Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ola jest spełnioną mamą dwóch córeczek, które są sensem jest życia, ale jako kobieta nie jest szczęśliwa. Na co dzień gra rolę żony, ale czuje, że coś ją omija. Marzy o tym, by mąż znalazł dla niej czas, przyniósł kwiaty bez okazji, zorganizował rodzinne wakacje lub po prostu przejął inicjatywę, żeby wszystko nie było na jej głowie. Ola zapomniała o sobie i przez lata była dla innych.
Dlatego kiedy pojawia się Konrad, niespełniona licealna miłość, Ola zgadza się na wspólną kawę. Traktuje to jako odskocznię od codzienności. Jednak – zawiedziona swoim mężem i rozczarowana małżeństwem – decyduje się na kolejne spotkanie. Decyduje się zawalczyć o siebie.
Połączone na zawsze to historia o trudnych wyborach, które zmieniają wszystko, i o cenie, którą trzeba za nie zapłacić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 231
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Anna Siedlecka Copyright © 2026 by Lucky
Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Źródło obrazu: Alexander Chaykin, Nemanja (stock.adobe.com)
Skład i łamanie: Michał Bogdański
Redakcja i korekta: Katarzyna Pastuszka
Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom
Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: [email protected]
Wydanie I
Radom 2026
ISBN 978-83-68684-40-7
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Hani, Jankowi, Jarkowi
Dzieci nie potrzebują doskonałych rodziców,tylko obecnych
(parafraza słów Jespera Juula)
Powieki miałam coraz cięższe. Łzy żalu, ale i szczęścia, płynęły jedna za drugą. Zabiłam naszą miłość i jednocześnie ją uratowałam. Powoli uchodziło ze mnie życie. Dziwne to było uczucie. Bałam się, ale nie miałam już komu o tym powiedzieć, nie miałam też czasu, nie było odwrotu. Byłam sama. Musiałam tylko wierzyć, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Życie za życie...
Zamknęłam oczy i wtedy usłyszałam...
Spojrzałam w lustro. Opuszką palca wytarłam tusz, który rozmazał mi się pod okiem. W tym samym momencie usłyszałam pikanie zmywarki, więc niczym w wyścigu, niemalże pędem, rzuciłam się w kierunku kuchni.
Przez ułamek sekundy mignął mi mąż zalegający na kanapie w salonie. Przystanęłam i zawróciłam. Zatrzymałam się jeszcze raz przed lustrem. Włosy niedbale spięte w kucyk, kilka siwych włosów połyskujących nad czołem. Patrzyłam na bruzdy wokół ust, później na lwią zmarszczkę pomiędzy brwiami i delikatne zmarszczki wokół oczu.
Zmarszczki? – spytałam samą siebie przerażona. Przecież mam dopiero czterdzieści lat!
Obracałam twarz w lewo i w prawo, by dobrze widzieć swój profil. Podbródek też mi się już robił.
Czy ja się zaczynam już starzeć? – ponownie zapytałam samą siebie.
Wczoraj dołączyłam do grona czterdziestolatek. Przypomniałam sobie, jaki czułam zawód, kiedy zorientowałam się, że to będzie zwykły dzień, jak każdy inny spośród trzystu sześćdziesięciu pięciu w roku. Łudziłam się od rana, że będzie pełen niespodzianek, kwiatów i celebracji. Nie oczekiwałam Bóg wie czego. Nie marzyłam o drogich perfumach czy biżuterii. Pragnęłam tak niewiele: chociaż pięknych kwiatów, może kolacji w restauracji, a przede wszystkim... uwagi. Paweł jednak miał inne wyobrażenie świętowania moich czterdziestych urodzin. Dzień wyglądał jak co dzień. Ranek taki sam jak zwykle, obiad, który sama przygotowałam i podałam w domu, i wieczór, podczas którego patrzyłam na męża siedzącego przed telewizorem.
Zrobiłam krok do tyłu, by lepiej widzieć całą sylwetkę. Z figurą nie było tak źle. Nadal byłam szczupła, choć ciało nie było tak sprężyste jak przed dwiema ciążami. Ponownie stanęłam profilem do lustra. Płaska jak naleśnik pupa, małe, ledwo widoczne piersi, plecy przygarbione.
Od następnego miesiąca zapisuję się na siłownię! – postanowiłam, by za chwilę odejść od tego pomysłu i od razu się rozgrzeszyć. Nie mogę przecież, nie mam jak, dodatkowe zajęcia dziewczynek mi na to nie pozwolą, poza tym Marysia idzie do szkoły. Od początku będę ją wspierać. Odrabiać wspólnie lekcje, czytać czytanki, lektury i rysować szlaczki. Nie mogę chodzić na siłownię. Doby nie wydłużę – wytłumaczyłam siebie.
– Zmywarka – rzucił leniwie mój mąż.
– Słyszę.
Ponownie mignął mi Paweł. Tkwił rozwalony na kanapie. Duży brzuch nie pozwalał mu naturalnie i wygodnie siedzieć. Kiedy się pobieraliśmy, był jednym z najprzystojniejszych facetów w naszym mieście.
W jednej ręce trzymał pilota, w drugiej piwo. Skarpetki, które miał na sobie tego dnia, leżały zwinięte w kulkę przy kanapie. Nie miałam ochoty po raz setny albo tysięczny prosić i przypominać, by je zabrał lub wrzucił do prania. Wiedziałam, że sprzątnę je, jak tylko rozładuję zmywarkę, skończę gotować obiad na jutro, poprasuję zaległą stertę ubrań i powkładam je do szuflad, półek i szaf. Wszystko miałam zaplanowane.
Czy każdy dzień od piętnastu lat wygląda tak samo? – zastanowiłam się. Kiedy ta rutyna wprowadziła się do naszego domu? Kiedy i jak to się stało?
– Mamusiu? – zawołała nasza młodsza córeczka, kiedy tylko otworzyłam zmywarkę gotowa, by się z nią zmierzyć. Zacisnęłam zęby, przykleiłam uśmiech i przeszłam do pokoju.
Obok Pawła siedziała Zosia z albumem fotograficznym na kolanach. Już wiedziałam, jaki będzie zestaw pytań. Zawsze taki sam.
– Dlaczego byłaś w szpitalu, mamusiu?
To było wspomnienie, na które mój mąż jeszcze reagował. Spojrzał na mnie znad piwa tak jak kiedyś. Z troską, miłością i czułością. Mogłabym przysiąc, że całą uwagę skupia na mnie i wszystkim, co ze mną związane. Gdybym teraz poprosiła Pawła o cokolwiek, gotowy był zrobić dla mnie wszystko – tak mi się przynajmniej wydawało. Przyjemna fala ciepła zalała moje serce. Udawałam, że nie widzę puszki. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę tak jak dawniej. Niestety nie trwało to długo. Paweł po chwili ponownie spojrzał w telewizor.
– Kochanie. – Ocknęłam się i po raz kolejny zaczęłam tłumaczyć córce: – Mówiłam ci, że to nic poważnego. – Przełknęłam ślinę i czekałam na kolejne pytania, które znałam na pamięć.
– A bolało cię?
– Nie, nie bolało. Pan doktor dał mi syropek, a po paru dniach mogłam wrócić do domu.
– I ja byłam w domku?
– Nie. – Uśmiechnęłam się. – Wtedy jeszcze nie było cię na świecie.
– To gdzie ja wtedy byłam?
– W moich marzeniach. – Ucałowałam Zosię w czoło i wstałam, by wrócić do zmywarki.
Uchyliłam okno w kuchni, do której natychmiast wpadło świeże powietrze. Koniec sierpnia tego roku był wyjątkowo piękny, a my właśnie obydwoje mieliśmy urlopy. Szkoda, że Paweł nie lubił już podróżować, jeździliśmy tylko nad kąpielisko pod miastem. Za to stan konta nigdy mnie nie martwił. Zawsze mieliśmy oszczędności, nigdy nie brakowało nam pieniędzy. Paweł nie lubił ich wydawać na byle co. Kiedyś było inaczej. Kiedy się poznaliśmy, podróżowaliśmy. Wszystko zmieniło się kilka lat po ślubie.
Nastawiałam zmywarkę po raz drugi, kiedy rozdzwonił się mój telefon.
– Mamy zjazd klasowy! – Moja przyjaciółka piszczała wesoło. Robiła to tak głośno, że na chwilę musiałam odsunąć komórkę od ucha. Jej telefony zawsze wywoływały u mnie uśmiech na twarzy, choć zazwyczaj dzwoniła z szalonymi pomysłami.
W myślach już szukałam wymówki, by się wykręcić. Nieprzyjemna fala pojawiła się w okolicach klatki piersiowej. Coś mnie zaczęło uwierać, przeszkadzać i nie pasować, jakbym założyła za ciasną bluzkę i było mi w niej źle. Czy tak bardzo nie chciałam go spotkać...?
– A kiedy? – odpowiedziałam tonem sugerującym, że mam napięty harmonogram i na pewno impreza jest w terminie, który mi nie odpowiada.
– Przestań! Przecież ty nigdy oprócz obiadów i sprzątania nic nie robisz! Za dwa tygodnie, w sobotę – dodała.
– Oj, sama nie wiem...
– Tym razem się nie wymigasz! Zrób coś wreszcie dla samej siebie! – rozkazała. – Założysz tego Fejsa w końcu? – zmieniła szybko temat.
– Nie chcę żadnego Fejsa – broniłam się któryś raz z kolei, choć czasami miałam ochotę podpatrzeć, jak żyją inne kobiety.
Niekiedy miałam chęć zrobić się na bóstwo, wstawić zdjęcia na social media i posłuchać zachwytów na swój temat, by choć na chwilę znów poczuć się atrakcyjnie, seksownie i zostać zauważoną. Ciekawe, jak zareagowałby Paweł, gdybym jednak postanowiła założyć tego całego Fejsa. Zawsze obstawał przy zdaniu, że to zbędne i niepotrzebne. Ale dla zabawy... w sumie czemu nie?
– Nie masz Fejsa, nie istniejesz – rzuciła hasło, które znałam na pamięć. – Dodam cię wtedy do grupy, zobaczysz, jak tam jest wesoło, zobaczysz, co się w ogóle tam dzieje, jak się ludzie pozmieniali, jak teraz wyglądają, co u nich słychać! Na pewno jesteś ciekawa, Olka!
– Mama. – Młodsza córeczka przykleiła mi się do nogi.
– Niech zgadnę, musisz kończyć. Szykuj kieckę. Nie przyjmuję odmowy! Ja od dziś nie jem kolacji! – rzuciła na koniec moja rozmówczyni.
Cała Zuza. Raz się odchudzała, raz objadała. Zależało od humoru i od dnia. O wszystkim jednak musiała decydować sama. Chciała być niezależna. I chyba była. Z jednej strony była świadomą, niezależną z wyboru kobietą, z drugiej samotną i nieszczęśliwą czterdziestoletnią singielką. Kiedy na dłuższy czas traciła zainteresowanie płcią przeciwną, uparcie twierdziła, że niezobowiązujący seks z nowo poznanym mężczyzną jest wszystkim, czego potrzebuje, i że nie zamierza prać brudnych skarpetek facetowi czy gotować i podstawiać obiadu pod nos mężowi. A kiedy zbyt często spędzała samotne wieczory z drinkiem i paczką chipsów przed przewidywalną komedią na ekranie, płakała w słuchawkę, mówiąc niewyraźnie, że od zawsze chciała mieć męża i kochającą rodzinę. Co nastrój to inne potrzeby, choć napady na zabawę w dom były bardzo rzadkie. Zuza lubiła dobrze zjeść i śmiało mówiła, że nie zamierza dla nikogo rezygnować z chipsów, pizzy, kebabów i słodyczy. Zrywy, by zacząć chodzić na siłownię, często kończyły się gadaniem o tym przez tydzień, po czym następowała głucha cisza – sport znikał tak szybko, jak się pojawiał. Paznokcie, sztuczne rzęsy i brwi permanentne robiła regularnie, co zabawnie kontrastowało z jej nadwagą.
Spojrzałam na swoje paznokcie. Szkoda mi było i czasu, i pieniędzy, by co trzy tygodnie jeździć na uzupełnianie. Zresztą Paweł zawsze powtarzał, że lubi moją naturalność. Rozejrzałam się po kuchni, panował w niej idealny porządek, a po całym pomieszczeniu rozchodził się cudowny zapach. Piknął piekarnik. Byłam z siebie zadowolona, bo wiedziałam, że sernik jest ulubionym ciastem Pawła.
– A może pójdziemy na rowery po deserze? – spytałam z nadzieją w głosie, stawiając talerzyki na stole.
– Tak! – krzyknęły jednocześnie dziewczynki.
Spojrzałam wyczekująco na męża. Nie lubiłam się kisić w domu i nigdy tak nie żyłam. Ciasno mi było w naszym mieszkaniu w bloku, a poza tym potrzebowałam powietrza, dosłownie i w przenośni. Uwielbiałam przestrzeń i dopominałam się o nią. Był ostatni dzień sierpnia i chciałam wykorzystać wolny czas i dobrą pogodę.
Patrzyłam na Pawła i czekałam na odpowiedź. Dziewczynki również.
– No możemy pójść, jak chcecie.
– Hurrra, idziemy wszyscy!
Powinnam się ucieszyć, że się zgodził, ale poczułam tylko ulgę, że nie będę musiała mieć oczu dookoła głowy za Marysią, na którą jeszcze trzeba było bardzo uważać. Czasami jeździła zbyt pewnie, za późno zatrzymywała się przed ulicami, zbyt śmiało wjeżdżała na ścieżki rowerowe. We dwoje było bezpieczniej i jakoś tak raźniej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
