Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Świat wysyła nastoletnim dziewczętom sprzeczne komunikaty. Mają tyle możliwości i wolności, a jednocześnie mierzą się z ogromną presją by być idealną: wyglądaj „odpowiednio”, udawaj, że wszystko jest w porządku, nawet wtedy, gdy czujesz niepewność i osamotnienie.
Justin Coulson kieruje tę książkę, opartą na setkach wywiadów i rozmów, do rodziców, którzy chcą wsłuchać się w głos swoich córek, wspierać je, respektując ich granice, oraz wspomagać proces budowania własnej tożsamości, tak ważnej dla młodych osób. Jako doświadczony rodzic i specjalista stara się odpowiedzieć na pytanie o to, jak towarzyszyć nastoletnim dziewczętom w świecie, który wymaga od nich tak wiele.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 366
Data ważności licencji: 2/6/2030
Tytuł oryginału
Miss-connection: Why Your Teenage Daughter 'Hates' You, Expects the World and Needs to Talk
Copyright © Justin Coulson 2020. Książka pierwotnie ukazała się w 2020 roku. Została opublikowana w języku angielskim
przez wydawnictwo HarperCollins Publishers Australia Pty Limited.
Niniejsze wydanie w języku polskim zrealizowane jest na podstawie porozumienia z wydawnictwem HarperCollins Publishers Australia Pty Limited.
© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2026
Redaktor inicjujący
Paweł Dąbrowski OP
Redaktorka prowadząca
Justyna Olszewska
Redakcja
Katarzyna Kośmicka
Korekta
Justyna Olszewska, Katarzyna Kośmicka
Skład i łamanie
Lucyna Sterczewska
Redakcja techniczna
Józefa Kurpisz
Projekt okładki i layoutu
Krzysztof Lorczyk OP
Fotografia na okładce i str. przedtytułowej – Karolina Grabowska | pexels.com
ISBN 978-83-7906-906-4 (wersja drukowana)
ISBN 978-83-7906-907-1 (wersja elektroniczna)
Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.
Wydanie I
ul. Kościuszki 99
61-716 Poznań
tel. 61 852 39 62
www.wdrodze.pl
Przygotowanie wersji elektronicznej
Ludzie twierdzą,
że rodzicielstwo to najtrudniejsza praca na świecie. Tak nie jest. Najtrudniejsze jest dorastanie.
(Draco Malfoy w sztuce Harry Potter and the Cursed Child)
Ta książka przedstawia osobiste, wręcz intymne opowieści i opisy dotyczące świata nastoletnich dziewcząt. Oprócz uzyskania pisemnej zgody od każdego, kto przekazał mi własną opowieść i informacje o sobie, uczyniłem wszystko, co mogłem, by zmienić szczegóły mogące prowadzić do zidentyfikowania konkretnych ludzi. Wszystkie te modyfikacje zostały dokładnie przemyślane, tak by zarówno zapewnić ochronę dziewczynom i rodzicom, z którymi rozmawiałem, jak i nie wypaczyć prawdziwego ducha każdej z tych opowieści. Celem tej książki jest ukazanie usposobienia i wyzwań właściwych wychowywanym przez nas dojrzewającym dziewczynom, abyśmy mogli je lepiej rozumieć i z większym powodzeniem prowadzić. Jeśli będziecie mieli wrażenie, że na kolejnych stronach widzicie samych siebie jako rodziców albo wasze córki, będzie stał za tym przypadek. Zarazem jednak mam nadzieję, że tak się właśnie stanie, gdyż będzie to oznaczać, iż udało mi się uchwycić istotę tego, na czym dziś polega bycie nastolatką.
W kulturze popularnej i licznych dyskusjach prowadzonych przez dorosłych nastoletni wiek u dziewcząt często jest określany (z wymownym przewróceniem oczami u rozmówcy) jako czas, który inni po prostu muszą jakoś znieść. W książkach, filmach i programach telewizyjnych nastolatki to gwiazdy, pozerki, zołzy, księżniczki, diwy, wredne dziewczyny, histeryczki i tak dalej.
Jednak choć zdaniem wielu ludzi okres dojrzewania jest czasem, w którym niegdyś słodkie dziewczynki się „psują”, przez dwadzieścia lat mojej pracy z młodymi kobietami etykietki „problematyczna” albo „zaburzona” nigdy tak naprawdę nie współbrzmiały z osobami, z którymi miałam bezpośrednio do czynienia.
Owszem, nasze dziewczęta mogą czasem sprawiać kłopoty (wszystkim nam się to zdarza). Z pewnością są one grupą szczególnie podatną na zagrożenia. Organizacja Plan International w rocznym raporcie za 2018 rok potwierdza, że mimo wszelkich kampanii edukacyjnych mających służyć ograniczaniu molestowania seksualnego, większość młodych kobiet po raz pierwszy doświadcza zastraszania, gdy przebywa w miejscu publicznym, a ich przeciętny wiek to jedenaście–piętnaście lat. Australijskie badania wskazują też, że dziewczyny między czternastym a dziewiętnastym rokiem życia mogą być aż czterokrotnie bardziej narażone na przemoc fizyczną lub seksualną niż starsze kobiety.
Niemniej mimo doświadczanych wyzwań i swej podatności na zranienia nasze dziewczęta potrafią być zabawne, odważne, kreatywne, niezwykle lojalne i bardzo przenikliwe. Jaką cenę zapłacimy, jeśli nie dostrzeżemy i nie docenimy zarówno rezyliencji, jak i wspaniałości młodych kobiet? Czas, byśmy spojrzeli na nastolatki z nowej perspektywy.
Tym właśnie, co uderzyło mnie przy lekturze książki Połącz-ONA. Budowanie więzi z dorastającą córką, jest fakt, że dr Justin Coulson naprawdę widzi dojrzewające dziewczyny – z wszystkimi ich blaskami i cieniami.
Justin jest akademikiem i ma doktorat z psychologii. Książka ta opiera się zatem na dokładnych badaniach. Lecz podczas jej czytania najbardziej zwróciło moją uwagę to, że ewidentnie włożył w tę pracę również serce. Jako ojciec szóstki dziewcząt podaje serdeczne, praktyczne porady. Przy lekturze zorientowałam się, że wciąż przytakuję głową – zarówno potwierdzając to, co Justin pisze, jak i zachwycając się faktem, że tak wyraźnie mu na tych sprawach zależy.
Naprawdę chce wszystko dobrze zrozumieć – robi to nie tylko dla własnych córek, ale dla córek nas wszystkich.
Justin nie unika trudnych zagadnień, jednak analizuje je z empatią i ze współczuciem. Co jeszcze istotniejsze, nie tylko obserwuje, ale również słucha. Niniejsza książka zawiera wiele spostrzeżeń poczynionych przez rozmaite nastolatki oraz kobiety będące ich matkami. Justin prowadzi też poważne rozmowy z kolegami po fachu i jest otwarty na dowiadywanie się nowych rzeczy oraz na to, by kwestionowano jego własne poglądy. Przedstawione tu analizy są dogłębnie przemyślane i szczegółowe.
Wniosek, do jakiego dochodzi – mianowicie że nasze dziewczęta potrzebują więzi (tego, byśmy je do siebie przyciągali, a nie od siebie odpychali) – ma ogromne znacznie.
Chociaż nasze dziewczęta są nieustannie narażone na przekazywane im przez rynek przesłanie, że powinny chcieć ciągle więcej rzeczy, to we wszystkich rozmowach, jakie z nimi przeprowadziłam, mówiły one z tęsknotą bynajmniej nie o najnowszym iPhonie ani o markowej sukience. Dawały natomiast wyraz pragnieniu tego, żeby być lepiej zrozumianymi oraz by mieć kogoś po swojej stronie.
Justin jednoznacznie ustawia samego siebie w roli ich sojusznika. Przekonuje, że najwyższy czas, byśmy przestali walczyć z dziewczęcością i zaczęli odkrywać inne sposoby wychowania, bardziej zakorzenione w miłości, śmiechu i wzajemnym szacunku.
W rzeczywistości jest on tym męskim orędownikiem dziewczyn, na którego czekaliśmy.
Niech żyje rewolucja!
Dannielle Miller
Autorka książek z zakresu rodzicielstwa, pedagog pracujący z nastolatkami oraz prezes Enlighten Education
W 1999 roku razem z Kylie (moją żoną) byliśmy w gabinecie położnika w Rockhampton na naszej pierwszej wizycie. Lekarz kazał Kylie położyć się na łóżku, posmarował jakimś żelem końcówkę urządzenia do USG i przyłożył ją do ciążowego brzucha mojej żony. Na ekranie pojawił się rozmazany obraz. Doktor Khoo wskazywał główkę, ramiona, nogi, palce i inne części ciała naszego dziecka. Byliśmy zachwyceni. Gdy pochłanialiśmy oczami każdy szczegół widziany na ekranie, w radiu, cicho grającym gdzieś poza gabinetem, puszczono akurat piosenkę A Little Ray of Sunshine1. Kylie spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami i oznajmiła: „Będziemy mieć dziewczynkę!”.
W dalszej części tego samego roku byliśmy niezwykle podekscytowani, gdy Chanel pojawiła się w naszym życiu. Martwiliśmy się też jednak, i to bardzo. Czy jesteśmy w stanie zapewnić naszej córce takie możliwości, które naszym zdaniem są istotne? Czy będzie ona zdrowa i szczęśliwa? Czy znajdzie dobrych przyjaciół? Czy sama będzie dobrą przyjaciółką? Czy właściwie ją wychowamy? Czy będzie pilną uczennicą? Światowym przywódcą? Czy zapewnimy jej przy wychowaniu miłość, na jaką zasługuje? Czy ona będzie nas kochać tak, jak my ją kochamy? Czy potrafimy wychować córkę, która stanie się wspaniałą osobą?
W miarę jak nasza rodzina się powiększała (o pięć kolejnych córek), wzrastało również moje zainteresowanie kwestią dobrego wychowywania dzieci – a zwłaszcza takich dziewcząt, które miałyby być w przyszłości silnymi, troskliwymi kobietami. Gdy obserwowałem, jak dorastają i dojrzewają, ogromnie nasiliły się także moje obawy o dobrostan dziewcząt w naszym społeczeństwie.
Podjęcie się zadania przeprowadzenia naszych nastoletnich córek przez skomplikowany świat dojrzewania jest… skomplikowane. Kiedy dziewczęta się rozwijają, stajemy przed wyzwaniami, z którymi trzeba sobie radzić umiejętnie i delikatnie.
Regularnie występuję na konferencjach dla specjalistów pracujących z młodymi ludźmi. Można by powiedzieć, że omawiane na tych wydarzeniach tematy są pikantne; większość z nich dotyczy także nastoletnich dziewcząt: depresja, stany lękowe i inne choroby umysłowe, seksting, samookaleczanie się, przemoc rówieśnicza i cyberbullying, kwestie dotyczące postaw i doświadczeń seksualnych, pornografia, niezdrowe nastawienie oraz korzystanie z alkoholu i innych używek.
Niełatwe to sprawy.
Niekiedy mówcy wywołują u publiczności wrażenie, że wszystkie nasze dziewczęta (i wszyscy nasi chłopcy) pędzą ku niebezpiecznym, szkodliwym dla zdrowia wyborom niczym mewy biegnące ku zimnej, rozmiękłej frytce wyrzuconej przez podekscytowanego malucha na plaży.
Gdy przygotowywałem się do napisania tego poradnika, przeprowadziłem ankiety wśród setek dojrzewających dziewcząt z Australii. Nastolatki (w wieku trzynastu–dziewiętnastu lat) z wielu szkół z całego kraju wypełniały kwestionariusz, w którym pytano je o stawiane przed nimi wyzwania, ich dobrostan, przyjaciół oraz doświadczenia związane z używkami, seksem i siedzeniem przed ekranem. Chciałem zebrać wszystkie informacje pomagające dotrzeć do sedna sprawy.
Przeprowadziłem też wywiady z mnóstwem nastolatek i kobiet (przeważnie będących matkami), by zrozumieć problemy, z którymi mierzą się dziewczęta i ich rodzice, oraz by poznać pytania, jakie każda z tych grup zadaje. Dociekałem i zagłębiałem się, chcąc odkryć ważne kwestie, z którymi zmagają się rodzice i które niepokoją nasze nastolatki. Starałem się wykazywać wrażliwością, lecz zarazem jasno dawałem do zrozumienia, że zależy mi na poznaniu tych zagadnień, abym mógł pomagać rodzicom borykającym się z poważnymi zgryzotami.
Spodziewałem się, że ta książka będzie dotyczyć moralnych plag naszych czasów – pod którym to określeniem rozumiem wszystko, co wzbudza w mediach wielkie poruszenie w kontekście młodzieży: siedzenie przed ekranem, przemoc rówieśniczą, zaburzenia odżywiania, samookaleczanie się, seks i tak dalej. Owszem, odnoszę się tutaj do kilku z tych zagadnień. Jednak nie tego właśnie dotyczy niniejsza publikacja – zaskoczyło mnie to. To nie jest książka, jaką pierwotnie miałem zamiar napisać.
Te duże, poważne problemy nie miały większego znaczenia w przeprowadzonych wywiadach. Zaistniały one w zebranych przeze mnie danych, ale nie w znaczącej ilości. Bardzo niewiele osób – czy to rodziców, czy to nastolatek – załamywało nad nimi ręce. Nie oznacza to, że nie są one istotne. Z pewnością takie są, i trzeba je traktować poważnie. Nie chcę też powiedzieć, że rodzice i nastolatki w ogóle się nimi nie martwią; pewien mały odsetek przebadanych ludzi bardzo się tymi sprawami niepokoił.
Oczywiście mam świadomość, że ludzie mogli czuć się niekomfortowo, gdy omawiali te „wielkie” problemy. Niemniej gdy próbowałem nalegać, było to odpierane. Owe istotne zagadnienia przeważnie nie stanowiły problemu dla dziewcząt i dorosłych, z którymi rozmawiałem – nawet jeśli starałem się kłaść na to nacisk. Możliwe też, że osoby skłonne poddać się takim analizom nie należą do grup doświadczających tego typu wyzwań. Niezależnie od przyczyn, mogę zrelacjonować tylko to, czego dowiedziałem się od badanych. Moje ustalenia są spójne z wynikami uzyskanymi w ramach obszerniejszych dociekań, zwłaszcza Child and Adolescent Survey of Mental Health and Wellbeing, przeprowadzonych na zlecenie australijskiego rządu2.
Wyniki moich badań wskazują zaś, że większość rodziców i nastolatek martwi się bardziej przyziemnymi, codziennymi wyzwaniami. Chodzi o takie rzeczy jak bycie zmotywowanymi w szkole i posiadanie chęci do nauki, o związane z dobrostanem sprawy w rodzaju postrzegania własnego ciała i kryzysów tożsamości oraz o dramaty z udziałem przyjaciół.
A także o więzi.
Łatwo byłoby założyć, że tytuł tej książki jest nawiązaniem do tej tęsknoty za więziami, za połączeniem, które popycha nasze córki do ciągłego wchodzenia do internetu. Można by go tak rozumieć. Głębszym sensem jest idea, że nasze córki chcą mieć więź z nami – my zaś z nimi – ale choć przeważnie jakaś jej forma faktycznie istnieje, to często się w tej więzi ze sobą mijamy.
Według Brene Brown więź to „rodzaj energii, która powstaje między ludźmi, gdy czują się oni zauważeni, wysłuchani i docenieni, kiedy mogą brać i dawać, nie będąc oceniani, i kiedy ich związki są dla nich źródłem wsparcia i siły”3.
W każdej przeprowadzonej rozmowie zagadnienie więzi było obszernie poruszane. W każdej ankiecie kładziono nacisk na tę palącą i podstawową potrzebę. Dziewczęta stwierdzały rzeczy w rodzaju:
Potrzebuję być kochana i zrozumiana. Czasami po prostu chciałabym, żeby ktoś mnie wysłuchał i nic nie mówił. Tylko wysłuchał.
Choć nigdy bym się do tego nie przyznała, pragnę tylko miłości, wsparcia i uwagi moich rodziców.
Tahlula, szesnastolatka, z którą przeprowadziłem rozmowę, również potwierdziła tę potrzebę więzi:
Mnóstwo moich przyjaciółek ma rodziców, którzy z nimi nie rozmawiają. Niektóre dziewczyny wydają się czynić rozmowę z nimi czymś trudnym, ale wszystkie chcą, by ich rodzice poświęcali im czas na rozmowę.
Kiedy zadawałem dziewczętom pytanie: „Gdyby była w twoim życiu jedna rzecz, którą mogłabyś zmienić, co by to było?”, w zdecydowanie przeważającej mierze odpowiadały stwierdzeniami w rodzaju:
Moja relacja z rodzicami.
Chciałabym mieć większą więź emocjonalną ze swoją rodziną.
Pragnęłabym, żeby moja rodzina była ze sobą blisko i żeby mnie wspierała.
To pragnienie głębokiej więzi wyraźnie przekładało się też na chęć posiadania grupy przyjaciół, lecz nacisk w pierwszym rzędzie kładziono na relacje z rodziną i rodzicami. Nieomal czułem, jak dziewczęta o tę więź błagają.
Właśnie tego typu więź stanowi istotę dobrostanu. Posiadanie więzi decyduje – w krótkiej i dłuższej perspektywie czasowej – o pozytywnym nastawieniu, motywacji i rozwoju w większym stopniu niż cokolwiek innego. Jest to podkreślane w niektórych spośród najważniejszych opracowań psychologicznych na świecie. Mówiąc najprościej: omówione w tej książce badania potwierdzają ideę, że „inni ludzie mają znaczenie”4 oraz że „szczęście to miłość. Kropka”5.
Więź – oto pytanie. Więź – oto także odpowiedź.
Z kim rozmawiałem
Do czasu, gdy podjąłem się pracy nad tą książką, ankiety na temat swego dobrostanu wypełniło 369 dojrzewających dziewcząt. Z badań wynikały także osobiste szczegóły na temat wyzwań, jakich doznają nastoletnie dziewczyny dojrzewające w drugiej dekadzie XXI wieku. Dodatkowo urządziłem grupy fokusowe z udziałem uczennic i osobiście przeprowadziłem wywiady (lub wideorozmowy) z dyrektorami szkół, psychologami oraz kilkudziesięcioma matkami i córkami, by dotrzeć do informacji o charakterze jakościowym, których nieraz nie da się uchwycić poprzez ankiety.
Gdy słuchałem wielu kobiet i dziewcząt dzielących się ze mną swymi doświadczeniami, stale szokowało mnie to, jak słabo mężczyźni rozumieją zawiłości życia dojrzewających dziewcząt oraz trudności z tym życiem związane. (Należy zwrócić uwagę, że niniejsza książka w oczywisty sposób silnie odwołuje się do płciowości oraz – ze względu na przebadaną próbę – kładzie nacisk na binarne podejście do płci). Praca nad tą publikacją pozwoliła mi docenić, jakiej nadzwyczajnej siły wymaga bycie pewną siebie kobietą w świecie, który często jest brutalnie nieprzyjazny dla kobiet i dziewcząt – a jeszcze bardziej wrogi wobec osób mających status pod jakimkolwiek względem „mniejszościowy”, zwłaszcza jeśli chodzi o nastolatki i młode kobiety. Uwagi poczynione przez dziewczęta na temat ciągle doznawanych przez nie obaw dotyczących obrazu swego ciała wręcz mnie powaliły – poczucie bycia ocenianym za swój wygląd jest czymś, o czym rzadko w ogóle myślę. Owszem, podobnie do wielu chłopaków i mężczyzn dbam o własne zdrowie i wygląd, ale nie tak samo jak dziewczęta, z którymi rozmawiałem. Otwarcie mówiły mi one, że nieustannie roztrząsają jakieś mało ważne komentarze, które zabrzmiały w ich uszach niewłaściwie, a także to, w jaki sposób ktoś na nie spojrzał (albo nie zwrócił na nie uwagi). Relacje nawiązują się i rozpadają właśnie w takich mikromomentach, na które faceci wydają się o wiele mniej wyczuleni i wrażliwi oraz które zdają się ich dużo słabiej obchodzić.
Jestem wdzięczny wszystkim, którzy podzielili się ze mną – oraz z wami – opowieściami o życiu, abyśmy mogli poprawić to, jak wychowujemy silne i troskliwe dziewczęta, mogące wnosić tak cenny wkład do swoich rodzin i wspólnot, a może nawet zdolne zmienić świat. Mam nadzieję, że zdołałem należycie oddać to, co usłyszałem od każdej przebadanej osoby, i przekazać ich opowieści oraz idee w sposób oddający im taką godność i taki szacunek, na jakie zasługują.
W niniejszej książce nie przyjmuję podejścia typu „krok po kroku”. Ludzie i relacje między nimi są na to rzeczywistością zbyt złożoną. Każdy kontekst, każda osobowość i każda interakcja okazują się inne. W tej pracy nie znajdziecie opisu powierzchownych strategii, technik kontroli (metod typu: „weź się w garść”) ani spisów działań, które pozwoliłyby wychować niezwykłe dziecko po prostu poprzez odhaczanie kolejnych zadań. Książka ta dotyczy natomiast zasad. Omawiane przeze mnie idee będą przydatne dla każdego, kto poszukuje opartego na zasadach podejścia do wychowywania wspaniałych dziewcząt i nawiązywania z nimi pięknej, trwałej więzi. Chodzi tutaj o pomaganie wam, rodzicom, w stawaniu się kimś więcej – dla waszych córek oraz dla was samych. Jeśli chcecie lepiej zrozumieć córki i pogłębić z nimi więź, niech ta książka będzie waszym przewodnikiem.
Choć mam za sobą studia nad rozwojem dziecka, rodzicielstwem i nastolatkami, to do pracy nad niniejszą książką przystąpiłem z pewnymi obawami. Nie jestem kobietą, a choć – owszem – byłem kiedyś nastolatkiem, miało to miejsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, czyli w okresie jakościowo odmiennym od czasów współczesnych. Mimo wszystkich rozmów przeprowadzonych z młodzieżą, nie mogę tak naprawdę twierdzić, że rozumiem, jak to jest być nastolatkiem dzisiaj. Miałem jednak okazję przeprowadzić wśród młodych wywiady i ankiety oraz ich obserwować – i tego właśnie wyniki chcę przedstawić wam, rodzicom.
Ponadto, moim celem nie jest tutaj wypowiadanie się w imieniu nastoletnich dziewcząt. Przyjęcie na siebie takiej roli byłoby czymś zarówno niezwykle aroganckim z mojej strony, jak i bardzo niesprawiedliwym wobec samych nastolatek. Zależy mi na ukazaniu, jak możemy lepiej słuchać naszych córek i je rozumieć, choć żyją one w świecie bardzo odmiennym od tego, w jakim sami dojrzewaliśmy. Co jeszcze istotniejsze, pragnę, byśmy słuchali dziewcząt i odkrywali, jak moglibyśmy wyraźniej postrzegać je takimi, jakimi są – zwłaszcza w ich najlepszych momentach.
Nasza rodzina uwielbia musicale. Kiedy dzieci były młodsze, jednym z naszych ukochanych był musical Mary Poppins. Gdy kilka lat temu byliśmy na jego wersji teatralnej, moją uwagę przyciągnęło jedno z padających tam zdań. Otóż po pewnym okresie zajmowania się Jane i Michaelem Banksami, Mary – czarodziejska niania, która wcześniej przyleciała do nich wraz ze wschodnim wiatrem – decyduje, że musi opuścić ulicę Czereśniową 17 i znaleźć inne dzieci, którymi powinna się zająć. Jej dobry przyjaciel Bert, będący kominiarzem, próbuje ją przekonać do pozostania.
„To dobre dzieci, Mary!”, błaga w imieniu Jane i Michaela.
„Nie mogę im pomagać, skoro mi na to nie pozwalają”, odpowiada Mary, „i nikogo nie jest trudniej uczyć niż dziecko, które wie wszystko”.
Bert pyta: „A więc?”.
Mary stwierdza: „A więc muszą samodzielnie uczynić następny krok”.
Jeśli jesteście rodzicami nastoletnich córek, prawdopodobnie to rozumiecie. Wyzywające zachowanie dziewcząt, ich częste grymasy niezadowolenia i przesadne wywracanie oczami rodzą w nas uczucie, że trudno jest je czegoś nauczyć – a niekiedy po prostu w ogóle do nich dotrzeć. Wiedzą wszystko. Czasami zaś, kiedy tego wywracania oczami i pozerstwa jest już za dużo, pewnie pragnęlibyście, aby zawiał wschodni wiatr i zabrał was gdzieś daleko, tak jak stało się to z Mary Poppins!
Zarazem wiecie, że wasza córka jest dobrym dzieckiem. Wręcz wspaniałym. Jasne, potrafi doprowadzić do szału, ale bardzo ją kochacie.
Choć wszyscy może odnajdujemy się w pierwszej części rozmowy między Mary i Bertem, to tym, co zasługuje na szczególne podkreślenie, jest końcowe stwierdzenie: „Muszą samodzielnie uczynić następny krok”.
Okres dojrzewania to jeden z najtrudniejszych etapów, z jakimi muszą się mierzyć rodzice – mówię to jako osoba, która od lat obserwuje rodziny i z nimi pracuje. W młodszym wieku nasze dziewczynki są niewinne i słodkie; mają skłonność do dbania i troszczenia się o innych, zwłaszcza o rodziców i rodzeństwo. Jednak kiedy wchodzą w wiek dojrzewania, cechy te często zostają wyparte przez pragnienie stawania się niezależnymi myślicielkami: chcą, by zostawić je w spokoju i pozwolić im na podejmowanie decyzji, tak by mogły znaleźć własną drogę jako „duzi ludzie” w świecie dorosłych. Pierwsze dwanaście czy trzynaście lat ich życia stanowi dla nas najlepszą okazję, by przekazać im wszystko, co możemy: wartości, moralność, zasady oraz umiejętności dogadywania się z innymi. Później wiele dojrzewających osób zaczyna opierać się niektórym albo nawet wszystkim podejmowanym przez nas próbom sprawowania nad nimi kontroli. Chcą niezależności. Chcą, by pozwolono im samodzielnie uczynić następny krok. W rzeczywistości jest to wręcz konieczne rozwojowo.
Mamy tego świadomość. Rozumiemy również, że naszym zadaniem jest przygotowanie dzieci do bycia niezależnymi. A jednak jako rodzice irytujemy się, kiedy nam się sprzeciwiają. Przecież wiemy lepiej! Dlaczego nas nie słuchają? Niekiedy wychowanie nastoletnich córek przypomina granie w Operację6. Nieustannie natrafiamy na jakieś trudności i niechcący uruchamiamy jakiś alarm. Skomplikowane.
Kiedy rodzice chcą dwóch różnych rzeczy naraz
Anna7 jest menadżerem do spraw HR w międzynarodowej firmie. Tworzy z mężem związek od siedemnastu lat. Kiedy się spotkali, on już miał dwójkę dzieci: sześcioletniego chłopca (teraz mającego dwadzieścia trzy lata) i dwuletnią córkę (obecnie dziewiętnastolatkę). Ze sobą mają jedną biologiczną córkę, Charlotte, która niedługo wejdzie w wiek nastoletni.
Kiedy spotkaliśmy się z Anną, by porozmawiać o wychowywaniu nastoletnich córek, natychmiast ujęła mnie jej radość życia. Podczas rozmowy chętnie się śmiała – głośno i często. Jako mama i macocha była podekscytowana dyskusją o blaskach i cieniach wychowywania dziewcząt. Anna chce, by jej córki były osobami niezależnymi i silnymi, by myślały samodzielnie i cechowały się pewnością siebie. Zarazem jednak zależy jej, by dzieci robiły to, co się im każe!
Jak stwierdziła, dwiema najtrudniejszymi rzeczami, jeśli chodzi o wychowywanie nastoletnich córek, jest radzenie sobie z „problemami osobowościowymi” (moja rozmówczyni zrobiła ten znak cudzysłowu palcami, by podkreślić, o co jej chodzi) oraz z etapem dążenia dziewcząt do niezależności.
– Byłam i taką mamą, która siedzi w domu, i taką, która pracuje zawodowo – powiedziała. – Nic, naprawdę nic nie było dla mnie tak trudne jak wychowywanie dziewczyn!
Anna wybuchła śmiechem, porównując role odgrywane przez siebie w życiu osobistym i zawodowym.
– Dlaczego jest to takie trudne? – zapytałem.
– Cóż, po pierwsze, chodzi o problemy osobowościowe – odparła. – Trudno mi dogadać się z pasierbicą, gdyż mamy odmienne podejście. Jej nastawienie jest tak różne od mojego i do tego ona wie wszystko.
Anna wręcz idealnie wywróciła tutaj oczami. Mogłem sobie wyobrazić ją jako nastolatkę, tak samo zachowującą się wobec własnej matki. Ona tymczasem kontynuowała:
– Jest naprawdę dosadna, a rzeczy, które mówi, są po prostu niewłaściwe. Jest zdecydowanie mniej poprawna politycznie ode mnie. I ma zdecydowane poglądy! Ale kiedy próbuję ją w czymś poprawić, nie przyjmuje tego dobrze. Lecz cała ta sprawa dążenia do niezależności jest dla mnie najtrudniejsza w przypadku mojej biologicznej córki Charlotte.
Chwilę zajęło Annie objaśnienie tego, z czym przede wszystkim się zmaga, ale ostatecznie okazało się, że źle znosi fakt, iż jej „córeczka” dorasta i zaczyna się od niej separować.
– Chciałabym, by pozostała moim małym dzieckiem – stwierdziła. – Zarazem jednak pragnę, by stanęła na własnych nogach, wyruszyła w świat i była na tyle pewna siebie, aby podejmować ryzyko i wychodzić poza strefę komfortu. Tyle że od kilku tygodni jesteśmy skonfliktowane. Faktycznie jest pewna siebie i chce podejmować ryzyko… a przecież sama powtarzam, że tego właśnie dla niej pragnę. A potem próbuję to powstrzymać, bo martwię się o nią. Kiedy jednak tak postępuję, widzę, jak psuje się piękna relacja, która nas dotąd łączyła, kiedy byłyśmy wobec siebie pełne otwartości i szczerości i rozmawiałyśmy ze sobą o mnóstwie rzeczy. Wszystko źle się układa. Kłócimy się. Sprawa polega na tym, że próbuję ją hamować, bo wydaje mi się, że moja mała córeczka znika.
Na twarzy Anny odmalowała się mieszanka bólu i rozbawienia. Ironia całej sytuacji była uderzająca i dobitna.
Anna nie jest jedyna. Wielu rodziców, z którymi rozmawiałem, dawało wyraz podobnemu nastawieniu:
Chcę, żeby córka była niezależna, ale chcę też, żeby pozostawała przy mnie. Chcę też dalej mieć na nią wpływ.
Chcę, żeby była samodzielna, ale wolałbym, żeby robiła to, co się jej każe!
Często mówimy, że nasze nastolatki są osobami wewnętrznie sprzecznymi, ale pozostajemy ślepi na jaskrawe sprzeczności właściwe naszym własnym postawom i wypowiedziom. Czasami musimy przypominać samym sobie, że nie jesteśmy jeszcze „skończonym produktem” – my również musimy nad sobą pracować.
– Problemem jest to, że chcesz, by córka wyrosła na osobę niezależną, a zarazem zależy ci na tym, aby wciąż słuchała ciebie i robiła to, co jej każesz – tłumaczyłem Annie. – Nie chcesz stracić z nią więzi, a widzisz, że ta więź się wymyka w miarę jak Charlotte wyrasta na niezależną kobietę, którą według ciebie powinna się stać. Jak to ze sobą pogodzić?
Anna wstrzymała się z odpowiedzią i przez jakiś czas panowała cisza. Nieomal mogłem usłyszeć jej myśli, gdyż przypominały one to, o czym sam myślałem w kontekście wychowania własnych córek – oraz to, o czym myśli tak wielu rodziców, mających podobne odczucia.
– Chcę, by była niezależna – podjęła na nowo Anna – ale zarazem tego nie chcę. Wściekam się, kiedy mnie nie słucha. Ale to, co jej mówię, jest dla niej dobre. Musi sama do tego dojść. Nie mogę zawsze trzymać jej za rękę. Co jednak, jeśli wszystko poplącze? Co jeśli popełni błąd? Nie chcę, by tak się stało.
Dzisiejsi rodzice poruszają się po grząskim gruncie. Wydaje się, że odczuwamy silniejszą niż poprzednie pokolenia presję, by być „dobrymi rodzicami” (choć to wrażenie może wynikać z faktu, iż sami odgrywamy teraz rolę rodziców), i nie ma większych wątpliwości co do tego, że obecnie rodzice są bardziej oceniani niż dawniej. Albo jesteśmy nadopiekuńczy, albo niewystarczająco kontrolujemy nasze dzieci. Zdaje się też, że często sami siebie zadręczamy nadmiernym roztrząsaniem. Rodzicielstwo to skomplikowane zadanie – które staje się jeszcze trudniejsze, kiedy nasze nastolatki chcą być niezależne i próbują się od nas odseparować.
Anna kontynuowała:
– Naprawdę jestem zagubiona. Wciąż chcę, by słuchała moich rad. Mam doświadczenie, sama byłam w tym wieku i przechodziłam przez ten okres razem z pasierbicą. Ale Charlotte mówi: „Nie wiesz, jak to jest być mną”.
To mantra dojrzewających dziewcząt na całym świecie. Odpowiadamy błaganiem: „Cóż, gdybyś tylko powiedziała nam, co się dzieje w twoim życiu, moglibyśmy ci pomóc. Wiesz przecież, że sami też byliśmy kiedyś nastolatkami”.
One zaś odpierają: „Nikt nigdy nie czuł tego, co ja. To uczucie jest wyjątkowe dla mnie i okoliczności, w jakich się znajduję. Nie zrozumiecie!”.
Jak więc możemy im pomóc i je poprowadzić? Zanim do tego dojdziemy, jest jeszcze jedna ważna kwestia, nad którą musimy się zastanowić.
Co jest waszym „dlaczego”?
Co jest naszym celem jako rodziców? Dlaczego to robimy? Tak naprawdę?
Nieomal wszyscy rodzice, z którymi rozmawiałem, mieli problem z odpowiedzeniem na to pytanie. Przeważnie nie zastanawiamy się specjalnie nad tym, dlaczego jesteśmy rodzicami. Po prostu tak jest. Myślenie o „dlaczego” może też wydawać się niepotrzebnym filozofowaniem. O wiele bardziej celowe i praktyczne jest stwierdzenie: „Po prostu proszę mi powiedzieć, co mam robić” – i właśnie dlatego ludzie przychodzą na prowadzone przeze mnie warsztaty, albo biorą się za lekturę książki takiej jak ta!
Niemniej to, dlaczego zajmujemy się rodzicielstwem, ma jeszcze większe znaczenie niż to, jak to robimy. Jeżeli zaniechamy zrozumienie, dlaczego jesteśmy rodzicami – i tego sobie nie przyswoimy – będziemy bardziej skłonni iść na skróty, odchodzić od naszej idealnej wizji rodzicielstwa i dokonywać wyborów, które zapewnią nam krótkoterminowe wytchnienie, zamiast obierać trudniejszą drogę w naszych staraniach o udane prowadzenie dzieci. Jasność co do rodzicielskich celów – co do naszego „dlaczego” – zapewnia nam podstawy, na których możemy się oprzeć, gdy ugrzęźniemy. A jeśli ktoś jest rodzicem nastoletniej córki, to ugrzęźnie na pewno.
Nasze „dlaczego” inspiruje nas, byśmy wytrwali w miłości i cierpliwości, gdy córka kłamie, manipuluje czy odmawia pójścia do szkoły ze względu na fakt, że ma problemy z przyjaciółmi albo nauką. Bez „dlaczego” rośnie prawdopodobieństwo, że będziemy reagować niecierpliwością i gniewem na rzucane nam przez nią wyzwania.
Nasze „dlaczego” pomoże nam być najlepszymi wersjami samych siebie, kiedy będziemy mieć ochotę wysłać córkę do jej pokoju albo – gdy będzie starsza – wyrzucić ją z domu z poleceniem, by nie wracała, dopóki nie zmieni swojego nastawienia, nie zrezygnuje z roszczeniowej postawy i nie zacznie dokonywać wyborów spójnych z tym, czego ją uczyliśmy. Bez „dlaczego” nie będziemy mieć większej motywacji, by sięgnąć do tego, co najlepsze w nas samych, i przemawiać do tego, co najlepsze w córce.
Nasze „dlaczego” pozwoli nam zwrócić się z pokorą do córki, którą trudno nam jest lubić – tak byśmy byli w stanie przeprosić ją za swoje błędy i poprosić o wybaczenie w imię wspólnego podjęcia kolejnej próby porozumienia (nawet jeśli ona sama znacząco przyczyniła się do incydentu, za który akurat przepraszamy). Bez „dlaczego” będziemy bardziej skłonni do obwiniania córki, znajdowania wymówek dla własnego kiepskiego postępowania lub zaprzeczania, że w ogóle jesteśmy za dany konflikt współodpowiedzialni. Będziemy postrzegać samych siebie jako osoby dopełnione i doskonałe, natomiast córkę uznamy za „problem”.
Nasze „dlaczego” będzie dla nas oparciem, kiedy doświadczymy tego, jak łamie się nasze serce, w momencie gdy odkryjemy, że córka się samookalecza, ma depresję albo czuje się jak ktoś niewydarzony. Nasze „dlaczego” pomoże nam znaleźć sposób na wypracowanie takiej więzi, w której będziemy starać się uzdrawiać relację z córką poprzez okazywanie jej serdeczności, miłości i wsparcia; aby nie krzywdzić jej lekceważeniem, brakiem akceptacji lub gniewem zrodzonym z obawy, że zawaliliśmy jako rodzice – oraz z naszego zasmucenia podejmowanymi przez nią decyzjami.
Wreszcie nasze „dlaczego” doda nam sił, kiedy będziemy mierzyć się z jej niebezpiecznymi, szkodliwymi dla zdrowia, niemądrymi decyzjami. Może zorientujemy się, że córka pali, pije alkohol, korzysta z innych używek, albo nawiązuje kontakty seksualne, nie będąc jeszcze naszym zdaniem na to gotowa (lub czyniąc to z kimś, kogo nie akceptujemy). Nasze „dlaczego” skłoni nas, byśmy jej pomogli, a nie ją zranili.
Doktor Stephen Covey, autor książki Siedem nawyków skutecznego działania, uczył, że powinniśmy „zaczynać z wizją końca”8. Jeśli skoncentrujemy się na idealnej „wizji końca” naszego rodzicielstwa (czyli na naszym „dlaczego”), możemy zapytać o to, jakiego przyszłego dorosłego wychowujemy. Skupiamy się wówczas na głównym rezultacie, który chcemy „osiągnąć”. Jednak nie do nas, rodziców, należy decyzja o tym, jaka – ani kim – ma być nasza córka. Naszym zadaniem jest pomaganie jej, by wyrosła na samą siebie. Niemniej chcemy mieć świadomy i pozytywny udział w procesie stawania się przez nią swoją najlepszą wersją. Tak więc mogą istnieć dodatkowe zasady i cele, które powinniśmy mieć na względzie.
Haim Ginott, ceniony specjalista z zakresu rodzicielstwa i autor jednej z najbardziej wpływowych na świecie książek na ten temat – zatytułowanej Między rodzicami a dziećmi – twierdzi, że naszym celem powinno być wychowanie dzieci na silnychi troskliwych dorosłych.
Wychowywanie silnych dziewcząt oznacza przygotowywanie ich do bycia odpornymi, odważnymi i żarliwymi. Jeżeli nie będą one łatwo ulegać opiniom innych i nie pozwolą się zastraszyć, nie staną się niczyim popychadłem. Będą mieć silne wyczucie sprawiedliwości społecznej i żywić gorące pragnienie udzielana innym wsparcia. Będą też lojalne, gotowe zabrać głos w trudnej sytuacji i skłonne opowiadać się za tym, w co wierzą. Mogą doświadczać przeciwności i wyzwań, ale pozostaną zdolne się podnosić i podążać dalej. Większość z nas przyzna, że chciałoby, aby nasze dziewczęta były silnymi osobami.
Jednak wewnętrzna siła często pociąga za sobą brak wrażliwości, zapamiętałość i surowość. Posiadanie zbyt wielkiej siły może powodować, że niszczy się rzeczy.
Siłę pozwala zrównoważyć troskliwość. Troskliwość sprzyja posiadaniu rozważnego, taktownego i pełnego współczucia nastawienia wobec ludzi, idei i rzeczy. Bycie osobą troskliwą to pozostawanie wrażliwym i uważnym.
Chęć wychowania naszych córek na osoby zarówno silne, jak i troskliwe stawia poprzeczkę o wiele wyżej niż założenie, że po prostu musimy bezpiecznie doprowadzić nasze dzieci do dorosłości. Choć proces ten rozpoczyna się, kiedy córki są jeszcze małe, i najlepiej realizować go poprzez dawanie im przykładu, okres, gdy są one nastolatkami, stwarza wiele okazji, byśmy nadal uczyli je obu wspomnianych cech i zachęcali do ich pielęgnowania.
Trzy kluczowe potrzeby naszych córek
Nauka w swym najlepszym wydaniu wiele mówi nam o tym, jak wychowywać dziewczęta na osoby silne i troskliwe – oraz zdolne do uczynienia następnego kroku samodzielnie. Badania prowadzone od dekad na całym świecie są zgodne w kwestii tego, jakie są trzy podstawowe, ale kluczowe psychologiczne potrzeby właściwe wszystkim naszym córkom. Zaspokojenie tych potrzeb ma zaskakujące przełożenie na dobrostan danej osoby, jej motywację, rezyliencję i osiąganie przez nią pozytywnych rezultatów w życiu. Wszystkie zarysowane w niniejszej książce idee, strategie i procesy odwołują się do tych trzech podstawowych potrzeb psychologicznych. Są to: przynależność (czy też więź), kompetencja i autonomia.
Przynależność
Przynależność to poczucie bycia związanym z ludźmi i posiadania wśród nich swego miejsca. Chodzi o bycie kimś dostrzeganym i słyszanym oraz zdolnym do dostrzegania i słuchania innych. Przynależność wiąże się też z ideą troszczenia się. Ta podstawowa potrzeba psychologiczna ewidentnie – i to w stopniu większym od innych – ujawniła się w badaniach, które przeprowadziłem wśród nieomal czterystu dziewcząt.
Kompetencja
Kolejną podstawową potrzebą psychologiczną jest kompetencja i biegłość. We współczesnym kontekście to kluczowe. Poczucie bycia kimś kompetentnym ma znaczenie nie tylko funkcjonalne, ale również karmi duszę; przekonanie o własnej nieskuteczności rodzi zaś obawy, lęk i depresję. By naprawdę rozkwitać i być pewnymi siebie, nasze córki muszą doświadczać samych siebie jako osób kompetentnych i biegłych.
Autonomia
Ostatnią z tych potrzeb jest autonomia. Pod pewnymi względami może to być najważniejsza potrzeba psychologiczna, jakiej doświadczają nasze dojrzewające córki. Dzięki swej autonomii dziewczęta często będą w stanie zaspokajać potrzeby związane z przynależnością i kompetencją.
Dziewczęta cieszące się autonomią mają poczucie kontroli i decyzyjności, jeśli chodzi o ich życie i zachowanie. Są przekonane, że mogą w pełni „samopotwierdzać” własne działania. Ich postępowanie pochodzi od wewnątrz, a nie jest kontrolowane z zewnątrz przez rówieśników, rodziców czy innych ludzi. Działają one w określony sposób nie pod wpływem przymusu albo natręctw. Postępują tak, a nie inaczej, gdyż jest to spójne z tym, kim naprawdę są albo kim chcą być. Profesorowie psychologii Ed Deci i Richard Ryan podkreślają, że ludzie, działając w poczuciu własnej autonomii, a nie bycia kontrolowanymi, doświadczają wymiernej poprawy w zakresie osiągnięć poznawczych, kreatywności i wytrwałości9.
Konieczne jest jednak wprowadzenie pewnego rozróżnienia: autonomia nie polega na niezależności od innych. Dana osoba może zachowywać autonomię, a zarazem wciąż pozostawać silnie związana z ludźmi. Takie rozumienie autonomii i sprawczości wpisuje się w wysuniętą przez Ginotta ideę bycia silnym.
W przeważającej liczbie przypadków dziewczęta objęte moimi badaniami kładły nacisk na głęboką, wrodzoną potrzebę autonomii:
W miarę jak jesteśmy coraz starsze, naprawdę potrzebujemy przestrzeni dla siebie, kiedy o nią prosimy. Chcemy dorosnąć i robić rozmaite rzeczy.
Choć to moi rodzice, nie są moimi właścicielami ani nie przysługuje im prawo kontrolowania podejmowanych przeze mnie decyzji. Rodzicielska odpowiedzialność nie jest czymś, co można wykorzystywać do egzekwowania swojej władzy nad dzieckiem, zmuszania go do czegoś albo powodowania, by się dostosowało. Chodzi w niej o podawanie pomocnej dłoni – a nie o kontrolowanie czy nadużywanie władzy. Rodzice tak bardzo chcą chronić swoje dzieci, że czasami utrudniają im dorośnięcie i bycie sobą.
Podczas gdy chętnie odpowiadamy na odczuwaną przez nasze dzieci potrzebę przynależności, czasem opieramy się przed zapewnieniem im autonomii. Wcześniej opisałem zmagania, jakich doświadcza Anna. Podobnymi obawami podzieliła się Amanda, czterdziestosiedmioletnia pielęgniarka i mama dwóch nastoletnich córek (szesnasto- i czternastolatki):
– Trudno jest je prowadzić. Chcę, żeby były niezależne, lecz tak bardzo boję się pozwolić im na podejmowanie własnych decyzji.
Dwie uwagi o kluczowym znaczeniu dla każdego rodzica:
1.Kiedy nasze córki czują się dobrze ze swoim życiem, pociągają je takie czynności i relacje, które są dla nich karmiące, gdyż zwiększają ich poczucie przynależności, kompetencji i autonomii.
2.W takiej mierze, w jakiej nasze córki doświadczają tego, że ich trzy podstawowe potrzeby (przynależności, kompetencji i autonomii) są zaspokajane, będą one wykazywać się większą witalnością, rozwijać się, pozostawać wewnętrznie zintegrowane i cieszyć się dobrostanem. Krótko mówiąc – będą rozkwitać. Jeśli jednak te trzy podstawowe potrzeby pozostaną niezaspokojone, nasze córki faktycznie będą cechować się mniejszym zaangażowaniem w życie, słabszą motywacją i gorszym zdrowiem psychicznym.
Najskuteczniejszym sposobem wychowywania naszych córek na silne i troskliwe osoby, jest stwarzanie im okazji do poczuwania się do silnej więzi z osobami, które są dla nich inspirujące; do bycia przekonanymi o tym, że rozwijają swoje kompetencje i zdolności; oraz do wyrabiania w sobie mocnego poczucia autonomii i sprawczości, dzięki któremu będą czuć, że sprawują kontrolę nad własnym życiem.
Niekiedy te trzy podstawowe potrzeby psychologiczne mogą ze sobą rywalizować. Bywa, że jako rodzice nieświadomie, niezręcznie i niechcący prowadzimy nasze córki w taki sposób, który jest nieporadny i niepomocny. Na przykład rodzice mogą domagać się, by córka zrezygnowała z zaspokojenia swej potrzeby autonomii w imię zaspokojenia potrzeby przynależności. Mogą nadgorliwie kontrolować dziecko, co jednak podważa jego poczucie zarówno sprawczości, jak i przynależności.
Mogą również natarczywie kontrolować córkę poprzez sprawianie wrażenia, że ich miłość zależy od jej postępowania. Mówią choćby: „Jeśli tak się zachowasz, nie licz na żadną pomoc ode mnie”. W rzeczywistości stwierdzają wówczas: „Kocham cię, ale tylko pod warunkiem, że będziesz postępować tak, jak tego chcę”.
W kolejnych rozdziałach przeanalizujemy skuteczne sposoby umacniania w naszych córkach poczucia przynależności i więzi w odniesieniu do nas samych oraz otaczających ich dobrych ludzi; takiego ich prowadzenia, by podczas przechodzenia przez okres dojrzewania miały poczucie własnej kompetencji, biegłości i posiadania celu w życiu. Wpłynie to również na umocnienie ich autonomii, co okaże się zdrowe i bezpieczne. Dzięki temu zmniejszy się ryzyko zaistnienia sytuacji, w których będziemy się z naszymi córkami po prostu mijać; częściej za to doświadczymy prawdziwej więzi z nimi – sprzyjającej ich dobrostanowi.
Najpierw jednak czas na pewną opowieść.
Przykład silnej, troskliwej dziewczyny
Pewna nauczycielka opowiedziała mi o następującej sytuacji:
Właśnie skończyłam zajęcia medialne z dziewiątą klasą. Zorganizowałam niewielki schowek na kostiumy, do którego uczniowie mają dostęp podczas produkcji. Jedna z uczennic, wróciwszy stamtąd, powiedziała mi, że znalazła dwa pierścionki. Zapytałam więc klasy, czy ktoś nie zgubił biżuterii – były to pierścionki marki Pandora, dość drogie – i poprosiłam, by zainteresowane osoby się zgłosiły.
Chwilę później przyszła pewna uczennica i powiedziała, że to jej. Oddałam, problem rozwiązany.
Około godziny później do mojego gabinetu przyszła kolejna uczennica i zagaiła, że ponoć znalazłam jej pierścionki.
Co? Właśnie oddałam je przecież innej uczennicy. Byłam zagubiona i nie wiedziałam, co zrobić. Obie te dziewczyny były cudownymi osobami. Martwiłam się jednak. Dziewczyna, która zgłosiła się jako pierwsza, pochodziła z rodziny o raczej niskim statusie społecznym i często była dręczona przez rówieśników. Zdecydowałam się ją odnaleźć. Usiadłyśmy i porozmawiałyśmy o całym incydencie. Choć z jakiegoś powodu nie miała tych pierścionków przy sobie (???), obiecała zwrócić je następnego dnia. Byłam dość sceptyczna.
Następnie porozmawiałam z prawowitą właścicielką, wyjaśniłam wszystko – bez wskazania, o którą uczennicę chodzi – i obiecałam, że zgłoszę sprawę władzom szkolnym, jeśli nie uda mi się jej rozwiązać samodzielnie. Poprosiłam o trochę czasu.
Kolejnego dnia uczennica, która zabrała pierścionki, zwróciła mi je! Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę, a potem sobie poszła. Skontaktowałam się z ich właścicielką, która je następnie odebrała. Podziękowałam jej za cierpliwość i za danie drugiej uczennicy szansy na poprawę. Potem tak naprawdę zapomniałam o całej sytuacji – cieszyłam się tylko, że zdołałam ją rozwiązać bez problemów.
W poniedziałek następnego tygodnia uczennica będąca właścicielką pierścionków przyszła do mnie do gabinetu i dała mi torebkę firmy Pandora, z prośbą, bym przekazała ją dziewczynie, która oddała jej pierścionki. Zszokowało mnie to: wydała własne pieniądze na zakup pierścionka dla kogoś, kto pierwotnie ukradł jej własność. Do prezentu dołączyła liścik, w którym napisała, że ma nadzieję, iż pierścionek spodoba się drugiej dziewczynie tak samo, jak podoba się jej – był on identyczny z jednym z tych zabranych wcześniej. Długo rozmawiałam z tą uczennicą, podkreślając, jak wspaniały gest uczyniła. Towarzyszyły mi silne emocje.
Potem przekazałam przesyłkę dziewczynie, która pierwotnie podstępnie przejęła pierścionki. Niezwykle chwyciło ją to za serce i długo płakała. Była pełna wdzięczności i nie mogła uwierzyć (ja zresztą też!), że ktoś okazał się tak serdeczny. Napisała liścik z podziękowaniem – ponownie, bez żadnych imion.
Do dziś żadna z dziewcząt nie wie, kim była ta druga.
Ta opowieść dodaje skrzydeł! Odsłania dobre serca obu dziewcząt i pokazuje, jakie cuda mogą się dokonać, jeśli nauczyciel czy inny troskliwy dorosły skoncentruje się na udzieleniu pomocy, a nie na „daniu nauczki”. Ujawnia niezwykłą moc więzi międzyludzkich. Podkreśla też nasze wrodzone pragnienie zmieniania życia innych na lepsze.
1 Jest to piosenka australijskiego zespołu Axiom, mówiąca właśnie o posiadaniu córki – przyp. tłum.
2 Zob. D. Lawrence i in., The Mental Health of Children and Adolescents. Report on the Second Australian Child and Adolescent Survey of Mental Health and Wellbeing, Australian Government Department of Health, Canberra 2015.
3 B. Brown, Dary niedoskonałości. Jak przestać się przejmować tym, kim powinniśmy być, i zaakceptować to, kim jesteśmy, przeł. K. Puławski, Poznań 2013,s. 39.
4 Nieżyjący już profesor Christopher Peterson był badaczem zajmującym się psychologią pozytywną, który zasłynął zwłaszcza następującym streszczeniem tej dziedziny wiedzy: „Inni ludzie mają znaczenie” (Other people matter).
5 George Vaillant był głównym badaczem w ramach The Grant Study, jednego z najdłuższych badań nad dobrostanem, jakie kiedykolwiek przeprowadzono na świecie. Więcej na ten temat w: G.E. Vaillant, Triumphs of Experience. The Men of the Harvard Grant Study, Cambridge 2012.
6 Jest to planszowa gra zręcznościowa, w której chodzi o wykonywanie precyzyjnych zabiegów na ciele „pacjenta”. Jeśli dotknie się czegoś, czego nie powinno, rozlega się brzęczenie – przyp. tłum.
7 Wszystkie imiona w książce zostały zmienione w celu ochrony prywatności osób, z którymi rozmawiałem. Wszystkie dialogi zostały nieznacznie zredagowane, tak by były jaśniejsze i bardziej płynne.
8 S. Covey, 7 nawyków skutecznego działania, przeł. I. Majewska-Opiełka, Poznań 2022,s. 93.
9 Zob. R.M. Ryan, E.L. Deci, Self-Determination Theory, New York 2017, s. 98.
Justin Coulson jest doktorem psychologii i autorem bestsellerowych książek o rodzinie i wychowaniu. Pisze, doradza i prowadzi szkolenia z zakresu psychologii, życia rodzinnego, dobrostanu oraz rozwoju dzieci i młodzieży. Mówca TEDx, częsty gość ekspercki w telewizji, regularny współpracownik wielu australijskich mediów oraz autor publikacji w „New York Times”. Mąż Kylie i ojciec sześciu córek. Sam o sobie pisze: „Moja praca koncentruje się wokół rodziny, ponieważ nic nie jest ważniejsze”. Nakładem Wydawnictwa W drodze ukazała się inna książka tego autora: (Nie)doskonali. 10 rzeczy, które każdy rodzic chciałby wiedzieć (2026).
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Przedmowa
Wprowadzenie
Rozdział pierwszy. Dziewczyny muszą samodzielnie uczynić następny krok
Przypisy
O Autorze
Spis treści
Cover
Title Page
Copyright Page
