Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Opowieść o sile, która rodzi się z wiary, lojalności i miłości
W Helstonleigh, miasteczku położonym w cieniu strzelistej katedry, życie toczy się spokojnym rytmem według ustalonego porządku. Rodzina Channingów darzona jest powszechnym szacunkiem i sympatią – do czasu. Jeden chłopięcy wybryk i jedno niesłuszne oskarżenie podkopują jej nieskazitelną reputację. Aby oczyścić swoje imię, Channingowie muszą zmierzyć się z przeciwnościami, kierując się wiarą, lojalnością i siłą rodzinnych więzi.
Ellen Wood mistrzowsko odsłania kruche fundamenty społecznej harmonii, ukazując, że nawet drobne sekrety potrafią rozpalić emocje równie silne jak wielkie tragedie. Rodzina Channingów to opowieść o niewinności wystawionej na próbę i o odwadze rodzącej się z miłości. Do dziś zachwyca subtelnym napięciem i przenikliwą refleksją nad ludzką naturą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 836
Pamiętam porywy radości i smutku
Co drążą uczniowską głowę;
Piosenkę i ciszę w sercu,
Będące po części wróżbą, po części
Tęsknotą dziką i daremną.
A dźwięk tej kapryśnej piosenki
Brzmi i nie chce ustać:
„Marzenia chłopców ulotne są jak wiatr,
A myśli młodości słodkie i pełne nadziei”.
Dziwne zdają się kształty, które widzę,
Gdy odwiedzam drogie stare miasto;
Ale powietrze tu jest czyste i słodkie,
A drzewa, których cień spowija znajomą ulicę,
Kołysząc się w górę i w dół,
Śpiewają piękną piosenkę,
Wzdychają i szepczą wciąż:
„Marzenia chłopców ulotne są jak wiatr,
A myśli młodości słodkie i pełne nadziei”.
Henry Wadsworth Longfellow
Miniona młodość,
fragment wiersza
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Słodkie dzwony katedry w Helstonleigh rozbrzmiewały w letnie popołudnie. Ludzie stali grupami na ulicach, liczniej niż w inne dni robocze. Niektórzy spacerowali bez celu, niektórzy zatrzymywali się, by z kimś porozmawiać, niektórzy, wytężając wzrok, spoglądali w milczeniu w pewien punkt w oddali — a wszyscy zdawali się na coś czekać.
Był to pierwszy dzień sesji sądu w Helstonleigh, innymi słowy dzisiaj sąd rozpoczynał obrady. Ogólnie rzecz biorąc, obrady rozpoczynały się w sobotę, ale aby ułatwić organizację pracy w obwodzie, tym razem zaplanowano ich rozpoczęcie na środę. Gdy dzwony katedry zaczęły bić, oznaczało to, że sędziowie przybyli i zajmują miejsca w powozie szeryfa, który wyjechał im na powitanie.
Procesja przesuwająca się po ulicach wolno i dostojnie stanowiła majestatyczny i imponujący widok i mimo że mieszkańcy Helstonleigh byli jej świadkami dwa razy w roku, nadal oglądali ją z zachwytem, przez co dzień ten stał się rodzajem święta. Pierwsi jechali trębacze, oznajmiając z dumą przybycie gości, za nimi ciągnęła kolumna ustawionych w pary i przyodzianych w liberię jeźdźców z opuszczonymi oszczepami. Następnie szli różni urzędnicy, a w otwartym powozie jechał naczelnik więzienia okręgowego z uniesioną do góry białą długą laską. Dalej widoczny był elegancki, zamknięty powóz szeryfa, zaprzężony w cztery konie w srebrnych czaprakach, uderzające kopytami w ziemię, gdyż irytowały się wolnym tempem przejazdu, do którego zostały zmuszone. W powozie, w szkarłatnych togach i długich perukach, budząc respekt u niejednego młodego gapia, siedzieli sędziowie. Szeryf zajmował miejsce naprzeciwko sędziów, u jego boku znajdował się kapelan — obydwoje ubrani byli w togi z należnymi dystynkcjami. Za powozem, konno, podążała liczna grupa dżentelmenów, przyjaciół szeryfa. Pochód zamykał tłum biedaków.
Procesja skierowała się do biur sądu objazdowego. Tam dopełniona została krótka formalność otwarcia posiedzenia i sędziowie na powrót wsiedli do powozu i ruszyli do katedry w towarzystwie burmistrza i władz miejskich. Słodkie dzwony katedry w Helstonleigh nadal rozbrzmiewały, tym razem nie na powitanie sędziów w mieście, ale zapraszając ich do oddania czci Bogu. Przy głównym wejściu do katedry, gotów na powitanie sędziów, stał dziekan Helstonleigh, dwóch czy trzech przedstawicieli kapituły, dwóch kanoników mniejszych i stypendyści królewscy oraz chórzyści ubrani w białe szaty. Dzwony ucichły, rozbrzmiały wspaniałe organy — a niewiele jest w Anglii organów wspanialszych niż te w Helstonleigh — kościelni ze srebrnymi buławami i niedołężni starzy jałmużnicy w czarnych szatach prowadzili do stalli sędziów, za którymi niesiono ich długie szkarłatne treny, i dla wszystkich znalazło się miejsce.
Wielebny John Pye rozpoczął nabożeństwo — przypadał właśnie tydzień, w którym on prowadził śpiew. Był jednym ze starszych kanoników mniejszych i dyrektorem szkoły. Naprzeciw niego siedział wielebny William Yorke, młody człowiek, który właśnie został kanonikiem mniejszym.
Nabożeństwo przebiegało gładko aż do rozpoczęcia hymnu. W pewnym sensie przebiegało gładko do końca, ponieważ żadna z obecnych osób ani nawet sami sędziowie nie zauważyli nic niewłaściwego. Pan Pye był kantorem w katedrze, co oznaczało, że to właśnie on miał przywilej wybierania muzyki do kantyków i innych części nabożeństwa, jeśli nie uczynił tego osobiście dziekan. Hymn, który duchowny wybrał na tę okazję, był bardzo dobry i pochodził z Psalmów Dawidowych. Zaczynał się od sopranowego solo, był ponadto ulubionym hymnem pana Pye’a, który z zadowoleniem nastroił się do jego wysłuchania.
Gdy tylko jednak zakończyła się symfonia, gdy pierwsze tony głosu chórzysty dotarły do ucha pana Pye’a, jego twarz oblał delikatny rumieniec i kanonik szybkim ruchem uniósł głowę. To nie był głos, który miał zaśpiewać ten wspaniały hymn, to był głos passé, łamiący się, który należał do starszego chórzysty, młodego dżentelmena w wieku siedemnastu lat, który miał opuścić chór po Bożym Narodzeniu. Chłopiec dobrze im służył w swoim czasie, ale teraz głos zaczął mu się łamać i gdy ostatnim razem śpiewał solo, po zakończeniu nabożeństwa biskup, który niezwykle rzadko ingerował w zarządzanie katedrą i w istocie nie była to jego działka, osobiście zwrócił się do pana Pye’a i powiedział, że chłopiec nie powinien już śpiewać w pojedynkę.
Pan Pye pochylił głowę, żeby spojrzeć na chórzystów, z których pięciu siedziało po tej samej stronie chóru, zwanej decani, a pięciu naprzeciw, po stronie cantori. Na ile był to w stanie ocenić, chłopca, który miał śpiewać hymn, Stephena Bywatera, nie było na miejscu. Wydawało się, że jest ich tam jedynie czwórka, chociaż starszy uczeń, w czystej wykrochmalonej komży, częściowo zasłaniał tych, którzy znajdowali się za nim. Pan Pye zastanawiał się, jak to się stało, że nie zauważył nieobecności chłopca, gdy stali przy wejściu, czekając na sędziów.
Gdyby cała uwaga pana Pye’a podczas nabożeństwa nie była skupiona na księdze, mógłby dostrzec tego ucznia naprzeciw, Bywater siedział bowiem przed ławą stypendystów królewskich i na wprost pana Pye’a. W końcu jednak wzrok kanonika padł na niego i pan Pye nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Przetarł oczy i spojrzał, a potem przetarł je jeszcze raz. Bywater w tym miejscu! Bez komży! Drwiąc sobie, można by pomyśleć, z dyrektora! Dlaczego pozwolił sobie na taki akt niesubordynacji? Dlaczego nie znajdował się na swoim miejscu w chórze? Dlaczego zmieszał się z kongregacją? Na chwilę obecną pan Pye nie miał odpowiedzi na swoje pytania.
Hymn dobiegł końca. Dziekan zmarszczył czoło, słysząc solo, ale to nie pomogło. Po modlitwie kapelan szeryfa wyszedł na ambonę, żeby wygłosić kazanie. Tekst wybrał z Ewangelii wg św. Jana: „To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem”1. W trakcie kazania dziekan zwrócił uwagę, że nieszczęsnych więźniów oczekujących na wezwanie, żeby stawić się przed ziemskim sądem i odpowiedzieć za złe czyny, które popełnili, do obecnej żałosnej sytuacji doprowadziły pokusy ciała. Upadli i zgrzeszyli, mówił dalej, gdyż folgowali swoim namiętnościom, nie poskromili swoich zwierzęcych apetytów i nieczystych żądz, stopniowo ulegli zbrodni i teraz spotka ich wymierzona przez prawo kara. Ale czy wina, zapytał, nie spoczywa na tych, którzy pozostali obojętni na ich powolne upadanie i którzy nigdy nie wyciągnęli do nich przyjaznej dłoni, żeby zapobiec katastrofie, którzy nie podjęli wysiłku, by nauczać i wskazać tym wyrzutkom społeczeństwa drogę prawdy i prawości? Czy wolno nam było, pytał, ignorować naszą odpowiedzialność i pytać słowami pierwszego zbrodniarza na ziemi: „Czyż jestem stróżem brata mego?”. Nie, zaangażowanie się w szlachetną pracę naprawy człowieka było jednocześnie naszym obowiązkiem i naszym przywilejem — podnosić tych, którzy upadli, odszukiwać zagubionych — a to, argumentował, może zostać osiągnięte jedynie poprzez szeroko rozpowszechnianą znajomość Bożej prawdy, poprzez cierpliwą, ofiarną pracę w boskim dziele i poprzez żarliwe poleganie na Duchu Świętym.
Gdy nabożeństwo się skończyło, dyrektor udał się do zakrystii, w której komże przechowywali kanonicy mniejsi, chórzyści i świeccy członkowie chóru; dziekan i członkowie kapituły nakładali szaty w kapitularzu, a stypendyści królewscy w sali lekcyjnej. Chórzyści, a wśród nich Bywater, udali się za panem Pye’em do zakrystii. Chłopcy stanęli w grupkach. Spodziewali się — posługując się ich określeniem — „afery”.
— Bywater, co znaczy twoje zachowanie? — zabrzmiało surowe pytanie dyrektora.
— Nie miałem komży, sir — padła odpowiedź Bywatera.
Był on chłopcem o zuchwałym wyglądzie i rumianej twarzy, przejawiającym skłonność do wplątywania się w „afery” i w konsekwencji do otrzymywania kary.
— Nie miałeś komży! — powtórzył pan Pye, gdyż takiego usprawiedliwienia nie podał nigdy wcześniej żaden uczeń. — Jak to?
— Polecono nam, abyśmy nałożyli czyste komże na dzisiejsze popołudnie. Przyniosłem swoją komżę do szkoły dzisiaj rano, zostawiłem ją w zakrystii, a brudną zabrałem do domu. Cóż, sir, gdy przyszedłem ją nałożyć dzisiaj po południu, zniknęła.
— Jak to zniknęła? Bzdury! Kto wziąłby twoją komżę?
— Ale ja naprawdę nie mogłem jej znaleźć, sir — powtórzył Bywater. — Chórzyści to poświadczą. Poszli do holu, żeby powitać sędziów, a ja zostałem tutaj szukać komży. Nie mogłem zająć miejsca w stallach, sir, i śpiewać hymnu bez komży.
— Hurst nie powinien był go śpiewać — brzmiała krytyczna odpowiedź dyrektora. — Wiesz, że straciłeś głos, Hurst. Powinieneś był zgłosić się do organisty, wyjaśnić sprawę i prosić o wybór innego hymnu.
— Ale, sir, spodziewałem się, że Bywater przyjdzie lada chwila. Myślałem, że znajdzie swoją komżę — bronił się Hurst. — A gdy nie przyszedł i zrobiło się za późno, żeby cokolwiek zrobić, pomyślałem, że będzie lepiej, jak sam zaśpiewam hymn, a nie jakiś młodszy chórzysta, który wszystko zepsuje. Lepiej, żeby sędziowie i inni goście usłyszeli w katedrze Helstonleigh głos, który się łamie, niż marny śpiew.
Dyrektor nic nie powiedział. Jak na razie wyjaśnienia Hursta wydawały się sensowne.
— I bardzo przepraszam za to, co powiem, sir — mówił dalej Hurst — ale mam nadzieję, że pozwoli mi pan z góry zapewnić, że ani ja, ani żaden z młodszych kolegów pod moją opieką nie maczał w tym palców. Bywater właśnie powiedział mi, że komża się znalazła i jak to wygląda, i z pewnością zostaniemy obarczeni winą. Chciałbym zapewnić, że nie mamy z tym spiskiem nic wspólnego.
Pan Pye otwarł szeroko oczy.
— Co znowu? — zapytał. — Co za spisek?
— Znalazłem potem komżę, sir — oświadczył Bywater. — Oto ona.
Wypowiedział te słowa znacząco, jakby przygotowując słuchaczy na zaskoczenie, i wskazał palcem na kąt zakrystii. Leżała tam czysta, ale zmięta i oblana atramentem komża. Dyrektor i pan Yorke, świeccy członkowie chóru i chórzyści stanęli wokół i oniemiali wpatrywali się we wskazany przedmiot.
— Zapłacą mi równowartość komży — odezwał się Bywater, a na jego zazwyczaj pogodnej twarzy przez chwilę malowała się złość.
— A na dodatek zostanie im wymierzona podwójna kara chłosty — wykrzyknął dyrektor. — Kto to zrobił?
— Wygląda, jakby została podwędzona celowo — wykrzyknął Hurst, posługując się szkolnym słownictwem, po czym pochylił się i ostrożnie dotknął komży palcem. — Wylano na nią atrament.
— Gdzie ją znalazłeś? — zapytał surowo dyrektor.
Nie żeby był zły na chłopców, którzy przed nim stali, ale odczuwał złość, że coś takiego w ogóle się zdarzyło.
— Znalazłem ją za przepierzeniem, sir — odparł Bywater. — Pomyślałem, że zajrzę tam, na wszelki wypadek, i rzeczywiście tam była. Przypuszczam, że nikt nie wchodził za to przepierzenie od co najmniej dwunastu miesięcy i jest tam kurzu po kostki.
— A ty nic o tym nie wiesz, Hurst?
— Absolutnie nic, sir — brzmiała żarliwa odpowiedź starszego chórzysty. — Gdy Bywater szepnął mi, co się stało, uznałem, że to sprawka jednego z chórzystów, i oskarżyłem ich o to. Wszyscy jednak zdecydowanie zaprzeczyli i wierzę, że mówili prawdę. Kazałem im ręczyć za to honorem.
Dyrektor przyjrzał się chórzystom. Na każdej twarzy malowała się nie wina, a niewinność, więc tak jak Hurst uznał, że sprawcy musi szukać gdzie indziej. Ponad wszelką wątpliwość był za to odpowiedzialny któryś z uczniów. Z powodu niechęci wobec Bywatera albo ochoty na spłatanie figla. Stypendyści królewscy nie mieli czego szukać w zakrystii, ale właśnie w tymczasie w katedrze odbywał się remont i mogli tu wejść o dowolnej porze dnia, ponieważ dla wygody robotników drzwi nie zamykano.
Dyrektor opuścił zakrystię. Tłum wyszedł z katedry, pozostawiając za sobą jedynie kurz na dowód tego, co się wydarzyło, a dzwony ponownie rozbrzmiały, niosąc melodię na całe miasto. Pan Pye przeszedł przez nawę i opuścił katedrę drzwiami prowadzącymi na krużganki. Za nim szli chórzyści. Sala lekcyjna, kiedyś duży refektarz zakonników w czasach zakonu, znajdowała się po przeciwnej stronie krużganków. Było to duże pomieszczenie, do którego wchodziło się po schodach i w którym okna znajdowały się wysoko nad posadzką. Gdyby ktoś wspiął się do takiego okna i wyjrzał na zewnątrz, jego oczom ukazałby się piękny widok. Pod murami katedry wiła się przejrzysta rzeka, w dali za jej zielonym brzegiem ciągnęły się jeszcze zieleńsze łąki, a słynne piękne wzgórza znaczyły linię horyzontu. Bliżej znajdowały się należące do prebendy domy, niektóre zbudowane z czerwonego kamienia, inne porośnięte bluszczem, a wszystkie w szacownym wieku. Większość z nich otaczały przyjemne ogrody, a nad nimi górowały stare wiązy, dając schronienie gawronom, które zdawały się równie stare jak drzewa.
Stypendyści królewscy byli w sali, pakując komże do tornistrów albo przygotowując się do drogi do domu z komżami przerzuconymi przez ramię. Czynili przy tym taki harmider, że zaniepokoili gawrony. Na widok dyrektora zapadła grobowa cisza. Podczas dni wolnych — a to był dzień wolny — zjawienie się dyrektora w szkole po nabożeństwie było czymś niezwykłym. Szkoła została założona na mocy edyktu królewskiego — liczbę uczniów ograniczono do czterdziestu. Zwani byli oni stypendystami królewskimi, a dziesięciu spośród nich, o najlepszych głosach, wybierano na chórzystów. Dyrektor podszedł do swojego biurka i uczynił znak, nakazując chłopcom, by się zbliżyli. Zwrócił się do głównego seniora — seniora szkoły:
— Gaunt, w zakrystii miało miejsce pewne zdarzenie, a dotyczyło komży Bywatera. Czy wiesz coś o tym?
— Nie, sir — padła szybka odpowiedź. Gaunt należał do tych, którzy brzydzili się kłamstwem.
Dyrektor powiódł wzrokiem wkoło.
— A kto wie?
Nie było odpowiedzi. Chłopcy patrzyli się na siebie, a w grupie zdawało się dominować nieme zaskoczenie.
Pan Pye mówił dalej:
— Bywater wyjaśnił, że zostawił dzisiaj rano czystą komżę w zakrystii. Po południu znaleziono ją rzuconą za przepierzenie, zwiniętą, bez wątpienia celowo, i częściowo oblaną atramentem. Pytam, kto to zrobił?
— Ja nie, sir — wyrwało się nieomal jednocześnie z ust większości chłopców.
Seniorzy, których oprócz Gaunta było trzech, milczeli. Nie stanowiło to nic niezwykłego, ponieważ seniorzy, jeśli bezpośrednio nie zwracano się do nich z pytaniem ani nie zarzucano im uchybienia, nie mieli w zwyczaju dobrowolnie czemukolwiek zaprzeczać.
— Myślę, że musiał to być rezultat nieszczęśliwego wypadku — kontynuował dyrektor. — To niewiarygodne przypuszczać, że którykolwiek z was chciałby złośliwie zniszczyć komżę. Jeśli tak było, niech ten chłopiec, kimkolwiek jest, przyzna się do tego honorowo, a ja mu wybaczę. Wnioskuję, że atrament musiał się rozlać na komżę przypadkowo, jak mówię, i że sprawca, z konsternacji, zwinął komżę i ukrył ją za przepierzeniem. Byłoby bardziej uczciwe, bardziej zgodne z tym, jak chciałbym was widzieć — do głębi prawdomównych i honorowych — gdyby się do tego przyznał. Strach, jaki opanował go w tamtej chwili, mógł jednak zmącić jego dobry osąd. Niech się przyzna teraz i wybaczę mu, chociaż oczywiście będzie musiał zapłacić Bywaterowi za nową komżę.
Głucha cisza.
— Słyszycie mnie, chłopcy? — zapytał surowo dyrektor.
Żadnej odpowiedzi. Nic, tylko nieprzerwana cisza. Dyrektor wstał, a jego twarz przybrała bardziej surowy wyraz.
— Słuchajcie dalej, chłopcy. O tym, że to jeden z was, jestem przekonany. A to, że nikt nie chce się przyznać, zmusza mnie do podejrzenia, że to nie był wypadek, ale zaplanowany, niegodziwy czyn. Ostrzegam teraz tego, kto to zrobił, że jeśli uda mi się znaleźć autora lub autorów tego czynu, on albo oni zostaną ukarani z najwyższą dozwoloną w regulaminie szkoły surowością, pomijając jedynie wydalenie ze szkoły. Seniorzy, proszę was o pomoc. Przyjrzyjcie się tej sprawie.
Dyrektor opuścił salę, w której jak w wieży Babel — padały pytania, żarliwe zaprzeczenia, protesty, chłopcy krzyczeli jeden przez drugiego. Bywater został otoczony.
— Czeka nas popisowa chłosta! Bywater, kto to zrobił? Wiesz?
Bywater usiadł okrakiem na końcu ławki i skinął głową. Główny senior zwrócił się do niego, a w jego spojrzeniu i głosie dało się wyczuć lekkie zdziwienie.
— Wiesz, Bywater?
— Jestem prawie pewien, Gaunt. Jest dwóch osobników w tej szkole, jeden w twojej, a jeden w drugiej ławce, i przypuszczam, że każdy z nich chętnie by mi zaszkodził, gdyby mógł. To był jeden z nich.
— Kogo masz na myśli? — zapytał niecierpliwie Gaunt.
Bywater się roześmiał.
— Dziękuję bardzo. Jeśli powiem ci teraz, udaremni to wymierzenie sprawiedliwości, jak piszą w gazetach. Poczekam, aż będę pewien — a potem niech ten osobnik ma się na baczności. Ja nie będę miał nad nim litości i przypuszczam, że Pye podobnie.
— Nigdy się nie dowiesz, jeśli nie dowiesz się od razu, Bywater — zawołał Hurst.
— Doprawdy? Przekonasz się — padła znacząca odpowiedź. — Stąd do zakrystii w katedrze jest spory kawałek i trudno byłoby komuś zakraść się tam i z powrotem i nie zostać zauważonym. Ktoś zrobił to ukradkiem, zauważ, a gdy ludzie podejmują się ukradkowych czynów, zawsze ktoś ich zobaczy.
Zanim skończył mówić, dwunastoletni chłopiec o wytwornym wyglądzie, delikatnych rysach twarzy, z nieznacznym rumieńcem i falującymi kasztanowymi włosami nagle się zerwał.
— No przecież! — wykrzyknął. — Widziałem… — I wtedy nagle zamilkł, poczerwieniał gwałtownie, a potem znowu zbladł. Chłopiec miał niezwykle piękną twarz, subtelną niczym dziewczyna, dzięki czemu zyskał sobie w szkole przydomek „Panna”.
— Co się dzieje, Panno Charley?
— A nic, Bywater.
— Charleyu Channing! — wykrzyknął Gaunt. — Wiesz, kto to zrobił?
— Gdybym wiedział, Gaunt, i tak bym nie powiedział — zabrzmiała odważna odpowiedź.
— Czy wiesz, Charleyu? — zawołał Tom Channing, jeden z seniorów w szkole.
— Jaki sens ma pytanie tej żałosnej niezdary? — wtrącił Gerald Yorke. — To tylko dziewczyna. Skąd wiesz, że to nie ktoś ze świeckich członków chóru, Bywater? Na pewno noszą atrament w kieszeniach. Albo któryś z murarzy mógł wejść do zakrystii.
— To nie był świecki członek chóru i to nie był murarz. — Bywater pokiwał stoicko głową. — To był uczeń. I namierzę go, gdy tylko upewnię się co do swoich podejrzeń. Obecnie jestem pewien w trzech czwartych.
— Charley Channing kogoś podejrzewa, to pewne jak to, że dwa razy dwa jest cztery — zawołał Hurst, który bacznie przyglądał się chłopcu. Potem opuścił gwałtownie dłoń na biurko i powiedział: — Daj spokój, Panno Channing, puść farbę. To wstyd, że chórzyści kłamią w takiej sprawie. I oczywiście my też tak się zachowamy wobec Pye’a.
— Siedź cicho, Hurst, i zostaw Pannę Charley w spokoju — wycedził Bywater. — Nie chcę, żeby on czy ktokolwiek inny został zbity na kwaśne jabłko. Sam się dowiem, powiedziałem. Ale moja sędziwa ciotka wpadnie w niezłą furię, gdy zobaczy moją komżę i dowie się, że musi mi uszyć nową! A ty, Hurst, nieźle skrzeczałeś w tym solo! Ichmoście w perukach będą prosić o twoje zdjęcie na pamiątkę.
— Mam nadzieję, że oprawią je w diamenty — zripostował Hurst.
Chłopcy jeden po drugim opuścili salę i nakładając birety, zbiegli z hałasem po schodach. Charley Channing usiadł w krużganku na stosie książek, jakby chciał, żeby reszta go wyprzedziła. Gdy tak siedział, ujrzał go brat. Podszedł do chłopca i odezwał się półgłosem:
— Charley, znasz zasady obowiązujące w szkole. Żaden z uczniów nie może donosić na drugiego. Jak powiedział Bywater, zostałbyś zbity na kwaśne jabłko.
— Słuchaj, Tom. Mówię ci…
— Trzymaj język za zębami, chłopcze! — zawołał ostro Tom. — Zapomniałeś, że jestem seniorem? Słyszałeś, co mówił dyrektor. W szkole nie jesteśmy braćmi, nie wolno ci o tym zapominać.
Charley się roześmiał.
— Tom, musisz myśleć, że jestem dzieckiem. Nie zjawiłem się w tej szkole wczoraj. Chciałem powiedzieć ci tylko tyle, że tak samo jak ty nie wiem, kto poplamił komżę atramentem, a podejrzenie nic nie znaczy.
— W porządku — odrzekł Tom Channing i pobiegł za kolegami.
Charley siedział zaś dalej zatopiony w myślach.
Głównym seniorem w szkole, jak słyszeliście, był Gaunt. Pozostali trzej seniorzy, Tom Channing, Harry Huntley i Gerald Yorke, cieszyli się sporą władzą, ale nie można jej było nawet porównać do wpływów, jakie miał Gaunt. Cała trójka rozpoczęła naukę w szkole w tym samym dniu, dotrzymując sobie kroku i zdobywając coraz silniejszą pozycję. W rezultacie o żadnym z nich nie można było powiedzieć, że przoduje. Gdy Gaunt opuści szkołę przed rozpoczęciem nadchodzącego trymestru jesiennego, jeden z tej trójki zostanie głównym seniorem. Pewnie jesteście ciekawi który? No cóż, za wcześnie zgadywać.
Charley Channing — prawdomówny, dobry chłopiec o nieskazitelnym charakterze, uprzejmy i uczuciowy z natury, a na dodatek ulubieniec wszystkich — siedział pochylony na książkach. Pragnął z całego serca nigdy nie zobaczyć tego, co dzisiaj widział. Przemierzał krużganki po południu, mniej więcej w czasie, gdy całe Helstonleigh, w tym wszyscy uczniowie, wyległo na ulice, żeby oglądać procesję szeryfa, i widział, jak jeden z seniorów przemknął ukradkiem — Bywaterowi udało się to określenie — z katedry do pogrążonych w ciszy krużganków, rozejrzał się dookoła, a potem wyrzucił rozbity kałamarz na cmentarny dziedziniec. Następnie oddalił się, nie zauważając Charleya, i oto Charley siedział teraz i usiłował przekonać sam siebie, naginając zręcznie fakty — i niestety zdawał sobie sprawę, że je nagina — iż ten senior nie jest winny, że obecność tam kałamarza była uzasadniona i że ów chłopiec wyrzucił go, ponieważ kałamarz był rozbity. Charles Channing nie lubił tych nieprzyjemnych sekretów. W szkole obowiązywał kodeks honorowy — tak nazywali go chłopcy — który mówił, że żaden z uczniów nie może donosić na drugiego, a gdyby dyrektor kiedykolwiek posunął się do tego, żeby wezwać seniorów na pomoc, chłopcy ci czuliby się zobowiązani do wyjawienia sekretu, gdyby go poznali. Dlatego Tom Channing tak pospiesznie powstrzymał słowa swojego brata.
„Ciekawe, czy dojrzę tam kałamarz?”, zadał sobie pytanie Charles. Wstał ze stosu książek i pobiegł wzdłuż krużganków w pewne miejsce. Tam wykonał zręczny skok, sadowiąc się we wnęce arkadowego okna. Zamknięty kwadratowy dziedziniec wypełniony był dość szczelnie płytami nagrobnymi, wokół których rosła wilgotna trawa, nigdzie nie było jednak widać śladu kałamarza.
— Po jakie licho tam siedzisz? Schodź natychmiast. Pamiętasz przecież aferę z powodu niszczenia ścian.
Mówiącym był Gerald Yorke, który podszedł do niego bezszelestnie. Młody Channing nie ośmielił się otwarcie go nie posłuchać, ponieważ seniorzy egzekwowali posłuszeństwo w szkole i poza nią.
— Już schodzę, sir. Nie pobrudziłem ściany.
— Czego szukałeś? Co można tam dostrzec? — zapytał Yorke.
— Nic konkretnego. Szukałem czegoś, czego nie mogę dostrzec — odparł zdecydowanie Charley.
— Słuchaj, Panno Channing. Nie do końca jest dla mnie zrozumiałe twoje dzisiejsze zachowanie. Byłeś bardzo tajemniczy w szkole, przed chwilą, w sprawie tej afery z komżą. Kto wie, może ty jesteś w to zamieszany?
— Myślę, że pan może to wiedzieć — odparł Charley, zeskakując z okna. — Jest bardziej prawdopodobne, że pan jest w to zamieszany, nie ja.
Yorke chwycił chłopca i trzymał go mocno za marynarkę.
— Ty zuchwały łobuzie! Co masz na myśli? Nie ruszysz się stąd na krok, dopóki mi nie powiesz.
— Powiem panu, sir, wolę panu powiedzieć — zawołał chłopiec, zniżając głos do szeptu. — Byłem tutaj, gdy dzisiaj po południu pojawił się pan w drzwiach college’u, rozejrzał się ostrożnie, a następnie widziałem, jak podszedł pan do tej niszy i wyrzucił kałamarz.
Twarz Yorke’a oblał szkarłatny rumieniec. Chłopak był wysoki i mocno zbudowany, miał jasną cerę, grube, mocno zarysowane wargi i czarne włosy — zapowiadał się na Herkulesa. Trzeba jednak przyznać, że wszyscy Yorke’owie mieli imponujące sylwetki. Pozwolił młodemu Channingowi zasmakować swojej siły — potrząsnął nim, a chłopiec był w jego rękach jak trzcina.
— Ty żałosny skrzacie! Wiesz, kogo nazywa się ojcem kłamstw?
— Proszę mnie puścić, sir. To nie jest kłamstwo i dobrze pan o tym wie. Ale obiecuję na mój honor, że na pana nie doniosę. Zachowam to w sekrecie, na zawsze, jeśli tylko będzie to w mojej mocy. Mam straszną wadę, że czasami potrafię się zupełnie bezmyślnie wygadać — dodał sprytnie. — Wiem, że tak jest. Ale postaram się dochować tej tajemnicy. Nie musi się pan unosić, sir. Nie mogłem nic na to poradzić, że pana widziałem. To nie moja wina.
Twarz Yorke’a zrobiła się purpurowa ze złości.
— Charlesie Channing, jeśli nie odwołasz tego, co powiedziałeś, zbiję cię do nieprzytomności.
— Nie mogę tego odwołać! — zabrzmiała odpowiedź.
— Nie możesz! — powtórzył Yorke, chwytając Channinga jak sęp porywający gołębia. — Jak śmiesz zadawać kłam moim słowom, stojąc przede mną? Odwołaj to kłamstwo.
— Stoję przed Bogiem, Yorke, tak samo jak przed tobą, i nie będę kłamał — zawołał chłopiec nabożnie.
— W takim razie zasłużyłeś sobie na lanie! Nauczę cię, co to znaczy wymyślać historie! Ja ci pokażę…
Yorke przerwał nagle i opuścił ręce. W drzwiach domu dziekana prowadzących do prywatnej części krużganków pojawił się właśnie i ruszył w ich stronę jeden z prebendarzy, doktor Gardner. Spojrzał on karcąco na Yorke’a, bez słowa, a mały Channing musnął dłonią biret na powitanie doktora, podbiegł do miejsca, w którym zostawił książki, chwycił je i wybiegł z krużganków, kierując się do domu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Cytaty Biblii przytaczane w książce pochodzą z wydania: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallotinum, Poznań 2000. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
1. Poplamiona komża
