadła na ławce, wpatrując się uparcie w nowego sąsiada. Ten zdawał się jednak całkowicie ją ignorować.
Kiedy nauczycielka otworzyła drzwi do sali, Ania wraz z resztą niów weszła do środka i zajęła swoje miejsce w ławce, sama. Pod koniec ubiegłego roku jej najlepsza przyjaciółka, Lena, przeprowadziła się do stolicy. Od tamtego czasu dziewczynka siedziała sama w ławce i choć nie narzekała na brak znajomych, prawdziwej przyjaciółki jakoś nie potrafiła znaleźć.
Aron wszedł do sali razem z nauczycielką.
― Dzień dobry, moi drodzy, od dziś będziecie mieli nowego kolegę. To jest Aron ― powiedziała matematyczka do całej klasy, po czym zwróciła się bezpośrednio do chłopaka: ― Czy chciałbyś nam coś o sobie opowiedzieć?
― Raczej podziękuję.
― Jak wolisz. ― Nauczycielka uśmiechnęła się wyrozumiale. ― Zajmij więc, proszę, któreś z wolnych miejsc, i zaczynamy lekcję.
Aron co prawda zdjął słuchawki z uszu, ale wciąż nosił je przewieszone przez kark. Plecak nałożył niedbale na jedno ramię. Po przedstawieniu przez nauczycielkę poszedł prosto do ostatniej ławki pod oknem i usiadł sam, dając wyraźnie znać całej klasie, że nie ma ochoty na szukanie nowych znajomości.
Ania zajmowała drugą ławkę, tuż pod ścianą. Obiecywała sobie, że nie spojrzy na niego ani razu, zupełnie go zignoruje. Jednak o ile była w stanie zapanować nad oczami, o tyle jej myśli absolutnie nie chciały posłuchać się własnych rozkazów. Nauczycielka przez czterdzieści pięć minut opowiadała coś o obwodach i polach figur, a Ania myślała o sąsiedzie. Wczoraj już prawie mu wybaczyła, że nie jest dziewczyną. Mimo wszystko chciała się zakumplować, a ten zachowywał się jak skończony gbur! Pan ważny, który był już w każdej szkole i wszystko wie! Głupek!
Reszta przerw i zajęć miała podobny charakter. Ania skupiła się tylko na kwadransie lekcji z języka polskiego, kiedy musiała napisać kartkówkę dotyczącą przeczytanej lektury. Na szczęście ten test miał formę krótkich odpowiedzi na szczegółowe pytania. Gdyby dziewczyna miała napisać na przykład opowiadanie, bardzo możliwe, że kolejnego dnia Katarzyna dostałaby wezwanie do dyrektora.
„Gospodyni króla chciała upiec szarlotkę, dlatego też wysłała nowego giermka, aby zerwał w sadzie kilka dorodnych jabłek. Niestety młodzian, a na imię mu było Aron, niedoświadczony i nieco gapowaty, spadł z drabiny, nieszczęśliwie nabijając się na wystający z ziemi zaostrzony pal. Jakby tego było mało, akurat w tym momencie przez sad przemknęło stado galopujących koni, tak więc z giermka niewiele pozostało. W związku z tym nikomu nie chciało się go nawet zakopywać. Dopiero kiedy liście spadły z drzew, przykryły białe kości. Szkoda tylko gospodyni, która przez tego niezdarę sama musiała pójść po jabłka...”
Na szczęście opowiadania nie trzeba było pisać przez cały tydzień.
Po ostatnim dzwonku Aron wyszedł z budynku szkoły jako jeden z pierwszych. Nie musiał tracić czasu na takie głupoty jak pożegnanie z przyjaciółmi, jeszcze jeden szybki mecz w kosza czy uzgadnianie weekendowych planów.
Zarzucił plecak, nałożył słuchawki i poszedł w stronę mieszkania. Słowa „dom” już w zasadzie nie używał. „Dom” oznaczało coś więcej. On miał mieszkanie, i chrzanić powody. Drogę mniej więcej zapamiętał, ale specjalnie się tym nie przejmował. Jak coś pomyli, to wpisze adres w nawigację i telefon zaprowadzi go na miejsce.
Po kilku minutach marszu poczuł, że coś delikatnie uderzyło w jego plecak, ale postanowił to zignorować. Kolejnego pocisku, który trafił go w tył głowy, już zignorować nie mógł. Odwrócił się gwałtownie, jedną ręką pocierając bolące miejsce. Kilka metrów za nim stała ta dziewczyna. Zauważył ją już pierwszego dnia. Wpatrywała się w niego z taką intensywnością, iż miał wrażenie, że gdyby mogła, wypaliłaby dziurę w jego kurtce. Dziś rano ewidentnie specjalnie przylazła do sekretariatu i potem chciała być jego niańką, a teraz co? Nienormalna czy jak?
Nie zadał jednak tego pytania, zamiast tego przesunął dłoń, którą masował tył głowy, w okolice skroni i pokręcił palcem wskazującym. Dziewczyna ani się nie rozpłakała, ani nie odwróciła. Zamiast tego uśmiechnęła się paskudnie i rzuciła w niego kolejną szyszką, którą złapał, i następną, przed którą zdołał odskoczyć.
― Co z tobą nie tak?! ― powiedział, podnosząc ton głosu.
Zamiast odpowiedzi usłyszał jednak wyzwanie:
― Kto ostatni pod blokiem, ten ciamajda ― rzuciła, po czym... odwróciła się i poszła w przeciwnym kierunku.
Chłopak nie zwrócił na nią większej uwagi. Nie zamierzał grać w jakieś dziecinne gry. Ponownie nasunął słuchawki na uszy i ruszył przed siebie. W zasadzie nawet zwolnił, miał nadzieję, że zniechęci tym dziewczynę. Kiedy jednak pojawił się w okolicy bloku, od razu ją zauważył. Szła obok młodej kobiety z wózkiem. Nie miała już szkolnego plecaka, więc musiała go znacząco wyprzedzić. Nie miał pojęcia, którą drogą, ale właściwie niewiele go to interesowało. Ominął obie szerokim łukiem i poszedł w stronę bloku. Ale nim dotarł do drzwi wejściowych, zauważył stojącego z boku Harleya.
Chłopak zawahał się przez chwilę, ale w końcu postanowił podejść i przyjrzeć się maszynie z bliska. Był to czarny Harley-Davidson z chromowanymi elementami. Srebro z czernią kontrastowały idealnie, a potężny silnik świadczył o mocy maszyny. Dzięki temu motor był zarazem elegancki i nieokiełznany.
― Podoba ci się? ― Pytanie dobiegło gdzieś zza pleców chłopaka, przez co ten aż podskoczył, nieco przestraszony. ― To Forty-Eight z silnikiem jeden przecinek dwa litra.
― Ile wyciąga? ― zapytał chłopak, myśląc gorączkowo, jakie zadać pytania, żeby wyglądało, że zna się na motocyklach choć trochę.
― Dużo, naprawdę dużo! ― Uśmiechnął się mężczyzna. ― Jak chcesz, to kiedyś cię przewiozę ― obiecał, a widząc błysk w oczach chłopaka, szybko dodał: ― Jeśli twoja mama się zgodzi.
Iskierki od razu zgasły, a Aron westchnął przeciągle.
― Szybciej się zgodzi, żebyśmy trzymali w mieszkaniu aligatora.
Mężczyzna roześmiał się serdecznie, a następnie klepnął chłopaka w ramię, po czym usiadł na motocyklu.
― Nigdy nic nie wiadomo!
Chłopak już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale właśnie pojawiła się kobieta z czerwonymi włosami, partnerka właściciela motoru. Zajęła mężczyznę rozmową, a na Arona nie zwróciła uwagi, więc ten poprawił plecak na ramieniu i odwrócił się w stronę klatki.
― Młody, jesteśmy umówieni! ― Usłyszał jednak za plecami.
Kiedy chłopak zerknął jeszcze na odjeżdżającego Harleya, dostrzegł podniesioną w górę dłoń kierowcy. Uśmiechnął się i powtórzył jego gest.
Gdy ruszył ponownie w stronę drzwi wejściowych, dostrzegł zbliżającą się Anię. Przyspieszył kroku, wyjął klucz z kieszeni i wszedł do środka. Dziewczyna wyciągnęła dłoń po domykające się jej przed nosem drzwi, ale chłopak okazał się szybszy. Szarpnął za klamkę, która wysunęła się Ani z dłoni, i zatrzasnął wejście. Z przyjemnością patrzył przez szybę na zmarszczone czoło dziewczyny. Po chwili mierzenia się wzrokiem Aron przeniósł spojrzenie na zamek, po czym uniósł w górę dłoń z klem. Ania w ułamku sekundy zrozumiała, że tę bitwę przegrała, z kretesem! Zawsze wchodziła do budynku, używając jedynie kodu do domofonu, bo nikt z lokatorów nie zamykał drzwi z klatki klem. Dlatego też jej klucz leżał od dawna w szufladzie biurka albo w szafce pod półką na książki, a może wciąż w kieszeni zimowej kurtki... Mógł być też w starym plecaku, o ile ten plecak był nadal gdzieś w domu. Ania zmarszczyła czoło jeszcze bardziej, a on wysłał jej paskudny uśmiech. Dziewczyna postanowiła jednak nie dać po sobie poznać, że sytuacja ją zdenerwowała. Wzruszyła więc tylko ramionami, po czym się odwróciła, odeszła w stronę stojącej nieopodal ławki, usiadła i wystawiła twarz w stronę słońca.
Ania wiedziała, że sytuacja nie jest tak zupełnie patowa. Mogła dogonić Martę i poprosić ją o pożyczenie kla, zaczekać, aż kobieta wróci ze spaceru z bliźniakami, albo zadzwonić domofonem do pani Marii i poprosić o wpuszczenie. Ostatecznie mogła też poczekać na mamę, która powinna wrócić za dwie godziny do domu. Zanim jednak zdecydowała, którą opcję wybrać, sytuacja rozwiązała się sama. Pan Henryk był co prawda nieco zdziwiony zamkniętymi na klucz drzwiami, ale szybko wydobył z kieszeni całkiem pokaźny pęk, po czym wyszedł przed budynek.
― Dzień dobry ― przywitała się z uśmiechem Ania.
― A dzień dobry, słoneczko, dzień dobry, choć byłby jeszcze lepszy, gdybym nie miał sklerozy.
― Moja babcia mówi, że w pewnym wieku jest ona nieunikniona.
― Może i prawda, tylko widzisz, człowiek nigdy nie dopuszcza do siebie, że to właśnie o jego wiek chodzi. Ale, tak czy siak, mleka zapomniałem i muszę po raz kolejny pójść do sklepu.
― Jeśli pan chce, to ja pobiegnę.
― Nie miałbym sumienia cię gonić.
― Kiedy ja bardzo chętnie!
Kilka minut później była już w sklepie. W drodze do kasy zatrzymała się na chwilkę przy dziale z artykułami szkolnymi. Chciała kupić sobie klej, ponieważ ten z jej piórnika już się kończył, ale jej wzrok padł na nietypowy długopis. Miał kształt... flaminga ― był różowy, pokryty puchem i piórkami. Dziewczynka stała przez chwilę, wpatrując się w dziwaczny przedmiot, po czym uśmiechnęła się szeroko, porwała różowy długopis i niemalże pobiegła w kierunku kasy, zupełnie zapominając o kleju. Dobrze, że mleko zabrała z półki wcześniej.
Mama Ani kończyła właśnie przygotowywać plakaty zapraszające czytelników na spotkanie autorskie.
― Jak zapowiada się tym razem? Kobieta ma ikrę czy będzie trzeba budzić panią Zofię jak podczas ostatniego spotkania z tym poetą? ― zażartowała Renia, niewysoka szatynka, z którą Katarzyna pracowała już od lat.
― Osobiście jeszcze z nią nie rozmawiałam, ale książki są pełne wigoru i zaskakujących zwrotów akcji. Więcej ci powiem, kiedy skończę czytać. Nie jestem jednak pewna, czy to coś zmieni w kwestii pani Zofii. Może zaserwujemy jej kawę tuż przed spotkaniem?
― Można spróbować, jest szansa, że jej to nie zabije.
― A z drugiej strony chyba powinnyśmy docenić to, że przychodzi do nas na każde wydarzenie. ― Katarzyna się zamyśliła. ― Jakkolwiek by na to patrzeć, cokolwiek zaproponujemy, pani Zofia jest z nami.
― A co jej też innego w tym życiu zostało ― westchnęła Renata, a Katarzyna nie chciała drążyć tematu. Wiedziała, że najmłodszy syn koleżanki właśnie przeniósł się na studia do innego miasta, starsza dwójka wyprowadziła się już dawno temu, więc Renacie doskwierała samotność, chociaż u swojego boku wciąż miała męża.
Szczerze mówiąc, tego aspektu Katarzyna nie potrafiła zrozumieć. Jej perspektywy na czas „po wyprowadzce dziecka” były o wiele bardziej pesymistyczne, jednak nie czuła się przez to jakoś specjalnie przybita. Może dlatego, że wizja całkowitej samotności była jeszcze dosyć odległa? Niemniej obiecywała sobie, że nie będzie przeżywała żałoby jak jej koleżanka. Może zamiast tego zrobi to, co bohaterka i autorka tych książek? Wyjedzie w swoją pierwszą w życiu podróż i odnajdzie szczęście?
Chociaż tym razem pogoda sprzyjała spacerom, czarny SUV Krzysztofa znów zatrzymał się na jezdni.
― Podwieźć panią? ― Mężczyzna uśmiechnął się serdecznie i wychylił nieco w stronę opuszczanej szyby. Zatrzymał się przy chodniku, więc nie mógł wysiąść.
― Nie chciałabym nadużywać pańskiej uprzejmości.
― I tak jadę w to samo miejsce, do którego pani zmierza.
Katarzyna odpowiedziała uśmiechem, po czym wsiadła do samochodu. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, zapanowała krótka chwila ciszy, którą następnie obydwoje chcieli przerwać, co poskutkowało dwiema wypowiedziami w tym samym momencie:
― Czyżby...
― Dziękuję...
― Przepraszam, nie chciałem przerywać.
― Ależ nie, proszę, ja chciałam tylko raz jeszcze podziękować.
― Nie trzeba, naprawdę. Chciałem zapytać, czy zawsze zabiera pani pracę do domu ― dokończył, wskazując na leżące na kolanach kobiety książki.
― Często, ale nie narzekam na ten fakt. ― Katarzyna uśmiechnęła się szczerze. ― Za kilka dni prowadzę spotkanie z ich autorką, więc muszę się przygotować, ale gdyby nie to, i tak znalazłabym inne po prostu warte przeczytania. W końcu coś trzeba robić wieczorami ― urwała, kiedy zdała sobie sprawę, jak mogły zabrzmieć ostatnie słowa. W sekundę poczuła też, że jej policzki zapłonęły. Na szczęście mężczyzna, zajęty prowadzeniem samochodu, nie mógł tego zauważyć.
― Mogę zapytać, czego będzie dotyczyło to spotkanie autorskie?
― Podróży, pierwszej do Słowenii, kolejnej do Wietnamu, ale też w głąb siebie, jak określa to autorka.
― Brzmi ciekawie. Słowenię znam dosyć dobrze, z Wietnamem nieco gorzej.
― U mnie gorzej w obu przypadkach. Jednakże zachwyciło mnie, że tak maleńki kraj, jakim jest Słowenia, ma tak wiele do zaoferowania.
― Zdecydowanie. Góry są niesamowite, ale na mnie największe wrażenie zrobił zamek w Predjamie. Szczerze mówiąc, zwiedzałem jaskinię Postojną i wówczas przeczytałem o niedalekiej atrakcji, a jako że można było kupić bilet łączony, postanowiłem skorzystać i to, co niespodziewane i dodatkowe, okazało się najciekawsze. Oczywiście nie ujmując jaskini, bo Postojna robi ogromne wrażenie.
Mimo że właśnie dojechali przed blok i wysiedli, nie przerwali rozmowy.
― Tu autorka poświęca temu zamkowi tylko odrobinę uwagi ― powiedziała Katarzyna, podnosząc nieco książkę.
― W takim razie wielka szkoda. Zamek ma niezwykły urok. Niech pani sobie wyobrazi, że został wbudowany wprost w skałę, pod którą ciągnie się ogromny system jaskiniowy. Podobno w trakcie jednego z oblężeń dowódca zamku wysyłał służbę po zapasy właśnie tymi podziemnymi drogami aż na przeciwległe zbocze. Oblegający nie mieli o tym pojęcia, więc zgodnie ze sztuką wojenną planowali wziąć załogę głodem. Czytając historię zamku, znalazłem zabawną historię, nie wiem na ile prawdziwą, ale podobno na tym przeciwległym zboczu rosło wówczas sporo drzewek, które owocowały znacznie szybciej niż te po drugiej stronie gór. Tak więc podczas oblężenia, które trwało już od kilku miesięcy, doszło ponoć do sytuacji, w której sługa wysłany po zapasy wrócił między innymi z czereśniami, a dowódca polecił mu zanieść je wojskom wroga. Proszę sobie wyobrazić, jakie musiało być ich zdumienie, kiedy z obleganej od wielu miesięcy fortyfikacji wyszedł człowiek ze świeżymi owocami, i to w porze, kiedy na okolicznych drzewach czereśnie nie zdążyły się jeszcze zaczerwienić. Podobno wśród oblegającego wojska zrodziło się przekonanie o konszachtach załogi zamku z diabłem.
― Fascynujące! ― Kasia zaśmiała się szczerze.
― Przepraszam, mam nadzieję, że nie uzna pani, że się wymądrzam, chciałem tylko...
― Ależ skąd, panie Krzysztofie... ― Katarzyna nie zdołała jednak dokończyć myśli, ponieważ właśnie z budynku wyszła ich nowa sąsiadka.
― O! Świetnie, że panią spotkałam. Przepraszam, nie przedstawiłam się wcześniej. Patrycja. ― Wyciągnęła dłoń w stronę Katarzyny.
― Miło mi, Kasia.
― Jeśli dobrze się orientuję, nasze dzieci są w tym samym wieku. Chciałabym zapytać, jaką szkołę angielskiego poleca pani w okolicy.
― Szczerze mówiąc... ― Katarzyna została całkowicie zbita z tropu pytaniem, tymczasem Krzysztof skinął głową na pożegnanie i ruszył w kierunku wejścia do budynku. ― Jedna jest całkiem niedaleko, w centrum...
― A uczą tam native speakerzy, czy tylko Polacy po studiach?
― Obawiam się, że nie mam wiedzy na temat nauczycieli angielskiego w okolicznych szkołach.
― Pani córka chodzi tam na zajęcia?
― Nie, Ania radzi sobie z angielskim całkiem dobrze, więc nie potrzebuje dodatkowych zajęć.
― Doprawdy!? Proszę wybaczyć, ale strasznie to nieodpowiedzialne. Angielski to podstawa w dzisiejszych czasach. Mój Aron chodzi na zajęcia, od kiedy skończył trzy latka. Cóż, w takim razie dziękuję. ― Kobieta zakończyła rozmowę, po czym przeszła w stronę samochodu.
Dopiero wtedy Katarzyna dostrzegła chłopaka. Stał nieco z tyłu i po chwili poszedł za mamą. Na uszach, jak zawsze, miał spore, czarne słuchawki.
Katarzyna przez kilka sekund stała jeszcze, skonsternowana. Dopiero po chwili udała się w stronę swojego mieszkania. Krzysztof natomiast wszedł do siebie, odwiesił marynarkę na wieszaku garderoby i usiadł ciężko na kanapie w salonie, po czym odchylił głowę i zamknął oczy. „Zamek ma niezwykły urok. Niech pani sobie wyobrazi, że został wprost wbudowany w skałę...” Idiota. Teraz już na pewno weźmie cię za dziwaka i półgłówka. Naprawdę nie mogłeś się zamknąć, tylko musiałeś prowadzić jakiś cholerny wywód historyczny?! Idiota! Zamiast zainteresować się jej pracą, zapytać o coś jeszcze, to musiałeś pokazać, że wiesz więcej. Idiota!
Myślami do zamku wróciła też Katarzyna, kiedy wyjmowała z lodówki zupę przygotowaną na obiad poprzedniego wieczoru. Zamek wbudowany w skałę. I do tego ta historia z czereśniami... Był tam, widział, doświadczył. Zazdroszczę.
Kolejnego dnia Ania i Aron kończyli zajęcia dwiema lekcjami z wychowawcą. Pan Marek był młodym, wysokim i skrajnie szczupłym mężczyzną, zawsze ubranym w koszulę. Uczył historii i wiedzy o społeczeństwie. Wyposażony w nienaganne maniery potrafił dotrzeć do młodzieży i cieszył się prawdziwym szacunkiem swoich uczniów, co wcale nie było tak powszechne, jak można by sobie życzyć.
Po zakończonej lekcji historii nauczyciel poprosił uczniów, żeby wyszli na korytarz na krótką przerwę, a po dzwonku mieli wrócić do sali na lekcję WOS-u.
― Przepraszam, zapomniałam książki, którą muszę zwrócić do biblioteki. ― Ania podbiegła do nauczyciela, gdy ten zamykał już salę.
― Oj, dziewczyno, ty kiedyś własnej głowy zapomnisz ― zażartował nauczyciel, ale wpuścił ją do środka.
Ania podbiegła szybko do swojego stolika, zabrała przygotowaną wcześniej książkę i coś jeszcze, po czym w trzech skokach dobiegła do stolika Arona i sięgnęła po zostawiony na stoliku piórnik. Minutę później wyszła z sali, dziękując nauczycielowi z szerokim uśmiechem.
Kiedy zabrzmiał kończący przerwę dzwonek, młodzież wróciła do swoich ławek, a nauczyciel przypomniał, że muszą napisać zapowiadany wcześniej test. Po sali przetoczył się jęk, ale bardziej pozorowany, ponieważ uczniowie wiedzieli, że pan Marek nie podda się ich błaganiom. Aron, ze względu na to, że dopiero dołączył do klasy, miał co prawda napisać test, ale ustalili wspólnie z nauczycielem, że jego ocena nie zostanie wpisana do dziennika. Chłopak schował więc podręczniki do plecaka i sięgnął po piórnik. Kiedy go otworzył, zastygł w bezruchu. Cała zawartość zniknęła, a raczej została zastąpiona przez coś... różowego i puszystego. Chłopak wpatrywał się w piórnik z niedowierzaniem. W pewnej chwili uświadomił sobie jednak, że nauczyciel stoi przed jego ławką z testem w dłoni. Wyciągnął więc rękę po kartkę, a następnie, odkładając test na stoliku, wyjął z piórnika... różowego flaminga. Przyjrzał mu się przez chwilę, po czym zdjął zaślepkę z jednej nogi, bo tylko tę ptak posiadał, i stwierdził, że patrzy na końcówkę długopisu. Przyłożył go więc niepewnie do kartki i zrobił kreskę ― ku jego uldze była niebieska.
Głośno odetchnął także nauczyciel, który przez cały ten czas stał przy stoliku chłopaka.
― Proszę nie pytać ― powiedział Aron, spoglądając błagalnie na nauczyciela.
― Absolutnie nie zamierzałem! ― Pan Marek uśmiechnął się pokrzepiająco, po czym ruszył w stronę tablicy. ― Macie na całość czterdzieści pięć minut. Część pytań ma formę zamkniętą, część otwartą, więc proszę, żebyście dokładnie czytali polecenia.
Aron nie słuchał jednak nauczyciela. Wbił wzrok w siedzącą po przeciwnej stronie Anię i próbował spojrzeniem podpalić jej test. Mimo jego wysiłku kartka była uparcie niepalna, a dziewczyna całkowicie skupiona na zadaniach.
Nie zwróciła też na niego najmniejszej uwagi, kiedy wychodzili ze szkoły. I tym razem jakoś nie zaczepiała go rzucanymi szyszkami, tylko szybko ruszyła w drogę powrotną, jakby chciała być w bloku przed nim. Nie miało to jednak najmniejszego znaczenia, ponieważ chłopak tam się nie wybierał. Zamiast tego skierował się do niewielkiego centrum handlowego na obrzeżach miasta w poszukiwaniu sklepu z ubraniami.
Kiedy wrócił do domu, mama siedziała przy komputerze. W pomieszczeniu panowała zupełna cisza, przez co wyraźnie dało się słyszeć, że w mieszkaniu naprzeciwko trwała głośna kłótnia.
― Nie znalazłam żadnej porządnej szkoły angielskiego w okolicy, więc zostajemy przy zajęciach online, jak do tej pory. Będziesz się łączył z native speakerami w każdy poniedziałek, środę i piątek o siedemnastej. W mieście jest za to bardzo dobra szkoła judo. I zajęcia nie będą kolidowały z basenem, a ten, przy twoim kręgosłupie, jest konieczny, tak więc zapisuję cię i chyba to mamy. Podsumowując: wtorki i soboty basen, poniedziałki, środy i piątki angielski, a środy i piątki judo. Pasuje?
― Serio pytasz?
― Nie. Wiesz, że to dla twojego dobra i że...
― Tak, wiem ― powiedział to zdecydowanie głośniej, niż zamierzał.
― Słuchaj no, młody królewiczu. Zaharowuję się, żebyś mógł...
― Wiem, mamo, wałkowaliśmy ten temat setki razy, więc napisz mi plan na kartce i dajmy spokój.
― I bardzo dobrze ― odpowiedziała, wyciągając w jego stronę przygotowaną rozpiskę. ― Chcę tylko, żebyś nie skończył jak oni ― dodała, wskazując ręką przeciwległe mieszkanie, w którym nadal trwała ostra wymiana zdań.
― Nawet ich nie znasz.
― I tu się mylisz.
― Dobra, dajmy spokój ― burknął, biorąc w dłoń kartkę i kierując się do swojego pokoju.
― A jak w szkole? ― Pytanie mamy dotarło już do pleców chłopaka.
― Normalnie ― odpowiedział, wzruszając ramionami i nawet się nie odwracając.
Ania trajkotała natomiast bez przerwy, opowiadając mamie i pani Marysi o szkolnej wycieczce, o której tego dnia się dowiedzieli. Siedziały we trzy w kuchni Katarzyny, delektując się smakiem świeżo zaparzonej herbaty malinowej.
― Plan jest taki, że jedziemy do planetarium, tam mamy jakiś kosmiczny seans, a potem zajęcia z astronomii.
― Planetarium jest niedaleko zoo, jeśli dobrze pamiętam ― powiedziała Marysia z delikatnym uśmiechem, wynikającym z przywołanych wspomnień.
― Właśnie. W zoo byliśmy rok temu.
― Zoo w Chorzowie jest wspaniałe. ― Sąsiadka się uśmiechnęła. ― Zabraliśmy tam kilka razy chłopców, kiedy byli w twoim wieku. Pamiętam, że Jureczek nie chciał odejść od wybiegu dla słoni, a Piotruś w kółko bawił się na tych kamiennych dinozaurach, które były w głębi. Tak więc najczęściej ja stałam z Jureczkiem przy słoniach, a Henryk biegał za Piotrusiem koło dinozaurów, albo odwrotnie. Ot, rodzinny wyjazd. ― Zakończyła niby z uśmiechem, jednak Katarzyna wyczuła żal w jej głosie.
― A wiesz, babciu, że dinozaury stoją nadal? ― Oczy dziewczynki zaiskrzyły.
― Pamiętam je doskonale. Mniejsze i większe kamienne rzeźby, po których dzieciaki uwielbiały się wspinać.
― I nadal tak jest, mamy z Leną całą kolekcję zdjęć jako pogromczynie dinozaurów i znane... Jak się mówi na badaczy dinozaurów?
― Paleontolodzy ― przyszła jej z pomocą mama.
― Właśnie. A teraz będę kosmonautką!
― Wspaniały plan, ale do wycieczki jeszcze trochę zostało, za to jutro masz na ósmą, więc pora pobiec pod prysznic ― zarządziła Katarzyna.
Protesty dziewczynki trwały krótko, umyła się i poszła do łóżka. Kasia poszła za córką do jej pokoju, po czym wróciła do kuchni, zaparzyła kolejną herbatę i usiadła przy stole. Milczenie dwóch kobiet trwało dłuższą chwilę. Katarzyna widziała, że jej sąsiadka jest głęboko nad czymś zamyślona, i nie chciała przerywać tej zadumy. W końcu pierwsza odezwała się starsza pani:
― Wiesz, wiele bym oddała, żeby moi chłopcy wciąż byli w wieku, w którym fascynuje wycieczka do zoo.
― Dzieci dorastają stanowczo za szybko. ― Kasia wiedziała, że to frazes, ale nie znalazła lepszych słów.
― Żeby jeszcze chcieli mieszkać gdzieś bliżej. ― W głosie pani Marysi było coraz więcej żalu. ― Albo przynajmniej częściej przyjeżdżać. Uwierzysz, że najmłodszego synka Piotra widzieliśmy tylko raz, a on zaraz skończy roczek? Czasem przytłacza mnie ten świat, Kasieńko. Kiedyś całe rodziny mieszkały razem i czy to było takie złe? Ja wiem, że młodzi chcą być niezależni i wolni, ale popatrz, przecież starsi mogą im też coś zaoferować. O ile mieliby taniej, gdyby nie musieli sami opłacać mieszkania, a i przy wnukach chętnie by się pomogło. Jurek zawsze mówi, że wychodzą sami do restauracji, tylko jak tu do nas przyjadą. To dlaczego nie mogą częściej przyjeżdżać albo zamieszkać gdzieś bliżej? Przecież tu praca też jest. Nie rozumiem zupełnie.
― Pani Marysiu...
― Wiem, nie ma sensu się użalać. Ale popatrz na Martę i Błażeja. Bliźniaki całkowicie wywróciły ich życie. Ona wygląda jak cień samej siebie, a on nawet „dzień dobry” mówi po sześć razy, bo ewidentnie nie pamięta, że już kogoś danego dnia spotkał. Próbują wszystko sami, poświęcają całą energię, a przecież mogliby poprosić o pomoc. Obydwoje mają rodziców, ale uparcie chcą być niezależni.
― Tam chyba sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana. Ania często chodzi na spacery z Martą i dzieciakami i mówiła, że Martusia nie ma najlepszego kontaktu z rodzicami.
― Ten świat wywraca się do góry nogami, Kasieńko. Wiem, że pewnie uznasz to za biadolenie starej kobiety, ale niestety tak to wygląda. Jakby mnie ktoś pytał, to tak jak wszystkie epoki w literaturze czy sztuce miały swoje nazwy, renesans czy tam barok, tak teraz powinno się mówić o epoce samotności. I najbardziej przeraża mnie to, że ludzie sami takie życie wybierają.
― Nie zawsze, pani Marysiu.
― Wiem, kochanie, że los nie był dla ciebie łaskawy, ale też doskonale wiemy, że zamknęłaś się na kolejne szanse.
― Pani Marysiu, błagam. A poza tym ja się samotna nie czuję, mam przecież Anię.
― Tak, skarbie, tylko co zrobisz, kiedy ona dorośnie?
― Rozmawiała pani z Renią? ― Katarzyna powiedziała ostatnie zdanie na tyle cicho, że sąsiadka w ogóle nie zareagowała.
― Sami wybierają takie życie ― kontynuowała starsza pani. ― Spójrz tylko na nasz blok. To zaledwie sześć mieszkań, ale też sześć rodzin i każdy z kogoś zrezygnował. My z Henrykiem mamy dzieci i wnuki tak daleko, że praktycznie ich nie widujemy. Ty masz tylko Anię, wiem, powiesz, że to aż Ania. Oczywiście, masz rację, ale wiesz doskonale, że w twoim sercu jest jeszcze sporo miłości do zagospodarowania. Wyżej Martusia i Błażejek. Piękna para i mają wspaniałe dzieciaki, ale im właśnie teraz brakuje rodziny najbardziej. O ile byłoby im łatwiej, gdyby mieli obok kogoś bliskiego do pomocy. Tak, wiem, pamiętam, co mówiłaś przed chwilą. Jednak tu znów ktoś te relacje popsuł. Ta kobieta, która wprowadziła się na górę, też jest sama, a ten jej syn prawie nie zdejmuje słuchawek. Robert z Niną się pięknie wyłamują, ale ile można być we dwójkę? Jemu się aż oczy śmieją, kiedy widzi bliźniaki, Tośkę i Ignasia, za to Nina sprawia wrażenie, jakby się bała, że ją odrą zarażą. No i Krzysztof. Taki przystojny, poukładany mężczyzna. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś go odwiedzał, i wcale nie mam na myśli tylko kobiet.
W tym momencie Katarzyna chciała o coś zapytać, ale uznała, że może lepiej jednak nie naprowadzać myśli pani Marysi na niewłaściwe tory. Na szczęście dla niej starsza pani kontynuowała wypowiedź:
― Wiesz, bardzo go lubię, a Henryk zawsze powtarza, że to niezwykle inteligentny mężczyzna. Zresztą także serdeczny. Poprosiliśmy go kiedyś o pomoc przy spisaniu testamentu.
― Pani Marysiu...
― Kochanie, nie wybieramy się jeszcze na tamten świat, ale uważamy, że niektóre sprawy warto, a w zasadzie trzeba, załatwić wcześniej. Tak więc Henryk zapytał kiedyś Krzysztofa o notarialne formalności przy testamencie, a on nawet nas nie fatygował do biura, tylko tak po prostu przyszedł do nas z komputerem, spisał wszystko i nawet grosza za to nie wziął. A kiedy zaproponowałam mu domowy obiad, to naprawdę się ucieszył. Zapraszałabym go częściej, ale jakoś tak człowiek się krępuje, a tego kiedyś, kochanie, nie było. Ludzie się znali i często odwiedzali. Dziś „dzień dobry”, i tyle. Dawniej ludzie mieli więcej czasu dla siebie nawzajem, a dziś wszyscy sami. Wybacz, ale nawet twoja kruszynka.
― Staram się, jak mogę.
― Wiem, skarbie. I nie mam na myśli braku ojca. Popatrz, jak ona przeżywa wyprowadzkę tej swojej przyjaciółki. Niby mówi, że ma tam jakieś koleżanki w klasie, ale widać, że to już nie to samo. A kiedyś dzieci było mnóstwo, gdzie człowiek nie spojrzał. Biegały po podwórkach, bawiły się wspólnie. Nikt się nie nudził.
Kiedy starsza pani wróciła do siebie, Kasia jeszcze długo siedziała w kuchni, zastanawiając się nad jej słowami. Myślała o sobie, o Ani, o swojej mamie i o... Krzysztofie. Może i sporo w tym racji, ale niestety życie nie jest takie proste.
Krzysztof tymczasem przeglądał strony internetowe linii lotniczych, zastanawiając się, dokąd tym razem uciec przed nadchodzącymi świętami Bożego Narodzenia. To był ten czas w roku, który zdecydowanie wolał spędzać gdzieś daleko. Ponadto zagraniczna podróż pozwalała mu uniknąć niezręczności podczas rutynowego już zaproszenia do wigilijnego stołu, jakie każdego roku składał mu były wspólnik. Pierwszą kancelarię mężczyzna założył razem ze znajomym ze studiów. Nie byli przyjaciółmi, zwyczajnie się dogadali, żeby zacząć razem. Po kilku latach działali już samodzielnie, ale wciąż utrzymywali sporadyczny kontakt. Mężczyzna każdego roku zapraszał Krzysztofa na święta, których ten stanowczo unikał. „Dziękuję, ale wybieram się do Egiptu, Hiszpanii czy Tunezji” brzmiało lepiej niż „Dziękuję, ale w tym roku znów będę siedział w domu, wspominał magię świąt, którą zapamiętałem z dzieciństwa, i zastanawiał się, dlaczego jako dorosły człowiek nie mogę spędzić świąt tak, jak bym naprawdę chciał”.
Zabukował lot do Agadiru, miasta leżącego w południowo-zachodnim Maroku. Wydawało się to idealnym rozwiązaniem, liczył bowiem, że w tym islamskim państwie nie dosięgną go żadne świąteczne symbole. Kiedy zaplanował już lot, zaczął szukać hotelu, a następnie układać plan zwiedzania. Po kilku godzinach planowania zamknął komputer, przymknął też na chwilę oczy i pozwolił sobie na pięć minut fantazji. Zobaczył niewielki pokój, urządzony na biało, z elementami drewna. Za oknem prószył śnieg, w kominku palił się ogień, a w rogu stała choinka z mnóstwem prezentów zapakowanych w kolorowy papier. Na środku pokoju stała kobieta. Uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń w jego kierunku. Doskonale znał jej twarz.
Przestań, głupcze!, skarcił się, otwierając oczy. Możesz ją podwieźć samochodem do domu i nic więcej. Nigdy jej nawet nie dotkniesz!
Aron zazwyczaj wchodził na pierwszą lekcję równo z nauczycielem. Jak ognia unikał kontaktu z kimkolwiek na przerwach, dlatego też nie pojawiał się przed pierwszym dzwonkiem. Tym razem jednak wyszedł z mieszkania zdecydowanie wcześniej, usiadł na ławce, którą dwa dni temu zajmowała Ania, i czekał. Dziewczyna pojawiła się w drzwiach dziesięć minut później w towarzystwie mamy, ale to w niczym chłopakowi nie przeszkadzało. Wystarczyło mu, że mógł się dokładnie przyjrzeć workowi z rzeczami na wuef, który niosła w dłoni. Zielony z motywem czarnych psich łapek. Wspaniale!
Chłopak posiedział na ławce jeszcze dłuższą chwilę, po czym szybkim krokiem ruszył w kierunku szkoły.
Katarzyna z Anią szły natomiast niespiesznie, rozmawiając.
― Bardzo zamknięty w sobie jest ten chłopiec ― zaczęła rozmowę Kasia. ― W szkole też taki jest?
― Nie wiem, nie zwracam na niego uwagi. ― Ania nie miała ochoty na tę rozmowę. ― Wstąpimy po drodze po kołaczyka?
― Masz w śniadaniówce dwie kanapki i przecież idziesz na obiad.
― To po jakiegoś batonika? Plis!
― No dobrze ― zgodziła się Katarzyna, choć chciała wrócić do tematu. ― Może on po prostu się wstydzi. Spróbuj z nim porozmawiać, może...
― O, patrz, tam idzie Majka z Klarą. Nie obrazisz się, jeśli je dogonię? Chciałabym pogadać o zadaniu domowym.
― Nie, skąd. Biegnij, kochanie! ― Katarzyna zdążyła jeszcze ucałować czubek głowy córki, zanim ta pobiegła do koleżanek.
Dziewczyna zatrzymała się jednak po kilku krokach.
― Powodzenia na spotkaniu autorskim!
― A dziękuję, kochanie!
Po tych słowach Ania pobiegła już do koleżanek, a Katarzyna przeszła jeszcze kawałek i skręciła w drogę prowadzącą do biblioteki. To dziś po południu miała poprowadzić spotkanie z autorką książek, które ostatnio czytała. Stresowała się odrobinę, ale była dobrze przygotowana i czuła, że rozmowa popłynie bez problemu, kiedy tylko padną pierwsze słowa. Gdy dwa lata temu otrzymała propozycję poprowadzenia takiego spotkania po raz pierwszy, stresowała się ogromnie. Teraz jednak doświadczenie dawało jej sporo wiary we własne możliwości. Wiedziała, że poradzi sobie bez względu na to, jakim typem rozmówcy okaże się jej interlokutorka. Zapraszani przez bibliotekę autorzy byli naprawdę różni. Niekiedy wystarczyło dosłownie kilka pytań, żeby autor z pasją opowiadał o swoich książkach, a bywało i tak, że to ona mówiła zdecydowanie więcej, bo rozmówca ewidentnie wolał słowo pisane od mówionego.
Zanim Kasia dotarła do biblioteki, Ania pojawiła się w szkolnej szatni wraz z koleżankami. Szybko przebrała buty i odwiesiła na wieszaku worek ze strojem na wuef. Kiedy dziewczyny poszły pod klasę, do szatni wszedł Aron. Nie zamierzał jednak zmieniać butów ― sięgnął po zielony worek z psimi łapkami.
Tego dnia lekcję wychowania fizycznego ich klasa miała na ostatniej godzinie. Chłopcy jak zwykle przebrali się błyskawicznie i pobiegli na boisko. Dziewczyny potrzebowały więcej czasu. A Ania ― zdecydowanie więcej. Krótkie spodenki założyła błyskawicznie, zawiązała adidasy i sięgnęła ręką po biały T-shirt. Kiedy jednak rozwinęła koszulkę, zastygła w bezruchu.
Większość dziewczyn zdążyła się przebrać i wyjść na salę, a ona wciąż stała niepewnie z koszulką w dłoni. W końcu podjęła decyzję, założyła resztę stroju gimnastycznego i pobiegła na boisko.
― Zbiórka w szeregu! ― zakomenderowała nauczycielka, pani Basia. ― Dziś potrenujemy... ― urwała, wpatrując się w T-shirt Ani, której większą część zajmowała grafika z głową szympansa! ― Czyżbyś chciała zgłosić nieprzygotowanie do lekcji?
― A mogę zgłosić przegrany zakład?
Na szczęście nauczycielka miała całkiem dobre poczucie humoru.
― Możesz, ale pamiętaj, że masz taką możliwość tylko raz na rok. Zresztą pozostali tak samo, zrozumiano?
Odpowiedziały jej szerokie uśmiechy.
― Dziś potrenujemy grę w kosza. Zaczynacie od rzutów osobistych, a potem poćwiczymy dwutakt. Dziewczyny na prawą połowę boiska, chłopaki na lewą. Na koniec rozegracie krótki mecz.
Ania nigdy nie była wielką fanką koszykówki, ale tym razem postanowiła przyłożyć się do treningu, a rzucając piłkę do kosza, nieustannie się zastanawiała, jak dotkliwie można sfaulować, żeby nie wylądować u dyrektora.
