Rozstanie to nie koniec świata - Susan J. Elliott - ebook

Rozstanie to nie koniec świata ebook

Susan J.Elliott

0,0
37,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Poznaj skuteczną strategię pogodzenia się z uczuciem straty po rozstaniu, odzyskania pewności siebie i otworzenia się na prawdziwą miłość.

To już koniec. Bardzo cierpisz. Teraz pewnie wydaje ci się to nieprawdopodobne, ale po rozstaniu możesz ułożyć sobie życie od nowa. Nie próbuj odzyskać byłego partnera. Nie odkładaj swoich potrzeb na bok i nie rób wszystkiego, by znowu cię pokochał. Zapomnij o tym! ROZSTANIE JEST DOSKONAŁĄ SZANSĄ NA ZMIANĘ TWOJEGO ŻYCIA NA LEPSZE.

Rozstanie to nie koniec świata to wypróbowany poradnik, który pomoże ci przetrwać bolesne zakończenie związku uczuciowego, a nawet rozwód.

Susan J. Elliott pomogła tysiącom osób odmienić na lepsze ich życie uczuciowe. Teraz pokaże i tobie, na co powinnaś poświęcić swoją energię.

Jej plan składa się z czterech punktów:

• Jak i po co całkowicie zerwać kontakt ze swoim byłym.

• Jak przepracować uczucie straty, pokonać lęk i odzyskać swoje życie.

• Jak pozbyć się starych schematów, które prowadzą do nieudanych związków.

• Co robić, kiedy nie możesz przestać myśleć o swoim byłym, wysyłać do niego esemesów, wydzwaniać do niego, sprawdzać jego status na portalach społecznościowych i krążyć pod jego domem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 253

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Podziękowania

Żaden pisarz nie two­rzy książki sam. Ja rów­nież dosta­łam ogromne wspar­cie. Oto osoby, któ­rym chcia­ła­bym podzię­ko­wać.

Mój mąż, Michael DiCarlo, za to, że mnie kocha, jest przy mnie i wie­rzy we mnie jak nikt inny. Szcze­rze cię kocham.

Moi cudowni wnu­ko­wie: C.J. i Derek za to, że codzien­nie dają mi powód do uśmie­chu.

Moi bra­cia: Ricky i Billy. Kocham was.

Moja przy­ja­ciółka, Car­lotta Cas­sidy, za wspar­cie i wyro­zu­mia­łość.

Moja droga przy­ja­ciółka, Bar­bara McCar­thy, za to, że zawsze jest przy mnie.

Moi pomocni przy­ja­ciele: Marian Eric­son, Can­dice Cook, Melissa Wan­der­see, Jenny Rynell i Mar­tin Pascual.

Moje synowe, Kri­sten i Heather, i moje szwa­gierki, Kathy i Marion.

Moi men­to­rzy, nauczy­ciele i osoby, które mnie inspi­ro­wały: Che­ryl Cabral, Beverly Hall, Rod­ney Hayes, Ken Ham­mond, Katie Sun­der­land, Jacquie Pells, John James z Grief Reco­very Insti­tute i Lou Tice z Paci­fic Insti­tute.

Moja agentka, Diane Freed i wspa­niały zespół z Fine­Print Lite­rary Mana­ge­ment.

Moja redak­torka, Katie McHugh z Da Capo za to, że dała szansę tej książce.

Joan i Anthony Nit­toli, The­resa Andis-DiCarlo, Mark Car­ley, Julie Carlo, Tony Nit­toli, Joe Jasniew­ski, Kathy Fox, Vonne Cran­mer, Gia Gold­man, Lexi Fein­berg, Beatrice B., Nick Chio­dini, Eric Elkins, Brenda Mur­phy, Laura Jelin, Eileen Mac­Do­nald, Kara Har­ter, Jenny Maho­ney, Gena Wri­ght, Patrick Lidji, L. Felipe Guima­res, Paul Ale­xan­der, Megan McLeod, Lucy Hunt, Libby Huegel, Heather Baker, Nicole Cusick i Gene­vieve Sebe­sta.

Wszy­scy czy­tel­nicy mojego bloga, klienci i uczest­nicy kon­fe­ren­cji, a także ci, któ­rzy zachę­cali mnie do „napi­sa­nia o tym książki”.

Przez dwa­dzie­ścia lat zgłę­bia­łam temat i czy­ta­łam, ale kilka ksią­żek w wyjąt­kowy spo­sób tra­fiło do mojego serca i duszy, odmie­niło moje życie i wywarło ogromny wpływ na moją pracę. Oto ich auto­rzy, do któ­rych kie­ruję podzię­ko­wa­nia: Melody Beat­tie, Robin Nor­wood, Susan For­ward, Cla­rissa Pin­kola Estes, The­rese Rando oraz Ste­phen i Ondrea Levine.

Kiedy skoń­czy­łam pisać tę książkę, u Micha­ela, miło­ści mojego życia, zdia­gno­zo­wano nie­ule­czalny nowo­twór mózgu. Myśl o tym, że go stracę, jest dru­zgo­cząca, ale wiem, że ni­gdy bym nie zaznała takiej miło­ści, gdy­bym nie zmie­niła swo­jego życia. Lata, które z nim spę­dzi­łam, to naj­pięk­niej­szy okres w moim życiu. Trosz­czę się o niego tak samo, jak on by się trosz­czył o mnie. Zawsze będę wdzięczna za to, że poja­wił się w moim życiu. A to nie byłoby moż­liwe bez pracy, którą opi­suję w tej książce.

Przedmowa: Moja historia

Skarb, jakim jest życie, odkry­jemy dopiero wtedy, gdy zej­dziemy w otchłań. Tam, gdzie się potkniesz, tam leży twój skarb.

[JOSEPH CAMP­BELL]

Histo­ria mojego dzie­ciń­stwa i moich związ­ków może się wyda­wać dość eks­tre­malna, ale chcę ją opo­wie­dzieć, byście uwie­rzyli, że skoro mnie się udało, to uda się i wam. Dziś moje życie jest nie tylko udane – przy­nosi mi wiele rado­ści. Jestem zdrowa, szczę­śliwa i silna. Wyko­na­łam pracę, któ­rej i od was będę ocze­ki­wać. Wiem, że to trudne, ale wierz­cie mi: warto.

Kiedy ode­szłam od męża, przez jakieś dwa­dzie­ścia cztery godziny byłam pewna, że słusz­nie zro­bi­łam. Od dawna byłam nie­szczę­śliwa w mał­żeń­stwie: cią­gle się kłó­ci­li­śmy i byłam prze­ko­nana, że mąż mnie zdra­dza. Przez lata zno­si­łam jego kry­tykę, ale rela­cje mię­dzy nami pogor­szyły się, kiedy moja firma zban­kru­to­wała i nagle stra­ci­łam pracę.

Szef dał mi dobre refe­ren­cje. Przez parę pierw­szych dni sta­ra­łam się myśleć opty­mi­stycz­nie. Napi­sa­łam CV, kupi­łam ele­gancką gar­sonkę i zaczę­łam szu­kać nowej pracy. Co wie­czór mój mąż wra­cał do domu, ocze­ku­jąc wysprzą­ta­nego domu i goto­wej kola­cji, bo prze­cież „cały dzień sie­dzia­łam w domu i nic nie robi­łam”. Nie chcia­łam się z nim kłó­cić, więc zre­zy­gno­wa­łam z szu­ka­nia pracy i przez parę następ­nych dni sie­dzia­łam w domu, gotu­jąc i sprzą­ta­jąc. Wtedy przy­cze­pił się do tego, że gotuję zbyt „powsze­dnie” potrawy i nie piorę jego ubrań. Zaczę­łam więc przy­rzą­dzać wymyślne dania i codzien­nie robić pra­nie, ale wtedy on zaczął narze­kać, że zamiast aktyw­nie szu­kać pracy, „bawię się w dom”.

Tego rodzaju patowa sytu­acja nie była w naszym związku niczym nowym, ponie­waż jed­nak nie mogłam odre­ago­wać w pracy, zaczęła mi ona dzia­łać na nerwy. Mar­twi­łam się o nasze finanse i moją przy­szłość zawo­dową i to cze­pia­nie się o goto­wa­nie czy pra­nie nie poma­gało. Któ­re­goś dnia wyda­wało mi się, że zna­la­złam złoty śro­dek. Rano poszłam na roz­mowę w spra­wie pracy, a po powro­cie do domu wyszo­ro­wa­łam pod­łogi. Kiedy wyschły, ode­bra­łam dzieci ze szkoły i kupi­łam mężowi jego ulu­bione danie na wynos. Pod­su­mo­wu­jąc: szu­ka­łam pracy, zro­bi­łam porządki, spę­dzi­łam tro­chę czasu z dziećmi i mia­łam dla męża kola­cję-nie­spo­dziankę. Byłam pewna, że zacho­wa­łam się jak żona ide­alna.

Kiedy tego wie­czora mąż wró­cił do domu, stwier­dził, że na pod­ło­gach zostały smugi i że spe­cjal­nie to zro­bi­łam, żeby mi zabro­nił myć pod­łogę. Zdu­miona, pró­bo­wa­łam mu wytłu­ma­czyć, że to wcale nie było moim celem. Przy­po­mniały mi się kry­tyczne uwagi mojej mamy. Kiedy byłam dziec­kiem, mawiała, że celowo robię coś źle, żeby wymi­gać się od obo­wiąz­ków. Teraz, sły­sząc podobne oskar­że­nie, z upo­rem powta­rza­łam, że to nie­prawda. Mąż obrzu­cił mnie wyzwi­skami, ja zre­wan­żo­wa­łam się tym samym. Jak to zwy­kle u nas bywało, kłót­nia prze­ro­dziła się w awan­turę i oboje zagro­zi­li­śmy, że odej­dziemy.

Następ­nego dnia powie­dzia­łam mu, że to już koniec i że ma się wyno­sić. Wyśmiał mnie i oznaj­mił, że poprzed­niego wie­czora to ja wywo­ła­łam awan­turę. Za każ­dym razem, kiedy się kłó­ci­li­śmy, była to moja „wina”. Prze­waż­nie mu wie­rzy­łam, ale tym razem było mi wszystko jedno. Po pro­stu mia­łam już dosyć. Wło­ży­łam do pudła jego rze­czy i posta­wi­łam je na stole w kuchni, razem z liści­kiem, by je zabrał i się wyno­sił. Nie pró­bo­wał się sprze­ci­wiać. Zła­pał pudło i wypadł z domu. Poczu­łam natych­mia­stową ulgę – bar­dzo się cie­szy­łam, że jestem sama.

Rano czu­łam się roz­bita. Począt­kowo myśla­łam, że jestem chora, ale szybko uświa­do­mi­łam sobie, że fizycz­nie nic mi nie dolega. Zwle­kłam się z łóżka i wypra­wi­łam dzieci do szkoły. Czu­łam coś gor­szego niż zwy­kły smu­tek. Pró­bo­wa­łam się czymś zająć, żeby nie myśleć o zbli­ża­ją­cej się kata­stro­fie. Coraz czę­ściej spo­glą­da­łam na tele­fon. Wcze­snym popo­łu­dniem co parę minut pod­no­si­łam słu­chawkę, żeby spraw­dzić, czy tele­fon działa.

Kiedy chłopcy wró­cili ze szkoły i zaczęli się bawić, usma­ży­łam kur­czaka. Zamiast dżin­sów i T-shirtu zało­ży­łam spód­nicę i bluzkę, mocno wytu­szo­wa­łam rzęsy i zacze­sa­łam włosy na bok. W głębi ducha mia­łam nadzieję, że mąż przyj­dzie do domu, zoba­czy gotową kola­cję, wysprzą­tany dom, piękną żonę i grzeczne dzieci i zapra­gnie wró­cić. Co takiego? Tak długo pró­bo­wa­łam wyrwać się z tego związku. Skąd takie absur­dalne myśli?

Minęło parę dni. Mąż nie dzwo­nił i nie przy­cho­dził, a ja prze­sta­łam spać i jeść. Czu­łam oszo­ło­mie­nie, lęk, przy­gnę­bie­nie i obse­syj­nie o nim roz­my­śla­łam. Zamiast sku­pić się na naszych kłót­niach, wspo­mi­na­łam tylko dobre chwile. Roz­pacz­li­wie za nim tęsk­ni­łam. Zro­zu­mia­łam, że popeł­ni­łam strasz­liwy błąd.

Pró­bo­wa­łam się z nim skon­tak­to­wać, chcia­łam poroz­ma­wiać. Nie reago­wał na wia­do­mo­ści, jakie mu zosta­wi­łam w poczcie gło­so­wej.

Któ­re­goś popo­łu­dnia nie­ocze­ki­wa­nie zja­wił się w domu. Wziął parę rze­czy i spy­tał o chłop­ców. Począt­kowo roz­mowa szła nam opor­nie, ale w końcu wybuch­nę­łam: „Pro­szę, wróć!”. Zaczę­łam pła­kać i bła­gać, żeby wró­cił do domu. Uśmiech­nął się szy­der­czo i ruszył do wyj­ścia. Pobie­głam za nim, pró­bo­wa­łam go objąć, wciąż bła­ga­jąc, żeby został. Mocno mnie ode­pchnął i wyszedł. Usia­dłam na scho­dach. Czu­łam się upo­ko­rzona. Zaczę­łam histe­rycz­nie szlo­chać. Jeśli nie uda mi się prze­ko­nać go do powrotu, moje życie straci cały sens.

Rano posta­no­wi­łam wysprzą­tać cały dom, zna­leźć pracę i ugo­to­wać wykwintną kola­cję. Zamiast pro­sić go o powrót, po pro­stu mu pokażę, jak bar­dzo się sta­ram. Udo­bru­cham go, będąc dobrą żoną, dobrą matką i dobrym pra­cow­ni­kiem. Tego dnia posta­no­wi­łam zacząć życie od nowa i odzy­skać męża.

Zro­bi­łam dzie­ciom śnia­da­nie i zabra­łam się do porząd­ków. Nie było bała­ganu, ale ja chcia­łam, żeby dom lśnił czy­sto­ścią.

Zmy­łam naczy­nia po śnia­da­niu, wyję­łam z opa­ko­wa­nia nową żółtą gąbkę, nala­łam na nią płynu do czysz­cze­nia i zaczę­łam sprzą­tać. Kiedy szo­ro­wa­łam kuchenny blat, uświa­do­mi­łam sobie, że już wcze­śniej był czy­sty. Jako dora­sta­jąca dziew­czyna mogła­bym wyszo­ro­wać dom od piw­nicy aż po strych, żeby zado­wo­lić swoją matkę, ale ona i tak zna­la­złaby jakiś pyłek. To samo powtó­rzyło się w moim mał­żeń­stwie. Zada­łam sobie pyta­nie: „Kiedy będzie wystar­cza­jąco czy­sto?” i sama na nie odpo­wie­dzia­łam: „Nie mam poję­cia”.

Szo­ro­wa­łam blat, a łzy pły­nęły mi po twa­rzy. „Czy są już wystar­cza­jąco czy­ste? Dobrze się spi­sa­łam?” Moje mam­ro­ta­nie prze­szło w powar­ki­wa­nie, a potem we wrzask. „Kiedy będą wystar­cza­jąco czy­ste?! Kiedy wresz­cie dobrze się spi­szę?!” Nagle padłam na pod­łogę.

Nie mogłam się ruszyć. Przy­gnio­tła mnie świa­do­mość, że nie wiem, kim jestem ani czego chcę. Nie wie­dzia­łam nawet, czy chcę, by wszystko było „wystar­cza­jąco czy­ste”. Zna­łam rodziny szczę­śliwe w swo­ich zaba­ła­ga­nio­nych domach. Nikogo tam nie karano ani nie kry­ty­ko­wano za nie­po­rzą­dek. Może chcia­łam być wła­śnie taka. Może chcia­łam być czło­wie­kiem, któ­remu po pro­stu nie zależy. A może mi zale­żało, ale wola­łam zatrud­nić sprzą­taczkę. Tym­cza­sem szo­ro­wa­łam nie­ska­zi­tel­nie czy­sty blat – nie dla­tego, że aż tak mi zale­żało na porządku, ale dla­tego, że pró­bo­wa­łam zdo­być uzna­nie ludzi, któ­rzy nie byli zdolni mi go oka­zać.

Co lubi­łam? Co myśla­łam o tym wszyst­kim? Kiedy prze­sta­łam mieć wła­sne zda­nie?

Nagle powró­ciło moje pierw­sze wspo­mnie­nie z dzie­ciń­stwa. Mia­łam wtedy trzy albo cztery lata. Przy­śniło mi się, że „źli ludzie” mnie zabie­rają i gwał­tow­nie wybu­dzi­łam się z tego kosz­maru. Wycho­wy­wa­łam się w domach zastęp­czych i czę­sto mi się śniło, że jakieś potwory w ciem­nych ubra­niach wycią­gają mnie z łóżka. Kiedy dora­sta­łam, moi rodzice zastęp­czy czę­sto prze­bą­ki­wali, że nie będą mogli mnie adop­to­wać. Cza­sami odwie­dza­łam matkę bio­lo­giczną. Pozna­łam dwóch braci i bawi­łam się z naj­star­szym, Edwar­dem. Nie wie­dzia­łam, gdzie byłoby mi lepiej: w domu rodzin­nym czy zastęp­czym. Mia­łam wra­że­nie, że nie pasuję do żad­nej z tych rodzin. Cze­ka­łam, aż ktoś mi pod­po­wie, co powin­nam zro­bić i dokąd pójść.

Pew­nego dnia, kiedy mia­łam sie­dem lat, weszłam do pokoju gościn­nego w biu­rze Kato­lic­kiej Orga­ni­za­cji Cha­ry­ta­tyw­nej. Na krze­śle sie­działa moja matka, a mój brat, Edward, bawił się w kącie pokoju. Gdy do niego pode­szłam, bez słowa podał mi zabawkę. Nie roz­ma­wia­li­śmy, ale co jakiś czas uśmie­cha­li­śmy się do sie­bie. Miał nieco smutne spoj­rze­nie. Czu­łam, że jeste­śmy ule­pieni z tej samej gliny. Nie mia­łam poję­cia, że to nasze ostat­nie spo­tka­nie. Nie­długo potem matka oddała mnie do adop­cji.

Przez lata spo­ty­ka­ły­śmy się w tym biu­rze. Kiedy po raz ostatni wra­ca­łam stam­tąd metrem, wyobra­ża­łam sobie swoje życie poza sys­te­mem domów zastęp­czych. Bar­dzo się cie­szy­łam, że wresz­cie stanę się „nor­mal­nym” ame­ry­kań­skim dzie­cia­kiem. Tam­tego wie­czora poszli­śmy do restau­ra­cji, żeby uczcić począ­tek mojego nowego życia. Uro­dzi­łam się na nowo w wieku ośmiu lat! Byłam taka prze­jęta. Nie­stety wkrótce czar prysł. W domu nie wszystko dobrze się ukła­dało. Mój nowy ojciec sporo pił. Kiedy żona czuła od niego alko­hol, wpa­dała w szał. Jeśli nie reago­wał, gro­ziła, że się utopi w rzece albo zamknie się w łazience i połknie wszyst­kie leki z apteczki. Z prze­ra­że­niem słu­cha­łam, jak moja przy­brana matka – jedyna, jaką mia­łam – zarzeka się, że się zabije. Nawet jeśli oby­wało się bez tych dra­ma­tycz­nych gróźb, to kłót­nie cią­gnęły się godzi­nami, aż ojciec wycho­dził z domu. Wtedy matka prze­no­siła swój gniew na nas, a my się cho­wa­li­śmy albo sta­ra­li­śmy się wysprzą­tać dom, żeby prze­stała się na nas wście­kać.

Zda­rzały się i dobre dni, kiedy rodzice żyli w zgo­dzie. Wszy­scy zapo­mi­nali o tych strasz­nych awan­tu­rach, szli­śmy do kina, restau­ra­cji albo zosta­wa­li­śmy w domu i gra­li­śmy w karty. Nie­stety po jakimś cza­sie mój ojciec znowu zaczy­nał pić, spo­kój burzyły wrza­ski mojej matki i pie­kło roz­pę­ty­wało się od nowa. Kiedy mia­łam dzie­sięć lat, uwa­ża­łam, że spo­kojna noc to jedy­nie prze­rwa w ciągu awan­tur. W wieku dwu­na­stu lat zrozumia­łam, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. Kiedy skoń­czy­łam czter­na­ście lat, nie wie­dzia­łam już dosłow­nie nic.

Wpływ moich rodzi­ców i prze­żyć z wcze­snego okresu życia stał się widoczny, gdy zaczę­łam inte­re­so­wać się chłop­cami. Podo­bali mi się albo poryw­czy jak moja matka, albo nie­obecni jak mój ojciec. Kiedy mia­łam osiem­na­ście lat, zwią­za­łam się z chło­pa­kiem, który nie tylko sto­so­wał prze­moc, ale i sta­no­wił dla mnie poten­cjal­nie śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo. Po pija­nemu mógłby mnie zabić. Wiele razy pod­bił mi oko, dusił, aż tra­ci­łam przy­tom­ność, a kie­dyś zamknął mnie na dwa dni w sza­fie. Kiedy mnie wypu­ścił, wybie­głam z domu, a wtedy pró­bo­wał prze­je­chać mnie moim wła­snym samo­cho­dem. Moje życie, już i tak fatalne, teraz ofi­cjal­nie prze­mie­niło się w hor­ror.

W końcu udało mi się bez­piecz­nie od niego odejść. Wkrótce potem zaczę­łam się spo­ty­kać z kolegą, który został moim pierw­szym mężem. Znowu goni­łam za „nor­mal­nym” życiem i byłam gotowa zro­bić wszystko, żeby tylko stać się nor­mal­nym czło­wie­kiem. Wie­rzy­łam, że jeśli ktoś mnie poko­cha, będę nor­malna i szczę­śliwa.

Teraz, leżąc na pod­ło­dze i gapiąc się w sufit, zaczę­łam sobie uświa­da­miać, że kur­czowo cze­pia­łam się mar­twego mał­żeń­stwa, by unik­nąć tych bole­snych wspo­mnień. Sche­mat mojego związku – na prze­mian zry­wa­nie i godze­nie się – chro­nił mnie przed opusz­cze­niem, prze­mocą i roz­pa­czą. W próżni spo­wo­do­wa­nej roz­sta­niem i utratą pracy poja­wiła się ta lawina kosz­mar­nych myśli, emo­cji, wspo­mnień i nie­do­koń­czo­nych spraw. Nie mogłam sobie pora­dzić z ogro­mem tych uczuć, z tym przy­tła­cza­ją­cym zada­niem. Potrze­bo­wa­łam pomocy. I to szybko. Zadzwo­ni­łam do psy­cho­te­ra­peutki i wykrzy­cza­łam w słu­chawkę całą swoją roz­pacz. Miała zapi­sa­nych pacjen­tów na parę kolej­nych tygo­dni, ale się zgo­dziła, żebym przy­szła następ­nego dnia. Przy­je­cha­łam pra­wie godzinę za wcze­śnie. Sie­dzia­łam w samo­cho­dzie na par­kingu, prze­mar­z­nięta do szpiku kości i zasta­na­wia­łam się, czy dobrze robię. W końcu przy­szła pora mojej wizyty. Psy­cho­te­ra­peutka była niska, szczu­pła i dość młoda. Miała zadarty nosek, pogodny uśmiech i rudawe włosy ścią­gnięte w koń­ski ogon, który koły­sał się przy każ­dym jej ruchu. Nie mia­łam poję­cia, jak taka mała osóbka może mi pomóc. Wska­zała na krze­sło naprze­ciwko sie­bie i spy­tała, w jakim celu przy­szłam. Drżą­cym gło­sem, czu­jąc się jak dziecko, powie­dzia­łam, że popeł­ni­łam strasz­liwy błąd, dopro­wa­dza­jąc do roz­padu swo­jego mał­żeń­stwa. Roz­dzie­ra­jąco szlo­cha­jąc, mówi­łam przez pół godziny. W końcu mi prze­rwała i spy­tała, co się stało z moją twa­rzą.

Z moją twa­rzą?

Moje życie legło w gru­zach, a ona się mar­twiła o moją twarz? Począt­kowo pró­bo­wa­łam to zigno­ro­wać i zaczę­łam mówić o czymś innym, ale ona dalej komen­to­wała mój wygląd. Moje ubra­nie było wymięte, zle­pione w strąki włosy opa­dały mi na posza­rzałą twarz. Nie odpo­wia­da­łam, bo nie wie­dzia­łam, co powie­dzieć, a wtedy ona rze­czo­wym tonem stwier­dziła, że widzi przed sobą kobietę pozba­wioną poczu­cia war­to­ści i sza­cunku dla samej sie­bie. Nie mia­łam niskiego poczu­cia war­to­ści – byłam cał­ko­wi­cie go pozba­wiona. Odpar­łam, że nie zależy mi na poczu­ciu war­to­ści. Chcia­łam tylko odbu­do­wać swoje mał­żeń­stwo. Wcze­śniej bar­dzo chcia­łam się roz­stać z mężem, ale teraz nagle się zała­ma­łam i uzna­łam, że postą­pi­łam bar­dzo źle. Zawy­łam: „Powiedz mi, co mam robić!”.

Przez chwilę mil­czała. Potem wychy­liła się do przodu i powie­działa: „Ta reak­cja to oznaka lęku przed porzu­ce­niem”.

Lęk przed porzu­ce­niem.

Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam tego okre­śle­nia, ale instynk­tow­nie wie­dzia­łam, że „lęk przed porzu­ce­niem” pod­su­mo­wuje wszyst­kie pro­blemy w moim życiu. A skoro ist­niała nazwa mojego stanu, to z pew­no­ścią było i lekar­stwo. Na­dal nie byłam pewna, co myśleć o tej tera­peutce, ale teraz byłam skłonna jej wysłu­chać. Dała mi kilka ksią­żek na temat ura­zów psy­chicz­nych, prze­mocy, współ­uza­leż­nie­nia i rodzin z pro­ble­mem alko­ho­lo­wym. Co prawda nie wie­rzy­łam, że te książki zawie­rają odpo­wie­dzi na moje pyta­nia, ale obie­ca­łam, że je prze­czy­tam. Lek­tura była bole­sna, ale zaska­ku­jąca. Ni­gdy wcze­śniej nie czy­ta­łam porad­ni­ków i nie wie­dzia­łam, że lite­ra­tura tego typu może do mnie prze­mó­wić. Jako dziecko, które wycho­wało się w domach zastęp­czych, a potem w rodzi­nie adop­cyj­nej, zawsze i wszę­dzie czu­łam się nie­przy­sto­so­wana, co moja tera­peutka okre­śliła jako „krań­cowe wyalie­no­wa­nie”. Po raz pierw­szy w życiu poczu­łam nadzieję i zro­zu­mia­łam, że może jed­nak uda mi się napra­wić to, co uwa­ża­łam za trwale uszko­dzone.

Ni­gdy też nie przy­szło mi do głowy, że mój mąż czę­ściowo ponosi odpo­wie­dzial­ność za nasze pro­blemy. Na­dal tkwi­łam w prze­ko­na­niu, że tylko ja jestem winna wszyst­kiemu, co poszło nie tak w naszym mał­żeń­stwie. Póź­niej tera­peutka wyja­śniła mi, że „swój cią­gnie do swego”, że wady i pro­blemy part­nera zazwy­czaj idą w parze z two­imi wła­snymi. Ludzie wybie­rają part­ne­rów o podob­nym stop­niu „uszko­dze­nia” i w ten spo­sób zaczyna się taniec dys­funk­cji, któ­rego kroki oboje świet­nie znają. Dla­tego jedna osoba nie może być o wiele zdrow­sza od dru­giej. Zdrowi ludzie nie tań­czą z cho­rymi.

Mimo wszystko na­dal gorąco wie­rzy­łam, że jeśli znajdę w tych książ­kach coś, co wytłu­ma­czy mi zacho­wa­nie męża, zbliżę się do męż­czy­zny, któ­rego kocham, ojca moich dzieci i spro­wa­dzę go z powro­tem do domu. Prze­czy­ta­łam więc te książki, a potem zaczę­łam pisać do niego listy. Cza­sami go dener­wo­wały. Kiedy indziej reago­wał bar­dzo miło, pro­wa­dzi­li­śmy dłu­gie, dra­ma­tyczne roz­mowy, które zwy­kle koń­czyły się w łóżku. Cza­sami przy­cho­dził. Oboje byli­śmy sko­ło­wani i razem pła­ka­li­śmy. Nie­kiedy wydzie­ra­li­śmy się na sie­bie, wyzy­wa­li­śmy się od naj­gor­szych, a nawet docho­dziło do ręko­czy­nów. Nasz zwią­zek był cha­otyczny, ale za każ­dym razem, kiedy się widzie­li­śmy, mia­łam nadzieję, że tym razem się pogo­dzimy na dobre. Na­dal cze­ka­łam, aż ktoś inny roz­wieje moje wąt­pli­wo­ści.

Tera­pia nie poma­gała mi skleić mał­żeń­stwa. Tera­peutka radziła, żebym prze­stała kon­tak­to­wać się z mężem i pozwa­lała mu tylko na spo­tka­nia z dziećmi. Zachę­cała mnie do pro­wa­dze­nia pamięt­nika i pisa­nia do męża listów bez wysy­ła­nia ich. Pro­po­no­wała też, żebym przyj­rzała się całemu swo­jemu życiu i dostrze­gła prze­moc, porzu­ce­nie i nad­uży­cia ze strony innych ludzi. Jeśli chcia­łam wyrwać się z tego kręgu prze­mocy i wycho­wać dzieci na zdro­wych ludzi, powin­nam przyj­rzeć się swo­jemu życiu, uświa­do­mić sobie, gdzie popeł­ni­łam błąd i go napra­wić. W tym celu musia­łam rzu­cić się w otchłań i doświad­czyć cier­pie­nia.

Pierw­szy mie­siąc oka­zał się naj­strasz­niej­szy w całym moim życiu. Myśla­łam, że nie dam rady. Kiedy otwo­rzyła się puszka Pan­dory, wylały się z niej wszyst­kie żale i ból. Nie mogłam uwie­rzyć, że z takiego kosz­maru może wynik­nąć coś dobrego. Co gor­sza, mój mąż nawet nie pró­bo­wał się kryć ze swoim roman­sem ze zna­jomą z pracy i kie­dyś w jego samo­cho­dzie zna­la­złam list miło­sny od niej.

Któ­re­goś dnia przy­je­chał, żeby odwie­dzić chłop­ców. Wła­śnie wra­ca­łam z pracy. Zoba­czy­łam, że bawią się w ogródku za domem, weszłam do środka, żeby zmie­nić buty, a chwilę póź­niej mąż sta­nął obok mnie i zaczął wrzesz­czeć, że się z nim nie przy­wi­ta­łam. Nie wie­dzia­łam, jak zare­ago­wać. Sie­dzia­łam w mil­cze­niu i zakła­da­łam buty. Wku­rzył się jesz­cze bar­dziej. Prze­ma­sze­ro­wał przez pokój i mnie spo­licz­ko­wał. I tym razem nie zare­ago­wa­łam, tylko cicho, ale sta­now­czo powie­dzia­łam: „Wyjdź”. Następ­nego dnia spo­tka­łam się z praw­ni­kiem, zło­ży­łam papiery roz­wo­dowe i zała­twi­łam zakaz zbli­ża­nia się. Mąż pró­bo­wał go pod­wa­żyć, więc doszło do roz­prawy sądo­wej.

Wie­dzia­łam, że w ten spo­sób chciał mnie zastra­szyć. Pew­nie myślał, że nie dam rady i rze­czy­wi­ście – stara „ja” nie pora­dzi­łaby sobie w tej sytu­acji. Pro­blem pole­gał na tym, że ni­gdy nikomu się nie posta­wi­łam i nie byłam pewna, czy tym razem mi się uda. Kiedy nad­szedł dzień roz­prawy, weszłam do sądu na trzę­są­cych się nogach, trzy­ma­jąc się porę­czy, żeby nie upaść. Kiedy wywo­łano nasze nazwi­ska, mój adwo­kat wezwał mnie na miej­sce dla świadka i wypy­tał o wszyst­kie przy­padki prze­mocy w naszym domu. Począt­kowo mówi­łam tak cicho, że ledwo mnie było sły­chać, ale nagle przy­po­mniały mi się słowa mojej tera­peutki: Nikt nie ma prawa sto­so­wać prze­mocy wobec innych. Wcze­śniej o tym nie wie­dzia­łam. Zawsze myśla­łam, że zmu­sza­łam innych do sto­so­wa­nia prze­mocy, bo byłam taka bez­na­dziejna.

Niczym man­trę powta­rza­łam sobie w myślach te słowa i nagle coś się we mnie zmie­niło. Uwie­rzy­łam, że tera­peutka miała rację. Moje zacho­wa­nie cał­ko­wi­cie się odmie­niło. Zaczę­łam mówić gło­śniej i bar­dziej sta­now­czo. Odwró­ci­łam się i spoj­rza­łam mężowi pro­sto w oczy. Ku mojemu zdu­mie­niu jego adwo­kat coś mu szep­nął do ucha, po czym wstał i wyco­fał sprze­ciw. Sędzia powie­dział, że mogę usiąść i wydał stały zakaz zbli­ża­nia się.

Po roz­pra­wie dosłow­nie sfru­nę­łam ze scho­dów. Czu­łam, że zaczy­nam życie od nowa. Wie­dzia­łam, że od tej pory nie pozwolę, żeby kto­kol­wiek sto­so­wał wobec mnie prze­moc. W końcu prze­ję­łam kon­trolę nad wła­snym życiem i powie­dzia­łam: „Dosyć tego! Nie wolno ci tego robić!”. Sta­wia­nie gra­nic stało się prio­ry­te­tem w moim życiu i zmie­niło wszystko na lep­sze.

Roz­wód nie był łatwy i sfi­na­li­zo­wał się dopiero po ponad dwóch latach. Na­dal pra­co­wa­łam z tera­peutką, cho­dzi­łam na spo­tka­nia grup wspar­cia, czy­ta­łam porad­niki i sta­wa­łam się coraz sil­niej­sza. Pod­czas pierw­szych świąt nastą­pił u mnie pewien regres, ale dzięki swo­jemu sys­te­mowi wspar­cia poko­na­łam go i dalej pra­co­wa­łam nad sobą. Przez całe życie nie cier­pia­łam nie­pew­no­ści i ocze­ki­wa­łam, że ktoś da mi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Przez całe życie szu­ka­łam kogoś, kto by mnie poko­chał i uczy­nił ze mnie nor­mal­nego czło­wieka. Teraz się dowie­dzia­łam, że pew­ność sie­bie muszę odna­leźć w sobie i że sama muszę odkryć i pie­lę­gno­wać wła­sną nor­mal­ność. Było ciężko, ale nie tylko zmie­rzy­łam się z prze­szło­ścią, lecz zmie­ni­łam rów­nież swoje nasta­wie­nie do teraź­niej­szo­ści i zaczę­łam pla­no­wać przy­szłość. Nauczy­łam się mieć przy­ja­ciół, zain­te­re­so­wa­nia i hobby. Kiedy zaczę­łam odkry­wać, co lubię, a czego nie lubię, nauczy­łam się wyra­żać wła­sne zda­nie. Im bar­dziej pra­co­wa­łam nad sobą i im zdrow­sza się sta­wa­łam, tym zdrowsi się sta­wali ludzie w moim życiu.

Im lepiej trak­to­wa­łam samą sie­bie, tym lepiej trak­to­wali mnie inni. Kiedy moja pew­ność sie­bie się zwięk­szyła, zaczę­łam pozna­wać ludzi zdol­nych do miło­ści i takich, na któ­rych mogłam pole­gać.

Nauczy­łam się cho­dzić na randki z męż­czy­znami i odma­wiać. Nauczy­łam się wier­no­ści samej sobie i prze­sta­łam robić wszystko, żeby tylko przy­po­do­bać się innym. Zaczę­łam zada­wać sobie pyta­nie: „Czy go lubię?”. Jeśli odpo­wiedź była prze­cząca, od razu się żegna­łam. Moje związki z męż­czy­znami na­dal nie były udane i przez parę pierw­szych lat wciąż domi­no­wał w nich lęk przed porzu­ce­niem, ale z każ­dego wycią­ga­łam jakąś lek­cję. Zaczę­łam postrze­gać swoje związki jako źró­dło wie­dzy i inwen­ta­ry­zo­wa­łam je, gdy się koń­czyły, co mi pomo­gło zro­zu­mieć, na jakie kwe­stie w swoim życiu powin­nam zwró­cić uwagę.

W tam­tym okre­sie pod­ję­łam decy­zję, która kie­dyś wyda­wa­łaby mi się nie do poję­cia: wolę być sama, niż mia­ła­bym zaak­cep­to­wać coś nie do zaak­cep­to­wa­nia. Już ni­gdy nie poświęcę sie­bie dla związku z męż­czy­zną. Nie zamie­rza­łam być igno­ro­wana, wyzy­wana czy umiesz­czana na ostat­nim miej­scu listy prio­ry­te­tów. Nie zamie­rza­łam akcep­to­wać nie­ak­cep­to­wal­nego zacho­wa­nia tylko po to, żeby mieć kogoś. Przez lata się bałam, że nikt mnie nie poko­cha. Teraz byłam pewna, że dostanę to, na co się zgo­dzę, więc nie zamie­rzam zga­dzać się na mniej, niż zasłu­guję. Powoli zaczy­na­łam wie­rzyć, że zasłu­guję na wszystko, co naj­lep­sze.

Sporo czasu mi zajęło uwie­rze­nie w sie­bie jako rodzica. Kiedy się uczy­łam, co jest zdrowe, co nie, zaczęło się to prze­ja­wiać w moim spo­so­bie wycho­wy­wa­nia dzieci. W naszym domu wolno było sta­wiać gra­nice, dba­li­śmy o sie­bie i mogli­śmy na sobie pole­gać. Nie przej­mo­wa­li­śmy się takimi głup­stwami jak to, czy stół w kuchni jest wystar­cza­jąco czy­sty. Przej­mo­wa­li­śmy się tylko tym, jaką rodziną jeste­śmy. Dziś syno­wie są mi wdzięczni za to, że wyrwa­łam się z kręgu prze­mocy i porzu­ce­nia. Każdą roz­mowę tele­fo­niczną koń­czą sło­wami „Kocham cię” i zawsze mnie przy­tu­lają na powi­ta­nie i poże­gna­nie. Przy­cho­dzą do mnie po radę. Są mnie pewni, a ja jestem pewna ich. To cudowni mło­dzi męż­czyźni i jestem z nich bar­dzo dumna.

Pró­bu­jąc wyle­czyć swoje rany, zaczę­łam szu­kać swo­jej bio­lo­gicz­nej rodziny. W każ­dym peł­nym prze­mocy związku całym ser­cem tęsk­ni­łam za moim bra­tem Edwar­dem. Byłam pewna, że gdyby był przy mnie, nie sta­łaby mi się żadna krzywda. Być może go ide­ali­zo­wa­łam, ale mia­łam wra­że­nie, że to moja zagu­biona gdzieś w świe­cie druga połówka i bar­dzo pra­gnę­łam, żeby wró­cił do mojego życia. Zawsze mi się wyda­wało, że gdy­by­śmy byli razem, w życiu lepiej by się nam uło­żyło.

Szu­ka­łam go przez parę lat, aż wresz­cie dowie­dzia­łam się, że od jakie­goś czasu nie żyje. Mam jesz­cze dwóch braci – Billy’ego i Ricky’ego, z któ­rymi odno­wi­łam kon­takt. Gorzko żało­wa­łam, że nie mogłam z nimi dora­stać i że z tego powodu moje uzdro­wie­nie ni­gdy nie będzie kom­pletne. Żałuję, że ni­gdy nie pozna­łam swo­jego brata Edwarda i nie dora­sta­łam z pozo­sta­łymi braćmi. Poza tym jed­nak uzdro­wi­łam swoją prze­szłość. Na tera­pii prze­pra­co­wa­łam rela­cje ze wszyst­kimi swo­imi rodzi­cami i w końcu udało mi się ich zaak­cep­to­wać i im wyba­czyć. Wyba­czy­łam im, żeby móc żyć dalej jako zdrowy czło­wiek.

Kiedy się dowie­dzia­łam, że „swój cią­gnie do swego”, wresz­cie mogłam dostrzec swoje pro­blemy, ana­li­zu­jąc, do jakich ludzi mnie cią­gnie i jakim ludziom się podo­bam. Dało mi to pew­ność, że mogę kon­tro­lo­wać to, co się dzieje w moim życiu i moich związ­kach. Tyle razy wyda­wało mi się, że jestem gotowa zwią­zać się z „tym jedy­nym”, a jed­nak pako­wa­łam się w zwią­zek z męż­czy­zną z ogrom­nymi pro­ble­mami. Ana­li­zu­jąc te kwe­stie, zro­zu­mia­łam, nad czym jesz­cze powin­nam popra­co­wać i że muszę zacząć od początku. Nie­kiedy było to fru­stru­jące, ale moim celem było wyle­cze­nie się do tego stop­nia, bym mogła stwo­rzyć zdrowy zwią­zek.

Byłam szczę­śliwą sin­gielką, kiedy nie­ocze­ki­wa­nie się zako­cha­łam. On też był samot­nym rodzi­cem, wycho­wy­wał córeczkę. Był szczery, otwarty, miły, tro­skliwy i uwa­żał, że ja jestem taka sama. Oboje dobrze czu­li­śmy się jako sin­gle i stwier­dzi­li­śmy, że wolimy żyć w samot­no­ści, niż znowu fun­do­wać sobie jakiś dra­mat. Zmie­ni­li­by­śmy zda­nie tylko wtedy, gdy­by­śmy poznali osobę o takim samym nasta­wie­niu do życia. Wyda­wało się nam, że to ni­gdy nie nastąpi, że ni­gdy nie znaj­dziemy osoby, która będzie cenić nasze życie i dzieci, która będzie popie­rać naszą nie­za­leż­ność, która będzie pra­co­wać razem z nami, by stwo­rzyć zdrowy zwią­zek.

I nagle się odna­leź­li­śmy.

Od dwu­na­stu lat jeste­śmy szczę­śli­wym mał­żeń­stwem. Na pal­cach jed­nej ręki mogę poli­czyć poważne kłót­nie. Mąż ni­gdy mnie nie wyzy­wał. Ni­gdy nie dopro­wa­dził mnie do pła­czu. Nie zważa na to, czy w domu jest porzą­dek. Zależy mu na moim szczę­ściu i kocha mnie bez­wa­run­kowo. Jeste­śmy dobrymi i kocha­ją­cymi part­ne­rami zarówno w życiu, jak i w miło­ści.

Wstęp

W tej książce znaj­dziesz pro­sty prze­pis na to, jak odna­leźć szczę­ście po zakoń­cze­niu związku. Zebra­łam w niej wszyst­kie swoje doświad­cze­nia jako osoba po roz­sta­niu, jako tera­peutka, naukow­czyni i nauczy­cielka. Pokażę ci, jak prze­kształ­ci­łam nie­sły­cha­nie bole­sne roz­sta­nie w naj­lep­szą rzecz, jaka mi się kie­dy­kol­wiek przy­da­rzyła. Ty też możesz tego doko­nać. Podzielę się z tobą wszyst­kim, czego się nauczy­łam w szkole i w życiu, wszyst­kim, co stu­dio­wa­łam i co inni mi opo­wie­dzieli na ten temat w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lat.

Po tym, jak moje pierw­sze mał­żeń­stwo się roz­pa­dło, zapra­gnę­łam zacząć poma­gać ludziom zmie­niać życie i prze­ko­nać ich, że wszystko jest moż­liwe. Poszłam do szkoły, żeby zostać tera­peutką, a póź­niej uzy­ska­łam dyplom tera­peutki spe­cja­li­zu­ją­cej się w tera­pii żałoby. Dzięki bada­niom i pro­wa­dze­niu grup wspar­cia dla osób radzą­cych sobie ze stratą prze­ko­na­łam się, jak głę­boki i pozy­tywny wpływ na ludzi ma jej prze­pra­co­wa­nie. Ludzie, któ­rzy się z nią zmie­rzyli – czy cho­dziło o roz­sta­nie, roz­wód, śmierć czy jakąś inną nagłą zmianę – sami w zdu­mie­wa­jący spo­sób się zmie­niali.

Któ­re­goś dnia ktoś mnie spy­tał, czy wszyst­kie moje marze­nia się speł­niły. Przy­tak­nę­łam, ale potem przez parę dni się zasta­na­wia­łam, czy to prawda, bo zostało mi jedno nie­zre­ali­zo­wane marze­nie. Wycho­wu­jąc się w domach zastęp­czych, marzy­łam o tym, żeby zostać pra­cow­ni­kiem opieki spo­łecz­nej albo praw­ni­kiem. Kiedy w sądzie w Bronx County osta­tecz­nie oddano mnie do adop­cji, sędzia popro­sił mnie do swo­jego gabi­netu, chcąc zadać mi parę pytań. Mia­łam dopiero osiem lat, ale i tak ten sza­cowny, wypeł­niony książ­kami pokój zro­bił na mnie ogromne wra­że­nie. Spy­ta­łam, jak mogę dostać taką pracę. Sędzia roze­śmiał się i odparł: „Ciężko pra­cuj, ucz się i zostań praw­ni­kiem”. W duchu przy­rze­kłam sobie, że wła­śnie to uczy­nię.

Trzy­dzie­ści dwa lata póź­niej speł­ni­łam swoje marze­nie i zaczę­łam stu­dio­wać prawo. Potem prze­pro­wa­dzi­łam się do Nowego Jorku, mojego rodzin­nego mia­sta. Codzien­nie wyko­ny­wa­łam swój zawód, ale w naj­mniej ocze­ki­wa­nych momen­tach, kiedy ktoś opo­wia­dał mi histo­rię swo­jego roz­sta­nia albo pró­bo­wał się wyrwać z kręgu prze­mocy, czu­łam potrzebę podzie­le­nia się wła­snymi doświad­cze­niami. Zawsze wtedy klienci mnie do tego zachę­cali, mówiąc, że w ten spo­sób im poma­gam. Za każ­dym razem, kiedy odsu­wa­łam od sie­bie tę myśl, wyda­rzało się coś, co znowu mi przy­po­mi­nało o tym pomy­śle albo ktoś mi mówił, że powin­nam opo­wie­dzieć swoją histo­rię, by dać nadzieję innym oso­bom w podob­nej sytu­acji.

W tym celu zaczę­łam pro­wa­dzić semi­na­ria pod nazwą „Jak pora­dzić sobie z prze­szło­ścią” i „Roz­sta­nie to nie koniec świata”. Zało­ży­łam bloga, stwo­rzy­łam inter­ne­tową grupę dys­ku­syjną i biu­le­tyn inter­ne­towy. Począt­kowo blog słu­żył mi tylko do odpo­wia­da­nia na e-maile i pyta­nia od uczest­ni­ków moich semi­na­riów, ale po paru tygo­dniach poja­wiły się w nim komen­ta­rze nie tylko od stu­den­tów. Wkrótce zyskał sobie wielu zwo­len­ni­ków i na moich semi­na­riach zaczęli się poja­wiać czy­tel­nicy z całego świata. Stwo­rzyli wspa­niałą grupę wspar­cia. Roz­ma­wiali ze sobą pry­wat­nie i czę­sto przy­jeż­dżali razem. Nowi czy­tel­nicy bloga, któ­rzy prze­waż­nie są w głę­bo­kiej roz­pa­czy, są ser­decz­nie witani przez całą spo­łecz­ność. Na swoim blogu zachę­cam czy­tel­ni­ków, by prze­ka­zy­wali zdo­bytą wie­dzę innym, co też czy­nią. Spo­łecz­ność ta jest bar­dzo zżyta i daje wiel­kie wspar­cie oso­bom świeżo po roz­sta­niu.

Moi stu­denci i czy­tel­nicy czę­sto pro­sili, bym napi­sała książkę przed­sta­wia­jącą drogę ku wyzdro­wie­niu. Opi­sa­łam więc swoją podróż i podzie­li­łam się swo­imi doświad­cze­niami. Kosz­marne roz­sta­nie stało się kata­li­za­to­rem dla mojego obec­nego cudow­nego życia. Życzę wszyst­kim tego samego i gorąco wie­rzę, że każdy może to osią­gnąć.

Książka ta, podob­nie jak spo­łecz­ność stwo­rzona wokół bloga, jest dla każ­dego: dla męż­czyzn i kobiet, gejów i osób hete­ro­sek­su­al­nych, duchow­nych i osób świec­kich, mło­dych i sta­rych. Strata to czę­ste prze­ży­cie. Ist­nieją bar­dzo kon­kretne spo­soby na pora­dze­nie sobie z nią. Ta książka jest prze­zna­czona dla każ­dego, kto chce się dowie­dzieć, jak się pogo­dzić z roz­pa­dem związku i zacząć nowe, szczę­śliwe życie.

Możesz sobie poradzić z rozstaniem

Roz­sta­nie to nie koniec świata pomoże ci raz na zawsze zmie­nić na lep­sze naturę two­ich związ­ków. Mój plan zawiera ory­gi­nalną kon­cep­cję „obser­wa­cji, przy­go­to­wa­nia i pie­lę­gna­cji”. Jeśli chcesz się zmie­nić na stałe, musisz zacząć obser­wo­wać, co się dzieje w tobie i wokół cie­bie, przy­go­to­wać się na zmianę, a następ­nie pie­lę­gno­wać jej rezul­taty. W tej książce pokażę ci krok po kroku, jak tego doko­nać.

Więk­szość teo­rii i tech­nik, które opi­suję, wywo­dzi się z kla­sycz­nej i współ­cze­snej myśli psy­cho­lo­gicz­nej, ale sam plan jest cał­ko­wi­cie ory­gi­nalny. Z wła­snej pracy i z pracy z innymi dowie­dzia­łam się, że ludzie szybko mają dosyć tera­pii poprzez roz­mowę i cięż­kiej pracy nad stratą, jeśli nie mogą ich zrów­no­wa­żyć jakąś formą roz­rywki czy uspo­ko­je­nia. Nato­miast pozy­tywne myśle­nie i roz­mowa z samym sobą dzia­łają przez jakiś czas, ale nie mogą dać trwa­łych rezul­ta­tów, jeśli wielka strata czy cier­pie­nie mają swoje źró­dło w dzie­ciń­stwie. Wszyst­kie te tech­niki i teo­rie do pew­nego stop­nia dzia­łają, ale mój plan wzmac­nia ich efek­tyw­ność.

Książka ta nie służy do jed­no­ra­zo­wej lek­tury. Napi­sa­łam ją jako pod­ręcz­nik, do któ­rego możesz wra­cać, kiedy tylko tego potrze­bu­jesz, i z któ­rego możesz korzy­stać przez wiele mie­sięcy. Może słu­żyć jako doda­tek i uzu­peł­nie­nie tera­pii, pro­gramu dwu­na­stu kro­ków i udziału w gru­pach wspar­cia.

Pod­stawą zdro­wego, szczę­śli­wego życia jest rów­no­waga. Jeśli chcesz je osią­gnąć, twoje dzia­ła­nia rów­nież muszą być zrów­no­wa­żone. Ważne jest, by łączyć przed­sta­wione tu narzę­dzia i dosto­so­wać je do wła­snego życia.

Plan opi­sany w tej książce działa, a jeśli sko­rzy­stasz z moich rad i prze­ro­bisz cały pro­gram, cał­ko­wi­cie zmie­nisz swoje życie. Nie tylko pora­dzisz sobie z ostat­nim roz­sta­niem, ale rów­nież sta­niesz się szczę­śli­wym, zdro­wym i nie­za­leż­nym czło­wie­kiem, a wtedy zaczniesz przy­cią­gać do sie­bie podob­nych ludzi.

Kiedy nadej­dzie koniecz­ność zmie­rze­nia się ze swoim cier­pie­niem, nie cofaj się.

To boli, ale jeśli wytrzy­masz, czeka cię ogromne szczę­ście.

Posprzą­taj pobo­jo­wi­sko, jakim jest twoja prze­szłość, i odnajdź to szczę­ście.

Zejdź w otchłań i wynieś z niej skarb, jakim jest twoje nowe życie.

1. Droga ku uzdrowieniu: W jaki sposób ta książka odmieni twoje życie

1

Droga ku uzdro­wie­niu: W jaki spo­sób ta książka odmieni twoje życie

Prawdą jest, że naj­pięk­niej­sze chwile poja­wiają się wtedy, gdy czu­jemy się naj­bar­dziej nie­szczę­śliwi i nie­speł­nieni, bo tylko w takich chwi­lach zmie­niamy swoje nawyki i zaczy­namy szu­kać innych dróg i praw­dziw­szych odpo­wie­dzi.

[M. SCOTT PECK]

To trudne, ale wyko­nalne.

To boli.

Kochasz kogoś, kto kie­dyś kochał cie­bie. Może zacho­wy­wał się tak, jakby odwza­jem­niał twoją miłość, ale już się tak nie zacho­wuje. Albo może po pro­stu nie czuje i ni­gdy nie poczuje tego samego co ty.

Może wyda­wało ci się, że twój były part­ner kochał cię rów­nie mocno, jak ty jego. Potem nagle odwró­cił się od cie­bie i zra­nił cię w nie­wy­obra­żalny spo­sób.

Może odszedł do kogoś innego. Przy­ja­ciele powta­rzają, że pod każ­dym wzglę­dem jesteś lep­sza od tego kogoś. A jed­nak twój były wciąż jest z tą inną. Cała aż się gotu­jesz, bo ta nowa osoba to pod­stępna żmija, czego twój były nie zauważa. Ta osoba jest nie­doj­rzała, nie­przy­stępna, roz­piesz­czona albo po pro­stu głu­pia. Mimo to on jest zako­chany. Jak to moż­liwe?

Albo może twój były cał­ko­wi­cie zmie­nił nasta­wie­nie. Pytasz: „Nie chcesz, żeby ktoś pomógł ci dźwi­gać ten cię­żar?” i dosta­jesz odpo­wiedź: „Pro­szę, daj mi spo­kój”. Ogar­nia cię prze­ra­że­nie. Jak to moż­liwe, że pomocą, jakiej twój part­ner ocze­kuje, jest roz­sta­nie? No jak?

Może to ty chcia­łaś się roz­stać, a może on. Tak czy ina­czej bar­dzo cier­pisz. Czu­jesz potworny ból. Na okrą­gło odtwa­rzasz w myślach wasze roz­mowy. Gdzie popeł­ni­łaś błąd, co zro­bi­łaś nie tak? Co powin­naś była zro­bić? Czego nie powin­naś była zro­bić?

Czu­jesz się odrzu­cona i gor­sza. Masz wra­że­nie, że coś jest z tobą nie tak. Zasta­na­wiasz się, jak mogła­byś spra­wić, żeby part­ner znowu cię zapra­gnął.

Natych­miast prze­stań.

Nawet nie pró­buj kogoś zmie­niać. Prze­stań się tar­go­wać z losem i pró­bo­wać go prze­ku­pić. Nie pró­buj zatra­cić sie­bie po to, żeby ten ogra­ni­czony czło­wiek cię poko­chał. Zapo­mnij o tym!

Zasłu­gu­jesz na wię­cej – o wiele wię­cej. W tej książce pokażę ci, jak to zdo­być.

Czas po roz­sta­niu przy­nosi ogromne cier­pie­nie, ale może też oka­zać się wielką szansą na roz­wój, który zmieni całe twoje życie. Kiedy masz zła­mane serce, może ci się to wyda­wać nie­wia­ry­godne, ale uwierz mi, że okres ten może być nie­zwy­kle owocny, jeśli tylko się otwo­rzysz i będziesz gotowa na speł­nie­nie swo­ich marzeń. Roz­sta­nie to doświad­cze­nie wyzwa­la­jące, jeśli sta­niesz się panią wła­snego życia i zaczniesz wpro­wa­dzać pozy­tywne zmiany, zamiast bier­nie na nie cze­kać.

Po roz­sta­niu masz trzy opcje. Możesz zużyć całą ener­gię i czas, możesz wylać morze łez, pró­bu­jąc odzy­skać byłego. Możesz żyć dalej, jakby nic się nie stało i podą­żać tą samą ścieżką wprost do kolej­nego nie­uda­nego związku. Trze­cia opcja to uzdro­wie­nie, przyj­rze­nie się temu, co się stało i pozna­nie nowych spo­so­bów na to, jak żyć bar­dziej zdrowo i szczę­śli­wie. Dzięki temu sta­niesz się nie tylko szczę­śliw­sza, ale i zyskasz wielką szansę na odna­le­zie­nie praw­dzi­wej miło­ści i osoby, która jest dla cie­bie odpo­wied­nia. Ta ostat­nia opcja jest nie­skoń­cze­nie bar­dziej atrak­cyjna od poprzed­nich i daje gwa­ran­cję dłu­go­trwa­łego szczę­ścia, a jed­nak więk­szość osób wybiera pierw­szą, a jeśli to nie działa – drugą. Dla­czego? Bo nie mają poję­cia, jak zro­bić to, na czym polega trze­cia opcja – jak stać się panią wła­snego życia.

Pozna­łam wielu klien­tów, stu­den­tów i czy­tel­ni­ków, któ­rzy po roz­sta­niu chcieli zmie­nić swoje życie, ale nie wie­dzieli, jak to zro­bić. Pewna kobieta mi powie­działa: „Po roz­wo­dzie sta­nę­łam na roz­drożu i nie wiem, w którą stronę pójść”. Inny mój klient myślał, że roz­wód będzie dla niego wyzwo­le­niem, oka­zało się jed­nak, że nie­zde­cy­do­wa­nie go spa­ra­li­żo­wało. Powie­dział: „Chcia­łem robić wiele rze­czy, ale moja żona była doma­torką, więc z nich zre­zy­gno­wa­łem. Teraz w końcu mógł­bym roz­wi­jać swoje pasje, ale wciąż cier­pię po roz­sta­niu, a wybór mnie przy­tła­cza”.

Każda para ma swój rytm, ale zaan­ga­żo­wa­nie w zwią­zek jest waż­niej­sze od innych zobo­wią­zań. Kiedy zwią­zek się roz­pada i te ogra­ni­cze­nia prze­stają ist­nieć, dosta­jesz nie­po­wta­rzalną szansę na wyko­rzy­sta­nie całego wachla­rza nowych opcji i zasta­no­wie­nie się, czego chcesz od życia, dokąd zmie­rzasz i jak możesz tam dotrzeć. Nie­stety oszo­ło­mie­nie i strach mogą cię para­li­żo­wać.

Czy zde­cy­do­wa­łaś się na zwią­zek, żeby przed czymś uciec? Teraz masz szansę nie tylko doko­nać życio­wych wybo­rów, ale rów­nież zająć się swoim zdro­wiem emo­cjo­nal­nym. Po roz­sta­niu wiele osób decy­duje się na psy­cho­te­ra­pię albo udział w gru­pach wspar­cia. Odkry­wają wtedy, że mają w sobie wiele nie­za­le­czo­nych ran. Pewna kobieta mi powie­działa: „Kiedy zwią­za­łam się ze swoim byłym chło­pa­kiem, zepchnę­łam w pod­świa­do­mość wszyst­kie złe wspo­mnie­nia z poprzed­nich związ­ków. Gdy tylko się roz­sta­li­śmy, wspo­mnie­nia wypły­nęły na powierzch­nię. Nie mogłam znieść tego bólu”. Inny męż­czy­zna po roz­pa­dzie mał­żeń­stwa poszedł na psy­cho­te­ra­pię. Zdu­miało go to, że tera­peuta sku­pił się na śmierci matki, którą jego klient prze­żył jako mały chło­piec. Powie­dział:

Ni­gdy nie umia­łem pora­dzić sobie ze stratą, kiedy więc moja żona ode­szła, wpa­dłem w straszną depre­sję, myśla­łem wręcz, że umrę. Ale wcale nie cho­dziło o żonę. Cho­dziło o to, że znowu musia­łem zmie­rzyć się z cier­pie­niem po utra­cie matki. Byłem za mały, żeby prze­żyć żałobę. Póź­niej w każ­dym związku kur­czowo cze­pia­łem się swo­ich part­ne­rek, byłem marudny i za wszelką cenę sta­ra­łem się unik­nąć roz­sta­nia. Kiedy żona ode mnie ode­szła, musia­łem się cof­nąć i w końcu opła­kać śmierć matki.

Może prze­ży­łaś sze­reg mniej­szych strat – na przy­kład prze­pro­wadzkę albo utratę pracy – któ­rych ni­gdy nie uwa­ża­łaś za warte opła­ki­wa­nia. A może ni­gdy nie prze­ży­łaś żad­nej istot­nej straty i to roz­sta­nie jest dla cie­bie pierw­szym takim doświad­cze­niem. Tak czy ina­czej naucze­nie się prze­pra­co­wa­nia straty to jedna z naj­zdrow­szych rze­czy, jakie możesz dla sie­bie zro­bić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki