Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
„Gdyby miała być pożarta, z radością dałaby się pożreć najlepszej przyjaciółce”.
Nowa bestsellerowa powieść Asako Yuzuki, laureatki British Book Award.
„The New York Times”, „Vogue”, „Forbes”, „The Guardian” i BBC uznały Połów za jedną z najbardziej oczekiwanych książek 2026 roku.
Eriko ma wszystko, czego można by jej pozazdrościć: urodę, kochających rodziców, dyplom prestiżowej uczelni i obiecującą karierę w tokijskiej korporacji. W tajemnicy jednak zajada się niezdrowymi rzeczami, wyrywa sobie włosy i zaczytuje w popularnym blogu lifestylowym. Beztroskie wpisy o nicnierobieniu i życiu w wiecznym bałaganie działają na nią jak balsam, a kiedy poznaje ich autorkę, jest w siódmym niebie. Czuje, że wreszcie znalazła bratnią duszę. Przyjaciółkę, o której marzyła przez całe życie. Dla Shōko zrobi wszystko. I nigdy nie pozwoli jej odejść.
Przenikliwa i prowokacyjna powieść o zawiłościach relacji między kobietami i o tym, w jaki sposób pragnienia i zachowania wymykają się spod kontroli.
„Autorka fenomenalnego Masła powraca z kolejną ostrą jak brzytwa opowieścią o kobietach, apetycie, a także o tym, do czego jesteśmy w stanie się posunąć, byle tylko poczuć się wyjątkowo. Już złapaliśmy się na haczyk!”
Oprah Daily
„Kariera, uroda i zarządzanie domem – wszystko musi być doprowadzone do perfekcji. Asako Yuzuki mistrzowsko portretuje wygórowane oczekiwania stawiane kobietom we współczesnej Japonii, a jednocześnie eksploruje temat samotności życia w wielkim mieście i subtelnych mechanizmów mediów społecznościowych”.
„Elle”
„Czytaliście Masło i czuliście dreszcz niepokoju? Zatem pora na Połów. Jest jeszcze mocniejszy! To trochę diagnoza naszych czasów, w których bycie zauważonym jest dla wielu celem życia. A gdy dodamy do tego świat blogów, relację z fanką, balansującą na granicy obsesji, zależności i uwielbienia, wszystko w dobie epidemii samotności pod fasadą udanego, perfekcyjnego życia, to mamy książkę, która prowadzi nas w pełen tajemnic labirynt kobiecości w Japonii. Smacznego!”
Karolina Korwin-Piotrowska
dziennikarka, podkasterka
„Nie mogłam się oderwać. Każda strona rodziła pytanie: naprawdę tak można widzieć tę sytuację? I jeszcze jedno – bycie idealną nie prowadzi do niczego dobrego, są na to dowody w książce!”
Katarzyna Błażejewska-Stuhr
dietetyczka, blogerka
„Asako Yuzuki znów udowadnia, że jak mało kto potrafi kreować bohaterki niedoskonałe i pełne wad – ale właśnie przez to niezwykle prawdziwe i ludzkie. Która z nas nie czuła się momentami pogubiona jak Eriko lub niewystarczająca jak Shōko? Do ostatniej strony szczerze im kibicowałam, by poukładały swoje pogmatwane życia, nawet gdy czułam przy tym ciarki. Jeśli Masło przypadło Wam do gustu, w tej książce niewątpliwie znajdziecie kolejną przyjaciółkę!”
Anna Wołcyrz
autorka przekładu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 466
Tytuł oryginału: ナイルパーチの女子会 (Nairu pāchi no joshikai)
Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK
Redakcja: JUSTYNA TECHMAŃSKA-SZEWCZUK
Korekta: JOLANTA STAL, MARIA ROLA
Projekt okładki: Julian Humphries © HarperCollinsPublishers Ltd 2026
Ilustracja na okładce: Luqman / Adobe Stock
Opracowanie typograficzne: ANNA PAPIERNIK
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
Copyright © 2015 Asako Yuzuki All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Anna Wołcyrz © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026 Original Japanese edition published by Bungeishunju Ltd., Tokyo. Polish language translation rights reserved by Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. under the licence granted by Asako Yuzuki arranged with Bungeishunju Ltd. through The English Agency (Japan) Ltd. and Anna Jarota Agency.
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09374-0
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Miała ochotę popływać.
Zrzucić koszulę, spódnicę i bieliznę, niechby opadły jej do kostek, by mogła na gołej skórze odczuć miękkość wody i migotanie światła. Unosić się w zamkniętej, bezdźwięcznej przestrzeni, tak długo, jak miałaby na to ochotę. Stopniowo jej ciało przyzwyczajałoby się do temperatury wody, granica między nią a światem coraz bardziej by się zacierała, a jej waga, wiek i płeć przestałyby mieć jakiekolwiek znaczenie. Słowa, które próbowałaby wypowiedzieć, natychmiast przeobrażałyby się w banieczki powietrza, unosiły się wyżej i wyżej, wtapiały w białą pianę, aż wreszcie całkiem prysły. Letnie upały już przeminęły, więc skąd teraz te marzenia o pływaniu?
No właśnie. Biuro o tak wczesnej porze przypomina opustoszały basen. Ustawione w równych rzędach biurka są jak rozdzielone linami tory. Cicha, niezmącona obecnością człowieka jasnoniebieska przestrzeń. Specyficzny zapach tonerów – mieszanka chloru i tuszu – obudził uśpione miejsce w jej pamięci. Ta woń też przypominała basen. Szukała sobie miejsca, w którym mogłaby chwilę posiedzieć w spokoju, przez nikogo nieniepokojona, lecz ostatecznie trafiła do biura, w którym i tak spędzała resztę dnia. Zazwyczaj w tej przestrzeni musiała dbać o to, by zachowywać profesjonalizm i pokazywać się od najlepszej strony, ale o tej godzinie mogła wykrzykiwać bezsensowne słowa albo tańczyć bez opamiętania. Oczywiście tego nie robi. Nie pozwalała sobie na krzyki i na tańce, w żadnych, nawet najbardziej sprzyjających okolicznościach.
Między szóstą a siódmą rano w dziale sprzedaży zajmującym połowę dziewiętnastego piętra biurowca należącego do największej w kraju firmy spożywczej Nakamaru, której centrala mieści się w tokijskim Ōtemachi, nie uświadczy się żywego ducha. Dział zajmował się dokładnie tym, do czego zobowiązywała jego nazwa: skupował produkty żywnościowe z zagranicy i sprzedawał lokalnym producentom. Rozpościerająca się teraz przed oczami Eriko Shimury pusta przestrzeń, wciąż nieskażona obecnością innych i obiecująca nowe możliwości, uspokajała jej ciało i umysł, wiecznie skupione na poszukiwaniu rozwiązań. Włączyła kserokopiarkę; spadało to zawsze na tego, kto pierwszy pojawiał się w pracy. Od dziecka lubiła we wszystkim przodować. „Zawsze bądź jeden krok przed innymi” – tę mantrę handlowca wpoił jej ojciec, wybitny pracownik Nakamaru. Eriko nadal mieszkała z rodzicami w dzielnicy Setagaya; zwykle się boczyli, gdy córka nie jadła śniadania przy wspólnym stole, choć nareszcie, po ośmiu latach jej zawodowego życia, przestali jej to otwarcie wypominać. Trzydziestoletnia Eriko nie miała zamiaru wyprowadzać się z domu. Wiedziała, że bez wsparcia matki przy pracy na pełen etat nie da rady utrzymać zdrowego stylu życia i należycie o siebie zadbać. A i matka zapewne nie czułaby się komfortowo, gdyby córka nagle odeszła i zostawiła ją sam na sam z milkliwym ojcem.
Tego dnia Eriko przyszła wyjątkowo wcześnie, ale pozostawało jej zapewne niecałe czterdzieści minut dla siebie. Dzień w firmie rozpoczynał się o ósmej trzydzieści, lecz większość jej kolegów zazwyczaj przychodziła godzinę przed, by nadrobić mejle przy jedzeniu kupionych po drodze śniadań. Eriko zmierzała więc prosto do swojego miejsca, lawirując między pięćdziesięcioma innymi biurkami. Jej czółenka Tod’s, wypolerowane przez matkę na taki połysk, że odbijały nawet kształt lamp na suficie, zatapiały się w miękkiej wykładzinie. Połowa pracowników działu miała etat, ale były wśród nich tylko dwie kobiety: Eriko i starsza o dziesięć lat team leaderka, Sayako Yotsuba. Wszystkie pracownice zatrudnione tymczasowo czy na zlecenie – takie umowy były nadal domeną kobiet – przychodziły na ostatnią chwilę.
Reklamówka ze śniadaniem i porannym wydaniem gazety „Nikkei” przy każdym ruchu szorowała o plisy beżowej spódnicy. Po dotarciu do biurka Eriko od razu włączyła komputer. Sprzęt zaszumiał tak nisko, że pod stopami poczuła drgania i niemal dostrzegła rozchodzące się w przestrzeni fale. To jedyny moment, w którym pozwalała sobie na chwilę nicnierobienia i nicniemyślenia – jedyna minuta prawdziwego relaksu w ciągu całego dnia. Zanim na ekranie pojawi się jej uporządkowany pulpit, może się rozkoszować krótkotrwałą, lecz niczym nieograniczoną wolnością. Odkąd jej roczne zarobki wzrosły do dziesięciu milionów jenów, z pełnym przekonaniem twierdziła, że najcenniejszy w życiu jest czas. Gdy masz go wystarczająco dużo, jesteś w stanie rozwiązać większość problemów. To życie w ciągłym pośpiechu sprawiło, że za najbardziej wartościowe zaczęliśmy uważać te projekty, takie produkty i dzieła sztuki, które powszechnie uznawane są za czasochłonne. Elegancki posiłek zgodny z zasadami savoir-vivre’u; ręcznie pisany list na trzy strony, rozpoczynający się od klasycznego pozdrowienia, przemyślnie nawiązującego do pory roku; delikatny, lecz staranny makijaż, którego na pierwszy rzut oka nie sposób odróżnić od naturalnego piękna; zadbane wyroby z naturalnej skóry – czyż nie są piękne właśnie dlatego, że ich przygotowanie wymaga czasu?
Eriko wyciągnęła wilgotną chusteczkę i przetarła biurko, żeby zrobić sobie miejsce na śniadanie. Przy okazji wyczyściła klawiaturę i słuchawkę telefonu stacjonarnego. Nie przeszkadzało jej, kiedy wytykano jej nerwicę natręctw; dopóki nie posprzątała, nie czuła się na tym wydzielonym kawałku wspólnej przestrzeni jak u siebie. Sięgnęła po stertę piętrzących się na blacie dokumentów i szybko przejrzała kilka z nich. W ciszy pracowała znacznie szybciej niż z towarzyszeniem dźwięków przemieszczających się ludzi i dzwoniących co chwilę telefonów. Czas da się pomnażać, gdy dobrze się nim gospodaruje – taka była pierwsza lekcja, jaką odebrała od przełożonego zaraz po przyjściu do firmy. W kilka minut góra papierów zniknęła i Eriko z satysfakcją przesunęła reklamówkę z zakupami na środek blatu.
Kawa z mlekiem w kartoniku. Do tego modna nowość: melon-pan z karintō. Ich producent, firma Mitsuzaki, jeden z największych wytwórców pieczywa w Japonii, był stałym klientem w jej firmie. Rano zajrzała do dwóch sklepów, ale w obu bułeczki były już wyprzedane, dopiero na dworcu udało jej się kupić jedną. Świadoma, że nie jest to najzdrowsze śniadanie, zerknęła na listę składników na opakowaniu; takie miała już skrzywienie zawodowe. Słodziki syntetyczne, konserwanty, sztuczne barwniki. Eriko nadal, nawet w tym wieku, odczuwała grzeszną satysfakcję z faktu, że w tajemnicy przed lubującą się w naturalnej kuchni matką zajada się niezdrowymi rzeczami. W dodatku jedna taka bułeczka kosztowała ledwie dziewięćdziesiąt osiem jenów! W gimnazjum wiele jej koleżanek kupowało w szkolnym sklepiku podobne przekąski, by zaspokoić nastoletni głód. Eriko była oczywiście wdzięczna matce, że zawsze szykowała jej domowy lunch, ale dawniej zazdrościła innym dziewczynom tych ich wielkich jasnożółtych drożdżówek. Od rówieśników, którzy sami decydowali o tym, co zjeść, i rośli zdrowo na szkolnych przekąskach, emanowała nadzwyczajna beztroska. Eriko uważała, że drzemał w nich jakiś ukryty potencjał, jakiego jej brakowało.
Rozwinęła listę zakładek w przeglądarce, najechała kursorem na nazwę ulubionego bloga i jeden klik przeniósł ją do innego świata, który dzieliła wyłącznie z jego autorką. Wodziła wzrokiem po tekście, odgryzając kęsy ogromnej buły, rozmiaru jej własnej twarzy. Twarda, krucha powłoczka pękała, a w ustach rozlewał jej się znajomy smak melona wzmocniony aromatem masła i cukru trzcinowego. Musiała się zgodzić z postem na blogu: balans słoności i słodyczy był niezły, ale ciasto smakowało pospolicie. Mimo to jadła dalej, wodząc wzrokiem po słowach na ekranie, a z każdym przeczytanym zdaniem przeciętna w smaku bułka zyskiwała w jej oczach.
Kto wpadł na pomysł, żeby połączyć karintō i melon-pan?! To czysta głupota! Parsknęłam śmiechem, gdy zobaczyłam coś takiego w sklepie. Skusiłam się jednak. Ciasto okazało się nieco tłuste, chrupkie, z lekkim posmakiem gęstego sosu sojowego, po którym – jakbyś nagle wydostała się z długiego tunelu – przychodzi rześki smak melona. Trudno się od tego uwolnić! Głupi smak w głupiej cenie, ale czasem fajnie jest na lunch sięgnąć po głupie jedzenie i poczuć się trochę bardziej beztrosko. Myśl, że nie biorę życia cały czas na poważnie, przynosi mi spokój. Ale na dłuższą metę nie polecam!
Nie biorę życia na poważnie. Eriko pomyślała, że to fajne określenie. Sama zawsze brała wszystko śmiertelnie poważnie; stawała z życiem do walki, jak w zapasach.
– Wtargnęłaś na zakupy do szkolnego sklepiku? Uważaj, bo od tego się tyje.
Jakiś głos przywołał ją z powrotem do rzeczywistości, gdy odpływała w myślach od poczucia spełnienia i ciężkości po tłustym jedzeniu. Yasuyuki Sugishita, współpracownik z sekcji ryb i owoców morza, zawsze odzywał się do innych w tak deprecjonujący sposób. Zakłopotany rozmówca zwykle tracił przy nim rezon, niepewny, czy faktycznie nie popełnił jakiejś gafy. W taki sposób Sugishita zbywał wszelką krytykę i choć w pracy nie był szczególnym perfekcjonistą, Eriko nie zauważyła, by ktokolwiek z przełożonych udzielił mu kiedykolwiek reprymendy. Chudy Sugishita, z przystojną, lecz nazbyt pociągłą twarzą zakończoną ostrym podbródkiem i z bladymi wąskimi ustami, wyróżniał się na tle innych, w większości dość atletycznych sprzedawców. Co ciekawe, skończył architekturę i choć z Eriko zostali zatrudnieni w jednym naborze, był od niej dwa lata starszy.
– Cześć. O tym mówisz? – Eriko wskazała palcem na ekran. – Poleca ją blogerka, którą śledzę. Wreszcie udało mi się jedną kupić!
W duchu żałowała, że poranna cisza i spokój tak szybko zostały przerwane. Sugishita oparł się rękami o biurko i nachylił nad nią, by lepiej widzieć. Zbyt blisko... Uznała jednak, że nie będzie się teraz ostentacyjnie odsuwać. Uderzył ją zapach żelu do włosów.
– Hę? Porady pani domu? Jesteś singielką, co w tym widzisz ciekawego?
Od dwóch lat zaglądała codziennie na bloga Z pamiętniczka kiepskiej gospodyni Halibutki. Strona główna była bardzo prosta. Posty długie, pisane ciągiem i z niewielką liczbą akapitów. Zdjęcia – które pojawiały się tylko od czasu do czasu – robione telefonem i nawet chcąc okazać życzliwość wobec autorki, trudno było nazwać je profesjonalnymi. A jednak Z pamiętniczka zawsze trafiało do trzydziestki najpopularniejszych blogów o tematyce lajfstajlowej. Wyróżniał go też brak hejterów, którzy zwykle prędzej czy później pojawiali się w komentarzach na blogach gospodyń domowych.
– Cóż, to nie jest blog typowo prodomowy, a autorka wydaje mi się w jakiś zadziwiający sposób wyluzowana. Nie wysila się przesadnie w kuchni ani w innych pracach domowych, a mimo to panuje u niej zaskakujący porządek i spokój. Do tego jest w moim wieku!
Halibutka mieszkała z mężem, z zawodu kierownikiem supermarketu, w apartamentowcu w Tokio. W tym momencie życia nie planowali dzieci. Para nie wydawała się majętna, ale nic nie wskazywało na to, żeby blogerka gdzieś dorabiała. Była pełnoetatową panią domu, a mimo to zdarzało jej się przez cały dzień niczego nie ugotować. Często umawiała się z mężem na kolację w tanich restauracjach lub barach koło domu. On nie wypominał jej braku zaangażowania. Z zewnątrz wydawali się idealną parą, ale w postach autorka nie siliła się, by podkreślać, jak wspaniale im się układa. Eriko podobało się to, że nie nazywała swojego męża „Mąż” czy zdrobniale po imieniu, ale „Szatan”.
Marzę o dzieciach, ale nie możemy się za nie zabrać! Tyle z tym seksem ceregieli; i nie mam tu na myśli samego aktu. Chodzi mi o te wszystkie przygotowania i podchody, które do niego prowadzą. Są nieznośne. Halo! Szatanie, czytasz?
Bez skrupułów poruszała nawet najbardziej prowokacyjne tematy.
Eriko najbardziej ucieszyło to, że odgórną zasadą, jaką Halibutka kierowała się w życiu, było niekorzystanie z żadnych kart na punkty czy innych kuponów rabatowych, tak popularnych w supermarketach i drogeriach.
To pożeracze cennego czasu! Zbierasz je i zbierasz, i po co? By odzyskać marne pięćset jenów? A ile zachodu kosztuje potem wyciąganie tych wszystkich kart z portfela, gdy podchodzisz do kasy! Lepiej już je wszystkie wyrzucić. Podejrzewam, że gdyby zsumować zmarnowane minuty przy kasie, wyszłoby, że te cholerne pieczątki pochłaniają dobre dziesięć godzin naszego życia! Nie jesteśmy z Szatanem bogaci, więc możliwe, że realnie na tym tracimy. Mam jednak dość marnotrawienia czasu, więc postanowiłam nie zbierać żadnych kart. Wyrzuciłam wszystkie i nagle mój portfel zrobił się lekki! Jak piórko!
Eriko od dziecka z odrazą patrzyła na portfel matki, wypchany kartami na punkty i kuponami powycinanymi z gazetek reklamowych. Jej ojciec bardzo szybko został mianowany prezesem jednej z firm córek Nakamaru, więc żyli całkiem dostatnio, i tym bardziej przykro było jej obserwować matkę, wijącą się, by uciec, ale zawsze ostatecznie ulegającą natrętnym sprzedawcom, a wszystko po to, by zaoszczędzić ledwie sto czy dwieście jenów. Już na pierwszy rzut oka matka wyglądała na ufną kobietę, nie potrafiła się nikomu postawić i na wszystko się zgadzała. Gdy coś dostała, nie potrafiła się tego pozbyć i chomikowała na czarną godzinę, co tylko się dało. Eriko odziedziczyła po niej te cechy, więc tym bardziej postrzegała je jako wady. Tymczasem Halibutka instynktownie rozumiała, że czas jest cenniejszy niż pieniądz. Dlatego nie dawała się nikomu omamić i dbała o to, by nikt i nic nie trwoniło jej czasu.
– Interesują cię takie pamiętniki? Przecież twoje życie wygląda zupełnie inaczej. To jakaś kura domowa.
– Podobają mi się, bo są takie realistyczne – odparła szybko Eriko, nieco urażona tą pochopną krytyką ze strony Sugishity. – Ona niczego nie udaje. Jest sympatyczna. Mam wrażenie, że dla niej czas płynie spokojnie, a życie toczy się pełniej...
– Lubisz tak sobie drwić ze znudzonej pani domu, co? Wy, kobiety, jesteście przerażające. Czujecie się dowartościowane, gdy widzicie inną, która ma gorzej od was.
Była przyzwyczajona do takich złośliwych uwag, ale to nie znaczyło, że nie bolały. W pierwszych latach pracy przerażała ją wszechobecna w firmie mizoginia, ale zdążyła już przywyknąć. Starała się puszczać podobne teksty mimo uszu. Wiedziała, że większość z nich nie wynika ze złej woli, ale z kompletnego braku myślenia, a biorąc je zbytnio do siebie i reagując gwałtownie, tylko narazi się na większe nieprzyjemności. Po co miałaby się wykłócać, jeśli ostatecznie sytuacja obróci się przeciwko niej? Mając za plecami wsparcie ojca i jako etatowa pracownica – jeśli tylko odpowiednio dbała o swój wygląd i nie opuszczała się w obowiązkach – mogła liczyć na to, że będzie traktowana na równi z mężczyznami. Po co więc psuć sobie nerwy na te nic nieznaczące chamskie odzywki? Eriko starała się więc nigdy nie pokazywać po sobie zdenerwowania.
– Nie, wcale nie o to chodzi. Zazwyczaj takie pańcie starają się na tych swoich blogach emanować szczęściem, pokazywać, jak wspaniale dbają o dom, jak są utalentowane w kuchni, prawda? Zależy im wyłącznie na poklasku. A tymczasem ona...
Sygnał telefonu przerwał rozmowę. Eriko podniosła słuchawkę. Dzwonił dostawca tuńczyka z Kalifornii. Kontrahenci ze Stanów Zjednoczonych często odzywali się o tej porze.
– May I have your name, please? When shall I have him return your call?
Przekazała, że odpowiedzialnego za temat pracownika jeszcze nie ma i wróciła do rozmowy z Sugishitą. Rozdrażniło ją, że nie potrafi lepiej ubrać w słowa tego, co myśli o Halibutce. Blogerka niby sobie żartuje, ale ma celne spostrzeżenia. Jej słowa zawsze miło rezonują w sercu Eriko. Pisze w sympatycznym tonie, ale inteligentnie i nigdy nikogo nie obraża. Prowadzi monotonne życie, lecz ani się tego nie wstydzi, ani nie przypisuje temu nadzwyczajnego znaczenia. Nie stresuje się tym, że jeszcze nie ma dzieci. A przede wszystkim wprowadza w życie Eriko zabawne powiedzonka i proste pomysły, które natychmiast chciałoby się wypróbować. Na przykład: w upalny dzień, będąc w stroju kąpielowym, zrobić domowe porządki, a potem narzucić na siebie letnią sukienkę i przejść się prosto na pobliską pływalnię.
Halibutka do biblioteki chodziła wyłącznie po książki Sen Ishidy1. W opustoszałej osiedlowej kafejce, z obsługą na tak marnym poziomie, że oczywiste było, iż lokal działa jedynie po to, by właściciel mógł wrzucać sobie prywatne wydatki w koszty, specjalnie zamawiała najbardziej skomplikowane i czasochłonne dania, by czekając, móc czytać od deski do deski mangę Kiriko Kubo Obiad podano w wiaderku2, przypadkowo znalezioną na regale. Gdy z mężem chadzali na karaoke, zawsze śpiewała przeboje amerykańskie. Lubiła zamawiać pizzę do domu i oglądać hollywoodzkie filmy, które akurat pokazywano w telewizji. Przemierzała okoliczne sklepy całodobowe, by znaleźć lody na patyku o smaku kremu kukurydzianego.
Eriko pociągała wizja przepędzania całych dni w taki sposób, bez celu; nie szukać wrażeń, nie robić żadnych planów, jak kot kroczyć własnymi ścieżkami. Czy kiedykolwiek żyła w podobny sposób? Nawet jeśli, musiało to być tak dawno, że już tego nie pamięta. Lektura bloga Halibutki wystarczyła jednak, by nerwy napięte od codziennych służbowych kolacji na mieście i ciało wyczerpane żmudną lekturą raportów sprzedażowych relaksowały się i rozluźniały.
Eriko nigdy nie marnowała ani sekundy. Gdy nie pracowała, skupiała się na dbaniu o siebie i samorozwoju, ale nie lekceważyła też znaczenia odpoczynku i odpowiedniej długości snu. Każda podejmowana przez nią czynność miała jej przynieść jakąś długofalową korzyść. Nie wątpiła ani przez chwilę, że ona z dzisiaj jest lepszą wersją siebie z wczoraj. Ale może dlatego, że niedawno skończyła trzydziestkę, zdarzało jej się czasami niespodziewanie odczuwać nieprzyjemne ukłucia gdzieś przy nasadzie nosa, zaraz potem zaczynało brakować jej tlenu, miała wrażenie, że utknęła w ciemności i choć wyciąga ramiona i macha nimi w przestrzeni, niczego nie jest w stanie dosięgnąć. Musiała nabrać głęboko powietrza, powtórzyć sobie kilka razy, że wszystko jest w porządku, wyliczyć własne zalety, dotychczasowe osiągnięcia oraz ile dobrego wnosi do firmy. Zdarzało się jednak, że i to nie wystarczało, by się uspokoiła. Wtedy pozostawało jej jedynie zachowywać się ulegle, płaszczyć się, jeśli taka była potrzeba, byle tylko zyskać pochwały – obojętnie od kogo – i dopiero one przynosiły jej ukojenie. Krótkotrwałe, bo zawsze wieczorem lub następnego dnia rano przychodził taki moment, gdy uświadamiała sobie, że jej możliwości zaczynają się kurczyć, że coraz trudniej będzie jej skorygować orbitę, po której krąży, jeśli przypadkiem zboczy z właściwego kursu. Czy to naturalne wątpliwości przychodzące z wiekiem? Czy, gdy minie jeszcze kilka lat, w końcu się przyzwyczai? Czasami dostrzegała u innych kobiet podobne obawy związane z presją czasu; wtedy czuła zrozumienie, ale i złośliwą satysfakcję, której nie potrafiła w sobie stłumić. Była jednak całkowicie pewna, że podobne problemy nie trapiły Halibutki. Tylko jaka mogła być tego przyczyna...? W Pamiętniczku występował jedynie jej mąż; zdawało się wręcz, że blogerka nie ma żadnych koleżanek. To było w niej najbardziej intrygujące. Wyróżniała się pod tym względem na tle innych blogujących pań domu, zwykle chełpiących się swoimi znajomościami. Eriko po cichu liczyła, że Halibutka posiadała lekarstwo na jej zmartwienia. Już sama świadomość, że są na świecie inne kobiety, które tak jak ona nie mają przyjaciółek, znacząco poprawiała jej samopoczucie. Przecież nawet najcudowniejsze, najmilsze osoby, jeśli tylko zadziałał jakiś nieszczęśliwy zbieg okoliczności, mogły przegapić swą życiową szansę na zawarcie trwałych przyjaźni. Brak przyjaciół nie powinien być powodem do wstydu. To żadna wada. Dopuszczamy przecież tyle kombinacji w relacjach międzyludzkich, że brak przyjaciółek jest po prostu jedną z możliwości.
Jestem trzydziestoletnią panią domu. Mieszkamy z mężem w naszym ciasnym gniazdku w stolicy. W wolnym czasie najbardziej lubię zajadać engawę za 98 jenów prosto z taśmy w osiedlowym Nikkori Sushi!
Dopiero przeczytawszy biogram Halibutki, Sugishita wykazał odrobinę zainteresowania.
– A więc najbardziej lubi osiedlowe bary sushi i podejrzaną engawę. – Nachylił się niżej nad ekranem. – Jeśli wybrała sobie nick „Halibutka”, bo dowiedziała się skądś, że właśnie w takich najpodlejszych lokalach podaje się tańszego halibuta zamiast flądry japońskiej, to niezła z niej żartownisia.
Eriko poczuła się tak dumna, jakby to jej własne poczucie humoru tu chwalono. Halibuty osiągają do dwustu kilogramów i trzech metrów. Z dużych okazów można wykroić całkiem spore kawałki mięśnia. Wyłowione z wody potrafią zaciekle walczyć o przetrwanie, więc na Alasce strzela się do nich.
– W zeszłym roku sprowadzałeś rosyjskie halibuty, prawda? Miałeś wśród klientów Center Village Holdings? – Była pewna, że właśnie ta firma zarządza siecią restauracji Nikkori Sushi. Widząc uśmiech na twarzy kolegi, Eriko przyklasnęła. – Niesamowite! Mamy związek między wami. To dzięki tobie Halibutka cieszy się tymi przysmakami!
Rozejrzała się podekscytowana dookoła. Nadal było pusto. Codziennie była tak skupiona na liczbach i poszerzaniu bazy klientów, że świat zawężał się do granic jej biurka. A przecież to właśnie takie chwile – mające realny, wręcz namacalny wpływ na życie jej i innych ludzi – lubiła w tej pracy najbardziej. Sierpniowe słońce wzeszło już na tyle wysoko, że jego mocne promienie wpadały przez okna. Nastroszony od częstego czyszczenia biały dywan pachniał rozgrzanym włosiem. Praca Eriko pozwalała jej czasami dostrzegać szerszy kontekst w zwykłej codzienności. Weźmy tę kawę z mlekiem, bułkę, gazetę. Skąd pochodzą składniki, z których je wyprodukowano? W jaki sposób trafiły do fabryki, jakim procesom je poddano, by trafiły na ten blat? Wystarczyło przymknąć oczy i wyobrazić sobie ich historie. Eriko i Sugishita posiadali w pewnym sensie niezwykłą moc jasnowidzenia.
W Japonii konsumuje się około sześciu i pół miliona ton ryb rocznie. Jedna czwarta pochodzi z importu. W tej masie są też gatunki traktowane jako zamienniki lub imitacje najpopularniejszych na rynku ryb. Odkąd Eriko zajęła się tą gałęzią importu, nauczyła się doskonale rozpoznawać przetworzone rybie mięso i nie polegać wyłącznie na oznakowaniu produktu.
– Stosowanie zamienników to zagranie nie fair wobec konsumentów. Lokale zabezpieczają się tym, że nazwa engawa określa część ryby, a nie gatunek. Tylko dlatego nie jest to jawnym oszustwem.
– Jak się nad tym spokojnie zastanowić, to staje się jasne, że za mniej niż sto jenów nie dostaniesz ani flądry, ani płastugi. Jeśli decydujesz się kupić tanie sushi, musisz przeczuwać, że coś jest nie tak.
– Czy to nie trochę straszne, kiedy nie wiesz, czy na twoim talerzu faktycznie jest ryba, czy może jakieś ciało obce...
– A wszyscy i tak zajadają się tym nigiri z obcego i jeszcze chwalą, jak im smakuje! To samo jest z „fish” w fishburgerze i z białą rybą w meunière. Nie sposób ustalić, co to za mięso i skąd pochodzi. To jedna z tych rzeczy na świecie, których lepiej nie wiedzieć.
Sugishita sprawiał wrażenie oschłego, ale w negocjacjach biznesowych okazywał się nadzwyczaj czarującym mężczyzną. Mało kto w firmie wiedział, że jego rodzina od trzech pokoleń prowadziła znany sklep z kimonami w Kawagoe.
– Shimura, czy ty nie zajmujesz się teraz przypadkiem okoniem nilowym? Skoro ta twoja idolka tak się lubuje w tanim sushi, pewnie niedługo zje rybkę, którą to ty sprowadzisz do Japonii.
Eriko zajrzała do teczki pozostawionej przez pracownika, po którym przejęła projekt. Okoń nilowy był słodkowodną rybą z rodziny Latidae, czyli latesów. Największe zarejestrowane okazy miały po dwa metry i dwieście kilogramów. Hodowany w Afryce. Zamieszkuje jeziora i rzeki. Po jego białym, delikatnym mięsie trudno się domyślić, że za życia jest agresywną rybą drapieżną. Gdy okonia nilowego wprowadzono do Jeziora Wiktorii, spowodował wymarcie ponad dwustu rodzimych gatunków pielęgnic. Łagodny smak okoni nilowych pasuje podniebieniom Japończyków, więc w latach dziewięćdziesiątych importowano je często jako zamiennik okonia morskiego i labraksa japońskiego. W ostatnich latach większość z tych ryb trafiała na Zachód, a na lokalnym rynku jest ich z roku na rok coraz mniej. Eriko pracowała nad zacieśnieniem współpracy z gospodarstwami rybnymi w Afryce i reaktywacją łańcucha dostaw. Im więcej dowiadywała się o okoniach nilowych, tym bardziej fascynowała ją ich historia.
– Wiesz, że okonie nilowe są niezwykle żywotne? – zapytała.
– Ale są mięsożerne, nie? Wolę się nawet nie zastanawiać, co żrą. Strach pomyśleć. Właśnie, powinnaś koniecznie obejrzeć taki dokument – Koszmar Darwina. Zobaczysz, jak okonie nilowe rozwaliły cały ekosystem.
– Wiem, że powinnam, i chcę to kiedyś zrobić, ale na razie nie mam czasu. I na pewno nie będę nic oglądać, zanim nie spotkam się z klientami! Gdyby człowiek nie przeniósł go do tego jeziora, być może okoń nilowy sam nigdy by się nie zorientował, że jest taką brutalną rybą. Szkoda mi go. A z dobrych rzeczy: okonie nilowe są bardzo popularne jako trofeum wędkarskie. To ładna ryba o srebrnej łusce. Do tego ma taką smutną buzię...
– Od niedawna można je oglądać w tym nowo otwartym akwarium w Shinjuku. Wybierzemy się tam?
Eriko nie odpowiedziała na to nieco nonszalanckie zaproszenie i udała, że pochłonęła ją lektura bloga. Zdawała sobie sprawę, że Sugishita coś do niej czuje. Najwyraźniej jednak wyznawał niepisaną zasadę, że jeśli będzie zbyt szczery względem kobiety, to coś przegra, więc teraz tylko patrzył na nią z mieszaniną oczekiwania i zawstydzenia. Wszystkie jego zaczepki również były sposobem na okazanie sympatii. Wreszcie, jakby nie chcąc przyznać, że został zignorowany, pierwszy zmienił temat:
– Jeśli tylko ją czytasz, to pół biedy. Nie widzę szans, jak mogłybyście się dogadać w realu.
– Właśnie, że mogłybyśmy! Mam wrażenie, że zostałybyśmy przyjaciółkami.
– Co ty gadasz? Przecież ty nie masz przyjaciółek.
Eriko poczuła, jak opuszki palców mrowieją jej z zimna. Tyle starań, tyle wysiłków, a nadal wyglądała na kobietę, która nie przyjaźni się z innymi kobietami? Serce waliło jej jak młotem, ale to niczego nie zmieni. Była w szoku, ale mimo to w słowach Sugishity wyczuła też jakiś nieprzyjemny, seksualny podtekst. Mężczyźni pożądali kobiet, które trzymały się na uboczu, z dala od grup przyjaciółek. Promienieli dumą, że oto odnaleźli poważną skazę w tej wrogiej masie i nawet nie musieli się przy tym napracować.
– Prawda. – Eriko udała, że wcale się nie przejęła i odezwała się najbardziej beztrosko, jak potrafiła. – Gdy zaczęłyśmy pracować, moja paczka ze studiów trochę się rozproszyła. Kiedy dziewczyny zapraszają mnie na kawę, zwykle nie mam czasu...
Negocjacje w biznesie nauczyły ją, że czasami dobrze jest najpierw się zgodzić, żeby ostatecznie pozostać przy swoich warunkach. Eriko nie miała żadnej paczki i żadne dziewczyny nie zapraszały jej na kawę. Peszyła ją niefrasobliwość dorosłych kobiet, które tytułowały się nawzajem „dziewczynami”.
– Nie widziałem cię jeszcze na lunchu z babkami z innych działów...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Urodzona w 1968 roku powieściopisarka, felietonistka i wykładowczyni akademicka. Zasłynęła przede wszystkim z ciepłych obyczajowych opowiadań i felietonów o tokijskim śródmieściu (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). ↩
2 Manga Baketsu de Gohan autorstwa Kiriko Kubo, wydawana w latach 1993–1996, opowiada o pingwinach z fikcyjnego zoo Uenohara. Pingwiny nie mieszkają w ogrodzie, ale są w nim zatrudnione i dojeżdżają codziennie do pracy metrem ze swojego zwierzęcego miasteczka. ↩
