Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Las nie zapomina
Leszy nie wybacza
Na pograniczu wiary i zabobonu – w podlaskim Czartajewie, gdzie noc śpiewa głosem wilków – groza budzi się w korzeniach drzew.
Pradawny władca puszcz powraca, by przejąć tron starych bogów. Powstrzymać może go tylko jedna rodzina. Szóstka zwykłych ludzi, rozdzielonych przez czas i okaleczonych traumami, walczy o przywrócenie spokoju nadbużańskiej ziemi.
Ale człowiek bywa gorszy od demonów.
Gdy nadciągnie wojna, po czyjej stronie staniesz?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 353
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Drogi Czytelniku, zanim wkroczymy wspólnie do Czartajewa, pozwól, że kilka krótkich chwil spędzimy za kulisami. Choć nie mam wątpliwości, że namierzysz tropy, ukryte głęboko w lesie i sercach bohaterów, to wierzę, że moja perspektywa ubogaci Twoją podróż po tym niejednoznacznym świecie.
Gdybym miała zamknąć motywy mojej książki w jednym pojęciu, wybrałabym słowo pogranicze. Przesiąka ono każdą scenę, każdą postać i każdą przestrzeń, z którymi spotkasz się na jej kartach. Już samo Podlasie jest terenem styku kultur, zwyczajów, religii i narodowości. Nie mówimy tu tylko o wpływach białoruskich, ale również tatarskich, żydowskich, litewskich oraz ukraińskich.
Jak w krainie Buga i Narwi świat ludzi zazębia się z jurysdykcją przyrody, tak w „Posoce” staniesz na granicy wsi i lasu, rzeki i szosy, cerkiewnych świec i słowiańskiego ognia. Podlasie jest nie tylko głównym bohaterem mojej książki, ale również nadrzędnym powodem jej powstania i motorem działań. Trylogia Czartajewska narodziła się z tęsknoty za ziemią, na której dorastałam, która ukształtowała mnie nie tylko jako artystkę, ale przede wszystkim jako człowieka.
Od początku przyświecała mi misja odczarowania wizerunku Podlasia jako wesołej, sielskiej prowincji. Nie twierdzę, że ten radosny obraz jest zupełnie fałszywy, ale tam, gdzie świeci słońce, musi pojawić się też cień. A to, co w Podlaskiem mroczne, w końcu ma szansę wybrzmieć naprawdę głośno.
Pogranicze w „Posoce” to nie tylko aspekt przestrzenny. Czas poszatkowany został na lata, pory roku i poszczególne święta, które mieszają się ze sobą, tworząc mozaikę barw i kultur. Zachowana chronologia, ale również przenikanie się ludzkiej codzienności z legendami, mitami stanowi nawiązanie do bogatej tradycji kronik.
Odniesienie do dziejopisarskiego spadku narzuca ton strukturze książki. Podróżując przez kolejne dekady, wędrujesz także między gatunkami, dokładnie tak, jak w dziełach Jana Długosza i Wincentego Kadłubka. Zdaję sobie sprawę z wyższości obu mistrzów nade mną, ale przemilczenie ich wpływu na końcowy kształt „Posoki” byłoby ogromnym nietaktem.
Zupełnie inne pogranicze odnajdziesz w samych bohaterach. Protagoniści, antagoniści, postaci drugoplanowe i epizodyczne – w „Posoce” niemożliwe jest wskazanie bohatera jednoznacznie dobrego lub złego. Wszyscy oni poruszają się w szarej strefie, na chwilę tylko wykazując się heroizmem lub totalną podłością.
Zachowania opisane w książce, niczym w prawdziwym życiu, determinowane są przez relacje, okoliczności, a przede wszystkim traumy i mechanizmy radzenia sobie z nimi. Warto wspomnieć, że te ostatnie wpływają nie tylko na śmiertelników. W „Posoce” bowiem demony również muszą zmierzyć się z zawiłościami własnej psychiki.
Na serca i umysły bohaterów wpływa także pogranicze jawy i snu, spowijające Czartajew niczym listopadowa, nadbużańska mgła. Mgła skutecznie izolująca i sprawiająca, że postaci, zanim staną oko w oko z tajemniczym Leszym, pierwsze walki muszą stoczyć z samymi sobą.
Ty zaś, Czytelniku, znajdujesz się w sytuacji na tyle komfortowej, że samodzielnie możesz wybrać stronę, po której się opowiesz, lub też zająć wygodną pozycję cichego obserwatora w wojnie rozgrywającej się na kartach tej powieści. Bez względu na podjętą decyzję pragnę Ci życzyć ciekawej, pozostającej na długo w sercu lektury.
Czas roziskrzonego ognia przemija, dosięga nas czas światła i z chwilą, kiedy następuje, nie jesteśmy już w stanie dokonywać tego, co można było robić jedynie w dniach płomiennej jaskrawości. Czas jest zwodniczy.
Metropolita Antoni
Czerwiec 1926
– …gdybym była chociażprysłużnikiem1, a ja się tam cały czas nudzę! – Ośmioletnia Nika Homoniuk spojrzała z wyrzutem na ojca. Jak co wieczór kłóciła się z nim o uczestnictwo w mszy. Upór odziedziczyła po tacie.
– Ile razy jeszcze będziemy o tym dyskutować? – skarcił ją Timofiej. W głębi duszy poczuł jednak znajome wyrzuty sumienia. Czy nie tak rozmawiał z nim jego własny ojciec? Ślubował przed ikoną Świętego Józefa, że będzie łagodniejszy dla swojej latorośli.
Nika nie zdążyła mu odpowiedzieć, doszli bowiem do domu. Batiuszka poczuł przypływ palącego żaru rozlewającego się po całym ciele. Ręka córki również zdawała się parzyć. Spojrzał na twarz małej, na której właśnie rozkwitały szkarłatne rumieńce. Anfisa będzie musiała rzucić na nią matczynym okiem.
Timofiej odruchowo nacisnął klamkę drzwi od plebanii. Usłyszał krzyk dziewczynki porażonej sceną, która ukazała się ich oczom. Wiedziony instynktem z całej siły pchnął ją za siebie i zamarł, nie mogąc ani się ruszyć, ani wydać z siebie żadnego dźwięku.
Na jednej z belek podtrzymujących strop wisiała jego żona. Musiała się zabić, kiedy tylko wyszli do kościoła. Ciało Anfisy już nie drgało, tylko kołysało się nieznacznie. Nie mógł oderwać od niej wzroku, pozostając głuchy na wrzask rozpaczającej za nim Niki.
*
Choć dni mijały ani on, ani Nika nie potrafili się otrząsnąć z tragedii. Pogrzeb pamiętał jak przez sen. Był wdzięczny władyce2 Makaremu, który przychylił się do opinii lekarza3 i pozwolił ją pochować w poświęconej ziemi. Oprócz kilku przyjaciół z seminarium w uroczystości uczestniczyli tylko on i Nika. Nie pojawił się nikt z Czartajewa. Teoretycznie trwały żniwa, w rzeczywistości wszyscy byli oburzeni samobójstwem jego żony i przerażeni wizją przebywania przy jej zwłokach.
– A po co sobie taką brał? No, po co to jemu było? – Podsłuchał kiedyś rozmawiające na targu parafianki. Prym jak zwykle wiodła żona młynarza i sopranistka cerkiewnego chóru Zinaida Gawryluk. – Nasze diewuszki mu nie wystarczyły? Musiał sobie Serbkę wziąć…
– Pani, toć ona Chorwatką była! Jak już sobie katoliczkę uwidział, to by wziął sobie kobitę z Wilna czy Białegostoku, a nie takie… – Hanka Szyluk zawiesiła głos, zorientowawszy się, że Timofiej4 ją obserwuje. – Slava Isusu Chrystu5 – dodała, bezczelnie patrząc mu w oczy.
– Na viky slava6. – Odwzajemnił spojrzenie. – Rozumiem, że Hanka w piątek się spowiadać będzie, to w czwartek jeszcze pogrzeszyć zdąży.
Kobieta otworzyła usta i zasłoniła je szybko spracowaną, wychudzoną dłonią.
– I powiedz, Zina, jak my pod takim pasterzem mamy zbawienie osiągnąć? – Usłyszał tylko na odchodne.
Był młody, ale z pewnością nie głupi. To, co biskup Makary uznawał za jego największe zalety – bystry umysł, znajomość języków i ksiąg czy obycie w świecie, które zyskał w trakcie różnych misji – tutaj okazywały się jego największymi wadami. Używał trudnych słów, wymagał więcej i przede wszystkim nie pozwalał się stłamsić.
Czartajew był małą wioską z niezwykle zgraną społecznością. Jednak tym, czego ludzie nie mogli wybaczyć swojemu kapłanowi, była Anfisa. Jego piękna cudzoziemska żona, której introwertyczna natura tylko potęgowała niechęć. Jej nieśmiałość ludzie brali za wyniosłość, milczenie – za brak gościnności, pobożność – za neoficką dewocję. Tak, zmieniła dla niego wyznanie, ale jej wiara rozwijała się z każdym dniem, z każdą przeczytaną księgą i odbytą przez nich rozmową. A trzeba przyznać, że rozmówcą była świetnym, szczególnie gdy chodziło o tematy filozoficzne i religijne.
Co rano pojawiała się na mszy i pomagała Timofiejowi w jego służbie. Nosiła skromne suknie w chabrowym kolorze, w których jej uroda po prostu olśniewała. Bóg pobłogosławił ją filigranową sylwetką, mlecznobiałymi włosami, błękitnymi oczami i niewielkim zadartym nosem. Zawsze zastanawiał się, co ona w nim widziała: niewysoki, grubszy brunet z ogromną brodą, raczej mruk i bibliofil.
Jedyną osobą, która w ich rodzinie wzbudzała sympatię, była Nika. Wesoła, śliczna dziewczynka, która z jednej strony odziedziczyła po rodzicach to, co najlepsze – włosy po nim, oczy i rysy po matce – z drugiej zaś odznaczała się żywiołowością, optymizmem oraz naturalnym, szczerym ciepłem, którego im brakowało.
Niestety wszystko to skończyło się w dniu śmierci jej matki. Nika przestała mówić. Zdawało się, że na skutek doznanego szoku oniemiała. Chociaż nie była to do końca prawda, ponieważ dziewczynka potrafiła odezwać się w bardzo silnych emocjach. Działo się to jednak sporadycznie i w towarzystwie wyłącznie dwóch osób: ojca i opiekującej się plebanią babuszki Sierafimy.
Kobieta trafiła do nich za namową Anfisy, która wierzyła, że okadzanie jałowcem czy sypanie soli w progach uchroni ją przed zbliżającym się nieszczęściem. Jej zła sława nie odstraszyła pani Homoniuk, a wręcz uwiarygodniła potęgę Sierafimy jako szeptuchy. Anfisa traktowała wszelkie plotki niczym najlepsze referencje. W przeciwieństwie do Timofieja, któremu dodatkowe kontrowersje wokół mieszkańców plebanii były wyjątkowo nie na rękę.
Na szczęście dla Niki mieszkańcy Czartajewa nie odwrócili się od niej, co więcej, próbowali otoczyć ją opieką, na którą milcząco przyzwalała. Kobiety ze wsi prowadzały ją do szkoły, szyły sukienki, przytulały i pocieszały. Rówieśnicy, co dla Timofieja było zaskakujące, nie dokuczali Nice, tylko zapraszali ją do wspólnej zabawy, najwyraźniej pogodzeni z tym, że koleżanka nigdy im nie odpowie. Najbardziej poruszała go jednak postawa Katarzyny Moroz – jej najlepszej przyjaciółki – która mieszkała po sąsiedzku. Dziewczynki przesiadywały w ciszy na schodkach plebanii, czasem tylko trzymając się za ręce.
Nika zasadniczo potrzebowała bliskości. Zasypiała, gdy czuwał przy jej łóżku, jadała zawsze w towarzystwie Sierafimy, a każde jego samotne wyjście z domu okupione było płaczem. Nie miał o to żalu. Starał się odsunąć od córki dręczący ją ból, chociaż wiedział, że to tak naprawdę niemożliwe.
On sam miotał się między miłością a nienawiścią, tęsknotą a poczuciem porzucenia, rozpaczą a gniewem. Cały czas miał pod powiekami obraz żony – zarówno żywej, jak i jej ciała kołyszącego się pod belką stropu.
Co noc budził się spocony, a w głowie dźwięczały mu okrutne słowa: „Nie wierzyłeś!”.
Nie jadł, przestał czytać, oddawał się jedynie modlitwie, która w obliczu tej katastrofy zdawała się tylko jałowym powtarzaniem słów i obrzędów. Miał wrażenie, że w ciągu ostatnich tygodni w metryce przybyły mu co najmniej dwie dekady.
*
Maj 1934
Ucałował czoło córki na dobranoc. Mimo że Nika była już panienką, ich więź pozostawała niezwykle bliska, choć naznaczona piętnem doświadczonego przed laty nieszczęścia. Tragedia, o której nie pozwalano im zapomnieć, sprawiła, że z nici drobnych, czułych gestów utkali na nowo swoją relację.
Dziewczyna wyrosła na prawdziwą piękność, często porównywaną przez ludzi z wioski do bajkowej Śnieżki. Choć nadal nie mówiła, Timofiej wiedział, że musi uważać na jej zalotników. Mężczyźni uważali śliczną niemowę za ciekawy, wręcz egzotyczny przypadek. Batiuszka przeczuwał, że choć Nika była nad wyraz dojrzała, to cierpienie związane z zawodem miłosnym może okazać się dla niej zbyt trudne.
On sam po latach odzyskał szacunek mieszkańców Czartajewa. Odejście Anfisy, choć początkowo wywołało skandal, pozwoliło wiernym dostrzec w duchownym jego bardziej ludzkie oblicze. Timofiej musiał również przyznać, że przez to doświadczenie spokorniał. Chociaż był wyjątek, jedyna stała, niezmienna rzecz w jego życiu – niechęć do Sierafimy.
Staruszka właśnie modliła się w pięknym kącie7. Na ich domowy ołtarzyk składały się: ikony ślubne jego i Anfisy, a także podobizny Chrystusa Zbawiciela, Świętej Weroniki oraz Świętego Serafina z Sarowa – patronów mieszkających w domu kobiet. Oprócz skromnego ikonostasu batiuszka położył tam wodę święconą, czotki8, krucyfiksy, ona zaś dołożyła różne modlitewniki.
– Pomiłuj, Hospodi9 – wyszeptał na widok modlącej się kobiety, szczerze żałując swoich nieprzychylnych myśli. Ta niczym wilk szybko zwęszyła w nim ofiarę.
– Timofiej, znajdziecie dziś dla mnie czas? – wychrypiała, nie odwracają wzroku od wizerunku Jezusa.
Jak tak dalej pójdzie, będzie musiał odmówić cały różaniec za wszystkie złe emocje, które budził w nim jej głos. Za wstręt, obrzydzenie i drobne złośliwości mimowolnie wypowiadane pod nosem. Zachowywał się jak czart po kontakcie ze święconą wodą.
– Anfisy toże ne chocił10 posłuchać – dodała, a Timofiej zamarł, słysząc imię żony. Była między ich trójką umowa, by nie wypowiadać go już nigdy więcej.
Odkaszlnął.
Kobieta powoli wstała z klęczek i podeszła do niego zgarbiona. Wątła postura i zmętniałe oczy były jedynie kamuflażem dla silnej, surowej osobowości.
– To muże mene posłucha. – Uderzyła go kościstym palcem w pierś. – Ja znam, że Timofiej w księgach obyty i mir ma wśród ludzi. Z samym władyką na obiady chodzi, ale może starszej posłucha…
– Niech Sierafima mówi – mężczyzna był wyraźnie zniecierpliwiony – bo późno już, a ja nadal nie wiem, jak mogę jej pomóc.
– Mene pomóc? Timofiej się szaleju nażarł? – prychnęła urażona. – Toć to ja jemu chce pomóc. Skazat, szto trzeba zdelat po bistrej, ale wiżu, shto Timofiej na pohovor nehotowy. Niech poczyta listy od żeny, a zavtra pohovorim11.
– Tylko mi Sierafima głowę zawraca! – Obrócił się na pięcie i zaczął wspinać po schodach.
– Niech listy poczyta i na Anfisu wspomni! – zawołała za nim. Mężczyzna nie odpowiedział, wiedząc, że ostatnie słowo musi należeć do staruchy.
Wszedł do swojej sypialni, zdenerwowany położył się na łóżku. Jak na złość, pierwszy raz od dawna, zaczął wracać myślami do zmarłej żony i samych początków ich znajomości.
*
– Wiesz, Tymoteuszu – przed konwersją Anfisa zwracała się do niego spolszczoną wersją jego imienia – to nie jest takie proste. Ta klątwa wisi nad moją rodziną już od pokoleń.
Odgarnął jej z twarzy białe pasma włosów, rozejrzał się dyskretnie, chcąc się upewnić, że nikt ich nie widzi, po czym nachylił się i delikatnie ucałował ją w czoło.
– Nie musisz się obawiać żadnych czarów. Bóg uzdrawia i broni. Poza tym spójrz na to racjonalnie: nie ma sensu bać się słów wypowiedzianych przez kogoś całe wieki temu. – Mimo silnej wiary seminarzysta był logicznie i trzeźwo myślącym młodzieńcem. – Anfiso, nawet jeśli ta klątwa jest prawdziwa, to zostawiłaś ją za sobą w Chorwacji.
– Nic nie rozumiesz! – uniosła się niespodziewanie dziewczyna. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Tłumaczyłam ci przecież, że z powodu klątwy moja matka uciekła z Imperium Rosyjskiego do Austro-Węgier, babka porzuciła Grecję, a obie i tak powiesiły się w noc letniego przesilenia.
Skuliła się i schowała twarz w dłoniach.
– Anfiso, lada moment zostanę wyświęcony, siłą naszej wiary cię ocalę. – Objął ją. – Naszej wiary i mojej miłości.
Dziewczyna spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Kochasz mnie? – wyjąkała.
– A nie wiesz tego jeszcze? – Timofiej pocałował ją delikatnie w policzek.
– Dla mnie jest już za późno – szepnęła z goryczą Anfisa – ale przysięgnij, że ocalisz naszą córkę…
– A może będziemy mieć syna? – rzucił, uśmiechając się przy tym bezmyślnie. Chciał w końcu zamknąć drażliwy temat.
– To będzie dziewczynka, jestem tego bardziej niż pewna. – Potrząsnęła głową i z dziwnym błyskiem w oku dodała: – Przysięgnij, że ją ochronisz! Inaczej nie przyjmę oświadczyn.
– Dobrze już – westchnął, nie przestając się do niej uśmiechać. – Przysięgam ci, Anfiso Dabro, że jeżeli będziemy mieć córkę, uratuję ją przed klątwą.
*
Od tamtej słodko-gorzkiej rozmowy wielokrotnie wracali do tematu, ona była przejęta, on – rozbawiony. Bo jakże miał być poważny wobec wynurzeń o pakcie z biesem zawartym przez jednego z przodków ukochanej? Rodzina Anfisy rzekomo wywodziła się z mołdawskiej szlachty i, jeśli wierzyć opowieściom, pod koniec siedemnastego wieku jej antenat Nikola w swojej pysze zawarł układ z czortem – w zamian za niesłychane bogactwo obiecał demonowi wszystkie kobiety, które kiedykolwiek przyjdą na świat w jego rodzie.
Mężczyzna miał pięciu braci i dochował się dziewięciu synów. Pewny siebie i zaślepiony chciwością nie mógł sobie przypomnieć żadnej bliższej ani dalszej krewnej. Sądząc, że przechytrzy demona, bez wahania podpisał cyrograf.
W przeciwieństwie do biesa nie wiedział jednak, że jego żona pod sercem nosi córkę. Przez pierwsze kilkanaście lat Nikola nic sobie nie robił z układu. Jego fortuna rosła, a córeczka była zdrowa i dobrze się chowała. Wyrosła na piękność o błękitnych oczach i hipnotyzującym spojrzeniu, a życie toczyło się swoim zwykłym rytmem aż do jej dwudziestych urodzin. Tego dnia dziewczyna niespodziewanie powiesiła się w swojej komnacie.
Do szlachcica dotarło wtedy, że pakt jest jak najbardziej realny. Zrozpaczony Nikola próbował na nowo przywołać biesa, a gdy ten pozostał głuchy na jego wezwania, przekazał cały zdobyty dzięki niemu skarb na wota12. Niestety umowy nie można było cofnąć i z jej powodu w różnym wieku, na różne sposoby, kobiety z rodu Anfisy odbierały sobie życie.
Oczywiście, aby klątwa mogła nadal zbierać swoje żniwo, część z nich wychodziła za mąż i doczekiwała się dzieci, jednak w dniu, gdy wydawały na świat córki, ich życie zaczynało dobiegać końca. Zdarzały się też przebiegłe niewiasty, które próbowały uciec przed przeznaczeniem do innego kraju lub ukrywały się w klasztorze. Anfisa dotarła nawet do źródła mówiącego o jednej z jej przodkiń, która z obawy przed klątwą postanowiła zostać rekluzą13 i dała się zamurować w ciasnej celi. Wszystko na nic – po kilku latach odebrała sobie życie.
Timofiej doskonale znał te historie nie tylko z rozmów z żoną, lecz także z jej pamiętnika, który, w głębokiej tajemnicy przed Niką, po śmierci żony obsesyjnie studiował. Poruszony wspomnieniami zbiegł na dół, gdzie, ku jego zaskoczeniu, czekała już Sierafima. Choć było już po pierwszej, starucha siedziała w drewnianym, pamiętającym jeszcze czasy zaborów, bujanym fotelu i jakby nigdy nic zaczęła:
– Już Timofiej podumał? – Spojrzała na niego spode łba.
– Jak mi możesz pomóc? O co w tym wszystkim chodzi? Co Anfisa ci mówiła? – Miał tyle pytań.
– Pomaleńku, spokojnie. – Kobieta wyjęła fajkę z kieszeni wełnianej spódnicy i odpaliła ją sprawnym ruchem. – Timofiej wie, czym się trudnię?
Skrzywił się na samą myśl o drugim życiu gosposi. Niechętnie wziął jedno z krzeseł i usiadł naprzeciw niej.
– A jest w Czartajewie ktoś, kto nie domyśla się, że Sierafima się jako szeptucha udziela?
– Szeptucha… – Babka zamyśliła się, wydmuchując z ust siny, drapiący nozdrza specyficznym aromatem dym. – Złe słowo, ja raczej znachorka. – Kolejna tytoniowa chmura otoczyła ją swym ciepłem. – Mam dar. Prozoliwost, Timofiej rozumie?
– Tak – odparł niechętnie. – Wgląd w dusze.
– Timofiej dumny. Ja znam, szto mene ne ljubi i ljubit ne musi, ale chodzi o molodą panenkę14.
– O Nikę? – Był autentycznie zaskoczony. – Toż to święte dziecko…
– Hospodi, pomiluj! – Starucha pyknęła fajką poirytowana. – Czy Timofiej zna słuchać? Czy tolko howorit?15
– Niech Sierafima mówi – potwierdził cicho, nerwowo zaciskając dłonie na siedzeniu.
– Ja skażu. – Staruszka wyraźnie nie potrzebowała zachęty. – Anfisa we wsem miała prawdu16, ja znam: o klątwie, o śmierciach… Wsio… I teraz wiżu, szto przy Nice się kręci krasawczyk17, ale jemu bardzo plocho z oczu patrzy – w głosie szeptuchy można było wyczuć smutek – bardzo. Nika mołodaja, jej miłość nużna, o miłość śniwa…a ten gad przebiegły – babka splunęła na podłogę – nęci, zwodzi, prelest18 szerzy.
– Sierafimo, z całym szacunkiem, ale może to zwykły absztyfikant?
– Absztyfikant – powtórzyła już dużo głośniej kobieta i znowu splunęła. – Niech Timofiej przypomni sobie, jak Anfisie nie wierzył i co było w historii, ili zapomniał? Absztyfikant! Ślubował żenie, że Nikę zachrani? Ślubował, ili ne?19Bo jak ne, to kończymy pohowor!
Gniew rósł w starej od dawna, jednak coraz bardziej malujące się na twarzy duchownego zaangażowanie pozwoliło jej mieć nadzieję, że historia w końcu będzie miała inne zakończenie. Przyglądając się uważnie batiuszce, odłożyła fajkę na stół. Z zamyślenia wyrwał ją niski, zdeterminowany głos Timofieja.
– Nie zapomniał, niech Sierafima mówi, co trzeba zrobić. – Nie wierzył własnym słowom.
Babka podeszła do ołtarzyka i otworzyła jeden ze starych modlitewników. Ku zaskoczeniu batiuszki w środku nie było zwykłych stron, ale skrytka, w której znajdował się ozdobny nóż. Od razu poznał gruzińską robotę.
– Zasadzku trzeba zrobić – oznajmiła babka, wracając z ostrzem do stołu. – A potem jego ubić. Tolko ne można się bać, wierit, modlitsja, ale ne bać! Ja by sama to zrobiła, nu użene te lata20. – Pierwszy raz w jej oczach dojrzał skruchę. – On tu bude w równonoc, za tri dni.
– Dobrze, zrobię to – uspokoił ją, po czym w myślach dodał: – Ja wariuję.
– Ne, um ma Timofiej w porządku, serce toże na miejscu, czasem tolko ta duma21 bierze górę i stąd problemy.
Nawet nie chciał dopytywać, skąd o tym wszystkim wie. Timofiej zdawał sobie sprawę, że wyjątkowy dar pozwolił zrobić Sierafimie wiwisekcję jego zbolałego serca. Do dzisiejszej nocy prozoliwost była dla niego jedynie teologicznym pojęciem spotykanym w dawnych pismach. Podobnie było z całą resztą tej historii. Kilka lat temu pogodził się z myślą, że samobójstwo żony było skutkiem jej choroby psychicznej. Wrócił do wiary, poświęcił się służbie i opiece nad córką. Zaczął pomału się zbierać, jednak ciekawość zwyciężyła.
– A Anfisę też tak zwiódł? – spytał niepewny, czy chce usłyszeć odpowiedź.
– Pacany22. – Babka przewróciła oczami. – Co to zmienia? Tolko chłop muże tak spytać!
– Nie chłop, tylko mąż! – Obruszony Timofiej uważał, że małżeńska zazdrość jest w pełni uzasadniona zawsze. Nawet po śmierci ukochanej żony.
– Z Anfisą bies okrutnie igrał. Wmówił jej, szto nic niewarta, szto nikdo – wskazała oskarżycielsko palcem na mężczyznę – jej ne wieri, że ne oszuka przeznaczenia. Na jej duszy zdelał znak bolesti, smutku i rozpaczy. Anfisa kochała Timofieja i Nikę, ale siebie, Hospodi pomiluj, na siebie uże jej miłości ne starczyło.
Sierafima zaszlochała. Jakby mało było niespodzianek tej nocy, pomyślał batiuszka, to okazuje się, że stara ma ludzkie uczucia. Zaskakując samego siebie podszedł i objął ją mocno.
– Timofiej wie, ja stara, u mene toże była semja23. – Babka machnęła kościstą dłonią. – Wse uże po drugiej stronie… ale za Anfisą, za Anfisą skuczaju24…
– Ja też za nią tęsknię, Sierafimo – wyszeptał. – Ja też…
Trwali w swoich objęciach, czując, że ten wieczór pozwoli im zapomnieć o starych kłótniach i złośliwościach. Od tego momentu w cichym porozumieniu dali sobie szansę na nowy początek.
*
– Nigdzie się stąd nie ruszę – powiedział twardo Timofiej, ignorując ciskane w niego elementy garderoby. Stał lekko oparty o framugę drzwi. Widząc, z jakim zaangażowaniem córka próbuje go ustrzelić kolejnymi przedmiotami, zdecydował się usiąść na brzegu łóżka.
Nika była wściekła, gdy dowiedziała się, że ojciec zamierza przeszkodzić jej w schadzce. Gdy zaczęła na niego krzyczeć, z jednej strony było mu przykro, że córka nie rozumie powagi sytuacji, z drugiej strony ucieszył się, że słyszy jej głos.
– To-o t-t-teraz na-agle jej-j-j wie-e-rzysz? – jąkała się wyraźnie wzburzona. – Leo-o-opold je-est nie-e-ewinny!
Rozmowa niezwykle męczyła Nikę. Z każdym kolejnym zrywem mówiła coraz gorzej i słabiej, autentycznie zapominając, jak płynnie artykułować słowa.
– Kochanie. – Przysunął się do córki i delikatnie chwycił ją za dłoń. Tak bardzo chciał ukoić jej ból, ale nie potrafił przebić się przez mur nastoletniego buntu. – Sierafima jest innego zdania…
Dziewczyna tym razem cisnęła w niego butem, który przeleciał niebezpiecznie blisko jego prawego ucha i dźwięcznie uderzył w ścianę. Zmiana miejsca okazała się jednak nieskuteczną obroną.
– Ty-y jej-j-j prze-e-ecież nie lu-u-bisz!
– Tak się jednak składa, że oboje lubimy ciebie! I mnie – Timofiej uchylił się sprawnie przed pędzącym ku niemu kapeluszem – on też się nie podoba!
Sierafima miała rację – od tego chłopaka naprawdę biło zło. Wprawdzie nie poznał go osobiście, ale zaczął obserwować córkę, która zdawała się coraz bardziej w nim zadurzona. Skąd taki dekadent wziął się w Czartajewie? Szczupły, wysoki, blady, o smutnym spojrzeniu kinowego amanta i z ustami wykrzywionymi wiecznie w grymasie lekkiego zniesmaczenia. Z łatwością mógł się wcielić w bohatera którejś z romantycznych powieści tak chętnie czytanych przez nastolatki.
– O której tu będzie? – spytał ostrzejszym tonem.
Dziewczyna nagle usiadła obok niego na łóżku i się rozpłakała.
– Nika… – Objął ją tak, jak niegdyś obejmował jej matkę. Zaczęła okładać go pięściami, aż pogrążyła się całkowicie w rozpaczy. – Nika, proszę, powiedz mi. Wiesz, że mamy rację. Córuś, przetrwamy i tę burzę, ale pomóż mi.
Ucałował czubek jej głowy.
– Dwudziesta pierwsza – wydusiła z siebie nadzwyczaj płynnie.
*
Kilka godzin później, po wyświęceniu domu, a także okadzeniu izb i progów szałwiowym dymem, cała trójka siedziała jak na szpilkach. Sierafima próbowała zachowywać spokój, jednak doskonale wiedziała, że czeka ich ciężka przeprawa. Nika po dziewczęcemu przeżywała swój pierwszy zawód, za to Timofiej obmyślał plan działania na przemian z próbami oceniania własnej poczytalności. Jego ubrudzone białą kredą palce dygotały. Przeczuwał, że wypisane na drzwiach słowa modlitwy mogą nie powstrzymać demona.
Rozległo się ciche, spokojne pukanie. Kobiety drgnęły nerwowo, batiuszka zaś schował nóż za pazuchę i ruszył w kierunku drzwi. Gdy je otworzył, zobaczył przystojnego elegancika o złowrogim spojrzeniu, które na chwilę zmroziło mu krew w żyłach. Jak Nika mogła tego nie zauważyć? – spytał siebie w duchu. Młodzieniec, jakby czytając mu w myślach, uśmiechnął się, pokazując ostre białe zęby.
– Widzę, że nie muszę się przedstawiać i dla wszystkich jest jasne, po co przyszedłem – przemówił bardzo niskim głosem.
Timofiej próbował wypowiedzieć słowa modlitwy, jednak grzęzły mu w gardle.
– Nie rozśmieszaj mnie, popie25. – Mężczyzna przekroczył próg domu, wyciągnął ramię i siłą woli zaczął dusić siedzącą na sofie Nikę.
– Przestań! – krzyknęła Sierafima. – Nakazuję ci!
– Wiesz, co mi możesz zrobić, starucho?! – syknął nieznajomy, a jego piękne oblicze zamieniło się w płomień.
– Fajermon! – Szeptucha złapała się za serce.
– A tak, babo, żebyś wiedziała! Nie byle bies czy czort, tylko sam ognisty człowiek! – Płomień buchnął jeszcze wyżej. – Przyszedłem po swoją zapłatę!
Timofiej stał jak porażony. Rozumiał, że musi zacząć szybko działać, mimo to nie mógł oderwać wzroku od bestii. Wcześniej zdawało mu się, że zarówno różne pisma teologiczne, jak i świadectwa mistyków czy sama Biblia przygotowały go na to spotkanie. Mylił się. Błagał Boga, by dar Sierafimy okazał się prawdziwy. Oby wejrzała mu w duszę i zobaczyła, jak rozpaczliwie potrzebuje czasu, żeby znaleźć rozwiązanie.
Starucha spoglądała nerwowo na całą trójkę. Pragnęła pomóc Nice, ale jedyne, co przyszło jej do głowy, to zagadać ognistego dziada.
– Ty dumajesz, szto ja pierwy raz wiżu demona? – charknęła. – Ani żeś piękny, ani strosznyj, ani żaden! Szantażysta zwykłyj! Myślisz, że pod tymi kłamliwymi, krasiwymi maskami nie dostrzegę, jaka szkarada się skrywa?!
W pierwszej chwili Fajermon zaniemówił urażony, szybko jednak wrócił do siebie.
– Szmato! – wykrzyknął. – Życie ci niemiłe? Przecież dobrze wiesz, że w piekle już ci szykujemy oddzielny kąt! Spotkasz tam swoje koleżanki szeptuchy. Bóg, do którego tak gorliwie się modlicie, wcale was u siebie nie chce! Hiobowe córy, to o was mówimy! Wy Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek palicie. Na tym padole łez jesteście zwykłymi najemniczkami. My się na was jeszcze zdążymy zemścić – ogień buchnął aż pod powałę – ale jestem tu w zupełnie innym celu, przyszedłem po swoją część długu.
Zwrócił się w kierunku ledwo żywej Niki.
Timofiej zaczął rozglądać się po sieni, zastanawiając się, czego może użyć do pokonania diabła. Miał przy sobie gruziński nóż od Sierafimy, ale od kiedy żelazo mogło zwalczyć żar?
Pluł sobie w brodę. Przecież intuicja podpowiadała mu, że prymitywne sposoby szeptuchy będą za słabą bronią na tak potężnego demona. Szałwia mogła zaszkodzić pomniejszeniu czortowi, ale zupełnie nie imała się tej bestii. Kątem oka dostrzegł stojące w wazonie polne kwiaty nazbierane przez Nikę. Sięgnął po zawieszone przy pasie czotki i modlił się w duchu, by Fajermon nie zorientował się, co zamierza.
Uwaga demona była całkowicie skoncentrowana na Nice. Zbliżał się do niej, ale po drodze stracił fałszywą elegancję. Nie mógł doczekać się całkowitego pochłonięcia ofiary.
Timofiej wyjął rośliny z wazonu i wrzucił do niego różaniec. Szeptem odmówił błogosławieństwo.
– A co ty tu kombinujesz, klecho? – Bies nagle odwrócił się do niego, a wtedy batiuszka oblał go poświęconą wodą.
Języki ognia zasyczały i natychmiast zgasły, Nika odzyskała oddech i osunęła się na kanapę.
– Dobij go nożem! – Do uszu Timofieja dotarł krzyk staruszki. – Dobij go!
Timofiej spojrzał na skarłowaciałego czorta, który ponownie przybrał ludzkie oblicze, osmolone wprawdzie, ale jednak ludzkie. Pozbawiony jakichkolwiek wątpliwości wyciągnął nóż i pewnym ruchem wbił go prosto w pierś demona. Fajermon, wijąc się, wyrzucał z siebie kolejne iskry przeplatane z przekleństwami, a po chwili rozwiał się w powietrzu. Smród, który pozostawił, gryzł w gardło.
Batiuszka podbiegł do córki.
– Nika! Wszystko w porządku? – zapytał i, nie spodziewając się odpowiedzi, przyciągnął do siebie dziewczynę.
– Tato… – Nastolatka zaszlochała, a on przytulił ją jeszcze mocniej. Podniósł wzrok i spojrzał pytająco na babuszkę.
– Co tu się, do kurwy nędzy, stało? – zapytał, a był to jeden z nielicznych razy, kiedy uciekł się do bluźnierstwa. – Niech Sierafima mówi!
Kobieta przycisnęła kościste dłonie do piersi i ze łzami w oczach pokiwała głową.
– Ne chaczu, niech Timofiej nawet ne prosi – zanosiła się płaczem. – Ważne, że Nika cała i my wsjepreżyli…
*
Kilkanaście dni później cała trójka z dość miernym skutkiem próbowała zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Batiuszka wprawdzie szukał okazji do rozmowy ze staruszką, ona jednak pierzchała na jego widok.
Wieczorem postanowił, że osaczy ją podczas modlitwy.
– Ile jeszcze Sierafima będzie mnie unikać? Musimy w końcu pomówić. – Starał się, by jego głos brzmiał przyjaźnie. – Dziękuję Sierafimie, bo bez jej pomocy i rad byłoby już po nas. No i chciałem – sięgnął do szuflady sekretarzyka i wyciągnął z niej gruzińskie ostrze – oddać nóż.
Babuszka ciężko westchnęła.
– Niech Timofiej to zatrzyma – poprosiła z wyjątkowo smutnym wyrazem twarzy. – Oni nie odpuskajut26. Fajermon był pierwszy, ale z całą pewnością neposledni27… Leszy pośle po swoje.
Spojrzała w górę, w kierunku sypialni Niki i dodała:
– Ja dologo nepożiju, nu pomogu, póki mużu28.
Batiuszka rozumiał bardzo dobrze powagę sytuacji. Sam, mimo upływu czasu, borykał się z sennymi koszmarami i nerwowymi tikami. Czasem łapał się na tym, że nawet będąc na zewnątrz, czuł zapach dymu. Innym razem na jego twarzy pojawiały się objawy gorączki, choć na zaledwie kilka chwil.
– Musi mnie Sierafima nauczyć wszystkiego, co wie. – Popatrzył na nią.
– Haraszo, nauczu – odpowiedziała zamyślona – ale Timofiej cenu znajet29…
Mężczyzna jednak zignorował tę część jej wypowiedzi.
– A ja Sierafimie przysięgam, że będę się za nią modlił. Będę się modlił długo, żarliwie i na każdej służbie. Rano i wieczorem, w święta, w poście i okresie zwykłym. Będę się modlił za życia i w zaświatach, tak długo, aż Sierafima zostanie zbawiona.
Babuszka się rozpłakała.
[1]Prysłużnik – ministrant w prawosławiu.
[2]Władyka – tytuł nadany hierarchom Kościołów wschodnich w Polsce.
[3]W prawosławiu samobójca, u którego lekarz potwierdzi problemy psychiczne oraz niepoczytalność, mogące doprowadzić do odebrania sobie życia, może zostać pochowany na cmentarzu i ma prawo do nabożeństwa.
[4]Timofiej – cerkiewna wersja imienia Tymoteusz.
[5]Sława Isusu Chrystu – tradycyjne pozdrowienie prawosławne, dosł. „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.
[6]Na viky slava – odpowiedź na tradycyjne pozdrowienie prawosławne, dosł.: „Pochwalony na wieki”.
[7]Piękny kąt – określenie domowego ołtarza, miejsca modlitwy typowego dla terenów wiejskich na Kresach Wschodnich.
[8]Czotki – rodzaj prawosławnego różańca.
[9]Pomiłuj, Hospodi (cs.) – Panie, zmiłuj się.
[10]Anfisy toże ne chocił (cs.) – Anfisy też nie chciał.
[11]Skazat, szto trzeba zdelat… (cs.) – Powiedzieć, co trzeba zrobić [i to] szybko, ale widzę, że [Pan] Timofiej nie jest gotowy na rozmowę. Niech poczyta listy od żony i jutro porozmawiamy.
[12]Wotum – dawniej symboliczny przedmiot wieszany na ołtarzu, świętym obrazie lub posągu religijnym w intencji błagalnej lub dziękczynnej.
[13]Rekluz – członek wspólnoty religijnej, który na stałe żyje w całkowitym odseparowaniu się od świata zewnętrznego poprzez przebywanie wyłącznie w jednym pomieszczeniu i poświęceniu się modlitwie.
[14]Ja znam, szto mene ne ljubi… (cs.) – Wiem, że mnie nie lubisz i lubić nie musisz, ale chodzi o młodą panienkę.
[15]Czy Timofiej zna słuchać… (cs.) –Czy Timofiej umie słuchać? Czy tylko mówić?
[16]Ja skażu… (cs.) – Ja powiem […] Anfisa we wszystkim miała rację, ja wiem…
[17]I teraz wiżu, szto… (cs.) – I teraz widzę, że przy Nice kręci się przystojniak, ale jemu źle patrzy z oczu […] Nika młoda, jej potrzeba miłości, o miłości marzy…
[18]Prelest(cs.) – grzech, zwodzenie.
[19]Ślubował żenie… (cs.) – Ślubował żonie, że ochroni Nikę? Ślubował, czy nie?
[20]Tolko ne można… (cs.) – Tylko nie można się bać, wierzyć, modlić się, ale nie bać! Ja bym sama to zrobiła, ale już nie te lata.
[21]Ne, um ma Timofiej… (cs.) – Nie, rozum ma Timofiej w porządku, serce też na miejscu, czasem tylko ta duma.
[22]Pacany (cs.) – chłopaki.
[23]U mene toże była semja (cs.) – Ja też miałam rodzinę.
[24]Za Anfisą skuczaju (cs.) – Za Anfisą tęsknię.
[25]Pop – obraźliwe określenie prawosławnego księdza.
[26]Oni nie odpuskajut (cs.) – Oni nie odpuszczą.
[27]Neposledni (cs.) – Nieostatni.
[28]Ja dologo nepożiju… (cs.) – Ja długo nie pożyję, ale pomogę, póki mogę.
[29]Haraszo, nauczu… (cs.) – Dobrze, nauczę […] ale Timofiej zna cenę…
REDAKCJA I KOREKTA
Katarzyna Staniszewska
PROJEKT OKŁADKI
Martyna Biegała
PROJEKT GRAFICZNY
Urszula Gireń
SKŁAD I ŁAMANIE
Bogdan Suprun
DRUK I OPRAWA
Abedik S.A.
Copyright © Agata Sobisz 2025
Copyright © Nine Realms 2025
ISBN 978-83-67677-71-4
WYDAWCA
Nine Realms
ul. Sowia 6
86-005 Trzciniec
ninerealms.pl
Wydanie I
Trzciniec 2025
