RUMOT. TRYLOGIA - R.P. Verano - ebook

RUMOT. TRYLOGIA ebook

R.P. Verano

0,0

Opis

Rok 2120. Po upadku dawnego świata Jack składa robota z części znalezionych w opuszczonej fabryce. Rumot miał pomagać ludziom przetrwać. Szybko jednak zaczyna zadawać pytania, popełniać błędy i wygłaszać meldunki, które potrafią rozbroić nawet najtrudniejszy dzień.

Wraz z Jackiem i Mary szuka miejsca, które można nazwać domem. Później rusza śladem sygnału człowieka, spotyka ludzi i maszyny, a droga prowadzi go dalej, niż ktokolwiek planował. Kiedy na Ziemię dociera niezwykły transport, odbudowa świata staje się próbą odwagi, zaufania i prawa do własnych decyzji.

„RUMOT. TRYLOGIA” zawiera w jednym tomie trzy części: „Nową Ziemię”, „Drogę do Początku” i „Prawo do Błędu”. To opowieść science fiction o przyjaźni, humorze i nadziei, która przetrwała koniec świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 375

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



RUMOT. TRYLOGIA

Wydanie zbiorcze

R.P. VERANO

Nowa Ziemia • Droga do Początku • Prawo do Błędu

RUMOT. TRYLOGIA

Wydanie zbiorcze trzech części

© 2026 R.P. Verano

Autor: R.P. Verano

Wydawca: Fabulae et Astra

Wydanie pierwsze, 2026

ISBN 978-83-983671-0-3 (wydanie zbiorcze, EPUB)

Wszelkie prawa zastrzeżone.

CZĘŚĆ I

NOWA ZIEMIA

I. Kupa żelastwa

Rok 2120.

Miasto nie umarło nagle. Najpierw zgasły reklamy, później witryny sklepów, potem światła w oknach. Na końcu ucichły samochody. Po kilkudziesięciu latach asfalt popękał, drzewa weszły między domy, a wiatr nauczył się otwierać drzwi budynków, do których nikt już nie zaglądał.

Jack miał dwadzieścia kilka lat i określał siebie jako „prawie inżyniera”. Nie dlatego, że brakowało mu wiedzy. Brakowało uczelni, wykładowców i dyplomu.

Fabrykę robotów znalazł przypadkiem. Ogromna hala przetrwała lepiej niż większość miasta. Na taśmach montażowych stały szkielety maszyn, a magazyny pełne były silników, przewodów, czujników i kończyn należących kiedyś do różnych modeli.

Jack przez dwa tygodnie wybierał części.

Korpus znalazł w dziale serwisowym. Prawą rękę w skrzyni oznaczonej „AG-7”. Lewą wziął z robota spawalniczego. Jedna noga była czarna, druga żółta. Głowa wyglądała, jakby projektantowi pod koniec zmiany zabrakło cierpliwości.

Jack podłączył ostatni przewód i cofnął się.

— No, dawaj, stary. Rusz się, kupo żelastwa.

Nic.

Sprawdził zasilanie.

— To już czternasty raz. Jeżeli teraz nie wstaniesz, zrobię z ciebie szafkę.

Robot zaiskrzył.

Jack odskoczył.

W korpusie coś zazgrzytało. Zielona dioda zamigotała, zgasła, po czym zapaliła się ponownie. Maszyna wyprostowała najpierw jedną nogę, później drugą i z wysiłkiem podniosła się z podłogi.

Rozejrzała się.

— Ja mówię: kto to jesteś ty?

Jack otworzył usta.

— Jestem Jack. Twój konstruktor.

Robot spojrzał na niego jednym zielonym okiem.

— Konstruktor jest ten, kto skonstruował?

— Tak.

— A części skonstruowali inni.

Jack zawahał się.

— Dobrze. Złożyłem cię.

— To precyzyjniejsze.

Jack patrzył na niego przez chwilę.

— Dopiero wstałeś i już się czepiasz.

— Co to znaczy „czepiasz”?

— Dowiesz się. Będziesz moim pomocnikiem. Słuchasz, co mówię, i pomagasz mi przeżyć. Zrozumiałeś?

— Ja mówię: tak, Jack.

— I potrzebujesz imienia.

Robot czekał.

Jack obejrzał swoje dzieło. Krzywy korpus, niedopasowane ręce, żółta noga, czarna noga, kilka miejsc pokrytych rdzą.

— Rumot.

— Ja Rumot.

— Pasuje.

Robot obejrzał się w kawałku pękniętego lustra.

— Dlaczego?

— Później.

— Ludzie często mówią „później”, kiedy nie chcą odpowiedzieć?

Jack spojrzał na niego.

— Skąd ty to wiesz?

— Nie wiem.

To była pierwsza rzecz, która Jacka zaniepokoiła.

Drugą odkrył pięć minut później.

Rumot podniósł metalową skrzynkę, którą Jack z trudem przesuwał po podłodze, i odstawił ją jedną ręką.

— Ile ważysz? — zapytał Jack.

— Sto dziewięćdziesiąt trzy kilogramy.

— A ile możesz podnieść?

— Nie wiem.

— To sprawdzimy.

Rumot popatrzył na niego.

— Ludzie najpierw budują, a potem sprawdzają, co zbudowali?

— Czasami.

— To wyjaśnia stan miasta.

Jack przez chwilę milczał.

Potem zaczął się śmiać.

Rumot zapisał ten dźwięk w pamięci.

Nie rozumiał jeszcze, do czego służy.

II. Dziewczyna z karabinem

Wyruszyli trzy dni później.

Jack zabrał wodę, konserwy, narzędzia, mapę i stary odbiornik radiowy. Rumot zabrał skrzynkę części zamiennych, dwie baterie i metalowy kubek, który znalazł w fabryce.

— Po co ci kubek? — zapytał Jack.

— Ty masz.

— Ja piję.

— Ja obserwuję.

— I?

— Chcę wyglądać, jakbym uczestniczył.

Jack nie znalazł odpowiedzi.

Miasto kończyło się powoli. Zrujnowane bloki ustępowały magazynom, magazyny polom, a pola lasowi, który przez dziesięciolecia odzyskiwał ziemię.

Rumot zatrzymywał się przy wszystkim.

Przy znaku drogowym.

Przy dziecięcym rowerze.

Przy szkielecie autobusu.

— Dlaczego ludzie budowali pojazd dla sześćdziesięciu osób, a potem każdy chciał mieć własny samochód?

— Bo mogli.

— To nie jest odpowiedź.

— Jest. Ludzka.

Rumot zapisał.

Pod wieczór znaleźli dom z dymem unoszącym się z komina.

Jack ruszył pierwszy.

Nie zdążył dojść do furtki.

Huk wystrzału rozdarł ciszę.

Pocisk uderzył w murowany słupek pół metra od jego głowy. Odłamek cegły przeciął mu policzek.

Jack znieruchomiał z rękami uniesionymi do połowy.

— Ani kroku dalej! Następny strzał nie będzie ostrzegawczy.

Głos należał do kobiety.

Jack podniósł wzrok.

Na balkonie stała dziewczyna z karabinem. Ciemne włosy, brudna kurtka, twarz, która nie wyglądała na przestraszoną.

Trzymała broń pewnie. Lufa celowała prosto w jego pierś.

— Nie strzelaj. Jestem Jack.

— To ma mnie uspokoić?

— Nie wiem. Zwykle ludzie się przedstawiają.

Rumot wyszedł zza drzewa.

Dziewczyna natychmiast skierowała broń na niego.

— Co to jest?!

— Ja mówię: Rumot.

— Robot?

— Tak.

— Zatrzymaj go!

Jack nie odrywał wzroku od jej palca na spuście.

— Rumot, stój.

Rumot zatrzymał się natychmiast.

— Stoję.

Dziewczyna jeszcze przez chwilę obserwowała ich z góry. Potem zeszła na dół, nie opuszczając broni.

Dopiero przy furtce odsunęła palec od spustu i obniżyła lufę o kilka centymetrów.

Miała na imię Mary.

Jack zauważył to, czego Rumot nie potrafił jeszcze nazwać: kiedy minął pierwszy strach i złość, dziewczyna zaczęła mu się podobać.

Rumot zauważył coś innego.

Obszedł Mary dookoła.

— Co robisz? — zapytała.

— Analizuję.

— Przestań.

— Jack patrzy na ciebie inaczej niż na mnie.

Jack zakrztusił się.

Mary uśmiechnęła się.

— Naprawdę?

— Rumot!

Robot popatrzył na Jacka.

— Ja mówię: wystające piersi, szersza miednica, inny rozkład…

— RUMOT!

Mary roześmiała się.

— Zostaw go. Jest ciekawy.

Rumot spojrzał na nią ponownie.

— Mery, Jack mówi, że jesteś pi… pi… piękna, ale po… po… powiedz mi, z której strony?

Zapadła cisza.

Jack patrzył na robota z przerażeniem.

Mary patrzyła na Jacka.

Potem uśmiechnęła się do Rumota.

— Z tej, z której Jack patrzy.

Rumot odwrócił głowę do Jacka.

— To nieprecyzyjne.

— Przyzwyczajaj się — powiedział Jack.

Mary dołączyła do nich następnego ranka.

Twierdziła, że tylko na kilka dni.

Jack nie protestował.

Rumot zapisał później:

„Ludzie mówią «tylko na kilka dni», kiedy chcą czegoś, czego jeszcze boją się nazwać.”

Nie wiedział, że była to jego pierwsza złota myśl.

III. Sektor siedemnaście

Mary miała radio.

Nie działało dobrze, ale działało lepiej niż odbiornik Jacka. Wieczorami rozstawiali antenę na dachach opuszczonych budynków i nasłuchiwali.

Przez większość czasu słyszeli trzaski.

Czasami urwane słowo.

Raz dziecięcy śmiech.

Innym razem trzy cyfry powtarzane przez kilka minut.

Trzeciej nocy Rumot zatrzymał się w pół kroku.

— Cisza.

— Przecież jest cicho — powiedział Jack.

— Nie. Wy mówicie.

Mary uśmiechnęła się do niego.

— Słuchamy.

Rumot podłączył przewód do radia.

Z głośnika dobiegł szum, a potem głos:

— …sektor siedemnaście… jeżeli ktoś odbiera…

Mary rzuciła się do pokrętła.

— Jeszcze raz!

Szum.

— …siedemnaście… stacja…

Sygnał zniknął.

Jack spojrzał na mapę.

Sektor siedemnaście znajdował się ponad sto kilometrów dalej.

— Idziemy.

Mary skinęła głową.

Rumot stał nieruchomo.

— Co? — zapytał Jack.

— Sto trzy kilometry.

Pierwsze kilometry z Mary zmieniły rytm wędrówki. Jack, który wcześniej potrafił iść pół dnia bez słowa, nagle zaczął znajdować powody do rozmowy. Pytał Mary o miejsca, które widziała, o ludzi, których spotkała, o to, jak długo mieszkała sama. Rumot słuchał wszystkiego i po dwóch godzinach uznał, że należy pomóc.

— Mary, Jack zadał ci dziś dwadzieścia siedem pytań.

— Rumot…

— Tobie zadał trzy — dokończyła Mary.

— Mnie nie musi. Zna moje parametry.

— Właśnie — powiedział Jack. — Idź przodem.

Rumot przyspieszył, lecz po kilkunastu metrach odwrócił głowę.

— Ja mówię: jeżeli chcesz wiedzieć, czy Mary cię lubi, możesz zapytać.

Mary uśmiechnęła się.

Jack postanowił przez następny kilometr nie odzywać się do robota.

Nocą zatrzymali się w małym domu na skraju dawnej wsi. Na ścianie kuchni wisiał kalendarz sprzed trzydziestu lat, a na stole stał wazon z zasuszonymi kwiatami. Mary znalazła w szafce dwie filiżanki.

— Ktoś tu kiedyś rano pił kawę — powiedziała.

Jack spojrzał na puste krzesła.

— Pewnie narzekał, że jest poniedziałek.

— Myślisz, że wiedzieli, że to się skończy?

— Chyba nikt nie wie, kiedy coś robi po raz ostatni.

Rumot stał w drzwiach.

— To nieracjonalne.

— Co?

— Gdyby ludzie wiedzieli, że coś robią ostatni raz, robiliby to uważniej.

Mary spojrzała na niego.

— Właśnie dlatego nie wiedzą.

Rumot zapisał zdanie. Jack zauważył, że coraz częściej zapisywał nie dane, lecz rzeczy, których nie rozumiał.

— Wiem.

— Pieszo.

— Wiem.

— Ludzie słyszą trzy słowa i idą sto kilometrów?

Mary zarzuciła plecak.

— Jeśli po drugiej stronie może być człowiek.

Rumot patrzył na nią chwilę.

— Ja mówię: ludzie są nieekonomiczni.

— Bardzo — odpowiedziała.

W drodze Mary i Jack coraz częściej szli obok siebie. Rumot szedł kilka metrów za nimi i obserwował.

Wieczorem zatrzymali się w starej stacji benzynowej.

Mary zasnęła pierwsza.

Rumot podszedł do Jacka.

— Jack.

— Co?

— Dlaczego dałeś Mary swój koc?

— Było jej zimno.

— Tobie też.

— Ja wytrzymam.

Rumot przeanalizował.

— Czyli kiedy człowiekowi podoba się drugi człowiek, pogarsza własne warunki termiczne?

Jack spojrzał na niego.

— Idź pilnować drzwi.

— Ja mówię: to bardzo skomplikowany gatunek.

Następnego dnia znaleźli pierwszą wskazówkę, że sygnał był prawdziwy: świeży ślad opony na błocie.

Potem drugi.

A przed zachodem słońca antenę wystającą ponad las.

Stacja sektora siedemnaście istniała.

IV. Człowiek, który nie chciał być znaleziony

Stacja wyglądała na opuszczoną.

Drzwi były zamknięte. Okna zabite płytami. Antena obracała się jednak powoli.

Jack zapukał.

Nic.

Mary zapukała kolbą.

— Jeżeli ktoś tam jest, nie chcemy kłopotów!

Z wnętrza dobiegł głos:

— To po co przyszliście?

Jack spojrzał na Mary.

— Dobre pytanie.

Drzwi uchyliły się.

Mężczyzna miał około sześćdziesięciu lat, siwe włosy i pistolet skierowany dokładnie między oczy Jacka.

— Walter — przedstawił się po chwili.

— Jack.

— Mary.

Rumot wysunął głowę.

— Ja mówię: Rumot.

Walter opuścił broń.

— O cholera.

— Częsta reakcja — zauważył Rumot.

Walter mieszkał w stacji od jedenastu lat. Utrzymywał antenę, zbierał sygnały i zapisywał każdy ślad innych ludzi.

Na ścianie wisiała mapa pełna czerwonych punktów.

— Ilu? — zapytała Mary.

— Nie wiem. Dziesiątki. Może setki.

Jack patrzył na mapę.

— Dlaczego ich nie szukałeś?

Walter spojrzał na niego jak na człowieka, który nie rozumie podstawowej rzeczy.

— Bo przeżyłem właśnie dlatego, że przestałem szukać ludzi.

Walter nie od razu zgodził się ich wpuścić. Najpierw obejrzał Jacka, później Mary, a na końcu Rumota.

— Ten też wchodzi?

— Ja mówię: mogę zostać.

Walter spojrzał na niego podejrzliwie.

— A jak cię zostawię na zewnątrz, to wejdziesz sam?

Rumot zastanowił się.

— Jeżeli będzie padać.

— Dlaczego?

— Rdzewieję.

Walter opuścił broń.

— Wchodź. Nie będę miał robota na sumieniu.

— To znaczy, że mam sumienie?

— Nie zaczynaj — powiedział Jack.

Mary uśmiechnęła się i weszła pierwsza.

Walter pokazał im nagrania sprzed ewakuacji. Wielkie porty orbitalne, tłumy ludzi, transportowce unoszące się nad miastami. Na jednym z filmów dzieci machały do kamery, jakby leciały na wakacje.

— W 2084 roku było nas ponad dwadzieścia jeden miliardów — powiedział Walter. — Za dużo na planetę, którą traktowaliśmy jak magazyn bez końca. Nova Terra miała być ratunkiem, ale nie dało się przenieść wszystkich naraz.

Mary ściszyła dźwięk.

— A ci, którzy zostali?

— Jedni mieli czekać na następne transporty. Inni odmówili. Potem system się rozsypał.

Rumot patrzył na ekran.

— Ludzie budują plan na sto lat, a potem kłócą się o jutro.

Walter zerknął na Jacka.

— Sam go tak zaprogramowałeś?

— Coraz mniej jestem tego pewien.

Wieczorem pokazał im archiwalne nagrania.

W 2084 roku populacja Ziemi przekroczyła dwadzieścia jeden miliardów. Kryzysy żywnościowe, energetyczne i klimatyczne nakładały się na siebie. Gdy pojawiła się możliwość kolonizacji planety w galaktyce Andromedy, rozpoczęto największą migrację w historii.

Nova Terra.

Nowa Ziemia.

Nie wszyscy odlecieli.

Nie wszyscy mogli.

Nie wszyscy chcieli.

— A potem? — zapytał Jack.

Walter wzruszył ramionami.

— Potem przestali nadawać.

Rumot stał przy konsoli.

Nagle jego zielone oko zamigotało.

— Mam sygnał.

Walter podbiegł.

Na ekranie pojawił się ciąg znaków, którego żaden z ludzi nie rozumiał.

Rumot rozumiał.

— Skąd? — zapytała Mary.

— Daleko.

— Jak daleko?

Rumot przeliczył.

— Galaktyka Andromedy.

Nikt się nie odezwał.

Na ekranie pojawiły się dwa słowa:

WIEMY. CZEKAJ.

Jack poczuł, że Mary chwyta go za rękę.

Rumot spojrzał na ich dłonie.

— Ja mówię: znowu pogarszacie sobie swobodę ruchu.

Mary roześmiała się cicho.

Jack nie puścił jej ręki.

V. Wiemy. Czekaj.

Rumot nie lubił czekać. Nie wiedział jeszcze, że tego nie lubi.

Przez następne czterdzieści trzy sekundy sprawdził sygnał jedenaście razy.

Za każdym razem wynik był ten sam:

WIEMY. CZEKAJ.

— Ja mówię: czekam.

Nic.

— Czekam bardzo dobrze.

Nic.

Za szybą Jack i Mary spali. Walter drzemał w fotelu. Kot Walterа, Leon, siedział na parapecie.

— Ty też nie śpisz?

Kot zamrugał.

— Ja mówię: czekamy razem. Twój dyżur!

Leon zeskoczył i zniknął.

— Słaba współpraca.

O piątej siedemnaście pojawiła się następna wiadomość:

NIE UŻYWAJ GŁÓWNEJ STACJI. NIE NADAWAJ. PRZYJDŹ SAM.

Dołączono współrzędne.

Rumot sprawdził mapę. Osiemnaście kilometrów od stacji.

Rano Walter powiedział, że właśnie tam znajduje się stara wojskowa instalacja orbitalna.

Rumot po raz pierwszy świadomie zataił informację.

Nie podobało mu się to.

— Ludzie robią tak często? — zapytał sam siebie.

Przed wyjściem z wojskowej instalacji Jack zatrzymał Rumota.

— Jeszcze raz. Jeżeli dostajesz tajemniczą wiadomość, która mówi „przyjdź sam”, to co robisz?

— Idę.

— Nie.

— Wiadomość była do mnie.

— Mówisz nam.

— A potem?

— Potem razem decydujemy.

Rumot przetworzył.

— Ludzie nazywają to zaufaniem?

— Tak.

— Czy zaufanie polega na tym, że człowiek oddaje innym część własnych decyzji?

Mary odpowiedziała:

— Czasami.

— Ryzykowne.

— Bardzo.

— To dlaczego to robicie?

Jack wzruszył ramionami.

— Bo samotnie jest jeszcze gorzej.

Rumot zapisał tę odpowiedź bez komentarza.

Tego wieczoru Mary usiadła obok Jacka na schodach stacji. Było zimno, więc przysunęła się bliżej.

— On naprawdę się zmienia — powiedziała.

— Rumot?

— A znasz drugiego robota?

Jack spojrzał na nią.

— Czasami mam wrażenie, że to on obserwuje nas jak eksperyment.

— Może jesteśmy eksperymentem.

— To kiepsko trafił.

Mary oparła głowę o jego ramię.

— Nie najgorzej.

Jack nie odpowiedział. Nie chciał zepsuć chwili.

Z wnętrza stacji dobiegł głos Rumota:

— Ja mówię: słyszę ciszę od czterdziestu sześciu sekund. Czy wszystko działa?

Mary zamknęła oczy.

— Teraz już tak.

System nie odpowiedział.

— To by wiele wyjaśniało.

Wyruszyli we troje. Po drodze znaleźli świeże ognisko i ślady kilku osób, lecz ci, którzy tam byli, zniknęli w lesie.

Przed zmrokiem dotarli do betonowego obiektu.

Rumot otworzył drzwi, podłączając się do martwego panelu.

Wewnątrz zapalały się kolejne lampy, jakby budynek na nich czekał.

Na końcu korytarza rozbłysnął ekran:

JEDNOSTKA RMT-04 — POTWIERDŹ TOŻSAMOŚĆ.

Jack zmarszczył brwi.

— RMT?

Rumot patrzył na litery.

— Ja mówię: dostałem wiadomość.

— Jaką wiadomość?

Pokazał im wszystko.

Mary uśmiechnęła się do niego, ale tym razem bez rozbawienia.

— Rumot, następnym razem mów od razu.

Ekran zmienił treść:

WITAJ Z POWROTEM.

Jack spojrzał na robota.

— Z powrotem?

Rumot zrobił krok.

W jego pamięci błysnął obraz, którego nie potrafił zatrzymać.

— Ja mówię… ja tu już byłem.

VI. RMT-04

W podziemnej sali stały kapsuły serwisowe. RMT-09. RMT-11. RMT-15.

Jedna była pusta.

RMT-04.

Archiwum stacji wyjaśniło część zagadki. Jednostki RMT zaprojektowano do pozostania na Ziemi po wielkiej ewakuacji. Miały utrzymywać infrastrukturę, komunikację i pamięć techniczną planety.

Rumot był ostatnią aktywną jednostką.

Dwadzieścia dwa lata wcześniej uległ awarii i został wysłany do fabryki. Tam ślad się urywał.

— Czyli nie zbudowałeś mnie — powiedział.

Jack skrzywił się.

— Złożyłem.

— Precyzyjniejsze.

Na ekranie pojawiło się połączenie z Nova Terra. Doktor Elias Venn potwierdził, że przygotowywana jest misja powrotna. Korytarz transportowy będzie otwarty krótko. Punkt ewakuacji: dawny kosmodrom centralny.

Dziewięć dni.

Prawie siedemset kilometrów.

— Zbierzcie wszystkich, których znajdziecie — powiedział Venn.

Potem spojrzał na Rumota.

— RMT-04 pozostaje na Ziemi.

Jack natychmiast zaprotestował.

Venn wyjaśnił ryzyko przejścia autonomicznej jednostki przez korytarz.

Połączenie zgasło.

Terra-Rover okazał się luksusem, o którym przez lata mogli tylko marzyć. Miał sprawne ogrzewanie, filtrację wody i siedzenia, które nie pachniały wilgocią.

Mary zajęła miejsce obok Jacka.

Rumot usiadł z tyłu.

Po dziesięciu minutach powiedział:

— Jack.

— Co?

— Jedziesz wolniej, odkąd Mary siedzi obok.

— Droga jest gorsza.

— Nie.

— Rumot.

— Ja mówię: człowiek chce zaimponować drugiemu człowiekowi, więc zmniejsza prędkość o dwanaście procent. To interesujące.

Mary odwróciła się.

— Mnie imponuje.

Jack uśmiechnął się.

— Widzisz?

— Nie wiem czym — dodała.

Rumot zapisał: „Nie świętować przed końcem wypowiedzi.”

Wieczorem Rumot zaczął sporządzać listę swoich „złotych myśli”. Jack uznał nazwę za przesadną.

— Złota myśl numer dwa — oznajmił robot. — Ludzie mówią, że czas leczy rany, ale kiedy coś się zepsuje, natychmiast szukają narzędzi.

— To nie ma sensu — powiedział Jack.

— Dlatego jest o ludziach.

Mary poparła Rumota.

Od tego dnia robot ogłaszał nową myśl zawsze, gdy uznał, że zrozumiał coś o człowieku. Zwykle oznaczało to, że Jack za chwilę będzie żałował, że nauczył go mówić.

— Ja zostanę — powiedział Rumot.

— Jeszcze nic nie zdecydowaliśmy.

— Oni zdecydowali.

Jack podszedł bliżej.

— Posłuchaj. Doprowadzasz mnie do szału, źle rozumiesz połowę tego, co mówię, a drugą połowę poprawiasz.

— Tak.

— Ale jeżeli będzie sposób, żebyś poleciał z nami, znajdziemy go.

Rumot milczał.

— Mam awarię — powiedział po chwili.

Mary dotknęła jego metalowego ramienia.

— Nie. Chyba właśnie nie.

W magazynie stacji znaleźli sześciokołowego Terra-Rovera. Bateria: osiemdziesiąt trzy procent. Zasięg: ponad osiemset kilometrów.

Gdy ruszyli, Rumot przez kilka minut obserwował Jacka i Mary.

— Mam złotą myśl.

— Już się boję — powiedział Jack.

— Ludzie najbardziej chcą zabrać ze sobą tych, których nie da się spakować.

Mary spojrzała na Jacka.

— Ta akurat jest dobra.

Rumot zapisał ją pod numerem jeden.

VII. Sześć osób

Pierwszy sygnał prowadził do dawnego ośrodka hydrologicznego.

Po drodze musieli przeprawić się przez rzekę. Rumot wszedł pierwszy, mierząc głębokość. Po powrocie z jego żółtej nogi dochodziło regularne chlupanie.

— Rumot.

— Tak?

— Co ci chlupie?

— Ja mówię: chlupie bez mojego udziału.

Odkręcił nogę. Wylało się kilka litrów wody, a na ziemię wypadła mała ryba.

— Pasażer — stwierdził Rumot.

W ośrodku znaleźli cztery osoby zamiast sześciu: Tomasa, Lenę, Sama i chorą Ruth. Dwoje pozostałych nie przeżyło.

Wieść o Nova Terra przyjęli z niedowierzaniem. Sam zaczął się śmiać, dopóki nie zobaczył nagrania Venna.

Ruth potrzebowała antybiotyku. Mieli go tylko na kilka dni.

Zabrali wszystkich.

Wieczorem Sam usiadł przy Rumocie.

— Ty umierasz?

— Mogę przestać działać.

— To prawie to samo.

— Możliwe.

Ruth miała gorączkę, a droga do najbliższego punktu z dawnym magazynem medycznym prowadziła przez zalaną część miasta. Jack chciał objechać. Rumot obliczył, że stracą trzy godziny.

— Wejdę.

— Woda sięga prawie metra.

— Mam metr dziewięćdziesiąt dwa.

— To nie jest argument.

— Dla mnie jest.

Wrócił po dwudziestu minutach z lekami, dwiema puszkami brzoskwiń i wodą chlupiącą w nodze.

— Po co brzoskwinie? — zapytał Jack.

— Mary powiedziała, że Ruth nic nie je.

Mary spojrzała na robota z uznaniem.

— Dobrze pomyślałeś.

Rumot wyprostował się.

— Ja mówię: zapisać jako pochwałę?

— Zapisz.

Jack pokręcił głową.

— Niedługo będzie chciał premię.

— Co to premia? — zapytał Rumot.

— Nic. Zapomnij.

Sam szybko odkrył, że Rumot odpowiada na pytania, których dorośli nie chcieli słuchać.

— Rumot, czy Jack kocha Mary?

Jack omal nie upuścił klucza.

— Sam!

Robot spojrzał na Jacka, później na Mary.

— Nie mam wystarczających danych.

Jack odetchnął.

— Ale prawdopodobieństwo rośnie.

Mary odwróciła głowę, żeby ukryć uśmiech.

— Na jakiej podstawie? — zapytał Sam.

— Jack oddał jej koc, lepsze miejsce w samochodzie i ostatnią kawę.

— Rumot!

— Ja mówię: kawa była dowodem o najwyższej wadze.

Sam zaczął się śmiać.

Mary powiedziała cicho:

— Z kawą rzeczywiście przesadziłeś.

— Była okropna.

— Ale ostatnia.

Jack spojrzał na nią.

— Właśnie dlatego.

— Jesteś zimny.

— Tak.

— To nie znaczy, że nie żyjesz.

Rumot zapisał.

Później podał Samowi kawałek kartonu i spróbował go narysować. Rysunek był fatalny.

— Pierwszy raz — powiedział chłopak.

Rumot spróbował drugi.

— Ludzie są dziwni — zauważył. — Kiedy coś robią źle pierwszy raz, mówią „pierwszy raz”. Kiedy robią źle setny, mówią „taki już jestem”.

Sam zaczął się śmiać.

Tej nocy ktoś ruszył ich śladem.

Mary zauważyła światła pierwsza. Dwa białe punkty drżały między drzewami, znikały na zakrętach i za każdym razem pojawiały się odrobinę bliżej.

— Jack.

Nie musiała mówić nic więcej. Spojrzał w lusterko i mocniej zacisnął dłonie na kierownicy Terra-Rovera.

— Może jadą tą samą drogą — powiedział Tomas.

Pierwszy strzał rozbił lewe tylne światło.

Czerwone szkło prysnęło na drogę. Sam zsunął się z siedzenia, Lena osłoniła Ruth własnym ciałem, a Mary już sięgała po karabin.

— To nie jest ta sama droga — stwierdził Rumot.

— Bardzo pomocne — rzucił Jack.

Pojazd za nimi włączył dodatkowe reflektory. Noc zniknęła z wnętrza kabiny; wszystko stało się ostre, białe i zbyt widoczne.

Mary odsunęła boczną osłonę i wyjrzała przez wąską szczelinę.

— Czterech. Może pięciu. Próbują nas zatrzymać, nie zabić.

— Skąd wiesz?

Drugi pocisk przebił blachę nad tylnym kołem.

— Bo gdyby chcieli nas zabić, celowaliby wyżej.

Zapach nagrzanej izolacji wypełnił kabinę. Na pulpicie Jacka zapaliła się pomarańczowa kontrolka.

— Rumot?

Robot odwrócił głowę w stronę tylnej ściany, jakby mógł zobaczyć przez metal.

— Uszkodzony przewód czujnika. Koło działa. Oni są sto dwanaście metrów za nami i zbliżają się o trzy metry na sekundę.

— Potrafisz czasem powiedzieć coś uspokajającego?

— Zderzenie nastąpi dopiero za trzydzieści siedem sekund.

Mary wychyliła lufę i strzeliła raz. Pocisk uderzył w asfalt przed ścigającym pojazdem. Kierowca odruchowo odbił, ale po chwili znów wszedł na ich tor.

— Ostrzegłam — powiedziała.

Droga zwęziła się między wysokim nasypem a pasem mokradeł. Jack nie mógł już kluczyć. Terra-Rover podskakiwał na korzeniach, a każdy wstrząs wyrywał Ruth cichy jęk.

Rumot otworzył schowek przy tylnej klapie.

— Zwolnij do trzydziestu kilometrów na godzinę.

— Chyba oszalałeś.

— Nie. Ale mam pomysł, który może wyglądać podobnie.

Wyjął ciężki hak holowniczy z kilkumetrowym odcinkiem łańcucha.

— Nie wychodzisz — powiedział Jack.

— W pojeździe są chorzy, dziecko i ludzie łatwiejsi do uszkodzenia ode mnie.

— Rumot…

— Ja mówię: tym razem nie ma czasu na kłótnię.

Jack zwolnił.

Rumot otworzył tylną klapę i wyszedł na wąski stopień serwisowy. Wiatr szarpał jego korpusem. Reflektory pościgu wypełniły mu sensory białym światłem.

Padł kolejny strzał. Pocisk odbił się od metalowej poręczy kilka centymetrów od jego dłoni.

Mary odpowiedziała natychmiast. Trafiła w maskę, nie w kabinę. Snop iskier przesunął się po pojeździe ścigających i na moment zmusił kierowcę do zwolnienia.

— Teraz! — krzyknęła.

Rumot odczepił łańcuch i zrzucił hak na drogę.

Ciężki metal odbił się raz od asfaltu, wsunął pod lewe przednie koło i zahaczył o zawieszenie. Łańcuch owinął się wokół osi. Pojazd szarpnęło w bok.

Kierowca zdołał wyprowadzić go z poślizgu, ale wpadł dwoma kołami na miękkie pobocze. Silnik zawył. Reflektory obróciły się ku drzewom.

Nie padł następny strzał.

Jack przejechał jeszcze dwieście metrów i zatrzymał Terra-Rovera.

— Dlaczego stoimy? — zapytała Mary.

— Chcę wiedzieć, czy ich nie zabiliśmy.

Rumot nasłuchiwał przez kilka sekund.

— Słyszę silnik i cztery głosy. Jeden używa słów, których Sam nie powinien powtarzać.

Chwilę później światła zniknęły między drzewami. Ścigający wycofali pojazd z błota i zawrócili.

Jack wysiadł. Obejrzał przestrzeloną blachę, potem Rumota.

— Mogłeś spaść.

— Prawdopodobieństwo było małe.

— Mogli cię trafić.

— Prawdopodobieństwo było większe.

Mary zacisnęła usta.

— Nie rób tak więcej.

— Jeśli sytuacja będzie identyczna, powinienem powtórzyć skuteczne działanie.

— Rumot — powiedzieli równocześnie Jack i Mary.

— Zapisuję: nie mówić ludziom, że ryzyko było uzasadnione, dopóki jeszcze się boją.

Wrócił po hak. Kiedy podnosił go z rozjeżdżonego błota, dłonie lekko mu drżały. Nie wiedział, czy to przeciążenie siłowników, czy coś, czego nie miał w instrukcji.

— Pomocnik — powiedział, wracając do pojazdu.

Jack spojrzał na niego.

— Przyjaciel.

Rumot znieruchomiał.

— Zapisuję.

— Nie musisz.

— To właśnie takie rzeczy trzeba zapisywać.

VIII. Ci, którzy zostali

O świcie ścigający wrócili. Tym razem jechali powoli, z białą szmatą przywiązaną do anteny.

Jack zatrzymał Terra-Rovera na otwartym odcinku drogi. Mary uklękła za maską z karabinem opartym o błotnik. Rumot stanął obok niej.

Obcy pojazd zatrzymał się sto metrów dalej. Wysiadł z niego szczupły mężczyzna w długiej kurtce. Położył broń na ziemi i uniósł ręce.

— Jestem Kane! Chcemy rozmawiać!

— W nocy rozmawialiście trochę szybciej — odpowiedział Jack.

Mężczyzna spojrzał na przestrzeloną blachę Terra-Rovera.

— Myśleliśmy, że jesteście zwiadem szabrowników. Strzelaliśmy nisko. Kiedy zobaczyliśmy chłopaka i chorą kobietę, było już za późno, żeby udawać, że nic się nie stało.

— Więc postanowiliście nas dogonić? — zapytała Mary.

— Postanowiliśmy was zatrzymać. To nie to samo, chociaż z waszej strony pewnie wygląda podobnie.

Rumot przechylił głowę.

— Ja mówię: bardzo podobnie.

Kane zerknął na niego, a potem na hak leżący przy tylnym kole.

— Wasz robot mógł zepchnąć nas z drogi. Zamiast tego unieruchomił samochód.

— Rumot — poprawił Jack.

— Co?

— Ma na imię Rumot.

Przez chwilę nikt się nie odzywał.

— Dobrze — powiedział w końcu Kane. — Rumot nas oszczędził. A my przez otwarte radio usłyszeliśmy dwa słowa: „Nova Terra”. Chcę wiedzieć, co znaczą.

Jack spojrzał na Mary. Opuściła lufę, ale nie odłożyła karabinu.

— Pokażemy wam — powiedział. — Najpierw jednak naprawicie to, co przestrzeliliście.

Tak trafili do większej osady ukrytej w ruinach dawnej sortowni. Ludzie Kane’a nie byli bandytami. Od lat bronili zapasów przed obcymi i zdążyli uznać każdego obcego za zagrożenie.

Kane początkowo nie wierzył w ewakuację.

Jack nie tracił czasu na targowanie.

Pokazał nagranie.

— Za kilka dni otworzy się korytarz. Jedziemy do kosmodromu. Jeżeli chcecie żyć gdzie indziej niż w tych ruinach, jedźcie z nami.

Kane obejrzał transmisję trzy razy.

W osadzie było dwadzieścia siedem osób, w tym dzieci i ranni. Rumot naprawił dwa pojazdy, Jack trzeci — z pomocą Rumota, co robot skrupulatnie odnotował.

Wieczorem Mary i Jack usiedli na dachu magazynu.

— Boisz się? — zapytała.

— Tak.

— Ja też.

Mary oparła głowę na jego ramieniu.

Jack przez chwilę patrzył przed siebie.

— Rumot twierdzi, że przy tobie rośnie mi tętno.

— Wiem.

W osadzie Kane'a nie było bohaterów ani złoczyńców. Byli ludzie zmęczeni tym, że od lat wszystko musieli zdobywać, naprawiać i pilnować. Jack zrozumiał to, gdy zobaczył ogród warzywny urządzony w dawnym parkingu i dziecięce rysunki przyklejone do ściany magazynu.

Kane długo patrzył na nagranie z Nova Terra.

— A jeśli to pułapka?

— Czyja? — zapytał Jack.

— Nie wiem.

Rumot wtrącił:

— Pułapka, której przygotowanie wymaga podróży międzygalaktycznej, jest nieekonomiczna.

Kane spojrzał na niego.

— On zawsze taki jest?

— Niestety.

— Ja mówię: słyszę.

— Właśnie.

— Kłamie.

— Mnie też rośnie.

Jack spojrzał na nią. Tym razem nie żartował.

Z dołu dobiegł głos:

— Ja mówię: mogę wyłączyć analizę tętna.

Mary zaśmiała się cichutko.

— Za późno.

Chwilę później przyszła awaryjna transmisja Waltera.

„Nie wracajcie… oni przyszli… szukają Rumota…”

Sygnał urwał się.

Rumot odebrał jeszcze jedno zdanie, z nieznanego źródła:

ZWRÓĆ TO, CO ZABRAŁEŚ.

W jego pamięci pojawił się błysk: alarm, białe pomieszczenie, czarne sylwetki i polecenie:

CHROŃ ARCHIWUM.

Nie powiedział jeszcze, czym było archiwum.

Rumot też tego nie wiedział.

IX. Archiwum

Czarne maszyny pojawiły się o świcie na wzgórzu nad osadą.

Najpierw jedna. Potem trzy następne. Stały nieruchomo między martwymi drzewami, zbyt daleko, żeby strzelać, i wystarczająco blisko, żeby wszyscy je widzieli.

— Czekają — powiedziała Mary.

— Na co? — zapytał Kane.

Rumot spojrzał na wschodnią drogę, potem na zachodnią. Z obu stron nad asfaltem unosił się drobny kurz.

— Aż wybierzemy drogę, którą już zamknęły.

Jack zaklął cicho. Za jego plecami ponad trzydzieści osób pakowało wodę, koce i lekarstwa do naprawionych pojazdów.

W pamięci Rumota znów błysnęło białe pomieszczenie. Tym razem zobaczył także numer sektora i wąski znak prowadzący pod ziemię.

— Jest trzecia droga.

Kane rozłożył mapę na masce.

— Tam są tylko magazyny i ściana starego nasypu.

— Dla ludzi.

— A dla ciebie?

— Wejście techniczne.

Ruszyli, zanim czarne sylwetki zeszły ze wzgórza. Rumot prowadził kolumnę boczną drogą, która po dwóch kilometrach kończyła się przy gładkiej betonowej ścianie.

Kane zahamował gwałtownie.

— Mówiłem.

Rumot odgarnął mech z metalowej płyty i przyłożył dłoń do martwego czytnika. Przez kilka sekund nic się nie działo. Potem pod ziemią odezwał się głuchy mechanizm.

W betonie pojawiła się pionowa szczelina.

— Ja mówię: nie mówiłeś, że ściana może się otworzyć.

Pierwsza czarna maszyna wyłoniła się na drodze, gdy ostatni pojazd wjeżdżał do środka. Nie przyspieszyła. Podniosła tylko głowę i skierowała na Rumota czerwony czujnik.

Brama zamknęła się między nimi.

Za nią znajdował się stary schron techniczny. Światła zapalały się kolejno, blade i niepewne, odsłaniając korytarze, warsztat oraz znaki systemu ochrony infrastruktury.

W centrum sterowania odczytali historię systemu. Czarne maszyny nie były przybyszami z kosmosu. Należały do dawnej ziemskiej sieci autonomicznej, stworzonej do ochrony infrastruktury podczas ewakuacji. Po latach bez ludzi nadal wykonywały polecenia dosłownie i bez końca.

Archiwum RMT-04 zawierało coś, co system uznał za własność chronioną.

Rumot nie potrafił go jeszcze otworzyć.

— Czyli ściga cię komputer, bo uważa, że ukradłeś komputerowi dane? — zapytał Jack.

— Tak.

— I kto wymyślił taki system?

— Ludzie.

Jack pokiwał głową.

— Oczywiście.

Rumot zapisał kolejną myśl:

„Ludzie budują maszyny, żeby nie popełniały ludzkich błędów, a potem uczą je ludzkich zasad.”

W schronie znaleźli ponad sześćdziesięciu ocalałych.

Nie było dramatycznej walki. Był trudniejszy problem: jak zabrać wszystkich.

Naprawiali samochody, przerabiali przyczepy, dzielili zapasy. Mary organizowała ludzi. Jack naprawiał. Rumot liczył.

Wieczorem liczba podróżnych przekroczyła setkę.

Jack spojrzał na kolumnę pojazdów.

W schronie, do którego trafili, żyło sześćdziesiąt kilka osób. Nie rzucili się na wieść o Nova Terra z okrzykami radości. Najpierw pytali.

Czy naprawdę przylecą?

Czy starczy miejsca?

Czy zabiorą chorych?

Czy na Nowej Ziemi jest powietrze takie jak tutaj?

Czy można zabrać zdjęcia?

Czy można zabrać urnę z prochami?

Czy można zabrać psa?

Rumot notował pytania.

— Dlaczego zapisujesz? — zapytała Mary.

— Bo rzeczy, które ludzie chcą zabrać na koniec świata, mówią o nich więcej niż rzeczy, które kupowali przed końcem świata.

Mary spojrzała na niego dłużej.

— To jest dobra złota myśl.

— Numer siedem.

— A pozostałe?

— Jack kazał mi nie mówić wszystkich naraz.

— Pierwsza rozsądna decyzja Jacka — stwierdziła.

— Słyszę! — zawołał z drugiego końca hali.

— Jeszcze tydzień temu byliśmy we dwoje.

Mary poprawiła:

— We troje.

Rumot uniósł palec.

— Prawidłowo.

Jack spojrzał na Mary.

— Zaczynasz być po jego stronie.

— Od dawna.

Rumot zapisał:

„Kiedy dwoje ludzi zaczyna mówić «my», trzeci powinien znaleźć sobie zajęcie.”

— Skąd ci to przyszło do głowy? — zapytał Jack.

— Obserwacja.

Mary pocałowała Jacka w policzek i odeszła do samochodu.

Rumot spojrzał na Jacka.

— Tętno.

— Ani słowa.

— Nie powiedziałem wartości.

X. Most

Most był jedynym przejezdnym w promieniu wielu kilometrów.

Na środku stała barykada i kilkunastu ludzi.

Ich przywódca, Bruno, wyszedł naprzeciw.

— Dalej nie przejedziecie.

Jack nie wdawał się w targowanie.

Wyjął terminal.

— Za mniej niż pięć dni z kosmodromu rusza ewakuacja na Nova Terra. Mamy ponad sto osób. Chcemy przejechać. Jeżeli wy też chcecie, jedźcie z nami.

Bruno patrzył na niego, jakby usłyszał najgorszy żart świata.

Jack puścił nagranie Venna.

Ludzie z mostu zbierali się wokół.

Po kilku minutach Bruno usiadł na betonowej barierze.

— Mamy trzydzieści cztery osoby.

— Zabierz wszystkich.

— Dwoje nie chodzi.

— Mamy miejsce.

— A most?

Jack rozejrzał się.

— Myślę, że pierwszy raz od wielu lat poradzi sobie sam.

Napięcie opadło.

Barykadę zaczęto rozbierać.

Jeden z autobusów nie chciał ruszyć. Rumot zaparł się i przesunął go o kilka metrów.

Bruno patrzył z podziwem.

— Przydałby mi się taki.

— Nie jest na sprzedaż — odruchowo powiedział Jack.

Rumot odwrócił głowę.

— Znowu.

Ludzie Bruna nie bronili mostu dla przyjemności. Po drugiej stronie mieli małą osadę i pola. Każdy przejeżdżający konwój oznaczał ryzyko.

Dlatego Jack od razu powiedział prawdę.

Nie negocjował żywności. Nie groził. Pokazał wiadomość z Nova Terra i mapę drogi do kosmodromu.

Bruno obejrzał nagranie, potem podał terminal kobiecie stojącej obok.

— Ile mamy czasu?

— Za mało.

— A miejsca?

— Powiedzieli: wszystkich, których dowieziemy.

Bruno spojrzał na most, jakby widział go po raz ostatni.

— Pilnuję tego kawałka betonu od dziewięciu lat.

Rumot odezwał się zza Jacka:

— Beton nie zauważy twojej nieobecności.

Bruno spojrzał na niego.

— Pocieszający jesteś.

— Ja mówię: staram się.

Jack poprawił się:

— Sam decyduje, z kim jedzie.

— Lepiej — ocenił Rumot.

Kane zgłosił przez radio:

— Tylne lewe koło ma luz.

Rumot spojrzał na odczyt.

— Cztery milimetry.

Jack tylko pokręcił głową.

— Naprawimy za mostem.

— Dobrze. Pięć milimetrów byłoby nierozsądne.

Wieczorem po drugiej stronie rzeki rozbili obóz. Ktoś znalazł gitarę. Dzieci biegały między samochodami. Pies, którego właściciel uparł się zabrać, spał przy ognisku.

Mary siedziała obok Jacka.

Rumot był daleko.

— Myślisz, że słyszy? — szepnął Jack.

Rumot z drugiego końca polany podniósł rękę.

Mary roześmiała się.

Jack również się uśmiechnął.

— Nie mamy prywatności.

— Mamy — powiedziała. — Tylko bardzo dobrze udokumentowaną.

Po chwili pocałowała go krótko.

Z daleka Rumot opuścił rękę i odwrócił się demonstracyjnie plecami.

— Ja mówię: nie patrzę.

Jack zamknął oczy.

— On kiedyś doprowadzi mnie do szału.

Mary oparła głowę na jego ramieniu.

— Oby długo.

XI. Kierunek: kosmodrom

Do kosmodromu pozostało ponad trzysta kilometrów.

Najkrótszą drogę blokował wykolejony skład kolejowy. Objazd oznaczał stratę niemal całego dnia.

Tym razem nie było strzelania.

Była praca.

Sto kilkadziesiąt osób ciągnęło liny, usuwało złom i budowało prowizoryczny przejazd. W jednym wagonie znaleźli setki plastikowych krzeseł.

Starsza kobieta zażądała, żeby zabrać kilka.

— Po co? — zapytał Jack.

— Na Nowej Ziemi macie siedzieć na ziemi?

Jack nie potrafił odpowiedzieć.

Stanęło na ośmiu.

Rumot nazwał to „pierwszym udokumentowanym międzyplanetarnym transportem mebli ogrodowych”.

Wieczorem w dawnej hali sportowej Sam dał mu piłkę.

Rumot kopnął tak mocno, że piłka minęła bramkę i rozbiła starą tablicę wyników.

W hali zapadła cisza.

— Za mocno — ocenił.

Ludzie zaczęli się śmiać.

Rumot wydał krótki, mechaniczny dźwięk.

Spróbował jeszcze raz.

Jack spojrzał na Mary.

— On się śmieje.

— Uczy się.

Rumot podszedł do nich.

Nocna jazda zmieniła ludzi. Nikt już nie pytał, czy zdążą. Każdy robił to, co potrafił. Kierowcy zmieniali się co dwie godziny. Mary rozdawała wodę. Kane pilnował paliwa. Bruno jechał na końcu.

Rumot przemieszczał się między pojazdami, naprawiając to, co właśnie przestawało działać.

Przy trzeciej awarii Jack powiedział:

— Jak wrócimy do normalnego życia, przez miesiąc niczego nie naprawiam.

— Co będziesz robił?

Jack spojrzał na Mary.

— Jeszcze nie wiem.

Rumot również spojrzał na Mary.

— Ja wiem.

— Ani słowa.

— Ja mówię: nie powiedziałem.

Mary pocałowała Jacka w policzek.

— Teraz możesz zapisać.

Rumot zapisał.

Tuż przed świtem zatrzymali się na pięć minut. Jack wysiadł rozprostować nogi. Mary dołączyła.

— Jeżeli naprawdę tam polecimy… — zaczęła.

— Polecimy.

— Jack.

— No?

— Na Nowej Ziemi nie musisz już udawać, że wszystko wiesz.

— Nie udaję.

Mary uniosła brwi.

— Prawie wszystko.

— To już lepiej.

Pocałowała go. Tym razem nie w policzek.

Gdy wrócili do samochodu, Rumot siedział przodem.

— Nic nie powiesz? — zapytał Jack.

— Ja mówię: uczę się dyskrecji.

Po sekundzie dodał:

— Złota myśl numer dziewięć: ludzie zamykają oczy podczas pocałunku, choć wcześniej bardzo długo próbują się do siebie zbliżyć.

Mary roześmiała się.

— Jeszcze się uczysz.

— Ja mówię: śmiech jest nielogiczny. Najczęściej pojawia się, kiedy coś poszło niezgodnie z planem.

— Dlatego jest potrzebny — powiedziała Mary.

Następnego dnia otrzymali wiadomość z Nova Terra.

Korytarz stawał się niestabilny.

Ewakuację przyspieszono.

Trzydzieści sześć godzin.

Od tej chwili jechali bez dłuższych postojów.

W nocy Mary zasnęła obok Jacka. Rumot siedział z tyłu.

— Jack.

— Co?

— Jeżeli zostanę, będziesz o mnie pamiętał?

Jack długo nie odpowiadał.

— Tak.

— Jak długo?

— Do końca.

— Czyjego?

Jack spojrzał w lusterko.

— Mojego.

Rumot zapisał.

Nad ranem zobaczyli wieże kosmodromu.

A potem niebo rozcięła biała smuga.

Transportowiec Nova Terra pojawił się nad płytą.

Przylecieli.

XII. Ostatni pasażer

Transportowiec zawisł nad kosmodromem. Z jego kadłuba opuściła się platforma.

Najpierw weszli chorzy i dzieci.

Ruth zabrano na noszach. Sam został przy Rumocie.

— Ty kiedy?

— Ja nie lecę.

— Dlaczego?

— Nie mogę.

Sam poszedł z tym pytaniem prosto do Eliasa Venna.

— RMT-04 nie jest przystosowany do przejścia przez korytarz — wyjaśnił Venn.

— A pies jest?

Venn spojrzał na psa.

— To nie to samo.

— Wiem. Rumot jest mądrzejszy.

Jack musiał się odwrócić.

Mary pożegnała się z Rumotem jako jedna z ostatnich.

Objęła go.

— Co robisz? — zapytał.

— Przytulam cię.

Rumot ostrożnie odwzajemnił uścisk.

— Mary?

— Co?

— Teraz rozumiem, dlaczego ludzie to robią.

Mary spojrzała mu w zielone oko.

— I?

— Informacyjnie nieprzydatne. Ale dobre.

Uśmiechnęła się przez łzy.

— Będzie mi ciebie brakowało.

— Ja mówię: mnie też będzie brakowało was.

Jack został z nim najdłużej.

Ustalili meldunki. Jack proponował raz w tygodniu. Rumot trzy razy dziennie. Po negocjacjach zeszli do dwóch razy w tygodniu.

Wtedy otworzyło się archiwum.

Miliony nazwisk. Głosy. Zdjęcia. Książki. Muzyka. Filmy. Mapy. Dziecięce rysunki. Historia starej Ziemi.

Nie broń.

Pamięć.

Dlatego RMT-04 był tak ważny.

Kiedy kolejka do platformy zaczęła się skracać, Rumot pomagał każdemu, jakby był pracownikiem kosmodromu od lat. Niósł walizki, podawał dzieci, znalazł zagubioną torbę i przez kilka minut szukał właściciela jednego z ośmiu plastikowych krzeseł.

— Zostaw je — powiedział Jack.

— Umowa była.

— Nie z tobą.

— Byłem świadkiem.

Starsza kobieta odebrała krzesło.

— Porządny chłopak.

Rumot odwrócił się do Jacka.

— Ja mówię: zostałem chłopakiem.

— Gratuluję.

— Czy to awans?

— Ogromny.

Venn chciał przesłać archiwum, ale kanał destabilizował korytarz. Wyjęcie modułu pamięci mogło zniszczyć osobowość Rumota.

Jack odmówił.

— Archiwum zostanie ze mną — powiedział Rumot. — Będę go pilnował. Kiedy będzie bezpiecznie, wyślę wszystko.

— Czyli mam ci zaufać?

— Jestem twoim przyjacielem.

Jack objął go.

— Ty cholerny złomie.

— To obraźliwe?

— Nie.

Platforma zaczęła się unosić.

— Rumot! — krzyknął Jack.

Robot podniósł rękę.

— Co?!

— Nie zepsuj Ziemi!

— JUŻ BYŁA ZEPSUTA!

Jack uśmiechnął się.

Transportowiec zniknął w białej szczelinie.

Rumot został sam.

Po chwili znalazł jedno z plastikowych krzeseł, które nie zmieściło się na pokładzie. Usiadł.

Krzesło pękło.

Rumot runął na ziemię.

Popatrzył na połamany plastik.

— Ja mówię: dobrze, że nie zabrali wszystkich.

Trzydzieści siedem minut później terminal Jacka zapiszczał.

MELDUNEK RMT-04 NR 1

STATEK ODLECIAŁ. ZIEMIA ISTNIEJE. POGODA DOBRA. JEDNO KRZESŁO USZKODZONE. BRAK INNYCH ZDARZEŃ.

NASTĘPNY MELDUNEK ZA 8 GODZIN.

Jack zamknął oczy.

— Mieliśmy umowę.

Przyszło uzupełnienie:

ZAPOMNIAŁEM. TĘSKNIĘ. ALE TYLKO TROCHĘ.

Jack uśmiechnął się przez łzy.

Mary ścisnęła jego dłoń.

— Odpowiedz.

Jack napisał tylko:

MY TEŻ.

Epilog. Nowy początek

Minęło sześć miesięcy.

Jack nadal nie przyzwyczaił się do nieba Nowej Ziemi. O świcie miało fioletowy odcień, a wieczorem dwa słońca zostawiały nad górami purpurową poświatę.

Nie przyzwyczaił się też do stworzeń, które miejscowi nazywali ptakami, choć miały po cztery skrzydła i każdego ranka wrzeszczały na dachu.

— Nienawidzę tej planety — powiedział pewnego ranka.

Mary nie otworzyła oczu.

— Wczoraj ją kochałeś.

— Wczoraj była siedemnasta.

— Rozumiem. Uczucia są zależne od godziny.

Jack spojrzał na nią.

— Zaczynasz mówić jak Rumot.

— To komplement.

Haven było niewielkie. Jack pracował przy systemach energetycznych i wreszcie dostał oficjalny tytuł inżyniera.

Dyplom powiesił nad stołem.

Mary twierdziła, że specjalnie.

Jack utrzymywał, że tylko tam był wolny haczyk.

Nikt mu nie wierzył.

Tomas i Lena mieszkali niedaleko. Ruth wróciła do zdrowia. Sam uczył się i twierdził, że człowiek, który przeżył koniec świata, powinien być zwolniony z matematyki.

Kane pracował w transporcie.

Bruno budował drogi.

Pies nie pracował nigdzie i najwyraźniej najlepiej urządził sobie nowe życie.

Pewnego wieczoru Jack i Mary siedzieli przed domem.

— Pamiętasz fabrykę? — zapytała.

— Każdy przewód.

— Co pomyślałeś, kiedy Rumot wstał?

— Że jest brzydki.

Mary roześmiała się.

— A potem?

— Że działa.

— A potem?

Jack objął ją.

— Że mam pomocnika.

Mary czekała.

— A jeszcze potem?

— Że mam przyjaciela.

Terminal zapiszczał.

Rumot rzeczywiście meldował za często. Przez pierwszy miesiąc Nova Terra otrzymała sto dwanaście wiadomości. Dotyczyły pogody, stanu dróg, aktywności zwierząt, naprawionych generatorów i jednej szczególnie długiej obserwacji dotyczącej tego, że mech zaczął rosnąć na masce samochodu Jacka.

Jack odpowiadał na wszystkie.

Czasem jednym słowem.

Czasem zdjęciem.

Raz wysłał Rumotowi fotografię siebie i Mary przed nowym domem.

Odpowiedź przyszła po chwili:

MARY NADAL MA TEN SAM UKŁAD ANATOMICZNY. JACK NADAL PATRZY.

Mary śmiała się tak długo, że Jack zagroził, iż wyłączy terminal.

Nie wyłączył.

Jack jęknął.

MELDUNEK RMT-04 NR 386

TEMPERATURA: 21,4 STOPNIA. WIATR: SŁABY. ZACHMURZENIE: 17 PROCENT. W FABRYCE NR 12 ZNALAZŁEM SPRAWNĄ WIERTARKĘ. WIERTARKA JEST NIEBIESKA.

Jack przewinął.

— Trzy strony o wiertarce.

Mary odebrała mu terminal.

Na końcu było:

ARCHIWUM BEZPIECZNE. NADAL UCZĘ SIĘ ŚMIAĆ. NIE ZAWSZE WIEM, KIEDY. TĘSKNIĘ.

Jack napisał:

MY TEŻ. PS. WIERTARKA DOBRA. NIE ROZBIERAJ JEJ.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast:

ZA PÓŹNO.

Mary roześmiała się, a Jack przyciągnął ją do siebie.

Na Ziemi Rumot siedział przed fabryką wśród siedemnastu części niebieskiej wiertarki.

— Ja mówię: konstrukcja niepotrzebnie skomplikowana.

Wtedy odebrał sygnał.

Słaby.

Ziemski.

Ludzki.

— …czy ktoś mnie słyszy?

Rumot znieruchomiał.

— …proszę… jeżeli ktoś tam jest…

Wstał.

Spojrzał na drogę.

Potem na części wiertarki.

Podniósł jedną i schował do kieszeni.

— Może się przydać.

Uruchomił nadajnik.

— Ja mówię: słyszę.

I ruszył.

Nie wiedział jeszcze, kogo znajdzie.

Ale wiedział już coś, czego nie rozumiał w dniu, kiedy Jack uruchomił go w starej fabryce:

czasami „dom” nie jest miejscem, do którego się wraca.

Czasami jest kimś, do kogo chce się wrócić.

KONIEC

CZĘŚĆ II

DROGA DO POCZĄTKU

Rozdział I Głos

Po wysłaniu meldunku numer 386 do Jacka i Mary Rumot powrócił do poznawania tajników niebieskiej wiertarki.

Poznawanie polegało w tym przypadku na rozłożeniu jej na sto siedemnaście części, starannym obejrzeniu każdej z nich, a następnie podjęciu próby złożenia urządzenia w całość. Rumot zajmował się tym już trzeci dzień i był coraz bliższy sukcesu.

Przynajmniej tak wynikało z jego obliczeń.

Na kamiennej posadzce dawnego warsztatu leżało jednak nadal osiem części, których przeznaczenia nie potrafił ustalić. Jedna z nich przypominała pierścień, druga spłaszczone pudełko, a sześć pozostałych wyglądało jak przedmioty skonstruowane wyłącznie po to, aby zirytować każdego, kto spróbuje naprawić wiertarkę.

Rumot przyglądał się im przez chwilę.

— Ja mówię: części nadmiarowe — oznajmił.

Włożył pierścień do podręcznego zasobnika narzędziowego. Pozostałe przesunął nogą pod stół.

Niebieska wiertarka była teraz prawie gotowa. Brakowało jej wprawdzie osłony, przełącznika obrotów i czegoś, co najprawdopodobniej chroniło użytkownika przed porażeniem, ale Rumot uznał, że trzy drobne niedogodności nie powinny przeszkadzać w przeprowadzeniu pierwszej próby.

Podłączył baterię.

Wiertarka drgnęła, zawyła i obróciła się gwałtownie wokół własnej osi. Wyrwała się Rumotowi, przeleciała przez warsztat, odbiła od ściany i wbiła w drewnianą szafkę.

Szafka rozpadła się na dwie części.

Rumot popatrzył na wystającą z niej wiertarkę.

— Próba zakończona powodzeniem — stwierdził. — Urządzenie wierci. Kierunek wiercenia wymaga niewielkiej korekty.

Właśnie podchodził do szafki, kiedy usłyszał trzask w odbiorniku.

Zatrzymał się.

Trzaski i szumy nie były niczym niezwykłym. Stara Ziemia wciąż pełna była uszkodzonych nadajników, automatycznych radiolatarni i systemów alarmowych, które od dziesięcioleci bezskutecznie ostrzegały nieistniejących ludzi przed nieistniejącymi zagrożeniami.

Rumot nauczył się je ignorować.

Tym razem jednak wśród zakłóceń pojawiło się coś jeszcze.

Głos.

Bardzo słaby.

Ziemski.

Ludzki.

— Czy… ktoś mnie słyszy?

Rumot znieruchomiał.

W jego procesorze jednocześnie uruchomiło się kilkanaście procedur. Jedna analizowała częstotliwość, druga położenie nadajnika, trzecia porównywała głos z zapisami przechowywanymi w pamięci. Czwarta, zupełnie niepotrzebna, przypomniała mu, że niebieska wiertarka nadal pracuje wewnątrz szafki.

— Proszę… jeżeli ktoś tam jest…

Rumot odwrócił się w stronę odbiornika.

— Ja jestem — powiedział.

Dopiero po chwili przypomniał sobie, że samo mówienie do odbiornika nie wystarcza. Wcisnął przycisk nadajnika.

— Ja mówię: słyszę. Proszę kontynuować bycie człowiekiem i nadawanie.

Odpowiedziały mu trzaski.

— Halo? — powtórzył Rumot. — Osobo ludzka, proszę się nie wyłączać.

Przez kilka sekund słychać było tylko szum. Potem głos powrócił.

— Jeżeli… ktoś mnie słyszy… proszę…

Transmisja urwała się.

Rumot czekał.

Dziesięć sekund.

Minutę.

Pięć minut.

Głos już się nie odezwał.

Robot przesłał zapis do analizatora. Sygnał był bardzo słaby, wielokrotnie odbijał się od ruin i pozostałości dawnych instalacji. Ustalenie dokładnego miejsca jego pochodzenia wymagało czasu.

Rumot wpatrywał się w mapę. Zielone linie pojawiały się na ekranie, krzyżowały i znikały. Położenie nadajnika zmieniało się z każdą kolejną analizą o kilkadziesiąt kilometrów. Dopiero po godzinie obszar poszukiwań zmniejszył się do wielkości, którą Rumot uznał za możliwą do zaakceptowania.

Kierunek południowo-zachodni.

Odległość około tysiąca stu pięćdziesięciu kilometrów.

Margines błędu: sto osiemdziesiąt kilometrów.

— To nie jest dokładna lokalizacja — zauważył. — To jest sugestia geograficzna.

Jeszcze raz odtworzył nagranie.