Punkty przełomowe. Jak nadawać sens nawet najtrudniejszym doświadczeniom - Magdalena Daniłoś - ebook

Punkty przełomowe. Jak nadawać sens nawet najtrudniejszym doświadczeniom ebook

Magdalena Daniłoś

0,0
51,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przestań zadawać sobie pytanie: „Dlaczego mnie to spotkało?”. Zapytaj raczej: „Kim mogę się stać dzięki temu doświadczeniu?”.

Czasem wystarczy jeden moment, by nasze życie wywróciło się do góry nogami. Strata, kryzys, nagłe zniszczenie tego, co wydawało się stabilne – to chwile, które potrafią nas złamać albo… obudzić w nas siłę, o której istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Ta książka powstała właśnie z takich trudnych chwil, z mroku, ale też z upartego światełka, które mimo wszystko nie chciało zgasnąć.

Dowiesz się z niej, jak stawiać czoła nawet najtrudniejszym życiowym doświadczeniom oraz:

• pokonywać trudności krok po kroku, budując równowagę emocjonalną,

• rozwijać odporność psychiczną i elastyczność w obliczu zmian,

• wzmacniać zaufanie do samego siebie,

• prosić o pomoc, gdy jej potrzebujesz,

• wykorzystywać swoje naturalne talenty,

• dbać o siebie w kryzysie, również jeśli jesteś osobą neuroatypową,

• nie tracić z oczu swoich marzeń, celów i autentycznego „ja”.

To nie tylko poradnik, ale też poruszająca, osobista opowieść o tym, jak wygląda życie, kiedy wszystko się wali. Autorka, która w wieku zaledwie 26 lat straciła syna, a wkrótce potem stanęła w obliczu kryzysu zawodowego, długów i wypalenia, pokazuje, że nawet z najtrudniejszych doświadczeń można wydobyć sens i siłę.

To także 9 inspirujących historii ludzi, którzy przeszli przez swoje punkty przełomowe, by stać się światłem w ciemności dla innych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 226

Data ważności licencji: 6/5/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Porady zawarte w książce opie­rają się na wie­dzy i doświad­cze­niu autorki, nie mogą jed­nak zastą­pić kon­sul­ta­cji z psy­cho­lo­giem, psy­cho­te­ra­peutą lub leka­rzem. Autorka ani wydawca nie odpo­wia­dają za ewen­tu­alne szkody ponie­sione wsku­tek sto­so­wa­nia się do wska­zó­wek zamiesz­czo­nych w książce, szcze­gól­nie w przy­padku igno­ro­wa­nia zale­ceń leka­rza spe­cja­li­sty.

Opieka redak­cyjna: Kata­rzyna Nawrocka Redak­cja: Mag­da­lena Tor­czyń­ska-Moradi Korekta: Domi­nika Kowal­ska, Michał Pytlik Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych oraz ilu­stra­cje na okładce: Ryszard P. Kot

Copy­ri­ght © Mag­da­lena Dani­łoś, 2026 Copy­ri­ght for this edi­tion © JK Wydaw­nic­two, 2026

Niniej­sza publi­ka­cja jest chro­niona pra­wem autor­skim. Publi­ka­cja może być zwie­lo­krot­niana i wyko­rzy­sty­wana wyłącz­nie w zakre­sie dozwo­lo­nym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwie­lo­krot­nia­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie tre­ści publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek for­mie do eks­plo­ra­cji tek­stów i danych (text and data mining) lub do tre­no­wa­nia modeli sztucz­nej inte­li­gen­cji bez uprzed­niej, wyraź­nej zgody Wydawcy jest zabro­nione.

ISBN 978-83-68846-23-2 Wyda­nie I, Łódź 2026

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Tę książkę dedy­kuję trzem naj­waż­niej­szym męż­czy­znom w moim życiu:

mojemu mężowi Bar­tło­mie­jowi,

mojemu synowi Miko­ła­jowi, mojemu tacie Krzysz­to­fowi.

Bez Was nic nie mia­łoby sensu.

Wstęp

Nie­wiele bra­ko­wało, by ta książka w ogóle nie powstała.

Ponad trzy lata temu poczu­łam, że chcę opi­sać trzy naj­trud­niej­sze wyda­rze­nia w moim życiu, by poka­zać, jak szu­kać sensu w trud­nych chwi­lach. Z ochotą i eks­cy­ta­cją zabra­łam się do pisa­nia, ale wtedy wyda­rzyło się coś, czego wcze­śniej nie prze­wi­dzia­łam… Przy­szedł kry­zys. Próba zmie­rze­nia się z uję­ciem w słowa tych momen­tów mojego życia, w któ­rych trudno było odna­leźć świa­tło, oka­zała się wyjąt­kowo skom­pli­ko­wana. Przez ponad dwa lata wie­lo­krot­nie sta­ra­łam się wró­cić do tek­stu. Już poże­gna­łam się z myślą, że ta książka kie­dy­kol­wiek ujrzy świa­tło dzienne, i zabra­łam się za pisa­nie zupeł­nie innej1. I wła­śnie wtedy, kiedy wró­ci­łam do pro­cesu prze­le­wa­nia słów na papier, uzmy­sło­wi­łam sobie, że moja blo­kada pisar­ska miała zwią­zek z tym, o czym tak bar­dzo chcia­łam pisać i co, w róż­nej postaci, jest doświad­cze­niem wielu z nas. To moment, kiedy uty­kamy w ciem­nej doli­nie, a na każdą myśl, że mie­li­by­śmy ruszyć naprzód, poja­wia się w nas silny opór.

Uświa­do­mie­nie sobie tego dało mi nie tylko więk­szy spo­kój, lecz także siłę, by pisać dalej. Pomy­śla­łam, że moje słowa mogą dodać siły innym ludziom. Aby mieć pew­ność, że będę czy­niła rze­czy­wi­ste postępy w pisa­niu, popro­si­łam moją przy­ja­ciółkę i wspól­niczkę Magdę, by została moją patronką. Zro­bi­łam to, bo głę­boko wie­rzę (o czym też piszę w tej książce) w moc towa­rzy­sza każ­dej waż­nej podróży. Chcia­łam poczuć, że jest ktoś, przed kim będę zobo­wią­zana. Chcia­łam utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że nawet jeśli będzie mi trudno, to się nie zatrzy­mam.

Pew­nego dnia po prze­sła­niu Mag­dzie jed­nego z bar­dziej oso­bi­stych roz­dzia­łów dosta­łam od niej taką wia­do­mość: „Jak czy­tam Twoją książkę, to mam takie prze­my­śle­nie, że nie jesteś jesz­cze w poło­wie życia, a prze­ży­łaś już ze trzy”. I rze­czy­wi­ście, w jakimś sen­sie jest to prawda. Sporo się w moim życiu wyda­rzyło i bywało naprawdę ciężko. A jed­no­cze­śnie, kiedy patrzę na doświad­cze­nia, z któ­rymi przy­szło mi się zmie­rzyć, także na te naj­trud­niej­sze, to wiem, że nie cof­nę­ła­bym żad­nego z nich. Dzięki nim jestem tym, kim jestem.

Jeśli dziś doświad­czasz cze­goś trud­nego, jeśli czu­jesz lęk, bez­sil­ność oraz samot­ność i pra­gniesz zna­leźć w tym doświad­cze­niu sens, to chcę ci powie­dzieć, że wiem, jak to jest, a tę książkę napi­sa­łam wła­śnie dla cie­bie. Powstała ona, by pomóc innym zna­leźć świa­tło w ciem­no­ści, i może roz­świe­tlić mrok także tobie. Jeśli się zgo­dzisz, poto­wa­rzy­szę ci w two­jej podróży.

Książkę możesz czy­tać aż na trzy różne spo­soby. Możesz chło­nąć tylko war­stwę sto­ry­tel­lin­gową i psy­cho­edu­ka­cyjną: pozna­wać moje histo­rie i zagad­nie­nia z dzie­dziny psy­cho­lo­gii czy filo­zo­fii, które są pomocne w zro­zu­mie­niu mecha­ni­zmów, któ­rym pod­le­gamy. Możesz też potrak­to­wać ją jak wła­sny pro­ces coachin­gowy. Na jej kar­tach poja­wiają się bowiem pyta­nia, które mogą ci pomóc zoba­czyć z zupeł­nie innej per­spek­tywy to, czego doświad­czasz.

Książkę uzu­peł­niają ponadto inspi­ru­jące histo­rie ludzi, któ­rzy doświad­czyli w swoim życiu iście prze­ło­mo­wych momen­tów. Lek­tura tych wple­cio­nych pomię­dzy roz­działy tek­stów sta­nowi trzeci spo­sób odczy­ta­nia niniej­szej książki, zde­cy­do­wa­nie posze­rza bowiem spoj­rze­nie na cha­rak­ter i rolę prze­ło­mo­wych doświad­czeń w naszym życiu. Choć opo­wie­ści te nie są bez­po­śred­nio zwią­zane z tema­tami poszcze­gól­nych roz­dzia­łów, to każda z nich jest ści­śle zwią­zana z tema­tem Punk­tów prze­ło­mo­wych. Wybra­łam te osoby nie przy­pad­kiem. Jestem prze­ko­nana, że wła­śnie ich histo­rie dopeł­nią moją, a tobie, czy­tel­niku, przy­niosą nie tylko poczu­cie ulgi, lecz także tego, co w nur­tach mind­ful­ness nazywa się wspól­notą doświad­cza­nia. A jeśli po prze­czy­ta­niu książki na­dal będziesz czuł nie­do­syt, to na końcu sek­cji Przy­pisy znaj­dziesz adres strony, na któ­rej zamie­ści­łam wię­cej roz­mów z cie­ka­wymi posta­ciami, prze­pro­wa­dzo­nych w ramach cyklu na kanale YouTube „Punkty Prze­ło­mowe”.

Gdy wszystko idzie dobrze, na ogół nie wzra­stamy. By wzra­stać, musimy się zmie­niać, bo wzrost to zmiana. Zwy­kle ewa­lu­ujemy w obli­czu trud­no­ści. Czę­sto musimy prze­grać, by się cze­goś nauczyć, tak jak kul­tu­ry­sta potrze­buje cię­ża­rów, z któ­rymi się będzie siło­wał. Nie da się wzra­stać w świe­cie pozba­wio­nym zma­gań.

Matt Haig2

Rozdział 1. Czym naprawdę jest kryzys. Historia straty, która zmieniła wszystko

Roz­dział 1

Czym naprawdę jest kry­zys. Histo­ria straty, która zmie­niła wszystko

Prze­szłość nie jest cię­ża­rem, są w niej uśpione skrzy­dła

Zbi­gniew Jerzyna3

Kiedy nic, co znasz, nie jest już takie samo

Wszystko dookoła zwal­nia. Świat ciem­nieje. Od tej pory nic, co dotych­czas zna­łam, nie będzie już takie samo. A to wszystko dzieje się w cza­sie krót­szym niż kilka minut. Wydaje mi się, że są to zale­d­wie mili­se­kundy.

Na imię miała Ewa. Weszła do pokoju, w któ­rym sie­dzia­łam wystra­szona i zroz­pa­czona. Chwy­ciła mnie za rękę, spoj­rzała mi w oczy i nie odry­wa­jąc ode mnie wzroku, p wie­działa: „Nazy­wam się Ewa. Jestem położną. Chcę, abyś wie­działa, że zro­bię wszystko co w mojej mocy, by to, co nas teraz czeka, prze­bie­gło naj­bez­piecz­niej i naj­mniej bole­śnie, jak to tylko moż­liwe”.

Ni­gdy nie myśla­łam, że naj­trud­niej­szy moment w moim życiu pomoże mi prze­trwać ktoś, kogo nie widzia­łam wcze­śniej na oczy. Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łam, że kobieta, z którą spę­dzi­łam w sumie kil­ka­na­ście godzin, okaże się jedną z naj­waż­niej­szych, jakie spo­tka­łam w życiu. Ale tak wła­śnie się stało…

Dziś, nie­mal pięt­na­ście lat póź­niej, opi­su­jąc wyda­rze­nie, które na zawsze zmie­niło mnie i moje życie, na­dal mam poczu­cie, że nie opo­wia­dam ci o moim wła­snym doświad­cze­niu, że ono należy do kogoś innego… Wspo­mnie­nia, które przy­wo­łuję, wyglą­dają w mojej gło­wie jak ury­wek filmu, który kie­dyś oglą­da­łam. Ale to nie film. Chwila, w któ­rej Ewa wkro­czyła do mojego życia, to mój moment prze­ło­mowy.

Moment przełomowy

Moment prze­ło­mowy to taki punkt w życiu, w któ­rym to, co cię spo­tyka, przede­fi­nio­wuje dotych­cza­sowe zna­cze­nia i zmie­nia twoją per­spek­tywę. W tym kon­kret­nym wyda­rze­niu doko­nuje się coś nie­praw­do­po­dob­nie moc­nego – zmiana per­cep­cji.

Dla mnie ten moment nastą­pił 12 lutego 2011 roku. Do tego dnia czu­łam, że nic mnie nie może poko­nać. Mia­łam 26 lat i byłam w dzie­wią­tym mie­siącu ciąży. Do szpi­tala zgło­si­łam się na kilka dni przed pla­no­wa­nym ter­mi­nem porodu mojego pierw­szego syna, Olka. Ciąża prze­bie­gała książ­kowo, ale w ostat­nich dniach zła­pał mnie wirus i nie chciał puścić. Każ­dego dnia tem­pe­ra­tura i kaszel się nasi­lały. Lekarka pro­wa­dząca zapew­niała mnie, że na tym eta­pie ciąży dziecku nic już nie grozi, więc spo­koj­nie cze­ka­łam w domu na moment, w któ­rym poczuję się lepiej. Ponie­waż jed­nak ten moment nie nad­cho­dził, zgło­si­łam się do szpi­tala.

Przy­jęto mnie na oddział położ­ni­czy i przez kolejne dwa, trzy dni dokład­nie badano, szu­ka­jąc nie­ustę­pli­wego wirusa. Mimo pogar­sza­ją­cego się samo­po­czu­cia z ufno­ścią cze­ka­łam, aż infek­cja minie. Teo­rie na temat tego, co mi dolega, były zgoła egzo­tyczne jak na przed­co­vi­dowe czasy. Może to grypa pta­sia, a może świń­ska, suge­ro­wali kolejni leka­rze – i następna próbka do badań jechała na sygnale. Każ­dego dnia sztab położ­nych spraw­dzał mój stan zdro­wia, przede wszyst­kim zaś dobro­stan dziecka. Cztery, pięć KTG dzien­nie. USG. Seria anty­bio­ty­ków. Leża­łam w szpi­talu, czu­łam się zaopie­ko­wana. Słaba, ale bez­pieczna. Nie ist­niał w moim wyobra­że­niu świat, w któ­rym ta histo­ria nie koń­czy się dobrze. A jed­nak…

Pamię­tam ane­ste­zjo­loga, który wszedł, żeby prze­pro­wa­dzić ze mną kon­sul­ta­cję. Po chwili roz­mowy oznaj­mił mi, że cesar­skiego cię­cia nie będzie. Zapy­ta­łam dla­czego. „Pani krze­pli­wość krwi jest zabu­rzona. Jeśli prze­pro­wa­dzimy ope­ra­cję, naj­pew­niej jej pani nie prze­żyje”. Wyobraź sobie, że nawet to zda­nie nie wzbu­dziło we mnie obaw. „Prze­cież poczuję się lepiej, uro­dzę wła­snymi siłami”, pomy­śla­łam. „Wszystko skoń­czy się dobrze”.

Kiedy otwo­rzy­łam oczy 12 lutego, poczu­łam, że wresz­cie żyję. Od ponad dzie­się­ciu dni nie czu­łam się tak dobrze. Położna stwier­dziła, że tem­pe­ra­tura w końcu zaczęła spa­dać. Popa­trzyła na mnie z uśmie­chem i powie­działa, że mam zadzwo­nić do męża, by przy­wiózł torby. Poród może zacząć się w każ­dej chwili. Wcze­snym popo­łu­dniem, tuż po obie­dzie, czu­łam już eks­cy­ta­cję. Poko­na­łam wirusa! Za moment zostanę mamą! Moja radość nie miała końca. Zgod­nie z zale­ce­niem położ­nej poło­ży­łam się spać, by nabrać siły. Spa­łam około dwóch godzin, a obu­dziła mnie pie­lę­gniarka, która przy­szła ruty­nowo zba­dać puls dziecka. Przy­ło­żyła do brzu­cha apa­ra­turę, lecz… nie udało się jej wychwy­cić pulsu. Przy­ło­żyła ją w inne miej­sce – ponow­nie bez skutku. Trudno mi powie­dzieć, ile to trwało. Może trzy minuty, może pięć. To były naj­dłuż­sze minuty mojego życia. Wyraź­nie spa­ni­ko­wana kobieta wymam­ro­tała, że zabiera mnie na wyż­sze pię­tro na USG. Rzu­ciła jesz­cze, że pew­nie zepsuło się KTG, a następ­nie zapro­wa­dziła mnie do gabi­netu lekar­skiego.

Ni­gdy nie zapo­mnę wyrazu twa­rzy lekarki, która przez 40 minut bez­sku­tecz­nie pró­bo­wała wysłu­chać bicie serca. Kiedy zwra­cała się do mnie sło­wami: „Tak mi przy­kro”, jej oczy były pełne łez. Ja zaś na jakimś pozio­mie w tym momen­cie umar­łam.

To, co działo się potem, pamię­tam tro­chę tak, jak­bym odtwa­rzała film pozba­wiony czę­ści kla­tek. Usły­sza­łam, że na­dal nie można mnie ope­ro­wać, więc będę rodzić swo­imi siłami. Zapro­wa­dzono mnie do sali i nafa­sze­ro­wano lekami wywo­łu­ją­cymi skur­cze, tak sil­nymi, że nie można ich podać przy stan­dar­do­wym poro­dzie. A potem zosta­wiono mnie samą.

Wtedy po raz pierw­szy pozna­łam uczu­cie, któ­remu przy­glą­da­łam się póź­niej jesz­cze wiele razy. To był obez­wład­nia­jący strach połą­czony z zupeł­nym zamro­że­niem, jak­bym nie czuła niczego.

I wła­śnie w trak­cie tego doświad­cze­nia poja­wiła się ona. Kiedy moje głę­bo­kie, nie­mal dzie­cięce zaufa­nie do świata legło w gru­zach, roz­bły­sła iskierka sym­bo­li­zu­jąca dla mnie dziś coś naprawdę uni­ka­to­wego. Poczu­cie, że możemy oddać swój los w ręce kogoś zupeł­nie obcego i mimo trud­no­ści, jakich doświad­czamy, zaufać, że wszech­świat nas wspiera. Ten ktoś obcy oka­zał się waż­niej­szy niż osoba, od któ­rej powin­nam była wtedy dostać wspar­cie – lekarka pro­wa­dząca moją ciążę, która była bar­dzo bli­ską zna­jomą mojej mamy. Mama zadzwo­niła do niej wów­czas, by przy­je­chała w nocy się mną zaopie­ko­wać. Ona jed­nak nie przy­jeż­dżała.

Niczym anioł zja­wiła się za to położna i wła­śnie dzięki niej prze­trwa­łam ponad pięt­na­sto­go­dzinny poród, który – jak się póź­niej dowie­dzia­łam – mógł zakoń­czyć moje życie. Choć nie byłam tego świa­doma, leka­rze szy­ku­jący jed­nostki krwi przez cały czas liczyli się bowiem z naj­czar­niej­szym sce­na­riu­szem. Jestem pewna, że bez niej nie pisa­ła­bym do cie­bie tych słów.

Pra­wie pięt­na­ście lat zajęło mi uświa­do­mie­nie sobie zna­cze­nia doświad­czeń, które stały się moim udzia­łem tam­tej nocy na sali poro­do­wej, zro­zu­mie­nie, dla­czego dozna­łam wtedy tej straty i jak ona wpły­nęła na mnie i moje postrze­ga­nie świata. Ten dzień na zawsze odmie­nił moje życie… i przy­czy­nił się do napi­sa­nia tej książki. Jak już wiesz, nie jest ona tylko zapi­sem goje­nia się tej rany, lecz także prze­wod­ni­kiem stwo­rzo­nym z myślą o wszyst­kich, któ­rzy doświad­czają życio­wych trud­no­ści. Z jego pomocą zdo­bę­dziesz narzę­dzia, które pozwolą ci prze­kuć każdy kry­zys w wyda­rze­nie rów­nież o wzmac­nia­ją­cym wpły­wie na twoje życie i twoje dal­sze losy. Zanim jed­nak zaczniemy przy­glą­dać się temu, w jaki spo­sób możemy zaopie­ko­wać się sami sobą w sytu­acji trud­nej czy prze­ło­mo­wej, zatrzy­majmy się na moment przy ety­mo­lo­gii słowa „kry­zys”.

Czym jest kryzys?

Wyraz „kry­zys” pocho­dzi od grec­kiego słowa kri­sis (κρίσις), które ozna­cza: „roz­strzy­gnię­cie, decy­zję, wybór, punkt zwrotny”. Wywo­dzi się ono od cza­sow­nika kri­nein (κρίνειν) defi­nio­wa­nego jako: „oddzie­lać, roz­róż­niać, decy­do­wać, oce­niać”. W sta­ro­żyt­nej Gre­cji wią­zano je z momen­tem prze­łomu w cho­ro­bie. Cho­dziło o stan, w następ­stwie któ­rego osoba chora albo zdro­wiała, albo jej samo­po­czu­cie się pogar­szało. Był to czę­sto moment decy­du­jący o życiu i śmierci.

Jeśli sku­pisz się chwilę na swo­ich odczu­ciach czy myślach w chwi­lach praw­dzi­wego kry­zysu, dostrze­żesz, że dawne zna­cze­nie tego słowa jest w pew­nym stop­niu wciąż aktu­alne. Bo kiedy dozna­jemy cze­goś naprawdę trud­nego, mamy poczu­cie, że to doświad­cze­nie może być dla nas koń­cem wszyst­kiego. Cza­sem tra­cimy w takich momen­tach wolę prze­trwa­nia. Nie­rzadko przez wiele dni, tygo­dni czy mie­sięcy czu­jemy, że prze­strzeń nad nami jest przy­kryta grubą war­stwą chmur. Ale prze­cież – choć zwy­kle nie zda­jemy sobie z tego wów­czas sprawy – za każdą chmurą kryje się błę­kit nieba i blask słońca.

Co naj­mniej kilka razy w życiu obser­wo­wa­łam burze, które wyglą­dały jak „koniec świata”. Osta­tecz­nie jed­nak każda z tych burz wyga­sała. Czę­sto – by ustą­pić miej­sca bez­chmur­nemu niebu i słońcu.

Kry­zys jest jak burza. To moment, w któ­rym świat prze­staje dzia­łać według dotych­cza­so­wych zasad i w któ­rym to ty możesz pod­jąć decy­zję mającą poten­cjał, by zmie­nić bieg wyda­rzeń.

Aby kry­zys stał się momen­tem prze­ło­mo­wym, musisz się zatrzy­mać i dostrzec, że stara mapa, która do tej pory cię pro­wa­dziła, jest już bez­u­ży­teczna. Moment prze­ło­mowy to taki punkt w życiu, kiedy dociera do cie­bie, że nie chcesz i nie potra­fisz wró­cić do domu starą drogą. A jesz­cze nie znasz nowej. Z tego punktu nie ma powrotu do dotych­cza­so­wego spo­sobu myśle­nia. Poja­wia się w nim jed­nak zarys podej­ścia, które może wszystko zmie­nić.

Podsumowanie

Lekcja 1: Kryzys nie zaczyna się od bólu, tylko od utraty tego, co znane.

To sytu­acja, w któ­rej świat traci dotych­cza­sową prze­wi­dy­wal­ność, wszystko, co było oczy­wi­ste, prze­staje takie być, a nowe roz­wią­za­nia nie są jesz­cze widoczne.

Lekcja 2: Moment przełomowy nie zawsze polega na działaniu. Czasem polega na puszczeniu kontroli.

Klu­czowe może stać się przy­ję­cie wspar­cia i pozwo­le­nie innym, aby towa­rzy­szyli ci w trud­nym doświad­cze­niu.

Lekcja 3: Zaufanie może pojawić się nawet w chwili rozpadu dotychczasowego porządku świata.

Nie­kiedy zaufa­nie przy­cho­dzi poprzez obec­ność dru­giego czło­wieka, który mówi: „Jestem tu” i daje ci poczu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Lekcja 4: Kryzys jest punktem zwrotnym, który zmienia twój sposób postrzegania siebie i rzeczywistości.

Nawet jeśli w danym momen­cie nie znasz dal­szej drogi, powrót do wcze­śniej­szych sche­ma­tów nie jest już moż­liwy.

Rozdział 2. Wstyd, który staje się cieniem

Roz­dział 2

Wstyd, który staje się cie­niem

Zmiana zaczyna się wtedy, gdy cię­żar sta­gna­cji przy­gniata moc­niej niż lęk.

Mag­da­lena Dani­łoś

Gotowa, by poczuć wszystko… no może prawie

Wła­śnie skoń­czy­łam gościnne wystą­pie­nie pod­czas szko­le­nia i kiedy zbie­ra­łam się do wyj­ścia, pod­szedł do mnie na oko czter­dzie­sto­letni męż­czy­zna. Z daleka widzia­łam, że tar­gają nim emo­cje. Jego ciało drżało. „Magda, tak ci dzię­kuję, że dałaś mi odwagę, bym mógł pła­kać” – powie­dział, po czym przy­tu­lił się do mnie mocno. Sta­li­śmy tak w obję­ciach kilka chwil. Ja też poczu­łam silne wzru­sze­nie.

Długo roz­ma­wia­li­śmy. O tym, że przez lata nie pozwa­lał sobie czuć z obawy przed oceną. O tym, że wiele razy w swoim życiu usły­szał, że nie wypada mu oka­zy­wać emo­cji, wraż­li­wo­ści, łez, bo jest męż­czy­zną, a prze­cież wszy­scy wiemy, że męż­czyźni nie pła­czą. Słu­cha­jąc go, pomy­śla­łam sobie, jakie to nie­sa­mo­wite, że moja decy­zja sprzed lat, by sta­nąć w swo­jej praw­dzie, może teraz dawać komuś innemu siłę.

Wiele lat wcze­śniej, kiedy jesz­cze byłam lice­alistką, wraż­liwą intro­wer­tyczką zma­ga­jącą się z niskim poczu­ciem wła­snej war­to­ści, usły­sza­łam pierw­szy raz w swoim życiu od bli­skiej kole­żanki, że zanim się zaprzy­jaź­ni­ły­śmy, spra­wia­łam wra­że­nie kogoś zupeł­nie innego. Ewe­lina uzna­wała mnie za osobę aro­gancką, zawsze oto­czoną ludźmi i aurą nie­do­stęp­no­ści, i dla­tego długo nie skra­cała dystansu. Byłam oszo­ło­miona jej sło­wami. „Czy ona mówi na pewno o mnie?” Nie mogłam w to uwie­rzyć. Wtedy jed­nak nie czu­łam w związku z tym stwier­dze­niem nic poza szo­kiem. A póź­niej szok minął, przy­szło życie i na jakiś czas jej słowa poszły w nie­pa­mięć. Po kilku latach, kiedy pra­wie zapo­mnia­łam już o tej roz­mo­wie, sytu­acja się jed­nak powtó­rzyła.

Byłam na stu­diach i moja ser­deczna kole­żanka, z którą spę­dza­łam nie­mal każde popo­łu­dnie, wypo­wie­działa do mnie słowa, które po raz drugi roz­darły moje serce: „Kiedy cię pozna­łam, twoja postawa nie zachę­cała do nawią­za­nia bliż­szej rela­cji”. A ja znowu zgłu­pia­łam. „Moja postawa? Na pewno mówisz o mnie?” Wyja­śniła, że zacho­wy­wa­łam się, jak­bym miała w nosie innych ludzi. Jak­bym patrzyła na nich z góry. Ten drugi raz wpra­wił mnie w kon­ster­na­cję. To nie był już tylko szok. Wtedy zupeł­nie poważ­nie zaczę­łam zada­wać sobie samej pyta­nia o to, co ja do cho­lery robię, a czego zupeł­nie nie jestem świa­doma.

Kiedy po kolej­nych kilku latach podobne słowa padły w sto­sunku do mnie po raz trzeci, nie mia­łam już cie­nia wąt­pli­wo­ści. Wie­dzia­łam, że zacho­wuję się w sto­sunku do ludzi w spo­sób, któ­rego nie jestem świa­doma. Zbu­do­wa­łam wokół sie­bie mur. Zało­ży­łam zbroję, by nikt nie zoba­czył wraż­li­wej czę­ści mnie. Uda­wa­łam kogoś innego, by się chro­nić… I wła­śnie w tym momen­cie uświa­do­mi­łam sobie, że już dłu­żej tak nie chcę. Ta zbroja mi ciąży. Trudno przy­tu­lić czło­wieka, który ma na sobie tonę żela­stwa. Trudno budo­wać rela­cję, kiedy jedna ze stron się usztyw­nia. Poczu­łam, że bar­dzo chcę to zmie­nić…

Od tego momentu każ­dego kolej­nego dnia przy­świe­cała mi moja nowa potrzeba: by ludzie, któ­rych uznaję za waż­nych, widzieli praw­dziwą mnie. Uzmy­sło­wi­łam sobie bowiem, że sama nie chcia­ła­bym budo­wać rela­cji z kimś, kto kogoś udaje. Decy­zja o ścią­gnię­ciu zbroi nie jest jed­nak łatwa do wpro­wa­dze­nia. Wymaga zgody na to, by zaszły w nas malut­kie i bar­dzo nie­wy­godne zmiany, które mają spra­wić, aby­śmy się odsło­nili. Musimy pozwo­lić, by inni zaczęli nas dostrze­gać takimi, jakimi jeste­śmy.

W uko­cha­nym przeze mnie nur­cie tera­peu­tycz­nym ACT (od ang. accep­tance and com­mit­ment the­rapy – tera­pia akcep­ta­cji i zaan­ga­żo­wa­nia) ist­nieje poję­cie para­doksu kon­troli. Cho­dzi o to, że im bar­dziej coś pró­bu­jesz kon­tro­lo­wać, tym inten­syw­niej­sze i bar­dziej natrętne stają się twoje emo­cje i myśli. Mowa tu o pró­bie uni­ka­nia, tłu­mie­nia czy eli­mi­no­wa­nia wewnętrz­nych prze­żyć, która tylko wzmaga cier­pie­nie. To jakby bać się potwora pod łóż­kiem i mówić sobie: „No prze­cież go nie ma”, czu­jąc jed­no­cze­śnie nara­sta­jący lęk przed nim.

Moja stra­te­gia poka­zy­wa­nia ludziom kogoś innego niż osoba, którą rze­czy­wi­ście jestem, była nie­udolną próbą kon­troli o opła­ka­nych skut­kach. I to rów­nież pewien para­doks. Chcąc coś ukryć, by być bli­żej ludzi, odda­la­łam się od nich. Za tym mecha­ni­zmem stoi silne poczu­cie wstydu. Kiedy pytam osoby, które zma­gają się z wyra­ża­niem trud­nych emo­cji, co jest dla nich źró­dłem trud­no­ści, zde­cy­do­wana więk­szość z nich mówi o lęku przed oceną.

Gdy­byś więc zro­bił krok w tył i spoj­rzał na to, co spra­wia, że boisz się wyra­żać swoje emo­cje, to bar­dzo czę­sto powo­dem oka­za­łyby się brak akcep­ta­cji śro­do­wi­ska lub twoje poczu­cie tego braku. Kiedy jako małe dziecko sły­sza­łeś zda­nia takie jak: „Nie becz”; „Weź się w garść” czy tak okrutne i czę­sto nad­uży­wane: „Prze­stań pła­kać”, dosta­wa­łeś od swo­ich opie­ku­nów wyraźny sygnał, że wyra­ża­nie emo­cji nie jest okej. I choć dziś jesteś doro­słym czło­wie­kiem, zdol­nym, by z racjo­nal­nego poziomu powie­dzieć sobie, że chcesz, a nawet możesz pła­kać… to już nie potra­fisz. To jest od cie­bie sil­niej­sze.

Ja przez wiele lat nie pła­ka­łam. Był nawet moment, kiedy wyda­wało mi się, że nie potra­fię. Wyobra­ża­łam sobie, że kiedy zacznę pła­kać, to ni­gdy już nie prze­stanę. Bo tyle jest we mnie smutku, któ­rego nie dane mi było wyra­zić.

Kilka dni po stra­cie syna, będąc już w domu, poczu­łam, że dzieje się ze mną coś nie­po­ko­ją­cego. Nie mogłam swo­bod­nie zaczerp­nąć tchu. Przej­ście kil­ku­na­stu metrów z sypialni do łazienki koń­czyło się nie­wy­obra­żalną zadyszką. Zadzwo­ni­łam do naszej rodzin­nej przy­ja­ciółki, lekarki inter­nistki, i spa­ni­ko­wana popro­si­łam o wizytę domową. Godzinę póź­niej, gdy mnie osłu­chi­wała, jej mina sta­wała się coraz poważ­niej­sza. Popro­siła, bym czym prę­dzej się ubrała i poje­chała z nią na izbę przy­jęć.

W szpi­talu, po wyko­na­niu kilku badań, wszystko było już jasne. Zapa­le­nie płuc z powi­kła­niami ser­co­wymi. Poło­żono mnie na oddział kar­dio­lo­giczny, pod­pięto pod miga­jące urzą­dze­nia i – jak dowie­dzia­łam się potem od leka­rzy – cze­kano z obawą, czy prze­żyję do rana. W tym cza­sie w moim wnę­trzu kotło­wało się mnó­stwo emo­cji. Jedną z nich był wstyd. Leża­łam w połogu na sali peł­nej męż­czyzn, nie mogąc wstać i sko­rzy­stać choćby z prysz­nica. Przy­cho­dziły więc do mnie położne i poma­gały mi się opo­rzą­dzić. Cza­sem zapo­mi­nały zasło­nić mnie para­wa­nem. W każ­dej komórce mojego ciała czu­łam wów­czas zaże­no­wa­nie, ale też smu­tek. Przede wszyst­kim jed­nak czu­łam wstyd. Dla­czego to wła­śnie mnie przy­da­rzyła się ta histo­ria?

Ale ponie­waż wstyd był zbyt silny, poja­wiła się we mnie inna emo­cja, którą dziś czę­sto świat psy­cho­lo­gii nazywa emo­cją wtórną, taką, która przy­krywa coś głęb­szego. Kotło­wały się we mnie pyta­nia: „Gdzie była moja lekarka pro­wa­dząca, która tej feral­nej nocy otrzy­mała infor­ma­cję, że stra­ci­łam dziecko, i zde­cy­do­wała, że nie przy­je­dzie do mojego porodu?”, „Dla­czego nie mogę być z tymi wszyst­kimi emo­cjami gdzieś, gdzie czuję się bez­piecz­nie?” i… „Kiedy prze­sta­nie boleć?”.

Kilka dni spę­dzo­nych z tą rosnącą zło­ścią na sali peł­nej obcych męż­czyzn, z któ­rych część umarła obok mnie, spra­wiło, że coś we mnie pękło. Trze­ciego, a może czwar­tego dnia dosta­łam szału. Zaczę­łam krzy­czeć, że żądam, aby mnie prze­nie­siono do izo­latki. Ponie­waż mój przy­pa­dek – pierw­szej od szes­na­stu lat ciąży stra­co­nej w murach szpi­tala – znały już wszyst­kie oddziały, nikt nie dys­ku­to­wał. Zosta­łam prze­nie­siona. W tym pustym pokoju, nie­zdolna udźwi­gnąć wstydu, zło­ści i żalu, nie­świa­do­mie zawar­łam sama ze sobą pakt, że nie będę czuć. Uzna­łam, że tak będzie łatwiej. Byłam wtedy pewna, że oszu­ka­łam sie­bie. Że to zadziała. Jak bar­dzo się myli­łam…

Kilka mie­sięcy po tych wyda­rze­niach zaczęły się w moim życiu napady lękowe. Takie, które spra­wiają, że nie możesz oddy­chać i myślisz, że umie­rasz. Moje ciało pró­bo­wało mnie zmu­sić, bym poczuła.

Ogrom­nie czę­sto się zda­rza, że kiedy w naszym życiu nastę­puje kry­zys, to w zale­wie emo­cji, z lęku przed samymi sobą i oceną innych, doko­nu­jemy wewnętrz­nego zamro­że­nia. Wydaje nam się, że kiedy nie czu­jemy, nie prze­ży­wamy, to mamy pełną kon­trolę nad sytu­acją. Ten mecha­nizm ma jed­nak swoją cenę. Sym­bo­licz­nie odci­namy bowiem wtedy swoje ciało i psy­chikę od natu­ral­nych mecha­nizmów samo­re­gu­la­cji. Im bar­dziej pró­bu­jemy się kon­tro­lo­wać, tym więk­szy w nas lęk, że cze­goś nie dopil­nu­jemy i że ktoś to zauważy. Rośnie w nas napię­cie, które w pew­nym – zwy­kle w naj­mniej spo­dzie­wa­nym – momen­cie znaj­duje ujście.

Kilka lat po mojej stra­cie kole­żanka z pracy powie­działa mi o wystą­pie­niu badaczki odwagi Brené Brown pod­czas kon­fe­ren­cji TEDx. Nie sły­sza­łam o Brown ni­gdy wcze­śniej, ale czu­łam się tak pogu­biona i przy­tło­czona nie­ustan­nym poczu­ciem zagro­że­nia, że posta­no­wi­łam obej­rzeć ten mate­riał wideo w ser­wi­sie YouTube. Ta decy­zja była swo­istym punk­tem prze­ło­mo­wym w moim życiu, gdyż oka­zało się, że kobieta, któ­rej słu­cha­łam, nie tylko mówi do mnie z ekranu tak, jakby znała mnie całe moje życie… Udało jej się wyja­śnić mi w dwa­dzie­ścia minut, kim zawsze chcia­łam być, a na co mój wstyd i lęk mi nie pozwo­liły.

W swoim wystą­pie­niu Brown mówi: „Wstyd można wytłu­ma­czyć naj­pro­ściej jako lęk przed odrzu­ce­niem. Czy ist­nieje taka infor­ma­cja o mnie, któ­rej ujaw­nie­nie sprawi, że ludzie uznają mnie za nie­godną, by do nich przy­na­le­żeć”4. Aby­śmy mogli poczuć przy­na­leż­ność i nawią­zać z ludźmi kon­takt, musimy odsło­nić deli­katne, wraż­liwe czę­ści nas samych. I to nas prze­raża.

W głębi wie­dzia­łam, że jestem kimś cie­płym i wraż­li­wym. A jed­no­cze­śnie na zewnątrz spra­wia­łam zupeł­nie inne wra­że­nie. Ten mecha­nizm miał mnie chro­nić przed zra­nie­niem i wła­śnie on stał się źró­dłem moich cier­pień. Nie umiem ci opi­sać ulgi, jaką poczu­łam, gdy po wysłu­cha­niu wykładu Brené Brown dotarło do mnie, że nie jestem z tymi odczu­ciami sama. Dziś mam prze­ko­na­nie, że wła­śnie to odkry­cie uto­ro­wało przede mną nową drogę – powrotu do sie­bie. Nie­długo po jego doko­na­niu prze­kro­czy­łam próg gabi­netu tera­peu­tycz­nego i weszłam na ścieżkę, dzięki któ­rej piszę do cie­bie te słowa.

W życiu nie cho­dzi o to, by emo­cje, stres czy lęk nas nie doty­kały, ale byśmy potra­fili je zauwa­żać, akcep­to­wać i żyć w zgo­dzie z tym, co dla nas ważne, pomimo tych trud­no­ści.

Takie podej­ście odpo­wiada temu, co w nur­cie ACT okre­śla się mia­nem ela­stycz­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej. Umie­jęt­ność ta otwiera przed czło­wie­kiem zupeł­nie nową per­spek­tywę doświad­cza­nia, którą można ująć, sta­wia­jąc nastę­pu­jące pyta­nie:

A co by było, gdy­bym zamiast pró­bo­wać kon­tro­lo­wać swoje emo­cje, nauczył się iść z nimi w stronę speł­nio­nego życia?

Zakła­dam, że gdy czy­tasz te słowa, w twoim wnę­trzu poja­wiają się roz­ma­ite wąt­pli­wo­ści. I to jest zupeł­nie natu­ralne. Sama nie­raz ich doświad­cza­łam. W następ­nych roz­dzia­łach pomogę ci spoj­rzeć na to pyta­nie z nowych per­spek­tyw w nadziei, że wraz z odkry­wa­niem kolej­nych warstw odpo­wie­dzi będziesz wyraź­niej widzieć całość.

Stop­niowo odsło­nię przed tobą kon­cep­cje i narzę­dzia, które pomogą ci wzmoc­nić odpor­ność psy­chiczną, wyćwi­czyć umie­jęt­ność radze­nia sobie z kry­zy­sami i pogłę­bić goto­wość do doświad­cza­nia życia takim, jakie ono jest, byś mógł stwo­rzyć życie warte prze­ży­cia. A wszystko to zbu­du­jemy w opar­ciu o cztery obszary i osiem fila­rów.

4C, czyli cztery obszary odpor­no­ści psy­chicz­nej:

control – kon­trolachal­lenge – wyzwa­niecommit­ment – zaan­ga­żo­wa­nieconfi­dence – pew­ność sie­bie

Model 4C stwo­rzył pro­fe­sor Peter Clo­ugh, psy­cho­log sportu z Uni­wer­sy­tetu w Hud­ders­field w Wiel­kiej Bry­ta­nii, wraz z pro­fe­sorem Dougiem Stry­char­czy­kiem, obec­nym dyrek­to­rem zarzą­dza­ją­cym AQR Inter­na­tio­nal, orga­ni­za­cji zaj­mu­ją­cej się roz­wo­jem odpor­no­ści psy­chicz­nej w biz­ne­sie, edu­ka­cji i spo­rcie.

Obszar 1: Kontrola

Aby uła­twić sobie pracę nad postawą akcep­ta­cji emo­cji, się­gnijmy po pewną meta­forę. Wyobraź sobie, że pły­niesz żaglow­cem, a wokół cie­bie sza­leje sztorm. Nie masz wpływu na to, czemu pod­lega twój sta­tek. Wiatr wieje, a fale się wzno­szą nie­za­leż­nie od tego, co robisz. Każda próba kon­tro­lo­wa­nia tych czyn­ni­ków wywo­łuje jedy­nie poczu­cie bez­sil­no­ści i fru­stra­cji. Dla­tego odpusz­czasz chęć walki z tym, co cię ota­cza, i przyj­mu­jesz pogodę taką, jaka jest. Jed­no­cze­śnie zda­jesz sobie sprawę, że tym, na co masz wpływ, jest nawi­go­wa­nie. Łapiesz więc mocno ster i wyzna­czasz kurs swo­jej podróży. Świa­do­mość, że zarzą­dza­nie tym wycin­kiem rze­czy­wi­sto­ści znaj­duje się w two­jej gestii, może spra­wić, że odpo­wied­nio usta­wisz żagle i dopły­niesz do celu.

Oto istota poczu­cia spraw­czo­ści i wpływu na wła­sne reak­cje i dzia­ła­nia. W tym przy­kła­dzie poja­wiają się dwa filary zdro­wej kon­troli: poczu­cie wpływu na swoje reak­cje (kon­trola emo­cji) oraz poczu­cie wpływu na swoje dzia­ła­nia (poczu­cie wpływu na wła­sne życie, czyli kon­trola jego prze­biegu).

Kontrola emocji

To umie­jęt­ność dostrze­ga­nia i regu­lo­wa­nia wła­snych sta­nów emo­cjo­nal­nych. Kon­trola emo­cji nie polega na tym, żeby blo­ko­wać ich odczu­wa­nie, tylko na tym, by nie dać im się porwać. To umie­jęt­ność roz­cią­ga­nia prze­strzeni pomię­dzy bodź­cem, który wywo­łuje okre­ślony stan emo­cjo­nalny, a naszą reak­cją na ten bodziec. Zatrzy­majmy się na moment przy kilku przy­kła­dach sytu­acji, które mogą wywo­łać w nas silne reak­cje, i dwóch skraj­nych moż­li­wych odpo­wie­dziach na te oko­licz­no­ści.

Ważna pre­zen­ta­cja w pracy

Osoba o niskiej kom­pe­ten­cji kon­troli emo­cji: reaguje pode­ner­wo­wa­niem na to, że czuje stres zwią­zany z koniecz­no­ścią przed­sta­wie­nia pre­zen­ta­cji. Pro­ces ten może w niej zacho­dzić nie­świa­do­mie. W efek­cie albo odma­wia przed­sta­wie­nia pre­zen­ta­cji, albo sku­pia­jąc się na osła­bie­niu zde­ner­wo­wa­nia, zapo­mina, co chciała prze­ka­zać.

Osoba o wyso­kiej kom­pe­ten­cji kon­troli emo­cji: zauważa stres i decy­duje, że pomimo reak­cji stre­so­wej chce pod­jąć próbę pre­zen­ta­cji. Dzięki zauwa­że­niu oraz uzna­niu lęku i stresu jest spo­koj­niej­sza, ponie­waż nie stara się poko­nać tego, co czuje. Akcep­ta­cja lęku pozwala jej mówić jasno i kla­row­nie.

Nega­tywny feed­back od szefa

Osoba o niskiej kom­pe­ten­cji kon­troli emo­cji: reaguje natych­mia­sto­wym poczu­ciem bycia ata­ko­waną, obra­że­niem się czy zło­ścią. Zamiast dostrzec swoje emo­cje, sku­pia uwagę na zacho­wa­niu szefa i w nim doszu­kuje się przy­czyn kry­tyki.

Osoba o wyso­kiej kom­pe­ten­cji kon­troli emo­cji: odczuwa chwi­lowy dys­kom­fort, a następ­nie poja­wia się u niej reflek­sja, próba wzię­cia odpo­wie­dzial­no­ści za to, czego nie dopil­no­wała.

Kłót­nia z kimś bli­skim

Osoba o niskiej kom­pe­ten­cji kon­troli emo­cji: odczuwa chęć krzyku, odwetu, obwi­nia­nia. Być może zaczyna zacho­wy­wać się impul­syw­nie. Trza­ska drzwiami. Może też się wyco­fać i uka­rać drugą stronę ciszą.

Osoba o wyso­kiej kom­pe­ten­cji kon­troli emo­cji: zauważa, że jej emo­cje zaczy­nają nara­stać. Prze­rywa roz­mowę i prosi o chwilę dla sie­bie na prze­my­śle­nie odpo­wie­dzi i ochło­nię­cie.

Pew­nie zasta­na­wiasz się, jak pra­co­wać nad zmianą per­spek­tywy emo­cjo­nal­nej i zwięk­szać świa­do­mość swo­ich emo­cji. Mogą cię w tym wspie­rać nastę­pu­jące metody:

Zatrzy­maj się i nazwij emo­cję

– co teraz czu­jesz? Nazwa­nie emo­cji i pozwo­le­nie sobie na to, by na moment ją poczuć, od razu two­rzy dystans.

Oddy­chaj świa­do­mie

– pro­sta tech­nika 4–4–4–4, czyli oddy­cha­nie po kwa­dra­cie, pozwoli ci uspo­koić układ ner­wowy i zna­leźć odpo­wiedź na pyta­nie, jak chcesz zare­ago­wać. Aby oddy­chać po kwa­dra­cie, należy zro­bić wdech trwa­jący cztery sekundy, następ­nie zatrzy­mać powie­trze w płu­cach na cztery sekundy, zro­bić wydech przez kolejne cztery sekundy i powstrzy­mać się od zaczerp­nię­cia tchu na ostat­nie cztery sekundy. Możesz ten cykl powtó­rzyć kilka razy. Metoda ta spraw­dziła się u tysięcy żoł­nie­rzy Navy Seals.

Zadaj sobie pyta­nie: „Co ta emo­cja chce mi powie­dzieć?”

– zamiast wal­czyć, potrak­tuj emo­cję jak infor­ma­cję.

Zrób prze­rwę na reak­cję

– zanim coś powiesz czy zro­bisz, daj sobie chwilę. Emo­cje szybko słabną, a decy­zja pod­jęta po 90 sekun­dach od poja­wie­nia się pierw­szego impulsu zawsze jest mądrzej­sza.

Poczucie wpływu na własne życie

Zatem skoro już wiesz, czym jest świa­dome zauwa­ża­nie i regu­lo­wa­nie swo­ich emo­cji, zaj­mijmy się teraz dru­gim fila­rem, czyli kon­trolą prze­biegu wła­snego życia. Poczu­cie wpływu to prze­ko­na­nie, że nasze decy­zje i dzia­ła­nia mają realny wpływ na to, jak poto­czą się sprawy. To wiara, że nie jeste­śmy wyłącz­nie bier­nymi odbior­cami wyda­rzeń, ale także ich twór­cami. Osoby z wyso­kim poczu­ciem wpływu łatwiej podej­mują ini­cja­tywę, szu­kają roz­wią­zań i dostrze­gają w trud­no­ściach szansę na zmianę. Z kolei niskie poczu­cie wpływu sprzyja posta­wie rezy­gna­cji – myśle­niu „I tak nic ode mnie nie zależy”. W prak­tyce ozna­cza to, że iden­tyczne wyda­rze­nie może być dla jed­nej osoby impul­sem do dzia­ła­nia, a dla dru­giej – powo­dem do zatrzy­ma­nia się.

Posłużmy się ponow­nie przy­kła­dami.

Ważna pre­zen­ta­cja w pracy

Osoba o niskiej kom­pe­ten­cji poczu­cia wpływu: na myśl o koniecz­no­ści przed­sta­wie­nia pre­zen­ta­cji prze­ko­nuje samą sie­bie: „I tak nie mam talentu do wystą­pień. Stres zawsze mnie poko­nuje. Nie mam szans być dobrym pre­le­gen­tem”.

Osoba o wyso­kiej kom­pe­ten­cji poczu­cia wpływu: na myśl o koniecz­no­ści przed­sta­wie­nia pre­zen­ta­cji prze­ko­nuje samą sie­bie: „Stres jest moją nor­malną reak­cją na takie sytu­acje, ale mogę się przy­go­to­wać, prze­ćwi­czyć i nauczyć się radzić sobie z tremą. To ode mnie zależy, czy wykształcę u sie­bie tę umie­jęt­ność”.

Nega­tywny feed­back od szefa

Osoba o niskiej kom­pe­ten­cji poczu­cia wpływu myśli: „Szef się cze­pia, bo taki ma cha­rak­ter. Cokol­wiek bym zro­biła, i tak zawsze będzie nie­za­do­wo­lony”.

Osoba o wyso­kiej kom­pe­ten­cji poczu­cia wpływu myśli: „Nie wszystko zro­bi­łam ide­al­nie, ale mogę zapy­tać o kon­kretne ocze­ki­wa­nia, popra­wić ten frag­ment i lepiej zre­ali­zo­wać kolejny pro­jekt”.

Kłót­nia z kimś bli­skim

Osoba o niskiej kom­pe­ten­cji poczu­cia wpływu myśli: „On/ona ni­gdy się nie zmieni. To i tak bez sensu, bo nie mam na to żad­nego wpływu”.

Osoba o wyso­kiej kom­pe­ten­cji poczu­cia wpływu myśli: „Nie zmie­nię part­nera, ale mogę zadbać o spo­sób, w jaki ja roz­ma­wiam, i zapro­po­no­wać roz­wią­za­nia, które popra­wią naszą komu­ni­ka­cję”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

M. Dani­łoś, Uciecz­kizm. Co zro­bić, żeby lęk nie był prze­szkodą do dzia­ła­nia, Pas­cal, Biel­sko-Biała 2025. [wróć]

M. Haig, Moc dobrych słów, tłum. Iwona Micha­łow­ska-Gabrych, Wydaw­nic­two Słowne, War­szawa 2022, s. 47. [wróć]

Z. Jerzyna, Prze­szłość [w:] tegoż, Wier­sze wybrane, Czy­tel­nik, War­szawa 1991, s. 144. [wróć]

B. Brown, The Power of Vul­ne­ra­bi­lity, TED, YouTube, tłum. wła­sne, https://youtu.be/iCvmsMzlF7o?si=JgA1QLWTy5u6ANbx&t=293 [data dostępu: 27.04.2026]. [wróć]