Prezes Tata - Helena Leblanc - ebook

Prezes Tata ebook

Leblanc Helena

4,7

105 osób interesuje się tą książką

Opis

„Koszula, krawat, garnitur. Codzienny strój prezesa firmy. Patryk nie lubił sztywnych ubrań, ale w pewien sposób czuł się bezpiecznie, wpasowany w oficjalny dress code. Nie przyciągał uwagi, nie narażał się na skrajne oceny. Po prostu wyglądał tak, jak tego od niego oczekiwano”.

***

Patryk Pilarczyk, programista i odludek, niespodziewanie odniósł sukces zawodowy. Firma, którą założył od podstaw i rozwinął, zaczęła przynosić większe zyski. Jako prezes stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości.

Choć mężczyzna jest przystojny i bogaty, nie umie nawiązywać wartościowych relacji. Pierwsza kobieta, na której widok szybciej zabiło mu serce, okazuje się zupełnie z innej bajki, a druga… wybiera innego. Kiedy Patryk stara się zawalczyć o szczęście, na drodze staje mu przeznaczenie. Pewnego zimowego wieczoru dawno zapomniana kobieta, z którą spędził jedną noc, podrzuca mu nowo narodzone dziecko i znika…

Całe życie mężczyzny staje na głowie. Patryk stawia czoła nowemu wyzwaniu i próbuje pogodzić opiekę nad dzieckiem z prowadzeniem firmy, zderza się z instytucjami i musi starać się o prawa rodzicielskie w sądzie, mając niewielu sprzymierzeńców. Na własnej skórze przekonuje się, jak to jest być samotnym ojcem w Polsce. Mimo to walczy, bo pierwszy raz w życiu ma kogoś, na kim mu zależy.

Czy przeznaczenie szykuje dla niego jeszcze jakieś niespodzianki?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 373

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (3 oceny)
2
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AnnaK1983

Dobrze spędzony czas

Współpraca reklamowa ✨RECENZJA✨ 💜Tytuł: "Prezes tata" cykl "Przeznaczenia" t.3 💜Autorka: Helena Leblanc 💜 Wydawnictwo Litera Inventa 💜Premiera: 16.02.2026r "Przez cały dzień się zastanawiał, co by było, gdyby jego życie potoczyło się inaczej. Nie umiał skupić się na pracy, kiedy dotarło do niego, że wystarczyło raz zupełnie inaczej pokierować swoimi wyborami i nigdy nie miałby syna" 👨Patryk Pilarczyk to Prezes Legonomic Industries. Firma dobrze prosperuje, rozwija się. Życie mężczyzny jest spokojne i poukładane. Cieszy się zainteresowaniem płci przeciwnej. Kobiet jest wiele; są dla niego tylko niezobowiązującymi spotkaniami, często jednocnymi przygodami. Bez uczuć, nawiązywania głębszych relacji. Jedna z tych "przygód", zjawia się na progu jego domu, dzień przed walentynkami. Ale nie jest sama. Marice towarzyszy noworodek. Kobieta oznajmia Patrykowi, że jest jego ojcem. Zostawia dziecko pod jego opieką tylko "na chwilę", z obietnicą powrotu za dwa tygodnie. To całkowicie z...
00
Joannaswiss

Nie oderwiesz się od lektury

Ten dzień skończył się ciszą, która bolała bardziej niż hałas. 💜 Przedpremierowa Recenzja Patronacka 💜 @helenaleblancautor @studio_litera.inventa #wspópracareklamowa Zmęczenie. Takie prawdziwe, które nie mija po przerwie ani po kawie. To było pierwsze uczucie, które zostało ze mną po tej książce. Nie wzruszenie, nie zachwyt, nie klasyczne „wow”. Zmęczenie i to właśnie ono sprawiło, że „Prezes Tata” zapadł mi w głowę głębiej, niż się spodziewałam. Podczas czytania czułam narastający ciężar. Nie dramatyczny, nie przesadzony, tylko ten codzienny, wynikający z odpowiedzialności, której nie da się odłożyć na jutro. Ta historia nie próbowała mnie przekonać, że wszystko będzie dobrze. Ona raczej pyta, ile człowiek jest w stanie udźwignąć, zanim zacznie się łamać i robi to bardzo cicho. Bez wielkich deklaracji, bez grania na łatwych emocjach. Uważam, że są momenty, w których czytanie o czyimś chaosie zmusza do spojrzenia na własne granice. Na to, jak często wymagamy od siebie więcej, niż ...
00



Co­py­ri­ght ©2026 by He­le­na Le­blanc

Co­py­ri­ght ©2026 by Li­te­ra In­ven­ta

Wy­da­nie pierw­sze, 2026

Re­dak­cja: Aga­ta Bo­gu­sław­ska

Pierw­sza ko­rek­ta: Jo­an­na Kry­sty­na Ra­dosz

Dru­ga ko­rek­ta: Re­na­ta No­wak

Skład, ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie ebo­oka: Mi­chał Bog­da­ński

Pro­jekt okład­ki: Agniesz­ka Ma­kow­ska

Źró­dło ob­ra­zu: fre­epik.com

ISBN: 978-83-67355-31-5

© Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ksi­ążka ani jej frag­men­ty nie mogą być prze­dru­ko­wy­wa­ne ani w ża­den inny spo­sób re­pro­du­ko­wa­ne lub od­czy­ty­wa­ne w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra lub wy­daw­cy.

© All ri­ghts re­se­rved

stu­dio­_li­te­ra.in­ven­ta@outlo­ok.com

Prolog

Maj 2019

– Je­steś kró­lem, sze­fie! Mamy naj­lep­sze­go pre­ze­sa pod sło­ńcem! – wi­wa­to­wa­li pra­cow­ni­cy Le­go­no­mic In­du­stries.

Nie­daw­no oka­za­ło się, że ich fir­ma wy­gra­ła kon­trakt na do­sta­wę no­wych ro­bo­tów do spa­wa­nia pre­cy­zyj­ne­go dla ja­po­ńskie­go kon­cer­nu Toy­oda Mo­tors. Z tej oka­zji Pa­tryk Pi­lar­czyk zor­ga­ni­zo­wał dla swo­ich pra­cow­ni­ków i ich ro­dzin ogrom­ny fe­styn in­te­gra­cyj­ny.

– Dzi­ęku­ję – od­po­wie­dział do mi­kro­fo­nu, sto­jąc przed spo­rą gru­pą lu­dzi, któ­rzy ze­bra­li się w umó­wio­nym miej­scu. – To rów­nież wa­sza za­słu­ga, że ogrom­ny świa­to­wy kon­cern nas do­ce­nił. Te­raz będzie­my mu­sie­li pra­co­wać jesz­cze ci­ężej, ale bez­ro­bo­cie nam nie gro­zi przez kil­ka naj­bli­ższych lat, więc je­śli chce­cie brać kre­dy­ty czy pla­nu­je­cie wi­ęk­sze wy­dat­ki, to jest do­bry mo­ment – za­żar­to­wał.

Pa­tryk wła­śnie to uczy­nił. Tuż po pod­pi­sa­niu umo­wy z po­ten­ta­tem bra­nży mo­to­ry­za­cyj­nej ku­pił wil­lę. Wła­ści­wie sam nie wie­dział, po co mu tak duży dom, ale pa­mi­ętał, że jego mama za­wsze o ta­kim ma­rzy­ła, i cie­szył się, że stać go na coś, na co jego ro­dzi­ce nie mo­gli so­bie po­zwo­lić ani w jego wie­ku, ani pó­źniej. Te­raz oj­ciec już nie żył, a mama zo­sta­ła sama w miesz­ka­niu, z któ­rym łączy­ły ją całe ży­cie i wszyst­kie wspo­mnie­nia. A on miał wiel­ką wil­lę, tyl­ko dla sie­bie.

– Baw­cie się, to jest wasz czas – ży­czył wspó­łpra­cow­ni­kom. – Od po­nie­dzia­łku za­czy­na się ci­ężka pra­ca, ale my­ślę, że ka­żde­mu się to opła­ci. Jesz­cze raz wam dzi­ęku­ję!

Pa­tryk na ró­żnych kur­sach ode­brał kil­ka lek­cji pod­staw psy­cho­lo­gii oraz za­rządza­nia za­so­ba­mi ludz­ki­mi, bo od dziec­ka był ra­czej nie­śmia­ły i kiep­sko ra­dził so­bie z na­wi­ązy­wa­niem zna­jo­mo­ści. A je­śli cho­dzi­ło o prze­ma­wia­nie do du­żej licz­by osób, to szło mu jesz­cze opor­niej. Tym ra­zem prze­sze­dł sam sie­bie, ale i oka­zja była wy­jąt­ko­wa. Jesz­cze nie­daw­no głów­ny in­ży­nier we wła­snej fir­mie pro­du­ku­jącej ro­bo­ty prze­my­sło­we, a te­raz pre­zes za­rządu spó­łki, któ­ra we­szła na gie­łdę i zo­sta­ła od razu okrzyk­ni­ęta od­kry­ciem se­zo­nu.

Od­da­lił się od naj­wi­ęk­sze­go sku­pi­ska lu­dzi i sta­nął z boku. Ode­tchnął z ulgą.

– Może piwo?

Głos na­le­żał do ład­nej blon­dyn­ki ubra­nej w uni­form ho­stes­sy fir­my ka­te­rin­go­wej, któ­ra zo­sta­ła za­an­ga­żo­wa­na do or­ga­ni­za­cji im­pre­zy.

– Nie, dzi­ęku­ję, nie piję w pra­cy – od­po­wie­dział uprzej­mie.

– Ale prze­cież to im­pre­za in­te­gra­cyj­na – zdzi­wi­ła się.

– Nie dla mnie. Ja je­stem za wszyst­ko od­po­wie­dzial­ny.

– To ty zor­ga­ni­zo­wa­łeś im­pre­zę, a te­raz mu­sisz pil­no­wać po­rząd­ku w trze­źwo­ści? Faj­ną masz ro­bo­tę. – Za­śmia­ła się. – Nie za­zdrosz­czę.

– Nie, je­stem tu pre­ze­sem, mu­szę się pre­zen­to­wać przed lu­dźmi – od­pa­rł spo­koj­nie, chcąc uci­ąć te­mat.

Blon­dyn­ka jed­nak drąży­ła.

– To może bez­al­ko­ho­lo­we? Mamy w lo­dów­ce parę bu­te­lek Free. Nie wiem, kto to za­ma­wia na im­pre­zę, ale u was jest.

– Pro­szę mi przy­nie­ść jed­ną. – Pa­tryk wes­tchnął. Chciał się już uwol­nić od iry­tu­jącej ho­stes­sy. Co złe­go było w tym, że wo­lał przez chwi­lę po­stać sam, z dala od lu­dzi?

Nie­dłu­go ho­stes­sa wró­ci­ła z pi­wem bez­al­ko­ho­lo­wym dla nie­go. Uśmie­cha­ła się przy tym tak pro­mien­nie, że w ko­ńcu na­wet jemu udzie­lił się jej do­bry hu­mor.

– Pro­szę, bez­al­ko­ho­lo­we raz – po­wie­dzia­ła, po­da­jąc mu bu­tel­kę.

– Dzi­ęku­ję.

Pa­tryk upił łyk. Przy­jem­nie zim­ne piwo sma­ko­wa­ło lek­ką go­rycz­ką. Ni­g­dy nie był fa­nem tego trun­ku, ale na im­pre­zie in­te­gra­cyj­nej w ple­ne­rze nie po­da­wa­no zwy­kle wina. Świe­żo upie­czo­ny pre­zes wie­dział, że jego lu­dzie za­czną so­bie nie­dłu­go po­zwa­lać na wi­ęcej i za­nim się ściem­ni, z ple­ca­ków i to­reb po­wy­cho­dzą w ta­jem­ni­czy spo­sób bu­tel­ki cze­goś moc­niej­sze­go. Nie za­mie­rzał się w to mie­szać. To był wiel­ki dzień dla ich fir­my, mie­li co świ­ęto­wać. A Pa­tryk się cie­szył, że oni świ­ęto­wa­li ra­zem z nim.

Na go­dzi­nę osiem­na­stą za­pla­no­wa­no wy­stęp gru­py ta­ńca no­wo­cze­sne­go. Pa­tryk dłu­go my­ślał nad tym, co spodo­ba­ło­by się jego za­ło­dze, i do­sze­dł do wnio­sku, że gdy­by to była im­pre­za dla sa­mych pra­cow­ni­ków, jego in­ży­nie­ro­wie ucie­szy­li­by się pew­nie z po­ka­zu ta­ńca na ru­rze. Sko­ro jed­nak za­pro­sił tam ich żony i dzie­ci (a w nie­licz­nych przy­pad­kach mężów i dzie­ci), po­sta­wił na coś bar­dziej kon­wen­cjo­nal­ne­go. Sam był wiel­kim fa­nem ta­ńca, i to od dziec­ka. Wy­stępo­wał na­wet kie­dyś w ze­spo­le pie­śni i ta­ńca lu­do­we­go, co sta­no­wi­ło je­dy­ną oka­zję, żeby za­pre­zen­to­wać się na sce­nie w gru­pie. To do­da­wa­ło ani­mu­szu nie­śmia­łe­mu chłop­cu.

Po­trząsnął gło­wą. Daw­no nie był już ma­łym nie­śmia­łym chłop­cem. Stał się mężczy­zną, któ­ry od­nió­sł suk­ces. Od kie­dy na jego kon­cie po­dwo­iła się licz­ba zer, na­gle za­ro­iło się wo­kół nie­go od za­in­te­re­so­wa­nych ko­biet. Miał pew­no­ść, że ta na­mol­na ho­stes­sa jesz­cze do nie­go po­dej­dzie tego wie­czo­ru. Chęć za­ba­wy wal­czy­ła w nim z po­czu­ciem przy­zwo­ito­ści. No ale jak dłu­go trzy­dzie­sto­pa­ro­let­ni ka­wa­ler może opie­rać się mło­dej, ład­nej i na­pa­lo­nej la­sce? No wła­śnie. Jak dłu­go?

Rozdział I Zanim się pojawiłeś

Maj 2019

Punk­tu­al­nie o osiem­na­stej na sce­nie zja­wił się kon­fe­ran­sjer.

– Sza­now­ni pa­ństwo, pro­szę o chwi­lę uwa­gi. Nie­dłu­go na tej sce­nie po­ja­wi się dla pa­ństwa ze­spół Par Excel­len­ce, któ­ry wy­ko­na swój po­pi­so­wy pro­gram ta­necz­no-akro­ba­tycz­ny. Za­nim to na­stąpi, za­pra­szam na stand-up w wy­ko­na­niu wscho­dzącej gwiaz­dy pol­skiej sce­ny ka­ba­re­to­wej, Jur­ka No­wa­ka.

Uczest­ni­cy im­pre­zy za­częli ob­ra­cać się w kie­run­ku sce­ny, kie­dy usły­sze­li imię i na­zwi­sko mło­de­go chło­pa­ka, któ­re­go zda­rzy­ło im się już wi­dy­wać w te­le­wi­zji w po­pu­lar­nych pro­gra­mach ka­ba­re­to­wych. Fa­cet z bu­rzą ja­snych lo­ków na gło­wie, ubra­ny w zie­lo­ny swe­ter z ko­ni­czy­ną, miał tak cha­rak­te­ry­stycz­ny głos, że lu­dzie śmia­li się na sam jego dźwi­ęk.

– Dzień do­bry – przy­wi­tał się Ju­rek No­wak, mó­wi­ąc przez nos. – Tak mi się wła­śnie wy­da­wa­ło, że już gdzieś się wi­dzie­li­śmy – do­dał. – To wy spier­do­li­li­ście z ostat­niej piel­grzym­ki, jak się wy­da­ło, że po­gło­ski o dar­mo­wym al­ko­ho­lu były prze­sa­dzo­ne?

Ka­ba­re­cia­rzo­wi od­po­wie­dział re­chot pu­blicz­no­ści, już pod­chmie­lo­nej i go­to­wej do za­ba­wy. Nie­licz­ne mat­ki za­kry­wa­ły tyl­ko uszy swo­im ma­łym dzie­ciom, ale wi­ęk­szo­ść to­wa­rzy­stwa wy­gląda­ła na za­do­wo­lo­ną.

Pa­tryk spoj­rzał z nie­sma­kiem w kie­run­ku sce­ny. O co cho­dzi? Prze­cież nie za­ma­wia­łem żad­ne­go ka­ba­re­cia­rza. Wes­tchnął i spoj­rzał na kon­fe­ran­sje­ra, któ­ry wła­śnie scho­dził z po­de­stu. Pod­sze­dł do nie­go i spy­tał wprost:

– Co tu się dzie­je?

– Prze­pra­szam, pa­nie pre­ze­sie, ale ze­spół już rano dał znać, że się spó­źni, a ja mu­sia­łem ko­goś na szyb­ko po­sta­wić na sce­nie. Ju­rek No­wak się zgo­dził, bo aku­rat był w Kra­ko­wie i nie miał nic do ro­bo­ty.

– Cze­mu wcze­śniej mi pan o tym nie po­wie­dział?

– Ja… nie chcia­łem panu za­wra­cać gło­wy. – Fa­cet wy­ra­źnie coś kręcił, ale Pa­tryk nie miał ocho­ty tego roz­trząsać. Obie­cał so­bie jed­nak, że roz­li­czy się z go­ściem, kie­dy tam­ten będzie chciał wy­sta­wić mu fak­tu­rę. – Ale niech pan spoj­rzy, lu­dzie świet­nie się ba­wią. Nie sądzę, żeby ze­spół ta­necz­ny, na­wet naj­lep­szy, roz­ba­wił ich tak jak do­bry ka­ba­re­ciarz.

Pa­tryk po­kręcił gło­wą z iry­ta­cją.

– Kie­dy będzie ten ze­spół?

– Za pół go­dzi­ny – od­po­wie­dział kon­fe­ran­sjer pro­fe­sjo­nal­nym kłam­stew­kiem.

– No, mam na­dzie­ję – prych­nął Pa­tryk i od­sze­dł w kie­run­ku gril­la.

Nic nie dzia­ła­ło mu na ape­tyt tak jak świe­że po­wie­trze i ner­wy. A tego dnia za­żył i jed­ne­go, i dru­gie­go. Do tego w żo­łąd­ku zno­wu po­ja­wi­ło się to nie­zno­śne ści­ska­nie, któ­re ozna­cza­ło, że coś się wy­da­rzy. Pa­tryk miał in­tu­icję. By­wa­ło, że prze­czu­wał pro­ble­my, i to mógł być wła­śnie ten przy­pa­dek.

Ka­wa­łek so­czy­stej kar­ków­ki z gril­la i kil­ka pie­czo­nych ziem­nia­ków uspo­ko­iły jego żo­łądek przy­naj­mniej na ja­kiś czas. Od­sze­dł od tłu­mu, żeby ogar­nąć lu­dzi wzro­kiem z pew­nej od­le­gło­ści. Chciał się prze­ko­nać, czy rze­czy­wi­ście wszy­scy ba­wią się tak do­brze, jak twier­dził kon­fe­ran­sjer.

Po­słu­chał przez chwi­lę głup­ko­wa­tych żar­tów ka­ba­re­cia­rza i sam parę razy uśmiech­nął się pod no­sem. Może to nie był taki zły przy­pa­dek. Lu­dzie mają lep­sze hu­mo­ry, zin­te­gro­wa­li się, a przede wszyst­kim sie­dzą przed sce­ną.

I wte­dy zno­wu po­de­szła do nie­go ta upier­dli­wa ho­stes­sa.

– Mogę jesz­cze w czy­mś po­móc, pa­nie pre­ze­sie? – Za­trze­po­ta­ła rzęsa­mi. – W czym­kol­wiek? – pod­kre­śli­ła.

Nie py­taj, dziew­czy­no.

– Jak masz na imię? – Pa­tryk chciał być uprzej­my, nie żeby to go spe­cjal­nie in­te­re­so­wa­ło.

– Mo­ni­ka.

– A ja Pa­tryk. W czym chcia­ła­byś mi po­móc, Mo­ni­ko?

– Ko­ńczę pra­cę o dwu­dzie­stej dru­giej.

– I?

– Masz żonę?

– Nie.

– Wo­lisz chłop­ców?

– Nie.

– No to może po­je­cha­li­by­śmy do cie­bie?

Pa­tryk mu­siał przy­znać, że daw­no nie tra­fi­ła mu się aż tak bez­po­śred­nia la­ska. Zwy­kle choć tro­chę gra­ły nie­do­stęp­ne. Ta za­mie­rza­ła otwo­rzyć się przed nim zu­pe­łnie, na­wet bez odro­bi­ny sta­rań z jego stro­ny. Nie kręci­ło go to ani tro­chę.

– Wiesz, nie bar­dzo. Dziś no­cu­je u mnie… mama. – Pa­tryk wy­my­ślił pierw­szą lep­szą wy­mów­kę, a po­tem pil­no­wał się, żeby nie par­sk­nąć śmie­chem, kie­dy blon­dy­na skrzy­wi­ła się jak dziec­ko, któ­re­mu wła­śnie od­mó­wio­no lo­dów.

A ja do­słow­nie jej od­mó­wi­łem – za­śmiał się w du­chu, za­cho­wu­jąc jed­nak po­ke­ro­wą twarz.

Ho­stes­sa ode­szła jak nie­pysz­na, a Pa­tryk po­czuł, że jed­nak po­wi­nien się na­pić cze­goś moc­niej­sze­go, bo na trze­źwo nie prze­tra­wi tej im­pre­zy. Pod­sze­dł do sto­li­ka, na któ­rym sta­ło jesz­cze tro­chę nie­na­ru­szo­nych bu­te­lek z pi­wem, bo to­wa­rzy­stwo prze­rzu­ci­ło się na moc­niej­sze trun­ki.

I wte­dy ka­ba­re­ciarz za­ko­ńczył wy­stęp, że­gna­ny owa­cja­mi wi­dow­ni. Na sce­nę wsze­dł kon­fe­ran­sjer i za­po­wie­dział wy­stęp gru­py Par Excel­len­ce. Pa­tryk pod­sze­dł bli­żej i usia­dł w pierw­szym rzędzie, w któ­rym na­gle zro­bi­ło się spo­ro wol­nych miejsc. Kie­dy wspó­łpra­cow­ni­cy zo­ba­czy­li, że pre­zes będzie oglądał ten wy­stęp, zno­wu za­częli zaj­mo­wać krze­se­łka. Sie­dzie­li tak w mil­cze­niu i wpa­try­wa­li się w sce­nę, na któ­rej nie­dłu­go za­bły­sły ko­lo­ro­we świa­tła, za­gra­ła mu­zy­ka i po­ja­wi­li się tan­ce­rze-akro­ba­ci.

To nie był wy­stęp ta­necz­ny w kla­sycz­nym ro­zu­mie­niu tego ter­mi­nu. Ra­czej po­kaz akro­ba­cji cyr­ko­wych w rytm mu­zy­ki. Pa­tryk sie­dział i jak ocza­ro­wa­ny wpa­try­wał się w spek­takl. Już daw­no nic mu się tak nie po­do­ba­ło. Czuł się tak, jak­by miał za­raz wbiec na sce­nę i za­cząć ta­ńczyć z ar­ty­sta­mi, choć nie ro­bił tego od wie­lu lat. Szcze­gól­ne wra­że­nie zro­bi­ła na nim jed­na tan­cer­ka. Nie mógł ode­rwać wzro­ku od smu­kłej syl­wet­ki, za­okrąglo­nej do­kład­nie tam, gdzie trze­ba, od zwin­nych nóg i rąk, gib­kie­go tu­ło­wia i prze­ślicz­nej twa­rzy.

Wow.

Pa­tryk po­czuł, że wie­le by dał, żeby po­znać się bli­żej z tą cza­ru­jącą tan­cer­ką. Bar­dzo bli­sko. Był go­tów pierw­szy raz w ży­ciu wy­ko­rzy­stać swo­ją po­zy­cję za­wo­do­wą i pie­ni­ądze, żeby zdo­być tę ko­bie­tę. Z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ki­wał ko­ńca spek­ta­klu, żeby po­biec na sce­nę i oso­bi­ście po­dzi­ęko­wać ar­ty­stom w imie­niu swo­jej fir­my. Wy­słał więc SMS-a do kon­fe­ran­sje­ra, sze­fa fir­my even­to­wej, któ­ra zor­ga­ni­zo­wa­ła wy­stęp.

Przed­sta­wie­nie trwa­ło czter­dzie­ści mi­nut. Pre­zes Pi­lar­czyk od cza­su do cza­su przy­gry­zał pal­ce albo prze­bie­rał w miej­scu no­ga­mi, żeby od razu po­de­rwać się do pio­nu, kie­dy na sce­nę zno­wu wbie­gł kon­fe­ran­sjer.

– Sza­now­ni pa­ństwo, pra­cow­ni­cy wspa­nia­łej fir­my Le­go­no­mic In­du­stries, wy­stęp już za nami, ale pan pre­zes chcia­łby jesz­cze oso­bi­ście po­dzi­ęko­wać ar­ty­stom. Za­pra­szam.

Pa­tryk szyb­kim kro­kiem pod­sze­dł do sce­ny i zwin­nie wbie­gł na nią po schod­kach.

– Moi dro­dzy, to już ko­niec części ar­ty­stycz­nej prze­wi­dzia­nej na ten wie­czór – zwró­cił się do swo­ich pra­cow­ni­ków. – Im­pre­za po­trwa do dwu­dzie­stej dru­giej. Baw­cie się do­brze. A ja te­raz chcia­łbym po­dzi­ęko­wać wspa­nia­łym ar­ty­stom za nie­za­po­mnia­ny wy­stęp – po­wie­dział i ob­ró­cił się w kie­run­ku uśmiech­ni­ętej gru­py dzie­si­ęciu tan­ce­rzy.

Pod­cho­dząc do nich, czuł lek­ki stres i spo­rą eks­cy­ta­cję. Ka­żde­mu po ko­lei uści­snął dłoń, a kie­dy do­ta­rł do ślicz­nej sza­tyn­ki, któ­rą so­bie upa­trzył, za­trzy­mał się na dłu­żej i spoj­rzał jej wy­mow­nie w oczy. Ko­bie­ta się za­ru­mie­ni­ła, ale po­tem spu­ści­ła wzrok.

– My­ślę, że to nie był ostat­ni raz, kie­dy za­pro­si­łem pa­ństwa ze­spół na wy­stęp w mo­jej fir­mie – po­wie­dział już do wszyst­kich. – Bar­dzo mi się po­do­ba­ło. Przy­po­mnia­ły mi się daw­ne cza­sy, kie­dy sam ta­ńczy­łem – do­dał, a oczy wszyst­kich tan­ce­rzy zwró­ci­ły się na nie­go.

– Pan ta­ńczył? – spy­tał je­den z mężczyzn.

– Tak, w lu­do­wym ze­spo­le pie­śni i ta­ńca.

– To tak jak za­czy­na­ła wi­ęk­szo­ść z nas. – Jego roz­mów­ca się za­śmiał, a po­zo­sta­li mu przy­tak­nęli.

– Je­śli mają pa­ństwo ocho­tę zo­stać na im­pre­zie, to za­pra­szam – po­wie­dział wte­dy Pa­tryk.

– Wła­ści­wie mie­li­śmy ra­zem iść do Sta­rej Za­jezd­ni, ale sko­ro nas pan za­pra­sza, to chęt­nie zo­sta­nie­my – stwier­dził jego po­przed­ni roz­mów­ca, naj­wy­ra­źniej kie­row­nik ze­spo­łu, bo Pa­tryk pa­mi­ętał, jak mi­gnęło mu męskie na­zwi­sko na wi­zy­tów­ce.

– Za­pra­szam – po­twier­dził. – Ko­niecz­nie do mo­je­go sto­li­ka.

Pa­tryk za­cie­rał ręce z za­do­wo­le­nia, kie­dy prak­tycz­nie wszy­scy człon­ko­wie gru­py ta­necz­nej, w tym in­te­re­su­jąca go ślicz­not­ka, zgo­dzi­li się zo­stać na im­pre­zie. Tyl­ko jed­na ko­bie­ta wy­mó­wi­ła się ko­niecz­no­ścią po­wro­tu do męża i dzie­ci, co zo­sta­ło skwi­to­wa­ne nie­wy­bred­ny­mi żar­ta­mi ze stro­ny jej ko­le­gów. Pre­zes usia­dł z go­śćmi przy swo­im sto­le, do któ­re­go ob­słu­ga im­pre­zy do­ło­ży­ła za­raz do­dat­ko­we krze­sła i ław­kę, i po­pro­sił, żeby opo­wie­dzie­li mu o swo­jej dro­dze za­wo­do­wej. Był bar­dzo cie­kaw, jak zo­sta­je się pro­fe­sjo­nal­nym tan­ce­rzem i czy da się z tego utrzy­mać.

– No, ta­kich ko­ko­sów jak pan to się nie za­ro­bi, chy­ba że ktoś zo­sta­nie świa­to­wą gwiaz­dą – od­po­wie­dział mu kie­row­nik ze­spo­łu. – Ale nie na­rze­ka­my, praw­da?

– Nie, skąd, kie­row­ni­ku – po­twier­dził dru­gi z mężczyzn, po czym wy­buch­nął śmie­chem.

– Mam ro­zu­mieć, że do­brze zro­bi­łem, zo­sta­jąc in­ży­nie­rem? – spy­tał Pa­tryk.

– Jak wi­dać, pan jest te­raz pre­ze­sem, a my je­ździ­my za chle­bem. A ja­kie stu­dia pan sko­ńczył?

– Au­to­ma­ty­kę i ro­bo­ty­kę na po­li­tech­ni­ce. – Pre­zes uśmiech­nął się do swo­ich go­ści. – Mów­cie mi po imie­niu, pro­szę. Pa­tryk je­stem.

– To­masz – przy­wi­tał się kie­row­nik.

– Wik­tor.

– Jo­an­na.

– Wie­siek.

– Woj­tek.

– Łu­kasz.

– Zu­zan­na.

– Pa­try­cja, Pa­try­ku. – Bru­net­ka uśmiech­nęła się, szcze­rząc zęby.

No tak, Pa­tryk i Pa­try­cja – zro­zu­miał jej we­so­ło­ść pre­zes.

– Mo­ni­ka – przed­sta­wi­ła się na ko­ńcu ślicz­not­ka, któ­rą so­bie upa­trzył.

Kur­de, to już dru­ga tego dnia. Przy­po­mniał so­bie upier­dli­wą ho­stes­sę. Prze­śla­du­je mnie to imię?

– Bar­dzo miło mi was po­znać – od­po­wie­dział, jed­nak przez dłu­ższą chwi­lę pa­trzył tyl­ko na tę Mo­ni­kę.

Pa­tryk Pi­lar­czyk spędził miły wie­czór w to­wa­rzy­stwie bar­dzo sym­pa­tycz­nych człon­ków ze­spo­łu Par Excel­len­ce, do­wia­du­jąc się mi­ędzy in­ny­mi, że wi­ęk­szo­ść z nich fak­tycz­nie za­czy­na­ła w dzie­ci­ństwie od za­jęć ta­necz­nych w do­mach kul­tu­ry, tak jak on. Kie­dy jed­nak cho­dził po­tem na za­jęcia z ro­bo­ty­ki dla na­sto­lat­ków, oni uczęsz­cza­li do szkół ta­necz­nych i ba­le­to­wych, żeby w ko­ńcu tra­fić na stu­dia o tym pro­fi­lu. Do­wie­dział się też, że in­spi­ra­cją do ich spek­ta­kli stał się ka­na­dyj­ski Ci­rque du So­le­il. Pa­tryk sły­szał co nie­co o tej gru­pie. Była prze­cież zna­na na ca­łym świe­cie.

– Je­stem prze­ko­na­ny, że zy­ska­cie z cza­sem taką samą sła­wę. Je­ste­ście świet­ni – stwier­dził.

– To miłe z two­jej stro­ny.

Nie­ubła­ga­nie zbli­ża­ła się go­dzi­na dwu­dzie­sta dru­ga, a Pa­tryk czuł się co­raz bar­dziej na­pa­lo­ny na ślicz­ną tan­cer­kę Mo­ni­kę, ale ani odro­bi­nę nie zbli­żył się do niej przez ten czas. Po­sta­no­wił, że za­py­ta ją o pla­ny i nu­mer te­le­fo­nu, gdy już będą się że­gnać. Nie chciał tego ro­bić przy ca­łej gru­pie.

Kie­dy przy­szła od­po­wied­nia pora, a kon­fe­ran­sjer za­po­wie­dział ze sce­ny za­ko­ńcze­nie im­pre­zy i ostat­ni ka­wa­łek od di­dże­ja, Pa­tryk po­dzi­ęko­wał swo­im go­ściom za wy­stęp jesz­cze raz i obie­cał, że od­pro­wa­dzi ich do bra­my.

– Chęt­nie, ale mu­si­my jesz­cze za­brać swo­je rze­czy i sprzęt z na­mio­tu – od­po­wie­dział kie­row­nik ze­spo­łu.

Kie­dy ar­ty­ści pa­ko­wa­li ma­nat­ki do busa, pre­zes przy­glądał im się z za­cie­ka­wie­niem. Rze­czy­wi­ście, było wi­dać, że wspó­łpra­cę mie­li opa­no­wa­ną do per­fek­cji. Dzia­ła­li jak do­brze na­oli­wio­na ma­szy­na. Jak ze­spół. Zu­pe­łnie tak jak moja fir­ma – po­my­ślał z dumą.

Busa miał pro­wa­dzić To­masz, któ­ry wi­docz­nie był nie tyl­ko kie­row­ni­kiem ze­spo­łu, cho­re­ogra­fem i ogni­wem spa­ja­jącym gru­pę, lecz ta­kże szo­fe­rem, tra­ga­rzem i głów­nym or­ga­ni­za­to­rem przed­si­ęw­zi­ęcia. Po pro­stu czło­wiek or­kie­stra.

– Zo­staw mi swo­ją wi­zy­tów­kę – po­pro­sił Pa­tryk.

– Z naj­wi­ęk­szą przy­jem­no­ścią, pa­nie ko­le­go – od­po­wie­dział tam­ten i po­dał mu czar­ny kar­to­nik, na któ­rym flu­ore­scen­cyj­ne na­pi­sy in­for­mo­wa­ły o tym, jak naj­le­piej kon­tak­to­wać się z ze­spo­łem.

Pre­zes przyj­rzał się wi­zy­tów­ce z roz­ba­wie­niem, a po­tem po­dał To­ma­szo­wi swo­ją.

– A to dla was.

– Och, dzi­ęki. Czy to zna­czy, że mo­że­my pro­sić o spon­so­ring? – spy­tał i pu­ścił do nie­go oko.

– Za ja­kiś czas mo­że­cie pró­bo­wać – od­pa­rł. – Naj­le­piej jak już Toy­oda za­cznie mi pła­cić.

– A więc to fir­mo­we świ­ęto jest dla­te­go, że do­sta­łeś kon­trakt? – zro­zu­miał To­masz.

– W rze­czy sa­mej.

– No to moje gra­tu­la­cje.

– Dzi­ęku­ję.

To­masz zwró­cił się wte­dy do swo­ich lu­dzi:

– Kto za­bie­ra się ze mną?

Zgło­si­ło się sie­dem osób. Po­że­gna­li się na­wza­jem i za­pa­ko­wa­li do busa. Zo­sta­ły tyl­ko dwie ko­bie­ty. Ser­ce Pa­try­ka szar­pa­ło się z ra­do­ści, bo jed­ną z nich była wła­śnie Mo­ni­ka. Dru­gą ta Pa­try­cja, któ­ra na­śmie­wa­ła się ze zbie­żno­ści ich imion.

Nie­dłu­go po Pa­try­cję przy­je­cha­ła ko­le­żan­ka. Ko­bie­ta po­że­gna­ła się, twier­dząc, że dwu­dzie­sta dru­ga to za wcze­śnie na za­ko­ńcze­nie im­pre­zy. Pró­bo­wa­ła na­wet wy­ci­ągnąć Mo­ni­kę i Pa­try­ka ra­zem z nimi, ale on cie­szył się tyl­ko z tego, że w ko­ńcu po­roz­ma­wia sam na sam ze ślicz­not­ką, a ona stwier­dzi­ła, że po­win­na po pro­stu za­cze­kać na trans­port do domu.

– Po­trze­bu­jesz po­mo­cy? Ktoś po cie­bie przy­je­żdża czy wra­casz tak­sów­ką? – spy­tał Pa­tryk, chcąc wy­dać się dżen­tel­me­nem.

– Jed­no i dru­gie. – Ko­bie­ta się za­śmia­ła.

Pa­tryk nie zro­zu­miał jej żar­tu.

– Dasz mi swój nu­mer te­le­fo­nu? – po­pro­sił w ko­ńcu, zbie­ra­jąc całą od­wa­gę.

– Nie bar­dzo.

– Cze­mu? Masz męża? – spy­tał wprost. Wo­lał, żeby to było ja­sne.

– Nie. Męża nie mam – od­po­wie­dzia­ła za­że­no­wa­na.

– A chło­pa­ka?

– Też nie. Ale mam ko­goś in­ne­go, kto te­raz na mnie cze­ka, więc wy­bacz – wy­kręci­ła się. – O, już przy­je­cha­ła moja tak­sów­ka.

Pa­tryk nie py­tał wi­ęcej. „Mam ko­goś” było dla nie­go wy­star­cza­jąco wy­mow­ne, zwłasz­cza że Mo­ni­ka przy­wi­ta­ła się z kie­row­cą ta­ry­fy bu­zia­kiem w po­li­czek i przy­tu­la­sem.

A niech to szlag! – za­klął, za­ci­ska­jąc dło­nie w pi­ęści i stu­ka­jąc nimi o sie­bie. Syk­nął, bo za­bo­la­ło, ale to go tro­chę otrze­źwi­ło. Al­ko­hol. Mu­szę się na­pić, bo nie wy­trzy­mam! – zde­cy­do­wał i po­bie­gł w kie­run­ku ostat­nie­go sto­łu, z któ­re­go ob­słu­ga wła­śnie zgar­nia­ła bu­tel­ki.

– Zo­sta­ło jesz­cze ja­kieś piwo? – spy­tał ho­stes­sy, któ­ra sta­ła ty­łem do nie­go.

Od­wró­ci­ła się. To była ta na­mol­na blon­dy­na.

– Nie­ste­ty już nie. Ale znam do­bry bar, gdzie jest go spo­ro. Jak po­sta­wisz mi drin­ka, to cię tam za­bio­rę, przy­stoj­nia­ku – od­po­wie­dzia­ła.

Pa­tryk roz­wa­żył „za” i „prze­ciw”. Mógł po­je­chać z nią do tego baru, na­pić się tak, jak chciał, a przede wszyst­kim za­po­mnieć o ko­bie­cie, na któ­rą na­pa­lił się jak głu­pi. Blond Mo­ni­ka była ład­na i chęt­na. Co mi szko­dzi się za­ba­wić? – po­my­ślał i po chwi­li miał już od­po­wie­dź.

– Ko­ńcz tę pra­cę, za­pra­szam cię na drin­ka – po­wie­dział.

– Su­per!

Mo­ni­ka ho­stes­sa za­bra­ła Pa­try­ka do jed­ne­go z ba­rów. Trzy­dzie­sto­sied­mio­la­tek nie miał po­jęcia, jak wie­le zna­la­zło­by się w Kra­ko­wie miejsc, w któ­rych nie by­wał, do­pó­ki nie za­czął ich od­wie­dzać. Chwi­la­mi czuł się tak, jak­by omi­nęła go cała mło­do­ść, spędzo­na na na­uce, pra­cy i in­nych obo­wi­ąz­kach. A te­raz po pro­stu do­brze się ba­wił.

– Cze­mu pra­cu­jesz jako ho­stes­sa? – spy­tał ją w pew­nym mo­men­cie, kie­dy już wy­pi­li po drin­ku i wy­ci­ągnęła go na par­kiet.

– Chcę być mo­del­ką. Re­gu­lar­nie cho­dzę na ca­stin­gi, ale rzad­ko uda­je się zła­pać inną pra­cę niż ta. Jed­nak trze­ba pró­bo­wać, praw­da?

– Jak ze wszyst­kim – uznał. – Świat na­le­ży do wy­trwa­łych.

– Ty mu­sisz coś o tym wie­dzieć. Je­steś pre­ze­sem du­żej fir­my.

– Ow­szem. Fir­ma kosz­to­wa­ła mnie lata ci­ężkiej pra­cy od pod­staw, ale było war­to.

– Je­steś bo­ga­ty?

– A co to za py­ta­nie?

– Tak tyl­ko. Prze­cież nie będę z tobą roz­ma­wia­ła o ro­bo­tach – od­po­wie­dzia­ła, a Pa­tryk po­my­ślał, że mu­sia­ła tro­chę pod­słu­chać z jego roz­mo­wy z tan­ce­rza­mi przy sto­le.

– Chcesz zo­ba­czyć mój dom? – spy­tał z uśmie­chem Pa­tryk. Dziew­czy­na może nie była zbyt sub­tel­na, ale wy­da­ła mu się by­stra i spo­strze­gaw­cza. A przede wszyst­kim mo­gła po­chwa­lić się uro­dą i zgrab­nym ty­łkiem.

– Ja­sne. Ca­łe­go cie­bie chcę zo­ba­czyć.

– To może zbie­raj­my się stąd? W domu też mam drin­ki – stwier­dził, czu­jąc, że za­ba­wa z tą Mo­ni­ką może się za­ko­ńczyć przy­jem­nie dla nich oboj­ga.

Pa­tryk za­brał Mo­ni­kę do swo­jej no­wej wil­li, zu­pe­łnie igno­ru­jąc fakt, że jesz­cze nie­daw­no wci­skał jej kit, ja­ko­by no­co­wa­ła tam jego mama. Ona też nie wy­gląda­ła, jak­by przej­mo­wa­ła się ta­kim faux pas.

– Ale fa­aaj­ny ba­rek! – pi­snęła, kie­dy mi­ędzy kuch­nią a ja­dal­nią zo­ba­czy­ła ladę, nad któ­rą wi­sia­ły ró­żne­go ro­dza­ju lamp­ki, szklan­ki i kie­lisz­ki.

– Wiem, sam się ja­ram z jego po­wo­du – mu­siał przy­znać Pa­tryk. – Zro­bić ci drin­ka?

– Tak, nie­bie­skie­go!

– Błękit­na la­gu­na może być? Mam aku­rat sy­rop cu­ra­çao.

Dwie mi­nu­ty pó­źniej na bla­cie sta­ły dwa błękit­ne drin­ki z cy­try­ną, słom­ką i pa­lem­ką.

– Za do­brą za­ba­wę! Jest co świ­ęto­wać! – Wznió­sł to­ast go­spo­darz.

Dziew­czy­na po­my­śla­ła, że zła­pa­ła na­praw­dę go­rącą oka­zję. Fa­cet był przy­stoj­ny, bo­ga­ty, miał za­je­bi­stą cha­tę i ro­bił ge­nial­ne drin­ki. Je­śli jesz­cze bzy­ka się tak samo do­brze, nie wyj­dę stąd ni­g­dy – uzna­ła.

– Za do­brą za­ba­wę!

Mo­ni­ka, za­nim wy­pi­ła drin­ka, za­częła się ocie­rać o Pa­try­ka, po­ru­sza­jąc się w rytm wy­ima­gi­no­wa­nej mu­zy­ki, bo w domu było ci­cho.

– Włącz ja­kąś muzę – po­pro­si­ła w ko­ńcu.

– Wolę się bzy­kać w ci­szy, żeby le­piej sły­szeć cie­bie – od­po­wie­dział jej z szel­mow­skim uśmie­chem.

Mo­ni­ka wy­pi­ła drin­ka jed­nym hau­stem, a po­tem z pi­skiem wsko­czy­ła mu na ko­la­na.

Będzie­my się do­brze ba­wić – po­my­ślał Pa­tryk. Szko­da, że tyl­ko raz.

Pół go­dzi­ny pó­źniej dy­szał w jej kark, bio­rąc ją od tyłu przy ba­ro­wym bla­cie. Tru­skaw­ko­wa gum­ka, któ­rą wy­bra­ła Mo­ni­ka, uwie­ra­ła go de­li­kat­nie u na­sa­dy, ale nie za­mie­rzał so­bie od­pu­ścić pod­sta­wo­wych kwe­stii bez­pie­cze­ństwa. Do­bra za­ba­wa to bez­piecz­na za­ba­wa. Iry­tu­jące uczu­cie spo­wol­ni­ło go na tyle, że dziew­czy­na do­szła na dłu­go przed nim, gło­śno przy tym jęcząc. Do­pie­ro taki bo­dziec po­dzia­łał na jego otępio­ne al­ko­ho­lem zmy­sły.

Ach, bo­skie uczu­cie – po­my­ślał, kie­dy w ko­ńcu osi­ągnął spe­łnie­nie.

Nie­dłu­go po­tem za­ci­ągnął la­skę pod prysz­nic, gdzie ka­zał jej po­sta­wić się w stan go­to­wo­ści usta­mi, a po­tem rżnął ją pod ścia­ną. Gum­kę tym ra­zem wy­brał sam. Za­my­kał oczy, po­wta­rzał imię dziew­czy­ny i wy­obra­żał so­bie, że to ta dru­ga Mo­ni­ka. Ta, któ­ra zro­bi­ła na nim ta­kie wra­że­nie.

Nie sko­ńczył za­ba­wy pod prysz­ni­cem. Po kąpie­li za­brał ją do sy­pial­ni, gdzie tym ra­zem wy­bra­ła ba­na­no­wą pre­zer­wa­ty­wę. Ona ma w gło­wie tut­ti frut­ti – po­my­ślał roz­ba­wio­ny, kie­dy brał ją od tyłu, klęczącą pod ścia­ną. A wła­ści­wie nie w gło­wie. Za­chi­cho­tał.

Zno­wu mu­siał po­my­śleć, że bzy­ka inną ko­bie­tę, bo ta nie kręci­ła go wy­star­cza­jąco, na­wet jak na ten po­ziom upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go. Za­mknął oczy i wy­obra­ził so­bie zno­wu tę ślicz­ną tan­cer­kę. Nie ukry­wał, że chcia­łby zdjąć z niej try­ko­cik i po­znać jej zwin­ne cia­ło ka­wa­łek po ka­wa­łku.

– Och, Mo­nia – jęk­nął, eks­plo­du­jąc z nad­mia­ru emo­cji.

Ho­stes­sa Mo­ni­ka po­my­śla­ła, że to kom­ple­ment dla niej, bo nowo po­zna­ny fa­cet na­wet po pi­ja­ku pa­mi­ętał jej imię. A Pa­tryk wie­dział, że ju­tro rano blon­dyn­ka wyj­dzie z jego domu po to, żeby wi­ęcej się w nim nie po­ja­wić.

Był ko­ne­se­rem. Jego mat­ka nie­raz mu wy­rzu­ca­ła, że jest zbyt wy­bred­ny i zo­sta­nie ka­wa­le­rem na za­wsze. A ona prze­cież tak bar­dzo chcia­ła mieć wnu­ki… On nie za­mie­rzał się jed­nak przej­mo­wać ma­ru­dze­niem ro­dzi­ciel­ki. Obie­cał so­bie, że albo znaj­dzie ko­bie­tę ide­al­ną, albo nie zwi­ąże się z ni­kim. Miał prze­cież młod­szą sio­strę, któ­ra też wca­le nie śpie­szy­ła się do za­kła­da­nia ro­dzi­ny.

Pau­li­na była roz­ryw­ko­wą dziew­czy­ną. Mimo daw­no prze­kro­czo­nej trzy­dziest­ki wci­ąż żyła jak stu­dent­ka. Mężczy­źni in­te­re­so­wa­li ją tyl­ko wte­dy, gdy ofe­ro­wa­li do­brą za­ba­wę. Mat­ka na­zwa­ła ją raz „utrzy­man­ką” i za­gro­zi­ła bra­kiem wstępu do ro­dzin­ne­go domu, je­śli nie za­cznie się pro­wa­dzić „po­rząd­nie”. Nie mia­ła ra­cji. Pau­li­na nie była ni­czy­ją utrzy­man­ką, bo sama za­ra­bia­ła. Po pro­stu od dziec­ka ce­ni­ła so­bie nie­za­le­żno­ść, a od kie­dy sko­ńczy­ła je­de­na­ście lat, da­rła z mamą koty.

Pa­tryk uśmiech­nął się w my­ślach do młod­szej sio­stry, któ­ra za­wsze sta­wa­ła po jego stro­nie. A po­tem spoj­rzał na śpi­ącą ja­sno­wło­są dziew­czy­nę, przy­pad­ko­we­go go­ścia w jego domu i sy­pial­ni, i po­my­ślał, że Pau­la cza­sem też bywa dla ko­goś taką dziew­czy­ną. Fakt, z wła­snej woli i de­cy­zji, ale jed­nak. Po­sta­no­wił, że za­cho­wa się uprzej­mie wo­bec ho­stes­sy, któ­ra do­trzy­ma­ła mu dziś to­wa­rzy­stwa i uży­czy­ła swe­go cia­ła dla za­ba­wy z obo­pól­ną ko­rzy­ścią.

Po­sze­dł do sa­lo­nu, żeby po­ło­żyć się na ka­na­pie, na wy­pa­dek gdy­by blon­dyn­ka jesz­cze cze­goś od nie­go chcia­ła. On już nie miał ocho­ty na ża­den kon­takt fi­zycz­ny, więc od­stąpił jej wy­god­ne łó­żko. Chciał po pro­stu się wy­spać.

W so­bo­tę obu­dził się pierw­szy, bo spa­nie na ka­na­pie ni­ko­mu nie wy­cho­dzi­ło na zdro­wie. Blon­dyn­ka chra­pa­ła w jego łó­żku, roz­wa­lo­na jak na sto­gu sia­na. Za­chi­cho­tał pod no­sem, po­kręcił gło­wą i wzru­szył ra­mio­na­mi, py­ta­jąc sam sie­bie, jak mógł ją w ogó­le do swo­je­go łó­żka za­pro­sić. Obie­cał so­bie jed­nak, że będzie miły, więc za­pa­rzył dwie kawy, zro­bił ja­jecz­ni­cę i wrzu­cił do to­ste­ra chleb, któ­ry miał już ze dwa dni.

Dziew­czy­na mu­sia­ła być głod­na, bo szyb­ko po­ja­wi­ła się w jego kuch­ni we wczo­raj­szych ciu­chach.

– Cze­ść. – Uśmiech­nęła się śmia­ło. – Trze­ba było mnie obu­dzić, przy­stoj­nia­ku.

– Nie było ta­kiej po­trze­by. Masz ocho­tę na kawę i śnia­da­nie?

– Bar­dzo chęt­nie, je­śli masz mle­ko i sło­dzik.

– Piję gorz­ką czar­ną kawę – od­po­wie­dział. – W lo­dów­ce po­win­na być śmie­tan­ka, bo moja mama jej uży­wa, a w szaf­ce cu­kier.

– Na­praw­dę miesz­kasz z mamą? – zdzi­wi­ła się, szu­ka­jąc po­trzeb­nych pro­duk­tów.

– Nie, ale ona często do mnie przy­je­żdża. Ja też mu­szę ją od­wie­dzać re­gu­lar­nie, bo ina­czej strasz­nie ma­ru­dzi – do­dał wy­ja­śnia­jąco. – A ja­jecz­ni­cę jesz?

– Wolę mu­esli, ale jak nie ma nic in­ne­go, zjem to­sta.

– Pro­szę. – Pa­tryk po­dał jej dwie krom­ki chle­ba to­sto­we­go i ma­sło.

Sam na­ło­żył so­bie kon­kret­ną por­cję ja­jecz­ni­cy i wzi­ął trzy krom­ki chle­ba, za­sta­na­wia­jąc się nad czwar­tą. Osta­tecz­nie zde­cy­do­wał, że trzy wy­star­czą.

– Smacz­ne­go.

Po śnia­da­niu przez chwi­lę roz­wa­żał, jak po­zbyć się ko­bie­ty z domu, i w ko­ńcu do­sze­dł do wnio­sku, że trze­ba być szcze­rym, na ile to mo­żli­we.

– Za­mó­wić ci tak­sów­kę? – spy­tał uprzej­mie.

Dziew­czy­na spoj­rza­ła na nie­go i na jej twa­rzy od­ma­lo­wał się za­wód.

– Masz ja­kieś pla­ny na dziś? – Pró­bo­wa­ła zro­zu­mieć.

– Tak. Nie­dłu­go będę mu­siał wy­jść, dla­te­go py­tam, czy po­trze­bu­jesz tak­sów­ki.

Mo­ni­ka zro­zu­mia­ła, że pan pre­zes w uprzej­my spo­sób ka­zał jej spa­dać. Za­mru­ga­ła, żeby prze­pędzić nie­chcia­ne łzy. To była ostat­nia rzecz, jaką pra­gnęła­by po so­bie po­ka­zać. Du­pek! – po­my­śla­ła, ale za­raz przy­bra­ła na twarz sztucz­ny uśmiech.

– Tak, po­pro­szę.

– Już się robi.

Pa­tryk uśmiech­nął się uprzej­mie, choć wy­czuł nie­za­do­wo­le­nie swo­je­go go­ścia. Nie za­mie­rzał jed­nak uda­wać, że jest za­in­te­re­so­wa­ny dal­szą zna­jo­mo­ścią, a po­tem się nie ode­zwać. Spędzi­li ra­zem miły wie­czór, ale te­raz wy­pa­da­ło się po­że­gnać. Wy­brał więc nu­mer fir­my tak­sów­kar­skiej, z któ­rej usług zwy­kle ko­rzy­stał, i za­mó­wił trans­port pod swój dom.

– Dzi­ęku­ję ci za miły wie­czór. Na­praw­dę do­brze się ba­wi­łem – po­wie­dział, żeby kon­we­nan­som sta­ło się za­do­ść. – Nie szu­kam jed­nak ni­ko­go i nie lu­bię obiet­nic bez po­kry­cia – wy­ja­śnił swój punkt wi­dze­nia. – W po­rząd­ku, Mo­ni­ko?

– Tak – od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, choć po jej mi­nie było wi­dać ra­czej, że chcia­ła­by go za­mor­do­wać.

On jed­nak nie miał so­bie nic do za­rzu­ce­nia.

Ho­stes­sa Mo­ni­ka po­je­cha­ła do sie­bie tak­sów­ką, któ­rą Pa­tryk opła­cił z góry. Nie dys­ku­to­wa­ła z bo­ga­tym fa­ce­tem. Stwier­dzi­ła, że i tak za mało go na­ci­ągnęła. Parę drin­ków i ta­ry­fa?

Pa­tryk uznał, że był w po­rząd­ku, i nie za­mie­rzał wi­ęcej zaj­mo­wać gło­wy tą ko­bie­tą. Nie­ste­ty nie umiał tak szyb­ko po­zbyć się my­śli o ślicz­not­ce, któ­ra po­przed­nie­go dnia za­wró­ci­ła mu w gło­wie. Też Mo­ni­ce.

Na szczęście week­end mi­nął szyb­ko. Pa­tryk zdążył jesz­cze od­wie­dzić mamę i zwy­czaj­nie od­po­cząć, bo wie­dział, że od po­nie­dzia­łku za­cznie się praw­dzi­wa ha­rów­ka.

Wy­gra­ny kon­trakt z po­ten­ta­tem mo­to­ry­za­cyj­nym był wy­zwa­niem, ale Pa­tryk Pi­lar­czyk lu­bił wy­zwa­nia za­wo­do­we. Za­brał się więc do pra­cy z naj­wi­ęk­szym en­tu­zja­zmem, któ­ry za­czął ga­snąć do­pie­ro koło pi­ąt­ku. Oka­za­ło się bo­wiem, że jego naj­od­wa­żniej­sze pla­ny trze­ba nie­co utem­pe­ro­wać. Za­czy­na­ło bra­ko­wać lu­dzi, za­kon­trak­to­wa­ne do­sta­wy nie przy­szły na czas i ocze­ki­wa­ne ter­mi­ny się roz­je­cha­ły. Cho­le­ra! Prze­cież tak do­brze wszyst­ko za­pla­no­wa­łem – psio­czył, sie­dząc w swo­im biu­rze pro­jek­to­wym i pa­trząc przez okno na małą halę pro­duk­cyj­ną.

Pra­ca jed­nak do­brze mu zro­bi­ła. Za­po­mniał o ko­bie­cie, któ­ra w po­przed­ni week­end nie mo­gła wy­jść mu z gło­wy.

W pi­ątek wie­czo­rem zde­cy­do­wał się pó­jść na wi­ęk­sze za­ku­py, bo bra­ko­wa­ło mu już w domu pod­sta­wo­wych pro­duk­tów spo­żyw­czych. Je­dy­nie ba­rek miał pe­łny, ale to nie roz­wi­ązy­wa­ło pro­ble­mu gło­du w week­end. Pa­tryk nie lu­bił sto­ło­wać się w re­stau­ra­cjach. Ce­nił so­bie do­mo­we po­si­łki i choć kiep­sko go­to­wał, wo­lał to niż nie­pew­ne je­dze­nie w miej­scach pu­blicz­nych. Do mamy cho­dził na obia­dy tyl­ko w nie­dzie­le. Duma nie po­zwo­li­ła­by mu pro­sić ją o go­to­wa­nie dla nie­go częściej.

W wiel­kich mar­ke­tach nie czuł się naj­le­piej. Przy­tła­cza­ły go tłu­my i ha­łas, a ra­czej ka­ko­fo­nia nie­po­trzeb­nych dźwi­ęków. Prze­cież ryt­micz­ne i mo­no­ton­ne od­gło­sy z hali pro­duk­cyj­nej ro­bo­tów mu nie prze­szka­dza­ły. A jed­nak mu­siał się po­świ­ęcić, bo w cen­trum han­dlo­wym było wszyst­ko, a od wiel­ko­po­wierzch­nio­wych gi­gan­tów Pa­tryk bar­dziej nie­na­wi­dził tyl­ko je­żdże­nia po wie­lu skle­pach. Tak więc Au­chan mu­siał mu wy­star­czyć.

Kie­dy już za­pa­ko­wał do wóz­ka wszyst­kie po­trzeb­ne pro­duk­ty z przy­go­to­wa­nej w domu li­sty i skie­ro­wał się w stro­nę kas sa­mo­ob­słu­go­wych, jego wzrok padł na ko­bie­tę z wóz­kiem przy nor­mal­nej ka­sie. To była tan­cer­ka Mo­ni­ka, tym ra­zem ubra­na swo­bod­nie; w dżin­sy i T-shirt. W no­si­de­łku sa­mo­cho­do­wym mia­ła nie­mow­lę. Wy­pa­ko­wy­wa­ła za­ku­py na ta­śmę kasy, a z dru­giej stro­ny pod­sze­dł ja­kiś fa­cet, któ­ry po­mó­gł jej w pa­ko­wa­niu.

A więc ma ro­dzi­nę – po­my­ślał Pa­tryk z ża­lem i po­sta­no­wił za­po­mnieć o ko­bie­cie, któ­ra w krót­ką chwi­lę zro­bi­ła mu ta­kie za­mie­sza­nie w ser­cu.

Wie­czo­rem po­je­chał do pierw­sze­go lep­sze­go klu­bu, żeby od­re­ago­wać stre­su­jący ty­dzień i przy­kry za­wód i zna­le­źć za­po­mnie­nie. Naj­le­piej w ra­mio­nach in­nej ko­bie­ty. Ta­kiej na je­den raz.

Usia­dł przy ba­rze, po czym za­mó­wił wód­kę z colą i lo­dem, bo drink wy­glądał „męsko”, a Pa­tryk nie prze­pa­dał za whi­sky. Go­rycz ru­dej nie prze­ma­wia­ła do jego kub­ków sma­ko­wych. Sta­now­czo lu­bił sło­dycz. Co za­baw­ne, kom­pen­so­wał so­bie jej nad­miar gorz­ką czar­ną kawą, ale prze­cież nikt nie jest aż tak mo­no­te­ma­tycz­ny, żeby nie pró­bo­wać in­nych sma­ków. Na­ba­wi­łby się cu­krzy­cy jesz­cze przed trzy­dziest­ką, a choć było mu bli­żej do czwór­ki z przo­du, ci­ągle cie­szył się ide­al­nym zdro­wiem.

Tego wie­czo­ru tra­fi­ła mu się wy­so­ka bru­net­ka, zu­pe­łnie nie w jego ty­pie, ale bar­dzo ład­na. Przy­sia­dła się do nie­go przy ba­rze i spy­ta­ła, czy po­sta­wi jej drin­ka.

– Wła­ści­wie przy­sze­dłem tu dziś po to, żeby to zro­bić – od­po­wie­dział z szel­mow­skim uśmie­chem.

Z tego wie­czo­ru Pa­tryk za­pa­mi­ętał tyl­ko, że mia­ła na imię Iwo­na. Jej opo­wie­ści wpa­da­ły mu jed­nym uchem, a wy­pa­da­ły dru­gim. Sta­rał się skon­cen­tro­wać na uro­kach jej cia­ła, bo było na czym. Kie­dy wy­pi­li drin­ki, po­pro­sił ją do ta­ńca, a gdy obo­je na­kręci­li się wy­star­cza­jąco, za­pro­po­no­wał ko­lej­ne­go drin­ka w domu. Zgo­dzi­ła się. Chy­ba też jej się po­do­bał.

Na­stęp­ne­go po­ran­ka po­wtó­rzy­ła się hi­sto­ria z po­przed­nie­go ty­go­dnia. Pa­tryk zro­bił kawę i śnia­da­nie, a po­tem za­mó­wił ko­bie­cie tak­sów­kę, da­jąc jej tym znać, że nie jest za­in­te­re­so­wa­ny kon­ty­nu­acją zna­jo­mo­ści.

Tak mi­nęły mu na­stęp­ne ty­go­dnie. Ci­ężko pra­co­wał, a w pi­ąt­ki wie­czo­rem po­lo­wał w ró­żnych ba­rach na przy­god­ny seks z nie­zna­jo­my­mi ko­bie­ta­mi. Uda­ło mu się za­po­mnieć, bo prze­stał się za­dręczać. Do­sze­dł jed­nak do wnio­sku, że to nie jest dla nie­go. Co z tego, że co week­end bzy­kał inną pi­ęk­ną ko­bie­tę, sko­ro poza pra­cą jego ży­cie było pu­ste jak wy­dmusz­ka? Nie miał na­wet przy­ja­ciół. Po­sta­no­wił, że z tym ko­niec.

Na ostat­ni pi­ątek maja Pa­tryk miał za­pro­sze­nie na galę Star­tup Roku 2018, or­ga­ni­zo­wa­ną przez kra­kow­ski ma­gi­strat w po­ro­zu­mie­niu ze sto­wa­rzy­sze­nia­mi go­spo­dar­czy­mi. Dłu­go roz­wa­żał sens po­ja­wie­nia się na ta­kiej im­pre­zie, ale w ko­ńcu uznał, że może za­ry­zy­ko­wać i tam pó­jść. Za­wsze prze­cież mógł się ewa­ku­ować. Nie za­pro­si­li go bez po­wo­du. Stał się wscho­dzącą gwiaz­dą ma­ło­pol­skie­go biz­ne­su po tym, jak ob­ro­ty jego fir­my wzro­sły trzy­dzie­sto­krot­nie od po­cząt­ku roku. No i te in­no­wa­cje…

Po­ja­wił się na tej gali jako twór­ca i pre­zes za­rządu Le­go­no­mic In­du­stries i ode­brał z rąk pre­zy­den­ta mia­sta na­gro­dę, któ­rej się nie spo­dzie­wał. W ten spo­sób, zu­pe­łnie nie­chcący, wsze­dł do kra­kow­skiej śmie­tan­ki to­wa­rzy­sko-biz­ne­so­wej i po­zwo­lił się oto­czyć lu­dziom, któ­rzy chcie­li­by pła­wić się w jego bla­sku i ko­rzy­stać z jego pie­ni­ędzy.

Ze względu na na­gro­dę nie wy­pa­da­ło mu się ewa­ku­ować z im­pre­zy. Wy­jście po an­giel­sku nie wcho­dzi­ło w grę, kie­dy oczy wszyst­kich były skie­ro­wa­ne na nie­go.

Z gali wy­sze­dł pó­źno, lek­ko pod­chmie­lo­ny, żeby znie­czu­lić stres, i w to­wa­rzy­stwie jed­nej z mo­de­lek, któ­rych po­kaz miał uświet­nić galę. Ko­bie­ta była mło­da, pi­ęk­na jak z ob­raz­ka i po­ru­sza­ła się tak zmy­sło­wo, że Pa­tryk z miej­sca za­rzu­cił swo­je po­sta­no­wie­nie o za­ko­ńcze­niu nie­zo­bo­wi­ązu­jących za­baw.

Po­je­cha­li tak­sów­ką do jego domu, gdzie świet­nie się ba­wi­li.

Ma­ri­ka, bo ta­kie imię no­si­ła mo­del­ka, od razu za­zna­czy­ła, że nie in­te­re­su­ją ją żad­ne zwi­ąz­ki, bo ma na gło­wie ka­rie­rę. „Za­ba­wa to co in­ne­go”. Na­praw­dę tak po­wie­dzia­ła. Pa­try­ko­wi pierw­szy raz zda­rzy­ło się coś ta­kie­go. Zwy­kle ko­chan­ki ocze­ki­wa­ły od nie­go de­kla­ra­cji. Spodo­ba­ła mu się ta od­mia­na.

Kie­dy obu­dził się rano, dziew­czy­ny już nie było. Zo­sta­wi­ła mu wi­zy­tów­kę z od­bi­tym bu­zia­kiem ze szmin­ki. Pa­tryk spoj­rzał na imię, na­zwi­sko i nu­mer ko­mór­ki, po czym wrzu­cił wi­zy­tów­kę do ko­sza. Po­wtó­rzył so­bie po­sta­no­wie­nie. Ko­niec z ba­ba­mi.

Zgod­nie z tym za­ło­że­niem prze­stał za­li­czać w week­en­dy bary i pa­nien­ki. Uznał, że sko­ro przy­pad­ko­wo stał się oso­bą pu­blicz­ną w Kra­ko­wie, po­wi­nien bar­dziej dbać o swo­ją re­pu­ta­cję.

Sku­pił się na pra­cy, bo to za­wsze wy­cho­dzi­ło mu naj­le­piej.

Lato 2019

Le­go­no­mic In­du­stries dzia­ła­ło jak do­brze na­oli­wio­na ma­szy­na. Nie­zwy­kle rzad­ko się zda­rza­ło, że Pa­tryk mu­siał in­ter­we­nio­wać. Po kil­ku mie­si­ącach jed­nak ta­kie „wpad­ki” za­częły się przy­tra­fiać częściej. Pre­zes Pi­lar­czyk nie był spe­cja­li­stą od kon­tak­tów mi­ędzy­ludz­kich, a za­rządza­nie za­so­ba­mi pra­cow­ni­czy­mi sta­no­wi­ło dla nie­go praw­dzi­we wy­zwa­nie. Po­nie­waż jed­nak bar­dzo za­le­ża­ło mu na tym, żeby wszy­scy pra­cow­ni­cy byli za­do­wo­le­ni z pra­cy u nie­go, zor­ga­ni­zo­wał szko­le­nie dla swo­ich kie­row­ni­ków.

Wrzesień 2019

W je­den z wrze­śnio­wych week­en­dów Pa­tryk za­brał swo­ją eki­pę do ob­le­ga­ne­go w tym se­zo­nie ho­te­lu w Bia­łce Ta­trza­ńskiej, wy­na­jął małą salę kon­fe­ren­cyj­ną i za­pro­sił dwie fir­my, któ­re mia­ły prze­szko­lić jego i ka­drę Le­go­no­mic In­du­stries w za­kre­sie za­rządza­nia za­so­ba­mi ludz­ki­mi.

Pierw­sze szko­le­nie prze­pro­wa­dzi­ła fir­ma Fo­xnet Con­sul­ting, za­rządza­na przez eks­cen­trycz­ną miesz­kan­kę sto­li­cy, dok­tor nauk ma­te­ma­tycz­nych Wio­le­tę Li­siec­ką. Nie­co­dzien­ne me­to­dy szko­le­nio­we mło­dej pani pre­zes bar­dzo spodo­ba­ły się Pa­try­ko­wi, a jesz­cze bar­dziej jego eki­pie. Szcze­gól­nie jed­ne­mu z in­ży­nie­rów, któ­ry już pierw­sze­go wie­czo­ru za­li­czył wie­czór ma­rzeń z pi­ęk­ną i bar­dzo tem­pe­ra­ment­ną War­sza­wian­ką.

Bog­dan opo­wia­dał o tym spo­tka­niu jesz­cze przez do­bry mie­si­ąc, wy­chwa­la­jąc łó­żko­we wy­czy­ny pani pre­zes. Po­dob­no zo­sta­li przy­ja­ció­łmi, ale Pa­tryk nie wie­rzył w ta­kie przy­ja­źnie. Nie po­win­no się łączyć re­la­cji łó­żko­wych z biz­ne­so­wy­mi, za­wsze ktoś kiep­sko na tym wyj­dzie – uznał. Nie zre­zy­gno­wał jed­nak ze wspó­łpra­cy z fir­mą pre­zes Li­siec­kiej, bo szko­le­nia pro­wa­dzi­ła ge­nial­ne, a prze­cież taki był cel.

Grudzień 2019

Rok biz­ne­so­wy dwa ty­si­ące dzie­wi­ęt­na­sty fir­ma Pa­try­ka Pi­lar­czy­ka za­ko­ńczy­ła z ogrom­nym suk­ce­sem fi­nan­so­wym, bra­nżo­wym i pia­ro­wym. Le­go­no­mic In­du­stries, dzi­ęki wspó­łpra­cy z Toy­oda Mo­tors, sta­ła się roz­po­zna­wal­ną mar­ką i po­ten­ta­tem na pol­skim ryn­ku w swo­jej in­no­wa­cyj­nej bra­nży. Pre­zes nie li­czył już na­wet zer na kon­cie, bo ci­ągle in­we­sto­wał w roz­wój fir­my. Jemu ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło. Mama nie chcia­ła od nie­go pie­ni­ędzy, więc wy­ku­pił jej i sio­strze wcza­sy i ka­zał im le­cieć na Wy­spy Ka­na­ryj­skie. On sam nie miał cza­su na wa­ka­cje.

Styczeń 2020

W no­wym roku Pa­tryk po­je­chał na ty­go­dnio­we szko­le­nie or­ga­ni­zo­wa­ne przez fir­mę Wio­le­ty Li­siec­kiej we Wro­cła­wiu. Tym ra­zem sam, bo była to jed­nost­ka tre­nin­go­wo-kon­sul­ta­cyj­na wy­łącz­nie dla ka­dry za­rządza­jącej i wła­ści­cie­li firm. On był u sie­bie dwa w jed­nym – wła­ści­cie­lem pa­kie­tu wi­ęk­szo­ścio­we­go spó­łki i pre­ze­sem za­rządu.

Fo­xnet Con­sul­ting jak zwy­kle sta­nęło na wy­so­ko­ści za­da­nia. Oprócz fa­cho­wych wy­kła­dów i warsz­ta­tów dok­tor Li­siec­ka zor­ga­ni­zo­wa­ła uczest­ni­kom rów­nież roz­ryw­kę na naj­wy­ższym po­zio­mie. Naj­lep­sze wro­cław­skie klu­by sta­ły przed nimi otwo­rem, ale nie oby­ło się też bez nie­spo­dzia­nek.

W po­nie­dzia­łek w ho­te­lu po­ja­wi­ła się nie­po­zor­na drob­na sza­tyn­ka. Przy obie­dzie oka­za­ło się, że to przy­ja­ció­łka Wio­le­ty Li­siec­kiej. Zo­fia Ma­łkow­ska, tak ją przed­sta­wi­ła pani pre­zes. Pa­tryk po­cząt­ko­wo nie zwró­cił na­wet uwa­gi na ko­bie­tę, za­jęty żar­ta­mi Wio­le­ty i ob­ser­wa­cją efek­tu, jaki wy­wo­ły­wa­ła pani pre­zes, prze­gląda­jąc się w męskich spoj­rze­niach. Fa­scy­no­wał go fe­no­men fem­me fa­ta­le, a ra­czej tego, jak to mo­żli­we, żeby tylu mężczyzn – pre­ze­sów du­żych firm, często mężów i oj­ców – tra­ci­ło gło­wę dla ta­kiej ża­ró­wy. On ni­g­dy nie miał ci­ągot do ko­biet, któ­re tak bar­dzo biły po oczach. Wul­gar­no­ść go ra­zi­ła na­wet u in­te­li­gent­nych ba­bek. Wo­lał dys­kret­ne pi­ęk­no i sto­no­wa­ną ele­gan­cję.

Pa­tryk spoj­rzał w zu­pe­łnie in­nym świe­tle na Zo­fię do­pie­ro wte­dy, kie­dy zo­sta­li sami przy sto­li­ku w jed­nym z wro­cław­skich klu­bów. To nie była już sza­ra mysz­ka, któ­rą Wio­le­ta po­sa­dzi­ła obok sie­bie i przy­ćmi­ła swo­im bla­skiem w ho­te­lu. Ta Zo­sia, sie­dząca przy sto­li­ku w no­wej fry­zu­rze i ele­ganc­kiej, ale nie eks­tra­wa­ganc­kiej su­kien­ce, była ślicz­na. Kie­dy za­częli roz­ma­wiać, oka­za­ła się też by­stra, a jej spe­cy­ficz­ne, pod­szy­te iro­nią po­czu­cie hu­mo­ru bar­dzo przy­pa­dło mu do gu­stu.

Naj­pierw opo­wie­dział jej o swo­jej pra­cy, po­tem ona jemu o zna­jo­mo­ści z Wio­le­tą, a gdy w ko­ńcu do­tar­li do wspól­nej pa­sji z dzie­ci­ństwa – ta­ńca – wie­dział już, że nie przej­dzie obok niej obo­jęt­nie. Pierw­szy raz od daw­na pre­zes Pi­lar­czyk tra­fił na ko­bie­tę, któ­ra za­in­te­re­so­wa­ła go na tyle, że nie my­ślał o za­ci­ągni­ęciu jej do łó­żka na jed­ną noc. On chciał ją od­kry­wać i prze­bie­rał no­ga­mi z emo­cji na myśl o tym.

Po po­wro­cie do ho­te­lu od­pro­wa­dził ją do po­ko­ju, na­wet nie li­cząc, że po­zwo­li mu spędzić ze sobą noc. Sta­ło się tak, jak prze­wi­dział, Zo­sia po­że­gna­ła się już pod drzwia­mi i ży­czy­ła mu do­brej nocy. Będzie do­bra – po­my­ślał, już ma­rząc o ko­lej­nym dniu w jej obec­no­ści.

Na­stęp­ne­go dnia Wio­le­ta Li­siec­ka za­pla­no­wa­ła dla swo­jej gru­py zwie­dza­nie Pa­no­ra­my Ra­cła­wic­kiej. Pa­tryk wi­dział, że Zo­sia jest pod­eks­cy­to­wa­na, ale też ze­stre­so­wa­na, i nie ro­zu­miał dla­cze­go, do­pó­ki nie zo­ba­czył, jak za­re­ago­wa­ła na po­ja­wie­nie się czło­wie­ka, któ­ry miał wy­gło­sić wy­kład dla zwie­dza­jących.

Fa­cet też miał na imię Pa­tryk i zo­stał przed­sta­wio­ny jako dok­tor hi­sto­rii z Uni­wer­sy­te­tu Wro­cław­skie­go. Po­toc­ki. Pre­ze­so­wi Pi­lar­czy­ko­wi nic nie mó­wi­ło to na­zwi­sko. Zo­sia za to na jego wi­dok scho­wa­ła się za ple­ca­mi jed­ne­go z uczest­ni­ków zwie­dza­nia i pra­wie uwie­si­ła się na ra­mie­niu Pa­try­ka, któ­ry mu­siał za­re­ago­wać. Na­chy­lił się więc nad Zo­sią i szep­nął jej do ucha:

– Znasz tego wy­kła­dow­cę, praw­da?

– Kie­dyś zna­łam – od­po­wie­dzia­ła.

– Ro­zu­miem, nie będę drążył, ale gdy­byś po­trze­bo­wa­ła wspar­cia, je­stem tu – obie­cał swo­ją po­moc.

I do­brze, że to zro­bił, bo nie­dłu­go po­tem pod­sze­dł do nich ten wła­śnie dok­to­rek.

Pa­tryk przy­słu­chi­wał się z nie­do­wie­rza­niem ab­sur­dal­nej ba­jecz­ce, jaką tam­ten pró­bo­wał wci­snąć Zosi. Prze­cież ka­żdy głu­pi by za­uwa­żył, że to buj­da – po­my­ślał, ale na twa­rzy no­wej zna­jo­mej zo­ba­czył wa­ha­nie. A więc jej jesz­cze na nim za bar­dzo za­le­ży, żeby po­zna­ła się na tych ba­jecz­kach – zro­zu­miał. Po­sta­no­wił jed­nak jej po­móc, bo na­wet on znał sen­ten­cję, któ­rą po­wta­rza­ła jego sio­stra Pau­li­na. Jed­no z jej przy­ka­zań frien­dzo­ne brzmia­ło: „Ra­mię, na któ­rym ko­bie­ta może się wy­pła­kać, może stać się ra­mie­niem, któ­re będzie obej­mo­wa­ło ją już za­wsze”. W wer­sji an­giel­skiej, oczy­wi­ście, było o wie­le mniej sub­tel­ne: „A sho­ul­der to cry on be­co­mes a dick to ride on”1. Ale cze­go się nie robi, żeby stać się tym „dick to ride on”? – spy­tał fi­lo­zo­ficz­nie.

Po ko­la­cji Pa­tryk pod­sze­dł do Zosi, żeby za­py­tać ją o pla­ny na wie­czór. On sam nie miał ocho­ty szla­jać się po mie­ście, więc zor­ga­ni­zo­wał se­ans fil­mo­wy na ich ma­łej sali kon­fe­ren­cyj­nej. Przy­go­to­wał oczy­wi­ście prze­kąski i al­ko­hol, któ­re za­mó­wił w ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji. Punk­tu­al­nie o dwu­dzie­stej, tak jak za­po­wie­dział, po­sze­dł po Zo­się do jej po­ko­ju.

Dziew­czy­na wy­gląda­ła na nie­co za­gu­bio­ną, ale kie­dy za­pro­po­no­wał drin­ka, a po­tem przy­sia­dł się do niej, uśmiech­nęła się przy­ja­źnie.

Pa­tryk nie umiał już uda­wać, że Zo­sia mu się nie po­do­ba. Po­do­ba­ła się jak cho­le­ra. Z tru­dem wy­trzy­my­wał z dala od niej i po­wstrzy­my­wał się, żeby się na nią nie rzu­cić. Miał ocho­tę ją ob­jąć, wci­ągnąć so­bie na ko­la­na i za­nu­rzyć nos w jej wło­sach, smy­ra­jąc dziew­czy­nie de­li­kat­nie kark. Wy­obra­żał so­bie, że skó­ra na kar­ku Zosi jest de­li­kat­na i wra­żli­wa i samo to wy­obra­że­nie spo­wo­do­wa­ło, że po­czuł pe­wien dys­kom­fort w spodniach. Całe szczęście, że na sali „ki­no­wej” było ciem­no i nikt tego nie mógł doj­rzeć.

Zo­sia wy­pi­ła tyl­ko jed­ne­go drin­ka, ale za­mie­nił on ją w du­szę to­wa­rzy­stwa. Pa­tryk nie mógł się na­dzi­wić, że nie­śmia­ła i wy­co­fa­na dziew­czy­na za­częła za­wzi­ęcie dys­ku­to­wać, żar­to­wać so­bie i sta­wiać od­wa­żne hi­po­te­zy. Jesz­cze bar­dziej mu się spodo­ba­ła.

Kie­dy od­pro­wa­dził ją do po­ko­ju, nie ma­rzył już o ni­czym in­nym niż za­mkni­ęcie jej w ra­mio­nach i do­pro­wa­dze­nie do wrze­nia, żeby jej ukry­ty tem­pe­ra­ment zna­la­zł w ko­ńcu ujście.

Zo­sia jed­nak za­trzy­ma­ła go przed drzwia­mi i tym ra­zem.

– Nie w ten spo­sób – po­pro­si­ła, pa­trząc mu w oczy.

– No co ty, Zo­siu? – Nie chciał sły­szeć tej od­mo­wy.

– Obo­je je­ste­śmy pi­ja­ni. Po­ga­da­my, jak wy­trze­źwie­jesz – wy­ja­śni­ła.

Za­mknęła mu drzwi przed no­sem, a Pa­tryk jesz­cze przez chwi­lę pa­trzył w nie, jak­by nie wie­rzył. Fru­stra­cja gra­ła w nim pierw­sze skrzyp­ce. Cze­mu gdy spo­ty­kam wspa­nia­łą ko­bie­tę, ona po pro­stu się na mnie nie rzu­ca jak te wszyst­kie bździ­ągwy? O ile ży­cie by­ło­by ła­twiej­sze, gdy­by te wy­jąt­ko­we po­zna­wa­ło się tak ła­two jak po­zo­sta­łe…

Pa­tryk Pi­lar­czyk był jed­nak in­te­li­gent­nym i roz­sąd­nym fa­ce­tem. Wie­dział, że na to, co do­bre, trze­ba so­bie w ży­ciu za­pra­co­wać, bo tego na­uczy­li go ro­dzi­ce. Wzi­ął więc głębo­ki wdech, po­wo­li wy­pu­ścił po­wie­trze i po­kręcił gło­wą, wie­dząc, że za chwi­lę cze­ka go sa­mot­na se­sja pod prysz­ni­cem z my­śla­mi o Zosi. Ale nie ża­ło­wał tego. W ko­ńcu tra­fił na ko­goś, dla kogo war­to było trzy­mać ręce przy so­bie i uży­wać in­nych ar­gu­men­tów niż wy­gląd czy kasa.

Wi­ęk­szo­ść ko­biet, z któ­ry­mi miał ostat­nio do czy­nie­nia, zna­ła jego sta­tus za­wo­do­wy i ma­te­rial­ny. Zo­sia po­zna­ła go jako zwy­kłe­go in­ży­nie­ra, a i tak go po­lu­bi­ła. Już cho­ćby dla­te­go w jego oczach oka­za­ła się wy­jąt­ko­wa.

Da­isy, Da­isy, ko­cham cię, nic na to nie po­ra­dzę.

Gdy twój wzrok spo­ty­ka mnie, nad sobą tra­cę wła­dzę.

A gdy na spa­cer wy­bie­ram się, sły­szę słod­kie sło­wa te:

Po­pa­trz­cie, to fa­cet, któ­ry wci­ąż ko­cha Da­isy May2.

Pa­tryk uwiel­biał kre­sków­ki. Od dziec­ka za­czy­ty­wał się w ko­mik­sach Di­sneya, szcze­gól­nie tych o Ka­czo­rze Do­nal­dzie, oraz oglądał na­mi­ęt­nie Ka­cze opo­wie­ści i Przy­go­dy Ka­czo­ra Do­nal­da. Zo­sta­ło mu to do dziś. Ot, ta­kie pry­wat­ne dzi­wac­two. Kto bo­ga­te­mu za­bro­ni?

Hi­sto­ryj­ka, z któ­rej po­cho­dzi ta pio­sen­ka, opo­wia­da o za­ko­cha­nym Ka­czo­rze Do­nal­dzie, któ­ry pró­bo­wał ró­żnych zna­nych lu­dziom (i kacz­kom) spo­so­bów, żeby zdo­być ser­ce swo­jej uko­cha­nej. Naj­za­baw­niej­sze w ca­łej hi­sto­rii było to, że im bar­dziej Do­nald kom­bi­no­wał, tym gor­szy osi­ągał tego efekt.

Pa­tryk po­sta­no­wił więc po­sta­wić na na­tu­ral­no­ść i swo­bo­dę.

Rano pod­sze­dł do Zosi przy śnia­da­niu i prze­pro­sił ją za wczo­raj­szą na­chal­no­ść. Na szczęście się nie po­gnie­wa­ła. Za­żar­to­wa­ła so­bie na­wet na te­mat al­ko­ho­lu i tego, co używ­ki ro­bią z lu­dźmi, ale Pa­tryk od­nió­sł wra­że­nie, że po­smut­nia­ła.

Kie­dy za­pro­po­no­wał jej spo­tka­nie, wy­kręci­ła się kul­tu­ral­nie. Po­sta­wił więc wszyst­ko na jed­ną kar­tę i przy­znał, że bar­dzo mu się spodo­ba­ła. Zo­sia po­wie­dzia­ła wte­dy, że też go po­lu­bi­ła, ale nie jest go­to­wa na żad­ne nowe zwi­ąz­ki. Zro­zu­miał, że fa­cet, któ­ry ją skrzyw­dził, ci­ągle mu­siał zaj­mo­wać jej my­śli i mie­szać w ser­dusz­ku. Uznał w ko­ńcu, że war­to dać jej czas i za­pro­po­no­wać swo­ją przy­ja­źń, wspar­cie i po­moc, je­śli tyl­ko by jej po­trze­bo­wa­ła.

Zo­sia po­szła po­zwie­dzać, a Pa­tryk – na szko­le­nie. Przez całą śro­dę miał prze­ła­do­wa­ny pro­gram. Od­nió­sł na­wet wra­że­nie, że Wio­le­ta pró­bo­wa­ła go trzy­mać z dala od Zosi, cze­go nie ro­zu­miał. Był tam jed­nak przede wszyst­kim w ce­lach słu­żbo­wych, a poza tym nie mógł prze­cież zmu­sić ko­bie­ty, żeby się z nim spo­tka­ła. Uczest­ni­czył więc we wszyst­kich prze­wi­dzia­nych na ten dzień za­jęciach i za­sta­na­wiał się, co po­wie Zosi wie­czo­rem.

Tuż przed ko­la­cją do­stał jed­nak te­le­fon z Kra­ko­wa. Oka­za­ło się, że z sa­me­go rana musi być w swo­im mie­ście, bo ma się tam po­ja­wić prze­lo­tem ich naj­wa­żniej­szy kon­tra­hent – pre­zes pol­skiej spó­łki Toy­oda Mo­tors, je­dy­ny nie-Ja­po­ńczyk na sta­no­wi­sku tego szcze­bla w mo­to­ry­za­cyj­nym gi­gan­cie. Pa­tryk po­li­czył so­bie w my­ślach, że nie opła­ca mu się no­co­wać we Wro­cła­wiu, bo trze­ba było li­czyć dwie i pół go­dzi­ny dro­gi, w po­ran­nych go­dzi­nach szczy­tu na­wet trzy, więc po­wi­nien wra­cać do Kra­ko­wa jak naj­szyb­ciej. Po­sta­no­wił zje­ść coś cie­płe­go w ho­te­lu i wy­ru­szyć czym prędzej.

Pa­tryk nie mógł uwie­rzyć jed­nak we wła­sny fart, kie­dy przy ko­la­cji oka­za­ło się, że Zo­sia też musi wra­cać wcze­śniej do domu. Per­spek­ty­wa wspól­nej pod­ró­ży na­kręci­ła go po­zy­tyw­nie i zno­wu za­czął pa­trzeć z na­dzie­ją w przy­szło­ść, tym bar­dziej że ko­bie­ta bez wa­ha­nia się zgo­dzi­ła, żeby pod­rzu­cił ją na Śląsk.

Dro­ga z Zo­fią Ma­łkow­ską mi­nęła mu w mgnie­niu oka. Im le­piej po­zna­wał tę ko­bie­tę, tym wi­ęk­sze ro­bi­ła na nim wra­że­nie. Zbli­ża­jąc się do Ka­to­wic, pod­jął de­cy­zję, że nie może jej ot tak wy­sa­dzić na dwor­cu.

– Zo­siu, je­śli po­zwo­lisz… Jest już bar­dzo pó­źno, pew­nie i tak nie będziesz mia­ła żad­ne­go trans­por­tu do domu. Po­daj mi, pro­szę, ad­res, a ja cię od­wio­zę.

Na­wet je­śli Zo­sia się za­wa­ha­ła, nie trwa­ło to dłu­go. Pew­nie i ona do­szła do wnio­sku, że jego pro­po­zy­cja jest sen­sow­na. Nie miał po­jęcia, że ra­to­wał jej na­rwa­ny ty­łek. Chciał po pro­stu być dżen­tel­me­nem i spędzić z nią jesz­cze tro­chę cza­su.

– Zgo­da. Jedź na Za­wier­cie, a ja wpi­szę ci ad­res do na­wi­ga­cji – za­pro­po­no­wa­ła.

Pa­tryk uśmiech­nął się pod no­sem. Po­do­ba­ło mu się, że była taka na­tu­ral­na. Nie zgry­wa się ani na damę, ani na ru­sa­łkę. Przy­po­mniał so­bie sta­ry ka­wał i po­kręcił gło­wą. Są ta­kie ko­bie­ty, do któ­rych nie pa­su­ją po­pu­lar­ne dow­ci­py.

Za­nim do­wió­zł Zo­się do domu, uda­ło mu się ją prze­ko­nać, że tyl­ko ma­jąc jej nu­mer te­le­fo­nu, będzie mógł swo­bod­nie się z nią skon­tak­to­wać, je­śli przyj­dzie mu ocho­ta na przy­ja­ciel­skie spo­tka­nie lub po­ga­węd­kę. Zo­śka zo­sta­wi­ła mu swój nu­mer, więc wzi­ął to za do­brą kar­tę.

Od­sta­wił ją pod dom o dwu­dzie­stej trze­ciej.

– Mam na­dzie­ję, że do zo­ba­cze­nia, Zo­siu – po­wie­dział, cmok­nąw­szy ją w po­li­czek.

– Ja też mam taką na­dzie­ję – od­po­wie­dzia­ła, po czym po­ma­cha­ła mu i za­mknęła drzwi.

Od­je­chał za­raz spod jej domu w Czar­nym Le­sie. Jego miej­ski SUV nie miał naj­mniej­sze­go pro­ble­mu z po­ko­na­niem grun­to­wej dro­gi, na­wet je­śli nie je­ździł zwy­kle w ta­kie miej­sca.

Pa­tryk do­ta­rł do domu po pierw­szej w nocy. Wzi­ął prysz­nic i po­ło­żył się spać, bo mu­siał prze­cież wstać wcze­śnie rano. Nie pierw­szy raz miał zbie­rać się do pra­cy po pó­źnym po­wro­cie do domu, ale już daw­no nie kła­dł się spać trze­źwy i w ta­kim świet­nym hu­mo­rze. W te­le­fo­nie miał za­pi­sa­ny nu­mer do Zosi i za­mie­rzał go wy­ko­rzy­stać tak szyb­ko, jak tyl­ko wy­pa­da, to jest już rano.

Bu­dzik usta­wił na szó­stą trzy­dzie­ści, bo szef Toy­oda Mo­tors miał być w Kra­ko­wie o dzie­wi­ątej. Pa­tryk za­kła­dał, że na nie­spo­dzie­wa­ne spo­tka­nie zdąży się przy­go­to­wać rano w fir­mie.

Praw­da była taka, że pre­zes Le­go­no­mic In­du­stries li­czył na oso­bi­stą roz­mo­wę z wa­żnym kon­tra­hen­tem już od daw­na, ale tam­ten ni­g­dy nie miał cza­su. Na­praw­dę trud­no było wbić się w jego ka­len­darz, a tym­cza­sem spra­wa była dość istot­na, bo cho­dzi­ło o fi­na­li­za­cję wa­żne­go kon­trak­tu oraz pla­ny wspó­łpra­cy na przy­szło­ść. Fakt, że dok­tor Ja­nusz Pa­wel­czyk, pre­zes Toy­ody nie tyl­ko na Pol­skę, ale na całą Eu­ro­pę Środ­ko­wo-Wschod­nią, zgo­dził się zje­ść z nim w Kra­ko­wie śnia­da­nie po­mi­ędzy jed­nym lo­tem a dru­gim, sta­no­wił ogrom­ny suk­ces za­stęp­cy Pa­try­ka. Bog­dan dzwo­nił nie tyl­ko do War­sza­wy, ale na­wet do Bruk­se­li, żeby zor­ga­ni­zo­wać to spo­tka­nie.

Biz­ne­so­we śnia­da­nie z pre­ze­sem Pa­wel­czy­kiem było więc dla Pa­try­ka wiel­kim wy­da­rze­niem. Wbrew jego oba­wom pan pre­zes oka­zał się skrom­nym i bar­dzo war­to­ścio­wym czło­wie­kiem. Trak­to­wał z sza­cun­kiem wszyst­kich – od swo­je­go szo­fe­ra po kel­ne­ra w re­stau­ra­cji – a pra­cy Le­go­no­mic nie mógł się na­chwa­lić.

– Pa­nie pre­ze­sie, je­ste­śmy za­chwy­ce­ni pa­ński­mi ro­bo­ta­mi – pod­su­mo­wał dzia­ła­nia Pa­try­ka, któ­ry miał ocho­tę unie­ść się po­nad chmu­ry.

– To za­szczyt dla mnie i mo­jej eki­py. Cały rok pra­co­wa­li­śmy na pa­ństwa uzna­nie. – Pi­lar­czyk skło­nił gło­wę w ja­po­ński spo­sób, a pan Pa­wel­czyk dys­kret­nie się za­śmiał.

– Nie­ste­ty nie mam wi­ęcej cza­su, ale już dziś mogę panu obie­cać, że na tym na­sza wspó­łpra­ca się nie sko­ńczy. Za­rząd cen­tra­li w Ja­po­nii po­pie­ra moje za­an­ga­żo­wa­nie we włącza­nie pol­skich pod­wy­ko­naw­ców w pro­ces pro­duk­cyj­ny Toy­ody. Są nami ocza­ro­wa­ni.

– To tym wi­ęk­szy za­szczyt.

– Po­do­ba mi się pan, pa­nie Pi­lar­czyk. W na­szym kra­ju trze­ba mieć wiel­ką od­wa­gę, żeby za­ło­żyć biz­nes od pod­staw. Pro­szę jed­nak pa­mi­ętać o ży­ciu pry­wat­nym. Ja­po­ńczy­cy twier­dzą, że do­bry pra­cow­nik to szczęśli­wy pra­cow­nik. To samo do­ty­czy pre­ze­sa.

– Dzi­ęku­ję za radę. – Pa­tryk ski­nął gło­wą i uśmiech­nął się tro­chę me­cha­nicz­nie. Nie lu­bił, gdy ktoś wtrącał się w jego spra­wy, na­wet ktoś tak wa­żny, ale tym ra­zem sam miał na­dzie­ję, że jego ży­cie pry­wat­ne tro­chę się oży­wi.

Śnia­da­nie biz­ne­so­we z Pa­wel­czy­kiem po­zo­sta­wi­ło po so­bie uczu­cie mocy w Pa­try­ku. Już daw­no nikt tak nie pod­nió­sł mu sa­mo­oce­ny.

Za­raz po spo­tka­niu, pe­łen po­zy­tyw­nej ener­gii, na­pi­sał SMS-a do Zosi. „Dzień do­bry, Zo­siu. Mam na­dzie­ję, że się wy­spa­łaś. Ja już je­stem w pra­cy, choć wczo­raj w domu by­łem do­pie­ro po pierw­szej. Ży­czę Ci mi­łe­go dnia. Pa­tryk”. Nie cze­kał dłu­go na od­po­wie­dź. Zo­sia od­pi­sa­ła: „Dzień do­bry. Jesz­cze raz dzi­ęku­ję za pod­wie­zie­nie do domu. Ja też Ci ży­czę mi­łe­go dnia w pra­cy. Nie­ste­ty chy­ba się prze­zi­ębi­łam, więc spędzę ten dzień w łó­żku. Po­zdra­wiam. Zo­sia”.

Pa­tryk po­ża­ło­wał zna­jo­mej, któ­ra już wczo­raj wy­gląda­ła na prze­jętą. Może rze­czy­wi­ście się roz­cho­ro­wa­ła z ner­wów? Od­pi­sał jej tro­chę szel­mow­sko, ale nie mógł się po­wstrzy­mać przed cho­ćby ma­le­ńką alu­zją: „Ża­łu­ję, że nie mogę dziś opu­ścić Kra­ko­wa. Chęt­nie bym Ci po­mó­gł wy­zdro­wieć ;-). Trzy­maj się. P”. Zo­sia już nie od­po­wie­dzia­ła.

No cóż, Pa­tryk nie spo­dzie­wał się, że będzie pod­trzy­my­wa­ła jego flirt. Nie wy­gląda­ła na taką. Po­sta­no­wił dać jej tro­chę luzu, ale nie wy­trzy­mał dłu­go bez kon­tak­tu. Ci­ągnęło go do niej tak, jak już daw­no do żad­nej ko­bie­ty.

Dwa dni pó­źniej znów na­pi­sał. Dłu­go się za­sta­na­wiał nad tre­ścią wia­do­mo­ści, ale w ko­ńcu po­sta­wił na swo­bo­dę: „Hej, Pi­ęk­na. Co u cie­bie? Mia­ła­byś ocho­tę się spo­tkać w przy­szłym ty­go­dniu? Wy­bie­ram się w śro­dę do Ło­dzi i chęt­nie bym cię od­wie­dził po dro­dze. Daj znać. Pa­tryk”. Zo­sia od­pi­sa­ła mu nie­dłu­go: „Praw­do­po­dob­nie będę w domu, ale jesz­cze dam znać. Po­zdra­wiam. Zo­sia”. No cóż… nie po­wie­dzia­ła „nie”.

Pa­tryk rze­czy­wi­ście miał mieć trzy spo­tka­nia w Ło­dzi. W śro­dę po po­łud­niu ze swo­im daw­nym pro­fe­so­rem z Kra­ko­wa, któ­ry zmie­nił uczel­nię. Po­tem w czwar­tek i pi­ątek – kon­fe­ren­cję na po­li­tech­ni­ce w Ło­dzi, bo po sta­rej zna­jo­mo­ści zgo­dził się wy­stąpić dla stu­den­tów pro­fe­so­ra Cza­plar­skie­go. W so­bo­tę rano miał zje­ść śnia­da­nie z po­ten­cjal­nym do­staw­cą, po­nie­waż sta­rał się za­ma­wiać po­trzeb­ne części w Pol­sce, na­wet je­śli były tro­chę dro­ższe niż te z Chin.

We wto­rek wie­czo­rem po­sta­no­wił spró­bo­wać szczęścia i na­pi­sał do no­wej zna­jo­mej SMS-a, pra­wie się do niej wpra­sza­jąc. Ale to do od­wa­żnych świat na­le­ży, praw­da? „Jak się czu­jesz, Zo­siu? Nie będę ci prze­szka­dzał, je­śli wpad­nę do cie­bie ju­tro koło dzie­si­ątej? A może chcia­ła­byś gdzieś wy­jść? Daj znać. PePe”.

Pod­pi­sał się ksyw­ką, któ­rej uży­wał od dziec­ka. To był nie tyl­ko skrót od pierw­szych gło­sek imie­nia i na­zwi­ska, lecz ta­kże imię, któ­re nada­ła mu młod­sza sio­stra, Pau­li­na, za­nim jesz­cze na­uczy­ła się do­brze mó­wić. Miał sen­ty­ment do tego „Pepe”.

Zo­sia od­pi­sa­ła mu pra­wie od razu: „Będę w domu, mo­żesz przy­je­chać, o któ­rej ci pa­su­je. Wszyst­ko w po­rząd­ku. Po­zdra­wiam. Z”. Ucie­szył się tak, że miał ocho­tę pod­sko­czyć z ra­do­ści. Za­raz wy­stu­kał jej od­po­wie­dź: „Cie­szę się :-). Do ju­tra. Śpij do­brze”. I jesz­cze do­stał po­twier­dze­nie: „Wza­jem­nie :-)”.

Już daw­no nie za­sy­piał tak pod­eks­cy­to­wa­ny. Miał wra­że­nie, że po­zy­tyw­na ener­gia go roz­nie­sie. Ju­tro zo­ba­czę Zo­się…

Po­ran­na dro­ga tro­chę mu się dłu­ży­ła, rów­nież dla­te­go, że przez śnieg i kiep­skie wa­run­ki nie mógł je­chać za szyb­ko. Na szczęście miał do­bry i pew­ny sa­mo­chód, któ­ry spraw­dzał się na­wet w śnie­żną zimę. Szcze­gól­nie przy­dał się on na ostat­nich ki­lo­me­trach, bo dro­ga do miej­sco­wo­ści, gdzie miesz­ka­ła Zo­sia, była zu­pe­łnie za­sy­pa­na.

Pa­tryk ro­zej­rzał się po Czar­nym Le­sie i szyb­ko do­sze­dł do wnio­sku, że nie mó­głby tam za­miesz­kać. Miał za to na­dzie­ję, że kie­dyś uda­ło­by mu się spro­wa­dzić Zo­się do Kra­ko­wa. Ona nie pa­so­wa­ła do ta­kiej za­bi­tej de­cha­mi dziu­ry.

Dom ro­dzi­ców Zo­fii Ma­łkow­skiej przy­po­mi­nał wszyst­kie inne bu­dyn­ki w oko­li­cy. Był wy­re­mon­to­wa­ny i po­wi­ęk­szo­ny, pew­nie na po­trze­by przyj­mo­wa­nia tu­ry­stów. Ser­ce Pa­try­ka od­ta­ńczy­ło ta­niec ra­do­ści, kie­dy ko­bie­ta wy­szła, żeby go przy­wi­tać. Ta­kiej re­ak­cji się po so­bie nie spo­dzie­wał.