Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
254 osoby interesują się tą książką
Miłość, którą mogła zniszczyć tylko prawda.
Lizzie Young zawsze czuła, że wszyscy mają jej dość. Już w młodym wieku zdiagnozowano u niej chorobę afektywną dwubiegunową, nigdy nie dopasowała się do rodziny, przyjaciół i otoczenia. Chciała być akceptowana i rozumiana, ale mogła liczyć zaledwie na garstkę najbliższych, a własne brzemię musiała dźwigać samotnie.
Lecz gdy w szkolnym autobusie poznała pewnego miłego chłopaka, pierwszy raz w jej życiu zaświeciło słońce…
Hugh Biggs ma dojrzałą duszę i mądrość przerastającą jego wiek. To chłopak o bystrym umyśle i ugruntowanym kodeksie etycznym. Dostrzega w Lizzie coś, czemu nie potrafi się oprzeć. Chce stać się dla niej wszystkim i pomóc jej nieść ciężar codzienności. Ona również tego chce.
Więź Lizzie i Hugh wydaje się nierozerwalna – łączy ich chemia, potężna miłość, doświadczyli zjednoczenia dusz… ale istnieją wymykające się kontroli siły, które potrafią wstrząsnąć nawet najprawdziwszą miłością.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1024
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Releasing 10
Copyright © Chloe Walsh 2025
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Magdalena Mieczkowska
Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Iwona Wieczorek-Bartkowiak, Natalia Szoppa
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-852-1 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Wydarzenia przedstawione w książce są fikcyjne. Wszystkie imiona, postacie, miejsca i zdarzenia są wytworem wyobraźni autorki lub zostały użyte fikcyjnie. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń, miejsc lub osób żyjących czy zmarłych jest całkowicie przypadkowe.
Autorka uznaje, że wszystkie tytuły piosenek, teksty piosenek, tytuły filmów, postacie filmowe, zarejestrowane znaki towarowe oraz marki wymienione w niniejszej książce stanowią własność i należą do ich prawowitych właścicieli. Zarówno publikacja tych znaków towarowych, jak i ich wykorzystanie nie są autoryzowane, nie są sponsorowane przez ich właścicieli ani nie mają z nimi związku.
Chloe Walsh w żaden sposób nie jest powiązana z żadnymi markami, piosenkami, muzykami ani artystami wymienionymi w niniejszej książce.
Dla tych, którzy przetrwali
Releasing 10 to szósta część serii „Boys of Tommen”.
Niektóre sceny w niniejszej książce mogą się okazać skrajnie mocne i przygnębiające, czytelnik powinien więc zachować ostrożność.
Ta historia porusza niezwykle trudne tematy związane z przemocą w dzieciństwie, traumą wywołaną wykorzystywaniem seksualnym oraz samobójstwem, które – choć są bardzo ważnymi tematami – mogą nie być odpowiednie dla młodszych czytelników.
Ze względu na skrajną i dosadną treść seksualną, trudne wątki, silne bodźce, przemoc i wulgaryzmy książka jest przeznaczona dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.
Akcja powieści osadzona została w południowej Irlandii w latach 1991–2005. W treści pojawiają się irlandzkie dialogi i slang. Określenia, nawiązania, slang oraz dialogi pomiędzy bohaterami stanowią odniesienia do tamtego okresu historii i absolutnie nie odzwierciedlają prywatnych opinii ani wartości autorki.
Wcześniejsze książki z serii „Tommen” skupiały się na rodzinie Lynchów, a historie rodzeństwa były wydawane po kolei, od piątej części jednak kolejność będzie zgodna z rozwijającą się fabułą.
Na dalszych stronach znajdują się przewodnik po wymowie imion oraz słowniczek. W Releasing 10 zamiast standardowego podziału na rozdziały zastosowano podział na części, etapy i sekcje.
Ogromne dzięki, że dołączyliście do mnie w tej podróży.
Mnóstwa miłości
Chlo:***
Aoife: I-fa
Edel: I-dell
Sean: Szon
Gardaí: Gar-di
Caoimhe: Ki-wa
Sadhbh: Saj-wi
Sinead: Szin-ejd
Neasa: Nasa
Eoghan: Ołen
Tadhg: Taj-dżi
Feis: Fesz
Scoil Eoin: Skull Ołen
Poitín: Putt-iin
Dzień Świętego Szczepana (Boxing Day): święto obchodzone 26 grudnia.
Mickey/Willy: slangowe określenie penisa.
Dziura:używane często zamiast słowa „dupa” lub „tyłek”.
Poitín:irlandzki bimber; nielegalny, pędzony domowymi metodami alkohol.
Fair City: popularna irlandzka opera mydlana.
Rolos: popularna marka czekolady.
Buntownicze hrabstwo: popularna nazwa hrabstwa Cork.
Szkoła podstawowa:od młodszych roczników przedszkolnych do szóstej klasy.
Szkoła ponadpodstawowa: liceum, od pierwszego do szóstego roku.
Egzamin końcowy (Leaving Cert):obowiązkowy egzamin państwowy kończący edukację w szkole ponadpodstawowej; odpowiednik polskiej matury.
Egzamin połówkowy (Junior Cert):obowiązkowy egzamin państwowy zdawany po trzecim roku, czyli w połowie sześcioletniej szkoły ponadpodstawowej.
Maluchy: pierwszy rok przedszkola.
Starszaki:drugi rok przedszkola, odpowiednik polskiej zerówki.
Pierwsza klasa1: pierwsza klasa szkoły podstawowej.
Druga klasa: druga klasa szkoły podstawowej.
Trzecia klasa:trzecia klasa szkoły podstawowej.
Czwarta klasa: czwarta klasa szkoły podstawowej.
Piąta klasa: piąta klasa szkoły podstawowej.
Szósta klasa: szósta klasa szkoły podstawowej.
Pierwszy rok: pierwszy rok szkoły ponadpodstawowej.
Drugi rok: drugi rok szkoły ponadpodstawowej.
Trzeci rok: trzeci rok szkoły ponadpodstawowej.
Czwarty rok: czwarty rok szkoły ponadpodstawowej.
Piąty rok: piąty rok szkoły ponadpodstawowej.
Szósty rok: szósty rok szkoły ponadpodstawowej.
GAA (Gaelic Athletic Association): Gaelicki Związek Sportowy; organizacja zajmująca się promowaniem sportów gaelickich.
Jackeen: pejoratywne określenie osoby pochodzącej z Dublina.
Dub: osoba z Dublina.
Świeżynka: osoba, która jeszcze nigdy się z nikim nie całowała.
Garda: irlandzka policja.
Hurling: bardzo popularny irlandzki sport amatorski, w który gra się z użyciem drewnianych kijów i sliotarów, czyli twardych piłek.
Camogie: żeńska odmiana hurlingu.
Scoil Eoin: chłopięca szkoła podstawowa, do której chodzili Johnny, Gibsie, Feely, Hughie i Kevin.
Najświętsze Serce: koedukacyjna szkoła podstawowa, do której chodzili Shannon, Joey, Darren, Claire, Caoimhe, Lizzie, Tadhg, Ollie, Podge i Alec.
Święta Bernadetta:dziewczęca szkoła podstawowa, do której chodziły Aoife, Casey i Katie.
Anioł Pański:w irlandzkiej telewizji każdego dnia o osiemnastej następuje minuta ciszy przeznaczona na modlitwę.
Żółtko: nielegalna substancja, narkotyk.
Praskie Dzieciątko Jezus: religijna figurka, którą irlandzcy rolnicy wynoszą w pole, żeby zapewnić sobie sprzyjającą pogodę (stary przesąd).
Różaniec, przeniesienie, pogrzeb: trzy dni irlandzkiego pogrzebu.
Sztaba piwa: skrzynka dwudziestu czterech butelek piwa.
Dorwać się do dziury: uprawiać seks.
Dachować:kaprysić, dąsać się, stroić fochy.
Lizzie
– Co z nią nie tak?
– Nic. – Mamusia dalej tuliła mnie do piersi. – Jest idealna.
– To czemu jeszcze nie mówi? – Caoimhe nie wyglądała, jakby była zadowolona. I jej głos brzmiał burkliwie. – Mamo, Lizzie ma trzy lata. Trzy. Powinna już robić różne rzeczy, a nie robi nic.
– Nic jej nie dolega, Caoimhe – powiedziała mama z nadmierną radością. – Jeszcze nadgoni.
Pocałowała mnie w policzek, a ja wtuliłam się w nią mocniej. Uwielbiałam zapach mamy i silny uścisk. Lubiłam przyciskać ucho do jej piersi i słuchać, jak bije serce.
Bum, bum, bum.
Uśmiechnęłam się i dotknęłam jej buzi. Miała najlepszą buzię. Takie miłe oczy. Niebieskie, takie same jak moje. Znałam ten kolor. Znałam wszystkie kolory i chciałam powiedzieć o tym siostrze. Po prostu… jakoś nie umiałam wypchnąć z siebie słów.
Mój głos nie chciał działać.
– Myślisz, że jest opóźniona? – zapytała Caoimhe ze smutkiem w głosie, więc od razu chciałam ją pocieszyć, bo przecież kiedy biegałam, to się nigdy nie spóźniałam. Byłam superszybka. – Potrzebuje jakiejś szkoły specjalnej albo coś?
– Małe uszka nie powinny słuchać takich rozmów. – W głosie mamy pojawiła się złość i zupełnie mi się to nie spodobało, dlatego schowałam twarz głębiej w swetrze. – Więc proszę cię, idź robić zadanie. Porozmawiamy wieczorem, kiedy wróci ojciec.
– Chcę do domu.
– Jesteśmy w domu, Caoimhe.
– Nie, chcę wracać do prawdziwego domu! – krzyknęła. – Nie znoszę tej Anglii, mamo! Nie mam tu żadnych koleżanek, w szkole wszyscy śmieją się z tego, jak mówię.
– To kretyni – odpowiedziała mama. – Ignoruj ich.
– Łatwo ci mówić – odburknęła i zwróciła się do mnie: – Wszystko zniszczyłaś! – wrzasnęła. – Wolałabym, żebyś się nie urodziła!
– Caoimhe!
– Nie będę przepraszać, bo to prawda, mamo!
– Popatrz na mnie, śliczna dziewczynko – powiedziała mamusia po tym, jak moja siostra tupnęła i wybiegła. – Pokaż mi te wielkie, niebieskie oczka.
Pokazałam.
– No i proszę. – Uśmiechnęła się ciepło, odgarnęła mi włosy z twarzy. – Jesteś idealna, słyszysz?
Kiwnęłam głową.
– Jesteś moim dzieckiem i zawsze będę się o ciebie troszczyć. – Połaskotała mnie pod brodą, a ja się uśmiechnęłam. – A ty nigdy nie pozwól, żeby zrobiło ci się przykro przez innych. – Połaskotała mnie drugi raz. – Rozumiesz, Lizzie?
Znowu kiwnęłam głową.
– Dobrze. – Kolejny uśmiech mamy. – Kocham cię, mój skarbie.
Lizzie
– Zachowuj się normalnie, kiedy już przyjdą moi znajomi – powiedziała Caoimhe. – Nie zrób jakiejś żenady, okej? – Odwróciła się, żeby na mnie spojrzeć. – Żadnych napadów wrzasków, żadnego rzucania się po podłodze.
Przytaknęłam poważnie.
– Boże. – Pokręciła głową. – Chciałabym, żebyś po prostu się odezwała, Lizzie!
Wzruszyłam ramionami.
– Skąd mam w ogóle wiedzieć, że mnie zrozumiałaś, skoro nie mówisz?!
Nie lubiłam jej złościć.
Robiło mi się przez to źle.
Robiło mi się ciepło na buzi.
I chciało mi się coś podrapać.
– Nie! – rzuciła, bo zauważyła, że moje paznokcie już czegoś szukają. Wstała od toaletki podeszła do łóżka. – Nie możesz tego robić. – Kucnęła przede mną, złapała mnie za ręce i spojrzała mi w oczy. – Nie możesz robić sobie krzywdy.
Przepraszam, to chciałam odpowiedzieć. Nie wiem, jak to powstrzymać.
Ale zamiast tego wyciągnęłam rączkę i dotknęłam jej policzka.
Niebieskie oczy Caoimhe zaszły łzami.
– Odezwij się do mnie, proszę cię. – Pociągnęła nosem, porwała mnie w ramiona i z całych sił przytuliła. – Liz, proszę, jedno słowo. Błagam cię.
Staram się.
Lizzie
– Biorąc pod uwagę częstotliwość gwałtownych wybuchów w przedszkolu oraz historię rodziny, chciałbym, żeby Elizabeth rozpoczęła kurację.
– Poprzez kurację rozumie pan terapię?
– Oraz leki.
– Ona ma trzy i pół roku – wydusiła mama. – Na miłość boską, wszystkie trzyipółlatki mają napady złości.
– To nie są zwykłe napady złości i dobrze o tym wiesz, Catherine – odpowiedział tatuś. – Proszę nie owijać w bawełnę, doktorze. Jak brzmi diagnoza?
– Za wcześnie na diagnozę.
– Ale ma pan jakąś hipotezę, prawda? – nie ustępował tatuś. – Myśli pan, że to ma, tak?
– Niekoniecznie, ale istnieją oznaki, które mogą wskazywać na to, że Elizabeth doświadcza epizodów psychotycznych. Martwią mnie braki świadomości i częste przypadki utraty przytomności. – Obrócił długopis w palcach. – Wygląda na to, że nie pamięta, co robiła.
– Tego pan nie wie – warknęła mama, poprawiając mi włosy dłonią. – I nie dowie się pan, dopóki Lizzie nie zacznie mówić.
Lizzie
– To samolot – wyjaśniła mama, wykonując zamaszysty gest ręką. – Zawiezie nas do domu, do Irlandii.
Zmrużyłam oczy.
Przecież wiedziałam, co to jest samolot.
– No nie patrz tak na mnie – zaśmiała się. – Skąd mam wiedzieć, że coś wiesz.
Posłałam jej kolejne spojrzenie, przekazując jej nim, że nie jestem głupia.
– Okej, okej – powiedziała ze śmiechem, unosząc obie ręce. – Przepraszam, że w ciebie wątpię, kochanie.
Uśmiechnęłam się.
– Och, lubisz mnie zaskakiwać, co?
Tym razem się wyszczerzyłam.
– Spryciula – pochwaliła mnie i objęła ręką na wysokości ramion. – Jesteś tam w środku ostra jak brzytwa, co?
Kiwnęłam głową, popatrzyłam do przodu, tam gdzie tata siedział z Caoimhe, i zmarszczyłam czoło.
Czułam, że są na mnie źli.
Ale nie wiedziałam za co.
– Nie martw się – szepnęła mama, obejmując mnie mocniej. – Oni też cię kochają, skarbie. Tak samo jak mamusia.
Lizzie
– Nie – buntowała się Caoimhe. – Nie ma szans, nie będę znowu zmieniała szkoły.
– Caoimhe, kochanie, rozmawialiśmy o tym. Postaraj się zrozumieć, proszę.
– Nie przenoszę się znów, kurwa! – wrzasnęła. – W Świętym Józefie mam przyjaciół, a obiecałaś, że w domu będę mogła wrócić do starej szkoły. – Potrząsnęła głową i cofnęła się w stronę drzwi. – Obiecałaś mi, mamo!
– Próbowaliśmy, Caoimhe – odpowiedziała mamusia i wyglądała przy tym, jakby była smutna – ale dyrektor powiedział, że nie może cię znów przyjąć. Nie mają miejsca, kochanie.
– To nie fair! – załkała głośno moja siostra. – Ja pierdolę, moje życie się skończyło!
– Nie mów tak… – Mamusia próbowała ją uspokoić. – W Świętej Teresie będziesz tak samo szczęśliwa.
– Ale to szkoła tylko dla dziewczyn! – zawodziła Caoimhe. – Prowadzą ją zakonnice.
– To tylko półtora roku, potem pójdziesz do szkoły średniej i znowu spotkasz wszystkich dawnych przyjaciół.
– Nienawidzę cię, kurwa! – krzyknęła Caoimhe.
Nie ruszyłam się ze schodów, gdy przebiegała obok mnie.
– Z drogi! – krzyknęła, przesuwając mnie nogą. – Bez przerwy plączesz się pod jebanymi nogami, Lizzie!
– Caoimhe! – krzyknęła mama, idąc za nią. – Nie waż się rozładowywać złości na siostrze!
Chciałam jej powiedzieć, że mi przykro, ale nie umiałam wydobyć z siebie słów.
– To nie twoja wina, Lizzie. – Uśmiechnęła się mama, kucając przede mną. – Nic złego nie zrobiłaś.
Wyciągnęłam rękę i drobną dłonią ujęłam jej policzek.
Pociągnęła nosem, przymknęła oczy i nakryła ją swoją.
– Wcale nie płaczę, skarbie – odpowiedziała na pytanie, które miałam w głowie.
Ale płakała.
Czułam wilgoć na dłoni.
– Bądź grzeczną dziewczynką i idź się już położyć. – Kiedy otworzyła oczy, uśmiechnęła się bardzo szeroko. – I pamiętaj, że mamusia bardzo cię kocha.
Ja też cię kocham, mamusiu.
Lizzie
– Co jest nie tak z tym dzieckiem?!
– Mike, ona nie rozumie.
– Catherine, ona jest niezrównoważona. Ślepy by to zauważył.
– Jak możesz wygadywać takie rzeczy o własnej córce?!
– Nie zniosę tego, Catherine. Przykro mi.
– Bo jesteś pierdolonym tchórzem.
– Dobija mnie, gdy ją widzę w takim stanie.
– A myślisz, że mnie nie? Różnica polega na tym, że ja nigdy bym jej nie zostawiła.
– Nie zostawiam jej, ale muszę się wynieść z tego domu, bo jeśli tego nie zrobię, to odbije mi tak samo jak jej.
– Ale z ciebie ojciec. Odwracasz się plecami, kiedy tylko zrobiło się ciężko.
– Catherine.
– No to idź! Uciekaj, Mike. Będzie nam lepiej bez ciebie, niepotrzebny nam tchórz.
Lizzie
– Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam, sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam.
Rodzice i Caoimhe zbili się wokół mnie, uśmiechali się do mnie i śpiewali piosenki urodzinowe.
Poczułam radość.
Podobało mi się to.
Nawet tatuś się uśmiechał, kiedy robił zdjęcia swoim aparatem.
– Zdmuchnij świeczki – powiedziała mama, wskazując różowy tort. – I pomyśl życzenie, skarbie.
Nachyliłam się, zrobiłam głęboki wdech i dmuchnęłam najmocniej, jak umiałam.
Gdy świeczki zgasły, wszyscy zaczęli wiwatować.
Dla mnie.
Uśmiechnęłam się radośnie.
– Czy ona w ogóle wie, że ma urodziny? – zapytała wtedy Caoimhe.
Od razu mnie to zdenerwowało. Jasne, że wiedziałam. Chyba stał przede mną tort, co nie?
A ona zaśmiała się i dodała:
– Pewnie nawet nie wie, ile ma lat.
Wsparłam ręce na biodrach, odwróciłam się i spiorunowałam siostrę wzrokiem.
– Cztery.
– Coś ty powiedziała? – rzuciła, robiąc wielkie oczy.
– Cztery – powtórzyłam, nadal zła na siostrę. – Nie jestem durna. – Wskazałam palcem świeczki. – Jeden, dwa, trzy, cztery.
Teraz mamusia i tatuś też patrzyli na mnie wielkimi oczami.
– Czy ona właśnie…
– Tak, bez wątpienia.
– O Boże.
– Umie mówić.
– Co tam mówienie. Ona umie liczyć.
– Powiedz jeszcze coś! – zażądała Caoimhe, a w jej głosie dało się słyszeć podekscytowanie. – No dawaj, Liz, powiedz nam coś jeszcze.
– Na przykład co? – zapytałam, ściągając brwi.
– O Boże! – zapiszczała Caoimhe, przeskakując z nogi na nogę i klaszcząc w dłonie. – Naprawdę mi odpowiedziała!
Zawsze jej odpowiadałam, po prostu nie mogła mnie usłyszeć.
Nikt nie mógł.
– Mówię na głos? – zapytałam zdziwiona. – Słyszycie mnie?
Wszyscy troje skinęli głowami.
Wyglądali na takich szczęśliwych.
Uśmiechali się do mnie.
– Jak się nazywam? – zapytała moja siostra, bez przerwy podskakując.
– Caoimhe Young.
– O Boże! – krzyknęła, znowu klaszcząc. – A ty jak?
– Lizzie Young.
Siostra zapiszczała radośnie, po czym wskazała palcem rodziców.
– A to kto?
– Mamusia i tatuś – odpowiedziałam i zdziwiłam się, bo oboje się rozpłakali. – Jesteście smutni?
– Nie – wydusił tata, obejmując mnie rękami. – Szczęśliwi.
Lizzie
– Zniszczyła mi życie! – wrzeszczała Caoimhe. – Już nigdy nie pokażę się w szkole!
– Caoimhe!
– Wszyscy o mnie gadają!
– Wcale nie.
– Właśnie że tak, mamo, i to przez nią!
– Caoimhe, proszę cię.
– Jeśli ona ma tam być, to nie idę jutro do szkoły!
– Caoimhe, jesteś w szóstej klasie, a twoja siostra w maluchach. Uczycie się w różnych częściach budynku.
– Nie obchodzi mnie to! Nie idę, jeśli tam będzie!
– A właśnie że idziesz.
– W ogóle nie powinna chodzić do mojej szkoły, bo jest w niej coś pojebanego! – Rzuciła plecak na podłogę i wbiła we mnie wściekłe spojrzenie. – Czemu musiałaś przyłazić do mojej szkoły? – Wydała z siebie ryk wściekłości i przeniosła wzrok na rodziców. – Czemu nie posłaliście jej gdzie indziej?!
– Caoimhe, musisz się uspokoić – powiedziała mama, stając między nami. – Skarbie, ona ma tylko cztery lata, a w tym roku zrobiła ogromne postępy. Nie złość się na nią.
– Złościć się?! – Moja siostra wybałuszyła oczy. – Mamo, ja jej, kurwa, nienawidzę!
– Caoimhe!
– Mamo, to jebana wariatka!
– Nie waż się nazywać tak siostry.
– Dlaczego nie? Przecież to prawda. Albo siedzi cicho jak mysz pod miotłą, albo wrzeszczy na cały głos i atakuje każdego, kto się do niej zbliży. – Wyrzuciła ręce w górę i też wrzasnęła: – Do kurwy nędzy, zaatakowała dziecko w swojej grupie! Braciszka mojej przyjaciółki! Polała się krew! Chyba nie chcecie mi wmówić, że to normalne!
– Dość tego! – Tym razem odezwał się tatuś. Podszedł i objął mamę ramieniem. – Nie podnoś głosu na matkę. Wiesz, że źle się czuje.
– Wiem, przez kolejną plagę, którą na nas ściągnęła – wycedziła jadowicie Caoimhe. – Najpierw Lizzie, a teraz jeszcze rak!
– Nie waż się tak mówić o matce! – ryknął tatuś. Podprowadził mamusię do fotela, pomógł jej usiąść, a potem znów odwrócił się do Caoimhe.
Tymczasem ja ruszyłam prosto do mamusi, zrobiło mi się smutno, źle i niespokojnie jednocześnie. Wspięłam się na jej kolana i zanurzyłam twarz w maminej piersi, ale ta pierś stała się ostatnio jakaś inna. Płaska i koścista. Nie dawała bezpieczeństwa tak jak kiedyś.
– Już dobrze… – szepnęła mamusia, obejmując mnie rękami. Jej skóra była teraz żółtawa, nie brzoskwiniowa, jak dawniej, a głowę miała łysą i świecącą.
– Posłuchaj mnie teraz, odpuszczę ci, bo wiem, jak trudne były ostatnie lata, ale dziś przekroczyłaś granicę, młoda damo – powiedział tatuś. – Rozumiem twoją frustrację i szkoda mi ciebie, ale wyżywanie się na chorej matce to nie jest rozwiązanie, Caoimhe.
Moja siostra załamała się na jego oczach, zakryła twarz dłońmi i wrzasnęła:
– Chciałabym umrzeć!
Lizzie
– Lizzie, skarbie, wstałaś już? – Mamusia weszła do mojego pokoju, zauważyła, że wciąż leżę w łóżku, i westchnęła. – Rozmawiałyśmy o tym. – Usiadła na skraju łóżka i pogłaskała mnie po głowie. – Kochanie, musisz wstać do szkoły.
– Jestem taka zmęczona… – wychrypiałam, miałam wrażenie, że moje ręce i nogi przestały działać.
– To dlatego, że twoje ciałko przyzwyczaja się do nowych leków – wyjaśniła mamusia. – Niedługo poczujesz się lepiej.
– Ja już nie chcę być sobą.
– Po co opowiadasz takie rzeczy?
– Bo jestem niedobra.
– Wcale nie jesteś niedobra, skarbie.
– Tak, jestem. – Mrugnęłam, bo do oczu napłynęły mi łzy. – Dlatego dajecie mi te tabletki. Słyszałam, jak Caoimhe rozmawiała o tym z tatusiem. To przez to, że jestem szalona.
– Nie, Lizzie. Wcale nie. – Mamusia ujęła moją twarz w dłonie. – Nie jesteś szalona, skarbie. Słyszysz? Jesteś idealna taka, jaka jesteś.
– To dlaczego mnie nienawidzą? – zaszlochałam, odwracając twarz. – Dlaczego wszyscy dziwnie na mnie patrzą?
– Wcale cię nie nienawidzą, skarbie. I nikt dziwnie na ciebie nie patrzy.
– Nienawidzą. – Pociągnęłam nosem. – Wiem o tym.
Lizzie
Zwinęłam się w kłębek na kanapie w salonie i zasłoniłam uszy, żeby zablokować krzyki, ale one i tak się przebijały.
– Tak będzie najlepiej, Catherine! – krzyczał tatuś z kuchni. – Zaufaj mi, przerabiałem to już.
– Nie obchodzi mnie to! – odcięła się mama. – Nie będę szprycowała tego dziecka lekami ani jeden dzień dłużej.
– Ona ich potrzebuje.
– Ona potrzebuje dzieciństwa! – krzyknęła mama. – Jest naszym dzieckiem, naszym skarbem, i nie zamierzam dalej ciągnąć tej farsy.
– Chcesz porozmawiać o farsie, Catherine, naprawdę?
– Nie zażyje ani jednej pigułki więcej. Słyszysz mnie? Od dziś koniec z tym.
– A jeśli znowu zacznie pokazywać swoje? To co wtedy?
– Damy sobie radę.
– Nie będę znowu przenosił Caoimhe – ostrzegł. – To nie fair wobec naszej drugiej córki. Pamiętasz ją, prawda?
– Dobrze wiesz, że to nieuczciwe.
– Nie, nieuczciwe to jest to, że cały czas muszę żyć w ten sposób i bez końca powtarzać ten cykl.
– To co mieliśmy zrobić?
– Cóż, na pewno wiem, co ty powinnaś była zrobić! – ryknął. – Powinnaś, kurwa…
– O Boże, przestańcie! Aż na górze was słychać. – Do rozmowy dołączyła Caoimhe. – Co się dzieje?
– Twoja matka uważa, że dobrze będzie odstawić Lizzie leki.
– Odbiło ci? – Znowu Caoimhe. – Mamo, przecież ona musi je brać.
– Nie zaczynaj.
– Mamo, kiedy je zażywa, to nawet potrafi się zachowywać jak człowiek. Odstawi je, to znów zamieni się w potwora ze wścieklizną.
– Caoimhe!
– Przykro mi, ale to prawda. Tata ma rację. Ona musi łykać te tabletki. Nawet lekarze tak mówili. Wielu lekarzy, mamo. Wiele razy.
– Może lepiej będzie się tym teraz nie zajmować – zaproponował tata. – Może najlepiej będzie pasowała jej szkoła z internatem.
– Nie odeślę jej.
– Przecież nie na stałe.
– Nie, nie ma szans!
Zerwałam się na równe nogi i jak najprędzej pobiegłam do swojego pokoju na piętrze. Po cichu zamknęłam drzwi i opadłam na podłogę, nie puszczając okrągłej gałki.
Musiałam sprawić, żeby rodzina mnie pokochała.
Jeśli nie, to mnie gdzieś odeślą.
Przestań z tym walczyć, rozkazał głos w mojej głowie, a ja się wzdrygnęłam, bo ujrzałam rozmyty wizerunek kobiecej twarzy. Po prostu odpuść. Wtedy wszystko będzie lepiej.
O nie.
Głos powrócił.
Ten straszny.
Ten, który zmuszał mnie do moczenia łóżka.
Ten, który zmuszał mnie do walki.
Zatkałam szczelnie uszy dłońmi i zaczęłam głośno mruczeć, żeby go zagłuszyć.
Musiałam się go pozbyć.
Lizzie
– Mike, wiedziałam, że powrót do domu to był zły pomysł. Wiedziałam, do cholery, że prosimy się o kłopoty, i miałam rację!
– Uspokój się, Catherine. Nie możesz się tak nakręcać, jesteś w samym środku chemioterapii, kochanie. Musisz trochę wyluzować.
– Jak mam się uspokoić, na miłość boską, skoro w moim domu jest ta kobieta? Mike, kiedy sobie pomyślę, co mogło się dziś stać, to dech mi odbiera!
Spuściłam wodę w toalecie, wspięłam się na schodek, dzięki któremu sięgałam do umywalki, i wyciągnęłam rękę po pomarańczową kostkę mydła.
– Próbowałem ostrzec cię w Anglii, ale nie chciałaś słuchać. Błagałem cię, kurwa, ale ty miałaś klapki na oczach i wszystko musiało być po twojemu. A teraz zobaczyłaś, jak wyglądało moje życie i co nas czeka.
– Nie myśl w ten sposób!
– Nic na to nie poradzę. Widziałem, jak to nadchodzi, z impetem pociągu towarowego, i teraz utknęliśmy.
– Michael, szansa jest niewielka, nie ma żadnej gwarancji. Więc nie waż się rzucać mi tym w twarz. Jak śmiesz mieć do mnie pretensje o to, że postąpiłam słusznie?!
– Słusznie względem kogo?
– Naszej rodziny!
– Może dla ciebie, dla mnie to nigdy nie było słuszne.
– Jak możesz tu stać i opowiadać takie rzeczy?
– Tak czuję, Catherine. Tak wygląda moja prawda. Nie miałem nic do powiedzenia, bo dokonywałaś wszystkich wyborów za mnie!
Puściłam wodę i zachichotałam, bo mydło wyskoczyło spomiędzy moich dłoni jak śliska rybka.
– Musimy się wyprowadzić, Michael. Nie możemy tu dłużej zostać. Ona jest zbyt niebezpieczna.
– Nie będę się znowu przeprowadzał. To moja rodzina, Catherine. Rodzice wychowali mnie w tym domu. To moje miejsce.
– Cóż, ja wracam do Cork, do swojego domu… moje miejsce jest tam i tam ten potwór nas nie znajdzie!
– Chcesz wrócić do tego zadupia w Ballylaggin? I gdzie ja tam niby znajdę pracę? A może liczysz na to, że zapakuję całe gospodarstwo i je tam przeniosę?
– Michael, przecież wiesz, że mam pieniądze. Akurat o to nigdy nie musieliśmy się martwić. Na miłość boską, nawet nasze dzieci nie będą musiały się tym martwić. Ojciec o to zadbał, zapisując mi w testamencie rodzinny majątek.
– Catherine, nie będę, kurwa, żył z bogactwa twoich przodków.
– Aha, ale z gospodarstwa, które odziedziczyłeś po swoim ojcu, to już możemy żyć, tak?
– A pomyślałaś o edukacji Caoimhe? Jest w połowie szóstej klasy, a już trzy razy zmieniała zasraną podstawówkę, pomijam zupełnie to, jak kolejna przeprowadzka podziała na Elizabeth. Słyszałaś, co powiedział jej nauczyciel. Już ledwo sobie radzi w maluchach, a inne dzieci są przerażone jej wybuchami.
– To się nazywa trauma, Michael, i kto jak kto, ale ty powinieneś rozumieć, jak czuje się Lizzie.
– Nie zaczynaj…
– To wyjątkowo bystra dziewczynka i wiedziałbyś o tym, gdybyś poświęcił jej choć minutę czasu. Pamiętasz chociażby jedną z wielu pozytywnych rzeczy, które mówił o niej nauczyciel? Oczywiście, że nie, bo jeśli chodzi o Lizzie, to widzisz tylko wady.
– A możesz mnie nie winić?
– Jak śmiesz! Z naszą córką jest wszystko w porządku, za to z jej ojcem wręcz przeciwnie! Ależ z ciebie tchórz, pozwalasz, żeby strach przesłonił ci miłość do własnej córeczki.
– Masz wiele do powiedzenia jak na kogoś, kto nie był w mojej sytuacji.
– Jakbyś zapomniał, to ja opiekuję się Lizzie. To ja jeżdżę z nią po lekarzach, nie ty.
– A ja zapłaciłem za każdą z tych wizyt, prawda?
– A ja już ci mówiłam, że bez problemu mogę za nie płacić. Ojcostwo to coś więcej niż podpisywanie czeków.
Mrucząc pod nosem, borykałam się z tym mydłem, próbowałam ścisnąć je w dłoniach. Z lustra spojrzały na mnie moje oczy. Zmarszczyłam brwi. Nie lubiłam patrzeć w nie zbyt długo. Bałam się tego, jak zmieniały kolory. Kiedy robiły się ciemniejsze, mówiły do mnie. W głowie. Szepty, szepty, szepty.
– A planujesz zostawić raka za sobą, gdy znowu uciekniesz, co? Hmm? Bo przypominam, że jesteś w samym środku trzeciej chemii i nie nadajesz się do opuszczania tego domu, a co dopiero hrabstwa!
– W Cork też mają szpitale, wiesz? A w moim rodzinnym miasteczku ta przerażająca kreatura przynajmniej nas nie znajdzie.
– Nie przeprowadzę się kolejny raz, Catherine. Odmawiam.
– Dobra, jeśli chcesz być uparty, zostać i zajmować się swoim gospodarstwem, to proszę bardzo. Ale ja jadę do domu, bo tam jest bezpiecznie. I zabieram ze sobą dziewczynki.
– Możemy o tym porozmawiać na spokojnie, zanim zrobisz coś pochopnie?
– A o czym tu rozmawiać? Potwór nas odnalazł i zabrał moje dziecko. Wyjeżdżam, zanim zrobi to ponownie.
– Tak, ale nie zrobiła jej krzywdy. Zabrała ją na kilka godzin i odprowadziła z powrotem.
– Nie informując o tym matki dziecka! Michael, Jezus Maria, przecież dziewczynki nawet jej nie znają! Nie rozumiesz, jakie to było niebezpieczne?! Lizzie mogło się coś stać!
– Liz? – Caoimhe wsunęła głowę do łazienki i uśmiechnęła się do mnie. – Tu jesteś.
Zdziwiłam się na ten widok. Nigdy się do mnie nie uśmiechała, zawsze była obrażona.
– Ale nic się nie stało, odprowadziła ją całą i zdrową.
Uśmiech Caoimhe zrobił się smutny.
– Chodź. – Wyciągnęła do mnie rękę. – Chodź ze mną.
– Po co? – zapytałam zdezorientowana.
– Tym razem. Ale co będzie następnym? Co, jeśli skręci i postanowi…
– Bo chcę się z tobą pobawić – odpowiedziała z szerokim uśmiechem. – Pośpiesz się.
Podekscytowana wrzuciłam niesforne mydło do umywalki, zakręciłam wodę i zeskoczyłam ze stopnia. Wytarłam ręce w piżamę i poszłam za siostrą na drugą stronę korytarza, do jej pokoju.
Caoimhe liczyła prawie dwanaście lat, spała więc już w dużym łóżku, takim, jakie mieli rodzice. Ja liczyłam cztery, więc musiałam spać w małym, ale nie przeszkadzało mi to, bo mogłam mieć przy sobie wszystkie misie.
– Wszystko w porządku? – zapytała, czekając, aż wejdę, a potem zamknęła za mną drzwi. – Nie słuchałaś tego wszystkiego, prawda?
– Mamusia jest zdenerwowana – odpowiedziałam, ruszając prosto do wielkiego łóżka. Odkąd poszłam do maluchów i Caoimhe ciągle była na mnie zła, nigdy nie wpuszczała mnie do swojego pokoju, więc bardzo się ucieszyłam, że mnie zaprosiła do siebie. – Tatuś też.
– Tak, wiem. – Poszła włączyć boomboxa.
Uśmiechnęłam się, gdy z głośników poleciała znajoma piosenka.
– To moja ulubiona – powiedziałam, siadając po turecku na środku jej łóżka. Zanim poszłam do dużej szkoły, pozwalała mi tu siedzieć cały czas. Dzięki temu znałam wszystkich piosenkarzy, piosenkarki i zespoły.
– Wiem. – Uśmiechnęła się do mnie przez ramię. – Pamiętasz nazwę zespołu, prawda? – Jej ton zrobił się żartobliwy. – Mam nadzieję, że nie zapomniałaś nazwy najlepszego zespołu na świecie.
– Fleetwood Mac – odparłam dumnie, wskazując palcem magnetofon. – I ta ich płyta nazywa się Rumours.
Caoimhe puszczała ją cały czas, znałam słowa piosenek lepiej niż modlitw, których uczyli nas w szkole.
– Doskonale – pochwaliła mnie, podgłaśniając, gdy krzyki z dołu przybrały na sile. – A jak ma na imię nasza królowa czarownic?
– Stevie.
– A król gitary?
– Lindsey.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
– A jaka jest moja ulubiona piosenka?
– Landslide.
– A mamy?
– The Chain.
– A twoja?
– Silver Springs.
– A kogo jeszcze kochamy? – Siostra wskazała swoją koszulkę, z której uśmiechała się buźka.
Caoimhe miała na sobie jeszcze obszerne dżinsy z dziurami na kolanach, a na nadgarstkach rzemyki i koraliki. Na szyi nosiła srebrny wisiorek w kształcie księżyca. Chciałam wyglądać tak samo, kiedy już będę duża.
– Dam ci podpowiedź – powiedziała, nadal pokazując koszulkę. – Zaczyna się na Nir…
– Nirvana! – dokończyłam, podekscytowana, bo była ze mnie taka zadowolona. Lubiłam, gdy ludzie byli ze mnie zadowoleni. Robiło mi się ciepło w brzuszku, a nie tak kwaśno i gorąco jak wtedy, kiedy się przeze mnie smucili. Jak tatuś. On zawsze się smucił, gdy na mnie patrzył, i było mi wtedy źle. Bardzo nieprzyjemnie.
– Caoimhe, czy ja jestem niedobra?
– Co takiego? – Moja siostra zmarszczyła brwi i dziwnie się na mnie popatrzyła. – Gdzie to słyszałaś?
– Sama nie wiem. – Wzruszyłam ramionami.
– Nie, Liz. – Caoimhe westchnęła głęboko i weszła do mnie na łóżko. – Nie jesteś.
Kiedy brała mnie na kolana, miała ciepłe ręce, ale brzmiała smutno. Przez to zaczęło narastać palące uczucie. To uczucie, przez które chciało mi się krzyczeć. I drapać po skórze.
– Jesteś po prostu skomplikowana – dodała.
– A dlaczego nie chcesz, żebym chodziła do twojej szkoły? – Obróciłam się na jej kolanach i na nią popatrzyłam. – Nienawidzisz mnie?
– Nie – szepnęła i teraz była już supersmutna. – Po prostu się frustruję, to wszystko.
– Przeze mnie?
Kiwnęła głową.
– Przepraszam.
– Nie, Liz, to ja cię przepraszam. – Uścisnęła mnie mocniej.
Zrobiło mi się ciepło i przyjemnie. Ten palący, mrowiący nacisk na gardło ustał.
– Muszę mieć do ciebie więcej cierpliwości – powiedziała.
– A tatuś mnie nienawidzi?
– Nie. – Przyciągnęła mnie bliżej. – Po prostu martwi się dziadkiem i Nell.
– Kto to jest Nell?
– Pamiętasz tę dziwaczkę, która przyszła dziś na obiad z prezentami? – Caoimhe posadziła mnie sobie między nogami i rozpuściła mi kucyk. – Tę, która zabrała cię nad rzekę, o co mama się tak wkurzyła?
Uśmiechnęłam się na wspomnienie pani, która dziś do nas przyszła.
– Karmiłyśmy kaczki.
– To siostra taty. – Rozczesywała mi włosy palcami. – Nell.
– Nie wiedziałam, że tatuś ma siostrę – odpowiedziałam. – Nigdy wcześniej tu nie przychodziła.
– Bo to wariatka na całego – wyjaśniła, zaplatając mi warkocz. – Tak samo jak jej tata, zanim umarł.
– Jej tata?
– Dziadek Young.
– A co to jest wariat?
– To taki nienormalny ktoś, kto słyszy głosy – westchnęła. – Dlatego dziadek utopił się w rzece, kiedy tata był mały. Głosy kazały mu wskoczyć.
– Ale ja też słyszę głosy. – Zrobiłam wielkie oczy. – Teraz słyszę twój.
– To były nieprawdziwe głosy – zarechotała, cały czas zajęta moimi włosami. – Udawane. – Postukała mnie palcem w skroń. – Takie, które są tylko w twojej głowie.
– Ale ta pani wcale nic dziwnego nie robiła – odpowiedziałam, unosząc brwi. – Kiedy karmiłyśmy kaczki, to nie rozmawiała z żadnymi głosami.
– Pewnie dlatego, że zajęła się obmyślaniem, jak nakarmić kaczki tobą – odpowiedziała i znowu w jej głosie dało się wyczuć zmartwienie. – Masz szczęście, że nie wrzuciła cię do rzeki.
– Ale ja jeszcze nie umiem pływać.
– Wiem. – Znowu była smutna. – Dlatego mama się tak wkurzyła. Bała się, że nie wrócisz.
– Bo ta pani wzięła mnie, żeby karmić kaczki?
– Bo wzięła cię nad rzekę. – Caoimhe zadrżała. – Nigdy nie możesz zostawać z nią sama.
– Nigdy?
– Nigdy przenigdy, a jeśli kiedyś tu wróci i będzie cię chciała dokądś zabrać, to musisz uciekać, Liz.
– Uciekać?
– Uciekać. – Dokończyła zaplatać warkocz i odwróciła mnie przodem do siebie. – Najszybciej, jak umiesz.
– A jak te głosy dostały się do dziadka i do tej pani? – zapytałam, zbliżając się do siostry.
– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Chyba się z nimi urodzili.
– A może im się poprawić? – Wtuliłam się w jej pierś i wyciągnęłam rękę, żeby dotknąć jej policzka. Tak najbardziej lubiłam się przytulać. – Lekarze mogą zabrać te głosy?
– Cóż, dziadek jest już w niebie z Bozią, więc przestał cierpieć.
– Cierpieć?
– W sensie głosy odeszły i jest mu już znacznie lepiej.
– Bozia naprawiła dziadka?
– Tak – odparła. – Bo kiedy idziesz do nieba, to cały ból odchodzi.
Uśmiechnęłam się do siebie.
Ale miła wizja.
– A tatuś też słyszy te głosy? Dlatego tak się na mnie gniewa?
– Nie, tacie nic nie jest – westchnęła ciężko. – I nie gniewa się na ciebie, przysięgam. Ma paranoję, że historia się powtórzy. Po prostu się boi, to wszystko.
– Mnie?
– Nie, Liz, nie boi się ciebie. Po prostu tata… To bardzo skomplikowane i jesteś jeszcze za mała, żeby to zrozumieć. – Odetchnęła ciężko, pogłaskała mnie kciukiem po policzku i się uśmiechnęła, ale wyglądała teraz jeszcze smutniej. – Kiedy dorośniesz, to wszystko ci wyjaśnię.
– Ale chcę wiedzieć już.
– Nie chcesz, zaufaj mi.
– Ale ty nie jesteś dorosła – zauważyłam. – Więc skąd wiesz?
– Przekonałam się na własnej skórze. Wolałabym nie wiedzieć o tym syfie – odpowiedziała bardzo smutno.
– A co z tą panią? – zapytałam. – Chce iść do nieba, żeby Bozia zabrała te głosy? Tak jak jej tatuś?
– Nie, bo gdy trafiła do szpitala, to lekarze znaleźli sposób, żeby je uciszyć.
– Jaki?
– Specjalne lekarstwo.
– Więc się jej poprawiło?
– Nie, Liz, nie poprawiło się jej – mruknęła Caoimhe – bo nie bierze tego lekarstwa.
Pomyślałam o lekarstwie w łazience, buteleczce z napisem „Elizabeth Young”. O tym, jak mama codziennie wyjmuje z niej jedną tabletkę i mi ją podaje.
– A ja jestem chora tak jak ta pani? – Gorąco, które czułam w środku, znowu wzrosło i jakby spaliło wcześniejszą ekscytację. – Ze mną też coś nie gra, prawda?
Byłam pewna, że tak.
Też słyszałam głosy.
Szeptały mi na ucho, gdy w nocy leżałam sama w łóżku.
– Nie. – Tym razem głos Caoimhe zabrzmiał ostro. Jakby się gniewała. Jak tatuś. – Przecież te tabletki są na bóle wzrostowe, głuptasku.
– Nie. – Pokręciłam głową, bo wiedziałam, jak wyglądają tabletki na bóle wzrostowe. – Tamte są różowe.
Moja siostra skłamała.
Nie spodobało mi się to.
Aż dziwnie zakręciło mi się w głowie.
– Liz.
– Ja też je słyszę, Caoimhe. – Poderwałam się, żeby na nią spojrzeć. Znowu mnie wszystko swędziało. – I widzę różne rzeczy. We śnie. Przychodzi po mnie potwór. Przygniata mnie, ma ostre pazury…
– Liz, musisz się przymknąć – ostrzegła, zasłaniając mi usta dłonią. – Nigdy więcej nie mów tak na głos. – Spojrzała na mnie ze złością w oczach. – Nic ci nie jest.Wszystko z tobą w porządku. Wcale nie słyszysz głosów. Nie jesteś chora. Przeskoczyło cię to, tak samo jak mnie i tatę. Jesteś zwykłym dzieciakiem, a te wszystkie małe świrki z czasem znikną.
Potrząsnęłam głową, znowu nie wiedziałam, o co chodzi, i było mi gorąco.
Swędziała mnie skóra.
Palce chciały drapać.
Znów palił mnie w gardle krzyk.
– Wszystko z tobą w porządku – powtórzyła moja siostra, zatykając mi usta, żebym nie krzyczała. – Więc lepiej zacznij się tak zachowywać, bo jeśli nie, to skończysz tam, gdzie ona.
Lizzie
– Jesteśmy już? – zapytałam z tylnego siedzenia auta tatusia. Wyciągałam szyję jak najwyżej, ale i tak nie widziałam zza tych wszystkich pudeł nawet rodziców.
– Jeśli zapytasz jeszcze raz, to otworzę drzwi i cię wyrzucę – burknęła moja siostra i dźgnęła mnie łokciem.
Samochód był tak zapchany pudłami, że musiałyśmy siedzieć ściśnięte obok siebie. Caoimhe była we mnie tak wbita, że jej łokcie leżały na moich.
– Chyba wolałam, kiedy byłaś niemową.
– Caoimhe! – skrzyczeli ją równocześnie rodzice.
Jeszcze raz mnie szturchnęła, po czym włączyła walkmana i położyła łokieć na moim. Podkręciła głośność tak bardzo, że słyszałam z jej słuchawek piosenkę Do They Know It’s Christmas?.
Zmrużyłam oczy, oddałam jej i oparłam swoją rękę na jej ręce. Skupiłam uwagę na oknie.
– Pada śnieg! – krzyknęłam rozradowana z oczami wlepionymi w wirujące wokół nas płatki. – Jesteśmy już?
– Dajcie mi sił… – wymamrotał tata, a mama zaśmiała się cicho.
– Skarbie, widzisz ten znak? Popatrz przez okno.
Po chwili poszukiwań moje oczy wylądowały na wielkiej tablicy z napisem:
Ballylaggin
Hrabstwo Cork
– Widzę! – zawołałam, aż podskakując na siedzeniu. – To tu? Jesteśmy już?
– Prawie – odpowiedziała mama, wyglądała na szczęśliwą. – Jeszcze kilka minut jazdy.
Przycisnęłam twarz do szyby, patrzyłam i się uśmiechałam. Śnieg pokrywał ziemię. Wyglądał pięknie.
– To stąd jesteś, mamusiu? – zapytałam, zauważając grupkę dzieci obrzucających się śnieżkami w parku.
– Tak, skarbie. Urodziłam się i wychowałam w Ballylaggin.
– Ballylaggin – powtórzyłam powoli, pilnując, by wypowiedzieć to słowo, jak trzeba.
To było duże miasteczko. Miało sklepy, puby i długie ulice. Wszędzie paliły się lampki świąteczne, migotały w oknach domów i wisiały nad ulicami. Na wszystkich sklepach i niektórych domach wisiały biało-czerwone flagi. Przypomniałam sobie, że to symbol hrabstwa Cork. Flaga mamusi. Flaga hrabstwa Tipperary, czyli flaga tatusia, była żółto-niebieska.
– Kino! – Caoimhe aż pisnęła. Zerwała słuchawki i mnie przygniotła, bo też przylepiła się do szyby. – I ośrodek rekreacyjny!
– Wiem! – zaśmiała się mama, wyglądała na szczęśliwszą niż zwykle.
– Mają tam basen?
– Mają – odparła. – I kręgielnię.
Tatuś jechał jednak dalej, aż wyjechaliśmy z miasta z powrotem na wieś. Skręcił w węższą uliczkę i zatrzymał się przed wielką bramą.
– Wooo… – westchnęła Caoimhe i zaczęła czytać tabliczkę na wielgachnym filarze. – Old Hall House, Robin Hill Road, Upper Northwest, Ballylaggin.
– Robin Hill Road – powiedziałam z przekąsem. – Zabawne.
Tata przejechał przez bramę i usłyszałam chrzęst żwiru pod kołami. Jechał krętą, obrośniętą wokół drzewami dróżką, dopóki nie podjechaliśmy przed dom.
– Jesteśmy – obwieściła mama z kolejnym radosnym westchnieniem, gdy zaparkował. – Witajcie w domu, dziewczynki.
Otworzyłam drzwi, ale nie wyszłam, bo Caoimhe przelazła mi przez kolana i wysiadła pierwsza.
– Jeeej… – westchnęła, kręcąc się dookoła. – Tato, to nasze?
– Nie – odpowiedział cicho tata, obchodząc auto, żeby otworzyć mamie drzwi. – To mamy.
– Cóż, z pewnością bije na łeb farmę – parsknęła, ciągle się obracając. – Lizzie, chodź zobaczyć.
Wygramoliłam się z auta i rozrzucając na boki kamyki, pobiegłam za siostrą, która już wspinała się na drewniane ogrodzenie.
– Mamy dziedziniec i łąkę! – zawołała podniecona. – I stodoły, i stajnie! – Pokonała kolejne ogrodzenie i krzyknęła: – Boziulku, mamy sad!
– Czy to jest pałac? – zapytałam, wciąż próbując wspiąć się na pierwszą bramę.
– Nie, to majątek! – odkrzyknęła Caoimhe. – I jest cały nasz!
– Dziewczyny! – warknął tata. Stał przed wielkim domem, obejmując mamę ramieniem. – Wracajcie tu, natychmiast!
Zeskoczyłam z drewnianej bramy i pobiegłam z powrotem do rodziców, zbyt szczęśliwa, by w ogóle zauważyć, że tatuś znowu się zdenerwował.
– To tu, dziewczynki – powiedziała z szerokim uśmiechem mamusia, gdy przekręciła klucz w gigantycznych drzwiach, a tatuś je otworzył. – Nasz dom rodzinny.
– Jasny gwint – odezwała się Caoimhe, wciskając się do środka przede mną. – Jesteśmy bogaci!
Pobiegłam za nią, ślizgając się na płytkach, i zaglądałam zziajana do kolejnych pomieszczeń, by znaleźć siostrę. Tych pokoi było za dużo. Nie umiałabym ich nawet policzyć. W starym domu mieliśmy jedne schody, którymi szło się do naszych sypialni, a tutaj jedne schody prowadziły na górę, inne na dół, a następne jeszcze gdzieś.
Nie wiedziałam, co o tym sądzić.
Zagubiona w labiryncie pokojów i korytarzy, w końcu odnalazłam rodziców w kuchni. Nigdy w życiu nie widziałam takiego wielkiego domu. Gdy zauważyłam mamę i tatę przy stole, od razu chciałam do nich iść, ale się zatrzymałam, bo zauważyłam, że Caoimhe też tam jest i o mnie mówi.
Schowałam się za drzwiami, którymi przed chwilą weszłam, i nadstawiłam uszu. Mówili ściszonymi głosami, ale ja i tak ich słyszałam.
– Ona będzie w maluchach, a ty w szóstej klasie – mówiła mama. – Nawet się do siebie nie zbliżycie.
– Poświęciłam dla tej rodziny wszystko, ale to dla mnie nieprzekraczalna granica – odpowiedziała Caoimhe. – Zgadzałam się na wszystko, o co mnie prosiliście. Spakowaliście nas i po prostu tu przewieźliście, a ja i tak nie powiedziałam złego słowa. Ale na tym koniec.
– Caoimhe, proszę cię.
– Kocham siostrę, naprawdę – zapewniała. – I rozumiem, dlaczego musieliśmy zrobić pewne rzeczy, ale tym razem musicie postawić mnie na pierwszym miejscu. Jeśli poślecie ją ze mną do Najświętszego Serca, to nawet nie dostanę szansy, żeby się tam wpasować.
– Zgadzam się – wtrącił tata.
– Michael!
– Caoimhe ma rację – dodał ściszonym głosem. – Wiele przez nas przeszła, więc możemy choć tyle dla niej zrobić.
– A co z Lizzie? Hmm? – odparła mamusia, a w jej głosie słychać było zdenerwowanie. – Kiedy szkoła znowu się zacznie, to co, po prostu jej nie poślemy?
– Właśnie tak.
– Ale ja już ją zapisałam do Najświętszego Serca.
– No to ją wypisz – odpowiedział tata. – Tak będzie najlepiej, Catherine. Wiesz o tym.
– Michael, ona musi chodzić do szkoły.
– A co, jeśli zaatakuje kolejne dziecko? – wydusiła Caoimhe. – To na mnie wszyscy się gapią, bo mam szajbniętą siostrę.
– Nie jest szajbnięta.
– Normalna też nie, mamo! Jeśli naprawdę chcesz jej pomóc, to powinnaś posłuchać taty i znaleźć jej szkołę z internatem. Taką, która mogłaby jej pomóc z…
– Po moim trupie!
– Może zacząć we wrześniu, kiedy Caoimhe przejdzie do średniej – zaproponował tata. – Dzięki temu będziemy mieli sporo czasu, żeby podreperować twoje zdrowie i znaleźć dla Elizabeth niezbędną pomoc.
W tym momencie mama się rozpłakała.
– To wszystko jest takie nieuczciwe.
– Nie, nieuczciwe jest rozrywanie naszego życia na strzępy – westchnął tatuś, jakby był zmęczony. – Catherine, jak dotąd robiliśmy wszystko po twojemu, ale teraz biorę stronę Caoimhe. Elizabeth zostaje w domu.
Lizzie
– Caoimhe, ja nie chciałam. – Pociągnęłam nosem, stojąc w progu pokoju mojej siostry z zaciśniętymi rękami. Chciałam przeprosić za zniszczenie jej przyjęcia urodzinowego, ale nie słuchała. – Ja nie chci…
– Wynoś się! – wrzasnęła, rzucając we mnie dezodorantem. – Lizzie, nienawidzę cię, kurwa!
Zakryłam usta dłonią, żeby nie zacząć znów krzyczeć jak wcześniej, przy jej znajomych. Nie chciałam. Nie wiem, dlaczego tak zrobiłam.
– Nienawidzę jej! – wrzeszczała, padając twarzą na łóżko. – Wolałabym, żeby jej tu nie było!
– Nie mów tak – powiedział jeden z jej szkolnych kolegów, masując ją po ramieniu. To był jedyny chłopak na całym przyjęciu. – Ja też mam młodsze rodzeństwo, bez przerwy wpada w jakiś szał.
– Nie tak jak ona… – zawodziła Caoimhe w poduszkę.
– Najwyraźniej nie poznałaś Joeya – odpowiedział chłopak. – No weź, już, to nie koniec świata.
– Nawet przyjęcie musiała mi zrujnować. – Caoimhe płakała jeszcze mocniej. – Chciałabym, żeby umarła!
Też bym chciała.
– Pociągnęła mnie za włosy… – próbowałam wyjaśniać przez łzy. – Zrobiła mi krzywdę.
Chłopak odwrócił się i na mnie popatrzył.
– Wiem – odezwał się łagodnie. – Ona mówi prawdę, wiesz? – zwrócił się do mojej siostry. – Widziałem, jak Saoirse Murphy szarpnęła ją za kucyk, gdy zdmuchiwałaś świeczki.
– I z tego powodu miała prawo rzucić się jej z pazurami do oczu? – prychnęła Caoimhe, usiadła i spojrzała na mnie gniewnym wzrokiem. – To moja przyjaciółka, a przez ciebie poleciała jej krew – wydusiła. – Teraz możesz już zapomnieć o tym, że tata wyśle cię do szkoły w mieście. Będziesz miała szczęście, jeśli nie poślą cię do internatu.
– Caoimhe, daj spokój, jest jeszcze mała.
– Co takiego? Dobrze wiesz, że mam rację – rzuciła do niego jadowicie. – Darren, przecież wszystko ci opowiedziałam. Wiesz, ile mnie to kosztuje. – Pociągnęła nosem i znowu wbiła we mnie to spojrzenie. – Módl się, żeby ten rak nie zabił mamy, bo jeśli zabije, to wylecisz stąd, zanim jeszcze trafi do ziemi. I nawet się za tobą, kurwa, nie obejrzę.
– Jezu Chryste, Caoimhe!
– Mam to gdzieś, Darren! – wrzasnęła. – To pierdolona wariatka!
– Caoimhe, ja przepraszam…
– Darren, zabierz ją stąd! – krzyczała. – Proszę cię, zabierz mi ją sprzed oczu, zanim sama ją zajebię!
– Może powinnaś na chwilkę zejść na dół. – Darren ponownie na mnie spojrzał, tym razem ze smutkiem w niebieskich oczach. – Twoja siostra jest po prostu zdenerwowana, wiesz? – dodał życzliwym głosem. – Wcale tak nie myśli.
Pociągnęłam nosem i kiwnęłam głową.
– Przepraszam.
– Wszystko będzie dobrze. – Uśmiechnął się pocieszająco. – Obiecuję.
Lizzie
– Dzień dobry, skarbie – przywitała mnie mama, gdy po szkole weszłam do kuchni, w której piekła ciasteczka. – Miałaś udany dzień?
Pokręciłam głową.
– Och, no już, nie mów tak – powiedziała zachęcająco, wsuwając blachę do pieca. Zamknęła drzwi i odwróciła się do mnie z uśmiechem. – Na pewno przydarzyło ci się coś dobrego.
Nie przydarzyło się.
W mojej grupie było tylko dziesięcioro innych dzieci, niektóre jeszcze w pieluchach. Wszystkie były młodsze i przez cały dzień kolorowaliśmy albo czymś się bawiliśmy. Później zabierali mnie do „salek terapeutycznych”, żeby porozmawiać o moich uczuciach, bawić się zabawkami, robić dziwne ćwiczenia albo pracować nad moją wymową. Umiałam mówić i denerwowało mnie to, że nauczyciele zachowywali się, jakbym nie umiała. Przez cały czas na mnie patrzyli i pisali o mnie w sekretnej książce.
Nie znosiłam tam chodzić.
Najlepszą częścią dnia był powrót do domu, do mamy.
– Nie chcę chodzić do przedszkola – pożaliłam się, ruszając prosto do niej. – Mam pięć lat. Chcę iść do dużej szkoły i poznawać koleżanki. Jak Caoimhe.
– Lizzie, Święty Antoni to nie jest przedszkole – odparła mama łagodnie. – To prywatna szkoła dla chłopców i dziewczynek w każdym wieku potrzebujących odrobinki dodatkowej pomocy.
– Ale ja nie potrzebuję – utyskiwałam, opierając się o blat. – Znam wszystkie literki i cyferki. Umiem napisać swoje imię i nazwisko i dodawać, i czytać też.
– Wiem o tym, bystrzacho. – Dalej się uśmiechała, ale teraz już smutno. – Ale doktor Wolfe uważa, że rok w Świętym Antonim dobrze ci zrobi.
Zmrużyłam oczy.
– Nienawidzę doktora Wolfe’a. – Był starym marudą i zawsze dziwnie na mnie patrzył. – On myśli, że jestem niedobra. – Tak samo jak tatuś.
– Nie, wcale nie – poprawiła mnie mama. – Próbuje ci pomóc.
Pewnie, tabletkami, po których robię się śpiąca.
– Ten Święty Antoni to nie na zawsze – przekonywała mama znów ze smutnym uśmiechem. – To tylko taki pierwszy krok.
– Krok do czego?
– Do powrotu na właściwy tor – odparła, kucając, by pogłaskać mnie po policzku. – Musisz znów zacząć rozmawiać z ludźmi.
– Rozmawiam z tobą.
– Ale z innymi też – zachęcała. – Z nauczycielami, pozostałymi dziećmi. W zeszłym roku tak dobrze ci szło. – Uśmiechnęła się smutno. – Skarbie, ja wiem, że jesteś bardzo bystra, ale nauczyciele się nie dowiedzą, jeśli im tego nie pokażesz.
– Ja nie chcę z nimi rozmawiać. Ciągle się na mnie gniewają.
– Oj, jestem pewna, że to nieprawda.
– Prawda – zaprotestowałam. – Ciągle stoję w kącie.
– Dobrze… – Mama przygryzła dolną wargę, wydawała się zmartwiona. – To porozmawiam z nimi jeszcze raz.
To nic nie da.
Rozmawiała z nimi ostatnio, a i tak stałam w kącie.
– Jestem niedobra.
– Nie, wcale nie.
– Wszyscy tak myślą.
– Cóż, zdradzę ci małą tajemnicę. – Zagięła palec na znak, żebym podeszła bliżej, a kiedy się zbliżyłam, szepnęła mi na ucho: – Każdy, kto myśli, że jesteś niedobra, to tępy zjeb.
Zrobiłam wielkie oczy z zaskoczenia.
– Przeklęłaś.
– Owszem – zachichotała, zakładając mi włosy za ucho. – Nie naśladuj mnie.
Zarechotałam i pogłaskałam loki na jej głowie.
– Masz śmieszne włosy.
– To dlatego, że odrastają – zaśmiała się.
– Są jak puszyste chmurki – odparłam, ciągnąc jeden loczek. – Tęskniłam za tobą.
– Ja za tobą bardziej, kochanie. – Objęła mnie i przyciągnęła, żeby przytulić. – Przepraszam, że nie mogłam odebrać cię dziś ze szkoły. – Zasypała mój policzek buziakami. – Miałam wizytę w szpitalu.
„Szpital”.
To niedobre słowo.
Nie lubiłam go.
Fu, fe.
– Nie martw się – dodała kojąco i potarła swoim nosem mój. – Lekarze są bardzo zadowoleni z mamusi.
– Naprawdę?
Przytaknęła.
– Czyli moje życzenie się spełniło! – Rozpromieniłam się.
– Jakie życzenie, skarbie?
– Wykorzystałam na ciebie życzenie urodzinowe – wyjaśniłam radośnie. – Życzyłam sobie, żeby ci się poprawiło, i zadziałało.
– To najlepszy dzień w moim życiu! – pisnęła Caoimhe, wpadając do kuchni w nowym mundurku. – Mamo, ogłaszam oficjalnie: kochamszkołę!
– Cóż, jak widać, zawsze musi być pierwszy raz… – Mama puściła do mnie oczko, wyprostowała się i podeszła do mojej siostry. – No dobra, to dawaj. Który chłopak odpowiada za ten szeroki uśmiech?
– A kto powiedział, że ten uśmiech ma coś wspólnego z chłopakami? – zaśmiała się, podskakując radośnie. – Może po prostu kocham Tommen.
– Caoimhe Catherine Young. – Mama uniosła wymownie brew.
– Okej, okej, ma na imię Mark i przywiało go do Ballylaggin tak samo jak mnie. – Aż westchnęła. – Przeprowadził się niedawno z tatą do Clonamore… Wiesz, gdzie to jest, co nie, mamo? Miasteczko niedaleko. Do Tommen chodzi mnóstwo dzieci z tamtej okolicy.
Mama już otwierała usta, żeby jej odpowiedzieć, ale Caoimhe nie dała jej okazji, bo trajkotała dalej.
– Cóż, w zeszłym roku zmarła mu mama i jego tata postanowił, że muszą zmienić otoczenie, więc przyjechali do Cork z Roscommon. – Wyszczerzyła się w szerokim i olśniewającym uśmiechu. – Chodzi ze mną do klasy.
– A co z Darrenem? – zapytałam. – On też chodzi do twojej klasy?
– Nie – westchnęła smutno. – Darren musiał iść do BCS.
– Jak to?
– Jego rodzina nie ma za dużo pieniędzy, a Tommen to prywatna szkoła i czesne dużo kosztuje.
– To nieuczciwe.
– Wiem. – Rzuciła plecak na podłogę i kręcąc piruety, tanecznym krokiem podeszła do lodówki. – W każdym razie Mark jest w pierwszej klasie, tak samo jak ja, a jego ojciec spotyka się z Sadhbh Gibson. Pamiętasz ją, prawda? Bez przerwy niańczyłam Gibsa i Beth.
– Tak, Caoimhe, pamiętam Sadhbh. – Mama przewróciła oczami. – Woziłam cię tam i przywoziłam co weekend.
– Cóż, Mark i jego tata mieszkają w Clonamore, ale kiedy Joe i Sadhbh wszystko przyklepią, to też przeprowadzą się do miasta. Uwierzyłabyś? Będzie mieszkał z dzieciakami, którymi się zajmowałam! Jakby przeznaczenie się za mną wstawiło. A on jest naprawdę niezły.
– Caoimhe, a co to oznacza, że jest „niezły”?! – obruszyła się lekko mama.
– To znaczy, że jest piękny – westchnęła rozmarzona siostra. – Wysoki, czarnowłosy, gra w rugby i ma najlepszego kręconego czeskiego piłkarza.
– Co to jest czeski piłkarz? – zdziwiłam się.
– Taka fryzura – wtrąciła mama, wyciągając deskę do prasowania.
– Tak – potwierdziła Caoimhe, podając mamie swoją koszulkę z koszyka na rzeczy do prasowania. – Jak u Slatera z Byle do dzwonka.
O Byle do dzwonka wiedziałam wszystko. To ulubiony serial mojej siostry. Oglądałyśmy go codziennie po szkole.
– Ja lubię Zacha.
– Zach jest słodki – przyznała, kiwając z namysłem głową. – Ale Slater seksowny. – Położyła dłoń na piersi i zagruchała: – Tak samo jak Mark!
– Caoimhe! – obruszyła się ponownie mama. – Kochanie, no naprawdę, małe uszka słuchają!
– Przepraszam, przepraszam, ale nie mogę się opanować! – Jeszcze nie widziałam, żeby moja siostra tak się uśmiechała. – Mamo, on jest taki wysoki, no ma z… metr osiemdziesiąt.
– Tak, kotku, już mówiłaś.
– I ma boskie czarne włosy i zielone oczy, i gra w rugby.
– O tym też już wspominałaś, Caoimhe.
– Wiem, ale warto powtórzyć – westchnęła marzycielsko raz jeszcze. – Mamo, nie uwierzyłabyś, jaki jest przystojny… i zaprosił mnie na randkę. Mnie, mamo. Ze wszystkich dziewczyn z całej szkoły wybrał mnie. – Wyszczerzyła się od ucha do ucha, pokręciła biodrami i pisnęła: – Chyba go kocham!
– Och, Caoimhe… – zaśmiała się mama, prasując koszulkę. – Znasz tego chłopca miesiąc.
– Serca nie oszukasz, mamo – odpowiedziała moja siostra, bez przerwy łapała się za pierś. – A moje serce chce Marka Allena. – Pokręciła się po kuchni i śmiesznie zatańczyła. – Jeszcze nigdy się tak nie podniecałam, że idę do szkoły.
– Cóż, skoro jest dla ciebie taki ważny, to zaproś go dziś na kolację.
– Serio? – Caoimhe otworzyła szeroko oczy. – Mówisz poważnie?
– A dlaczego nie? – Mama się uśmiechnęła.
– O Boże. Kocham cię! – pisnęła Caoimhe, rzucając się na nią z szeroko rozpostartymi ramionami. – Jesteś najlepszą mamą w Irlandii! – Zasypała jej policzek buziakami. – Pokochacie go wszyscy, zobaczycie!
Lizzie
– Co jest nie tak z twoją siostrą? – zapytał Mark, gdy po kolacji weszłam do kuchni i zobaczyłam, jak się całują.
– Mutyzm wybiórczy – odparła Caoimhe, nalewając do szklanki wody z kranu. – Nie bierz tego do siebie. Traktuje tak wszystkich spoza rodziny. – Upiła łyk i dodała: – Dlatego chodzi do szkoły w mieście i na te wszystkie terapie, o których ci opowiadałam. Kiedy jej pasuje, mówi zupełnie normalnie – dodała, wzruszając ramionami.
– No ale dlaczego? – Spojrzał na mnie, potem znów na moją siostrę i zapytał: – Dlaczego nie mówi jak normalne dzieci?
– Psychiatrzy twierdzą, że to przez dawną traumę.
– Jaką dawną traumę?
– To nie… eee… To prywatna sprawa rodzinna – odparła Caoimhe i jej policzki zabarwiły się na czerwono. – Ale w tym tempie skończy szkołę przed trzydziestką. – Upiła jeszcze jeden łyk i dodała: – Wystarczy, że wiesz, że nie wykabluje nas rodzicom.
Mark skupił na mnie uwagę i się uśmiechnął.
– Cześć, bąbelku.
Nazwał mnie bąbelkiem.
Spodobało mi się to.
– Czyli nie powie twojemu tacie, że się całowaliśmy, tak? – zapytał, odwracając się przez ramię, i popatrzył na moją siostrę. – Umie trzymać buzię na kłódkę?
– No ba! – Caoimhe przewróciła oczami i wrzuciła do ust winogrono. – Przecież właśnie ci powiedziałam, że nie kabluje. Poza tym mało rozmawia z ojcem.
– Przy nim też jest niema?
– Czasami.
– Skrzywdził ją albo coś?
– Nie! – warknęła Caoimhe, w jej głosie słychać było złość. – Dlaczego tata miałby ją krzywdzić?
– Sorry, tak tylko zapytałem – odpowiedział, unosząc ręce. – Nie chciałem cię zdenerwować.
Caoimhe chyba szybko o tym zapomniała, bo znowu zaczęła się w niego wpatrywać maślanym wzrokiem.
– Polubiła cię.
– Skąd wiesz?
– Bo się uśmiecha. Gdyby cię nie lubiła, to by się tak nie uśmiechała, zaufaj mi.
– Wygląda jak mały aniołek. – Mark się uśmiechnął i kucnął przede mną. – Lubisz mnie, bąbelku? Hmm? Odezwiesz się do mnie?
– Och, nie, nie, nie. Może i tak wygląda, ale niech ta anielska buźka cię nie zwiedzie – zaśmiała się Caoimhe. – Jeśli najdzie ją ochota, to wydziera się jak jakaś zmora.
– Założę się, że nakłonię ją do mówienia – stwierdził, zakładając mi włosy za ucho.
– Możesz spróbować – żachnęła się Caoimhe. – Ale żaden lekarz nie był w stanie jej naprawić.
– Chciałabyś, bąbelku? – zapytał Mark, kładąc mi rękę na ramieniu. – Chciałabyś, żebym cię naprawił?
Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się do niego.
Tak, poproszę.
***
– Gdzie ona jest?
– Wiem, że gdzieś tutaj!
– Czuję ją!
Zarechotałam i wturlałam się pod łóżko, chciałam uciec skarpetsmrodkowemu potworowi, ale to na nic.
– Mam cię! – Ręka w skarpetce wskoczyła pod łóżko i złapała mnie za nogę. – Niam, niam, niam, właśnie coś takiego chciałem przekąsić! – powiedział Mark udawanym głosem skarpetsmrodkowego potwora, wyciągając mnie spod łóżka. – Pyszniutki, malutki bąbelek tylko dla mnie!
Piszcząc z radości, próbowałam się wyrwać, ale Mark był dla mnie za szybki. Objął mnie na wysokości brzucha, wciągnął sobie na kolana i udawał, że pożera mnie skarpetką.
– Jesteś bezkonkurencyjnie najlepszym chłopakiem na świecie. – Caoimhe oparła się o framugę drzwi i uśmiechnęła do nas. – Dziękuję, że masz dla niej tyle cierpliwości.
– Ależ to żaden problem, prawda, skarpetsmrodkowy potworze? – zapytał Mark, po czym odpowiedział zmienionym głosem: – Żaden! Uwielbiamy konsumować małe bąbelki!
– No dobrze, skoro już rozweseliłeś moją siostrę na cały wieczór, to może teraz moja kolej? – Puściła do niego oko i kiwnęła głową w stronę drzwi. – Zanim tata po ciebie przyjedzie.
– Przepraszam, bąbelku, ale szefowa przemówiła. – Posadził mnie na łóżku i poczochrał po głowie. – Kiedy przyjdę następnym razem, to znowu się pobawimy, okej?
Pokiwałam głową radośnie i patrzyłam, jak wychodzi. Miałam nadzieję, że Caoimhe szybko zaprosi go z powrotem.
Był moim pierwszym, pierwszym przyjacielem.
Lizzie
– Co ty wyprawiasz, do cholery? – zapytał ostro tata i poderwał się na krześle, gdy weszłam mu na kolana. – Nie możesz mi wchodzić na kolana całkiem goła. – Owinął mnie ręcznikiem i zakrył, ale wydawał się przy tym naprawdę wściekły. – Wracaj na górę i coś włóż, i już nigdy więcej nie schodź na dół bez ubrań, bo spiorę ci tyłek.
– Uspokój się – powiedziała mama, gdy obok niej przebiegłam. – Szła się po prostu kąpać.
– Catherine, ona ma pięć lat, nie jest już małym dzieckiem – odpowiedział. – Jest już za duża na bieganie po domu na golasa i powinna o tym wiedzieć.
– Michael, ona chciała tylko przytulić tatę.
– Caoimhe nigdy się tak nie zachowywała.
– Nie porównuj ich. Są jak noc i dzień.
– Wiem, kurwa.
– Michael!
– Porozmawiaj z nią, Catherine. Wyjaśnij tej dziewczynie, że nie może tak postępować. Na miłość boską, a co, jakby u Caoimhe akurat był Mark?
– Może gdybyś zwracał trochę mniejszą uwagę na Caoimhe, a trochę większą na Elizabeth, to nie musiałaby tak rozpaczliwie domagać się twojego zainteresowania?
– A może gdybyś ty nie dogadzała jej na każdym kroku, to umiałaby otworzyć gębę i mówić sama za siebie.
– Jak śmiesz!
– Mówię tylko, że może jakbyś trochę odpuściła i pozwoliła jej na większą samodzielność, to zachowywałaby się bardziej niezależnie.
– Nie waż się zrzucać tego na moje barki. Powód, przez który nasza córka ma problemy, wziął się od ciebie, nie ode mnie.
– Czyli teraz obwiniasz mnie o coś, nad czym nie mam kontroli?
– Tak jak ty mnie o to, że nie umiem jej naprawić?
– To był błąd.
– Nie mów tak.
– Idę na piwo.
– Nie, nie wychodź. Musimy o tym porozmawiać.
– Nie ma o czym rozmawiać. Jest jak jest, a my jesteśmy, gdzie jesteśmy. I tyle.
– Michael, proszę cię!
Drzwi zamknęły się z trzaskiem.
– No już, nie płacz. Cśś, cśś…
– To dlatego, że jesteś niedobrą dziewczynką. Bóg cię karze…
– Przysłał mnie, żebym cię wymył…
– Powiedz, czego chcesz…
Spanikowana rzuciłam się na górę i zatrzymałam dopiero pod kołdrą.
Niedobra dziewczynka.
Niedobra dziewczynka.
Niedobra dziewczynka.
Zacisnęłam powieki i próbowałam jakoś odepchnąć te głosy, ale nie chciały sobie pójść.
Lizzie
Było Boże Narodzenie, późny wieczór, gdy drzwi do mojego pokoju się uchyliły i do środka wślizgnął się Mark.
Uśmiechnęłam się, gdy zamknął drzwi na klucz, bo to oznaczało, że znowu będzie mnie naprawiał.
Bardzo go lubiłam. Ładnie pachniał, był superśmieszny i gdy tylko przychodził, to za każdym razem się ze mną bawił, choć Caoimhe zawsze chciała się mnie pozbyć, bo wolała chodzić z nim miętosić się do lasku za domem, gdzie nie widzieli ich rodzice. Bez przerwy to robili. Caoimhe zapraszała go tu nawet, gdy rodziców nie było w domu.
Za każdym razem musiałam obiecywać, że nie powiem. Kaszka z mleczkiem, bo byłam dobra w trzymaniu tajemnic.
Przecież pilnowałam wielu sekretów.
Na przykład tego, że Mark ma supermoc.
Nigdy nikomu tego nie zdradziłam, bo Mark powiedział, że jeśli zdradzę, to supermoc przestanie działać, a ja nie chciałam być znów chora. On za to ostrzegł, że jeżeli przestanie mnie naprawiać, to tak będzie.
Mark ze swoim tatusiem przyszli do nas na kolację i zostali na noc, bo jego tatuś wypił za dużo whiskey z moim tatusiem.
– Jesteś gotowa, bąbelku? – zapytał Mark, podchodząc do mojego łóżka.
– Czekałam na ciebie – odpowiedziałam dumna, że wytrzymałam tak długo bez spania i nikt się nie zorientował. – Tak jak powiedziałeś.
