Rechot - Łukasz Rzadkowski - ebook

Rechot ebook

Łukasz Rzadkowski

0,0

Opis

Horror, który zakumasz!

Maciek wraz z dziewczyną i przyjaciółmi ruszają spędzić weekend w Rogowicach. Pretekstem do wypadu są odwiedziny leżącego w pobliskim szpitalu wujka chłopaka – ale prawdziwy powód jest inny. Niewielka wieś, w której na co dzień mieszka mężczyzna, zmienia się w sielankową przystań dla spragnionej zabawy i alkoholu młodzieży. Nikt z nich nie wie, że czeka ich najgorszy urlop w życiu, a dla niektórych okaże się też ostatnim. Po ulicach Rogowic zaczynają grasować wygłodniałe płazy, siejąc wokół śmierć i zniszczenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 264

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Łukasz Rzadkowski

Rechot

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środowiskach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórcy.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN: 978-83-973089-5-4

ISBN E-BOOK: 978-83-973089-7-8

Redakcja: Dagmara Adwentowska

Korekta: Sylwia Gudyka

Skład: Kinga Mędrzycka

Ilustracje: Katarzyna Szewioła-Nagel

Okładka: Joanna Halerz

Korekta poskładowa: Sylwia Gudyka, Kinga Mędrzycka

Przygotowanie wydania elektronicznego: Kinga Mędrzycka, Agata Jackiewicz, Paweł Jackiewicz

www.mocnestrony.art

Przedmowa

Od zawsze kochałem pulpowe kino grozy, którego okres świetności trwał w najlepsze, nim jeszcze pojawiłem się na świecie. Absurd przekraczający wszelkie normy, przerysowana rzeczywistość, bezmyślne zachowania bohaterów i efekty specjalne, których jakość kłuła w oczy. Nie wiem jak Was, ale mnie produkcje te urzekają do dzisiaj. Podobnie rzecz ma się z pulpową literaturą grozy, która dawno temu przybierała kształt niewielkich, cienkich czarnych książeczek o specyficznej szacie graficznej na okładce. Ich klimat jest nie do podrobienia, a dzisiejsze trendy w horrorze, niestety, wypaczają ten złoty okres literackiej i filmowej grozy. Jako oddany fan konwencji nie mogłem pozwolić, żeby ślad o tych czasach zniknął. Tak właśnie narodziła się książka, którą trzymacie w swoich rękach. Mając w głowie zaledwie jedną filmową scenę, udało mi się rozbudować ją do pełnoprawnej powieści. Z jakiej produkcji zaczerpnąłem inspirację? Nie chcę psuć zabawy podczas lektury, nie zdradzę więc, o jaki tytuł chodzi. Wielu z Was z pewnością odnajdzie ten bardzo sugestywny, lecz pozostający mrugnięciem oka do fanów fragment w treści książki.

Muszę też uprzedzić, że w tej książce nie brakuje wulgaryzmów oraz brutalnych i krwawych scen, które mogą okazać się zbyt mocne dla niektórych odbiorców. Jeżeli jesteście wrażliwi na tym punkcie, zdecydowanie odradzam zagłębianie się w tej historii. Nie chciałbym, by moja powieść stała się dla kogoś traumą.

Ostrzegam Cię, droga Czytelniczko, i Ciebie, drogi Czytelniku, że lekturę kontynuujesz na własną odpowiedzialność.

Łukasz Rzadkowski

Pro​log

Wokół unosił się zapach lata i pomimo późnej pory na zewnątrz wciąż było dość jasno. Ciszę zakłócał jedynie pisk nieoliwionego od lat łańcucha rowerowego. Część mieszkańców trwała w błogim, głębokim śnie. Wiesław natomiast poczuł nieodpartą chęć zwilżenia gardła kolejnym piwem. Tego trunku, niestety, akurat zabrakło mu w lodówce. Sklep, w którym mógłby zdobyć upragniony napój, był już zamknięty. Nie stanowiło to jednak problemu. Jak to zwykle bywa w malutkiej, liczącej ledwo ponad dwustu mieszkańców wiosce, Wiesław znał ludzi gotowych o każdej porze pomóc w tak nagłej potrzebie.

Pamiętający czasy wczesnego PRL-u składak wciąż umożliwiał swojemu właścicielowi przedostanie się z jednego końca miejscowości na drugi. Celem mężczyzny był dom jego odwiecznego kompana w piciu i narzekaniu na trudności życiowe, Marcela. Dwaj podstarzali panowie potrafili całymi dniami przesiadywać pod sklepem i sączyć butelkę za butelką. Właścicielka, nieco młodsza od nich Bożenka, zadbała nawet o ławkę pod swoim lokalem, by zapewnić komfort stałym bywalcom.

Gdybym tylko był nieco młodszy, na pewno bym się jej odwdzięczył, pomyślał Wiesław, uśmiechając się lubieżnie. Jednocześnie poczuł swędzenie w kroczu. W przeciwieństwie do jego żony, właścicielka sklepu należała do kobiet zadbanych i atrakcyjnych. Na samą myśl o zobaczeniu swojej Mariolki nagiej, jak ją Pan Bóg stworzył, Wiesław prawie stracił równowagę podczas jazdy.

– Choćbym się zalał w trupa, nie tknąłbym tej baby nawet kijem przez szmatę.

Nikt nie słyszał wypowiedzianych na głos deklaracji Wiesława. Jednak i bez tego każdy mieszkaniec Rogowic wiedział, że Wiesławowi nie układa się z żoną najlepiej. Trudno cokolwiek ukryć w tak niewielkiej wiosce, a na domiar złego paplała jęzorem na lewo i prawo z tymi swoimi, pożal się Boże, przyjaciółeczkami.

Wszystkie tyle samo warte, pomyślał Wiesław, pedałując z wysiłkiem.

Chłód wieczoru w połączeniu z lekkim wiatrem przyjemnie owiewał mu twarz. Od wielu dni temperatura oscylowała w okolicy czterdziestu stopni, co stanowiło prawdziwą udrękę. Wiesław z Marcelem nawet nie przesiadywali pod sklepem w taki upał. Temperatura była zbyt wysoka, a w pobliżu ławki nie rosło żadne drzewo, w którego cieniu mogliby się schronić przed skwarem. Odkąd zaś udar słoneczny wpędził jednego z lokalnych pijaczków do grobu, obaj uznali, że nie warto ryzykować.

W końcu pić można przecież tak naprawdę wszędzie.

Upragniony cel podróży Wiesława był coraz bliżej. Dom Marcela majaczył niemal na wyciągnięcie ręki, kiedy coś dziwnego pojawiło się na drodze. Otępiony wypitym wcześniej alkoholem mózg Wiesława nie zareagował na czas.

– Kurwa!

Przednie koło uderzyło w obiekt, co natychmiast zatrzymało rower. Wiesław przeleciał nad kierownicą, rąbnął przy tym brzuchem o jedną z rączek. Żołądek mężczyzny eksplodował bólem. Kolejne epicentrum męki wykwitło mu na ramieniu, którym zaraz potem gruchnął w asfalt.

Niemłode już ciało Wiesława, mimo płynącego w krwi alkoholu, dotkliwie odczuło uderzenie. Obrażenia można by uznać za powierzchowne, ot, kilka siniaków i zadrapań. Prawdziwy ból i tak miał pojawić się dopiero następnego dnia, kiedy Wiesław wytrzeźwieje.

– Ja pierdolę… Co to, kurwa, było?

Z rany na przedramieniu, którym przeszorował po asfalcie, jedna po drugiej sączyły się kropelki krwi. Wiesław nie zwrócił na nie większej uwagi. Wytężał zamroczony procentami wzrok, by odnaleźć przyczynę wypadku.

Jak w ogóle można zostawić na środku drogi coś tak wielkiego?, pomyślał. I co to było, jakiś kamień, czy ki chuj?

Mimo uważnego przeczesywania okolicy, Wiesław nie zauważył niczego. Ulica, nie licząc porzuconego na jej środku składaka o lekko zniekształconej ramie i szprychach, była pusta.

– Co do…

Mimo bólu, udało mu się wstać.

Krążący w krwioobiegu etanol stanowił niezawodny środek przeciwbólowy i tylko dzięki temu Wiesław mógł się poruszać. Nie pierwszy zresztą raz zrobił sobie krzywdę w stanie zamroczenia.

Kulejąc, mężczyzna ruszył w kierunku przewróconego roweru. Chciał jak najszybciej znaleźć się w kuchni Marcela i wypić piwo, którego potrzebował teraz bardziej niż kiedykolwiek. W końcu nie chodziło już tylko o aspekt rozrywkowy, ale także medyczny. Piwo to alkohol, a alkohol dezynfekuje. Ten wniosek sprawił, że Wiesław rozchmurzył się i zapomniał o dziwnym incydencie.

– A jebać to…

Gdy Wiesław podnosił do pionu pokiereszowany rower, z pobliskich krzaków coś wystrzeliło znienacka. Tajemniczy obiekt oplótł nogę mężczyzny i z wielką siłą pociągnął ją w swoją stronę. Wiesław nie zdołał utrzymać równowagi i padł na ziemię, uderzając głową o asfalt.

Oszołomiony upadkiem mężczyzna wiedział, że coś go wlecze w kierunku zarośli, jednak nie był w stanie w żaden sposób zareagować. Chciał krzyczeć, a nawet wrzeszczeć, jednak nie miał już kontroli nad ciałem. Organizm odmówił posłuszeństwa, ale Wiesław nie musiał się tym dłużej martwić.

W jednej chwili znikła chęć wypicia piwa. Nie przejmował się też bólem czy odrazą do własnej żony. Nie dręczyła go nawet żądza względem Bożenki.

Wiesław przestał czuć cokolwiek w momencie, w którym jego ciało stało się posiłkiem dla tajemniczego stworzenia.

1.

Korek na drodze wyjazdowej ze stolicy stanowił normalne zjawisko nawet w piątkowy poranek. Warszawiacy uciekali od lejącego się z nieba żaru. Wszyscy marzyli o spędzeniu weekendu w miejscu, w którym można by cieszyć się ładną pogodą.

– Nie dasz rady podkręcić tej klimy? – W tonie Natalii wyraźnie wybrzmiewały zmęczenie i rozdrażnienie, a kiepski nastrój podzielali wszyscy ściśnięci w samochodzie młodzi ludzie.

– Dobrze wiesz, że na więcej tego ustrojstwa nie stać – rzucił znad kierownicy Maciek, jej chłopak.

– Czyli czeka nas śmierć w piekarniku – podsumowała dziewczyna.

Do rozmowy włączył się zajmujący miejsce za kierowcą Michał:

– Ciesz się, że nie w szczękach jakiegoś przerośniętego mutanta.

– Ile bym dała, by tak właśnie zakończyć swój żywot. – Natalia roześmiała się gromko. – Wszystko jest lepsze od tej rozpadającej się trumny na kółkach.

– Dajcie już spokój. Nie da się was słuchać – burknęła Ania, równie poirytowana jak Natalia.

Słowne przepychanki pomiędzy pasażerami trwały już od godziny. Tyle czasu stali w korku, który zdawał się nie mieć końca.

– Przypomnij mi, Maciek, dlaczego zgodziliśmy się na ten wypad? – marudziła Natalia.

– Dobrze wiesz, Nata, że chodzi o mojego wujka. Trafił do szpitala, a nikt z rodziny nie mógł do niego zajrzeć. Poza tym… – Maciek zawiesił teatralnie głos, by po chwili kontynuować z uśmiechem na twarzy – …jego chata jest wolna, co dało nam opcję wyrwania się z durnej, tonącej w skwarze Warszawki! Ogarnijcie to – tym razem chłopak przemawiał już do wszystkich w samochodzie, patrząc w lusterko wsteczne – spędzenie weekendu z dala od cywilizacji, grill, zimne piwko i pływanie w jeziorze. Macie lepszy pomysł? – Pytanie zawisło na kilka chwil w rozgrzanym powietrzu wewnątrz auta. Kiedy nikt nie odpowiedział, Maciek pociągnął dalej: – Tak właśnie myślałem. Tak więc zamknijcie ryje i pomyślcie o tym, co nas czeka.

– Do mnie „szczymryj”? – zapytał Michał z powagą, której jednak nie zdołał długo utrzymać. – Nie no, stary, ciężko myśleć o czymkolwiek w taki upał.

– Ty w żadnych warunkach nie dajesz rady myśleć. – Ania wykorzystała sytuację i wbiła mu szpilę, co wywołało złośliwe chichoty reszty paczki.

– Gdybyś tylko sama potrafiła wykorzystać swoją tępą głowę do czegoś innego niż bezsensowego paplania, to może i by mnie to uraziło. – Szyderczy uśmiech wykwitł na twarzy Michała. – Tak więc, droga Aniu, twoje słowa spływają po mnie tak samo jak pot po plecach.

– Nie dość, że głupi, to jeszcze obleśny.

– Gdzieś was zabrać, naprawdę… – skwitował ich wymianę zdań Maciek.

Przez następnych kilka minut nikt się nie odezwał. Każdy pogrążył się we własnych myślach, część wbiła wzrok w ekrany telefonów. W radiu leciała najnowsza płyta zespołu Electric Callboy, który wszyscy lubili lub przynajmniej tolerowali.

Czworo młodych ludzi znało się od lat, a ich losy plątały się raz po raz w różnych okolicznościach. Trzonem grupy był Maciek, to dzięki niemu poznali się nawzajem i stworzyli całkiem zgraną paczkę. Spędzali razem mnóstwo czasu – zaczynając od zwykłych wyjść na piwo, przez koncerty, aż po zagraniczne wakacyjne wyjazdy. Obecnie wśród nich brakowało jedynie Dawida, który obiecał dojechać ze swoją dziewczyną w podobnym czasie co oni.

– Co dokładnie się stało twojemu wujkowi? Coś poważnego? – zapytała Ania przerywając panującą w aucie ciszę.

– Szczerze, to nie do końca wiem – zamyślił się Maciek. – Wujek ma sporo problemów ze zdrowiem i coś w końcu musiało dać mu mocniej w kość. Podobno to nic poważnego, chyba coś z sercem, ale zajrzeć i tak trzeba. Wujek nie ma żadnej bliższej rodziny poza moją mamą.

– Nie ma żony ani dzieci? – zdziwiła się dziewczyna.

– To skomplikowane. Matka mówiła mi, że kiedyś wujek był duszą towarzystwa. Nie znałem go z tych czasów. W każdym razie, podobno potrafić rozbawić każdego. – Na moment Maciek przerwał opowieść. Ktoś w pobliżu zatrąbił nerwowo, co nie dziwiło w korku pełnym sfrustrowanych warszawskich kierowców. – Tak czy inaczej – chłopak wrócił do swojej historii – wujek w końcu się ustatkował, jednak szczęścia nie zaznał. Jego żona, której nie miałem okazji poznać, zaszła w ciążę. Poród zaczął się przedwcześnie, ale lekarz prowadzący postanowił, że mimo wszystko spróbuje ocalić dziecko… Nie muszę chyba mówić, że obojga nie udało się uratować?

Po raz kolejny zapadła cisza. Wszyscy, nawet Michał, trawili historię z fatalnym finałem.

– Co za człowiek… Jak można?! – Natalia była wstrząśnięta. Sama chciała mieć dzieci, a docierające do jej uszu podobne historie dawały dziewczynie mocno do myślenia, czy to aby na pewno dobry pomysł.

– Wiecie… ta cała klauzula sumienia czy inne lekarskie gówno. Gość zapewne był wierzący i nie chciał ryzykować życia nienarodzonego dziecka. Skończyło się tak, jak się skończyło.

– Naprawdę aż ciarki mnie przeszły – dodała Ania.

– No.

Próba pozbycia się niezręcznej ciszy jeszcze pogorszyła kiepski nastrój. Historie osób, które spotkało coś strasznego, były naprawdę przygnębiające. W końcu mogło to przytrafić się każdemu z nich.

– Dobra, koniec z tymi smutami. – Widząc reakcję pasażerów na historię o wujku, Maciek postanowił zmienić temat. – Powiedźcie lepiej, jaki mamy plan działania?

Z początku nikt nie kwapił się do udzielenia odpowiedzi. W końcu głos zabrał Michał.

– Zależy, jak duże mamy zapasy alko, bo chyba o to zadbałeś?

Akurat przed nimi zrobiło się trochę miejsca i Maciek gwałtownie ruszył do przodu. Z bagażnika doleciał charakterystyczny dźwięk uderzających o siebie butelek.

– No i wszystko jasne. Dobra robota, kowboju! – Zadowolony z zapobiegliwości Maćka Michał poklepał kolegę po ramieniu. – Proponuję więc dzisiaj się nawalić, ale z umiarem. Jutro ma być równie dobra pogoda, a ja chętnie zobaczę Ankę w stroju kąpielowym.

– Kretyn! – Dziewczyna szturchnęła siedzącego obok Michała, ale wcale nie była urażona jego słowami.

– Może i kretyn, ale plan ma sensowny – podsumował Maciek z uśmiechem.

– Kiedy w ogóle dojedziemy na miejsce? – zapytała Natalia.

Maciek zerknął na telefon przymocowany uchwytem do kratki wentylacyjnej.

– Według GPS-a dotrzemy za około dwie godziny. Patrząc jednak na tłok na drodze, może zejść się dłużej.

– Pieprzone słoje – zirytował się Michał. – Muszą wyjeżdżać z Warszawy do domciu po nowe zaopatrzenie od mamusi właśnie teraz?

– Przypominam, panie „stuprocentowy Warszawiaku”, że sam praktykujesz to od lat – skomentował Maciek.

– Może i tak, ale ja wybieram pociągi i nikomu nie wadzę.

– Ależ ty wielkoduszny! – zgrywała się z kolegi Anka. – Po prostu wzór godny naśladowania!

– To, że masz fajny tyłek, daje ci tylko niewielką ulgę, także nie przeginaj.

– Czekaj… Czyli skoro ja po tobie tak jadę, a dalej nie zerwałeś kontaktu, to znaczy, że też mam fajny tyłek? – zapytał figlarnym tonem Maciek.

– Dokładnie! – Bez zastanowienia odparł Michał. – Tylko zaśniesz, a gwarantuję ci, że następnego dnia nie usiądziesz na tej swojej seksownej dupci!

– Jesteście obrzydliwi! – Przyzwyczajona do poczucia humoru chłopaków Natalia i tak zawsze komentowała ich żarty w ten sam sposób.

– Lepiej uważaj, bo oskarżę cię o homofobię. W tych czasach to nie żarty!

– Najpierw musicie się przeruchać, byśmy miały podstawy do stwierdzenia waszego homoseksualizmu – dodała ze śmiechem Natalia.

– O to już się nie martw, prawda, misiu? – Michał chwycił Maćka za ramię i delikatnie zaczął je masować. – Tym razem to nagramy, by Nata w końcu miała powód do zerwania, a potem świat stoi przed nami otworem!

– Otworem to stoi twoja dupa, widząca jakiegoś przystojniaka – przekomarzała się Anka.

– Zazdrościsz, że mam większe branie u facetów niż ty?

– Nie ma to jak zacząć temat chlaniem, a skończyć żartami o ruchaniu w dupę – westchnął Maciek.

– Kto mówił, że żartuję? – Michał nie wychodził z roli i pociągnął radośnie wątek. – Sam powiedz, Maciek, co jest bardziej męskie: seks faceta i baby, czy dwóch facetów? – Nie czekał na odpowiedź, od razu udzielił jej sam. – Oczywiście, że seks dwóch facetów! W końcu biorą w nim udział dwaj mężczyźni, a nie jeden.

– Nie mogę z wami, naprawdę. – Rozbawiona i jednocześnie załamana rozmową Natalia postanowiła zmienić temat. – Czyli dzisiaj pijemy, jutro pływamy, po czym znowu pijemy?

– Lepszego planu sam bym nie wymyślił! – Michał klasnął w dłonie z zachwytu. – Oby tylko Dawid miał ze sobą jakieś procenty. Obawiam się, że mimo wszystko może nam zabraknąć alko.

– To jeszcze druga podstawowa kwestia: ktoś wziął palenie? – zapytał Maciek.

– Spokojna głowa, mam wszystko – odparł Michał z dumą.

– Pierwszy i pewnie ostatni raz to przyznam, ale cieszę się, że jedziesz z nami.

– Oj, Aniu. – Michał obdarzył współpasażerkę szerokim, łobuzerskim uśmiechem. – Nie tylko dlatego będziesz zadowolona z mojej obecności. Pamiętaj, że tylko my nie mamy drugiej połówki, a dobrze wiemy, jak to się kończy na filmach.

– Na filmach taki kretyn jak ty zawsze ginie pierwszy.

– Co racja, to racja – dodał Maciek. – Skoro nie mamy w ekipie czarnego, to następną ofiarą jest zjarany śmieszek. Opis ci kogoś przypomina, Michał?

– W sumie tak. Zauważam jednak pewien problem: nie jestem zjarany. – Ostatnie słowa Michał wypowiedział tonem pełnym przygnębienia. – Obyśmy jak najszybciej dojechali, żebym mógł zmienić ten stan.

– Dobrze, że jestem blondynką – stwierdziła Natalia. – Im zawsze udaje się przeżyć.

– Masz gdzieś ten adres? Nie wiem, co wbić do GPS-a – zapytała Magda.

– Tak. Maciek gdzieś mi go podsyłał… – Dawid wyjął telefon z kieszeni i przeciągał palcem po ekranie, przewijając konwersację. – Dobra, mam. Rogowice dwanaście.

– Skoro nie ma nazwy ulicy, tylko numer przy miejscowości, to musi być niezłe zadupie, co? – Magda odpaliła silnik samochodu i powoli wyjechała z parkingu, włączając się do ruchu. – W sumie to w takich dziurach najlepiej się odpoczywa. Niczego teraz tak nie potrzebuję jak oderwania się od rzeczywistości. Praca ostatnio mnie wykańcza…

– Cieszę się, że dali ci wolne – przyznał Dawid. Ręka chłopaka wylądowała na udzie Magdy, delikatnie je pocierając. – To będzie fajny weekend.

– Z pewnością.

Zatrzymali się na światłach, kobieta wykorzystała więc chwilę przerwy w jeździe i zbliżyła się do Dawida, by pocałować go w usta.

Ich związek stanowił świeży temat. W przeciwieństwie do Maćka i Natalii, którzy spotykali się od przeszło czterech lat, Dawid i Magda postanowili zostać parą zaledwie dwa miesiące temu. Nie znaczyło to jednak, że ich relacja była czymś mniej poważnym. Może nie planowali wspólnego mieszkania i imion dla dzieci, ale dobrze czuli się we własnym towarzystwie i chętnie spędzali razem czas.

– Dobrze, że jedziemy od ciebie. Przedzieranie się teraz przez Warszawę w taki upał to istna udręka.

– Jeden z licznych plusów mieszkania poza miastem. – Magda puściła Dawidowi oczko.

– To są jeszcze jakieś? – zaśmiał się chłopak.

– Nie podoba się prowincja? – Udawane oburzenie było w wykonaniu Magdy niezwykle autentyczne. – To wypad z auta i jedź sobie z tej swojej Warszawki, panie Warszawiak. Ciekawe, ile ci to zajmie? – Dziewczyna przybrała minę sugerującą, że intensywnie rozmyśla nad rozwiązaniem tej trudnej zagadki.

– Dobra już, dobra. Wygrałaś. – Dawid uniósł ręce w geście poddania. – A teraz mogę ustawić jakąś muzykę?

– Byle coś dobrego dla nas, a nie tylko ciebie. – Łypnęła okiem w jego kierunku. – Dobrze?

– No dobra, pani wymagająca. – Dłonie Dawida ponownie wylądowały na telefonie w poszukiwaniu odpowiedniej piosenki. – Linkin Park może być?

– Może – potwierdziła dziewczyna, w pełni uradowana wyborem Dawida.

Głośniki samochodu wypełniły dźwięki najpopularniejszej piosenki zespołu, która nawet po setnym przesłuchaniu wciąż się nie nudziła. Kiedy tylko nadszedł refren, oboje zaczęli śpiewać, nie zważając na poważne braki w umiejętności utrzymania czystości dźwięku. Tu chodziło wyłącznie o emocje, które chcieli oddać.

– Myślisz, że bez Chestera będą jeszcze grać? – zapytała lekko przygnębionym głosem Magda.

– Wątpię – odparł Dawid. – Tego gościa nie da się nikim zastąpić.

– Po jego śmierci świat muzyki nigdy nie będzie taki sam.

– To prawda. – Głos chłopaka zadrżał.

Dzień, w którym w mediach pojawiły się wiadomości o samobójstwie wokalisty zespołu, był jednym z najgorszych, jakie Dawid dotąd przeżył.

– Na szczęście pozostawił po sobie masę świetnych piosenek. Słyszałaś tę wypuszczoną już po jego śmierci?

– Nie. Nagrali coś bez niego? – Zdziwienie Magdy było niemal namacalne.

– To jeden z archiwalnych numerów, do których dawno temu nagrał wokal. Podobno kawałek miał znaleźć się na Meteorze i wtedy też został nagrany, ale ostatecznie tam nie trafił. Dziwne, bo jest świetny.

– Dobra, nie gadaj już, tylko puszczaj – ponagliła go dziewczyna.

Szybki powrót do telefonu i po chwili poleciał Lost, nieznany dotąd Magdzie numer grupy. Podczas jego trwania w samochodzie nie było słychać nic innego. Oboje zatracili się w poruszającym tekście i energii płynącej z instrumentów. To było niczym podróż w czasie, do gimnazjum, które ukończyli wiele lat temu.

– To było…

– Tak.

Kolejne piosenki zespołu tylko odrobinę wypełniały pustkę, która nastała po wspomnieniach i bólu związanego z utratą tak wspaniałego głosu.

– Puść coś innego.

Dawid nie miał zamiaru się spierać z Magdą. Sam poczuł smutek związany z tematem jednego z ulubionych zespołów dawnych lat i jak najszybciej chciał zacząć myśleć o weselszych sprawach. Wiedział też, że jego dziewczyna nie ma za sobą kolorowej przeszłości. Nawiązania dotyczące problemów związanych z depresją nie były zbyt dobrym pomysłem, zwłaszcza że Magda sama się z nią zmagała. Dawid bał się czasami, że powie coś nieodpowiedniego i tym samym sprawi jej przykrość. Nie chciał tego, ale nie do końca wiedział, jak rozmawiać z osobami noszącymi na barkach ciężkie przeżycia.

Wibracja telefonu, sygnalizująca wiadomość na Messengerze, wydała się teraz dziwnie obca i nieco wystraszyła Dawida. Chwycił za urządzenie i odczytał treść. Nadawcą był Michał.

– Skoczymy jeszcze do jakiegoś sklepu? – zapytał niepewnie. – Michał prosi o kupienie piw i czegoś na grilla.

– Pewnie. – Nastrój Magdy wydawał się lepszy niż jeszcze kilka chwil temu. – Nie wiem tylko, czy coś będzie w sklepie. Pewnie pół Polski robi teraz grilla i wszyscy jeszcze wczoraj ruszyli szturmem na zakupy. W końcu co to za grill bez piwa?

– Taaaa… – Nieszczery śmiech Dawida miał ukryć jego zakłopotanie wcześniejszym tematem, jednak chłopak nigdy nie był dobrym aktorem i Magda od razu wyczuła sztuczność w jego zachowaniu.

– Nawet bez żarcia dadzą sobie radę, byleby było czym zapić brak jedzenia.

– Racja.

Nawigacja pokazywała jeszcze niecałe trzy godziny jazdy. Na szczęście po chwili zakłopotanie Dawida minęło i rozmowa z Magdą zaczęła się kleić.

Naprawdę nie mógł się doczekać, kiedy przedstawi swoją partnerkę pozostałym i otworzy pierwsze z piw, których planował wypić hektolitry. Miał nadzieję, że Magdzie przypadną do gustu jego znajomi

2.

Minęło kilka godzin. Telefon Maćka pokazywał, że trasa dobiega końca. Do wyznaczonego celu pozostały minuty, co ucieszyło wszystkich w samochodzie. Słońce prażyło niemiłosiernie, nie dając ani chwili wytchnienia, a klimatyzacja nie nadążała z chłodzeniem rozgrzanego wnętrza pojazdu.

– No i wreszcie na miejscu! – zakomunikował radośnie kierowca.

Mijaną tabliczkę z nazwą miejscowości wszyscy powitali pełnym entuzjazmu okrzykiem – niczym atrakcyjną promocję na ulubione trunki w sklepie.

Rogowice nie były małą wsią. Powierzchniowo mogły dorównać, a nawet przebić niejedno okoliczne miasteczko. W swoich najlepszych latach sołtys mógłby nawet zawalczyć o prawa miejskie, lecz nigdy do tego nie doszło. Znajdowało się tutaj wszystko, czym mogły pochwalić się większe miejscowości: cmentarz, apteka, szkoła, sklepy czy komisariat policji.

Z czasem dobrostan zaczął się sypać. Możliwości, jakie nastały po obaleniu komuny, otworzyły oczy młodym. Masowe wyjazdy do większych miast, a także poza granice Polski, pogrążyły Rogowice. Teraz wieś stanowiła zaledwie cień swojej dawnej świetności. Zaniedbane pustostany, zamknięte lokale usługowe, kruszejące fundamenty nieukończonych inwestycji przywodziły na myśl miasto duchów. Na miejscu pozostali jedynie najstarsi mieszkańcy, którzy nie dali rady odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jedyną rzeczą, z której nadal słynęły Rogowice, był plac targowy. Rozstawiane niemal codziennie stragany z przeróżnym asortymentem kusiły lokalnych oraz okolicznych kupców. Maćkowi udało się kilka razy odwiedzić to znane w regionie miejsce. Nabył wiele specjałów, których próżno by szukać w Warszawie. Jadąc tutaj, miał w planach zajrzeć na targowisko, jak za starych dobrych czasów.

Rodzina Maćka nie pochodziła stąd. To wujek chłopaka postanowił się tu przenieść, kiedy Maciek był jeszcze mały. Tylko dzięki temu chłopak mógł poczuć klimat wsi, lecz od wielu lat nie odwiedzał tej okolicy. Nic się tutaj jednak nie zmieniło od jego ostatniej wizyty. Wszystkie domy wyglądały tak samo paskudnie jak wcześniej. W drodze ziało tyle samo albo nawet więcej dziur. Także drzewa i krzewy wyglądały, jakby nie urosły ani o milimetr. Wprawdzie nie jechali jeszcze przez centrum Rogowic, a zaledwie jedną z pobocznych tras, ale już teraz Maciek wiedział, że dalej także nic się nie zmieniło.

Rozkojarzony wspomnieniami nie dostrzegł leżącego na środku ulicy roweru. Nawet nie próbował wyminąć przeszkody. Nie miał na to wystarczająco dużo czasu.

Uderzenie, na szczęście, nie było mocne, choć autem szarpnęło.

– Jasna cholera, co to!? – Zaskoczona Natalia podskoczyła na siedzeniu.

Maciek odruchowo zjechał na pobocze i się zatrzymał.

– Ktoś porzucił rower na drodze – oznajmił, z początku zdezorientowany, szybko jednak uderzył w agresywny ton. – Co za debil zostawia cokolwiek na środku pierdolonej drogi!?

– To jest wieś i tu są inne zasady. – Ania próbowała załagodzić złość kolegi. – Pewnie lokalny pijaczek się wywalił i poszedł do domu, zapominając o rowerze.

– Zadupie czy nie, ten debil powinien za to dostać w ryj. Może od tego wytrzeźwieje. – Zdenerwowanie udzieliło się także Michałowi.

– Nikogo nie będziemy bić – zaprotestowała Natalia. – Samochód cały? – zapytała spokojniej Maćka.

– Sprawdzę.

Gdy tylko Maciek uchylił drzwi, do środka wlał się żar. Uczucie było porównywalne z otwarciem nagrzanego piekarnika. Chłopak szybko zamknął auto, by ochronić pasażerów przed dopływem niemal palącego w nozdrza powietrza.

– Nie wierzę, że wciąż jest tak gorąco.

Każdy podzielał zdanie Natalii. Temperatura cały czas była zdecydowanie zbyt wysoka.

– Może jeszcze dzisiaj pójdziemy nad wodę? – zaproponowała Ania.

– Dzisiaj, moja droga, to trzeba odreagować podróż. – Michał uformował palce w taki sposób, jakby trzymał w nich skręta, udając, że się zaciąga. – Jutro pochwalisz się swoim tyłkiem.

– Ty wiesz, że jesteś tępy, prawda? – zapytała Ania retorycznie.

– Lepiej niż ci się wydaje, ale wiesz co? – Chłopak zrobił efektowną pauzę, przyglądając się oczekującej dalszej części wypowiedzi Ani. – Zajebiście mi z tym! – krzyknął, na co dziewczyny nie były przygotowane i obie drgnęły z zaskoczenia.

– Przynajmniej tobie – wtrąciła Natalia.

Wszyscy w aucie wybuchnęli śmiechem, jakby już teraz byli pod wpływem zioła. Radość przerwał Maciek, który właśnie wsiadał do wozu. Ponownie wpuścił do środka lejący się z nieba żar.

– I jak? – zapytali niemal jednocześnie.

– Kilka zarysowań, ale to nic poważnego ani bardzo widocznego. – Maćka coś gryzło, czym chciał się podzielić z pozostałymi. – Dziwniejsze jest to, że na drodze znalazłem ślady krwi.

– Krew? – zdziwił się Michał. – Może jakiś jabol się komuś ulał czy inne gówno, w którym gustują tutejsi menele?

– Studiuje biologię i uwierz mi, naprawdę potrafię odróżnić krew od jabola.

– Może doszło tu do wypadku albo czegoś gorszego? – Na samą myśl, że komuś stała się krzywda, Natalia zaczęła się rozglądać, jakby za moment ich także miało spotkać coś złego.

– Nie wiem, ale chyba dobrze byłoby się rozejrzeć? – Ania także zaczęła rozglądać się po okolicy. – Ktoś może potrzebować pomocy.

– Anka ma rację – zgodził się Maciek. – Chodźcie wszyscy. Teren nie jest duży, a im szybciej to sprawdzimy, tym szybciej odjedziemy.

– Wy i wasze poczucie obywatelskiego obowiązku – narzekał Michał.

– Nie marudź, tylko chodź – ponagliła kolegę Anka.

– Dobrze, mamo.

Muzyka nieustannie wypełniała wnętrze samochodu, którym jechali Dawid z Magdą. Przez resztę podróży ani razu nie poruszyli krępującego tematu. Śmiech i rozmowy były równie intensywne, co piosenki zespołów płynące z głośników.

– Jeszcze chwila i będziemy na miejscu.

– Nie żeby źle się z tobą jechało, ale nie mogę się doczekać. – Dawid uśmiechnął się do swojej dziewczyny. – Jesteś lepszym kierowcą niż myślałem.

– Naprawdę? – Magda udała zaskoczoną. – Niby że baba, to od razu gorzej prowadzę, tak?

– Nie o to mi chodziło – mitygował skrępowany chłopak.

– Dobrze już, wiem przecież! – Magda klepnęła go lekko w ramię. – Tylko byś spróbował! – Pogroziła mu palcem dla żartu.

– Czy to…

Dawid spojrzał przez przednią szybę. Na poboczu drogi, którą jechali, stał znajomy samochód. Wokół niego kręciło się czworo osób, które Dawid szybko rozpoznał.

– To Maciek i reszta! – Radość z widoku znajomych twarzy mieszała się ze zdziwieniem i obawą. – Czego oni tam szukają?

– Nie wiem, ale warto to sprawdzić.

Magda skręciła, by zaparkować tuż za pojazdem Maćka. Oboje z Dawidem wysiedli i podeszli do snujących się po okolicy znajomych Dawida. Gdy tamci dostrzegli zbliżającego się kolegę z dziewczyną, której nie mieli jeszcze okazji poznać, przerwali tajemnicze poszukiwania. Po przywitaniu się z każdym i zapoznaniu grupy z Magdą, Dawid w końcu zapytał o ich zachowanie.

– Dziwna sprawa. – Maciek pierwszy zabrał głos. – Uderzyliśmy w rower, a na ulicy jest trochę krwi.

– Potrąciliście człowieka!? – przeraziła się Magda.

– No właśnie nie – uściśliła Natalia. – Nigdzie nie ma gościa od tego roweru, dlatego go szukamy. Może gdzieś leży i potrzebuje pomocy.

– Jeszcze trochę pobędziemy na zewnątrz, to sami będziemy potrzebować pomocy.

– To nie jest śmieszne, Michał! – zirytowała się Anka. – Komuś stała się krzywda, a ty robisz se jaja. Pomożecie? – Pytanie skierowała do dopiero co przybyłej pary.

– Pewnie, że tak – odparła Magda.

Po kilku minutach poszukiwań nie odnaleźli niczego, co mogłoby świadczyć o wypadku lub innym incydencie.

– Wiem! – wykrzyknął Michał. – Ktoś jechał pijany na rowerze i potrącił śmiertelnie czyjegoś psa. W takich mieścinach każdy zna każdego i wie, jakiego kto ma psa. Typ się przeraził, bo to był kundel sąsiada, co ma z nim na pieńku. Postanowił pozbyć się ciała zwierzaka.

– Rowerem psa? Przecież to idiotyczne – oceniła Anka. – Ale nawet zakładając tak debilny scenariusz, jedno pozostaje niejasne. Skoro każdy zna każdego, to z pewnością ludzie wiedzą też, czyj to rower. – Dziewczyna wskazała na leżący już na poboczu składak. – Połączenie faktów nie byłoby tak trudne.

– Gość był pijany i mógł to przeoczyć.

– Niby tak.

– Jak nic nie znajdziemy, zgłosimy sprawę na policję – podjęła decyzję Natalia. – Maciek, tutaj jest jakiś komisariat czy coś, prawda?

– Jakiś kiedyś był. Jak nie tutaj, to w Ogonowie już na pewno.

– Rogowice i Ogonów? Ktoś miał jakiś fetysz do zwierząt, nazywając te wiochy? – skomentował szyderczo Michał. – Co jeszcze jest w okolicy? Ryjów?

– A kto go tam wie, w czym miłował się włodarz tych terenów? – odparł Maciek.

– Dobra, ten gorąc pali mi już mózg – stwierdził Michał. – Szukamy typa i spadamy.

– Z tym mózgiem to przesadziłeś Michał, ale faktycznie jest srogi upał, więc szukajmy, a nie stójmy jak te kołki.

Nikt nie protestował. Już w sześcioro kontynuowali akcję przeczesywania terenu. Nie minęło zbyt wiele czasu, kiedy do wszystkich dotarł krzyk Anki. Dziewczyna wyłoniła się z pobliskich krzaków.

– Mam coś!

Trzymała w ręku męski but. Wyglądał na podniszczony, a po jego prawej stronie widniało kilka ciemnych plam.

– To krew? – zapytała przerażona Anka.

– Nie wiem, trudno stwierdzić – odpowiedział Maciek po odebraniu buta od koleżanki i dokładnym obejrzeniu go z każdej strony. – To może być wszystko, ale gdybym miał zgadywać, to faktycznie postawiłbym na krew.

– Ja pierdolę.

– A co wy tu, dziecioki, kombinujeta?

Głos należał do starszej kobiety, która przejeżdżała obok rowerem. Ubrana w luźną i mocno przetartą niebieską sukienkę w kwiatki wydawała się przybyszką z czasów PRL-u. Na jej głowie kołysał się niedbały kok, z którego niczym nici pajęczyny wystawały pojedyncze siwe włosy. W przypiętym do kierownicy roweru koszyku wiozła kilka warzyw i owoców. A teraz się zatrzymała, zaintrygowana zbiegowiskiem nietutejszej młodzieży, i postanowiła zbadać sprawę.

– Dzień dobry, proszę pani. – Przed szereg wyszedł organizator wycieczki i zaczął wszystko wyjaśniać. – Jestem siostrzeńcem Artura Trzebickiego i przyjechałem go odwiedzić. Mam na imię Maciek, a to moi znajomi.

– Siostruniec Artura? – Z początku kobieta nie mogła skojarzyć człowieka, o którym wspomniał chłopak. Po chwili mięśnie jej twarzy aż się napięły z wysiłku umysłowego. – A tak, Artur! Biedaczysko. – Po raz trzeci oblicze kobiety diametralnie się zmieniło. – Koniecznie pozdrów go od Bogusi i życz dużo zdrowia! Biedaczysko…

– Oczywiście, proszę pani. Na pewno przekażę. – Maciek uśmiechnął się do starowinki. – Chciałbym jeszcze zapytać, czy wie pani, do kogo należy ten rower?

Kobieta spojrzała na wskazany przez Maćka jednoślad i znowu potrzebowała chwili na zastanowienie. Nie trwało to jednak długo.

– Toż to Wiesławowy rower! Co on tu robi? – zdziwiła się staruszka i od razu podejrzliwie spojrzała na zgraję młodych ludzi. – Co wyśta zrobiły, dziecioki?

– My nic, proszę pani. – Do Maćka dołączyła Natalia i teraz ona zabrała głos. – Jadąc do wujka Maćka, natknęliśmy się na ten rower. Leżał na środku drogi bez właściciela. Podejrzewamy, że coś mogło mu się stać.

– A to zachlejus jeden. Pewnie znowu się urżnął w trupa i pojechał na wycieczkę.

– Wie pani może, gdzie on mieszka?

– Wiem, drogie dziecko. Już wy się tym nie przejmujta. – Uśmiechnęła się do Natalii. – To u nas normalka, że Wiesio gdzieś leży zapity. Pewnie już wrócił do chałupy i żłopie kolejne piwsko.

– Mogłaby pani sprawdzić, czy na pewno wszystko w porządku z tym Wiesiem? – Maciek naciskał grzecznie.

– Uroczy z ciebie młodzieniec, dziecko – pochwaliła go. – Bierz się za niego dziewucho! – Tym razem słowa były skierowane do stojącej obok Natalii. – Miły, ładniutki, a na dodatek troskliwy. – Radość po chwili zeszła z twarzy kobiety. – Każdy chłop jest dobry, a po zaślubinach zmienia się w piwożłopa, gada i chama. Pamiętaj moje słowa, to prawda starsza niż świat boży!

– Będę pamiętać! – zaśmiała się Natalia.

– Zajrzę do tej cholery, pijaka jednego. I tak miałam w planie zobaczyć się z Mariolką. Będzie kolejny temat do pogaduch! Trzymajcie się, dziecioki, i uważajta na siebie!

– Dziękujemy pani!

– Dziękujemy.

Kiedy kobieta odjechała, a sprawa wydawała się zamknięta, wszyscy postanowili ukryć się przed upałem w samochodach i ruszyć do domu wujka Maćka.

– Nareszcie! – Michał przyłożył twarz do kratki wentylacyjnej i pogrążył się w błogostanie. – Już myślałem, że to słońce mnie rozpuści.

– Oby tylko nic się nie stało temu Wiesiowi. – Czarne wizje wciąż nie opuszczały Natalii. Nadal rozmyślała, co mogło się tutaj wydarzyć.

– Słyszałaś tę staruszkę, Nata. – Michał próbował uspokoić dziewczynę. – Na wsi to norma, że ktoś zaleje pałę i prześpi się w rowie.

– Niby tak. – W głosie Natalii słychać było ulgę. – Jak te kobieciny wytrzymują z takimi chlejusami?

– Zapytamy ciebie, Nata, kiedy za te kilka lat hajtniecie się z panem uroczym młodzieńcem! – zaśmiał się Michał, a Ania mu zawtórowała. Maciek też wydawał się rozbawiony komentarzem przyjaciela.

– Tylko spróbujesz zachlać gdzieś i wylądować w rowie! – Rozbawiona Natalia dla żartu zagroziła swojemu chłopakowi. – Lepiej mi się wtedy na oczy nie pokazuj!

– Niestety, Nata, ten weekend tak właśnie może się skończyć, ale spokojnie! – Michał próbował brzmieć teraz w pełni poważnie, co nie wychodziło mu najlepiej. – Sam zamierzam osiągnąć ten sam stan, więc jeśli jakiś rów jest przeznaczony dla Maćka, to ja też tam będę.

– Czyli powracamy do tematu waszego homoseksualizmu, tak?

Samochód wypełnił śmiech całej czwórki.

Niespełna sześć minut później byli już na miejscu.

Posłowie

Jak nietrudno się domyślić, to nie koniec przygód z morderczymi żabami Przyznam, że doskonale się bawiłem w trakcie pisania i mam olbrzymią nadzieję, że Wy, czytając Rechot, również. Zabawne, że to właśnie Rechot miał być moim debiutem literackim! Zalążki tej historii wykiełkowały w mojej głowie już bardzo dawno temu. Pierwsze próby pisania podjąłem w 2019 roku, lecz wtedy nie czułem się gotów, by wszystko zebrać w jedną spójną całość. Teraz się udało, a ostateczną ocenę tego, jak mi wyszło, pozostawiam Wam.

W tym miejscu chciałbym podziękować przede wszystkim mojej siostrze Kindze Mędrzyckiej. Zawsze będziesz na pierwszym miejscu wśród osób, którym coś zawdzięczam, bo tylko dzięki Tobie, najwspanialsza siostro, jestem tym, kim jestem.

Mojej ukochanej partnerce Monice Czarneckiej, która choć nie zawsze czyta wszystkie moje wypociny, to w głębi duszy wiem, że mocno mi kibicuje i jestem Jej za to niezmiernie wdzięczny.

Następna w kolejce jest Dagmara Adwentowska, która w roli redaktorki jest absolutnie niezastąpiona. Nie wyobrażam sobie innej, równie zakręconej, ale jednocześnie profesjonalnej osoby na tym miejscu. Dagmaro – jesteś wspaniała!

Nie mogłoby też zabraknąć tutaj Sylwii Gudyki, która nie tylko zadbała o wspaniałą korektę, ale też kibicowała mi z całego serca, odkąd wspomniałem jej o planach na tę powieść. Mam nadzieję, że nie zawiodłem Cię teraz i nie zawiodę przy kolejnych moich dziwacznych historiach!

Mojej naczelnej Pani Grafik, Joannie Halerz, która po raz kolejny zadbała o przepiękną okładkę. Asiu, zdajesz sobie sprawę, że to właśnie Ty zaprojektowałaś WSZYSTKIE okładki moich książek? Cieszę się, że nie poddajesz się przy współpracy ze mną, choć oboje doskonale wiemy, że nie zawsze jest łatwo.

Za przepiękne ilustracje zdobiące książkę, gromkie brawa należą się Katarzynie Szewiole-Nagel, która po raz kolejny pozytywnie mnie zaskoczyła. Kasiu, masz prawdziwy talent, który zawsze będzie mi imponował!

Wspaniałym patronom i patronkom, którzy uwierzyli w tę historię, nadając jej najwyższy znak jakości – swoje logotypy na okładce. Cieszę się, że mogę na Was liczyć i bardzo to doceniam!

Ty, drogi Czytelniku, i Ty, droga Czytelniczko, o Was wspominam na końcu, ale przecież to dla Was stworzyłem tę i inne powieści. Niesamowicie jestem Wam wdzięczny za wsparcie, a skoro czytacie to posłowie, to znaczy, że przeczytaliście Rechot do ostatniej kartki. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście i że spotkamy się w kolejnych moich książkach!

Łukasz Rzadkowski – bloger, recenzent, muzyk, a przede wszystkim wielki pasjonat motywu żywych trupów w popkulturze. Kolekcjoner wszystkiego, co związane z tą tematyką – od książek i komiksów, poprzez filmy, gry, figurki, na dziwnych rzeczach kończąc. Autor wydanego w 2021 roku „Leksykonu żywej śmierci”. Założyciel portalu iminfected.pl traktującego o horrorze i fantastyce. Z zawodu krupier w kasynie, który nie boi się niczego, co dziwne i niekonwencjonalne. Prywatnie basista i perkusista grający muzykę zbyt ciężką dla większości społeczeństwa oraz czciciel swoich dwóch wyjątkowych kotów. Urodzony w Halloween w roku powstania „Martwicy Mózgu” Petera Jacksona, co już mówi samo za siebie.

FB: @lukaszrzadkowskiautor

IG: @lukaszrzadkowskiautor