Przypadek F - Ingeborg Bachmann - ebook

Przypadek F ebook

Ingeborg Bachmann

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Ingeborg Bachmann (1926–1973) to jedna z najważniejszych figur dwudziestowiecznej literatury austriackiej. Jej twórczość, na którą składają się dwie powieści: niniejsza oraz „Malina”, kilka zbiorów opowiadań oraz dwa tomy wierszy, ukształtowała wrażliwość autorów tej miary, co Peter Handke, Elfriede Jelinek, Thomas Bernhard czy Christa Wolf.

W swojej prozie Bachmann podejmowała konsekwentny wysiłek poszerzania granic języka. Uważała, że niemiecki został nieodwracalnie uszkodzony przez wirusa zbrodni – stąd każda próba wyrażenia istotnych ludzkich doświadczeń staje się u niej polem heroicznej walki ze słowem.

„Przypadek F.”, choć niedokończony, uchodzi za jedno z jej największych osiągnięć pisarskich. W gęstej od sugestywnych obrazów formie autorka tropi na ulicach Wiednia, w mieszczańskich salonach, gabinetach lekarskich i małżeńskich sypialniach obecność totalitarnej przemocy. Pokazuje, że nie skończyła się ona wraz z politycznym upadkiem faszyzmu, lecz przetrwała w codziennych relacjach opartych na dominacji i psychicznej opresji. Pisarka dokonuje tu również rozliczenia z psychoanalizą, która w jej ujęciu okazuje się nie tyle terapią, ile kolejnym narzędziem służącym do uciszania i szufladkowania kobiet.

Główną bohaterkę, Franziskę, poznajemy w momencie ucieczki przed mężem – szanowanym wiedeńskim psychiatrą, który przez lata systematycznie wmawiał jej chorobę, okradając ją z tożsamości i wpędzając w szaleństwo. Czy podróż na pustynię, poza granice skażonej zbrodniami białego człowieka Europy, przyniesie Franzisce wyzwolenie?

„Przypadek F.” to subtelna analiza gaslightingu, napisana na długo przed tym, zanim pojęcie to zadomowiło się w naszych umysłach. Przede wszystkim jednak – w swojej fragmentarycznej, rwanej formie – to najpełniejsza literacka opowieść o traumie, jaką kiedykolwiek stworzono.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 201

Data ważności licencji: 6/30/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



[Przedmowa][1]Szkic

Panie i panowie,

mam dzisiaj odczytać kilka fragmentów pewnej powieści […].

Ponieważ jednak za każdym razem będą państwo poznawali jedynie fragment większej całości, powinnam wyposażyć was w spis treści, ale chyba sami państwo wiedzą, jak trudno dzisiaj napisać streszczenie książki.

Treść zatem, która treścią nie jest, wygląda tak: młody człowiek, mężczyzna w wieku lat dwudziestu ośmiu, zamieszkały w Wiedniu, pochodzący z Karyntii, geolog, asystent w jednym z wiedeńskich instytutów, który w końcu zmieni plany zawodowe, rezygnując z formacji na korzyść epok, i zostanie historykiem, wybiera się w podróż, którą może odbyć dzięki omyłkowo przyznanemu stypendium, wcześniej jednak spotyka się ze swoją ciężko chorą siostrą, zbiegłą z kliniki w Baden pod Wiedniem. Jest więc w tej książce ta starsza siostra, jej umieranie, i towarzyszący jej do końca brat, który ostatecznie uwalnia się od wszelkich zobowiązań.

Książka ta nie jest jednak tylko podróżą przez chorobę. Rodzaje śmierci – pojęcie to obejmuje także zbrodnie. To jest książka o pewnej zbrodni.

Często zastanawiałam się, i państwo zapewne również, gdzie podział się wirus zbrodni – przecież nie mógł nagle zniknąć z naszego świata przed dwudziestu laty jedynie dlatego, że nikt już tutaj nie wyróżnia i nie wymaga mordu, nie wspiera go i nie nagradza orderami. Rzezie wprawdzie już się skończyły, lecz mordercy nadal są wśród nas, często przypominani, a niekiedy aresztowani, nie wszyscy, tylko niektórzy, i skazywani w procesach. Istnienie tych morderców zostało nam wszystkim uświadomione nie tylko przez mniej lub bardziej wstydliwe sprawozdania sądowe, lecz również i właśnie przez literaturę.

Jednakże ta książka ma z tym mało, bardzo mało wspólnego. Usiłuje ona z czymś zapoznać, wytropić coś, co nie zniknęło z tego świata. Dzisiaj bowiem jest tylko nieskończenie trudniej popełniać zbrodnie, i dlatego stały się one tak wysublimowane, że prawie nie umiemy ich dostrzec i pojąć, choć popełniane są codziennie obok nas, w najbliższym sąsiedztwie. Tak, twierdzę i spróbuję przedstawić wstępny dowód na to, że jeszcze dzisiaj mnóstwo ludzi nie umiera, lecz pada ofiarą morderstwa. Nie ma bowiem nic potworniejszego, choć może i potężniejszego, niż człowiek, jeśli wolno w tym miejscu przypomnieć państwu lekcję szkolną. Zbrodnie, które wymagają umysłu, które dotykają naszego umysłu, mniej zaś zmysłów, a więc dotykają nas najgłębiej – tu nie leje się krew, a rzeź dokonuje się w ramach prawa i etyki, w ramach społeczeństwa, którego słabe nerwy drżą wobec tych bestialskich czynów. Lecz z tego powodu zbrodni wcale nie ubywa, wymagają one jedynie większego wyrafinowania, innego poziomu inteligencji, i są przerażające.

Miejsca akcji to Wiedeń, wieś Galicien i Karyntia, pustynie Arabska, Libijska i Sudańska. Jednak rzeczywistych, wewnętrznych miejsc akcji, z trudem jedynie pokrywanych przez zewnętrzne, należy szukać gdzie indziej. Po pierwsze w myśleniu, które prowadzi do zbrodni, po drugie zaś w tym, co prowadzi do umierania. Albowiem to właśnie we wnętrzu dokonują się wszystkie dramaty, na mocy wymiarów, jakie my lub wyimaginowane postaci możemy nadać temu cierpieniu i zadawaniu cierpienia. Nie jest prawdą, że żyjemy w czasie wolnym od dramatów, twierdzenie to jest równie bezpodstawne jak każde inne, może również to moje, że one istnieją. Ponieważ jednak mam tu występować w imieniu mojej książki, mam się obawiać w jej imieniu, obawiam się, że właśnie te inne twierdzenia i te inne teorie są nieprawdziwe.

[1] Oznaczenia wydawcy niemieckiego zostały powtórzone również w niniejszej edycji:

[---] – brak jednego lub kilku słów, tekst urwany;

⟨---⟩ – tekst nieczytelny;

⟨…⟩ – tekst czytelny, ale brak sensownego związku z kontekstem;

[?] – odczytanie niepewne;

[…] – tekst opuszczony przez wydawcę;

[ ] – słowa lub tytuły wprowadzone przez wydawcę

Rozdział pierwszyPowrót do Galicien

Profesor, ta skamielina, wykończył mu siostrę. Doszedł do tego wniosku, zanim dostał do rąk najmniejszy choćby dowód, i w drodze do Wiednia, gdy pociąg wytoczył się przez Bruck nad Murą, zmierzając w kierunku Mürzzuschlag i jeszcze przed Semmeringtunnel, który niegdyś wydawał mu się najdłuższym tunelem świata, był już przekonany, że zrozumiał wiadomość od Franzi, jeśli to można było nazwać wiadomością, on zaś miał być Champollionem po raz pierwszy rzucającym światło na jakieś hieroglify, którymi rzeczywiście wolałby się zajmować. Przed tunelem, kiedy musiał przerwać studiowanie z jednej strony królewskich kartuszy („Mały słownik egiptologii”), z drugiej zaś telegramu Poczty Austriackiej, miał już pewność. Wetknął trzystronicowy telegram Franzi do kieszeni marynarki i przygotował się do przejazdu przez tunel, jedno bowiem w ogóle się nie zmieniło: Koleje Austriackie wciąż jeszcze oszczędzały na prądzie w pociągach dziennych, niebieskie światło było co prawda włączone, lecz wcale nie rozjaśniało przedziału; pomyślał, że to typowe dla Franzi, koniecznie musiała wysłać telegram, listu napisać nie mogła, a co najmniej od kilku lat w ogóle obywała się bez niego, nie, ściśle rzecz biorąc, już od dziesięciu lat, kiedy to – czym się właściwie kierując? – wyszła za tę skamielinę, kiedy w ogóle przestała być taka jak dawniej i zniknęła z jego życia, zniknęła nie tylko, jak teraz, z Baden pod Wiedniem, w tym sensie, w jakim zniknięcie rzeczywiście należy pojmować, lecz umknęła jak z Galicien, i jak umykała przed nim i unikała go w Wiedniu, od kiedy… Kimże się stała, ona, ta, która, myślał pewnie tylko o kimś, kto nie był już nią ani tą, która. I: typowe, powiedział sobie, choć z pewnością wysłała do niego niewiele telegramów, może był to w ogóle dopiero drugi albo trzeci w ciągu dziesięciu lat, ale to miało być typowe, tak chciał w ciemności, w której papieros przestał mu smakować, więc rozgniótł go, typowe, w popielniczce, która się zacinała.

Kiedy pociąg jedzie przez Semmeringtunnel, kiedy mowa jest o tym, że jedzie on do Wiednia, kiedy mówi się o pewnym mieście, które tak się nazywa, i o miejscowości, która nazywa się Galicien, kiedy mowa jest o pewnym młodym człowieku, który powinien móc się wylegitymować jako Martin Ranner, lecz równie dobrze mógłby się nazywać Gasparin, a przekonamy się jeszcze, że również zupełnie inaczej – kiedy więc… A ponieważ można dowieść, że Wiedeń istnieje, lecz słowem oddać go nie sposób, gdyż Wiedeń jest tu, na papierze, a miasto Wiedeń wciąż gdzie indziej, a mianowicie na 48° 14′ 54″ szerokości północnej i 16° 21′ 42″ długości wschodniej, zatem Wiedeń tutaj nie może być Wiedniem, ponieważ tutaj są tylko słowa, które sygnalizują i dążą do czegoś, co istnieje, i do czegoś, co nie istnieje, bo z pewnością nie istnieje ten konkretny pociąg, który jedzie przez wspomniany tunel, i ten młody człowiek, który jedzie tym pociągiem przez tunel – cóż więc istnieje? Wprawdzie informacja kolejowa przyznałaby, że tutaj (gdzie tutaj?) pociągi przejeżdżają przez tunel każdego dnia i każdej nocy, lecz o tym tutaj, na papierze, nie mogłaby przecież tego powiedzieć: w takim razie nie może jechać żaden pociąg i nikt nie może w nim siedzieć, w takim razie nie może być tego wszystkiego, jak również: myślał, czytał, palił, patrzył, widział, szedł, schował telegram, a później: mówi – bo jeśli tego wszystkiego nie ma, nikt przecież nie może mówić. Toczy się tylko lawina słów, szeleści tylko odwracany papier, poza tym nic się nie dzieje, nic się nie odwraca, nikt się nie odwraca i nic nie mówi. Któż więc coś powie i co da się złożyć ze słów – wszystko, co niemal istnieje, i wiele rzeczy, które nie istnieją. Lecz papier chce przebyć tunel, i zanim do niego wjedzie (ale przecież już wjechał!), nim to się stanie, nie jest jeszcze pokryty słowami, a kiedy wyjedzie, będzie już pokryty, ponumerowany i posegregowany, słowa grupują się, a wyniesione z mroku tunelu (tylko przy niebieskim świetle) wyobrażenia urojone i odtworzone, szalone i prawdziwe wytaczają się na światło dzienne, wytaczają się z pewnej głowy, wychodzą przez pewne usta, które o nich mówią, stwierdzają i udają wiarygodne z powodu tunelu w głowie, ale przecież tego tunelu również nie ma, tylko od czasu do czasu jego obraz pojawia się pod konkretną pokrywą czaszki, której otwarcie też nie miałoby wiele sensu, ponieważ tam znów nic by nie było, żadnego z obydwu tych tuneli.

Po cóż więc to wszystko? Podczas gdy pociąg jedzie przez tunel Semmering, dygresję musiałby zakończyć wniosek, że w wypadku tego pociągu, lecz równie dobrze i wszystkiego innego, chodzi o pewien błąd, tak więc, jeśli o nas chodzi, może sobie jechać, gdy się o nim pisze, mówi, teraz będzie jechał, bo ktoś przy nim obstaje. Fakty bowiem, które tworzą świat, potrzebują tego, co faktyczne nie jest, by można było je poznać.

Również tunel Semmering kiedyś się kończy, jak dawniej. Wówczas on miał osiemnaście, ona dwadzieścia trzy lata, już gotowa się poddać, podobno zemdlała w prosektorium, albo jakaś inna romantyczna historia pchnęła ją w ramiona skamieliny. A Semmering, jeszcze niemal całkiem ośnieżony aż po teren wokół torów, wydał mu się pospolity, zbyt znany, za to on gdzieś zapodział bilet, i kiedy zjawił się konduktor, podał mu telegram, potem przepraszając mechanicznie schował go z powrotem, zaczął grzebać po wszystkich kieszeniach i dwukrotnie przeszukał portfel, szperając między karteczkami i banknotami, wszystko przez Franzi, w końcu jednak znalazł ten przeklęty bilet. Wszystko przez ten telegram, stop, stop i stop, czyżby jej się zdawało, że on nie potrafi przebrnąć przez tekst bez znaków drogowych, zastanawiał się i zachodził w głowę, wciąż potykając się o te znaki stopu, aż wmówił sobie, który to już raz?, że wszystko rozumie. Na końcu widniało tylko jedno słowo. Franzi. Więc chyba jednak usłuchała głosu rozsądku, bo przecież ostatnim razem na pewno brzmiało to jeszcze: Twoja Franziska. Albo: Twoja stara Franziska. Dobrze jej tak, pomyślał ze złością, bo dopiero teraz przyszło mu do głowy, że mógł się zachować tak, jakby wcale nie dostał jej telegramu, a potem skądś wysłać widokówkę, najlepiej z Aleksandrii, wyobraził sobie, jakie wrażenie zrobiłaby na niej pocztówka z Aleksandrii; dlaczego w ogóle musiał dostać ten telegram? Jeśli kiedykolwiek coś burzyło jego plany, jego precyzyjnie ułożony terminarz, to z pewnością ten telegram. Wracał do Wiednia, choć już z niego wyjechał, poczyniwszy tak skrupulatne przygotowania: z góry opłacił czynsz, uścisnął dłonie, uregulował sprawy instytutowe, a teraz znów tam wracał, choć już wyruszył w drogę. Wiener Neustadt w swojej świeżuteńkiej brzydocie, wreszcie Baden, potem znowu Wiedeń, Dworzec Południowy, Kolej Południowa. Właśnie ta linia na zawsze pozostanie ich koleją, jego i Franzi, bo po prostu tylko jedną można było wejść w życie, a potem z niego wyjść, tak naprawdę zawsze znali jedynie Kolej Południową, wszystkie inne koleje świata miały znaczenie drugorzędne i już nigdy nie dało się ich poznać.

Z odliczonymi szylingami w ręku Martin wszedł do kabiny telefonicznej w hallu dworca i wertując książkę telefoniczną, a potem wykręcając numer, najchętniej jeszcze raz rozbiłby wzrokiem w pył cały ten nieszczęsny dworzec, by móc sobie przypomnieć, jaki ten budynek musiał być naprawdę: wietrzny, pełen przeciągów, czarny, groźny, natychmiast zapierający przyjezdnemu dech w piersi, taki musiał być już w jego czasach szkolnych, gdy Franzi zaprosiła go kiedyś na kilka dni do siebie. Bo ten Dworzec Południowy, na którym teraz już nie marzł i nie bał się, oczywiście nie był prawdziwym Dworcem Południowym; wreszcie połączył się z kliniką, a jego zdania, jakby powtarzane przez echo wśród trzasków na linii, przekazywały sobie kobiece głosy, pierwszy sterylny, katarynkowaty, widocznie setki razy musiał powtarzać, jaka to klinika i że to klinika, drugi pełen wysilonego nabożeństwa, więc pewnie dotarł już do przedpokoju prawej ręki, jeśli było tam coś takiego jak przedpokoje, a w końcu rzeczywiście odezwała się skamielina, rzucając swoje nazwisko do słuchawki z arogancką skromnością, tonem świadomym swej wielkości, z tym lekko nosowym zabarwieniem, jakie potrafiło uzyskiwać już tylko paru Wiedeńczyków na najwyższym szczeblu hierarchii i niegdysiejszych ck oficerów, jednak u skamieliny była to szczególna kombinacja nosowości wykształcenia i autorytetu, podczas gdy Martin musiał polegać na nowszej, bardziej sterylnej niemczyźnie, pełnej kruchości, poprzetykanej kilkoma zmiękczonymi spółgłoskami, wciąż zbyt łagodnej, tej łagodności po prostu nie dało się wytrzebić, nawet jeśli ktoś mówił tak szorstko i gniewnie, i tak bardzo dbał o precyzję jak Martin w tej chwili. Stosując ściśle dozowaną mieszaninę profesjonalnej dobroci i surowości, skamielina zbyła go jak pacjenta z Kasy Chorych albo chorego z urojenia, który wciąż mu się naprzykrza, i jeśli Martin, któremu tylko raz udało się zadać pytanie, oczywiście pominięte milczeniem, w ogóle cokolwiek zrozumiał, to jedynie to, że ma się nie wtrącać i że wszelkie (co? formalności, czynności?) rozwodowe załatwi adwokat. I kiedy odwiesił słuchawkę, uświadomił sobie, że rozumie jeszcze mniej niż przedtem, bo przecież do niczego się nie wtrącał, a jeszcze mniej wiedział o rozwodzie. Przyjechał, żeby odszukać siostrę, która zniknęła, a teraz wciąż jeszcze nie wiedział, gdzie ona jest, i po co przyjechał, skoro nawet nie wskazano mu miejsca jej pobytu. Ponownie wrzucił szylinga i znów dotarł do pierwszego głosu, potem do pierwszych trzasków. Odwiesił słuchawkę. Nie chciał już mieć do czynienia z drugim i trzecim głosem, jego słuch teraz by tego nie zniósł. Wziął taksówkę i podał adres w Hietzing. Jechał upokorzony, tak, kiedy się nad tym zastanowił, czuł się upokorzony, odprawiony, dokąd?, przez ten świat, gdzie brat najwidoczniej nie miał prawa zadać pytania, które mogło wprawić w zakłopotanie jakąś znakomitość, i jeśli w ogóle mógł jeszcze cokolwiek zrobić, to powinien przynajmniej – choćby siłą i bez zbędnych pytań – odebrać osobę, która wysłała mu sygnał SOS, nie bacząc na to, czy w ten sposób w coś się wtrącał czy nie. Okrzyk kucharki „O Jezu, pan doktor” nie zabrzmiał nieszczerze, ale też nie był niedyplomatyczny, Martin nie odgadł więc, czy swoim pojawieniem się ucieszył ją czy speszył, poza tym nie miał jeszcze pewności, czy wpuści go do mieszkania, ale wszedł i sam zamknął za sobą drzwi. Na szczęście przypomniał sobie, że zwracano się do niej „pani Rosi”, i kiedy zaczął operować jej imieniem, osiągnął tyle, że wykrzyknęła „Józefie święty”, co upewniło go, że Franzi tu nie ma. Kiedy pani Rosi mówiła, zawsze był to mozolny przekład wiedeńskiego dialektu na czystą niemczyznę, tak że człowiekowi natychmiast przychodziły na myśl słowa, które chciała wypowiedzieć, Jezusiemaryjo, prawdopodobnie sądziła, że jest to winna swoim państwu, choć oczywiście nie uważała, że służy wyłącznie u państwa Jordanów, i lubiła uchodzić za pracownika, a nawet pracobiorcę, który ma ubezpieczenie i zdaje się na ustawodawstwo socjalne, i w żadnym razie nie jest dobrą duszą domostwa, jak profesor przedstawiał ją gościom, czy ograniczoną osobą, która często wywoływała jego z trudem tłumiony gniew. Najwidoczniej naprawdę nie wiedziała, że pani profesorowa nie przebywa już na kuracji w Baden, a jej mózg zaczął teraz intensywnie pracować, bo chyba pojęła, że jest mnóstwo spraw, o których nic jej nie powiedziano, pewnego ranka znalazła tanie majteczki, na pewno nie łaskawej pani, innym razem w łazience plastikową torbę i grzebień do upinania włosów, naturalnie, takie rzeczy zdarzały się w najlepszych domach, a że zawsze pracowała jedynie w najlepszych, więc cokolwiek by się zdarzyło, z pewnością nie wygadałaby się przed bratem łaskawej pani, ale Martin, który widział tylko tę pracę myślową, tak czy inaczej nie zamierzał wypytywać jej o takie sprawy, lecz po prostu ruszył przed siebie jak zahipnotyzowany, jak inspektor policji kryminalnej z nakazem rewizji, i słysząc za sobą panią Rosi, wszedł do salonu, który już zresztą znał, ale nie z pootwieranymi oknami i szczotkami przy ścianach – wewnątrz panował rodzaj porządku dziennego, który nie miał nic wspólnego z porządkiem wieczornym. Tu odbywały się przyjęcia, ostatnie ponad pół roku temu, kiedy to przyglądał się Franzi już nawet nie z rozczarowaniem, lecz z doskonałą obojętnością, jak uszkodzona maszyna rejestrująca, zaproszona wraz z innymi, i ostentacyjnie rozmawiał tylko z Mahlerem, który w końcu jednak pozbył się funkcji prezesa w Izbie Lekarskiej i opowiadał Martinowi tę zawikłaną historię. Teraz stał w salonie jak prawdziwy detektyw, jakby najpierw musiał obrysować kredą kontury i zabezpieczyć ślady stóp i odciski palców na kieliszkach, żeby móc sobie dokładnie przypomnieć, gdzie kto stał, gdzie kto siedział i z kim, gdzie dwóch najsłynniejszych psychiatrów wiedeńskich i trzech nieco ustępujących im sławą, gdzie plebs i zaproszone klauny, pisarz, którego nie znał, i podróżnik, który przerabiał swoje podróże na prelekcje z przezroczami, potem, w centrum, pianistka Gebauerowa, i naturalnie żony wszystkich panów, ten radca ministerialny z Ministerstwa Szkolnictwa, ale to mu nie wystarczyło, musiał jeszcze porozciągać między nimi nici, białe nici ścisłości, które oznaczały rywalizacje i animozje, i stojąc tak z Mahlerem przed biblioteką, z rozbawieniem obserwował to nagromadzenie zawziętej jedności, którą lekko wstrząsała jedynie śmiałość detali, i która dopiero w drodze do domu znów miała przyjąć jawne formy pychy i pogardy dla detali wobec wszystkich innych z wszystkich innych. Oto stał w tym salonie, który mógł powiedzieć wiele, ale nic o Franzi, wnoszącej i wynoszącej kieliszki, krążącej wśród gości i wszędzie obecnej, może wolałbyś whisky, Martin, to były jej ostatnie słowa i chyba jedyne, jakie sobie przypominał.

Pani Rosi trzymała w ręku ściereczkę do kurzu, musiała ją wziąć dopiero teraz, jak broń, która miała mu w czymś, w czym?, przeszkodzić. Poszedł dalej, do sąsiedniego pokoju, a ona za nim, potem otworzył drzwi do sypialni, w której nigdy przedtem nie był i nie mógł nawet wiedzieć, gdzie się znajduje, otworzył szafę i wyciągnął kilka sukienek, bo to musiały być sukienki Franzi, i przewiesiwszy je przez ramię, rzucił mimochodem, że musi jeszcze zadzwonić.

Miał wrażenie, że to zaniepokoiło panią Rosi bardziej niż zabranie sukienek Franzi, powiedziała bowiem, że nie może tak po prostu i jak wiadomo, a telefon jest przecież w gabinecie, poszedł więc do gabinetu, wciąż jeszcze z ubraniami na ramieniu, usiadł przy biurku i nawet nie musiał otwierać książki telefonicznej, której tu zresztą nie było, za to na biurku leżał prywatny spis, numer zastrzeżony, numer kliniki, Izby Lekarskiej, na marginesie numer w Baden; najpierw zadzwonił ponownie do Baden, żeby się upewnić, rzeczywiście, wciąż jej tam nie było, pozostały tylko jej rzeczy, z wyjątkiem sukienki, płaszcza i dodatków, to od biedy wystarczyło, by osoba płci żeńskiej mogła wyjść na ulicę, i nie powiadomiono nikogo prócz profesora, ale ten najwidoczniej nie uznał za konieczne powiadomić kogokolwiek innego. Tak więc policja była wyłączona ze sprawy, co przy nazwisku Jordan nie mogło dziwić. Powoli docierało do świadomości Martina, że łaskawa pani była także panią Jordan, i zdziwił się, ile postaci miał ktoś, kto przecież był tylko jego siostrą. Nie przejmował się tym, że pani Rosi nadal stoi w drzwiach, co później, opowiadając o wszystkim profesorowi, określi pewnie jako „stałam jak rażona gromem”; a więc to było biurko wielkiego duszpasterza, nowa złośliwość, która przyszła Martinowi do głowy, bo zdawało mu się, że gdzieś czytał o opartej na teologicznych podstawach psychoterapii i duszpasterstwie oraz związku między nimi, teraz jednak było mu już obojętne, na ile trafniej sformułował to pan Jordan, choroba i epoka, epoka choroby, i jakimi etykietkami opatrzył nauki przyrodnicze, łączące je kwestie oraz duszpasterstwo. W swej zapiekłej wściekłości, z powoli drętwiejącym ramieniem, pomyślał tylko, że o tej porze roku Franzi mogła potrzebować zupełnie innych ubrań, skąd miał się na tym znać, zabranie sukienek było jedynie gestem, chciał wziąć coś, co do niej należało, a potem pani Rosi, żeby czymś się zająć, uwolniła go od tych sukienek, włożę je do plastikowego pokrowca, powiedziała, bo kufra na ubrania tu nie ma, i spakuję jeszcze jedną walizkę, zgodził się, było mu to obojętne, bo w końcu musiał jeszcze zadzwonić do Elfi Nemec i powiedzieć, sam nie wiedział, co ma powiedzieć Elfi Nemec, w każdym razie nie to, że jest w Wiedniu, w zupełnie obcym domu i siedzi przy biurku, do którego nie miał prawa się zbliżać, i że nadal boli go ramię, a jej telefonu w spisie skamieliny oczywiście nie było, Martin zaś nie pamiętał numeru Elfi. Ale mógł też jeszcze raz zadzwonić do profesora i poinformować go, tym razem jednak chłodnym, lodowatym tonem, że właśnie siedzi w jego mieszkaniu i zastanawia się, czy nie powinien zawiadomić policji, w imieniu, tak, w czyim imieniu, w imieniu rodziny, jakiej rodziny, skamielina ostatecznie wiedziała, że nie ma już żadnej rodziny, a więc w swoim własnym, w imieniu Martina, któremu zaginęła starsza i w dodatku jedyna siostra. Odrzucił jednak ten pomysł, a ponieważ teraz pani Rosi prawdopodobnie pakowała rzeczy w sypialni, zaczął gwałtownie otwierać szuflady biurka, przeglądając je szybko, teczki – dokumenty podatkowe, teczki – historie chorób, kartki rękopisów, egzemplarze autorskie, wszystko starannie opisane dziecinnym pismem Franzi, same teczki, potem dotarł do ostatniej szuflady po prawej na dole, i znalazł to, czego nie szukał. Kilka zapisanych przez nią kartek, nie, tylko początki listów, wszystkie bardzo krótkie, ręka była sprawna, bo ręka Franzi, jej strome pismo uczennicy gimnazjum w Villach, najwyraźniej zatrzymało się w rozwoju, nadal miało piętnaście lat, jakby zastygło z końcem wojny. Pismo wypracowań, bardzo wyraźne, lecz nic, co pozwoliłoby się domyślić, kim był ich autor. Drogi Martinie, muszę Ci napisać. Drogi Martinie, nie wiem, od czego zacząć i jak to powiedzieć. Mój drogi Martinie, to takie przerażające, boję się, mam przecież tylko Ciebie i dlatego do Ciebie piszę. Drogi Martinie, jestem taka zrozpaczona, muszę do Ciebie napisać… Koniec. Różne daty, wszystkie z ostatnich dwóch lat, niektóre kartki lekko pożółkłe, inne przybrudzone, potem jeszcze jedna, złożona, Drogi Martinie, wczoraj w kawiarni, kiedy siedziałam z tymi wszystkimi pakunkami, nagle nie mogłam nic powiedzieć – zaraz, kiedy to było, gdy on i ona w jakiejś (której?) kawiarni, w każdym razie nie zauważył, żeby ona, obwieszona pakunkami, nie mogła czegoś powiedzieć. Wyciągnął nogi przed siebie i obejrzał te zaczęte listy. Co skłoniło jego siostrę, by pisać do niego listy, które ledwie wychodziły poza nagłówek, i dlaczego wszystkie leżały w tym biurku? Wyciągnął z szuflady resztę, kartki lepszego papieru, prawdziwego papieru listowego. Ukochany (a więc to nie do niego), teraz wiem już wszystko (jakie wszystko?), wydaje mi się, że wiem. Moje uczucia wprawdzie już Cię nie obchodzą – czy jego siostra miała jakieś uczucia i jakie? w każdym razie to zdanie o uczuciach nie było szczęśliwie sformułowane, już Cię nie obchodzą. Przykre. Brak daty. List prawdopodobnie sprzed roku albo późniejszy. Następna kartka: Kochany Leo, musimy się rozstać. Nawet nie mogę o tym rozmawiać. Ty wiesz dlaczego, ale ja po prostu nie mogę o tym mówić. Też bez daty. Jego siostra wstawiała więc daty, pisząc tylko do niego, a reszta zaczętych listów była ich pozbawiona. Na ostatniej kartce, która zaczynała się dokładnie tak samo jak ta, gdzie mowa była o konieczności rozstania, tylko zdanie miało inny szyk, dopisano z boku linijkę pismem stenograficznym, to nie mogła być Franzi, bo ona nie umiała stenografować, a więc to był Jordan, którego znaczki spozierały na Martina także z innych teczek. Wyciągnął pióro i możliwie najdokładniej skopiował te znaki do swojego notesu, który potem schował do kieszeni. Zastanawiał się, czy ma zabrać te kartki, później zdecydował się na inne rozwiązanie, zostawił je po prostu na blacie biurka, niechże profesor się dowie, że miał je w ręku. Niedostatki szkolnej edukacji. Całkowita nieznajomość skrótowych znaków, a tutaj wszystko było skrótowe, poza tym nadszedł już czas, by stąd wyjść, zatrzasnął najniższą szufladę, nie protestował, gdy pani Rosi wetknęła mu nieporęczny duży worek i walizkę, naprawdę nie wiem, powiedziała, gdzie jest kufer łaskawej pani, musiała go wziąć do Baden, pani Rosi była najwyraźniej mocno zaabsorbowana brakiem kufra, choć nie czuła się winna. Widocznie tutaj wszystko i wszyscy byli niewinni braku czegokolwiek, zwłaszcza braku Franzi. Grymas, z jakim Martin obejrzał się na gabinet, wywołała myśl, że ta zatroskana o kufer osoba wieczorem opowie, że on tu był i zabrał kilka sukienek, i o tej sprawie z biurkiem. Każdy mógł się o tym przekonać na własne oczy. Drogi Martinie, muszę Ci napisać. Już on się dowie, o co szło, i z tym poczuciem śmiesznego triumfu opuścił wytworny wiedeński dom, dwie ulice dalej złapał taksówkę i opuścił wytworną wiedeńską dzielnicę. Nie powiedziawszy skamielinie, co o tym wszystkim myśli. Ale co miał powiedzieć, skoro coraz mniej potrafił sobie wyobrazić to, co musiało się wydarzyć, mógłby więc powiedzieć jedynie to, co od dawna o nim myślał, i jak zawsze działał mu na nerwy, tych kilka pouczających zdań, którymi go zbywał, choć Franzi nigdy to nie przeszkadzało, ten wyniosły ton, który mógł sobie darować przynajmniej w domu, i poczucie moralnej wyższości, nakładające się jeszcze na ten ton, który zwiódł jego siostrę, i kiedy teraz jechał taksówką przez miasto, wciąż jeszcze nie podając kierowcy celu, w każdym razie do miasta, ponieważ nadal nie rozwiązał problemu Elfi Nemec i ponieważ nie mógł rozwiązać wszystkich problemów jednocześnie, a przecież musiał się liczyć z tym, że jutro Elfi przyjedzie do niego na weekend do Karyntii, kiedy zatem myślał o moralnej wyższości i wstręcie, o rozpoczętych listach i osobliwych upodobaniach łóżkowych Elfi Nemec, przyszło mu nagle do głowy, że natychmiast musi wrócić, i powiedział: Dworzec Południowy. Franzi musiała być w domu. Jeśli w ogóle coś ich wiąże lub kiedykolwiek wiązało, to właśnie to: że raz w życiu każde z nich będzie wiedziało, gdzie to drugie znalazło się w decydującym momencie, i dlatego był przekonany, wbrew rozsądkowi (a tylko rozsądek nauczył się cenić i nigdy się na nim nie zawiódł) – że teraz wystarczy złapać pociąg, a będzie mógł rozwiązać swoją drobną zagadkę kryminalną.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Tytuł wydania oryginalnego: Der Fall Franza

Na podstawie wydania w: Werke, Dritter Band

Język oryginału: niemiecki

Copyright © 1978 Piper Verlag GmbH, München

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Filtry, 2026

Copyright © for the Polish translation by Krzysztof Jachimczak, 2026

Copyright © for the afterword by Adam Lipszyc, 2026

Wydanie I, Warszawa 2026

Opieka redakcyjna: d2d.pl

Korekty: Monika Paduch / d2d.pl, Małgorzata Poździk / d2d.pl

Projekt okładki: Marta Konarzewska / konarzewska.pl

Projekt typograficzny, skład i redakcja techniczna: Robert Oleś

Wydawnictwo Filtry sp. z o.o.

ul. Filtrowa 61 m. 13

02-056 Warszawa

wydawnictwofiltry.pl

[email protected]

ISBN 978-83-68180-86-2