Prawo zła - Radosław Paszko - ebook + książka
NOWOŚĆ

Prawo zła ebook

Radosław Paszko

4,6

Opis

Zło nie rodzi się z wejścia w mrok. Staje się nim wtedy, gdy zaczyna pasować ci jego wystrój.

Konrad, brutalny i charyzmatyczny lider młodocianej bandy, nie potrafi zaakceptować porażki. Igor i Marcin, bliźniacy, z którymi dorastał w domu dziecka, odebrali mu wszystko – wpływy i pozycję, na jaką pracował przez lata. Teraz, z pomocą Prosiaka, ostatniego kompana, planuje dotkliwą zemstę.

W tym samym czasie Karolina mierzy się z konsekwencjami przeszłości. Nowe środowisko zamiast ulgi przynosi presję, a brak wsparcia sprawia, że coraz bardziej zamyka się w sobie. Jej jedyną nadzieją staje się kontakt przez internet z osobą podającą się za Igora. Karolina nie wie jednak, że to początek gry, której zasad nie zna.

Gdy drogi Konrada i Karoliny przecinają się ponownie, wszystko wymyka się spod kontroli. Plan ustępuje miejsca obsesji, a gniew i strach splatają się w mrocznym tańcu, z którego nikt nie wyjdzie bez strat.

Kontynuacja „Prawa braci” – brutalna opowieść o władzy, zależności i nieodwracalnych wyborach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 399

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (9 ocen)
5
4
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
nie_bo_czytam

Nie oderwiesz się od lektury

„Prawo braci” trafiło do topki najlepszych książek, jakie przeczytałam w zeszłym roku. Teraz zrobilam reread pierwszego tomu, żeby nic mi nie umknęło i czekałam na dalsze losy. A tu psikus! Autor strzelił mi pstryczka w nos i postanowił zabrać nas w głąb tych czarnych charakterów, które są odpowiedzialne za piekło, które zgotował braciom. Genialne! Konrad, młodociany zbój, który uważał się za nietykalnego dostaje lekcję życia, nie tylko od młodych bliźniaków, ale także od najbliższych. Odepchnięty i poniżony zostaje wygnany z Warszawy. Osiada na Pomorzu i tam, próbuje przystosować się do nowej rzeczywistości. Kierowany gniewem i nienawiścią żyje po to, aby kiedyś się zemścić na tych, którzy go zawiedli i doprowadzili tu, gdzie musi teraz żyć. Karolina, pierwsza miłość Igora, po brutalnym odcięciu od wszystkiego co znała, próbuje się zaadoptować do nowej rzeczywistości. Jako nastolatka jednak nie odnajduje się w nowej szkole a rodzice, zamiast ją wspierać, jeszcze bardziej utrudniają...
10
kdmybooknow

Nie oderwiesz się od lektury

Są historie, w których zło pojawia się nagle. I są takie, w których możemy obserwować, jak rodzi się powoli – z poczucia odrzucenia, krzywdy, gniewu, potrzeby przynależności i pragnienia odzyskania kontroli. „Prawo zła” zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. To kontynuacja „Prawa braci” i jednocześnie książka jeszcze mocniej zaglądająca w psychikę swoich bohaterów. Radosław Paszko nie próbuje ich wybielać, ale pokazuje, że za agresją, brutalnością czy bezwzględnością czasami kryje się coś znacznie bardziej skomplikowanego. Przeszłość ma tutaj ogromne znaczenie. Dom dziecka, brak bezpieczeństwa, potrzeba bycia dla kogoś ważnym, zawiedzione zaufanie – wszystko to zostawia ślady, które z czasem zaczynają wpływać na podejmowane decyzje. Poznajcie postacie tej części: Konrad to bohater, którego trudno polubić, ale jeszcze trudniej przejść obok niego obojętnie. Jego potrzeba odzyskania pozycji i zemsty na Igorze i Marcinie stopniowo zaczyna przesłaniać mu wszystko inne. Autor pokazuje je...
00
KEmiliaM

Nie oderwiesz się od lektury

super
00
AnnaStoj

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo wciągająca seeia, czekam na kooejna część. Oby jak najszybciej
00
Mylus

Nie oderwiesz się od lektury

super konyunucja Prawo braci
00



„Je­ste­śmy źli, czy­li do­brzy, ro­zu­miesz?Ci do­brzy źli są, bo ina­czej zwa­riu­jesz.”

Woj­ciech „So­kół” So­snow­skiUtwór: So­kół & Ma­ry­sia Sta­ro­sta – W dół brzu­chem

Dro­gi czy­tel­ni­ku, w mo­jej książ­ce znaj­du­je się po­kaź­na li­sta utwo­rów, któ­re nie zo­sta­ły tam umiesz­czo­ne przy­pad­ko­wo. Bar­dzo za­le­ża­ło mi na tym, by dzię­ki skru­pu­lat­nej se­lek­cji mu­zy­ki, prze­ka­zać Wam peł­nie tego, jaki na­strój prze­ży­wał dany bo­ha­ter w kon­kret­nej sy­tu­acji. Je­śli in­try­gu­je Cię, jak wi­dzia­łem to w swo­jej gło­wie, to za­pra­szam do od­słu­cha­nia w od­po­wied­nim mo­men­cie wspo­mnia­nej w tek­ście pio­sen­ki. Play­li­sta znaj­du­je się na ostat­niej stro­nie.

Pro­log

Wrza­ski do­bie­ga­ją­ce z ze­wnątrz były nie do wy­trzy­ma­nia. Pró­bo­wał je za­głu­szyć, moc­no przy­ci­ska­jąc dło­nie do uszu, ale nie­wie­le to po­mo­gło. Brak peł­ne­go i spo­koj­ne­go snu moc­no da­wał mu się we zna­ki. Był prze­mę­czo­ny i wście­kły, a złość była tym więk­sza, że aku­rat dziś przy­śnił mu się po­ra­nek, w któ­rym za­miast awan­tu­ry bu­dził go za­pach na­le­śni­ków z cze­ko­la­dą. Roz­ża­lo­ny agre­syw­nie prze­rzu­cił się na dru­gą stro­nę ma­lut­kiej ka­na­py, nie­for­tun­nie ude­rza­jąc gło­wą w sto­lik. Miał ocho­tę wy­krzy­czeć swo­ją złość świa­tu, ale nie mógł. Wie­dział, że jego mama nie­na­wi­dzi­ła, kie­dy pod­no­sił głos, a bar­dzo nie chciał, by była na nie­go zła. Za­ci­ska­jąc z ca­łej siły zęby, wy­tarł na­pły­wa­ją­ce do oczu łzy sta­rym śmier­dzą­cym ko­cem, któ­rym na­stęp­nie na­krył się aż po czu­bek gło­wy. Zda­wał so­bie spra­wę, że już nie za­śnie, dla­te­go prze­stał pró­bo­wać.

Zrzu­cił z sie­bie dziu­ra­wą ka­po­tę i ostroż­nie po­sta­wił sto­py na pod­ło­dze. Uni­ka­jąc zu­ży­tych pre­zer­wa­tyw oraz strzy­ka­wek, ostroż­nym kro­kiem udał się do to­a­le­ty. Jej smród już daw­no prze­stał ro­bić na nim ja­kie­kol­wiek wra­że­nie. Za­pach siar­ko­wo­do­ru, amo­nia­ku i ple­śni był wy­czu­wal­ny na­wet po­mi­mo za­ty­ka­nia nosa pal­ca­mi, dla­te­go po pro­stu nie zwra­cał na nie­go uwa­gi. Kłót­nia, któ­ra prze­rwa­ła mu naj­przy­jem­niej­szy sen ostat­nich mie­się­cy prze­nio­sła się pod ma­lut­kie ła­zien­ko­we okien­ko. Sta­jąc na de­sce klo­ze­to­wej, pró­bo­wał do­strzec, z kim spo­tka­ła się jego mama, choć ton roz­mo­wy mógł wska­zy­wać tyl­ko jed­ną oso­bę.

Ro­man – jej ko­cha­nek – ostat­nio zja­wiał się u nich co­raz czę­ściej. To wła­śnie on od­po­wia­dał za to, że prak­tycz­nie każ­dy po­ra­nek wy­glą­dał tak samo. Jed­nak dziś było ina­czej. Był bar­dziej po­bu­dzo­ny i agre­syw­niej­szy niż zwy­kle, co mo­gło zwia­sto­wać tyl­ko jed­no – kło­po­ty. Po­mi­mo traf­ne­go roz­po­zna­nia hu­mo­ru aman­ta mat­ki, tego, co wy­da­rzy­ło się chwi­lę póź­niej, na­wet nie brał pod uwa­gę.

Ro­mek chwy­cił ją za gar­dło, po­pchnął na ścia­nę kam­pe­ra, a na­stęp­nie z ca­łej siły ude­rzył pię­ścią w twarz. Nie­wie­le my­śląc, wy­biegł z po­jaz­du i w obro­nie swo­jej ro­dzi­ciel­ki rzu­cił się na kon­ku­ben­ta.

Gdy­by to była sce­na w re­ży­se­ro­wa­nej ko­me­dii, wszy­scy pę­ka­li­by ze śmie­chu. Ale to nie był film.

Bosy ośmio­let­ni chło­piec, w sa­mych majt­kach z mo­ty­wem Żół­wi Nin­ja, wła­śnie bez­na­dziej­nie sta­rał się za­dać choć­by je­den cios po­staw­ne­mu do­ro­słe­mu męż­czyź­nie. Ro­man, wi­dząc za­cie­kłość i pło­ną­ce nie­na­wi­ścią oczy, po pro­stu wy­buch­nął śmie­chem. Zła­pał ma­lu­cha jed­ną ręką za gło­wę i z im­pe­tem ode­pchnął go na bok ni­czym wa­dzą­cy śmieć. Ośmio­la­tek wy­wra­ca­jąc się na uli­cę, zdra­pał so­bie część skó­ry ple­ców. To jed­nak nie po­wstrzy­ma­ło go przed dal­szy­mi pró­ba­mi. Chło­piec szyb­ko pod­niósł się na nogi i ru­szył w stro­nę ko­chan­ka mat­ki, któ­ry szar­pał ko­bie­tę za wło­sy. Uni­ka­jąc mę­skiej ręki i wy­mie­rzo­ne­go na od­lew cio­su, z ca­łej siły ude­rzył Ro­ma­na w kro­cze. Efekt był pio­ru­nu­ją­cy, a zwi­ja­ją­cy się z bólu męż­czy­zna prze­stał zwra­cać na nich uwa­gę.

Nie­wie­le my­śląc, pod­biegł do mamy. Pró­bo­wał pod­nieść ją z zie­mi, ale na próż­no. Przez spły­wa­ją­cą z brwi krew ko­bie­ta nie mo­gła otwo­rzyć oczu, a chwiej­ność jej kro­ków świad­czy­ła tyl­ko o jed­nym – po­ran­ną daw­kę nar­ko­ty­ków mia­ła już za sobą. Czuł złość i bez­na­dziej­ną bez­rad­ność, ale po­wstrzy­mał łzy. Wal­cząc z wiot­kim cia­łem mat­ki, z ca­łych sił sta­rał się utrzy­mać rów­no­wa­gę. Gdy uda­ło mu się za­rzu­cić ją so­bie na bark, ja­kaś ma­gicz­na siła znów po­sła­ła go na ło­pat­ki.

Wście­kłość Ro­ma­na była wręcz na­ma­cal­na. Przy­spie­szo­ny, cuch­ną­cy al­ko­ho­lem od­dech, nie­na­tu­ral­nie wiel­kie źre­ni­ce oraz ogrza twarz wzbu­dza­ły strach. Chciał wstać, ale prze­ra­że­nie było sil­niej­sze. Przy­gwoż­dżo­ny do zie­mi mógł tyl­ko ob­ser­wo­wać, jak ko­cha­nek mat­ki wła­śnie ko­pie ją po gło­wie i brzu­chu. Za­nim zdą­żył otwo­rzyć usta, by we­zwać po­moc, zo­stał bru­tal­nie pod­nie­sio­ny za szy­ję i rzu­co­ny w przy­cze­pę. Ból po­ty­li­cy bar­dzo szyb­ko roz­cho­dził się po ca­łej gło­wie, a rwa­nie krę­go­słu­pa pro­mie­nio­wa­ło aż do czub­ków pal­ców. Nie­po­trzeb­nie pró­bo­wał otwo­rzyć oczy. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, czy gdy­by za­ci­snął po­wie­ki, to bo­la­ło­by tak samo. Za­raz jed­nak prze­stał się za­sta­na­wiać. Stra­cił przy­tom­ność po trze­cim cio­sie.

Ock­nął się, gdy jego rana na gło­wie za­pie­kła ży­wym ogniem. Pró­bo­wał wstać, ale po­wstrzy­ma­ła go dam­ska dłoń przy­ci­ska­ją­ca jego cia­ło do ka­na­py.

– Leż spo­koj­nie, skar­bie, mu­szę prze­myć roz­cię­cie.

– Czy on da­lej tu jest? – spy­tał, se­ple­niąc przez spuch­nię­tą war­gę, ale nie usły­szał od­po­wie­dzi.

Po chwi­li do­strzegł, że po­mi­mo prób opa­trze­nia jego ran, sama nie zdą­ży­ła jesz­cze do­kład­nie po­zbyć się krwi z wła­snej twa­rzy. Nie mu­sia­ła od­po­wia­dać. Za­pach ta­nich pa­pie­ro­sów do­cho­dzą­cy z ze­wnątrz ja­sno wska­zy­wał, że Ro­man wy­szedł tyl­ko za­pa­lić.

Kil­ka mi­nut póź­niej obo­je aż pod­sko­czy­li. Ko­cha­nek mat­ki jak opa­rzo­ny wbiegł do środ­ka, sza­leń­czo omia­ta­jąc wzro­kiem wnę­trze kam­pe­ra. Za­uwa­żył, że na jego twa­rzy ry­su­je się pa­nicz­ny strach, a czo­ło ubar­wiał per­li­sty pot.

– Je­śli któ­reś z was choć pi­śnie im sło­wo, to za­je­bię jak psa – wark­nął, cho­wa­jąc się w to­a­le­cie, czym wzbu­dził w nich prze­peł­nio­ną oba­wą kon­ster­na­cję.

Do­pie­ro po chwi­li usły­sze­li dźwięk strze­la­ją­ce­go spod kół żwi­ru. Ktoś pod­je­chał pod ich przy­cze­pę.

– Na­kryj się i bądź ci­cho – po­wie­dzia­ła pra­wie szep­tem ko­bie­ta i wy­szła na ze­wnątrz.

Po­mi­mo ogrom­ne­go stra­chu, któ­ry go ogar­niał, nie mógł po­zwo­lić, by ktoś znów skrzyw­dził jego mat­kę. Za­nim zrzu­cił z sie­bie koc, do­szedł do nie­go jej pod­nie­sio­ny ton. To go spa­ra­li­żo­wa­ło.

– Nie ma go tu! – wark­nę­ła ro­dzi­ciel­ka.

– Wi­dzę, że się do­ga­du­je­cie – oznaj­mił zim­ny głos, po któ­rym na­stą­pi­ła sal­wa mę­skie­go śmie­chu.

– Po chuj go kry­jesz? Wi­dzia­łaś się w lu­strze? Chy­ba, że sama so­bie to zro­bi­łaś – ode­zwał się ktoś dru­gi, młod­szy.

– Gów­no cię to ob­cho­dzi – od­py­sk­nę­ła ko­bie­ta.

– Ostat­ni raz spy­tam, bo nie mam cza­su. Gdzie on jest? – Każ­de­go z trzech fa­ce­tów, któ­rych usły­szał ce­cho­wa­ły chłód i opa­no­wa­nie.

– W du­pie! Nie ma go…

Nie zdą­ży­ła do­koń­czyć. Na­uczył się roz­po­zna­wać dźwięk ude­rze­nia w twarz już daw­no temu. Roz­pę­dził się, by jej po­móc, ale gdy był w pół dro­gi do drzwi, we­szli oni.

Było ich czte­rech, każ­dy ubra­ny na czar­no. Dwóch roz­glą­da­ło się w środ­ku, a dwaj po­zo­sta­li cze­ka­li na ze­wnątrz. Wy­glą­da­li jak gra­ba­rze. Przed rzu­ce­niem się im do gar­dła po­wstrzy­mał go re­fleks świa­tła, któ­ry od­bi­ła przy­cze­pio­na do pa­ska broń. Wi­dząc ją, sta­nął jak wry­ty. Od­wró­ci­li się w jego stro­nę, ale nie wzbu­dza­li obrzy­dze­nia, tak, jak Ro­man. Byli zu­peł­nie inni. Opa­no­wa­ni i uśmiech­nię­ci, ale na pew­no nie sła­bi. Biła od nich nie­spo­ty­ka­na pew­ność sie­bie, któ­ra przy­cią­ga­ła ni­czym ma­gnes. Jed­nak świa­do­mość pod­po­wia­da­ła, by trzy­mać się od nich z da­le­ka. Nie mu­sie­li sta­rać się wy­glą­dać groź­nie, by wzbu­dzać sza­cu­nek. Wprost prze­ciw­nie do ko­chan­ka mat­ki.

– Cześć, mały – rzu­cił je­den z nich, na­chy­la­jąc się nad nim. – Nie chce­my być tu dłu­żej, niż mu­si­my. Po­wiedz nam, gdzie jest ten, któ­ry… – prze­rwał, ła­piąc go za pod­bró­dek i ob­ra­ca­jąc gło­wę – …wam to zro­bił – do­koń­czył z gry­ma­sem.

Nie wie­dział dla­cze­go, ale był im wdzięcz­ny. Coś we­wnętrz­nie pod­po­wia­da­ło mu, że przy­szli z po­mo­cą, ale nie byli to ry­ce­rze na bia­łych ko­niach. Przy­po­mi­na­li bar­dziej szwa­dron śmier­ci i de­mo­ny na szkie­le­tach ogie­rów. A bio­rąc pod uwa­gę to, jaką oso­bą był Ro­man, to wła­śnie ta­kiej po­mo­cy by ocze­ki­wał, gdy­by się po nią zgło­sił.

– W to­a­le­cie – od­parł, czu­jąc się jak pęk­nię­ty ba­lon, z któ­re­go na­gle wy­le­cia­ło całe po­wie­trze.

– Zuch chło­pak – od­po­wie­dział z uśmie­chem męż­czy­zna, w dal­szym cią­gu na­chy­la­jąc się nad nim. Po chwi­li za­pro­sił do środ­ka swo­je­go ko­le­gę, któ­ry wy­pro­wa­dził chłop­ca, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Gdy chło­pak po­biegł przy­tu­lić mat­kę, ta ode­pchnę­ła go od sie­bie.

– Coś ty na­ro­bił… – rzu­ci­ła za­ła­ma­na, za­glą­da­jąc przez okno w po­szu­ki­wa­niu uko­cha­ne­go.

Z prze­bie­gu spo­tka­nia szwa­dro­nu śmier­ci i Rom­ka wy­wnio­sko­wał, że było ono ostat­nim przy­po­mnie­niem o za­cią­gnię­tym dłu­gu i koń­czą­cym się ter­mi­nie spła­ty. Sły­sząc do­cho­dzą­ce z to­a­le­ty wrza­ski, płacz i szlo­cha­nie aman­ta mat­ki, za­sta­na­wiał się, co mo­gli mu ro­bić. Chciał być na ich miej­scu lub im po­móc, bo wy­cie Ro­ma­na dzia­ła­ło na nie­go ko­ją­co.

Zu­peł­nie inne emo­cje to­wa­rzy­szy­ły jego mat­ce, któ­ra bła­ga­ła, by prze­sta­li. Był im wdzięcz­ny, że jej nie po­słu­cha­li.

Spo­tka­nie w ła­zien­ce trwa­ło ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut, po któ­rych cała czwór­ka opu­ści­ła te­ren, od­jeż­dża­jąc w stro­nę mia­sta. Gdy ko­bie­ta po­bie­gła spraw­dzić stan zdro­wia kon­ku­ben­ta, chło­pak jesz­cze dłu­go wpa­try­wał się w nik­ną­cy za ho­ry­zon­tem po­jazd. Dziś ży­cie zmu­si­ło go, by po raz pierw­szy wy­brać, co jest waż­niej­sze – trzy­mać się mat­ki czy prze­stać być bez­sil­nym. Jesz­cze parę dni temu zro­bił­by dla niej wszyst­ko, ale te­raz stra­cił tę pew­ność. Do tego prze­grał wal­kę o jej uwa­gę z fa­ce­tem, któ­ry ją bił i po­ni­żał. To bo­la­ło bar­dziej niż zdar­te ple­cy i roz­bi­ta gło­wa. A może to była jego wina? Bo był mały i sła­by?

Dzi­siej­sza lek­cja po­zo­sta­nie już z nim na za­wsze. Wie­dział, że słab­si za­wsze prze­gry­wa­ją, a on nie chciał być sła­by.

Za­fa­scy­no­wa­ny ludź­mi, któ­rzy do nich przy­je­cha­li, bar­dzo dłu­go wpa­try­wał się w uno­szą­cy za nimi kurz. Roz­pa­mię­ty­wał i po­dzi­wiał ich po­sta­wę, sta­now­czość oraz pew­ność sie­bie. Zro­zu­miał, że Ro­mek nie jest nie­znisz­czal­ny, a po­ko­nać go moż­na, bę­dąc sil­niej­szym. Chciał być tak sil­ny jak męż­czyź­ni z czar­ne­go Mer­ce­de­sa. Czuł, że nie byli do­brzy, ale je­śli zło mia­ło zo­stać po­ko­na­ne przez więk­sze zło, to chciał być jak oni. Za­uwa­żył też, że w gru­pie ma się ogrom­ną prze­wa­gę, dla­te­go chciał stwo­rzyć taką samą. Pra­gnął kie­dyś po­ko­nać Ro­ma­na.

Przez mo­ment za­sta­na­wiał się nad tym, czy nie po­biec za au­tem, by od­je­chać ra­zem z nimi, ale po­sta­no­wił zo­stać. Nie­ste­ty nie­da­ne mu było dłuż­sze ana­li­zo­wa­nie swo­je­go losu, bo myśl o ewen­tu­al­nej przy­szło­ści skoń­czy­ła się szyb­ciej, niż zdą­ży­ła uło­żyć. Po­now­nie bru­tal­nie prze­ko­nał się o tym, kto rzą­dzi świa­tem i dla­cze­go.

– Za­bi­ję tego je­ba­ne­go gno­ja – usły­szał zza ple­ców.

Chwi­lę póź­niej po­czuł jak grunt osu­wa mu się spod nóg. Nie­przy­jem­ny chłód roz­cho­dził się wzdłuż krę­go­słu­pa, a świa­tło słoń­ca za­czę­ło nie­bez­piecz­nie szyb­ko ga­snąć. Nie wi­dział swo­je­go upad­ku twa­rzą w piach, ale usły­szał upusz­czo­ny obok gło­wy me­ta­lo­wy pręt.

Roz­dział I

Le­żąc na zie­mi z za­mknię­ty­mi ocza­mi, wsłu­chi­wał się w świst wia­tru. Za nic w świe­cie nie chciał wra­cać do rze­czy­wi­sto­ści. Wie­dział, że to, co się wy­da­rzy­ło, nie­od­wra­cal­nie zmie­ni jego ży­cie.

Z ca­łych sił pró­bo­wał po­zo­stać w bło­gim me­ta­fo­rycz­nym sta­nie po­mię­dzy utra­tą przy­tom­no­ści a po­wro­tem świa­do­mo­ści. Nie­ste­ty ból z każ­dą mi­nu­tą sta­wał się sil­niej­szy, do­skwie­ra­jąc co­raz bar­dziej. Był wście­kły, że nie jest mu dane od­po­cząć tro­chę dłu­żej. To wszyst­ko nie po­win­no się wy­da­rzyć – po­wta­rzał w gło­wie.

Nie wie­dział, co de­ner­wo­wa­ło go bar­dziej – bo­le­sność ca­łe­go cia­ła czy ego, któ­rym się ktoś bez­ce­re­mo­nial­nie pod­tarł. Z upły­wem cza­su za­czy­nał od­czu­wać wię­cej. Pro­mie­nie słoń­ca, któ­re przed chwi­lą przy­jem­nie otu­la­ły jego wiot­kie cia­ło, te­raz sta­wa­ły się nie do wy­trzy­ma­nia. Pró­bo­wał wziąć głę­bo­ki od­dech, ale zła­ma­ny nos i za­schnię­ta w ustach krew sku­tecz­nie mu prze­szka­dza­ły. Miał wra­że­nie, że puch­ną­ca w strasz­li­wym tem­pie twarz za­raz eks­plo­du­je. Wie­dział, że wi­dze­nie w le­wym oku, któ­re ucier­pia­ło naj­moc­niej, szyb­ko nie wró­ci. Nie był w sta­nie wska­zać choć­by cen­ty­me­tra swo­je­go cia­ła, któ­ry nie spra­wiał­by bólu.

Ostroż­nie otwo­rzył oczy i reszt­ką sił prze­krę­cił się na brzuch. To był błąd. Nie­ustan­nie pul­su­ją­ca gło­wa nie była na to przy­go­to­wa­na. Pod­niósł się na czwo­ra­ka i zwy­mio­to­wał. Tar­ga­ny kon­wul­sja­mi wy­da­lał z sie­bie śli­nę, ciem­no­brą­zo­wą krew i pia­sek. Po­mi­mo ma­je­sta­tycz­ne­go wy­glą­du wy­mio­cin nie za­mie­rzał im po­świę­cać choć­by se­kun­dy swo­jej uwa­gi, dla­te­go za­mknął oczy.

Gdy po kil­ku mi­nu­tach wró­cił do sie­bie, cięż­ko opadł na ty­łek, pró­bu­jąc zła­pać po­wie­trze i ostrość wi­dze­nia jed­nym okiem. Ciem­ność, któ­ra prze­cho­dzi­ła w mrocz­ki, w koń­cu za­czę­ła przed­sta­wiać wi­zję tego, co po­zo­sta­ło na polu bi­twy.

Wul­kan opar­ty o drze­wo nie miał już siły pła­kać. Po­cią­ga­jąc no­sem, wpa­try­wał się w swo­ją nie­na­tu­ral­nie wy­gię­tą rękę.

Kon­rad splu­nął na zie­mię po­zo­sta­ło­ścią wy­mio­cin i spoj­rzał na Pro­sia­ka, któ­ry sie­dząc na ko­na­rze, lu­stro­wał go wzro­kiem peł­nym wy­rzu­tów i żalu.

Wie­dział, że prze­grał. Za­wiódł sie­bie i swo­ją eki­pę. Czuł się od­po­wie­dzial­ny za to, co się wy­da­rzy­ło. Po­legł sro­mot­nie i pierw­szy raz w ży­ciu nie wie­dział, co ma ro­bić. Dłu­go wa­hał się, czy po­dejść do swo­ich kom­pa­nów. Ła­piąc rów­no­wa­gę, z wi­docz­nym gry­ma­sem ru­szył w ich stro­nę.

– Chy­ba mo­gło być go­rzej, co? – rzu­cił, si­ląc się na uśmiech.

– Go­rzej?! – od­parł pi­skli­wym gło­sem Wul­kan. – Jaja so­bie ro­bisz? Spójrz na moją rękę! – krzyk­nął roz­pacz­li­wie.

– Ty zresz­tą też nie wy­glą­dasz, jak­byś wró­cił ze spa­ce­ru. – Pro­siak wska­zał na oko Kon­ra­da, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że opu­chli­zna jest więk­sza, niż my­śli.

– Do­bra, prze­stań­cie się ma­zać. Jesz­cze ich do­rwie­my.

– O czym ty ga­dasz?! Ja­kie do­rwie­my?! – Wul­kan brzmiał jak mała, roz­złosz­czo­na dziew­czyn­ka.

– Nor­mal­nie. Mu­szę tyl­ko wszyst­ko prze­my­śleć i przy­go­to­wać nowy plan.

Jed­nak za­miast apro­ba­ty usły­szał gro­bo­wą ci­szę, co chwi­lę prze­ry­wa­ną sze­le­stem li­ści. Po kil­ku dłu­gich mi­nu­tach Wul­kan od­wa­żył się wyjść przed sze­reg.

– Ja się wy­pi­su­ję. Mam dość – oznaj­mił za­ła­ma­ny, z bra­kiem na­dziei w słusz­ność gło­szo­nych idei.

– Spo­koj­nie. W gnie­wie po­dej­mu­je się po­chop­ne de­cy­zje. Nie rób tego. Poza tym na­sta­wi­my ci tę gra­bę, zre­ge­ne­ru­je­my się i wró­ci­my sil­niej­si – do­dał po chwi­li z uśmie­chem Kon­rad.

– Nie! Cały czas się cie­bie słu­cha­łem, wy­ko­ny­wa­łem po­le­ce­nia i patrz, jak skoń­czy­łem! – Upew­nia­jąc się, że li­der za­uwa­żył zła­ma­nie, przy­su­nął rękę bli­żej jego twa­rzy. – Pier­do­lę to! Sram na tych bliź­nia­ków, na ze­mstę i… – Ugryzł się w ję­zyk.

– No? Do­kończ. – Li­der spra­wiał wra­że­nie pew­ne­go sie­bie, jed­nak we­wnętrz­nie za­czy­nał od­czu­wać nie­po­kój. W skru­pu­lat­nie bu­do­wa­nym przez lata po­mni­ku za­czę­ły po­ja­wiać się spo­re pęk­nię­cia.

– Ej, pa­no­wie! Nie kłóć­cie się, to te­raz bez sen­su.

Kon­rad wstrzy­mał Pro­sia­ka ge­stem dło­ni, chcąc za wszel­ką cenę wy­słu­chać tego, co Wul­kan ma do po­wie­dze­nia.

– Do­kończ – po­wie­dział chłod­no, pa­trząc ko­le­dze pro­sto w oczy.

Wy­mow­ne mil­cze­nie było trud­niej­sze do znie­sie­nia niż sło­wa.

Wul­kan czuł, że coś w nim pęka.

– PIER­DO­LĘ CIE­BIE! – wy­krzy­czał, oplu­wa­jąc śli­ną Kon­ra­da. – Pier­do­lę te two­je po­my­sły, two­je de­cy­zje, two­je roz­ka­zy i zbie­ra­nie za cie­bie po py­sku. Za­wsze to ty by­łeś naj­waż­niej­szy, a my by­li­śmy tyl­ko od brud­nej ro­bo­ty. Ko­niec z tym! – Łzy na­pły­nę­ły mu do oczu, ale nie ża­ło­wał tego, co po­wie­dział. Wy­rzu­cił z sie­bie coś, co od daw­na nie da­wa­ło mu spo­ko­ju. W koń­cu po­czuł upra­gnio­ną ulgę.

– Za­py­tam je­den je­dy­ny raz, więc pro­szę cię o sku­pie­nie. Chciał­bym tyl­ko, abyś upew­nił się, co do mnie po­wie­dzia­łeś. – Ton gło­su Kon­ra­da był lo­do­wa­ty, wręcz mro­żą­cy krew w ży­łach.

– Po­je­ba­ło was?! – Pro­siak wstał, pró­bu­jąc za­po­biec eska­la­cji, jed­nak sil­ny chwyt li­de­ra za przód mię­śnia bar­ko­we­go spra­wił, że gru­bas mo­men­tal­nie usiadł.

Kciuk li­de­ra wy­lą­do­wał na jed­nym z punk­tów wi­tal­nych jego po­ma­gie­ra, co sku­tecz­nie prze­rwa­ło pró­bę me­dia­cji.

– Mam po­wtó­rzyć? Do­brze. Od­cho­dzę. Mam dość! – Tar­ga­ny emo­cja­mi Wul­kan był bli­ski pła­czu.

– Ostrze­gam cię. Ro­bisz błąd. Wiel­ki błąd, mój przy­ja­cie­lu.

– Po tym wszyst­kim, co ra­zem prze­szli­śmy i ile dla cie­bie zro­bi­łem, tyl­ko tyle masz mi do po­wie­dze­nia? – Prysz­cza­ty uśmiech­nął się gorz­ko, wy­smar­ku­jąc nos. – Wiesz co? Spier­da­laj – rzu­cił obo­jęt­nie i od­szedł.

– Ale się na­ro­bi­ło… – rzu­cił gru­bas, prze­ry­wa­jąc trwa­ją­cą zde­cy­do­wa­nie za dłu­go ci­szę, chcąc zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Na próż­no.

Kon­rad jesz­cze dłu­go ob­ser­wo­wał od­da­la­ją­cą się syl­wet­kę ko­le­gi. Był za­wie­dzio­ny i czuł się oszu­ka­ny. Nie spo­dzie­wał się, że kie­dyś doj­dzie do roz­ła­mu gru­py, któ­rej od­dał ser­ce. Ale prze­cież nie mógł się pod­dać. Gdy Wul­kan znik­nął z ho­ry­zon­tu, po­sta­no­wił zwró­cić się do ko­le­gi.

– Na­sta­wisz mi to? – Wska­zał na opuch­nię­ty nos.

– Co?! Chy­ba po­wi­nie­neś pójść z tym do pi­gu­ły. Ja ni­g­dy tego nie ro­bi­łem – od­po­wie­dział kom­pan drżą­cym gło­sem.

– Daj spo­kój. To ba­nal­ne. Ła­piesz pal­ca­mi tu i tu, a po­tem moc­no prze­su­wasz.

– W któ­rą stro­nę?

– Chy­ba mo­żesz tyl­ko w jed­ną, co nie? – spy­tał roz­bra­ja­ją­co li­der, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć i do­dać ko­le­dze otu­chy.

– Fakt… – od­parł zmie­sza­ny.

– No to da­waj.

– Boje się. – Ręce Pro­sia­ka wy­raź­nie się trzę­sły.

– Ej! – Kon­rad zła­pał za pu­co­ło­wa­tą bu­zię i pa­trząc w oczy ko­le­gi, prze­mó­wił spo­koj­nym gło­sem: – Wie­rzę w cie­bie. Gdy­by było ina­czej, nie pro­sił­bym cię o po­moc. Bę­dzie do­brze.

Pro­siak wie­dział, że nie może go za­wieść. De­li­kat­nie po­ki­wał gło­wą, słu­cha­jąc po­krze­pia­ją­cych słów, zła­pał za nos, co było spo­rym wy­zwa­niem przez opu­chli­znę le­we­go oka, i we­dług in­struk­cji prze­krę­cił w pra­wo.

– KUR­WA! – wy­darł się Kon­rad, od­rzu­ca­jąc gło­wę w tył. Czuł pa­lą­cy ból pro­mie­niu­ją­cy od za­tok przez oczy aż do skro­ni. Wie­dział, że to nie była uda­na pró­ba.

Gru­bas od­sko­czył jak ra­żo­ny pio­ru­nem.

– Jezu! Prze­pra­szam! – rzu­cił roz­dy­go­ta­ny.

– Ah! – Li­der sta­rał się zdu­sić w so­bie na­ra­sta­ją­cą wście­kłość. – Mó­wi­łem. Kciu­ki tu i tu. Naj­pierw spo­koj­nie złap, wy­czuj, po­tem ści­śnij i z ca­łej siły w dru­gą stro­nę. To nie jest trud­ne. Dasz radę – in­stru­ował przez za­ci­śnię­te zęby.

– Doo… do­brze… – od­po­wie­dział nie­pew­nym gło­sem Pro­siak. Po chwi­li po­now­nie przy­ło­żył pal­ce we wska­za­ne miej­sca. – Te­raz jest okej?

– Tak – syk­nął Kon­rad, czu­jąc na­cisk. – Da­waj! – krzyk­nął, za­my­ka­jąc oczy, w któ­rych gro­ma­dzi­ły się spo­re ilo­ści łez, a gru­by jak na ko­men­dę moc­nym ru­chem prze­su­nął trzy­ma­ny frag­ment nosa. Obaj usły­sze­li cha­rak­te­ry­stycz­ny chrzęst prze­ska­ku­ją­cej ko­ści.

– Chy­ba się uda­ło? – spy­tał drżą­cym to­nem. Dło­nie trzę­sły mu się jak ga­la­re­ta.

– Taa… – Kon­rad opa­no­wał po­czu­cie gnie­ce­nia pro­mie­niu­ją­ce aż do po­ty­li­cy.

Ob­ma­cał twarz, po czym smark­nął, za­ty­ka­jąc pal­cem jed­ną z dziu­rek. Klnąc przy tym gło­śno i strasz­nie się krzy­wiąc. Jed­nak nie prze­szko­dzi­ło mu to w wy­ko­na­niu tej sa­mej czyn­no­ści po dru­giej stro­nie nosa. Miał wra­że­nie, że jego gło­wa za­raz eks­plo­du­je. Wy­trzy­mu­jąc agre­syw­nie ata­ku­ją­cy całą gło­wę ból, po­zbył się za­le­ga­ją­cych w za­to­kach skrze­pów krwi, na­stęp­nie ostroż­nie za­cią­gnął świe­żym po­wie­trzem, któ­re­go chłód przy­jem­nie koił po­draż­nio­ne noz­drza.

– To co te­raz? – za­py­tał Pro­siak.

– Jesz­cze nie wiem…

– Od­pu­ścisz mu? – Gru­by grze­bał ki­jem w pia­sku. – Wul­ka­no­wi?

– Nie. Jest do­ro­sły i sam pod­jął de­cy­zję. Może źle go wy­cho­wa­łem? Nie wiem… Wiem na­to­miast, że po­nie­sie kon­se­kwen­cje swo­jej nie­sub­or­dy­na­cji – od­po­wie­dział, pa­trząc w kie­run­ku, w któ­rym od­szedł prysz­cza­ty.

Sły­sząc me­ta­licz­ny i bez­na­mięt­ny głos li­de­ra, po­ma­gier aż się wzdry­gnął. Wo­lał nie cią­gnąć tego te­ma­tu.

– A bliź­nia­cy?

– Na ra­zie spra­wa jest za­mknię­ta.

– Pod­da­jesz się?! – Pro­siak wręcz krzyk­nął z za­sko­cze­nia.

– Tego nie po­wie­dzia­łem. Wszyst­ko w swo­im cza­sie. Na ra­zie mu­si­my gdzieś prze­zi­mo­wać, ze­brać siły i za­sta­no­wić się, co da­lej.

– Skłot?

– To była miej­sców­ka Wul­ka­na, nie wiem, czy nas tam te­raz przyj­mą.

– Mu­si­my spró­bo­wać. – Gru­by od­rzu­cił kij, wsta­jąc ener­gicz­nie.

– My już nic nie mu­si­my… – od­po­wie­dział w za­du­mie Kon­rad. – Mo­że­my, ale nie mu­si­my.

Po kil­ku go­dzi­nach, któ­re upły­nę­ły im na ob­my­ciu się z krwi, prze­bra­niu i pró­bie zni­we­lo­wa­nia opu­chli­zny Kon­ra­da uda­li się do skło­tu, by spraw­dzić, czy zo­sta­ną wpusz­cze­ni.

Od pro­gu czu­li na so­bie nie­przy­jem­ne spoj­rze­nia obec­nych tam lu­dzi, a to nie zwia­sto­wa­ło cie­płe­go przy­ję­cia. Gdy we­szli do głów­ne­go po­miesz­cze­nia, przy­wi­tał ich tęgi fa­cet o czar­nych krę­co­nych wło­sach ze spo­rych roz­mia­rów szra­mą na po­licz­ku. To był Da­rek – nie­ofi­cjal­ny wła­ści­ciel miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­li.

– Wy­da­je mi się, czy ktoś prze­trą­cił na­szą gwiaz­dę? – za­śmiał się go­spo­darz, wy­cią­ga­jąc pa­pie­ro­sa z ust i wska­zu­jąc pal­cem na opuch­nię­ty nos oraz oko Kon­ra­da.

– To tyl­ko drob­ne per­tur­ba­cje, nic wiel­kie­go. Przy­cho­dzi­my w in­nej spra­wie – od­po­wie­dział.

– Wiem w ja­kiej, ktoś mnie uprze­dził. – Drab wska­zał gło­wą za sie­bie. Na fo­te­lu sie­dział Wul­kan z ręką owi­nię­tą w tem­blak. – Ostrze­gał, że praw­do­po­dob­nie zja­wi się tu ktoś taki jak ty i bę­dzie pró­bo­wał wcho­dzić nam w dupę, by sko­rzy­stać z na­szej, a w szcze­gól­no­ści mo­jej go­ścin­no­ści. – Par­sk­nął, za­cią­ga­jąc się pa­pie­ro­sem, a li­der za­klął pod no­sem.

– To nie tak – wtrą­cił Pro­siak, a Da­riusz zda­wał się za­sko­czo­ny, jak­by wcze­śniej nie za­uwa­żył ma­łe­go, gru­be­go chłop­ca.

– A jak? – spy­tał od nie­chce­nia.

– Ro­zu­miem, że ktoś ci coś na­opo­wia­dał, a my już nie mamy tu wstę­pu? – spy­tał Kon­rad.

– By­stry je­steś – oznaj­mił wła­ści­ciel z szy­der­czym wy­ra­zem twa­rzy.

– Nie chcesz wy­słu­chać na­szej wer­sji? – Kon­rad pró­bo­wał za­cho­wać spo­kój, choć w środ­ku go­to­wał się z wście­kło­ści.

– Wiesz, ja­koś nie­zbyt. – Ka­far za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i osten­ta­cyj­nie wy­pu­ścił dym pro­sto w opuch­nię­tą twarz swo­je­go roz­mów­cy.

– Jak ostat­nio mia­łem pie­nią­dze, to nie śmier­dzia­ła ci moja obec­ność – wy­ce­dził przez zęby.

– Po pierw­sze, jak sam za­uwa­ży­łeś, mia­łeś je kie­dyś, a te­raz ich nie masz, więc nie wi­dzę po­wo­dów, by cię po­now­nie go­ścić. Po dru­gie, ostat­nim ra­zem by­li­ście tu wy­łącz­nie dla­te­go, że Da­niel za was po­świad­czył, a nie ze wzglę­du na hajs. Zdą­żył już zro­zu­mieć swój błąd i nas za nie­go prze­pro­sić. – Da­rek uśmiech­nął się zło­wro­go.

Przy­wód­ca roz­pa­dłej już gru­py zdał so­bie spra­wę, że przez cią­głe uży­wa­nie ksyw­ki zu­peł­nie wy­le­cia­ło mu z gło­wy, jak Wul­kan ma na­praw­dę na imię.

– Je­ste­śmy pod ścia­ną, po­trze­bu­je­my po­mo­cy i zro­bi­my dla was, co trze­ba – ode­zwał się Pro­siak, a Kon­rad czuł, że jest bli­ski wy­bu­chu.

Nie­na­wi­dził, gdy ktoś nie oka­zy­wał mu sza­cun­ku, a te­raz mu­siał się mie­rzyć z po­gar­dą. Jego duma ni­g­dy nie po­zwa­la­ła mu pro­sić się o co­kol­wiek. Te­raz też nie za­mie­rzał.

– Z tego, co wiem, Wul­kan, to zna­czy Da­niel, też nie ma pie­nię­dzy, więc mam na­dzie­ję, że w ra­mach prze­pro­sin do­sta­tecz­nie do­brze wy­pu­co­wał ci ber­ło.

Mina dra­ba zmie­ni­ła się w se­kun­dę. Drwią­cy uśmiech prze­mie­nił się w za­bój­czy gniew. Bor­do­wy ze zło­ści strze­lił nie­do­pał­kiem w twarz gru­be­go, a lewą ręką chwy­cił Kon­ra­da za szy­ję. Ude­rzył nim o ścia­nę i pod­niósł do góry.

– Słu­chaj, szczy­lu, jesz­cze jed­no sło­wo, a roz­pier­do­lę ci pysk tak, że nikt go już nie po­skła­da. – Sło­wa Dar­ka ubar­wia­ne były sal­wa­mi śli­ny, któ­ra lą­do­wa­ła na twa­rzy si­nie­ją­ce­go z nie­do­tle­nie­nia nie­chcia­ne­go go­ścia. – On jest tu ro­dzi­ną, a ty zwy­kłym śmie­ciem, któ­re­go mogę w każ­dej chwi­li wy­je­bać. – Drab z od­le­gło­ści kil­ku cen­ty­me­trów skru­pu­lat­nie wy­ma­wiał każ­de sło­wo do pur­pu­ro­wej twa­rzy swo­je­go opo­nen­ta.

W tym cza­sie Pro­siak roz­pacz­li­wie pró­bo­wał wal­czyć z ża­rem, któ­ry wy­lą­do­wał w jego oku.

– Da­rek, zo­staw – ode­zwał się spo­koj­nym gło­sem sto­ją­cy za nimi Wul­kan.

Kon­rad ze­zo­wał na nie­go, wal­cząc z uści­skiem na swo­jej szyi, któ­ry był ni­czym ima­dło. Jego wzrok zda­wał się mó­wić, że po­mi­mo pró­by za­ła­go­dze­nia sy­tu­acji Da­niel i tak pod­pi­sał na sie­bie wy­rok.

– Da­ruś, od­puść. – Wul­kan zła­pał ka­fa­ra za bark, a ten pu­ścił wzgar­dzo­ne­go przy­by­sza, któ­ry pró­bu­jąc za­czerp­nąć po­wie­trza, o mało nie wy­pluł płuc.

– Do­ceń to. – Da­niel skie­ro­wał sło­wa do by­łe­go li­de­ra. – Mógł­byś te­raz zgi­nąć i nikt by na­wet po to­bie nie za­pła­kał. – Kon­rad, bę­dąc na czwo­ra­kach, da­lej wal­czył o od­dech. – Wiesz, dla­cze­go ni­g­dy nie bę­dziesz tu mile wi­dzia­ny? Bo masz je­den za­sad­ni­czy pro­blem. Za­wsze ocze­ku­jesz sza­cun­ku, nie da­jąc go w za­mian. Tu­taj jest fa­mi­lia, któ­ra wspie­ra, a nie wy­ma­ga. Niech to bę­dzie dla cie­bie lek­cją.

Kon­rad wstał i spoj­rzał mu głę­bo­ko w oczy, po czym splu­nął pod jego nogi.

– Tak też my­śla­łem. Je­steś nie­re­for­mo­wal­ny. Że­gnaj – oznaj­mił Wul­kan i wró­cił do po­ko­ju.

– Chodź, nic tu po nas – po­wie­dział, cięż­ko od­dy­cha­jąc, do Pro­sia­ka, któ­ry za­la­ny łza­mi z wiel­ką ulgą zdał so­bie spra­wę, że nie oślepł.

– Po­sta­ram się, kur­wo, by ga­nia­li cię z każ­dej miej­sców­ki w tym mie­ście. Przy­się­gam – rzu­cił na od­chod­ne Da­rek, pró­bu­jąc opa­no­wać ci­śnie­nie.

Kon­rad był wście­kły. Wie­dział, że ten fa­cet ma zna­jo­mo­ści i wy­star­cza­ją­ce moż­li­wo­ści, by sku­tecz­nie uprzy­krzyć mu ży­cie w sto­li­cy.

Roz­pi­ja­jąc wód­kę na mur­ku po­mię­dzy ga­ra­ża­mi, Kon­rad ze zło­ścią stwier­dził, że to od mo­men­tu po­zna­nia de­tek­ty­wa wszyst­ko za­czę­ło się psuć. Prze­chy­la­jąc ko­lej­ny raz bu­tel­kę, za­cho­dził w gło­wę, gdzie po­peł­nił błąd, że to wszyst­ko się tak spie­przy­ło. Na samą myśl o bliź­nia­kach miał ocho­tę zwy­mio­to­wać. Wy­cho­dząc ze skło­tu, przy­siągł so­bie, że kie­dyś ich do­rwie i wy­rów­na ra­chun­ki. Wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej ich dro­gi się prze­tną, dla­te­go musi przy­go­to­wać plan i po­świę­cić na nie­go do­sta­tecz­nie dużo cza­su. Nie chciał i nie mógł po­peł­nić już żad­nych błę­dów. Tak jak mia­ło to miej­sce do tej pory. Za­sta­na­wiał się, czy wo­lał­by ich za­bić od razu, czy znisz­czyć im ży­cia na tyle, by sami chcie­li prze­stać od­dy­chać. Pod­nie­ca­ły go róż­ne spo­so­by za­koń­cze­nia tej zna­jo­mo­ści.

Gdy Pro­siak prze­stał po­le­wać swo­je oczy wodą, pró­bu­jąc po­zbyć się resz­tek po­pio­łu, z bu­tel­ki, któ­rą dzier­żył Kon­rad, znik­nę­ła już po­ło­wa za­war­to­ści.

– Ej, nie roz­pę­dzaj się tak – rzu­cił, mru­żąc po­wie­ki. – Zo­staw mi coś.

– Bierz – od­parł li­der, po­da­jąc cie­płą go­rza­łę, a gru­by do­rwał się do niej, jak­by nie pił nic przez co naj­mniej kil­ka dni. Po­chła­nia­jąc znacz­ną ilość, wzdry­gnął się obrzy­dli­wie i splu­nął na zie­mię, po­wstrzy­mu­jąc od­ruch wy­miot­ny.

– No, to chy­ba je­ste­śmy w czar­nej du­pie – oznaj­mił gru­by, od­da­jąc bu­tel­kę. – Masz ja­kiś plan?

– W tym mie­ście je­ste­śmy spa­le­ni, przy­naj­mniej na ra­zie – od­po­wie­dział, wpa­tru­jąc się w szkło.

– To co pro­po­nu­jesz?

– Nie wy­chy­lać się, a naj­le­piej wy­je­chać.

– A co z bi­du­lem? Ze szko­łą?

– Ty tak se­rio? – spy­tał z nie­do­wie­rza­niem Kon­rad. – Zo­sta­wia­my. My­ślisz, że ktoś bę­dzie się przej­mo­wał i szu­kał peł­no­let­nich dzie­cia­ków? Wszy­scy zgod­nie po­my­ślą, że w świat po­szli­śmy – od­parł z ża­lem, po czym znów za­to­pił się w my­ślach. – Coś nie tak? – za­py­tał po chwi­li, wi­dząc kwa­śną minę Pro­sia­ka.

– Nie wiem… nie wiem, czy umiem tak po pro­stu wszyst­ko zo­sta­wić – od­po­wie­dział bez­rad­nie.

– Bę­dziesz mu­siał się na­uczyć. – Li­der zro­bił te­atral­ną pau­zę, by uzu­peł­nić pły­ny. – Za­sta­nów się. Czy coś cię tu trzy­ma? Coś ko­muś za­wdzię­czasz? Na kimś ci za­le­ży? – Kon­rad spo­glą­dał w za­du­mie na za­cho­dzą­ce słoń­ce.

– W su­mie to nie i tro­chę to smut­ne – oznaj­mił ze spusz­czo­ną gło­wą Pro­siak.

– Smut­ne w chuj. Ale damy radę – od­po­wie­dział li­der, po­krze­pia­ją­co kle­piąc ko­le­gę po ra­mie­niu, po czym wrę­czył mu wód­kę. – Pa­mię­taj: albo oni nas, albo my ich.

Gru­bas po­cią­gnął z gwin­ta, ale tym ra­zem od­ruch wy­miot­ny był sil­niej­szy. Wi­dząc to, Kon­rad od razu po­dał mu sok.

– Se­rio by­łem aż ta­kim ku­ta­sem i nie oka­zy­wa­łem wam sza­cun­ku?

Mil­cze­nie ze stro­ny jego kom­pa­na trwa­ło dłu­żej, niż po­win­no.

– Od­po­wiedz. Tyl­ko szcze­rze, bo jak mamy za­cząć wszyst­ko od nowa, to mu­si­my za­dzia­łać od pod­staw.

– Tro­chę tak – od­parł nie­pew­nie Pro­siak.

To był dla Kon­ra­da klu­czo­wy mo­ment. Mu­siał spoj­rzeć na sie­bie bar­dziej kry­tycz­nie i zro­bić wszyst­ko, by nie stra­cić ko­lej­ne­go żoł­nie­rza.

– Prze­pra­szam, Adam.

Gru­by pod­niósł gło­wę z wy­ba­łu­szo­ny­mi ocza­mi, o mało nie wy­pusz­cza­jąc soku z dło­ni. Nie wie­dział, co za­sko­czy­ło go bar­dziej – to, że usły­szał prze­pro­si­ny, czy to, że przy­wód­ca zwró­cił się do nie­go po imie­niu.

– Za to, że nie trak­to­wa­łem cię tak, jak po­wi­nie­nem. A prze­cież je­steś dla mnie jak brat, wiesz? – Pro­siak za­czął ner­wo­wo prze­cie­rać pię­ścią oko. – Co jest? – spy­tał.

– A nic, wiesz… cią­gle gry­zie mnie ten pie­przo­ny po­piół.

Od­kąd po­znał Kon­ra­da, na ni­czym nie za­le­ża­ło mu bar­dziej niż na jego ak­cep­ta­cji i sza­cun­ku. Trak­to­wał go jak swo­je­go ido­la, dla któ­re­go był w sta­nie zro­bić wszyst­ko. Za­wsze sta­rał się mu od­wdzię­czać za to, że wy­cią­gnął do nie­go po­moc­ną dłoń, gdy nie miał już na kogo li­czyć. Sły­sząc, jak na­zy­wa go bra­tem, mógł­by śmia­ło przy­znać, że speł­ni­ło się jed­no z jego ma­rzeń. Nie chciał wyjść na mię­cza­ka, dla­te­go szyb­ko wy­tarł łzę, któ­ra po­ja­wi­ła się w ką­ci­ku oka, i z po­wro­tem sku­pił się na roz­mo­wie.

– Kie­dyś po­ka­że­my im wszyst­kim, że się co do nas my­li­li, i ode­gra­my się na nich po­dwój­nie. Na tych pie­przo­nych bliź­nia­kach, na ich kum­plach, na Da­ru­siu…

– Na Wul­ka­nie też? – nie­pew­nie prze­rwał wy­li­czan­kę Adam.

Nie otrzy­mał od­po­wie­dzi.

– Mu­si­my jesz­cze wró­cić do bi­du­la na ja­kiś czas. Po­trze­bu­je­my da­chu nad gło­wą i do­stę­pu do neta. Mu­szę do­pra­co­wać plan, bo pierw­szy przy­sta­nek już mam.

– Jaki?

– Cze­ka nas dłu­ga po­dróż, przy­ja­cie­lu – oznaj­mił li­der z szel­mow­skim uśmie­chem.

– Gdzie?

– Mu­si­my wy­sko­czyć nad mo­rze, bo mamy nie­do­koń­czo­ne spra­wy z pew­ną nie­wia­stą… – po­wie­dział Kon­rad z obrzy­dli­wym wy­ra­zem twa­rzy, któ­re­go Pro­siak szcze­rze się wy­stra­szył.

Po chwi­li zro­zu­miał, że jed­nak cie­szy go ten wi­dok, bo to zwia­sto­wa­ło jed­no: po­wrót ido­la, któ­re­go po­dzi­wiał.

– Ka­ro­li­na?

– Tak. To bę­dzie pierw­szy etap na­sze­go po­wro­tu. Po­wro­tu do by­cia ra­kiem w ży­ciu Igor­ka i jego cio­to­wa­te­go bra­cisz­ka – od­parł, po­cią­ga­jąc ostat­ki z bu­tel­ki i efek­tow­nie roz­bi­ja­jąc ją o mu­rek. – Na zdro­wie, kur­wy! – krzyk­nął w po­wie­trze.

– Cie­szę się, że wró­ci­łeś – rzu­cił Pro­siak, ze smut­kiem pa­trząc na roz­bi­te szkło.

– Chodź tu do mnie, mój gru­ba­sku. – Przy­wód­ca, wi­dząc minę ko­le­gi, roz­ło­żył ra­mio­na, za­pra­sza­jąc go do przy­tu­le­nia. – Spo­koj­nie, za­raz ku­pi­my dru­gą.

Na twa­rzy kom­pa­na od razu wy­ma­lo­wał się uśmiech. Przy­tu­la­jąc się do swo­je­go no­we­go bra­ta, otrzy­mał bu­zia­ka w gło­wę.

– Ko­cham cię, wiesz? Obie­cu­ję ci, że ra­zem zdo­bę­dzie­my świat! – Kon­ra­do­wi za­czy­nał udzie­lać się spo­ży­wa­ny na pu­sty żo­łą­dek al­ko­hol, ro­biąc z nie­go nad wy­raz wy­lew­ne­go, co ni­g­dy mu się nie zda­rza­ło.

Cie­szą­cy się chwi­lą Adam na­wet nie my­ślał pro­te­sto­wać.

– To mó­wisz, że mu­szę ogar­nąć ką­pie­lów­ki?

– Co? – spy­tał skon­ster­no­wa­ny ka­pi­tan.

– No po­noć je­dzie­my nad mo­rze.

– Ha, ha! Zga­dza się! Ale mu­szę jesz­cze usta­lić, gdzie do­kład­nie. De­tek­tyw nie był za bar­dzo wy­lew­ny, ale to ża­den pro­blem. Ogar­nie­my to po mo­je­mu.

– Co zro­bisz, jak ją znaj­dziesz?

– Nie ja, tyl­ko my. Nie pa­mię­tasz, na co mia­łeś ocho­tę? Wiesz, że ja nie rzu­cam słów na wiatr. Spraw­dzi­my, co jej tam pisz­czy w majt­kach… – Li­der za­śmiał się ochry­ple.

Pro­siak wy­da­wał się nie po­dzie­lać opty­mi­stycz­ne­go na­stro­ju swo­je­go kum­pla. Wy­glą­dał, jak­by miał oba­wy, czy przed­sta­wio­ny przez nie­go plan jest do­bry. Wo­lał jed­nak nie psuć sym­pa­tycz­nej at­mos­fe­ry, dla któ­rej jesz­cze nie tak daw­no dał­by się po­kro­ić. Całe ży­cie cze­kał na to, by móc usły­szeć te wszyst­kie miłe sło­wa od Kon­ra­da. Po­sta­no­wił nie wy­gła­szać wąt­pli­wo­ści, tyl­ko po­dą­żać dro­gą tego, któ­re­go sza­no­wał i po­dzi­wiał naj­bar­dziej na świe­cie. W dro­dze po suk­ces i splen­dor ich na­stęp­nym przy­stan­kiem oka­zał się mo­no­po­lo­wy.

***

Ży­cie Ka­ro­li­ny po prze­pro­wadz­ce do Świ­no­uj­ścia zmie­ni­ło się dia­me­tral­nie. Ro­dzi­ce za­pi­sa­li ją do naj­lep­szej pry­wat­nej szko­ły w mie­ście, gdzie jej sła­wa, blask i po­dziw, któ­ry­mi cha­rak­te­ry­zo­wa­ła się w po­przed­niej, prze­sta­ły zna­czyć co­kol­wiek. Po­śród dzie­cia­ków, któ­rych sta­rzy byli jesz­cze le­piej sy­tu­owa­ni niż jej, od­czu­wa­ła od­rzu­ce­nie i po­gar­dę. Nie była na to przy­go­to­wa­na. Dla ko­goś, kto całe ży­cie był uwiel­bia­ny i pod­ry­wa­ny, to było jak zde­rze­nie ze ścia­ną. Wie­lo­krot­nie była wy­śmie­wa­na, bo no­si­ła star­sze mo­de­le ubrań, albo za uśmie­cha­nie się do chło­pa­ków, co było błęd­nie in­ter­pre­to­wa­nie jako nie­udol­ne pró­by pod­ry­wu. Tłu­ma­cze­nia, że to zwy­kła życz­li­wość, spo­ty­ka­ły się z ko­lej­ną falą drwin.

Była cał­ko­wi­cie sama po­śród lu­dzi, któ­ry­mi gar­dzi­ła, w mie­ście, któ­re się jej nie po­do­ba­ło, w szko­le, któ­rą naj­chęt­niej by spa­li­ła, i z ro­dzi­ca­mi, któ­rych szcze­rze nie­na­wi­dzi­ła. Wie­lo­krot­nie my­śla­ła o dwóch rze­czach: uciecz­ce i sa­mo­bój­stwie. Na to pierw­sze nie mia­ła pie­nię­dzy, a na dru­gie od­wa­gi. Żyła w ma­ra­zmie, nie od­czu­wa­jąc smut­ku, żalu ani szczę­ścia. Dzień mi­jał za dniem, ty­dzień za ty­go­dniem, a mie­siąc za mie­sią­cem. Mo­ment, w któ­rym otrzy­ma­ła wia­do­mość na jed­nym z por­ta­li, był dla niej jak gwiazd­ka z nie­ba, któ­rej się nie spo­dzie­wa­ła, choć bar­dzo na nią cze­ka­ła.

Po wy­jeź­dzie z War­sza­wy nie było dnia, by nie my­śla­ła o Igo­rze. Pra­wie każ­dy wie­czór po­świę­ca­ła na szu­ka­niu ja­kiej­kol­wiek in­for­ma­cji o swo­im uko­cha­nym. Jed­nak wszyst­kie pró­by od­na­le­zie­nia da­nych w sie­ci koń­czy­ły się fia­skiem. Igor nie miał ani jed­ne­go pro­fi­lu na stro­nach spo­łecz­no­ścio­wych, co sku­tecz­nie prze­szka­dza­ło w pró­bach zlo­ka­li­zo­wa­nia jego oso­by. Na do­miar złe­go ro­dzi­ce za­bra­li jej sta­ry te­le­fon, więc stra­ci­ła ja­ką­kol­wiek moż­li­wość skon­tak­to­wa­nia się ze zna­jo­my­mi, by móc cho­ciaż spy­tać, co u nich. O uzy­ska­niu choć szcząt­ko­wych wie­ści o bliź­nia­kach nie było mowy.

Za­wsze śmia­ła się z ko­le­ża­nek, któ­re w zło­tych my­ślach za­pi­sy­wa­ły nu­me­ry do swo­ich psiap­si. Uwa­ża­ła to za dzie­ci­na­dę. Nie są­dzi­ła, że tak szyb­ko przyj­dzie jej gorz­ko ża­ło­wać swo­je­go po­dej­ścia. Wie­le razy prze­kli­na­ła swo­ją fa­tal­ną pa­mięć do cyfr.

Po wie­lu mie­sią­cach nie­uda­nych prób po­pa­dła w de­pre­sję. Bez­u­stan­nie po­wta­rza­ła, że gdy­by Igo­ro­wi za­le­ża­ło, to sam zna­la­zł­by roz­wią­za­nie sy­tu­acji, w któ­rej się zna­leź­li. Była pew­na, że za­miast pró­bo­wać się z nią skon­tak­to­wać, po pro­stu so­bie od­pu­ścił. Po­sta­no­wi­ła cał­ko­wi­cie za­prze­stać po­szu­ki­wań. Zre­zy­gno­wa­ła też z je­dze­nia, wy­cho­dze­nia z domu i od­zy­wa­nia się do ko­go­kol­wiek. Pod przy­mu­sem ro­dzi­ców mu­sia­ła cho­dzić do szko­ły, ale za­raz po niej szyb­ko wra­ca­ła do swo­je­go po­ko­ju i za­my­ka­ła się na ze­wnętrz­ny świat. To w tym okre­sie do ich domu po raz pierw­szy zo­sta­ła we­zwa­na ka­ret­ka.

Po nie­udol­nej pró­bie pod­cię­cia so­bie żył w wan­nie jej ro­dzi­ce zda­li so­bie spra­wę, że sami nie roz­wią­żą pro­ble­mu na­tu­ry psy­chicz­nej, któ­ry mia­ła ich cór­ka. Od tego mo­men­tu do wa­chla­rza nie­chcia­nych szkol­nych wyjść z po­ko­ju do­łą­czy­ły jesz­cze bar­dziej awer­syj­ne se­sje u psy­cho­lo­ga. Spo­tka­nia te nie przy­no­si­ły jej ulgi, jed­nak uda­wa­ła, że jest le­piej, by zmi­ni­ma­li­zo­wać czę­sto­tli­wość opusz­cza­nia wła­sne­go azy­lu. Je­dy­nym po­zy­ty­wem ostat­nich wy­da­rzeń było to, że nie pró­bo­wa­ła się już tar­gnąć na wła­sne ży­cie. Po pro­stu nie chcia­ła prze­cho­dzić przez to wszyst­ko jesz­cze raz. Za­miast tego co ja­kiś czas ubar­wia­ła swo­ją go­ją­cą się już bli­znę kil­ko­ma mniej­szy­mi no­wy­mi cię­cia­mi. Nie po to, by umrzeć, tyl­ko by po­czuć, że żyje.

Pod­czas jed­nej z mrocz­nych wie­czor­nych wę­dró­wek w głąb sie­bie przy­da­rzy­ło się coś, cze­go się nie spo­dzie­wa­ła. Słu­cha­jąc He­art­be­at Nne­ki przy­mie­rza­ła się do ko­lej­ne­go cię­cia, ale z transu wy­rwał ją dźwięk przy­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści na jed­nym z por­ta­li. Po chwi­li od­gło­sy no­wych ko­mu­ni­ka­tów sta­ły się nie do wy­trzy­ma­nia. To było sil­niej­sze od niej. Mu­sia­ła spraw­dzić, kto bom­bar­du­je jej skrzyn­kę od­bior­czą.

Za wszyst­ko od­po­wie­dzial­ny był ano­ni­mo­wy pro­fil bez zdjęć o dzi­wacz­nej na­zwie. Ka­ro­li­na, wi­dząc fał­szy­we kon­to, któ­re praw­do­po­dob­nie chce wy­łu­dzić od niej ja­kieś dane, stra­ci­ła za­in­te­re­so­wa­nie tym, co ten ktoś ma jej do po­wie­dze­nia. Ale przed cał­ko­wi­tym zi­gno­ro­wa­niem użyt­kow­ni­ka po­wstrzy­ma­ło ją jed­no zda­nie, któ­re wy­ła­pa­ła ką­tem oka. Brzmia­ło ono: „To ja, Igor”.

Ka­ro­li­na po­trze­bo­wa­ła dwu­dzie­stu mi­nut, by po raz czwar­ty prze­czy­tać wszyst­kie wia­do­mo­ści, któ­re otrzy­ma­ła. Część z nich była bar­dzo cha­otycz­na, więc zro­zu­mie­nie ich zaj­mo­wa­ło ko­lej­nych kil­ka mi­nut. Za­nim od­wa­ży­ła się co­kol­wiek od­pi­sać, za­la­ły ją ko­lej­ne:

Halo

Je­steś tam?

Ode­zwij się

Ha­lo­ooo

Cze­ka­łem tyle cza­su, to po­cze­kam jesz­cze tro­chę. Daj mi tyl­ko znać, czy wszyst­ko u Cie­bie ok, pro­szę. Ko­cham Cię.

Nie wie­dzia­ła, jak za­cząć kon­wer­sa­cję z kimś, z kim nie tak daw­no roz­ma­wia­ła go­dzi­na­mi. Te­raz pa­trzy­ła na okno cza­tu i mia­ła wra­że­nie, że po dru­giej stro­nie jest ktoś zu­peł­nie obcy. Jesz­cze ja­kiś czas temu zro­bi­ła­by wszyst­ko, by móc po­now­nie po­ga­wę­dzić z uko­cha­nym, ale te­raz w jej gło­wie pa­no­wa­ła zu­peł­na pust­ka. Wie­le wie­czo­rów spę­dzi­ła na ukła­da­niu tego dia­lo­gu. Mia­ła już na­wet wy­bra­ne te­ma­ty i py­ta­nia, ale gdy przy­szło to, na co tak cze­ka­ła, zda­ła so­bie spra­wę, że nic nie pa­mię­ta. Na­gle przez jej gło­wę prze­bie­gło ty­siąc my­śli, a świat nie­bez­piecz­nie za­wi­ro­wał. Nie­wie­le my­śląc, chwy­ci­ła za kosz, któ­ry mia­ła pod biur­kiem, i zwy­mio­to­wa­ła. Po kil­ku mi­nu­tach, gdy do­szła do sie­bie, otwo­rzy­ła sze­ro­ko okno i wy­pi­ła dużą szklan­kę wody. Zi­mo­wa aura na ze­wnątrz szyb­ko uświa­do­mi­ła ją, że wie­czor­ne wie­trze­nie po­miesz­cze­nia nie jest naj­lep­szym po­my­słem. Za­mknę­ła okno, wzię­ła kil­ka głęb­szych od­de­chów i po­ło­ży­ła dło­nie na kla­wia­tu­rze lap­to­pa.

Cze­mu się nie od­zy­wa­łeś?!

Za­czę­ła.

Po kil­ku­na­stu se­kun­dach po­ja­wi­ła się ikon­ka, że oso­ba po dru­giej stro­nie jest w trak­cie pi­sa­nia od­po­wie­dzi.

To dłu­ga hi­sto­ria.

Mam czas.

Cały czas cię szu­ka­łem. Wie­le razy by­łem na na­szych miej­sców­kach, ko­czo­wa­łem pod two­im do­mem, py­ta­łem są­sia­dów i zna­jo­mych, ale nikt nic nie wie­dział. Nie mia­łem po­ję­cia, jak Cię zna­leźć. Do­pie­ro w szko­le usły­sza­łem, że wy­je­cha­li­ście do Świ­no­uj­ścia…

W na­szych miej­scach? Czy­li ja­kich?

Ka­ro­li­na stwier­dzi­ła, że to bę­dzie ide­al­ny test na we­ry­fi­ka­cję, czy po dru­giej stro­nie fak­tycz­nie jest Igor.

Cho­dzi­łem na czwór­kę, na bo­isko, do la­sku obok sie­ro­ciń­ca, do bud­ki z lo­da­mi na Wi­la­no­wie, a na sta­rów­ce to już za­czę­li się ze mną wi­tać. Mam wy­mie­niać da­lej?

Nie mu­sisz.

Wszyst­kie po­da­ne miej­sca ich wspól­nych spo­tkań się zga­dza­ły.

Za­wsze po szko­le szli­śmy na Że­gań­ską po za­pie­kan­ki, po­tem spa­cer la­sem, aż do Wo­lę­ciń­skiej i od­pro­wa­dza­łem Cię na przy­sta­nek na Pa­trio­tów. Je­śli po­trze­bu­jesz jesz­cze do­kład­niej­sze dane do spraw­dze­nia, czy ja to ja, mogę po­wie­dzieć, o któ­rej go­dzi­nie co ro­bi­li­śmy ;)

„Nie mu­sisz” – po­wtó­rzy­ła za­wsty­dzo­na na myśl o wspól­nych po­ca­łun­kach i nie tyl­ko. Mia­ła pew­ność, że to on. Jej dło­nie za­czę­ły drżeć jesz­cze bar­dziej. Na­gle po­czu­ła, że pod­nie­ce­nie, strach, eu­fo­ria, pa­ni­ka i jesz­cze wie­le in­nych sprzecz­nych ze sobą od­czuć za­czę­ło się w niej mie­szać ni­czym w pral­ce. Po­ciem­nia­ło jej przed ocza­mi, a w gło­wie za­hu­cza­ło. Gdy­by mia­ła czym, to zwy­mio­to­wa­ła­by dru­gi raz. Nie mia­ła. Chcia­ła krzyk­nąć z ra­do­ści, ale w ostat­niej chwi­li się po­wstrzy­ma­ła. Wie­dzia­ła, że ro­dzi­ce ana­li­zu­ją jej po­czy­na­nia w in­ter­ne­cie, i bała się, że mogą na­mie­rzyć jej uko­cha­ne­go. Znów wzię­ła kil­ka głęb­szych od­de­chów i wró­ci­ła do cza­to­wa­nia.

Mu­si­my się jak naj­szyb­ciej spo­tkać. Mój oj­ciec prze­glą­da mi kom­pu­ter.

Hola, hola. Nie tak szyb­ko, ko­cha­na. Wiem, że twój sta­ry to świr, dla­te­go za­ło­ży­łem lewe kon­to i pi­szę z ka­fej­ki.

Spryt­ny i prze­bie­gły, jak za­wsze ;)

Spo­koj­nie, za ten po­mysł bu­zia­ka w siu­sia­ka dasz mi na miej­scu :D

CO?!

Jezu, sor­ry. Kot mi prze­biegł po kla­wia­tu­rze.

Ha-Ha, bar­dzo śmiesz­ne.

Ka­ro­li­na mia­ła pro­blem, by tra­fić w od­po­wied­nie li­te­ry na kla­wia­tu­rze, wpa­da­jąc w kon­wul­sje spo­wo­do­wa­ne śmie­chem. Boże, jak bar­dzo za tobą tę­sk­ni­łam – po­my­śla­ła. Ktoś, ob­ser­wu­jąc ją z boku, mógł­by wy­śmiać pra­cę psy­cho­lo­ga, któ­re­mu przez kil­ka mie­się­cy nie uda­ło się do­pro­wa­dzić jej choć­by czę­ścio­wo do ta­kie­go sa­mo­po­czu­cia, ja­kie mia­ła te­raz. Wy­star­czy­ła tyl­ko upra­gnio­na oso­ba i jed­na roz­mo­wa.

A tak se­rio, to fakt. Mu­si­my się jak naj­szyb­ciej spik­nąć i skoń­czyć z tymi roz­mo­wa­mi przez neta. Nie ma co ku­sić losu.

Masz ra­cję.

No to że­bym mógł cię uca­ło­wać do snu, mu­sisz mi po­dać swój nowy ad­res :P

Będę cze­ka­ła na rogu Ry­cer­skiej i Olsz­tyń­skiej, tyl­ko po­wiedz, kie­dy i o któ­rej.

Ko­cha­niut­ka, na­wet ju­tro.

Ka­ro­li­na była za­sko­czo­na zwro­tem, któ­re­go użył, bo ni­g­dy wcze­śniej tak do niej nie mó­wił, ale prze­ję­ta wi­zją spo­tka­nia na­wet nie pod­ję­ła tego te­ma­tu.

Ju­tro od­pa­da, mam spo­ro lek­cji i tre­ning. Pią­tek bę­dzie naj­lep­szy. Szes­na­sta?

Ok! Czy­li mam trzy dni, by się przy­go­to­wać ;)

Ja też :) Już nie mogę się do­cze­kać! :*

Ja też. :*

Igor, jesz­cze jed­no. Mógł­byś mi wy­słać swo­je ak­tu­al­ne zdję­cie?

Po tym py­ta­niu na­sta­ła ci­sza. Ka­ro­li­na kil­ka razy prze­czy­ta­ła to, co na­pi­sa­ła, ale nie do­szu­ka­ła się w swo­im py­ta­niu cze­goś, co mo­gło­by zde­pry­mo­wać jej uko­cha­ne­go. Z każ­dą mi­nu­tą de­ner­wo­wa­ła się co­raz bar­dziej. Ode­tchnę­ła, gdy w koń­cu wy­świe­tli­ła się ikon­ka pi­sa­nej wia­do­mo­ści.

Zgu­bi­łem swój te­le­fon :(

Szko­da…

Ale mo­żesz mi wy­słać swo­je ;)

No tak, w koń­cu mu­sisz mnie roz­po­znać ;)

Za­czę­ła prze­glą­dać swo­je naj­lep­sze zdję­cia z ga­le­rii i umie­ści­ła jed­no w oknie dia­lo­go­wym.

Boże, nic się nie zmie­ni­łaś! <3 Nie mogę się do­cze­kać, by cię uca­ło­wać! :*

Mam to samo <3! Ucie­kam, bo już póź­no. Mat­ka mnie za­bi­je, jak nie wsta­nę do szko­ły. Bę­dziesz ju­tro?

Nie obie­cu­ję, bo ostat­nio mam spo­ro pra­cy, ale prze­cież nie­dłu­go i tak się wi­dzi­my ;)

Masz ra­cję, ko­cham cię!

Ja cie­bie też! Do zo­ba­cze­nia! <3

Pa! <333

Ka­ro­li­na jesz­cze dłu­go nie mo­gła za­snąć po tej roz­mo­wie. Poza tym, że była cała w skow­ron­kach, a mo­ty­le w brzu­chu oży­ły na nowo jak fe­niks, mia­ła dziw­ne oba­wy przed spo­tka­niem. Nie umia­ła opi­sać, skąd bie­rze się lęk, ale wie­dzia­ła, że pe­wien bar­dzo bo­le­sny i przy­kry te­mat będą zmu­sze­ni omó­wić. Chcia­ła wie­rzyć, że to dla­te­go się boi. Nie chcia­ła go po­ru­szać przy pierw­szej roz­mo­wie, by nie spło­szyć uko­cha­ne­go, ale była świa­do­ma, że od nie­go nie uciek­ną. Wie­le wie­czo­rów roz­ma­wia­ła sama ze sobą, dla­cze­go ją zo­sta­wił, gdy na­pa­dła ich ban­da Kon­ra­da. Te­raz bę­dzie mia­ła oka­zję za­dać mu to py­ta­nie bez­po­śred­nio. Znów po­czu­ła ten nie­przy­jem­ny misz­masz od­czuć – od mi­ło­snej eu­fo­rii po de­pre­syj­ne za­ła­ma­nie. Przez bra­ku po­kar­mu w żo­łąd­ku zwy­mio­to­wa­ła do ko­sza żół­cią. Wy­cień­czo­na cza­sem, któ­ry spę­dzi­ła na ka­ru­ze­li emo­cji, umy­ła zęby i po­szła spać.

Przez trzy doby nie po­tra­fi­ła sku­pić się na czym­kol­wiek poza Igo­rem. Szko­ła, ko­lej­ne dni po­gar­dy czy prze­by­wa­nie w jed­nym domu ze znie­na­wi­dzo­ny­mi ro­dzi­ca­mi zu­peł­nie nie mia­ły zna­cze­nia. Li­czy­ło się tyl­ko spo­tka­nie z uko­cha­nym. Jej upły­wa­ją­cy czas kon­cen­tro­wał się wy­łącz­nie na roz­wa­ża­niu, od cze­go za­cząć roz­mo­wę, ja­kie pod­jąć te­ma­ty i jak wspól­nie uciec z mia­sta, któ­re spra­wi­ło, że chcia­ła się za­bić.

W pią­tek nie po­szła do szko­ły. Skła­ma­ła ro­dzi­com, że nie ma dwóch pierw­szych lek­cji i w łóż­ku na­słu­chi­wa­ła, kie­dy opusz­czą dom. Cały dzień chcia­ła po­świę­cić na upo­rząd­ko­wa­nie my­śli oraz przy­go­to­wa­nie w gło­wie wi­zji spo­tka­nia. Chcia­ła też opro­wa­dzić uko­cha­ne­go po mie­ście i za­ha­czyć o cha­rak­te­ry­stycz­ne lo­kal­ne punk­ty. Po ką­pie­li, zro­bie­niu ma­ki­ja­żu i uło­że­niu lo­ków po­zo­sta­ły jej już tyl­ko dwie go­dzi­ny. Gdy za­uwa­ży­ła, że wska­zów­ki ze­ga­ra nie­bez­piecz­nie przy­spie­szy­ły, chwi­lę po czter­na­stej trzy­dzie­ści wpa­dła w pa­ni­kę. Akom­pa­nia­ment blu­zgów na brak ubrań, na­rze­ka­nie na wło­sy, któ­re w bar­dzo szyb­kim tem­pie tra­ci­ły swo­ją sprę­ży­stość, i wąt­pli­wo­ści co do słusz­no­ści spo­tka­nia ubar­wiał Fisz w ka­wał­ku Sznu­ro­wa­dła. Bli­ska pła­czu przez bez­na­dziej­ną sy­tu­ację zwią­za­ną z wy­glą­dem stwier­dzi­ła, że od­wo­łu­je spo­tka­nie. Chwy­ci­ła te­le­fon w dłoń, ale szyb­ko zda­ła so­bie spra­wę, że na­wet nie mia­ła nu­me­ru do Igo­ra, któ­ry i tak zgu­bił swo­ją ko­mór­kę. Rzu­ci­ła iPho­ne’a na nie­po­sła­ne łóż­ko i nie­wie­le my­śląc, za­ło­ży­ła pierw­sze lep­sze ciu­chy, któ­re na­wi­nę­ły się jej pod rękę.

Za­nim zna­la­zła te­le­fon w fał­dach koł­dry, mi­nę­ło ko­lej­nych dzie­sięć mi­nut. Wy­bie­ga­jąc z domu, ze­ga­rek po­ka­zy­wał pięt­na­stą pięć­dzie­siąt, a za­nim do­tar­ła na miej­sce, była już szes­na­sta pięt­na­ście. Pod wska­za­nym pod­czas cza­tu ad­re­sem nie do­strze­gła uko­cha­ne­go, któ­ry cze­kał­by na nią nie­cier­pli­wie. Na po­dwór­ku było już ciem­no, ale cha­rak­te­ry­stycz­ne punk­ty kra­jo­bra­zu oświe­tla­ły ulicz­ne lam­py. Kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej za­uwa­ży­ła sa­mo­chód, któ­ry po­wol­nym, wręcz śla­ma­zar­nym tem­pem po­ru­szał się po dro­dze. Gdy auto za­par­ko­wa­ło kil­ka me­trów przed la­tar­nią, pod któ­rą sta­ła, po­czu­ła dziw­ny nie­po­kój. Kie­row­ca mru­gnął do niej dłu­gi­mi świa­tła­mi i za­ma­chał ręką zza bocz­nej szy­by, za­pra­sza­jąc do środ­ka.

Nie­wie­le my­śląc, za­czę­ła iść w jego stro­nę, za­kła­da­jąc, że Igo­ro­wi po pro­stu nie chce się wy­cho­dzić na mróz z cie­płe­go wnę­trza swo­jej fury. Pod­nie­co­na wi­zją spo­tka­nia wy­grze­ba­ła z dna to­reb­ki etui na bez­prze­wo­do­we słu­chaw­ki, któ­re chcia­ła wy­jąć z uszu, ale nie zdą­ży­ła. Na­gle po­czu­ła bar­dzo sil­ne ude­rze­nie w po­ty­li­cę i upa­dła na chod­nik. Świat za­czął mie­nić się mi­lio­nem barw, w uszach prze­raź­li­wie pisz­cza­ło, a ona po­czu­ła w koń­czy­nach bło­gi stan roz­luź­nie­nia. Za­nim stra­ci­ła przy­tom­ność, usły­sza­ła pisk opon i stłu­mio­ne krzy­ki do­bie­ga­ją­ce jak­by z od­le­gło­ści są­sied­nie­go mia­sta. Gdy drzwi kie­row­cy się otwo­rzy­ły, po­czu­ła ko­lej­ne ude­rze­nie w gło­wę, któ­re spra­wi­ło, że z jej świa­do­mo­ści ktoś odłą­czył ka­bel za­si­la­nia.

Pierw­sze, co wra­ca­ło do sta­nu sprzed ude­rze­nia, był słuch. Pisk, dud­nie­nie krwi, a na­stęp­nie szu­mie­nie po­wo­li prze­sta­wa­ło grać pierw­sze skrzyp­ce. Zmysł z każ­dą ko­lej­ną chwi­lą sta­wał się bar­dziej wy­ostrzo­ny. Mia­ła wra­że­nie, że zna gło­sy osób, któ­re szar­pią jej cia­ło, pró­bu­jąc wy­cią­gnąć ją z wnę­trza sa­mo­cho­du. W po­twier­dze­niu sku­tecz­nie prze­szka­dzał pa­lą­cy ból gło­wy, któ­ry pro­mie­nio­wał aż do oboj­czy­ków. Po­mi­mo otwar­tych oczu na­dal wi­dzia­ła tyl­ko ciem­ność. Wpa­dła w pa­ni­kę, my­śląc, że stra­ci­ła wzrok. Na do­miar złe­go za­kle­jo­ne usta sku­tecz­nie prze­szka­dza­ły w za­czerp­nię­ciu po­wie­trza, któ­re­go z każ­dą ko­lej­ną chwi­lą nie­bez­piecz­nie za­czy­na­ło bra­ko­wać. Jej ser­ce biło w prze­ra­ża­ją­cym tem­pie. Pró­bo­wa­ła krzy­czeć, ale nie uda­ło jej się wy­do­być choć­by sło­wa. Po chwi­li uświa­do­mi­ła so­bie, że za kom­plet­ny mrok od­po­wia­da wo­rek, któ­ry mia­ła na gło­wie.

Od­zy­sku­jąc więk­szą świa­do­mość, pró­bo­wa­ła się wy­ry­wać, jed­nak oso­by, któ­re ją trzy­ma­ły, były od niej znacz­nie sil­niej­sze. Gdy pro­wa­dzi­li ją w nie­zna­ne miej­sce, czu­ła, że bro­dzi w bło­cie, a buty jej opraw­ców ochla­pu­ją jej nogi lo­do­wa­tą wodą z ka­łuż. Prze­ra­ża­ło ją to, że poza nimi nie sły­sza­ła w oko­li­cy ni­ko­go. Za­nim do­tar­li do punk­tu do­ce­lo­we­go, sły­sza­ła ła­ma­ne ga­łę­zie drzew lub krze­wów oraz prze­raź­li­wy dźwięk otwie­ra­nych sta­rych me­ta­lo­wych drzwi. Za­trzy­ma­li się na mo­ment, po czym po­czu­ła na ple­cach bar­dzo sil­ne pchnię­cie. Po­tknę­ła się o próg i z ca­łym im­pe­tem upa­dła na ko­la­na, ude­rza­jąc gło­wą o coś twar­de­go. Ból prze­mar­z­nię­tych koń­czyn roz­szedł się pa­lą­cym ogniem aż do krę­go­słu­pa, a na twa­rzy po­czu­ła lep­ką, cie­płą ciecz pły­ną­cą znad pra­we­go oka.

– Patrz, co ro­bisz! Prze­cież nie chce­my za­ba­wiać się z tru­pem.

Ka­ro­li­na mia­ła już pew­ność. Zna­ła ten głos, ale za wszel­ką cenę chcia­ła, by było ina­czej. Nie wie­dzia­ła, czy bar­dziej bała się spoj­rze­nia mu w twarz, czy tego, co po­wie­dział.

– Ale ja tyl­ko de­li­kat­nie ją po­pchną­łem.

Cha­rak­te­ry­stycz­ne dłu­gie prze­rwy na wzię­cie od­de­chu i sa­pa­nie spra­wi­ły, że za­mar­ła. W se­kun­dę zna­la­zła się my­śla­mi w ob­ję­ciach tłu­ste­go ob­le­cha, któ­ry sku­tecz­nie prze­szka­dzał jej w we­zwa­niu po­mo­cy, gdy ban­da Kon­ra­da biła Igo­ra. Świat za­czął wi­ro­wać jesz­cze bar­dziej, a przed zwy­mio­to­wa­niem ura­to­wa­ło ją szarp­nię­cie za wo­rek, któ­ry mia­ła na gło­wie. Szyb­ki i sil­ny ruch poza ma­te­ria­łem za­brał ze sobą rów­nież spo­rą kęp­kę jej wło­sów. Była jed­nak zbyt prze­ra­żo­na, by się tym prze­jąć i po­świę­cić do­dat­ko­we­mu bó­lo­wi cho­ciaż skra­wek swo­jej uwa­gi. Bar­dziej sku­pi­ła się na ośle­pia­ją­cym świe­tle, któ­re wście­kle za­ata­ko­wa­ło jej zmru­żo­ne oczy.

– No hej, ślicz­not­ko – po­wie­dział Kon­rad ze swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym obrzy­dli­wym uśmie­chem. – Przy­je­cha­li­śmy do tej nory spe­cjal­nie dla cie­bie. Chcie­li­śmy speł­nić jed­no z two­ich naj­skryt­szych ma­rzeń. Nie płacz, prze­cież wiem, że skry­cie o tym śni­łaś. Jak my­ślisz, Pro­siacz­ku, za­ba­wia­ła się pal­ca­mi, wspo­mi­na­jąc two­ją ak­cję? – spy­tał, za­śmie­wa­jąc się ochry­ple.

– Na pew­no! – od­po­wie­dział gru­by, za­cie­ra­jąc ręce.

– To co, chy­ba nie bę­dzie­my się z nią zbyt­nio pie­przyć, nie? O par­don, ależ nie­far­tow­na gra słów. – Kon­rad wy­buch­nął śmie­chem. – W isto­cie prze­cież bę­dzie­my, praw­da, ko­le­go? – To py­ta­nie było skie­ro­wa­ne do Ada­ma, ale ad­re­sat na­wet na nie­go nie spoj­rzał. Za to li­der wpa­try­wał się w Ka­ro­li­nę prze­krwio­ny­mi ocza­mi, wy­glą­da­jąc przy tym, jak wy­głod­nia­łe zwie­rzę, któ­re bar­dzo dłu­go cze­ka­ło, by skon­su­mo­wać swo­ją zwie­rzy­nę. Jego nie­na­tu­ral­nie roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce do­da­wa­ły gro­zy do i tak już prze­ra­ża­ją­ce­go wy­ra­zu twa­rzy. – Za­mknij drzwi – rzu­cił w stro­nę tłu­ste­go po­ma­gie­ra, bez­ce­re­mo­nial­nie zry­wa­jąc ta­śmę z twa­rzy dziew­czy­ny.

– Dla­cze­go? – spy­ta­ła, szlo­cha­jąc i się trzę­sąc.

– Nie bierz tego do sie­bie. Pa­mię­tasz, jak obie­ca­łem coś so­bie i to­bie? – Kon­rad po­now­nie wy­buch­nął grom­kim śmie­chem, wra­ca­jąc wspo­mnie­nia­mi do szkol­nej dys­ko­te­ki. Pro­siak, wi­dząc twarz dziew­czy­ny, prze­stał po­dzie­lać roz­ocho­co­ny tem­pe­ra­ment przy­wód­cy. Jej gło­wa za­czę­ła puch­nąć w nie­wy­obra­żal­nie szyb­kim tem­pie, a guz nad pra­wym łu­kiem brwio­wym roz­le­wał się na całe oko. Po­dra­pa­na i opuch­nię­ta bu­zia, któ­rej głów­ny­mi ko­lo­ra­mi ma­ki­ja­żu były te­raz czer­wień krwi i fio­let si­nizn, w ni­czym nie przy­po­mi­na­ła mu szkol­nej mi­ło­ści, w któ­rej skry­cie się pod­ko­chi­wał.

– Prze… prze­pra­szam. Pro­szę. Bła­gam… prze­stań­cie – łka­ła Ka­ro­li­na. Wal­czy­ła ze spa­zma­mi, ła­piąc po­wie­trze.

– Oj daj spo­kój, skar­bie. To nic wiel­kie­go, ra­chu-cia­chu i po stra­chu – oznaj­mił bez­na­mięt­nie Kon­rad, zdej­mu­jąc spodnie. – Zdej­mij z niej te szma­ty, prze­cież nie bę­dzie­my upra­wiać bez­piecz­ne­go sek­su – roz­ka­zał, po czym znów się za­śmiał.

– Bła­gam – rzu­ci­ła Ka­ro­li­na, od­wra­ca­jąc się w stro­nę Ada­ma, któ­ry wy­raź­nie skon­ster­no­wa­ny stra­cił re­zon i za­pał do dzia­ła­nia. Za­uwa­ży­ła, że drża­ły mu ręce. Nie wie­dzia­ła, czy to od zmę­cze­nia, czy z zim­na.

– Do­bra, japa. Oszczę­dzaj siły. A ty na co cze­kasz?!

Ude­rze­nie z otwar­tej dło­ni w tył gło­wy sku­tecz­nie wy­rwa­ło gru­be­go z transu. Jak na ko­men­dę przy­stą­pił do roz­bie­ra­nia dziew­czy­ny, któ­ra ostat­kiem sił pró­bo­wa­ła się bro­nić. Po­sta­no­wi­ła po­sta­wić wszyst­ko na jed­ną kar­tę i całe po­wie­trze, któ­re mia­ła w płu­cach wy­ko­rzy­sta­ła do we­zwa­nia po­mo­cy. Jej krzyk nie po­trwał jed­nak dłu­go. Chwi­lę póź­niej otrzy­ma­ła so­lid­ne kop­nię­cie w gło­wę z go­łej sto­py Kon­ra­da. Świat znów za­czął wi­ro­wać, a jej cia­ło sta­wa­ło się nie­na­tu­ral­nie roz­luź­nio­ne. Mia­ła wra­że­nie, że Pro­siak szep­cze jej do ucha „prze­pra­szam”, ale w za­ist­nia­łych oko­licz­no­ściach mu­sia­ła się prze­sły­szeć.

– Pro­szę… – rzu­ci­ła roz­pacz­li­wie, ale to nic nie dało.

Kon­rad chwy­cił ją moc­no za bio­dra, prze­krę­cił na brzuch i pod­niósł po­ślad­ki ku gó­rze. Czu­ła, jak pró­bu­je wło­żyć do jej su­chej po­chwy swo­je­go na­brzmia­łe­go pe­ni­sa. Ostat­kiem sił chcia­ła się wy­rwać, ale sil­ne ude­rze­nie z pię­ści w skroń spra­wi­ło, że ze­mdla­ła.

Ock­nę­ła się po chwi­li, czu­jąc, jak opraw­ca wy­peł­nia ją cie­płym na­sie­niem. Nie mia­ła już sił wal­czyć. Pod­da­ła się, ci­cho pła­cząc.

– Obie­ca­łem ci, że to zro­bię. Je­steś moja, ro­zu­miesz? – wy­szep­tał jej do ucha, na­stęp­nie ode­rwał się od jej cia­ła. – Jezu, aż bym so­bie za­pa­lił! – rzu­cił non­sza­lanc­ko, cięż­ko opa­da­jąc na roz­rzu­co­ne po pod­ło­dze ubra­nia. – Nie są­dzi­łem, że to dzie­wi­ca, ha, ha! – oznaj­mił szy­der­czo, wy­cie­ra­jąc przy­ro­dze­nie w ko­szul­kę. – Da­waj, Pro­siu, póki jesz­cze mo­kra. Może już nie cia­sna – za­śmiał się – ale na­dal cie­pła. Bierz­cie i ru­chaj­cie z tego wszy­scy! – krzyk­nął, wsta­jąc, i klep­nął gru­be­go w ple­cy, po czym za­czął się ubie­rać. – No, na co cze­kasz? – spy­tał, wi­dząc za­wa­ha­nie ko­le­gi. – Prze­cież jesz­cze nie­daw­no ma­so­wa­łeś pod nią z pa­mię­ci, a te­raz, jak masz oka­zję, to co, pała ci zmię­kła? Kur­wa, bo po­my­ślę, że je­steś pe­da­łem – do­dał szorst­ko, na­kła­da­jąc blu­zę. – Bierz się za nią, po­wie­dzia­łem – wy­ce­dził lo­do­wa­tym to­nem pro­sto w twarz kom­pa­na, a ten po­wol­nie za­czął ścią­gać spodnie.

– Wyjdź, nie mogę się sku­pić – od­parł ostroż­nie Adam, wpro­wa­dza­jąc Kon­ra­da w za­kło­po­ta­nie.

Ten dłuż­szą chwi­lę przy­glą­dał mu się w mil­cze­niu. Wie­dział, że nie może tak po pro­stu wyjść. Mu­siał od­zy­skać kon­tro­lę nad sy­tu­acją.

– Nie rób z sie­bie ta­kie­go świę­to­je­bli­we­go i da­waj – od­po­wie­dział, po­py­cha­jąc ko­le­gę w kie­run­ku Ka­ro­li­ny. Tłu­ścioch zła­pał dziew­czy­nę za bio­dra i przy­lgnął do niej swo­im cia­łem. – No! Od razu le­piej. Idę za­pa­lić, a ty dzia­łaj i za­raz się zwi­ja­my – oznaj­mił, zo­sta­wia­jąc w po­miesz­cze­niu dziew­czy­nę ze swo­im gru­bym ko­le­gą. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej ksiązki.

Pra­wo zła

isbn: 978-83-8423-612-3

© Ra­do­sław Pasz­ko i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Ję­drzej Szul­ga

ko­rek­ta: Aga­ta Ogó­rek

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.