51,99 zł
Przestań zadawać sobie pytanie: „Dlaczego mnie to spotkało?”. Zapytaj raczej: „Kim mogę się stać dzięki temu doświadczeniu?”.
Czasem wystarczy jeden moment, by nasze życie wywróciło się do góry nogami. Strata, kryzys, nagłe zniszczenie tego, co wydawało się stabilne – to chwile, które potrafią nas złamać albo… obudzić w nas siłę, o której istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Ta książka powstała właśnie z takich trudnych chwil, z mroku, ale też z upartego światełka, które mimo wszystko nie chciało zgasnąć.
Dowiesz się z niej, jak stawiać czoła nawet najtrudniejszym życiowym doświadczeniom oraz:
• pokonywać trudności krok po kroku, budując równowagę emocjonalną,
• rozwijać odporność psychiczną i elastyczność w obliczu zmian,
• wzmacniać zaufanie do samego siebie,
• prosić o pomoc, gdy jej potrzebujesz,
• wykorzystywać swoje naturalne talenty,
• dbać o siebie w kryzysie, również jeśli jesteś osobą neuroatypową,
• nie tracić z oczu swoich marzeń, celów i autentycznego „ja”.
To nie tylko poradnik, ale też poruszająca, osobista opowieść o tym, jak wygląda życie, kiedy wszystko się wali. Autorka, która w wieku zaledwie 26 lat straciła syna, a wkrótce potem stanęła w obliczu kryzysu zawodowego, długów i wypalenia, pokazuje, że nawet z najtrudniejszych doświadczeń można wydobyć sens i siłę.
To także 9 inspirujących historii ludzi, którzy przeszli przez swoje punkty przełomowe, by stać się światłem w ciemności dla innych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 226
Data ważności licencji: 6/5/2030
Porady zawarte w książce opierają się na wiedzy i doświadczeniu autorki, nie mogą jednak zastąpić konsultacji z psychologiem, psychoterapeutą lub lekarzem. Autorka ani wydawca nie odpowiadają za ewentualne szkody poniesione wskutek stosowania się do wskazówek zamieszczonych w książce, szczególnie w przypadku ignorowania zaleceń lekarza specjalisty.
Opieka redakcyjna: Katarzyna Nawrocka Redakcja: Magdalena Torczyńska-Moradi Korekta: Dominika Kowalska, Michał Pytlik Projekt okładki i stron tytułowych oraz ilustracje na okładce: Ryszard P. Kot
Copyright © Magdalena Daniłoś, 2026 Copyright for this edition © JK Wydawnictwo, 2026
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniana i wykorzystywana wyłącznie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68846-23-2 Wydanie I, Łódź 2026
JK Wydawnictwo ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Tę książkę dedykuję trzem najważniejszym mężczyznom w moim życiu:
mojemu mężowi Bartłomiejowi,
mojemu synowi Mikołajowi, mojemu tacie Krzysztofowi.
Bez Was nic nie miałoby sensu.
Niewiele brakowało, by ta książka w ogóle nie powstała.
Ponad trzy lata temu poczułam, że chcę opisać trzy najtrudniejsze wydarzenia w moim życiu, by pokazać, jak szukać sensu w trudnych chwilach. Z ochotą i ekscytacją zabrałam się do pisania, ale wtedy wydarzyło się coś, czego wcześniej nie przewidziałam… Przyszedł kryzys. Próba zmierzenia się z ujęciem w słowa tych momentów mojego życia, w których trudno było odnaleźć światło, okazała się wyjątkowo skomplikowana. Przez ponad dwa lata wielokrotnie starałam się wrócić do tekstu. Już pożegnałam się z myślą, że ta książka kiedykolwiek ujrzy światło dzienne, i zabrałam się za pisanie zupełnie innej1. I właśnie wtedy, kiedy wróciłam do procesu przelewania słów na papier, uzmysłowiłam sobie, że moja blokada pisarska miała związek z tym, o czym tak bardzo chciałam pisać i co, w różnej postaci, jest doświadczeniem wielu z nas. To moment, kiedy utykamy w ciemnej dolinie, a na każdą myśl, że mielibyśmy ruszyć naprzód, pojawia się w nas silny opór.
Uświadomienie sobie tego dało mi nie tylko większy spokój, lecz także siłę, by pisać dalej. Pomyślałam, że moje słowa mogą dodać siły innym ludziom. Aby mieć pewność, że będę czyniła rzeczywiste postępy w pisaniu, poprosiłam moją przyjaciółkę i wspólniczkę Magdę, by została moją patronką. Zrobiłam to, bo głęboko wierzę (o czym też piszę w tej książce) w moc towarzysza każdej ważnej podróży. Chciałam poczuć, że jest ktoś, przed kim będę zobowiązana. Chciałam utwierdzić się w przekonaniu, że nawet jeśli będzie mi trudno, to się nie zatrzymam.
Pewnego dnia po przesłaniu Magdzie jednego z bardziej osobistych rozdziałów dostałam od niej taką wiadomość: „Jak czytam Twoją książkę, to mam takie przemyślenie, że nie jesteś jeszcze w połowie życia, a przeżyłaś już ze trzy”. I rzeczywiście, w jakimś sensie jest to prawda. Sporo się w moim życiu wydarzyło i bywało naprawdę ciężko. A jednocześnie, kiedy patrzę na doświadczenia, z którymi przyszło mi się zmierzyć, także na te najtrudniejsze, to wiem, że nie cofnęłabym żadnego z nich. Dzięki nim jestem tym, kim jestem.
Jeśli dziś doświadczasz czegoś trudnego, jeśli czujesz lęk, bezsilność oraz samotność i pragniesz znaleźć w tym doświadczeniu sens, to chcę ci powiedzieć, że wiem, jak to jest, a tę książkę napisałam właśnie dla ciebie. Powstała ona, by pomóc innym znaleźć światło w ciemności, i może rozświetlić mrok także tobie. Jeśli się zgodzisz, potowarzyszę ci w twojej podróży.
Książkę możesz czytać aż na trzy różne sposoby. Możesz chłonąć tylko warstwę storytellingową i psychoedukacyjną: poznawać moje historie i zagadnienia z dziedziny psychologii czy filozofii, które są pomocne w zrozumieniu mechanizmów, którym podlegamy. Możesz też potraktować ją jak własny proces coachingowy. Na jej kartach pojawiają się bowiem pytania, które mogą ci pomóc zobaczyć z zupełnie innej perspektywy to, czego doświadczasz.
Książkę uzupełniają ponadto inspirujące historie ludzi, którzy doświadczyli w swoim życiu iście przełomowych momentów. Lektura tych wplecionych pomiędzy rozdziały tekstów stanowi trzeci sposób odczytania niniejszej książki, zdecydowanie poszerza bowiem spojrzenie na charakter i rolę przełomowych doświadczeń w naszym życiu. Choć opowieści te nie są bezpośrednio związane z tematami poszczególnych rozdziałów, to każda z nich jest ściśle związana z tematem Punktów przełomowych. Wybrałam te osoby nie przypadkiem. Jestem przekonana, że właśnie ich historie dopełnią moją, a tobie, czytelniku, przyniosą nie tylko poczucie ulgi, lecz także tego, co w nurtach mindfulness nazywa się wspólnotą doświadczania. A jeśli po przeczytaniu książki nadal będziesz czuł niedosyt, to na końcu sekcji Przypisy znajdziesz adres strony, na której zamieściłam więcej rozmów z ciekawymi postaciami, przeprowadzonych w ramach cyklu na kanale YouTube „Punkty Przełomowe”.
Gdy wszystko idzie dobrze, na ogół nie wzrastamy. By wzrastać, musimy się zmieniać, bo wzrost to zmiana. Zwykle ewaluujemy w obliczu trudności. Często musimy przegrać, by się czegoś nauczyć, tak jak kulturysta potrzebuje ciężarów, z którymi się będzie siłował. Nie da się wzrastać w świecie pozbawionym zmagań.
Matt Haig2
Rozdział 1
Czym naprawdę jest kryzys. Historia straty, która zmieniła wszystko
Przeszłość nie jest ciężarem, są w niej uśpione skrzydła
Zbigniew Jerzyna3
Wszystko dookoła zwalnia. Świat ciemnieje. Od tej pory nic, co dotychczas znałam, nie będzie już takie samo. A to wszystko dzieje się w czasie krótszym niż kilka minut. Wydaje mi się, że są to zaledwie milisekundy.
Na imię miała Ewa. Weszła do pokoju, w którym siedziałam wystraszona i zrozpaczona. Chwyciła mnie za rękę, spojrzała mi w oczy i nie odrywając ode mnie wzroku, p wiedziała: „Nazywam się Ewa. Jestem położną. Chcę, abyś wiedziała, że zrobię wszystko co w mojej mocy, by to, co nas teraz czeka, przebiegło najbezpieczniej i najmniej boleśnie, jak to tylko możliwe”.
Nigdy nie myślałam, że najtrudniejszy moment w moim życiu pomoże mi przetrwać ktoś, kogo nie widziałam wcześniej na oczy. Nigdy nie przypuszczałam, że kobieta, z którą spędziłam w sumie kilkanaście godzin, okaże się jedną z najważniejszych, jakie spotkałam w życiu. Ale tak właśnie się stało…
Dziś, niemal piętnaście lat później, opisując wydarzenie, które na zawsze zmieniło mnie i moje życie, nadal mam poczucie, że nie opowiadam ci o moim własnym doświadczeniu, że ono należy do kogoś innego… Wspomnienia, które przywołuję, wyglądają w mojej głowie jak urywek filmu, który kiedyś oglądałam. Ale to nie film. Chwila, w której Ewa wkroczyła do mojego życia, to mój moment przełomowy.
Moment przełomowy to taki punkt w życiu, w którym to, co cię spotyka, przedefiniowuje dotychczasowe znaczenia i zmienia twoją perspektywę. W tym konkretnym wydarzeniu dokonuje się coś nieprawdopodobnie mocnego – zmiana percepcji.
Dla mnie ten moment nastąpił 12 lutego 2011 roku. Do tego dnia czułam, że nic mnie nie może pokonać. Miałam 26 lat i byłam w dziewiątym miesiącu ciąży. Do szpitala zgłosiłam się na kilka dni przed planowanym terminem porodu mojego pierwszego syna, Olka. Ciąża przebiegała książkowo, ale w ostatnich dniach złapał mnie wirus i nie chciał puścić. Każdego dnia temperatura i kaszel się nasilały. Lekarka prowadząca zapewniała mnie, że na tym etapie ciąży dziecku nic już nie grozi, więc spokojnie czekałam w domu na moment, w którym poczuję się lepiej. Ponieważ jednak ten moment nie nadchodził, zgłosiłam się do szpitala.
Przyjęto mnie na oddział położniczy i przez kolejne dwa, trzy dni dokładnie badano, szukając nieustępliwego wirusa. Mimo pogarszającego się samopoczucia z ufnością czekałam, aż infekcja minie. Teorie na temat tego, co mi dolega, były zgoła egzotyczne jak na przedcovidowe czasy. Może to grypa ptasia, a może świńska, sugerowali kolejni lekarze – i następna próbka do badań jechała na sygnale. Każdego dnia sztab położnych sprawdzał mój stan zdrowia, przede wszystkim zaś dobrostan dziecka. Cztery, pięć KTG dziennie. USG. Seria antybiotyków. Leżałam w szpitalu, czułam się zaopiekowana. Słaba, ale bezpieczna. Nie istniał w moim wyobrażeniu świat, w którym ta historia nie kończy się dobrze. A jednak…
Pamiętam anestezjologa, który wszedł, żeby przeprowadzić ze mną konsultację. Po chwili rozmowy oznajmił mi, że cesarskiego cięcia nie będzie. Zapytałam dlaczego. „Pani krzepliwość krwi jest zaburzona. Jeśli przeprowadzimy operację, najpewniej jej pani nie przeżyje”. Wyobraź sobie, że nawet to zdanie nie wzbudziło we mnie obaw. „Przecież poczuję się lepiej, urodzę własnymi siłami”, pomyślałam. „Wszystko skończy się dobrze”.
Kiedy otworzyłam oczy 12 lutego, poczułam, że wreszcie żyję. Od ponad dziesięciu dni nie czułam się tak dobrze. Położna stwierdziła, że temperatura w końcu zaczęła spadać. Popatrzyła na mnie z uśmiechem i powiedziała, że mam zadzwonić do męża, by przywiózł torby. Poród może zacząć się w każdej chwili. Wczesnym popołudniem, tuż po obiedzie, czułam już ekscytację. Pokonałam wirusa! Za moment zostanę mamą! Moja radość nie miała końca. Zgodnie z zaleceniem położnej położyłam się spać, by nabrać siły. Spałam około dwóch godzin, a obudziła mnie pielęgniarka, która przyszła rutynowo zbadać puls dziecka. Przyłożyła do brzucha aparaturę, lecz… nie udało się jej wychwycić pulsu. Przyłożyła ją w inne miejsce – ponownie bez skutku. Trudno mi powiedzieć, ile to trwało. Może trzy minuty, może pięć. To były najdłuższe minuty mojego życia. Wyraźnie spanikowana kobieta wymamrotała, że zabiera mnie na wyższe piętro na USG. Rzuciła jeszcze, że pewnie zepsuło się KTG, a następnie zaprowadziła mnie do gabinetu lekarskiego.
Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy lekarki, która przez 40 minut bezskutecznie próbowała wysłuchać bicie serca. Kiedy zwracała się do mnie słowami: „Tak mi przykro”, jej oczy były pełne łez. Ja zaś na jakimś poziomie w tym momencie umarłam.
To, co działo się potem, pamiętam trochę tak, jakbym odtwarzała film pozbawiony części klatek. Usłyszałam, że nadal nie można mnie operować, więc będę rodzić swoimi siłami. Zaprowadzono mnie do sali i nafaszerowano lekami wywołującymi skurcze, tak silnymi, że nie można ich podać przy standardowym porodzie. A potem zostawiono mnie samą.
Wtedy po raz pierwszy poznałam uczucie, któremu przyglądałam się później jeszcze wiele razy. To był obezwładniający strach połączony z zupełnym zamrożeniem, jakbym nie czuła niczego.
I właśnie w trakcie tego doświadczenia pojawiła się ona. Kiedy moje głębokie, niemal dziecięce zaufanie do świata legło w gruzach, rozbłysła iskierka symbolizująca dla mnie dziś coś naprawdę unikatowego. Poczucie, że możemy oddać swój los w ręce kogoś zupełnie obcego i mimo trudności, jakich doświadczamy, zaufać, że wszechświat nas wspiera. Ten ktoś obcy okazał się ważniejszy niż osoba, od której powinnam była wtedy dostać wsparcie – lekarka prowadząca moją ciążę, która była bardzo bliską znajomą mojej mamy. Mama zadzwoniła do niej wówczas, by przyjechała w nocy się mną zaopiekować. Ona jednak nie przyjeżdżała.
Niczym anioł zjawiła się za to położna i właśnie dzięki niej przetrwałam ponad piętnastogodzinny poród, który – jak się później dowiedziałam – mógł zakończyć moje życie. Choć nie byłam tego świadoma, lekarze szykujący jednostki krwi przez cały czas liczyli się bowiem z najczarniejszym scenariuszem. Jestem pewna, że bez niej nie pisałabym do ciebie tych słów.
Prawie piętnaście lat zajęło mi uświadomienie sobie znaczenia doświadczeń, które stały się moim udziałem tamtej nocy na sali porodowej, zrozumienie, dlaczego doznałam wtedy tej straty i jak ona wpłynęła na mnie i moje postrzeganie świata. Ten dzień na zawsze odmienił moje życie… i przyczynił się do napisania tej książki. Jak już wiesz, nie jest ona tylko zapisem gojenia się tej rany, lecz także przewodnikiem stworzonym z myślą o wszystkich, którzy doświadczają życiowych trudności. Z jego pomocą zdobędziesz narzędzia, które pozwolą ci przekuć każdy kryzys w wydarzenie również o wzmacniającym wpływie na twoje życie i twoje dalsze losy. Zanim jednak zaczniemy przyglądać się temu, w jaki sposób możemy zaopiekować się sami sobą w sytuacji trudnej czy przełomowej, zatrzymajmy się na moment przy etymologii słowa „kryzys”.
Wyraz „kryzys” pochodzi od greckiego słowa krisis (κρίσις), które oznacza: „rozstrzygnięcie, decyzję, wybór, punkt zwrotny”. Wywodzi się ono od czasownika krinein (κρίνειν) definiowanego jako: „oddzielać, rozróżniać, decydować, oceniać”. W starożytnej Grecji wiązano je z momentem przełomu w chorobie. Chodziło o stan, w następstwie którego osoba chora albo zdrowiała, albo jej samopoczucie się pogarszało. Był to często moment decydujący o życiu i śmierci.
Jeśli skupisz się chwilę na swoich odczuciach czy myślach w chwilach prawdziwego kryzysu, dostrzeżesz, że dawne znaczenie tego słowa jest w pewnym stopniu wciąż aktualne. Bo kiedy doznajemy czegoś naprawdę trudnego, mamy poczucie, że to doświadczenie może być dla nas końcem wszystkiego. Czasem tracimy w takich momentach wolę przetrwania. Nierzadko przez wiele dni, tygodni czy miesięcy czujemy, że przestrzeń nad nami jest przykryta grubą warstwą chmur. Ale przecież – choć zwykle nie zdajemy sobie z tego wówczas sprawy – za każdą chmurą kryje się błękit nieba i blask słońca.
Co najmniej kilka razy w życiu obserwowałam burze, które wyglądały jak „koniec świata”. Ostatecznie jednak każda z tych burz wygasała. Często – by ustąpić miejsca bezchmurnemu niebu i słońcu.
Kryzys jest jak burza. To moment, w którym świat przestaje działać według dotychczasowych zasad i w którym to ty możesz podjąć decyzję mającą potencjał, by zmienić bieg wydarzeń.
Aby kryzys stał się momentem przełomowym, musisz się zatrzymać i dostrzec, że stara mapa, która do tej pory cię prowadziła, jest już bezużyteczna. Moment przełomowy to taki punkt w życiu, kiedy dociera do ciebie, że nie chcesz i nie potrafisz wrócić do domu starą drogą. A jeszcze nie znasz nowej. Z tego punktu nie ma powrotu do dotychczasowego sposobu myślenia. Pojawia się w nim jednak zarys podejścia, które może wszystko zmienić.
To sytuacja, w której świat traci dotychczasową przewidywalność, wszystko, co było oczywiste, przestaje takie być, a nowe rozwiązania nie są jeszcze widoczne.
Kluczowe może stać się przyjęcie wsparcia i pozwolenie innym, aby towarzyszyli ci w trudnym doświadczeniu.
Niekiedy zaufanie przychodzi poprzez obecność drugiego człowieka, który mówi: „Jestem tu” i daje ci poczucie bezpieczeństwa.
Nawet jeśli w danym momencie nie znasz dalszej drogi, powrót do wcześniejszych schematów nie jest już możliwy.
Rozdział 2
Wstyd, który staje się cieniem
Zmiana zaczyna się wtedy, gdy ciężar stagnacji przygniata mocniej niż lęk.
Magdalena Daniłoś
Właśnie skończyłam gościnne wystąpienie podczas szkolenia i kiedy zbierałam się do wyjścia, podszedł do mnie na oko czterdziestoletni mężczyzna. Z daleka widziałam, że targają nim emocje. Jego ciało drżało. „Magda, tak ci dziękuję, że dałaś mi odwagę, bym mógł płakać” – powiedział, po czym przytulił się do mnie mocno. Staliśmy tak w objęciach kilka chwil. Ja też poczułam silne wzruszenie.
Długo rozmawialiśmy. O tym, że przez lata nie pozwalał sobie czuć z obawy przed oceną. O tym, że wiele razy w swoim życiu usłyszał, że nie wypada mu okazywać emocji, wrażliwości, łez, bo jest mężczyzną, a przecież wszyscy wiemy, że mężczyźni nie płaczą. Słuchając go, pomyślałam sobie, jakie to niesamowite, że moja decyzja sprzed lat, by stanąć w swojej prawdzie, może teraz dawać komuś innemu siłę.
Wiele lat wcześniej, kiedy jeszcze byłam licealistką, wrażliwą introwertyczką zmagającą się z niskim poczuciem własnej wartości, usłyszałam pierwszy raz w swoim życiu od bliskiej koleżanki, że zanim się zaprzyjaźniłyśmy, sprawiałam wrażenie kogoś zupełnie innego. Ewelina uznawała mnie za osobę arogancką, zawsze otoczoną ludźmi i aurą niedostępności, i dlatego długo nie skracała dystansu. Byłam oszołomiona jej słowami. „Czy ona mówi na pewno o mnie?” Nie mogłam w to uwierzyć. Wtedy jednak nie czułam w związku z tym stwierdzeniem nic poza szokiem. A później szok minął, przyszło życie i na jakiś czas jej słowa poszły w niepamięć. Po kilku latach, kiedy prawie zapomniałam już o tej rozmowie, sytuacja się jednak powtórzyła.
Byłam na studiach i moja serdeczna koleżanka, z którą spędzałam niemal każde popołudnie, wypowiedziała do mnie słowa, które po raz drugi rozdarły moje serce: „Kiedy cię poznałam, twoja postawa nie zachęcała do nawiązania bliższej relacji”. A ja znowu zgłupiałam. „Moja postawa? Na pewno mówisz o mnie?” Wyjaśniła, że zachowywałam się, jakbym miała w nosie innych ludzi. Jakbym patrzyła na nich z góry. Ten drugi raz wprawił mnie w konsternację. To nie był już tylko szok. Wtedy zupełnie poważnie zaczęłam zadawać sobie samej pytania o to, co ja do cholery robię, a czego zupełnie nie jestem świadoma.
Kiedy po kolejnych kilku latach podobne słowa padły w stosunku do mnie po raz trzeci, nie miałam już cienia wątpliwości. Wiedziałam, że zachowuję się w stosunku do ludzi w sposób, którego nie jestem świadoma. Zbudowałam wokół siebie mur. Założyłam zbroję, by nikt nie zobaczył wrażliwej części mnie. Udawałam kogoś innego, by się chronić… I właśnie w tym momencie uświadomiłam sobie, że już dłużej tak nie chcę. Ta zbroja mi ciąży. Trudno przytulić człowieka, który ma na sobie tonę żelastwa. Trudno budować relację, kiedy jedna ze stron się usztywnia. Poczułam, że bardzo chcę to zmienić…
Od tego momentu każdego kolejnego dnia przyświecała mi moja nowa potrzeba: by ludzie, których uznaję za ważnych, widzieli prawdziwą mnie. Uzmysłowiłam sobie bowiem, że sama nie chciałabym budować relacji z kimś, kto kogoś udaje. Decyzja o ściągnięciu zbroi nie jest jednak łatwa do wprowadzenia. Wymaga zgody na to, by zaszły w nas malutkie i bardzo niewygodne zmiany, które mają sprawić, abyśmy się odsłonili. Musimy pozwolić, by inni zaczęli nas dostrzegać takimi, jakimi jesteśmy.
W ukochanym przeze mnie nurcie terapeutycznym ACT (od ang. acceptance and commitment therapy – terapia akceptacji i zaangażowania) istnieje pojęcie paradoksu kontroli. Chodzi o to, że im bardziej coś próbujesz kontrolować, tym intensywniejsze i bardziej natrętne stają się twoje emocje i myśli. Mowa tu o próbie unikania, tłumienia czy eliminowania wewnętrznych przeżyć, która tylko wzmaga cierpienie. To jakby bać się potwora pod łóżkiem i mówić sobie: „No przecież go nie ma”, czując jednocześnie narastający lęk przed nim.
Moja strategia pokazywania ludziom kogoś innego niż osoba, którą rzeczywiście jestem, była nieudolną próbą kontroli o opłakanych skutkach. I to również pewien paradoks. Chcąc coś ukryć, by być bliżej ludzi, oddalałam się od nich. Za tym mechanizmem stoi silne poczucie wstydu. Kiedy pytam osoby, które zmagają się z wyrażaniem trudnych emocji, co jest dla nich źródłem trudności, zdecydowana większość z nich mówi o lęku przed oceną.
Gdybyś więc zrobił krok w tył i spojrzał na to, co sprawia, że boisz się wyrażać swoje emocje, to bardzo często powodem okazałyby się brak akceptacji środowiska lub twoje poczucie tego braku. Kiedy jako małe dziecko słyszałeś zdania takie jak: „Nie becz”; „Weź się w garść” czy tak okrutne i często nadużywane: „Przestań płakać”, dostawałeś od swoich opiekunów wyraźny sygnał, że wyrażanie emocji nie jest okej. I choć dziś jesteś dorosłym człowiekiem, zdolnym, by z racjonalnego poziomu powiedzieć sobie, że chcesz, a nawet możesz płakać… to już nie potrafisz. To jest od ciebie silniejsze.
Ja przez wiele lat nie płakałam. Był nawet moment, kiedy wydawało mi się, że nie potrafię. Wyobrażałam sobie, że kiedy zacznę płakać, to nigdy już nie przestanę. Bo tyle jest we mnie smutku, którego nie dane mi było wyrazić.
Kilka dni po stracie syna, będąc już w domu, poczułam, że dzieje się ze mną coś niepokojącego. Nie mogłam swobodnie zaczerpnąć tchu. Przejście kilkunastu metrów z sypialni do łazienki kończyło się niewyobrażalną zadyszką. Zadzwoniłam do naszej rodzinnej przyjaciółki, lekarki internistki, i spanikowana poprosiłam o wizytę domową. Godzinę później, gdy mnie osłuchiwała, jej mina stawała się coraz poważniejsza. Poprosiła, bym czym prędzej się ubrała i pojechała z nią na izbę przyjęć.
W szpitalu, po wykonaniu kilku badań, wszystko było już jasne. Zapalenie płuc z powikłaniami sercowymi. Położono mnie na oddział kardiologiczny, podpięto pod migające urządzenia i – jak dowiedziałam się potem od lekarzy – czekano z obawą, czy przeżyję do rana. W tym czasie w moim wnętrzu kotłowało się mnóstwo emocji. Jedną z nich był wstyd. Leżałam w połogu na sali pełnej mężczyzn, nie mogąc wstać i skorzystać choćby z prysznica. Przychodziły więc do mnie położne i pomagały mi się oporządzić. Czasem zapominały zasłonić mnie parawanem. W każdej komórce mojego ciała czułam wówczas zażenowanie, ale też smutek. Przede wszystkim jednak czułam wstyd. Dlaczego to właśnie mnie przydarzyła się ta historia?
Ale ponieważ wstyd był zbyt silny, pojawiła się we mnie inna emocja, którą dziś często świat psychologii nazywa emocją wtórną, taką, która przykrywa coś głębszego. Kotłowały się we mnie pytania: „Gdzie była moja lekarka prowadząca, która tej feralnej nocy otrzymała informację, że straciłam dziecko, i zdecydowała, że nie przyjedzie do mojego porodu?”, „Dlaczego nie mogę być z tymi wszystkimi emocjami gdzieś, gdzie czuję się bezpiecznie?” i… „Kiedy przestanie boleć?”.
Kilka dni spędzonych z tą rosnącą złością na sali pełnej obcych mężczyzn, z których część umarła obok mnie, sprawiło, że coś we mnie pękło. Trzeciego, a może czwartego dnia dostałam szału. Zaczęłam krzyczeć, że żądam, aby mnie przeniesiono do izolatki. Ponieważ mój przypadek – pierwszej od szesnastu lat ciąży straconej w murach szpitala – znały już wszystkie oddziały, nikt nie dyskutował. Zostałam przeniesiona. W tym pustym pokoju, niezdolna udźwignąć wstydu, złości i żalu, nieświadomie zawarłam sama ze sobą pakt, że nie będę czuć. Uznałam, że tak będzie łatwiej. Byłam wtedy pewna, że oszukałam siebie. Że to zadziała. Jak bardzo się myliłam…
Kilka miesięcy po tych wydarzeniach zaczęły się w moim życiu napady lękowe. Takie, które sprawiają, że nie możesz oddychać i myślisz, że umierasz. Moje ciało próbowało mnie zmusić, bym poczuła.
Ogromnie często się zdarza, że kiedy w naszym życiu następuje kryzys, to w zalewie emocji, z lęku przed samymi sobą i oceną innych, dokonujemy wewnętrznego zamrożenia. Wydaje nam się, że kiedy nie czujemy, nie przeżywamy, to mamy pełną kontrolę nad sytuacją. Ten mechanizm ma jednak swoją cenę. Symbolicznie odcinamy bowiem wtedy swoje ciało i psychikę od naturalnych mechanizmów samoregulacji. Im bardziej próbujemy się kontrolować, tym większy w nas lęk, że czegoś nie dopilnujemy i że ktoś to zauważy. Rośnie w nas napięcie, które w pewnym – zwykle w najmniej spodziewanym – momencie znajduje ujście.
Kilka lat po mojej stracie koleżanka z pracy powiedziała mi o wystąpieniu badaczki odwagi Brené Brown podczas konferencji TEDx. Nie słyszałam o Brown nigdy wcześniej, ale czułam się tak pogubiona i przytłoczona nieustannym poczuciem zagrożenia, że postanowiłam obejrzeć ten materiał wideo w serwisie YouTube. Ta decyzja była swoistym punktem przełomowym w moim życiu, gdyż okazało się, że kobieta, której słuchałam, nie tylko mówi do mnie z ekranu tak, jakby znała mnie całe moje życie… Udało jej się wyjaśnić mi w dwadzieścia minut, kim zawsze chciałam być, a na co mój wstyd i lęk mi nie pozwoliły.
W swoim wystąpieniu Brown mówi: „Wstyd można wytłumaczyć najprościej jako lęk przed odrzuceniem. Czy istnieje taka informacja o mnie, której ujawnienie sprawi, że ludzie uznają mnie za niegodną, by do nich przynależeć”4. Abyśmy mogli poczuć przynależność i nawiązać z ludźmi kontakt, musimy odsłonić delikatne, wrażliwe części nas samych. I to nas przeraża.
W głębi wiedziałam, że jestem kimś ciepłym i wrażliwym. A jednocześnie na zewnątrz sprawiałam zupełnie inne wrażenie. Ten mechanizm miał mnie chronić przed zranieniem i właśnie on stał się źródłem moich cierpień. Nie umiem ci opisać ulgi, jaką poczułam, gdy po wysłuchaniu wykładu Brené Brown dotarło do mnie, że nie jestem z tymi odczuciami sama. Dziś mam przekonanie, że właśnie to odkrycie utorowało przede mną nową drogę – powrotu do siebie. Niedługo po jego dokonaniu przekroczyłam próg gabinetu terapeutycznego i weszłam na ścieżkę, dzięki której piszę do ciebie te słowa.
W życiu nie chodzi o to, by emocje, stres czy lęk nas nie dotykały, ale byśmy potrafili je zauważać, akceptować i żyć w zgodzie z tym, co dla nas ważne, pomimo tych trudności.
Takie podejście odpowiada temu, co w nurcie ACT określa się mianem elastyczności psychologicznej. Umiejętność ta otwiera przed człowiekiem zupełnie nową perspektywę doświadczania, którą można ująć, stawiając następujące pytanie:
A co by było, gdybym zamiast próbować kontrolować swoje emocje, nauczył się iść z nimi w stronę spełnionego życia?
Zakładam, że gdy czytasz te słowa, w twoim wnętrzu pojawiają się rozmaite wątpliwości. I to jest zupełnie naturalne. Sama nieraz ich doświadczałam. W następnych rozdziałach pomogę ci spojrzeć na to pytanie z nowych perspektyw w nadziei, że wraz z odkrywaniem kolejnych warstw odpowiedzi będziesz wyraźniej widzieć całość.
Stopniowo odsłonię przed tobą koncepcje i narzędzia, które pomogą ci wzmocnić odporność psychiczną, wyćwiczyć umiejętność radzenia sobie z kryzysami i pogłębić gotowość do doświadczania życia takim, jakie ono jest, byś mógł stworzyć życie warte przeżycia. A wszystko to zbudujemy w oparciu o cztery obszary i osiem filarów.
4C, czyli cztery obszary odporności psychicznej:
control – kontrolachallenge – wyzwaniecommitment – zaangażowanieconfidence – pewność siebieModel 4C stworzył profesor Peter Clough, psycholog sportu z Uniwersytetu w Huddersfield w Wielkiej Brytanii, wraz z profesorem Dougiem Strycharczykiem, obecnym dyrektorem zarządzającym AQR International, organizacji zajmującej się rozwojem odporności psychicznej w biznesie, edukacji i sporcie.
Aby ułatwić sobie pracę nad postawą akceptacji emocji, sięgnijmy po pewną metaforę. Wyobraź sobie, że płyniesz żaglowcem, a wokół ciebie szaleje sztorm. Nie masz wpływu na to, czemu podlega twój statek. Wiatr wieje, a fale się wznoszą niezależnie od tego, co robisz. Każda próba kontrolowania tych czynników wywołuje jedynie poczucie bezsilności i frustracji. Dlatego odpuszczasz chęć walki z tym, co cię otacza, i przyjmujesz pogodę taką, jaka jest. Jednocześnie zdajesz sobie sprawę, że tym, na co masz wpływ, jest nawigowanie. Łapiesz więc mocno ster i wyznaczasz kurs swojej podróży. Świadomość, że zarządzanie tym wycinkiem rzeczywistości znajduje się w twojej gestii, może sprawić, że odpowiednio ustawisz żagle i dopłyniesz do celu.
Oto istota poczucia sprawczości i wpływu na własne reakcje i działania. W tym przykładzie pojawiają się dwa filary zdrowej kontroli: poczucie wpływu na swoje reakcje (kontrola emocji) oraz poczucie wpływu na swoje działania (poczucie wpływu na własne życie, czyli kontrola jego przebiegu).
To umiejętność dostrzegania i regulowania własnych stanów emocjonalnych. Kontrola emocji nie polega na tym, żeby blokować ich odczuwanie, tylko na tym, by nie dać im się porwać. To umiejętność rozciągania przestrzeni pomiędzy bodźcem, który wywołuje określony stan emocjonalny, a naszą reakcją na ten bodziec. Zatrzymajmy się na moment przy kilku przykładach sytuacji, które mogą wywołać w nas silne reakcje, i dwóch skrajnych możliwych odpowiedziach na te okoliczności.
Ważna prezentacja w pracy
Osoba o niskiej kompetencji kontroli emocji: reaguje podenerwowaniem na to, że czuje stres związany z koniecznością przedstawienia prezentacji. Proces ten może w niej zachodzić nieświadomie. W efekcie albo odmawia przedstawienia prezentacji, albo skupiając się na osłabieniu zdenerwowania, zapomina, co chciała przekazać.
Osoba o wysokiej kompetencji kontroli emocji: zauważa stres i decyduje, że pomimo reakcji stresowej chce podjąć próbę prezentacji. Dzięki zauważeniu oraz uznaniu lęku i stresu jest spokojniejsza, ponieważ nie stara się pokonać tego, co czuje. Akceptacja lęku pozwala jej mówić jasno i klarownie.
Negatywny feedback od szefa
Osoba o niskiej kompetencji kontroli emocji: reaguje natychmiastowym poczuciem bycia atakowaną, obrażeniem się czy złością. Zamiast dostrzec swoje emocje, skupia uwagę na zachowaniu szefa i w nim doszukuje się przyczyn krytyki.
Osoba o wysokiej kompetencji kontroli emocji: odczuwa chwilowy dyskomfort, a następnie pojawia się u niej refleksja, próba wzięcia odpowiedzialności za to, czego nie dopilnowała.
Kłótnia z kimś bliskim
Osoba o niskiej kompetencji kontroli emocji: odczuwa chęć krzyku, odwetu, obwiniania. Być może zaczyna zachowywać się impulsywnie. Trzaska drzwiami. Może też się wycofać i ukarać drugą stronę ciszą.
Osoba o wysokiej kompetencji kontroli emocji: zauważa, że jej emocje zaczynają narastać. Przerywa rozmowę i prosi o chwilę dla siebie na przemyślenie odpowiedzi i ochłonięcie.
Pewnie zastanawiasz się, jak pracować nad zmianą perspektywy emocjonalnej i zwiększać świadomość swoich emocji. Mogą cię w tym wspierać następujące metody:
Zatrzymaj się i nazwij emocję
– co teraz czujesz? Nazwanie emocji i pozwolenie sobie na to, by na moment ją poczuć, od razu tworzy dystans.
Oddychaj świadomie
– prosta technika 4–4–4–4, czyli oddychanie po kwadracie, pozwoli ci uspokoić układ nerwowy i znaleźć odpowiedź na pytanie, jak chcesz zareagować. Aby oddychać po kwadracie, należy zrobić wdech trwający cztery sekundy, następnie zatrzymać powietrze w płucach na cztery sekundy, zrobić wydech przez kolejne cztery sekundy i powstrzymać się od zaczerpnięcia tchu na ostatnie cztery sekundy. Możesz ten cykl powtórzyć kilka razy. Metoda ta sprawdziła się u tysięcy żołnierzy Navy Seals.
Zadaj sobie pytanie: „Co ta emocja chce mi powiedzieć?”
– zamiast walczyć, potraktuj emocję jak informację.
Zrób przerwę na reakcję
– zanim coś powiesz czy zrobisz, daj sobie chwilę. Emocje szybko słabną, a decyzja podjęta po 90 sekundach od pojawienia się pierwszego impulsu zawsze jest mądrzejsza.
Zatem skoro już wiesz, czym jest świadome zauważanie i regulowanie swoich emocji, zajmijmy się teraz drugim filarem, czyli kontrolą przebiegu własnego życia. Poczucie wpływu to przekonanie, że nasze decyzje i działania mają realny wpływ na to, jak potoczą się sprawy. To wiara, że nie jesteśmy wyłącznie biernymi odbiorcami wydarzeń, ale także ich twórcami. Osoby z wysokim poczuciem wpływu łatwiej podejmują inicjatywę, szukają rozwiązań i dostrzegają w trudnościach szansę na zmianę. Z kolei niskie poczucie wpływu sprzyja postawie rezygnacji – myśleniu „I tak nic ode mnie nie zależy”. W praktyce oznacza to, że identyczne wydarzenie może być dla jednej osoby impulsem do działania, a dla drugiej – powodem do zatrzymania się.
Posłużmy się ponownie przykładami.
Ważna prezentacja w pracy
Osoba o niskiej kompetencji poczucia wpływu: na myśl o konieczności przedstawienia prezentacji przekonuje samą siebie: „I tak nie mam talentu do wystąpień. Stres zawsze mnie pokonuje. Nie mam szans być dobrym prelegentem”.
Osoba o wysokiej kompetencji poczucia wpływu: na myśl o konieczności przedstawienia prezentacji przekonuje samą siebie: „Stres jest moją normalną reakcją na takie sytuacje, ale mogę się przygotować, przećwiczyć i nauczyć się radzić sobie z tremą. To ode mnie zależy, czy wykształcę u siebie tę umiejętność”.
Negatywny feedback od szefa
Osoba o niskiej kompetencji poczucia wpływu myśli: „Szef się czepia, bo taki ma charakter. Cokolwiek bym zrobiła, i tak zawsze będzie niezadowolony”.
Osoba o wysokiej kompetencji poczucia wpływu myśli: „Nie wszystko zrobiłam idealnie, ale mogę zapytać o konkretne oczekiwania, poprawić ten fragment i lepiej zrealizować kolejny projekt”.
Kłótnia z kimś bliskim
Osoba o niskiej kompetencji poczucia wpływu myśli: „On/ona nigdy się nie zmieni. To i tak bez sensu, bo nie mam na to żadnego wpływu”.
Osoba o wysokiej kompetencji poczucia wpływu myśli: „Nie zmienię partnera, ale mogę zadbać o sposób, w jaki ja rozmawiam, i zaproponować rozwiązania, które poprawią naszą komunikację”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
M. Daniłoś, Ucieczkizm. Co zrobić, żeby lęk nie był przeszkodą do działania, Pascal, Bielsko-Biała 2025. [wróć]
M. Haig, Moc dobrych słów, tłum. Iwona Michałowska-Gabrych, Wydawnictwo Słowne, Warszawa 2022, s. 47. [wróć]
Z. Jerzyna, Przeszłość [w:] tegoż, Wiersze wybrane, Czytelnik, Warszawa 1991, s. 144. [wróć]
B. Brown, The Power of Vulnerability, TED, YouTube, tłum. własne, https://youtu.be/iCvmsMzlF7o?si=JgA1QLWTy5u6ANbx&t=293 [data dostępu: 27.04.2026]. [wróć]
