(Nie)doskonali. 10 rzeczy, które każdy rodzic chciałby wiedzieć - Justin Coulson - ebook

(Nie)doskonali. 10 rzeczy, które każdy rodzic chciałby wiedzieć ebook

Justin Coulson

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Autor odwołuje się do psychologii pozytywnej i proponuje 10 prostych i skutecznych strategii rozwiązywania problemów, z którymi zmagają się na co dzień opiekunowie dzieci w wieku od 2 do 12 lat. Dzieli się swoją wiedzą dotyczącą komunikacji i zrozumienia. Pokazuje, jak skutecznie wyznaczać granice oraz w jaki sposób radzić sobie z drażliwymi kwestiami, takimi jak konflikty między rodzeństwem, obowiązki domowe, szkoła czy korzystanie z mediów. To wszystko przy jednoczesnym docenianiu zwyczajnego bycia ze sobą i wspólnej rodzinnej zabawy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 285

Data ważności licencji: 2/6/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

10 Things every Parent Needs to Know. Positive solutions for everyday parenting challenges

Copyright © Justin Coulson 2018

First published in English in Sydney, Australia by HarperCollins Publishers Australia Pty Limited in 2018. This Polish language edition is published by arrangement with HarperCollins Publishers Australia Pty Limited.

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2026

 

Redaktor prowadząca:

Justyna Olszewska

 

Redakcja:

Lidia Kozłowska

 

Korekta:

Marek Kowalik, Lidia Kozłowska

 

Skład i łamanie oraz projekt okładki i layoutu:

Krzysztof Lorczyk OP

 

Grafika na okładce i stronie 2:

Elina Fairytale | pexels.com

 

 

ISBN 978-83-7906-904-0 (wersja drukowana)

ISBN 978-83-7906-905-7 (wersja elektroniczna)

 

 

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I

ul. Kościuszki 99

61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

[email protected]

www.wdrodze.pl

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Dla każdego rodzica, który chce być lepszy

Przedmowa

Dzisiaj, w naszym napędzanym konsumpcją, szybko zmieniającym się, cyfrowym świecie rodzicielstwo jest naznaczone stresem i zamętem. Jako autorka książek o rodzicielstwie i edukator mam świadomość tego, co martwi rodziców – od opanowywania napadów złości u maluchów po odpowiedzi na pytania: „jak sprawić, by moje dzieci zasnęły?” oraz „czy to normalne?”.

W pewnym sensie jest zbyt wiele informacji (często po prostu wystarczy kliknąć myszką), co oznacza, że rodzice mogą poczuć się jeszcze bardziej zdezorientowani, gdy szukają wskazówek odnośnie do tego, jak poradzić sobie z powszechnymi rodzicielskimi dylematami. Mamy też do czynienia z ogromnym oddziaływaniem mediów społecznościowych, w których pełno jest obrazów „doskonałych” chwil spędzanych z rodziną. W rzeczywistości nie ma czegoś takiego jak „doskonałość”, a wystarczająco dobrzy, niedoskonali rodzice wciąż są w stanie wychować dzieci na zdolnych do współczucia, wartościowych dorosłych, prowadzących pełne sensu życie. Jestem dumną (i często niedoskonałą) mamą czterech dorosłych synów, którzy świetnie sobie radzą, wchodząc teraz w role troskliwych mężów i oddanych ojców.

W swojej książce (Nie)doskonali. 10 rzeczy, które każdy rodzic chciałby wiedzieć, dr Justin Coulson omawia zagadnienia powszechnie trapiące wszystkich rodziców. Robi to we właściwy sobie, wyjątkowy i dodający otuchy sposób, przyznając się do własnych (bynajmniej nie doskonałych) doświadczeń rodzicielskich oraz analizując, jakie rozwiązania mogą nam podsuwać badania naukowe.

Justin znakomicie oddaje, na czym polega rodzicielstwo: od katastrofalnych momentów, kiedy czujemy się jak nienadający się do niczego nieudacznicy, po chwile największego zachwytu, kiedy nasze serca nieomal wybuchają pod wpływem pulsującej w nich miłości.

W pewnym sensie każdy rodzic obmyśla swoje działania na bieżąco, mając nadzieję, że nie zaszkodzi przy tym swoim dzieciom. Zdarzają się takie okresy, w których szukamy dodatkowej wiedzy, gdyż czujemy, że stać nas na więcej. Wspaniale, jeśli natrafiamy na dobrze poinformowanych edukatorów z zakresu rodzicielstwa, którzy potrafią nam doradzić, jednocześnie nie sprawiając, że poczujemy się gorzej. Justin jest jednym z takich pełnych pasji edukatorów.

Niniejsza książka pomoże rodzicom nabrać pewności siebie przy podejmowaniu w swoich domach decyzji każdego dnia czy tygodnia, a zarazem odkryć, co najbardziej liczy się w życiu dzieci. Justina i mnie łączy pasja pomagania rodzicom w czerpaniu większej przyjemności z tej nieprzewidywalnej podróży poprzez koncentrowanie się na żarliwym i bezwarunkowym kochaniu swoich dzieci. Wiąże się to ze świadomym tworzeniem liczących się wspomnień oraz aktywnym poszukiwaniem okazji do radości i śmiechu – gdyż domy, w których te rzeczy są priorytetem, są bezpieczniejsze i szczęśliwsze dla każdego.

Maggie Dent

Autorka oraz specjalistka z zakresu rodzicielstwa i odporności na stres

Wprowadzenie

Przyznam się: mam problemy jako rodzic.

W dniu, w którym musiałem powiedzieć jednemu z moich dzieci, by wyjęło nogi z jedzenia, zrozumiałem, że wszystko to będzie trudniejsze, niż sobie wyobrażałem.

Ponieważ jestem „specjalistą od rodzicielstwa”, prawdopodobnie oczekiwalibyście ode mnie zapewnienia, że moje dzieci są doskonałe. Nie, nie są. To dzieci, a nie roboty.

Mam też świadomość, że prawdopodobnie liczyliście, iż wszystko mam ogarnięte. Wolicie, żebym wiedział, o czym mówię. Cóż… wiem, ale i tak trudno jest zawsze odpowiednio postępować. Niekiedy problemem jest w ogóle dostrzec, co jest odpowiednie. Jeśli jesteście rodzicami, to wiecie, co mam na myśli.

Zanim mieliśmy z Kylie dzieci, sądziłem, że ich posiadanie będzie dość proste. Trzeba wyrażać się jasno. Trzeba być konsekwentnym. Trzeba być „porządnym rodzicem”. Co mogło być w tym trudnego? Nieraz widziałem rodziców mających problemy z dziećmi i sugerowałem, co mogliby zrobić lepiej. Moje dobre rady spotykały się czasem z reakcjami, które można by określić mianem nieżyczliwych, a nawet wrogich. Ludzie ci nigdy faktycznie mnie nie uderzyli, kiedy dzieliłem się swoimi pomysłami na temat tego, jak mogliby być lepszymi rodzicami, ale… Gdyby wzrok mógł zabijać! Jestem pewien, że bywały momenty, gdy przemoc była bardzo blisko!

Potem zaś przyszedł ten dzień. Wraz z Kylie zdecydowaliśmy, że nie chcemy już sypiać do późna, znikać na weekend, kiedy tylko mieliśmy na to ochotę, czy spędzać spokojnych wieczorów w kawiarniach lub restauracjach. Nie chcieliśmy dłużej żyć w czystym domu. Zmęczyliśmy się tym, że po prostu mogliśmy wsiąść do samochodu i spontanicznie dokądś pojechać dla samej przyjemności. Zapragnęliśmy dzieci! Chcieliśmy, by potrzeba było czterdziestu pięciu minut na zapakowanie wszystkich do auta tylko po to, by zatrzymać się po trzech minutach podróży, bo akurat ktoś chciał do toalety. Chcieliśmy dzielić łóżko z małym akrobatą przekonanym, że ogromny materac wystarcza tylko dla jednej osoby w wieku dwóch lat (z kawałkiem). Chcieliśmy, by ktoś chciał nas tak bardzo, że setki razy wykrzykiwałby nam w uszy nasze imiona jeszcze przed siódmą rano.

Kiedy nasza pierworodna miała trzy lata, odkryłem, że rodzicielstwo przypomina jedzenie pałeczkami: wydaje się całkiem proste, dopóki się go nie spróbuje, lecz jeśli nie jest się uważnym, łatwo wszystko poplątać i zrobić straszny bałagan – zwłaszcza jako ktoś początkujący.

Było naprawdę trudno. Właśnie dlatego, że nie potrafiłem poradzić sobie z tym, iż moja pierworodna zachowuje się jak „trzyletnia nastolatka”, zrezygnowałem z pomyślnie rozwijającej się kariery prezentera radiowego i spędziłem nieomal dekadę na uniwersytecie, chcąc się nauczyć, jak być lepszym tatą. Magisterium i doktorat z psychologii oraz szereg lat jako uczelniany wykładowca i badacz poświadczały moje kwalifikacje. Posiadanie szóstki własnych dzieci pozwoliło mi uzyskać doświadczenie. Sprawdzało się to, przynajmniej przez jakiś czas. Jednak mimo znajomości rozmaitych dobrych zasad odnośnie do rodzicielstwa wciąż możemy się czuć, jakbyśmy utknęli w miejscu. Jak już powiedziałem, dzieci nie są robotami (nie są nimi też rodzice). A sama konsekwencja nie jest rozwiązaniem.

Rodzicielstwo jest trudne. Łatwo można popełnić błąd. Przypomniałem sobie o tym, gdy doszło do konfliktu między jedną z moich córek i mną. Kylie stwierdziła, że w reakcji na wyzywające postępowanie córki sam zachowałem się jak dziecko – nie jak dorosły (a już zwłaszcza nie jak specjalista do spraw rodzicielstwa).

Jak wielu rodziców byłem nadmiernie napięty, przepracowany i przemęczony. Dziecko mnie rozdrażniło. Nieadekwatnie zareagowałem na występek córki, a czyniąc tak, postąpiłem, jakbym zapomniał większość rzeczy, którymi każdego dnia dzielę się z tysiącami ludzi. Kylie miała rację. Zachowałem się jak dziecko. I to źle wychowane.

Przez kilka dni zwieszałem głowę ze wstydu. Szczerze mówiąc, który rodzic tego nie doświadczył? Wszyscy czasem zawalamy. Wszyscy mówimy nieodpowiednie rzeczy, wpadamy w złość lub frustrację czy też pozwalamy, by nasze niepokoje i lęki o dzieci wybuchły w niezbyt pomocny sposób. Łatwo zapomnieć, że nasze dzieci również są ludźmi. Muszą dokonywać wyborów, uczyć się i wzrastać. Jeszcze łatwiej zapomnieć, że decyzje podejmowane przez dzieci mogą sprzyjać także naszemu wzrostowi (więcej na ten temat później…).

Jednak pod wpływem tamtego incydentu zrodziło się we mnie przekonanie, że muszę napisać tę książkę. Skoro „specjaliście” jest trudno, to jak czują się wszyscy pozostali? Gdzieś głęboko wiedziałem, że muszę napisać tę książkę właśnie ze względu na tego typu incydenty. Takie – i niestety jeszcze gorsze – rzeczy zdarzają się w domach zawsze i wszędzie.

Tak więc… wszyscy zawalamy (w rozmaitym stopniu). Ja zawalam. Wy zawalacie. Na tym polega bycie rodzicem.

Niemniej coś udało mi się zauważyć. Każdy rodzic, z którym rozmawiam, chce lepiej sobie radzić. Chcemy doświadczać mniej okropnych momentów. Wiemy, że moglibyśmy reagować z większą cierpliwością, wykazywać się większym współczuciem i słuchać z większą uważnością. Robimy sobie samym wyrzuty, kiedy nie dorastamy do tego, czego od siebie oczekujemy. Jak ta matka, która napisała do mnie:

 

Cześć, Justin,

jestem uosobieniem wszystkiego, co nie podoba Ci się u rodziców. Daję klapsy. Krzyczę. Wysyłam do kąta. Nie mam cierpliwości – zwłaszcza do mojego syna. Nienawidzę tego. Nienawidzę samej siebie jako matki. Wiem, że zawodzę swoje dzieci i po prostu nie umiem tego zmienić. Tracę panowanie nad sobą, a co gorsza, muszę walczyć z chęcią wymierzenia tak silnego klapsa, by faktycznie zraniło to mojego syna. Tak by dać mu nauczkę. Wiem, że Ty masz rację, a ja jestem w błędzie. Potrzebuję pomocy. Czytałam Twoje artykuły i to, co piszesz, bardzo do mnie trafia. Chcę się zmienić. Chcę być lepszą mamą.

 

Czy kiedykolwiek mówiliście coś takiego sobie samym?

 

Nienawidzę tego, kim teraz jestem. Nienawidzę tego, jak traktuję swoje dzieci. Nienawidzę tego, że nie daję rady. Moje dzieci zasługują na kogoś lepszego. Chcę się poprawić. Moje dzieci potrzebują, abym był kimś lepszym!

 

Ja tak sobie mówiłem. Wiem, jak to jest. Rodzi to w sercu okropny ból.

Jeśli wsłuchacie się w to, co kryje się głęboko w was, być może usłyszycie takie samo wezwanie. Chcemy jak najbardziej starać się dla naszych dzieci. Nie znosimy, gdy nie dorastamy do własnych ideałów.

Kiedy coś nam nie pójdzie, łatwo zrzucić winę na dzieci. „To ich wina, że tak się zachowuję. Gdyby tylko robiły to, o co je proszę”.

Jeśli jednak będziemy w tej kwestii dojrzali i dobrze się zastanowimy, uświadomimy sobie, że w byciu znakomitym rodzicem tak naprawdę nie chodzi o dzieci. W o wiele większym stopniu chodzi o nas samych. Chodzi o to, jak my radzimy sobie z problemami w pozytywny i konstruktywny sposób. Mówimy, że dzieci doprowadzają nas do szaleństwa – i czasami rzeczywiście tak jest. Ale często tym, co nas denerwuje, jest tylko po części ich zachowanie. Tym, co naprawdę nas głęboko rozdrażnia, jest sposób, w jaki my postępujemy wobec nich!

Desperacja, jaką cechowała się wspomniana przed chwilą matka, jest czymś kluczowym. Może wy również odczuwaliście kiedyś coś podobnego. Między odczuwaniem desperacji a odczuwaniem zniechęcenia istnieje ważna różnica. Wskutek zniechęcenia czujemy się podle. Doświadczamy beznadziei i bezradności. Wtedy traktujemy źle swoje dzieci, co przypomina nam o tym, jak beznadziejni jesteśmy – i tak popadamy w coraz głębsze zniechęcenie.

Odczuwać desperację i przyznawać się do tego – cóż, to pomaga nam zrozumieć, że sami nie damy sobie rady, a zatem zaczynamy sięgać do źródeł, które mogłyby nam pomóc. Wtedy właśnie zaczynamy wzrastać i się uczyć. Uświadomiona desperacja jest pewnym znakiem, że sukces nie jest daleko! Pokazuje ona, że choć nic się nie układa, jesteśmy gotowi nadal próbować. Mamy nadzieję i pragnienia. Musimy tylko znaleźć ścieżkę, którą moglibyśmy podążać. Albo trafić na instrukcję obsługi.

Dzieci nie rodzą się z instrukcją obsługi

W świecie rodzicielstwa jest to najbardziej nadużywany banał, ale odzwierciedla kluczową prawdę. Nikt z nas nie jest tak naprawdę przygotowany na stojące przed nami zadanie. Nikt nas nie nauczy, jak być rodzicem. Standardem jest metoda prób i błędów. Nasze dzieci nie rodzą się z instrukcją obsługi. To one są tą instrukcją. Jednak dla wielu spośród nas odczytywanie języka dzieci jest czymś bardzo wymagającym. Zamiast tego uczymy się rodzicielstwa od naszych własnych rodziców oraz ludzi wokół nas. Obserwujemy, osądzamy, oceniamy, wypróbowujemy różne pomysły i na bieżąco znajdujemy rozwiązania.

Lecz w miarę, jak nasze dzieci dojrzewają, sytuacja wciąż się zmienia. Dzieci ciągle się rozwijają. To zaś, co działało lub było dopuszczane w latach osiemdziesiątych lub dziewięćdziesiątych, dziś może zawodzić. Obecnie mamy do czynienia z nowymi wyzwaniami, nowymi obawami i nowymi szansami. W tej książce opisuję dziesięć kluczowych warunków udanego, radosnego rodzicielstwa – zasad, które pomogą nam poprowadzić nasze dzieci ku pomyślnemu życiu. Posunąłbym się aż do stwierdzenia, że jest to dziesięć rzeczy, które każdy rodzic musi wiedzieć, aby w pozytywny sposób wychowywać swoje dzieci. Jest to dziesięć rzeczy, które mogą uczynić wasze życie łatwiejszym – abyście nie musieli wciąż na bieżąco wymyślać dróg wyjścia.

Te dziesięć rzeczy może być wam już znane bądź nie. Jednak znajdziecie tutaj propozycje pozytywnych rozwiązań, które dodatkowo potwierdzą to, co według waszej wiedzy działa, i które podsuną wam może nowe, świetne idee, pozwalające poprawić wasze rodzicielstwo i wzmocnić rodziny. Książka ta powstała, aby pomóc wam czuć się lepiej w swoim rodzicielstwie i lepiej sobie z nim radzić. Jestem przekonany, że w miarę jak ten proces będzie się toczyć, uczynicie swoje rodziny szczęśliwszymi.

Mawia się, że żaden sukces nie jest w stanie zrekompensować porażek w domu.

Praca, którą wykonujemy jako rodzice, jest naszym najważniejszym przedsięwzięciem. Prawdopodobnie wywrze ona na świat wpływ większy niż cokolwiek innego, czym się zajmujemy. Wpłynie też ona w nieunikniony sposób na życie naszych dzieci, wnuków i prawnuków. To, jak wychowujemy nasze dzieci, wpływa na całą resztę naszego – i ich – życia.

Jeszcze jedna uwaga, zanim przejdziemy dalej. Napisałem tę książkę, abyście sami stali się w swoich rodzinach specjalistami z zakresu rodzicielstwa. Prawdę mówiąc, choć wiem o wielu przydatnych rzeczach, które każdy rodzic powinien rozumieć, myślę, że prawdopodobnie już znacie większość z nich, nawet jeśli nie potraficie jeszcze ubrać ich w słowa. Będę więc zadawał wam pytania, rzucał wyzwania i zmuszał do zastanowienia się nad tym, jak możecie korzystać z waszej wiedzy i doświadczeń zebranych w domu. Będę czynił pewne sugestie i podsuwał różne pomysły. Bądźcie jednak gotowi na to, że wiele razy w tej książce poproszę was o rozważenie i przeanalizowanie sytuacji, gdy postąpiliście dokładnie tak, jak należy. Wasze pozytywne doświadczenia dostarczą wam najbardziej przekonujących i konstruktywnych wskazówek.

Wychowanie dzieci może – i powinno – być jednym z najbardziej cudownych, satysfakcjonujących i radosnych aspektów naszego życia. Niniejsza książka pomoże wam doświadczać rodzicielstwa w taki właśnie sposób.

Rozdział pierwszy. Nadawanie na tych samych falach jako rodzice

Zaraz po Bożym Narodzeniu pewna para wybrała się do ruchliwego centrum handlowego. Żona rozmawiała z mężem – a przynajmniej tak się jej wydawało. Rozejrzała się i zauważyła, że mąż gdzieś przepadł. Od jak dawna go nie było?

Zadzwoniła na jego komórkę i zapytała: – Gdzie jesteś? Wiesz, że mamy mnóstwo do zrobienia! – przypomniała mu surowo.

Odpowiedział: – Wiem, przepraszam. Po prostu musiałem coś załatwić. Pamiętasz sklep jubilera, do którego weszliśmy jakieś dziesięć lat temu? Jak zachwyciłaś się tym diamentowym naszyjnikiem? Jak nie było mnie na niego stać i zapowiedziałem, że kiedyś ci go kupię?

Żona zaczęła płakać, przypominając sobie tamten dzień. Wzruszona i pełna nadziei wyszeptała do telefonu: – Tak, pamiętam ten sklep.

– No to jestem w sklepie rowerowym tuż obok niego.

Jeśli mamy to szczęście, że jesteśmy w związku, istnieje prawdopodobieństwo, że naprawdę kochamy naszego partnera czy naszą partnerkę1. Chcemy być we wspaniałym związku i mieć szczęśliwą rodzinę. Jednym z największych wyzwań jest to, że przeważnie postrzegamy rzeczy – i myślimy o nich – w sposób bardzo odmienny od siebie. To, co jednemu z rodziców/partnerów wydaje się słuszne i rozsądne, drugi może uznać za zbyt ostre. To, co jest w pełni zrozumiałe dla jednego rodzica, według drugiego jest o wiele za łagodne i pobłażliwe. Rodzicielstwo pociąga za sobą polaryzację opinii, nawet w obrębie rodziny. A coś, co początkowo jest niewielką, możliwą do pokonania odmiennością poglądów, rozrasta się w nieprzebytą otchłań, gdy zaczynamy bronić własnego stanowiska.

Najczęstsze pytanie o rodzicielstwo

Pytanie dotyczące rodzicielstwa, które słyszę najczęściej, w rzeczywistości nie ma nic wspólnego z dziećmi. Chodzi w nim natomiast o „nadawanie na tych samych falach jako rodzice”. Mailem i przez Facebook dostaję wiele wiadomości, w których ludzie tłumaczą, że są zachwyceni proponowanymi przeze mnie rodzicielskimi strategiami, ale ich partnerzy nie zamierzają razem z nimi ich stosować. Przeważnie jakaś mama wskazuje, że chce być pełna ciepła i troskliwości, zaś tata woli uczyć dzieci poprzez „szorstką miłość”. Niektórzy ojcowie proszą o pomoc w przekonaniu partnerki do zmiany sposobu postępowania. Niekiedy mama skarży się, że próbuje być opiekuńcza, ale jej mąż łatwo wpada w gniew i zbyt często staje się agresywny wobec dzieci. Bywa, że tata martwi się, iż mama podchodzi do wychowania dzieci na zasadzie: „Po mojemu albo do widzenia. Mój dom, moje reguły”.

Od pewnej kobiety usłyszałem: „To absurdalne, że dzielę łóżko z tym facetem. Urodziły nam się dzieci, bo tego wspólnie chcieliśmy. Ale teraz, gdy już je mamy, w ogóle się nie zgadzamy co do tego, jak je wychowywać!”.

Nieporozumienia zaczynają się dość wcześnie. Naj-częstszą przyczyną narzekań jest sen dziecka.

 

Mama: Dziecko znowu płacze. Dlaczego nie chce spać?

Tata: Musi się nauczyć, że nie będziemy jej brać na ręce za każdym razem, gdy zacznie krzyczeć. To trwa już od godziny. Musimy jej pozwolić się wykrzyczeć. W końcu zaśnie. Moja siostra mówiła, że potrzeba było tylko trzech nocy, by kładzenie dziecka spać stało się łatwe.

Mama: Twoja siostra przeszła przez piekło. I trwało to tygodniami. Nie chcę, żeby moje dziecko każdej nocy zasypiało z krzykiem. Muszę ją wziąć na ręce.

Tata: Nie znoszę tego tak samo jak ty, ale musimy coś zrobić. Myślę, że musimy po prostu pozwolić, by płakała. Żadne z nas tego nie chce, ale wydaje mi się, że tak będzie dobrze. Wyjdę i siądę w samochodzie, żeby nie musieć tego słuchać.

Mama: To tylko maleństwo. Nie mogę tak dalej.

 

Niektóre konflikty wybuchają dlatego, że desperacko poszukuje się rozwiązania. Powodem może być też wyczerpanie. Kiedy indziej jeden z rodziców jest przekonany, że to on ma rację, a druga strona się myli. W miarę jak dzieci dorastają, problemy się zmieniają, ale rodzicom nadal trudno się porozumieć.

 

Tata: Nic im nie będzie. To mniej niebezpieczne, niż się wydaje.

Mama: To drzewo jest bardzo wysokie. Jak zejdą?

Tata: Nie martw się. Nigdy nie wchodziłaś na drzewo, gdy byłaś dzieckiem? Na tym właśnie polega prawdziwe dzieciństwo!

Mama: Ale czy konieczne jest wchodzenie dziesięć metrów nad ziemię?

 

Albo:

 

Tata: Dzieci, razem z mamą gotujemy dla was zdrowe posiłki. Nie przygotowujemy jedzenia po to, byście kręciły nad nim nosem. Tak więc zostaniecie tutaj i zjecie ten posiłek albo dostaniecie go na jutrzejsze śniadanie.

Mama: Już dobrze, kochanie. Zjedz kilka kęsów, a potem ugotuję ci makaron z serem.

Tata: Nie będziemy co wieczór gotować dodatkowych posiłków. Mają jeść to, co dostają. Zachowujecie się w śmieszny sposób. Wiecie przecież, że w Afryce dzieci głodują!

Dzieci: W takim razie wyślijcie im to jedzenie! Nam ono nie smakuje.

 

Czasami konflikt dotyczy mediów cyfrowych i gier. Tata mówi, że gry są w porządku, ale mama twierdzi, iż za dużo w nich przemocy. Godziny powrotu, zadania domowe, obowiązki, jedzenie, spanie, przyjaciele, siedzenie przed ekranem… Lista rzeczy, co do których możemy się ze sobą nie zgadzać, jest długa.

Najpowszechniejsza różnica zdań, o jakiej słyszę, jest następująca: „Z moim partnerem nie możemy dojść do porozumienia w sprawie dyscypliny. Ciągle jestem oskarżana o nadmierną łagodność. Ja z kolej uważam, że on jest przesadnie surowy”. (Albo vice versa… Bardzo często to ojciec jest zbyt miękki).

Zauważycie, że tatę częściej tu przedstawiam jako „twardziela”. Nie jest to przypadek. Choć jest mnóstwo takich ojców, którzy są nadzwyczajni, uważni, zaangażowani, cierpliwi i współczujący – i którzy stanowią ogromną podporę swojej rodziny – zdecydowana większość maili, jakie dostaję, pochodzi od mam proszących o pomoc w nakłonieniu ich partnerów do odwoływania się bardziej do miłości, zarządzania emocjami i nawiązywania więzi niż do kar i surowych napomnień. Ojcowie nadal najczęściej są tymi, którzy dyscyplinują. Uważają matki za zbyt łagodne. Matki wciąż najczęściej są tymi, które okazują troskę. Uważają ojców za zbyt ostrych.

(Być może jest to dziedzictwo dawnego stylu wychowania i niefortunnego wzmacniania ścisłego i niepomocnego rozdzielania ról płciowych: wielu dzisiejszym mężczyznom nie pozwalano na okazywanie uczuć i łagodności, gdy byli jeszcze chłopcami, co ma dzisiaj konsekwencje dla całego społeczeństwa. Czy w przyszłości chcemy podtrzymywać rozdźwięk między tym, jacy mogliby być mężczyźni, a tym, do bycia jakimi są zmuszani?)

Niezależnie od przyczyn tej różnicy między płciami zbyt wiele rozmów między rodzicami prowadzi donikąd – albo co gorsza w złym kierunku – ze względu na żywione przez każdego z partnerów fundamentalne pragnienie zmienienia drugiej osoby. To rzadko się udaje.

Powodowanie zmiany w innych

Doktor John Gottman jest uznanym na arenie międzynarodowej badaczem w dziedzinie małżeństwa i relacji. Szacuje on, że 70 procent z tego, czego nie lubimy w naszych partnerach, nigdy się nie zmieni2. Możemy ich męczyć, przypochlebiać się, grozić, narzekać, ponownie grozić albo błagać. Niezależnie od tego, co zrobimy, większość z tego, kim są, po prostu ani drgnie.

Trudno zmienić nawyki3. Niełatwo dostosować się do cudzych oczekiwań. Niektóre rzeczy stanowią zaś część natury naszego partnera. Ponadto cała siła, z jaką próbujemy na niego oddziaływać, rodzi w nim opór i resentyment. Jeśli kiedykolwiek próbowaliście przekonać swoją drugą połówkę, że coś robi źle, założę się, iż nie zakończyło się to pomyślnie. Powiedzenie komuś: „robisz to źle” najprawdopodobniej pociągnie za sobą kłótnię, zranione uczucia i szkody w relacji. Pomyślcie przez chwilę: czy kiedykolwiek po usłyszeniu tych słów – „robisz to źle” – uśmiechnęliście się, mówiąc: „Wiesz co? Masz rację. Mógłbyś mi pokazać, jak zrobić to poprawnie?”. Nie sądzę, by tak było.

 

Mama: Jeśli dalej będziesz tak postępować, tylko odepchniesz ją od siebie i spowodujesz, że będzie się ciebie bała.

Tata: Jasne. Tak więc właściwym podejściem byłaby czułostkowa łagodność, co? Jak zawsze wszystko wiesz najlepiej.

Mama: Wiem tylko, że złoszczenie się do niczego dobrego nie prowadzi. Niczego nie zmienia. Sprawia jedynie, że fatalnie się czujemy.

Tata: Cóż, nic innego nie działa. Mam dość. Nie będę dłużej się w to bawić. Musi wiedzieć, że jestem rodzicem i spodziewam się po niej więcej.

Mama: To nie działa.

Tata: Dobra. Ty się tym zajmij. Najwyraźniej jestem bezużyteczny jako rodzic. Nie mam pojęcia, co robię. Ty wiesz, jak postępować. Wypisuję się.

 

Ludzie nie lubią być „naprawiani”. Słowa: „nie robisz tego tak, jak trzeba” rzadko prowadzą do konstruktywnej rozmowy. Jest tak zwłaszcza wówczas, gdy tego naprawiania i poprawiania podejmuje się ktoś nam bliski. W grę zaczyna wchodzić duma osobista. Każdy z nas wyznacza własne terytorium i się w nim okopuje.

Jest to jednak sensowne. Choć wszyscy chcemy stawać się lepsi, większość z nas uważa, że sposób, w jaki zostaliśmy wychowani, był „sposobem odpowiednim”. Spotkałem ludzi uparcie twierdzących, że byli wychowywani w sposób nie tylko odpowiedni, ale wręcz jedyny właściwy. W sposób najlepszy.

Jeśli jesteśmy przekonani, że wychowywano nas odpowiednio, istnieje duże prawdopodobieństwo, iż będziemy próbować replikować to, co nam znane – nawet jeśli tę decyzję podejmujemy nieświadomie. I zapewne źle zareagujemy, gdy ktoś zacznie krytykować to, jakim jesteśmy rodzicem. Taka krytyka uderza nie tylko we mnie. Nie… to krytykowanie również moich rodziców! To powiedzenie, że moja rodzina się myliła. A jeśli moja rodzina się myliła, co to mówi o mnie samym? Czy jestem jakoś wybrakowany?

Pewien ojciec kiedyś mi powiedział: „Nie przyjmuję rad na temat rodzicielstwa od nikogo poza moimi rodzicami i moją żoną”.

Takie stwierdzenia dowodzą dwóch rzeczy. Po pierwsze, rodzicielstwo jest czymś osobistym. Po drugie, większość osób żywiących takie przekonania jest skazana na powtarzanie błędów poprzednich pokoleń.

Chodzi też jednak o coś więcej: przyjęcie tego typu postawy czyni rodzicielstwo trudniejszym, niż musi ono być. Kłócenie się ze sobą o to, jak „należy” poradzić sobie z trudnym dzieckiem, tylko zwiększa presję. Choć nie lubimy się do tego przyznawać, większość z nas na bieżąco obmyśla sposób postępowania, udając, że wszystko pozostaje pod kontrolą i jest dobrze przemyślane, lecz wielokrotnie zastanawiając się nad każdym swoim krokiem. Na bieżąco też formułujemy uzasadnione powody (a przynajmniej tak nam się wydaje), dla których nasze podejście jest lepsze. Za wszelką cenę bronimy własnych instynktów.

Kiedy rozmawiam z rodzicami będącymi w impasie, wręcz słyszę ich myśli: „O matko. Rodzicielstwo to jedne ogromne puzzle. Przedstawiające ocean puzzle z tysiącem elementów”.

Ze względu na tę złożoność i fakt, że często żywimy konkurencyjne wobec siebie przekonania, trudno nam zachowywać wspólny front. Do tego próbujemy zmusić partnera, by się zmienił. Paradoksalnie, jak wykazał Gottman4, kiedy akceptujemy naszych partnerów, ci są bardziej skłonni zmienić swe postępowanie niż wówczas, gdy nieustannie próbujemy ich nakłonić do zmiany. Nasze działanie rodzi opór. Nasza akceptacja prowadzi do zmiany. Jedno zastrzeżenie: nasz partner może zmienić nie tę akurat rzecz, na której najmocniej nam zależy… ale nic nie jest wykluczone. Akceptacja i umiejętność cieszenia się najbardziej sprzyjają rozwojowi5.

Kiedy specjalista i jego żona nie mogą się porozumieć

W początkach małżeństwa z Kylie nie miałem pojęcia, jak być tatą – czy też mężem. Kylie miała wykształcenie z zakresu pedagogiki wczesnodziecięcej. A ja? Nie miałem żadnego wykształcenia. Ujawniało się to w moim stylu rodzicielstwa. Ale nie chciałem słuchać rad Kylie.

Gdy stało się jasne, że jestem nieudolny i potencjalnie pogarszam sprawy, zacząłem studiować i zmieniłem postępowanie. Lecz dalej nie nadawaliśmy na tych samych falach. Kylie nie lubiła, gdy jej doradzałem. W końcu wcześniej to ona znała „odpowiednie” rozwiązania. Teraz to ja wysuwałem sugestie sprzeczne z tym, co Kylie zawsze uważała za właściwe. Choć kiedyś proponowane przez nią rozwiązania były lepsze od moich, obecnie sytuacja mogła ulec odwróceniu – a przynajmniej tak mi się wydawało. Kylie była jednak odmiennego zdania.

Zaczęła czuć się urażona, kiedy proponowałem jakieś rzeczy oparte na tym, czego się uczyłem. Do czasu… Pewnego dnia wróciłem do domu, a tam akurat panował hałas i napięta atmosfera. Kylie zażądała, bym wziął sprawy we własne ręce, bo dzieci doprowadzały ją do szału, a ja najwyraźniej „zjadłem wszystkie rozumy”. Tak uczyniłem. Po około dwudziestu sekundach wszyscy się uspokoili, dzieci przeprosiły, a pokój został przywrócony. (Gdyby tylko udawało mi się to za każdym razem).

Ten incydent pozwolił nam wyjść na prostą. Rzecz jasna nawet dziś nie we wszystkich aspektach rodzicielstwa całkowicie zgadzamy się ze sobą. Nie jestem pewien, czy taka zupełna jednomyślność jest możliwa. Jednak konsekwentnie współpracujemy w imię tego, co najlepsze dla naszych dzieci. To zaś wszystko zmienia.

Tak więc nadawajmy na tych samych falach. Kiedy tak samo patrzymy na sprawy – a przynajmniej staramy się nawzajem rozumieć – wszyscy lepiej się dogadują. To pierwsza rzecz, o którą trzeba zadbać, aby być możliwie jak najlepszym rodzicem.

Odmowa

W niektórych sytuacjach wasz partner może odmówić dyskutowania z wami. Może nawet nie chcieć zajrzeć do tego, co czytacie.

Pamiętajcie proszę, że gracie długofalowo. Tak więc dawajcie przykład – jak Kylie dawała go mnie, a potem ja mogłem czynić to samo dla niej. Przeprowadziliśmy ze sobą wiele trudnych rozmów na temat tego, jak być rodzicami. (Zdarza się to nam nawet dziś, kiedy nasze nastolatki znajdują coraz to nowe sposoby sprawdzania naszych umiejętności). W ostatecznym rozrachunku wygrywa cierpliwość. (W ostatnim rozdziale tej książki znajdziecie szereg stron podających praktyczne rady i podsuwających możliwości odnośnie do tego, jak ze sobą współpracować).

W międzyczasie doszukujcie się tego, co dobre, w stylu rodzicielstwa waszego partnera (czy też u byłego partnera, z którym wspólnie wychowujecie dzieci, albo u przybranego rodzica waszego potomstwa). Chociaż wiecie, że mógłby się on poprawić (gdzieś głęboko sam również zdaje sobie z tego sprawę), dotyczy to przecież nas wszystkich! Samo to, że istnieje pole do poprawy, nie oznacza, że dana osoba jest zupełnie do kitu jako rodzic. Większość rodziców, nawet tych mających trudności, robi dobrze choć niektóre rzeczy. Cieszcie się takimi momentami i pokazujcie, że jesteście za nie wdzięczni i je doceniacie.

 

Łatwo byłoby skoncentrować się na wszystkim, co pociąga za sobą podziały i brak zgody6. Na tym etapie prawdopodobnie nie będzie to pomocne. Zamiast tego skoncentrujcie się na rzeczach, które pozwalają wam widzieć siebie nawzajem w lepszym świetle.

Jaki aspekt postępowania waszego partnera wobec dzieci ogromnie wam się podoba?

Jak możecie go zachęcić, by częściej tak się zachowywał?

Co lubicie robić wspólnie jako rodzina?

1.

2.

3.

Jak możecie znaleźć na to więcej czasu?

Koncentracja na tym, co lubimy robić jako rodzina, doprowadzi do o wiele większej zgody niż skupianie się na mankamentach, błędach i słabościach.

 

W jakim kierunku zmierza nasza rodzina?

Pewnego razu chłop gnał drogą na koniu. Wyglądało na to, że bardzo się śpieszy. Gdy mijał jednego z parobków, ten zawołał: – Dokąd jedziecie, gospodarzu?

Chłop odkrzyknął: – Zapytaj konia!

Czasami z naszymi partnerami i rodzinami jest trochę jak z tym koniem. Sami po prostu próbujemy utrzymać się w siodle, podczas gdy koń pędzi, będąc zupełnie poza naszą kontrolą. Tak więc oprócz nadawania na tych samych falach w kwestii dyscypliny, norm i oczekiwań, chcemy też się dobrze nawzajem rozumieć, jeśli chodzi o ogólne cele i wizję. Potrzebujemy mniej więcej wiedzieć, w jaką stronę dobrze byłoby kierować naszą rodzinę.

Pomyślcie o tym w następujący sposób:

Przygotowujemy plany dotyczące naszych przedsięwzięć biznesowych, karier, życia zawodowego. Opracowujemy plany finansowe i oszczędnościowe. Planujemy studia albo zajęcia dodatkowe naszych dzieci. Planujemy swój dzień. Robimy plany odnośnie do rozmaitych rzeczy. Lecz ilekroć pytam ludzi, czy mają plan dotyczący własnej rodziny, nieomal zawsze uzyskuję tę samą odpowiedź: „Cóż, nie”.

Nadawanie na tych samych falach oznacza, że wspólnie pracujecie nad realizacją tej samej wizji czy tego samego celu dla swojej rodziny. Pozwoli wam to też przepracować drobniejsze sprawy – szczegóły tego, jak wasza rodzina może dobrze funkcjonować.

 

Szybki quiz

Czy macie wizję tego, jaka mogłaby być wasza rodzina?

Tak

Nie

Czy potraficie to opisać swemu partnerowi w prosty i szybki sposób?

Tak

Nie

Czy dysponujecie planem, który ma wam pozwolić na realizację tej wizji?

Czy ten plan jest sztywno ustalony?

Czy może wymyślacie ten plan na bieżąco?

Tak

Nie

Czy waszym zdaniem przydatny byłby plan elastyczny?

Tak

Nie

Nawet w drobnych sprawach warto chwilę się zastanowić, zanim zareaguje się na problemy, jakie wiążą się z naszym dzieckiem. Możecie zadać sobie nawzajem następujące pytania:

1.Co najwyżej cenimy w naszej rodzinie?

2.Czy zgadzamy się na to, by dziecko rzucało nam wyzwania, czy też naszym celem jest jego całkowita uległość wobec nas?

3.Co jest najważniejszą rzeczą, jakiej musi się od nas nauczyć nasze dziecko?

4.Jeśli dziecku zdarzy się postąpić w sposób nieakceptowalny i niemożliwy do tolerowania, jak mu to przekazać w zgodzie z udzielonymi przez nas wyżej odpowiedziami?

5. Co możemy w danym momencie wspólnie zrobić, by podążać w tym kierunku? (I czy w ogóle musimy coś zrobić już teraz?)

 

Nigdy nie będziemy zupełnie konsekwentni we współpracy ze sobą. Poza tym konsekwencja sama w sobie jest przereklamowana. Można być kimś konsekwentnie beznadziejnym. To nikomu nie pomoże.

Konsekwencja nie jest pomocna, jeśli nie dotyczy tego, co właściwe. Tak więc zamiast próbować być całkowicie konsekwentnymi we współdziałaniu, starajcie się być ze sobą kompatybilni – i dbajcie o bycie kompatybilnymi w tym, co właściwe.

Kiedy wydaje nam się, że „oni” są problemem

W książce 21 Days to a Happier Family przedstawiłem historię Nicole – mamy zmagającej się z córką stosującą brutalną cyberprzemoc wobec innej uczennicy ze szkoły. Nicole łajała córkę i traktowała ją tak, jakby była problemem. Stwierdziłem w książce: „Nicole zakładała, że jej córka jest problemem – i w tym był właśnie problem”.

Pewna matka podzieliła się ze mną następującym doświadczeniem w kontekście nadawania na tych samych falach w rodzicielstwie oraz historii Nicole:

 

Mój mąż coraz gorzej wypowiada się na temat mojego jedenastoletniego syna. Owszem, syn sprawia trudności, ale sposób, w jaki mówi o nim mąż, jest okropny. Syn nigdy tego nie słyszy, ale mąż stale mruczy pod nosem, że nasz syn jest „bezużyteczny”, „sprawiający ból”, „zepsuty” i „straszny”. Wciąż wytyka wszystko, co złe w postępowaniu syna, i ciągle go beszta.

Za każdym razem, gdy mówię mężowi, że nie podoba mi się to, co mówi i robi, on wini naszego syna. Pewnego dnia przeczytałam trzeci rozdział z 21 Days to a Happier Family. Podzieliłam się z mężem historią Nicole i zatrzymałam się na stwierdzeniu, że problemem jest postrzeganie naszego dziecka jako problemu.

Mąż naprawdę się rozgniewał i przyjął postawę obronną. Powiedział, że skoro nasz syn nie jest problemem, to moim zdaniem musi być nim on (mąż). Chciałam go przekonać, że nie o to mi chodzi, ale nie zamierzał tego słuchać. Poddałam się i wyszłam.

Tamtego wieczoru przed kolacją nieoczekiwanie usłyszałam śmiech dochodzący z salonu. Kiedy weszłam, zobaczyłam męża żartującego z synem. Wygłupiali się i dobrze się razem bawili.

Kiedy leżeliśmy już w łóżku, zapytałam, co się zmieniło. Powiedział, że to, co ode mnie usłyszał, wydawało mu się bezsensowne. Dotknęło go i rozgniewało. Lecz kiedy miał czas ochłonąć, uświadomił sobie, że coś w tym może być. Tak więc spróbował spojrzeć na naszego syna jako na przeżywającego trudności jedenastolatka, a nie nieznośnego bachora. Czułam się, jakbyśmy po raz pierwszy od wielu lat nadawali na tych samych falach – i było to wspaniałe uczucie.

 

Nie wszystkie historie tak zgrabnie się rozwiązują. Jednak ogromną zaletą nadawania na tych samych falach jest to, że nasza rodzina wydaje się harmonijna, nasze dzieci czują, że życie jest przewidywalne i jeśli to, w czym rodzice są zgodni, jest właściwe, dzieci mają większą szansę dobrze się rozwijać.

Inwestowanie długoterminowe

Posiadanie udanej relacji z partnerem lub dziećmi jest bardzo podobne do inwestowania. Najlepsi inwestorzy na świecie potwierdzą, że dobre inwestowanie wymaga grania w długą grę – wpłacania pieniędzy każdego tygodnia i czekania dwadzieścia lat, aż sprawa dojrzeje. Kiedy cena jest niska, kupujesz więcej, bo wszystko jest tanie. Kiedy jest wysoka, kupujesz mniej, bo jest drogo. Lecz każdego tygodnia inwestujesz. Po prostu wciąż wpłacasz na daną inwestycję, bo ufasz i wierzysz, że z czasem zbierzesz tego owoce. Długoterminowe akumulowanie kapitału w inwestycji przynosi stopę zwrotu właściwie nieosiągalną w żaden inny sposób.

Nasz partner i nasze dzieci w każdej interakcji doświadczają z naszej strony pewnego emocjonalnego inwestowania. Kiedy czują się beznadziejnie i są przybici, inwestujemy w nich więcej. Kiedy czują się wspaniale, nadal inwestujemy, ale – ponieważ akurat nie potrzebują nas tak bardzo – czynimy to przez pozostawanie dla nich obecnymi i dostępnymi na wypadek potrzeby. Wreszcie po około dwudziestu latach widzimy owoce tej inwestycji. W większości przypadków mądre inwestowanie powoduje kumulowanie się kapitału dzień po dniu, rok po roku, i przynosi nadzwyczajne zyski.

Każdy ma jednak własną strategię inwestycyjną. Niektórzy wolą szybki zysk. Inni grają w długą grę. Niektórzy podchodzą do inwestycji w sposób strategiczny i przemyślany. Inni uwielbiają spekulować i stawiać wszystko na jedną kartę. Jedni są konsekwentni, drudzy już nie tak bardzo.

Nadawanie na tych samych falach jest w rodzicielstwie równie istotne, co w inwestowaniu, biznesie, edukacji czy ogrodnictwie. Musimy przyjąć jasną strategię inwestycyjną. Oznacza to wspólną pracę nad określeniem naszego celu, potencjalnych dróg do niego prowadzących oraz tego, która ścieżka jest przez nas preferowana. Należy też przygotować plany zapasowe na wypadek, gdyby rzeczy nie potoczyły się tak, jak trzeba. Niezależnie od okoliczności rodzinnych chcemy wspólnie wychowywać dziecko na tyle świadomie i spójnie ze sobą, jak to możliwe. Gdy działamy jak jedna drużyna, możemy się nawzajem zastępować i wciąż nadawać na tych samych falach, postępując w sposób wzajemnie kompatybilny z tego względu, że omówiliśmy sprawy i opracowaliśmy skuteczny plan inwestycyjny.

Poważny konflikt

Czasami dotyczący rodzicielstwa konflikt jest tak poważny, że nie wystarczą podstawowe idee przedstawione w tym rozdziale. W takich przypadkach można rozważyć kilka rzeczy:

1.Skorzystajcie z profesjonalnej pomocy. Czasem tylko jedna ze stron będzie do tego chętna. Może to być wszystko, na co was w takim momencie stać. Jeśli to jednak możliwe, współpracujcie ze sobą.

Jeśli sięgnięcie po profesjonalną pomoc nie jest możliwe, mniej konfrontacyjnym rozwiązaniem bywa odwołanie się do jakiegoś „mentora” z zakresu rodzicielstwa. Może jest ktoś, kogo wraz z partnerem cenicie jako znakomitego rodzica. Osoba ta może zgodzi się na regularne (co tydzień lub co dwa tygodnie) rozmowy o rodzicielstwie przy drinku albo na jakieś wspólne zajęcie, przy okazji którego moglibyście dzielić się doświadczeniami, pomysłami i sugestiami. (W naszym społeczeństwie niechętnie przyznajemy się do słabości – dotyczy to zwłaszcza mężczyzn – lecz przyjacielskie wsparcie zamiast ingerencji obcego nam specjalisty może się okazać pomocne).

2.Eksperymentujcie z rozmaitymi stylami rodzicielstwa przez kilka dni, by zobaczyć, jak czujecie się z nimi sami i jak oddziałują one na wasze dzieci. Wiąże się z tym pewne ryzyko, ale jeśli uważnie wsłuchacie się we własne serce i będziecie szczerzy co do swoich odczuć, znajdziecie dobre rozwiązania.

3.Uzgodnijcie, że nie będziecie się kłócić o styl rodzicielstwa w obecności dzieci. Z wyprzedzeniem ustalcie, że kiedy trzeba będzie podjąć jakieś decyzje, dokonacie tego na osobności i w porozumieniu ze sobą, a nie na oczach dzieci. Dzięki temu nie będziecie podważać nawzajem swojego autorytetu i łatwiej będzie rozwiązać konflikt w sposób pełen szacunku.

Mieć ostatnie słowo

Każdy rodzic musi pamiętać, że istnieje więcej niż jeden sposób wychowania dzieci. Samo to, że uważacie wasz sposób za odpowiedni lub właściwy, nie oznacza jeszcze, że tak faktycznie jest. Głęboko przywiązujemy się do tego, co według nas jest słuszne, często ze szkodą dla naszej rodziny. Tak więc nadawanie na tych samych falach jest ważne, ale tylko o tyle, o ile zapewnia stabilność, bezpieczeństwo, przewidywalność i harmonię. Nieraz argumentuje się, że korzystne mogą być rozmaite podejścia wychowawcze. Jeśli tylko rodzice zgadzają się co do rzeczy najważniejszych, odmienność postępowania nie powinna powodować problemów. Problemy rodzą się zaś wówczas, gdy rodzice nie wspierają się nawzajem, lecz się wzajemnie lekceważą – i to przed dziećmi! Lub kiedy się przekrzykują, by udowodnić własną rację. Kiedy rodzice mają na jakiś temat odmienne zdanie, może to pokazać dzieciom, że wszyscy różnie postrzegamy świat i można sobie z tym poradzić, jeśli tylko zachowujemy się uprzejmie.

W ostatecznym rozrachunku sami decydujemy, co najbardziej się liczy. Wypracowujemy jakieś stanowisko. Zgadzamy się ze sobą, nie zgadzamy bądź idziemy na kompromisy. (Omówione w rozdziale czwartym trzy „E” skutecznej dyscypliny zapewnią rodzicom znakomite ramy dla dyskusji na ten temat). Potem zaś kontynuujemy pracę nad wychowywaniem wspaniałych dzieci.

 

 

Decydujcie

Czas podjąć decyzję. Czy jesteście gotowi porozumieć się choć co do niektórych spośród tych pomysłów? Jeśli tak, to wspaniale. Już zrobiliście krok do przodu. Jeśli na razie nie jesteście w pełni zgodni, sprawdzajcie – począwszy od dzisiejszego wieczora – w czym macie podobne zdanie. Powinniście koncentrować się na próbie zrozumienia punktu widzenia partnera i szukaniu przestrzeni porozumienia. Pamiętajcie – jeśli mówicie, że przechodzicie na dietę, ale dopiero od poniedziałku, to nie traktujecie tego poważnie. Zacznijcie od razu.

Przesłanie do zapamiętania

Wychowywanie dzieci jest wystarczająco trudne nawet bez sprzeciwu i antagonizmu ze strony innych dorosłych, z którymi dzielimy ten obowiązek. Badacze zauważyli, że gdy rodzice nadają na tych samych falach, zwiększa to satysfakcję w rodzinie i zapewnia lepsze rezultaty dla dzieci – jeśli tylko nawyki rodziców są pozytywne. Rodzice nadający na tych samych falach nie robią wszystkiego tak samo. Nigdy nie będziecie się zgadzać we wszystkim. Jeśli jednak rodzice pozostają ze sobą na pewnym poziomie spójni i są gotowi współpracować w imię spraw według nich ważnych, są w stanie zapewnić rodzinie poczucie harmonii i celowości, które jest pozytywne dla ich związku oraz dla dzieci.

Przypisy

1 Jeśli to stwierdzenie w tym momencie się do was nie odnosi, na końcu książki znajduje się spis lektur, które mogą pomóc.

2 Gottman opiera te szacunki na badaniach, które przeprowadził wśród par żyjących w Stanach Zjednoczonych. Ich wyniki omawia prosto i jasno w swej książce: Siedem zasad udanego małżeństwa, przeł. D. Olejnik, Kraków 2014.

3 Więcej na temat nawyków można przeczytać w: C. Duhigg, Siła nawyku. Dlaczego robimy to, co robimy i jak można to zmienić w życiu i biznesie, przeł. M. Guzowska, Warszawa 2013; R.F. Baumeister, Siła woli. Odkryjmy na nowo to, co w człowieku najpotężniejsze, przeł. P. Budkiewicz, Poznań 2013.

4 Zob. J. Gottman, Siedem zasad…

5 Zob. Mindfulness, Acceptance, and Positive Psychology, red. T. Kashdan, J. Ciarrochi, Oakland 2013. Zob. też R. Baumeister, Meanings of Life, New York–London 1991.

6 Podane w tej książce pomysły ćwiczeń opierają się w pierwszym rzędzie na fundamentalnych założeniach podejścia doceniającego (appreciative inquiry). Główną postacią w badaniach nad tym podejściem jest David Cooperrider i choć wiele jego prac dotyczy warunków panujących w korporacjach, ich ustalenia można ogólnie zastosować również w innych kontekstach, w tym w rodzinnym.

O Autorze

Justin Coulson – doktor psychologii, jeden z najbardziej znanych ekspertów do spraw rodzicielstwa w Australii, założyciel happyfamilies.com.au, współprowadzący program „Parental Guidance”. Dzięki swoim książkom o wychowywaniu dzieci, licznym wystąpieniom w mediach i dwóm popularnym filmom, które zyskały łącznie ponad 80 milionów wyświetleń, pomógł wielu rodzinom, organizacjom i szkołom. On i jego żona Kylie mają sześć córek.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

Wprowadzenie

Rozdział pierwszy. Nadawanie na tych samych falach jako rodzice

Przypisy

O Autorze

Punkty orientacyjne

Spis treści

Cover

Title Page

Copyright Page

Dedykacja