Porcelanowy cesarz - Nika Hoffmann - ebook

Porcelanowy cesarz ebook

Nika Hoffmann

0,0

Opis

Do czego jest zdolna marionetka z odciętymi sznurkami?

Dorskie igrzyska, mające być triumfem młodego doży, niemal doprowadziły do jego śmierci, a to dopiero początek problemów. Los zdaje się drwić z Lucarna, kiedy w politycznej grze niespodziewanie pojawia się nowy pionek – człowiek, który od dawna powinien spoczywać w grobie.

Niepokój ogarnia mieszkańców Imperium, Triumwirat szykuje się do wojny, a la Castellano musi dokonać wyboru przekraczającego jego siły. Komu pozostanie wierny – rodzinie, kochankowi czy samemu sobie? Jakąkolwiek opcję wskaże, przyjdzie mu za to zapłacić wysoką cenę. Stawką jest przyszłość Marakidy – jej chwała albo upadek.

W obliczu burzliwych zdarzeń relacja Lucarna i Cesara ponownie znajduje się pod znakiem zapytania. Chwiejne porozumienie zawarte między władcami zaczyna się kruszyć, kiedy uczucia stają w sprzeczności z interesami państw.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 649

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Porcelanowy Cesarz

Copywright by Nika Hoffmann, 2026

© All rights reserved

Projekt okładki

Monika Czyżewska

Ilustracja na okładce

Paulina Foryś

Korekta

Aleksandra Krajniczyn

Łamanie

Nika Hoffmann

Zgodnie z przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych, wszelkie prawa do wszystkich ilustracji i materiałów graficznych oraz tekstu są własnością autorów. Kopiowanie, powielanie, przetwarzaniei rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie jest surowo zabronione.

Dziękuję wszystkim, którzy cierpliwie czekali i wierzyli w szansę na

wydanie drugiego tomu. Dedykuję tę książkę zwłaszcza A. P. i mam

nadzieję, że jest ze mnie dumna.

Wstęp

K omnatę wypełniało światło. Jej wielkie, zakończone strzelistymi łukami okna wychodziły na morze tak zielone, że można by je w pierwszej chwili wziąć za ogromną łąkę, gdzie roślinność porusza się w rytm spokojnych powiewów wiatru. Przy jednym z okien stała wyprostowana jak struna kobieta. Miała ogorzałą od słońca, surową i poznaczoną bliznami twarz, krótkie ciemne włosy przeplecione koralikami oraz pospolicie niebieskie oczy. Nosiła strój bliższy piratowi niż żołnierzowi, chociaż na jej ramieniu znajdował się symbol marakidzkiego admirała floty. Na lnianą zielonkawą koszulę narzuciła obszerną kurtkę, a spodnie wpuściła w twarde buty z rekiniej skóry.

Obserwowała z góry statki kołyszące się łagodnie na falach. „Smocza Królowa” odznaczała się na tle pozostałych okrętów – większa od nich, z żaglami przypominającymi gadzie skrzydła. Jej załoga została na pokładzie pod rozkazami Amalii la Castellano – niespokojnej dziewczyny o twarzy anioła i manierach przestępcy, która przy pomocy noża i pięści utorowała sobie drogę z dna ciemnych zaułków Marakidy na sam szczyt hierarchii społecznej. Wielu spośród ludzi służących pod banderą Cassidy dzieliło podobne doświadczenia. To dzięki temu byli silni, zdeterminowani i gotowi na wszystko. Nie na darmo ona sama nosiła przydomek Waleczna. Przetrwała miesiące głodu i epidemii, morderczy trening w armii, morskie potyczki i starcie ze smokiem, który zaatakował ich na Szerokim Morzu. Zapłaciła wysoką cenę, żeby znaleźć się w tym miejscu co teraz, by stanąć u boku doży chcącego podbić połowę świata. Swój awans okupiła wyrzeczeniami i krwią. Nie żałowała niczego, aż do tej chwili.

Drgnęła lekko, słysząc kroki na korytarzu, ale nie odwróciła się. Wiedziała, kogo może się spodziewać i obawiała się tego spotkania, nawet jeśli powszechnie sądzono, że Cassida Waleczna niczego się nie boi. Po chwili, która przypominała wieczność, dołączyła do niej młoda Valenzianka. Miała bardzo bladą cerę, białe włosy do ramion ozdobione łańcuszkami i oczy barwy złota. Na jej ramieniu siedział spokojnie mały smok o połyskujących czarnych łuskach.

– Wreszcie cię znalazłam. – Głos nowo przybyłej brzmiał jak dzwonki tknięte dłonią muzykanta. – Widzę, że się martwisz, Cassie. Czy zechcesz mi zdradzić, co jest powodem twojego smutku?

Marakidka wreszcie odwróciła wzrok od morza i spojrzała na swoją towarzyszkę. Jej rysy od razu stopniały jak śnieg na wiosnę. Wiedziała, że przy Silvann stawała się miękka, ale wcale jej to nie przeszkadzało.

– To żadna tajemnica. Wkrótce będę musiała wypłynąć i nie wiem, kiedy znów się spotkamy. Cierpię na myśl o naszej rozłące.

– Żadna rozłąka nie trwa wiecznie – zauważyła Silvann i uśmiechnęła się niepewnie, jakby nie przywykła do podobnego grymasu. – Niezależnie od tego, na jak długo znikniesz, zawsze będę na ciebie czekać. Zawsze.

Cassida zacisnęła powieki, żeby odgonić napływające jej do oczu łzy.

– Czasami myślę, że jesteś wobec mnie zbyt pobłażliwa. Chciałabym, żebyś choć raz zrobiła mi scenę zazdrości, zakazała wyruszać na morze, pogniewała się na mnie za moją głupotę i bezsensowne ryzykowanie życiem, ale ty zachowujesz się zawsze tak niesamowicie spokojnie. Nawet nie wiesz, jak mnie to frustruje!

Silvann uniosła brew na te słowa.

– Jestem po prostu cierpliwa. Ufam ci i wierzę, że wrócisz. Przecież za każdym razem wracasz. Karty przyszłości zdradzają, że czeka nas jeszcze wiele pięknych, wspólnych lat. – Zbliżyła się do drugiej kobiety i położyła jej dłoń na policzku. – Nie zadręczaj się, kochana. Zobaczymy się prędzej czy później. Rozumiem, dlaczego musisz odpłynąć.

Cassida spojrzała jej w oczy. Widziała w nich siebie taką, jaką zawsze pragnęła być.

– Gdyby nie zobowiązywały mnie rozkazy doży, porzuciłabym na zawsze te nużące morskie wojenki. Nie zależy mi już na nowych podbojach. Nie odkąd poznałam ciebie.

– Sprawiłam, że zboczyłaś ze swojego kursu...

– I to było najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Ty jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało – podkreśliła Cassida niecierpliwie. Chciała, żeby Valenzianka uwierzyła w szczerość jej deklaracji. Żeby wiedziała, ile dla niej znaczy. – Nikt w Marakidzie nie potrafi pojąć tego, co nas łączy.

Silvann uśmiechnęła się i splotła ze sobą ich palce.

– Nie muszą nas rozumieć. To nawet lepiej. Dzięki temu nie musimy się z nikim dzielić naszym małym szczęściem, nie sądzisz? – powiedziała ciepło. Smok na ramieniu Valenzianki ziewnął przeciągle. Kobieta podrapała go troskliwie po małym, zakończonym kilkoma kolcami łebku.

– Wspominałaś, że widziałaś naszą przyszłość przypomniała Cassida cicho. – Czy mogłabyś zdradzić mi coś więcej? Czy moja najbliższa wyprawa się powiedzie? Czy wrócę do Marakidy zwycięska? Gdzie będę za dziesięć czy dwadzieścia lat?

Silvann pokręciła głową.

– Nasz dar nie działa w taki sposób, kochana. Nie pokazuje nam tego, co chcielibyśmy zobaczyć. Widzimy jedynie mgliste sceny z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, które musimy dopiero objaśnić, by zyskały jakikolwiek sens. Jednak moja ostatnia wizja była... inna. Dokładniejsza i bardziej złożona.

– Co przez to rozumiesz?

Valenzianka wlepiła wzrok w odległy punkt za oknem.

– Dano mi zobaczyć przyszłość Marakidy – zaczęła nieobecnym głosem. – Wasze państwo stanie się prawdziwą potęgą, a ty będziesz jedną z tych, którzy ją zbudują. Bogactwo, miłość bogów, zazdrość sąsiadów – zyskacie to wszystko. Jednak szczęście w końcu się od was odwróci. Widziałam zastępy najeźdźców z północy, którzy zaatakują ziemie Dorów i spalą je do gołej ziemi. – Przerwała na moment, żeby zaczerpnąć tchu. Mocniej ścisnęła dłoń towarzyszki. – Cassie, nie wyobrażasz sobie nawet, jak straszna była to wizja. Prześladowania, wszechogarniający chaos, pogrążenie waszej kultury i tradycji przodków w mrokach niepamięci...

Cassida otworzyła szeroko oczy ze zgrozy.

– Nie... – zaprotestowała słabo. – Tak być nie może. Nie dopuścimy do tego.

Silvann spojrzała na nią zatroskana.

– Nie my o tym decydujemy. Los Marakidy został zapisany w gwiazdach. Nie można go odmienić. Poza tym jej upadek nastąpi na długo po tym, kiedy mnie i ciebie już tutaj nie będzie.

Cassida zawahała się.

– Zawsze powtarzasz, że nic na świecie nie jest wieczne. Niewola Marakidy także taka nie będzie, prawda?

Jej towarzyszka skinęła powoli głową.

– Miną wieki, nim Marakida się przebudzi, ale nie ulega wątpliwości, że ostatecznie to nastąpi. w mojej wizji pojawił się płomień rozpalony pośród ruin zburzonej świątyni. z małego ognika stawał się coraz większy, aż w końcu ogarnął wszystkie dorskie ziemie. To dobry znak.

– Tak sądzisz? – zapytała z nadzieją Cassida. – Nie czytam woli bogów tak dobrze jak ty. Jeśli jednak twierdzisz, że Marakida się odrodzi...

– Odrodzi jak feniks z popiołów – zapewniła ją Silvann. – Będzie potrzebowała tylko odpowiednio zdeterminowanych ludzi, którzy zechcą podźwignąć ją z upadku. – I naprawdę nic nie możemy teraz zrobić?

Valenzianka zaprzeczyła.

– Niestety nie, kochana. Ta przyszłość nie jest dla nas osiągalna. Możemy zmieniać tylko swoją własną.

Cassida zerknęła na ich splecione dłonie. Silvann zawsze była wobec niej dobra; od pierwszych chwil, nawet kiedy jeszcze się dobrze nie znały, a statek kondotierki rozbił się u wybrzeży jej krainy, nie traktowała przybyszki z Pierwszego Kontynentu jak intruza. Zasługiwała na szczerość.

– Jest coś, co muszę ci wyznać – powiedziała, wyplątując się z uścisku towarzyszki. Smok na ramieniu Silvann poruszył się niespokojnie, wyczuwając zmianę nastroju. – Nim opuściłam Marakidę, otrzymałam od doży pewien rozkaz.

– Chodzi o naszą magię – domyśliła się Silvann bez trudu. – Kazał ci ją wykraść, prawda?

Oczy Cassidy pociemniały.

– Wiesz, że nigdy bym tego nie zrobiła. Niezależnie, czy taka byłaby wola doży czy jakiegokolwiek innego władcy. Nie wykorzystałabym twojego zaufania. Źle zrobiłam, zdradzając doży, co widziałam w Valenzii. Magia krwi i więzi stała się jego nową obsesją, zapragnął jej dla siebie. Sądzi, że zdobycie takiej mocy okazałoby się korzystne nie tylko dla Marakidy, ale też dla wszystkich Dorów.

Silvann wydawała się opanowana, chociaż jej zaciśnięte w wąską linię wargi zdradzały tajony gniew.

– Dorowie to taki zachłanny lud... Macie przecież własną magię, a wciąż pragniecie więcej. Więcej mocy, więcej ziem, więcej pieniędzy. Na pewno zdajesz sobie sprawę, że doża zechce wykorzystać magię więzi do stworzenia rzeszy bezgranicznie lojalnych podwładnych, czyż nie?

– Znam jego intencje – przyznała Cassida niechętnie. – Wiem też, że doża myśli nad fuzją naszej i waszej magii.

Valenzianka musiała uspokoić swojego smoka, bo ten zasyczał i załopotał wściekle skrzydłami, jakby w pełni rozumiał, o czym kobiety rozmawiają.

– Spokojnie, Pax, spokojnie – szepnęła, głaszcząc go po grzbiecie. Dopiero po chwili zwróciła się ponownie do swojej towarzyszki: – Takie eksperymenty z magią bywają skrajnie niebezpieczne. Wasz doża nie ma pojęcia o tym, co robi. Lecz powiedz mi, co się stanie, jeśli nie dostarczysz mu tego, czego żąda? Czy on... ukarze cię?

Marakidka tak naprawdę nie znała odpowiedzi na to pytanie.

– Trudno stwierdzić – mruknęła wymijająco. – Pewnie uznałby mnie za niegodną zaufania i przysłał kogoś innego, żeby wypełnił jego rozkazy.

Silvann milczała dłuższą chwilę. Słońce zniżyło się nad linią horyzontu, rzucając długie, krwawe smugi u ich stóp.

– My, Valenzianie, żyjemy od wieków z dala od spraw Pierwszego Kontynentu. Wasze wojny, podboje i potworności nie są naszymi. Gdybyście dostali w swe ręce okruchy naszej magii, od was tylko zależałoby, jak je wykorzystacie.

Cassida popatrzyła na rozmówczynię z szokiem wymalowanym na twarzy.

– Silvann, ty chyba nie chcesz...

– Nie mogę pozwolić, żeby dosięgnął cię gniew doży. Wiem też, że jeśli nie ty przekażesz Dorom magię więzi, zrobi to ktoś inny. Widziałam w swojej wizji cuda, które wykonacie w przyszłości przy jej pomocy. Stanie się ona waszą własnością w równym stopniu jak magia światła. Podaruję ci ją więc dobrowolnie, byś nie czuła, że mnie okradasz.

Kondotierka była wstrząśnięta.

– Lecz czy w ten sposób nie zdradzisz swojego ludu? Swojej królowej?

Vadarka westchnęła głęboko.

– Cóż... Może matka zrozumie moją decyzję, jeśli powiem jej, że wymieniłyśmy się świętymi obietnicami.

Na twarzy Cassidy wymalował się szok.

– Sądziłam, że nigdy nie przyjmiesz moich oświadczyn – powiedziała drżącym głosem, nagle bardzo wzruszona.

Silvann uśmiechnęła się do niej blado.

– Nie sądziłam, że przyjmę je w podobnych okolicznościach – przyznała, po czym znacznie spoważniała. Z całej jej postaci biła teraz stanowczość. – Wypłyniesz jutro z samego rana, jeszcze nim wzejdzie słońce. Nie, nic nie mów! Posłuchaj mnie. Musisz uciekać, póki czas. Nasze okręty mogą cię ścigać, bo to wielka obraza kraść tajemnice cudzej magii razem z sercem następczyni tronu. Nim wytłumaczę wszystko matce i nim minie jej gniew, nie będzie ci wolno pokazywać się na naszych wodach, rozumiesz?

Cassida przygryzła wargę. Więc miała opuścić Valenzię pod osłoną nocy jak przestępczyni?

– To mi się wcale nie podoba. Wyjaw mi, proszę, czego pragniesz za ten okruch mocy. Nie mogę przecież odpłynąć, nie dając ci niczego w zamian.

– Magia za magię – odparła prosto Silvann. – Ponieważ zdradzę ci sekret naszej magii, chciałabym, żebyś w ramach wymiany podarowała mi te kilka świętych ksiąg, które zawsze przewozisz ze sobą na statku.

– Chodzi ci o Księgę Światła i pisma naszych kapłanów? – upewniła się kondotierka. Te pisma były istotne. Przechowywały w sobie wiedzę z kilku stuleci, dorskie mity i tajemne formuły zaklęć. Stanowiły prawdziwą chlubę dla wszystkich Marakidczyków, a dla Cassidy – nagrodę za wierną służbę u boku doży. – Dobrze, niech tak będzie. Magia za magię. To sprawiedliwy układ.

Silvann potrząsnęła głową.

– Nie chodzi mi tylko o sprawiedliwość, ale o wspólną historię naszych ludów. Choć teraz jesteśmy dla siebie obcy i wrodzy, kiedyś moglibyśmy stać się przyjaciółmi. Wymiana magii niech będzie tego zapowiedzią. Naszym dziedzictwem dla przyszłych pokoleń.

Cassida była pod wrażeniem słów Valenzianki. Przy niej zawsze czuła się niemądra i barbarzyńska. Przełknęła ślinę, kiedy Silvann wsunęła jej na palec swój bogato zdobiony pierścień z dużym czarnym kamieniem.

– Jest piękny – szepnęła, gdy przyjrzała mu się z uwagą. Okazał się równie mroczny i niezgłębiony jak oczy smoka Silvann. Wiedziała, że skrywa w sobie magię, której ona teraz stała się panią i niewolnicą. – Dziękuję ci. Nie masz pojęcia, jak bardzo.

– W naszym państwie podarowanie komuś takiego pierścienia na zawsze wiąże ze sobą dwie dusze. Jest dla nich gwarancję wspólnej przyszłości.

– Czy nie obiecałyśmy jej sobie już dawno temu?

– Więc teraz tylko potwierdzimy wcześniejsze słowa. W obecności moich i twoich bogów.

Żadna z nich jeszcze wtedy nie wiedziała, że te śluby na zawsze odmienią ich życie i znany im świat. Silvann popełniła błąd, sądząc, że może wprowadzać do ojczystego panteonu obce moce. Praktykowanie magii ognia sprawiło, że z jej kraju na zawsze odeszły smoki. z kolei Cassida myliła się, wierząc, że swoimi działaniami przyczyni się do większego dobra. Magia więzi stała się błogosławieństwem, ale też bronią w rywalizacji nowych marakidzkich elit.

Mimo złożonej przysięgi los rozdzielił kobiety na kolejne dekady. Odnalazły się dopiero po wielu latach na samotnej wyspie na Morzu Perłowym, obie jako wygnańczynie z rodzinnej ziemi, pozbawione wszystkiego, co posiadały, z powodu jednego marzenia ‒ żeby ich ludy nauczyły się żyć ze sobą w zgodzie.

Rozdział 1

Z ewsząd otaczały go obrazy i dźwięki, osobliwe i natarczywe, których nie mógł w żaden sposób odgonić ani zatrzymać. Znajdował się gdzieś poza czasem, oddzielony od własnego ciała. Wracały do niego sceny z przeszłości, widział znajome twarze, czuł dotyk na skórze, słyszał głosy odbijające się echem w jego umyśle. Dostrzegł zarumienioną Chiarę w ślubnej sukni, Zafira i Ignazia walczących na drewniane miecze pośród salirskich piasków, Cesara z pionową zmarszczką na czole pochylonego nad listami.

Zostań. Zostań ze mną jeszcze przez chwilę.

Zobaczył rękę kapłana na sekundy przed otrzymaniem policzka, błysk okrucieństwa w oczach Rosettiego, ojca stojącego obok kominka, gdzie płomienie trawiły ostatnie wspomnienia kobiety, dla której splamił honor swego rodu.

Portrety można spalić, ale nic nie wypali tak wielkiej hańby. Nie, kiedy po świecie chodzi dziecko noszące ją w każdym spojrzeniu.

Widział malujące się na twarzy Ignazia ulgę i wstyd, kiedy sobie nawzajem wybaczyli, uśmiech matki przychodzącej do niego w snach i zarys własnej dłoni kreślącej najskrytsze wyznania, których ujawnienia potem wielokrotnie żałował.

Jaka szkoda, że czasu nie da się cofnąć.

Obrazy zniknęły. Chciał zaczerpnąć tchu, ale nie był w stanie, tak jakby czyjeś palce zaciskały się wokół jego gardła. Dusił się i miał wrażenie, że spada w pustkę. Wszystko wokół wirowało w szaleńczym tańcu, rozpadało się i na powrót łączyło, aż nagle całkowicie ustało, jak gdyby zanurzył się w głębokiej wodzie. Pozostała tylko nieprzenikniony mrok – cichy i zimny, pozbawiony gwiazd.

Czy tak właśnie wygląda śmierć?

Ogarnął go paraliżujący lęk, kiedy pomyślał, że bogowie się go wyrzekli i zostawili jego ducha zupełnie samego pośród Otchłani. Czy naprawdę był aż tak złym człowiekiem? Przecież nie zdradził rodu la Castellano, oszczędził Scorazziego i na każdym kroku przestrzegał dorskich praw. Więc dlaczego? Dlaczego teraz tak bardzo cierpiał, wspominając przeszłość niemożliwą do odwrócenia i nie widząc żadnych perspektyw na przyszłość?

Odpowiedzcie. Dajcie mi znak. Nie pozwólcie mi gnić w tej czeluści bez dna.

Nikt jednak nie słuchał jego nawoływań, bo żaden głos nie wydobył się z jego gardła. Tymczasem czerń wokół niego zdawała się gęstnieć i coraz mocniej oplatać go swoimi nićmi.

To już koniec. Nie ma nic poza tym ponurym piekłem.

Gotów był się poddać, zamknąć oczy, zapomnieć o wszystkim i stać się bezrozumnym widmem krążącym po świecie żywych. Co innego mu pozostało?

Nagle czyjaś dłoń – biała i mocna pośród wszechobecnych ciemności – chwyciła go za nadgarstek w boleśnie przyzywający sposób. Wreszcie mógł nabrać powietrza do płuc. Odrzucił myśli, które jeszcze chwilę wcześniej kazały mu odpuścić i dać się pochłonąć śmierci. Mrok otaczający jego sylwetkę zaczął się rozrzedzać, a w powietrzu rozległ się chropowaty szept, który z każdą chwilą stawał się coraz wyraźniejszy. Doża zrozumiał, że ktoś wzywa go po imieniu.

– Arno? Arno, najdroższy, słyszysz mnie?

Lucarno mruknął coś niezrozumiałego, kiedy usłyszał nad sobą ludzkie głosy. Przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych w jego życiu. Kręciło mu się w głowie i nie marzył o niczym innym niż tylko o ponownym zapadnięciu w sen. Niestety, nie było mu to dane. Łoże zaskrzypiało i la Castellano wyczuł przy sobie ciepło drugiego ciała. To zmusiło go do poruszenia się.

– Prędko, sprowadź medyka! – nakazał głos, niewyraźny, głęboki i dochodzący jakby z oddali. Zadudniły kroki i zaraz potem trzasnęły drzwi. Każdy donośniejszy dźwięk zadawał doży niemal fizyczny ból. – Arno, proszę cię, otwórz oczy. Spójrz na mnie.

Doża niechętnie rozchylił powieki i natychmiast poraziła go jasność panująca w pomieszczeniu. Dopiero po chwili udało mu się do niej przyzwyczaić i rozpoznał sylwetkę pochylającego się nad nim imperatora. Mężczyzna wydał mu się blady, miał podkrążone oczy i usta zaciśnięte w wąską linię. Wyglądał na szczerze zatroskanego, nawet tego nie ukrywał, a przecież nie lubił okazywać światu własnych słabości.

Lucarno przeniósł spojrzenie na ich splecione palce. Dłoń Cesara była ciepła, szorstka w dotyku i jak najbardziej materialna.

Więc jednak nie umarłem – pomyślał la Castellano i odetchnął z ulgą, skupiając się na spokojnym dudnieniu własnego serca, uczuciu spierzchniętych warg i możliwości muskania miękkiej pościeli opuszkami na wpół zesztywniałych palców – doznaniami, na które nigdy nie zwracał uwagi, a teraz wydały mu się tak piękne i żywe, że miał ochotę się rozpłakać i podziękować za nie bogom. Jeszcze nie dzisiaj. Jeszcze nie nadeszła na niego pora.

– Gdzie... Gdzie jestem? – wychrypiał, nie rozpoznając w pierwszej chwili własnej mowy. Z trudem przychodziło mu składanie wyrazów w spójną całość. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że mówi po marakidzku i Cesar może go nie rozumieć. – Gdzie jestem? – powtórzył tym razem po vaskijsku, chociaż posługiwanie się obcym językiem okazało się nie lada wyzwaniem. Musiał przypomnieć sobie podstawowe słowa, które ulatywały mu z pamięci.

Imperator patrzył na niego wyraźnie przejęty. Nim udzielił odpowiedzi, sięgnął po stojącą na pobliskim stoliku karafkę i kubek. Napełnił go odrobiną wody i przystawił do warg Lucarna. Ten wypił ją pośpiesznie, nie kontrolując własnych odruchów, i niemal się zakrztusił. Miał wrażenie, jakby jego gardło zamieniło się w pustynię.

– Nic się nie obawiaj, Arno – powiedział Cesar, uspokajająco gładząc wierzch dłoni kochanka. Ta czułość, która w normalnych okolicznościach byłaby dla doży krępująca, teraz sprawiała, że czuł się bezpieczny. – Jesteśmy w moich komnatach w Pałacu Dożów strzeżeni przez najlepszych strażników. Już nic ci nie grozi. Wszystko będzie dobrze. Najważniejsze, że żyjesz. – Di Costanzi podał mu więcej wody, widząc niemal rozpaczliwe spojrzenie młodzieńca, którego oczy mówiły, że jeśli zaraz się nie napije, po prostu rozsypie się w popiół.

Dopiero po chwili Lucarno odzyskał głos na tyle, aby móc normalnie mówić. Wracała mu też jasność umysłu.

– Gdzie są moi bliscy? Czy ktoś z nich został ranny? Chiara, Ignazio, Zafir...

Imperator potrząsnął głową.

– Wszyscy są cali – zapewnił i przyłożył dłoń la Castellana do swoich ust, składając na niej lekki pocałunek. – Teraz liczysz się tylko ty i twoje zdrowie, rozumiesz? Oni nie mają znaczenia.

Lucarno delikatnie, acz stanowczo wysunął rękę z jego uścisku, nie pozwalając, żeby Cesar wciąż składał mu świadectwa swego uwielbienia.

– Czemu przyniesiono mnie tutaj, a nie do mojej własnej sypialni? I dlaczego strzegą mnie twoi ludzie? – Czuł się coraz bardziej skołowany, kiedy dostrzegł przy drzwiach nieruchomych żołnierzy w czarnych jak noc mundurach.

Di Costanzi odgarnął mu z czoła wilgotne od potu włosy.

– To wszystko dla twojego bezpieczeństwa, najdroższy. Po tym, co się wydarzyło podczas igrzysk...

Doża jak przez mgłę przypomniał sobie dźwięk wystrzału i chaos, który zapanował zaraz po nim. Pamiętał, jak żołnierze opanowali trybuny, a on sam znalazł się przy imperatorze, by sprawdzić, czy ten nie został postrzelony. Potem wypadki potoczyły się już bardzo szybko. Ból w boku, krew na białej szacie i wszechogarniająca ciemność. Zimny dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie, kiedy pomyślał, że to wszystko mogło się skończyć zupełnie inaczej.

– Pochwycono strzelca? – zapytał, ale siedzący przy jego boku mężczyzna milczał. – Cesarze, spytałem cię, czy schwytano zamachowca – powtórzył nagląco.

Twarz imperatora wykrzywiła się od gniewu.

– Nie zdążono. Ten sukinsyn przegryzł truciznę jeszcze zanim strażnicy go dopadli. Nie znaleziono przy nim niczego oprócz broni. Nie miał żadnych cech szczególnych. Nikt z tych, którzy go widzieli w ciągu ostatnich kilku dni, nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, skąd przybył, czy ktoś mu towarzyszył ani gdzie się zatrzymał.

– Wynajęty skrytobójca... – wymamrotał la Castellano do samego siebie. Kto mógł chcieć się go pozbyć? Piraci? Przecież miał z nimi układ. Może jeden z arystokratów? Lucarno nie przypominał sobie, żeby w ostatnim czasie podjął jakąkolwiek szkodliwą dla wielkich rodów decyzję. w takim razie któryś z gości? A jednak władcy Adragonii i Saliru potrzebowali go do odbudowania potęgi Dorów, a księciu Trytopolis zależało na małżeństwie. Czyżby hrabina...? Tylko dlaczego miałaby działać przeciwko Cesarowi i jego planom? To nie miałoby najmniejszego sensu. – Nie rozumiem. Dlaczego ktoś próbował mnie zabić? – Spojrzał na imperatora, szukając wyjaśnień. Coś wciąż mu umykało.

– Zapewne ta kula wcale nie była przeznaczona dla ciebie – powiedział cicho di Costanzi. – Mogłeś znaleźć się przypadkiem na linii ognia.

Lucarno zamarł. Pierwszy strzał, który uderzył gdzieś niedaleko niego chybił, co do tego nie miał wątpliwości. Prawdopodobnie skrytobójca zorientował się, że nie wykonał zadania albo chciał się upewnić, że jego ofiara nie przeżyje, inaczej nie miałby powodu, żeby strzelać drugi raz. Trudno powiedzieć, czy wypalił na oślep, czy celował. Jeśli to drugie, kula w istocie nie miała trafić w dożę. To nie on był celem, ale imperator.

– Cesarze... – La Castellano nie potrafił znaleźć właściwych słów. Nim zdołał kontynuować, di Costanzi położył mu palec na wargach, skłaniając do milczenia.

– Nie musisz nic w tej chwili mówić. Nawet wolałbym, żebyś tego nie robił. Dziwnie mi z myślą, że mogłeś ocalić moje życie.

– Tak... Mnie również... – przyznał Lucarno oszołomiony. Zrobiło mu się słabo na myśl o Cesarze trafionym prosto w serce i wykrwawiającym się na jego oczach, w samym środku dorskich igrzysk, które miały być wielkim świętem, tymczasem zamieniłyby się w tragedię, a może nawet pretekst do wojny.

W pomieszczeniu zapadła niezręczna cisza, jednak zaraz została przerwana przybyciem medyka i jego dwojga asystentów.

– Wasze wysokości. – Mężczyzna ukłonił się szybko, a towarzysze poszli w jego ślady.

Imperator zerwał się z posłania i stanął przy oknie, żeby obserwować pracę lekarzy. Pozostawił po sobie ulotne uczucie ciepła i parę wgnieceń na pościeli. Lucarno studiował je przez moment, nim nad jego łóżkiem nie pojawił się dorski medyk – ten sam, który nieco ponad rok wcześniej był świadkiem ostatnich chwil Flavia la Castellano. Wspomnienia zaciemnionego pokoju wypełnionego zapachem choroby i ojca pogrążonego w malignie sprawiły, że doża poczuł nieprzyjemny ucisk w gardle.

– Znów się spotykamy, szkoda, że w równie nieprzyjemnych okolicznościach. Jak się wasza wysokość czuje? – zapytał uprzejmie medyk, dając asystentom znak, żeby rozpakowali torbę z przyrządami i lekarstwami. Jeden z nich, chłopak niewiele młodszy od Lucarna, ujął jego dłoń, żeby zmierzyć puls. – Nie dokuczają waszej wysokości zawroty głowy, nudności, ucisk w klatce piersiowej?

– Jestem tylko zmęczony – odparł la Castellano zgodnie z prawdą. – Jak długo byłem nieprzytomny?

– Trzy dni, mój panie. Miałeś wiele szczęścia. Kula przeszła płytko między żebrami i nie tknęła kości ani organów wewnętrznych. Spowodowała jednak znaczny upływ krwi, którego nie należy lekceważyć. Zmienię teraz waszej wysokości opatrunki, dobrze?

La Castellano skinął głową przyzwalająco.

– Puls w normie? – zapytał kontrolnie lekarz, zerkając na towarzyszącego mu chłopaka, podczas gdy jego asystentka przygotowywała świeże bandaże, tnąc biały materiał na mniejsze części.

Lucarno leżał spokojnie, pozwalając, by lekarze postępowali z nim jak z lalką. Był zbyt obolały, żeby robić coś więcej, niż tylko zachowywać pełnię świadomości i śledzić, co się wokół niego dzieje. Medyk przy pomocy swoich asystentów rozwiązał doży koszulę i odwinął pokryte zaschniętą krwią bandaże. La Castellano wciągnął ze świstem powietrze, kiedy jego oczom ukazała się posiniaczona i zaczerwieniona skóra oraz grube szwy, które ciągnęły się na długość dwóch małych palców.

– Zostanie mi blizna? – zapytał mimowolnie, wyobrażając sobie, jak bardzo ślad po ranie oszpeci jego ciało.

Lekarz zwlekał z udzieleniem odpowiedzi.

– Obrażenia waszej wysokości były bardzo poważne. Zakładaliśmy szwy w pośpiechu i nie braliśmy pod uwagę względów estetycznych, chyba sam wasza wysokość rozumie... Skłamałbym, gdybym obiecał, że po wygojeniu skóra w tym miejscu będzie wyglądała tak samo jak kiedyś – powiedział, jednocześnie przemywając ranę i sprawnie zakładając nowe bandaże. – Czy opatrunek zanadto nie uciska? Wasza wysokość chciałby otrzymać coś na uśmierzenie bólu?

– Jest dobrze – mruknął la Castellano nieobecnym głosem. Kłamał. Zobaczenie, jakie spustoszenie wywołał niedawny postrzał, wytrąciło go z równowagi. W tamtym momencie chciał tylko, by jak najprędzej zostawiono go w spokoju. Medyk chyba zdawał sobie z tego sprawę, bo wymienił parę cichych uwag ze swoimi asystentami, po czym ponownie przykrył dożę kołdrą i poprawił poduszkę pod jego głową.

– Stan waszej wysokości jest teraz stabilny. Proszę odpoczywać i wzywać nas, jeśli działoby się cokolwiek niepokojącego. Służba została poinstruowana, jak zadbać o pański komfort. Na razie wszystko zmierza ku lepszemu. Wasza wysokość może podziękować bogom za ocalenie.

Wiedział, że mężczyzna ma rację, a jednak nie potrafił wyrzucić z głowy widoku ściągniętej i opuchniętej skóry przeplecionej czarnymi nićmi. Powinien czuć wdzięczność, tymczasem wypełniała go bezsilna wściekłość. Jego triumf podczas igrzysk, jego nieskazitelne dotąd ciało, zostały bezpowrotnie zniszczone.

– Kiedy wrócą mi siły? Kiedy będę mógł wstać? – Chciał wiedzieć. Czuł pulsowanie krwi w żyłach, iskry gniewu pod skórą. Nie zamierzał puścić płazem tego, co mu zrobiono.

Lekarz spojrzał na niego z wyraźną dezaprobatą.

– Jeśli wasza wysokość będzie stosował się do moich rad, prędko wydobrzeje. Proszę nie myśleć na razie o wstawaniu. Omal się nie wykrwawiłeś, mój panie. Twój organizm musi się zregenerować.

– Wiem o tym – przyznał Lucarno niechętnie. Wcale nie podobało mu się, że miałby zostać przykuty do łóżka i zdany na łaskę innych ludzi. Przeleżał bez świadomości trzy dni. Trzy dni to dostatecznie dużo czasu, żeby w mieście pozbawionym władcy zapanował chaos.

– Zajrzymy do waszej wysokości za parę godzin, chyba, że wydarzy się coś nieprzewidzianego, czego oczywiście nikt z nas sobie nie życzy. – Medyk ukłonił się i wycofał. Przed wyjściem spojrzał jeszcze ostatni raz na imperatora, którego obecność do tej pory skutecznie ignorował. – Mogę sobie wyobrazić niepokój Waszej Imperatorskiej Wysokości, ale lepiej, żeby nie zakłócano odpoczynku doży. Nasz władca powinien spać. Sen to najpewniejsze lekarstwo – powiedział i chwilę później wyszedł wraz ze swoimi asystentami. Lucarno i Cesar ponownie zostali sami, nie licząc strażników, którzy stali przy drzwiach jak dwa posągi wykute z kamienia.

La Castellano upewnił się, że kroki na korytarzu ucichły, po czym zacisnął zęby i zaparł się z całych sił dłońmi, podejmując niezbyt udaną próbę wstania.

– Co robisz, Arno? Chcesz sobie zrobić krzywdę? – Zaniepokojony imperator w jednej chwili znalazł się przy jego boku. – Powinieneś leżeć. Nie słyszałeś, co powiedział medyk?

Doża posłał mu zirytowane spojrzenie.

– Słyszałem, co nie znaczy, że zamierzam zastosować się do jego słów – burknął. – Pomóż mi się podnieść. Chciałbym siedzieć, kiedy z tobą rozmawiam.

Cesar nie wyglądał na przekonanego do tego pomysłu.

– Jesteś osłabiony i obolały. Pogorszysz tylko swój stan, zmuszając się do takiego wysiłku – argumentował, ale Lucarno pozostawał nieugięty.

– Nie zniosę bezczynnego leżenia, kiedy Marakida mnie potrzebuje – powiedział dobitnie. – Więc jak będzie? Pomożesz mi czy nie?

Imperator poddał się i zgodnie z wolą kochanka pomógł mu się podnieść i wygodniej oprzeć na poduszkach. Po zmianie pozycji Lucarno poczuł lekkie zawroty głowy i żółć podeszła mu do gardła, ale nie zamierzał ponownie się kłaść. Był uparty, jeśli chodziło o własne postanowienia.

– Jak wygląda w tej chwili sytuacja w mieście? Czy igrzyska nadal trwają? Obywatele się niepokoją? – zarzucił rozmówcę gradem pytań.

Cesar przysiadł na brzegu łóżka, spoglądając na kochanka z niepokojem.

– Igrzyska zostały przerwane, w mieście wprowadzono godzinę policyjną, wstrzymano przepływ statków przez Słupy, a straż wciąż szuka ludzi powiązanych ze skrytobójcą. Bezpieczeństwa władców przybyłych na uroczystości pilnuje gwardia. Na ulicach doszło do kilku incydentów, kiedy żołnierze próbowali wylegitymować podejrzane jednostki, jednak szybko je opanowano.

Lucarno milczał dłuższą chwilę. Podjęte działania były niewątpliwie rozsądne, ale mogły wzbudzić lęk mieszkańców Marakidy i spłoszyć zagranicznych gości. Doża nie zamierzał pozwolić, żeby święto pełne radości zamieniło się w spiralę terroru.

– Kto wydał te wszystkie rozkazy? Moje Święte Kolegium?

– Ja je wydałem – odparł di Costanzi, marszcząc brwi. – Coś nie tak?

– Nie do ciebie należy władza w Marakidzie w chwilach niedyspozycji doży – zauważył Lucarno z wyrzutem. – Arystokraci zaczną szemrać, że nie przestrzegasz naszych praw.

Cesar wyglądał na urażonego.

– Władam całym Imperium Zachodzącego Słońca. Czy to nie oczywiste, że moje rozkazy mają pierwszeństwo przed jakimikolwiek innymi regułami? Poza tym, czy naprawdę wolałbyś, żeby ludzie niegodni zaufania podejmowali decyzje w twoim imieniu?

– Ufam mojemu Świętemu Kolegium – zaoponował la Castellano. Nie zamierzał kłócić się z Cesarem o podobne sprawy. – Jestem ci wdzięczny za przejęcie pieczy nad wszystkim, ale nie w taki sposób rozwiązujemy problemy w Marakidzie. Niezależnie od tego, co się wydarzyło, igrzyska powinny trwać i należy przywrócić zwyczajny rytm życia miasta. Gdzie są w tej chwili moi ministrowie? Proszę, sprowadź ich tutaj.

Di Costanzi oniemiał.

– Chyba nie zamierzasz w tej chwili zwoływać zebrania Kolegium i wydawać rozporządzeń? Zostałeś poważnie ranny. Dopiero odzyskałeś przytomność. Nie powinieneś myśleć w tej chwili o obowiązkach. Pozwól, żebym cię w nich wyręczył, przynajmniej na razie, dopóki nie wydobrzejesz i nie nabierzesz sił.

Lucarno doceniał jego propozycję, lecz nie mógł jej zaakceptować.

– Wybacz mi, Cesarze, ale to żadne rozwiązanie. Lud potrzebuje w tej chwili swojego władcy.

– Przestań. – Imperator położył mu dłonie na policzkach i skłonił go do spojrzenia sobie w oczy. – Musisz teraz skupić się na sobie, nie rozumiesz? Do diabła, prawie wykrwawiłeś mi się na rękach! Mogłeś umrzeć, nie zdajesz sobie z tego sprawy?!

Młodzieniec zamknął oczy, uciekając przed własnymi emocjami odbitymi w spojrzeniu Cesara. Dobrze wiedział, że otarł się o śmierć, ale nie chciał o tym myśleć. Nie w tej chwili, dlatego broniąc się przed ogarniającym go mrokiem, wykorzystał najlepszą metodę, jaką znał – atak. Jego wyraz twarzy stał się beznamiętny i posągowy.

– Czy planując posadzenie mnie na marakidzkim tronie, naprawdę nie brałeś pod uwagę podobnej możliwości? Nie zastanawiała cię nigdy przedwczesna liczba zgonów kolejnych dożów? Władza to ciągłe igranie z losem, zwłaszcza jeśli rządzi się takim miejscem jak to. Zabijasz albo zostaniesz zabity.

Przez twarz di Costanziego przebiegł cień.

– Nigdy bym nie pozwolił, żeby... – Urwał, chyba zdając sobie sprawę, jak bezsensownie zabrzmiałyby w tej sytuacji jego zapewnienia.

Lucarno uśmiechnął się do niego blado, z rezygnacją.

– Nigdy byś na to nie pozwolił, ale prawda jest taka, że pozwoliłeś, Cesarze. Zrobiłeś ze mnie tarczę strzelniczą, wybierając mnie na swojego kandydata na urząd doży. Nie możesz się tego wypierać.

Mimika imperatora stała dla Lucarna zupełnie nieczytelna. Mężczyzna odsunął się od niego bez słowa i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. Zostawił go sam na sam z ponurą pustką w głowie i pulsującym bólem w boku, który przypominał, jak niewiele brakowało, żeby doża znalazł się w zupełnie innym miejscu – w tej nieprzeniknionej czerni pozbawionej jakichkolwiek gwiazd.

Rozdział 2

M am więc rozumieć, że nie poczyniono żadnych znaczących postępów w śledztwie? Wyjaśni mi pani, z czego wynika taki stan rzeczy? – zapytał Lucarno, z trudem ukrywając niezadowolenie.

Stał sztywno wyprostowany pośrodku gabinetu, oparty na mahoniowej laseczce ze srebrną rączką. Bez słowa sprzeciwu pozwalał, żeby służba wprowadzała ostatnie poprawki w noszonym przez niego stroju. Unikał przy tym patrzenia w lustro, które na jego życzenie zasłonięto czarną krepą. Przed sobą miał milczącego kuzyna i generalessę Fidelli odpowiadającą za bezpieczeństwo w mieście. Kobieta przypominała posąg i patrzyła doży prosto w oczy. Kiedy mówiła, jedna strona jej twarzy poruszała się, podczas gdy druga, poznaczona szaro-sinymi śladami po poparzeniach, pozostawała nieruchoma.

– Jak już wcześniej wspominałam, aresztowaliśmy kilka osób, ale ostatecznie okazało się, że to tylko drobni kryminaliści, którzy nie mieli nic wspólnego z zamachem. Sprawdziliśmy wszelkie posiadane tropy i nie przybliżyły nas one do schwytania wspólników skrytobójcy. Moim zdaniem, jeśli takowi istnieli, dawno zdążyli uciec.

– A pani do tego dopuściła – zauważył młodzieniec, odprawiając niedbałym gestem swoich służących i wygładzając dłonią materiał mocno plisowanej, szerokiej koszuli, która skutecznie maskowała noszone przez niego bandaże. Medyk nie zgodził się jeszcze na ściągnięcie szwów i Lucarno czuł ich ciągnięcie przy każdym ruchu. Zaciskał jednak zęby, ignorując dyskomfort. – Odpowiada pani za porządek w mieście, tymczasem zamachowcy nie tylko zdołali wtargnąć na trybuny, ale też opuścić miasto, nie napotykając żadnego oporu ze strony żołnierzy patrolujących ulice i mury.

Generalessa ze spokojem przyjęła jego oskarżenia.

– Wprowadzone w mieście zabezpieczenia były

wystarczające, wasza wysokość sam je zatwierdził. Do waszej wysokości należała decyzja, żeby do ochrony wykorzystać nowo przeszkolonych żołnierzy z prowincji. Wypełniliśmy rozkazy co do słowa i nie potrafię wyjaśnić, jak doszło do tego, że skrytobójca zdołał wmieszać się w tłum i przemycić broń w pobliże najważniejszych gości. Biorę na siebie winę za ten incydent. Jeśli wasza wysokość zdecyduje się mnie zdegradować, przyjmę karę z godnością.

La Castellano westchnął. Nie planował uciekać się do tak drastycznych rozwiązań.

– Wierzę, że zrobiła pani wszystko, co konieczne, żeby zabezpieczyć igrzyska i odnaleźć zamachowców. Także podwładni imperatora niczego nie znaleźli, co tylko pokazuje, z jakim zaangażowaniem skrytobójca i jego zleceniodawca przeprowadzili całą akcję. Nie myślę o zdegradowaniu pani, mimo że hrabina Coletti naciska na mnie, abym to zrobił. Uważa, że naraziliśmy zdrowie i życie imperatora na szwank.

Kobieta wykrzywiła wargi w upiornym grymasie imitującym uśmiech.

– Hrabina nie może się pogodzić z tym, że sama zawiodła w kwestii ochrony. Pozwoliła, żeby skrytobójca przedarł się w pobliże imperatora i gdyby nie wasza wysokość, Cesar di Costanzi zapewne skończyłby martwy.

Lucarno mimowolnie się skrzywił. W całej Marakidzie powtarzano z ust do ust, że ocalił imperatorowi życie, osłaniając go własnym ciałem, i nie wszyscy uznawali to za akt bohaterstwa.

– W tym tkwi problem, generalesso. Gdyby imperator zginął, oskarżono by nas o zdradę. Do zamachu doszło podczas zorganizowanych przeze mnie igrzysk i to ja w oczach Triumwiratu ponoszę odpowiedzialność za niedostateczne zabezpieczenia. Oczekuje się ode mnie, że za to zapłacę.

Fidelli utkwiła świdrujące spojrzenie swojego widzącego oka w punkcie, gdzie pod ubraniami doży kryły się sploty bandaży.

– Czy wasza wysokość nie zapłacił dostatecznie wysokiej ceny i nie oczyścił swojego imienia z jakichkolwiek podejrzeń? – zapytała szorstko. – Czego Triumwirat jeszcze oczekuje?

– Chce, by kogoś aresztowano i osądzono.

– Więc mamy szukać kozła ofiarnego, byle tylko go zadowolić? – prychnęła kobieta. – To czysty absurd.

– Pani to wie i ja to wiem, ale Triumwirat nie odpuści – mruknął la Castellano niechętnie. – Hrabina Coletti wprost zasugerowała, że to któryś z marakidzkich arystokratów mógł mieć swój udział w zleceniu zabójstwa. W końcu nie od dziś wiadomo, że niektóre rody nie darzą imperatora szczególną miłością.

W oku żołnierki pojawił się niebezpieczny błysk.

– Mogę zlecić przesłuchanie podejrzanych arystokratów, jeśli takie jest życzenie hrabiny, ale nie liczyłabym na jakiekolwiek efekty. Wielkie rody nabiorą wody w usta, jak zawsze, kiedy dzieje się coś podejrzanego. Nasze działania wywołałyby tylko sprzeciw i oburzenie elit. w mieście i tak panuje chaos. Nie potrzebujemy dodatkowo podsycać negatywnych emocji, chyba wasza wysokość się ze mną zgodzi?

Doża potwierdził.

– Nie powinniśmy rzucać oskarżeniami wobec arystokracji bez twardych dowodów. Mimo wszystko chciałbym, żeby dyskretnie wywiedziała się pani, kto z nich mógł odpowiadać za zorganizowanie zamachu. Jeśli to nie usatysfakcjonuje hrabiny, trzeba będzie znaleźć kozła ofiarnego i zainicjować małe przedstawienie, specjalnie dla żądnego krwi Triumwiratu. Rozumie pani, co mam na myśli?

– Doskonale rozumiem, wasza wysokość. W Wieży Potępionych mamy dostatecznie wielu przestępców, których można by oskarżyć o taką zbrodnię. Nikomu nie będzie ich szkoda. Wszystkim się zajmę, wydaj tylko rozkaz.

Lucarno skinął głową, chociaż czuł wstręt na myśl o podobnym oszustwie, w którym winą za zamach miałby zostać obarczony przypadkowy człowiek. Przestępca czy nie, byłoby to zwyczajne drwienie sobie ze sprawiedliwości. Znalezienie kozła ofiarnego wprawdzie uspokoiłoby nastroje w mieście i zadowoliło Triumwirat, ale nie wyjaśniłoby, kto tak naprawdę zatrudnił skrytobójcę.

– Na razie proszę dalej kontynuować śledztwo. Ja wezmę na siebie gniew Triumwiratu. Proszę panią tylko o dyskrecję, bo obywatele Marakidy znieśli już dostatecznie dużo przejawów terroru ze strony imperatorskich żołnierzy.

– To zrozumiałe – przytaknęła Fidelli. – Będę raportować, kiedy tylko pojawi się jakiś przełom w sprawie. Wasza wysokość może na mnie liczyć.

– W to nie wątpię. – Bynajmniej nie skłamał. Generalessa nie należała może do jego najbliższych sojuszniczek, ale nigdy nie dała mu powodów, żeby stracił do niej zaufanie. – To wszystko, co chciałem przekazać. Pozwalam pani odejść.

Kobieta przepisowo zasalutowała.

– Życzę waszej wysokości jak najszybszego powrotu do zdrowia – powiedziała na odchodnym, po czym marszowym krokiem opuściła pomieszczenie. Odgłos jej podbitych metalem butów jeszcze przez dłuższą chwilę niósł się korytarzami pałacu. Kiedy ucichł, doża przeniósł całą swoją uwagę na kuzyna, który do tej pory zachowywał milczenie. Przez tę ciszę można było zapomnieć, że w ogóle znajduje się w pomieszczeniu.

– Co myślisz o tym wszystkim, Ignazio? Sądzisz, że to któryś z wielkich rodów zaplanował zamach na życie imperatora? – zapytał Lucarno, nakładając na głowę srebrną tiarę z małym niebieskim oczkiem.

Kuzyn wzruszył ramionami.

– Wielu arystokratów nie znosi Cesara di Costanziego. Nie zliczę, ilu miało motyw i środki, żeby zatrudnić równie fanatycznego skrytobójcę.

Lucarno wiedział, że Ignazio ma rację. Zabójców takich jak ten, który zaatakował go podczas igrzysk, najmowano za ogromne kwoty w Fornisie, Darakku, Lacji albo innym dorskim wolnym mieście, gdzie królowało bezprawie i grzech. Żadne większe państwo z wyjątkiem Trytopolis nie chciało mieszać się w interesy rządzących tam piratów, przemytników, prostytutek i najemników, z czego skrzętnie korzystali ludzie mający dostatecznie wiele pieniędzy, żeby zapłacić za pośrednictwo w zbrodni, a potem z wygodnego miejsca na widowni obserwować przebieg wypadków.

– Może nigdy nie dowiemy się, kto za tym wszystkim stoi. Jedno wiem na pewno: ktokolwiek to był, raczej nie darzy mnie teraz szczególną miłością, biorąc pod uwagę, że pokrzyżowałem mu plany.

– Musisz uważać, żeby nie stać się kolejnym celem, Luca. Lepiej żebyś wzmocnił wokół siebie ochronę – poradził mu Ignazio. – Nie myślałeś o zatrudnieniu większej liczby golemów?

– To zbędne – zaoponował stanowczo Lucarno i ruszył powoli do wyjścia, podpierając się laską. Każdy krok sprawiał mu wysiłek. Nie umknęło to uwadze jego krewnego.

– Jesteś pewien, że czujesz się na siłach, żeby tam iść? – zapytał Ignazio wyraźnie zaniepokojony. – Widać, że się męczysz. Co jeśli zasłabniesz podczas obrad albo twoje rany się otworzą?

Młodszy zatrzymał się i wziął kilka głębszych wdechów.

– Dam sobie radę. Mam już dość bezczynnego leżenia. Muszę wrócić do swoich zajęć, inaczej oszaleję. Zresztą poddani mnie potrzebują. Pokażę im, że nie dałem się złamać. Nie boję się. – Mocniej zacisnął dłoń na rączce laski i wznowił swój uparty marsz.

Ignazio dotrzymywał mu kroku, gotowy w każdej chwili go podtrzymać.

– Nie musisz nikomu niczego udowadniać. Wiele przeszedłeś. Każdy rozumie, że potrzebujesz odpoczynku. Wszyscy się o ciebie martwimy. Cała nasza rodzina.

– Z moim stryjem na czele – sarknął doża. – Daraian nie przyszedł ani razu, żeby złożyć mi wizytę i zapytać o samopoczucie. Nie sądzę, żeby szczególnie przejmował się moim stanem.

– To nieprawda, Luca. Ojciec był naprawdę poruszony tym, co się stało i wierz mi lub nie, naprawdę się o ciebie martwił.

Lucarno uśmiechnął się pod nosem.

– Martwił się o mnie czy o swoją pozycję w razie mojej śmierci?

Widział kątem oka, jak na policzkach Ignazia pojawiają się czerwone plamy świadczące o zawstydzeniu. Jego kuzyn nigdy nie był zbyt dobry w ukrywaniu swoich emocji. Nie mówili już więcej, aż do momentu, kiedy dotarli pod bogato zdobione drzwi prowadzące do sali spotkań Świętego Kolegium. Na jednym skrzydle wygrawerowano słońce, na drugim księżyc. Wolną przestrzeń wypełniono malunkami gwiazd i planet, które Dorowie przez wieki obserwowali i czcili.

– Na pewno nie chcesz, żebym ci towarzyszył? Może przyda ci się wsparcie?

Lucarno uśmiechnął się do kuzyna blado. Na jego czole wystąpiło kilka kropel potu, a tiara przekrzywiła się na bok. Poprawił ją płynnym ruchem.

– Dziękuję za dobre chęci, ale nikt postronny nie powinien uczestniczyć w spotkaniach Świętego Kolegium – wyjaśnił spokojnie. – Najbardziej się przydasz, jeśli pomożesz

generalessie Fidelli w opanowywaniu sytuacji w mieście.

Ignazio przyjął jego słowa bez sprzeciwu.

– Nie zawiodę cię – zapewnił. – Uważaj na siebie.

– Będę. Na pewno nie planuję w najbliższym czasie ponownie stawać na drodze lecącego pocisku. – Doża próbował zażartować, ale sam dobrze wiedział, jak sztucznie zabrzmiały jego słowa, dlatego szybko się zreflektował: – Zapomnij o tym. Zobaczymy się jutro? Pozdrów Chiarę, jeśli będziesz się z nią widział. i przeproś, że jeszcze nie jestem jej odwiedzić.

– Chiara zrozumie. Wiem, że nie ma ci niczego za złe.

Lucarno westchnął w duchu. Pożegnał się z kuzynem, potem jeszcze przez moment zwlekał z otwarciem drzwi i wkroczeniem do pomieszczenia. Jego myśli krążyły wokół igrzysk, sprzeczki z Cesarem, przedwczesnego porodu Chiary i politycznego śledztwa. W końcu nacisnął klamkę i wkroczył do sali zalanej światłem. Szmer rozmów, który słyszał jeszcze z korytarza, w jednej chwili ucichł i w pomieszczeniu dało się słyszeć tylko miarowy stukot jego laski na posadzce, kiedy zmierzał na swoje miejsce na podwyższeniu. Musiał przytrzymać się ramienia jednego ze swoich golemów, żeby na nie wejść. Opadł ciężko na fotel, podczas gdy jego Święte Kolegium składało mu ukłon. Jedyną osobą, która tego nie zrobiła, była hrabina Coletti siedząca na drugim końcu stołu.

– Nie spodziewaliśmy się, że wasza wysokość tak szybko zaszczyci nas swoją obecnością – powiedziała, unosząc brew. – Czy to aby na pewno rozsądne, żeby wasza wysokość w takim stanie opuszczał łóżko?

– Dziękuję za troskę, czuję się już znacznie lepiej – odparł Lucarno zjadliwie. – Jestem na tyle zdrowy, żeby wrócić do swoich obowiązków. Zdawało mi się, że pani również tego ode mnie oczekuje.

Coletti uśmiechnęła się i zdecydowanie nie był to przyjazny uśmiech.

– Czy wasza wysokość rozważył już kwestię pozycji generalessy Fidelli? Fakt, że pochodzi ona ze znamienitego rodu i doznała licznych krzywd ze strony korony, nie powinien czynić jej osoby nietykalną.

La Castellano zacisnął usta w wąską linię. Gdyby miał porównać hrabinę do jakiegoś konkretnego zwierzęcia, byłaby to z pewnością żmija – nieprzewidywalna i jadowita.

– Nie powinien, to prawda. Jednak generalessa jak do tej pory wypełniała moje rozkazy bez zarzutu. W ostatnim czasie straciłem już komandora floty. Stawianie przed sąd kolejnego wysoko postawionego dowódcy nie wydaje się właściwym posunięciem.

Rozmówczyni nie wydawała się zachwycona tymi słowami.

– Dziwi mnie, że wasza wysokość pozwala sobie na trzymanie w swoim otoczeniu osób niekompetentnych. Generalessa Astari nie powstrzymała ataku spiskowców na pałac, z kolei generalessa Fidelli najpierw dopuściła do ucieczki niebezpiecznego pirata, a teraz niedostatecznie zabezpieczyła igrzyska, przez co wasza wysokość został poważnie ranny. Mimo to obie te kobiety nadal piastują swoje funkcje. Nie wspominając już o innych podejrzanych jednostkach oraz decyzjach, które wasza wysokość...

– To nie jest przedmiotem dzisiejszych obrad – przerwał twardo markiz la Duca, posyłając hrabinie miażdżące spojrzenie. – Jak długo jeszcze będzie pani dręczyć naszego władcę podobnymi nonsensami?

Coletti zmarszczyła gniewnie brwi.

– Pan jest pierwszy na liście podejrzanych jednostek, markizie – ostrzegła go. – Zresztą nie zamierzałam bynajmniej dręczyć doży. Wyraziłam tylko zaniepokojenie, gdyż zależy mi na jego bezpieczeństwie i utrzymaniu porządku w Marakidzie.

– Po to się tu dzisiaj spotkaliśmy – wtrącił Lucarno, wodząc wzrokiem po twarzach swoich ministrów. Na dłużej zatrzymał go na swoim stryju, który skinął mu głową. Niewiele dało się wyczytać z jego mimiki. – Ostatnie wypadki wprowadziły zamieszanie w mieście. Należy je opanować. Przede wszystkim chciałbym, żeby igrzyska były kontynuowane.

Admirał Bazzini i Aurora Santangelo stanowczo zaprotestowali.

– Wciąż nie schwytano osób powiązanych z zamachem. Może dojść do kolejnych incydentów.

– Wasza wysokość nie obawia się, że kontynuowanie uroczystości narazi go na nowe niebezpieczeństwa?

La Castellano pokręcił głową.

– Jeśli odwołamy igrzyska, pokażemy, że się boimy. Powinniśmy postąpić dokładnie na odwrót. Niech wszyscy wiedzą, że doża Marakidy żyje i nie pozwoli, żeby potęga Dorów załamała się przez byle skrytobójcę. – Kiedy to mówił, czuł na sobie uważne spojrzenia la Duki i hrabiny. Oboje wiedzieli, że kłamał, sam doskonale to wiedział, ale liczyło się, żeby inni mu uwierzyli.

– Doża ma rację – odezwała się po chwili ministra Tardazzi. – Jego wizerunek mógłby ucierpieć, gdyby igrzyska zostały odwołane. Zresztą ich organizacja wiele nas kosztowała.

– Bardziej niż o wizerunek naszego władcy martwiłbym się właśnie o finanse – dodał Daraian, przeglądając swoje notatki. – Na przeprowadzenie zawodów przeznaczyliśmy grube tysiące z publicznych pieniędzy i jeśli nie doprowadzimy ich do końca, będziemy stratni. Przypominam, że liczyliśmy na znaczne zyski.

– Prawda – przytaknął Lucarno. – Potrzebujemy środków na przeprowadzenie urbanizacji uboższych dzielnic, ale o tym porozmawiamy w innym czasie. Muszę jeszcze przeprowadzić konsultacje z Małą Radą i poznać jej stanowisko.

– Czego więc od nas oczekujesz, wasza wysokość? – zapytał Bazzini.

Doża spojrzał na niego z powagą.

– Admirale, chciałbym, żebyś razem z generalessą Fidelli kontynuował poszukiwania osób odpowiedzialnych za zamach. Obywatelom przekażemy, że sprawcy zostali aresztowani. W ten sposób uspokoimy nastroje w mieście. Musimy powstrzymać odpływ zagranicznych kupców i dostojników, którzy zapewniają nam najwyższe dochody. Proszę też o wzmocnienie ochrony wokół naszych gości. Czy któryś z nich rozważał wyjazd?

– Książę Trytopolis, ale udało mi się przekonać go do zmiany zdania – powiedziała ministra Tardazzi. – Jeśli tylko imperator pozostanie, inni władcy pójdą w jego ślady. – To mówiąc, spojrzała badawczo na hrabinę.

– Imperator na ten moment nie planuje opuszczać Marakidy – odparła Coletti beznamiętnie. – Jeśli doża zechce kontynuować igrzyska, będzie miał w tym poparcie Triumwiratu.

Lucarno odetchnął. Przynajmniej ten jeden raz Triumwirat nie zamierzał stawać mu na drodze.

– Pani Tardazzi, panie la Duca, proszę zadbać o komfort naszych gości. Pani Santangelo – zwrócił się tym razem do Aurory – pani przekaże obywatelom moją odezwę, żeby opanować niepokój w stolicy. Stryju, ciebie proszę o dalsze monitorowanie stanu naszych finansów. Myślę, że to wszystko, jeśli chodzi o dzisiejsze spotkanie. – Podniósł się nieco chwiejnie ze swojego miejsca. Popatrzył z góry na doradców, którzy, szurając krzesłami, wstali od stołu. Większość z nich udawała, że nie dostrzegła słabości swojego władcy. – Sądzę, że kolejne zebranie Świętego Kolegium odbędzie się już po zakończeniu igrzysk. Mimo wszystko proszę pozostawać ze mną w stałym kontakcie.

Odpowiedziały mu ciche głosy potwierdzenia i sala obrad szybko zaczęła pustoszeć. Doża w otoczeniu golemów ruszył do wyjścia i wtedy właśnie niespodziewanie dołączyła do niego Francesca Coletti.

– Imponujący pokaz wytrzymałości i głupoty –

skomentowała na wstępie. – Wasza wysokość jest blady jak papier i nie zdziwiłabym się, gdyby poważnie odchorował to spotkanie. Spodziewałam się po panu większego rozsądku.

Lucarno prychnął.

– Nie musi mnie pani obrażać, skoro mój jak najszybszy powrót do sił jest konieczny, żeby opanować obecną sytuację. Poddani jeszcze gotowi byliby pomyśleć, że nie żyję i w mieście znów wybuchłaby panika, tak jak po śmierci Sigismonda la Duki.

– Prawda – zgodziła się z nim hrabina. – Gdyby wasza wysokość rzeczywiście zginął, nikomu nie byłoby to na rękę, dlatego naprawdę sugeruję podwojenie straży i jak najszybsze odnalezienie osób odpowiedzialnych za zamach. Oboje dobrze wiemy, że stoi za nim ktoś z arystokracji. Może nawet ktoś bezpośrednio z panem powiązany.

– O co mnie pani w tym momencie oskarża?

O zorganizowanie zamachu na życie imperatora?

– Bynajmniej – odparła kobieta ze spokojem. – Wasza wysokość musiałby być piekielnie dobrym aktorem i zarazem człowiekiem szalonym, żeby wynająć skrytobójcę, a potem celowo znaleźć się na trasie jego kuli. Nie wierzę, by miał pan z tym zamachem cokolwiek wspólnego, ostatecznie uratował pan życie imperatorowi, za co prawdopodobnie powinnam być panu wdzięczna. Niemniej ktoś z pańskiego otoczenia, na przykład taki la Duca albo visconte la Castellano, mogli maczać w tym palce.

– Ręczę za moją rodzinę i przyjaciół – powiedział

stanowczo doża. – Sam podejrzewam, że ktoś z arystokracji może stać za zamachem, ale, jak dobrze pani wie, oskarżenie wielkich rodów bez niepodważalnego dowodu jest niewykonalne. To wstrząsnęłoby całą Marakidą i sprowadziło Imperium na samo dno.

Hrabina zaśmiała się gorzko.

– To jest właśnie kwintesencja marakidzkiego ustroju – stwierdziła pogardliwie. – Sprawiedliwość udaje ślepą, jeśli tylko zbrodniarz posiada wysoki tytuł i dostatecznie dużo pieniędzy, żeby kupić swoją niewinność. Dobrze panu radzę, niech ma pan zawsze oczy szeroko otwarte, bo ktoś z najbliższego otoczenia wbije panu nóż w plecy.

Przeszedł go zimny dreszcz na te słowa. Brzmiały złowrogo, jak przekleństwo, które miało go ścigać. Nieprzyjemne uczucie bycia obserwowanym towarzyszyło Lucarnowi jeszcze na długo po tym, jak Francesca Coletti zniknęła po przeciwnej stronie korytarza. Pomylił się, nazywając tę kobietę żmiją. Nie, ona wydawała się czymś znacznie gorszym.

Rozdział 3

C hciałby zatrzymać chwile takie jak ta na dłużej. Jak urzeczony patrzył na swoją siostrę i małe zawiniątko, które kołysała w ramionach. Chiara wyglądała na nieco znużoną, a jednocześnie uśmiech ani na chwilę nie znikał z jej twarzy.

– Czy nie jest cudowna? – zapytała, z czułością spoglądając na śpiące niemowlę. – Wszyscy jednogłośnie twierdzą, że mnie przypomina, ale czy widzieliście jej oczy? Są zupełnie czarne jak u Giulia!

– Czy nie wszystkie dzieci mają taki kolor oczu zaraz po urodzeniu? – zasugerował Zafir, za co otrzymał wyjątkowo paskudne spojrzenia od rodzeństwa la Castellano. – Dobrze, już nic nie mówię! Uważam tylko, że lepiej by było, gdyby Andrea wdała się w ciebie, pani, niż w twojego męża. Ty masz znacznie przyjemniejszy charakter i aparycję.

– Bezczelny! – prychnęła Chiara z rozbawieniem. – Nie wypada mówić takich rzeczy do przykładnych żon i matek.

– Komplementowanie ich ma właśnie największy urok – zaprotestował Zafir z cwanym uśmiechem. – Zresztą

powiedziałem tylko najszczerszą prawdę. Poznanie pani sprawiło mi olbrzymią przyjemność.

Kobieta nic nie odpowiedziała, ale Lucarno widział, że spodobały jej się słowa Zafira. Salirczyk z łatwością potrafił podbijać serca wszystkich wokół siebie, podobnie zresztą jak Chiara.

– Zafirze, jeśli nie przestaniesz flirtować z moją siostrą, pomyślę sobie, że zupełnie straciłeś mną zainteresowanie – powiedział żartobliwie.

– Nigdy! – zaprzeczył gorąco Salirczyk, spoglądając na la Castellano z błyskiem w oku. Oczywiście żartowali, ale kryło się za tym coś więcej i Lucarno dobrze wiedział, że nie może posunąć się za daleko.

– Jak markiz zareagował na wieść o narodzinach córki? – Zwrócił się tym razem do siostry.

– Och, był zupełnie przerażony – stwierdziła Chiara, gładząc główkę dziecka pokrytą nielicznymi jasnymi włoskami. – Sam poród go wykończył. Biedny Giulio stresował się nim bardziej niż ja. Lekarze musieli go wyprosić z sypialni, bo rozpraszał ich swoimi pytaniami. Też się bałam, ale mój mąż zupełnie stracił głowę. Zwłaszcza, kiedy dowiedział się, że Andrea to dziewczynka.

Lucarno zmarszczył brwi.

– Więc liczył na syna?

Chiara zaprzeczyła.

– Nie o to chodzi. Giulio marzył o córce, ale obawia się o jej bezpieczeństwo. Ten świat zna setki odrażających sposobów na skrzywdzenie dziewczynki.

– Tak, to prawda – przyznał doża z przygnębieniem. Spojrzał na spokojną i niewinną twarz dziecka śpiącego w ramionach siostry i przypomniał sobie o groźbach i okrutnych podarkach, które otrzymało, jeszcze zanim się urodziło. – Musisz umierać z niepokoju.

– Nie każdy w chwilach największego szczęścia wyobraża sobie najgorsze scenariusze dotyczące przyszłości zamiast cieszyć się teraźniejszością – odparła kobieta, delikatnie wbijając szpilkę Lucarnowi. – Martwię się, nawet bardzo, ale nie pozwolę, żeby oprócz spokoju ducha odebrano mi jeszcze radość z narodzin własnego dziecka. Andrea nie będzie się wychowywała w złotej klatce tylko dlatego, że wokół niej czeka tyle niebezpieczeństw. Nasz świat jest zepsuty i to jego trzeba zmienić, a nie zmuszać dziewczynki, żeby bały się własnego cienia.

Doża uniósł brew, kiedy usłyszał, że Zafir klaszcze.

– Twoja siostra jest silną i odważną kobietą – stwierdził Salirczyk z podziwem. – Pani la Castellano, ma pani mój pełen szacunek i poparcie.

Chiara uśmiechnęła się.

– Dziękuję, to miłe – przyznała. – Jestem pewna, że mój mąż i brat zrobią wszystko, żeby Marakida stała się lepszym miejscem do życia dla każdego ze swoich mieszkańców, prawda Luca?

Pokiwał głową. Taki powinien być cel jego rządów – zadbać o dobro wszystkich swoich poddanych, bez wyjątku.

– Bracie, a co z twoim zdrowiem? – zapytała nagle Chiara. – Wciąż mówimy tylko o mnie, a przecież nie w tym celu przyszłam. Chciałam ci pokazać małą i sprawdzić, jak się czujesz.

Lucarno miał wrażenie, że jego dobry nastrój w jednej chwili prysł. Minęło kilka dni, odkąd medycy zdjęli mu szwy, a jego obrażenia niemal w całości się zagoiły. Mimo to pamięć ostatnich wydarzeń wciąż pozostawała w nim żywa.

– Nic mi nie jest. Czuję się już dobrze – powiedział płasko. – Naprawdę nie masz się czym martwić, Chiaro.

– Jesteś pewien? – Kobieta sprawiała wrażenie zatroskanej. – Wyglądasz na chorego, bracie. Powinieneś się oszczędzać, tymczasem wziąłeś na siebie tyle zobowiązań...

Wzrok doży mimowolnie powędrował w stronę komody, gdzie przy wysokiej świeczce i ususzonych kwiatach leżał cały stos listów i dokumentów, które nakazał przynieść z gabinetu.

– Chiaro, wiesz dobrze, że nie mogę sobie pozwolić na odpoczynek – mruknął. – Nie pozostawię wszystkich spraw na głowie moich doradców. Zbyt wiele się w tej chwili dzieje, żebym pozostawał nieobecny.

– Wykończysz się, jeśli będziesz postępował w taki sposób – powiedział oskarżycielsko Zafir. – Dlaczego to sobie robisz?

Lucarno poczuł gorąc na policzkach i wiedział, że czerwieni się z gniewu – na przyjaciela i na samego siebie.

– Co masz na myśli? – zapytał oschle. – Wypełniam tylko swoje obowiązki. Wydaje ci się, że mógłbym je tak po prostu porzucić?

– Nie o to mi chodzi – odparł Salirczyk, marszcząc brwi. – Czy nie widzisz, że wszyscy się o ciebie martwimy?

– Naprawdę nie ma o co...

– Mogłeś umrzeć! – oznajmił Zafir dobitnie. – To jest dla ciebie nic?

Lucarno uciekł spojrzeniem. Chciał, żeby przyjaciel cofnął swoje słowa, żeby nigdy nie zawisły one między nimi.

– Zafirze, posłuchaj...

Salirczyk nie pozwolił mu dokończyć.

– Wyobrażasz sobie, co czułem, oglądając cię w takim stanie? Kiedy widziałem, jak ulatuje z ciebie życie i w żaden sposób nie mogłem ci pomóc? – Brzmiał jednocześnie na wściekłego i roztrzęsionego. – Ja, twoja siostra, Ignazio, nawet imperator – a może zwłaszcza on, bo warował przy twoim łóżku całymi dniami i nocami – wszyscy umieraliśmy ze strachu o ciebie, a ty zachowujesz się tak, jakby nic się nie wydarzyło! Jesteś diabelnie inteligentny i nigdy nie ignorowałbyś istotnych problemów, więc dlaczego, na bogów, tak bardzo bagatelizujesz swój stan?

Dziecko w ramionach Chiary poruszyło się i zaczęło płakać. Lucarno zmusił swoje ciało do reakcji, chociaż słowa Zafira mocno w niego uderzyły. Podszedł do przyjaciela i położył mu dłonie na ramionach.

– Wiem, że się o mnie niepokoicie i mój wypadek was przeraził, ale przecież żyję i mam się dobrze. Jestem spokojny, więc i wy powinniście. Niepotrzebnie się unosisz i spójrz tylko, obudziłeś Andreę swoimi krzykami – powiedział możliwie jak najspokojniejszym tonem. Nie chciał zrzucać na bliskich swoich problemów i sprawiać, żeby niepokoili się jeszcze bardziej. Gdyby opowiedział im o wszystkim, co go dręczy, przyniósłby im tylko niepotrzebny ból.

Niemowlę płakało coraz głośniej mimo prób uspokojenia go. Chiara posłała Lucarnowi przepraszające spojrzenie.

– Andrea ma chyba dość wizyt jak na jeden dzień. Wrócę z nią do Kwitnącej Willi. Giulio pewnie też martwi się naszą nieobecnością.

– Zafir cię odprowadzi – zdecydował doża, nawet nie pytając Salirczyka o zdanie. – Chciałbym, żebyś miała przy sobie kogoś zaufanego, kto zadbałby o twój spokój i bezpieczeństwo.

– A kto zadba o ciebie, bracie?

La Castellano zmusił się do uśmiechu.

– Przecież jestem bezpieczny w Pałacu Dożów. Otaczają mnie najlepsi żołnierze w Marakidzie.

Jestem przerażony i bezsilny. Otaczają mnie fałszywi pochlebcy i zdrajcy, bo wśród arystokracji kryje się ktoś, kto opłacił skrytobójcę, a ja nie mogę nic z tym zrobić. Czuję się okropnie. Proszę, nie odchodźcie.

– Idźcie, nim zapadnie zmrok. W ciemnościach miasto robi się groźne – powiedział, nie mając odwagi wyrazić na głos żadnej ze swoich myśli.

– Niedługo znów cię odwiedzimy – obiecała mu Chiara. – Postaraj się nie nadwyrężać, dobrze?

Zafir w milczeniu przypatrywał się Lucarnowi, jakby zamierzał wyczytać z jego twarzy, co tak naprawdę czuje, ale la Castellano dobrze potrafił ukrywać swoje emocje. Miał w tym lata praktyki. Salirczyk westchnął i w końcu odpuścił. Wyciągnął przed siebie dłoń, jak gdyby chciał dotknąć policzka młodzieńca, ale zaraz ją cofnął.

– Uważaj na siebie – poprosił tylko, nim razem z Chiarą opuścili jego sypialnię, nie odwracając się ani razu.

Lucarno jeszcze przez chwilę wpatrywał się bezmyślnie w zamknięte drzwi, za którymi zniknęli. Dopiero po kilku minutach otrząsnął się z odrętwienia i przywołał dzwonkiem swoich służących. Kiedy się pojawili, spojrzał na nich przelotnie. Zajął się przeglądaniem papierów, ale wszystko leciało mu z rąk i nie potrafił się na niczym skupić.

– Przygotujcie dla mnie kąpiel, chciałbym się położyć – polecił, z opóźnieniem zdając sobie sprawę, że dwóch chłopców czeka na jego rozkazy.

– Wezwać medyka? Wasza wysokość blado wygląda...

Lucarno odwrócił się do nich tyłem, żeby nie mogli zobaczyć jego wyrazu twarzy.

– To zbędne – powiedział zduszonym głosem. – Zajmijcie się tym, o co was prosiłem.

Słyszał, jak służący znikają za drzwiami łaźni, a potem rozmawiają ze sobą przyciszonymi głosami. Przytknął lodowate palce do zroszonego potem czoła. Nie chciał myśleć o tym, jak niewiele brakowało, żeby zginął. A gdyby kula trafiła Cesara? Bogowie, to wywołałoby chaos nie tylko w Marakidzie, ale i w całym Imperium... Ukrył twarz w dłoniach. Powróciły do niego wizje sprzed przebudzenia. Czerń otaczała go i pochłaniała. Czuł, że osuwa się w nią coraz głębiej i głębiej...

Wzdrygnął się, kiedy poczuł dotyk czyjejś dłoni na nadgarstku. Otworzył oczy i zdał sobie sprawę, że pochyla się nisko nad komodą, oparty o nią całym ciężarem.

– Wszystko dobrze, wasza wysokość?

Wyprostował się sztywno.

– Tak. Tak, oczywiście. Kąpiel gotowa?

– Wszystko zostało przygotowane wedle upodobań waszej wysokość – zapewnił go jeden z chłopców – młody, może nawet zbyt młody, żeby posługiwać w otoczeniu hordy znudzonych i krnąbrnych żołnierzy, którzy przebywali w pałacu ze względu na rozgrywane igrzyska. Lucarno pomyślał, że powinien go odesłać do rodziny. Nie chciał, by komukolwiek stała się krzywda z jego winy.

– Dziękuję. Możecie odejść.

– Wasza wysokość nie będzie nas więcej potrzebował? Moglibyśmy pomóc waszej wysokości w kąpieli – zaproponował chłopiec, nieśmiało zerkając na dożę, a kiedy ten odwzajemnił jego spojrzenie, szybko odwrócił wzrok, skupiając go na swoich butach. – Przepraszam, jeśli pozwoliłem sobie na zbytnią śmiałość – dodał, czerwieniąc się.

La Castellano pokręcił głową. Naprawdę będę musiał go odesłać – przemknęło mu przez myśl.

– Jestem wdzięczny, ale myślę, że poradzę sobie sam. Odpocznijcie. Na korytarzu stoją czterej golemowie.

Poproście jednego z nich, żeby was odprowadził do kwater – polecił. Słyszał za oknem pijacki śpiew grupki żołnierzy przechadzających się po pałacowym dziedzińcu. Biorąc pod uwagę charakterystyczny akcent, musieli to być gwardziści z Trytopolis. – Naprawdę powinniście już iść – powtórzył Lucarno z naciskiem, odprawiając służących.

Ci popatrzyli po sobie, po czym skłonili się nisko.

– Dziękujemy, wasza wysokość. Spokojnej nocy.

La Castellano znów został w swojej sypialni zupełnie sam. Westchnął ciężko, po czym wszedł do łaźni zamglonej od pary. W wielkiej cynowej wannie parowała woda wymieszana z olejkami. Obok na stoliku leżały równo poskładane ręczniki i grzebień. Poza tym w dusznym, oświetlonym świecami pomieszczeniu znajdowało się tylko zasłonięte lustro. Lucarno podszedł do niego powoli, jakby zbliżał się do nieprzyjaciela. Ostrożnie odsunął czarny materiał i spojrzał w szklaną taflę po raz pierwszy od wielu dni. Widok własnego oblicza wydał mu się w pierwszej chwili tak porażający, że musiał odwrócić wzrok.

Czy to jeszcze jestem ja? – zastanawiał się, zaciskając dłonie w pięści.

Po raz kolejny, tym razem znacznie uważniej, przyjrzał się postaci ukrytej po drugiej stronie zwierciadła. Młodzieniec, który na niego spoglądał, był niewątpliwie bardzo piękny, a granatowy dublet i spodnie ze złotymi wstawkami imitującymi gwiazdy oraz drobna biżuteria tylko podkreślały jego androgyniczną, delikatną urodę. Wyglądał jak wcielenie księżycowego bóstwa, ale w tamtej chwili myśl o tym nie sprawiła mu żadnej przyjemności. Mimo upływu lat nadal przypominał z wyglądu dawnego siebie. Ile zostało w nim z tamtego pewnego siebie i lubiącego ryzyko podrostka?

Stanowczym gestem zaczął rozpinać guziki stroju i zrzucać kolejne jego warstwy na ziemię. Jak w transie pozbywał się ciążącego na nim ubioru, jakby próbował uwolnić się od brzemienia, które zostało złożone na jego barkach. w końcu stał zupełnie nagi przed lustrem w złotej ramie i czuł, że gdyby mógł, zdarłby z siebie także wierzchnią warstwę skóry – byle tylko pozbyć się z siebie tej książęcej maski. Płynnym ruchem rozpuścił spięte na czubku głowy włosy, a one rozsypały się falami na jego ramionach i przysłoniły nadto wystające kości policzkowe i obojczyki. Wciąż pozostawał sobą. Jego włosy nadal przypominały płynne złoto, a ciało miało barwę marmuru. Z tym, że teraz nie było już bez skazy.

Lucarno drżącymi palcami przesunął po zgrubiałej, lśniącej bliźnie, wciąż jeszcze zaczerwienionej po zdjęciu szwów. Długa, krzywa linia szpeciła skórę na żebrach niczym przypadkowe pociągnięcie farby na płótnie. Nie wierzył, że ta szrama mogłaby się kiedykolwiek w pełni wygoić. Miała z nim zostać już na zawsze i przypominać o tym, co się wydarzyło.

To była pierwsza widoczna blizna, jaką posiadał. Od dzieciństwa powtarzano mu, że jego ciało musi pozostawać nieskazitelne, bo ludzie lubią kolekcjonować ładne przedmioty. Do tego go od dzieciństwa przygotowywano – żeby przynosił rodzinie zaszczyt, zachwycał urodą i elokwencją gdziekolwiek się tylko pojawi. Tych cech szczęśliwie mu nie brakowało. Potrafił dobrze odegrać swoją rolę w każdej sytuacji – na balu podczas tańca, u boku wysokich urzędników podczas narad, na spotkaniu towarzyskim czy w gronie wolnomyślicieli. Doskonale znał tajniki marakidzkiej historii, grał na klawesynie, umiejętnie recytował poezję, czytał filozofów, posługiwał się płynnie kilkoma językami, rozumiał dobrze mowę ciała i potrafił subtelnie flirtować, jeśli tego wymagała sytuacja. Przez lata tresowano go jak zwierzątko i wygładzano jak pożądany mebel, a kiedy się buntował, pokazywano mu, gdzie jego miejsce, ale nigdy w taki sposób, żeby pozostawić trwały ślad na bezcennej twarzy czy mlecznej cerze. Blizny, które nosił, tkwiły głęboko, niewidoczne dla oczu postronnych.

W jednej chwili tajone przed światem wspomnienia i cały skrywany do tej pory ból wróciły, uderzając w dożę jak nagła zawierucha. Chciał mieć w sobie tyle siły, co dawny Lucarno, żeby móc to wszystko znieść, tymczasem czuł się boleśnie słaby. Słaby i samotny, bo przecież nie miał prawa zrzucać na niczyje barki tego ciężaru, który zgodził się nosić.

Spróbował uśmiechnąć się do lustrzanego odbicia i dodać samemu sobie otuchy, ale osiągnął efekt dokładnie przeciwny do oczekiwanego. Kiedy zobaczył w szklanej tafli własny żałosny grymas, w oczach zakręciły mu się niechciane łzy. Zacisnął piekące powieki, ale kilka słonych kropel zdradliwie wymknęło się i spłynęło po jego policzkach. Sądził, że wcześniej wypłakał już cały swój żal, ale okazało się, że nie była to prawda. Nie potrafił dłużej robić dobrej miny do złej gry. Odwrócił się od lustra, nie chcąc dłużej oglądać swojego odbicia.