37,90 zł
Poznaj skuteczną strategię pogodzenia się z uczuciem straty po rozstaniu, odzyskania pewności siebie i otworzenia się na prawdziwą miłość.
To już koniec. Bardzo cierpisz. Teraz pewnie wydaje ci się to nieprawdopodobne, ale po rozstaniu możesz ułożyć sobie życie od nowa. Nie próbuj odzyskać byłego partnera. Nie odkładaj swoich potrzeb na bok i nie rób wszystkiego, by znowu cię pokochał. Zapomnij o tym! ROZSTANIE JEST DOSKONAŁĄ SZANSĄ NA ZMIANĘ TWOJEGO ŻYCIA NA LEPSZE.
Rozstanie to nie koniec świata to wypróbowany poradnik, który pomoże ci przetrwać bolesne zakończenie związku uczuciowego, a nawet rozwód.
Susan J. Elliott pomogła tysiącom osób odmienić na lepsze ich życie uczuciowe. Teraz pokaże i tobie, na co powinnaś poświęcić swoją energię.
Jej plan składa się z czterech punktów:
• Jak i po co całkowicie zerwać kontakt ze swoim byłym.
• Jak przepracować uczucie straty, pokonać lęk i odzyskać swoje życie.
• Jak pozbyć się starych schematów, które prowadzą do nieudanych związków.
• Co robić, kiedy nie możesz przestać myśleć o swoim byłym, wysyłać do niego esemesów, wydzwaniać do niego, sprawdzać jego status na portalach społecznościowych i krążyć pod jego domem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 253
Żaden pisarz nie tworzy książki sam. Ja również dostałam ogromne wsparcie. Oto osoby, którym chciałabym podziękować.
Mój mąż, Michael DiCarlo, za to, że mnie kocha, jest przy mnie i wierzy we mnie jak nikt inny. Szczerze cię kocham.
Moi cudowni wnukowie: C.J. i Derek za to, że codziennie dają mi powód do uśmiechu.
Moi bracia: Ricky i Billy. Kocham was.
Moja przyjaciółka, Carlotta Cassidy, za wsparcie i wyrozumiałość.
Moja droga przyjaciółka, Barbara McCarthy, za to, że zawsze jest przy mnie.
Moi pomocni przyjaciele: Marian Ericson, Candice Cook, Melissa Wandersee, Jenny Rynell i Martin Pascual.
Moje synowe, Kristen i Heather, i moje szwagierki, Kathy i Marion.
Moi mentorzy, nauczyciele i osoby, które mnie inspirowały: Cheryl Cabral, Beverly Hall, Rodney Hayes, Ken Hammond, Katie Sunderland, Jacquie Pells, John James z Grief Recovery Institute i Lou Tice z Pacific Institute.
Moja agentka, Diane Freed i wspaniały zespół z FinePrint Literary Management.
Moja redaktorka, Katie McHugh z Da Capo za to, że dała szansę tej książce.
Joan i Anthony Nittoli, Theresa Andis-DiCarlo, Mark Carley, Julie Carlo, Tony Nittoli, Joe Jasniewski, Kathy Fox, Vonne Cranmer, Gia Goldman, Lexi Feinberg, Beatrice B., Nick Chiodini, Eric Elkins, Brenda Murphy, Laura Jelin, Eileen MacDonald, Kara Harter, Jenny Mahoney, Gena Wright, Patrick Lidji, L. Felipe Guimares, Paul Alexander, Megan McLeod, Lucy Hunt, Libby Huegel, Heather Baker, Nicole Cusick i Genevieve Sebesta.
Wszyscy czytelnicy mojego bloga, klienci i uczestnicy konferencji, a także ci, którzy zachęcali mnie do „napisania o tym książki”.
Przez dwadzieścia lat zgłębiałam temat i czytałam, ale kilka książek w wyjątkowy sposób trafiło do mojego serca i duszy, odmieniło moje życie i wywarło ogromny wpływ na moją pracę. Oto ich autorzy, do których kieruję podziękowania: Melody Beattie, Robin Norwood, Susan Forward, Clarissa Pinkola Estes, Therese Rando oraz Stephen i Ondrea Levine.
Kiedy skończyłam pisać tę książkę, u Michaela, miłości mojego życia, zdiagnozowano nieuleczalny nowotwór mózgu. Myśl o tym, że go stracę, jest druzgocząca, ale wiem, że nigdy bym nie zaznała takiej miłości, gdybym nie zmieniła swojego życia. Lata, które z nim spędziłam, to najpiękniejszy okres w moim życiu. Troszczę się o niego tak samo, jak on by się troszczył o mnie. Zawsze będę wdzięczna za to, że pojawił się w moim życiu. A to nie byłoby możliwe bez pracy, którą opisuję w tej książce.
Skarb, jakim jest życie, odkryjemy dopiero wtedy, gdy zejdziemy w otchłań. Tam, gdzie się potkniesz, tam leży twój skarb.
[JOSEPH CAMPBELL]
Historia mojego dzieciństwa i moich związków może się wydawać dość ekstremalna, ale chcę ją opowiedzieć, byście uwierzyli, że skoro mnie się udało, to uda się i wam. Dziś moje życie jest nie tylko udane – przynosi mi wiele radości. Jestem zdrowa, szczęśliwa i silna. Wykonałam pracę, której i od was będę oczekiwać. Wiem, że to trudne, ale wierzcie mi: warto.
Kiedy odeszłam od męża, przez jakieś dwadzieścia cztery godziny byłam pewna, że słusznie zrobiłam. Od dawna byłam nieszczęśliwa w małżeństwie: ciągle się kłóciliśmy i byłam przekonana, że mąż mnie zdradza. Przez lata znosiłam jego krytykę, ale relacje między nami pogorszyły się, kiedy moja firma zbankrutowała i nagle straciłam pracę.
Szef dał mi dobre referencje. Przez parę pierwszych dni starałam się myśleć optymistycznie. Napisałam CV, kupiłam elegancką garsonkę i zaczęłam szukać nowej pracy. Co wieczór mój mąż wracał do domu, oczekując wysprzątanego domu i gotowej kolacji, bo przecież „cały dzień siedziałam w domu i nic nie robiłam”. Nie chciałam się z nim kłócić, więc zrezygnowałam z szukania pracy i przez parę następnych dni siedziałam w domu, gotując i sprzątając. Wtedy przyczepił się do tego, że gotuję zbyt „powszednie” potrawy i nie piorę jego ubrań. Zaczęłam więc przyrządzać wymyślne dania i codziennie robić pranie, ale wtedy on zaczął narzekać, że zamiast aktywnie szukać pracy, „bawię się w dom”.
Tego rodzaju patowa sytuacja nie była w naszym związku niczym nowym, ponieważ jednak nie mogłam odreagować w pracy, zaczęła mi ona działać na nerwy. Martwiłam się o nasze finanse i moją przyszłość zawodową i to czepianie się o gotowanie czy pranie nie pomagało. Któregoś dnia wydawało mi się, że znalazłam złoty środek. Rano poszłam na rozmowę w sprawie pracy, a po powrocie do domu wyszorowałam podłogi. Kiedy wyschły, odebrałam dzieci ze szkoły i kupiłam mężowi jego ulubione danie na wynos. Podsumowując: szukałam pracy, zrobiłam porządki, spędziłam trochę czasu z dziećmi i miałam dla męża kolację-niespodziankę. Byłam pewna, że zachowałam się jak żona idealna.
Kiedy tego wieczora mąż wrócił do domu, stwierdził, że na podłogach zostały smugi i że specjalnie to zrobiłam, żeby mi zabronił myć podłogę. Zdumiona, próbowałam mu wytłumaczyć, że to wcale nie było moim celem. Przypomniały mi się krytyczne uwagi mojej mamy. Kiedy byłam dzieckiem, mawiała, że celowo robię coś źle, żeby wymigać się od obowiązków. Teraz, słysząc podobne oskarżenie, z uporem powtarzałam, że to nieprawda. Mąż obrzucił mnie wyzwiskami, ja zrewanżowałam się tym samym. Jak to zwykle u nas bywało, kłótnia przerodziła się w awanturę i oboje zagroziliśmy, że odejdziemy.
Następnego dnia powiedziałam mu, że to już koniec i że ma się wynosić. Wyśmiał mnie i oznajmił, że poprzedniego wieczora to ja wywołałam awanturę. Za każdym razem, kiedy się kłóciliśmy, była to moja „wina”. Przeważnie mu wierzyłam, ale tym razem było mi wszystko jedno. Po prostu miałam już dosyć. Włożyłam do pudła jego rzeczy i postawiłam je na stole w kuchni, razem z liścikiem, by je zabrał i się wynosił. Nie próbował się sprzeciwiać. Złapał pudło i wypadł z domu. Poczułam natychmiastową ulgę – bardzo się cieszyłam, że jestem sama.
Rano czułam się rozbita. Początkowo myślałam, że jestem chora, ale szybko uświadomiłam sobie, że fizycznie nic mi nie dolega. Zwlekłam się z łóżka i wyprawiłam dzieci do szkoły. Czułam coś gorszego niż zwykły smutek. Próbowałam się czymś zająć, żeby nie myśleć o zbliżającej się katastrofie. Coraz częściej spoglądałam na telefon. Wczesnym popołudniem co parę minut podnosiłam słuchawkę, żeby sprawdzić, czy telefon działa.
Kiedy chłopcy wrócili ze szkoły i zaczęli się bawić, usmażyłam kurczaka. Zamiast dżinsów i T-shirtu założyłam spódnicę i bluzkę, mocno wytuszowałam rzęsy i zaczesałam włosy na bok. W głębi ducha miałam nadzieję, że mąż przyjdzie do domu, zobaczy gotową kolację, wysprzątany dom, piękną żonę i grzeczne dzieci i zapragnie wrócić. Co takiego? Tak długo próbowałam wyrwać się z tego związku. Skąd takie absurdalne myśli?
Minęło parę dni. Mąż nie dzwonił i nie przychodził, a ja przestałam spać i jeść. Czułam oszołomienie, lęk, przygnębienie i obsesyjnie o nim rozmyślałam. Zamiast skupić się na naszych kłótniach, wspominałam tylko dobre chwile. Rozpaczliwie za nim tęskniłam. Zrozumiałam, że popełniłam straszliwy błąd.
Próbowałam się z nim skontaktować, chciałam porozmawiać. Nie reagował na wiadomości, jakie mu zostawiłam w poczcie głosowej.
Któregoś popołudnia nieoczekiwanie zjawił się w domu. Wziął parę rzeczy i spytał o chłopców. Początkowo rozmowa szła nam opornie, ale w końcu wybuchnęłam: „Proszę, wróć!”. Zaczęłam płakać i błagać, żeby wrócił do domu. Uśmiechnął się szyderczo i ruszył do wyjścia. Pobiegłam za nim, próbowałam go objąć, wciąż błagając, żeby został. Mocno mnie odepchnął i wyszedł. Usiadłam na schodach. Czułam się upokorzona. Zaczęłam histerycznie szlochać. Jeśli nie uda mi się przekonać go do powrotu, moje życie straci cały sens.
Rano postanowiłam wysprzątać cały dom, znaleźć pracę i ugotować wykwintną kolację. Zamiast prosić go o powrót, po prostu mu pokażę, jak bardzo się staram. Udobrucham go, będąc dobrą żoną, dobrą matką i dobrym pracownikiem. Tego dnia postanowiłam zacząć życie od nowa i odzyskać męża.
Zrobiłam dzieciom śniadanie i zabrałam się do porządków. Nie było bałaganu, ale ja chciałam, żeby dom lśnił czystością.
Zmyłam naczynia po śniadaniu, wyjęłam z opakowania nową żółtą gąbkę, nalałam na nią płynu do czyszczenia i zaczęłam sprzątać. Kiedy szorowałam kuchenny blat, uświadomiłam sobie, że już wcześniej był czysty. Jako dorastająca dziewczyna mogłabym wyszorować dom od piwnicy aż po strych, żeby zadowolić swoją matkę, ale ona i tak znalazłaby jakiś pyłek. To samo powtórzyło się w moim małżeństwie. Zadałam sobie pytanie: „Kiedy będzie wystarczająco czysto?” i sama na nie odpowiedziałam: „Nie mam pojęcia”.
Szorowałam blat, a łzy płynęły mi po twarzy. „Czy są już wystarczająco czyste? Dobrze się spisałam?” Moje mamrotanie przeszło w powarkiwanie, a potem we wrzask. „Kiedy będą wystarczająco czyste?! Kiedy wreszcie dobrze się spiszę?!” Nagle padłam na podłogę.
Nie mogłam się ruszyć. Przygniotła mnie świadomość, że nie wiem, kim jestem ani czego chcę. Nie wiedziałam nawet, czy chcę, by wszystko było „wystarczająco czyste”. Znałam rodziny szczęśliwe w swoich zabałaganionych domach. Nikogo tam nie karano ani nie krytykowano za nieporządek. Może chciałam być właśnie taka. Może chciałam być człowiekiem, któremu po prostu nie zależy. A może mi zależało, ale wolałam zatrudnić sprzątaczkę. Tymczasem szorowałam nieskazitelnie czysty blat – nie dlatego, że aż tak mi zależało na porządku, ale dlatego, że próbowałam zdobyć uznanie ludzi, którzy nie byli zdolni mi go okazać.
Co lubiłam? Co myślałam o tym wszystkim? Kiedy przestałam mieć własne zdanie?
Nagle powróciło moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Miałam wtedy trzy albo cztery lata. Przyśniło mi się, że „źli ludzie” mnie zabierają i gwałtownie wybudziłam się z tego koszmaru. Wychowywałam się w domach zastępczych i często mi się śniło, że jakieś potwory w ciemnych ubraniach wyciągają mnie z łóżka. Kiedy dorastałam, moi rodzice zastępczy często przebąkiwali, że nie będą mogli mnie adoptować. Czasami odwiedzałam matkę biologiczną. Poznałam dwóch braci i bawiłam się z najstarszym, Edwardem. Nie wiedziałam, gdzie byłoby mi lepiej: w domu rodzinnym czy zastępczym. Miałam wrażenie, że nie pasuję do żadnej z tych rodzin. Czekałam, aż ktoś mi podpowie, co powinnam zrobić i dokąd pójść.
Pewnego dnia, kiedy miałam siedem lat, weszłam do pokoju gościnnego w biurze Katolickiej Organizacji Charytatywnej. Na krześle siedziała moja matka, a mój brat, Edward, bawił się w kącie pokoju. Gdy do niego podeszłam, bez słowa podał mi zabawkę. Nie rozmawialiśmy, ale co jakiś czas uśmiechaliśmy się do siebie. Miał nieco smutne spojrzenie. Czułam, że jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Nie miałam pojęcia, że to nasze ostatnie spotkanie. Niedługo potem matka oddała mnie do adopcji.
Przez lata spotykałyśmy się w tym biurze. Kiedy po raz ostatni wracałam stamtąd metrem, wyobrażałam sobie swoje życie poza systemem domów zastępczych. Bardzo się cieszyłam, że wreszcie stanę się „normalnym” amerykańskim dzieciakiem. Tamtego wieczora poszliśmy do restauracji, żeby uczcić początek mojego nowego życia. Urodziłam się na nowo w wieku ośmiu lat! Byłam taka przejęta. Niestety wkrótce czar prysł. W domu nie wszystko dobrze się układało. Mój nowy ojciec sporo pił. Kiedy żona czuła od niego alkohol, wpadała w szał. Jeśli nie reagował, groziła, że się utopi w rzece albo zamknie się w łazience i połknie wszystkie leki z apteczki. Z przerażeniem słuchałam, jak moja przybrana matka – jedyna, jaką miałam – zarzeka się, że się zabije. Nawet jeśli obywało się bez tych dramatycznych gróźb, to kłótnie ciągnęły się godzinami, aż ojciec wychodził z domu. Wtedy matka przenosiła swój gniew na nas, a my się chowaliśmy albo staraliśmy się wysprzątać dom, żeby przestała się na nas wściekać.
Zdarzały się i dobre dni, kiedy rodzice żyli w zgodzie. Wszyscy zapominali o tych strasznych awanturach, szliśmy do kina, restauracji albo zostawaliśmy w domu i graliśmy w karty. Niestety po jakimś czasie mój ojciec znowu zaczynał pić, spokój burzyły wrzaski mojej matki i piekło rozpętywało się od nowa. Kiedy miałam dziesięć lat, uważałam, że spokojna noc to jedynie przerwa w ciągu awantur. W wieku dwunastu lat zrozumiałam, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. Kiedy skończyłam czternaście lat, nie wiedziałam już dosłownie nic.
Wpływ moich rodziców i przeżyć z wczesnego okresu życia stał się widoczny, gdy zaczęłam interesować się chłopcami. Podobali mi się albo porywczy jak moja matka, albo nieobecni jak mój ojciec. Kiedy miałam osiemnaście lat, związałam się z chłopakiem, który nie tylko stosował przemoc, ale i stanowił dla mnie potencjalnie śmiertelne niebezpieczeństwo. Po pijanemu mógłby mnie zabić. Wiele razy podbił mi oko, dusił, aż traciłam przytomność, a kiedyś zamknął mnie na dwa dni w szafie. Kiedy mnie wypuścił, wybiegłam z domu, a wtedy próbował przejechać mnie moim własnym samochodem. Moje życie, już i tak fatalne, teraz oficjalnie przemieniło się w horror.
W końcu udało mi się bezpiecznie od niego odejść. Wkrótce potem zaczęłam się spotykać z kolegą, który został moim pierwszym mężem. Znowu goniłam za „normalnym” życiem i byłam gotowa zrobić wszystko, żeby tylko stać się normalnym człowiekiem. Wierzyłam, że jeśli ktoś mnie pokocha, będę normalna i szczęśliwa.
Teraz, leżąc na podłodze i gapiąc się w sufit, zaczęłam sobie uświadamiać, że kurczowo czepiałam się martwego małżeństwa, by uniknąć tych bolesnych wspomnień. Schemat mojego związku – na przemian zrywanie i godzenie się – chronił mnie przed opuszczeniem, przemocą i rozpaczą. W próżni spowodowanej rozstaniem i utratą pracy pojawiła się ta lawina koszmarnych myśli, emocji, wspomnień i niedokończonych spraw. Nie mogłam sobie poradzić z ogromem tych uczuć, z tym przytłaczającym zadaniem. Potrzebowałam pomocy. I to szybko. Zadzwoniłam do psychoterapeutki i wykrzyczałam w słuchawkę całą swoją rozpacz. Miała zapisanych pacjentów na parę kolejnych tygodni, ale się zgodziła, żebym przyszła następnego dnia. Przyjechałam prawie godzinę za wcześnie. Siedziałam w samochodzie na parkingu, przemarznięta do szpiku kości i zastanawiałam się, czy dobrze robię. W końcu przyszła pora mojej wizyty. Psychoterapeutka była niska, szczupła i dość młoda. Miała zadarty nosek, pogodny uśmiech i rudawe włosy ściągnięte w koński ogon, który kołysał się przy każdym jej ruchu. Nie miałam pojęcia, jak taka mała osóbka może mi pomóc. Wskazała na krzesło naprzeciwko siebie i spytała, w jakim celu przyszłam. Drżącym głosem, czując się jak dziecko, powiedziałam, że popełniłam straszliwy błąd, doprowadzając do rozpadu swojego małżeństwa. Rozdzierająco szlochając, mówiłam przez pół godziny. W końcu mi przerwała i spytała, co się stało z moją twarzą.
Z moją twarzą?
Moje życie legło w gruzach, a ona się martwiła o moją twarz? Początkowo próbowałam to zignorować i zaczęłam mówić o czymś innym, ale ona dalej komentowała mój wygląd. Moje ubranie było wymięte, zlepione w strąki włosy opadały mi na poszarzałą twarz. Nie odpowiadałam, bo nie wiedziałam, co powiedzieć, a wtedy ona rzeczowym tonem stwierdziła, że widzi przed sobą kobietę pozbawioną poczucia wartości i szacunku dla samej siebie. Nie miałam niskiego poczucia wartości – byłam całkowicie go pozbawiona. Odparłam, że nie zależy mi na poczuciu wartości. Chciałam tylko odbudować swoje małżeństwo. Wcześniej bardzo chciałam się rozstać z mężem, ale teraz nagle się załamałam i uznałam, że postąpiłam bardzo źle. Zawyłam: „Powiedz mi, co mam robić!”.
Przez chwilę milczała. Potem wychyliła się do przodu i powiedziała: „Ta reakcja to oznaka lęku przed porzuceniem”.
Lęk przed porzuceniem.
Nigdy wcześniej nie słyszałam tego określenia, ale instynktownie wiedziałam, że „lęk przed porzuceniem” podsumowuje wszystkie problemy w moim życiu. A skoro istniała nazwa mojego stanu, to z pewnością było i lekarstwo. Nadal nie byłam pewna, co myśleć o tej terapeutce, ale teraz byłam skłonna jej wysłuchać. Dała mi kilka książek na temat urazów psychicznych, przemocy, współuzależnienia i rodzin z problemem alkoholowym. Co prawda nie wierzyłam, że te książki zawierają odpowiedzi na moje pytania, ale obiecałam, że je przeczytam. Lektura była bolesna, ale zaskakująca. Nigdy wcześniej nie czytałam poradników i nie wiedziałam, że literatura tego typu może do mnie przemówić. Jako dziecko, które wychowało się w domach zastępczych, a potem w rodzinie adopcyjnej, zawsze i wszędzie czułam się nieprzystosowana, co moja terapeutka określiła jako „krańcowe wyalienowanie”. Po raz pierwszy w życiu poczułam nadzieję i zrozumiałam, że może jednak uda mi się naprawić to, co uważałam za trwale uszkodzone.
Nigdy też nie przyszło mi do głowy, że mój mąż częściowo ponosi odpowiedzialność za nasze problemy. Nadal tkwiłam w przekonaniu, że tylko ja jestem winna wszystkiemu, co poszło nie tak w naszym małżeństwie. Później terapeutka wyjaśniła mi, że „swój ciągnie do swego”, że wady i problemy partnera zazwyczaj idą w parze z twoimi własnymi. Ludzie wybierają partnerów o podobnym stopniu „uszkodzenia” i w ten sposób zaczyna się taniec dysfunkcji, którego kroki oboje świetnie znają. Dlatego jedna osoba nie może być o wiele zdrowsza od drugiej. Zdrowi ludzie nie tańczą z chorymi.
Mimo wszystko nadal gorąco wierzyłam, że jeśli znajdę w tych książkach coś, co wytłumaczy mi zachowanie męża, zbliżę się do mężczyzny, którego kocham, ojca moich dzieci i sprowadzę go z powrotem do domu. Przeczytałam więc te książki, a potem zaczęłam pisać do niego listy. Czasami go denerwowały. Kiedy indziej reagował bardzo miło, prowadziliśmy długie, dramatyczne rozmowy, które zwykle kończyły się w łóżku. Czasami przychodził. Oboje byliśmy skołowani i razem płakaliśmy. Niekiedy wydzieraliśmy się na siebie, wyzywaliśmy się od najgorszych, a nawet dochodziło do rękoczynów. Nasz związek był chaotyczny, ale za każdym razem, kiedy się widzieliśmy, miałam nadzieję, że tym razem się pogodzimy na dobre. Nadal czekałam, aż ktoś inny rozwieje moje wątpliwości.
Terapia nie pomagała mi skleić małżeństwa. Terapeutka radziła, żebym przestała kontaktować się z mężem i pozwalała mu tylko na spotkania z dziećmi. Zachęcała mnie do prowadzenia pamiętnika i pisania do męża listów bez wysyłania ich. Proponowała też, żebym przyjrzała się całemu swojemu życiu i dostrzegła przemoc, porzucenie i nadużycia ze strony innych ludzi. Jeśli chciałam wyrwać się z tego kręgu przemocy i wychować dzieci na zdrowych ludzi, powinnam przyjrzeć się swojemu życiu, uświadomić sobie, gdzie popełniłam błąd i go naprawić. W tym celu musiałam rzucić się w otchłań i doświadczyć cierpienia.
Pierwszy miesiąc okazał się najstraszniejszy w całym moim życiu. Myślałam, że nie dam rady. Kiedy otworzyła się puszka Pandory, wylały się z niej wszystkie żale i ból. Nie mogłam uwierzyć, że z takiego koszmaru może wyniknąć coś dobrego. Co gorsza, mój mąż nawet nie próbował się kryć ze swoim romansem ze znajomą z pracy i kiedyś w jego samochodzie znalazłam list miłosny od niej.
Któregoś dnia przyjechał, żeby odwiedzić chłopców. Właśnie wracałam z pracy. Zobaczyłam, że bawią się w ogródku za domem, weszłam do środka, żeby zmienić buty, a chwilę później mąż stanął obok mnie i zaczął wrzeszczeć, że się z nim nie przywitałam. Nie wiedziałam, jak zareagować. Siedziałam w milczeniu i zakładałam buty. Wkurzył się jeszcze bardziej. Przemaszerował przez pokój i mnie spoliczkował. I tym razem nie zareagowałam, tylko cicho, ale stanowczo powiedziałam: „Wyjdź”. Następnego dnia spotkałam się z prawnikiem, złożyłam papiery rozwodowe i załatwiłam zakaz zbliżania się. Mąż próbował go podważyć, więc doszło do rozprawy sądowej.
Wiedziałam, że w ten sposób chciał mnie zastraszyć. Pewnie myślał, że nie dam rady i rzeczywiście – stara „ja” nie poradziłaby sobie w tej sytuacji. Problem polegał na tym, że nigdy nikomu się nie postawiłam i nie byłam pewna, czy tym razem mi się uda. Kiedy nadszedł dzień rozprawy, weszłam do sądu na trzęsących się nogach, trzymając się poręczy, żeby nie upaść. Kiedy wywołano nasze nazwiska, mój adwokat wezwał mnie na miejsce dla świadka i wypytał o wszystkie przypadki przemocy w naszym domu. Początkowo mówiłam tak cicho, że ledwo mnie było słychać, ale nagle przypomniały mi się słowa mojej terapeutki: Nikt nie ma prawa stosować przemocy wobec innych. Wcześniej o tym nie wiedziałam. Zawsze myślałam, że zmuszałam innych do stosowania przemocy, bo byłam taka beznadziejna.
Niczym mantrę powtarzałam sobie w myślach te słowa i nagle coś się we mnie zmieniło. Uwierzyłam, że terapeutka miała rację. Moje zachowanie całkowicie się odmieniło. Zaczęłam mówić głośniej i bardziej stanowczo. Odwróciłam się i spojrzałam mężowi prosto w oczy. Ku mojemu zdumieniu jego adwokat coś mu szepnął do ucha, po czym wstał i wycofał sprzeciw. Sędzia powiedział, że mogę usiąść i wydał stały zakaz zbliżania się.
Po rozprawie dosłownie sfrunęłam ze schodów. Czułam, że zaczynam życie od nowa. Wiedziałam, że od tej pory nie pozwolę, żeby ktokolwiek stosował wobec mnie przemoc. W końcu przejęłam kontrolę nad własnym życiem i powiedziałam: „Dosyć tego! Nie wolno ci tego robić!”. Stawianie granic stało się priorytetem w moim życiu i zmieniło wszystko na lepsze.
Rozwód nie był łatwy i sfinalizował się dopiero po ponad dwóch latach. Nadal pracowałam z terapeutką, chodziłam na spotkania grup wsparcia, czytałam poradniki i stawałam się coraz silniejsza. Podczas pierwszych świąt nastąpił u mnie pewien regres, ale dzięki swojemu systemowi wsparcia pokonałam go i dalej pracowałam nad sobą. Przez całe życie nie cierpiałam niepewności i oczekiwałam, że ktoś da mi poczucie bezpieczeństwa. Przez całe życie szukałam kogoś, kto by mnie pokochał i uczynił ze mnie normalnego człowieka. Teraz się dowiedziałam, że pewność siebie muszę odnaleźć w sobie i że sama muszę odkryć i pielęgnować własną normalność. Było ciężko, ale nie tylko zmierzyłam się z przeszłością, lecz zmieniłam również swoje nastawienie do teraźniejszości i zaczęłam planować przyszłość. Nauczyłam się mieć przyjaciół, zainteresowania i hobby. Kiedy zaczęłam odkrywać, co lubię, a czego nie lubię, nauczyłam się wyrażać własne zdanie. Im bardziej pracowałam nad sobą i im zdrowsza się stawałam, tym zdrowsi się stawali ludzie w moim życiu.
Im lepiej traktowałam samą siebie, tym lepiej traktowali mnie inni. Kiedy moja pewność siebie się zwiększyła, zaczęłam poznawać ludzi zdolnych do miłości i takich, na których mogłam polegać.
Nauczyłam się chodzić na randki z mężczyznami i odmawiać. Nauczyłam się wierności samej sobie i przestałam robić wszystko, żeby tylko przypodobać się innym. Zaczęłam zadawać sobie pytanie: „Czy go lubię?”. Jeśli odpowiedź była przecząca, od razu się żegnałam. Moje związki z mężczyznami nadal nie były udane i przez parę pierwszych lat wciąż dominował w nich lęk przed porzuceniem, ale z każdego wyciągałam jakąś lekcję. Zaczęłam postrzegać swoje związki jako źródło wiedzy i inwentaryzowałam je, gdy się kończyły, co mi pomogło zrozumieć, na jakie kwestie w swoim życiu powinnam zwrócić uwagę.
W tamtym okresie podjęłam decyzję, która kiedyś wydawałaby mi się nie do pojęcia: wolę być sama, niż miałabym zaakceptować coś nie do zaakceptowania. Już nigdy nie poświęcę siebie dla związku z mężczyzną. Nie zamierzałam być ignorowana, wyzywana czy umieszczana na ostatnim miejscu listy priorytetów. Nie zamierzałam akceptować nieakceptowalnego zachowania tylko po to, żeby mieć kogoś. Przez lata się bałam, że nikt mnie nie pokocha. Teraz byłam pewna, że dostanę to, na co się zgodzę, więc nie zamierzam zgadzać się na mniej, niż zasługuję. Powoli zaczynałam wierzyć, że zasługuję na wszystko, co najlepsze.
Sporo czasu mi zajęło uwierzenie w siebie jako rodzica. Kiedy się uczyłam, co jest zdrowe, co nie, zaczęło się to przejawiać w moim sposobie wychowywania dzieci. W naszym domu wolno było stawiać granice, dbaliśmy o siebie i mogliśmy na sobie polegać. Nie przejmowaliśmy się takimi głupstwami jak to, czy stół w kuchni jest wystarczająco czysty. Przejmowaliśmy się tylko tym, jaką rodziną jesteśmy. Dziś synowie są mi wdzięczni za to, że wyrwałam się z kręgu przemocy i porzucenia. Każdą rozmowę telefoniczną kończą słowami „Kocham cię” i zawsze mnie przytulają na powitanie i pożegnanie. Przychodzą do mnie po radę. Są mnie pewni, a ja jestem pewna ich. To cudowni młodzi mężczyźni i jestem z nich bardzo dumna.
Próbując wyleczyć swoje rany, zaczęłam szukać swojej biologicznej rodziny. W każdym pełnym przemocy związku całym sercem tęskniłam za moim bratem Edwardem. Byłam pewna, że gdyby był przy mnie, nie stałaby mi się żadna krzywda. Być może go idealizowałam, ale miałam wrażenie, że to moja zagubiona gdzieś w świecie druga połówka i bardzo pragnęłam, żeby wrócił do mojego życia. Zawsze mi się wydawało, że gdybyśmy byli razem, w życiu lepiej by się nam ułożyło.
Szukałam go przez parę lat, aż wreszcie dowiedziałam się, że od jakiegoś czasu nie żyje. Mam jeszcze dwóch braci – Billy’ego i Ricky’ego, z którymi odnowiłam kontakt. Gorzko żałowałam, że nie mogłam z nimi dorastać i że z tego powodu moje uzdrowienie nigdy nie będzie kompletne. Żałuję, że nigdy nie poznałam swojego brata Edwarda i nie dorastałam z pozostałymi braćmi. Poza tym jednak uzdrowiłam swoją przeszłość. Na terapii przepracowałam relacje ze wszystkimi swoimi rodzicami i w końcu udało mi się ich zaakceptować i im wybaczyć. Wybaczyłam im, żeby móc żyć dalej jako zdrowy człowiek.
Kiedy się dowiedziałam, że „swój ciągnie do swego”, wreszcie mogłam dostrzec swoje problemy, analizując, do jakich ludzi mnie ciągnie i jakim ludziom się podobam. Dało mi to pewność, że mogę kontrolować to, co się dzieje w moim życiu i moich związkach. Tyle razy wydawało mi się, że jestem gotowa związać się z „tym jedynym”, a jednak pakowałam się w związek z mężczyzną z ogromnymi problemami. Analizując te kwestie, zrozumiałam, nad czym jeszcze powinnam popracować i że muszę zacząć od początku. Niekiedy było to frustrujące, ale moim celem było wyleczenie się do tego stopnia, bym mogła stworzyć zdrowy związek.
Byłam szczęśliwą singielką, kiedy nieoczekiwanie się zakochałam. On też był samotnym rodzicem, wychowywał córeczkę. Był szczery, otwarty, miły, troskliwy i uważał, że ja jestem taka sama. Oboje dobrze czuliśmy się jako single i stwierdziliśmy, że wolimy żyć w samotności, niż znowu fundować sobie jakiś dramat. Zmienilibyśmy zdanie tylko wtedy, gdybyśmy poznali osobę o takim samym nastawieniu do życia. Wydawało się nam, że to nigdy nie nastąpi, że nigdy nie znajdziemy osoby, która będzie cenić nasze życie i dzieci, która będzie popierać naszą niezależność, która będzie pracować razem z nami, by stworzyć zdrowy związek.
I nagle się odnaleźliśmy.
Od dwunastu lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Na palcach jednej ręki mogę policzyć poważne kłótnie. Mąż nigdy mnie nie wyzywał. Nigdy nie doprowadził mnie do płaczu. Nie zważa na to, czy w domu jest porządek. Zależy mu na moim szczęściu i kocha mnie bezwarunkowo. Jesteśmy dobrymi i kochającymi partnerami zarówno w życiu, jak i w miłości.
W tej książce znajdziesz prosty przepis na to, jak odnaleźć szczęście po zakończeniu związku. Zebrałam w niej wszystkie swoje doświadczenia jako osoba po rozstaniu, jako terapeutka, naukowczyni i nauczycielka. Pokażę ci, jak przekształciłam niesłychanie bolesne rozstanie w najlepszą rzecz, jaka mi się kiedykolwiek przydarzyła. Ty też możesz tego dokonać. Podzielę się z tobą wszystkim, czego się nauczyłam w szkole i w życiu, wszystkim, co studiowałam i co inni mi opowiedzieli na ten temat w ciągu ostatnich dwudziestu lat.
Po tym, jak moje pierwsze małżeństwo się rozpadło, zapragnęłam zacząć pomagać ludziom zmieniać życie i przekonać ich, że wszystko jest możliwe. Poszłam do szkoły, żeby zostać terapeutką, a później uzyskałam dyplom terapeutki specjalizującej się w terapii żałoby. Dzięki badaniom i prowadzeniu grup wsparcia dla osób radzących sobie ze stratą przekonałam się, jak głęboki i pozytywny wpływ na ludzi ma jej przepracowanie. Ludzie, którzy się z nią zmierzyli – czy chodziło o rozstanie, rozwód, śmierć czy jakąś inną nagłą zmianę – sami w zdumiewający sposób się zmieniali.
Któregoś dnia ktoś mnie spytał, czy wszystkie moje marzenia się spełniły. Przytaknęłam, ale potem przez parę dni się zastanawiałam, czy to prawda, bo zostało mi jedno niezrealizowane marzenie. Wychowując się w domach zastępczych, marzyłam o tym, żeby zostać pracownikiem opieki społecznej albo prawnikiem. Kiedy w sądzie w Bronx County ostatecznie oddano mnie do adopcji, sędzia poprosił mnie do swojego gabinetu, chcąc zadać mi parę pytań. Miałam dopiero osiem lat, ale i tak ten szacowny, wypełniony książkami pokój zrobił na mnie ogromne wrażenie. Spytałam, jak mogę dostać taką pracę. Sędzia roześmiał się i odparł: „Ciężko pracuj, ucz się i zostań prawnikiem”. W duchu przyrzekłam sobie, że właśnie to uczynię.
Trzydzieści dwa lata później spełniłam swoje marzenie i zaczęłam studiować prawo. Potem przeprowadziłam się do Nowego Jorku, mojego rodzinnego miasta. Codziennie wykonywałam swój zawód, ale w najmniej oczekiwanych momentach, kiedy ktoś opowiadał mi historię swojego rozstania albo próbował się wyrwać z kręgu przemocy, czułam potrzebę podzielenia się własnymi doświadczeniami. Zawsze wtedy klienci mnie do tego zachęcali, mówiąc, że w ten sposób im pomagam. Za każdym razem, kiedy odsuwałam od siebie tę myśl, wydarzało się coś, co znowu mi przypominało o tym pomyśle albo ktoś mi mówił, że powinnam opowiedzieć swoją historię, by dać nadzieję innym osobom w podobnej sytuacji.
W tym celu zaczęłam prowadzić seminaria pod nazwą „Jak poradzić sobie z przeszłością” i „Rozstanie to nie koniec świata”. Założyłam bloga, stworzyłam internetową grupę dyskusyjną i biuletyn internetowy. Początkowo blog służył mi tylko do odpowiadania na e-maile i pytania od uczestników moich seminariów, ale po paru tygodniach pojawiły się w nim komentarze nie tylko od studentów. Wkrótce zyskał sobie wielu zwolenników i na moich seminariach zaczęli się pojawiać czytelnicy z całego świata. Stworzyli wspaniałą grupę wsparcia. Rozmawiali ze sobą prywatnie i często przyjeżdżali razem. Nowi czytelnicy bloga, którzy przeważnie są w głębokiej rozpaczy, są serdecznie witani przez całą społeczność. Na swoim blogu zachęcam czytelników, by przekazywali zdobytą wiedzę innym, co też czynią. Społeczność ta jest bardzo zżyta i daje wielkie wsparcie osobom świeżo po rozstaniu.
Moi studenci i czytelnicy często prosili, bym napisała książkę przedstawiającą drogę ku wyzdrowieniu. Opisałam więc swoją podróż i podzieliłam się swoimi doświadczeniami. Koszmarne rozstanie stało się katalizatorem dla mojego obecnego cudownego życia. Życzę wszystkim tego samego i gorąco wierzę, że każdy może to osiągnąć.
Książka ta, podobnie jak społeczność stworzona wokół bloga, jest dla każdego: dla mężczyzn i kobiet, gejów i osób heteroseksualnych, duchownych i osób świeckich, młodych i starych. Strata to częste przeżycie. Istnieją bardzo konkretne sposoby na poradzenie sobie z nią. Ta książka jest przeznaczona dla każdego, kto chce się dowiedzieć, jak się pogodzić z rozpadem związku i zacząć nowe, szczęśliwe życie.
Rozstanie to nie koniec świata pomoże ci raz na zawsze zmienić na lepsze naturę twoich związków. Mój plan zawiera oryginalną koncepcję „obserwacji, przygotowania i pielęgnacji”. Jeśli chcesz się zmienić na stałe, musisz zacząć obserwować, co się dzieje w tobie i wokół ciebie, przygotować się na zmianę, a następnie pielęgnować jej rezultaty. W tej książce pokażę ci krok po kroku, jak tego dokonać.
Większość teorii i technik, które opisuję, wywodzi się z klasycznej i współczesnej myśli psychologicznej, ale sam plan jest całkowicie oryginalny. Z własnej pracy i z pracy z innymi dowiedziałam się, że ludzie szybko mają dosyć terapii poprzez rozmowę i ciężkiej pracy nad stratą, jeśli nie mogą ich zrównoważyć jakąś formą rozrywki czy uspokojenia. Natomiast pozytywne myślenie i rozmowa z samym sobą działają przez jakiś czas, ale nie mogą dać trwałych rezultatów, jeśli wielka strata czy cierpienie mają swoje źródło w dzieciństwie. Wszystkie te techniki i teorie do pewnego stopnia działają, ale mój plan wzmacnia ich efektywność.
Książka ta nie służy do jednorazowej lektury. Napisałam ją jako podręcznik, do którego możesz wracać, kiedy tylko tego potrzebujesz, i z którego możesz korzystać przez wiele miesięcy. Może służyć jako dodatek i uzupełnienie terapii, programu dwunastu kroków i udziału w grupach wsparcia.
Podstawą zdrowego, szczęśliwego życia jest równowaga. Jeśli chcesz je osiągnąć, twoje działania również muszą być zrównoważone. Ważne jest, by łączyć przedstawione tu narzędzia i dostosować je do własnego życia.
Plan opisany w tej książce działa, a jeśli skorzystasz z moich rad i przerobisz cały program, całkowicie zmienisz swoje życie. Nie tylko poradzisz sobie z ostatnim rozstaniem, ale również staniesz się szczęśliwym, zdrowym i niezależnym człowiekiem, a wtedy zaczniesz przyciągać do siebie podobnych ludzi.
Kiedy nadejdzie konieczność zmierzenia się ze swoim cierpieniem, nie cofaj się.
To boli, ale jeśli wytrzymasz, czeka cię ogromne szczęście.
Posprzątaj pobojowisko, jakim jest twoja przeszłość, i odnajdź to szczęście.
Zejdź w otchłań i wynieś z niej skarb, jakim jest twoje nowe życie.
1
Droga ku uzdrowieniu: W jaki sposób ta książka odmieni twoje życie
Prawdą jest, że najpiękniejsze chwile pojawiają się wtedy, gdy czujemy się najbardziej nieszczęśliwi i niespełnieni, bo tylko w takich chwilach zmieniamy swoje nawyki i zaczynamy szukać innych dróg i prawdziwszych odpowiedzi.
[M. SCOTT PECK]
To trudne, ale wykonalne.
To boli.
Kochasz kogoś, kto kiedyś kochał ciebie. Może zachowywał się tak, jakby odwzajemniał twoją miłość, ale już się tak nie zachowuje. Albo może po prostu nie czuje i nigdy nie poczuje tego samego co ty.
Może wydawało ci się, że twój były partner kochał cię równie mocno, jak ty jego. Potem nagle odwrócił się od ciebie i zranił cię w niewyobrażalny sposób.
Może odszedł do kogoś innego. Przyjaciele powtarzają, że pod każdym względem jesteś lepsza od tego kogoś. A jednak twój były wciąż jest z tą inną. Cała aż się gotujesz, bo ta nowa osoba to podstępna żmija, czego twój były nie zauważa. Ta osoba jest niedojrzała, nieprzystępna, rozpieszczona albo po prostu głupia. Mimo to on jest zakochany. Jak to możliwe?
Albo może twój były całkowicie zmienił nastawienie. Pytasz: „Nie chcesz, żeby ktoś pomógł ci dźwigać ten ciężar?” i dostajesz odpowiedź: „Proszę, daj mi spokój”. Ogarnia cię przerażenie. Jak to możliwe, że pomocą, jakiej twój partner oczekuje, jest rozstanie? No jak?
Może to ty chciałaś się rozstać, a może on. Tak czy inaczej bardzo cierpisz. Czujesz potworny ból. Na okrągło odtwarzasz w myślach wasze rozmowy. Gdzie popełniłaś błąd, co zrobiłaś nie tak? Co powinnaś była zrobić? Czego nie powinnaś była zrobić?
Czujesz się odrzucona i gorsza. Masz wrażenie, że coś jest z tobą nie tak. Zastanawiasz się, jak mogłabyś sprawić, żeby partner znowu cię zapragnął.
Natychmiast przestań.
Nawet nie próbuj kogoś zmieniać. Przestań się targować z losem i próbować go przekupić. Nie próbuj zatracić siebie po to, żeby ten ograniczony człowiek cię pokochał. Zapomnij o tym!
Zasługujesz na więcej – o wiele więcej. W tej książce pokażę ci, jak to zdobyć.
Czas po rozstaniu przynosi ogromne cierpienie, ale może też okazać się wielką szansą na rozwój, który zmieni całe twoje życie. Kiedy masz złamane serce, może ci się to wydawać niewiarygodne, ale uwierz mi, że okres ten może być niezwykle owocny, jeśli tylko się otworzysz i będziesz gotowa na spełnienie swoich marzeń. Rozstanie to doświadczenie wyzwalające, jeśli staniesz się panią własnego życia i zaczniesz wprowadzać pozytywne zmiany, zamiast biernie na nie czekać.
Po rozstaniu masz trzy opcje. Możesz zużyć całą energię i czas, możesz wylać morze łez, próbując odzyskać byłego. Możesz żyć dalej, jakby nic się nie stało i podążać tą samą ścieżką wprost do kolejnego nieudanego związku. Trzecia opcja to uzdrowienie, przyjrzenie się temu, co się stało i poznanie nowych sposobów na to, jak żyć bardziej zdrowo i szczęśliwie. Dzięki temu staniesz się nie tylko szczęśliwsza, ale i zyskasz wielką szansę na odnalezienie prawdziwej miłości i osoby, która jest dla ciebie odpowiednia. Ta ostatnia opcja jest nieskończenie bardziej atrakcyjna od poprzednich i daje gwarancję długotrwałego szczęścia, a jednak większość osób wybiera pierwszą, a jeśli to nie działa – drugą. Dlaczego? Bo nie mają pojęcia, jak zrobić to, na czym polega trzecia opcja – jak stać się panią własnego życia.
Poznałam wielu klientów, studentów i czytelników, którzy po rozstaniu chcieli zmienić swoje życie, ale nie wiedzieli, jak to zrobić. Pewna kobieta mi powiedziała: „Po rozwodzie stanęłam na rozdrożu i nie wiem, w którą stronę pójść”. Inny mój klient myślał, że rozwód będzie dla niego wyzwoleniem, okazało się jednak, że niezdecydowanie go sparaliżowało. Powiedział: „Chciałem robić wiele rzeczy, ale moja żona była domatorką, więc z nich zrezygnowałem. Teraz w końcu mógłbym rozwijać swoje pasje, ale wciąż cierpię po rozstaniu, a wybór mnie przytłacza”.
Każda para ma swój rytm, ale zaangażowanie w związek jest ważniejsze od innych zobowiązań. Kiedy związek się rozpada i te ograniczenia przestają istnieć, dostajesz niepowtarzalną szansę na wykorzystanie całego wachlarza nowych opcji i zastanowienie się, czego chcesz od życia, dokąd zmierzasz i jak możesz tam dotrzeć. Niestety oszołomienie i strach mogą cię paraliżować.
Czy zdecydowałaś się na związek, żeby przed czymś uciec? Teraz masz szansę nie tylko dokonać życiowych wyborów, ale również zająć się swoim zdrowiem emocjonalnym. Po rozstaniu wiele osób decyduje się na psychoterapię albo udział w grupach wsparcia. Odkrywają wtedy, że mają w sobie wiele niezaleczonych ran. Pewna kobieta mi powiedziała: „Kiedy związałam się ze swoim byłym chłopakiem, zepchnęłam w podświadomość wszystkie złe wspomnienia z poprzednich związków. Gdy tylko się rozstaliśmy, wspomnienia wypłynęły na powierzchnię. Nie mogłam znieść tego bólu”. Inny mężczyzna po rozpadzie małżeństwa poszedł na psychoterapię. Zdumiało go to, że terapeuta skupił się na śmierci matki, którą jego klient przeżył jako mały chłopiec. Powiedział:
Nigdy nie umiałem poradzić sobie ze stratą, kiedy więc moja żona odeszła, wpadłem w straszną depresję, myślałem wręcz, że umrę. Ale wcale nie chodziło o żonę. Chodziło o to, że znowu musiałem zmierzyć się z cierpieniem po utracie matki. Byłem za mały, żeby przeżyć żałobę. Później w każdym związku kurczowo czepiałem się swoich partnerek, byłem marudny i za wszelką cenę starałem się uniknąć rozstania. Kiedy żona ode mnie odeszła, musiałem się cofnąć i w końcu opłakać śmierć matki.
Może przeżyłaś szereg mniejszych strat – na przykład przeprowadzkę albo utratę pracy – których nigdy nie uważałaś za warte opłakiwania. A może nigdy nie przeżyłaś żadnej istotnej straty i to rozstanie jest dla ciebie pierwszym takim doświadczeniem. Tak czy inaczej nauczenie się przepracowania straty to jedna z najzdrowszych rzeczy, jakie możesz dla siebie zrobić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
