49,99 zł
TU NIE MA MIEJSCA NA LITOŚĆ ANI KOMPROMISY
1848 rok, dwa lata po krwawym powstaniu krakowskim. Miasto znów zaczyna płonąć gniewem, a w mrocznych zaułkach polityczny ferment miesza się z plotką o zaginionym skarbie.
Gdy w grę wchodzą pieniądze, wielu wyciąga po nie ręce.
Maks Krom mógłby sobie za nie kupić spokój. Ten bezwzględny zabijaka, wtrącony do więzienia za udział w rewolucji właśnie wychodzi na wolność. Nie zamierza umierać za idee, w które przestał już wierzyć. Niestety jego dawny przyjaciel, hrabia Hipolit Zdański, ma inny plan – szykuje kolejne revolterium.
Kiedy na ulicach szepty przechodzą w buntownicze krzyki, pora na nowe układy. W tych niespokojnych czasach byle złodziej lub rzeźnik może zostać przywódcą ludu. Każdy, nawet pyskata baronówna, prowadzi tu swoją własną rewoltę. Czy prawdziwa walka o władzę rozegra się w wawelskich komnatach, czy w buduarze tajemniczej Madame?
Kto okaże się przyjacielem, a kto wbije nóż w plecy?
Ile zbrodni trzeba popełnić, by przeżyć?
I czy stawką w tej grze będzie wolność, fortuna czy miłość?
Autor łączy awanturniczy rozmach, klimat Peaky Blinders i tarantinowską intrygę, by stworzyć historię, która pulsuje napięciem i dramatyzmem, a jednocześnie ukazuje brutalną historyczną prawdą. To opowieść o lojalności i cienkiej granicy między honorem a zbrodnią.
*
„Prawie nikt nie jest tu niewinny, świat tonie w smrodzie licznych grzechów głównych, a na każdego czekają wątpliwe moralnie kompromisy, pokusy nie do odparcia i zbrodnie, które trzeba popełnić, by przeżyć (albo zginąć z resztką honoru).”
Piotr Kofta
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 554
Data ważności licencji: 1/28/2032
Copyright © by Bernard Gromek
Projekt okładkiTomasz Majewski
Fotografie na okładce i zadruku wewnętrznym©Nick Dolding/ Getty Images, © ZU_09/iStock, © wikimedia commons
Fotografia autora© Michał Lichtański | mili studio
Redaktorka inicjującaPaulina Jóźwik
Redaktorka prowadzącaDominika Ziemba
Konsultacja historycznaKonrad Myślik
RedakcjaPaulina Jóźwik
AdiustacjaMagdalena Torczyńska-Moradi
KorektaMaria Zając, Anna Skóra
Opieka promocyjnaMonika Frankiewicz
Koordynatorka produkcjiHelena Piecuch
ISBN 978-83-8427-210-7
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Brama Więzienia Świętego Michała otworzyła się i na dziedziniec wyprowadzono kolejnych dwudziestu do zwolnienia. Szli niezdarnie, małymi kroczkami, w asyście pokrzykujących strażników. Pobrzękiwanie żelaza odbijało się od ścian muru otaczającego plac. Ustawiono ich w dwuszeregu i zdjęto łańcuchy.
Przy stoliku wąsaty oficer w granatowym mundurze straży więziennej uważnie wypełniał dokumenty.
– Rozbierać się! – krzyknął, patrząc w papiery przez mętne szkiełko monokla.
Strażnicy zebrali brudne i zawszone szmaty do wiklinowych koszy.
Cienka skóra opinała żebra więźniów. Ich piszczele się trzęsły, jakby zaraz miały pójść w drzazgi. Na tych drobnych ciałach kołysały się wielkie kudłate głowy. Wyglądali jak święci pustelnicy i asceci z odległych krain Azji. Ich brody sięgały zapadniętych piersi. Penisy skurczone od głodu i przymrozku marcowego poranka ledwie wystawały z kłębowisk włosów. Stali tak w milczeniu przygarbieni, rozdygotani. Wymęczone zbiory komórek w trybie czuwania.
Odległy wrzask tłumu, zlany w jeden dźwięk, rozchodził się nad całym dziedzińcem. Na taczkach przywieziono pękate płócienne worki opisane numerami i wysypano je przy oficerskim stoliku.
– Maksymilian Krom, einhundertfünfundzwanzig1 – odczytał szef straży.
Z drugiego szeregu wystąpiła wynędzniała postać.
– Tutaj podpis. – Oficer podał więźniowi pióro.
Wręczono mu worek z numerem, wydano dokumenty, po czym popchnięto kolbami pod główną bramę. Krom wysypał zawartość pakunku: wysokie buty, koszulę, wojskowe spodnie, długi czarny płaszcz, nietknięty od 1846 roku. Na poszarzałej koszuli zaschnięta krew utworzyła brązową skorupę. Wszystko cuchnęło wilgocią i pleśnią.
Gdy cała grupa była już przebrana, odryglowano bramę. Wrzask tłumu wdarł się z pełnym impetem, a żołnierze skierowali bagnety na stłoczonych ludzi.
– Wyłazić, schnell!
Krom jakby uderzył w wodę. Na Senackiej czyjeś ręce pochwyciły jego lekkie, kościste ciało i uniosły nad głowami wśród wiwatów i oklasków.
Płynęli ponad ludzką masą. W oknach powiewały biało-czerwone flagi. Mężczyźni zdejmowali przed nimi nakrycia głowy, kobiety rzucały kwiaty. A tych dwudziestu kołysało się sztywno na rękach pochodu jak kukły.
Na Rynku, pomiędzy kościółkiem Świętego Wojciecha a budynkiem Wielkiej Wagi, postawiono ich na ziemię. Powitania, przemowy, ściskanie dłoni. Potem wzięto ich pod ręce i rozpoczął się triumfalny pochód bohaterów dookoła kramów i odrapanej budy Sukiennic. Nogi bez mocy sunęły po bruku, ktoś ryczał coś do ucha, ktoś szarpał, poklepywał, to znów ciągnął za rękę. Przy Kościele Mariackim przez okrzyki przedarło się głośne, powolne zawodzenie: „Boooże, coś Pooolskę przez tak liczne wieeeki!”.
Kwiaty uderzyły Kroma w twarz. Opadły jak gałązki palmowe na Chrystusa wjeżdżającego do Jerozolimy. Ziemia zniknęła pod stopami i mężczyzna zawisł bezwładnie, jeszcze przez chwilę wleczony przez manifestantów.
– Proszę się rozstąpić i wpuścić nieco powietrza – odezwał się głos. – Wody, prędko!
Krom wynurzył się z ciemności. Po chwili ktoś podał mu drewnianą miskę. Blondwłosy młodzieniec w błękitnym surducie donośnym i zdecydowanym głosem zwrócił się do gapiów:
– Ja zajmę się bohaterem, który tyle za ojczyznę naszą wycierpiał, cesarskie więzienie to nie przelewki. Niech państwo będą łaskawi witać pozostałych, tutaj doktora potrzeba. – Pochylił się nad siedzącym na bruku. – Maksymilianie, to ja, poznajesz mnie?
– Zdański? – Krom wpatrywał się nieprzytomnie w uśmiechniętą twarz młodzieńca. Ten pozbierał go z ziemi, otrzepał i wziął pod rękę.
– Ledwom cię poznał, wszyscy wyglądacie jednako, biedaczyska. Wyobraź sobie, że przyjechałem z Londynu przez Paryż i Berlin dwa dni temu. Jak tylko dowiedziałem się, że was uwolnią, przybiegłem na Rynek, by cię odnaleźć, stary towarzyszu.
– Co tu się dzieje? – Krom rozglądał się, jakby nie wiedział, gdzie się znajduje.
– Zaraz wszystko ci wyłożę, ale nie tutaj. Znam miejsce na Kleparskiem, gdzie spokojnie porozmawiamy. Ja zatrzymałem się u Pollera, ale tam ściany mają uszy, nie wiadomo, kto swój, a kto policyjny szpicel, tyle różnej maści figur zjeżdża teraz do Krakowa, a i obsługa mogłaby mieć obiekcje, gdybyś w takim stanie się zjawił.
Poszli powoli Floriańską ku dawnej bramie miejskiej, przez Plantacje, minęli Rondel, aż dotarli do Kleparskiego Przedmieścia z okazałym placem targowym i lichymi domkami krytymi gontem. Przy ulicy szerokim rynsztokiem płynęły razem z moczem gnijące resztki jarzyn. Wzdłuż tej cuchnącej rzeczki siedzieli żebracy wyciągający ręce i bawiły się bose dzieci. Smród rynsztoka mieszał się z ostrą wonią perfum Hipolita Zdańskiego. Ten jedną ręką prowadził Kroma, a drugą kurczowo trzymał się za kieszeń w obawie przed złodziejami. Tak przeciskali się między wozami i zbitymi z desek straganami, wśród jazgoczących przekupek. Przez labirynt przeróżnych kramów przelewał się pochód plotkujących i robiących sprawunki służących i kucharek z zamożnych krakowskich domów.
– Jeść, jeść… – jęczał Krom, patrząc na rozłożone bochny chleba prądnickiego i sterty kartofli. Co rusz zataczał się i wpadał na przechodniów.
– O, patrzajcie go, lizie toto pijane! – Jakaś kobiecina się wściekała. – Franusia! Może to do ciebie kawaliry, jeden piżmem, drugi gównem śmierdzi!
Gromki śmiech rozległ się wokoło.
– Z drogi, baby durne! – Zdański rozepchnął tłum łokciem i w końcu wydostali się z niego po drugiej stronie placu, w pobliżu Kościoła Świętego Floriana. – No, teraz wreszcie coś zjesz, Maks, oto i nasze miejsce. – Wskazał na obskurną drewnianą budę. – Właściciel to zaufany człowiek, oddany sprawie. Przesiadują tu paupry i kurwy, ale nikt nas nie tknie, Jozafat już o to zadbał. Zatrzymasz się tutaj, póki nie znajdziem czego zdatniejszego. Oczywiście fundusz jest, Towarzystwo Demokratyczne płaci.
Od progu uderzył ich odór spalonego tłuszczu, przetrawionego alkoholu i potu. Krom poczuł zawrót głowy i się zachwiał. Ślina pociekła mu po długiej brodzie. Cierpka woń zdawała mu się najwspanialszym zapachem, jaki kiedykolwiek czuł. Nasycał się nią i trząsł cały, wyłapując wzrokiem resztki jedzenia na brudnej podłodze.
– Witam wyczekiwanych gości! – zawołał karczmarz, chudy, zasuszony mężczyzna w średnim wieku. Jego ogolona na łyso głowa błyszczała jak wypolerowana i mocno kontrastowała z wielkimi, ciemnożółtymi zębiskami i fartuchem poplamionym piwem i zwierzęcą krwią.
– Jozafacie, czy stół przygotowany? – spytał Hipolit.
– Oczywista, bardzo proszę, tutaj nikt nie będzie przeszkadzał. – Wskazał ławę w rogu izby. – Co podać?
Zdański spojrzał na Kroma pytająco.
– Coś miękkiego, nie mogę gryźć, zęby wybili, reszta sama wypadła.
– Kaszanka z chlebem i dwa piwa – zaordynował Zdański, zdjął cylinder i rozsiadł się przy ławie.
Po chwili przed Kromem postawiono miskę gorącej kiszki smażonej z cebulą i kilka kromek chleba. Rzucił się na to danie zaciekle, parząc sobie dziąsła wraz z podniebieniem i pojękując przy tym z bólu oraz rozkoszy. Cały świat nagle rozbłysnął kolorami, wszystko nabrało ostrości, a dźwięki stały się wyraźne. Teraz dopiero zobaczył ściany z wielkich bali i wpadające przez brudne okna smugi światła.
Wokół rozbrzmiewały gwar i pijackie przyśpiewki, pobrzękiwały naczynia. Znad butelczyn przez kłęby dymu tytoniowego wyzierały zdeformowane alkoholem gęby pauprów i prostytutek.
Nagle twarz Hipolita wydała mu się bardziej znajoma. Starannie zaczesane blond włosy sięgające za ucho, jasne, przenikliwe oczy w kolorze jego eleganckiego surduta i szeroki uśmiech, który w tej chwili zniknął.
– Ejże, tyle wystarczy, bo żołądek ci pęknie i umrzesz. – Wyrwał Kromowi miskę.
– Piwo dla wielmożnych panów! – Karczmarz postawił przed nimi dwa kufle z wysoką pianą.
– Najdroższy Jozafacie, to jest pan Maksymilian Krom, bohater sprawy narodowej. – Hipolit stuknął szkłem o kufel Maksa i pociągnął łyk trunku. – Zakwaterujcie go na piętrze, tak jak było umówione. Trzeba przygotować kąpiel, posłać po balwierza i doktora Schwartza z temi specyfikami na wszy, no i oczywiście jakie ubranie wynaleźć. Tutaj powierzam fundusze, zgodnie z umową. – Wsunął dyskretnie zawiniątko pod brudny fartuch karczmarza.
Jozafat ukłonił się i zniknął, by załatwiać rzeczone mu sprawy.
– Wszystko to bardzo zacnie z twej strony i Towarzystwa, Hipolicie, ale bądź łaskaw mi wytłumaczyć, co za wypadki tu zaszły. – Krom spojrzał pożądliwie na odebraną mu kaszankę.
– A nic takiego, parę awanturek w Europie i hyc, jesteście wolni. Metternicha z Wiednia wypędzili, lud dostał konstytucję, to i tutaj gorączka wybuchła i wymusili wasze zwolnienie. Teraz domagają się gwardii narodowej, więc jak nic nowa awantura się szykuje.
– Odeszła mi ochota na podobne zabawy. – Mętny wzrok Kroma ślizgał się po sali.
Dwóch obdartusów przeszukiwało leżącego pod ławą jegomościa, całego w wymiocinach.
– Nie spodziewałem się takiego usposobienia, Maks. Złamali cię? Co by na to powiedział Edward?
– Edward… – Krom usłyszał swój głos jakby z boku, i z boku zobaczył siebie, idącego w długiej procesji, z której sterczały niesione krzyże i chorągwie.
Wzgórza Krzemionek otworzyły wielką, świecącą kłami paszczę. Most Kutschery uniósł się nad zamarzniętą wstęgą Wisły i wpełzł w ten potężny pysk. Pijackie zawodzenia rozlały się w głowie Kroma, po czym dołączyły do nich płaczliwe babskie zaśpiewy. Zdeformowane gęby oprychów przy sąsiednim stoliku wydobyły z siebie przeciągle: „Gaude, mater Polonia. / Prole fecunda nobili”.
– Ponoć żaden z was ciała nie rozpoznał i Austriacy nadal go szukają w kraju i po Europie. – Zdański oparł się o blat.
– Ciała nazbyt już zgniły. Nie sposób było rozpoznać… – Krom potrząsnął głową. – Hipolicie, czy oni naprawdę to śpiewają?
Obdartusy podniosły za ręce i nogi bezwładne ciało pijanego. Przenieśli go przez całą karczmę, przewracając po drodze butelki na stołach, a potem rozkołysali i cisnęli przez otwarte drzwi.
– Co śpiewają? Cóż ty bredzisz, Maks? – Hipolit podrapał się w głowę. – Posłuchaj, z tej ruchawki nic nie będzie i nie po tom tu przyjechał, by się w to wdawać. Austriacy teraz przystaną na wiele, może nawet i na gwardię narodową, a jak tylko sytuacja w Wiedniu się wyklaruje, wyrżną wszystkich. Z Polakami i garstką zbuntowanych Żydków nikt się rachował nie będzie.
Krom popatrzył na twarz Zdańskiego, ale jego spojrzenie odbijało się nieprzytomnie i wracało w głąb przez oczy. Wpełzało do mózgu, gdzie wiotkie, pokrwawione ciała spadały w wykopane doły, a sterczące ze stert zwłok ręce i nogi przypominały trzęsące się cielsko olbrzymiego pająka.
– Maks, co z tobą? – Zdański pociągnął łyk piwa, unosząc brew.
– To w czyim imieniu występujesz, Hipolicie, gdyż mniemałem, że przysyła cię Towarzystwo? – Krom przetarł dłonią zaciśnięte powieki, jakby coś z nich zmazywał.
Oprychy znów nuciły niezrozumiałą pijacką przyśpiewkę.
– Oficjalnie jestem emisariuszem Towarzystwa Demokratycznego, lecz chcę złożyć to wszystko na powrót do kupy na własną rękę i potrzebuję do tego ludzi.
– Więc mówię ci, Hipolicie, że ja z tem już skończyłem. Nie było cię pod Gdowem, nie widziałeś tych stosów trupów, tych łbów odrąbanych i nie spędziłeś dwóch lat w więzieniu. Wyjechałeś zaraz na początku.
– Och, już nie pozuj. – Zdański z uśmieszkiem nachylił się nad stołem. – Przede mną nie musisz udawać, że nie masz w trupach upodobania. A wyjechałem, bo Edward powierzył mi sprawy agitacyjne.
– Znam ja te sprawy. Jeździć, opowiadać kłamstwa. Edward wymyślał te komitety i partie, których nigdy nie było. Mówił pięknie o chłopach, jak razem weźmiemy wolność. A potem ci chłopi Wiesiołowskiego przerżnęli na dwoje.
– Pal licho Edwarda i jego chłopów! – Zdański duszkiem opróżnił kufel. – Jeśli już tak są przegnili i bezwolni, to niech giną wraz ze swojemi pany. – Wyciągnął z kieszeni surduta jakieś papiery i położył na stole. – Świeżutkie, spod prasy, jeszcze czuć farbę drukarską. – Pogładził kartki z namaszczeniem.
Krom rzucił okiem na ów dokument w języku niemieckim i na głos przetłumaczył pierwszą linijkę:
– „Straszne widmo zawisło nad Europą – widmo komunizmu”2.
– Otóż to, Maks. – Zdański się podekscytował. – To manifest komunistów pióra pana Karla Marksa, którego miałem przyjemność poznać zeszłego roku w Londynie w towarzystwie niejakiego pana Engelsa. Było to przy okazji pięknej manifestacji poparcia sprawy polskiej w rocznicę rewolucyi listopadowej, urządzoną przez Związek Komunistów.
– No cóż, jedni siedzieli w więzieniu, a inni w Londynie – wysyczał Krom przez zaciśnięte dziąsła.
Zdański puścił to mimo uszu, zajęty wertowaniem kartek.
– Czytaj tutaj, w ostatniem rozdziale o wytycznych polityki komunistów w świecie.
– „W Polsce – zaczął Krom beznamiętnie – stają komuniści w obec partyi, która w agrarnej rewolucyi warunek widzi odzyskania niezależności narodowej, a więc obok partyi, co krakowską insurekcyję tysiąc osiemset czterdziestego szóstego do życia powołała”3.
– Widzisz? – Zdański klasnął w dłonie. – Nie wszystko poszło na zmarnowanie, pamięta o nas Europa, tylko musimy odbudować organizację.
– Komuniści, też coś. Czy kto w ogóle to w świecie czyta? Ile tegoż poszło do druku?
– Czy ty nie widzisz, Maks, że my żyjemy nadal w czasach feudalnych ze swoją zdurniałą szlachtą i chłopstwem równie zdurniałem? Cała Europa poszła już dalej. Przyszłość to przemysł, fabryki, kopalnie i ci, którzy pracę swoją tam sprzedają. Robotnicy, Maksymilianie, robotnicy. Pamiętasz, jak pięknie górnicy z Wieliczki nas poparli w czterdziestem szóstem?
Egzaltację Zdańskiego przerwał Jozafat, który pozbierał naczynia ze stołu i oznajmił, że już posłano po doktora i balwierza, a żona grzeje wodę na kąpiel.
– No cóż. – Zdański ochłonął. – Niezależnie od tego, czy przystaniesz do sprawy, przyjmij to małe wsparcie, należy ci się. – Położył na stole skórzany mieszek.
– Czemuż to akurat mnie zaszczyciłeś taką propozycją? – Krom zgarnął woreczek ze stołu.
– Nie tylko ciebie, Maksymilianie, ale prawdą jest, że wybieram tylko tych, których inteligencję najwyżej cenię. Poza tem jest jeszcze insza sprawa i chcę być z tobą szczerym. Być może trzeba będzie zastrzelić paru ludzi, a jesteś ku temu zdatny jak żaden.
Krom doskonale wiedział, o co chodzi Zdańskiemu. Pamiętał zimną, deszczową noc z dwudziestego na dwudziestego pierwszego lutego czterdziestego szóstego roku, gdy zaczęły się pierwsze walki. Byli wtedy razem w dziesięcioosobowej pikiecie, a Maks dowodził. Broni było niewiele. Zdański biegał w krakusce na głowie z nazbyt ciężką, postawioną na sztorc kosą, którą nie umiał się posługiwać. Krom był uzbrojony w dwa pistolety skałkowe, leciwe pamiątki po ojcu z powstania listopadowego, wysłużone i niewygodne w obsłudze. Nosił je załadowane i gotowe do strzału z zamiarem użycia tylko przy pewnym celu. Ponowne ładowanie w ogniu walki przez niedoświadczonego młodzieńca mogło kosztować życie.
Owej nocy, na skrzyżowaniu Świętej Anny i Jagiellońskiej, w rzęsistym deszczu, rozbrzmiewają komendy. Coś błyska. Rozlega się huk i biały gęsty dym spowija całą ulicę, zasłaniając wszystko. Gdzieś blisko przy uchu świst i zapach spalonego prochu. Krom słyszy za plecami stuk, jakby uderzenie kijem. Czyjeś ciało wali się na bruk. Jednym susem ze Zdańskim wpadają do bramy. Lade deine Waffe!4, słychać z czeluści. Migają wysokie czaka austriackiej piechoty. Kolejna salwa, tępe uderzenia, jakby ktoś rozbijał siekierą elewację, i tynk sypie się do oczu. Na środku ulicy, w kałuży, leży trup Wacława Soli. Łatwo poznać po pięknym stroju krakowskim, który miał specjalnie szyty do powstania. Zdański w panice mocuje się w bramie ze zbyt długą kosą, w końcu się kuli i wije pod ścianą, jakby chciał skurczyć swoje ciało. Wreszcie ktoś odpowiada ogniem. Kogoś trafili, bo zza ściany dymu i deszczu dobiega pełne bólu wycie. Krom zbiera się w sobie, wyskakuje na ulicę z pistoletem w garści. Widzi cel, ledwie zarys białego munduru, ale wystarczający na dobry strzał. Mierzy szybko, ale dokładnie, naciska spust i kurek zamka opada na panewkę. Tępy brzdęk – i nic. Próbuje wyjąć drugi pistolet, ale czyjeś ręce wciągają go z powrotem do bramy. Feuer!5, słyszy czyjeś wołanie. Jeszcze raz kule tną kamienicę. Słychać szum deszczu, oddalające się wycie rannego i stukot butów uciekającej w stronę Rynku piechoty. Tam generał Collin będzie trzymał pod bronią swoich zziębniętych, wystraszonych ludzi, by następnego dnia wycofać się z miasta.
Powstańcza pikieta zawraca w stronę Plantacji, by zdać meldunek czekającemu z oddziałem dowódcy. Krom patrzy na wleczone przed nim ciało Wacka Soli. Piękny kaftan z guzikami z masy perłowej, uwalaną błotem czerwoną podszewkę nowiutkiej sukmany. Szuka dziury po kuli, ale nic nie dostrzega. Nawet krew znikąd nie cieknie. Podniecenie i jakaś moc rozsadzają go od środka. A do tego dziwne uczucie żalu i złości z powodu wadliwej broni. W ustach sucho i pełno, jakby przeżuwał łyżkę mąki.
– Daj wody! – chrypi Krom, nie poznając własnego głosu.
Zdański odpina manierkę, dygocąc. Widać, jak ze wszystkich sił próbuje nad sobą zapanować, ale jego ciało robi, co chce, trzęsąc nim na wszystkie strony. Kosy już nie może utrzymać i ciągnie ją za sobą po ulicy. Wzdłuż masywnego gmachu Kościoła Świętej Anny kilku Krakusów prowadzi pulchnego mężczyznę w średnim wieku. Jest dobrze ubrany, ale bez cylindra, z wąsami i pokaźnymi faworytami. Z rozciętego łuku brwiowego gęsto cieknie mu krew. Co rusz któryś z prowadzących uderza go pięścią w twarz lub daje kopniaka.
– Co tu się dzieje? – pyta Krom tonem dowódcy.
– Szpieg, panie chorąży, kurwa cesarska!
– Jasznie fielmoszne panhowie, ja nie wynien, bitte, das ist ein Fehler6! – jęczy tłuścioch, dysząc ciężko.
– Stul pysk, kurwysynu, bo tu żadnych jaśnie panów nie ma! Wszyscyśmy równi! – Krom wciąż nie poznaje swojego głosu. Łokciem uderza mężczyznę, łamiąc mu nos, aż słychać chrupnięcie.
– Znaleźlimy przy nim ten manuał. – Kosynier pokazuje zapisane kartki.
Krom oczyma bez życia i emocji wpatruje się w przerażoną, zakrwawioną twarz. Nagle szybkim ruchem wyjmuje załadowany pistolet i wypala prosto w skroń aresztanta. Tym razem broń działa jak trzeba. Wraz z hukiem buchają gryzące kłęby dymu. Człowiek gwałtownie zgina się wpół i bezwładnie pada na schody kościoła. Szarpią nim groteskowe spazmy. Tłuste ciało wije się, jakby chciało wpełznąć po schodach, zastyga i na powrót zaczyna swój dziwny taniec.
– Aleś pan mu dał! – woła kosynier i spluwa na zwłoki.
Krakusi zebrani wkoło konającego wybuchają gromkim śmiechem.
– Wiwat pan chorąży! – Unoszą w górę krakuski połyskujące pawimi piórami.
Jedynie Zdański nadal dygoce i łapie powietrze w szeroko otwarte usta. Obserwuje, jak Krom z zimną ciekawością pochyla się nad trupem, ogląda jego rozwarte oczy i tryskającą pod ciśnieniem wąziutką strużkę krwi z przestrzelonej czaszki. W końcu Maks, jakby zmieszany swoim zachowaniem, drapie się w głowę gestem małego chłopca i prosi o notatki szpicla. Zdański z twarzą w kolorze ściany kościoła, o którą się oparł, wymiotuje. Ciało całkowicie już odmawia mu posłuszeństwa. Osuwa się na ziemię.
Później często będzie w oddziale obiektem drwin z tego powodu. Niedługo potem wyjedzie z polecenia Dembowskiego.
– Tak, nigdy nie nadawałeś się do zabijania, Hipolicie. – Krom uniósł kufel nad głowę, po czym zanurzył usta w pianie.
– Każdy ma swoją robotę – odparł Zdański. – A tak z ciekawości, co było w manuale tego szpicla, coś go wtedy na Anny ukatrupił?
– Żaden tam szpicel, ot, aktor z teatru. Miał przy sobie kawałki tekstu z Króla Leara i był Niemcem. Ci kosynierzy z Krzeszowic przecie czytać nie umieli.
– Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą! – Zdański się roześmiał. – No, późno już, twoja kąpiel pewno gotowa. Zastanów się nad moją propozycją. Znajdziesz mnie jutro w południe przed Kolegium Nowodworskiego. Dużo się tam dzieje, muszę być na bieżąco ze wszystkiemi sprawami. Potem odwiedzimy grób Edwarda i towarzyszy. Zezwolono na postawienie nagrobka, będzie mała uroczystość.
Nie pożegnawszy się, Zdański wyszedł z karczmy. Krom wziął do ręki pozostawiony manifest komunistów. Z obojętnością przerzucił parę stron, po czym schował go do kieszeni płaszcza. Zastanawiał się, czy byłby w stanie teraz utrzymać broń, czy miałby jakiekolwiek szanse w walce wręcz. Czuł się słaby i schorowany. W niczym nie przypominał dziarskiego młodzieńca sprzed dwóch lat. Każdy z siedzących w pomieszczeniu zbirów mógłby z łatwością pobić go i ograbić. Żeby jeszcze było z czego, ale nie miał nic poza nikogo nieobchodzącym manifestem, najpewniej jakiegoś niemieckiego Żyda obrażonego na dziejową niesprawiedliwość. Widział podobnych w czterdziestym szóstym. Wierzyli, że Dembowski to nowy Kościuszko, a oni będą jak Berek Joselewicz. Większość z nich chłopy wyrżnęły pod Gdowem.
♦
Pokój przygotowany przez Jozafata był w istocie wydzielonym, ciemnym kawałkiem strychu. Przez pomieszczenie ciągnęły się sznury na pranie, a podłoga cała była upstrzona gołębimi odchodami. Pod ścianą na podłodze leżał barłóg zamiast łóżka, jednak wygodny, o wiele lepszy niż posłanie w więziennej celi. Prócz tego znajdowały się tam kufer na ubrania, krzesło, stolik z lustrem i niewielki piecyk opalany drewnem, z kominem wychodzącym przez okrągłe okienko. Na środku stała balia wypełniona gorącą wodą.
Krom zdjął ubrania. W lustrze mignęła mu dziwna, pokraczna postać. Usiadł nagi na krześle i przyglądał się swojej twarzy. Wydawała się starsza o dziesięć lat. Na czole pojawiły się zmarszczki, a czarne włosy i broda połyskiwały siwizną. Było jeszcze coś, jakaś nieuchwytna zmiana, której nie umiał nazwać.
Gdy tylko zanurzył się w gorącej wodzie, ogarnęła go błoga senność. Poddał się jej całkowicie i ze słodkiego letargu wybiła go dopiero wizyta doktora Schwartza.
– Nie jest źle, drogi panie. – Lekarz odwinął rękawy koszuli po skończonym badaniu. – Co prawda znaczne niedożywienie i lekka gorączka, ale odpoczynek i odpowiednia dieta powinny zrobić swoje. Wszawica na szczęście łagodna, kąpiel i czyste ubranie wystarczą. Na wszelki wypadek zetnij pan włosy i wetrzyj maść, którą ostawię. Najważniejsze, że ta rana pod obojczykiem ładnie zagojona. Młody organizm, serce i płuca mocne, będziesz pan żył, o ile się nie wdasz w jaką kolejną hecę, he, he. – Poprawił monokl i włożył cylinder na siwą doktorską głowę. – No, odpoczywaj pan, a gdyby co, przyjmuję na Jana. – Położył na stoliku bilet wizytowy. – Jestem Niemiec, ale demokrata, w czterdziestem szóstem z profesorem Bierkowskim organizowałem szpital wojskowy.
Do pokoju wszedł balwierz, mijając się w drzwiach z doktorem.
– Niech pan siądzie przed lustrem – powiedział chłodno bez przywitania.
Niezwykle ostrożnie wyłożył na stolik skórzany futerał pełen brzytew, nożyczek i pędzli. Krom spostrzegł kilka blizn ciągnących się po jego twarzy od wypomadowanych włosów przez krzaczaste brwi zrośnięte nad nosem aż do równiuteńko przystrzyżonej bródki w stylu hiszpańskim.
– To jak tniemy?
– Gól pan do skóry, na gładko, zalecenie doktora. – Krom usiadł na krześle. – Brodę jeno pan ostaw, zęby wytraciłem, to niech cokolwiek zasłania.
Balwierz wyjął nożyczki, jakby dobywał jakiegoś misternie skonstruowanego narzędzia, i ciął precyzyjnie długie, tłuste kołtuny.
– Pan mnie nie poznajesz, nieprawdaż? – spytał, nie przerywając pracy.
Krom spojrzał w lustro i popatrzył na odbicie twarzy mężczyzny, ale nie rozpoznał w niej nikogo znajomego.
– Pan mi uratowałeś życie pod Gdowem, gdym leżał ranion w stosie trupów – mówił głosem spokojnym i flegmatycznym, jakby właśnie tłumaczył klientowi, których nożyczek użyje.
– Tak, zdarzenie pamiętam – odparł Krom. – Ale miałeś pan twarz okrwawioną, tom nie poznał.
Zapadła niezręczna cisza. Balwierz uwijał się w skupieniu, wprawnie i z gracją mistrza.
– Jestem w obowiązku ostrzec pana – odezwał się w końcu, ostrząc brzytwę na pasku. – Słyszałem, jak Zdański rozmawiał z jednym dryblasem o pieniądzach w dworku pod Gdowem ukrytych, któreś pan eskortował z pułkownikiem Suchorzewskim. – Zabełtał pędzlem gęstą pianę w miedzianym kubku i zaczął smarować głowę Kroma. – Dzień i noc zjeżdżają tu emisariusze Towarzystwa i lambertowców, Austriacy też już węszą, wszyscy chcą skarb odnaleźć. Jeśli pan wiesz, gdzie są te pieniądze, to jesteś w niebezpieczeństwie. – Chwycił brzytwę i płynnymi ruchami zgolił głowę do zera. – Mnie tam nic do tego, jestem socjał patriota i pieniędzmi gardzę, ale mam dług wobec pana, więc ostrzegam. – Wyrównawszy zmierzwioną brodę Kroma, spakował wszystkie akcesoria, jakby chował pistolety do futerału. – Ja się biłem o wolność, nie o pieniądze – rzucił jeszcze w drzwiach swoim beznamiętnym tonem i wyszedł.
Krom siedział przed lustrem i wpatrywał się w swoje nowe oblicze, równie obce, co to sprzed wizyty, i wcierał w łysą głowę maść na wszy. Zapragnął uciec stąd jak najprędzej i nigdy już nie oglądać przeklętych ludzi, a zwłaszcza tych, co za wolnością gardłują, tacy byli dla niego najgorsi. „Wolność ojczyzny, wolność ludu, wolność druku, wolność słowa, wolność wasza, wolność nasza, wolność chuja w rzyci”, myślał. Ogarnęła go złość na samego siebie. Dwa lata zmarnowane w celi i te lata wcześniejsze roztrwonione na idee Dembowskiego, na odezwy, manifesty, komitety, rządy narodowe.
Jeszcze niespełna rok temu, w więzieniu, Krom napawał się swoim męczeństwem za ideały. Uważał się za bohatera. Dzielił celę z niejakim Julianem Leśniowolskim, rachitycznym chrześcijańskim socjalistą. Godzinami toczyli dysputy o wyzwoleniu chłopów i o sprawiedliwości społecznej. Mówili po polsku i zupełnie nic nie robili sobie z młodego austriackiego strażnika, który codziennie przechadzał się korytarzem i przystawał przy kratach od celi. Po jakimś czasie zauważyli, że ów strażnik spogląda na nich rozbieganym wzrokiem. Czasami uśmiechał się pod wąsem, to znów wybuchał piskliwym chichotem. Obaj z Julianem stwierdzili, że jegomość albo wszystko rozumie, albo musi być niespełna rozumu. Ściszali więc głos, ilekroć słyszeli stukot zbliżających się kroków.
Któregoś dnia Leśniowolskiego przeniesiono, a Krom został sam w klitce. W nocy obudził go dziwny niepokój. Spostrzegł, że strażnik stoi nieruchomo przy kracie i wpatruje się w niego. Ciarki przebiegły po plecach Maksa i zerwał się z pryczy.
– Czego chcesz? – spytał po niemiecku, podchodząc do kraty.
Żołdak uśmiechał się pod wąsem. Zdawało się, że każda z jego źrenic spogląda w inną stronę.
– Głupie Polaczki. Co wy tam wiecie – odezwał się z tak dziwnym akcentem, że Krom nie był w stanie odgadnąć, z której części Cesarstwa mógłby pochodzić. – Wolność, socjalizmy, patriotyzmy. Wszystko bzdury. – Zachichotał. – To sobie poczytaj. – Wyciągnął spod munduru niewielką, cienką książeczkę i wsunął między kraty. – Tylko psst. – Przyłożył palec do ust, po czym odszedł, stukając obcasami.
Krom spojrzał na stronę tytułową, na której wydrukowano gotycką czcionką: Max Stirner, Der Einzige und sein Eigentum7. Następnego dnia pogrążył się w lekturze, która pochłonęła go bez reszty. Był oszołomiony, jakby eksplodował przy nim artyleryjski pocisk. Z każdą stronicą ta eksplozja wymiatała z niego wszystkie dotychczasowe ideały i przekonania. Poczuł się oszukanym głupcem, który stracił kawał życia na kłamstwa. Nawet teraz, na strychu karczmy Jozafata, w jego głowie kołatała się zapamiętana myśl: „Dlaczegóż nie chcecie zebrać się na odwagę i samych siebie uczynić najważniejszą sprawą? Po cóż uganiać się za wolnością, mrzonką waszą? Czyż nie wy sami jesteście swoim marzeniem? Przeto zwróćcie się raczej do siebie, nie do swoich bogów czy bożków. Wydobądźcie z was to, co w was tkwi, ujawnijcie się, objawcie siebie”8.
Z zamyślenia wybiło go wspomnienie uśmiechniętego Zdańskiego. Jego dandysowskie, idealnie skrojone ubranko z Londynu i jedwabny fular… Krom nigdy nie widział Hipolita tak pewnego siebie i wygadanego. Znał go jednak na tyle, by wiedzieć, że to jedynie poza. Może nawet by go to śmieszyło, gdyby Zdański bezczelnie nie rościł sobie prawa do bycia następcą Edwarda. Dembowski miał charyzmę i niesłychaną odwagę, swoim entuzjazmem umiał zarażać ludzi. Nawet Krom był gotów skoczyć za nim w ogień. Ci, którzy to zrobili, teraz leżą na podgórskim cmentarzu albo porąbano ich pod Gdowem na kawałki, albo snują się po ulicach niczym ludzkie strzępy. Zastanawiał się, co może Zdański, kogo porwie za sobą. Wierzy przecież tylko w jakąś magiczną moc manifestu, który wozi ze sobą jak wędrowny kaznodzieja Biblię. A tam, nawet w krajach, gdzie już rewolucje przeszły i tysiące ludzi głowy położyły na gilotynie, ta sama nędza słabych depcze, a mocnych umacnia. Zabawa bez końca. Teraz, po dwóch latach w więzieniu, Krom wiedział, że ten jest wolny, kto nie dba o żadne idee, nie przywiązuje się do nikogo ani do niczego. Ten, kto zabija z obojętnością i kogo nie obchodzi życie innych, kto nie kieruje się nakazami religii ani moralności, ale sam ją dla siebie stwarza, jak okrutny, antyczny Bóg. Nie ma wolności tam, gdzie są inni. Samotność jest jedyną drogą. W więziennej celi pojął, jaki był głupi, bo tę wolność miał w sobie zawsze, a szukał jej w ideach i wspólnej walce. Jakby za wszelką cenę pragnął uznania innych i innych szukał wbrew swojej naturze.
– „Moja siła jest moją własnością. Moja siła zapewnia mi własność. Ja jestem moją siłą i dzięki niej jestem moją własnością”9 – wyrecytował pod nosem, spoglądając w lustro.
Był pewien, że ma teraz wszystko w zasięgu ręki. Można to wziąć bez trudu. Wyjechać, kupić kawałek ziemi na bezludziu. Są przecież krainy za oceanem nietknięte ludzką stopą. Trzeba tylko odnaleźć te przeklęte pieniądze z kasy salinarnej, które wieźli z oddziałem, zanim Austriacy dopadli ich pod Gdowem. Tam jest ten dwór i ktoś, kto wie, gdzie Suchorzewski skarb zakopał. Chyba że chłopy naszły, wymordowały wszystkich i przepadło. Nie ma czasu do stracenia, trzeba wyzyskać więcej funduszy od Zdańskiego, kupić szkapę na targu końskim. Niepostrzeżenie wyjechać z miasta, zanim w Gdowie zjawią się ci z Towarzystwa Demokratycznego czy, co gorsza, Austriacy.
♦
Łopaty uderzają w ziemię, tnąc ją głęboko. Konie, spłoszone trupim odorem, rżą głośno. Z ziemi wynurzają się sztywne dłonie, palce zaciśnięte na niewidzialnej broni i drzewcach. Gorączka i dreszcze, ogromne pragnienie, ale nie ma sił, by wstać. Jeszcze chwila i wstanie, sięgnie po dzbanek, gdzieś jest ten przeklęty dzbanek, albo brudna po kąpieli woda, nieważne, byle pić. Zdański stoi z manierką i pije łapczywie, po schodach, pod same drzwi kościoła, wpełza trup, uśmiechnięty, z wywalonymi białkami oczu. Jego kończyny podskakują na wszystkie strony. Otacza go roześmiany oddział krakusów. Razem tańczą krakowiaka. Pawie pióra w czapkach krakuskach. Krew z przestrzelonej głowy bryzga na białe sukmany, twarze i portki pasiaste, i na Kraków cały. Zdański podaje manierkę. Woda jest cudowna, orzeźwiająca. Nie ma wody. Zimno, dreszcze i pragnienie. Całą wolą wypełzanie na podłogę. Ciemno, już dawno noc, świecący żar z uchylonych drzwiczek pieca. Po omacku, w końcu jest dzbanek. Rozkosz napełniania ciała płynem. Dreszcze, dreszcze i poty, śnieg i nagie drzewa, zimno i dreszcze. Wzdłuż błotnistej drogi stosy trupów, bezgłowe, układane, liczone, wiezione na furmankach. Na horyzoncie sylwetki idą tyralierą z kosami, hen, daleko, przybliżają się, są coraz większe. Idą! Idą! Chrzęst śniegu pod stopami, nogi odrywają się od ziemi, plączą, w końcu zawisają w powietrzu i biegnie się rozpaczliwie w miejscu, wisząc nad ziemią. Sylwetki coraz bliżej, słychać już pokrzykiwania i szczekanie psów. Idą! Idą! Są, już, są tuż za plecami.
Snop światła wpadał przez okrągłą okiennicę. Cały barłóg był mokry. Z zewnątrz dobiegał gwar kleparskiego targu. Nawoływania straganiarzy zachwalających towary, stukot końskich kopyt, łoskot przejeżdżających wozów i pukanie.
– Panie Maksymilianie? – Zza drzwi wysunęła się błyszcząca łysina Jozafata i brązowe, wyszczerzone w uśmiechu zębiska, które w bladym świetle wyglądały jak wystrugane z drewna. – Już rano, spał pan bez mała cały dzień i noc.
– Już nie śpię. – Krom usiadł na posłaniu owinięty prześcieradłem. Gorączka zniknęła i czuł potworny głód.
Jozafat pobiegł na dół i po chwili wrócił z chlebem, kawałkiem wędzonej słoniny, paroma jajkami na twardo i czarną kawą. Krom rzucił się na te smakołyki i pochłaniał je łapczywie.
– Noc to miałeś pan ciężką, krzyczałeś, aż żona się strachem zdjęła, ale mówię: cichaj, głupia babo, bo jak chłop z wojny czy więzienia wraca, to muszą te zmory z duszy powyłazić, a bywa, że i latami wyłażą. Ja to wszystko znam, panie kochany, pod Chłopickim służyłem w trzydziestem pierwszem. Kiedyś nie było nocy, żebym się z krzykiem nie budził, ale przeszło z czasem, choć bywają dni, że jakaś chmura na człowieka zstępuje i gniecie. No jedz pan, żona zara ciepłą wodę przyniesie, a ja panu ubrania, com u Żyda wynalazł, trochu znoszone, ale jeszcze posłużą. Byle buty były dobre, buty najważniejsze, zresztą pan żołnierz, to wisz.
– Te szmaty proszę spalić, tylko czekajcie. – Krom wyjął z kieszeni płaszcza manifest komunistów i położył na stoliku.
Do pokoju weszła żona Jozafata. Kołysały się jej szerokie, chłopskie biodra. Potężny biust lekko zanurzał się w miednicy z gorącą wodą, którą niosła, a dekolt i szyja były mokre od pary. Popatrzyła na Kroma z dezaprobatą. Krom pomyślał, że ma dość delikatne i gładkie rysy jak na chłopkę z Krowodrzy czy Czarnej Wsi. Postawiła miednicę na podłodze. Gdy się pochyliła, z białej koszuli wylał się biust i Krom zobaczył jej sterczące sutki. Członek stwardniał mu od razu, więc naciągnął na siebie fałdy prześcieradła. Pomyślał, że zdrowie chyba wraca w jego umęczone ciało. Jozafatowa odwróciła się bez słowa i wyszła.
Krom masturbował się potem do wspomnienia jej potężnych piersi i słodkiej twarzy, po czym zabrał się do mycia.
Wyszedł na Plac Kleparski w swoim nowym, używanym ubraniu, którego części niezbyt do siebie pasowały. Biała koszula, dwurzędowa granatowa kamizelka, brązowy płaszcz z futrzanym kołnierzem. Wszystko to trochę za duże, powycierane. Jedynie szapoklak, który Jozafat znalazł w karczmie pozostawiony przez jakiegoś klienta, pasował idealnie na łysą głowę. Buty też miał niczego sobie, wysokie, z miękkiej skóry, nie uwierały.
Był kwadrans po jedenastej. Krom przecisnął się między straganami, oddychając smrodem końskiego łajna, i ruszył w stronę Rynku. Czuł się już znacznie lepiej, krok miał szybki, miarowy. Nawet jego spacery zawsze przypominały wojskowy, rytmiczny marsz. Szedł wyprostowany, z kamienną twarzą. Policyjnych stójkowych rozpoznawał z daleka, oceniał ich gabaryty i szybkość. W marszu planował drogę ucieczki. Kiedy ich mijał, wydawało się, jakby w ogóle nie zauważył ich obecności, przemykając jak student spieszący się na zajęcia bądź zapracowany urzędnik.
Ileż razy przenosił w ten sposób pod nosem wojskowych patroli broń i bibułę. Tak nauczono jego i setki jemu podobnych przybyszów z Polski gdzieś na przedmieściach Paryża, w obskurnych barakach tajnych szkółek. Tam za cichym przyzwoleniem francuskiego rządu francuscy oficjerowie od rana do nocy ćwiczyli ich w spiskowaniu, strzelaniu, pchnięciach bagnetem, strategiach walk ulicznych i walki w polu.
Gdy znalazł się na Rynku, uderzył weń uroczysty nastrój przechodniów. Od Sukiennic do Pałacu Potockich i dalej, aż do Wiślnej, zbiegowisko i gra orkiestry. Ludzie śpiewali: „Patrz, Kościuszko, na nas z nieba, / jak w krwi wrogów będziem brodzić”10. Austriaccy stójkowi trochę przerażeni, czy ktoś nie zacznie do nich strzelać w tym patriotycznym uniesieniu, ale nastroje były zbyt wesołe. Bogate mieszczuchy tańcowały z pauprami, a pod ratuszem egzaltowane krakowskie damy w długich, czarnych krynolinach z biało-czerwonymi kokardami kwestowały na rzecz zwolnionych więźniów, na jego rzecz.
– Prr! Ludzie, co robicie? Życie wam niemiłe? Już wam ta wolność rozum odjęła? – wrzasnął stangret do gawiedzi blokującej przejazd przy Wiślnej, a spłoszony koń stanął dęba.
Krom przeciskał się w bezładnym tłoku. Całe to podniecenie źle mu się kojarzyło. Nazbyt dobrze pamiętał podobne sceny sprzed dwóch lat i jak to się wszystko skończyło.
– Ech, wy mordy pełne szczęścia i wolności – mamrotał pod nosem. Wiedział doskonale, że inaczej będą śpiewać te mieszczańskie paniątka i wydelikacone damulki, jak się wojsko za to weźmie. Atmosfera, którą żyło i chłonęło całe miasto, przytłaczała go i przyprawiała o mdłości.
Gdy po chwili dotarł pod Kolegium Nowodworskiego, Zdański już czekał z miną tak zblazowaną i zniesmaczoną, jakby właśnie zjadł cytrynę w całości.
– No, no, przyjemne apparence11. – Przyjrzał się łysej głowie Kroma. – Ech, w życiu się tak nie wynudziłem, Maks. Studenciki z profesorami radzą nad niezależnością uniwersytetu i gwardią studencką. Gdzie te nasze dobre czasy, co? – Otrzepywał uważnie surdut z kurzu wzbitego przez przejeżdżający powóz. – Pamiętasz, jak z Eustachym Bellim od Lubicza do Kleparza goniliśmy Austriaków? Potem Sławkowską ich pędziliśmy. Z odrąbaną ręką jeszcze kogo zatłukł, aż go szwoleżery w końcu na kawałki posiekali. Kopyta się wplątały w jego kiszki, po całej Sławkowskiej miał jelita, biedaczysko, rozwleczone.
– Nie pamiętam! – Pięść Kroma się zacisnęła. – Nie pamiętam i nie chcę pamiętać! Jedynie, żeś srał wtedy ze strachu, to pamiętam doskonale, Hipolicie!
– No i po cóż te złośliwości? – Grymas na twarzy Zdańskiego zamienił się w bezczelny uśmieszek. – Wszyscyśmy się zmienili, ty również. Choć ja w nocy śpię jak dziecko. – Przeszył Kroma wzrokiem.
Krom spojrzał na niego obojętnie. Zdawało mu się, że jego ręce zaciskają się na szyi Zdańskiego. Czuł puls w jego tętnicach jak bicie zegara, wyrzuty krwi do mózgu stawały się coraz rzadsze. Twarz siniała, źrenice rozszerzały się, znikały błękitne tęczówki, a wraz z nimi życie. Pozostały tylko białka oczu z czarnymi kulami pośrodku.
– Maks, co tobie? – Zdański zmrużył oczy. – Ależ ci broda siwieje. No, nie gniewaj się, chodźmy na uroczystość.
Szli więc spacerem do Stradomia, minęli wzgórze wawelskie i dalej przez stradomski mostek na Kazimierz. Tam pod Nową Synagogą zastali poruszenie równie wielkie jak na Rynku.
– Patrz, jak się Żydki za równouprawnieniem kotłują, Maks. Meisels już apele wygłasza, żeby do żydowskiego oddziału gwardii narodowej wstępować, choć jeszcze niepowołana. Też pieniądze na uwolnionych zbierają, za dużo tego nie będzie. Cóż te dusigrosze starozakonne dadzą?
Zatrzymali się na kieliszek pejsachówki przy straganie pełnym obrazków Kościuszki i Joselewicza. Pod odrapaną kamieniczką przekrzykiwali się w niezrozumiałym dla nich języku chasydzi w czarnych chałatach, potrząsając wielkimi głowami odzianymi w sztrajmle i spodiki.
– One mówią, że to dla nas żaden interes, ta rewolucja – wytłumaczył starozakonny sprzedawca, nalewając wódkę.
– Skoro o interesach mowa. – Krom wychylił kieliszek. – Będę potrzebował dodatkowych funduszy na zakup broni, Hipolicie, jeśli mam się strzelać.
– W swojem czasie, Maks. Natenczas fundusze, powiedzmy, że są zamrożone. Ale rad jestem, że zdecydowałeś się przystać na moją propozycję. – Zdański wbił w Kroma spojrzenie. – Znasz sprawę z kasą salinarną, wszak sam ją wiozłeś z Wieliczki. Nie wiesz, co się stało z temi pieniędzmi?
– Nie wiem – powiedział Krom najpewniejszym tonem, na jaki mógł się zdobyć. – Suchorzewski zabrał pieniądze tuż przed tym, jak Austriacy nas zaszli, potem zbiegł i słuch po nim zaginął. Czy to mają być te zamrożone fundusze?
– Fundusze są z różnych źródeł, ale te by się bardzo przydały, rad bym był, gdybyś jednak sobie coś przypomniał. – Zdański uśmiechnął się półgębkiem.
Ruszyli w dalszą drogę. Budowa Mostu Kutschery na Wiśle znacznie posunęła się naprzód. Masywne przęsła z giętego modrzewia rozciągały się pomiędzy brzegami, a na rusztowaniach krzątali się robotnicy.
Zeszli niżej ku rzece na drewniany pływający most. Pomiędzy jego tratwami brzegowymi otwarto przepust, by mogły tam przepłynąć galary. Na przeciwległym brzegu widniały skąpe zabudowania Podgórza. Tędy, po lodzie wyłożonym słomą, przed dwoma laty szła procesja, prowadzona przez Edwarda Dembowskiego wprost pod lufy austriackich karabinów. Fale potu zalały plecy Kroma, nogi mu drżały. Ciężar jakiś zaległ na nim i go miażdżył. Potem zdawało mu się, że olbrzymi głaz zaczyna wypełniać jego usta i się przez nie przeciskać.
Coraz więcej osób za plecami czeka, aż obsługa zamknie przepust. Stukanie łańcuchów, skrzypienie drewna, plusk wody. Ostatnia łódź przepływa. Most powoli się zamyka.
– Mogą państwo przechodzić! – krzyczy mostowy.
Nogi Maksa nie mogą się oderwać od ziemi. Oddech coraz szybszy, puls jak gęste uderzenia w werbel dobosza. Spod cylindra pot małymi strużkami ścieka po łysej głowie. Wzgórza Krzemionek rosną jak potężna fala, wzbierają, rozstępują się i zamykają w ogromną paszczę, która pochłania kamieniczki Podgórza i toporną wieżę Kościoła Świętego Józefa. Znikąd przeciągłe zawodzenie bab, Kyrie eleison, Chryste eleison, święte obrazy, krzyże, chorągwie łopoczą na wietrze. Naraz huk i wrzask kobiecych i męskich głosów zlany w jeden ryk, pod którym rozstępuje się ziemia.
– Co jest z tobą, u licha, Maks? – Zdański potrząsnął Kromem.
Ten spostrzegł, że są już w Podgórzu, w pobliżu cmentarza.
– Dobrze się czujesz? Bladyś jak trup.
– Ja? Tak, jestem jeszcze niezdrów.
– Diabły czerwone. Nieszczęścia same przez nich. Diabły, gadziny – mamrotała przy bramie cmentarnej starsza kobieta z naręczem kwiatów.
Tłum wypełnił aleję wysypaną szutrem i miejsca między okazałymi grobowcami. Masa studentów tłoczyła się wokół ziemnej mogiły przy kamiennym murze. Krom dostrzegł znajome twarze dawnych towarzyszy. Niektórzy podchodzili i witali się w milczeniu. Nagrobek już postawiono i nakryto czarnym suknem. Przy grobie stanął szczupły młodzieniec ze szpiczastą bródką i drżącym głosem zaczął odczytywać Manifest krakowski z czterdziestego szóstego roku.
– „Jest nas dwadzieścia milionów, powstańmy razem jak mąż jeden, a potęgi naszej żadna nie przemoże siła, będzie nam wolność, jakiej dotąd nie było na ziemi”12.
Te słowa, w które wszyscy tak wierzyli, padały martwe niczym hałdy ziemi okrywające mogiłę. A tam, pod spodem, trupy leżały tak samo nieżywe jak wtedy, gdy wiosną czterdziestego szóstego kazano je odkopać. I on, Maksymilian Krom, stał nad tym grobem tak samo, gdy przyprowadzono go w łańcuchach wraz z innymi więźniami na ekshumację, by rozpoznali zwłoki Edwarda Dembowskiego.
Maks nagle przypomina sobie łopaty uderzające w ziemię. Widzi spłoszone trupim odorem konie, które rżą głośno. Z ziemi wynurzają się sztywne dłonie, palce zaciśnięte na niewidzialnej broni i drzewcach. Wreszcie ukazują się zarysy twarzy. Grabarze przestają kopać, by nie zmasakrować ich łopatami, zgarniają ziemię z gnijącego mięsa dłońmi.
– No, patrzajcie i rozpoznajcie tego, który was prowadził! – krzyczy graf Heinrich Castiglione, nieudolnie szeleszcząc z niemieckim akcentem. Siedzi na koniu w swoim pięknym pozłacanym czaku, zasłaniając dłonią syfilityczne wybroczyny na twarzy.
Coraz wyraźniej ukazują się puste oczodoły, odsłonięte przegrody nosowe i nagie szczęki.
– „…wywalczymy sobie skład społeczeństwa, w którem każdy podług zasług i zdolności z dóbr ziemskich będzie mógł użytkować, a przywilej żaden i pod żadnym kształtem nie będzie mieć miejsca, w którym każden Polak znajdzie zabezpieczenie dla siebie, żony i dzieci swoich, w którym upośledzony od przyrodzenia na ciele lub duszy znajdzie bez upokorzenia pomoc całego społeczeństwa”13 – recytuje dalej młodzieniec.
Oczy skazańców na próżno szukają swojego wodza w przegniłych twarzach, które zatraciły już rysy. Widzą tylko anonimowe czaszki, jedna obok drugiej. I jeśli nawet spoczywa tu pusta skorupa po Edwardzie, to jego samego tu nie ma, tak jak nie ma Boga, którego odrzucił, ani rozumu, w który wierzył.
– „…ziemia, dzisiaj przez włościan warunkowo tylko posiadana, stanie się bezwarunkową ich własnością, ustaną czynsze, pańszczyzny i wszelkie tym podobne należytości bez żadnego wynagrodzenia, a poświęcenie się sprawie narodowej z bronią w ręku będzie wynagradzane ziemią z dóbr narodowych”.
Nagle sukno zsunęło się z nagrobka i odsłoniło napis: „Edward Dembowski, zginął za sprawę ojczystą 27 lutego 1846 roku wraz z dwudziestu ośmioma powstańcami spoczywającymi w tej mogile”. Krom przecisnął się między zgromadzonymi i wyszedł przez bramę. Usiadł na ziemi pod murem.
Znad mogiły dochodził jeszcze głos:
– „Nie plamijmy poświęconej broni samowolnością lub morderstwem bezbronnych różnowierców i cudzoziemców, bo nie z ludami, ale z ciemiężcami naszymi bój prowadzimy”.
♦
Na wieczór Zdański zarezerwował stolik w kawiarni Józefy Bendowej na rogu Grodzkiej i Placu Dominikańskiego. Było pogodnie, miasto rozświetlone kagańcami, nastroje szampańskie. Nikt z ważniejszych działaczy nie był zaproszony, raczej osoby, które miały zostać zwerbowane do nowej organizacji. Pani Bendowa krzątała się, zbierając zamówienia w asyście swojej ośmioletniej nieślubnej córki. Obie uwijały się, biegając od stolików do okutej mosiądzem drewnianej lady, pełnej wymyślnych ciastek i torcików Sachera. Zgromadzeni siedzieli przy zsuniętych stolikach z okrągłymi blatami i słuchali, jak Zdański z kieliszkiem koniaku w ręce zawzięcie peroruje o tym, że daliśmy Europie impuls do kolejnego zrywu. Jego policzki rumieniły się z podniecenia. Co rusz dolewał zebranym trunków, za które sam zapłacił. By się pokazać, najął nawet kilka powozów, które miały odwieźć gości po zakończonym spotkaniu.
Krom wgapiał się w wolno sunący dym z palonych cygar. Odprężały go butelkowa zieleń ścian i ciepły burgund ciężkich kotar zawieszonych w witrynach. Wreszcie czuł, że odpoczywa. Dyskusje i tyrady Zdańskiego przepływały bokiem jak brzęczenie owadów. Przez szybę obserwował zaprzęgi opłacone przez Hipolita i przechodniów, przesuwających się przez Plac Dominikański jak kukiełki w ulicznym teatrzyku. Rozparł się na krześle i popijał kawę z kieliszkiem wiśniowego likieru.
– Ależ śliczne dziewczę będzie za parę lat z tej Helenki. – Jakiś głos wybił go z zamyślenia. – Ciekawe, czy wda się w matkę sposobem prowadzenia niewieściego.
Zobaczył nad sobą młodzieńca o śniadej cerze i gęstych czarnych lokach spadających na oczy. Stał z dymiącym grubym cygarem w ręku, mierząc wzrokiem ośmioletnią córkę właścicielki jak drapieżny ptak.
– Nie wiesz, Maksymilianie, gdzie w tem miasteczku teraz jakie kurwy stoją? Pochędożyłby człowiek wreszcie. – Młodzieniec rozsiadł się przy stoliku.
Krom rozpoznał w nim Marcelego Schupkego, którego znał jeszcze ze szkoleń w Paryżu. Nazywali go wtedy Giaurem z racji urody po matce Ormiance.
– Przy Kleparskiem, gdziem się zatrzymał, trochę tego widziałem. – Maks wyciągnął rękę na przywitanie.
Uścisnęli sobie dłonie, siedząc, wbrew konwenansom, jak mieli to w zwyczaju czynić rewolucjoniści od Dembowskiego.
– Wyśmienicie, zatem pozwolę sobie ciebie odprowadzić potem. Może i ty się skusisz na co nieco. – Schupke zaciągnął się cygarem i wypuścił kłęby dymu. – Zdański zawracał ci już głowę swojemi komunistami?
– Tak, alem nie zdążył jeszcze przeczytać.
– Daj pokój, Maks, ja od razu cisnąłem to gówno do śmieci. Ani myślę brać udział w jakiej kolejnej komedii tutaj.
– Ja nie myślę brać udziału w czemkolwiek – odparł Krom.
Schupke ze śmiechem klepnął go w ramię. Jego kręcone włosy spadały na ciemne oczy, już pijane i nieobecne.
– Komedia, Maks! Cała ta rewolucyjka to była komedia. Na Stradomiu było nas pięćdziesięciu, z tego pięciu z bronią palną. Boczkowski przyjechał dowodzić w stroju balowym w sztok pijany, bo z zabawy wracał, głupie bydlę. Jakeśmy się starli z wojskiem przy Mikołajskiej, to jakiś młody oficjerek austriacki go wybebeszył szabelką. Ale Boczkowski był tak pijany, że tylko chustkę sobie przyłożył, bo mu flaki leciały, i jeszcze zdążył do oficjerka przylgnąć, i mu gardło nożem rozpłatał, i zdechli tam obaj, ścierwa. Komedia! Komedia!
– Nie widziałeś, co było pod Gdowem, Marcelku.
– Słyszałem, co ten Suchorzewski nawyczyniał. Powinno się go za to powiesić, a niby oficjer pruski, kurwie bydlę. Słuchaj no, Maksymilianie, trzeba jechać na Węgry, tam można jeszcze coś dla sprawy zrobić. Regularna armia, wyszkolona, prawdziwe wojsko, artyleria. Można jeszcze Niemca w bitwie tłuc, a nie z hałastrą z kosami i cepami ganiać. Jest podobno w Krakowie jakiś emisariusz i potajemnie werbuje, może będzie legion polski formowany. Jedź ze mną, bracie, tutaj już nic nie narobimy, tem bardziej z błaznem Hipolitem.
– Panowie, rozchodzimy się. – Zdański wsunął głowę między Kroma i Schupkego. – Szpicle stoją na ulicy. Posłuchajcie rady błazna, weźcie landolet i nie zwracajcie na siebie uwagi.
Całe towarzystwo podniosło się z krzeseł. Maks i Marceli wyszli jako pierwsi i dopadli jeden z zaprzęgów stojących na skrzyżowaniu z Grodzką.
– Na Plac Kleparski – zaordynował Krom woźnicy. W bramie kamienicy na wprost kawiarni dostrzegł domniemanych funkcjonariuszy policji.
– Słabo się ukryły, kurwy. – Pijany Schupke gramolił się do odkrytego powozu. Gdy tylko ruszyli, wstał i krzyknął do przechodzącej grupy wyrostków: – Wiwat Dembowski! Wiwat czerwony kasztelanic!
– Wiwat! Wolność, równość, braterstwo! – odpowiedzieli.
– Słuchajcie! Tam te dwa kurwie syny policyjne bohaterów przyszły szpiegować. Za ojczyznę! W nich bij!
Krom zdążył tylko dostrzec przerażenie mężczyzn stojących w bramie i rozzłoszczoną twarz Zdańskiego w witrynie kawiarni.
– A teraz bohatery na kurwy jadą! – Schupke, nadal stojąc, wskazał przed siebie gestem niczym Bonaparte z obrazu Davida. – Tylko pamiętaj, Maks, masz jebać w głowę, żebyś mi francuza nie złapał, bo nas Sándor Petöfi do armii z syficą nie weźmie.
Woźnica strzelił z bicza i pomknęli Grodzką.
– Pij! – Marceli wyciągnął z płaszcza piersiówkę i podsunął Maksowi pod nos. – Nalewka z odrobiną laudanum dobrze ci zrobi.
Krom pochwycił naczynie bez wahania i wychylił do dna.
Grupa wyrostków skoczyła ku bramie i natarła na szpicli. Tajniacy pośpiesznie wyciągnęli gwizdki i dmuchnęli w nie, wzywając posiłki. Coraz więcej przechodniów zatrzymywało się i przyłączało do przepychanki. Wnet zakotłowało się na Placu Dominikańskim. W tym zamieszaniu fruwały zdzierane z głów czapki.
– Panowie, odstąpcie, zamieszki chcecie wywołać? To prowokacja! – krzyczał jakiś dostojny jegomość, wymachując laską.
Ciężka pięść krewkiego młodzieńca spadła na jego szczękę i starszy pan legł bez przytomności. Podniosła się wrzawa, dołączyły do niej krzyki przerażonych kobiet. Od strony Poselskiej nadbiegł uzbrojony patrol straży więziennej. Kolbami karabinów zaczęto rozdzielać zgromadzonych.
Zdański przyglądał się temu zamieszaniu zza szyby kawiarni. Złość na Schupkego ustąpiła, pot spłynął po jego trzęsących się nogach. Czuł, jakby w głowie przewrócił mu się pełny kałamarz, czyniąc wielką, czarną plamę atramentu, z której nie może uwolnić się żadna myśl. Bezradnie patrzył, jak tajni funkcjonariusze wyszarpują się z tłumu i idą w stronę kawiarni.
– Niech pan tylnym wejściem ucieka, na Boga! – Pani Bendowa ciągnęła go za ramię. – Helcia, pokaż, kędy na podwórze!
Dziewczynka chwyciła za rękę otumanionego Zdańskiego. Wreszcie coś w nim zaskoczyło i pobiegli przez zaplecze, potem przez ciemne, zarośnięte podwórka, gdzie potknął się o jakąś stertę wiader i zgubił cylinder.
– Mój gibus! – zapiszczał i po omacku rzucił się na poszukiwania.
– Chodźmy, bo pana złapią. – Helcia szarpała go za rękę.
– Przecie jakże się na ulicy bez nakrycia głowy pokażę.
Dziewczynka dała nura w spiętrzone rupiecie i po chwili wręczyła Zdańskiemu ubłocony cylinder.
– Tędy wyjdziesz pan na Stolarską. – Wskazała drzwi parę podworców dalej.
Zdański przemknął przez klatkę schodową, otrzepując swoje nakrycie głowy. Wyszedłszy na ulicę, ruszył w stronę Małego Rynku, następnie skręcił w Sienną, by jak najszybciej skryć się na Plantacjach. Czuł potężne walenie serca od czubka głowy po koniuszki palców i brał głębokie oddechy. Mijał idące pod rękę pary, rozbawionych mieszczan i damy. Zdawało mu się, że wszyscy oni przystają, przerywają rozmowy i gapią się na niego, jakby słyszeli łomot w jego klatce piersiowej i widzieli nienaturalnie dygocące ciało. Dopiero na wątle oświetlonych Plantacjach w szpalerze drzew i gęstych zarośli poczuł się bezpiecznie. Ledwie jednak wszedł na opustoszałą alejkę, usłyszał za sobą kroki i znajomy głos, który cicho podśpiewywał:
– Zajączku, zajączku, nie chodź po miesiączku, na Plantacjach grają, zajączki strzelają14.
Zdański rozpoznał przyśpiewkę, którą nucono przed rokiem po zamachu na zdrajcę, radcę sądowego Zajączkowskiego. Zatrzymał się i odwrócił. Wielka, barczysta postać w płaszczu do kostek szła prosto na niego. Z ciemności wyjrzała twarz bardzo młoda, lecz poorana śladami przebytej ospy. Pokrywał ją niechlujny, kilkudniowy zarost, a znad ust zwisały sumiaste wąsy.
– Ach, to ty, Sewerynie. – Zdański uśmiechał się, ale cały podbródek drgał mu nerwowo. – Nie myślałem, że też do Krakowa zjechałeś, jak żeś mnie odnalazł?
– Trudno nie było, na milę czuć cię paryskim smrodem. Nadal pachnidła kupujesz u Guerlaina na Rue de la Paix? A surducik z Londynu, jak mniemam.
– No popatrz, he, he, jak ty mnie znasz. – Zdański mimowolnie zrobił kilka kroków w tył.
Naraz w mgnieniu oka potężna ręka Seweryna chwyciła go za szyję i przytwierdziła do drzewa.
– Co ty knujesz, Zdański, kurwi synu? – Seweryn wyciągnął nóż. – Manifesty rozdajesz, ludzi agitujesz do swojej partii? Miałeś się rozeznać, gdzie pieniądze są schowane, i co?
– Ależ, Sewciu, robię, co mogę, potrzebuję więcej czasu. – Zdański ledwie łapał oddech.
– Nie ma czasu! Mierosławski uwolniony z Moabitu, armię będzie w Poznańskiem formował. Towarzystwo Demokratyczne potrzebuje tych pieniędzy i ty je, paniczyku, odnajdziesz, jakeś się zobowiązał, albo ci to szlacheckie gardziołko przerżnę.
Potężny cios w brzuch złamał wpół Zdańskiego, który z jękiem skulił się w kałuży. Seweryn poprawił kilkoma sążnistymi kopniakami w tułów, aż zadudniło.
– A skądinąd wstyd, Hipolicie. – Nachylił się nad Zdańskim. – Niepodobna, żeby komunista i socjał pachnidłami się zlewał i stroił jak książątko. Krew i pot to perfumy ludu, teraz będziesz mieć woń, jak przystoi. No, kochanieńki, niebawem się znów spotkamy, obyś miał coś dla mnie. Au revoir. – Seweryn odpalił cygaretkę i powoli odszedł, podśpiewując.
Zdański usiadł w kałuży, cały obolały. Zaszlochał nad swoimi powalanymi błotem nowiutkimi surdutem i cylindrem. Zaraz jednak porwała go złość na samego siebie. On, wytrawny strateg i przyszły wódz, tak upokorzony, przerażony i bezradny. Od miesięcy powtarzał sobie, że to wszystko już za nim, z uporem wmawiał sobie odwagę i opanowanie. Z całych sił uderzył pięścią w ziemię, po czym odetchnął głęboko. W końcu zaczął się podnosić, to lekko szlochając, to znowu wybuchając śmiechem.
– No i co? Tchórzu żałosny – mamrotał – po mojem trupie dostaniecie te pieniądze.
Kuśtykając powoli, skręcił w przecznicę odchodzącą od ulicy Świętego Krzyża. Wiedział, że musi nakłonić do współpracy Kroma, który jechał z pieniędzmi i powinien wiedzieć, gdzie są. Dla Zdańskiego Seweryn był ścierwem, które powinno zdechnąć, gdy tylko uda się sklecić grupę do brudnej roboty. Musiał na razie się ukryć i nie wracać do Hotelu Pollera. Poza Jozafatem w tym mieście znał tylko jedną osobę, której ufał, i do niej postanowił się udać.
Wszedł po drewnianych trzeszczących schodach na pierwsze piętro kamienicy i zastukał. Drzwi się uchyliły i ukazały pokrytą brodawkami, pomarszczoną jak zmięta kartka twarz kobiety.
– Pani w domu? – spytał, a ciarki przeszły mu po plecach, jak zawsze, gdy widział w mroku tę twarz i łyse prześwity wśród siwych włosów.
Służąca otworzyła bez słowa i wpuściła go do długiego ciemnego przedpokoju. W milczeniu poczłapała korytarzem, zgięta, pokraczna, z pokaźnym garbem sterczącym z pleców.
Po chwili w drzwiach salonu stanęła smukła dojrzała kobieta. W półmroku jaśniały jej mlecznobiałe twarz i ramiona, które kontrastowały mocno z czarną suknią. Jej szyję oplatała koronkowa tasiemka z czymś w rodzaju kamei z pięcioramienną gwiazdą. Nad wysokim czołem lekko siwiały kasztanowe włosy, spięte w dwa pukle. Brązowe, nieco skośne oczy, wąski, delikatny nos i pełne usta nadawały jej twarzy tonu poważnego i arystokratycznego, lecz nie europejskiego.
– Mon Dieu! Czy coś się stało, moje dziecko? – Jej głos był łagodny i lekko zachrypnięty.
– Madame, potrzebuję pani pomocy.
Weszli do salonu pełnego świec. Grube, zwaliste zasłony z frędzlami szczelnie zasłaniały okna. Potężne wahadło stojącego zegara tykało miarowo i odprężająco. Na ścianach pokrytych zmatowiałą, wzorzystą tapetą wisiały akwaforty przedstawiające okrutne mitologiczne sceny. Nie czekając na pozwolenie, Zdański rozsiadł się na fotelu pod ryciną Amazonek pożerających rękę Dionizosa i położył cylinder na wypłowiałym dywanie. Pomyślał, że trzeba posłać wiadomość do Jozafata, żeby tutaj przekazywał informacje o poczynaniach Kroma. Madame Fekete przerzucała w jasnych dłoniach talię kart. Usiadła przy okrągłym dębowym stole pośrodku salonu, gdzie zwykła odprawiać swoje gusła i wróżby, jak to nazywał Zdański.
– Czy chcesz zasięgnąć porady tarota, mój chłopcze? – spytała.
– Pani wie, że nie honoruję tych zabobonów.
– Tak, wiem. Mój piękny chłopiec jest materialnym socjałem, wrogiem religii i świata duchowego. Pomyśleć, że wasi poeci są wielkimi mistykami, jak Mickiewicz.
– „W dziedzinie myślowej wszystko iść musi przed trybunał rozumu, a wszelki przesąd skonać pod gilotyną krytyki”15 – wyrecytował z uśmiechem Zdański i założył nogę na nogę.
– Och, skończ z tym Dembowskim! – Madame zerwała się z miejsca. Podeszła do Zdańskiego i zaczęła gładzić jego włosy i gładki policzek. – Jesteś dzieckiem jeszcze, nawet nie wiesz, że sami hermetyczną alchemię uprawiacie, chcąc świat obrócić w gruzy i z nich nowy zbudować… solve et coagula16.
Zdański wtulił się i zapadł w jej ciepłą białą dłoń, na powrót tracąc rezon.
– Madame, czy może mnie pani ukryć tu na jakiś czas? Jestem w niebezpieczeństwie.
– Oczywiście, mój piękny chłopcze, zdejmij te ubłocone ubrania i zaczekaj na mnie w sypialni.
Zdański położył się w wielkim łożu o drewnianych, rzeźbionych oparciach. Madame weszła do pokoju całkiem naga. Jej białe ciało świeciło w mroku, odbijając blask świecy, i pomyślał, że wygląda jak księżyc albo sama jest księżycem. Oglądał dziwne tatuaże, rozsiane po jej ciele, magiczne znaki, których nie rozumiał. Dotykał piersi, już niemłodych i niejędrnych, ale wciąż ponętnych, a ona schodziła powoli w dół jego chłopięcego ciała, całując obolałe, stłuczone żebra i brzuch, aż poczuł, że wchodzi w jej ciepłe usta.
– Mój piękny chłopiec. – Wspięła się na niego okrakiem.
Zanurzył się w kłębowisku mokrych, gęstych włosów w jej kroczu.
Ujeżdżała go powoli, poruszając biodrami tak, by trafiał w odpowiednie miejsce.
– Jeszcze nie, mój chłopcze, jeszcze nie – sterowała nim.
Poddał się jej woli całkowicie, z oddaniem i rozrzewnieniem.
Gdy skończyli, wtulił głowę w jej piersi. Czuł, jakby pojawił się w nim jakiś maleńki, czarny punkcik. Powoli rozciągał się i naprężał w cieniutką strunę. Pod zamkniętymi powiekami przewijały mu się obrazy: dzieci siedzą wraz z ojcem wokół łóżka. Na tym łożu blada kobieta z otwartymi szeroko ustami. Jej podbródek zlewa się z szyją, tak jakby go w ogóle nie było, jakby w gardle samym szeroka jama z pożółkłymi zębami i czarny język, a dopiero potem reszta wychudłej, pokrytej siatką zmarszczek twarzy. Nieregularnie, ledwie widocznie, unosi się jej pierś, aż w końcu zamiera. Doktor przytyka do serca jakiś podłużny, miedziany lejek i przykłada ucho. Chwyta za przegub, sprawdza puls.
– To już – mówi.
Ojciec daje znak ręką. Dzieci podchodzą po kolei i całują stygnącą dłoń i czoło. Naprężona, drżąca struna pęka w środku lekko, nieodwracalnie.
– Matulu – zaszlochał Zdański, a strużki łez zaczęły spływać po białych piersiach Madame Fekete.
Dalsza część w wersji pełnej
1Einhundertfünfundzwanzig (niem.) – sto dwadzieścia pięć.
2 K. Marks, F. Engels, Manifest komunistyczny 1847 r., przeł. W. Piekarski, Genewa 1883. Manifest został ogłoszony 21 lutego 1848 roku w Londynie.
3 Tamże.
4Lade deine Waffe (niem.) – załaduj broń!
5Feuer (niem.) – ognia!
6Bitte, das ist ein Fehler (niem.) – Proszę, to pomyłka.
7 Max Stirner, Der Einzige und sein Eigentum (niem.) – Max Stirner, Jedyny i jego własność.
8 Max Stirner, Jedyny i jego własność, przeł. Adam Gajlewicz, Joanna Gajlewicz, Warszawa 2012, s. 107.
9 Tamże.
10 Rajnold Suchodolski, Polonez Kościuszki, 1792.
11Apparence (fr.) – wygląd, powierzchowność.
12Manifest Rządu Narodowego Rzeczypospolitéj Polskiéj do Narodu Polskiego, 1846.
13 Tamże.
14 Rymowanka krakowska nieznanego autora, za: Franciszek Klein, Planty krakowskie, Kraków 1911.
15 Edward Dembowski, Myślio przyszłości filozofii, [w:] tegoż, Pisma, t. 4, red. Anna Śladkowska, Maria Żmigrodzka, Warszawa 1955.
16Solve et coagula (łac.) – rozpuść i połącz.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Rozdział 1
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Meritum publikacji
