Przeszukanie w muzeum - Alhierd Bacharewicz - ebook
NOWOŚĆ

Przeszukanie w muzeum ebook

Bacharewicz Alhierd

0,0

Opis

Opis:

„Przeszukanie w muzeum” stanowi zbiór opowiadań połączonych wspólnym tematem: masowymi protestami na Białorusi. Nie jest to jednak książka dokumentalna, lecz próba opowiedzenia o zduszonej białoruskiej rewolucji poprzez umieszczenie wydarzeń w wymiarze mitologicznym i zastosowanie artystycznych środków narracyjnych. Bohaterami książki są funkcjonariusze represji i sędziowie, cenzorzy i protestujący, przypadkowi uczestnicy i więźniowie, emigranci oraz ci, którzy „przewrócili stronę”. Książka została napisana na podstawie osobistych doświadczeń autora, który wraz z żoną, Julią Cimafiejewą, był uczestnikiem wydarzeń 2020 roku.

O Autorze:

Alhierd Bacharewicz (ur. 1975 r. w Mińsku) – uznany białoruski pisarz. Autor licznych powieści, zbiorów opowiadań i esejów, a także książki poetyckiej. Dwie powieści – „Psy Europy” oraz „Ostatnia książka pana A.” – zostały uznane na Białorusi za materiały ekstremistyczne i zakazane; w praktyce większość jego twórczości jest tam wciąż objęta cenzurą. Na podstawie jego utworów powstały spektakle Białoruskiego Wolnego Teatru oraz niezależnej grupy Kupałowcy. Jego książki ukazywały się w przekładach m.in. w Niemczech, USA, Szwecji, Ukrainie, Francji, Wielkiej Brytanii i Rosji. W Polsce ukazał się jego zbiór opowiadań „Talent do jąkania się” (2008) i zbiór felietonów „Mały leksykon medyczny według Bacharewicza” (2017) oraz powieść „Sroka na szubienicy” (2021). Laureat cenionej na Białorusi nagrody Gliniany Weles (2002). W 2006 r. wygrał sondaż portalu Nowa Europa na najlepszego białoruskiego pisarza. Czterokrotny laureat konkursu Nagroda Literacka im. Jerzego Giedroycia (2012, 2013, 2015, 2016). Za swoje opus magnum, powieść „Psy Europy” wydaną w niemieckim przekładzie (2024), otrzymał Lipską Nagrodę Książkową na rzecz Porozumienia Europejskiego (2025). Od końca 2020 r. przebywa na emigracji. Obecnie mieszka w Berlinie.

O Tłumaczu:

Bohdan Zadura (ur. 1945 w Puławach) – poeta, prozaik, krytyk literacki, tłumacz. Ukończył studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował w 1962 r. na łamach miesięcznika „Kamena”. W latach 1970–1977 pracownik muzeum w Kazimierzu Dolnym, w latach 1977–1987 kierownik literacki lubelskiego Teatru Wizji i Ruchu, w latach 1980–2004 redaktor kwartalnika literackiego „Akcent” (1980–2004); w latach 1983–2004 redaktor miesięcznika literackiego „Twórczość”, w latach 2004–2020 redaktor naczelny „Twórczości”. Współzałożyciel i wiceprezes zarządu Wschodniej Fundacji Kultury „Akcent”. Tłumaczył z języka angielskiego, rosyjskiego, węgierskiego i ukraińskiego (m.in. utwory Jurija Andruchowycza, Andrija Bondara, Andrija Lubki, Wasyla Słapczuka). Laureat licznych nagród literackich, w tym Nagrody im. Stanisława Piętaka (1994), Nagrody im. Józefa Czechowicza (2010), Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius (2011), Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. H. Skoworody (2014), Nagrody im. C.K. Norwida (2015), Nagrody artystycznej miasta Lublin (2018), Nagrody Drahomán Prize (2022), wyróżniony tytułem Ambasadora Wschodu (2023), finalista Nagrody Ossolineum za najlepszy przekład poetycki książki „Autoportret w postaci pestki awokado” Julii Cimafiejewej w 2025 roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 178

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Piotrowi i Julii M., i wszystkim, którzy są w niewoli

Bin ich verurteilt, so bin ich nicht nur verurteilt zum Ende, sondern auch verurteilt, mich bis ins Ende hinein zu wehren. Kafka

Przedmowa autora

Pewnego razu historia przychodzi do ciebie i zabiera cię ze sobą. Dzieje się tak z krajami, dzieje się tak z książkami, dzieje się tak z ludźmi.

Historii nie da się zakazać. Można zegara pozbawić wskazówek, można sprawić, że będą kręciły się do tyłu, można wymyślić swój własny czas i ogłosić go jedynym właściwym, karząc tych, którzy ośmielą się w to wątpić. Historia mimo wszystko pewnego razu wedrze się tam, gdzie zaocznie skazano ją na nieistnienie. Kara za arogancję i manię wielkości będzie okrutna. Ci, którzy wyobrażali sobie siebie jako bogów, panów czasu, spadną w otchłań. Ciągnąc za sobą nas.

Ta książka została napisana w 2022 roku w Grazu w Austrii, choć jej pomysł narodził się znacznie wcześniej. Pierwsze jej wątki rozbłysły w sierpniu 2020 roku. Ty i ja mieszkaliśmy wtedy w Mińsku, który nagle zapełnił się ludźmi i przemówił – i szliśmy z tymi ludźmi ulicami i alejami, żeby powiedzieć „nie” kłamstwu i przemocy, żeby w końcu wbić osikowy kołek w trupa dyktatury.

To było jak wypędzanie diabła, jednocześnie przypominało karnawał i krucjatę, było pożegnaniem pokory. To był zdumiony własną odwagą i siłą, żywy i wolny Mińsk – a nad nim, na masztach wysokich flag, wisiało oślepiające, ostatnie słońce.

Nasz Mińsk – niebieski, lazurowy, turkusowy jak jego niebo, jak wieczory w jego oknach, jak tarcza z wizerunkiem Matki Boskiej.

Nasz Mińsk – biały, i czerwony, i biały, i czerwony, i…

A potem była jesień. Szara, ciężka jak ludzki oddech w ciemności. Szliśmy. Biegliśmy. Krzyczeliśmy. Kłóciliśmy się. Przytulaliśmy się i budziliśmy, słysząc kroki na klatce. Ty czytałaś wiersze na placach. Ja pisałem o faszyzmie, pisałem o „nas” i o „nich”. Nas przepełniał gniew i przerażenie. Ich ślepa złość. Oni zasłaniali twarze. A my nie.

Nie idź, mówiłem – i podążałem za tobą, raz po raz. Nie, mówiłaś. Musimy iść. Cokolwiek by było – iść. Nic nie będzie. Nasz świat się skończy. Ale historia nie czeka na tych, którzy udają, że jej nie ma.

Widzieliśmy to. Byliśmy tam. Tego nikt nam nie odbierze.

W tamtym Mińsku łapano ludzi.

W tamtym Mińsku torturowano ludzi.

W tamtym Mińsku zabijano ludzi.

W tamtym Mińsku polowano na ludzi.

W tamtym Mińsku ludzie bali się, padali i krzyczeli – ale szli.

Tamten Mińsk wkrótce zostanie zapomniany, zalany krwią, zasypany czarnym strachem, zabity. Ale on był i nikt nie ma prawa powiedzieć, że to nie tak.

Pod koniec tamtego roku wyjechaliśmy. Teraz czekały na nas wieści, wieści, wieści. O tych, którzy zostali. O tych, którzy już się nie doczekają. O tych, którzy wierzą. Wieści i wspomnienia. Czekały na nas stacje i wagony, hotele i lotniska – podróż, w której nie ma celu ani stacji końcowej. Języki, nazwy, sceny i krajobrazy – podróż, której sens zawiera się w trzech słowach: „żyć” i „pisać dalej”.

Ta książka nie jest dziennikiem ani zbiorem świadectw. To zbiór opowiadań, czyli – literatura, czyli – bajka, czyli – słowa, których mogłoby nawet nie być.

Dlaczego ta książka pojawiła się na świecie?

Dlatego że pisanie książek jest interesujące; nigdzie nie ukryjemy się przed radością i bólem tworzenia, przed władzą języka i wyobraźni. Dlatego że literatura zmienia nas, autora i czytelników – każdym słowem, wypowiedzianym w sposób, w jaki nikt inny tego wcześniej nie zrobił.

Dlatego że jest ważne, aby nadać prawdziwemu ludzkiemu doświadczeniu wymiar mityczny, legendarny – tylko w ten sposób można je zrozumieć i zapamiętać.

Dlatego że chcę, żeby świat wiedział – nawet po naszej śmierci – co było w Mińsku w 2020 i 2021 roku. Jak tam żyliśmy, co czuliśmy, jak cierpieliśmy, jak wątpiliśmy i wierzyliśmy, jak minęły nasze dziwne dni – dni ludzi, do których domu kiedyś przyszła historia.

Dlatego że chcę, żeby o tamtych dniach i o Białorusi nie zapomnieli ani my sami, ani świat. Aby ludzie w więzieniach wiedzieli, że ich ofiara nie poszła na marne.

Dlatego że najlepszą odpowiedzią dla katów i sędziów, którzy zakazują książek i je niszczą, jest pisanie nowych wierszy, powieści i opowiadań, bez strachu i cenzury, ostrych jak noże, precyzyjnych jak sekundniki, złych jak nasze przekleństwa w porannym mroku obcych miast.

Dlatego że chcę znowu zobaczyć siebie i nas – sam na sam. Jak to wszystko stało się możliwe? Co mamy zrobić z naszą niedawną przeszłością? Z naszymi wrogami i z tymi, którzy pocieszają się swoją „apolitycznością”? Z tymi, którzy służą władzy – i z duchami naszego dawnego równoległego do władzy życia. Z naszymi ranami, z wyrwanymi dziurami po tej stronie serca, gdzie człowiek powinien mieć dom, przyjaciół, bibliotekę, dzieci, kota lub psa, cichy śmiech i wiarę w siebie.

Dlatego że chcę wspierać wszystkich, którzy nadal stawiają opór – i czynią to słowem i czynem, myślą i solidarnością. Albo przynajmniej nie uczestnicząc w zbrodniach i propagandzie. Tym, którzy wierzą w inną Białoruś.

Dedykuję tę książkę wszystkim tym, którzy potwierdzają wartość zbiorowej wolności kosztem wolności własnej. Więźniom białoruskich więzień.

Wiem, że nasze jutro zależy od naszego oporu. Gdziekolwiek byśmy nie żyli i w jakiekolwiek nieznane nie wciągałaby nas historia. Nas, uzbrojonych jedynie we własną pamięć, cichy język i obowiązek życia.

Zug, marzec 2023 r.

Iluminacja

Ulica, przy której M. niespodziewanie zamieszkał tego lata, nigdy nie należała ani do jego ulubionych, ani do dobrze mu znanych. Nigdy też, o ile pamiętał, nie łączyło go z nią nic nieprzyjemnego. A była to stara mińska ulica, można powiedzieć: historyczna, starożytna, strasznie ciekawa, można nawet nazwać ją stryjeczną siostrą głównego prospektu. Jednak nie miał żadnych związanych z nią wspomnień, żadnego obrazu – tak się jakoś złożyło, że jego życiowe drogi zawsze biegły poza nią, zawsze ją omijały, jakby ta ulica w tajemnicy zachowana była dla M. na potem, na później, na post scriptum, na deser.

Bywa tak, że twoje rodzinne miasto rośnie szybciej niż ty. Możesz przeżyć w nim całe swoje życie i nie naspacerować się po jego ulicach jak należy, i nie zobaczyć wszystkich jego słynnych miejsc i całego jego wstydu, bo nie masz kiedy. Znasz swoje miasto tylko od strony jego intymnych miejsc, mieszkasz w nim tam, gdzie ktoś cię zna, gdzie ktoś na ciebie czeka i być może z rzadka kocha.

Wszystko inne jest naciągane, to fatamorgana z internetowych stron poświęconych nieruchomościom. A ty sam jesteś nieruchomy przez większość swojego życia. Wydaje ci się, że cały czas gdzieś pędzisz, a spojrzysz na plan miasta, porównasz z tym, jak się przemieszczasz – i widzisz, że latami drepczesz w miejscu. Zatem i ta ulica dla M. wcześniej jakby nie istniała. Póki pewnego razu nie otworzył oczu i nie zobaczył jej tak blisko, że od razu ją rozpoznał.

Na tej ulicy M. nigdy nie miał przyjaciół ani znajomych, ani kochanek, u których mógłby przenocować, ani szefów czy po prostu osób, które choćby słyszały o jego istnieniu – nikogo i niczego. I nawet kiedy los już zanosił M. na tę ulicę – to próbował przemieścić się pod nią. Tak, dokładnie pod tą ulicą przechodziło metro, to samo metro, od którego w nowym mieszkaniu M. drżały ściany i które zmuszało mrówki, by biegały trochę szybciej.

Każdego dnia M. czuł, jak wibruje pod nim drewno, jak ziarnka piasku przesypują się i odsłaniają pustkę, jak asfalt cicho buczy niby głuchoniemy. Metro pod tą ulicą wykopano wkrótce po jego narodzinach. Czyż M. mógł sobie wyobrazić w tamtych sowieckich, somnambulicznych czasach, jeżdżąc w nowiusieńkich wagonach z rodzicami tu i tam i zaciskając w pięści błyszczące pięciokopiejkowe monety (specjalnie rozmieniali rubel na tę trzęsącą się atrakcję), że kiedyś tu osiądzie i ojciec będzie przychodzić do niego dorosłego w gości i rozglądać się w poszukiwaniu, co by tu poprawić, co przybić czy wygładzić, żeby było mu tutaj dobrze, niegorzej niż u innych? Bo sam M. nigdy nie umiał się urządzić, na żadnej ulicy, nigdzie.

Ta ulica nazwę miała niemal ewangeliczną. W dzieciństwie M. nazywała się na cześć bolszewickiego kata, ale kiedy Związek Radziecki upadł, ulicę przemianowano i dotąd nie było jasne, dlaczego właśnie ten kat został skazany na toponimiczną śmierć, podczas gdy inni, ułaskawieni przez Komitet Wykonawczy Miasta Mińska, jakby nigdy nic nadal żyli na tablicach i mapach. Zresztą ewangeliczna nazwa również odnosi się do katów. Wszystko na ziemi kręci się wokół ofiar i oprawców.

Ulica, przy której zamieszkał tego lata… Dobra ulica. W prestiżowej, zielonej dzielnicy. Historyczna zabudowa. Nie jakieś chuchry-muchry, jak mawiała jego matka. Chuchry i muchry zaczynały się dalej, a jego ulica była pomiędzy Puszkinowską i Młodzieżową. Ulica marzenie poety. Elitarne osiedle na wzgórzu, w cieniu drzew, od świtu śpiewały ptaki. Sąsiedzi prawie sami zasłużeni ludzie. Zaledwie kilka metrów od M. mieszkał pełny pułkownik. Trochę dalej artystka ludowa, zasłużona działaczka kultury. Teren ogrodzony. Własna ochrona. Autobusy, trolejbusy, minibusy. Do centrum można było dojść piechotą. Ale do centrum nie było im wolno.

Ulica, na którą nie zasłużyłem, myślał M. Artystka zasłużyła, on – nie. A wszystko to dzięki wujkowi, człowiekowi z koneksjami, to on załatwił tę ulicę dla M. Zawsze mówił, że jestem porażką i hańbą dla naszej rodziny, myślał M., uważał, że nic pożytecznego ze mnie nie wyrośnie. Pewnie dlatego znalazł dla mnie to miejsce. Żeby wreszcie mieli chociaż jakiś powód do dumy. Nikt z naszej rodziny nigdy nie mieszkał na tej pięknej ulicy, pomyślał M., wszyscy, wszyscy stłoczeni w mrowiskach, w chuchrach-muchrach na obrzeżach. W swoich fatamorganach. A teraz jeżdżą do mnie, jak na święta, myślał M. Cała nasza rodzina nareszcie zbiera się razem, myślał, czekając. Tutaj, u mnie. Choćby dla tego warto było się tutaj przeprowadzić.

Ulica, przy której zamieszkał tego lata… Nie, kto by mógł pomyśleć? Z pewnością dawno domyśliliście się, o jaką ulicę chodzi, jesteście z Mińska. Komu innemu przyszłoby do głowy czytać tę książkę? A jeśli nie jesteście z Mińska, to bywaliście tam, i to zapewne nieraz. No? Prawidłowo. Na K się zaczyna, na…

Kończy się. Wszystko kiedyś się kończy. Skończyło się lato, minął wrzesień, a on wciąż czekał. Jak wszyscy, co tutaj żyli. Nie czekało tylko drzewo obok jego nowego domu, ono dawno zrzuciło liście, i teraz M. bawił się tym, że próbował sobie przypomnieć, jak one pachną – mokre, zwiędłe, martwe liście pod stopami, gdy idziesz przez pusty cmentarz i palisz, wydmuchujesz dym we mgłę. Zaczęły się deszcze – zgodnie z planem, przychodziły na tę opustoszałą ulicę i odchodziły z dokładnością trolejbusu, z cyklicznością kary. Tymczasem w mieście coś się działo. Latem M. usłyszał daleko za domami po drugiej stronie ulicy eksplozje udające burze – te wybuchy słychać było raz za razem, a trolejbusy często stały godzinami przy płocie, za którym znajdowała się jego nowa rezydencja. Ludzie zaczęli chodzić grupkami po ich ulicy, a ich chód stawał się coraz bardziej energiczny i niespokojny. Trolejbusy były zatłoczone, a ulicą, wyprzedzając je, codziennie pędziły samochody z żołnierzami wojsk wewnętrznych, których nigdy tu wcześniej nie widziano. Od początku jesieni nikt już nie przychodził do M. – jedynie mama kiedyś wpadła, na krótko, tylko po to, by oczyścić teren z liści i wytrzeć kamienną twarz M. Zmieniła kwiaty w bukiecie i trochę popłakała – a pułkownik i artystka westchnęli obok z czułością, bo dawno nikt ich nie odwiedzał, a mama myślała, że to wiatr ostrzega ją przed burzą – otworzyła parasolkę i poszła. M. patrzył na nią – szła na przystanek autobusowy, pochylona, w płaszczu przeciwdeszczowym z tyłu zabrudzonym błotem, a on chciał ją dogonić i zetrzeć ten brud. Mama jechała do miasta – i z jakiegoś powodu bał się o nią.

To było w sobotę, w niedzielę przyleciała do niego mewa. Te krzykliwe ptaki żyły dość daleko stąd, na rzece, jednak z jakiegoś powodu lubiły nie rzekę, ale zaciszne miejsca obok centrum. Jadły to, co zostawili goście, chodziły po alejkach, polując na robaki. Mewy też na coś czekały. Koło głównego wejścia wznosił się kościół – mewa najpierw siadała na krzyżu, rozglądała się, a potem leciała do M. i czyściła doszczętnie wszystko, co tylko mogła znaleźć. Pułkownik mew nie lubił – kiedyś przyznał się M., że na swojej daczy do nich strzelał. A teraz nie może sobie przypomnieć, jak się ładuje strzelbę. M. patrzył na mewę, a ona nagle się zatrzymała i wzleciała na nagie drzewo, spoglądając w stronę ulicy. Bo stamtąd, od strony centrum, dochodził jakiś szum. Szum się zbliżał – jakby całe miasto teraz szło do nich w gości. Trolejbusy zamarły. Zaczął padać deszcz.

M. lekko wzniósł się nad ziemię i zobaczył, że ulicą idą ludzie. Były ich dziesiątki, potem te dziesiątki pokonały wzgórze i za nimi zjawiły się setki, a teraz już tysiące szły jego ulicą. Kiedy M. spróbował wznieść się wyżej, uświadomił sobie, ile naprawdę tych tysięcy jest. Było ich więcej, niż mógł sobie wyobrazić – nigdy jeszcze w tym mieście nie maszerowało tylu ludzi, spływali ze wzgórza jak rzeka, jak powódź, różnorodni i zwarci w swojej gęstości, jak benzyna rozlana w kałuży, pierwsi z nich zbliżali się już do żelaznego płotu.

Pułkownik i zasłużona działaczka kultury unosili się w pobliżu – M. widział, że w oddali wznosi się coraz więcej jego sąsiadów. Nigdy wcześniej razem nie wspięli się tak wysoko. W wilgotnym powietrzu, nad ostrymi gałęziami drzew, wyrastały przezroczyste bańki, które widziały tylko mewy.

Nad ludźmi, którzy zablokowali ulicę, powiewały mokre od mżawki flagi. Ludzie krzyczeli – raz po jednej, raz po drugiej stronie tego niekończącego się pochodu wznosił się okrzyk i zawisał w deszczu, przebijając się przez jego szare nitki, a potem leciał do otwartych okien i balkonów i te bezładne okrzyki niekiedy zlewały się w coś tak wyraźnego, że M. zaczął rozumieć słowa.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Przedmowa autora

Iluminacja

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji