Rok na prowincji - Maria Szajer - ebook
NOWOŚĆ

Rok na prowincji ebook

Maria Szajer

5,0

92 osoby interesują się tą książką

Opis

Oto historia pewnej ciotki i jej siostrzenicy Janki.

Aniela (wiek metrykalny 71) potrafi złamać nogę na nartach wodnych, zatańczyć Quando, quando, quando wtedy, gdy inni zapewne poprzestaliby na kawie, a jeśli sytuacja tego wymaga, kopnąć policjanta i zemdleć. To ostatnie na szczęście tylko na niby.

Janka, zatwardziała Warszawianka, przyjeżdża na wieś na chwilę na wyraźne żądanie ekscentrycznej ciotki. Wkrótce odkrywa, że życie ma wobec niej własne plany. Może nie tyle życie, co właśnie ciotka Aniela – kobieta, której charakter zdecydowanie nie przystaje do imienia.

Między kotem Fryderykiem i psem Bananem, gminnymi atrakcjami towarzyskimi, fascynującym sąsiadem, który mówi zdecydowanie za mało, i pełną temperamentu ciotką, która mówi zdecydowanie wystarczająco, Janka odkrywa, że wieś może być równie intersująca co stolica.

Z tych wszystkich składników wyszła autorce poczciwa komedia romantyczna okraszona smakowitymi przepisami. I choć nie jest to powieść autobiograficzna, niektóre opisane w niej co dziwniejsze przyrodnicze (i nieprzyrodnicze) przypadki wydarzyły się naprawdę. Herr Pötschke w zasadzie również.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 345

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Miroska561

Nie oderwiesz się od lektury

ciekawy pomysł na książkę ...
10



Szczególne pozdrowienia dla mojej chrześnicy ogrodniczki z zamiłowania. Jesteś dla mnie tak ważna jak Janka dla Anieli.

Wydawczyni

Działalność oficyny SILVER objęta jest patronatemPolskiego Towarzystwa Okulistycznego.

Edycja © SILVER oficyna wydawnicza, 2026

Tekst © Maria Szajer, 2026

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden fragment tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody Wydawcy.

 

Wszelkie podobieństwo do osób i miejsc występujących w książce jest przypadkowe.

 

Wydanie I

Warszawa 2026

ROZDZIAŁ 1

PAŹDZIERNIK

Z Elementarza ogrodnika:

„To, co jest ukryte w ziemi, nie zmarznie” (strona 181).

Chodzi o róże. Mój Boże, nie sądziłam, że ogrodnictwo to tak skomplikowana sprawa. Zawsze uważałam się za osobę w miarę rozgarniętą, tymczasem nawet najbardziej podstawowa wiedza na temat pielęgnacji ogrodu, zawarta w małej, wysłużonej książeczce pod tytułem Elementarz ogrodnika, którą w przypływie rozpaczy kupiłam kilka dni temu w antykwariacie, najwyraźniej przekracza moje możliwości percepcyjne. W październiku (wedle jej autora, który skromnie nie podaje swego nazwiska ani na okładce, ani na stronie tytułowej, a jedynie przedmowę podpisuje „Wasz ogrodnik Pötschke”) „sadzimy róże i pod koniec miesiąca wysoko obsypujemy je ziemią” (strona 181). A co, jeżeli róże już mamy i ani nam w głowie wysadzanie nowych, skoro nawet ze starymi nie wiemy, co robić? Na przykład nie mamy bladego pojęcia, a drogi Pötschke bynajmniej nam tego nie objaśnia, jak wysoko trzeba je tą ziemią w październiku obsypywać…

Zresztą róże nie są tutaj moim jedynym problemem. Mam na głowie jeszcze drzewka owocowe, krzaki agrestu i jeżyny, winorośl, trawę i mnóstwo innej, niezidentyfikowanej jak dotąd roślinności oraz, jakby tego było mało, oczko wodne z czerwonopomarańczowymi rybkami, które uciekają pod liście nenufarów na mój widok. Niezbyt miłe uczucie. Tym bardziej że ja na ich widok także mam ochotę uciekać. W centrum ogrodniczym, dokąd udałam się po karmę i poradę (Elementarz w ogóle nie wypowiada się na temat oczek wodnych i zamieszkującej je fauny), powiedziano mi, że mam je karmić, ale nie za często, zwłaszcza teraz, jesienią, gdy temperatura zaczyna spadać. Już miałam ochotę zapytać sprzedawcy, czy przypadkiem nie nazywa się Pötschke. Co to znaczy „nie za często”…?

Przygnębiająca sprawa z tym ogrodem. Myślałam, że zajmowanie się nim to będzie bułka z masłem, a w dodatku wydawało mi się, że w zajęciach ogrodniczych znajdę tak potrzebne mi ukojenie i spokój ducha. Takie swojskie, małorolne zen. O święta naiwności! Pielęgnacja ogrodu nie znalazła się nawet na mojej, bardzo zresztą długiej, LiściePowodów, Dla Których Nie Powinnam Wyjeżdżać Na Zadupie! Pozwolę sobie raz jeszcze zacytować niezastąpionego mistrza szpadla i grabi, Herr Pötschkego: „Ogrodnictwo to zdrowy i sensowny sposób spędzania wolnego czasu” (strona 8).

Hmm… po zgrabieniu dziś dwudziestu siedmiu taczek liści z trawnika i wywiezieniu ich do pobliskiego lasku (drewniany kompostownik zbutwiał i nie ma sensu zapełniać go odpadkami przed naprawą) nie czuję rąk, za to plecy w okolicy krzyża czuję, i to bardzo wyraźnie, więc nie jestem pewna, czy się zgodzić z Herr Pötschkem. Ale może jest w tym jakiś sens. Tylko na razie przede mną ukryty.

Pora chyba wyjaśnić, co taki mieszczuch jak ja robi w takim miejscu z drzewami, trawą, ślimakami i całą straszliwą resztą mimo wyżej wspomnianej Listy Powodów, zwłaszcza jeśli porównać ją z paroma zaledwie punktami za.

Poczucie obowiązku i brak zdolności decyzyjnych – oto co sprawiło, że po pięćdziesięciu trzech latach przeżytych wśród świateł wielkiego miasta udałam się na pogrążoną w ciemnocie prowincję. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że nie jest to wyrok dożywotni. Tych kilka tygodni chyba tu wytrzymam.

Poczucie obowiązku ma na imię Aniela, siedemdziesiąt jeden lat, i jest młodszą siostrą mojego ukochanego nieżyjącego już ojca. Trudno wyobrazić sobie osobę mniej podobną do niego z charakteru, usposobienia i wyglądu. Czasem patrzę na nią i się zastanawiam, czy babcia naprawdę wyrażała się czysto teoretycznie, mówiąc do mnie, gdy byłam nastolatką: „Korzystaj z życia, dziecinko, kiedy możesz, bo życie tak szybko mija!”.

Aniela nigdy nie wyszła za mąż, dzieci też nie ma, choć, o ile wiem, korzystała z uroków życia pełnymi garściami, no a teraz została zupełnie sama w rodzinnym domu w Maciejowicach. Nie byłby to w żadnym wypadku powód, żeby mnie tu ściągać – ciotka Aniela jest absolutnie samodzielna i pełnosprawna. A raczej była. Aż do owego nieszczęsnego wypadku, któremu uległa jakiś czas temu podczas… jazdy na nartach wodnych! A tak, to jedna z niewinnych przyjemności, jakim moja cioteczka wciąż się oddaje. Uprawia również całą masę innych sportów, stanowczo wolę nie wiedzieć jakich, a także uczestniczy aktywnie w zajęciach uniwersytetu trzeciego wieku oraz wszystkich możliwych stowarzyszeń i kółek zainteresowań: od przykościelnych po jogę. Tytan aktywności!

Ja wdałam się jednak w ojca, którego ulubionym zajęciem było od zawsze „wylegiwanie się na kanapie w okładzie z książek”, jak mawiała z przekąsem ciotka, więc jej hiperaktywność napawa mnie przerażeniem. Zwłaszcza gdy wpada na jakiś nowy pomysł na moje życie.

Nie przesadzam. Weźmy choćby naukę pływania. Kiedy miałam osiem lat, Aniela uznała, że najwyższy czas zrobić ze mnie pływaczkę. Metoda była prosta: zaprowadziła mnie na pomost, poinformowała, że człowiek nie jest z cukru, po czym wrzuciła mnie do jeziora. Do dziś nie wiem, czy bardziej bałam się utonięcia, czy tego, że jeśli wypłynę, wepchnie mnie jeszcze raz. Wieczorem siedziałyśmy przy dogasającym ognisku, jadłyśmy pieczone ziemniaki i liczyłyśmy świetliki migające nad łąką.

To właśnie cała ciotka Aniela. Najpierw człowieka wrzuca na głęboką wodę. A potem spokojnie czeka, aż ten odkryje, że jednak umie pływać. Albo i nie.

Żeby oddać ciotce sprawiedliwość dziejową, wypada nadmienić, że do rzeczonego jeziora wrzucona zostałam w nadmuchiwanych rękawkach. To osłabia nieco dramaturgię anegdoty, za to czyni ciotkę bardziej ludzką.

No ale latka lecą i jej ostatni wypadek był na tyle poważny, że cioteczka na długie tygodnie została przykuta do łóżka, i nie wiadomo kiedy i na ile odzyska sprawność. Na razie wciąż przebywa w klinice ortopedycznej, dochodząc do siebie po operacji kolana, które uszkodziła w czasie nieplanowanego spotkania z pomostem. Ciotka przy tym uparcie twierdzi, że winę ponosi „ten patałach za sterem motorówki”, do której była przypięta liną. To on „zagapił się na roznegliżowane małolaty” i „wepchnął ją na pomost”. Niezależnie od tego, kto zawinił: patałach, małolaty czy starsza pani, rezultat okazał się fatalny – wyjątkowo paskudne złamanie nogi i mój przyjazd tutaj. To ostatnie było prawdziwą katastrofą, jestem o tym coraz bardziej przekonana, ale wycofać się już nie sposób.

Kiedy trzy tygodnie temu usłyszałam w telefonie głos ciotki, nawet nie przypuszczałam, jak bardzo starsza pani ma zamiar wywrócić do góry nogami całe moje życie.

– Masz jeszcze tego swojego Ferdynanda? – zapytała bez zbędnych wstępów.

– Fryderyka. Jasne, że mam. Nie wyobrażam sobie życia bez niego – dodałam nieco urażona, że nie zadała sobie trudu, by zapamiętać jego imię.

– I to jest twój problem, zresztą niejedyny. Trudno – usłyszałam, jak wzdycha – będziesz musiała zabrać go ze sobą.

– Zabrać? On nie znosi podróży. – Rzeczywiście, nawet krótki wyjazd do weterynarza Fryderyk traktuje jak zamach na swoje życie i tak usilnie walczy o wyswobodzenie z klatki, że czasem łamie sobie pazury. – Poza tym nigdzie się nie wybieram.

– Przykro mi to robić, ale będę musiała się odwołać do twojego poczucia obowiązku. Jesteś mi potrzebna, Janino.

No, jeśli już nazywa mnie Janiną, nie Janką, i odwołuje się do tego, do czego się odwołuje, to znaczy, że sprawa jest naprawdę poważna.

Okazało się, że liczne przyjaciółki ciotki nie mogły się już dłużej zajmować jej domem, ogrodem i psem, a rekonwalescencja miała potrwać jeszcze parę tygodni.

– Jesteś moją najbliższą rodziną. Dlatego zwracam się do ciebie, bo rodzina w kłopotach musi się trzymać razem. Robię to niechętnie, nie tylko dlatego, że masz dwie lewe ręce, ale także dlatego, że jak wiesz, nie lubię być od rodziny zależna. Ale na każdego przychodzi kryska…

– Co przychodzi?

– Kryska. Tak się mówi. Widzisz, przerwałaś mi i zapomniałam, co miało być dalej. To kiedy przyjeżdżasz?

– Ciociu, przecież ja mam tu pracę, swoje życie…

– Jakie tam życie! – przerwała mi ciotka. – Spotykasz się z kimś…? No właśnie! – skomentowała, nie odczekawszy dłużej niż pół sekundy na moją odpowiedź.

Z przykrością muszę wyznać, że rzeczywiście nie miała na co czekać. Moje życie prywatne i emocjonalne w ostatnim czasie nie przedstawiało się różowo, prawdę mówiąc, w ogóle się nie przedstawiało. Kochałam Fryderyka, ale nawet ja zdawałam sobie sprawę, że kot, choćby najwspanialszy, nie powinien być jedynym współużytkownikiem czyjegokolwiek łóżka.

– A twoja praca, pożal się Boże, przecież w kółko powtarzasz, że jej nie znosisz i musisz rzucić. Rzuciłaś? – Tu pauza była jeszcze krótsza, tak krótka, że trudno ją nawet nazwać pauzą. – Chcę ci to ułatwić.

– Rzucenie pracy? Bardzo to miłe z cioci strony, ale ja…

– Kochanie, nie ma żadnego ale. Musisz tu przyjechać, ten dom jest również twoim domem i chyba nie dopuścisz, żeby popadł w ruinę tylko dlatego, że jakaś stara wariatka skosiła pomost.

Łatwo powiedzieć. Owszem, pracy nie lubię. Jednak jestem realistką. Ile osób ma to szczęście, by z radością i pieśnią na ustach zrywać się każdego ranka, nie mogąc się wprost doczekać, żeby odbić kartę przy wejściu do biura? No właśnie. Nie należy mieć wygórowanych oczekiwań.

– Ciociu, przykro mi o tym wspominać, ale przecież muszę z czegoś żyć.

– Ja cię na utrzymanie nie wezmę, jeśli to sugerujesz. Mam wprawdzie trochę odłożonego grosza, ale to na czarną godzinę, a nie na rudą siostrzenicę, choćby i farbowaną.

– Ciociu!

– Poza tym jak się trochę zakręcisz, to coś tu znajdziesz. W spożywczym widziałam, że panienki do pomocy szukają.

– Miesiąc temu skończyłam pięćdziesiąt trzy lata…

– Ale panienką jesteś! – W głosie Anieli wyraźnie dało się słyszeć irytację z powodu przeciągającej się dyskusji, w jej mniemaniu całkowicie bezsensownej, bo przecież wszystko już było ustalone. – Nie mam siły na kłótnie z tobą. Noga mnie rwie, w dodatku jak na złość nie ta złamana, tylko ta druga.

Tym zdaniem ciotka bezceremonialnie zakończyła rozmowę.

Nie powinnam była przyjeżdżać. I zapewne bym tego nie zrobiła, gdyby nie pewna idiotyczna cecha mojego charakteru. To zabrzmi absurdalnie, ale za podjęcie tej fatalnej decyzji należy winić chorobliwą wręcz niezdolność… do podejmowania decyzji! Każdą, nawet najbardziej błahą sprawę potrafię rozważać tygodniami, ważąc wszystkie „za” i „przeciw”. Tak długo, że w końcu sama przestaję pamiętać połowę argumentów. A kiedy nie daje się już dłużej odwlekać, decyduję na chybił trafił, pod wpływem pierwszego lepszego impulsu. Bardziej z paniki niż z przekonania. I w rezultacie ja, podobno królowa ostrożności i rozsądku, w zasadzie wybieram losowo. Albo raczej pozwalam ślepemu losowi wybrać za mnie.

Tak było i tym razem, choć nie od razu. Na razie byłam święcie przekonana, że nigdzie nie jadę. Czekało mnie tylko trudne zadanie przekonania o tym ciotki. Tymczasem Aniela zasiała ziarno, któremu, jak się wkrótce okazało, bardzo niewiele trzeba było do wykiełkowania.

Jesienna sałatka z sosem paprykowym

Ton tej sałatce nadaje sos, który jest moją wersją popularnego na Wyspach Kanaryjskich sosu czerwonego (lub zielonego – w zależności od koloru użytej papryki). W związku z tym cała sałatka ma z lekka arabsko-hiszpański posmak.

Na sos potrzebujemy

½ niedużej papryki (czerwonej lub zielonej)oliwę z oliwek i olej z pestek winogron (pół na pół, sama oliwa z oliwek ma dla mnie zbyt intensywny smak, ale jeśli komuś on nie przeszkadza, to można oczywiście nie mieszać)sok z cytrynykmin rzymski mielonysól i pieprz

Wszystkie składniki miksujemy i otrzymanym sosem polewamy warzywa w ładnej misce, koniecznie w kwiatki lub kiście winogron (żartuję!).

Warzywa, czyli

porwane liście kapusty pekińskiejbardzo drobno poszatkowana czerwona kapustapomidor (najlepiej bez skórki, choć ja jestem tak leniwa, że rzadko chce mi się obierać)kilka drobno pokrojonych różyczek kalafiora na suroworodzynki (opcjonalnie)

Polecam do tego camembert na ciepło z żurawiną. Ja obtaczam go w ziarnach sezamu i grilluję na średnio rozgrzanej patelni po kilka minut z każdej strony, aż na zewnątrz będzie przyrumieniony, a wewnątrz półpłynny. Cudowna bomba kaloryczna. Idealne danie na deszczowy jesienny wieczór, gdy jest już nam naprawdę wszystko jedno, ile mamy tłuszczu na brzuchu i udach, a jedyne, co się liczy, to odrobina niewinnej przyjemności, jaką możemy czerpać z życia dzięki naszym kubkom smakowym.

Powyższą przyjemność zafundowałam sobie, próbując jakoś zregenerować nerwy po rozmowie z Anielą. Jadłam camembert, zagryzałam sałatką i zastanawiałam się, jak się wymigać od wyjazdu, nie urażając ciotki. Odpowiedzi nie znalazłam, prawdopodobnie jej nie było, za to najedzona i lekko pocieszona czerwonym winem, którego, przyznam bez bicia, nie pożałowałam sobie w tej krytycznej bądź co bądź sytuacji, popadłam w miłe otępienie. W tym stanie było mi w zasadzie wszystko jedno, czy ciotka się obrazi czy nie. Nawet nie chciało mi się zepchnąć z kolan Fryderyka, który władował się tam nie wiem kiedy i mruczał teraz jak mała kosiarka, wbijając rytmicznie ostrza pazurów w moje nogi.

W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Wyrwany brutalnie ze stanu błogości Fryderyk zerwał się w popłochu i czmychnął do jakiegoś ciemnego kąta. Ja pokuśtykałam w stronę przedpokoju, klnąc pod nosem siarczyście i zastanawiając się, jak moje przeorane uda będą się jutro prezentowały na pływalni, na którą chodziłam w mętnym przeświadczeniu, że przecież trzeba się pokazywać tu i tam, żeby poznać kogoś miłego. Jak dotąd bez skutku. Faceci na naszym basenie albo pływali jak zakręceni tam i z powrotem, z rzadka tylko wynurzając głowę nad wodę, i to wcale nie po to, żeby podziwiać moje uda, lecz by rozpaczliwie zaczerpnąć powietrza, albo (ci mniej wyczynowi, za to bardziej brzuchaci) moczyli się godzinami w jacuzzi, zajmując w nim tyle miejsca i zostawiając tyle bladego naskórka, że w ogóle z niego nie korzystałam (z jacuzzi, nie z naskórka).

Za drzwiami stała osoba znana mi z widzenia, płci żeńskiej, w towarzystwie równie mało mi znanej osoby tej samej płci. Sąsiadki z mojej klatki, cudownie! Wiek pań był średni (zbliżony do mojego), czyli oczywiście miałam wrażenie, że jestem od nich dużo młodsza.

– A wygląda pani na kulturalną osobę! – rzuciła od progu pierwsza. W jej głosie słychać było wyraźne rozczarowanie.

– Bardzo mi miło – powiedziałam uprzejmie, nie chcąc psuć swojego wizerunku.

– Jak pani nie wstyd? – spytała druga.

Ponieważ nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć, zapadła cisza. Już miałam podziękować im za miłą wizytę i cenne uwagi na swój temat, gdy nagle znów odezwała się pierwsza:

– Biedne maleństwo.

To zupełnie zbiło mnie z pantałyku, więc tylko stałam i uśmiechałam się głupawo, zastanawiając się, czym zasłużyłam sobie na ich pogardę i współczucie. Jednocześnie. I które z tych uczuć było gorsze.

– Nie ma się z czego śmiać, proszę pani. Ma pani swoje lata i doprawdy można by się spodziewać, że nie zostawi pani nieszczęsnego zwierzaczka bez opieki!

– Na całe dnie.

– I noce.

– Żeby się błąkał jak jakaś dusza potępiona.

– Głodny i spragniony.

– Po piwnicach i klatce schodowej.

– I musiał załatwiać swoje potrzeby gdzie bądź.

Tu sąsiadka numer jeden podsunęła mi pod nos wycieraczkę, od której jechał bez wątpienia bardzo silny zapach kocich sików.

– Poznaje pani?

– Ale mój kot nie wychodzi… Nigdy!

– Biedne maleństwo! – zawołała znów sąsiadka numer dwa na widok Fryderyka, który właśnie w tym momencie przemknął koło moich nóg i pognał jak czarno-biały wicher w dół po schodach w stronę mrocznych czeluści piwnicy.

– Nie wychodzi? – zapytała numer jeden, a jej głos wprost ociekał szyderstwem. Następnie wepchnęła mi zasikaną wycieraczkę w ręce (nie wiem właściwie, w jakim celu) i odwróciła się z godnością. Koleżanka poszła w jej ślady.

A ja zostałam jak głupia na progu ze śmierdzącą wycieraczką i słowami „I ty, Brutusie!” (czytaj: „Fryderyku”) uwieszonymi u moich warg. Zapewne czułabym się trochę lepiej, gdyby podejrzenia obu kulturalnych sąsiadek były choć trochę uzasadnione. Bo Fryderyk rzeczywiście nigdy nie wychodził. Szalenie odważny w domu, jeśli chodzi o atakowanie kwiatów doniczkowych, kapci i kulek papieru, które czasem mu rzucałam (byle nie były za duże i zbyt szeleszczące), z domu nie wystawiał nosa. Na sam widok uchylonych drzwi balkonowych przypadał do ziemi i ostrożnie wycofywał się do ciemnego kąta. Zupełnie nie wiem, co w niego dziś wstąpiło!

Z westchnieniem udałam się do piwnicy, gdzie odnalazłam go mniej więcej po godzinie, skulonego w ciemnym kącie. Zdradziła go biała plamka na czole, jedyne białe miejsce, jakie zostało na jego futrze po kontakcie z pryzmą węgla.

– Ty łobuzie! – powiedziałam, biorąc go na ręce.

– Miau – odpowiedział ze skruchą, a przynajmniej tak wolałam sobie przetłumaczyć kocią wypowiedź.

Już następnego dnia stało się dla mnie jasne, że cała kamienica piętnuje mnie jako ZSNZ (czytaj: Znęcającą Się Nad Zwierzętami). Patrząc na utuczonego Fryderyka, który z pewną niechęcią konsumował kawałki tuńczyka ze specjalnej karmy dla kotów kupionej u weterynarza (tylko tym się żywi i proszę, nie pytajcie mnie, po ile jest każda maleńka saszetka!), myślałam nad tym, że nie wiadomo dlaczego nie powstało dotąd TONLPZ (Towarzystwo Opieki Nad Ludźmi Posiadającymi Zwierzęta). Każde moje wyjście z domu odbywało się przy ostrzale nieprzyjaznych spojrzeń sąsiadów. Za plecami słyszałam szepty, a pani Zdzisia spod trójki, która zawsze miała mi bardzo wiele do powiedzenia (jak na mój gust zbyt wiele), w ogóle nie odpowiedziała na moje powitanie. Byłam spalona i w ogóle nie mogłam zrozumieć, jak powstało to fatalne nieporozumienie. Perspektywa wyjazdu wydała mi się w tej chwili całkiem nęcąca.

Jestem dziecinna (mimo wiadomo jakiego wieku), to fakt, i niczego bardziej się nie boję na świecie niż bezpośredniej konfrontacji, z której może wyniknąć kłótnia. Jednak ostracyzm sąsiadów to oczywiście za mało, żeby wygonić mnie z miasta. W końcu mogłam się ukrywać całymi dniami, a po zakupy wychodzić w przebraniu lub zamawiać online.

Kroplą przepełniającą czarę goryczy okazało się drobne wydarzenie w pracy, po którym najwyraźniej pękło we mnie coś, co dotąd skutecznie trzymałam w ryzach, i właśnie ono zaprowadziło mnie, dokąd mnie zaprowadziło. To drobne wydarzenie jest na tyle banalne, że aż wstyd je tu notować. Z drugiej strony bez niego jeszcze trudniej zrozumieć moją i tak trudną do zrozumienia decyzję.

Z końcem września piszemy zwykle roczne raporty (nie pytajcie mnie, czemu we wrześniu, już dawno przestałam się nad tym zastanawiać). W tym roku to pisanie szło mi wyjątkowo opornie, termin oddania zbliżał się nieubłaganie, a ja nie dotarłam nawet do połowy. Jak zawsze w takich sytuacjach każdy pretekst był dobry, by choć na chwilę oderwać się od komputera. Padło na kubek z kawą, właściwie już bez kawy, stojący na moim biurku. Doszłam do wniosku, że kolejna latte z firmowego ekspresu rozjaśni mój zamulony umysł. Tak naprawdę chodziło mi oczywiście o to, żeby pójść do firmowej kuchni, która znajdowała się na końcu korytarza (około półtorej minuty wolnym krokiem), wybrać rodzaj kawy (i tak skończyłoby się jak zwykle na latte, ale zawsze dobrze jest rozważyć inne opcje – kolejna minuta), zamienić kilka słów z którąś z koleżanek znajdującą się akurat w kuchni (od siedmiu do czterdziestu pięciu minut przy odrobinie szczęścia). Powrót do mojego boksu – kolejne półtorej minuty. W sumie miałam szansę na dobrych kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt minut niewpatrywania się w swój niedokończony raport.

Ochoczo sięgnęłam więc po kubek i potrąciłam pudełeczko ze spinaczami, które rozsypały się po blacie. Jeden spadł na podłogę. Gdy schyliłam się pod biurko, nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie… Déjà vu! Poczułam się jak bohaterka Matrixa, rzeczywistość rozłaziła się w szwach, a ja, tkwiąc pod biurkiem, nie miałam szansy na stawienie czoła agentowi Smithowi, gdy wychynie z którejś ze szpar. Przyjrzałam się spinaczowi w nadziei, że może uda się go wykorzystać jako broń. I im dłużej się w niego wpatrywałam, tym uczucie déjà vu było silniejsze. Dokładnie pamiętałam siebie tkwiącą jak teraz pod biurkiem z zielonym spinaczem w dłoni i rocznym raportem nad głową…

Zaraz, zaraz! To nie żadne déjà vu, to rzeczywiście się zdarzyło: rok temu, we wrześniu, pisałam raport, rozsypałam spinacze!

Wyprostowałam się gwałtownie, cudem tylko unikając nabicia sobie guza, i z energią, jakiej dawno nie wykazałam przy biurku, zaczęłam stukać w klawiaturę i machać myszą. Jest! Po chwili wpatrywałam się z na wpół otwartymi ustami w swój zeszłoroczny raport, porównując go z napisanym do połowy raportem z tego roku. Były w zasadzie identyczne.

Reszta jest milczeniem, jak mawiał poeta. Oczywiście skopiowałam bezczelnie drugą połowę zeszłorocznego dzieła, nacisnęłam „wyślij” i w ten sposób skończyłam na czas zadanie, teleportując raport w wyższe biurowe rejony. Z ulgą skonstatowałam też, że szef już nie będzie mnie co rano zaczepiał, pytając, kiedy, do cholery, dokument trafi na jego biurko. Jednak coś w głębi duszy mnie gryzło. I nie było to bynajmniej sumienie zbulwersowane faktem plagiatu.

Fałszywe déjà vu uświadomiło mi, że moja praca to bezustanne najprawdziwsze déjà vu. W kółko i w kółko to samo. Dzień po dniu, rok po roku. Ta myśl mnie przeraziła.

Klamka zapadła. Ciotka Aniela znów postawi na swoim.

Pachnie z pieca, czyli sposób na uratowanie warzyw i nastroju

Kiedy mam w lodówce smutnego bakłażana, który już drugi dzień udaje, że wcale nie więdnie, oraz paprykę, która marzy o tym, żeby jeszcze raz błysnąć w piekarniku, robię to, co zawsze poprawia mi humor.

Składniki (nie przesadzajcie z precyzją)

bakłażan (mały, duży, jaki macie)cukinia (mogą być 2 mniejsze)2 papryki czerwone (dla koloru i humoru)główka czosnku (w łupinkach – nie bójmy się aromatu!)

Sos (bo same warzywa to jednak trochę smutno)

cebula (drobno posiekana)oliwaziele angielskie, kmin rzymski, sól, pieprz (rozgnieść w moździerzu – najlepsza część przepisu, człowiek się wyżyje)chili – tylko jeśli mamy odwagę

Zioła na koniec

Kolendra i mięta to duet idealny. Ale równie dobrze sprawdzą się pietruszka, szczypiorek, tymianek cytrynowy albo co tam właśnie rośnie w ogródku.

Jak to zrobić (bez spiny)

Warzywa kroję w na oko dwucentymetrową kostkę, czosnek rozdzielam na ząbki i nic z nim nie robię (nie obieram, nie przesłuchuję).

Wszystko rozkładam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia (bo kto by chciał potem szorować blachę?).

Bez soli, bez oliwy – tak po prostu – wkładam do piekarnika rozgrzanego do 180°C.

W tym czasie robię sos: podsmażam cebulkę na oliwie, dodaję przyprawy, mieszam, wącham i robię „mmm!”.

Siekam zioła. Czasem trochę próbuję – dla kontroli jakości.

Gdy warzywa lekko się przyrumienią, wyrzucam je na półmisek, polewam sosem, posypuję ziołami.

I już. Niebo w gębie.

Tak przygotowane warzywa są najlepszym dowodem na to, że wegetarianie jednak coś wiedzą o życiu. Smaki są intensywne, mimo że żaden składnik nie krzyczy „ja tu rządzę!”. Wszystko gra i pachnie.

Oczywiście jak każdy przepis ten też ma milion wariantów. Można dorzucić ziemniaki w ósemkach z rozmarynem i oliwą, a do tego zrobić tzatziki. Albo bawić się przyprawami: włoskie, gdy tęsknimy za Toskanią, lub indyjskie, gdy chcemy trochę ognia w poniedziałek.

W oryginale ten miks warzyw zalecano podawać na zimno (pewnie sprawdza się w upały). Ale ja za pierwszym razem nie wytrzymałam i zjadłam gorący, no i tak mi już zostało. Zimna wersja jest okej, ale gorąca… gorąca jest po prostu szczęściem w czystej postaci!

Nie ma co tu się dalej rozwodzić nad sekwencją wydarzeń, które sprawiły, że opuściłam Warszawę, a znalazłam się w zabitych dechami Maciejowicach (na pograniczu Mazur), które w sezonie roją się od niezbyt wykwintnych turystów, niemających funduszy na bardziej ekscytujące wakacje, a w pozostałe miesiące roku świecą pustkami i garstką wścibskich miejscowych.

Jedną tylko rzecz chcę przekazać potomności.

Kiedy wykończona całonocnym upychaniem rzeczy w torbach (spróbujcie się zapakować: a. na wieś, b. na cały miesiąc, c. gdy nie znosicie podejmować decyzji) wytaszczyłam z domu bladym świtem ostatnią część bagażu (a był nią Fryderyk wepchnięty siłą po trzydziestominutowej walce do znienawidzonej przez siebie klatki), nagle uświadomiłam sobie, że nie jestem pewna, czy zakręciłam gaz. Postawiłam Fryderyka na ziemi i wróciłam do mieszkania.

Gaz był zakręcony. Za to woda w łazience nie.

Wyobraźcie sobie moje zdumienie, gdy po zakręceniu wszystkiego, co możliwe i ponownym wyjściu z domu zobaczyłam Fryderyka nie w transporterze, gdzie powinien według mnie siedzieć, wyłamując sobie kolejne pazury, a… na pobliskim drzewie!

Fryderyk na drzewie?! Przecież on nawet na krzesło nie potrafi się wspiąć, jeśli nie musi. Ale może, biedaczek, musiał. Wydostał się z klatki i przerażony wielkością świata wdrapał się na lipę (sosnę? dąb? – ni cholery nie odróżniam jednego drzewa od drugiego) i teraz siedzi tam i miauczy rozpaczliwie… A z dołu odpowiada mu drugi miauk.

Zaraz, zaraz… Drugi miauk?

Szybko pochyliłam się nad transporterem i zobaczyłam tam… drugiego Fryderyka! To znaczy pierwszego, bo na drzewie siedział ten drugi, uzurpator i mąciwoda. W jaśniejszym z każdą chwilą świetle jesiennego poranka coraz wyraźniej go widziałam. Rzeczywiście bardzo udana podróbka Fryderyka, tylko że czarno-białe futerko miał posklejane, białe skarpetki szare, jedno ucho nadgryzione, no i (w przeciwieństwie do mojego pupila) albo potrafił wciągać brzuch, albo był szczupły w pasie. Leżał niedbale wyciągnięty na gałęzi, trzymając między łapami rybi kręgosłup wywleczony z blokowego śmietnika, o czym świadczyły resztki porozciągane wszędzie wokół, i patrzył na domowego pupilka za kratkami ze zdecydowaną pogardą.

Teraz wszystko stało się jasne. Widząc tę nędzną kreaturę żyjącą z kradzieży i żebraniny, moje sąsiadki doszły do wniosku, że to Fryderyk. Trudno im się dziwić, skoro ja sama się pomyliłam. Przez moment rozważałam możliwość oczyszczenia się z zarzutów i pozostania w Warszawie. Jednak szybko odrzuciłam ten pomysł – samochód spakowany i moje nowe, pełne ekscytujących możliwości życie przede mną; nie ma odwrotu!

Gdy ruszałam sprzed domu, wredny sobowtór Fryderyka stał na krawężniku z ogonem ryby zwisającym z pyska i miauczał przeraźliwie, wpatrzony w mój samochód. W tylnym lusterku zauważyłam, że w drzwiach budynku pojawiła się właśnie pani Zdzisia. Obrzuciła scenę jednym spojrzeniem i już wiedziała! Wyjeżdżam pod osłoną nocy (no prawie), porzucając biedne zwierzę na dobre! Szybko dodałam gazu. Miałam nadzieję, że nie zdążyła zanotować moich numerów.

Ciepły jesienny dzień. Siedzę na tarasie, grzeję się w słońcu i w tej chwili prawie nie żałuję, że wzięłam miesięczny urlop bezpłatny i wylądowałam w tej dziczy. Udaje mi się to tylko wtedy, gdy nie myślę o wszystkich rzeczach do zrobienia, na których zupełnie się nie znam. I o wszystkich ludziach, którzy być może się na nich znają, ale ja nie mam ochoty ich poznawać. I o Wielkiej Wojnie Podjazdowej pomiędzy Fryderykiem a Bananem, która rozpoczęła się w tym samym momencie, gdy zmachani wielogodzinną jazdą samochodem (w trakcie której Fryderyk ani przez chwilę nie przestał zawodzić) ja i mój kot stanęliśmy w drzwiach domu ciotki Anieli.

Banan jest psem. Może nie zgadlibyście tego od razu przy pierwszym spotkaniu, lecz zapewniam was, że tak jest. Gabarytami (i rozumem) bardziej wprawdzie przypomina cielaka niż psa, ale reszta zgadza się z rodowodem. Którego nie posiada. Ciotka wzięła go ze schroniska i można by się spodziewać, że będzie jej za to wdzięczny, zwłaszcza że nikt inny wziąć go nie chciał.

Cóż, albo nie jest, albo ma zdecydowanie dziwne wyobrażenie na temat tego, jak okazywać ludziom wdzięczność.

Wdzięczność za to, że przyjechałam z odległej o kilkaset kilometrów Warszawy, porzucając (przynajmniej na jakiś czas) dobrze płatną posadę w Bardzo Ważnej Międzynarodowej Korporacji, tylko i wyłącznie w tym celu, by się nim zajmować, karmić go i wyprowadzać na spacery, Banan okazał od razu w progu. Rzucił się z radosnym jazgotem na transporter z Fryderykiem, wytrącając mi go z ręki. Następnie próbował polizać zszokowanego kota przez kratkę.

Fryderyk początkowo wpadł w katatonię. Po chwili jednak odezwała się w nim bestia; z dzikim prychaniem i pazurami rzucił się na ruchliwy różowy jęzor.

Banan zgłupiał. Całe szczęście, że pazury Fryderyka znacznie ucierpiały w trakcie podróży z powodu wielogodzinnych prób wydrapania dziury w transporterze, w przeciwnym wypadku psu zwisałoby z paszczy coś w rodzaju wiązki mokrych wstążeczek zamiast jęzora.

Musiałam Fryderyka zamknąć w jednym pokoju, Banana próbowałam w drugim, ale zaparł się w progu. Przez kilka następnych dni chodził z bezustannie wywalonym językiem, co nie dodawało mu ani urody, ani inteligencji.

Opiszę teraz dom ciotki Anieli. Stoi on na skraju tego czegoś, co nie wiadomo, czy jest wyjątkowo małym miasteczkiem czy wyjątkowo ambitną wsią, a zwie się Maciejowice. W sąsiedztwie za drewnianym płotem stoi dom Kapuśniaków (nie żartuję, tak się nazywają), a dalej już nic, tylko łąki, pola i las na malowniczych pagórkach. Nie za wysokich, nie za niskich, takich, jakie lubię, a właściwie lubiłabym, gdyby nie fakt, że nie są wielkim miastem.

Dom jest, jak wspomniałam, rodzinny, to znaczy należał do moich dziadków, którzy trafili tu zaraz po wojnie, uciekłszy ze zburzonej Warszawy. Dziadek sam go postawił, w stylu bliżej nieokreślonym. Nie mógł się chyba zdecydować, czy ma to być replika (w pomniejszeniu) dworu w Patrykach, rodzinnej wiejskiej siedziby, która w wyniku procesów historycznych znalazła się poza granicami Polski. Czy willi świdermajer, w której w ostatnich latach wojny wynajmował mieszkanie. Czy też góralskiej chałupy, bo dziadek wielkim miłośnikiem stylu zakopiańskiego był.

Wyszło coś… lekko, jak można się domyślić, kontrowersyjnego. Częściowo z bali, częściowo murowane, z podjazdem i gankiem jak w typowym polskim dworze, z przeszklonymi balkonikami i wieżyczką, jakie można znaleźć w willach wzdłuż linii otwockiej, i dachem pokrytym ceramiczną dachówką, ale załamanym przy krawędziach, co miało przywodzić na myśl Tatry i Witkiewicza, a przypomina raczej pokraczną pagodę. Na szczęście dom z biegiem lat zarósł winem, które miłościwie ukrywa jego kształty. Zwłaszcza teraz, w październiku, wygląda jak zaczarowany płomiennie czerwony pałac z wieżyczką sterczącą z dachu i satelitarną anteną na jednej ze ścian.

Wnętrze odpowiada oryginalnością stronie zewnętrznej. Jako dziecko uwielbiałam tu przyjeżdżać – te wszystkie zakamarki, schodki i schowki, zakręty, wnęki i korytarzyki! Godzinami mogłam się ukrywać i żaden dorosły nie był w stanie mnie znaleźć. Z wyjątkiem ciotki Anieli. Ona nigdy nie szukała tam, gdzie inni. Potrafiła stanąć na środku domu, przez chwilę się wsłuchiwać, a potem bez wahania ruszyć we właściwym kierunku. Do dziś nie wiem, czy miała jakiś tajemniczy siódmy zmysł, czy po prostu znała mnie lepiej niż ja samą siebie.

– Psujesz każdą zabawę! – krzyknęłam jej kiedyś w dziecięcym gniewie i wybiegłam obrażona.

Następnym razem, gdy przyszli goście i koleżanki zaproponowały chowanego, ukryłam się w maleńkim schowku w spiżarni. Prowadziły do niego wąskie drzwiczki zamaskowane boazerią. „Tu na pewno nikt mnie nie znajdzie, nawet ciotka!”, pomyślałam.

Znalazła mnie po kilku minutach. Ale wiecie co? Wsunęła głowę do mojej kryjówki i szeptem spytała, czy jest jeszcze miejsce dla jednej osoby. A gdy kiwnęłam głową, wcisnęła się do środka i siadła obok. Co jakiś czas tuż obok naszej kryjówki przechodzili kolejni poszukiwacze – najpierw dzieci, później także dorośli. Za każdym razem z trudem powstrzymywałyśmy chichot. Nikt nas nie znalazł. To była najlepsza zabawa w chowanego mojego życia.

Za domem znajduje się mały sad. Dziś wzięłam się poważnie za swoje obowiązki i przeliczyłam w nim drzewa. Jest ich siedem, dwa z nich to najprawdopodobniej jabłonie, co wydedukowałam, widząc jabłka zwisające z sękatych gałęzi. Prawdę mówiąc, większość gnije pod spodem na dawno niekoszonej trawie. Pięć pozostałych to jakieś inne gatunki owocowych. Wydaje mi się, że drzewo najbliżej domu to czereśnia; pamiętam z dzieciństwa, jak zrywałam owoce prosto z gałęzi i objadałam się nimi, potem popijałam zimną wodą, a dorośli mówili, że na pewno będzie mnie bolał brzuch. Nigdy nie bolał. Była tam też grusza, ale która to, nie pytajcie. Chwaliłam się już moją znajomością dendrologii, więc nie powinno was to dziwić.

W ogrodzie jest także ukochane przez ciotkę oczko z karasiami i mały ogród warzywny, w którym teraz rosną tylko, jak mi się wydawało, jakieś chwasty. Jednak gdy w zapale neofitki ogrodniczej część z nich w pierwszych dniach powyrywałam, stary Kapuśniak zza płotu pokiwał tylko głową i rzucił:

– Jak pani nie chciała tych kabaczków, to trza było powiedzieć.

Jest jeszcze mała szopa na narzędzia pomalowana w kwiatki przez Anielę, rozpadający się kompostownik i parę rabatek kwiatowych, które o tej porze roku dogorywają. A, i winogronowa pergola, duma ciotki. Wprost ugina się od zamszowych, niebieskofioletowych owoców. Są bardzo słodkie w smaku, ale gdy zje się ich więcej, kwaśny sok sprawia, że usta pieką jak poranione. Coś cudnego! Mam zamiar zebrać je lada dzień, bo ptaki coraz bardziej się nimi interesują. I muszę coś z nimi zrobić (z winogronami, nie z ptakami oczywiście). Najlepszym pomysłem będzie chyba nalewka. Pozwoli mi przetrwać długie jesienne wieczory na zadupiu, bo wygląda na to, że prędko nie wyjadę. Skąd ten pesymizm, o tym później. Na razie skupmy się na czymś weselszym, czyli alkoholu.

Tak się szczęśliwie składa, że mam recepturę. Sprzątając kiedyś w kuchni, natknęłam się na pożółkłą kartkę, która najwyraźniej bardzo długo leżała w starym kredensie. Nie wiem, czy zapisała ją Aniela, babcia czy jeszcze ktoś inny. Tytuł: Przednia nalewka z ciemnych winogron, dobrze, że nie tylna (wiem, żart zdecydowanie kiepskawy). Sądząc po tym i innych archaizmach, jako autorkę obstawiam prababkę.

Na kartce jest sporo fioletowych plam, co może oznaczać, że: a. jest dobrze, przepis był często w użyciu, znaczy rzeczywiście pyszna naleweczka będzie, albo b. jest niedobrze, plamy zasłaniają część tekstu, więc mogłam coś pomylić i wyjdzie siara.

Dość tych dywagacji, oto on.

Przednia nalewka z ciemnych winogron

Potrzebujemy

1 kg winogron ciemnych, dobrze dojrzałych0,75 kg cukru kryształowego, drobnego0,5 l wódki czystejgoździk lub dwa do smaku0,25 l spirytusu

Winogrona umyć dokładnie, od gałązek oderwać. Wziąć słój wielgachny albo inne naczynie wysokie, owoce cukrem zasypać i na dwa dni odstawić. Co jakiś czas mieszać, ale nie za często, co by się cukier rozpuścił.

Po dwóch dniach wódką zalać, goździki dodać. Na tydzień zostawić. Po tygodniu zamieszać solidnie, dać spirytus. I na dwa tygodnie odstawić. Na koniec zamieszać, przez sito przelać, z owoców sok wycisnąć. Przefiltrować, do butelek rozlać i po trzech miesiącach podawać.

Dopiero teraz sobie uświadomiłam, że z owoców mojej ciężkiej pracy będę mogła skorzystać najwcześniej za cztery miesiące… O nie, tak długo to ja tu na pewno nie zabawię!

– Dzień dobry, ciociu.

– Jesteś wreszcie! Niezbyt się śpieszyłaś ratować starą ciotkę. Ale z młodymi to tak zawsze, tylko o sobie myślą, żadnego altruizmu!

– Ciociu, przecież przyjechałam… Z pensji zrezygnowałam, no i w ogóle… – pochyliłam się i cmoknęłam ją w podejrzanie gładki jak na jej wiek policzek – sporo ryzykuję. Czy ciocia myśli, że w korporacji tak chętnie urlop miesięczny dają, nawet jeśli to urlop bezpłatny? – dodałam z żalem w głosie, siadając obok ciocinego wózka.

– No, a teraz mi wypomina! – oburzyła się ciotka, odtrącając moją rękę, którą położyłam na jej drobnej, opalonej dłoni ze starannie wykonanym manicure’em.

– Ciociu! – jęknęłam, chowając swoje niezbyt zadbane paznokcie w rękawy swetra.

– Nie ciociuj mi tutaj! Wypraszam sobie. Ja mam się relaksować i do zdrowia wracać, a nie irytować wybrykami niewdzięcznej siostrzenicy. O, pan Karol! – Nagle oblicze ciotki rozpogodziło się i na jej zaciśniętych do tej pory ustach pojawił się promienny uśmiech.

Pan Karol był rehabilitantem, w wieku prawie przedszkolnym, dwadzieścia pięć lat na oko, przystojny blondyn, czyli ktoś w sam raz dla mojej ciotki. Zaczęła kokieteryjnie trzepotać rzęsami (dotąd tego na żywo nie widziałam, tylko czytałam o tym w Przeminęło z wiatrem). Wysunęła swoją drobną dłoń do pocałowania (!), z czego pan Karol szarmancko skorzystał (!!), i zaszczebiotała:

– Czy już pora na nasze codzienne fiku-miku? (!!!)

Pan Karol chwycił w swoje silne męskie dłonie rączki wózka cioci i uśmiechając się do niej promiennie, zaczął ją popychać w stronę miejsca, w którym niewątpliwie będą się wkrótce oddawać swojemu fiku-miku.

Zanim zdążyłam ochłonąć, ciotka odwróciła się do mnie i zawołała:

– Wpadnij jutro z samego rana, jak przeczytasz moje instrukcje!

I tyle ją widziałam. Kopertę wręczyła mi zaraz po przyjściu. Mile się zdziwiłam niespodziewaną hojnością i taktem ciotki. Teraz zajrzałam do środka. Nie było tam żadnych banknotów na utrzymanie domu, karmę dla Banana, a tym bardziej dla mnie. Znalazłam jedną kartkę A4 zatytułowaną Instrukcje i zapełnioną drobnym eleganckim pismem ciotki.

Wystawiać worki ze śmieciami niesegregowanymi raz na tydzień, w środy, a z segregowanymi co dwa tygodnie, w poniedziałki. Nie mylić pojemników! Worki muszą być wystawione przed szóstą trzydzieści rano, bo śmieciarka tak przyjeżdża. Ale nie poprzedniego wieczoru, bo koty i dziki się dobierają i rozgrzebują. A może sąsiedzi.

To był przypadkowo wybrany przeze mnie punkt jedenasty ciotkowego regulaminu. Było ich w sumie czterdzieści trzy. A, przepraszam, były jeszcze punkty czterdzieści cztery i czterdzieści pięć dopisane drobnym maczkiem na marginesach.

Złożyłam wolno kartkę i wsunęłam ją z powrotem do koperty. Podjęłam oczywistą decyzję. Jutro znajdę płatne zastępstwo, przekażę mu/jej Instrukcje i wyjadę, najpóźniej pojutrze.

O święta naiwności! Jeszcze nie doceniałam wtedy ciotki Anieli. I tego, w jak doskonałej jest zmowie z Tym Kimś, kto kieruje losami zwykłych śmiertelników – takich jak ja, nie ona.

Instrukcje mojej ciotki leżą teraz przede mną, przypominając mi wszystkie wydarzenia tamtego roku. Gdy patrzę na nie, uśmiecham się mimowolnie. Ale jednocześnie gdzieś w głębi zbiera mi się na płacz. I słyszę wtedy gderliwy głos Anieli: „Życie jest za krótkie, żeby przejmować się bzdurami”.

O tak, ciociu, na pewno jest za krótkie.

No dobrze. Pora przestać się oszukiwać i spojrzeć prawdzie w oczy, czyli przyznać, że moje postanowienie opiekowania się ciotką, Bananem i domem jak najkrócej się da, a najchętniej w ogóle, legło w gruzach. Nie byłam dla ciotki żadnym wyzwaniem, ot co.

Przede wszystkim nie mogłam znaleźć żadnego płatnego zastępstwa. W to akurat sama nie za bardzo wierzyłam. Następnego dnia, potulnie przeczytawszy raz jeszcze wszystkie czterdzieści pięć punktów Instrukcji, zacisnęłam zęby, powiedziałam sobie „to tylko miesiąc” i odwiedziłam ją znowu w klinice, gdzie wysłuchałam licznych komentarzy do każdego polecenia i podpolecenia. Ciotka zmusiła mnie, żebym robiła notatki, i nim się obejrzałam, kartka była jednym wielkim, nieczytelnym galimatiasem.

– Zrozumiałaś wszystko?

– Tak jest, ciociu – potwierdziłam fałszywie, bo włosy jeżyły mi się na głowie na myśl, że miałybyśmy przez całą listę przejść jeszcze raz.

– A, i nie zapomnij w pierwszą środę listopada zaprowadzić Banana na przycięcie pazurów i odrobaczenie. Koniecznie do doktora Nagietka, bo ta młoda siksa na niczym się nie zna. Raz o mało co Bananowi oka termometrem nie wydłubała! Dopisz na końcu, żebyś nie zapomniała. Czwartego listopada, szesnasta trzydzieści.

– Ciociu, mówiłam, że w listopadzie już mnie tu nie będzie. Wracam do Warszawy, do pracy. Poza tym rozmawiałam z lekarzem i ciocia do tej pory na pewno wyjdzie z kliniki. Lekarz mówi, że niedługo będzie ciocia biegać jak łania. – Uśmiechnęłam się promiennie, by natchnąć ją optymizmem.

Ale ona tylko westchnęła ciężko.

– Tak, tak. Ledwo przyjechała i od razu chce uciekać. Jedź, zostaw mnie samą i pozwól, żeby zajmowali się mną obcy. A Banana najlepiej od razu uśpij.

– Ciociu! Będę tu przez cały miesiąc, zajmę się wszystkim tak, jak ustaliłyśmy. Później się zobaczy. Na pewno cioci nie zostawię w potrzebie, coś zorganizujemy.

– No, teraz mówisz rozsądnie, dziecko. Przede wszystkim zadzwoń do Nagietka i potwierdź wizytę. Banan na pewno ma robaki.

– Dobrze, ciociu, ale jestem pewna, że ciocia sama będzie mogła pójść do doktora z Bananem i jego robakami.

– Nie, kochanie, to zupełnie wykluczone.

– Dlaczego, ciociu? Lekarz mówi…

Aniela przerwała moje wywody jednym stanowczym ruchem wymanicurowanej dłoni.

– Wykluczone. W listopadzie będę w Riomaggiore. To we Włoszech – dodała, widząc moją osłupiałą minę.

ROZDZIAŁ 2

LISTOPAD

Z Elementarza ogrodnika:

„W listopadzie puste grządki przekopujemy przed nadejściem mrozu i zostawiamy niewyrównane skiby, aby mróz głęboko wniknął w ziemię” (strona 182).

Jakie „puste grządki”? W ogrodzie ciotki Anieli na każdej grządce coś rośnie. Czy ja mam to powyrywać? A jeśli powyrywam coś ważnego? Nawet taki mieszczuch jak ja wie, że są rośliny jednoroczne, ale są i wieloletnie. Jak mam odróżnić jedne od drugich? Nołej, niczego nie będę z ziemi wyciągać; taka decyzja przynajmniej uwolni mnie od obowiązku późniejszego machania łopatą i kolejnych pytań retorycznych typu „Jak głęboko przekopać?”. Już czuję ten ból w krzyżu po takiej pracy!

Skoro w przyrodzie rośliny jakoś sobie radzą, bez przekopywania i innych rzeczy, poradzą sobie i tutaj. A jeśli nie, to tym gorzej dla nich, a lepiej dla mojego kręgosłupa.

Nie myślcie, że zupełnie niczego nie zrobiłam tej jesieni. Zrobiłam STRASZNIE dużo, a właściwie nie ja, tylko dwóch młodych mężczyzn w twarzowych kombinezonach.

Wszystko zaczęło się od tego, że w drugiej połowie października pogoda się załamała, dzień po dniu lało, a ja wpadłam w lekką depresję połączoną z paranoją. Wychodziłam tylko po niezbędne zakupy (a czasem wolałam pogłodować, mówiąc sobie, że moje uda tylko na tym zyskają) i na spacery z Bananem. Bardzo krótkie spacery, bo po pierwsze, nie znoszę łażenia w zimnie i deszczu, a po drugie, zawsze się łudziłam, że im krótszy spacer, tym mniej Banan się utytła. Nic bardziej mylnego, ponieważ Banan UWIELBIA błoto i deszcz i zaraz po spuszczeniu ze smyczy biegnie do najbliższej kałuży, żeby się w niej gruntownie wytarzać. Zawsze przy tym zerka na mnie i macha ogonem zachęcająco, dając mi wyraźnie znać, bym do niego dołączyła. Banan nie ma w sobie za grosz egoizmu! Chętnie dzieli się wszystkim, co najlepsze. Byle nie z Fryderykiem, swoim zaprzysiężonym wrogiem. I innymi kotami. I psami. I wiewiórkami. Właściwie, jak dobrze się zastanowić, z jakimikolwiek zwierzętami. Ale do ludzi jest jak najbardziej pozytywnie nastawiony. Tak pozytywnie, że jego funkcje jako psa obronnego są w najwyższym stopniu wątpliwe.

Ech, znowu zboczyłam z tematu, cała ja! Miałam opowiedzieć, skąd się wzięli w moim ogrodzie ci dwaj potencjalni chippendalesi.

Więc: lało i lało. Wracałam z któregoś z krótkich spacerów i obmyślałam technikę obalenia Banana na grzbiet i wyczyszczenia mu łap i futra, ZANIM zdąży obiec każdy pokój, radośnie oznajmiając meblom i całej reszcie donośnym szczekaniem: „Już jestem!”, i zostawiając niewątpliwe dowody swojej obecności w postaci błota na wszystkim, z czym się zetknie (a mało jest rzeczy, z którymi się nie styka). Nagle mój wzrok padł na coś, co wydało mi się lekko podejrzane. Zobaczyłam wodospad, a przynajmniej coś, co bardzo wodospad przypominało. I lało się nie z malowniczych skał, a nawet nie z prozaicznych rynien, ale z dachu i ściekało wprost po ŚCIANIE. Nawet dla takiego mieszczucha jak ja to znaczyło, że coś jest nie tak.

Obeszłam dom. Rynny, owszem, były, z większości z nich woda tryskała obficie, ale z kilku nic nie tryskało. Co jest?

Na dodatek, zanim zdążyłam obejść ogród, Banan skorzystał z okazji i przekopał jedną z grządek, a następnie wytarzał się w powstałym błotku. Ciocia Aniela stanowczo zabroniła mi wypuszczania Banana do ogrodu właśnie z tego powodu. „Rozgrzebie cały trawnik i zakakusia” – tak to opisała. Dziwna ta moja ciotka. Jest ostatnią osobą, którą podejrzewałabym o pruderię, a o psich kupach mówi „zakakusia”! Znowu dygresja. Ale nie martwcie się, drogie panie, chippendalesi wkrótce wkroczą na scenę.

Po mniej więcej czterdziestominutowej walce z Bananem i wyczerpujących porządkach (jednak nie udało mi się go zatrzymać ZANIM i tak dalej) włączyłam komórki mózgowe i uruchomiłam proces dedukcji. I doszłam do wniosku, że rynny są zapewne zapchane. Nie ma w tym nic dziwnego, dom obrósł winoroślą. A jest jesień. Ergo: liście spadają. Ergo: część wpada do rynien. Ergo: rynny się zatykają. Koniec dedukcji. Teraz należy przystąpić do akcji.

Uruchomiłam komputer i zaczęłam poszukiwania: „rynien przepychanie”. Wreszcie znalazłam kilka opcji i zaczęłam wydzwaniać. Ceny były horrendalne! Płaci się od metra, a dom ma urozmaicony kształt, różne przybudówki, werandy itepe, wszystko z rynnami. Gdy próbowałam oszacować ich długość, wychodziło mi coś pomiędzy sto pięćdziesiąt a tysiąc pięćset metrów. Zera zawsze komplikują mi rachunki. Tak czy śmak, kiedy potencjalni rynnoczyściciele słyszeli o wieży, natychmiast odkładali słuchawki. Jestem ciekawa, jak z czyszczeniem rynien radzą sobie właściciele zamków.

Właściwie już pogodziłam się z myślą, że wkrótce cały dom będzie jednym wielkim wodospadem i albo zaczną się zjeżdżać turyści, a ja zbiję majątek jako przewodniczka, albo ściany przegniją i zostaniemy z Fryderykiem i Bananem bez dachu nad głową (każdy wie, że dach musi się na czymś opierać) i ciotka Aniela nas wyklnie i wykreśli ze swojego testamentu.

Było jeszcze jedno wyjście: że przestanie padać. I na to tak naprawdę w skrytości ducha liczyłam. Cóż, kiedy nie przestawało.

Następnego dnia znów wybraliśmy się z Bananem na naszą codzienną przechadzkę. Gdy wyszłam, odkryłam, że ze skrzynki pocztowej ciotki Anieli coś wystaje. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przy furtce w ogóle jest coś takiego jak skrzynka pocztowa. Instrukcje ciotki o niej nie wspominały. Od przyjazdu nie zaglądałam tam ani razu! I teraz pękała w szwach.

Po mniej więcej godzinnych poszukiwaniach i trzech telefonach do ciotki, która w ich trakcie zdążyła nie tylko udzielić mi bardzo mętnych wskazówek co do miejsca przechowywania kluczyka od skrzynki, ale i roztoczyć bardzo czarne proroctwa na temat możliwych (w jej oczach – pewnych) konsekwencji nieodbierania rachunków, powiadomień, wezwań, nakazów sądowych i tym podobnych, znalazłam wreszcie rzeczony kluczyk w puszce na karmę dla papug (papug żadnych tu nie ma, dzięki Bogu!).

W skrzynce była cała fura ulotek i gazetek reklamowych oraz jedno (słownie: jedno) zestawienie transakcji z ciocinego banku. Tyle o tragicznych konsekwencjach mojej „głupoty” (cytując uroczą ciotunię). Jej zawartość (skrzynki, nie ciotki) napełniła mnie smutkiem. Jakoś wyobrażałam sobie (a raczej wyobrażałabym sobie, gdybym temu tematowi poświęciła choć jedną myśl), że w takim małym miasteczku, a właściwie na wsi, w skrzynkach pocztowych ludzie znajdują wyłącznie staroświeckie listy, no wiecie, ręcznie adresowane koperty pachnące nalewką z pigwy i z krzywo naklejonymi znaczkami. A tu tymczasem Auchan i Biedronka. Dla kapitalizmu nie ma żadnych świętości, mówię wam!

Wrzucając wszystkie te papiery do kosza z materiałami na podpałkę, trafiłam na tę jedną ulotkę. Na jej widok serce zabiło mi żywiej. Nie zobaczyłam na niej seksownych mężczyzn w kombinezonach, jeszcze nie, ale… rynnę! I słowa, od których zrobiło mi się dziwnie ciepło na sercu: „Czyszczenie, prace wysokościowe, profesjonalny sprzęt”, oraz dużymi literami coś, co najbardziej mi się spodobało: „NISKIE CENY”.

Zadzwoniłam. Kilka godzin później pod mój dom zajechała zgrabna półciężarówka, a z niej wyskoczyło dwóch przystojniaków (no, powiedzmy) w czyściutkich kombinezonach (naprawdę wisienka na torcie!). A na dodatek przestało padać.

Fachowym i krytycznym okiem obejrzeli dom, ogród, Banana i mnie. Nie wyglądałam, przyznaję, zbyt atrakcyjnie. Dwa tygodnie deszczu, tudzież depresji doprowadziły mnie do opłakanego stanu: powypychany na kolanach dres i od paru dni niemyte włosy na pewno nie dodawały mi urody. Banan też nie przedstawiał się tego poranka najlepiej – po pierwszym spacerze po prostu machnęłam na niego ręką i pozwoliłam, żeby futro wyschło mu samo, przezornie tylko zamknęłam go w piwnicy. Nie wył, czego się spodziewałam, bo znalazł tam sobie garść rozrywek, między innymi dalszą część tarzania się – tym razem na stercie węgla. No cóż.

Panowie byli niewątpliwymi dżentelmenami, bo nasz wygląd zbyli taktownym milczeniem. Powiedzieli tylko, że niedawno zaczęli działalność i że zależy im na zdobyciu klientów (znów ten kapitalizm, ale tym razem nie narzekałam). Nie przejęli się ani wieżą, ani stromizną dachu. Oznajmili, że za niewiele większą sumę, jakiej inni żądali za samo czyszczenie rynien, wyczyszczą też ciśnieniowo kostkę brukową, która rzeczywiście przedstawiała dość opłakany widok, przerośnięta mchem i zaplamiona, wyrównają żywopłoty oraz zetną i wywiozą dwie wyschnięte tuje. Jak mogłam się nie zgodzić? Czekałam tylko, aż mnie także zaproponują coś do remontu. Mały lifting z przepychaniem tego i owego? Odsysanie (ciśnieniowe) tłuszczu na udach? Piaskowanie zmarszczek? A wszystko w całkiem przystępnej cenie, w ramach promocji.