Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
105 osób interesuje się tą książką
„Koszula, krawat, garnitur. Codzienny strój prezesa firmy. Patryk nie lubił sztywnych ubrań, ale w pewien sposób czuł się bezpiecznie, wpasowany w oficjalny dress code. Nie przyciągał uwagi, nie narażał się na skrajne oceny. Po prostu wyglądał tak, jak tego od niego oczekiwano”.
***
Patryk Pilarczyk, programista i odludek, niespodziewanie odniósł sukces zawodowy. Firma, którą założył od podstaw i rozwinął, zaczęła przynosić większe zyski. Jako prezes stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości.
Choć mężczyzna jest przystojny i bogaty, nie umie nawiązywać wartościowych relacji. Pierwsza kobieta, na której widok szybciej zabiło mu serce, okazuje się zupełnie z innej bajki, a druga… wybiera innego. Kiedy Patryk stara się zawalczyć o szczęście, na drodze staje mu przeznaczenie. Pewnego zimowego wieczoru dawno zapomniana kobieta, z którą spędził jedną noc, podrzuca mu nowo narodzone dziecko i znika…
Całe życie mężczyzny staje na głowie. Patryk stawia czoła nowemu wyzwaniu i próbuje pogodzić opiekę nad dzieckiem z prowadzeniem firmy, zderza się z instytucjami i musi starać się o prawa rodzicielskie w sądzie, mając niewielu sprzymierzeńców. Na własnej skórze przekonuje się, jak to jest być samotnym ojcem w Polsce. Mimo to walczy, bo pierwszy raz w życiu ma kogoś, na kim mu zależy.
Czy przeznaczenie szykuje dla niego jeszcze jakieś niespodzianki?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 373
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright ©2026 by Helena Leblanc
Copyright ©2026 by Litera Inventa
Wydanie pierwsze, 2026
Redakcja: Agata Bogusławska
Pierwsza korekta: Joanna Krystyna Radosz
Druga korekta: Renata Nowak
Skład, łamanie i przygotowanie ebooka: Michał Bogdański
Projekt okładki: Agnieszka Makowska
Źródło obrazu: freepik.com
ISBN: 978-83-67355-31-5
© Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej fragmenty nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autora lub wydawcy.
© All rights reserved
studio_litera.inventa@outlook.com
– Jesteś królem, szefie! Mamy najlepszego prezesa pod słońcem! – wiwatowali pracownicy Legonomic Industries.
Niedawno okazało się, że ich firma wygrała kontrakt na dostawę nowych robotów do spawania precyzyjnego dla japońskiego koncernu Toyoda Motors. Z tej okazji Patryk Pilarczyk zorganizował dla swoich pracowników i ich rodzin ogromny festyn integracyjny.
– Dziękuję – odpowiedział do mikrofonu, stojąc przed sporą grupą ludzi, którzy zebrali się w umówionym miejscu. – To również wasza zasługa, że ogromny światowy koncern nas docenił. Teraz będziemy musieli pracować jeszcze ciężej, ale bezrobocie nam nie grozi przez kilka najbliższych lat, więc jeśli chcecie brać kredyty czy planujecie większe wydatki, to jest dobry moment – zażartował.
Patryk właśnie to uczynił. Tuż po podpisaniu umowy z potentatem branży motoryzacyjnej kupił willę. Właściwie sam nie wiedział, po co mu tak duży dom, ale pamiętał, że jego mama zawsze o takim marzyła, i cieszył się, że stać go na coś, na co jego rodzice nie mogli sobie pozwolić ani w jego wieku, ani później. Teraz ojciec już nie żył, a mama została sama w mieszkaniu, z którym łączyły ją całe życie i wszystkie wspomnienia. A on miał wielką willę, tylko dla siebie.
– Bawcie się, to jest wasz czas – życzył współpracownikom. – Od poniedziałku zaczyna się ciężka praca, ale myślę, że każdemu się to opłaci. Jeszcze raz wam dziękuję!
Patryk na różnych kursach odebrał kilka lekcji podstaw psychologii oraz zarządzania zasobami ludzkimi, bo od dziecka był raczej nieśmiały i kiepsko radził sobie z nawiązywaniem znajomości. A jeśli chodziło o przemawianie do dużej liczby osób, to szło mu jeszcze oporniej. Tym razem przeszedł sam siebie, ale i okazja była wyjątkowa. Jeszcze niedawno główny inżynier we własnej firmie produkującej roboty przemysłowe, a teraz prezes zarządu spółki, która weszła na giełdę i została od razu okrzyknięta odkryciem sezonu.
Oddalił się od największego skupiska ludzi i stanął z boku. Odetchnął z ulgą.
– Może piwo?
Głos należał do ładnej blondynki ubranej w uniform hostessy firmy kateringowej, która została zaangażowana do organizacji imprezy.
– Nie, dziękuję, nie piję w pracy – odpowiedział uprzejmie.
– Ale przecież to impreza integracyjna – zdziwiła się.
– Nie dla mnie. Ja jestem za wszystko odpowiedzialny.
– To ty zorganizowałeś imprezę, a teraz musisz pilnować porządku w trzeźwości? Fajną masz robotę. – Zaśmiała się. – Nie zazdroszczę.
– Nie, jestem tu prezesem, muszę się prezentować przed ludźmi – odparł spokojnie, chcąc uciąć temat.
Blondynka jednak drążyła.
– To może bezalkoholowe? Mamy w lodówce parę butelek Free. Nie wiem, kto to zamawia na imprezę, ale u was jest.
– Proszę mi przynieść jedną. – Patryk westchnął. Chciał się już uwolnić od irytującej hostessy. Co złego było w tym, że wolał przez chwilę postać sam, z dala od ludzi?
Niedługo hostessa wróciła z piwem bezalkoholowym dla niego. Uśmiechała się przy tym tak promiennie, że w końcu nawet jemu udzielił się jej dobry humor.
– Proszę, bezalkoholowe raz – powiedziała, podając mu butelkę.
– Dziękuję.
Patryk upił łyk. Przyjemnie zimne piwo smakowało lekką goryczką. Nigdy nie był fanem tego trunku, ale na imprezie integracyjnej w plenerze nie podawano zwykle wina. Świeżo upieczony prezes wiedział, że jego ludzie zaczną sobie niedługo pozwalać na więcej i zanim się ściemni, z plecaków i toreb powychodzą w tajemniczy sposób butelki czegoś mocniejszego. Nie zamierzał się w to mieszać. To był wielki dzień dla ich firmy, mieli co świętować. A Patryk się cieszył, że oni świętowali razem z nim.
Na godzinę osiemnastą zaplanowano występ grupy tańca nowoczesnego. Patryk długo myślał nad tym, co spodobałoby się jego załodze, i doszedł do wniosku, że gdyby to była impreza dla samych pracowników, jego inżynierowie ucieszyliby się pewnie z pokazu tańca na rurze. Skoro jednak zaprosił tam ich żony i dzieci (a w nielicznych przypadkach mężów i dzieci), postawił na coś bardziej konwencjonalnego. Sam był wielkim fanem tańca, i to od dziecka. Występował nawet kiedyś w zespole pieśni i tańca ludowego, co stanowiło jedyną okazję, żeby zaprezentować się na scenie w grupie. To dodawało animuszu nieśmiałemu chłopcu.
Potrząsnął głową. Dawno nie był już małym nieśmiałym chłopcem. Stał się mężczyzną, który odniósł sukces. Od kiedy na jego koncie podwoiła się liczba zer, nagle zaroiło się wokół niego od zainteresowanych kobiet. Miał pewność, że ta namolna hostessa jeszcze do niego podejdzie tego wieczoru. Chęć zabawy walczyła w nim z poczuciem przyzwoitości. No ale jak długo trzydziestoparoletni kawaler może opierać się młodej, ładnej i napalonej lasce? No właśnie. Jak długo?
Punktualnie o osiemnastej na scenie zjawił się konferansjer.
– Szanowni państwo, proszę o chwilę uwagi. Niedługo na tej scenie pojawi się dla państwa zespół Par Excellence, który wykona swój popisowy program taneczno-akrobatyczny. Zanim to nastąpi, zapraszam na stand-up w wykonaniu wschodzącej gwiazdy polskiej sceny kabaretowej, Jurka Nowaka.
Uczestnicy imprezy zaczęli obracać się w kierunku sceny, kiedy usłyszeli imię i nazwisko młodego chłopaka, którego zdarzyło im się już widywać w telewizji w popularnych programach kabaretowych. Facet z burzą jasnych loków na głowie, ubrany w zielony sweter z koniczyną, miał tak charakterystyczny głos, że ludzie śmiali się na sam jego dźwięk.
– Dzień dobry – przywitał się Jurek Nowak, mówiąc przez nos. – Tak mi się właśnie wydawało, że już gdzieś się widzieliśmy – dodał. – To wy spierdoliliście z ostatniej pielgrzymki, jak się wydało, że pogłoski o darmowym alkoholu były przesadzone?
Kabareciarzowi odpowiedział rechot publiczności, już podchmielonej i gotowej do zabawy. Nieliczne matki zakrywały tylko uszy swoim małym dzieciom, ale większość towarzystwa wyglądała na zadowoloną.
Patryk spojrzał z niesmakiem w kierunku sceny. O co chodzi? Przecież nie zamawiałem żadnego kabareciarza. Westchnął i spojrzał na konferansjera, który właśnie schodził z podestu. Podszedł do niego i spytał wprost:
– Co tu się dzieje?
– Przepraszam, panie prezesie, ale zespół już rano dał znać, że się spóźni, a ja musiałem kogoś na szybko postawić na scenie. Jurek Nowak się zgodził, bo akurat był w Krakowie i nie miał nic do roboty.
– Czemu wcześniej mi pan o tym nie powiedział?
– Ja… nie chciałem panu zawracać głowy. – Facet wyraźnie coś kręcił, ale Patryk nie miał ochoty tego roztrząsać. Obiecał sobie jednak, że rozliczy się z gościem, kiedy tamten będzie chciał wystawić mu fakturę. – Ale niech pan spojrzy, ludzie świetnie się bawią. Nie sądzę, żeby zespół taneczny, nawet najlepszy, rozbawił ich tak jak dobry kabareciarz.
Patryk pokręcił głową z irytacją.
– Kiedy będzie ten zespół?
– Za pół godziny – odpowiedział konferansjer profesjonalnym kłamstewkiem.
– No, mam nadzieję – prychnął Patryk i odszedł w kierunku grilla.
Nic nie działało mu na apetyt tak jak świeże powietrze i nerwy. A tego dnia zażył i jednego, i drugiego. Do tego w żołądku znowu pojawiło się to nieznośne ściskanie, które oznaczało, że coś się wydarzy. Patryk miał intuicję. Bywało, że przeczuwał problemy, i to mógł być właśnie ten przypadek.
Kawałek soczystej karkówki z grilla i kilka pieczonych ziemniaków uspokoiły jego żołądek przynajmniej na jakiś czas. Odszedł od tłumu, żeby ogarnąć ludzi wzrokiem z pewnej odległości. Chciał się przekonać, czy rzeczywiście wszyscy bawią się tak dobrze, jak twierdził konferansjer.
Posłuchał przez chwilę głupkowatych żartów kabareciarza i sam parę razy uśmiechnął się pod nosem. Może to nie był taki zły przypadek. Ludzie mają lepsze humory, zintegrowali się, a przede wszystkim siedzą przed sceną.
I wtedy znowu podeszła do niego ta upierdliwa hostessa.
– Mogę jeszcze w czymś pomóc, panie prezesie? – Zatrzepotała rzęsami. – W czymkolwiek? – podkreśliła.
Nie pytaj, dziewczyno.
– Jak masz na imię? – Patryk chciał być uprzejmy, nie żeby to go specjalnie interesowało.
– Monika.
– A ja Patryk. W czym chciałabyś mi pomóc, Moniko?
– Kończę pracę o dwudziestej drugiej.
– I?
– Masz żonę?
– Nie.
– Wolisz chłopców?
– Nie.
– No to może pojechalibyśmy do ciebie?
Patryk musiał przyznać, że dawno nie trafiła mu się aż tak bezpośrednia laska. Zwykle choć trochę grały niedostępne. Ta zamierzała otworzyć się przed nim zupełnie, nawet bez odrobiny starań z jego strony. Nie kręciło go to ani trochę.
– Wiesz, nie bardzo. Dziś nocuje u mnie… mama. – Patryk wymyślił pierwszą lepszą wymówkę, a potem pilnował się, żeby nie parsknąć śmiechem, kiedy blondyna skrzywiła się jak dziecko, któremu właśnie odmówiono lodów.
A ja dosłownie jej odmówiłem – zaśmiał się w duchu, zachowując jednak pokerową twarz.
Hostessa odeszła jak niepyszna, a Patryk poczuł, że jednak powinien się napić czegoś mocniejszego, bo na trzeźwo nie przetrawi tej imprezy. Podszedł do stolika, na którym stało jeszcze trochę nienaruszonych butelek z piwem, bo towarzystwo przerzuciło się na mocniejsze trunki.
I wtedy kabareciarz zakończył występ, żegnany owacjami widowni. Na scenę wszedł konferansjer i zapowiedział występ grupy Par Excellence. Patryk podszedł bliżej i usiadł w pierwszym rzędzie, w którym nagle zrobiło się sporo wolnych miejsc. Kiedy współpracownicy zobaczyli, że prezes będzie oglądał ten występ, znowu zaczęli zajmować krzesełka. Siedzieli tak w milczeniu i wpatrywali się w scenę, na której niedługo zabłysły kolorowe światła, zagrała muzyka i pojawili się tancerze-akrobaci.
To nie był występ taneczny w klasycznym rozumieniu tego terminu. Raczej pokaz akrobacji cyrkowych w rytm muzyki. Patryk siedział i jak oczarowany wpatrywał się w spektakl. Już dawno nic mu się tak nie podobało. Czuł się tak, jakby miał zaraz wbiec na scenę i zacząć tańczyć z artystami, choć nie robił tego od wielu lat. Szczególne wrażenie zrobiła na nim jedna tancerka. Nie mógł oderwać wzroku od smukłej sylwetki, zaokrąglonej dokładnie tam, gdzie trzeba, od zwinnych nóg i rąk, gibkiego tułowia i prześlicznej twarzy.
Wow.
Patryk poczuł, że wiele by dał, żeby poznać się bliżej z tą czarującą tancerką. Bardzo blisko. Był gotów pierwszy raz w życiu wykorzystać swoją pozycję zawodową i pieniądze, żeby zdobyć tę kobietę. Z niecierpliwością oczekiwał końca spektaklu, żeby pobiec na scenę i osobiście podziękować artystom w imieniu swojej firmy. Wysłał więc SMS-a do konferansjera, szefa firmy eventowej, która zorganizowała występ.
Przedstawienie trwało czterdzieści minut. Prezes Pilarczyk od czasu do czasu przygryzał palce albo przebierał w miejscu nogami, żeby od razu poderwać się do pionu, kiedy na scenę znowu wbiegł konferansjer.
– Szanowni państwo, pracownicy wspaniałej firmy Legonomic Industries, występ już za nami, ale pan prezes chciałby jeszcze osobiście podziękować artystom. Zapraszam.
Patryk szybkim krokiem podszedł do sceny i zwinnie wbiegł na nią po schodkach.
– Moi drodzy, to już koniec części artystycznej przewidzianej na ten wieczór – zwrócił się do swoich pracowników. – Impreza potrwa do dwudziestej drugiej. Bawcie się dobrze. A ja teraz chciałbym podziękować wspaniałym artystom za niezapomniany występ – powiedział i obrócił się w kierunku uśmiechniętej grupy dziesięciu tancerzy.
Podchodząc do nich, czuł lekki stres i sporą ekscytację. Każdemu po kolei uścisnął dłoń, a kiedy dotarł do ślicznej szatynki, którą sobie upatrzył, zatrzymał się na dłużej i spojrzał jej wymownie w oczy. Kobieta się zarumieniła, ale potem spuściła wzrok.
– Myślę, że to nie był ostatni raz, kiedy zaprosiłem państwa zespół na występ w mojej firmie – powiedział już do wszystkich. – Bardzo mi się podobało. Przypomniały mi się dawne czasy, kiedy sam tańczyłem – dodał, a oczy wszystkich tancerzy zwróciły się na niego.
– Pan tańczył? – spytał jeden z mężczyzn.
– Tak, w ludowym zespole pieśni i tańca.
– To tak jak zaczynała większość z nas. – Jego rozmówca się zaśmiał, a pozostali mu przytaknęli.
– Jeśli mają państwo ochotę zostać na imprezie, to zapraszam – powiedział wtedy Patryk.
– Właściwie mieliśmy razem iść do Starej Zajezdni, ale skoro nas pan zaprasza, to chętnie zostaniemy – stwierdził jego poprzedni rozmówca, najwyraźniej kierownik zespołu, bo Patryk pamiętał, jak mignęło mu męskie nazwisko na wizytówce.
– Zapraszam – potwierdził. – Koniecznie do mojego stolika.
Patryk zacierał ręce z zadowolenia, kiedy praktycznie wszyscy członkowie grupy tanecznej, w tym interesująca go ślicznotka, zgodzili się zostać na imprezie. Tylko jedna kobieta wymówiła się koniecznością powrotu do męża i dzieci, co zostało skwitowane niewybrednymi żartami ze strony jej kolegów. Prezes usiadł z gośćmi przy swoim stole, do którego obsługa imprezy dołożyła zaraz dodatkowe krzesła i ławkę, i poprosił, żeby opowiedzieli mu o swojej drodze zawodowej. Był bardzo ciekaw, jak zostaje się profesjonalnym tancerzem i czy da się z tego utrzymać.
– No, takich kokosów jak pan to się nie zarobi, chyba że ktoś zostanie światową gwiazdą – odpowiedział mu kierownik zespołu. – Ale nie narzekamy, prawda?
– Nie, skąd, kierowniku – potwierdził drugi z mężczyzn, po czym wybuchnął śmiechem.
– Mam rozumieć, że dobrze zrobiłem, zostając inżynierem? – spytał Patryk.
– Jak widać, pan jest teraz prezesem, a my jeździmy za chlebem. A jakie studia pan skończył?
– Automatykę i robotykę na politechnice. – Prezes uśmiechnął się do swoich gości. – Mówcie mi po imieniu, proszę. Patryk jestem.
– Tomasz – przywitał się kierownik.
– Wiktor.
– Joanna.
– Wiesiek.
– Wojtek.
– Łukasz.
– Zuzanna.
– Patrycja, Patryku. – Brunetka uśmiechnęła się, szczerząc zęby.
No tak, Patryk i Patrycja – zrozumiał jej wesołość prezes.
– Monika – przedstawiła się na końcu ślicznotka, którą sobie upatrzył.
Kurde, to już druga tego dnia. Przypomniał sobie upierdliwą hostessę. Prześladuje mnie to imię?
– Bardzo miło mi was poznać – odpowiedział, jednak przez dłuższą chwilę patrzył tylko na tę Monikę.
Patryk Pilarczyk spędził miły wieczór w towarzystwie bardzo sympatycznych członków zespołu Par Excellence, dowiadując się między innymi, że większość z nich faktycznie zaczynała w dzieciństwie od zajęć tanecznych w domach kultury, tak jak on. Kiedy jednak chodził potem na zajęcia z robotyki dla nastolatków, oni uczęszczali do szkół tanecznych i baletowych, żeby w końcu trafić na studia o tym profilu. Dowiedział się też, że inspiracją do ich spektakli stał się kanadyjski Cirque du Soleil. Patryk słyszał co nieco o tej grupie. Była przecież znana na całym świecie.
– Jestem przekonany, że zyskacie z czasem taką samą sławę. Jesteście świetni – stwierdził.
– To miłe z twojej strony.
Nieubłaganie zbliżała się godzina dwudziesta druga, a Patryk czuł się coraz bardziej napalony na śliczną tancerkę Monikę, ale ani odrobinę nie zbliżył się do niej przez ten czas. Postanowił, że zapyta ją o plany i numer telefonu, gdy już będą się żegnać. Nie chciał tego robić przy całej grupie.
Kiedy przyszła odpowiednia pora, a konferansjer zapowiedział ze sceny zakończenie imprezy i ostatni kawałek od didżeja, Patryk podziękował swoim gościom za występ jeszcze raz i obiecał, że odprowadzi ich do bramy.
– Chętnie, ale musimy jeszcze zabrać swoje rzeczy i sprzęt z namiotu – odpowiedział kierownik zespołu.
Kiedy artyści pakowali manatki do busa, prezes przyglądał im się z zaciekawieniem. Rzeczywiście, było widać, że współpracę mieli opanowaną do perfekcji. Działali jak dobrze naoliwiona maszyna. Jak zespół. Zupełnie tak jak moja firma – pomyślał z dumą.
Busa miał prowadzić Tomasz, który widocznie był nie tylko kierownikiem zespołu, choreografem i ogniwem spajającym grupę, lecz także szoferem, tragarzem i głównym organizatorem przedsięwzięcia. Po prostu człowiek orkiestra.
– Zostaw mi swoją wizytówkę – poprosił Patryk.
– Z największą przyjemnością, panie kolego – odpowiedział tamten i podał mu czarny kartonik, na którym fluorescencyjne napisy informowały o tym, jak najlepiej kontaktować się z zespołem.
Prezes przyjrzał się wizytówce z rozbawieniem, a potem podał Tomaszowi swoją.
– A to dla was.
– Och, dzięki. Czy to znaczy, że możemy prosić o sponsoring? – spytał i puścił do niego oko.
– Za jakiś czas możecie próbować – odparł. – Najlepiej jak już Toyoda zacznie mi płacić.
– A więc to firmowe święto jest dlatego, że dostałeś kontrakt? – zrozumiał Tomasz.
– W rzeczy samej.
– No to moje gratulacje.
– Dziękuję.
Tomasz zwrócił się wtedy do swoich ludzi:
– Kto zabiera się ze mną?
Zgłosiło się siedem osób. Pożegnali się nawzajem i zapakowali do busa. Zostały tylko dwie kobiety. Serce Patryka szarpało się z radości, bo jedną z nich była właśnie Monika. Drugą ta Patrycja, która naśmiewała się ze zbieżności ich imion.
Niedługo po Patrycję przyjechała koleżanka. Kobieta pożegnała się, twierdząc, że dwudziesta druga to za wcześnie na zakończenie imprezy. Próbowała nawet wyciągnąć Monikę i Patryka razem z nimi, ale on cieszył się tylko z tego, że w końcu porozmawia sam na sam ze ślicznotką, a ona stwierdziła, że powinna po prostu zaczekać na transport do domu.
– Potrzebujesz pomocy? Ktoś po ciebie przyjeżdża czy wracasz taksówką? – spytał Patryk, chcąc wydać się dżentelmenem.
– Jedno i drugie. – Kobieta się zaśmiała.
Patryk nie zrozumiał jej żartu.
– Dasz mi swój numer telefonu? – poprosił w końcu, zbierając całą odwagę.
– Nie bardzo.
– Czemu? Masz męża? – spytał wprost. Wolał, żeby to było jasne.
– Nie. Męża nie mam – odpowiedziała zażenowana.
– A chłopaka?
– Też nie. Ale mam kogoś innego, kto teraz na mnie czeka, więc wybacz – wykręciła się. – O, już przyjechała moja taksówka.
Patryk nie pytał więcej. „Mam kogoś” było dla niego wystarczająco wymowne, zwłaszcza że Monika przywitała się z kierowcą taryfy buziakiem w policzek i przytulasem.
A niech to szlag! – zaklął, zaciskając dłonie w pięści i stukając nimi o siebie. Syknął, bo zabolało, ale to go trochę otrzeźwiło. Alkohol. Muszę się napić, bo nie wytrzymam! – zdecydował i pobiegł w kierunku ostatniego stołu, z którego obsługa właśnie zgarniała butelki.
– Zostało jeszcze jakieś piwo? – spytał hostessy, która stała tyłem do niego.
Odwróciła się. To była ta namolna blondyna.
– Niestety już nie. Ale znam dobry bar, gdzie jest go sporo. Jak postawisz mi drinka, to cię tam zabiorę, przystojniaku – odpowiedziała.
Patryk rozważył „za” i „przeciw”. Mógł pojechać z nią do tego baru, napić się tak, jak chciał, a przede wszystkim zapomnieć o kobiecie, na którą napalił się jak głupi. Blond Monika była ładna i chętna. Co mi szkodzi się zabawić? – pomyślał i po chwili miał już odpowiedź.
– Kończ tę pracę, zapraszam cię na drinka – powiedział.
– Super!
Monika hostessa zabrała Patryka do jednego z barów. Trzydziestosiedmiolatek nie miał pojęcia, jak wiele znalazłoby się w Krakowie miejsc, w których nie bywał, dopóki nie zaczął ich odwiedzać. Chwilami czuł się tak, jakby ominęła go cała młodość, spędzona na nauce, pracy i innych obowiązkach. A teraz po prostu dobrze się bawił.
– Czemu pracujesz jako hostessa? – spytał ją w pewnym momencie, kiedy już wypili po drinku i wyciągnęła go na parkiet.
– Chcę być modelką. Regularnie chodzę na castingi, ale rzadko udaje się złapać inną pracę niż ta. Jednak trzeba próbować, prawda?
– Jak ze wszystkim – uznał. – Świat należy do wytrwałych.
– Ty musisz coś o tym wiedzieć. Jesteś prezesem dużej firmy.
– Owszem. Firma kosztowała mnie lata ciężkiej pracy od podstaw, ale było warto.
– Jesteś bogaty?
– A co to za pytanie?
– Tak tylko. Przecież nie będę z tobą rozmawiała o robotach – odpowiedziała, a Patryk pomyślał, że musiała trochę podsłuchać z jego rozmowy z tancerzami przy stole.
– Chcesz zobaczyć mój dom? – spytał z uśmiechem Patryk. Dziewczyna może nie była zbyt subtelna, ale wydała mu się bystra i spostrzegawcza. A przede wszystkim mogła pochwalić się urodą i zgrabnym tyłkiem.
– Jasne. Całego ciebie chcę zobaczyć.
– To może zbierajmy się stąd? W domu też mam drinki – stwierdził, czując, że zabawa z tą Moniką może się zakończyć przyjemnie dla nich obojga.
Patryk zabrał Monikę do swojej nowej willi, zupełnie ignorując fakt, że jeszcze niedawno wciskał jej kit, jakoby nocowała tam jego mama. Ona też nie wyglądała, jakby przejmowała się takim faux pas.
– Ale faaajny barek! – pisnęła, kiedy między kuchnią a jadalnią zobaczyła ladę, nad którą wisiały różnego rodzaju lampki, szklanki i kieliszki.
– Wiem, sam się jaram z jego powodu – musiał przyznać Patryk. – Zrobić ci drinka?
– Tak, niebieskiego!
– Błękitna laguna może być? Mam akurat syrop curaçao.
Dwie minuty później na blacie stały dwa błękitne drinki z cytryną, słomką i palemką.
– Za dobrą zabawę! Jest co świętować! – Wzniósł toast gospodarz.
Dziewczyna pomyślała, że złapała naprawdę gorącą okazję. Facet był przystojny, bogaty, miał zajebistą chatę i robił genialne drinki. Jeśli jeszcze bzyka się tak samo dobrze, nie wyjdę stąd nigdy – uznała.
– Za dobrą zabawę!
Monika, zanim wypiła drinka, zaczęła się ocierać o Patryka, poruszając się w rytm wyimaginowanej muzyki, bo w domu było cicho.
– Włącz jakąś muzę – poprosiła w końcu.
– Wolę się bzykać w ciszy, żeby lepiej słyszeć ciebie – odpowiedział jej z szelmowskim uśmiechem.
Monika wypiła drinka jednym haustem, a potem z piskiem wskoczyła mu na kolana.
Będziemy się dobrze bawić – pomyślał Patryk. Szkoda, że tylko raz.
Pół godziny później dyszał w jej kark, biorąc ją od tyłu przy barowym blacie. Truskawkowa gumka, którą wybrała Monika, uwierała go delikatnie u nasady, ale nie zamierzał sobie odpuścić podstawowych kwestii bezpieczeństwa. Dobra zabawa to bezpieczna zabawa. Irytujące uczucie spowolniło go na tyle, że dziewczyna doszła na długo przed nim, głośno przy tym jęcząc. Dopiero taki bodziec podziałał na jego otępione alkoholem zmysły.
Ach, boskie uczucie – pomyślał, kiedy w końcu osiągnął spełnienie.
Niedługo potem zaciągnął laskę pod prysznic, gdzie kazał jej postawić się w stan gotowości ustami, a potem rżnął ją pod ścianą. Gumkę tym razem wybrał sam. Zamykał oczy, powtarzał imię dziewczyny i wyobrażał sobie, że to ta druga Monika. Ta, która zrobiła na nim takie wrażenie.
Nie skończył zabawy pod prysznicem. Po kąpieli zabrał ją do sypialni, gdzie tym razem wybrała bananową prezerwatywę. Ona ma w głowie tutti frutti – pomyślał rozbawiony, kiedy brał ją od tyłu, klęczącą pod ścianą. A właściwie nie w głowie. Zachichotał.
Znowu musiał pomyśleć, że bzyka inną kobietę, bo ta nie kręciła go wystarczająco, nawet jak na ten poziom upojenia alkoholowego. Zamknął oczy i wyobraził sobie znowu tę śliczną tancerkę. Nie ukrywał, że chciałby zdjąć z niej trykocik i poznać jej zwinne ciało kawałek po kawałku.
– Och, Monia – jęknął, eksplodując z nadmiaru emocji.
Hostessa Monika pomyślała, że to komplement dla niej, bo nowo poznany facet nawet po pijaku pamiętał jej imię. A Patryk wiedział, że jutro rano blondynka wyjdzie z jego domu po to, żeby więcej się w nim nie pojawić.
Był koneserem. Jego matka nieraz mu wyrzucała, że jest zbyt wybredny i zostanie kawalerem na zawsze. A ona przecież tak bardzo chciała mieć wnuki… On nie zamierzał się jednak przejmować marudzeniem rodzicielki. Obiecał sobie, że albo znajdzie kobietę idealną, albo nie zwiąże się z nikim. Miał przecież młodszą siostrę, która też wcale nie śpieszyła się do zakładania rodziny.
Paulina była rozrywkową dziewczyną. Mimo dawno przekroczonej trzydziestki wciąż żyła jak studentka. Mężczyźni interesowali ją tylko wtedy, gdy oferowali dobrą zabawę. Matka nazwała ją raz „utrzymanką” i zagroziła brakiem wstępu do rodzinnego domu, jeśli nie zacznie się prowadzić „porządnie”. Nie miała racji. Paulina nie była niczyją utrzymanką, bo sama zarabiała. Po prostu od dziecka ceniła sobie niezależność, a od kiedy skończyła jedenaście lat, darła z mamą koty.
Patryk uśmiechnął się w myślach do młodszej siostry, która zawsze stawała po jego stronie. A potem spojrzał na śpiącą jasnowłosą dziewczynę, przypadkowego gościa w jego domu i sypialni, i pomyślał, że Paula czasem też bywa dla kogoś taką dziewczyną. Fakt, z własnej woli i decyzji, ale jednak. Postanowił, że zachowa się uprzejmie wobec hostessy, która dotrzymała mu dziś towarzystwa i użyczyła swego ciała dla zabawy z obopólną korzyścią.
Poszedł do salonu, żeby położyć się na kanapie, na wypadek gdyby blondynka jeszcze czegoś od niego chciała. On już nie miał ochoty na żaden kontakt fizyczny, więc odstąpił jej wygodne łóżko. Chciał po prostu się wyspać.
W sobotę obudził się pierwszy, bo spanie na kanapie nikomu nie wychodziło na zdrowie. Blondynka chrapała w jego łóżku, rozwalona jak na stogu siana. Zachichotał pod nosem, pokręcił głową i wzruszył ramionami, pytając sam siebie, jak mógł ją w ogóle do swojego łóżka zaprosić. Obiecał sobie jednak, że będzie miły, więc zaparzył dwie kawy, zrobił jajecznicę i wrzucił do tostera chleb, który miał już ze dwa dni.
Dziewczyna musiała być głodna, bo szybko pojawiła się w jego kuchni we wczorajszych ciuchach.
– Cześć. – Uśmiechnęła się śmiało. – Trzeba było mnie obudzić, przystojniaku.
– Nie było takiej potrzeby. Masz ochotę na kawę i śniadanie?
– Bardzo chętnie, jeśli masz mleko i słodzik.
– Piję gorzką czarną kawę – odpowiedział. – W lodówce powinna być śmietanka, bo moja mama jej używa, a w szafce cukier.
– Naprawdę mieszkasz z mamą? – zdziwiła się, szukając potrzebnych produktów.
– Nie, ale ona często do mnie przyjeżdża. Ja też muszę ją odwiedzać regularnie, bo inaczej strasznie marudzi – dodał wyjaśniająco. – A jajecznicę jesz?
– Wolę muesli, ale jak nie ma nic innego, zjem tosta.
– Proszę. – Patryk podał jej dwie kromki chleba tostowego i masło.
Sam nałożył sobie konkretną porcję jajecznicy i wziął trzy kromki chleba, zastanawiając się nad czwartą. Ostatecznie zdecydował, że trzy wystarczą.
– Smacznego.
Po śniadaniu przez chwilę rozważał, jak pozbyć się kobiety z domu, i w końcu doszedł do wniosku, że trzeba być szczerym, na ile to możliwe.
– Zamówić ci taksówkę? – spytał uprzejmie.
Dziewczyna spojrzała na niego i na jej twarzy odmalował się zawód.
– Masz jakieś plany na dziś? – Próbowała zrozumieć.
– Tak. Niedługo będę musiał wyjść, dlatego pytam, czy potrzebujesz taksówki.
Monika zrozumiała, że pan prezes w uprzejmy sposób kazał jej spadać. Zamrugała, żeby przepędzić niechciane łzy. To była ostatnia rzecz, jaką pragnęłaby po sobie pokazać. Dupek! – pomyślała, ale zaraz przybrała na twarz sztuczny uśmiech.
– Tak, poproszę.
– Już się robi.
Patryk uśmiechnął się uprzejmie, choć wyczuł niezadowolenie swojego gościa. Nie zamierzał jednak udawać, że jest zainteresowany dalszą znajomością, a potem się nie odezwać. Spędzili razem miły wieczór, ale teraz wypadało się pożegnać. Wybrał więc numer firmy taksówkarskiej, z której usług zwykle korzystał, i zamówił transport pod swój dom.
– Dziękuję ci za miły wieczór. Naprawdę dobrze się bawiłem – powiedział, żeby konwenansom stało się zadość. – Nie szukam jednak nikogo i nie lubię obietnic bez pokrycia – wyjaśnił swój punkt widzenia. – W porządku, Moniko?
– Tak – odpowiedziała kobieta, choć po jej minie było widać raczej, że chciałaby go zamordować.
On jednak nie miał sobie nic do zarzucenia.
Hostessa Monika pojechała do siebie taksówką, którą Patryk opłacił z góry. Nie dyskutowała z bogatym facetem. Stwierdziła, że i tak za mało go naciągnęła. Parę drinków i taryfa?
Patryk uznał, że był w porządku, i nie zamierzał więcej zajmować głowy tą kobietą. Niestety nie umiał tak szybko pozbyć się myśli o ślicznotce, która poprzedniego dnia zawróciła mu w głowie. Też Monice.
Na szczęście weekend minął szybko. Patryk zdążył jeszcze odwiedzić mamę i zwyczajnie odpocząć, bo wiedział, że od poniedziałku zacznie się prawdziwa harówka.
Wygrany kontrakt z potentatem motoryzacyjnym był wyzwaniem, ale Patryk Pilarczyk lubił wyzwania zawodowe. Zabrał się więc do pracy z największym entuzjazmem, który zaczął gasnąć dopiero koło piątku. Okazało się bowiem, że jego najodważniejsze plany trzeba nieco utemperować. Zaczynało brakować ludzi, zakontraktowane dostawy nie przyszły na czas i oczekiwane terminy się rozjechały. Cholera! Przecież tak dobrze wszystko zaplanowałem – psioczył, siedząc w swoim biurze projektowym i patrząc przez okno na małą halę produkcyjną.
Praca jednak dobrze mu zrobiła. Zapomniał o kobiecie, która w poprzedni weekend nie mogła wyjść mu z głowy.
W piątek wieczorem zdecydował się pójść na większe zakupy, bo brakowało mu już w domu podstawowych produktów spożywczych. Jedynie barek miał pełny, ale to nie rozwiązywało problemu głodu w weekend. Patryk nie lubił stołować się w restauracjach. Cenił sobie domowe posiłki i choć kiepsko gotował, wolał to niż niepewne jedzenie w miejscach publicznych. Do mamy chodził na obiady tylko w niedziele. Duma nie pozwoliłaby mu prosić ją o gotowanie dla niego częściej.
W wielkich marketach nie czuł się najlepiej. Przytłaczały go tłumy i hałas, a raczej kakofonia niepotrzebnych dźwięków. Przecież rytmiczne i monotonne odgłosy z hali produkcyjnej robotów mu nie przeszkadzały. A jednak musiał się poświęcić, bo w centrum handlowym było wszystko, a od wielkopowierzchniowych gigantów Patryk bardziej nienawidził tylko jeżdżenia po wielu sklepach. Tak więc Auchan musiał mu wystarczyć.
Kiedy już zapakował do wózka wszystkie potrzebne produkty z przygotowanej w domu listy i skierował się w stronę kas samoobsługowych, jego wzrok padł na kobietę z wózkiem przy normalnej kasie. To była tancerka Monika, tym razem ubrana swobodnie; w dżinsy i T-shirt. W nosidełku samochodowym miała niemowlę. Wypakowywała zakupy na taśmę kasy, a z drugiej strony podszedł jakiś facet, który pomógł jej w pakowaniu.
A więc ma rodzinę – pomyślał Patryk z żalem i postanowił zapomnieć o kobiecie, która w krótką chwilę zrobiła mu takie zamieszanie w sercu.
Wieczorem pojechał do pierwszego lepszego klubu, żeby odreagować stresujący tydzień i przykry zawód i znaleźć zapomnienie. Najlepiej w ramionach innej kobiety. Takiej na jeden raz.
Usiadł przy barze, po czym zamówił wódkę z colą i lodem, bo drink wyglądał „męsko”, a Patryk nie przepadał za whisky. Gorycz rudej nie przemawiała do jego kubków smakowych. Stanowczo lubił słodycz. Co zabawne, kompensował sobie jej nadmiar gorzką czarną kawą, ale przecież nikt nie jest aż tak monotematyczny, żeby nie próbować innych smaków. Nabawiłby się cukrzycy jeszcze przed trzydziestką, a choć było mu bliżej do czwórki z przodu, ciągle cieszył się idealnym zdrowiem.
Tego wieczoru trafiła mu się wysoka brunetka, zupełnie nie w jego typie, ale bardzo ładna. Przysiadła się do niego przy barze i spytała, czy postawi jej drinka.
– Właściwie przyszedłem tu dziś po to, żeby to zrobić – odpowiedział z szelmowskim uśmiechem.
Z tego wieczoru Patryk zapamiętał tylko, że miała na imię Iwona. Jej opowieści wpadały mu jednym uchem, a wypadały drugim. Starał się skoncentrować na urokach jej ciała, bo było na czym. Kiedy wypili drinki, poprosił ją do tańca, a gdy oboje nakręcili się wystarczająco, zaproponował kolejnego drinka w domu. Zgodziła się. Chyba też jej się podobał.
Następnego poranka powtórzyła się historia z poprzedniego tygodnia. Patryk zrobił kawę i śniadanie, a potem zamówił kobiecie taksówkę, dając jej tym znać, że nie jest zainteresowany kontynuacją znajomości.
Tak minęły mu następne tygodnie. Ciężko pracował, a w piątki wieczorem polował w różnych barach na przygodny seks z nieznajomymi kobietami. Udało mu się zapomnieć, bo przestał się zadręczać. Doszedł jednak do wniosku, że to nie jest dla niego. Co z tego, że co weekend bzykał inną piękną kobietę, skoro poza pracą jego życie było puste jak wydmuszka? Nie miał nawet przyjaciół. Postanowił, że z tym koniec.
Na ostatni piątek maja Patryk miał zaproszenie na galę Startup Roku 2018, organizowaną przez krakowski magistrat w porozumieniu ze stowarzyszeniami gospodarczymi. Długo rozważał sens pojawienia się na takiej imprezie, ale w końcu uznał, że może zaryzykować i tam pójść. Zawsze przecież mógł się ewakuować. Nie zaprosili go bez powodu. Stał się wschodzącą gwiazdą małopolskiego biznesu po tym, jak obroty jego firmy wzrosły trzydziestokrotnie od początku roku. No i te innowacje…
Pojawił się na tej gali jako twórca i prezes zarządu Legonomic Industries i odebrał z rąk prezydenta miasta nagrodę, której się nie spodziewał. W ten sposób, zupełnie niechcący, wszedł do krakowskiej śmietanki towarzysko-biznesowej i pozwolił się otoczyć ludziom, którzy chcieliby pławić się w jego blasku i korzystać z jego pieniędzy.
Ze względu na nagrodę nie wypadało mu się ewakuować z imprezy. Wyjście po angielsku nie wchodziło w grę, kiedy oczy wszystkich były skierowane na niego.
Z gali wyszedł późno, lekko podchmielony, żeby znieczulić stres, i w towarzystwie jednej z modelek, których pokaz miał uświetnić galę. Kobieta była młoda, piękna jak z obrazka i poruszała się tak zmysłowo, że Patryk z miejsca zarzucił swoje postanowienie o zakończeniu niezobowiązujących zabaw.
Pojechali taksówką do jego domu, gdzie świetnie się bawili.
Marika, bo takie imię nosiła modelka, od razu zaznaczyła, że nie interesują ją żadne związki, bo ma na głowie karierę. „Zabawa to co innego”. Naprawdę tak powiedziała. Patrykowi pierwszy raz zdarzyło się coś takiego. Zwykle kochanki oczekiwały od niego deklaracji. Spodobała mu się ta odmiana.
Kiedy obudził się rano, dziewczyny już nie było. Zostawiła mu wizytówkę z odbitym buziakiem ze szminki. Patryk spojrzał na imię, nazwisko i numer komórki, po czym wrzucił wizytówkę do kosza. Powtórzył sobie postanowienie. Koniec z babami.
Zgodnie z tym założeniem przestał zaliczać w weekendy bary i panienki. Uznał, że skoro przypadkowo stał się osobą publiczną w Krakowie, powinien bardziej dbać o swoją reputację.
Skupił się na pracy, bo to zawsze wychodziło mu najlepiej.
Legonomic Industries działało jak dobrze naoliwiona maszyna. Niezwykle rzadko się zdarzało, że Patryk musiał interweniować. Po kilku miesiącach jednak takie „wpadki” zaczęły się przytrafiać częściej. Prezes Pilarczyk nie był specjalistą od kontaktów międzyludzkich, a zarządzanie zasobami pracowniczymi stanowiło dla niego prawdziwe wyzwanie. Ponieważ jednak bardzo zależało mu na tym, żeby wszyscy pracownicy byli zadowoleni z pracy u niego, zorganizował szkolenie dla swoich kierowników.
W jeden z wrześniowych weekendów Patryk zabrał swoją ekipę do obleganego w tym sezonie hotelu w Białce Tatrzańskiej, wynajął małą salę konferencyjną i zaprosił dwie firmy, które miały przeszkolić jego i kadrę Legonomic Industries w zakresie zarządzania zasobami ludzkimi.
Pierwsze szkolenie przeprowadziła firma Foxnet Consulting, zarządzana przez ekscentryczną mieszkankę stolicy, doktor nauk matematycznych Wioletę Lisiecką. Niecodzienne metody szkoleniowe młodej pani prezes bardzo spodobały się Patrykowi, a jeszcze bardziej jego ekipie. Szczególnie jednemu z inżynierów, który już pierwszego wieczoru zaliczył wieczór marzeń z piękną i bardzo temperamentną Warszawianką.
Bogdan opowiadał o tym spotkaniu jeszcze przez dobry miesiąc, wychwalając łóżkowe wyczyny pani prezes. Podobno zostali przyjaciółmi, ale Patryk nie wierzył w takie przyjaźnie. Nie powinno się łączyć relacji łóżkowych z biznesowymi, zawsze ktoś kiepsko na tym wyjdzie – uznał. Nie zrezygnował jednak ze współpracy z firmą prezes Lisieckiej, bo szkolenia prowadziła genialne, a przecież taki był cel.
Rok biznesowy dwa tysiące dziewiętnasty firma Patryka Pilarczyka zakończyła z ogromnym sukcesem finansowym, branżowym i piarowym. Legonomic Industries, dzięki współpracy z Toyoda Motors, stała się rozpoznawalną marką i potentatem na polskim rynku w swojej innowacyjnej branży. Prezes nie liczył już nawet zer na koncie, bo ciągle inwestował w rozwój firmy. Jemu niczego nie brakowało. Mama nie chciała od niego pieniędzy, więc wykupił jej i siostrze wczasy i kazał im lecieć na Wyspy Kanaryjskie. On sam nie miał czasu na wakacje.
W nowym roku Patryk pojechał na tygodniowe szkolenie organizowane przez firmę Wiolety Lisieckiej we Wrocławiu. Tym razem sam, bo była to jednostka treningowo-konsultacyjna wyłącznie dla kadry zarządzającej i właścicieli firm. On był u siebie dwa w jednym – właścicielem pakietu większościowego spółki i prezesem zarządu.
Foxnet Consulting jak zwykle stanęło na wysokości zadania. Oprócz fachowych wykładów i warsztatów doktor Lisiecka zorganizowała uczestnikom również rozrywkę na najwyższym poziomie. Najlepsze wrocławskie kluby stały przed nimi otworem, ale nie obyło się też bez niespodzianek.
W poniedziałek w hotelu pojawiła się niepozorna drobna szatynka. Przy obiedzie okazało się, że to przyjaciółka Wiolety Lisieckiej. Zofia Małkowska, tak ją przedstawiła pani prezes. Patryk początkowo nie zwrócił nawet uwagi na kobietę, zajęty żartami Wiolety i obserwacją efektu, jaki wywoływała pani prezes, przeglądając się w męskich spojrzeniach. Fascynował go fenomen femme fatale, a raczej tego, jak to możliwe, żeby tylu mężczyzn – prezesów dużych firm, często mężów i ojców – traciło głowę dla takiej żarówy. On nigdy nie miał ciągot do kobiet, które tak bardzo biły po oczach. Wulgarność go raziła nawet u inteligentnych babek. Wolał dyskretne piękno i stonowaną elegancję.
Patryk spojrzał w zupełnie innym świetle na Zofię dopiero wtedy, kiedy zostali sami przy stoliku w jednym z wrocławskich klubów. To nie była już szara myszka, którą Wioleta posadziła obok siebie i przyćmiła swoim blaskiem w hotelu. Ta Zosia, siedząca przy stoliku w nowej fryzurze i eleganckiej, ale nie ekstrawaganckiej sukience, była śliczna. Kiedy zaczęli rozmawiać, okazała się też bystra, a jej specyficzne, podszyte ironią poczucie humoru bardzo przypadło mu do gustu.
Najpierw opowiedział jej o swojej pracy, potem ona jemu o znajomości z Wioletą, a gdy w końcu dotarli do wspólnej pasji z dzieciństwa – tańca – wiedział już, że nie przejdzie obok niej obojętnie. Pierwszy raz od dawna prezes Pilarczyk trafił na kobietę, która zainteresowała go na tyle, że nie myślał o zaciągnięciu jej do łóżka na jedną noc. On chciał ją odkrywać i przebierał nogami z emocji na myśl o tym.
Po powrocie do hotelu odprowadził ją do pokoju, nawet nie licząc, że pozwoli mu spędzić ze sobą noc. Stało się tak, jak przewidział, Zosia pożegnała się już pod drzwiami i życzyła mu dobrej nocy. Będzie dobra – pomyślał, już marząc o kolejnym dniu w jej obecności.
Następnego dnia Wioleta Lisiecka zaplanowała dla swojej grupy zwiedzanie Panoramy Racławickiej. Patryk widział, że Zosia jest podekscytowana, ale też zestresowana, i nie rozumiał dlaczego, dopóki nie zobaczył, jak zareagowała na pojawienie się człowieka, który miał wygłosić wykład dla zwiedzających.
Facet też miał na imię Patryk i został przedstawiony jako doktor historii z Uniwersytetu Wrocławskiego. Potocki. Prezesowi Pilarczykowi nic nie mówiło to nazwisko. Zosia za to na jego widok schowała się za plecami jednego z uczestników zwiedzania i prawie uwiesiła się na ramieniu Patryka, który musiał zareagować. Nachylił się więc nad Zosią i szepnął jej do ucha:
– Znasz tego wykładowcę, prawda?
– Kiedyś znałam – odpowiedziała.
– Rozumiem, nie będę drążył, ale gdybyś potrzebowała wsparcia, jestem tu – obiecał swoją pomoc.
I dobrze, że to zrobił, bo niedługo potem podszedł do nich ten właśnie doktorek.
Patryk przysłuchiwał się z niedowierzaniem absurdalnej bajeczce, jaką tamten próbował wcisnąć Zosi. Przecież każdy głupi by zauważył, że to bujda – pomyślał, ale na twarzy nowej znajomej zobaczył wahanie. A więc jej jeszcze na nim za bardzo zależy, żeby poznała się na tych bajeczkach – zrozumiał. Postanowił jednak jej pomóc, bo nawet on znał sentencję, którą powtarzała jego siostra Paulina. Jedno z jej przykazań friendzone brzmiało: „Ramię, na którym kobieta może się wypłakać, może stać się ramieniem, które będzie obejmowało ją już zawsze”. W wersji angielskiej, oczywiście, było o wiele mniej subtelne: „A shoulder to cry on becomes a dick to ride on”1. Ale czego się nie robi, żeby stać się tym „dick to ride on”? – spytał filozoficznie.
Po kolacji Patryk podszedł do Zosi, żeby zapytać ją o plany na wieczór. On sam nie miał ochoty szlajać się po mieście, więc zorganizował seans filmowy na ich małej sali konferencyjnej. Przygotował oczywiście przekąski i alkohol, które zamówił w hotelowej restauracji. Punktualnie o dwudziestej, tak jak zapowiedział, poszedł po Zosię do jej pokoju.
Dziewczyna wyglądała na nieco zagubioną, ale kiedy zaproponował drinka, a potem przysiadł się do niej, uśmiechnęła się przyjaźnie.
Patryk nie umiał już udawać, że Zosia mu się nie podoba. Podobała się jak cholera. Z trudem wytrzymywał z dala od niej i powstrzymywał się, żeby się na nią nie rzucić. Miał ochotę ją objąć, wciągnąć sobie na kolana i zanurzyć nos w jej włosach, smyrając dziewczynie delikatnie kark. Wyobrażał sobie, że skóra na karku Zosi jest delikatna i wrażliwa i samo to wyobrażenie spowodowało, że poczuł pewien dyskomfort w spodniach. Całe szczęście, że na sali „kinowej” było ciemno i nikt tego nie mógł dojrzeć.
Zosia wypiła tylko jednego drinka, ale zamienił on ją w duszę towarzystwa. Patryk nie mógł się nadziwić, że nieśmiała i wycofana dziewczyna zaczęła zawzięcie dyskutować, żartować sobie i stawiać odważne hipotezy. Jeszcze bardziej mu się spodobała.
Kiedy odprowadził ją do pokoju, nie marzył już o niczym innym niż zamknięcie jej w ramionach i doprowadzenie do wrzenia, żeby jej ukryty temperament znalazł w końcu ujście.
Zosia jednak zatrzymała go przed drzwiami i tym razem.
– Nie w ten sposób – poprosiła, patrząc mu w oczy.
– No co ty, Zosiu? – Nie chciał słyszeć tej odmowy.
– Oboje jesteśmy pijani. Pogadamy, jak wytrzeźwiejesz – wyjaśniła.
Zamknęła mu drzwi przed nosem, a Patryk jeszcze przez chwilę patrzył w nie, jakby nie wierzył. Frustracja grała w nim pierwsze skrzypce. Czemu gdy spotykam wspaniałą kobietę, ona po prostu się na mnie nie rzuca jak te wszystkie bździągwy? O ile życie byłoby łatwiejsze, gdyby te wyjątkowe poznawało się tak łatwo jak pozostałe…
Patryk Pilarczyk był jednak inteligentnym i rozsądnym facetem. Wiedział, że na to, co dobre, trzeba sobie w życiu zapracować, bo tego nauczyli go rodzice. Wziął więc głęboki wdech, powoli wypuścił powietrze i pokręcił głową, wiedząc, że za chwilę czeka go samotna sesja pod prysznicem z myślami o Zosi. Ale nie żałował tego. W końcu trafił na kogoś, dla kogo warto było trzymać ręce przy sobie i używać innych argumentów niż wygląd czy kasa.
Większość kobiet, z którymi miał ostatnio do czynienia, znała jego status zawodowy i materialny. Zosia poznała go jako zwykłego inżyniera, a i tak go polubiła. Już choćby dlatego w jego oczach okazała się wyjątkowa.
Daisy, Daisy, kocham cię, nic na to nie poradzę.
Gdy twój wzrok spotyka mnie, nad sobą tracę władzę.
A gdy na spacer wybieram się, słyszę słodkie słowa te:
Popatrzcie, to facet, który wciąż kocha Daisy May2.
Patryk uwielbiał kreskówki. Od dziecka zaczytywał się w komiksach Disneya, szczególnie tych o Kaczorze Donaldzie, oraz oglądał namiętnie Kacze opowieści i Przygody Kaczora Donalda. Zostało mu to do dziś. Ot, takie prywatne dziwactwo. Kto bogatemu zabroni?
Historyjka, z której pochodzi ta piosenka, opowiada o zakochanym Kaczorze Donaldzie, który próbował różnych znanych ludziom (i kaczkom) sposobów, żeby zdobyć serce swojej ukochanej. Najzabawniejsze w całej historii było to, że im bardziej Donald kombinował, tym gorszy osiągał tego efekt.
Patryk postanowił więc postawić na naturalność i swobodę.
Rano podszedł do Zosi przy śniadaniu i przeprosił ją za wczorajszą nachalność. Na szczęście się nie pogniewała. Zażartowała sobie nawet na temat alkoholu i tego, co używki robią z ludźmi, ale Patryk odniósł wrażenie, że posmutniała.
Kiedy zaproponował jej spotkanie, wykręciła się kulturalnie. Postawił więc wszystko na jedną kartę i przyznał, że bardzo mu się spodobała. Zosia powiedziała wtedy, że też go polubiła, ale nie jest gotowa na żadne nowe związki. Zrozumiał, że facet, który ją skrzywdził, ciągle musiał zajmować jej myśli i mieszać w serduszku. Uznał w końcu, że warto dać jej czas i zaproponować swoją przyjaźń, wsparcie i pomoc, jeśli tylko by jej potrzebowała.
Zosia poszła pozwiedzać, a Patryk – na szkolenie. Przez całą środę miał przeładowany program. Odniósł nawet wrażenie, że Wioleta próbowała go trzymać z dala od Zosi, czego nie rozumiał. Był tam jednak przede wszystkim w celach służbowych, a poza tym nie mógł przecież zmusić kobiety, żeby się z nim spotkała. Uczestniczył więc we wszystkich przewidzianych na ten dzień zajęciach i zastanawiał się, co powie Zosi wieczorem.
Tuż przed kolacją dostał jednak telefon z Krakowa. Okazało się, że z samego rana musi być w swoim mieście, bo ma się tam pojawić przelotem ich najważniejszy kontrahent – prezes polskiej spółki Toyoda Motors, jedyny nie-Japończyk na stanowisku tego szczebla w motoryzacyjnym gigancie. Patryk policzył sobie w myślach, że nie opłaca mu się nocować we Wrocławiu, bo trzeba było liczyć dwie i pół godziny drogi, w porannych godzinach szczytu nawet trzy, więc powinien wracać do Krakowa jak najszybciej. Postanowił zjeść coś ciepłego w hotelu i wyruszyć czym prędzej.
Patryk nie mógł uwierzyć jednak we własny fart, kiedy przy kolacji okazało się, że Zosia też musi wracać wcześniej do domu. Perspektywa wspólnej podróży nakręciła go pozytywnie i znowu zaczął patrzeć z nadzieją w przyszłość, tym bardziej że kobieta bez wahania się zgodziła, żeby podrzucił ją na Śląsk.
Droga z Zofią Małkowską minęła mu w mgnieniu oka. Im lepiej poznawał tę kobietę, tym większe robiła na nim wrażenie. Zbliżając się do Katowic, podjął decyzję, że nie może jej ot tak wysadzić na dworcu.
– Zosiu, jeśli pozwolisz… Jest już bardzo późno, pewnie i tak nie będziesz miała żadnego transportu do domu. Podaj mi, proszę, adres, a ja cię odwiozę.
Nawet jeśli Zosia się zawahała, nie trwało to długo. Pewnie i ona doszła do wniosku, że jego propozycja jest sensowna. Nie miał pojęcia, że ratował jej narwany tyłek. Chciał po prostu być dżentelmenem i spędzić z nią jeszcze trochę czasu.
– Zgoda. Jedź na Zawiercie, a ja wpiszę ci adres do nawigacji – zaproponowała.
Patryk uśmiechnął się pod nosem. Podobało mu się, że była taka naturalna. Nie zgrywa się ani na damę, ani na rusałkę. Przypomniał sobie stary kawał i pokręcił głową. Są takie kobiety, do których nie pasują popularne dowcipy.
Zanim dowiózł Zosię do domu, udało mu się ją przekonać, że tylko mając jej numer telefonu, będzie mógł swobodnie się z nią skontaktować, jeśli przyjdzie mu ochota na przyjacielskie spotkanie lub pogawędkę. Zośka zostawiła mu swój numer, więc wziął to za dobrą kartę.
Odstawił ją pod dom o dwudziestej trzeciej.
– Mam nadzieję, że do zobaczenia, Zosiu – powiedział, cmoknąwszy ją w policzek.
– Ja też mam taką nadzieję – odpowiedziała, po czym pomachała mu i zamknęła drzwi.
Odjechał zaraz spod jej domu w Czarnym Lesie. Jego miejski SUV nie miał najmniejszego problemu z pokonaniem gruntowej drogi, nawet jeśli nie jeździł zwykle w takie miejsca.
Patryk dotarł do domu po pierwszej w nocy. Wziął prysznic i położył się spać, bo musiał przecież wstać wcześnie rano. Nie pierwszy raz miał zbierać się do pracy po późnym powrocie do domu, ale już dawno nie kładł się spać trzeźwy i w takim świetnym humorze. W telefonie miał zapisany numer do Zosi i zamierzał go wykorzystać tak szybko, jak tylko wypada, to jest już rano.
Budzik ustawił na szóstą trzydzieści, bo szef Toyoda Motors miał być w Krakowie o dziewiątej. Patryk zakładał, że na niespodziewane spotkanie zdąży się przygotować rano w firmie.
Prawda była taka, że prezes Legonomic Industries liczył na osobistą rozmowę z ważnym kontrahentem już od dawna, ale tamten nigdy nie miał czasu. Naprawdę trudno było wbić się w jego kalendarz, a tymczasem sprawa była dość istotna, bo chodziło o finalizację ważnego kontraktu oraz plany współpracy na przyszłość. Fakt, że doktor Janusz Pawelczyk, prezes Toyody nie tylko na Polskę, ale na całą Europę Środkowo-Wschodnią, zgodził się zjeść z nim w Krakowie śniadanie pomiędzy jednym lotem a drugim, stanowił ogromny sukces zastępcy Patryka. Bogdan dzwonił nie tylko do Warszawy, ale nawet do Brukseli, żeby zorganizować to spotkanie.
Biznesowe śniadanie z prezesem Pawelczykiem było więc dla Patryka wielkim wydarzeniem. Wbrew jego obawom pan prezes okazał się skromnym i bardzo wartościowym człowiekiem. Traktował z szacunkiem wszystkich – od swojego szofera po kelnera w restauracji – a pracy Legonomic nie mógł się nachwalić.
– Panie prezesie, jesteśmy zachwyceni pańskimi robotami – podsumował działania Patryka, który miał ochotę unieść się ponad chmury.
– To zaszczyt dla mnie i mojej ekipy. Cały rok pracowaliśmy na państwa uznanie. – Pilarczyk skłonił głowę w japoński sposób, a pan Pawelczyk dyskretnie się zaśmiał.
– Niestety nie mam więcej czasu, ale już dziś mogę panu obiecać, że na tym nasza współpraca się nie skończy. Zarząd centrali w Japonii popiera moje zaangażowanie we włączanie polskich podwykonawców w proces produkcyjny Toyody. Są nami oczarowani.
– To tym większy zaszczyt.
– Podoba mi się pan, panie Pilarczyk. W naszym kraju trzeba mieć wielką odwagę, żeby założyć biznes od podstaw. Proszę jednak pamiętać o życiu prywatnym. Japończycy twierdzą, że dobry pracownik to szczęśliwy pracownik. To samo dotyczy prezesa.
– Dziękuję za radę. – Patryk skinął głową i uśmiechnął się trochę mechanicznie. Nie lubił, gdy ktoś wtrącał się w jego sprawy, nawet ktoś tak ważny, ale tym razem sam miał nadzieję, że jego życie prywatne trochę się ożywi.
Śniadanie biznesowe z Pawelczykiem pozostawiło po sobie uczucie mocy w Patryku. Już dawno nikt tak nie podniósł mu samooceny.
Zaraz po spotkaniu, pełen pozytywnej energii, napisał SMS-a do Zosi. „Dzień dobry, Zosiu. Mam nadzieję, że się wyspałaś. Ja już jestem w pracy, choć wczoraj w domu byłem dopiero po pierwszej. Życzę Ci miłego dnia. Patryk”. Nie czekał długo na odpowiedź. Zosia odpisała: „Dzień dobry. Jeszcze raz dziękuję za podwiezienie do domu. Ja też Ci życzę miłego dnia w pracy. Niestety chyba się przeziębiłam, więc spędzę ten dzień w łóżku. Pozdrawiam. Zosia”.
Patryk pożałował znajomej, która już wczoraj wyglądała na przejętą. Może rzeczywiście się rozchorowała z nerwów? Odpisał jej trochę szelmowsko, ale nie mógł się powstrzymać przed choćby maleńką aluzją: „Żałuję, że nie mogę dziś opuścić Krakowa. Chętnie bym Ci pomógł wyzdrowieć ;-). Trzymaj się. P”. Zosia już nie odpowiedziała.
No cóż, Patryk nie spodziewał się, że będzie podtrzymywała jego flirt. Nie wyglądała na taką. Postanowił dać jej trochę luzu, ale nie wytrzymał długo bez kontaktu. Ciągnęło go do niej tak, jak już dawno do żadnej kobiety.
Dwa dni później znów napisał. Długo się zastanawiał nad treścią wiadomości, ale w końcu postawił na swobodę: „Hej, Piękna. Co u ciebie? Miałabyś ochotę się spotkać w przyszłym tygodniu? Wybieram się w środę do Łodzi i chętnie bym cię odwiedził po drodze. Daj znać. Patryk”. Zosia odpisała mu niedługo: „Prawdopodobnie będę w domu, ale jeszcze dam znać. Pozdrawiam. Zosia”. No cóż… nie powiedziała „nie”.
Patryk rzeczywiście miał mieć trzy spotkania w Łodzi. W środę po południu ze swoim dawnym profesorem z Krakowa, który zmienił uczelnię. Potem w czwartek i piątek – konferencję na politechnice w Łodzi, bo po starej znajomości zgodził się wystąpić dla studentów profesora Czaplarskiego. W sobotę rano miał zjeść śniadanie z potencjalnym dostawcą, ponieważ starał się zamawiać potrzebne części w Polsce, nawet jeśli były trochę droższe niż te z Chin.
We wtorek wieczorem postanowił spróbować szczęścia i napisał do nowej znajomej SMS-a, prawie się do niej wpraszając. Ale to do odważnych świat należy, prawda? „Jak się czujesz, Zosiu? Nie będę ci przeszkadzał, jeśli wpadnę do ciebie jutro koło dziesiątej? A może chciałabyś gdzieś wyjść? Daj znać. PePe”.
Podpisał się ksywką, której używał od dziecka. To był nie tylko skrót od pierwszych głosek imienia i nazwiska, lecz także imię, które nadała mu młodsza siostra, Paulina, zanim jeszcze nauczyła się dobrze mówić. Miał sentyment do tego „Pepe”.
Zosia odpisała mu prawie od razu: „Będę w domu, możesz przyjechać, o której ci pasuje. Wszystko w porządku. Pozdrawiam. Z”. Ucieszył się tak, że miał ochotę podskoczyć z radości. Zaraz wystukał jej odpowiedź: „Cieszę się :-). Do jutra. Śpij dobrze”. I jeszcze dostał potwierdzenie: „Wzajemnie :-)”.
Już dawno nie zasypiał tak podekscytowany. Miał wrażenie, że pozytywna energia go rozniesie. Jutro zobaczę Zosię…
Poranna droga trochę mu się dłużyła, również dlatego, że przez śnieg i kiepskie warunki nie mógł jechać za szybko. Na szczęście miał dobry i pewny samochód, który sprawdzał się nawet w śnieżną zimę. Szczególnie przydał się on na ostatnich kilometrach, bo droga do miejscowości, gdzie mieszkała Zosia, była zupełnie zasypana.
Patryk rozejrzał się po Czarnym Lesie i szybko doszedł do wniosku, że nie mógłby tam zamieszkać. Miał za to nadzieję, że kiedyś udałoby mu się sprowadzić Zosię do Krakowa. Ona nie pasowała do takiej zabitej dechami dziury.
Dom rodziców Zofii Małkowskiej przypominał wszystkie inne budynki w okolicy. Był wyremontowany i powiększony, pewnie na potrzeby przyjmowania turystów. Serce Patryka odtańczyło taniec radości, kiedy kobieta wyszła, żeby go przywitać. Takiej reakcji się po sobie nie spodziewał.
