Pułapka rajskiej wyspy - Michał Rozkrut - ebook

Pułapka rajskiej wyspy ebook

Michał Rozkrut

0,0
24,90 zł

lub
Opis

Życie Marcina posypało się jak domek z kart. Stracił pracę, przyjaciół i dziewczynę, a lada moment straciłby wolność. Uciekł daleko na wyspę Sylt. Był pewien, że odnalazł raj na ziemi. Ale wpadł w pułapkę, kiedy okazało się, że jest podejrzany o zbrodnie. Demony przeszłości szybko dały o sobie znać. Musi zaprzestać ucieczki i stawić czoło przeciwnościom. Pomocny może się okazać znajomy detektyw…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 195

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Prolog

Słychać było tylko żałosne łkanie.

Na zimnym, surowym krześle siedział zrezygnowany człowiek. Z opuszczoną głową, skutymi rękami i brudnymi ubraniami wyglądał żałośnie. Miał poszarpane dłonie, z odchodzącym naskórkiem. Popłakiwał, jakby zabrano mu wszystko co drogie. W ciemnym pomieszczeniu jedyne co słyszał, to echo własnego płaczu. Jedyne co widział, to ciemnobrązowy, pusty stół. Mógłby zobaczyć więcej, lecz był uwięziony we własnych myślach.

Z korytarza zaczęły dobierać odgłosy kroków. Coraz głośniejszych i coraz cięższych. Siedzący mężczyzna nie reagował. Był pogrążony w rozpaczy. Już się nawet nie bał. Już nawet nie płakał głośno i nie krzyczał. Siedział zrezygnowany i na nic nie czekał.

Drzwi zaskrzypiały. Do środka wszedł postawny, wysoki pan. Był elegancko ubrany i patrzył z góry. Odetchnął głęboko i doniośle. Zdjął swój jasnobrązowy płaszcz i powiesił na pustym krześle. Przysiadł się i spojrzał na już obecnego. Ten nie podnosił wzroku. Był wpatrzony w jeden punkt stołu, jakby ten punkt był najbardziej fascynującą rzeczą na świecie.

– Wir können anfangen… – oznajmił nowoprzybyły. Spojrzał z zainteresowaniem, ale nie doczekał się kontaktu wzrokowego. Czekał cierpliwie. Minęła minuta, druga, trzecia… Do czekania dołożył pukanie palcami w stół. Poskutkowało. Zrezygnowany człowiek powoli uniósł głowę. Spojrzał ze smutkiem. Jego twarz była brudna i obita. Miał siniaki i krwiaki. Powoli oddychał. Gdyby miał siły, to by płakał. W niczym nie przypominał dwudziestokilkuletniego, silnego i zdrowego chłopaka, którym był. Zbyt wiele go spotkało.

– Wie heißt du? – na to pytanie nie padła żadna odpowiedź. Obity jegomość tylko spoglądał bezmyślnie na pytającego. – Mein Name ist Herbert Krause. Du bist… Marcin, oder?

Na twarzy obitego mężczyzny zawitał ledwie zauważalny uśmiech. To była jego jedyna odpowiedź. Głowa pozostawała w bezruchu, a słowa były nadal nie wypowiedziane.

– Du wirst mehrere schwere Straftaten vorgeworfen. Es gibt Zeugen, es gibt Beweise. Wir haben aber noch keinen Kommentar. Willst du etwas sagen? Dies ist nicht die Zeit, um einen harten Kerl zu reißen.

Przesłuchiwany zaskakująco drgnął. Popatrzył przez chwilę na podłogę, po czym spojrzał policjantowi prosto w oczy. Brudną i zmęczoną twarz wykrzywił w wyniosłym uśmiechu.

– Nie rozumiesz niczego, co mówię. A nawet jakbyś rozumiał, to nic bym nie powiedział.

Atmosfera w pokoju zrobiła się jeszcze bardziej napięta. Młody chłopak zaszachował doświadczonego policjanta. Czuł stres, ale wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Jednak pan Krause nie takie rzeczy już przeżył.

– Rozumiem… i wszystko mi powiesz!

Rozdział I

Mężczyzna o imieniu Marcin przeżuwał powoli. Nic nie miał w ustach, lecz widocznie to pomagało mu się skupić. Skierował swój wzrok na stół, potem na zapaloną lampkę na stole, spojrzał również na zamknięte drzwi. Na żadnej ze ścian nie dopatrzył się lustra.

– Moja cierpliwość się kończy. Jeszcze nie wiem, czy jesteś winny, czy nie. Masz szansę się wykazać.

Na te słowa Marcin ożywił się. Nadal miał paskudnie obitą twarz, a jego ruchy były powolne. Ale widać było nową energię w jego oczach.

– Dobrze – powiedział wreszcie. Wyprostował się na tyle, na ile pozwalały mu ręce skute za plecami. Wziął kilka oddechów, zlustrował ponownie pomieszczenie, po czym skupił się na detektywie. – Powiem panu wszystko.

– No i to mi się podoba. – Herbert uśmiechnął się. Był przystojnym mężczyzną, o twarzy naznaczonej przez życiowe trudy. Chociaż nie dosięgnął jeszcze czterdziestki, to wielokrotnie był uważany za starszego mężczyznę niż w rzeczywistości. Był gładko ogolony, toteż widać było wszystkie małe grymasy i wgniecenia. Miał szatynowe włosy i modną fryzurę. Jego zielone oczy dodawałyby mu łagodności, gdyby nie to, że spojrzeniem potrafił przebić nawet stalową maskę. – Powiedz mi wszystko, po kolei.

– Wszystko? Od samego początku?

– Od samego początku. Chcę poznać sprawę jak najlepiej.

– Dobrze. To był trudny rok 1989. Urodziłem się…

– Nie od takiego początku! – Twarz Herberta wyostrzyła się. Widać było po nim, że nie bawią go żarty. Przynajmniej nie w tym miejscu i nie w tej chwili.

– Ale…

– Dobrze wiesz, co mam na myśli! Nie zgrywaj twardziela, to się nie opłaca.

– Na moim miejscu też by panu było wszystko jedno.

– Nie możesz tego wiedzieć.

– Ja już nie chcę niczego wiedzieć.

Marcin posmutniał. Znów opuścił głowę. Zbierało mu się na łzy.

– Dosyć! Twoje zatrzymanie nie było profesjonalne, przepraszam. Ale to nie będzie mieć znaczenia, jeżeli zaraz nie zaczniesz gadać. Na włosku wisi twoja wolność.

– Dobrze, powiem co wiem. I nie będę się wygłupiał.

– Mam nadzieję.

– Tylko proszę mi nie przerywać. I nie śmiać się.

– Postaram się.

– To może chwilę potrwać.

– Zdaję sobie sprawę.

– Dlatego proszę coś zrobić z moimi rękami. – Marcin wskazał głową ręce skute za plecami. Bardzo go uwierały i utrudniały myślenie. Czuł się źle fizycznie, a chciał się właśnie zmusić do sporego wysiłku. Chciał wrócić do wszystkich przykrych historii, które go spotkały. Chciał zrzucić z siebie ciężar, który nosił. Nie ufał detektywowi, ale w swoim położeniu nie mógł swobodnie dobierać rozmówców.

Herbert Krause wykazał się zrozumieniem i współczuciem. Wstał, wyjął kluczyki i uwolnił więźnia z kajdanek. W półmroku Marcin dostrzegł drogi garnitur i lśniący, srebrny zegarek. O tym, co pomyślał, wie tylko on sam.

– Jeszcze jakieś wymagania? – dopytał śledczy, siadając.

– Wymagań nie mam, ale mam pytanie – powiedział Marcin, zbierając w ustach ślinę, ale wciąż nie połykając. – Dlaczego mówi pan tak dziwnie?

Pytając o to, obity mężczyzna miał na myśli nie tylko niekiedy dziwny szyk zdań, ale również trudności w mówieniu, które ciągle słyszał. Miał wrażenie, że jego rozmówcę piecze gardło.

– Mój dziadek był Polakiem. Odwiedzałem go w dzieciństwie – odpowiedział zadziwiająco spokojnie.

Obaj głęboko westchnęli. Herbert wyjął dyktafon, notes i długopis. Marcin ponownie spojrzał po wszystkich ścianach. Czuł zimno, pot i mrowienie na całym ciele. Bał się, że straci przytomność. Ale o wiele bardziej bał się konsekwencji. Nie chciał trafić za kratki. Przerażała go wizja dzielenia celi z wyrośniętymi, agresywnymi, śmierdzącymi gangsterami, którzy mogli zmusić go do wszystkiego…

Chciał skorzystać z jedynej szansy, jaką miał. Zaczął swoją opowieść.

Rozdział 1

To nie był dzień jak wszystkie.

Chociaż siedziałem przy swoim biurku, to coś było nie tak. Przywitałem się ze wszystkimi, ale brakowało codziennego, koleżeńskiego entuzjazmu. Nie potrafiłem wydobyć z siebie więcej niż krótkie, zdawkowe słowa i wymuszony, delikatny uśmiech. Koledzy ograniczyli się do słów podobnego kalibru. Koleżanki grały ostrzej – bez słów, za to z nienawiścią w oczach.

– Schön guten Morgen, Marcin Siewierski am Apparat. Was kann ich für Sie tun? – Bez przekonania odebrałem telefon i rozpocząłem pierwszą rozmowę z klientem. Pierwszą i ostatnią tego dnia. Lecz on o tym jeszcze nie wiedziałem.

Pracowałem jako konsultant telefoniczny. Siedziałem przy biurku, obsługiwałem wysokiej klasy komputer i ze słuchawkami na uszach odbierałem telefony. Rozmawiałem po niemiecku. Bardzo lubiłem tę pracę. Lubiłem szlifować swój niemiecki. Uwielbiałem atmosferę w pracy. Ceniłem warunki zatrudnienia. Zostało mi to jednak zabrane.

– Vielen Dank! Ich wünsche Ihnen einen schönen Tag und auf Wiederhören! – pożegnałem się zwyczajową formułką. Tego dnia pierwszy raz szczerze się uśmiechnąłem. Pierwszy i ostatni.

Poczułem dłoń na ramieniu. Bardzo zimną.

– Marcin! Do mnie… natychmiast!

Nie zdążyłem się w pełni obrócić, a moja szefowa już odchodziła energicznym krokiem. Zazwyczaj uśmiechnięta i przyjazna. Dzisiaj zaprezentowała zduszony głos i zimno tak dotkliwe, że chciałem się upomnieć o wyłączenie klimatyzacji. Obawiałem się, że gdy spojrzę jej w oczy i zostanę z nią sam na sam, będzie znacznie gorzej.

Co gorsza, nie myliłem się.

Zablokowałem komputer i wstałem od biurka. Pracowałem w dużym, pełnym przestrzeni pomieszczeniu, stąd też zobaczyłem twarze wielu współpracowników. Większość udawała skupienie na pracy, ale byłem pewien, że to tylko maski. Dostrzegłem grymasy zadowolenia u prawie wszystkich. Zdecydowanie większe u kobiet.

Odwróciłem się bez słowa i poszedłem w kierunku gabinetu szefowej. Demonstrowałem mijanym ludziom, co to znaczy dobra mina do złej gry. Uśmiechałem się delikatnie i szedłem tak samo pewnie, jak zawsze. Jednak od zawsze cechowało mnie wrażliwość na bodźce. Widziałem już nienawiść, poczułem lodowate zimno i doświadczyłem skrywanej pogardy. A to wszystko w kilkanaście minut. Chociaż byłem postawny i na twarzy nawet nie drgnąłem, za to w głębi ducha bałem się. To, co czekało na rozmowie z przełożoną, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Niestety, nie w ten sposób, którego bym pragnął.

– Jesteś wreszcie…! – wydusiła Elżbieta. Zupełnie jej nie poznawałem. Wprawdzie to była ta sama brunetka w średnim wieku, o twarzy wyrzeźbionej przez wieczny uśmiech i zielonych, dających nadzieję oczach. Jednak tym razem po uśmiechu nie było śladu. Spojrzenie nie dawało już nadziei, tylko świdrowało dziurę w brzuchu. W głosie słychać było z trudem powstrzymywaną złość. Ale za co?

Zamknąłem za sobą drzwi i usiadłem na wygodnym krześle. Pomimo komfortu, chciałem od razu wstać i wyjść.

– Zwalniam cię! – rzuciła. Nie tylko słowami, ale też dokumentami. Dosłownie rzuciła.

Nie mogłem pojąć, co się dzieje. Jeszcze nie dotarło do mnie, w jak złej sytuacji się znalazłem. Lecz czułem, że to nie koniec.

– Musisz podpisać.

– Ale o co chodzi? Co się dzieje, Ela?

– Po pierwsze, dla ciebie pani Elżbieta. Po drugie, dobrze wiesz, o co chodzi. Po trzecie, podpisuj do cholery!

Elżbieta coraz gorzej panowała nad sobą. Poruszyła ciałem tak, jakby chciała wstać i przywalić z całej siły. Powstrzymała się, tym razem.

Wziąłem długopis i z drżącą dłonią podpisałem wypowiedzenie. To był najbrzydszy podpis w moim życiu.

– Prokuratura jeszcze dzisiaj zostanie powiadomiona.

– Prokuratura? Ale wiesz przecież, że to nie ja!

– Wiem, że to ty. Nie wymigasz się.

– Ale mówiłaś, że mi wierzysz! Że sobie z tym poradzimy i…

– Zamknij się! – Przełożona radziła sobie coraz gorzej z sytuacją. Nie obchodziło jej, że jestem w jeszcze gorszym położeniu. – Podpisałeś, to się wynoś!

– Ale…

– Za trzy minuty powiem wszystkim w zespole, jaki jest powód twojego odejścia. Możesz jeszcze uciec, chyba że wolisz przy tym zostać? – Elżbieta pierwszy raz uspokoiła się. Jako opanowana kobieta była jeszcze straszniejsza niż jako wściekła kobieta.

Wziąłem głęboki oddech. Łzy zaczęły spływać po policzkach. Szybko je wytarłem, jeszcze szybciej wstałem i wyszedłem. Podszedłem do biurka i wziąłem swoje najpotrzebniejsze rzeczy. Na resztę machnąłem ręką.

– Na razie! – pożegnałem się zduszonymi słowami. Nikt nie odpowiedział.

Całą drogę z piątego piętra do podziemnego parkingu przeszedłem schodami. Nie chciałem się na kogoś natknąć w windzie. Cały drżałem, łzy skapywały bez opamiętania, a przez moment mogłem stracić przytomność. Czułem się bardzo, bardzo źle.

Wsiadłszy do samochodu, włączyłem radio, zapiąłem pasy i próbowałem odpalić. Niepewne ruchy uniemożliwiały zapłon. Zaczekałem chwilę w bezruchu. Płakałem jak małe dziecko, któremu zabrano mamę.

Po kilku smutnych piosenkach wyłączyłem radio. Uspokoiłem się na tyle, by poprowadzić samochód. Bez większych przeszkód poruszałem się po mieście. Uwielbiałem je i często podziwiałem podczas jazdy. Ale tym razem chciałem się jak najszybciej znaleźć w domu. Przytulić dziewczynę, którą kochałem.

I tego zostałem pozbawiony.

Kiedy wchodziłem na klatkę schodową, poczułem ukłucie w klatce piersiowej. Czułem, że coś nie gra. Nerwowo doszedłem na piętro. Pod drzwiami zobaczyłem granatową torbę podróżną. Wyjąłem klucz i włożyłem do zamka. Nie pasował.

Zadzwoniłem do drzwi. Spodziewałem się najgorszego.

– Wynoś się! Nie chcę cię znać! To koniec!

– Ale kochanie… wpuść mnie, porozmawiajmy!

– Wiem co zrobiłeś! Okłamałeś, oszukałeś mnie! Jesteś śmieciem, robakiem, frajerem! Nie chcę cię znać!

– Kotku, proszę…

– Zaraz wezwę policję! Ostatnie ostrzeżenie!

Spojrzałem do torby podróżnej. W środku były ubrania. Wrzucone byle jak, pogniecione i niekiedy brudne. Wziąłem głęboki oddech. Płakać już nie miałem siły. Kłócić się też nie. Przez chwilę rozważałem wyważenie drzwi. Odłożyłem ten plan na później.

Zszedłem na dół. Na podwórku usiadłem na ławce. Na placu zabaw bawiło się kilkoro małych dzieci, pilnowanych najpewniej przez ich matki. Wiatr delikatnie głaskał po policzku. Może moje oczy wyschną? – pomyślałem.

Zadzwoniłem do kilkoro znajomych. Pierwszy nie odebrał. Drugi odrzucił połączenie. Trzecia przywitała i pożegnała mnie jednym zdaniem:

– Nie mamy o czym rozmawiać.

Zadzwoniłem do każdego, kto nie był rodziną. Scenariusz powtarzał się w różnych kombinacjach.

Byłem zrozpaczony. Poszedłem do hotelu. Chętnie zapłaciłbym któremuś ze znajomych, ale żaden nie był chętny mnie przyjąć. Zostałem sam jak palec. A najgorsze, że to był dopiero początek.

Rozdział 2

Czułem ból.

Kiedy się obudziłem, chwilę mi zajęło, zanim wzrok się wyostrzył. Niepotrzebnie, bo widziałem tylko biały sufit. Czułem, jakbym zamiast mięśni miał rozżarzone węgle. W gardle sucho jak na Saharze. Rozejrzałem się na boki. Dobrze, że leżałem, bo inaczej nie miałbym siły nawet na to.

– Cholera! – warknąłem sam do siebie.

Powoli wygramoliłem się z łóżka. Dopiero co sobie przypomniałem, że nie byłem u siebie w domu, tylko w hotelu. Wczorajszy dzień był dla mnie straszny. W tamtej chwili jednak wspomnienia były mgliste. Dopiero później stały się wyraźniejsze.

Usiadłem do biurka. Mój laptop był włączony. Chwyciłem myszkę, kliknąłem kilka razy i wpisałem parę wyrazów na klawiaturze.

– Muszę szybko znaleźć nową pracę… – Potrzebowałem z kimś porozmawiać, więc mówiłem do siebie. Wszyscy się ode mnie odwrócili: współpracownicy, „przyjaciele”, a nawet moja dziewczyna…. W przyszłym tygodniu miałem się jej oświadczyć. Miałem odłożone pieniądze, zarezerwowany stolik w restauracji i rejs po Odrze.

– Co ja robię? Stop! Powoli! – krzyknąłem. – Po co mi nowa praca, skoro pójdę za kraty? Muszę wiać!

Błyskotliwa myśl naszła mnie w samą porę. Nie mogłem pracować w Szczecinie, bo firma zadbała o wilczy bilet dla mnie. Nie mogłem nawet zostać w tym mieście, bo miałem prokuraturę na karku. Ale mogłem wyjechać gdzieś za granicę. Schować się. Te wszystkie myśli nasiliły tylko mój ból głowy. Pusta butelka po wódce dobitnie komunikowała przyczyny tego bólu.

Złapałem się za czoło. Było dziwne w dotyku: częściowo lepkie, a częściowo zaschnięte. Na dłoni zauważyłem krew. Rozejrzałem się. Na ścianie również plama krwi.

– Eh… znowu. – Byłem w amoku. Piłem i biłem głową w ścianę. Szczęśliwie tym razem obyło się bez gryzienia i drapania rąk.

Poszedłem pod prysznic. Miałem problem z równowagą i z poczuciem czasu. Wymyłem się całkowicie, co jakiś czas popijając wodę tryskającą z góry. Suche gardło mnie do tego zmusiło.

W końcu wyszedłem z kabiny. Przetarłem się ręcznikiem. W lustro nie patrzyłem. Wstydziłem się.

– Ciekawe, która godzina? – Wróciłem do pokoju i spojrzałem na zegar ścienny. – Cholera! Myłem się 40 minut! Dzięki, zegarze! – Powoli wariowałem. Uzmysłowiłem sobie, że jeżeli zaraz nie zrobię czegoś dla siebie, to będzie bardzo źle. Sam się wykończę, zanim inni mnie wykończą.

Będąc nagi, usiadłem na krześle i ponownie wpatrzyłem się w ekran laptopa. Zamierzałem poszukać jakichś połączeń lotniczych. Uciec jak najdalej. Odciąć się od wszystkiego, co znam. Coś mnie jednak podkusiło, żeby jeszcze raz spojrzeć na ogłoszenia o pracę.

– Hmm… praca jako housekeeping w Niemczech… Na jakiejś wyspie… Może to?

Nie wiem, co ja wtedy myślałem. Dziś wiem, że to był ogromny błąd. Ale wtedy widziałem w tym niemal życiową szansę. Dlatego zadzwoniłem do agencji pośrednictwa pracy.

– Dzień dobry, Daniel Rataj, firma HRG. W czym mogę pomóc? – usłyszałem w telefonie wyraźny i lekko wesoły głos.

– Dzień dobry. Nazywam się Marcin Siewierski i dzwonię w sprawie ogłoszenia.

– Którego?

– Mam na myśli pracę na wyspie. Jako housekeeping.

– A, to. Dobrze, że pan dzwoni, bo już jutro jest spotkanie rekrutacyjne. To znaczy, takie otwarte spotkanie dla chętnych połączone z rozmową o pracę.

– To świetnie! Jestem zainteresowany – odpowiedziałem z wyraźnym zadowoleniem.

– Dobrze, a proszę mi powiedzieć, jakie ma pan doświadczenie?

– Cóż… pracowałem ostatnie dwa lata w obsłudze klienta niemieckojęzycznego.

– To dlaczego chce pan pracować w takim charakterze? – Głos rozmówcy się nieco zmienił. Stał się dociekliwy w samym tylko brzmieniu, nie tylko słowach.

– To dlatego, że… – zawahałem się. Wziąłem płytki oddech. – …myślę, że to co robiłem ostatnio, to jednak nie dla mnie i chcę zmienić otoczenie.

– Rozumiem. W takim razie weryfikacja językowa nie będzie konieczna. Proszę tylko wysłać CV na adres podany w ogłoszeniu i zapraszamy do nas jutro o dziesiątej.

– Tak zrobię, dziękuję. Do usłyszenia.

– Do zobaczenia.

Rozłączyłem się. Odetchnąłem z ulgą. I pierwszy raz od bardzo dawna roześmiałem się na głos. Aż w brzuchu poczułem własny śmiech. Cały czas rozmawiałem nago! Byłem wtedy w takim stanie psychicznym, że doceniłem taki absurdalny humor.

Nazajutrz wstałem już bez bólu głowy. Wziąłem prysznic, zjadłem hotelowe śniadanie, ubrałem się najlepiej jak mogłem. W torbie podróżnej nie znalazłem swojego garnituru, ale koszulę i czarne spodnie już tak. Pierwszy raz spojrzałem w lustro. Uśmiechnąłem się bez przekonania. Ale mimo wszystko widziałem w tym spotkaniu szansę dla siebie.

Dotarłem do siedziby HRG. Zupełnie nie przypominała wielkiego, przeszklonego biurowca, w którym pracowałem jeszcze dwa dni wcześniej. To był nieduży, szary budynek, które najlepsze czasy wspominał i tak z dziesięć lat temu.

Bezproblemowo odnalazłem odpowiednią salę. Okazało się, że w tym małym budynku jest więcej małych firm. HRG była tylko jedną z nich. Malutka, z kilkoma pokojami, ale za to z recepcją. Muszę przyznać, że przynajmniej wnętrze stało na korporacyjnym poziomie. Jasne ściany i meble, schludna, szara wykładzina na podłodze oraz nowocześnie wyglądające drzwi i krzesła. Wystroju nie musieli się wstydzić. Ale organizacji już tak.

Miłe panie wskazały mi największą salę. Wszedłem tam z udawaną pewnością siebie.

– Dzień dobry! – powiedziałem do obecnych.

– Dzień dobry… – odpowiedzieli mi nieliczni. Wszelkie zainteresowanie mną opadło, kiedy usiadłem na jednym z krzeseł dla zaproszonych. Rozejrzałem się. Wokół mnie siedzieli raczej młodzi ludzie. I kobiety, i mężczyźni. Niektórzy przybyli w parach, inni w trójkach, a niektórzy sami tak jak ja. Toczyły się rozmowy, ale ciche i nudne. Zegar wskazywał godzinę 9:57. Byłem pewien, że zaraz się zacznie.

– Drodzy państwo – zagaił pan Daniel. Minę miał niewesołą, ale informację jeszcze gorszą. – Dostałem wiadomość od pracodawcy, że mają jakiś problem techniczny i dlatego pojawią się za około godzinę albo półtorej. – W tym momencie rozległy się dźwięki dezaprobaty.

Ludzie zaczęli się kłócić. Padały oskarżenia: „to niepoważne!”, „jak tak można?!”, „co to ma być?!”. Część osób wyszła. Ci, co zostali, po chwili zajęli się swoimi telefonami. Miałem ochotę na jedno i drugie, ale prawie cały czas oczekiwania patrzyłem przez okno. Nie, nie wyglądałem, czy ktoś przyjeżdża. Po prostu uciekłem myślami do tego, co się działo i do tego, co będzie w przyszłości.

Nie okazywałem tego, ale się bałem. Bardzo się bałem.

W stanie głębokiej zadumy czas zazwyczaj niepostrzeżenie pędzi. Tak było też tym razem. Pojawił się pan Daniel.

– Drodzy państwo. Dziękuję za oczekiwanie. Pracodawca pojawi się za kilka minut. To dobry moment, żeby poczęstować się jeszcze wodą albo pójść do toalety.

Chciałem skorzystać z tej drugiej opcji. Niestety, pół zgromadzonych osób się zerwało i udało się właśnie w tym kierunku. Postanowiłem poczekać spokojnie i pójść później. Chciałem na spotkaniu zrobić dobre wrażenie, czyli być na nim od początku do końca.

Pożałowałem tego.

Rozdział 3

Nareszcie się zjawili.

Byłem pewien, że męczące czekanie już się zakończyło. Ale, niestety, to nie był koniec męki. To był dopiero niewinny początek. Nie mam złudzeń co do tego, że to spotkanie było kluczowym momentem w całej tej historii. Kluczowym, choć bardzo niepozornym.

– Guten Tag… – usłyszałem niski głos zza drzwi. Wszedł niski mężczyzna w sile wieku. Miał opaloną twarz, mocny zarost na brodzie i zimne spojrzenie. Myślałem, że tylko na nieśmiałe przywitanie tak przeciągał głos, ale to okazało się jego wizytówką.

– Dzień dobry! Już jesteśmy! – Wpadł do sali drugi mężczyzna. Był wysoki, miał blond czuprynę na głowie i cały czas się uśmiechał.

Uczestnicy spotkania, w tym ja, odpowiedzieliśmy na przywitanie. Niektórzy dopiero co wrócili z toalety i naprędce siadali na swoich miejscach. Goście również skierowali się ku swoim krzesłom. Siedzieli naprzeciwko nas, ale w sporej odległości. Mieli do dyspozycji spory stół, laptopa i rzutnik z rozsuwanym z góry białym ekranem.

Po twarzach innych widziałem, że wiele osób czuło ekscytację. Ja do nich nie należałem. Byłem tym, który po prostu chciał poczuć ulgę.

– Drodzy państwo… – odezwał się pan Daniel. Znalazł się w pomieszczeniu nie wiadomo kiedy. – Zostawiam was samych z panami z firmy CCH. Oni opowiedzą o tym, jak praca wygląda i odpowiedzą na wszystkie pytania. – Zakończył wypowiedź skromnym uśmiechem i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Wyższy z gości niezgrabnie wstał i delikatnie otrzepał spodnie dłońmi. Wystąpienie przed grupą ludzi widocznie go tremowało. Uśmiechem tego nie zakrył.

– Jeszcze raz dzień dobry! Mieliśmy mały problem po drodze z polską policją. Jechaliśmy ponad sześć godzin przez Niemcy i nie było żadnego problemu. A wystarczyła godzina w Polsce i już nas zatrzymali… – narzekał. Potrzebował to powiedzieć, aby usprawiedliwić się przynajmniej w swoich oczach. – Ale już jesteśmy! – kontynuował z uśmiechem. – Ja nazywam się Mateusz Ćwikłowski i jestem koordynatorem w firmie CCH Managment. Tutaj siedzi właściciel, pan Martin Schulz. – Wspomniany mężczyzna ukłonił się i podniósł niespiesznie rękę. – Jest Niemcem i nie mówi po polsku. Ale proszę się nie obawiać, ja wszystko będę tłumaczył!

Usłyszałem gdzieniegdzie westchnięcie pełne ulgi. Zazdrościłem tym, którzy potrafili ją poczuć. We mnie wszystko buzowało. Byłem zniecierpliwiony brakiem konkretów. Byłem wściekły na wszystkich, którzy mnie opuścili. Byłem w strachu, że nie zdążę uciec z Polski. A nade wszystko mój pęcherz coraz mocniej naciskał na wizytę w toalecie.

– Pozwolicie państwo, że odpalę prezentację…. Okej, włącza się. W międzyczasie opowiem o podstawowych rzeczach. Otóż, jak państwo już pewnie wiedzą, potrzebujemy ludzi do sprzątania naszych hoteli w Niemczech. Praca i zakwaterowanie jest na wyspie Sylt. To piękna wyspa, pokażę wam na slajdach. Mamy tam wiele hoteli, od jednej do czterech gwiazdek. Teraz zaczyna się sezon, dlatego potrzebujemy więcej pracowników. Możecie państwo przyjechać tylko na cztery miesiące albo na rok i dłużej. – Mateusz mówił płynnie, z uśmiechem i swobodnie patrzył na nas. Widać było, że tej prezentacji wprawdzie nie ćwiczył, ale wygłaszał przynajmniej kilka razy. – O, już prezentacja się włączyła. Pozwólcie, że usiądę…. Tak jak mówiłem, wyspa Sylt jest piękna. Zobaczcie te zdjęcia!

Faktycznie, zgodziłem się z nim. Zdjęcia były rewelacyjne. Pokazywały wyspę z różnych ujęć i o różnych porach. Intrygowała. Raz wyglądała jak Półwysep Helski z charakterystycznym „ogonkiem”. Na innym zdjęciu zupełnie jak Majorka. Inne ukazywało nocne życie jak w światowej metropolii, a jeszcze inne wzięło na tapetę dziką przyrodę. Najwięcej zachwytu wśród widowni wzbudziły te najzwyklejsze zdjęcia typowej ulicy i skrzyżowania. Widzieliśmy na nim piękne i drogie samochody, prawie same mercedesy i porsche.

– A teraz pokażę zdjęcia kilku naszych hoteli… – Mateusz kontynuował prezentację. Znów zaserwował nam różnorodne zdjęcia. Nie każdy hotel był piękny, ale każdy wyglądał na zadbany. Pomruki zadowolenia były coraz częstsze i lepiej słyszalne. – Z tego, co wiem, to z panem Danielem rozmawialiście państwo tylko o housekeeping, czyli sprzątaniu pokoi. Zgadza się, to nasze główne zajęcie. Ale dla chętnych, dla ambitnych mamy dodatkową propozycję. To taka praca przy inwentaryzacji. Rozliczanie się z hotelami z dziennych utargów. Ta praca odbywa się wieczorami i nocami. Dodatkowym warunkiem jest znajomość niemieckiego. Kto z was swobodnie mówi po niemiecku? Podnieście ręce, żebyśmy wiedzieli tak orientacyjnie.

Na widowni było około trzydziestu osób. Mniej więcej jedna trzecia podniosła rękę. Również ja.

– Dobrze, to z wami będziemy chcieli jeszcze porozmawiać dłużej, indywidualnie. Czy są jakieś pytania?

Pamiętam ten moment jak przez mgłę. Pojawiały się pytania o stawkę, warunki zamieszkania, transport na miejsce pracy i podobne. Lecz ja myślałem tylko o swoim pęcherzu. Cierpiałem okrutnie, ale nie opuściłem spotkania. Chciałem zrobić jak najlepsze wrażenie.

Kilkanaście minut później spotkanie dobiegło końca. Osoby zainteresowane pracą, ale nie mówiące po niemiecku zostały, aby zbiorczo ustalić kwestie logistyczne. Kilkoro chętnych na rozmowę indywidualną po niemiecku musiało poczekać na korytarzu. Dla mnie było to jak zbawienie. Gdy tylko znalazłem się na korytarzu, to pognałem do toalety jak struś pędziwiatr.

– Do widzenia się mówi! – krzyknęła jakaś kobieta.

Zwykle bym się z nią zgodził. Ale w chwilach pilnej potrzeby głowy nie zajmują myśli o kulturze osobistej.

Będąc w toalecie, doznałem ulgi. To nie tak, że szczęście ze mnie wypłynęło. To dzięki temu, że pozbyłem się balastu, doznałem szczęścia. A ból powoli się zmniejszał. Kiedy myłem ręce i spojrzałem w lustro, zobaczyłem zmęczonego człowieka. Obmyłem prędko twarz i wysiliłem się na uśmiech. „Muszę się dobrze zaprezentować. Uda się! Na pewno się uda, cholera!” – motywowałem się w myślach. Stałem tak jeszcze chwilę i wyciszyłem się.

Wróciłem do siedziby HRG. Otworzyłem drzwi i uśmiechnąłem się do wszystkich obecnych, czyli dwóch osób.

– O, jednak pan wrócił? – zauważyła pani z recepcji i wyszczerzyła zęby. To nie był uśmiech. To była uwaga.

– Tak. Musiałem podać rękę mojemu przyjacielowi. – Mówiąc to obdarzyłem ją najlepszym uśmiechem, na jaki było mnie wtedy stać. Podziałało. Widziałem, że chciała o coś dopytać, ale szybko zamknęła usta i utkwiła wzrok w monitorze komputera. Aż żałowałem, że tak szybko zrezygnowała z utarczki. Miałem wielką ochotę odnieść się do jej blond włosów.

Dziewczyna, która jeszcze stała przed chwilą, właśnie wyszła z sali. Szybko się uwinęła. Spojrzała na mnie i bez słowa wyszła. Nadeszła moja kolej.

– Dzień dobry! – przywitałem się i zamknąłem za sobą drzwi.