Strażnicy. Z miłości do Mont Blanc. Tom I - Leblanc Helena - ebook

Strażnicy. Z miłości do Mont Blanc. Tom I ebook

Leblanc Helena

4,3

Opis

Helena wybiera się na wycieczkę do Francji, gdzie jedną z atrakcji jest wejście na Mont Blanc. To była miłość od pierwszego wejrzenia – kobieta była tak bardzo zachwycona górą, że zapragnęła zostać strażniczką górską. Byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby za parę dni nie musiała wrócić do Polski i swojej nudnej pracy w urzędzie. Jednak niedługo potem próbuje nawiązać z nią kontakt Martin – pewien przystojny Francuz, którego poznała podczas pobytu na Mont Blanc.

Wakacyjna znajomość, która zamieni się w płomienny romans, może pociągnąć za sobą poważniejsze konsekwencje, niż spodziewali się Martin i Helena. Jednak aby tak się stało, któreś z nich będzie musiało zdecydować się na odważny krok i przewrócenie swojego życia do góry nogami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 290

Rok wydania: 2022

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (23 oceny)
17
1
2
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bozenasup

Z braku laku…

Książka "Strażnicy" okazała się dla mnie dużym rozczarowaniem. Fabuła to zapis poczyniań głównej bohaterki... gdzie była, co robiła, kogo spotkała i tak w kółko. Nie ma tu akcji ani żadnych zaskakujących wydarzeń. Cały czas czekałam na jakiś przełom, ale się przeliczyłam. Portrety psychologiczne i emocjonalne są zredukowane do minimum, a właściwie wcale ich nie ma. Bohaterka jest jedną z tych, którzy wiedzą najlepiej i wszystko udaje się jej jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zdecydowanie nie odnalazłam w tej książce tego, co inni czytelnicy.
10
kdmybooknow

Nie oderwiesz się od lektury

„Z miłości do Mont Blanc” to historia, która zachwyca realizmem, emocjami i fabułą, od której trudno się oderwać. Autorka przepięknie oddaje klimat gór, pracy w górskiej straży oraz tej szczególnej więzi, jaka rodzi się między ludźmi, których łączy pasja i ryzyko. Ten najwyższy szczyt Alp jest tu nie tylko tłem pięknej opowieści, ale i bohaterem, w którym można się zakochać od pierwszego przeczytania. Helena jako bohaterka jest niezwykle autentyczna. Jej decyzje, rozterki i emocje są bliskie, zrozumiałe i prawdziwe. Romans rozwija się stopniowo, naturalnie, a jednocześnie pełen jest napięcia — szczególnie wtedy, gdy bohaterowie znajdują się po dwóch stronach prawa. Akcja całej historii niby toczy się spokojnie, ale gdy pojawiają się zwroty akcji, można je porównać do jazdy na nartach ze szczytu po oblodzonej trasie. Mimo to wszystko pozostaje logiczne i wiarygodne. Nic nie dzieje się tu „na siłę”, a każda kolejna scena sprawia, że chce się czytać dalej. Bardzo doceniam również to, j...
00
ksiazkadlaciebie

Nie oderwiesz się od lektury

Tego jeszcze nie było. Powieść obyczajowa osadzona w pięknych rejonach Francji. Polka radząca sobie z różnicami kulturowymi. Zaczytałam się .
00
Kazia1234

Dobrze spędzony czas

polecam
00
mysza_zaczytana

Nie oderwiesz się od lektury

Świeże, odkrywcze, francuskie i zaskakujące połączenie powieści obyczajowej z wątkiem przygodowym i kryminalnym
00

Popularność




Co­py­ri­ght © He­lena Le­blanc Co­py­ri­ght © 2023 by Lucky
Pro­jekt okładki: Ilona Go­styń­ska-Rym­kie­wicz
Skład i ła­ma­nie: Mi­chał Bog­dań­ski
Re­dak­cja i ko­rekta: Klau­dia Jo­va­no­vska
Wy­da­nie I
Ra­dom 2023
ISBN 978-83-67184-69-4
Wy­daw­nic­two Lucky ul. Że­rom­skiego 33 26-600 Ra­dom
Dys­try­bu­cja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: kon­takt@wy­daw­nic­two­lucky.plwww.wy­daw­nic­two­lucky.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Pro­log

Po­ra­nek, 9 czerwca 2014

Za­czy­nał się nowy dzień. Słońce wscho­dziło wśród ró­żo­wych ob­ło­ków uno­szą­cych się nad gó­rami. Eos w peł­nej kra­sie wi­tała nas w pracy... Ptaki śpie­wały cud­nie, po­wie­trze było rześ­kie, a dzień za­po­wia­dał się cie­pły i sło­neczny. Każdy z nas z uśmie­chem wpa­dał do kuchni i wi­tał się z po­zo­sta­łymi.

– Cześć, co sły­chać?

– Siema, jak leci?

– Dzień do­bry wszyst­kim, piękny mamy dziś dzień!

– Co za cu­downy po­ra­nek!

Tak. Od rana by­li­śmy w naj­lep­szych na­stro­jach. Prze­cież wszy­scy uwiel­biamy swoją pracę. To ta­kie dziwne? Py­ta­cie, kim je­ste­śmy?

Mam na imię He­lena, moja ko­le­żanka to Anita, a ko­le­dzy – He­rvé (nasz do­wódca), Jean-Marc, Tom, Tiago i Adama. Je­ste­śmy straż­ni­kami parku na­ro­do­wego ma­sywu Mont Blanc we Fran­cji. Jest jesz­cze Lilly, żona Adamy. Na­dal wal­czy na re­ha­bi­li­ta­cji o pełną spraw­ność, bo tej zimy zła­mała nogę. Tro­chę nam jej bra­kuje, ale wiemy, że nie­długo wróci do zdro­wia i już za­po­wiada swój po­wrót w góry. I znów bę­dzie nas ośmioro... Dru­żyna w kom­ple­cie. Tym­cza­sem o szó­stej rano za­częła się na­sza służba. Przy­by­li­śmy do bazy już wczo­raj wie­czo­rem. Przy­jeż­dżamy w wy­so­kie góry na ty­dzień; mamy tu do­mek, który w tym cza­sie służy nam za biuro i miesz­ka­nie.

Po ty­go­dniu w tej ba­zie zmieni nas druga grupa, do­wo­dzona przez Théo Balda. To nasz główny do­wódca, czło­wiek, który wszystko zor­ga­ni­zo­wał – praw­dziwa le­genda parku i wszyst­kich straż­ni­ków. Jest jesz­cze trze­cia grupa, do­wo­dzona przez Ro­berta, i czwarta grupa – Léi. Kiedy na na­sze miej­sce w wy­so­kie góry wej­dzie grupa druga, my ko­lejny ty­dzień spę­dzimy w śred­nim ma­sy­wie, po­ło­żo­nym ni­żej, w mniej spo­koj­nym re­jo­nie. Po­tem czeka nas trzeci ty­dzień służby, naj­trud­niej­szy, który spę­dzimy w ba­zie po­ło­żo­nej naj­ni­żej w gó­rach. A my wszy­scy naj­bar­dziej nie lu­bimy wła­śnie tego trze­ciego ty­go­dnia, kiedy mu­simy ob­słu­gi­wać trasy wy­ciecz­kowe na naj­niż­szym pu­ła­pie ma­sywu. Każdy chce cza­sem od­po­cząć w wy­so­kich gó­rach, dla­tego zmie­niamy się co ty­dzień.

Tu­ry­ści są naj­więk­szym utra­pie­niem gór, parku, straż­ni­ków... wszyst­kich. Wcho­dzą tam, gdzie nie wolno, czę­sto opusz­czają wy­zna­czone szlaki i się gu­bią, strasz­nie śmiecą i nie­ziem­sko ha­ła­sują. Pło­szą zwie­rzęta, nisz­czą ro­śliny i wy­wo­łują la­winy, stwa­rza­jąc za­gro­że­nie dla sie­bie i in­nych – to praw­dziwa plaga. W trze­cim ty­go­dniu służby wszy­scy je­ste­śmy wy­koń­czeni i wtedy też naj­czę­ściej zda­rzają się wy­padki. Tak wła­śnie Lilly zła­mała nogę tej zimy, ra­tu­jąc pi­ja­nego tu­ry­stę...

Czwarty ty­dzień z ko­lei mamy wolny. Scho­dzimy wtedy „na dół” do mia­sta i... nie za­wsze umiemy od­na­leźć się w cy­wi­li­za­cji. Dla­tego tak bar­dzo stę­sk­ni­li­śmy się za wy­so­kimi gó­rami.

Wy­obra­ża­cie so­bie, jak pięk­nie jest w czerwcu na Mont Blanc??? Zja­wi­skowo!

Wszy­scy ko­chamy to miej­sce. Na­wet ma­ru­dze­nie Tia­gona nie by­łoby w sta­nie ze­psuć nam tego pięk­nego dnia. Przy­naj­mniej więk­szo­ści z nas.

Tiago For­tes to praw­dziwy zrzęda... czter­dzie­sto­dwu­letni Por­tu­gal­czyk, uro­dzony we Fran­cji, po ro­dzi­cach za­go­rzały ka­to­lik i wieczny mal­kon­tent. Za­wsze wi­dzi wszystko z naj­gor­szej strony, a pro­blemy wy­ol­brzy­mia. Je­śli po­ja­wia się ja­ka­kol­wiek trud­ność i ktoś miałby być nie­za­do­wo­lony, to tylko on. Ale pod tą su­rową kon­ser­wa­tywną po­włoką kryje się do­bry czło­wiek. Ten fa­cet ma złote serce. Za­wsze można na niego li­czyć. Z Anitą cią­gle so­bie do­ku­czają. Być może dla­tego, że po­cho­dzą z po­dob­nych kul­tu­rowo ob­sza­rów, ale pew­nie bar­dziej przez dzie­lące ich róż­nice cha­rak­teru.

Czter­dzie­sto­let­nia Anita Pérez to cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo Tia­gona. Jest wy­soką, do­brze zbu­do­waną i krótko ostrzy­żoną La­ty­no­ską, mi­strzy­nią sztuk walki, która przy­je­chała do Fran­cji z ro­dzi­cami jako dziecko i ni­gdy nie chciała wra­cać do ro­dzin­nej We­ne­zu­eli. Zo­stała tu, mimo że jej ro­dzice, już jako eme­ryci, wró­cili do kraju swo­jego po­cho­dze­nia. Anita jest we Fran­cji sama, bez żad­nej ro­dziny, ma tylko pracę i nas. Nie da się ukryć, że ta dwójka kon­tra­stów się lubi, a szorst­ko­ścią po­kry­wają głę­boką przy­jaźń i za­an­ga­żo­wa­nie. Oboje są do­sko­na­łymi straż­ni­kami, ko­chają swoją pracę i ni­gdy nie pra­co­wali w in­nym miej­scu. Wiele mnie na­uczyli, szcze­gól­nie Anita, która uznała, że musi ob­jąć no­wi­cjuszkę opieką i szko­le­niem. Wia­domo, nie ma zbyt wielu ko­biet straż­ni­ków na Mont Blanc.

I ten dzień za­czął się zwy­cza­jową zło­śli­wo­ścią Tia­gona:

– Olá[1], Anita – za­cze­pił ko­le­żankę. – Czy mi się zdaje, czy po­sze­rza­łaś ostat­nio spodnie? – za­py­tał ten przy­gar­biony chu­dzie­lec, wie­dząc, że jej re­ak­cja bę­dzie dla niego bo­le­sna... Nie po­my­lił się. Anita ob­ró­ciła się na pię­cie i zdzie­liła go w twarz otwartą dło­nią.

– Hola[2], Tiago! Ty ma­so­chi­sto – od­po­wie­działa. To było ich zwy­cza­jowe po­wi­ta­nie. – Nie mo­żesz za­cząć dnia bez la­nia? – spy­tała z uśmie­chem.

Miło było pa­trzeć, jak ci dwoje roz­pro­mie­niają się na swój wi­dok. Nie­zro­zu­miałe dla nas jest, czemu przez tyle lat nie po­wie­dzieli so­bie, że się ko­chają? Jak zwy­kle skwi­to­wa­li­śmy tę sy­tu­ację uśmie­chem. Tylko Adama się za­smu­cił. Od kiedy Lilly le­żała w szpi­talu, ciężko mu było w pracy. Od czasu jej wy­padku spę­dzał z nami trzy ty­go­dnie w gó­rach i tylko ty­dzień z nią, a prze­cież wcze­śniej byli nie­roz­łączni. Po­dobno po­znali się i za­przy­jaź­nili jesz­cze w przed­szkolu, ale mamy na­dzieję, że to tylko plotki...

Adama Djiri ma trzy­dzie­ści trzy lata i po­cho­dzi z Wy­brzeża Ko­ści Sło­nio­wej, gdzie się uro­dził, choć jego matka jest Fran­cuzką. Po­dobno pew­nego dnia za­brała pię­cio­let­niego wów­czas syna i wró­ciła do Fran­cji, zo­sta­wia­jąc jego ojca w Afryce. Nie wiemy dla­czego. Adama ni­gdy nie mówi o ojcu. To bar­dzo uczu­ciowy fa­cet i nie­sa­mo­wi­cie uta­len­to­wany. Cza­sem dla nas śpiewa i gra na gi­ta­rze. Od za­wsze za­sta­na­wiamy się, dla­czego zo­stał aku­rat gór­skim straż­ni­kiem. Ta­kie „cia­cho”, z ta­kim gło­sem... Mógłby być gwiaz­do­rem. Ale cie­szymy się, że jest z nami. To do­bry ko­lega, a do tego uroz­ma­ica nam desz­czowe li­sto­pa­dowe wie­czory, kiedy nie ma zbyt wielu tu­ry­stów i nie mamy dużo pracy w te­re­nie.

– A wy jak zwy­kle? – za­py­tał na­gle He­rvé, nasz szef, który wpadł do kuchni jako ostatni i za­stał wku­rzoną Anitę, Tia­gona, po­cie­ra­ją­cego obo­lały po­li­czek, i Adamę z za­smu­coną miną.

– Tak jest, sze­fie – od­po­wie­dział Tom, sa­lu­tu­jąc z szel­mow­skim wy­ra­zem twa­rzy. – Mel­duję, że wszystko po sta­remu.

– A kto cię py­tał, An­golu? – od­parł na to He­rvé. – Hela, przy­tul no Ada­sia, żeby mu tak smutno nie było – za­su­ge­ro­wał zło­śli­wie.

– Hej, no! Co szefa ugry­zło? – Obu­rzy­łam się. – Nie będę ni­kogo przy­tu­lać!

– A mogę ja, mogę ja? – za­py­tał we­soło Tom i wtedy wszy­scy wy­buch­nę­li­śmy śmie­chem. A szef wark­nął nie­za­do­wo­lony.

He­rvé Gérard, nasz do­wódca, to gó­ral i praw­dziwy twar­dziel. Ma pięć­dzie­siąt lat, uro­dził się i wy­cho­wał pod Mont Blanc, więc góry zna od pod­szewki. Jako młody straż­nik współ­pra­co­wał z Théo Bal­dem i uważa się za wy­rocz­nię. Nie znosi sprze­ciwu ani głu­pich żar­tów, a jed­no­cze­śnie spra­wia wra­że­nie, że on może so­bie po­zwo­lić na wszystko. Prze­cież jest sze­fem. Z dru­giej strony jed­nak jest fa­chow­cem od­da­nym służ­bie i każ­demu z nas – choć raz – ura­to­wał skórę. Trudno prze­ce­nić w gó­rach jego do­świad­cze­nie i po­świę­ce­nie pracy.

Co do Toma, to nie wiem, co tak na­prawdę o nim my­śleć. Dla­czego on w ogóle zo­stał straż­ni­kiem? Co go skło­niło do wy­boru ta­kiej ścieżki ka­riery? Nie kwe­stio­nuję jego przy­dat­no­ści, bo pra­cuje do­sko­nale, ale kiedy go jesz­cze nie zna­łam do­brze, po­my­śla­łam nie raz, że tu nie pa­suje.

Tom Hop­kins to wy­de­li­ka­cony trzy­dzie­sto­sied­mio­letni An­glik, prze­sad­nie za­dbany. Ni­gdy nie cho­dzi w przy­bru­dzo­nym mun­du­rze, a w każ­dym zwę­ził no­gawki. Po­trafi prze­bie­rać się trzy razy dzien­nie. Za­wsze ma per­fek­cyj­nie wy­glan­co­wane buty, a prze­cież pra­cu­jemy głów­nie w te­re­nie... Ni­gdy nam się nie zdra­dził ze swoją orien­ta­cją, ale cza­sem rzuca ta­kie ko­men­ta­rze, jak choćby ten o przy­tu­la­niu Adamy, a do tego ma tak spe­cy­ficzne po­czu­cie hu­moru, że nie­ustan­nie się za­sta­na­wiamy, o co mu cho­dzi.

– Uspo­kój­cie się wszy­scy i bierzmy się do ro­boty – ode­zwał się w końcu Jean-Marc, naj­młod­szy z nas i je­dyny – oprócz He­rvé – stu­pro­cen­towy Fran­cuz.

Dwu­dzie­sto­pię­cio­letni Jean-Marc Le­ignel do­łą­czył do na­szej grupy w ze­szłym roku, za­raz po stu­diach, w miej­sce kon­flik­to­wego Chri­stiana, który zre­zy­gno­wał z pracy po nie­ca­łym roku. Jak na ra­zie to Jean-Marc tylko na­rzeka. Głów­nie na brak „chęt­nych la­sek” w dru­ży­nie. Anita za stara, Lilly chora, ja za­jęta. Poza tym nie cier­pię bez­czel­nych Fran­cu­zów. Można by w ta­kiej sy­tu­acji za­py­tać: „To co ty tam w ogóle ro­bisz?”. To jest bar­dzo do­bre py­ta­nie, ale nie­ła­two na nie od­po­wie­dzieć jed­nym zda­niem. Opo­wiem więc naj­pierw coś o so­bie...

Mam trzy­dzie­ści je­den lat i po­cho­dzę z ma­łego mia­steczka na po­łu­dniu Pol­ski. Od pra­wie dwóch lat je­stem straż­niczką parku na­ro­do­wego. Moja przy­goda z Mont Blanc roz­po­częła się też w czerwcu, do­kład­nie trzy lata temu. Mia­łam wtedy dwa­dzie­ścia osiem lat i po­je­cha­łam na kil­ku­dniową wy­cieczkę na po­łu­dnie Fran­cji. Na­mó­wili mnie zna­jomi i to oni wszystko zor­ga­ni­zo­wali. Jed­nym z punk­tów zwie­dza­nia był wła­śnie Mont Blanc. Moja fran­cu­ska bab­cia opo­wia­dała mi kie­dyś o nim jako o naj­pięk­niej­szym miej­scu na ziemi... „Raz zo­ba­czysz i ni­gdy nie za­po­mnisz, wnu­siu”, mó­wiła. Nie wie­rzy­łam, do­póki sama tam nie przy­je­cha­łam.

Spę­dzi­li­śmy ze zna­jo­mymi kilka dni w gó­rach, spa­ce­ro­wa­li­śmy szla­kami wi­do­ko­wymi, no­co­wa­li­śmy w schro­ni­sku, gdzie po­zna­li­śmy tu­ry­stów ta­kich jak my, z róż­nych stron świata. Za­ko­cha­łam się w tym miej­scu od pierw­szego wej­rze­nia. Scho­dząc szla­kiem, po pro­stu po­de­szłam do domku straż­ni­ków, po­pro­si­łam o roz­mowę z sze­fem i wprost za­py­ta­łam zdu­mio­nego star­szego fa­ceta, czy nie po­trze­buje pra­cow­nika, bo ja chcę tu zo­stać i pra­co­wać dla Bia­łej Góry. Oczy­wi­ście naj­pierw mnie wy­śmiał, po­dob­nie jak moi zna­jomi. Ale kiedy zo­ba­czył w mo­ich oczach de­ter­mi­na­cję i zro­zu­miał, że mó­wię po­waż­nie, po­trak­to­wał mnie ina­czej. Za­dał jedno py­ta­nie, prze­ni­kli­wie pa­trząc mi w oczy:

– Dla­czego?

Od­po­wie­dzia­łam rów­nie kon­kret­nie:

– Bo za­ko­cha­łam się w tym miej­scu i nie chcę stąd wy­jeż­dżać.

– Ależ mo­żesz za­miesz­kać w mia­steczku na dole – za­pro­po­no­wał, prze­cho­dząc w na­tu­ralny dla sześć­dzie­się­cio­latka i mun­du­rowca spo­sób na „ty” z kimś o tyle młod­szym od sie­bie.

– Nie – od­po­wie­dzia­łam sta­now­czo. – Mont Blanc do mnie prze­mó­wił. Chcę go chro­nić. To moje po­wo­ła­nie.

Fa­cet po­ki­wał głową.

– W po­rządku. To się rzadko zda­rza, ale wie­rzę, że są tacy lu­dzie, do któ­rych mó­wią góry. Sam to prze­ży­łem w mło­do­ści. No to zo­ba­czymy, jak bę­dzie z tobą... – Uśmiech­nął się po­błaż­li­wie, ale i z sym­pa­tią.

Nie mia­łam po­ję­cia, jak wy­gląda praca straż­nika, to trzeba przy­znać, więc le­gen­darny Théo Bald – bo o nim mowa – ka­zał mi prze­czy­tać całą stertę do­ku­men­tów do­ty­czą­cych pracy w kor­pu­sie służby cy­wil­nej we Fran­cji. Jako oby­wa­telka Unii Eu­ro­pej­skiej mia­łam ogra­ni­czony do­stęp tylko do nie­licz­nych po­sad w stra­te­gicz­nych mi­ni­ster­stwach oraz służ­bach ta­kich jak woj­sko i po­li­cja, i za­sad przy­zna­wa­nia po­sad w ra­mach kon­kur­sów pu­blicz­nych. Po­tem dał mi in­for­ma­tor dla kan­dy­da­tów do pracy straż­nika w parku na­ro­do­wym, z wy­ma­ga­niami i za­sa­dami wy­ko­ny­wa­nia za­wodu, i ka­zał zgło­sić się za ty­dzień, jak wszystko prze­czy­tam. Za ty­dzień?

Dwa dni póź­niej by­łam już prze­cież z po­wro­tem w Pol­sce i znów mu­sia­łam iść do mo­jej nie­lu­bia­nej urzęd­ni­czej pracy. Za­czy­nało się upalne lato, tem­pe­ra­tura w biu­rach do­cho­dziła do trzy­dzie­stu stopni. Kosz­mar. Po­tem wra­ca­łam z pracy do pu­stego miesz­ka­nia, a je­dyną ra­dość da­wały mi wy­cieczki ro­we­rowe do lasu albo nad je­zioro. Wo­la­łam spo­kój, ci­szę i kon­takt z przy­rodą od zgiełku i tłu­mów mia­sta. Nie lu­bi­łam wy­cho­dzić do klu­bów, nie cho­dzi­łam na dys­ko­teki. Mia­sto i jego roz­rywki, to zde­cy­do­wa­nie nie było miej­sce dla mnie. Przy­ja­ciółki mar­twiły się o mnie także z in­nego po­wodu. Od za­wsze mia­łam wy­bitny ta­lent do wią­za­nia się z pa­lan­tami, a hi­sto­rię mo­ich nie­uda­nych związ­ków można by za­mknąć w do­bry sce­na­riusz do te­le­no­weli.

I to był wła­śnie czas na zmianę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przy­pisy

[1] Port. – cześć.
[2] Hiszp. – cześć.

He­lena Le­blanc

Straż­nicy. Brat­nie Du­sze. Tom II

Czy można się za­ko­chać, bę­dąc w po­zor­nie szczę­śli­wym związku? He­lena ni­gdy się nad tym nie za­sta­na­wiała, do­póki nie po­znała Di­diera. Na pierw­szy rzut oka są swo­imi prze­ci­wień­stwami, które funk­cjo­nują po dwóch stro­nach prawa. On – do­wódca grupy prze­myt­ni­czej, ona – gór­ska straż­niczka, tro­piąca prze­stęp­ców. Jed­nak wy­star­cza chwila roz­mowy, jedno głę­bo­kie spoj­rze­nie w oczy, żeby oboje wie­dzieli, że tak na­prawdę są iden­tyczni. Są so­bie prze­zna­czeni.

He­lena stara się być lo­jalna wo­bec swo­jego męża, jed­nak nie jest w sta­nie oprzeć się ma­gne­ty­zmowi i in­te­lek­towi Di­diera. Mi­łość, która ni­gdy nie po­winna się wy­da­rzyć, wkra­cza w ich ży­cie i bez­pow­rot­nie je zmie­nia.

Czy na­wet naj­więk­sze uczu­cie, które nie ma prawa ni­gdy się po­wtó­rzyć, może uspra­wie­dli­wić zdradę współ­mał­żonka? I jak się od­na­leźć w sta­rej rze­czy­wi­sto­ści, gdy ma się świa­do­mość, że już nic nie bę­dzie ta­kie jak kie­dyś.