Rodzinne tajemnice - Ewa Szymańska - ebook
NOWOŚĆ

Rodzinne tajemnice ebook

Ewa Szymańska

0,0

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Czy imię może wpłynąć na los człowieka?
Młoda dziewczyna uśmiecha się łagodnie, przytrzymując wdzięcznym ruchem rondo ukwieconego kapelusza. Patrząc na ten ślubny portret, wnuczka próbuje zrozumieć, kim była babcia, u której od dzieciństwa szukała pocieszenia, która śniła prorocze sny i potrafiła kochać mimo tragicznych okoliczności.
Babcia Dolores poślubiła brutalnego mężczyznę i jedynym źródłem jej radości stały się dzieci – dla nich była skłonna zrobić bardzo dużo. Jednak odkrywając kolejne sekrety z jej przeszłości, zaczynamy rozumieć, że nie była szarą, zwyczajną kobietą. Dysponowała również wyjątkowym darem…
Rodzinne tajemnice to wzruszająca opowieść o międzypokoleniowej miłości, o dziedziczeniu emocji i o tym, że nawet po latach można naprawić wszystko, co zostało zniszczone. To historia o tym, że przeszłość nigdy naprawdę nie znika – tylko zmienia kształt, jak sen, który trwa w nas po przebudzeniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 256

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Iza Szewczyk

Redakcja

Agnieszka Luberadzka

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Korekta

Aleksandra Wrońska

Karina Bednarska-Markot

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Katowice 2026

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

tekst © Ewa Szymańska

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2025

ISBN 978-83-68674-46-0

Rozdział 1. Śmierć

Gdy trumna z głuchym łoskotem uderzyła o wydeptany żwir cmentarnej alejki, najpierw – tak jak wszyscy – zamarłam z przerażenia. Pięć sekund później, czyli dokładnie tyle czasu, ile potrzebował mózg, aby przeanalizować to, co się właśnie wydarzyło, zaczęłam się śmiać.

W pierwszym momencie pojedyncze parsknięcia wydobywające się z mojej krtani nie zwróciły niczyjej uwagi. Po prostu zlały się w jedno z gwarem nieskładnych ochów i achów, rozpaczliwych przywoływań Boga, Jezusa i Maryi oraz spazmatycznym szlochem ciotki Walerii. To, że moja reakcja dość mocno odbiegała od pozostałych, najszybciej zauważyła stojąca obok Iwona – ostatnio nienajlepiej do mnie nastawiona – i to właśnie jej zgorszony wzrok sprawił, że nagle dotarła do mnie absurdalność całej sytuacji: kilkudziesięciu osłupiałych z powodu niespodziewanego zajścia żałobników i jedna zanosząca się śmiechem wariatka.

Zawstydzona spróbowałam przywołać na twarz jakąś stosowniejszą minę, jednak moje rozpaczliwe wysiłki, by zatrzeć nieprzyjemne wrażenie, przyniosły odwrotny skutek, ponieważ wywołały klasyczną głupawkę, nad którą, pomimo szczerych chęci, nie byłam w stanie zapanować. Rozsadzający mnie od środka chichot, wcześniej umiarkowanie donośny, zaczął się bowiem gwałtownie wzmagać z siłą wprost proporcjonalną do tej, z jaką starałam się go stłumić, tak że już po chwili przeszedł w prawdziwy rechot, na dźwięk którego zaczęły się zwracać w moją stronę wszystkie oczy, do tej pory wlepione w leżącą na ubitym żwirze trumnę.

Kamil jako jedyny zamiast na mnie zerkał na żonę, jakby u niej szukał wyjaśnienia dziwacznego zachowania młodszej siostry. Wzrok pozostałych, nie wyłączając księdza, wyrażał oburzenie, dezaprobatę lub – w najlepszym wypadku – dezorientację. Zszokowana mama wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem, a ciotka aż przestała szlochać, chociaż wcześniej – pomimo karcących spojrzeń matki przełożonej – robiła to prawie nieprzerwanie od momentu, gdy do kaplicy wszedł ksiądz w asyście kościelnego i małego ministranta w nieco przekrzywionej fioletowej pelerynce. Teraz tylko ten ostatni szczerzył się do mnie w radosnym uśmiechu, jakby był mi wdzięczny, że przerwałam nudną dla dziesięciolatka celebrę obrzędu.

Sytuację uratował tata. Zorientowawszy się, co się dzieje, podszedł do mnie, objął ramieniem, a drugą ręką czule przytulił moją głowę do własnej piersi, po czym pochylił się nade mną, skutkiem czego jego usta znalazły się tuż koło mojego ucha.

– Co jest, do cholery?! Odbiło ci? – warknął wściekły, udając, że całuje mnie w skroń, a jego palce wbiły się w mój bark. – Nic, nic, córciu. Babci nic się nie stało – odezwał się głośno uspokajającym tonem, jakim mówi się do przestraszonego dziecka, a potem podniósł głowę i jeszcze donośniej, tak żeby wszyscy słyszeli, wyjaśnił: – To szok. Zaraz jej przejdzie.

Spoza jego ramienia widziałam, jak konsternacja na twarzach najbliżej stojących zmienia się w pełne współczucia zrozumienie. Ten i ów pokiwał głową, któraś z sąsiadek babci podeszła i poklepała mnie pokrzepiająco po dłoni, zbite w ciasną gromadkę zakonnice, dotąd oniemiałe, zaczęły coś cichutko między sobą szeptać, a z ust mamy wydobyło się głośne westchnienie ulgi.

Smutny, a teraz jeszcze wyraźnie przestraszony pan w czarnym uniformie i białych rękawiczkach, którego potknięciu zawdzięczaliśmy całe zajście, nagle jakby się ocknął, podszedł do nas i zaczął gorąco przepraszać.

– To przez te korzenie – usprawiedliwiał się, wskazując na pełznące w poprzek alejki grube węże odchodzące od rosnących wzdłuż cmentarnego muru wiekowych lip i jesionów. – Już dawno mówiłem księdzu proboszczowi, żeby wyrąbać to paskudztwo i kostkę położyć, ale podobno konserwator przyrody nie pozwala. No cóż – pokręcił niezadowolony głową – widać lepiej, żeby sobie na nich ludzie nogi skręcali. – Rozłożył ręce w geście mającym potwierdzić jego bezradność w tej kwestii, a potem jeszcze raz przeprosił mamę: – Mam nadzieję, że szanowna pani mi wybaczy – powiedział, po czym skłonił się i odszedł do swoich urękawicznionych towarzyszy.

Kilka minut później wszystko wróciło do normy. Panowie z zakładu pogrzebowego z godnością i namaszczeniem dźwignęli z ziemi trumnę, która na szczęście upadła, jak należy, czyli dnem do dołu, potem na powrót położono na niej lekko sfatygowaną wiązankę. Ksiądz zaintonował przerwany śpiew i nasz kondukt znowu ruszył w kierunku znajdującej się przy końcu alejki kwatery, gdzie miała zostać pochowana babcia.

Do końca ceremonii, a nawet dłużej, bo także na stypie, którą tata zorganizował w barze o swojsko brzmiącej nazwie Frytka, zachowałam kamienną twarz, którą dodatkowo na potrzeby mamy i bratowej przybrałam w dogłębną powagę. Kiwałam głową, cierpliwie wysłuchując kondolencji, mniej lub bardziej zdawkowych słów pocieszenia oraz dobrych rad, którymi zasypywały mnie znajome starsze panie, z racji swego wdowieństwa uważające się za specjalistki od żałoby. Zignorowałam złośliwy komentarz Iwony, która nadal, mimo że minął już ponad rok, odkąd babcia przepisała na mnie swoje mieszkanie, nie mogła przeboleć, że nie przekazała go w spadku najstarszemu z wnuków, czyli jej mężowi, a przynajmniej nie podzieliła schedy sprawiedliwie między całą naszą czwórkę. Nie dałam się sprowokować nawet tacie, który – przydybawszy mnie na tarasie, dokąd wymknęłam się po pierwszym daniu, by choć przez chwilę odetchnąć od nadmiaru interakcji – próbował wymusić na mnie jakieś wyjaśnienia. Byłam tak przekonująca w swym żalu, że w końcu nie tylko odpuścił, ale był prawie gotów uwierzyć w historyjkę, którą sam wymyślił w obawie przed kompromitacją rodziny. Co prawda do końca ciągnącego się w nieskończoność obiadu popatrywał na mnie trochę podejrzliwie, ale w jego wzroku dostrzegłam też wyraźną troskę. Może i odziedziczyłam część genów po jego nieprzewidywalnej teściowej, może nie zawsze potrafiłam sprostać jego wymaganiom, ale mimo wszystko byłam jego jedyną, tak przecież upragnioną po trzech synach, córką.

Ulżyło mi dopiero pod wieczór, gdy wymówiwszy się od rodzinnej kolacji koszmarnym bólem głowy i potrzebą samotności, znalazłam się sama w pustym babcinym mieszkaniu, które od trzech dni, ku niezadowoleniu bratowej, było moją wyłączną własnością.

Poczułam się trochę dziwnie, gdy przekroczyłam jego próg, bo chociaż spędziłam tu znaczną część życia, chyba nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by po otwarciu drzwi przywitała mnie absolutna cisza. Odkąd mogłam sięgnąć pamięcią, u babci zawsze coś grało – zazwyczaj radio, czasem telewizor – od wczesnego rana do północy albo i dłużej, bo babcia kładła się spać bardzo późno. Ich dźwięk towarzyszył jej przez cały dzień, a ja tak do niego przywykłam, że w ogóle nie zwracałam uwagi na rozbrzmiewającą w tle muzykę czy odgłosy radiowych audycji. Cisza, która zapadła w mieszkaniu po tym, gdy ciało babci zostało zabrane przez pracowników zakładu pogrzebowego, była stokroć bardziej dotkliwa, bo nieodwołalna – jak ta, która zapada po przybiciu urzędowej pieczęci na dokumencie. Amen. Koniec. Zatwierdzone, nic już się nie da zrobić.

Żeby pozbyć się przykrego uczucia, włączyłam telewizor, a potem wzięłam do ręki czarno-białe zdjęcie dwudziestosiedmioletniej Doli, które od czasu mojego dzieciństwa stało na regale.

– No, babciu, lepszego numeru nie mogłaś wykręcić – powiedziałam do portretu. – Mama i ciotka mało trupem przez ciebie nie padły. To znaczy – zreflektowałam się, bo w tej samej chwili dotarła do mnie niestosowność tego sformułowania – okropnie je przestraszyłaś. W ogóle było niezłe zamieszanie. – Mimo woli uśmiechnęłam się na to wspomnienie. – No a kiedy zaczęłam się śmiać… Nie potrafiłam się powstrzymać – wyjaśniłam ze skruchą. – To było idealnie w twoim stylu. Prawie jak ten numer, który wycięłaś mi ostatnio. Lepiej nie mogłaś tego zaplanować – przyznałam po chwili z uznaniem. – Twoje znajome przez długi czas będą miały o czym rozmawiać. Szkoda tylko, że nie uprzedziłaś mnie wyraźniej, czego mam się spodziewać. Podejrzewałam, że coś się wydarzy, ale gdybym dokładniej wiedziała, co się święci, nie narobiłabym sobie takiego obciachu.

Babcia, przytrzymująca wdzięcznym ruchem rondo ukwieconego kapelusza, jak zwykle uśmiechała się do mnie łagodnie, jednak tego wieczoru w jej pełnych życia oczach dostrzegłam lekki przebłysk irytacji.

– No dobra, przepraszam, uprzedzałaś, ale wiesz, przez to wszystko, co mi naopowiadałaś, jakoś mi to wyleciało z głowy – pokajałam się więc i żeby ją udobruchać, dałam jej, tak jak zawsze, gdy się spotykałyśmy, całusa, któremu towarzyszyło głośne cmoknięcie. – Kocham cię – powiedziałam. – Jesteś najwspanialszą babcią na świecie. I najlepszą czarownicą, jaką w życiu znałam – dodałam, a twarz na fotografii znowu odzyskała swą promienną serdeczność.

Fakt, że gdyby nie zamieszanie, jakie spowodowała Dola swoją śmiercią, a jeszcze bardziej to, które wywołała mama, gdy się o tym dowiedziała, być może wcześniej przypomniałabym sobie, co powiedziała na pogrzebie pana Siemaszki, i dzięki temu przewidziałabym, że nie odejdzie z tego – jak często mawiała – padołu łez tak po prostu. Kto jak kto, ale ja powinnam była pamiętać, że czego jak czego, ale przeciętniactwa nie można było jej przypisać.

O tym, że trumna na jej pogrzebie zaliczy glebę, powiedziała mi przecież wyraźnie.

Było to mniej więcej półtora roku wcześniej. Staruszka miała już wtedy spore problemy z chodzeniem. Nie żeby coś poważnego – babcia zawsze lekceważąco traktowała swoje dolegliwości – ale dłuższe trasy musiała już w tym czasie sobie odpuścić, ograniczając się do powolniutkich spacerków wokół osiedlowego skwerku. Podobnie zresztą z zakupami. W ostatnich latach robiła je już tylko w spożywczaku obok domu, resztą zajmowałam się ja, czasami mama. Nie chodziła już także do kościoła, zadowalając się mszą nadawaną w radiu.

Co innego pogrzeb. Z tego obowiązku, jak mawiała babcia, nic człowieka nie zwalnia.

– To ostatnia rzecz, jaką możesz zrobić dla zmarłego. Za życia różnie bywa, jesteśmy tylko ludźmi, ale śmierć to taka sprawa, że inaczej nie można – przekonywała i wierna tej zasadzie chodziła na wszystkie pogrzeby w rodzinie i wśród znajomych.

Co tam chodziła! Potrafiła pojechać pociągiem, i to z przesiadką, na drugi koniec Polski, gdy w Szczecinie umarła szwagierka jej brata. Rzecz jasna, gdy była jeszcze na tyle sprawna, by samotnie podróżować, czyli rok czy dwa po osiemdziesiątce. Później z konieczności ograniczyła się do pogrzebów lokalnych, ale tutaj aż do końca nie pozwalała sobie na żadne usprawiedliwienia czy taryfy ulgowe.

Z tej przyczyny w ostatnich latach, chcąc nie chcąc, ja również zostałam włączona w pogrzebowe rytuały, służąc babci za szofera i obstawę, dając poczucie bezpieczeństwa na wypadek, gdyby jej nogi odmówiły posłuszeństwa. Pochówek pana Siemaszki – sąsiada z klatki obok – był ostatnim, w którym jej asystowałam, i właściwie nie zostawił w mojej pamięci żadnego śladu. To znaczy tak mi się wydawało, bo dopiero tamtego kwietniowego przedpołudnia, gdy chowaliśmy Dolę, okazało się, że jednak było inaczej.

Znudzona i trochę zła, bo pogrzeb sąsiada pokrzyżował mi sobotnie plany, dreptałam wówczas tą samą piaszczystą i wyboistą alejką, prowadząc babcię pod rękę. Staruszka ledwie nadążała za resztą konduktu, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że po powrocie do domu definitywnie oznajmię jej rezygnację z udziału w kolejnych ceremoniach. Skupiona na obmyślaniu, w jaki sposób to zrobić, żeby uniknąć gwałtownych protestów, przestałam zważać na otoczenie i nagle poczułam, że ręka babci wysuwa się spod mojego ramienia, a ja gwałtownie się przechylam. Złapałam równowagę dosłownie w ostatnim momencie, żeby podtrzymać upadającą babcię.

– Jeśli szybko nie zrobią porządku z tymi korzeniami, to, znając moje szczęście, któryś z tych sztywniaków, co będą mnie nieśli, wywali się na nich. Zobaczysz, będą zbierać mnie z tej alejki – oznajmiła zdecydowanym tonem, gdy lekko przestraszona upewniałam się, czy nic się jej nie stało.

Przejęta swoim gapiostwem zupełnie nie zwróciłam uwagi na to, co wtedy powiedziała, i dopiero gdy zobaczyłam leżącą na ziemi trumnę z jej ciałem, zrozumiałam, że jedna z wielu jej przepowiedni znowu się spełniła.

Bo babcia naprawdę umiała przewidywać przyszłość. Nie zawsze i tylko w niektórych sprawach, ale wystarczająco często, by nie dało się tego uznać za przypadek. Pierwszy raz przekonałam się o tym w wieku dziesięciu lat, gdy moja kochana Dola, zazwyczaj pobłażliwa dla różnych moich wybryków i ustępliwa w kwestii zachcianek, stanowczo się sprzeciwiła, bym poszła z innymi dziewczynkami z podwórka na lodowisko, które mieszkańcy osiedla urządzili na zamarzniętym bajorku niedaleko rzeki. Nie pomogły prośby i płacz, że marnuje mi ferie – babcia za nic nie chciała ustąpić.

– Nie ma mowy! Twoja matka by mnie zabiła, gdyby się dowiedziała, że pozwoliłam ci się utopić.

Obraziłam się wtedy na nią śmiertelnie i aż do późnego popołudnia, kiedy to przyszła po mnie mama, nie odezwałam się do niej ani słowem. Tyle tylko, że o ile moje wściekłe milczenie miało być rodzajem zemsty, o tyle zaniemówienie, które dopadło mnie później, wynikało z przestrachu i niedowierzania, bo wiadomość, którą przyniosła mama, po prostu mną wstrząsnęła. Okazało się bowiem, że tego dnia lód na prowizorycznej ślizgawce się załamał i sześć osób wpadło do lodowatej wody. Czworo dorosłych i jedno dziecko wydostali się o własnych siłach – zbiornik nie był głęboki – jednak dziesięcioletnia Basia przewróciła się na plecy i znikła pod wodą. Wyciągnięto ją dopiero po kilku minutach. Niestety za późno.

Śmierć koleżanki, którą znałam niemal od urodzenia, była moją największą traumą z okresu dzieciństwa i choć wtedy nie rozmawiałam z nikim na ten temat, to właśnie po tym tragicznym zdarzeniu zrodziło się w mojej głowie pierwsze, wtedy jeszcze dość niejasne, podejrzenie, że babcia Dola nie jest taką całkiem zwyczajną babcią. Z upływem czasu stawało się ono coraz bardziej przejrzyste i wkrótce po moich osiemnastych urodzinach przemieniło się w całkowitą pewność.

Byłam wtedy w trzeciej klasie liceum. Matura zbliżała się wielkimi krokami, a ja przeżywałam swą pierwszą wielką miłość. Pierwszą i od razu źle ulokowaną, co zresztą weszło mi w nawyk, którego oduczyłam się dopiero po trzydziestce (a co, nawiasem mówiąc, babcia również przewidziała). W każdym razie zupełnie nie miałam wtedy głowy do nauki.

Rzecz jasna rodzicom zupełnie się to nie podobało. Różnymi sposobami próbowali wybić mi Radka z głowy, najpierw odwołując się do mojego rozsądku, a później – gdy zrozumieli, że ten chwilowo mnie opuścił – stosując różnego typu sankcje ograniczające moją wolność. Kontrolowali mnie na każdym kroku. W domu musiałam meldować się od razu po lekcjach, miałam szlaban na wszelkie wyjścia, nie pozwolili mi nawet pójść na sylwestra, który urządzała koleżanka z klasy i którą to imprezą byłam bardziej przejęta niż nadchodzącą studniówką. Buntowałam się, ale oni byli nieustępliwi – ich córka nie będzie spotykać się z niebieskim ptaszkiem, który edukację przerwał w połowie gimnazjum i całymi godzinami przesiaduje z kumplami na murku pod monopolowym, zajmując się jakimiś szemranymi interesami, o których oni nawet nie chcą wiedzieć, bo z daleka pachną im więzieniem.

W końcu, po kolejnej awanturze, która wybuchła, gdy moja wychowawczyni zadzwoniła do taty z informacją, że od ponad tygodnia nie było mnie w szkole, mimo że widziano mnie na mieście, podjęłam decyzję: wyprowadzam się z domu. Szczerze mówiąc, nie pamiętam już dzisiaj dokładnie, jaki miałam plan, ale jedno było pewne, nie wyobrażałam sobie życia bez Radka. Za to bez rodziców dyktujących mi zasady, według których mam żyć – jak najbardziej.

Byłam już wtedy dorosła, w każdym razie od jakichś trzech czy czterech miesięcy posiadałam dowód mojej świeżo nabytej pełnoletności w postaci plastikowego kartonika ze zdjęciem i numerem PESEL. Nie uznałam więc za stosowne pytać nikogo o zgodę i po prostu następnego dnia, zaraz po tym, gdy samochód ojca odjechał ze szkolnego parkingu, udałam się do babci, by poinformować ją o tym, że przez jakiś czas będę mieszkała u niej.

Babcia nie okazała wielkiego zdziwienia. Zaniepokojenie wywołała dopiero informacja, że odpuściłam sobie szkołę i że mój pobyt u niej może się wydłużyć, a przede wszystkim fakt, że rodzice nie mieli o tym pojęcia.

– Jak to im nie powiedziałaś?! – oburzyła się. – Przecież będą się denerwować.

Wzruszyłam tylko ramionami, ale babcia uparcie drążyła i w końcu musiałam jej wszystko wyjaśnić.

– Rozumiem, że się zakochałaś. Zdarza się. Rozu-miem też, że nie dogadujesz się z mamą i tatą – stwierdziła, wysłuchawszy mnie. – No przecież wiem, jacy potrafią być, ale czy nie uważasz, że rzucanie szkoły to jednak lekka przesada?

Właściwie uważałam. Przez te parę dni wagarowałam tylko po to, by móc widywać się z Radkiem, a tekst o końcu szkolnej kariery wymknął mi się odruchowo i teraz, gdy trochę ochłonęłam, sama zdałam sobie sprawę, że zabrzmiał strasznie melodramatycznie.

Babcia odetchnęła.

– Chwała Bogu i wszystkim świętym! Co jak co, ale rzucenie szkoły dla chłopa byłoby idiotyzmem. Nie ma na świecie takiego, który byłby tego wart.

Nie polemizowałam z nią. Babcia miała ugruntowane poglądy na temat stosunków damsko-męskich, a jedną z najważniejszych rzeczy, jakie wbijała mi od dzieciństwa w związku z tą kwestią, była niezależność. Kobieta musi mieć zawód i głowę na karku, aby nie dać sobą kierować i w razie czego móc się sama utrzymać, wykształcenie zaś miało być tego gwarancją.

– A ten twój Radzio to już na pewno nie należy do takich, dla których warto z czegokolwiek rezygnować – dodała, gdy kiwnęłam głową, że się z nią zgadzam, na co ja oczywiście natychmiast się żachnęłam. – Nie bój się, nie zamierzam się wtrącać w twoje sprawy sercowe – uspokoiła mnie więc, a potem wstała i zaczęła się ubierać.

Gdy zaskoczona spytałam, dokąd się wybiera, powiedziała, że musi pojechać na Czechów pogadać z rodzicami.

– Powinni wiedzieć, że zostaniesz u mnie. Postaram się ich przekonać, że nie jesteś aż taka głupia, jak się im wydaje. Do szkoły będziesz chodzić, ojcu powiem, żeby przywiózł ci podręczniki. Musisz mi jednak obiecać, że w najbliższych dniach nie będziesz próbowała spotykać się z tym chłopakiem – zaznaczyła. – Inaczej się nie zgodzą – wyjaśniła. – Jak kocha, to poczeka – stwierdziła sentencjonalnie, lecz po chwili dodała: – Chociaż podejrzewam, że sama szybko się odkochasz, jak o nim w gazetach napiszą.

Zdenerwowana zażądałam wyjaśnień, ale babcia tylko machnęła ręką.

– Przekonasz się – mruknęła, biorąc torebkę, i tyle było z nią gadania.

Stało się dokładnie tak, jak mówiła. Rodzice nie protestowali, chyba nawet poczuli ulgę, że Dola wzięła na siebie przykry obowiązek sprowadzenia mnie na właściwe tory. Zresztą z babcią o pewnych sprawach raczej się nie dyskutowało. Na co dzień spolegliwa, co my – wnuki – nieraz wykorzystywaliśmy, stawała się uparta jak osioł, gdy jej na czymś bardzo zależało, a ja od zawsze byłam jej oczkiem w głowie i co jak co, ale moje dobro na pewno leżało jej na sercu.

Ta parodniowa separacja chyba nam wszystkim dobrze zrobiła, w każdym razie mnie na pewno pomogła wyciszyć emocje i kiedy tydzień później po lekcjach pojechałam do domu, żeby zabrać trochę ubrań, udało mi się nie wywołać kłótni, pomimo że mama przez cały czas narzekała i na babcię, i na mnie. Tata prawie się nie odzywał, ale widziałam, że stara się zakopać topór wojenny, ponieważ kilka razy próbował powstrzymać jej tyradę.

U babci zostałam właściwie aż do końca studiów, bo chociaż od czasu do czasu wracałam do rodziców, nasze stosunki nadal nie układały się do końca tak, jak powinny. Udawaliśmy wszyscy, że jest okej i że u babci mam po prostu lepsze warunki do nauki, lecz tak naprawdę sprawa z Radkiem położyła się lekkim cieniem na naszych relacjach. I nie chodziło o to, że nie zaakceptowali mojej pierwszej miłości, tylko o to, że bardzo długo nie potrafili się powstrzymać (zwłaszcza mama) przed wypominaniem mi błędu, który mógł mnie wiele kosztować, gdyby w czas nie zareagowali. Tylko że prawda była taka, że to nie ich przestrogi, ale przepowiednia babci wybiła mi Radka z głowy. Bo ten rzeczywiście trafił na pierwsze strony gazet, a potem na wiele lat do więzienia za śmiertelne ugodzenie nożem kolegi w trakcie jakiejś pijacko-narkotykowej burdy.

Ktoś mógłby nazwać to przypadkiem. Może. Ja jednak uważam, że to, o czym uprzedziła mnie wtedy babcia, było jednym z dowodów jej niezwykłych zdolności. Przekonałam się o tym jeszcze wielokrotnie. Zresztą nie chodzi tylko o jej przepowiednie. Babcia była niezwykła pod wieloma względami. Nawet imię miała niezwykłe. Nikt mi nie powie, że Dolores brzmi pospolicie. Może w Hiszpanii, ale na pewno nie u nas. W każdym razie ja przez całe życie nie poznałam nikogo innego, kto by nosił takie imię.

I oczywiście – żeby było jasne – babcia za nim nie przepadała.

– Samo może by jeszcze jakoś uszło – tłumaczyła mi kiedyś. – Ale razem z nazwiskiem… – Pokręciła głową, jakby sama nie mogła uwierzyć w taki zbieg okoliczności. – No dopust boży, po prostu podwójnie naznaczona – westchnęła, ale gdy spytałam ją, dlaczego w takim razie nigdy nie próbowała któregoś z nich zmienić, tylko machnęła ręką. – Nie da się zmienić swego przeznaczenia. Co ma być, to i tak będzie. Losu nie oszukasz.

Irytował mnie trochę ten babciny fatalizm, chociaż rzeczywiście nie dało się zaprzeczyć, że ów los, na który się powoływała, spłatał jej niezłego psikusa, łącząc imię oznaczające boleść albo cierpienie z nazwiskiem Bolesta, które przyjęła, wychodząc za mąż. Dolores Bolesta – nie brzmi zbyt optymistycznie, to fakt.

Wszystkiemu winni byli dwaj faceci, czyli mój dziadek i pradziadek. Pierwszy, ponieważ nie chciał, żeby babcia, wychodząc za niego za mąż, zachowała nazwisko panieńskie, drugi, ponieważ nie pomyślał, że nadanie córce tak oryginalnego imienia, wyrażającego jego sympatie polityczne, mogłoby mieć jakikolwiek wpływ na jej przyszłość.

Pradziadek Kiryło był komunistą. Nie jakimś tam amatorem, naiwniakiem, który dał się przekonać, że sanacyjny rząd nie dba o poprawę chłopskiego losu, lecz prawdziwym działaczem z krwi i kości, gotowym walczyć o to, w co do końca życia święcie wierzył. Już w latach dwudziestych dał się poznać jako agitator Komunistycznej Partii Polski propagujący sojusz robotniczo-chłopski w okolicznych wioskach i miasteczkach, zaś wiosną 1934 roku wsławił się zorganizowaniem trwającego ponad dwa miesiące strajku w Folwarku Białka, należącym do majątku Dernałowiczów. W roku 1936 znalazł się w wyselekcjonowanej grupie kilkudziesięciu ochotników zwerbowanych do Brygad Międzynarodowych, które walczyły po stronie republikanów w trwającej od kilku miesięcy wojnie hiszpańskiej. Dotarł nawet do punktu werbunkowego, lecz z powodu wykrycia przez władze trasy przerzutu przez Czechosłowację, musiał wrócić do domu. Próbę tę zamierzał powtórzyć, jednak z różnych przyczyn, wśród których niebagatelną rolę odegrał kategoryczny sprzeciw jego ciężarnej wówczas żony, ostatecznie musiał z wyjazdu zrezygnować. Z żalu i tęsknoty za Hiszpanią czy też – co zdaniem babci było bardziej prawdopodobne – ze złości na żonę, która wtedy pierwszy raz w dwunastoletniej historii ich małżeństwa ostro postawiła się mężowi, nadał nowo narodzonej córce hiszpańskie imię. Od razu trzeba zaznaczyć, że nie odbyło się to w formie chrztu kościelnego, bo dziadek, zgodnie ze swoimi przekonaniami, w Boga nie wierzył. Zrezygnował z przynależności do Kościoła parę lat po ślubie z prababcią i chociaż jej samej w praktykowaniu nie przeszkadzał, kategorycznie odmówił chodzenia z nią na msze czy przyjmowania w domu księdza. Na chrzest dzieci również się nie godził. Oprócz małej Dolores dotyczyło to także starszego od niej o dwa lata brata Janka, bo pierwszy syn i zmarła w niemowlęctwie córka, którzy przyszli na świat w początkowych latach po ślubie, zostali przez młodych małżonków ochrzczeni niejako z rozpędu. Młodsza dwójka otrzymała jednak ten sakrament już bez udziału ojca, po cichu, o co postarała się ich nieszczęśliwa z tego powodu matka.

Dla pobożnej kobiety, jaką była prababcia Czesia, odszczepieństwo męża stało się bowiem życiową traumą. W niewielkim Kocku nie dało się przecież ukryć, że znacznie chętniej przystawał on z Żydami zrzeszonymi w różnych organizacjach i związkach zawodowych sympatyzujących z komunizmem niż z katolikami. Biedna kobiecina zapewne nieraz musiała z tego powodu cierpieć, zwłaszcza że Emil Kiryło znany był też miejscowej (i nie tylko) policji, która trzykrotnie go aresztowała. Raz jako prowodyra strajku, dwa razy za rozprowadzanie nielegalnych ulotek. Wstyd, jaki musiała przeżywać, był więc podwójnej natury: nie dość, że trafił się jej mąż bezbożnik, nieszanujący praw boskich, to jeszcze na dokładkę wichrzyciel, mający zatargi z władzą ziemską. Może dlatego, niejako dla przeciwwagi, sama gorliwie, aczkolwiek bezrefleksyjnie, popierała każdą władzę – najpierw sanacyjną, która Emilowi się nie podobała, a później tę nową, z której zapewne, gdyby jej dożył, przynajmniej pod niektórymi względami byłby zadowolony. Z zapałem oddawała się również wszelkim praktykom religijnym, z roku na rok popadając w coraz większą dewocję, którą – jak się później okazało – bez większych efektów próbowała zaszczepić swoim dzieciom. Główną ofiarą jej religijnej obsesji stał się najstarszy brat Dolores. Spokojny – żeby nie powiedzieć bezwolny – chłopak dał sobie wmówić powołanie i spędził prawie sześć lat w seminarium duchownym. Wydawało się więc, że po latach upokorzeń związanych z działalnością męża Czesława Kiryło doczeka się wreszcie zadośćuczynienia. Dzień, w którym jej pierworodny został wyświęcony na diakona, był chyba największym świętem w całym jej dorosłym życiu, chociaż sprawił, że pobożna kobieta po raz pierwszy świadomie zgrzeszyła wtedy pychą, napawając się przemieszanym z niedowierzaniem podziwem sąsiadek. Niestety, ten, w którym syn obwieścił jej, że porzuca stan kapłański na rzecz zwykłej ziemskiej miłości, stał się dniem jej największej życiowej klęski.

Dowiedziałam się tego wszystkiego od babci, chociaż ta o swoim ojcu, oprócz kilku podstawowych informacji, niewiele więcej mogła mi powiedzieć. Pradziadek zmarł na raka, gdy Dola miała niespełna dziesięć lat, a garść niewyraźnych wspomnień z dzieciństwa i relacje jej matki, która przez całe życie pielęgnowała swój żal do męża, nie były na tyle wiarygodne, bym na ich podstawie mogła sobie wyobrazić, jakim był człowiekiem. Mimo to zawsze odnosiłam wrażenie, że to po nim Dolores odziedziczyła swój zdecydowany charakter i pogodę ducha, której nie była w stanie zniszczyć ani dewocja jej matki, ani małżeństwo z alkoholikiem, ani żadne z tragicznych wydarzeń, które musiała przeżyć w młodości.

Bo babcia, jak już wspomniałam, nie była z tych, co to zlewają się z tłem. Mimo że Pan Bóg poskąpił jej wzrostu – sama o sobie mówiła, że ma metr pięćdziesiąt w kapeluszu – zrekompensował ten niedobór bystrym umysłem i niespożytą energią, które sprawiały, że nawet w zaawansowanym wieku i schorowana nie sprawiała wrażenia kruchej staruszki. Była silna, uparta i gotowa zrobić wszystko dla tych, których kochała, choć o tym, jak daleko była skłonna się posunąć, na szczęście wiem tylko ja jedna. Na szczęście, ale i niestety, bo początkowo wcale się o tę wiedzę nie prosiłam i uważałam ją bardziej za obciążenie niż wyróżnienie. Dopiero później zrozumiałam, że powinnam być dumna z tego, że babcia właśnie mnie uznała za godną poznania jej tajemnicy.

Jako dziecko całkiem na poważnie podejrzewałam, że moja babcia jest czarownicą. Oczywiście nie jakąś tam latającą na miotle wiedźmą z haczykowatym nosem, ale osobą mającą moc. Nie umiałam dokładnie tego wytłumaczyć, ale czułam, że Dola różni się od babć innych dziewczynek. Tamte były zwyczajne. Jedne mieszkały razem z wnukami, lepiły dla nich pierogi, cerowały skarpetki, czytały im książki na dobranoc, pilnowały, by dzieciaki nosiły czapki w zimie. Do innych moje koleżanki chodziły w niedzielę na obiad albo jeździły na wakacje. Tylko ja miałam babcię, która oprócz takich banalnych zalet posiadała też dar przewidywania przyszłości, potrafiła wywoływać duchy, a zamiast opowiadać mi bajki, wymyślała „prawdziwe” historie rodem z horroru.

Może byłam dziwnym dzieckiem, ale uwielbiałam to.

Babcia, jak już nadmieniłam, nie mieszkała z nami. Jej dwupokojowe mieszkanie mieściło się w starym czteropiętrowym bloku na Tatarach, my mieszkaliśmy w wieżowcu na Czechowie. Dla kilkulatki była to znaczna odległość, dlatego zanim rodzice pozwolili mi samodzielnie jeździć do niej autobusem, u babci bywałam nieregularnie, co nie znaczy, że widywałam ją rzadko. Od najmłodszych lat pomieszkiwaliśmy bowiem u niej z braćmi, nawet po kilka dni z rzędu, na przykład wtedy, gdy mama przynosiła z pracy papierkową robotę na weekend albo w czasie wakacji, gdy rodzice nie mieli co z nami zrobić. Później, gdy podrośliśmy, chłopakom zdarzało się to coraz rzadziej, ale ja jeszcze w średniej szkole od czasu do czasu lubiłam przyjść do babci na „nocowanko”. Byłam jej pupilką, miałam u niej swoją pościel, piżamę, kapcie, przybory toaletowe i nawet pokoik, w którym sypiałam, babcia nazywała moim.

Gdy byłam dzieckiem, miałyśmy z Dolą swoje ulubione zajęcia, a jednym z nich było podglądanie sąsiadów. To od babci przejęłam zwyczaj zaglądania w oświetlone okna cudzych mieszkań. Do dziś, idąc wieczorem ulicą albo jadąc z kimś samochodem, lubię zerkać na jasne prostokąty ukazujące fragmenty różnych pomieszczeń. Ukryte za mniej lub bardziej przejrzystymi firankami skrawki czyjegoś życia stanowią fantastyczne pole do popisu dla wyobraźni. Wiele lat temu lubiłyśmy z babcią wymyślać różne historie, których bohaterami byli sąsiedzi obserwowani przez okno. Najczęściej opowiadały one o codziennych sprawach, ale zdarzało się, że fantazja nieco nas ponosiła. Oj, zdziwiliby się niektórzy, gdyby usłyszeli, w jakich rolach ich wtedy obsadzałyśmy!

Babcia nie była plotkarą, ale życie innych ludzi ją interesowało. Znała, przynajmniej z widzenia, większość mieszkańców osiedla. Z wieloma utrzymywała bliskie sąsiedzkie stosunki, do wielu zwracała się po imieniu, bo po dwudziestu paru latach pracy jako woźna w osiedlowej podstawówce nadal była rozpoznawana przez dawne dzieciaki, które niejednokrotnie zaznały jej troskliwej opieki.

Była naprawdę życzliwą i pogodną osobą. Hodowała kwiaty w doniczkach, dokarmiała gołębie i bezpańskie koty, zimą miała na balkonie karmnik dla ptaków, a gdy w mieszkaniu pojawiał się pająk czy jakiś inny nieproszony lokator, nigdy go nie zabijała, tylko wynosiła na szufelce na balkon. Tak, Dolores hołubiła życie we wszelkich jego przejawach, dlatego tym dziwniejsze wydawało się jej zafascynowanie śmiercią.

Nie chodziło tylko o pogrzeby.

– Śmierć jest częścią życia – mawiała często i w przeciwieństwie do innych dorosłych nie uważała, że mówienie o niej przy dziecku jest czymś nieodpowiednim czy szkodliwym. Nie wiem, co na to psychologia, ale mnie rzeczywiście jakoś specjalnie to nie zaszkodziło, chociaż przez całe dzieciństwo babcia opowiadała mi mnóstwo historii, w których niemal stałym elementem był motyw czyjejś śmierci. Do dziś pamiętam opowieść o wdowie, która zakochała się w pewnym mężczyźnie i żeby z nim być, zabiła własną córkę. Albo tę o człowieku, który ocknąwszy się w trumnie, wydostał się z grobowca i wrócił do domu, czym tak przeraził swego ojca, że ten dostał ataku serca i zmarł. No i moją ulubioną, o dziewczynce, która tak rozpaczała po śmierci matki, aż wreszcie ta ukazała się jej z koromysłem na ramionach i z uczepionymi do niego dwoma wiadrami pełnymi łez i poprosiła, by córka przestała płakać, bo ona nie ma już siły ich dźwigać.

Babcia była ekspertką w kwestiach funeralnych. Towarzyszyłam jej co najmniej w kilkunastu ceremoniach pogrzebowych, miałam więc okazję się o tym przekonać. Poznałam całą listę najróżniejszych związanych z nimi zakazów i nakazów, których – pod groźbą różnych nieszczęść, a nawet własnej śmierci – należało przestrzegać. Pamiętam więc na przykład, jak Dola mi tłumaczyła, że rodzina zmarłego powinna stanąć na głowie, żeby pogrzeb odbył się przed niedzielą, bo inaczej nieboszczyk na pewno kogoś za sobą pociągnie. Podobnie z wieńcami i wiązankami – gubienie kwiatków w drodze na miejsce pochówku miało zwiastować kłopoty lub rychły pogrzeb w rodzinie. Dowiedziałam się o tym, gdy babcia kazała mi podnieść jakiś ułamany goździk z cmentarnej ścieżki. À propos kwiatów przypomina mi się jeszcze jedna zasada, którą w dzieciństwie dzięki niej poznałam. Otóż któregoś razu, będąc z nią na cmentarzu, chciałam zerwać kilka konwalii rosnących między starymi grobami. Dola kategorycznie mi tego zabroniła, wyjaśniając, że co rośnie na cmentarzu, powinno na nim pozostać, ponieważ zabrane zmarłym, może niebawem wyrosnąć na moim własnym grobie. Rzecz jasna po takim ostrzeżeniu nigdy więcej nie odważyłam się zerwać nawet jednego kwiatka, choć w starej części cmentarza co roku kwitło ich całe mnóstwo.

Jako dorosła wiele razy próbowałam ją przekonywać, że wszystkie te nieco makabryczne opowiastki to najzwyklejsze w świecie zabobony, ale babcia wiedziała swoje. Po którymś więc razie dałam sobie spokój. Nie przypuszczałam, że moja wiara w fakt, że prawie wszystko w życiu da się racjonalnie wytłumaczyć, co najmniej kilka razy zostanie poddana niełatwej próbie. Jako przykład mogę podać chociażby to, co się zdarzyło trzy lata temu w Wigilię i co bardzo wyraźnie przypomniało mi tamten zimowy dzień, gdy babcia zabroniła mi pójść na ślizgawkę.

Tamtego wieczoru wracałyśmy z Dolą po wieczerzy u rodziców. Babcia była zmęczona i pomimo mojej pomocy z wyraźnym wysiłkiem wchodziła po schodach. Na pierwszym piętrze nagle stanęła.

– O co chodzi? Musisz odpocząć? – spytałam zaniepokojona.

– Patrz! – Babcia wskazała drugą ręką na drzwi mieszkania numer pięć, w którym, z tego, co pamiętałam, mieszkało starsze małżeństwo z niezamężną córką i jej kilkunastoletnim synem.

– Na co? – zdziwiłam się, bo niczego szczególnego nie zauważyłam.

– Ptak – wyszeptała babcia, a ja dopiero teraz dostrzegłam niewielki kształt leżący na wycieraczce z kokosowych włókien.

To był kanarek, poznałam od razu po cytrynowożółtym upierzeniu.

– Biedny ptaszek – zmartwiłam się, bo kanarek ewidentnie był martwy. – Skąd on się tutaj wziął? I co mu się stało?

– Nie żyje. – Głos babci wyraźnie drżał.

Zaskoczona odwróciłam się w jej stronę.

– Tak – przyznałam. – Ale to tylko ptak – próbowałam zbagatelizować sytuację. – Pewnie komuś uciekł, zmarzł na dworze, a potem wleciał do klatki i padł z wycieńczenia. Zdarza się.

– Tak, tak, szkoda go. – Pokiwała głową. – Ale nie o niego mi chodzi, tylko o Kaczmarczyków.

– To ich kanarek? – zaciekawiłam się, ale babcia niecierpliwie machnęła ręką.

– Nie, w naszej klatce nikt nie hoduje ptaków. Kiedyś pani Biernacka miała papugę, ale teraz już nikt.

– No to nie rozumiem – odparłam.

– Przecież to znak! – Dola popatrzyła na mnie z lekkim niezadowoleniem. – Ktoś z ich rodziny umrze.

– Co?! – parsknęłam śmiechem, udając, że mnie rozśmieszyła. – Babciu, ty…

– Ty się lepiej nie śmiej. – Uniosła palec, jakby miała zamiar mi pogrozić, a potem pokręciła bezradnie głową i ruszyła na drugie piętro. – Śmierć to poważna sprawa – dodała kilkanaście stopni wyżej, gdzie zatrzymała się dla odpoczynku.

Tym sposobem dowiedziałam się, że znalezienie martwego ptaka przed wejściem do domu zapowiada śmierć w rodzinie.

– Przed wejściem do domu – podchwyciłam natychmiast. – Drzwi do budynku są na dole, więc nawet jeśli ten biedny ptaszek ma coś oznaczać, to skąd wiesz, że chodzi o Kaczmarczyków, a nie o kogoś innego z tej klatki?

– Leży na ich wycieraczce. – W głosie babci nie było słychać wątpliwości.

– No to może po prostu zejdę i go stamtąd zabiorę? – zaproponowałam już trochę poirytowana.

Upór babci zaczynał działać mi na nerwy.

– To nic nie da. Losu nie oszukasz – stwierdziła, a mnie opadły ręce.

Kiedy następnego dnia około dziewiątej rano schodziłam na dół, żeby odśnieżyć samochód, bo w nocy napadało sporo śniegu, truchełka na wycieraczce pod drzwiami z numerem pięć już nie było, a zanim minęły święta, o martwym kanarku i przepowiedni babci zupełnie zapomniałam. Szok przeżyłam dwa dni później, gdy na drzwiach wiodących do klatki schodowej zobaczyłam klepsydrę. Nawet bez czytania wiedziałam, że umarł ktoś z rodziny Kaczmarczyków.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział 1. Śmierć

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie