Rzeka cierpliwości - Wally Lamb - ebook

Rzeka cierpliwości ebook

Lamb Wally

0,0
38,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wally Lamb – autor bestsellerowych powieści „Niepamiętnik Dolores Price” oraz „To wiem na pewno” – powraca z opowieścią o winie, przebaczeniu i powrotach do miejsc, które kształtują nasze życie.

W spokojnym miasteczku nad rzeką Corbin Ledbetter dorastał w przekonaniu, że życie płynie jak woda – czasem leniwie, czasem wartko, ale zawsze w tym samym kierunku. Wszystko zmienia się pewnego lata, kiedy nadużywający alkoholu i leków Corbin staje się przyczyną tragicznego wypadku. Mężczyzna trafia do więzienia, a jego rodzina, przyjaciele i całe miasteczko muszą nauczyć się żyć z ciężarem tej winy.

Za murami więzienia Corbin odnajduje ludzi tak samo złamanych jak on – i po raz pierwszy próbuje zrozumieć, co naprawdę zrobił. Uczy się słuchać, rysować, milczeć. Wie jednak, że nic nie cofnie przeszłości, a rzeka, nad którą dorastał, wciąż przypomina mu o wszystkim, co utracił.

Wally Lamb tworzy głęboko ludzką opowieść o winie, odkupieniu i trudnej sztuce przebaczania. Rzeka cierpliwości to historia o tym, że nawet jeśli nie da się cofnąć przeszłości, można nauczyć się płynąć dalej – nie uciekając, lecz akceptując swój los.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 530

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Część I

Nie­wy­obra­żalne

Rozdział 1

27 kwiet­nia 2017

Jest szó­sta, wstaję pierw­szy. Na Spo­tify leci ta pio­senka Cha­in­smo­kers, którą tak lubię. If we go down, then we go down toge­ther1… Łykam ati­van i popi­jam go poranną kawą z dwoma chlu­stami stu­pro­cen­to­wego rumu Cap­tain Mor­gan. Cho­wam butelkę do dwu­dzie­sto­li­tro­wego garnka do goto­wa­nia homa­rów, któ­rego ni­gdy nie uży­wamy, nakła­dam pokrywkę i odsta­wiam go do szafki nad lodówką, do któ­rej Emily nie się­gnie, chyba że ze stołka. Napeł­niam kubki nie­kapki dla bliź­niąt i smażę tosty fran­cu­skie na śnia­da­nie. If we go down, then we go down toge­ther… Wyłą­czam muzykę, żeby nasłu­chi­wać dzie­cię­cych odgło­sów, choć ta pio­senka pew­nie pozo­sta­nie mi w gło­wie przez cały ranek.

Emily już wstała, jest w łazience i szy­kuje się do pracy. Kiedy zakręca prysz­nic, dobiega mnie gawo­rze­nie bliź­niąt z pokoju dzie­cię­cego, prze­ro­bio­nego pra­wie dwa lata temu z mojej pra­cowni. Moja szta­luga, blejt­ramy i farby zna­la­zły schro­nie­nie w kącie za scho­dami do piw­nicy. Nie było to aż tak wiel­kie poświę­ce­nie. Zara­bia­łem jako twórca sztuki użyt­ko­wej, a z tą „poważną” zma­ga­łem się po godzi­nach i w week­endy, jed­nak po naro­dzi­nach dzieci ostat­nią rze­czą, o jakiej marzy­łem, było wpa­try­wa­nie się w puste płótno, wycze­ki­wa­nie, by jakaś abs­trak­cyjna wizja spły­nęła z głowy po ręce do pędzla, i spraw­dza­nie, co z tego wyni­kło. Maisie była bliź­niaczką alfa, zaś Niko, który nauczył się racz­ko­wać, cho­dzić i mówić póź­niej niż sio­stra, był betą. W wyścigu roz­wo­jo­wym zawsze pla­so­wał się na dru­giej pozy­cji. Gdy zaczęły się kształ­to­wać ich oso­bo­wo­ści, jego sio­stra oka­zała się dziec­kiem poważ­nym i zmo­ty­wo­wa­nym, a on wiecz­nie roze­śmia­nym i psot­nym. Z każ­dym dniem kocha­łem ich coraz bar­dziej za to, jacy się stają. Czy jakieś arty­styczne kaprysy mogły rywa­li­zo­wać z owo­cem naszej miło­ści? W żad­nym wypadku.

Bawiąc się z nimi w cho­wa­nego, sta­nąw­szy w drzwiach ich pokoju, wołam:

– A kuku!

– Tatuś! – odpo­wia­dają jed­no­cze­śnie.

Ich zachwyt na mój widok nie­zmien­nie napeł­nia mnie natych­mia­stową rado­ścią, dodat­kowo napę­dzaną ben­zo­dia­ze­piną i alko­ho­lem. Pod­no­szę je jedno po dru­gim ze wspól­nego łóżeczka. Czę­sto tulą się do sie­bie we śnie, a nie­raz ssą sobie nawza­jem kciuki. Kładę je na ple­cach na wykła­dzi­nie i zdej­muję im pie­lu­chy. Oby­dwie są pełne, a u Maisie znaj­duję dodat­kowo dwa bobki. Prze­wi­ja­jąc je, pytam:

– A gdzie nosek panny Maisie?

Bawi­li­śmy się w to już wczo­raj.

– Pięk­nie! A pan Niko gdzie ma uszko?

Niko pakuje palec do nosa.

– No, nie! – stę­kam z uda­wa­nym prze­ra­że­niem. – Prze­cież nie słu­chasz nosem.

Oboje chi­cho­czą, a ja zaczy­nam śpie­wać Whe­els on the Bus2, pio­senkę, którą Emily nuci im cza­sami pod­czas kąpieli. Maisie uważ­nie się wsłu­chuje i wyko­nuje ze mną kilka gestów, a jej brat wierzga nóż­kami i wypusz­cza bąble śliny. Pod­no­szę je jed­no­cze­śnie i ruszamy do kuchni, gdy nagle roz­lega się wycie alarmu prze­ciw­po­ża­ro­wego.

Pomiesz­cze­nie jest zady­mione, wokół unosi się woń przy­pa­lo­nych tostów. Prze­ra­żone dzieci ude­rzają w płacz. Emily woła z głębi kory­ta­rza:

– Corby!?

– Wszystko pod kon­trolą! – uspo­ka­jam.

Sadzam bliź­niaki na fote­li­kach i sta­wiam przed nimi tacki. Wska­zu­jąc na alarm, mówię, że tatuś zaraz go uci­szy.

– Patrz­cie! – Wcho­dzę na sto­łek-dra­binkę i wyłą­czam cho­ler­stwo. – Tatuś na ratu­nek! – Zeska­kuję ze stołka i wyko­nuję taniec, który prze­mie­nia ich lęk w śmiech.

– Tatuś śmieszny! – komen­tuje Maisie.

– Dzię­kuję, dzię­kuję bar­dzo – pomru­kuję tubal­nie, się­ga­jąc po swoją naj­lep­szą wer­sję Elvisa.

Z naszej dwójki to ja jestem rodzi­cem śmiesz­kiem, a bliź­niaki to moja naj­lep­sza publicz­ność. Kiedy daję im kubki nie­kapki, wdmu­chuję im w szyje gorące „malinki”. Uno­szą rączki i pisz­czą z rado­ści.

Zanim w kuchni zjawi się Emily, sta­wiam na stole jej kubek z kawą i pira­midkę tostów. Te star­sze leżą na spo­dzie, a na górze świeże, któ­rymi zastą­pi­łem tamte przy­pa­lone.

– Mama! – woła Niko.

Emily całuje go w główkę.

– Jak się miewa mój ulu­biony synek? – rzuca, obraca się do jego sio­stry, ją też całuje i dodaje: – A jak moja ulu­biona córeczka? – Rzecz jasna kocha oby­dwoje, ale fawo­ry­zuje Nika, któ­rego kieł­ku­jąca oso­bo­wość przy­po­mina moją. Maisie wyraź­nie wdała się w matkę, mniej skłonną do wygłu­pów i bar­dziej samo­dzielną.

Kiedy Emily siada przy stole, odczu­wam nagły przy­pływ wyrzu­tów sumie­nia na wspo­mnie­nie pew­nego poranka sprzed kilku tygo­dni. Emily oznaj­miła, że wybiera się po lek­cjach z kole­żan­kami nauczy­ciel­kami na wcze­sną kola­cję do „Fie­sta’s”.

– Wrócę o siód­mej, naj­póź­niej wpół do ósmej – dodała.

Przy­po­mnia­łem jej, że piątki spę­dzamy w gro­nie rodziny.

– Spę­dzę z bliź­nia­kami cały dzień, że nie wspo­mnę o całym tygo­dniu. Kiedy to pla­no­wa­łaś, nie przy­szło ci do głowy, że chciał­bym tro­chę odpo­cząć?

Prze­pra­sza­ją­cym gestem uści­snęła moje ramię.

– Wiem, Corby, ale Amber naprawdę ma teraz nie­lekko. Goście weselni byli już potwier­dzeni. Miała też przy­miarkę sukni i zabu­ko­waną podróż poślubną.

Amber to też nauczy­cielka, która miała wziąć ślub w przy­szłym mie­siącu, ale jej narze­czony oświad­czył, że jest gejem.

– Kom­plet­nie ją tym roz­je­chał. Dziew­czyna naprawdę potrze­buje wspar­cia.

– A ja to nie?

Spoj­rzała na mnie i pokrę­ciła głową.

– Jeśli chcesz robić aferę z powodu tych dwóch godzin, w porządku. Powiem, że nie mogę.

– Nie, śmiało, skar­bie. „Fie­sta’s” to ta mek­sy­kań­ska? Miłej zabawy. Wypij za mnie mar­ge­ritę. A co tam? Wypij trzy albo cztery. Urżnij się.

Już pra­wie w drzwiach gwał­tow­nie się obró­ciła i spio­ru­no­wała mnie wzro­kiem.

– To twoja spe­cjal­ność, nie moja.

Tra­fiony zato­piony.

Poże­gnała się z dziećmi, ze mną nie. Patrzy­łem przez okno, jak wsiada do auta, trza­ska drzwiami i odjeż­dża. Wyrzuty sumie­nia dały o sobie znać po kilku minu­tach, pew­nie jesz­cze zanim zaje­chała na par­king przed szkołą. Wysła­łem jej SMS: „Prze­pra­szam, zacho­wa­łem się jak palant. Idź, śmiało, wes­przyj przy­ja­ciółkę. Nie ma sprawy”.

Jej zdaw­kowa odpo­wiedź: „Tysięczne dzięki”, prze­ko­nała mnie, że wciąż jest wku­rzona, co z kolei wku­rzyło mnie i dało wymówkę do łyk­nię­cia jesz­cze jed­nego ati­vanu na uspo­ko­je­nie. Czyż nie po to prze­pi­sał mi go lekarz?

Emily wró­ciła dopiero po dzie­wią­tej wie­czo­rem. Nim ją zoba­czy­łem, usły­sza­łem ją w kuchni.

– Cześć, Corby! – zawo­łała. – Jeśli nie jadłeś kola­cji, przy­wio­złam ci enchi­la­das z kur­cza­kiem.

Skła­ma­łem, że jadłem.

– To włożę do lodówki, będziesz miał na jutro.

Weszła do salonu w aurze pro­mien­nego rau­szu, jaka towa­rzy­szy jej przy tych rzad­kich oka­zjach, gdy wypija drugi kie­li­szek wina, ale od razu przy­ga­sła, kiedy zoba­czyła, że Niko śpi na moich kola­nach, a nie w łóżeczku.

– Jest chory – oznaj­mi­łem. – Boli go ucho.

Przy­sia­dła obok na kana­pie, pogła­dziła go po wło­sach i spy­tała, czy zmie­rzy­łem mu tem­pe­ra­turę.

– Ponad trzy­dzie­ści osiem – odpo­wie­dzia­łem.

Ter­mo­metr wska­zał dokład­nie trzy­dzie­ści osiem kre­sek, „ponad” doda­łem od sie­bie. Tak, potra­fię być mało­duszny.

– Dałeś mu tyle­nol?

Ski­ną­łem głową.

– Jakąś godzinę temu. Jak udała się tera­pia gru­powa z nachos?

Zamiast odpo­wie­dzieć, wstała i uprząt­nęła puste puszki z kawiaka. Mówiła już wcze­śniej, że nie lubi, kiedy piję piwo wie­czo­rami, doglą­da­jąc dzieci, ale wtedy mi tego nie wypo­mniała. Jej wła­sne poczu­cie winy było na zado­wa­la­ją­cym pozio­mie.

Z pew­no­ścią nie uszło jej uwa­dze, że piję wie­czo­rami piwo, lecz jestem też wię­cej niż pewien, że nie ma poję­cia, iż zaczą­łem pić w ciągu dnia moc­niej­sze rze­czy. Śmie­ciarka przy­jeż­dża na naszą ulicę po odpady do recy­klingu we wtorki, więc zaczą­łem ukry­wać do tego momentu puste butelki po alko­holu. Odcze­kuję, aż Emily wyru­szy do szkoły, po czym wycią­gam je z kry­jówki i wyno­szę w nie­bie­skim pojem­niku na kra­węż­nik, zawsty­dzony tymi dowo­dami swo­jego rosną­cego pociągu do trun­ków, ale jed­no­cze­śnie dumny ze sku­tecz­nego zacie­ra­nia śla­dów picia za dnia. Emily rzecz jasna wie, że zaży­wam leki na uko­je­nie ner­wów. Wręcz sama zachę­ciła mnie do wizyty u leka­rza, bo sta­łem się nad­mier­nie draż­liwy i źle sypia­łem. Nie wie jed­nak, że łykam ich wię­cej niż tylko „jedną tabletkę przed snem i/lub w razie potrzeby”.

Uzna­łem, że owo „i/lub w razie potrzeby” to furtka, z któ­rej mogę korzy­stać na wypa­dek, gdyby lekarz kwe­stio­no­wał moją prośbę o wcze­śniej­sze wypi­sa­nie recepty. I nie mar­twi mnie zbyt­nio rosnące pole­ga­nie na „che­mii zapew­nia­ją­cej lep­szy kom­fort życia”. To jedy­nie tym­cza­sowe roz­wią­za­nie, póki sytu­acja nie ule­gnie popra­wie. Bo prze­cież nie jestem uza­leż­niony od ben­zo­dia­ze­piny czy alko­holu. Zda­rzyła mi się co prawda „jazda pod wpły­wem”, ale były tam oko­licz­no­ści łago­dzące, mia­no­wi­cie stra­ci­łem tam­tego dnia pracę. Wszystko się napro­stuje, kiedy znowu zacznę pra­co­wać. No dobrze, może nie szu­kam nowej posady tak usil­nie, jak na początku, ale wkrótce znów ruszę na łowy.

Naza­jutrz ból ucha znik­nął i Niko odzy­skał werwę, a Maisie chwi­lowo nie zacho­ro­wała. Zako­mu­ni­ko­wa­łem Emily pół­słów­kami, że sam jesz­cze docho­dzę do sie­bie, więc zabrała dzieci na lunch i na plac zabaw w parku. Oglą­da­łem w tym cza­sie, choć bez szcze­gól­nego zain­te­re­so­wa­nia, mar­cowy tur­niej koszy­kówki dru­żyn uni­wer­sy­tec­kich – Gon­zaga kon­tra Xavier, Ore­gon kon­tra Kan­sas. Kiedy jesz­cze pra­co­wa­łem w Cre­ative Stra­te­gies, Dec­lan z księ­go­wo­ści zawsze śle­dził dra­binkę roz­gry­wek i on albo Char­lie, jeden z akwi­zy­to­rów, zapra­szali nas do sie­bie na mecz. Odsze­dłem nie tak dawno temu, ale żaden nawet nie spy­tał, czy chciał­bym wpaść. Pew­nie co z oczu, to z serca.

Wycią­gną­łem się na kana­pie w towa­rzy­stwie sze­ścio­paku piwa Sam Adams. Jak się nazy­wał ten pro­gram z „tele­fo­nem do przy­ja­ciela”? Do kogo mógł­bym zadzwo­nić? Moje przy­jaź­nie w Cre­ative nie prze­trwały dłu­żej niż okres zatrud­nie­nia. Z kum­plami z liceum i kole­dżu nie mia­łem już kon­taktu, a z kole­gami z dru­żyny soft­bal­lo­wej ni­gdy nie byłem zbyt bli­sko. Spró­buj pod­trzy­mać męskie przy­jaź­nie, jak masz dwu­let­nie bliź­nięta i wła­śnie stra­ci­łeś pracę. Wszy­scy żyją na ful, w tygo­dniu zasu­wają, a w week­endy spo­ty­kają z braćmi i szwa­grami, a ja na okrą­gło ojcuję dwójce malu­chów.

Po połu­dniu byłem już dobrze ulu­lany. Emily i bliź­niaki jesz­cze nie wró­ciły – pew­nie są u teścio­wej. Kiedy wsta­łem, żeby się odlać, w dro­dze do łazienki tro­chę mną kiwało. W trak­cie sika­nia dostrze­głem kopertę od Emily, opartą o tę głu­pią lalkę w dzier­ga­nej spód­niczce na uchwy­cie na papier toa­le­towy. Oboje ryli­śmy ze śmie­chu, gdy Emily dostała ją pod cho­inkę od babci cio­tecz­nej, Char­lotte, lecz z jakie­goś powodu prze­trwała kilka fal domo­wych porząd­ków.

W koper­cie był list na kartce w linie.

Kocha­nie, prze­pra­szam za wczo­raj. Mia­łeś rację. Powin­nam była spy­tać, czy nie prze­szka­dza Ci, że wyjdę wie­czo­rem, zamiast oznaj­miać, że wycho­dzę. Mam nadzieję, że wiesz, jak bar­dzo doce­niam to, że opie­ku­jesz się naszymi dziećmi, jed­no­cze­śnie szu­ka­jąc pracy. Wiem, że to trudne. Wiem też, że wkrótce znaj­dziesz nową posadę, Corby. Chyba masz świa­do­mość, że jesteś bar­dzo uta­len­to­wa­nym arty­stą i świet­nym tatą. Zjedzmy dziś pizzę. Liczę na bli­skość, kiedy dzieci już zasną. Ści­skam i całuję, ja.

Spodo­bało mi się to, co napi­sała, zwłasz­cza pro­po­zy­cja „bli­sko­ści” – zaszy­fro­wana obiet­nica seksu. I fak­tycz­nie, kocha­li­śmy się tam­tego wie­czoru, ale było do bani. Jak zwy­kle zaczę­li­śmy od niej, ale trwało to tak długo, że w końcu się pod­da­łem, poło­ży­łem się na niej i wsze­dłem. Od razu zebra­łem się od zera do setki i nie odpusz­cza­łem, aż chwy­ciła mnie za rękę i szep­nęła: „Hej, spo­koj­nie”. Zasty­głem, sfla­cza­łem i zre­zy­gno­wa­łem. Narzu­ci­łem szla­frok i wysze­dłem z myślą: „Rany, niczego nie umiem zro­bić porząd­nie. Zna­leźć pracy, prze­trwać dnia bez picia i pro­chów i nawet zado­wo­lić żony”.

– Dokąd idziesz? – spy­tała. – Daj spo­kój, odcze­kajmy parę minut i spró­bujmy jesz­cze raz.

Byłem wdzięczny za tę pro­po­zy­cję. Wciąż ją kocham i wciąż jej pożą­dam. Kil­ka­na­ście lat po tam­tym lecie, kiedy się pozna­li­śmy, i dwójce dzieci na­dal nie mogę uwie­rzyć, że się zgo­dziła, kiedy pierw­szy raz zapro­si­łem ją na randkę. I że się ze mną zwią­zała, kiedy prze­je­cha­łem cały kraj aż do Kali­for­nii, poja­wia­jąc się znie­nacka w jej stu­denc­kim miesz­ka­niu. I że na­dal ze mną jest. Z nas dwojga zde­cy­do­wa­nie to mnie tra­fiło się lepiej. Teraz leżała w łóżku, ofe­ru­jąc mi cie­pło i wyro­zu­mia­łość. Rzecz jasna doko­na­łem auto­sa­bo­tażu.

– Jakoś nie mam ochoty – odpar­łem. – Innym razem.

Zsze­dłem na dół. Pokrę­ci­łem się po kuchni, otwo­rzy­łem lodówkę. Pod­grza­łem enchi­la­das, które mi przy­wio­zła, ale trzy­ma­łem je w mikro­fali tak długo, że zro­biły się suche i twarde. Po kilku kęsach wyrzu­ci­łem je do śmieci. Się­gną­łem po gar­nek do goto­wa­nia homa­rów i zro­bi­łem sobie moc­nego drinka. Kiedy wró­ci­łem do łóżka, już spała. Przez te wszyst­kie lata razem chyba ni­gdy nie byli­śmy aż tak nie­zsyn­chro­ni­zo­wani.

Tym­cza­sem naza­jutrz było już lepiej. Sie­dzie­li­śmy na pod­ło­dze i bawi­li­śmy się z dziećmi. Tań­czy­li­śmy z nimi do głu­piut­kiej pio­senki Baby Shark. Pod­czas ich popo­łu­dnio­wej drzemki poszli­śmy do łóżka i spró­bo­wa­li­śmy ponow­nie – tym razem uda­nie dla obojga. Razem przy­go­to­wa­li­śmy kola­cję. Bliź­nięta patrzyły, plą­cząc się nam pod nogami. Potem zro­biło się naprawdę nie­źle. Mie­li­śmy drobne wzloty i upadki, ale tylko tyle. W mał­żeń­stwie jak na huś­tawce. U nas wszystko w porządku.

*

Emily kroi dwa tosty fran­cu­skie w kwa­dra­ciki na jeden kęs, skra­pia­jąc każdy syro­pem.

– Pysia, pysia – zachęca bliź­niaki, gdy pal­cem roz­dziela jedze­nie. Uwiel­biam na nich patrzeć, zwłasz­cza kiedy jestem odprę­żony, tak jak teraz. Maisie jest podobna do matki: ciemne włosy, ciemne oczy, śród­ziem­no­mor­ska kar­na­cja teścia. Pod­czas bada­nia dwu­latka jej wynik na siatce cen­ty­lo­wej wzro­stu i wagi to trzy­dzie­ści, więc pew­nie będzie drobna, jak Emily. Niko ma po mnie rudawe włosy i jaśniej­szą cerę. Pedia­tra orzekł, że waga i wzrost tro­chę ponad prze­ciętną, ale w porów­na­niu z sio­strą wygląda jak osi­łek. Emily pyta, dla­czego włą­czył się alarm. Wycią­gam ręce z dwoma przy­pa­lo­nymi tostami, które wcze­śniej rzu­ci­łem na blat, macha­jąc nimi jak mario­net­kami.

– Gotowe – oznaj­miam, zsu­wa­jąc świeżo upie­czone z patelni na talerz. – Zaraz wrócę.

Ruszam do łazienki i myję zęby, żeby Emily nie wyczuła alko­holu. Odcze­kuję jakieś pół minuty, spusz­czam wodę i wra­cam do kuchni. Pyta, co mi tak wesoło.

– Co?

– Uśmie­chasz się. O czym myślisz?

– Nie wiem. O niczym.

Uśmie­cham się, bo dzięki rumowi i ati­va­nowi czuję się przy­jem­nie nabu­zo­wany.

Maisie, bar­dziej gry­ma­śna przy jedze­niu, koń­czy śnia­da­nie, nie robiąc baj­zlu, za to śli­niak jej brata jest prze­siąk­nięty mle­kiem. W dodatku Niko w jakiś spo­sób zdo­łał wysma­ro­wać lewą brew syro­pem, a połowa jego śnia­da­nia wylą­do­wała na pod­ło­dze. Emily zerka na zegar i bie­rze się do sprzą­ta­nia.

– Wiesz co, malu­chu? Chyba mamu­sia i tatuś muszą kupić Roombę i tak ją zapro­gra­mo­wać, żeby jeź­dziła za tobą cały dzień. Chciał­byś?

Nie mając poję­cia, o czym mówi Emily, Niko z entu­zja­zmem przy­ta­kuje. Mówię, żeby dała spo­kój, że posprzą­tam.

– Super, bo już jestem spóź­niona.

Idzie do łazienki, żeby umyć zęby i dosu­szyć włosy.

Tuż przed wyj­ściem do pracy zwraca się do bliź­niąt:

– Bądź­cie grzeczni dla taty i babci. Żad­nych psi­ku­sów.

Wymu­sza wła­ściwą odpo­wiedź, kiwa­jąc głową. Naśla­dują ją i też kiwają głów­kami.

– Szkoda, że nie możemy mieć tego na piśmie – dow­cip­kuję. Dzień wcze­śniej Niko pod­pu­ścił sio­strę do zabawy pole­ga­ją­cej na maza­niu kred­kami po kuchen­nym lino­leum. Usu­wa­nie tego bez zary­so­wa­nia powierzchni było mor­dęgą, a i tak ją zary­so­wa­łem.

– Dobra, idę, cho­ciaż chęt­nie bym z wami została. Kocham was.

– My też cię kochamy.

Byłem czujny i wzią­łem się do zmy­wa­nia, kiedy zoba­czy­łem, że wycho­dzi. Lep­sze mach­nię­cie namy­dloną ręką niż pijany poca­łu­nek na do widze­nia.

– Miłej wycieczki.

Wła­śnie prze­ro­biła z trze­cio­kla­si­stami dino­zaury i zabiera ich do Peabody Museum, żeby obej­rzeli pre­hi­sto­ryczne kości i odci­ski stóp.

– Owoc­nych poszu­ki­wań, kocha­nie – odpo­wiada. – Może to dziś jest ten dzień?

Wzru­szam ramio­nami.

– Może.

Teo­re­tycz­nie mam dziś szu­kać pracy, ale – prawdę mówiąc – w zasa­dzie pogo­dzi­łem się ze sta­tus quo. Na dźwięk cofa­ją­cego na pod­jeź­dzie i odjeż­dża­ją­cego auta Emily rzu­cam wła­ści­wie do nikogo:

– No i poje­chała nasza żywi­cielka.

Póź­niej się­gam po gar­nek do goto­wa­nia homa­rów, ścią­gam go i przy­go­to­wuję powtórkę kok­tajlu kawowo-rumo­wego. Ubie­ram dzie­ciaki i pakuję pie­lu­chy do torby.

– Wie­cie co? Dziś do babci.

Maisie klasz­cze, za to Niko kręci głową i powta­rza:

– Baba nie! Baba nie!

– Stary, rozu­miem twój ból – komen­tuję, chi­cho­cząc. Teść nazwał kie­dyś byłą żonę „żela­znym moty­lem”.

Pod­rzucę je około wpół do dzie­wią­tej; nakła­ma­łem Betsy, że niby mam poje­chać w dwa miej­sca w spra­wie pracy, w tym jedno w Mas­sa­chu­setts na pół­noc od Bostonu. Jeśli nie będzie kor­ków, odbiorę je mię­dzy pięt­na­stą a szes­na­stą. To „jeśli nie będzie kor­ków” dorzu­ci­łem na wszelki wypa­dek, gdy­bym potrze­bo­wał dodat­ko­wej godzinki na wytrzeź­wie­nie.

Emily też okła­ma­łem. Powie­dzia­łem, że po odwie­zie­niu dzieci do jej matki roze­ślę kolejne CV, wyko­nam kilka tele­fo­nów i pod­jadę do Man­che­steru, bo Hobby Lobby szuka kogoś do działu ram i opraw. W rze­czy­wi­sto­ści po kilku mie­sią­cach poni­ża­ją­cych poszu­ki­wań i prze­ra­żony wizją zdo­by­cia posady w sie­ciówce, gdzie musiał­bym opra­wiać gów­niane, masowo pro­du­ko­wane pla­katy, nie pojadę do Man­che­steru ani nie zre­ali­zuję żad­nego innego punktu ze swo­jego zmy­ślo­nego planu.

Kiedy zwal­niali mnie z dwu­oso­bo­wego działu kre­atyw­nego agen­cji rekla­mo­wej, w któ­rej spę­dzi­łem pięć lat, moja sze­fowa, Rhonda, prze­ka­zu­jąc mi tę wia­do­mość pod­czas lun­chu, zasu­ge­ro­wała, żebym wziął wolne popo­łu­dnie. Oczy­wi­ście nie miała poję­cia, że ska­zuje mnie na pierw­szą imprezę uro­dzi­nową Maisie i Nika z udzia­łem oby­dwu babć, kilku sąsia­dów i kole­ża­nek z pracy Emily. (Rok wcze­śniej to wła­śnie Rhonda zor­ga­ni­zo­wała lun­chową cele­bra­cję naro­dzin bliź­nia­ków; był tort, kartki oko­licz­no­ściowe, paczki pie­luch i żarty o zarwa­nych noc­kach).

– Chcę, żebyś wie­dział, że nie cho­dzi o jakość two­jej pracy, Corby – zapew­niła, uno­sząc topór, któ­rym ścięła mi głowę. – To kwe­stia stra­te­gii firmy. Decy­zja była trudna, ale oboje nie mogli­ście zostać.

Oczy­wi­ście nie zwol­niła Brianne, zło­tego dziecka zatrud­nio­nego trzy lata po mnie, za to przy­dzie­la­nego do waż­niej­szych klien­tów. Podob­nie jak ja Brianne była sty­pen­dystką Rhode Island School of Design, lecz – w prze­ci­wień­stwie do mnie – uzy­skała dyplom z wyróż­nie­niem, a jej prace zdo­by­wały nagrody, pod­czas gdy ja rzu­ci­łem stu­dia w poło­wie ostat­niego roku i ruszy­łem po miłość Emily do Kali­for­nii.

Przez jakiś czas kar­mi­łem się sce­na­riu­szem, w któ­rym więk­sza i bogat­sza agen­cja rekla­mowa wywa­bia Brianne z Cre­ative, a ja odzy­skuję dawną posadę i bry­luję, wyka­zu­jąc, jacy byli głupi, że mnie zwol­nili. Jak to się nazywa? Pobożne życze­nia? Tym­cza­sem skoń­czyły się zasiłki, zasta­wi­li­śmy dom i odby­li­śmy trzy sesje tera­pii mał­żeń­skiej. W zeszłym mie­siącu uho­no­ro­wa­li­śmy dru­gie uro­dziny bliź­niąt pre­zen­tami i tor­tem ze świecz­kami, ale daro­wa­li­śmy sobie wydatki na imprezę. Jak mus, to mus, jak mawiają. Przy wspar­ciu rumu i ati­vanu udaje mi się ostat­nio trzy­mać panikę na wodzy, zgod­nie z filo­zo­fią Alfreda E. Neu­mana, chłopca z dzie­więt­na­sto­wiecz­nych reklam zachwa­la­ją­cych bez­bo­le­sne zabiegi sto­ma­to­lo­giczne: „Że co? Że się boję? Ja?”. Jak już odsta­wię dzieci do babci, skie­ruję kroki do mono­po­lo­wego po kolejną małpkę rumu Cap­tain Mor­gan, wrócę do domu i skon­su­muję ją przed tele­wi­zo­rem, oglą­da­jąc CNN, The People’s Court, Dobrą cenę i – jeśli uda mi się zna­leźć – tę sta­cję, która nadaje powtórki Byle do dzwonka. A kiedy moje mini­wa­ka­cje z rumem i ben­zo­dia­ze­piną naprawdę się roz­hu­lają, może wrzucę por­nosa i zwalę konia albo utnę sobie drzemkę. Maisie i Nika odbiorę od Betsy gdzieś koło czwar­tej. W cza­sie kiedy Emily wraca do domu, zacznę szy­ko­wać kola­cję albo – co bar­dziej praw­do­po­dobne – sko­czę do Chiń­czyka czy do Mek­sy­ka­nów po coś na wynos i McNug­getsy dla dzie­cia­ków. Powoli zbiera nam się na para­pe­cie w bawialni zawsty­dza­jąca kolek­cja zaba­wek z Happy Meal.

Taki mam plan, lecz nic z niego nie wypali.

Sta­wiam torbę z rze­czami bliź­niąt na dol­nym stop­niu scho­dów ganku i wra­cam do środka. Myję zęby i dwu­krot­nie płu­czę gar­dło, żeby Betsy niczego nie wyczuła. Pora­nek jest rześki, więc zakła­dam dzie­ciom czapki i wio­senne kurtki. Zamy­kam drzwi na klucz i pro­wa­dzę bliź­nięta na pod­jazd. W aucie zawsze naj­pierw zapi­nam pas Nikowi, bo jest bar­dziej oporny. Tym razem jed­nak zmie­niam kolej­ność, bo Niko wła­śnie poło­żył się na brzu­chu i obser­wuje kolo­nię mró­wek wędru­ją­cych po ciastku, które wylą­do­wało wczo­raj na pod­jeź­dzie. Zapi­nam pas Maisie i przy­po­mi­nam sobie o tor­bie na scho­dach ganku. Pośpiesz­nie po nią wra­cam i sta­wiam na fotelu pasa­żera z przodu. Macham do sąsia­dów z naprze­ciwka, Lindy i Shawna McNal­lych, któ­rzy wła­śnie zaje­chali przed dom. Linda wysiada, wyma­chu­jąc papie­rową torebką.

– Pan Roz­rzutny zabrał mnie na śnia­da­nie – woła. – Z Egg McMuf­fin, na wynos! Wow!

Śmieję się i obie­cuję Shaw­nowi, że oddam mu sie­kierę, którą od niego poży­czy­łem. W zeszły week­end wresz­cie porą­ba­łem i uło­ży­łem dostar­czone kilka mie­sięcy wcze­śniej drewno. „Dobrze”, odpo­wiada Shawn, zamiast rzu­cić: „Bez pośpie­chu” albo „Nie ma sprawy”. Nie­któ­rzy faceci mają fioła na punk­cie swo­ich narzę­dzi. Linda jest bez­po­śred­nia, za to on zawsze pełen rezerwy, nie­mal podejrz­liwy. Przy­naj­mniej wobec mnie. Wła­śnie odszedł na eme­ry­turę z poli­cji sta­no­wej i to pew­nie wszystko wyja­śnia. Czuję, że tabliczka MAKE AME­RICA GREAT AGAIN na ich traw­niku w zeszłym roku to był jego pomysł, nie jej.

– Jak tam moje dwa słod­kie racuszki? – pyta Linda.

– Raczej dwa potwory. Wczo­raj dorwały kredki i wysma­ro­wały całą pod­łogę w kuchni. Kiedy je nakry­łem i spy­ta­łem: „To wasza robota?”, Maisie spoj­rzała na brata, ten pokrę­cił głową, a ona za nim. Małe łobuzy wciąż trzy­mały w rącz­kach kredki.

– Będą arty­stami, jak tatuś – rzuca ze śmie­chem Linda.

– Albo poli­ty­kami. Kręcą od małego.

Linda kiwa głową.

– Kiedy nasz Rus­sell miał trzy lata, wziął fla­ma­ster i poma­zał nowiutką koł­drę. Potem zarze­kał się, że to nie on, że na sto pro­cent jego sio­stra, Jill, która wtedy nawet jesz­cze nie racz­ko­wała. Mało bra­ko­wało, a nie dożyłby czwar­tych uro­dzin.

Prze­wra­cam oczami i wybu­cham śmie­chem. Pytam, jak tam Rus­se­lowi w Colo­rado.

– Dobrze. Stu­diuje, dora­bia jako bar­man i dostał pierw­szą „praw­dziwą” pracę w sta­cji tele­wi­zyj­nej w Fort Col­lins.

Pro­szę, żeby go od nas pozdro­wiła.

– Muszę biec. Miłego dnia.

Wsia­dam do mojej hondy CRV, odpa­lam sil­nik i wrzu­cam wsteczny. Gdy wyczu­wam lekki opór na pra­wym tyl­nym kole, przy­pusz­czam, że widocz­nie któ­raś ze szczap spa­dła na pod­jazd. Ale skąd te krzyki? Pod­jeż­dżam kawa­łek do przodu i znów cofam, naci­ska­jąc pedał gazu na tyle, by poko­nać prze­szkodę. Widzę w lusterku, że McNally bie­gną w naszą stronę i machają rękami. Co jest, kurwa? Dla­czego Linda tak się wydziera?

I nagle już wiem.

Rozdział 2

Lato 2005

Pozna­li­śmy się z Emily rok przed moją despe­racką podróżą od wybrzeża do wybrzeża, którą pod­ją­łem, żeby rato­wać nasz zwią­zek. Oboje zna­leź­li­śmy let­nią pracę w Olde Mistick Vil­lage, z zało­że­nia oso­bli­wie sta­ro­mod­nej pułapce na tury­stów z cza­sów kolo­nial­nych w Nowej Anglii z miej­skim skwe­rem, sta­wem z kacz­kami i skle­pi­kami ofe­ru­ją­cymi dro­gie, nikomu nie­po­trzebne akce­so­ria i pamiątki. Ja pra­co­wa­łem w dwu­oso­bo­wej eki­pie ogrod­ni­czej, a Emily za ladą pie­karni, gdzie sprze­da­wali moje ulu­bione, duże, opa­ko­wane w celo­fan ciastka z melasą Joe Frog­gers, wysta­wione w koszyku na kon­tu­arze. I wła­śnie takie ciastko kupi­łem za pierw­szym razem, kiedy tam wsze­dłem: kawę i joe frog­gera.

– Nie. – Emily skrzy­wiła się na widok tego, które wybra­łem. Odło­żyła je do koszyka i dała mi inne. – To jest więk­sze. Myślisz, że jest też Mrs Cof­fee?

– Że… co?

Była prze­wrot­nie słodka i troszkę dziwna. Postu­kała poma­lo­wa­nym paznok­ciem w trzy­maną w ręku karafkę, gdzie wid­niał napis „Mr Cof­fee”.

– Wszę­dzie znaj­dziesz Mrs Santa Claus i Mrs Doubt­fire, a Mrs Cof­fee ni­gdzie. Myślisz, że Mr Cof­fee ma żonę?

Wzru­szy­łem ramio­nami i zdaw­kowo się uśmiech­ną­łem.

– Tak przy oka­zji, Emily.

– Corby. Przy­pusz­czam, że Mr Cof­fee jest kawa­le­rem, ale czuje miętę do Mrs But­ter­worth.

– Do tej szlai? Mam nadzieję, że się zabez­pie­cza, bo ździra kręci z Mr Peanu­tem. Trzy sie­dem­dzie­siąt pięć.

Poda­łem jej pią­taka i rzu­ci­łem, że reszty nie trzeba.

– Wiesz, kogo mi przy­po­mi­nasz? Tyle że on nie jest rudy. Heatha Led­gera.

– Syna Billy’ego Boba Thorn­tona w tym dra­ma­cie wię­zien­nym, który strzela sobie w łeb, kiedy ojciec go upo­ko­rzył? Jaki to był tytuł?

Teraz ona wzru­sza ramio­nami i odpo­wiada, że miała na myśli Heatha Led­gera z Zako­cha­nej zło­śnicy.

– Ale nie żebyś był aż takim cia­chem, więc się nie nady­maj.

– Dobra – obie­cuję, a potem już do końca dnia o niej roz­my­ślam, nabi­ja­jąc śmieci na kij i pole­wa­jąc szlau­chem alejki wokół stawu z kacz­kami. Głu­pie pta­szy­ska. Nie mogą srać do wody? Uzna­łem, że musi mieć chło­paka.

Póź­niej w porze lun­chu codzien­nie kupo­wa­łem joe frog­gera, choć głów­nie zacho­dzi­łem tam, żeby z nią flir­to­wać. Miała ciemne falu­jące włosy, duże piwne oczy i oliw­kową cerę. I jesz­cze słodki tyłe­czek w kształ­cie serca, wysta­jący spod kokardy far­tuszka. I niski, zmy­słowy głos, nie­spo­dzie­wany u kogoś, kto mie­rzy nie­wiele ponad metr pięć­dzie­siąt wzro­stu. Jeśli była kolejka, patrząc na Emily, oce­nia­łem, jakich pig­men­tów bym użył, żeby uchwy­cić odcień jej skóry. Brązy, beże, może ździebko śród­ziem­no­mor­skiej zie­leni i toskań­skiej żółci. Nie żebym liczył, że kie­dy­kol­wiek mi zapo­zuje. Bo jak mogłem jej to zapro­po­no­wać, nie wycho­dząc na zboka?

– Jak będziesz je tak wci­nał, zmie­nisz się w ropu­cha – ostrze­gła mnie któ­re­goś razu wzglę­dem cia­stek. – W zasa­dzie to już dostrze­gam tro­chę zie­leni wokół skrzeli.

Miała zabój­cze poczu­cie humoru.

– Mamy skrzela tylko jako kijanki – odpar­łem. – Doro­słe osob­niki oddy­chają przez skórę.

Przy­pad­kowo zapa­mię­ta­łem ten szcze­gół, gdy ojciec wyja­wił mi go nad stru­mie­niem koło naszego domu tuż po tym, jak zła­pa­łem żabę.

Innym razem sta­łem w kolejce w pie­karni za jakąś matką z dziec­kiem.

– Widzisz tego pana za tobą? – spy­tała chłopca Emily. – To pół czło­wiek, pół ropuch.

Dzie­ciak się obró­cił i spoj­rzał na mnie ze scep­tycz­nym uśmie­chem, ale kiedy przy­tak­ną­łem i zare­cho­ta­łem, uśmiech znik­nął z jego twa­rzy.

To chyba tam­tego dnia zdo­by­łem się wresz­cie na odwagę, żeby się z nią umó­wić. Była już połowa waka­cji, a nawet się nie zająk­nęła o chło­paku.

– Koń­czysz o szó­stej? Może prze­gry­ziemy coś w pią­tek i sko­czymy do „Andrei”? Zapo­wie­dzieli występy cover bandu R.E.M. w week­end. Widzia­łem ich w ostat­nim seme­strze w Pro­vi­dence. Cał­kiem nie­źle grają.

Czu­łem, jak pło­nie mi twarz, gdy zwle­kała z odpo­wie­dzią.

– Nie­stety, mam inne plany – rzu­ciła wresz­cie.

– Dobra, nie ma sprawy.

– W piątki wcze­śnie wska­ku­jemy z mamą w piżamy i gramy w scrab­ble.

Scrab­ble z matką? Serio? Skoro nie była zain­te­re­so­wana, mogła cho­ciaż zosta­wić mi tro­chę god­no­ści.

– Jasne, żaden pro­blem. Dobra, do roboty.

Marzy­łem, żeby jak naj­szyb­ciej stam­tąd wyjść.

– Hej, ruda­sku? – zawo­łała. – A za ciastko kto zapłaci?

Spoj­rza­łem w dół. No tak, trzy­ma­łem w ręku joe frog­gera.

– Prze­pra­szam – wyją­ka­łem. Zmie­szany wycią­gną­łem z port­fela pią­taka.

– Nie czu­jesz, że robię sobie jaja? Będę ci dozgon­nie wdzięczna, jeśli wyba­wisz mnie od kolej­nego piąt­ko­wego wie­czoru w piża­mie z grami plan­szo­wymi za roz­rywkę. Wspo­mnia­łeś o jedze­niu? Wiesz, o czym marzę przez całe lato? O sma­żo­nych mał­żach.

– Myśla­łem raczej o pizzy, ale w porządku. Z nóżką czy bez?

– Jasne, że z nóżką. Jedze­nie małży bez nóżki to jak poca­łu­nek bez języczka.

Wow! Zamu­ro­wała mnie tą śmiałą uwagą. Zauwa­żyła to, roze­śmiała się i powie­działa, że wyglą­dam, jak­bym prze­żył szok.

– Szok? Ja? – odpa­ro­wa­łem.

Resztę popo­łu­dnia spę­dzi­łem na pie­le­niu i obry­wa­niu zwię­dłych kwia­tów, zasta­na­wia­jąc się, jakiż to sygnał mi wysłała tym żar­tem na temat poca­łun­ków. Sku­pi­łem się też na rachunku. Dwie por­cje małży z nóżką będą kosz­to­wać trzy razy wię­cej niż pizza, pomy­śla­łem, ale co tam.

Dla więk­szo­ści moich rówie­śni­ków seks spro­wa­dzał się do zali­cza­nia – im wię­cej, tym lepiej. Ale nie dla mnie. Do tam­tego lata, gdy pozna­łem Emily, kocha­łem się w sumie z trzema dziew­czy­nami.

Na pierw­szej randce jedli­śmy w samo­cho­dzie przy budce z mał­żami, którą wybrała. Nie śmia­łem jej wyja­wić, że wolę małże bez nóżki.

– Już się naja­dłeś? – spy­tała.

Przy­tak­ną­łem. Z jakie­goś powodu nie byłem głodny. Nóżki małży puchły mi w ustach. Zja­dła swoją por­cję i doja­dła moją. Maczała małże w sosie tatar­skim, nie w keczu­pie, i obli­zy­wała palce.

W dro­dze do klubu roz­ma­wia­li­śmy o uczelni. Powie­dzia­łem, że wła­śnie skoń­czy­łem pierw­szy rok na Rhode Island School of Design z byle jakimi oce­nami, oprócz wykła­dów i ćwi­czeń z rysunku archi­tek­to­nicz­nego na pozio­mie zaawan­so­wa­nym. Ona z kolei miała przed sobą drugi rok na UCLA na wydziale nauczy­ciel­skim, bo od dziecka marzy, żeby uczyć w szkole.

– Z krótką prze­rwą, kiedy mia­łam osiem lat i chcia­łam zostać zakon­nicą.

Pod­sta­wówkę skoń­czyła w Con­nec­ti­cut, a liceum w połu­dnio­wej Kali­for­nii, dokąd prze­nie­śli się jej rodzice, by rato­wać swoje mał­żeń­stwo. Kiedy nic z tego nie wyszło, jej matka wró­ciła do krew­nych w Sto­ning­ton w Con­nec­ti­cut. Emily została z ojcem, żeby mieć dostęp do dar­mo­wej nauki ofe­ro­wa­nej rezy­den­tom Kali­for­nii. Tęsk­niła jed­nak za mamą i cie­szyła się, że spę­dza z nią waka­cje.

– Jesteś z nią bar­dziej zżyta niż z ojcem?

– Teraz chyba tak, ale kiedy dora­sta­łam, byłam „córeczką tatu­sia”. Mama to typowa alfa, a tata jest bar­dziej wylu­zo­wany. Dojeż­dża­łam na zaję­cia, miesz­ka­jąc u niego, ale teraz wpro­wa­dziła się tam jego part­nerka z córką. Ana jest miła, nie żeby­śmy się nie doga­dy­wały, ale razem z tatą uznają mnie za kogoś w rodzaju „niani na stałe”, dla­tego po waka­cjach wynajmę miesz­ka­nie na spółkę z innymi stu­den­tami. A tobie do któ­rego rodzica bli­żej?

– Oczy­wi­sta sprawa. Mój ojciec to fiut.

Nie chcia­łem wda­wać się w szcze­góły, więc zmie­ni­łem temat. Tydzień wcze­śniej napo­mknęła w pie­karni, że robi wie­czo­rowy kurs na Uni­wer­sy­te­cie Con­nec­ti­cut.

– Reli­gie świata, tak?

Ski­nęła głową.

– Zapi­sa­łam się, żeby zali­czyć ostatni z wyma­ga­nych przed­mio­tów ogól­nych, ale to naprawdę cie­kawe. W zeszłym tygo­dniu było o hin­du­izmie: kar­mie, dhar­mie, rein­kar­na­cji.

Gdy wyja­śniała, że wszy­scy byli­śmy tu wcze­śniej, tylko pod inną posta­cią, uda­wa­łem zain­te­re­so­wa­nie, ale tak naprawdę myśla­łem o tym, jak ład­nie pach­nie, jak bar­dzo chciał­bym cało­wać te pełne roz­ga­dane usta i jak by to było ją prze­le­cieć.

– Nie sądzisz? – spy­tała.

Ale wtopa! Nie mia­łem poję­cia, jak odpo­wie­dzieć.

– Moż­liwe… – bąk­ną­łem.

W klu­bie parę razy zatań­czy­li­śmy (ona dużo lepiej ode mnie) i wypi­li­śmy kilka heine­ke­nów, ale grali za gło­śno, żeby­śmy mogli poroz­ma­wiać. Kiedy z ogłu­sza­jącą werwą zain­to­no­wali What’s the fre­qu­ency, Ken­neth?3, wska­za­łem ręką plażę na tyłach budynku. Emily ski­nęła głową. Księ­życ tuż po pełni roz­świe­tlał brzeg oce­anu. Zrzu­ci­li­śmy buty, ona doło­żyła torebkę, ja nakry­łem to wszystko bluzą z kap­tu­rem i ruszy­li­śmy przed sie­bie.

– Czyli bli­żej ci do mamy niż do ojca. Jaka jest?

– Mama? Ma… rude włosy jak ja, tylko że siwieje. Poczu­cie humoru, lubi pra­co­wać w ogródku.

Pomi­ną­łem bar­dziej egzo­tyczne detale – że hoduje zioło, sta­wia tarota, pod­czas waka­cji mię­dzy moją maturą a pierw­szym rokiem stu­diów mach­nęła sobie tatuaż, jest wic­canką, a kie­dyś wyznała mi, że pew­nie jest bisek­su­alna.

– Taki wolny duch – dorzu­ci­łem.

– Pra­cuje?

– Jako kel­nerka w New­port Cre­amery. Od lat. Ma grupę sta­łych bywal­ców, z któ­rymi lubi pożar­to­wać. A twoja jaka jest?

– Dużo czyta i pisuje wier­sze, któ­rych nikomu nie poka­zuje. Odku­rza dwa razy w tygo­dniu i ma mi za złe, że taka ze mnie fleja. Należy do kościel­nego kółka kobiet; szyją pat­chwor­kowe narzuty.

– Jak w serialu Girls Gone Wild4. Skoro chcia­łaś zostać zakon­nicą, to pew­nie jeste­ście kato­li­kami?

– Nie. Byłam u kole­żanki, Erin Houli­han. Aku­rat odwie­dzała ich ciotka, sio­stra Julia, młoda, ładna i tuż po ślu­bach. Po powro­cie do domu oznaj­mi­łam mamie, że jak osią­gniemy odpo­wiedni wiek, razem z Erin wstą­pimy do zakonu. Upo­mniała mnie, że jeste­śmy meto­dy­stami, i spy­tała, czy wiem, że zakon­nice golą sobie głowy i że klę­czą na twar­dych posadz­kach, kiedy się modlą, cza­sami po kilka godzin bez prze­rwy. Wtedy uzna­łam, że Erin będzie musiała pójść tam sama.

Roze­śmiała się na to wspo­mnie­nie.

– Mój dzia­dek był gene­ra­łem bry­gady, a obaj bra­cia mamy ofi­ce­rami. Wuj Frank aż do eme­ry­tury pra­co­wał w Pen­ta­go­nie. Cała rodzina gło­suje na Repu­bli­ka­nów, mama też.

– Jaka matka, taka córka?

– Poli­tycz­nie? Boże broń. Nie jestem w sta­nie roz­ma­wiać z nią o poli­tyce. A ty – gło­so­wa­łeś na Busha czy na Gore’a?

Kiedy wyzna­łem, że nie chciało mi się gło­so­wać, bo wszy­scy poli­tycy są tacy sami, wal­nęła mnie w ramię. Mocno!

– Część pro­ble­mów wynika wła­śnie z takiego podej­ścia, głu­polu. Widzę, że będę się musiała napra­co­wać, zanim cię wypro­stuję.

Czyli że mamy przed sobą przy­szłość? Że z tego wie­czoru coś wynik­nie?

– Może jed­nak szkoda, że nie zosta­łaś zakon­nicą – odpar­łem. – Ochrza­niać i przy­ło­żyć już umiesz, a z taką urodą łysa też byś wymia­tała.

Powie­działa, że na pewno wsta­wiam takie bajery wszyst­kim dziew­czy­nom.

– Jakim dziew­czy­nom?

– Nie zale­waj. Sze­ro­kie bary, szczu­pla­czek, dłu­gie rzęsy, dla któ­rych każda laska gotowa zabić.

Jej kom­ple­menty zawsty­dziły mnie, ale i spra­wiły mi przy­jem­ność.

– „Szczu­pla­czek”? Prę­dzej nazwał­bym sie­bie kan­cia­stym.

– A i dup­cia śliczna – zadrwiła. – Nie żebym się przy­glą­dała.

Wycią­gnęła rękę i wplo­tła swoją małą dłoń w moją, a ja owi­ną­łem wokół niej palce. Czy doszło do tego tak wcze­śnie? Czy to ta chwila – ten gest – spra­wiła, że się w niej zako­cha­łem?

Gdy dotar­li­śmy do miej­sca, gdzie zosta­wi­li­śmy rze­czy, przy­pływ zdą­żył cał­ko­wi­cie je zmo­czyć.

– Nic wiel­kiego – oce­niła. – Więk­szość dro­bia­zgów mam w dru­giej torebce, a bank­noty można wysu­szyć.

Kiedy wró­ci­li­śmy do klubu, zespół naj­wy­raź­niej zro­bił sobie prze­rwę. Z szafy gra­ją­cej wybrzmie­wała stara, dobrze znana mi pio­senka. „Jesteś tu, taka cie­pła, lecz gdy odwrócę wzrok, znik­niesz…”. Posta­no­wi­li­śmy, że już tam nie wró­cimy. Trzy­ma­jąc w rękach mokre buty, ruszy­li­śmy boso na par­king. Pie­ści­li­śmy się w samo­cho­dzie, aż zapa­ro­wały szyby i mało bra­ko­wało, żebym nie pole­ciał. Szep­nęła, że już wystar­czy.

– Na pewno? – odszep­ta­łem.

– Nie. Ale tak – odparła.

Kiedy odwio­złem ją do mamy, spy­ta­łem, jak dobrze jej było w skali od jed­nego do pię­ciu.

– Pięć – odpo­wie­działa. – A tobie?

– Dzie­sięć.

Naza­jutrz jesz­cze spa­łem, kiedy zadzwo­nił tele­fon. Mru­żąc oczy, zer­k­ną­łem na zega­rek. Siódma pięt­na­ście. Kto żeż, kurwa?

– Tak?

– Dzień dobry – rzu­ciła. – Jesz­cze raz dzięki za wczo­raj­szy wie­czór. Masz ochotę na śnia­da­nie? W „Aero Diner” przy dro­dze numer dwa za pół godziny?

– Dobra – odpar­łem, zsu­ną­łem nogi z łóżka i ruszy­łem pod prysz­nic.

Wytarł­szy się ręcz­ni­kiem, przyj­rza­łem się w lustrze swo­jej nago­ści. Dłu­gie rzęsy? Tak. Sze­ro­kie bary? Nie. Prze­ciętne, nic szcze­gól­nego. Ale z uwagi na pracę fizyczną, którą wyko­ny­wa­łem tam­tego lata, fak­tycz­nie zro­bił mi się kalo­ry­fer i powięk­szyły bicepsy. Biel pod­ko­szulka odci­na­jąca się od opa­le­ni­zny. Nie­fajna. Nagryz pio­nowy, o czym nie­zmien­nie przy­po­mi­nała mi asy­stentka sto­ma­to­loga, czysz­cząc zęby. No i według mnie byłem raczej kości­sty. Widocz­nie to się podoba, pomy­śla­łem i wło­ży­łem czy­ste bok­serki. Grunt, że podoba się Emily. Ponow­nie spraw­dzi­łem godzinę. Mia­łem kwa­drans, żeby dotrzeć do tego baru przy dwójce, a w dro­dze na plażę pew­nie będzie korek. Nie było czasu na gole­nie; mia­łem nadzieję, że lubi taki szorstki wygląd.

Oka­zało się, że lubi. Spo­ty­ka­li­śmy się nie­mal co wie­czór już do końca szybko prze­mi­ja­ją­cych waka­cji. Kilka razy byli­śmy na plaży. Kocha­li­śmy się przy każ­dej spo­sob­no­ści, zwa­żyw­szy że każde z nas miesz­kało z matką.

Jej od początku była wobec mnie podejrz­liwa, a gdy zna­la­zła zro­bione przeze mnie nagie szkice Emily, jesz­cze bar­dziej ją to zanie­po­ko­iło.

– Może je wrzu­cić do inter­netu – ostrze­gła córkę. – Jaka szkoła cię zatrudni, jeśli wyjdą na jaw?

Emily zało­żyła, że przy bliż­szym pozna­niu Betsy mnie zaak­cep­tuje, więc któ­rejś desz­czo­wej nie­dzieli w poło­wie sierp­nia posze­dłem do nich na kola­cję. Przy­go­to­wała laza­nię, a Betsy skromną sałatę z rukolą, oliwą i sokiem z cytryny. Mam nadzieję, że nie padła, kiedy ją szy­ko­wała, pomy­śla­łem. Żeby zro­bić wra­że­nie, szarp­ną­łem się na butelkę czer­wo­nego wina za trzy­dzie­ści dolców, celowo nie zry­wa­jąc nalepki z ceną, ale nie­po­trzeb­nie wyda­łem pie­nią­dze, bo Betsy led­wie umo­czyła w nim usta. Kiedy zja­dłem dokładkę laza­nii, Emily oznaj­miła, że upie­kła cia­sto jago­dowe na deser. Wstała i zaczęła uprzą­tać tale­rze. Ja też się pode­rwa­łem, ale Betsy nale­gała, żebym usiadł, bo prze­cież jestem ich gościem.

Em wyszła do kuchni, więc zosta­li­śmy sami. Po kilku sekun­dach krę­pu­ją­cej ciszy rzu­ci­łem:

– Wiem od Emily, że pisuje pani wier­sze.

– Cza­sami – odparła nie­dbale. – Wolę czy­tać, niż pisać.

– A jaka jest pani ulu­biona książka?

– Dobry Boże, tyle ich jest…! Wła­śnie wró­ci­łam do Jane Eyre. To jedna z moich ulu­bio­nych lek­tur. Na kanale publicz­nym poka­zują dosko­nały serial na jej pod­sta­wie w paśmie „Teatr mistrzów”. Pew­nie nie oglą­dasz.

– Ja nie, ale ogląda moja mama – odpar­łem, co było kłam­stwem, bo dla niej tele­wi­zyjny mus w nie­dzielne wie­czory to Gotowe na wszystko.

– Powiedz mi… Liczysz, że wyży­jesz ze sztuki?

– Kto wie? Ale wła­ści­wie to jesz­cze nie pla­nuję przy­szło­ści. Jestem bar­dziej z tych, któ­rzy żyją chwilą.

– Aha, czyli konik polny, nie mrówka?

Wzru­szy­łem ramio­nami.

– Bajki Ezopa – wyja­śniła. – Jesteś jesz­cze bar­dzo młody, prawda?

Czyli nie­doj­rzały i głupi, domy­śli­łem się. Nala­łem sobie wina. Caber­net za trzy­dzie­ści dolców? Ktoś musi go wypić. Kusiło mnie, żeby jej powie­dzieć, że rodzice mojej lice­al­nej sym­pa­tii sza­leli za mną. Jej ojciec nawet zabrał mnie na ryby. Jasny gwint, gdzie ta Emily?

Się­ga­jąc po kie­li­szek, trą­ci­łem go i roz­la­łem wino na bia­lutki obrus. Betsy zigno­ro­wała moje prze­pro­siny, zerwała się i pobie­gła do kuchni. Wró­ciła uzbro­jona w papie­rowe ręcz­niki, ścierkę i butelkę wody sodo­wej. Osu­szała, pole­wała i szo­ro­wała, jed­no­cze­śnie infor­mu­jąc, że obrus, pre­zent od jej uko­cha­nej ciotki, będzie do wyrzu­ce­nia, jeśli pozwoli, żeby plama się wgry­zła.

– Naprawdę bar­dzo prze­pra­szam – wybą­ka­łem ponow­nie, jed­nak zamiast przy­jąć moje prze­pro­siny, szo­ro­wała z jesz­cze więk­szą zawzię­to­ścią.

Emily wró­ciła z cia­stem, jej zda­niem zbyt nasą­czo­nym, bo zapo­mniała dodać mąki kuku­ry­dzia­nej. Świa­dom, że jagody zosta­wiają plamy, zja­dłem swój kawa­łek wyjąt­kowo ostroż­nie. Po ostat­nim kęsie wsta­łem i oznaj­mi­łem, że muszę wyjść.

– Już? – zdzi­wiła się Emily.

Wykrę­ci­łem się kre­tyń­ską wymówką, że muszę nakar­mić psa sąsia­dów.

Przy drzwiach szep­ną­łem Emily do ucha, że z pew­no­ścią obla­łem ten test.

– Czyli dobrze, że to nie z nią cho­dzisz. – Zaśmiała się. – Nie przej­muj się głu­pim obru­sem. Wielka mi rzecz.

Odwza­jem­niła mój poca­łu­nek.

Lało wtedy jak z cebra i zie­mia była nasiąk­nięta. Cofa­jąc wóz, przy­pad­kowo zje­cha­łem z pod­jazdu na traw­nik. Zro­biła się mała kole­ina, któ­rej ran­kiem pew­nie nawet nikt nie zauważy. Kurwa, a nawet jeśli, Betsy będzie się musiała z tym pogo­dzić. „Jesteś jesz­cze bar­dzo młody, prawda?”. Picz.

Pod koniec sierp­nia obie­ca­li­śmy sobie, że będziemy dzwo­nić i pisać tak czę­sto, jak pozwolą nam na to obo­wiązki. Mia­łem przy­le­cieć na czte­ro­dniowe ferie na Święto Dzięk­czy­nie­nia, a ona w cza­sie mie­sięcz­nej prze­rwy zimo­wej przy­je­dzie do matki. I tak, wraz z koń­cem lata w Olde Mistick Vil­lage, roz­je­cha­li­śmy się, każde na swoją uczel­nię.

Rozdział 3

2006–2013

Dzwo­ni­li­śmy do sie­bie cztery, pięć razy w tygo­dniu, koń­cząc każdą roz­mowę dekla­ra­cjami: „Kocham cię” i „Ja kocham cię bar­dziej”. Święto Dzięk­czy­nie­nia w Kali­for­nii było w porządku. Ojciec Emily, Pat, i jego dziew­czyna, Ana, oka­zali się fajni i dużo bar­dziej przy­jaźni niż jej matka. Emily przy­le­ciała do Con­nec­ti­cut na Gwiazdkę po zakoń­cze­niu jesien­nego seme­stru. Ode­bra­łem ją z lot­ni­ska. Kiedy wychy­nęła zza rogu i doj­rzała mnie w tłu­mie, pognała jak sza­lona i rzu­ciła mi się w ramiona, obej­mu­jąc nogami. Kil­koro świad­ków tego zda­rze­nia nagro­dziło to gło­śnym aplau­zem.

Więk­szość tych trzy­ty­go­dnio­wych ferii spę­dzi­li­śmy razem. Na jeden dzień wypra­wi­li­śmy się pocią­giem do Nowego Jorku, żeby obej­rzeć cho­inkę przed Roc­ke­fel­ler Cen­ter i świą­teczne wystawy. Po powro­cie poje­cha­li­śmy pośli­zgać się na san­kach na polu gol­fo­wym. Umó­wi­li­śmy się na lunch w „Vil­lage Pizza” z moją mamą, która chciała poznać Emily. Potem zapra­szała nas do sie­bie, ale baj­zel w jej tra­ile­rze był tak dosko­nały jak porzą­dek w domu Betsy i cza­sami cuch­nęło tam kocimi sikami, więc się z tego wyłga­łem. Powie­dzia­łem, że Emily ma aler­gię na koty i że Ajax i Tri­xie mogą wywo­łać u niej atak. Poje­chaw­szy po świą­teczne zakupy do cen­trum han­dlo­wego, zapa­trzy­li­śmy się na witrynę salonu jubi­ler­skiego. Nagle pode­szła eks­pe­dientka i zade­kla­ro­wała, że może nam zaofe­ro­wać dużo więk­szy wybór pier­ścion­ków zarę­czy­no­wych. Emily się zaru­mie­niła i pokrę­ciła głową.

– Jesz­cze nie ten etap? Mamy też spory asor­ty­ment pięk­nej nie­zo­bo­wią­zu­ją­cej biżu­te­rii na pre­zent. Zapra­szam do środka.

Grzecz­nie podzię­ko­wa­łem i ode­szli­śmy, trzy­ma­jąc się za ręce. Naza­jutrz wró­ci­łem tam i kupi­łem Emily bran­so­letkę z bry­lan­tem z czter­na­sto­ka­ra­to­wego złota.

Pre­zenty poda­ro­wa­li­śmy sobie w Wigi­lię w samo­cho­dzie.

– Na pewno nie chcesz wejść? – spy­tała Emily.

Nie chcia­łem. Jej matka zapro­siła mnie na świą­teczną kola­cję naza­jutrz i tylko tyle Betsy byłem w sta­nie znieść. Emily była zachwy­cona bran­so­letką i od razu ją wło­żyła. Nie sko­men­to­wała bry­lantu, ja też o nim nie wspo­mnia­łem, ale mia­łem nadzieję, że zro­zu­miała tę alu­zję jako zapo­wiedź przy­szłych atrak­cji. Pre­zen­tem dla mnie była rezer­wa­cja pokoju na Nowy Rok w Three Rivers Inn.

Ni­gdy wcze­śniej nie zatrzy­ma­łem się w tak ele­ganc­kim hotelu. Kocha­li­śmy się w cie­płym jacuzzi z bąbel­kami, a potem w luk­su­so­wym łożu. Emily zaczęła łykać tabletki, więc nie było zawra­ca­nia głowy z gum­kami. Kiedy doszła, wybuch­nęła pła­czem.

– Co się stało? – spy­ta­łem.

– Nic. Tylko… Sama nie wiem. Jesz­cze ni­gdy się tak nie czu­łam.

– Jak?

– Jakby… tro­chę pijana, choć nie wypi­łam ani kro­pelki. Jestem taka szczę­śliwa, Corby. Tro­chę oszo­ło­miona, ale to dobre uczu­cie.

Tuląc się, obej­rze­li­śmy tele­wi­zyjne pod­su­mo­wa­nie naj­waż­niej­szych wyda­rzeń mija­ją­cego roku: hura­gan Katrina, Irak, śmierć papieża Jana Pawła II, naro­dziny YouTube. Potem kula w dół na Times Squ­are i nowo­roczny poca­łu­nek. Zasnę­li­śmy, tuląc się do sie­bie. Dwa dni póź­niej byli­śmy już na lot­ni­sku. Obser­wo­wa­łem start samo­lotu, któ­rym pole­ciała do Kali­for­nii.

Kiedy się pako­wa­łem przed powro­tem na uczel­nię, przy­szła do mnie mama z pudeł­kiem brow­nie. Wyznała, że bar­dzo polu­biła Emily.

– Ale takie związki na odle­głość trudno utrzy­mać – powie­działa.

– Tak? A mnie się zda­wało, że odle­głość spra­wia, iż serce jesz­cze bar­dziej tęskni.

Lubi­łem filo­zo­fo­wać; mamie cza­sami się to podo­bało, a cza­sami nie. Nie­kiedy igno­ro­wała takie uwagi, żeby zazna­czyć swój punkt widze­nia.

– Nie chcę psuć ci zabawy, Corby, ale nie roz­pę­dzaj się z tą dziew­czyną. Oboje jeste­ście bar­dzo mło­dzi i…

– Wiesz, mamo, nie­po­trzeb­nie się mar­twisz. Może dla nie­któ­rych związki na odle­głość nie dzia­łają, ale nas to nie doty­czy.

– W porządku. Tylko nie chcę, żebyś cier­piał. I nie zapo­mnij poczę­sto­wać brow­nie kole­gów z aka­de­mika. Cia­stek jest dwa­na­ście i pół.

– Zaplą­tało się w nich jakieś ziółko, pani uzdra­wiaczko?

Spoj­rzała z wyrzu­tem.

– Dobra, dzięki. I prze­stań się o nas mar­twić. Wszystko będzie dobrze.

I było przez kilka pierw­szych tygo­dni seme­stru. Kiedy jej listy i tele­fony stały się rzad­sze, zło­ży­łem to na karb jej prak­tyk nauczy­ciel­skich. Czter­dzie­ści pięć minut na dojazd do szkoły, lek­cje przez cały dzień, powrót do domu, przy­go­to­wa­nie mate­ria­łów na następny dzień i ocena prac domo­wych do póź­nej nocy. Byli­śmy jak skała, tyle że ona miała cho­ler­nie dużo zajęć. Nad­szedł jed­nak wie­czór, kiedy powie­działa mi przez tele­fon w zasa­dzie to samo, co moja mama: że może powin­ni­śmy przy­sto­po­wać z tym związ­kiem.

– Nie wiem, skąd ci się to wzięło – odpar­łem. – Myśla­łem, że być ze mną to dla cie­bie jak… rausz. Powie­dzia­łaś tak, bo się prze­spa­li­śmy i wciąż czu­łaś to cie­pło?

Nie łyk­nęła przy­nęty, posta­wiła na wymowną ciszę, ja jed­nak napie­ra­łem.

– Zry­wasz ze mną? To chcesz mi powie­dzieć?

– Nie. Pomy­śla­łam jedy­nie, że może powin­ni­śmy troszkę zwol­nić.

– Jezu! Jak bar­dzo możemy jesz­cze „zwol­nić”, skoro ty jesteś w Kali­for­nii, a ja w Rhode Island i dzieli nas pra­wie pięć tysięcy kilo­me­trów?

– Corby, dla­czego tak się wście­kasz? Mówię tylko, że może od czasu do czasu mogli­by­śmy mieć swo­bodę uma­wia­nia się z innymi.

Gdyby dzia­łał wtedy Skype albo Face­Time, dostrze­głaby moją roz­pacz.

– Nie potrze­buję takiej swo­body, bo mam cał­ko­witą pew­ność, że chcę spę­dzić resztę życia z tobą.

– Tylko że ja nie jestem pewna, czy oboje jeste­śmy tu w tym samym punk­cie. Nawet nie wiem, jakie zasady obo­wią­zują nas jako parę. Można się w tym pogu­bić.

– Dobra, kto to jest?

– Jeśli już musisz wie­dzieć, to Brad Pitt. Nie mogłam się oprzeć.

– Pytam serio. Kto to? Prze­spa­łaś się z nim?

– Nie ma nikogo innego, Corby. Wysnu­wasz pochopne wnio­ski.

– Czyżby?

Długa chwila mil­cze­nia.

– Jeden z moich współ­lo­ka­to­rów. Mason. Wczo­raj przy śnia­da­niu wypa­lił znie­nacka, że mu się podo­bam. Poczu­łam się nie­zręcz­nie, bo wywo­łuje we mnie wyłącz­nie iry­ta­cję. Obcina paznok­cie u nóg w salo­nie. A jak się uczy, chrząka tak czę­sto, że zaczy­nam liczyć, zamiast sku­pić się na wła­snej nauce.

– Dobra, kto jesz­cze?

– Nikt. Kie­row­nik kawiarni, do któ­rej zaglą­dam, pytał, czy mam ochotę pójść z nim na wer­ni­saż, ale odmó­wi­łam, mówiąc, że się z kimś spo­ty­kam. Cho­ciaż wpa­dło mi do głowy, że gdyby…

– Tra­fił się ktoś lep­szy… nie chcesz ogra­ni­czać sobie opcji?

– Zapo­mnij, że w ogóle pod­ję­łam ten temat. I nie bądź, kurwa, taki zakom­plek­siony. Z tymi prak­ty­kami w szkole już i tak żyję w stre­sie. Dzie­ciaki w jed­nej z klas wciąż mnie testują. Ich eta­towa nauczy­cielka jest ostra jak brzy­twa i wręcz boją się przy niej oddy­chać. Wczo­raj zapo­wie­działa, że jeśli nad nimi nie zapa­nuję, nie wyobraża sobie, żeby mogła mi dać dobrą ocenę. Kło­pot w tym, że sie­dzi murem w kla­sie. Sie­dzi i łypie. Przed każdą lek­cją jestem strzęp­kiem ner­wów.

Nie chcia­łem roz­ma­wiać o jej prak­ty­kach. Chcia­łem roz­ma­wiać o nas. Jak­bym miał jakie­kol­wiek kom­pe­ten­cje, żeby jej dora­dzać, rzu­ci­łem:

– Powiedz jej, że masz swój styl pro­wa­dze­nia zajęć i że pod­czas two­ich lek­cji nie może tam być, bo cię stre­suje.

– Tak, na pewno byłaby zachwy­cona. Wspo­mnia­łam o zasa­dach, jakie obo­wią­zują nas jako parę. A gdyby jakiś zna­jomy zapro­sił mnie na spa­cer albo do kina, czy byłoby to…

Natych­miast jej prze­rwa­łem:

– Jedno pyta­nie. Ta bran­so­letka ode mnie – nosisz ją czy wci­snę­łaś do szu­flady?

– Wła­śnie mam ją na sobie. Noszę codzien­nie. Wiem, że nie wyja­śni­łam kla­row­nie, o co mi cho­dzi, ale żyję pod taką pre­sją w związku z tymi prak­ty­kami…

Odpar­łem, że muszę koń­czyć i że wró­cimy do tego. I się roz­łą­czy­łem.

Zaczą­łem prze­cha­dzać się w tę i nazad. Kie­row­nik kawiarni? Przy­po­mniał mi się bari­sta ze Star­bucksa przy Angell Street. Przy­stojny i wyspor­to­wany, nawet facet zwróci na takiego uwagę. Do tego „z oso­bo­wo­ścią”; w jego słoju na napiwki pęcz­niały bank­noty jedno- i pię­cio­do­la­rowe. Jak­bym miał jakie­kol­wiek szanse, żeby z nim kon­ku­ro­wać!

Zbie­głem po scho­dach i wypa­dłem z aka­de­mika. Pogna­łem samo­cho­dem z kam­pusu do cen­trum Pro­vi­dence i kupi­łem paczkę papie­ro­sów. Pali­łem tylko, kiedy się dener­wo­wa­łem. Zaczą­łem pod­czas jed­nego z tygo­dni egza­mi­na­cyj­nych w liceum. Dobrą godzinę albo i dłu­żej sze­dłem przed sie­bie, kurzy­łem fajki i roz­my­śla­łem, co by tu zro­bić, żeby jej nie stra­cić. Wró­ci­łem na kam­pus z gar­dłem podraż­nio­nym niko­tyną i smołą, ale też z pomy­słem.

Nie lubi­łem swo­jej uczelni, a ten semestr był wyjąt­kowo denny. Na egza­mi­nach w poło­wie seme­stru zła­pa­łem dwóję i tróję z minu­sem, tę pierw­szą z geo­me­trii prze­strzen­nej (gdy­bym chciał aż tyle matmy, tobym ją stu­dio­wał), tę drugą z inter­fej­sów śro­do­wi­sko­wych (za dużo opusz­czo­nych zajęć i do tego wykła­dowca z iry­tu­ją­cym śmie­chem i nie­świe­żym odde­chem). W pierw­szym tygo­dniu nowego seme­stru zro­biło się jesz­cze gorzej, kiedy sta­ną­łem przed komi­sją dys­cy­pli­narną za nie­do­rzeczny wybryk, który zda­rzył się tuż przed prze­rwą świą­teczną. Zgło­siw­szy się na ochot­nika z kil­koma kole­gami do ude­ko­ro­wa­nia czę­ści wspól­nych aka­de­mika, okrop­nie się uwa­li­łem. Jak wszy­scy, ale to ja wypi­sa­łem śnież­nym spre­jem na szy­bie: „Walę cie­bie i sanie, na któ­rych przy­je­cha­łeś!”. Obok prze­cho­dził aku­rat dzie­kan, zoba­czył to i zło­żył skargę. Stu­denci z komi­sji dys­cy­pli­nar­nej – trzech bał­wa­nów – wysłu­chali moich kula­wych wyja­śnień, że korzy­sta­łem z praw wyni­ka­ją­cych z Pierw­szej Poprawki. „Chcę mieć poczu­cie, że to koledż, a nie wię­zie­nie”, oświad­czy­łem na zakoń­cze­nie. Uzna­łem, że ja i Rhode Island School of Design nie pasu­jemy do sie­bie.

Nawet nie zabra­łem papie­rów, po pro­stu odje­cha­łem swoim prze­rdze­wia­łym che­vro­le­tem che­vette i ruszy­łem na zachód. Do tego stop­nia byłem prze­ko­nany, że Emily jest tą jedyną i że ów mocny gest prze­kona też ją, że i ja jestem tym jedy­nym. No bo ilu face­tów rzuci stu­dia dla miło­ści?

Mimo że solid­nie zasu­wa­łem, podróż z Pro­vi­dence do San Diego zajęła mi pra­wie cztery dni i kosz­to­wała dwa man­daty za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści (jeden w Pen­syl­wa­nii, drugi tuż za Lit­tle Rock w Arkan­sas) oraz grzywnę za włó­czę­go­stwo gdzieś na auto­stra­dzie numer 40, bo zdrzem­ną­łem się na pobo­czu. Cały czas mia­łem włą­czone radio; milion razy wysłu­cha­łem Rihanny, CeeLo i łza­wego hitu Jamesa Blunta You’re Beau­ti­ful w sta­cjach pusz­cza­ją­cych pop. W miarę jak posu­wa­łem się na zachód, był to Kenny Che­sney, Rascal Flats i sta­cje żeru­jące na Chry­stu­sie. Było też mul­tum wia­do­mo­ści – poprawki do Ustawy Patrio­tycz­nej, top­nie­jące lodowce, afera w wię­zie­niu Abu Ghraib. A jeśli pla­nu­je­cie polo­wa­nie na prze­piórki z Dic­kiem Che­neyem, lepiej to prze­my­śl­cie.

Kiedy mia­łem już po uszy radia, wyłą­cza­łem je i przez chwilę napa­wa­łem się ciszą, póki nie roz­brzmiał mi w gło­wie głos ojca. „Tato, decy­zja o rzu­ce­niu stu­diów to nie to samo, co wyrzu­ce­nie”, upie­ra­łem się, prze­ry­wa­jąc jego starą śpiewkę, że zawsze go zawo­dzę. To bucze­nie w uszach zaczęło się w gim­na­zjum, kiedy zła­pali mnie na kra­dzieży talii kart base­bal­li­stów w skle­pie hob­by­stycz­nym w gale­rii han­dlo­wej. Wie­czór, kiedy mnie i moich kum­pli zgar­nęli jako nie­let­nich w Lan­tern Hill za picie, okre­ślił jako wstyd dla mnie i dla sie­bie. (Rzecz jasna, kiedy przy­je­chał po mnie na poste­ru­nek poli­cji sta­no­wej, zala­ty­wał szkocką). Upo­ko­rzy­łem go też tam­tego dnia latem, gdy się dowie­dział, że wylali mnie z doryw­czej pracy w A&P, bo obja­da­łem się goto­wa­nymi kre­wet­kami, gdy zamiast zwo­zić puste wózki z par­kingu, wda­łem się w poga­wędkę z fajową blon­dynką z działu ryb­nego. Wypo­mniał mi, że się pod­ło­żył, pro­sząc koleżkę od golfa, lokal­nego mene­dżera A&P, żeby mnie przy­jęli. Powie­dział: „Muszę się pogo­dzić z tym, że mój syn to lewus, leń i fujara”.

Na pierw­szym roku kole­dżu przez jakiś czas cho­dzi­łem do uczel­nia­nej psy­cho­lożki w związku z odczu­wa­nymi lękami. Roz­ma­wia­li­śmy o mojej rela­cji z ojcem.

– Nie jestem w sta­nie tego pojąć – wyzna­łem. – Ponoć stu­denci go uwiel­biają. W zeszłym roku dostał jakąś ważną uni­wer­sy­tecką nagrodę za pro­jekt, który roz­krę­cił w Haiti. Tym­cza­sem w domu, nim zosta­wił matkę i mnie, bez prze­rwy jeź­dził mi po dupie. Jej też, nawet gorzej niż mnie.

– Mnó­stwo ludzi tak ma, Corby – odparła. – Image publiczny różni się cał­ko­wi­cie od tego, co w domu. Nie przy­szło ci do głowy, że być może byłeś ofiarą napa­ści słow­nych?

Wzią­łem jed­nak stronę ojca.

– Plo­tąc takie bzdury, pró­buje mnie zmo­ty­wo­wać. Spro­wa­dzić na zie­mię.

– Czyli przy­zna­jesz, że jesteś prze­gry­wem? Znamy się od nie­dawna, ale nie podzie­lam tej opi­nii.

Dla­czego wku­rzyła mnie próba, jaką pod­jęła, żeby bro­nić mnie przed ojcem? Dla­czego potem prze­sta­łem do niej zaglą­dać?

Tak czy owak ten osten­ta­cyjny gest – ola­nie stu­diów i podróż przez całą Ame­rykę, żeby rato­wać mój zwią­zek z Emily – przy­niósł zamie­rzony efekt.

– Rany boskie! – zdu­miała się, otwo­rzyw­szy drzwi. – Corby? Co…? Dla­czego…?

– Bo tylko ty się dla mnie liczysz. Wyj­dziesz za mnie?

Kiedy się roz­pła­ka­łem, poło­żyła mi dło­nie na ramio­nach i przy­cią­gnęła do sie­bie. Wtu­liw­szy głowę w moją pierś, oświad­czyła, że nie­ważne, że mój nagły przy­jazd wydaje się bez sensu i że jedyna rzecz, jakiej jest pewna, to to, że mnie, kurwa, kocha. Na oświad­czyny nie odpo­wie­działa ani tak, ani nie.

Jej współ­lo­ka­to­rzy nie byli zachwy­ceni, cho­ciaż dorzu­ci­łem się do czyn­szu. Wsty­dliwa Becky dosta­wała zawału, kiedy zja­wia­łem się w kuchni bez koszuli albo wycho­dzi­łem z łazienki owi­nięty ręcz­ni­kiem. Mason, ten, któ­remu „Emily się podo­bała”, rzu­cał w mojej obec­no­ści zagad­kowe uwagi, które Em odczy­ty­wała jako bierno-agre­sywne. Ode­ssa miała pre­ten­sje, że zosta­wiam brudne naczy­nia w zle­wie, co zda­rzyło się góra dwa razy. Któ­re­goś popo­łu­dnia, kiedy nie było nas w domu, zwo­łali naradę i zagło­so­wali za usu­nię­ciem nas z miesz­ka­nia. Emily czuła się ura­żona, a mnie było przy­kro przez wzgląd na nią, ale w duchu wykrzy­ki­wa­łem grom­kie Alle­luja! Już nie będę musiał zno­sić życia na kupie z tymi pri­ma­don­nami!

Prze­nie­śli­śmy się do dwu­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia nad gara­żem w pobliżu kam­pusu. Poko­cha­łem połu­dniową Kali­for­nię. Ten luz i nie­praw­do­po­dobna pogoda! Ostatni mie­siąc prak­tyk poszedł Emily tak dobrze, że oce­niono ją na piątkę i dyrek­tor szkoły zapro­po­no­wał jej roczny etat. Ja też zna­la­złem pracę, sprze­da­wa­łem gar­ni­tury w Men’s Ware­ho­use w Redlands. W co drugi wolny week­end pró­bo­wa­łem opy­chać swoje obrazy na molo w Embar­ca­dero. Week­en­dowi tury­ści zwy­kle kupo­wali mor­skie land­sza­fty i nikogo nie inte­re­so­wał abs­trak­cyjny eks­pre­sjo­nizm, na któ­rym się wtedy sku­pi­łem. Nie zamie­rza­łem jed­nak obni­żać poprzeczki i pro­du­ko­wać gów­nia­nej tan­dety tylko dla­tego, że ma wzię­cie. Obni­ży­łem ją za to, rysu­jąc węglem ikony rocka – te naj­bar­dziej oczy­wi­ste: Hen­drixa, Janis, Prince’a, Coba­ina. Po pięć­dzie­siąt dolców za sztukę. Śred­nio scho­dziły trzy, cztery dzien­nie. Więk­szość kasy odkła­da­łem na pier­ścio­nek zarę­czy­nowy dla Emily. Żeby było ofi­cjal­nie.

W tamte waka­cje Emily nie pole­ciała do matki, została ze mną w Kali­for­nii. Bodajże w poło­wie lipca dopa­dła ją zakrze­pica żył głę­bo­kich. Żeby uchro­nić ją przed zakrze­pami, lekarz odsta­wił jej tabletki i zale­cił uży­wa­nie kap­turka. Dopiero gdy zaszła w ciążę, doczy­ta­li­śmy się, że w czte­rech pro­cen­tach przy­pad­ków oka­zuje się nie­sku­teczny, jeśli sto­so­wany jest pra­wi­dłowo, a w dwu­na­stu do osiem­na­stu pro­cen­tach, jeśli nie. Może w unie­sie­niu zda­rzyło się, że byli­śmy nie­ostrożni – nie pamię­tam. Tak czy siak wynik testu domo­wego był jed­no­znaczny. Kiedy przy­klęk­ną­łem i wyją­łem pier­ścio­nek z bry­lan­tem, roz­pła­kała się i powie­działa tak. Zadzwo­niła do matki, by prze­ka­zać jej wie­ści, ale tu cze­kała ją przy­kra nie­spo­dzianka. Betsy miała raka, konieczna była mastek­to­mia.

Chęć bycia przy mamie pod­czas rekon­wa­le­scen­cji w połą­cze­niu z potrzebą w cza­sie ciąży bli­skiego kon­taktu z Betsy spra­wiły, że Emily zaczęła postu­lo­wać prze­pro­wadzkę na wschód.

– Możesz pole­cieć na czas ope­ra­cji, jeśli chcesz, zaopie­kuj się nią przez dwa tygo­dnie, ale teraz nasze życie jest tu, skar­bie. Może po naro­dzi­nach dziecka ona przy­je­dzie do nas…

Emily pokrę­ciła głową i oznaj­miła, że mama potrze­buje jej, a ona mamy.

– A co z pracą, którą dopiero co dosta­łaś? Co zro­bisz, zre­zy­gnu­jesz, nim zaczniesz?

I wła­śnie tak się to skoń­czyło. Pod­da­łem się. Spa­ko­wa­li­śmy doby­tek, wyna­ję­li­śmy przy­czepę, wpi­sa­li­śmy w mapy adres Betsy i ruszy­li­śmy w drogę. I tak zakoń­czył się nasz kali­for­nij­ski żywot.

Ta podróż była ist­nym pie­kłem. Kupi­łem naj­tań­szy zestaw holow­ni­czy i źle go zamon­to­wa­łem. Tuż po wjeź­dzie do Ari­zony przy­czepa się wypięła, cudem nie wbiła się w auto jadące z tyłu, po czym pomknęła pobo­czem do rowu. Stra­ci­li­śmy przez to cały dzień. Do tego doszły koszty nowego haka i noc­legu w pod­łym, peł­nym wszy motelu.

Gdy tak prze­mie­rza­li­śmy tysiące kilo­me­trów, Emily ogar­niały fale mdło­ści. Kłó­ci­li­śmy się. Emily dwu­krot­nie miała napad pła­czu. W Mis­so­uri zaczęła krwa­wić. Lekarz na SOR-ze w Okla­homa City zba­dał ją, dla pew­no­ści zle­cił USG, po czym zapew­nił, że lek­kie krwa­wie­nie w pierw­szym try­me­strze to coś, co czę­sto się zda­rza.

– W około jed­nej czwar­tej ciąż. Więk­szość kobiet rodzi póź­niej zdrowe dzieci. Nie ma powodu do paniki, droga mamu­siu i tatu­siu. Myślę, że wszystko będzie dobrze.

Na nie­wy­raź­nym zdję­ciu, które nam prze­ka­zał, płód przy­po­mi­nał fasolkę z oczkiem. Według leka­rza miał jakieś dwa i pół cen­ty­me­tra. Emily poro­niła następ­nego ranka, tro­chę ponad sto pięć­dzie­siąt kilo­me­trów za Nashville. Na prze­mian pła­kała i zasy­piała. Pró­bo­wa­łem pocie­szyć ją naj­le­piej, jak umia­łem, ale trudno było mi za nią tra­fić. To mnie prze­ro­sło. Nie chciała skon­sul­to­wać się z leka­rzem. Ona po pro­stu wie­działa. Marzyła wyłącz­nie o spo­tka­niu z mamą. Zwal­czy­łem sen­ność, wali­łem red bulla za red bul­lem i resztę drogi poko­na­li­śmy, jadąc nie­mal non-stop.

Betsy miała dla nas dobre wie­ści: rak został opa­no­wany, nie było prze­rzu­tów. Oka­zała tro­skę Emily i – co zaska­ku­jące – także mnie.

– Chcesz się przy­tu­lić? – spy­tała, kiedy zosta­li­śmy sami w kuchni.

Zawa­ha­łem się. Nie chcia­łem, bo wciąż wyobra­ża­łem sobie jej odciętą pierś na nie­rdzew­nej sta­lo­wej tacy. Zgo­dzi­łem się jed­nak, żeby jej nie ura­zić.

– Tylko bez misiacz­ków – zazna­czyła. – Na­dal jestem obo­lała.

Kiedy mnie objęła, nie byłem w sta­nie odwza­jem­nić tego gestu, jedy­nie pokle­pa­łem ją lekko po ple­cach.

Ślub wzię­li­śmy w ratu­szu w Sto­ning­ton pierw­szego sierp­nia. Ojciec Emily nie mógł przy­je­chać w tak krót­kim ter­mi­nie, ale przy­słał mejl z cze­kiem i prośbą o zdję­cia. Emily wło­żyła żółtą pla­żową sukienkę bez ręka­wów, a ja swoją szczę­śliwą koszulę w kratę, kami­zelkę od jedy­nego gar­ni­turu i naj­mniej wytarte dżinsy. Świad­kami była lice­alna kole­żanka Em, Lee-Anne, i jej chło­pak. W cere­mo­nii uczest­ni­czyły obie matki, moja w kel­ner­skim far­tuszku, bo przy­je­chała wprost ze zmiany w New­port Cre­amery. Betsy wystro­iła się jak na wielki ślub kościelny, o któ­rym marzyła dla córki. Po pod­pi­sa­niu aktu pomknęła na lunch do Flo­od­tide, jed­nej z tych szy­kow­nych knajp, gdzie dają gościom toczki przy ladach do kro­je­nia mięs i przy­go­to­wują sałatkę Cezara na two­ich oczach przy sto­liku. Mie­siąca mio­do­wego nie było – oboje byli­śmy umó­wieni na roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyjne.

Pod­sta­wówka przy West Vine Street zatrud­niła Emily jako nauczy­cielkę klas trze­cich. W tym samym tygo­dniu zła­pa­łem posadę gra­fika w Cre­ative Stra­te­gies, star­tu­pie, który z rado­ścią mnie przy­jął ze względu na moje port­fo­lio, a także z uwagi na fakt, że mogli zani­żyć mi pen­sję, bo nie mia­łem dyplomu. Kum­pel z uczelni, Matt, jedyny, z któ­rym utrzy­my­wa­łem kon­takt, po skoń­cze­niu peł­nych stu­diów zała­pał się do Cutwa­ter, jed­nej z naj­więk­szych agen­cji rekla­mo­wych na Man­hat­ta­nie, i wyna­jął chatę w Bro­okly­nie, gdzie miesz­kali wszy­scy hip­ste­rzy. Moja firma miała sie­dzibę w robot­ni­czym Con­nec­ti­cut, więc przy­pusz­cza­łem, że wyciąga dużo wię­cej ode mnie. Ale coś za coś. Mnie poszczę­ściło się w miło­ści, a jemu nie, przy­naj­mniej na razie. Gdy­bym nie rzu­cił stu­diów, żeby rato­wać zwią­zek, pew­nie nie oże­nił­bym się z Emily. Ale się oże­ni­łem. Kocha­łem ją jesz­cze moc­niej niż kie­dyś i nawet jeśli ona nie była mi aż tak oddana – co nie­kiedy mnie mar­twiło – nie zna­czyło to, że mnie nie kocha. Oka­zy­wała jedy­nie lekką rezerwę i tyle. Nie trzy­mała dystansu jak jej matka – to na pewno. Po pro­stu zacho­wy­wała coś tylko dla sie­bie, to wszystko. Nic w tym złego.

Wstrzy­ma­li­śmy się z kolejną ciążą, tłu­ma­cząc sobie, że mamy mnó­stwo czasu i że naj­pierw chcemy okrzep­nąć zawo­dowo. Musimy myśleć prak­tycz­nie, a nie dzia­łać przy­pad­kowo i impul­syw­nie, jak za pierw­szym razem, pod­su­mo­wała Emily. Ale chyba gdzieś czaił się w tym lęk, zwłasz­cza u niej. Po tam­tym poro­nie­niu w tak trud­nych oko­licz­no­ściach stała się nad wyraz ostrożna. Spy­ta­łem trzy, może cztery razy, czy chce o tym poga­dać, ale nie­zmien­nie krę­ciła głową i mil­kła. Na­dal się wygłu­piała, uka­zu­jąc tę swoją mądra­liń­ską naturę, którą tak mnie urze­kła tam­tego lata – lecz już rza­dziej. Dzie­li­li­śmy się domo­wymi obo­wiąz­kami po poło­wie. Kiedy robi­łem pra­nie, zda­rzało się, że odkła­da­jąc rze­czy na miej­sce, spo­glą­da­łem na to nie­wy­raźne zdję­cie USG, które trzy­mała w szu­fla­dzie z bie­li­zną: na tę maleńką fasolkę, na naszego nie­na­ro­dzo­nego. Nie żeby Emily ją ukry­wała. Wie­działa, że wiem, że tam jest. Po pro­stu nie chciała roz­ma­wiać o naszej trau­ma­tycz­nej podróży na wschód.

Latem 2014 wyna­ję­li­śmy domek w Truro na Cape Cod. To wtedy Emily powie­działa, że chyba jest już gotowa, by spró­bo­wać ponow­nie. Prze­sta­li­śmy pil­no­wać kalen­da­rza i pod koniec mie­siąca zaszła w ciążę.

– Na waszym miej­scu zaczął­bym się roz­glą­dać za wóz­kiem dla bliź­nia­ków – oznaj­mił gine­ko­log, kiedy poje­cha­li­śmy na USG.

– No jak to? To żart? – rzu­ci­łem i się roze­śmia­łem. Potem spoj­rza­łem na Emily i doj­rza­łem w jej oczach strach.

Rozdział 4

27 kwiet­nia 2017

I nagle już wiem.

Obra­cam się gwał­tow­nie w stronę tyl­nej kanapy, szu­ka­jąc potwier­dze­nia, że się mylę. Ale widzę tylko przy­piętą pasem Maisie tulącą Pana Zebrę. Fote­lik Nika jest pusty. Za późno. Mam przed oczami jego obraz: leży na brzu­chu i obser­wuje mrówki.

Otwie­ram drzwi, wyta­czam się z auta, tracę rów­no­wagę i padam na zie­mię. Klę­cząc, zmu­szam się, żeby zaj­rzeć pod samo­chód. Na jego widok odwra­cam wzrok. Zakli­nam Boga, w któ­rego nie wie­rzę, żeby to się nie działo naprawdę. Żeby ten krzyk wypar­cia nie był mój, lecz ojca jakie­goś innego dziecka. Sły­szę pod­nie­siony bła­galny głos Shawna McNally’ego, który wybrał numer alar­mowy. Widzę Lindę nad­bie­ga­jącą zza samo­chodu, zakry­wa­jącą usta dło­nią. Pod­cho­dzę do syna, osu­wam się na kolana, znów odwra­cam wzrok, ale zmu­szam się, by na niego spoj­rzeć. Leży na boku, z buzią skie­ro­waną w lewo, w kałuży czer­wieni pod zmiaż­dżo­nym cia­łem. Widzę, że jego maleńką pier­sią wstrząsa rwany oddech, że wal­czy o życie – i ponow­nie odry­wam wzrok. To nie dzieje się naprawdę! Nie zosta­wiaj nas, Niko! Musisz wal­czyć!

Pró­buję go pod­nieść i wziąć na ręce, ale Shawn mnie powstrzy­muje, mówi, żebym nie ruszał. Dźwiga mnie z ziemi i przy­tula. Maisie! Wciąż jest w aucie! Nie, już nie. Linda zabrała ją i trzyma na rękach tak, żeby nie zoba­czyła tego kosz­maru. Zagu­biona i prze­ra­żona Maisie rwie się do mnie. Przej­muję ją od Lindy, sta­ra­jąc się nad sobą zapa­no­wać, ale nic z tego. Gdy zaczy­nam szlo­chać, Maisie idzie w moje ślady.

– Co mam zro­bić? – pytam Lindę. – Nie wiem, co robić!

– Zadzwoń do Emily.

Kręcę głową.

– Nie mogę. Jak ja jej powiem, że to wszystko przez…

– Musisz, Corby. Ona musi się dowie­dzieć.

Pota­kuję i grze­bię w kie­sze­niach w poszu­ki­wa­niu komórki.

– Chyba nie wzią­łem tele­fonu – mówię do Lindy. – Możesz ją jesz­cze chwilkę potrzy­mać?

Pew­nie, że może.

– Tata musi zadzwo­nić do mamusi – tłu­ma­czę Maisie. – Potem znów weź­mie na rączki.

Czuję mdło­ści, bie­gnę do domu, pró­buję nie sły­szeć jej pła­czu.

Gdzie on jest!? Gdzie ten pie­przony tele­fon!? W amoku latam z kuchni do łazienki, do naszej sypialni i pokoju dzieci. Przy­staję na widok zdję­cia na półce przy komo­dzie. Stoją w łóżeczku w śpiosz­kach, które odda­li­śmy, kiedy z nich wyro­sły. Maisie słodko się uśmie­cha, a śmie­szek Niko robi głu­pią minkę. Jezu, a co, jeśli…? Jak to się może dziać naprawdę, skoro jesz­cze dwa­dzie­ścia minut temu ście­ra­łem mu syrop z buzi i wyj­mo­wa­łem z fote­lika w kuchni? Nie chcę tam wra­cać. Chcę zostać tutaj, w bez­piecz­nej stre­fie sprzed tego zda­rze­nia. Sprzed momentu, kiedy wrzu­ci­łem wsteczny i…

Za dru­gim podej­ściem dostrze­gam komórkę leżącą na środku kuchen­nego blatu. Chwy­tam ją i wybie­ram gło­sowo numer Emily. Sygnał za sygna­łem, aż w końcu sły­szę: „Zostaw wia­do­mość”. Wysy­łam SMS: „Pilne! Przy­jedź natych­miast!”. Nie oddzwa­nia. Cho­lera! Musiała wyłą­czyć tele­fon. Wybie­gam przed dom.

Jest już karetka. Ratow­nicy pochy­lają się nad Nikiem, zasła­nia­jąc mi widok.

– Tatu­siu! – krzy­czy Maisie.

Staję, nie wie­dząc, do któ­rego z nich pod­biec naj­pierw. W końcu Linda pod­cho­dzi do mnie z moją córką. Jest z nimi Arlene, która mieszka przy tej samej ulicy. Przej­muję Maisie i ruszam w stronę Nika, ale Arlene chwyta mnie za rękę.

– Osza­la­łeś? Chyba nie chcesz, żeby to zoba­czyła?

Potrzą­sam głową. Idę z Maisie w naj­dal­szy zaką­tek naszego traw­nika, żeby chro­nić ją – i sie­bie – przed tym, co dzieje się na pod­jeź­dzie.

– No, już dobrze – powta­rzam w kółko, żeby powstrzy­mać jej płacz. – Wszystko w porządku.

To chyba naj­więk­sze wypo­wie­dziane przeze mnie w życiu kłam­stwo.

Nie! – krzy­czę sam do sie­bie. Jego sio­stra go potrze­buje! Jego matka i ja nie damy rady, jeśli… Niko to dzielny chłop­czyk. Oddy­cha, wal­czy o życie. Ratow­nicy są dobrze wyszko­leni, widać, że ci dwaj znają się na swo­jej robo­cie. Może będzie potrzebna ope­ra­cja, ale prze­cież leka­rze czy­nią cuda. Wygrze­bie się z tego, na pewno.

W migo­czą­cych świa­tłach karetki na traw­niku przed domem McNal­lych tło­czą się sąsie­dzi: Arlene, jej mąż J.G., Dylan i Rashon, ci, co kupili dom Olm­ste­adów, Mary Louise i jej córka, Jodie, która cza­sami niań­czy bliź­nięta. W zeszłym tygo­dniu poka­zała im swo­jego nowego szcze­niaka. Co oni tam jesz­cze przy nim robią? Szybko, do karetki! Do szpi­tala!

Przed dom zajeż­dżają dwa radio­wozy, jeden po dru­gim. W sumie czte­rech gli­nia­rzy. Pierw­sza dwójka podąża w miej­sce wypadku. Przy­ku­cają, oglą­dają tylną prawą oponę. Jeden coś mie­rzy, drugi robi zdję­cia komórką. Pozo­stali dwaj pod­cho­dzą do sąsia­dów. Dociera do mnie jedy­nie głos Lindy.

– Krzy­cze­li­śmy, żeby sta­nął, ale nas nie sły­szał.

Widocz­nie poli­cjanci spy­tali o mnie, bo Shawn wska­zał ręką w moim kie­runku. Kiedy prze­cho­dzą przez ulicę, kie­ru­jąc się w naszą stronę, Linda woła:

– To był wypa­dek! Potworny wypa­dek! On jest wspa­nia­łym ojcem!

Jezu, Emily wciąż nie wie.

– Niech ktoś zadzwoni do szkoły mojej żony! – krzy­czę do sąsia­dów. – Pod­sta­wówka przy West Vine! Mieli jechać na wycieczkę, ale może jesz­cze nie wyszli!

Rashon macha do mnie tele­fo­nem i woła, że już dzwoni.

– Dzień dobry – rzuca do mnie krępy star­szy gli­niarz. – To funk­cjo­na­riusz Longo, a ja jestem sier­żant Fazio. Jest pan ojcem chłopca?

– Tak.

– To pan kie­ro­wał pojaz­dem?

– Tak.

Chwilę odcze­kuje, aż wezmę się w garść.

– To też pań­skie dziecko?

Kiwam głową.

– Bliź­nięta.

– Dziew­czynka i ofiara?

Ofiara! Nie nazy­waj go tak!

– Ma na imię Niko.

Młod­szy gli­niarz sku­pia się na Maisie.

– Mam córeczkę w twoim wieku. Jak ci na imię, skar­bie?

Maisie wtula we mnie buzię i mam­ro­cze:

– Nie widzisz mnie.

– Czy ktoś mógłby się nią zająć, żeby­śmy mogli poroz­ma­wiać? – pyta sier­żant.

Kiwam głową. Wołam Jodi i jej matkę. Pytam, czy mogą popil­no­wać Maisie. Mary Louise mówi, że jasne, zrobi wszystko, co będzie trzeba.

– Nie! Do taty! – roz­pa­cza Maisie, ale Jodi przy­po­mina jej o szcze­niaku.

Chce do nich pójść poba­wić się z Babeczką? Maisie się waha, ale w końcu kiwa główką i pusz­cza moją rękę.

– Może zostać u nas do oporu – woła jesz­cze Mary Louise, kiedy odcho­dzą. – Będziemy się modlić za Nika.

Stery przej­muje sier­żant.

– Musimy zadać kilka pytań, panie…?

– Led­bet­ter.

Wycią­gam port­fel i drżącą ręką oka­zuję prawo jazdy. Bie­rze je ten młod­szy.

– Spraw­dzę – rzuca i oddala się do radio­wozu.

Sier­żant przy­suwa się i prosi, żebym opo­wie­dział mu dro­bia­zgowo, co się wyda­rzyło w trak­cie zda­rze­nia i wcze­śniej.

– Pro­sił­bym o jak naj­wię­cej szcze­gó­łów. Pro­szę niczego nie pomi­jać, nawet jeśli to pana zda­niem nie­istotne.

Robię krok, może dwa w tył. Zaczy­nam od tostów fran­cu­skich, alarmu prze­ciw­po­ża­ro­wego, wycieczki Emily i zamiaru pod­wie­zie­nia malu­chów do teścio­wej. Słu­cham wła­snego kłam­stwa, które sprze­da­łem żonie – że zamie­rza­łem spę­dzić dzień na poszu­ki­wa­niu pracy. Nie wspo­mi­nam o chrzczo­nej rumem kawie ani o dodat­ko­wym ati­va­nie. Gdy wresz­cie milknę, zauwa­żam, że sier­żant wpa­truje się w moje roz­trzę­sione dło­nie.

Tym­cza­sem u wylotu pod­jazdu uwi­jają się ratow­nicy. Kładą Nika na nor­mal­nych roz­mia­rów wózku i wsu­wają go do karetki. Jeden wska­kuje z nim na tył. Drugi kie­ruje się na przód auta i siada na fotelu kie­rowcy.

– Muszę poje­chać z nim do szpi­tala – oznaj­miam sier­żan­towi.

Gdy karetka z miga­ją­cymi świa­tłami odjeż­dża, krzy­czę:

– Hej! Zacze­kaj­cie!

Włą­cza się syrena, karetka się roz­pę­dza. Zwra­cam się bła­gal­nie do sier­żanta:

– On mnie potrze­buje! Jestem jego tatą!

– Pod­wie­ziemy tam pana – pro­po­nuje gli­niarz. – Po dro­dze opo­wie nam pan resztę.

– Tak, ale… pew­nie będę musiał coś pod­pi­sać, udzie­lić infor­ma­cji leka­rzom. Może będą go ope­ro­wać? Wia­domo, ile tam będę? Lepiej żebym poje­chał wła­snym autem.

– Tym SUV-em? – Sier­żant kręci głową. – Zosta­nie tutaj. Śled­czy będą chcieli mu się przyj­rzeć. Zresztą pew­nie nie jest pan w sta­nie teraz pro­wa­dzić.

Żołą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła. Cze­kam na ciąg dal­szy.

– Jest pan roz­trzę­siony. Pod­wie­ziemy pana.

– Nie rozu­miem, dla­czego śled­czy mie­liby…

– Ruty­nowa pro­ce­dura. Zwłasz­cza jeśli chło­piec nie prze­żyje. Nie twier­dzę, że tak się sta­nie, ale…

– Tak się nie sta­nie! On potrze­buje ojca! Powi­nie­nem być w karetce!

– Był przy­tomny?

Mrozi mnie to pyta­nie.

– Co?

– Bo jeśli nie albo jeśli podali mu środki uspo­ka­ja­jące, i tak nie będzie wie­dział, czy jest pan obok.

Stoję uci­szony jego logiką, jego pie­przo­nym okru­cień­stwem.

– Chodźmy, panie Led­bet­ter. Ma pan rację. Dziecko potrze­buje taty. I mamy. Została powia­do­miona?

Odpo­wia­dam, że nie wiem, że ma wyłą­czony tele­fon, ale pro­si­łem, żeby ktoś się z nią skon­tak­to­wał. Pew­nie zadzwo­nił do sekre­ta­riatu.

– Dobrze, idziemy. Do radio­wozu.

Jak on się nazywa? Zapo­mnia­łem. Zer­kam na przy­pinkę na kie­szeni koszuli. Fazio. Sier­żant Fazio.

Kiedy mnie pro­wa­dzi, sły­szę, jak ten drugi roz­ma­wia przez radio.

– Może to EtOH. Pew­no­ści nie mam, ale to moż­liwe… Przy­ją­łem. Spy­tam w szpi­talu, czy mogą ją pobrać.

– Longo? – rzuca sier­żant Fazio.

Ten obraca głowę, zdzi­wiony, że sto­imy obok. Fazio otwiera tylne drzwi radio­wozu i ostrzega, żebym uwa­żał na głowę. Obcho­dzi auto od tyłu i siada obok. Kiedy Longo odjeż­dża od kra­węż­nika, widzę kobietę i dwóch męż­czyzn wyska­ku­ją­cych z bia­łego vana, który zaje­chał przed nasz dom. Poznaję ją, to repor­terka lokal­nej tele­wi­zji. Fazio też ich zauwa­żył i kręci głową. Radzi, żebym nie roz­ma­wiał z mediami, a prze­cież i tak nie mia­łem zamiaru.

– Pro­szę jesz­cze raz opo­wie­dzieć mi o szcze­gó­łach, może pan o czymś zapo­mniał? – cią­gnie. – Dzięki temu będzie pan miał to wszystko uło­żone w gło­wie, kiedy śled­czy będzie pana prze­słu­chi­wał.

– Prze­cież pan mnie prze­słu­chuje.

– No tak, ale pew­nie będzie pan musiał przez to przejść dwa albo trzy razy. Muszą wsz­cząć śledz­two, żeby nie­które rze­czy wyklu­czyć.

– Jakie?

– Zanie­dba­nie, zamiar.

– Zamiar!? Jak­bym celowo go prze­je­chał!? Tylko ktoś chory mógłby…

– Takie rze­czy się zda­rzają. Zdzi­wiłby się pan. Ale o nic pana nie oskar­żamy. Prze­ciw­nie. Chcemy pomóc upo­rząd­ko­wać fakty, żeby pod­czas prze­słu­cha­nia…

– Dali to Sparks – wpada mu w słowo Longo. – Spo­tkamy się w szpi­talu.

– Przy­ją­łem – odpo­wiada sier­żant Fazio, jakby part­ner rzu­cił to przez radio, a nie z przed­niego sie­dze­nia. – No więc tak jak mówi­łem, Cor­bin. Mogę po imie­niu?

Wzru­szam ramio­nami.

– Lepiej upo­rząd­ko­wać wer­sję przed roz­mową z detek­tyw Sparks. Wtedy będzie mogła oce­nić, czy uraz pań­skiego syna to dzieło przy­padku. Zwłasz­cza jeśli chło­piec…

– Niech­że pan prze­sta­nie! On prze­żyje! Jest jak mały bul­do­żer! W zeszłym tygo­dniu wal­nął głową w sto­lik, ale od razu wstał jakby ni­gdy nic! Jego sio­stra to co innego, ale Niko…

– Jak ude­rzył się w głowę? – dopy­tuje Fazio.

– Prze­wró­cił się i nabił sobie guza.

– Dla­czego się prze­wró­cił?

– Dzieci w tym wieku cią­gle się prze­wra­cają. Dla­czego mam poczu­cie, że doszu­kuje się pan pod­tek­stów we wszyst­kim, co mówię?

– Nie wiem, panie Led­bet­ter. Skąd u pana to poczu­cie?

– Chyba pan nie rozu­mie, przez co ja teraz prze­cho­dzę. Nie potra­fię się sku­pić na rze­czach, o które mnie pan wypy­tuje, kiedy pró­buję prze­ko­nać sam sie­bie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. A tak w ogóle, to myślę wyłącz­nie o tym, co z moim synem w szpi­talu i jak mam powie­dzieć żonie. Sta­ram się nie roz­kle­jać, ale…

I wła­śnie wtedy ogar­nia mnie roz­pacz i się roz­kle­jam.

Kiedy wresz­cie docho­dzę do sie­bie, odzywa się Fazio:

– W porządku, Cor­bin. Wró­cimy do tego, jak już będziemy w szpi­talu.

– I co to wła­ści­wie zna­czy „upo­rząd­ko­wać wer­sję”? Nie muszę nic porząd­ko­wać, bo to nie jest żadna „wer­sja”, tylko to, co się wyda­rzyło.