Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy spełni się przekleństwo jednookiego Kiklopa rzucone na Odyseusza?
Książka przenosi nas w odległe czasy. Grecka cywilizacja jest jeszcze bardzo młoda. Bohaterowie są niepewni swojego losu. Przeżywają niesamowite, ale i niebezpieczne przygody. Mierzą się z mitycznymi stworami. Wędrują i toczą krwawe walki o nowe ziemie. Wybucha długa i okrutna wojna o najcudowniejszą kobietę na świecie – Helenę. Gdy po 10 latach oblężenia Troja nareszcie zostaje zdobyta, bohaterski król Itaki Odyseusz może powrócić do domu. Wraz z towarzyszami wypływa na okrętach do wytęsknionej ojczyzny. Od początku prześladuje ich zły los. Mieszkańcy mijanych krain bywają bardzo niebezpieczni i podstępni, a mściwy potwór wypowiada słowa straszliwej klątwy.
Co Odyseusz zastanie w Itace? Czy ktoś jeszcze czeka tam na jego powrót? Czy kiedyś skończy się rozłąka Odyseusza z synem i ukochaną Penelopą, a dawno zawiązane przyjaźnie przetrwają?
Przygody Odyseusza oraz Wojna trojańska zawarta w niniejszym wydaniu to utwory napisane na podstawie Odysei oraz Iliady Homera, dedykowane współczesnemu młodemu czytelnikowi. Pisarz dokonał ich niezwykłej interpretacji zapraszając czytelników do starożytnego świata mitów i podań. Emocjonujące opowieści o wydarzeniach spod Troi oraz o przygodach legendarnych bohaterów podczas morskiej podróży do ojczyzny ukazują również ich wewnętrzne przeżycia, poruszają uniwersalne tematy i przybliżają głęboko osadzone w kulturze greckie ideały.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 111
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Korekta
Emilia Domańska
Skład i łamanie
Łukasz Slotorsz
Projekt okładki
Anna Slotorsz
Ilustracje
Emilia Domańska
Grafiki wykorzystane na okładce
©Olena/AdobeStock, ©Prifix Art/AdobeStock, ©Kati Moth/AdobeStock, ©z_olga_art/AdobeStock, ©Marukopum/AdobeStock, ©Salomi art/AdobeStock
Copyright © by Anna Parandowska, Ewa Parandowska, Joanna Szczepkowska
Copyright © for this edition by Aleksandria Media 2026
Całość ani żadna część tej książki nie może być powielana i rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.
Wydanie pierwsze w tej edycji
Katowice 2026
ISBN: 9788368395518
Na dwadzieścia wieków przed Chrystusem nie było jeszcze Grecji. To znaczy: był ów półwysep wycięty w kształt liścia, było morze, które go oblewa, wszystkie wyspy, które na morzu całym są rozproszone, były góry, doliny, rzeki, piękny kraj ogrzany południowym słońcem, owiany zdrowym i czystym powietrzem, ale nie nazywał się Grecją, gdyż nie było w nim Greków. Te strony czekały dopiero na nich, jak dom oczekuje swego właściciela. Był to jednak dom zamieszkany, w tym kraju żyły ludy odwieczne, nieznanego pochodzenia i języka. Grecy przyszli z północy, gdzieś znad dolnego Dunaju, i wyparli tubylców z ich siedzib: jedni uciekli w góry, drudzy szukali schronienia za morzem, większość żyła odtąd w niewoli.
Nie było to dziełem jednego roku ani nawet jednego wieku, ciągnęło się przez długie stulecia, mniej więcej od roku 2000 do 1200 przed Chrystusem. Czasy owych wędrówek, wojen i zdobyczy nie zostawiły po sobie żadnej historii albo raczej: my jej dotąd nie znamy. Dopiero parę lat temu [1] udało się odczytać pismo zawierające teksty w najdawniejszym języku greckim. Były one spisane na tabliczkach glinianych, których tysiące znaleziono w Knosos na Krecie i w Pylos w Mesenii, gdzie odkopano wspaniały zamek. Wśród imion, jakie się tam zdarzają, oszałamiają nas niespodzianką imiona Achillesa, Hektora, Glaukosa, znane dotąd tylko z podań. Być może w niedalekiej przyszłości dowiemy się o nich więcej i postaci, dotąd mityczne, zmienią się w historyczne.
Grecy byli niewyczerpani w legendach o tym okresie bohaterskim.
Z wieku na wiek opowiadali sobie czyny wojenne, które towarzyszyły powolnemu posuwaniu się ich przodków z północy na Południe, o dalekich i niebezpiecznych wyprawach. Śpiewano o tym pieśni. Jednym z ulubionych tematów była wojna trojańska. Jak wyglądała w rzeczywistości – trudno się dziś domyślić. Ale Troja istniała naprawdę w Azji Mniejszej, tuż nad Hellespontem, gdzie i dziś są widoczne ruiny prastarego miasta ze śladami pożaru, jakby je zniszczyła pożoga wojenna. Zapewne więc Grecy, zajmując wybrzeża Azji Mniejszej, spotkali się tu z oporem silnej twierdzy, którą na koniec zdobyli.
O wojnie trojańskiej istniało mnóstwo podań. Umiały one opowiedzieć wszelkie szczegóły tej wojny; o każdym królu biorącym w niej udział, o każdym znakomitym rycerzu pojawiały się pieśni, które śpiewano po dworach książęcych i na placach publicznych. Wszystkie zaginęły, być może nigdy nie żyły inaczej niż w pamięci przygodnych poetów-śpiewaków, którzy ich nie spisywali. Ale w tej formie, ulotnej i wędrownej, oddziałały na potężny geniusz poetycki Homera.
O życiu tego wielkiego poety, od którego zaczyna się literatura grecka, a z nią europejska, nic nie wiemy. Przypadło ono na czasy zbyt jeszcze burzliwe dla młodej cywilizacji greckiej, jeszcze trwał ruch kolonizacyjny, zakładało się nowe miasta, walczono o nowy ustrój polityczny; takie wieki nie mają czasu na spisywanie i przechowywanie dokumentów historycznych. Według pewnych domysłów można przypuszczać, że Homer żył na przełomie wieku IX i VIII przed Chrystusem w którymś z miast greckich na wybrzeżu Azji Mniejszej albo na jednej z wysp, może na Chios. Z tego tajemniczego życia został sam kwiat: dwa niezrównane poematy dotyczące podań trojańskich – Iliada i Odyseja.
Po zburzeniu Troi nadszedł wreszcie dla greckich wojsk upragniony dzień powrotu. Ludzie, którzy dziesięć lat przeżyli poza domem, mieli aż nadto powodów do radości. Przy pakowaniu rzeczy panowało wesołe zamieszanie.
Troskliwie ładowano łupy zdobyczne, ciesząc się na myśl, jakie one uczynią wrażenie w ojczyźnie. Towarzysze broni spod różnych znaków ściskali się przy pożegnaniu, niepewni, czy jeszcze się kiedyś zobaczą, skoro ich domy są tak odległe. Ten i ów spoglądał z zadumą na równinę trojańską, jakby już tęsknił za tym długim okresem życia, który tu zostawiał.
Okręty gotowe do drogi kołysały się na morzu; nawoływano tych, co jeszcze byli na brzegu. Nagle, nie oglądając się na innych, oddział złożony z dwunastu okrętów rozwinął żagle. To Odyseusz, król Itaki, śpieszył do domu.
W samym początku zły los stanął mu w poprzek drogi. Zerwała się wściekła wieja i zapędziła statki ku trackim wybrzeżom. Te strony należały do szczepu Kikonów. Z morza widać było ich miasto – Ismaros. Człowiek po dziesięciu latach wojny nie od razu odwyka od myśli o napadach i grabieży. Odyseusz wysadził wojsko na ląd i znienacka wpadł do miasta. Zrabowawszy, co było pod ręką, dał rozkaz do odwrotu.
Ale żołnierze nie usłuchali. Upojeni łatwym zwycięstwem, wyprawili sobie ucztę na brzegu. Tymczasem rozgromionym Kikonom przyszły z głębi kraju posiłki, które u schyłku nocy napadły na śpiących Greków. Wszczęła się nowa bitwa, bardziej zacięta. Odyseusz stracił siedemdziesięciu dwóch ludzi, po sześciu z każdego okrętu. Inni byli szczęśliwi, gdy już żagle odniosły ich na morze.
Było ono niespokojne. Dął silny wiatr północny, świat okryła gęsta mgła. Obijając się po falach, Grecy znaleźli wreszcie krótki wypoczynek w jakiejś przystani, aby po dwóch dniach ruszyć dalej w kierunku południowo-zachodnim. U przylądka Malei pochwyciły ich prądy, które zawsze w tym miejscu czynią żeglugę niebezpieczną. Ledwo się wydobyli z tych wirów, dostali się pod nową wieję, która miotała nimi przez dziesięć dni, aż ich zaniosła na nieznane wody.
Wycieńczeni przybyli do pierwszego brzegu, który się nawinął. Znaleźli źródło, nabrali zapas wody, przyrządzili posiłek z żywności, która im jeszcze została. Odyseusz nie pozwolił nikomu oddalać się od statków. Tylko dwóch ludzi wysłał na zwiady. Ci spotkali gromadę tubylców, którzy ich przyjęli z wielką serdecznością i nakarmili tym, czym sami się żywili: lotosem.
Było to ziele niezwykłe! Kto go skosztował, tracił pamięć, nie wiedział już, kim jest i dokąd dąży, miał tylko jedno pragnienie: zostać na zawsze w kraju Lotofagów [2], nasycać się niebiańskim smakiem i zapachem lotosu. Odyseusz związał i przykuł do ławy wioślarskiej tych dwóch, którzy skosztowali zwodniczego ziela, i natychmiast odpłynął.
Tułali się po morzu, żeglując w niewiadomym kierunku. Zmuszeni głodem, zatrzymali się przy jakiejś wyspie. Była urocza, pełna łąk, źródeł, gajów; nigdzie ani śladu człowieka. Tylko dzikie kozy uganiały się po wzgórzach. Nie znając ludzi, nie uciekały i towarzysze Odyseusza upolowali ich ogromną ilość. Najedli się za wszystek czas błądzenia po jałowym morzu. Każdy kęs mięsa zakrapiali wybornym czerwonym winem, którego wielkie zapasy wywieźli od Kikonów.
Odyseusz ze szczytu góry dojrzał w pobliżu drugą wyspę, a na niej dymy wznoszące się ponad skałami. Niepohamowana ciekawość parła go, by zobaczyć, kto tam mieszka. Odczepił swój okręt i popłynął na zbadanie sąsiedniej wyspy. Reszta okrętów miała nań czekać w pierwszej przystani.
Płynąc wzdłuż wybrzeża, dotarł do miejsca, skąd widać było pieczarę obrosłą gąszczem laurowym. Przy niej była zagroda zbudowana z olbrzymich głazów, z potężnych pni sosen i dębów. Sam widok tej zagrody powinien był odstraszyć Odyseusza – nie wyglądała na dzieło rąk ludzkich. On jednak, ukrywszy okręt wśród skał przybrzeżnych, wziął dwunastu ludzi załogi i wysiadł na ląd. Przez niepojęty instynkt, który mu służył w najtrudniejszych chwilach, zabrał spory bukłak wina, nie domyślając się nawet, że mu on życie ocali.
Pieczara przedstawiała się dziwnie: tu rzędy koszów z serami, sagany i skopce z mlekiem i serwatką, a tam znów ogrodzenia i chlewy, w których stoją koźlęta i baranki. Towarzysze Odyseusza olśnieni tą spiżarnią radzili brać, co wlezie, i uciekać na okręt. Czemuż ich nie usłuchał?
Pod wieczór zjawił się gospodarz. Potwór to był straszliwy, raczej do góry porosłej lasem podobny niż do człowieka. Wielkolud miał jedno oko w środku czoła, z czego poznano, że jest jednym z Kiklopów. Dźwignął ogromną wiązań drzew, jakby cały las sprzątnął, i wziął na ramiona. Rzucił to pod pieczarą z takim łoskotem, że Odyseusz i towarzysze pochowali się po kątach, drżąc ze strachu.
Olbrzym wszedł, zamykając za sobą wejście do jaskini głazem, którego by dwadzieścia dwie pary wołów nie ruszyło z miejsca. Zaraz wziął się do dojenia kóz i owiec. Skończywszy robotę, rozpalił ogień. Przy jego blasku zobaczył ludzi. Odyseusz, zbliżywszy się na krok, powiedział, że jest rozbitkiem, że wraca z towarzyszami spod Troi, i prosił w imię bogów o gościnę. W imię bogów! Polifem (tak nazywał się olbrzym) śmiał się z bogów. Wyciągnął potworne łapska, porwał dwóch ludzi i w oczach Odyseusza zżarł.
Nazajutrz to samo: dwóch na śniadanie, dwóch na kolację. Ale po tej ludożerczej kolacji Odyseusz poczęstował go winem. Olbrzymowi trunek smakował nadzwyczajnie, pił jedną czarę po drugiej.
– Jak się nazywasz? – zapytał.
– Nikt – odparł chytry król Itaki. – Nikt. Tak mnie nazywała matka i tak mnie wszyscy wołają.
– No, to ci mówię, że Nikt będzie zjedzony na ostatku – zarechotał Kiklop i spity do nieprzytomności runął na ziemię.
Odyseusz tylko na to czekał. Porwał leżący w jaskini drąg z drzewa oliwnego, długi, zwięzły i twardy, odciosał koniec, opalił w ogniu i z pomocą towarzyszy wbił ten ożóg w jedyne oko Kiklopa. Wiercił nim jak świdrem, dopóki mu ślepia do cna nie wydłubał.
Olbrzym zawył z bólu. Na jego krzyk zbiegli się Kiklopi z okolicznych zagród.
– Polifemie – pytali – co się stało? Kto ci jakąś krzywdę robi?
– Nikt! Nikt! – woła Polifem. – Szukajcie go!
– Kto? Gdzie?
– Nikt! – wrzeszczał Polifem coraz rozpaczliwiej.
Kiklopi wzruszyli ramionami i odeszli przekonani, że Polifem oszalał.
Ale jak wyjść z jaskini, którą olbrzym zamknął nieporuszonym głazem? Odyseusz i na to znalazł sposób. Wybrał co najtęższe barany, podzielił je na trójki, każdą trójkę więzami z wikliny tak omotał, że zwierzęta musiały trzymać się razem, a pod ich brzuchami przywiązał swych towarzyszy; ukryci pod kudłami zwierząt byli bezpieczni. Sam na ostatku wlazł pod największego barana, przewodnika trzody, ręce zarzucił mu na grzbiet, cały zwinął się pod wełniastym tułowiem i tak czekał do świtu.
Podstęp udał się. Ślepy Polifem siadł u wrót pieczary i wypuszczając zwierzęta na paszę, obmacywał wokoło dłońmi, żeby mu się nikt z ludzi nie wymknął. Ale dłonie spotykały tylko miękkie, kudłate łby i grzbiety, nigdzie ani śladu ludzkiej istoty. Był przekonany, że Odyseusz i towarzysze nie śmieją się ruszyć ze swego kąta w jaskini, a oni tymczasem razem z baranami wyszli na wolny świat, którego już nie spodziewali się oglądać.
Co tchu zbiegli na wybrzeże, gdzie stał okręt. Oczywiście uprowadzili i barany, które im ocaliły życie; chcieli mieć z nich jeszcze smaczny obiad. Odbijając od brzegu, Odyseusz uczynił rzecz najgorszą: zaczął się głośno przechwalać.
– Hej, Kiklopie! – wołał. – Jeśli ktoś zapyta, kto ci oko wybił, powiedz mu, bezwstydny zbrodniarzu: Odyseusz, sławny wojownik, król Itaki!
Słysząc to, Polifem urwał kawał góry i cisnął w stronę głosu. Chybił; tylko fala, którą wzburzył głaz rzucony, poniosła okręt. Byli już poza zasięgiem jego rąk, ale nie jego klątwy. Polifem zaczął się modlić do Pana Posejdona, wznosząc ręce ku niebu gwiaździstemu:
– Usłysz, Posejdonie, władco ziemi błękitnogrzywy! Jeślim naprawdę twój, jeśli się chlubisz być moim ojcem, daj, by nie wrócił do domu Odys grodoburca, syn Laertesa, rodem z Itaki. A jeśli chce los, by ujrzał on swych bliskich i wszedł do wysokiego domu i do swej ziemi ojczystej, niech późno wraca i w nędzy, po stracie wszystkich towarzyszy, na cudzym okręcie, i w domu niech znajdzie niedolę.
Przekleństwo miało się spełnić do ostatniego słowa. Lecz Odyseusz, wyrwawszy się z takiego niebezpieczeństwa, chociaż ze stratą sześciu towarzyszy, ucztował wesoło na koziej wysepce. Dopiero nazajutrz ruszył dalej przy dobrej pogodzie.
... i jeszcze dziewięć rozdziałów.
W Sparcie panował król Menelaos, który miał za żonę najcudniejszą kobietę na świecie, Helenę. Razu pewnego na dwór spartański przybył gość z dalekich, obcych stron – Parys, syn króla Troi. Był młody, wytworny, z kosztownych strojów poznawało się jego bogactwo, z miłych słów doskonałą ogładę. Wszyscy go polubili. Menelaos nie chciał go puścić. Ważne sprawy zmuszały króla do wyjazdu; prosił więc gościa, by uważał jego dom za własny i pozostał do jego powrotu.
Smutny to był powrót! Zniknął gość, a z nim razem znikła Helena. Nadaremnie król krzyczał, srożył się, groził służbie chłostą i więzieniem. Nikt mu nie umiał powiedzieć, w jaki sposób się to stało: Parys porwał królową i wywiózł część skarbów królewskich.
Rzecz nie do wiary! Wejść do gościnnego domu i uciec z branką i łupem jak korsarz!
Menelaos po całej Grecji rozpuścił posłów, od zamku do zamku, od króla do króla, skarżąc się na gwałt i hańbę, jakich doznał od zamorskiego barbarzyńcy. Zapanowało okrutne wzburzenie. O niczym innym nie mówiło się na lądzie i na wyspach. Prości ludzie, którzy o wiele goręcej biorą do serca zmartwienia królów niż królowie niedolę prostych ludzi, roznamiętniali się przeciw Parysowi co wieczór, po skończonej robocie, w podsieniach domów, na placach publicznych, i przewidywali wojnę.
Królowie już ją postanowili. Pierwszy ujął się za Menelaosem brat Agamemnon, król Myken, panujący nad żyzną równiną we wschodniej części Peloponezu. Inni przyłączyli się chętnie lub z wahaniem, ale ostatecznie każdemu podobała się myśl o dalekiej wyprawie przeciw miastom i ludom nieznanym, gdzie spodziewano się bogatych zdobyczy.
Mało kto słyszał o Troi, wiadomości o niej były niepewne i mgliste. To jednak wystarczało: leżała w Azji, na brzegu tego głębokiego, tajemniczego lądu, gdzie płyną rzeki w korytach o złotonośnym piasku, gdzie żyją stare narody, znające przedziwne sztuki, skąd przychodzą najpiękniejsze tkaniny, wzorzyste kobierce, pachnidła o woni nieznanej ziemskim kwiatom.
W kilka miesięcy Menelaos miał całą Grecję za sojusznika. Bogowie w swych niebiańskich stolicach słyszeli od świtu do nocy stuk młotów kujących miecze, tarcze, pancerze, odgłos siekier ścinających młodziutkie jesiony na drzewce do włóczni i wysokie sosny na maszty, warkot krosien tkających koszule, kaftany i płaszcze dla żołnierzy; budowano świeże okręty, naprawiano stare, z łąk spędzano tabuny koni, które rżały na dobrą wróżbę.
Miejsce spotkania wyznaczono w Beocji, pod miastem Aulis, gdzie port obszerny mógł pomieścić wielką flotę. Na równinie zbierały się wojska, których z każdym dniem przybywało.
Z wyspy Salaminy przyjechał Ajas, syn Telamona, olbrzymiego wzrostu i niezwykłej siły, ze swoim bratem, Teukrem, łucznikiem niechybnym; z niedalekiej Lokris wąwozami przedarł się drugi Ajas, syn Oileusa, w płóciennym pancerzu, niezrównany w sztuce rzucania dzidą; świetny Diomedes, król Argos, nadpłynął z osiemdziesięciu okrętami, a z żyznej Ftyi wyszedł młody Achilles, syn bogini morskiej Tetydy i króla Peleusa, w złocistej zbroi, jasny jak słońce. Sypali się z sąsiedztwa: Beoci i Fokejczycy, Ateńczycy i Abanci, i ludzie mieszkający w chłodnym Epirze, i Arkadyjczycy spod śnieżnych wierchów, każdy szczep ze swoimi książętami. Wreszcie z najdalszych stron: z Pylos, patrzącego ku zachodniemu morzu, nadciągnął stary Nestor, towarzysz dawnych bohaterów, niezastąpiony na radzie wodzów; ze skalistej Itaki mądry Odyseusz; a nawet z Krety król Idomeneus i z jeszcze odleglejszego Rodos dzielny Tlepolemos, syn bogom równego Heraklesa.
Niepodobna wszystkich wyliczyć. W porcie aulidzkim kołysało się tysiąc sto osiemdziesiąt sześć okrętów, wszystkich wojowników było około stu tysięcy. Naczelne dowództwo powierzono bratu Menelaosa, Agamemnonowi, który miał najliczniejsze wojsko.
Gdy wszystko już było gotowe do drogi, złożono ofiarę na wybrzeżu, pod starym klonem, u źródła. Nagle, w czasie ofiary, zdarzyła się rzecz zdumiewająca. Spod ołtarza wypełzł wąż i zaczął się wspinać na drzewo. Tam, ukryte w gałęziach, było gniazdo ptasie. W gnieździe ośmioro małych, a samiczka dziewiąta. Wąż pożarł pisklęta, jedno po drugim, na koniec zaś matkę, która w rozpaczliwym locie krążyła nad gniazdem. Ale w tej samej chwili wąż skamieniał i tak został na drzewie martwy, nieruchomy, jakby przyrósł do pnia.
Był to znak bogów. Wróżbita Kalchas tak go objaśnił:
– Jak ten wąż pożarł osiem piskląt, a z nimi matkę, tak my wojować będziemy dziewięć lat, a w dziesiątym roku odniesiemy zwycięstwo. – Niewesoła to była wróżba, chociaż zapowiadała pomyślny wynik. Pocieszano się, że wróżbici niekiedy się mylą; dziesięcioletnia wojna nikomu się nie uśmiechała.
Skoro więc wylądowali na azjatyckim brzegu, wysłali do Troi poselstwo w nadziei, że spór da się załatwić ugodą. W poselstwie poszedł Menelaos z Odyseuszem. Domagali się oddania Heleny i zrabowanych skarbów. Nic słuszniejszego! I rzeczywiście znaleźli się wśród Trojan ludzie rozsądni i sprawiedliwi, którzy radzili naprawić krzywdę wyrządzoną przez kaprys królewicza.
Lecz głos rozsądku rzadko bywa wysłuchany. Istniała druga partia, zapalczywa, namiętna, zuchwała. Krzyczeli, że co raz zdobyte, jest własnością państwa i narodu; że oddać – to obrazić dynastię królewską; że to ubliża dumie narodowej, by za lada pogróżką ustąpić, okazać słabość.
– Jesteśmy dość silni – mówili – nie boimy się nikogo! – W miarę jak oni gadali, zapominano powoli, o co właściwie chodzi, i cała Troja dała się porwać pragnieniu wojny; najlichszy poddany chciał się bić, jakby doznał jakiejś krzywdy od Greków, których nigdy nie widział.
I tak wybuchła wojna z błahego powodu – o porwaną kobietę.
...i jeszcze pięć rozdziałów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
[1]
Pismo linearne odczytano w latach 50. XX wieku (przyp. red.).
[2]
Po grecku: „ludzie jedzący lotos”.
