38,90 zł
Wally Lamb – autor bestsellerowych powieści „Niepamiętnik Dolores Price” oraz „To wiem na pewno” – powraca z opowieścią o winie, przebaczeniu i powrotach do miejsc, które kształtują nasze życie.
W spokojnym miasteczku nad rzeką Corbin Ledbetter dorastał w przekonaniu, że życie płynie jak woda – czasem leniwie, czasem wartko, ale zawsze w tym samym kierunku. Wszystko zmienia się pewnego lata, kiedy nadużywający alkoholu i leków Corbin staje się przyczyną tragicznego wypadku. Mężczyzna trafia do więzienia, a jego rodzina, przyjaciele i całe miasteczko muszą nauczyć się żyć z ciężarem tej winy.
Za murami więzienia Corbin odnajduje ludzi tak samo złamanych jak on – i po raz pierwszy próbuje zrozumieć, co naprawdę zrobił. Uczy się słuchać, rysować, milczeć. Wie jednak, że nic nie cofnie przeszłości, a rzeka, nad którą dorastał, wciąż przypomina mu o wszystkim, co utracił.
Wally Lamb tworzy głęboko ludzką opowieść o winie, odkupieniu i trudnej sztuce przebaczania. Rzeka cierpliwości to historia o tym, że nawet jeśli nie da się cofnąć przeszłości, można nauczyć się płynąć dalej – nie uciekając, lecz akceptując swój los.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 530
Niewyobrażalne
27 kwietnia 2017
Jest szósta, wstaję pierwszy. Na Spotify leci ta piosenka Chainsmokers, którą tak lubię. If we go down, then we go down together1… Łykam ativan i popijam go poranną kawą z dwoma chlustami stuprocentowego rumu Captain Morgan. Chowam butelkę do dwudziestolitrowego garnka do gotowania homarów, którego nigdy nie używamy, nakładam pokrywkę i odstawiam go do szafki nad lodówką, do której Emily nie sięgnie, chyba że ze stołka. Napełniam kubki niekapki dla bliźniąt i smażę tosty francuskie na śniadanie. If we go down, then we go down together… Wyłączam muzykę, żeby nasłuchiwać dziecięcych odgłosów, choć ta piosenka pewnie pozostanie mi w głowie przez cały ranek.
Emily już wstała, jest w łazience i szykuje się do pracy. Kiedy zakręca prysznic, dobiega mnie gaworzenie bliźniąt z pokoju dziecięcego, przerobionego prawie dwa lata temu z mojej pracowni. Moja sztaluga, blejtramy i farby znalazły schronienie w kącie za schodami do piwnicy. Nie było to aż tak wielkie poświęcenie. Zarabiałem jako twórca sztuki użytkowej, a z tą „poważną” zmagałem się po godzinach i w weekendy, jednak po narodzinach dzieci ostatnią rzeczą, o jakiej marzyłem, było wpatrywanie się w puste płótno, wyczekiwanie, by jakaś abstrakcyjna wizja spłynęła z głowy po ręce do pędzla, i sprawdzanie, co z tego wynikło. Maisie była bliźniaczką alfa, zaś Niko, który nauczył się raczkować, chodzić i mówić później niż siostra, był betą. W wyścigu rozwojowym zawsze plasował się na drugiej pozycji. Gdy zaczęły się kształtować ich osobowości, jego siostra okazała się dzieckiem poważnym i zmotywowanym, a on wiecznie roześmianym i psotnym. Z każdym dniem kochałem ich coraz bardziej za to, jacy się stają. Czy jakieś artystyczne kaprysy mogły rywalizować z owocem naszej miłości? W żadnym wypadku.
Bawiąc się z nimi w chowanego, stanąwszy w drzwiach ich pokoju, wołam:
– A kuku!
– Tatuś! – odpowiadają jednocześnie.
Ich zachwyt na mój widok niezmiennie napełnia mnie natychmiastową radością, dodatkowo napędzaną benzodiazepiną i alkoholem. Podnoszę je jedno po drugim ze wspólnego łóżeczka. Często tulą się do siebie we śnie, a nieraz ssą sobie nawzajem kciuki. Kładę je na plecach na wykładzinie i zdejmuję im pieluchy. Obydwie są pełne, a u Maisie znajduję dodatkowo dwa bobki. Przewijając je, pytam:
– A gdzie nosek panny Maisie?
Bawiliśmy się w to już wczoraj.
– Pięknie! A pan Niko gdzie ma uszko?
Niko pakuje palec do nosa.
– No, nie! – stękam z udawanym przerażeniem. – Przecież nie słuchasz nosem.
Oboje chichoczą, a ja zaczynam śpiewać Wheels on the Bus2, piosenkę, którą Emily nuci im czasami podczas kąpieli. Maisie uważnie się wsłuchuje i wykonuje ze mną kilka gestów, a jej brat wierzga nóżkami i wypuszcza bąble śliny. Podnoszę je jednocześnie i ruszamy do kuchni, gdy nagle rozlega się wycie alarmu przeciwpożarowego.
Pomieszczenie jest zadymione, wokół unosi się woń przypalonych tostów. Przerażone dzieci uderzają w płacz. Emily woła z głębi korytarza:
– Corby!?
– Wszystko pod kontrolą! – uspokajam.
Sadzam bliźniaki na fotelikach i stawiam przed nimi tacki. Wskazując na alarm, mówię, że tatuś zaraz go uciszy.
– Patrzcie! – Wchodzę na stołek-drabinkę i wyłączam cholerstwo. – Tatuś na ratunek! – Zeskakuję ze stołka i wykonuję taniec, który przemienia ich lęk w śmiech.
– Tatuś śmieszny! – komentuje Maisie.
– Dziękuję, dziękuję bardzo – pomrukuję tubalnie, sięgając po swoją najlepszą wersję Elvisa.
Z naszej dwójki to ja jestem rodzicem śmieszkiem, a bliźniaki to moja najlepsza publiczność. Kiedy daję im kubki niekapki, wdmuchuję im w szyje gorące „malinki”. Unoszą rączki i piszczą z radości.
Zanim w kuchni zjawi się Emily, stawiam na stole jej kubek z kawą i piramidkę tostów. Te starsze leżą na spodzie, a na górze świeże, którymi zastąpiłem tamte przypalone.
– Mama! – woła Niko.
Emily całuje go w główkę.
– Jak się miewa mój ulubiony synek? – rzuca, obraca się do jego siostry, ją też całuje i dodaje: – A jak moja ulubiona córeczka? – Rzecz jasna kocha obydwoje, ale faworyzuje Nika, którego kiełkująca osobowość przypomina moją. Maisie wyraźnie wdała się w matkę, mniej skłonną do wygłupów i bardziej samodzielną.
Kiedy Emily siada przy stole, odczuwam nagły przypływ wyrzutów sumienia na wspomnienie pewnego poranka sprzed kilku tygodni. Emily oznajmiła, że wybiera się po lekcjach z koleżankami nauczycielkami na wczesną kolację do „Fiesta’s”.
– Wrócę o siódmej, najpóźniej wpół do ósmej – dodała.
Przypomniałem jej, że piątki spędzamy w gronie rodziny.
– Spędzę z bliźniakami cały dzień, że nie wspomnę o całym tygodniu. Kiedy to planowałaś, nie przyszło ci do głowy, że chciałbym trochę odpocząć?
Przepraszającym gestem uścisnęła moje ramię.
– Wiem, Corby, ale Amber naprawdę ma teraz nielekko. Goście weselni byli już potwierdzeni. Miała też przymiarkę sukni i zabukowaną podróż poślubną.
Amber to też nauczycielka, która miała wziąć ślub w przyszłym miesiącu, ale jej narzeczony oświadczył, że jest gejem.
– Kompletnie ją tym rozjechał. Dziewczyna naprawdę potrzebuje wsparcia.
– A ja to nie?
Spojrzała na mnie i pokręciła głową.
– Jeśli chcesz robić aferę z powodu tych dwóch godzin, w porządku. Powiem, że nie mogę.
– Nie, śmiało, skarbie. „Fiesta’s” to ta meksykańska? Miłej zabawy. Wypij za mnie margeritę. A co tam? Wypij trzy albo cztery. Urżnij się.
Już prawie w drzwiach gwałtownie się obróciła i spiorunowała mnie wzrokiem.
– To twoja specjalność, nie moja.
Trafiony zatopiony.
Pożegnała się z dziećmi, ze mną nie. Patrzyłem przez okno, jak wsiada do auta, trzaska drzwiami i odjeżdża. Wyrzuty sumienia dały o sobie znać po kilku minutach, pewnie jeszcze zanim zajechała na parking przed szkołą. Wysłałem jej SMS: „Przepraszam, zachowałem się jak palant. Idź, śmiało, wesprzyj przyjaciółkę. Nie ma sprawy”.
Jej zdawkowa odpowiedź: „Tysięczne dzięki”, przekonała mnie, że wciąż jest wkurzona, co z kolei wkurzyło mnie i dało wymówkę do łyknięcia jeszcze jednego ativanu na uspokojenie. Czyż nie po to przepisał mi go lekarz?
Emily wróciła dopiero po dziewiątej wieczorem. Nim ją zobaczyłem, usłyszałem ją w kuchni.
– Cześć, Corby! – zawołała. – Jeśli nie jadłeś kolacji, przywiozłam ci enchiladas z kurczakiem.
Skłamałem, że jadłem.
– To włożę do lodówki, będziesz miał na jutro.
Weszła do salonu w aurze promiennego rauszu, jaka towarzyszy jej przy tych rzadkich okazjach, gdy wypija drugi kieliszek wina, ale od razu przygasła, kiedy zobaczyła, że Niko śpi na moich kolanach, a nie w łóżeczku.
– Jest chory – oznajmiłem. – Boli go ucho.
Przysiadła obok na kanapie, pogładziła go po włosach i spytała, czy zmierzyłem mu temperaturę.
– Ponad trzydzieści osiem – odpowiedziałem.
Termometr wskazał dokładnie trzydzieści osiem kresek, „ponad” dodałem od siebie. Tak, potrafię być małoduszny.
– Dałeś mu tylenol?
Skinąłem głową.
– Jakąś godzinę temu. Jak udała się terapia grupowa z nachos?
Zamiast odpowiedzieć, wstała i uprzątnęła puste puszki z kawiaka. Mówiła już wcześniej, że nie lubi, kiedy piję piwo wieczorami, doglądając dzieci, ale wtedy mi tego nie wypomniała. Jej własne poczucie winy było na zadowalającym poziomie.
Z pewnością nie uszło jej uwadze, że piję wieczorami piwo, lecz jestem też więcej niż pewien, że nie ma pojęcia, iż zacząłem pić w ciągu dnia mocniejsze rzeczy. Śmieciarka przyjeżdża na naszą ulicę po odpady do recyklingu we wtorki, więc zacząłem ukrywać do tego momentu puste butelki po alkoholu. Odczekuję, aż Emily wyruszy do szkoły, po czym wyciągam je z kryjówki i wynoszę w niebieskim pojemniku na krawężnik, zawstydzony tymi dowodami swojego rosnącego pociągu do trunków, ale jednocześnie dumny ze skutecznego zacierania śladów picia za dnia. Emily rzecz jasna wie, że zażywam leki na ukojenie nerwów. Wręcz sama zachęciła mnie do wizyty u lekarza, bo stałem się nadmiernie drażliwy i źle sypiałem. Nie wie jednak, że łykam ich więcej niż tylko „jedną tabletkę przed snem i/lub w razie potrzeby”.
Uznałem, że owo „i/lub w razie potrzeby” to furtka, z której mogę korzystać na wypadek, gdyby lekarz kwestionował moją prośbę o wcześniejsze wypisanie recepty. I nie martwi mnie zbytnio rosnące poleganie na „chemii zapewniającej lepszy komfort życia”. To jedynie tymczasowe rozwiązanie, póki sytuacja nie ulegnie poprawie. Bo przecież nie jestem uzależniony od benzodiazepiny czy alkoholu. Zdarzyła mi się co prawda „jazda pod wpływem”, ale były tam okoliczności łagodzące, mianowicie straciłem tamtego dnia pracę. Wszystko się naprostuje, kiedy znowu zacznę pracować. No dobrze, może nie szukam nowej posady tak usilnie, jak na początku, ale wkrótce znów ruszę na łowy.
Nazajutrz ból ucha zniknął i Niko odzyskał werwę, a Maisie chwilowo nie zachorowała. Zakomunikowałem Emily półsłówkami, że sam jeszcze dochodzę do siebie, więc zabrała dzieci na lunch i na plac zabaw w parku. Oglądałem w tym czasie, choć bez szczególnego zainteresowania, marcowy turniej koszykówki drużyn uniwersyteckich – Gonzaga kontra Xavier, Oregon kontra Kansas. Kiedy jeszcze pracowałem w Creative Strategies, Declan z księgowości zawsze śledził drabinkę rozgrywek i on albo Charlie, jeden z akwizytorów, zapraszali nas do siebie na mecz. Odszedłem nie tak dawno temu, ale żaden nawet nie spytał, czy chciałbym wpaść. Pewnie co z oczu, to z serca.
Wyciągnąłem się na kanapie w towarzystwie sześciopaku piwa Sam Adams. Jak się nazywał ten program z „telefonem do przyjaciela”? Do kogo mógłbym zadzwonić? Moje przyjaźnie w Creative nie przetrwały dłużej niż okres zatrudnienia. Z kumplami z liceum i koledżu nie miałem już kontaktu, a z kolegami z drużyny softballowej nigdy nie byłem zbyt blisko. Spróbuj podtrzymać męskie przyjaźnie, jak masz dwuletnie bliźnięta i właśnie straciłeś pracę. Wszyscy żyją na ful, w tygodniu zasuwają, a w weekendy spotykają z braćmi i szwagrami, a ja na okrągło ojcuję dwójce maluchów.
Po południu byłem już dobrze ululany. Emily i bliźniaki jeszcze nie wróciły – pewnie są u teściowej. Kiedy wstałem, żeby się odlać, w drodze do łazienki trochę mną kiwało. W trakcie sikania dostrzegłem kopertę od Emily, opartą o tę głupią lalkę w dzierganej spódniczce na uchwycie na papier toaletowy. Oboje ryliśmy ze śmiechu, gdy Emily dostała ją pod choinkę od babci ciotecznej, Charlotte, lecz z jakiegoś powodu przetrwała kilka fal domowych porządków.
W kopercie był list na kartce w linie.
Kochanie, przepraszam za wczoraj. Miałeś rację. Powinnam była spytać, czy nie przeszkadza Ci, że wyjdę wieczorem, zamiast oznajmiać, że wychodzę. Mam nadzieję, że wiesz, jak bardzo doceniam to, że opiekujesz się naszymi dziećmi, jednocześnie szukając pracy. Wiem, że to trudne. Wiem też, że wkrótce znajdziesz nową posadę, Corby. Chyba masz świadomość, że jesteś bardzo utalentowanym artystą i świetnym tatą. Zjedzmy dziś pizzę. Liczę na bliskość, kiedy dzieci już zasną. Ściskam i całuję, ja.
Spodobało mi się to, co napisała, zwłaszcza propozycja „bliskości” – zaszyfrowana obietnica seksu. I faktycznie, kochaliśmy się tamtego wieczoru, ale było do bani. Jak zwykle zaczęliśmy od niej, ale trwało to tak długo, że w końcu się poddałem, położyłem się na niej i wszedłem. Od razu zebrałem się od zera do setki i nie odpuszczałem, aż chwyciła mnie za rękę i szepnęła: „Hej, spokojnie”. Zastygłem, sflaczałem i zrezygnowałem. Narzuciłem szlafrok i wyszedłem z myślą: „Rany, niczego nie umiem zrobić porządnie. Znaleźć pracy, przetrwać dnia bez picia i prochów i nawet zadowolić żony”.
– Dokąd idziesz? – spytała. – Daj spokój, odczekajmy parę minut i spróbujmy jeszcze raz.
Byłem wdzięczny za tę propozycję. Wciąż ją kocham i wciąż jej pożądam. Kilkanaście lat po tamtym lecie, kiedy się poznaliśmy, i dwójce dzieci nadal nie mogę uwierzyć, że się zgodziła, kiedy pierwszy raz zaprosiłem ją na randkę. I że się ze mną związała, kiedy przejechałem cały kraj aż do Kalifornii, pojawiając się znienacka w jej studenckim mieszkaniu. I że nadal ze mną jest. Z nas dwojga zdecydowanie to mnie trafiło się lepiej. Teraz leżała w łóżku, oferując mi ciepło i wyrozumiałość. Rzecz jasna dokonałem autosabotażu.
– Jakoś nie mam ochoty – odparłem. – Innym razem.
Zszedłem na dół. Pokręciłem się po kuchni, otworzyłem lodówkę. Podgrzałem enchiladas, które mi przywiozła, ale trzymałem je w mikrofali tak długo, że zrobiły się suche i twarde. Po kilku kęsach wyrzuciłem je do śmieci. Sięgnąłem po garnek do gotowania homarów i zrobiłem sobie mocnego drinka. Kiedy wróciłem do łóżka, już spała. Przez te wszystkie lata razem chyba nigdy nie byliśmy aż tak niezsynchronizowani.
Tymczasem nazajutrz było już lepiej. Siedzieliśmy na podłodze i bawiliśmy się z dziećmi. Tańczyliśmy z nimi do głupiutkiej piosenki Baby Shark. Podczas ich popołudniowej drzemki poszliśmy do łóżka i spróbowaliśmy ponownie – tym razem udanie dla obojga. Razem przygotowaliśmy kolację. Bliźnięta patrzyły, plącząc się nam pod nogami. Potem zrobiło się naprawdę nieźle. Mieliśmy drobne wzloty i upadki, ale tylko tyle. W małżeństwie jak na huśtawce. U nas wszystko w porządku.
*
Emily kroi dwa tosty francuskie w kwadraciki na jeden kęs, skrapiając każdy syropem.
– Pysia, pysia – zachęca bliźniaki, gdy palcem rozdziela jedzenie. Uwielbiam na nich patrzeć, zwłaszcza kiedy jestem odprężony, tak jak teraz. Maisie jest podobna do matki: ciemne włosy, ciemne oczy, śródziemnomorska karnacja teścia. Podczas badania dwulatka jej wynik na siatce centylowej wzrostu i wagi to trzydzieści, więc pewnie będzie drobna, jak Emily. Niko ma po mnie rudawe włosy i jaśniejszą cerę. Pediatra orzekł, że waga i wzrost trochę ponad przeciętną, ale w porównaniu z siostrą wygląda jak osiłek. Emily pyta, dlaczego włączył się alarm. Wyciągam ręce z dwoma przypalonymi tostami, które wcześniej rzuciłem na blat, machając nimi jak marionetkami.
– Gotowe – oznajmiam, zsuwając świeżo upieczone z patelni na talerz. – Zaraz wrócę.
Ruszam do łazienki i myję zęby, żeby Emily nie wyczuła alkoholu. Odczekuję jakieś pół minuty, spuszczam wodę i wracam do kuchni. Pyta, co mi tak wesoło.
– Co?
– Uśmiechasz się. O czym myślisz?
– Nie wiem. O niczym.
Uśmiecham się, bo dzięki rumowi i ativanowi czuję się przyjemnie nabuzowany.
Maisie, bardziej grymaśna przy jedzeniu, kończy śniadanie, nie robiąc bajzlu, za to śliniak jej brata jest przesiąknięty mlekiem. W dodatku Niko w jakiś sposób zdołał wysmarować lewą brew syropem, a połowa jego śniadania wylądowała na podłodze. Emily zerka na zegar i bierze się do sprzątania.
– Wiesz co, maluchu? Chyba mamusia i tatuś muszą kupić Roombę i tak ją zaprogramować, żeby jeździła za tobą cały dzień. Chciałbyś?
Nie mając pojęcia, o czym mówi Emily, Niko z entuzjazmem przytakuje. Mówię, żeby dała spokój, że posprzątam.
– Super, bo już jestem spóźniona.
Idzie do łazienki, żeby umyć zęby i dosuszyć włosy.
Tuż przed wyjściem do pracy zwraca się do bliźniąt:
– Bądźcie grzeczni dla taty i babci. Żadnych psikusów.
Wymusza właściwą odpowiedź, kiwając głową. Naśladują ją i też kiwają główkami.
– Szkoda, że nie możemy mieć tego na piśmie – dowcipkuję. Dzień wcześniej Niko podpuścił siostrę do zabawy polegającej na mazaniu kredkami po kuchennym linoleum. Usuwanie tego bez zarysowania powierzchni było mordęgą, a i tak ją zarysowałem.
– Dobra, idę, chociaż chętnie bym z wami została. Kocham was.
– My też cię kochamy.
Byłem czujny i wziąłem się do zmywania, kiedy zobaczyłem, że wychodzi. Lepsze machnięcie namydloną ręką niż pijany pocałunek na do widzenia.
– Miłej wycieczki.
Właśnie przerobiła z trzecioklasistami dinozaury i zabiera ich do Peabody Museum, żeby obejrzeli prehistoryczne kości i odciski stóp.
– Owocnych poszukiwań, kochanie – odpowiada. – Może to dziś jest ten dzień?
Wzruszam ramionami.
– Może.
Teoretycznie mam dziś szukać pracy, ale – prawdę mówiąc – w zasadzie pogodziłem się ze status quo. Na dźwięk cofającego na podjeździe i odjeżdżającego auta Emily rzucam właściwie do nikogo:
– No i pojechała nasza żywicielka.
Później sięgam po garnek do gotowania homarów, ściągam go i przygotowuję powtórkę koktajlu kawowo-rumowego. Ubieram dzieciaki i pakuję pieluchy do torby.
– Wiecie co? Dziś do babci.
Maisie klaszcze, za to Niko kręci głową i powtarza:
– Baba nie! Baba nie!
– Stary, rozumiem twój ból – komentuję, chichocząc. Teść nazwał kiedyś byłą żonę „żelaznym motylem”.
Podrzucę je około wpół do dziewiątej; nakłamałem Betsy, że niby mam pojechać w dwa miejsca w sprawie pracy, w tym jedno w Massachusetts na północ od Bostonu. Jeśli nie będzie korków, odbiorę je między piętnastą a szesnastą. To „jeśli nie będzie korków” dorzuciłem na wszelki wypadek, gdybym potrzebował dodatkowej godzinki na wytrzeźwienie.
Emily też okłamałem. Powiedziałem, że po odwiezieniu dzieci do jej matki roześlę kolejne CV, wykonam kilka telefonów i podjadę do Manchesteru, bo Hobby Lobby szuka kogoś do działu ram i opraw. W rzeczywistości po kilku miesiącach poniżających poszukiwań i przerażony wizją zdobycia posady w sieciówce, gdzie musiałbym oprawiać gówniane, masowo produkowane plakaty, nie pojadę do Manchesteru ani nie zrealizuję żadnego innego punktu ze swojego zmyślonego planu.
Kiedy zwalniali mnie z dwuosobowego działu kreatywnego agencji reklamowej, w której spędziłem pięć lat, moja szefowa, Rhonda, przekazując mi tę wiadomość podczas lunchu, zasugerowała, żebym wziął wolne popołudnie. Oczywiście nie miała pojęcia, że skazuje mnie na pierwszą imprezę urodzinową Maisie i Nika z udziałem obydwu babć, kilku sąsiadów i koleżanek z pracy Emily. (Rok wcześniej to właśnie Rhonda zorganizowała lunchową celebrację narodzin bliźniaków; był tort, kartki okolicznościowe, paczki pieluch i żarty o zarwanych nockach).
– Chcę, żebyś wiedział, że nie chodzi o jakość twojej pracy, Corby – zapewniła, unosząc topór, którym ścięła mi głowę. – To kwestia strategii firmy. Decyzja była trudna, ale oboje nie mogliście zostać.
Oczywiście nie zwolniła Brianne, złotego dziecka zatrudnionego trzy lata po mnie, za to przydzielanego do ważniejszych klientów. Podobnie jak ja Brianne była stypendystką Rhode Island School of Design, lecz – w przeciwieństwie do mnie – uzyskała dyplom z wyróżnieniem, a jej prace zdobywały nagrody, podczas gdy ja rzuciłem studia w połowie ostatniego roku i ruszyłem po miłość Emily do Kalifornii.
Przez jakiś czas karmiłem się scenariuszem, w którym większa i bogatsza agencja reklamowa wywabia Brianne z Creative, a ja odzyskuję dawną posadę i bryluję, wykazując, jacy byli głupi, że mnie zwolnili. Jak to się nazywa? Pobożne życzenia? Tymczasem skończyły się zasiłki, zastawiliśmy dom i odbyliśmy trzy sesje terapii małżeńskiej. W zeszłym miesiącu uhonorowaliśmy drugie urodziny bliźniąt prezentami i tortem ze świeczkami, ale darowaliśmy sobie wydatki na imprezę. Jak mus, to mus, jak mawiają. Przy wsparciu rumu i ativanu udaje mi się ostatnio trzymać panikę na wodzy, zgodnie z filozofią Alfreda E. Neumana, chłopca z dziewiętnastowiecznych reklam zachwalających bezbolesne zabiegi stomatologiczne: „Że co? Że się boję? Ja?”. Jak już odstawię dzieci do babci, skieruję kroki do monopolowego po kolejną małpkę rumu Captain Morgan, wrócę do domu i skonsumuję ją przed telewizorem, oglądając CNN, The People’s Court, Dobrą cenę i – jeśli uda mi się znaleźć – tę stację, która nadaje powtórki Byle do dzwonka. A kiedy moje miniwakacje z rumem i benzodiazepiną naprawdę się rozhulają, może wrzucę pornosa i zwalę konia albo utnę sobie drzemkę. Maisie i Nika odbiorę od Betsy gdzieś koło czwartej. W czasie kiedy Emily wraca do domu, zacznę szykować kolację albo – co bardziej prawdopodobne – skoczę do Chińczyka czy do Meksykanów po coś na wynos i McNuggetsy dla dzieciaków. Powoli zbiera nam się na parapecie w bawialni zawstydzająca kolekcja zabawek z Happy Meal.
Taki mam plan, lecz nic z niego nie wypali.
Stawiam torbę z rzeczami bliźniąt na dolnym stopniu schodów ganku i wracam do środka. Myję zęby i dwukrotnie płuczę gardło, żeby Betsy niczego nie wyczuła. Poranek jest rześki, więc zakładam dzieciom czapki i wiosenne kurtki. Zamykam drzwi na klucz i prowadzę bliźnięta na podjazd. W aucie zawsze najpierw zapinam pas Nikowi, bo jest bardziej oporny. Tym razem jednak zmieniam kolejność, bo Niko właśnie położył się na brzuchu i obserwuje kolonię mrówek wędrujących po ciastku, które wylądowało wczoraj na podjeździe. Zapinam pas Maisie i przypominam sobie o torbie na schodach ganku. Pośpiesznie po nią wracam i stawiam na fotelu pasażera z przodu. Macham do sąsiadów z naprzeciwka, Lindy i Shawna McNallych, którzy właśnie zajechali przed dom. Linda wysiada, wymachując papierową torebką.
– Pan Rozrzutny zabrał mnie na śniadanie – woła. – Z Egg McMuffin, na wynos! Wow!
Śmieję się i obiecuję Shawnowi, że oddam mu siekierę, którą od niego pożyczyłem. W zeszły weekend wreszcie porąbałem i ułożyłem dostarczone kilka miesięcy wcześniej drewno. „Dobrze”, odpowiada Shawn, zamiast rzucić: „Bez pośpiechu” albo „Nie ma sprawy”. Niektórzy faceci mają fioła na punkcie swoich narzędzi. Linda jest bezpośrednia, za to on zawsze pełen rezerwy, niemal podejrzliwy. Przynajmniej wobec mnie. Właśnie odszedł na emeryturę z policji stanowej i to pewnie wszystko wyjaśnia. Czuję, że tabliczka MAKE AMERICA GREAT AGAIN na ich trawniku w zeszłym roku to był jego pomysł, nie jej.
– Jak tam moje dwa słodkie racuszki? – pyta Linda.
– Raczej dwa potwory. Wczoraj dorwały kredki i wysmarowały całą podłogę w kuchni. Kiedy je nakryłem i spytałem: „To wasza robota?”, Maisie spojrzała na brata, ten pokręcił głową, a ona za nim. Małe łobuzy wciąż trzymały w rączkach kredki.
– Będą artystami, jak tatuś – rzuca ze śmiechem Linda.
– Albo politykami. Kręcą od małego.
Linda kiwa głową.
– Kiedy nasz Russell miał trzy lata, wziął flamaster i pomazał nowiutką kołdrę. Potem zarzekał się, że to nie on, że na sto procent jego siostra, Jill, która wtedy nawet jeszcze nie raczkowała. Mało brakowało, a nie dożyłby czwartych urodzin.
Przewracam oczami i wybucham śmiechem. Pytam, jak tam Russelowi w Colorado.
– Dobrze. Studiuje, dorabia jako barman i dostał pierwszą „prawdziwą” pracę w stacji telewizyjnej w Fort Collins.
Proszę, żeby go od nas pozdrowiła.
– Muszę biec. Miłego dnia.
Wsiadam do mojej hondy CRV, odpalam silnik i wrzucam wsteczny. Gdy wyczuwam lekki opór na prawym tylnym kole, przypuszczam, że widocznie któraś ze szczap spadła na podjazd. Ale skąd te krzyki? Podjeżdżam kawałek do przodu i znów cofam, naciskając pedał gazu na tyle, by pokonać przeszkodę. Widzę w lusterku, że McNally biegną w naszą stronę i machają rękami. Co jest, kurwa? Dlaczego Linda tak się wydziera?
I nagle już wiem.
Lato 2005
Poznaliśmy się z Emily rok przed moją desperacką podróżą od wybrzeża do wybrzeża, którą podjąłem, żeby ratować nasz związek. Oboje znaleźliśmy letnią pracę w Olde Mistick Village, z założenia osobliwie staromodnej pułapce na turystów z czasów kolonialnych w Nowej Anglii z miejskim skwerem, stawem z kaczkami i sklepikami oferującymi drogie, nikomu niepotrzebne akcesoria i pamiątki. Ja pracowałem w dwuosobowej ekipie ogrodniczej, a Emily za ladą piekarni, gdzie sprzedawali moje ulubione, duże, opakowane w celofan ciastka z melasą Joe Froggers, wystawione w koszyku na kontuarze. I właśnie takie ciastko kupiłem za pierwszym razem, kiedy tam wszedłem: kawę i joe froggera.
– Nie. – Emily skrzywiła się na widok tego, które wybrałem. Odłożyła je do koszyka i dała mi inne. – To jest większe. Myślisz, że jest też Mrs Coffee?
– Że… co?
Była przewrotnie słodka i troszkę dziwna. Postukała pomalowanym paznokciem w trzymaną w ręku karafkę, gdzie widniał napis „Mr Coffee”.
– Wszędzie znajdziesz Mrs Santa Claus i Mrs Doubtfire, a Mrs Coffee nigdzie. Myślisz, że Mr Coffee ma żonę?
Wzruszyłem ramionami i zdawkowo się uśmiechnąłem.
– Tak przy okazji, Emily.
– Corby. Przypuszczam, że Mr Coffee jest kawalerem, ale czuje miętę do Mrs Butterworth.
– Do tej szlai? Mam nadzieję, że się zabezpiecza, bo ździra kręci z Mr Peanutem. Trzy siedemdziesiąt pięć.
Podałem jej piątaka i rzuciłem, że reszty nie trzeba.
– Wiesz, kogo mi przypominasz? Tyle że on nie jest rudy. Heatha Ledgera.
– Syna Billy’ego Boba Thorntona w tym dramacie więziennym, który strzela sobie w łeb, kiedy ojciec go upokorzył? Jaki to był tytuł?
Teraz ona wzrusza ramionami i odpowiada, że miała na myśli Heatha Ledgera z Zakochanej złośnicy.
– Ale nie żebyś był aż takim ciachem, więc się nie nadymaj.
– Dobra – obiecuję, a potem już do końca dnia o niej rozmyślam, nabijając śmieci na kij i polewając szlauchem alejki wokół stawu z kaczkami. Głupie ptaszyska. Nie mogą srać do wody? Uznałem, że musi mieć chłopaka.
Później w porze lunchu codziennie kupowałem joe froggera, choć głównie zachodziłem tam, żeby z nią flirtować. Miała ciemne falujące włosy, duże piwne oczy i oliwkową cerę. I jeszcze słodki tyłeczek w kształcie serca, wystający spod kokardy fartuszka. I niski, zmysłowy głos, niespodziewany u kogoś, kto mierzy niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu. Jeśli była kolejka, patrząc na Emily, oceniałem, jakich pigmentów bym użył, żeby uchwycić odcień jej skóry. Brązy, beże, może ździebko śródziemnomorskiej zieleni i toskańskiej żółci. Nie żebym liczył, że kiedykolwiek mi zapozuje. Bo jak mogłem jej to zaproponować, nie wychodząc na zboka?
– Jak będziesz je tak wcinał, zmienisz się w ropucha – ostrzegła mnie któregoś razu względem ciastek. – W zasadzie to już dostrzegam trochę zieleni wokół skrzeli.
Miała zabójcze poczucie humoru.
– Mamy skrzela tylko jako kijanki – odparłem. – Dorosłe osobniki oddychają przez skórę.
Przypadkowo zapamiętałem ten szczegół, gdy ojciec wyjawił mi go nad strumieniem koło naszego domu tuż po tym, jak złapałem żabę.
Innym razem stałem w kolejce w piekarni za jakąś matką z dzieckiem.
– Widzisz tego pana za tobą? – spytała chłopca Emily. – To pół człowiek, pół ropuch.
Dzieciak się obrócił i spojrzał na mnie ze sceptycznym uśmiechem, ale kiedy przytaknąłem i zarechotałem, uśmiech zniknął z jego twarzy.
To chyba tamtego dnia zdobyłem się wreszcie na odwagę, żeby się z nią umówić. Była już połowa wakacji, a nawet się nie zająknęła o chłopaku.
– Kończysz o szóstej? Może przegryziemy coś w piątek i skoczymy do „Andrei”? Zapowiedzieli występy cover bandu R.E.M. w weekend. Widziałem ich w ostatnim semestrze w Providence. Całkiem nieźle grają.
Czułem, jak płonie mi twarz, gdy zwlekała z odpowiedzią.
– Niestety, mam inne plany – rzuciła wreszcie.
– Dobra, nie ma sprawy.
– W piątki wcześnie wskakujemy z mamą w piżamy i gramy w scrabble.
Scrabble z matką? Serio? Skoro nie była zainteresowana, mogła chociaż zostawić mi trochę godności.
– Jasne, żaden problem. Dobra, do roboty.
Marzyłem, żeby jak najszybciej stamtąd wyjść.
– Hej, rudasku? – zawołała. – A za ciastko kto zapłaci?
Spojrzałem w dół. No tak, trzymałem w ręku joe froggera.
– Przepraszam – wyjąkałem. Zmieszany wyciągnąłem z portfela piątaka.
– Nie czujesz, że robię sobie jaja? Będę ci dozgonnie wdzięczna, jeśli wybawisz mnie od kolejnego piątkowego wieczoru w piżamie z grami planszowymi za rozrywkę. Wspomniałeś o jedzeniu? Wiesz, o czym marzę przez całe lato? O smażonych małżach.
– Myślałem raczej o pizzy, ale w porządku. Z nóżką czy bez?
– Jasne, że z nóżką. Jedzenie małży bez nóżki to jak pocałunek bez języczka.
Wow! Zamurowała mnie tą śmiałą uwagą. Zauważyła to, roześmiała się i powiedziała, że wyglądam, jakbym przeżył szok.
– Szok? Ja? – odparowałem.
Resztę popołudnia spędziłem na pieleniu i obrywaniu zwiędłych kwiatów, zastanawiając się, jakiż to sygnał mi wysłała tym żartem na temat pocałunków. Skupiłem się też na rachunku. Dwie porcje małży z nóżką będą kosztować trzy razy więcej niż pizza, pomyślałem, ale co tam.
Dla większości moich rówieśników seks sprowadzał się do zaliczania – im więcej, tym lepiej. Ale nie dla mnie. Do tamtego lata, gdy poznałem Emily, kochałem się w sumie z trzema dziewczynami.
Na pierwszej randce jedliśmy w samochodzie przy budce z małżami, którą wybrała. Nie śmiałem jej wyjawić, że wolę małże bez nóżki.
– Już się najadłeś? – spytała.
Przytaknąłem. Z jakiegoś powodu nie byłem głodny. Nóżki małży puchły mi w ustach. Zjadła swoją porcję i dojadła moją. Maczała małże w sosie tatarskim, nie w keczupie, i oblizywała palce.
W drodze do klubu rozmawialiśmy o uczelni. Powiedziałem, że właśnie skończyłem pierwszy rok na Rhode Island School of Design z byle jakimi ocenami, oprócz wykładów i ćwiczeń z rysunku architektonicznego na poziomie zaawansowanym. Ona z kolei miała przed sobą drugi rok na UCLA na wydziale nauczycielskim, bo od dziecka marzy, żeby uczyć w szkole.
– Z krótką przerwą, kiedy miałam osiem lat i chciałam zostać zakonnicą.
Podstawówkę skończyła w Connecticut, a liceum w południowej Kalifornii, dokąd przenieśli się jej rodzice, by ratować swoje małżeństwo. Kiedy nic z tego nie wyszło, jej matka wróciła do krewnych w Stonington w Connecticut. Emily została z ojcem, żeby mieć dostęp do darmowej nauki oferowanej rezydentom Kalifornii. Tęskniła jednak za mamą i cieszyła się, że spędza z nią wakacje.
– Jesteś z nią bardziej zżyta niż z ojcem?
– Teraz chyba tak, ale kiedy dorastałam, byłam „córeczką tatusia”. Mama to typowa alfa, a tata jest bardziej wyluzowany. Dojeżdżałam na zajęcia, mieszkając u niego, ale teraz wprowadziła się tam jego partnerka z córką. Ana jest miła, nie żebyśmy się nie dogadywały, ale razem z tatą uznają mnie za kogoś w rodzaju „niani na stałe”, dlatego po wakacjach wynajmę mieszkanie na spółkę z innymi studentami. A tobie do którego rodzica bliżej?
– Oczywista sprawa. Mój ojciec to fiut.
Nie chciałem wdawać się w szczegóły, więc zmieniłem temat. Tydzień wcześniej napomknęła w piekarni, że robi wieczorowy kurs na Uniwersytecie Connecticut.
– Religie świata, tak?
Skinęła głową.
– Zapisałam się, żeby zaliczyć ostatni z wymaganych przedmiotów ogólnych, ale to naprawdę ciekawe. W zeszłym tygodniu było o hinduizmie: karmie, dharmie, reinkarnacji.
Gdy wyjaśniała, że wszyscy byliśmy tu wcześniej, tylko pod inną postacią, udawałem zainteresowanie, ale tak naprawdę myślałem o tym, jak ładnie pachnie, jak bardzo chciałbym całować te pełne rozgadane usta i jak by to było ją przelecieć.
– Nie sądzisz? – spytała.
Ale wtopa! Nie miałem pojęcia, jak odpowiedzieć.
– Możliwe… – bąknąłem.
W klubie parę razy zatańczyliśmy (ona dużo lepiej ode mnie) i wypiliśmy kilka heinekenów, ale grali za głośno, żebyśmy mogli porozmawiać. Kiedy z ogłuszającą werwą zaintonowali What’s the frequency, Kenneth?3, wskazałem ręką plażę na tyłach budynku. Emily skinęła głową. Księżyc tuż po pełni rozświetlał brzeg oceanu. Zrzuciliśmy buty, ona dołożyła torebkę, ja nakryłem to wszystko bluzą z kapturem i ruszyliśmy przed siebie.
– Czyli bliżej ci do mamy niż do ojca. Jaka jest?
– Mama? Ma… rude włosy jak ja, tylko że siwieje. Poczucie humoru, lubi pracować w ogródku.
Pominąłem bardziej egzotyczne detale – że hoduje zioło, stawia tarota, podczas wakacji między moją maturą a pierwszym rokiem studiów machnęła sobie tatuaż, jest wiccanką, a kiedyś wyznała mi, że pewnie jest biseksualna.
– Taki wolny duch – dorzuciłem.
– Pracuje?
– Jako kelnerka w Newport Creamery. Od lat. Ma grupę stałych bywalców, z którymi lubi pożartować. A twoja jaka jest?
– Dużo czyta i pisuje wiersze, których nikomu nie pokazuje. Odkurza dwa razy w tygodniu i ma mi za złe, że taka ze mnie fleja. Należy do kościelnego kółka kobiet; szyją patchworkowe narzuty.
– Jak w serialu Girls Gone Wild4. Skoro chciałaś zostać zakonnicą, to pewnie jesteście katolikami?
– Nie. Byłam u koleżanki, Erin Houlihan. Akurat odwiedzała ich ciotka, siostra Julia, młoda, ładna i tuż po ślubach. Po powrocie do domu oznajmiłam mamie, że jak osiągniemy odpowiedni wiek, razem z Erin wstąpimy do zakonu. Upomniała mnie, że jesteśmy metodystami, i spytała, czy wiem, że zakonnice golą sobie głowy i że klęczą na twardych posadzkach, kiedy się modlą, czasami po kilka godzin bez przerwy. Wtedy uznałam, że Erin będzie musiała pójść tam sama.
Roześmiała się na to wspomnienie.
– Mój dziadek był generałem brygady, a obaj bracia mamy oficerami. Wuj Frank aż do emerytury pracował w Pentagonie. Cała rodzina głosuje na Republikanów, mama też.
– Jaka matka, taka córka?
– Politycznie? Boże broń. Nie jestem w stanie rozmawiać z nią o polityce. A ty – głosowałeś na Busha czy na Gore’a?
Kiedy wyznałem, że nie chciało mi się głosować, bo wszyscy politycy są tacy sami, walnęła mnie w ramię. Mocno!
– Część problemów wynika właśnie z takiego podejścia, głupolu. Widzę, że będę się musiała napracować, zanim cię wyprostuję.
Czyli że mamy przed sobą przyszłość? Że z tego wieczoru coś wyniknie?
– Może jednak szkoda, że nie zostałaś zakonnicą – odparłem. – Ochrzaniać i przyłożyć już umiesz, a z taką urodą łysa też byś wymiatała.
Powiedziała, że na pewno wstawiam takie bajery wszystkim dziewczynom.
– Jakim dziewczynom?
– Nie zalewaj. Szerokie bary, szczuplaczek, długie rzęsy, dla których każda laska gotowa zabić.
Jej komplementy zawstydziły mnie, ale i sprawiły mi przyjemność.
– „Szczuplaczek”? Prędzej nazwałbym siebie kanciastym.
– A i dupcia śliczna – zadrwiła. – Nie żebym się przyglądała.
Wyciągnęła rękę i wplotła swoją małą dłoń w moją, a ja owinąłem wokół niej palce. Czy doszło do tego tak wcześnie? Czy to ta chwila – ten gest – sprawiła, że się w niej zakochałem?
Gdy dotarliśmy do miejsca, gdzie zostawiliśmy rzeczy, przypływ zdążył całkowicie je zmoczyć.
– Nic wielkiego – oceniła. – Większość drobiazgów mam w drugiej torebce, a banknoty można wysuszyć.
Kiedy wróciliśmy do klubu, zespół najwyraźniej zrobił sobie przerwę. Z szafy grającej wybrzmiewała stara, dobrze znana mi piosenka. „Jesteś tu, taka ciepła, lecz gdy odwrócę wzrok, znikniesz…”. Postanowiliśmy, że już tam nie wrócimy. Trzymając w rękach mokre buty, ruszyliśmy boso na parking. Pieściliśmy się w samochodzie, aż zaparowały szyby i mało brakowało, żebym nie poleciał. Szepnęła, że już wystarczy.
– Na pewno? – odszeptałem.
– Nie. Ale tak – odparła.
Kiedy odwiozłem ją do mamy, spytałem, jak dobrze jej było w skali od jednego do pięciu.
– Pięć – odpowiedziała. – A tobie?
– Dziesięć.
Nazajutrz jeszcze spałem, kiedy zadzwonił telefon. Mrużąc oczy, zerknąłem na zegarek. Siódma piętnaście. Kto żeż, kurwa?
– Tak?
– Dzień dobry – rzuciła. – Jeszcze raz dzięki za wczorajszy wieczór. Masz ochotę na śniadanie? W „Aero Diner” przy drodze numer dwa za pół godziny?
– Dobra – odparłem, zsunąłem nogi z łóżka i ruszyłem pod prysznic.
Wytarłszy się ręcznikiem, przyjrzałem się w lustrze swojej nagości. Długie rzęsy? Tak. Szerokie bary? Nie. Przeciętne, nic szczególnego. Ale z uwagi na pracę fizyczną, którą wykonywałem tamtego lata, faktycznie zrobił mi się kaloryfer i powiększyły bicepsy. Biel podkoszulka odcinająca się od opalenizny. Niefajna. Nagryz pionowy, o czym niezmiennie przypominała mi asystentka stomatologa, czyszcząc zęby. No i według mnie byłem raczej kościsty. Widocznie to się podoba, pomyślałem i włożyłem czyste bokserki. Grunt, że podoba się Emily. Ponownie sprawdziłem godzinę. Miałem kwadrans, żeby dotrzeć do tego baru przy dwójce, a w drodze na plażę pewnie będzie korek. Nie było czasu na golenie; miałem nadzieję, że lubi taki szorstki wygląd.
Okazało się, że lubi. Spotykaliśmy się niemal co wieczór już do końca szybko przemijających wakacji. Kilka razy byliśmy na plaży. Kochaliśmy się przy każdej sposobności, zważywszy że każde z nas mieszkało z matką.
Jej od początku była wobec mnie podejrzliwa, a gdy znalazła zrobione przeze mnie nagie szkice Emily, jeszcze bardziej ją to zaniepokoiło.
– Może je wrzucić do internetu – ostrzegła córkę. – Jaka szkoła cię zatrudni, jeśli wyjdą na jaw?
Emily założyła, że przy bliższym poznaniu Betsy mnie zaakceptuje, więc którejś deszczowej niedzieli w połowie sierpnia poszedłem do nich na kolację. Przygotowała lazanię, a Betsy skromną sałatę z rukolą, oliwą i sokiem z cytryny. Mam nadzieję, że nie padła, kiedy ją szykowała, pomyślałem. Żeby zrobić wrażenie, szarpnąłem się na butelkę czerwonego wina za trzydzieści dolców, celowo nie zrywając nalepki z ceną, ale niepotrzebnie wydałem pieniądze, bo Betsy ledwie umoczyła w nim usta. Kiedy zjadłem dokładkę lazanii, Emily oznajmiła, że upiekła ciasto jagodowe na deser. Wstała i zaczęła uprzątać talerze. Ja też się poderwałem, ale Betsy nalegała, żebym usiadł, bo przecież jestem ich gościem.
Em wyszła do kuchni, więc zostaliśmy sami. Po kilku sekundach krępującej ciszy rzuciłem:
– Wiem od Emily, że pisuje pani wiersze.
– Czasami – odparła niedbale. – Wolę czytać, niż pisać.
– A jaka jest pani ulubiona książka?
– Dobry Boże, tyle ich jest…! Właśnie wróciłam do Jane Eyre. To jedna z moich ulubionych lektur. Na kanale publicznym pokazują doskonały serial na jej podstawie w paśmie „Teatr mistrzów”. Pewnie nie oglądasz.
– Ja nie, ale ogląda moja mama – odparłem, co było kłamstwem, bo dla niej telewizyjny mus w niedzielne wieczory to Gotowe na wszystko.
– Powiedz mi… Liczysz, że wyżyjesz ze sztuki?
– Kto wie? Ale właściwie to jeszcze nie planuję przyszłości. Jestem bardziej z tych, którzy żyją chwilą.
– Aha, czyli konik polny, nie mrówka?
Wzruszyłem ramionami.
– Bajki Ezopa – wyjaśniła. – Jesteś jeszcze bardzo młody, prawda?
Czyli niedojrzały i głupi, domyśliłem się. Nalałem sobie wina. Cabernet za trzydzieści dolców? Ktoś musi go wypić. Kusiło mnie, żeby jej powiedzieć, że rodzice mojej licealnej sympatii szaleli za mną. Jej ojciec nawet zabrał mnie na ryby. Jasny gwint, gdzie ta Emily?
Sięgając po kieliszek, trąciłem go i rozlałem wino na bialutki obrus. Betsy zignorowała moje przeprosiny, zerwała się i pobiegła do kuchni. Wróciła uzbrojona w papierowe ręczniki, ścierkę i butelkę wody sodowej. Osuszała, polewała i szorowała, jednocześnie informując, że obrus, prezent od jej ukochanej ciotki, będzie do wyrzucenia, jeśli pozwoli, żeby plama się wgryzła.
– Naprawdę bardzo przepraszam – wybąkałem ponownie, jednak zamiast przyjąć moje przeprosiny, szorowała z jeszcze większą zawziętością.
Emily wróciła z ciastem, jej zdaniem zbyt nasączonym, bo zapomniała dodać mąki kukurydzianej. Świadom, że jagody zostawiają plamy, zjadłem swój kawałek wyjątkowo ostrożnie. Po ostatnim kęsie wstałem i oznajmiłem, że muszę wyjść.
– Już? – zdziwiła się Emily.
Wykręciłem się kretyńską wymówką, że muszę nakarmić psa sąsiadów.
Przy drzwiach szepnąłem Emily do ucha, że z pewnością oblałem ten test.
– Czyli dobrze, że to nie z nią chodzisz. – Zaśmiała się. – Nie przejmuj się głupim obrusem. Wielka mi rzecz.
Odwzajemniła mój pocałunek.
Lało wtedy jak z cebra i ziemia była nasiąknięta. Cofając wóz, przypadkowo zjechałem z podjazdu na trawnik. Zrobiła się mała koleina, której rankiem pewnie nawet nikt nie zauważy. Kurwa, a nawet jeśli, Betsy będzie się musiała z tym pogodzić. „Jesteś jeszcze bardzo młody, prawda?”. Picz.
Pod koniec sierpnia obiecaliśmy sobie, że będziemy dzwonić i pisać tak często, jak pozwolą nam na to obowiązki. Miałem przylecieć na czterodniowe ferie na Święto Dziękczynienia, a ona w czasie miesięcznej przerwy zimowej przyjedzie do matki. I tak, wraz z końcem lata w Olde Mistick Village, rozjechaliśmy się, każde na swoją uczelnię.
2006–2013
Dzwoniliśmy do siebie cztery, pięć razy w tygodniu, kończąc każdą rozmowę deklaracjami: „Kocham cię” i „Ja kocham cię bardziej”. Święto Dziękczynienia w Kalifornii było w porządku. Ojciec Emily, Pat, i jego dziewczyna, Ana, okazali się fajni i dużo bardziej przyjaźni niż jej matka. Emily przyleciała do Connecticut na Gwiazdkę po zakończeniu jesiennego semestru. Odebrałem ją z lotniska. Kiedy wychynęła zza rogu i dojrzała mnie w tłumie, pognała jak szalona i rzuciła mi się w ramiona, obejmując nogami. Kilkoro świadków tego zdarzenia nagrodziło to głośnym aplauzem.
Większość tych trzytygodniowych ferii spędziliśmy razem. Na jeden dzień wyprawiliśmy się pociągiem do Nowego Jorku, żeby obejrzeć choinkę przed Rockefeller Center i świąteczne wystawy. Po powrocie pojechaliśmy poślizgać się na sankach na polu golfowym. Umówiliśmy się na lunch w „Village Pizza” z moją mamą, która chciała poznać Emily. Potem zapraszała nas do siebie, ale bajzel w jej trailerze był tak doskonały jak porządek w domu Betsy i czasami cuchnęło tam kocimi sikami, więc się z tego wyłgałem. Powiedziałem, że Emily ma alergię na koty i że Ajax i Trixie mogą wywołać u niej atak. Pojechawszy po świąteczne zakupy do centrum handlowego, zapatrzyliśmy się na witrynę salonu jubilerskiego. Nagle podeszła ekspedientka i zadeklarowała, że może nam zaoferować dużo większy wybór pierścionków zaręczynowych. Emily się zarumieniła i pokręciła głową.
– Jeszcze nie ten etap? Mamy też spory asortyment pięknej niezobowiązującej biżuterii na prezent. Zapraszam do środka.
Grzecznie podziękowałem i odeszliśmy, trzymając się za ręce. Nazajutrz wróciłem tam i kupiłem Emily bransoletkę z brylantem z czternastokaratowego złota.
Prezenty podarowaliśmy sobie w Wigilię w samochodzie.
– Na pewno nie chcesz wejść? – spytała Emily.
Nie chciałem. Jej matka zaprosiła mnie na świąteczną kolację nazajutrz i tylko tyle Betsy byłem w stanie znieść. Emily była zachwycona bransoletką i od razu ją włożyła. Nie skomentowała brylantu, ja też o nim nie wspomniałem, ale miałem nadzieję, że zrozumiała tę aluzję jako zapowiedź przyszłych atrakcji. Prezentem dla mnie była rezerwacja pokoju na Nowy Rok w Three Rivers Inn.
Nigdy wcześniej nie zatrzymałem się w tak eleganckim hotelu. Kochaliśmy się w ciepłym jacuzzi z bąbelkami, a potem w luksusowym łożu. Emily zaczęła łykać tabletki, więc nie było zawracania głowy z gumkami. Kiedy doszła, wybuchnęła płaczem.
– Co się stało? – spytałem.
– Nic. Tylko… Sama nie wiem. Jeszcze nigdy się tak nie czułam.
– Jak?
– Jakby… trochę pijana, choć nie wypiłam ani kropelki. Jestem taka szczęśliwa, Corby. Trochę oszołomiona, ale to dobre uczucie.
Tuląc się, obejrzeliśmy telewizyjne podsumowanie najważniejszych wydarzeń mijającego roku: huragan Katrina, Irak, śmierć papieża Jana Pawła II, narodziny YouTube. Potem kula w dół na Times Square i noworoczny pocałunek. Zasnęliśmy, tuląc się do siebie. Dwa dni później byliśmy już na lotnisku. Obserwowałem start samolotu, którym poleciała do Kalifornii.
Kiedy się pakowałem przed powrotem na uczelnię, przyszła do mnie mama z pudełkiem brownie. Wyznała, że bardzo polubiła Emily.
– Ale takie związki na odległość trudno utrzymać – powiedziała.
– Tak? A mnie się zdawało, że odległość sprawia, iż serce jeszcze bardziej tęskni.
Lubiłem filozofować; mamie czasami się to podobało, a czasami nie. Niekiedy ignorowała takie uwagi, żeby zaznaczyć swój punkt widzenia.
– Nie chcę psuć ci zabawy, Corby, ale nie rozpędzaj się z tą dziewczyną. Oboje jesteście bardzo młodzi i…
– Wiesz, mamo, niepotrzebnie się martwisz. Może dla niektórych związki na odległość nie działają, ale nas to nie dotyczy.
– W porządku. Tylko nie chcę, żebyś cierpiał. I nie zapomnij poczęstować brownie kolegów z akademika. Ciastek jest dwanaście i pół.
– Zaplątało się w nich jakieś ziółko, pani uzdrawiaczko?
Spojrzała z wyrzutem.
– Dobra, dzięki. I przestań się o nas martwić. Wszystko będzie dobrze.
I było przez kilka pierwszych tygodni semestru. Kiedy jej listy i telefony stały się rzadsze, złożyłem to na karb jej praktyk nauczycielskich. Czterdzieści pięć minut na dojazd do szkoły, lekcje przez cały dzień, powrót do domu, przygotowanie materiałów na następny dzień i ocena prac domowych do późnej nocy. Byliśmy jak skała, tyle że ona miała cholernie dużo zajęć. Nadszedł jednak wieczór, kiedy powiedziała mi przez telefon w zasadzie to samo, co moja mama: że może powinniśmy przystopować z tym związkiem.
– Nie wiem, skąd ci się to wzięło – odparłem. – Myślałem, że być ze mną to dla ciebie jak… rausz. Powiedziałaś tak, bo się przespaliśmy i wciąż czułaś to ciepło?
Nie łyknęła przynęty, postawiła na wymowną ciszę, ja jednak napierałem.
– Zrywasz ze mną? To chcesz mi powiedzieć?
– Nie. Pomyślałam jedynie, że może powinniśmy troszkę zwolnić.
– Jezu! Jak bardzo możemy jeszcze „zwolnić”, skoro ty jesteś w Kalifornii, a ja w Rhode Island i dzieli nas prawie pięć tysięcy kilometrów?
– Corby, dlaczego tak się wściekasz? Mówię tylko, że może od czasu do czasu moglibyśmy mieć swobodę umawiania się z innymi.
Gdyby działał wtedy Skype albo FaceTime, dostrzegłaby moją rozpacz.
– Nie potrzebuję takiej swobody, bo mam całkowitą pewność, że chcę spędzić resztę życia z tobą.
– Tylko że ja nie jestem pewna, czy oboje jesteśmy tu w tym samym punkcie. Nawet nie wiem, jakie zasady obowiązują nas jako parę. Można się w tym pogubić.
– Dobra, kto to jest?
– Jeśli już musisz wiedzieć, to Brad Pitt. Nie mogłam się oprzeć.
– Pytam serio. Kto to? Przespałaś się z nim?
– Nie ma nikogo innego, Corby. Wysnuwasz pochopne wnioski.
– Czyżby?
Długa chwila milczenia.
– Jeden z moich współlokatorów. Mason. Wczoraj przy śniadaniu wypalił znienacka, że mu się podobam. Poczułam się niezręcznie, bo wywołuje we mnie wyłącznie irytację. Obcina paznokcie u nóg w salonie. A jak się uczy, chrząka tak często, że zaczynam liczyć, zamiast skupić się na własnej nauce.
– Dobra, kto jeszcze?
– Nikt. Kierownik kawiarni, do której zaglądam, pytał, czy mam ochotę pójść z nim na wernisaż, ale odmówiłam, mówiąc, że się z kimś spotykam. Chociaż wpadło mi do głowy, że gdyby…
– Trafił się ktoś lepszy… nie chcesz ograniczać sobie opcji?
– Zapomnij, że w ogóle podjęłam ten temat. I nie bądź, kurwa, taki zakompleksiony. Z tymi praktykami w szkole już i tak żyję w stresie. Dzieciaki w jednej z klas wciąż mnie testują. Ich etatowa nauczycielka jest ostra jak brzytwa i wręcz boją się przy niej oddychać. Wczoraj zapowiedziała, że jeśli nad nimi nie zapanuję, nie wyobraża sobie, żeby mogła mi dać dobrą ocenę. Kłopot w tym, że siedzi murem w klasie. Siedzi i łypie. Przed każdą lekcją jestem strzępkiem nerwów.
Nie chciałem rozmawiać o jej praktykach. Chciałem rozmawiać o nas. Jakbym miał jakiekolwiek kompetencje, żeby jej doradzać, rzuciłem:
– Powiedz jej, że masz swój styl prowadzenia zajęć i że podczas twoich lekcji nie może tam być, bo cię stresuje.
– Tak, na pewno byłaby zachwycona. Wspomniałam o zasadach, jakie obowiązują nas jako parę. A gdyby jakiś znajomy zaprosił mnie na spacer albo do kina, czy byłoby to…
Natychmiast jej przerwałem:
– Jedno pytanie. Ta bransoletka ode mnie – nosisz ją czy wcisnęłaś do szuflady?
– Właśnie mam ją na sobie. Noszę codziennie. Wiem, że nie wyjaśniłam klarownie, o co mi chodzi, ale żyję pod taką presją w związku z tymi praktykami…
Odparłem, że muszę kończyć i że wrócimy do tego. I się rozłączyłem.
Zacząłem przechadzać się w tę i nazad. Kierownik kawiarni? Przypomniał mi się barista ze Starbucksa przy Angell Street. Przystojny i wysportowany, nawet facet zwróci na takiego uwagę. Do tego „z osobowością”; w jego słoju na napiwki pęczniały banknoty jedno- i pięciodolarowe. Jakbym miał jakiekolwiek szanse, żeby z nim konkurować!
Zbiegłem po schodach i wypadłem z akademika. Pognałem samochodem z kampusu do centrum Providence i kupiłem paczkę papierosów. Paliłem tylko, kiedy się denerwowałem. Zacząłem podczas jednego z tygodni egzaminacyjnych w liceum. Dobrą godzinę albo i dłużej szedłem przed siebie, kurzyłem fajki i rozmyślałem, co by tu zrobić, żeby jej nie stracić. Wróciłem na kampus z gardłem podrażnionym nikotyną i smołą, ale też z pomysłem.
Nie lubiłem swojej uczelni, a ten semestr był wyjątkowo denny. Na egzaminach w połowie semestru złapałem dwóję i tróję z minusem, tę pierwszą z geometrii przestrzennej (gdybym chciał aż tyle matmy, tobym ją studiował), tę drugą z interfejsów środowiskowych (za dużo opuszczonych zajęć i do tego wykładowca z irytującym śmiechem i nieświeżym oddechem). W pierwszym tygodniu nowego semestru zrobiło się jeszcze gorzej, kiedy stanąłem przed komisją dyscyplinarną za niedorzeczny wybryk, który zdarzył się tuż przed przerwą świąteczną. Zgłosiwszy się na ochotnika z kilkoma kolegami do udekorowania części wspólnych akademika, okropnie się uwaliłem. Jak wszyscy, ale to ja wypisałem śnieżnym sprejem na szybie: „Walę ciebie i sanie, na których przyjechałeś!”. Obok przechodził akurat dziekan, zobaczył to i złożył skargę. Studenci z komisji dyscyplinarnej – trzech bałwanów – wysłuchali moich kulawych wyjaśnień, że korzystałem z praw wynikających z Pierwszej Poprawki. „Chcę mieć poczucie, że to koledż, a nie więzienie”, oświadczyłem na zakończenie. Uznałem, że ja i Rhode Island School of Design nie pasujemy do siebie.
Nawet nie zabrałem papierów, po prostu odjechałem swoim przerdzewiałym chevroletem chevette i ruszyłem na zachód. Do tego stopnia byłem przekonany, że Emily jest tą jedyną i że ów mocny gest przekona też ją, że i ja jestem tym jedynym. No bo ilu facetów rzuci studia dla miłości?
Mimo że solidnie zasuwałem, podróż z Providence do San Diego zajęła mi prawie cztery dni i kosztowała dwa mandaty za przekroczenie prędkości (jeden w Pensylwanii, drugi tuż za Little Rock w Arkansas) oraz grzywnę za włóczęgostwo gdzieś na autostradzie numer 40, bo zdrzemnąłem się na poboczu. Cały czas miałem włączone radio; milion razy wysłuchałem Rihanny, CeeLo i łzawego hitu Jamesa Blunta You’re Beautiful w stacjach puszczających pop. W miarę jak posuwałem się na zachód, był to Kenny Chesney, Rascal Flats i stacje żerujące na Chrystusie. Było też multum wiadomości – poprawki do Ustawy Patriotycznej, topniejące lodowce, afera w więzieniu Abu Ghraib. A jeśli planujecie polowanie na przepiórki z Dickiem Cheneyem, lepiej to przemyślcie.
Kiedy miałem już po uszy radia, wyłączałem je i przez chwilę napawałem się ciszą, póki nie rozbrzmiał mi w głowie głos ojca. „Tato, decyzja o rzuceniu studiów to nie to samo, co wyrzucenie”, upierałem się, przerywając jego starą śpiewkę, że zawsze go zawodzę. To buczenie w uszach zaczęło się w gimnazjum, kiedy złapali mnie na kradzieży talii kart baseballistów w sklepie hobbystycznym w galerii handlowej. Wieczór, kiedy mnie i moich kumpli zgarnęli jako nieletnich w Lantern Hill za picie, określił jako wstyd dla mnie i dla siebie. (Rzecz jasna, kiedy przyjechał po mnie na posterunek policji stanowej, zalatywał szkocką). Upokorzyłem go też tamtego dnia latem, gdy się dowiedział, że wylali mnie z dorywczej pracy w A&P, bo objadałem się gotowanymi krewetkami, gdy zamiast zwozić puste wózki z parkingu, wdałem się w pogawędkę z fajową blondynką z działu rybnego. Wypomniał mi, że się podłożył, prosząc koleżkę od golfa, lokalnego menedżera A&P, żeby mnie przyjęli. Powiedział: „Muszę się pogodzić z tym, że mój syn to lewus, leń i fujara”.
Na pierwszym roku koledżu przez jakiś czas chodziłem do uczelnianej psycholożki w związku z odczuwanymi lękami. Rozmawialiśmy o mojej relacji z ojcem.
– Nie jestem w stanie tego pojąć – wyznałem. – Ponoć studenci go uwielbiają. W zeszłym roku dostał jakąś ważną uniwersytecką nagrodę za projekt, który rozkręcił w Haiti. Tymczasem w domu, nim zostawił matkę i mnie, bez przerwy jeździł mi po dupie. Jej też, nawet gorzej niż mnie.
– Mnóstwo ludzi tak ma, Corby – odparła. – Image publiczny różni się całkowicie od tego, co w domu. Nie przyszło ci do głowy, że być może byłeś ofiarą napaści słownych?
Wziąłem jednak stronę ojca.
– Plotąc takie bzdury, próbuje mnie zmotywować. Sprowadzić na ziemię.
– Czyli przyznajesz, że jesteś przegrywem? Znamy się od niedawna, ale nie podzielam tej opinii.
Dlaczego wkurzyła mnie próba, jaką podjęła, żeby bronić mnie przed ojcem? Dlaczego potem przestałem do niej zaglądać?
Tak czy owak ten ostentacyjny gest – olanie studiów i podróż przez całą Amerykę, żeby ratować mój związek z Emily – przyniósł zamierzony efekt.
– Rany boskie! – zdumiała się, otworzywszy drzwi. – Corby? Co…? Dlaczego…?
– Bo tylko ty się dla mnie liczysz. Wyjdziesz za mnie?
Kiedy się rozpłakałem, położyła mi dłonie na ramionach i przyciągnęła do siebie. Wtuliwszy głowę w moją pierś, oświadczyła, że nieważne, że mój nagły przyjazd wydaje się bez sensu i że jedyna rzecz, jakiej jest pewna, to to, że mnie, kurwa, kocha. Na oświadczyny nie odpowiedziała ani tak, ani nie.
Jej współlokatorzy nie byli zachwyceni, chociaż dorzuciłem się do czynszu. Wstydliwa Becky dostawała zawału, kiedy zjawiałem się w kuchni bez koszuli albo wychodziłem z łazienki owinięty ręcznikiem. Mason, ten, któremu „Emily się podobała”, rzucał w mojej obecności zagadkowe uwagi, które Em odczytywała jako bierno-agresywne. Odessa miała pretensje, że zostawiam brudne naczynia w zlewie, co zdarzyło się góra dwa razy. Któregoś popołudnia, kiedy nie było nas w domu, zwołali naradę i zagłosowali za usunięciem nas z mieszkania. Emily czuła się urażona, a mnie było przykro przez wzgląd na nią, ale w duchu wykrzykiwałem gromkie Alleluja! Już nie będę musiał znosić życia na kupie z tymi primadonnami!
Przenieśliśmy się do dwupokojowego mieszkania nad garażem w pobliżu kampusu. Pokochałem południową Kalifornię. Ten luz i nieprawdopodobna pogoda! Ostatni miesiąc praktyk poszedł Emily tak dobrze, że oceniono ją na piątkę i dyrektor szkoły zaproponował jej roczny etat. Ja też znalazłem pracę, sprzedawałem garnitury w Men’s Warehouse w Redlands. W co drugi wolny weekend próbowałem opychać swoje obrazy na molo w Embarcadero. Weekendowi turyści zwykle kupowali morskie landszafty i nikogo nie interesował abstrakcyjny ekspresjonizm, na którym się wtedy skupiłem. Nie zamierzałem jednak obniżać poprzeczki i produkować gównianej tandety tylko dlatego, że ma wzięcie. Obniżyłem ją za to, rysując węglem ikony rocka – te najbardziej oczywiste: Hendrixa, Janis, Prince’a, Cobaina. Po pięćdziesiąt dolców za sztukę. Średnio schodziły trzy, cztery dziennie. Większość kasy odkładałem na pierścionek zaręczynowy dla Emily. Żeby było oficjalnie.
W tamte wakacje Emily nie poleciała do matki, została ze mną w Kalifornii. Bodajże w połowie lipca dopadła ją zakrzepica żył głębokich. Żeby uchronić ją przed zakrzepami, lekarz odstawił jej tabletki i zalecił używanie kapturka. Dopiero gdy zaszła w ciążę, doczytaliśmy się, że w czterech procentach przypadków okazuje się nieskuteczny, jeśli stosowany jest prawidłowo, a w dwunastu do osiemnastu procentach, jeśli nie. Może w uniesieniu zdarzyło się, że byliśmy nieostrożni – nie pamiętam. Tak czy siak wynik testu domowego był jednoznaczny. Kiedy przyklęknąłem i wyjąłem pierścionek z brylantem, rozpłakała się i powiedziała tak. Zadzwoniła do matki, by przekazać jej wieści, ale tu czekała ją przykra niespodzianka. Betsy miała raka, konieczna była mastektomia.
Chęć bycia przy mamie podczas rekonwalescencji w połączeniu z potrzebą w czasie ciąży bliskiego kontaktu z Betsy sprawiły, że Emily zaczęła postulować przeprowadzkę na wschód.
– Możesz polecieć na czas operacji, jeśli chcesz, zaopiekuj się nią przez dwa tygodnie, ale teraz nasze życie jest tu, skarbie. Może po narodzinach dziecka ona przyjedzie do nas…
Emily pokręciła głową i oznajmiła, że mama potrzebuje jej, a ona mamy.
– A co z pracą, którą dopiero co dostałaś? Co zrobisz, zrezygnujesz, nim zaczniesz?
I właśnie tak się to skończyło. Poddałem się. Spakowaliśmy dobytek, wynajęliśmy przyczepę, wpisaliśmy w mapy adres Betsy i ruszyliśmy w drogę. I tak zakończył się nasz kalifornijski żywot.
Ta podróż była istnym piekłem. Kupiłem najtańszy zestaw holowniczy i źle go zamontowałem. Tuż po wjeździe do Arizony przyczepa się wypięła, cudem nie wbiła się w auto jadące z tyłu, po czym pomknęła poboczem do rowu. Straciliśmy przez to cały dzień. Do tego doszły koszty nowego haka i noclegu w podłym, pełnym wszy motelu.
Gdy tak przemierzaliśmy tysiące kilometrów, Emily ogarniały fale mdłości. Kłóciliśmy się. Emily dwukrotnie miała napad płaczu. W Missouri zaczęła krwawić. Lekarz na SOR-ze w Oklahoma City zbadał ją, dla pewności zlecił USG, po czym zapewnił, że lekkie krwawienie w pierwszym trymestrze to coś, co często się zdarza.
– W około jednej czwartej ciąż. Większość kobiet rodzi później zdrowe dzieci. Nie ma powodu do paniki, droga mamusiu i tatusiu. Myślę, że wszystko będzie dobrze.
Na niewyraźnym zdjęciu, które nam przekazał, płód przypominał fasolkę z oczkiem. Według lekarza miał jakieś dwa i pół centymetra. Emily poroniła następnego ranka, trochę ponad sto pięćdziesiąt kilometrów za Nashville. Na przemian płakała i zasypiała. Próbowałem pocieszyć ją najlepiej, jak umiałem, ale trudno było mi za nią trafić. To mnie przerosło. Nie chciała skonsultować się z lekarzem. Ona po prostu wiedziała. Marzyła wyłącznie o spotkaniu z mamą. Zwalczyłem senność, waliłem red bulla za red bullem i resztę drogi pokonaliśmy, jadąc niemal non-stop.
Betsy miała dla nas dobre wieści: rak został opanowany, nie było przerzutów. Okazała troskę Emily i – co zaskakujące – także mnie.
– Chcesz się przytulić? – spytała, kiedy zostaliśmy sami w kuchni.
Zawahałem się. Nie chciałem, bo wciąż wyobrażałem sobie jej odciętą pierś na nierdzewnej stalowej tacy. Zgodziłem się jednak, żeby jej nie urazić.
– Tylko bez misiaczków – zaznaczyła. – Nadal jestem obolała.
Kiedy mnie objęła, nie byłem w stanie odwzajemnić tego gestu, jedynie poklepałem ją lekko po plecach.
Ślub wzięliśmy w ratuszu w Stonington pierwszego sierpnia. Ojciec Emily nie mógł przyjechać w tak krótkim terminie, ale przysłał mejl z czekiem i prośbą o zdjęcia. Emily włożyła żółtą plażową sukienkę bez rękawów, a ja swoją szczęśliwą koszulę w kratę, kamizelkę od jedynego garnituru i najmniej wytarte dżinsy. Świadkami była licealna koleżanka Em, Lee-Anne, i jej chłopak. W ceremonii uczestniczyły obie matki, moja w kelnerskim fartuszku, bo przyjechała wprost ze zmiany w Newport Creamery. Betsy wystroiła się jak na wielki ślub kościelny, o którym marzyła dla córki. Po podpisaniu aktu pomknęła na lunch do Floodtide, jednej z tych szykownych knajp, gdzie dają gościom toczki przy ladach do krojenia mięs i przygotowują sałatkę Cezara na twoich oczach przy stoliku. Miesiąca miodowego nie było – oboje byliśmy umówieni na rozmowy kwalifikacyjne.
Podstawówka przy West Vine Street zatrudniła Emily jako nauczycielkę klas trzecich. W tym samym tygodniu złapałem posadę grafika w Creative Strategies, startupie, który z radością mnie przyjął ze względu na moje portfolio, a także z uwagi na fakt, że mogli zaniżyć mi pensję, bo nie miałem dyplomu. Kumpel z uczelni, Matt, jedyny, z którym utrzymywałem kontakt, po skończeniu pełnych studiów załapał się do Cutwater, jednej z największych agencji reklamowych na Manhattanie, i wynajął chatę w Brooklynie, gdzie mieszkali wszyscy hipsterzy. Moja firma miała siedzibę w robotniczym Connecticut, więc przypuszczałem, że wyciąga dużo więcej ode mnie. Ale coś za coś. Mnie poszczęściło się w miłości, a jemu nie, przynajmniej na razie. Gdybym nie rzucił studiów, żeby ratować związek, pewnie nie ożeniłbym się z Emily. Ale się ożeniłem. Kochałem ją jeszcze mocniej niż kiedyś i nawet jeśli ona nie była mi aż tak oddana – co niekiedy mnie martwiło – nie znaczyło to, że mnie nie kocha. Okazywała jedynie lekką rezerwę i tyle. Nie trzymała dystansu jak jej matka – to na pewno. Po prostu zachowywała coś tylko dla siebie, to wszystko. Nic w tym złego.
Wstrzymaliśmy się z kolejną ciążą, tłumacząc sobie, że mamy mnóstwo czasu i że najpierw chcemy okrzepnąć zawodowo. Musimy myśleć praktycznie, a nie działać przypadkowo i impulsywnie, jak za pierwszym razem, podsumowała Emily. Ale chyba gdzieś czaił się w tym lęk, zwłaszcza u niej. Po tamtym poronieniu w tak trudnych okolicznościach stała się nad wyraz ostrożna. Spytałem trzy, może cztery razy, czy chce o tym pogadać, ale niezmiennie kręciła głową i milkła. Nadal się wygłupiała, ukazując tę swoją mądralińską naturę, którą tak mnie urzekła tamtego lata – lecz już rzadziej. Dzieliliśmy się domowymi obowiązkami po połowie. Kiedy robiłem pranie, zdarzało się, że odkładając rzeczy na miejsce, spoglądałem na to niewyraźne zdjęcie USG, które trzymała w szufladzie z bielizną: na tę maleńką fasolkę, na naszego nienarodzonego. Nie żeby Emily ją ukrywała. Wiedziała, że wiem, że tam jest. Po prostu nie chciała rozmawiać o naszej traumatycznej podróży na wschód.
Latem 2014 wynajęliśmy domek w Truro na Cape Cod. To wtedy Emily powiedziała, że chyba jest już gotowa, by spróbować ponownie. Przestaliśmy pilnować kalendarza i pod koniec miesiąca zaszła w ciążę.
– Na waszym miejscu zacząłbym się rozglądać za wózkiem dla bliźniaków – oznajmił ginekolog, kiedy pojechaliśmy na USG.
– No jak to? To żart? – rzuciłem i się roześmiałem. Potem spojrzałem na Emily i dojrzałem w jej oczach strach.
27 kwietnia 2017
I nagle już wiem.
Obracam się gwałtownie w stronę tylnej kanapy, szukając potwierdzenia, że się mylę. Ale widzę tylko przypiętą pasem Maisie tulącą Pana Zebrę. Fotelik Nika jest pusty. Za późno. Mam przed oczami jego obraz: leży na brzuchu i obserwuje mrówki.
Otwieram drzwi, wytaczam się z auta, tracę równowagę i padam na ziemię. Klęcząc, zmuszam się, żeby zajrzeć pod samochód. Na jego widok odwracam wzrok. Zaklinam Boga, w którego nie wierzę, żeby to się nie działo naprawdę. Żeby ten krzyk wyparcia nie był mój, lecz ojca jakiegoś innego dziecka. Słyszę podniesiony błagalny głos Shawna McNally’ego, który wybrał numer alarmowy. Widzę Lindę nadbiegającą zza samochodu, zakrywającą usta dłonią. Podchodzę do syna, osuwam się na kolana, znów odwracam wzrok, ale zmuszam się, by na niego spojrzeć. Leży na boku, z buzią skierowaną w lewo, w kałuży czerwieni pod zmiażdżonym ciałem. Widzę, że jego maleńką piersią wstrząsa rwany oddech, że walczy o życie – i ponownie odrywam wzrok. To nie dzieje się naprawdę! Nie zostawiaj nas, Niko! Musisz walczyć!
Próbuję go podnieść i wziąć na ręce, ale Shawn mnie powstrzymuje, mówi, żebym nie ruszał. Dźwiga mnie z ziemi i przytula. Maisie! Wciąż jest w aucie! Nie, już nie. Linda zabrała ją i trzyma na rękach tak, żeby nie zobaczyła tego koszmaru. Zagubiona i przerażona Maisie rwie się do mnie. Przejmuję ją od Lindy, starając się nad sobą zapanować, ale nic z tego. Gdy zaczynam szlochać, Maisie idzie w moje ślady.
– Co mam zrobić? – pytam Lindę. – Nie wiem, co robić!
– Zadzwoń do Emily.
Kręcę głową.
– Nie mogę. Jak ja jej powiem, że to wszystko przez…
– Musisz, Corby. Ona musi się dowiedzieć.
Potakuję i grzebię w kieszeniach w poszukiwaniu komórki.
– Chyba nie wziąłem telefonu – mówię do Lindy. – Możesz ją jeszcze chwilkę potrzymać?
Pewnie, że może.
– Tata musi zadzwonić do mamusi – tłumaczę Maisie. – Potem znów weźmie na rączki.
Czuję mdłości, biegnę do domu, próbuję nie słyszeć jej płaczu.
Gdzie on jest!? Gdzie ten pieprzony telefon!? W amoku latam z kuchni do łazienki, do naszej sypialni i pokoju dzieci. Przystaję na widok zdjęcia na półce przy komodzie. Stoją w łóżeczku w śpioszkach, które oddaliśmy, kiedy z nich wyrosły. Maisie słodko się uśmiecha, a śmieszek Niko robi głupią minkę. Jezu, a co, jeśli…? Jak to się może dziać naprawdę, skoro jeszcze dwadzieścia minut temu ścierałem mu syrop z buzi i wyjmowałem z fotelika w kuchni? Nie chcę tam wracać. Chcę zostać tutaj, w bezpiecznej strefie sprzed tego zdarzenia. Sprzed momentu, kiedy wrzuciłem wsteczny i…
Za drugim podejściem dostrzegam komórkę leżącą na środku kuchennego blatu. Chwytam ją i wybieram głosowo numer Emily. Sygnał za sygnałem, aż w końcu słyszę: „Zostaw wiadomość”. Wysyłam SMS: „Pilne! Przyjedź natychmiast!”. Nie oddzwania. Cholera! Musiała wyłączyć telefon. Wybiegam przed dom.
Jest już karetka. Ratownicy pochylają się nad Nikiem, zasłaniając mi widok.
– Tatusiu! – krzyczy Maisie.
Staję, nie wiedząc, do którego z nich podbiec najpierw. W końcu Linda podchodzi do mnie z moją córką. Jest z nimi Arlene, która mieszka przy tej samej ulicy. Przejmuję Maisie i ruszam w stronę Nika, ale Arlene chwyta mnie za rękę.
– Oszalałeś? Chyba nie chcesz, żeby to zobaczyła?
Potrząsam głową. Idę z Maisie w najdalszy zakątek naszego trawnika, żeby chronić ją – i siebie – przed tym, co dzieje się na podjeździe.
– No, już dobrze – powtarzam w kółko, żeby powstrzymać jej płacz. – Wszystko w porządku.
To chyba największe wypowiedziane przeze mnie w życiu kłamstwo.
Nie! – krzyczę sam do siebie. Jego siostra go potrzebuje! Jego matka i ja nie damy rady, jeśli… Niko to dzielny chłopczyk. Oddycha, walczy o życie. Ratownicy są dobrze wyszkoleni, widać, że ci dwaj znają się na swojej robocie. Może będzie potrzebna operacja, ale przecież lekarze czynią cuda. Wygrzebie się z tego, na pewno.
W migoczących światłach karetki na trawniku przed domem McNallych tłoczą się sąsiedzi: Arlene, jej mąż J.G., Dylan i Rashon, ci, co kupili dom Olmsteadów, Mary Louise i jej córka, Jodie, która czasami niańczy bliźnięta. W zeszłym tygodniu pokazała im swojego nowego szczeniaka. Co oni tam jeszcze przy nim robią? Szybko, do karetki! Do szpitala!
Przed dom zajeżdżają dwa radiowozy, jeden po drugim. W sumie czterech gliniarzy. Pierwsza dwójka podąża w miejsce wypadku. Przykucają, oglądają tylną prawą oponę. Jeden coś mierzy, drugi robi zdjęcia komórką. Pozostali dwaj podchodzą do sąsiadów. Dociera do mnie jedynie głos Lindy.
– Krzyczeliśmy, żeby stanął, ale nas nie słyszał.
Widocznie policjanci spytali o mnie, bo Shawn wskazał ręką w moim kierunku. Kiedy przechodzą przez ulicę, kierując się w naszą stronę, Linda woła:
– To był wypadek! Potworny wypadek! On jest wspaniałym ojcem!
Jezu, Emily wciąż nie wie.
– Niech ktoś zadzwoni do szkoły mojej żony! – krzyczę do sąsiadów. – Podstawówka przy West Vine! Mieli jechać na wycieczkę, ale może jeszcze nie wyszli!
Rashon macha do mnie telefonem i woła, że już dzwoni.
– Dzień dobry – rzuca do mnie krępy starszy gliniarz. – To funkcjonariusz Longo, a ja jestem sierżant Fazio. Jest pan ojcem chłopca?
– Tak.
– To pan kierował pojazdem?
– Tak.
Chwilę odczekuje, aż wezmę się w garść.
– To też pańskie dziecko?
Kiwam głową.
– Bliźnięta.
– Dziewczynka i ofiara?
Ofiara! Nie nazywaj go tak!
– Ma na imię Niko.
Młodszy gliniarz skupia się na Maisie.
– Mam córeczkę w twoim wieku. Jak ci na imię, skarbie?
Maisie wtula we mnie buzię i mamrocze:
– Nie widzisz mnie.
– Czy ktoś mógłby się nią zająć, żebyśmy mogli porozmawiać? – pyta sierżant.
Kiwam głową. Wołam Jodi i jej matkę. Pytam, czy mogą popilnować Maisie. Mary Louise mówi, że jasne, zrobi wszystko, co będzie trzeba.
– Nie! Do taty! – rozpacza Maisie, ale Jodi przypomina jej o szczeniaku.
Chce do nich pójść pobawić się z Babeczką? Maisie się waha, ale w końcu kiwa główką i puszcza moją rękę.
– Może zostać u nas do oporu – woła jeszcze Mary Louise, kiedy odchodzą. – Będziemy się modlić za Nika.
Stery przejmuje sierżant.
– Musimy zadać kilka pytań, panie…?
– Ledbetter.
Wyciągam portfel i drżącą ręką okazuję prawo jazdy. Bierze je ten młodszy.
– Sprawdzę – rzuca i oddala się do radiowozu.
Sierżant przysuwa się i prosi, żebym opowiedział mu drobiazgowo, co się wydarzyło w trakcie zdarzenia i wcześniej.
– Prosiłbym o jak najwięcej szczegółów. Proszę niczego nie pomijać, nawet jeśli to pana zdaniem nieistotne.
Robię krok, może dwa w tył. Zaczynam od tostów francuskich, alarmu przeciwpożarowego, wycieczki Emily i zamiaru podwiezienia maluchów do teściowej. Słucham własnego kłamstwa, które sprzedałem żonie – że zamierzałem spędzić dzień na poszukiwaniu pracy. Nie wspominam o chrzczonej rumem kawie ani o dodatkowym ativanie. Gdy wreszcie milknę, zauważam, że sierżant wpatruje się w moje roztrzęsione dłonie.
Tymczasem u wylotu podjazdu uwijają się ratownicy. Kładą Nika na normalnych rozmiarów wózku i wsuwają go do karetki. Jeden wskakuje z nim na tył. Drugi kieruje się na przód auta i siada na fotelu kierowcy.
– Muszę pojechać z nim do szpitala – oznajmiam sierżantowi.
Gdy karetka z migającymi światłami odjeżdża, krzyczę:
– Hej! Zaczekajcie!
Włącza się syrena, karetka się rozpędza. Zwracam się błagalnie do sierżanta:
– On mnie potrzebuje! Jestem jego tatą!
– Podwieziemy tam pana – proponuje gliniarz. – Po drodze opowie nam pan resztę.
– Tak, ale… pewnie będę musiał coś podpisać, udzielić informacji lekarzom. Może będą go operować? Wiadomo, ile tam będę? Lepiej żebym pojechał własnym autem.
– Tym SUV-em? – Sierżant kręci głową. – Zostanie tutaj. Śledczy będą chcieli mu się przyjrzeć. Zresztą pewnie nie jest pan w stanie teraz prowadzić.
Żołądek podchodzi mi do gardła. Czekam na ciąg dalszy.
– Jest pan roztrzęsiony. Podwieziemy pana.
– Nie rozumiem, dlaczego śledczy mieliby…
– Rutynowa procedura. Zwłaszcza jeśli chłopiec nie przeżyje. Nie twierdzę, że tak się stanie, ale…
– Tak się nie stanie! On potrzebuje ojca! Powinienem być w karetce!
– Był przytomny?
Mrozi mnie to pytanie.
– Co?
– Bo jeśli nie albo jeśli podali mu środki uspokajające, i tak nie będzie wiedział, czy jest pan obok.
Stoję uciszony jego logiką, jego pieprzonym okrucieństwem.
– Chodźmy, panie Ledbetter. Ma pan rację. Dziecko potrzebuje taty. I mamy. Została powiadomiona?
Odpowiadam, że nie wiem, że ma wyłączony telefon, ale prosiłem, żeby ktoś się z nią skontaktował. Pewnie zadzwonił do sekretariatu.
– Dobrze, idziemy. Do radiowozu.
Jak on się nazywa? Zapomniałem. Zerkam na przypinkę na kieszeni koszuli. Fazio. Sierżant Fazio.
Kiedy mnie prowadzi, słyszę, jak ten drugi rozmawia przez radio.
– Może to EtOH. Pewności nie mam, ale to możliwe… Przyjąłem. Spytam w szpitalu, czy mogą ją pobrać.
– Longo? – rzuca sierżant Fazio.
Ten obraca głowę, zdziwiony, że stoimy obok. Fazio otwiera tylne drzwi radiowozu i ostrzega, żebym uważał na głowę. Obchodzi auto od tyłu i siada obok. Kiedy Longo odjeżdża od krawężnika, widzę kobietę i dwóch mężczyzn wyskakujących z białego vana, który zajechał przed nasz dom. Poznaję ją, to reporterka lokalnej telewizji. Fazio też ich zauważył i kręci głową. Radzi, żebym nie rozmawiał z mediami, a przecież i tak nie miałem zamiaru.
– Proszę jeszcze raz opowiedzieć mi o szczegółach, może pan o czymś zapomniał? – ciągnie. – Dzięki temu będzie pan miał to wszystko ułożone w głowie, kiedy śledczy będzie pana przesłuchiwał.
– Przecież pan mnie przesłuchuje.
– No tak, ale pewnie będzie pan musiał przez to przejść dwa albo trzy razy. Muszą wszcząć śledztwo, żeby niektóre rzeczy wykluczyć.
– Jakie?
– Zaniedbanie, zamiar.
– Zamiar!? Jakbym celowo go przejechał!? Tylko ktoś chory mógłby…
– Takie rzeczy się zdarzają. Zdziwiłby się pan. Ale o nic pana nie oskarżamy. Przeciwnie. Chcemy pomóc uporządkować fakty, żeby podczas przesłuchania…
– Dali to Sparks – wpada mu w słowo Longo. – Spotkamy się w szpitalu.
– Przyjąłem – odpowiada sierżant Fazio, jakby partner rzucił to przez radio, a nie z przedniego siedzenia. – No więc tak jak mówiłem, Corbin. Mogę po imieniu?
Wzruszam ramionami.
– Lepiej uporządkować wersję przed rozmową z detektyw Sparks. Wtedy będzie mogła ocenić, czy uraz pańskiego syna to dzieło przypadku. Zwłaszcza jeśli chłopiec…
– Niechże pan przestanie! On przeżyje! Jest jak mały buldożer! W zeszłym tygodniu walnął głową w stolik, ale od razu wstał jakby nigdy nic! Jego siostra to co innego, ale Niko…
– Jak uderzył się w głowę? – dopytuje Fazio.
– Przewrócił się i nabił sobie guza.
– Dlaczego się przewrócił?
– Dzieci w tym wieku ciągle się przewracają. Dlaczego mam poczucie, że doszukuje się pan podtekstów we wszystkim, co mówię?
– Nie wiem, panie Ledbetter. Skąd u pana to poczucie?
– Chyba pan nie rozumie, przez co ja teraz przechodzę. Nie potrafię się skupić na rzeczach, o które mnie pan wypytuje, kiedy próbuję przekonać sam siebie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. A tak w ogóle, to myślę wyłącznie o tym, co z moim synem w szpitalu i jak mam powiedzieć żonie. Staram się nie rozklejać, ale…
I właśnie wtedy ogarnia mnie rozpacz i się rozklejam.
Kiedy wreszcie dochodzę do siebie, odzywa się Fazio:
– W porządku, Corbin. Wrócimy do tego, jak już będziemy w szpitalu.
– I co to właściwie znaczy „uporządkować wersję”? Nie muszę nic porządkować, bo to nie jest żadna „wersja”, tylko to, co się wydarzyło.
