Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Poruszająca saga o sile kobiet, ciężarze milczenia
i odwadze, która rodzi się z bólu.
Rodzina Musiałów po pożarze, w którym straciła dom, musi mierzyć się z nowymi wyzwaniami. Dorota i Łukasz postanawiają wydać za mąż swoją najstarszą córkę, osiemnastoletnią Anulkę, za Tomasza Kowala. Kandydat jednak nie wzbudza w dziewczynie zainteresowania. Zresztą, jest przekonana, że nie dożyje zamążpójścia.
Franciszek uczy się w łowickim seminarium, w wolnych chwilach pomaga w szpitalu przy Kościele Świętego Ducha. W przeddzień Bożego Narodzenia spotyka tam nieznajomego. Razem udają się do Stępowa.
Parafia złakowska i Łowicz doświadczają trudów wojny, gdy co rusz przemieszczają się tamtędy wojska nieprzyjacielskie, zostawiając za sobą zgliszcza. W czasie jednego z takich przemarszów w ślad za żołnierzami pojawia się epidemia dżumy, która dziesiątkuje Duplice i Łowicz.
Kontynuacja losów wiejskich rodzin z Duplic i Złakowa. Historia rozwija się tu jak kolorowa, łowicka wstęga. Ile intensywnych barw, tyle i smutnej czerni. Dorastają kolejne pokolenia, rodzą się dzieci, wraz z nimi nadzieje, ale umierają protoplaści rodów, a okolicę nękają następne wojny i plagi. Koniecznie sięgnijcie po drugi tom przepięknie opowiadanej „Sagi Łowickiej”.
Nie sposób się oderwać od tej lektury!
Czytaśka
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 265
Data ważności licencji: 3/2/2031
Książki Magdaleny Kołosowskiej,
które ukazały sięw Wydawnictwie Replika:
Tęcza nad jeziorem
Noc spełnionych marzeń
CYKL RODZINNE SEKRETY
Tamta dziewczyna
Dawne obietnice
Szepty przyszłości
CYKL POD WSPÓLNYM NIEBEM
Kiedyś dogonimy Paryż
Zanim zobaczymy Neapol
Jutro pokochamy Rzym
CYKL LEPSZE JUTRO
Słońce za horyzontem
Pod niebieskim księżycem
Za ostatnią gwiazdą
Copyright © Magdalena Kołosowska
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Magdalena Kawka
Korekta
Paulina Kawka
Projekt okładki
Izabela Szewczyk
Składi łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68923-22-3
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań
[email protected] | www.replika.eu
Od Autorki
Moi Drodzy!
Z przyjemnością oddaję w Wasze ręce drugi tom Sagi łowickiej. Piszę te słowa już po premierze pierwszego i jestem wzruszona tak ciepłym jego przyjęciem. Dziękuję Patronom, Recenzentkom i Czytelnikom, którzy pisali o Ziemi okrytej zielenią.
Saga łowicka jest dla mnie wyjątkowa, niemalże osobista. To jak powrót do korzeni, do domu po długiej nieobecności. I ten powrót jest najlepszym, co mogłam zrobić.
Pola pachnące deszczem to kontynuacja Ziemi okrytej zielenią, obejmująca lata 1673 – 1716. Był to okres bogaty w wydarzenia. Ziemi łowickiej nie ominęły ani wojny, ani zarazy. I tak jak w przypadku pierwszego tomu – wydarzenia historyczne są prawdziwe, ale bohaterowie są wytworem mojej wyobraźni. Czy mogło być tak, jak to przedstawiłam? Mogło. Ale czy było?
Mam nadzieję, że tak jak w przypadku pierwszego tomu, drugi również dostarczy Wam mnóstwa emocji i będzie niezapomnianą lekturą
W tym miejscu chciałabym podziękować wszystkim, którzy służyli i służą mi pomocą.
Wydawnictwu Replika za uczynienie moich książek wyjątkowymi.
Magdzie Kawce za okiełznanie mojego stylu.
Asi Onysk za nieustanne wsparcie, bycie pierwszą czytelniczką i bezcenne uwagi.
Regionalistom i przewodnikom z Koła Przewodników im. Anieli Chmielińskiej w Łowiczu PTTK Łowiczza pomoc w zdobyciu potrzebnych publikacji i odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.
Moim Bliskim, za wyrozumiałość i wsparcie.
Nieustająco życzę Wam wyjątkowych chwil w czasie lektury,
Magdalena
12.04.2026 r.
W POPRZEDNIM TOMIE
Jest rok 1665. W położonej niedaleko Łowicza szlacheckiej wsi Stępowo mieszkają rodziny Wardów i Znyków. Dorota i Andrzej mają się ku sobie. Spotykają się ukradkiem w każdej wolnej chwili, mimo że mieszkają po sąsiedzku. I choć chłopak jest skłonny ożenić się z nią, ojciec dziewczyny jest temu przeciwny. Nie chce, aby jego najmłodsza córka została w Stępowie, obawiając się, że spotka ją los podobny do losu jego zmarłej żony. Dlatego szuka jej męża w Duplicach, sąsiedniej wsi należącej już do biskupów, gdzie pańszczyzna nie jest tak uciążliwa. Wydaje ją w końcu za wdowca, Łukasza Musiała.
Wojtek, brat Doroty, mimo niechęci, żeni się z dziewczyną wybraną przez ojca. Ich małżeństwo jednak w niczym nie przypomina typowego związku męża i żony, więc w końcu Rozalia nawiązuje relację ze swoim teściem, Bartłomiejem. Po kilku miesiącach Wojtek znika bez słowa.
W Duplicach żyje też starsza siostra Doroty, Basia. Ona i jej mąż, cioteczny brat Łukasza, Szczepan, utrzymują z Musiałami bliskie stosunki. Wszystko się zmienia, gdy pewnej nocy Szczepan gwałci ciężarną Dorotę.
Kilka lat później Musiałowie są już rodzicami dwóch córek i Dorota właśnie spodziewa się kolejnego dziecka, kiedy w ich obejściu pojawia się Cecylia. Musiałowa zatrudnia ją, nie wie jednak, że jej mąż i Cecylia mają wspólną przeszłość. I nie zdaje sobie sprawy, że Cecylia z chęcią zastąpiłaby ją na miejscu żony Łukasza. W końcu sprawy wymykają się spod kontroli, gdy chata Musiałów staje w ogniu…
Chcąc mieć przyszłość, należy mieć przeszłość
Cyprian Kamil Norwid
Stępowo, 1676 rok
Nowy proboszcz złakowski, ksiądz Franciszek Wieczorek, z trudem pokonywał zaspy. Nogi obute w nowe skórzane buty, dopiero co odebrane od szewca, tonęły w głębokim śniegu. Spojrzał na chałupy przed sobą i odetchnął głęboko, wiedząc, że nareszcie dotarł na miejsce. Gdyby nie zaspy i wciąż padający gęsty śnieg już dawno byłby w Stępowie. A tak zmitrężył więcej czasu, ale podziękował Bogu w krótkiej modlitwie za bezpieczne doprowadzenie go do wsi.
Tego ranka proboszcz postanowił wreszcie załatwić jedną z pilnych – według niego – spraw. Zaraz po porannej mszy świętej przygotował się do drogi. Zdecydował, że pójdzie pieszo. Mógł poprosić kogoś, aby go przywiózł, ale szkoda by mu było woźnicy i zwierzęcia. Od czasu gdy kilka lat wcześniej, zimą, konie poniosły zaprzęg i srodze go poturbowały, sam nie sięgał po lejce i do zwierząt odnosił się z niezwykłą ostrożnością.
Rozejrzał się ciekawie. Od czasu nagłego objęcia probostwa, zaraz po Wszystkich Świętych, nie widział nic poza Złakowem, a chciał poznać parafian, zobaczyć jak żyją. Miał nadzieję, że biskup nie będzie miał mu tego za złe.
Wokół była cisza jak makiem zasiał. Wszyscy zapewne siedzieli w chałupach, grzejąc się i przygotowując do zbliżającej się Wigilii. Tego roku zima zaczęła się w połowie listopada. Od tamtej pory trzymał solidny mróz, prawie codziennie padał śnieg, a jakby tego było mało, silny wiatr zawiewał go na pola i drogi, utrudniając komunikację. Proboszcz poprosił organistę , aby ten wytłumaczył mu, gdzie mieszkają ludzie, których chciał odwiedzić.
– Jak dojdziecie do wsi, skręćcie w prawo – rzekł organista. – I tam druga chałupa to będzie ta.
Ksiądz Franciszek zapamiętał dokładnie wskazówki i teraz stał właśnie przed tą drugą chałupą. Śnieg przygniatał ją do ziemi, małe okna były schowane pod szronem i zaspami. Chata była nieduża, poreperowana, uginająca się pod własnym ciężarem. Rozejrzał się uważnie. Wszędzie widział niewielkie chałupy, ledwo wystające spod śniegu. Jedynie leniwie unoszący się znad nich dym świadczył, że ktoś je zamieszkuje. Westchnął, zdając sobie sprawę, że to dużo biedniejsza wieś niż Złaków.
Nie zamierzał jednak teraz myśleć nad losem parafian. Stępów miał swojego właściciela, to była jego odpowiedzialność, ksiądz był tu tylko po to, by głosić słowo Boże. Nie mógł sobie od razu pozwolić na konflikt ze szlachcicem.
Wszedł na plac i podszedł do drzwi. Uniósł rękę, ale nim zapukał, drzwi się uchyliły i zobaczył dobrze znanego sobie chłopca.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, Franiu – przywitał się ksiądz, uśmiechając się do dziecka.
– Jaśnie wielmożny ksiądz proboszcz! – krzyknął Franek. – Na wieki wieków.
– Wpuścisz mnie do środka, czy tak będziemy stać?
Franio od razu się cofnął, pozwalając księdzu wejść, po czym zamknął drzwi i poprowadził go do izby.
– Matulu! Matulu, zobaczcie! Ksiądz proboszcz…
Rozalia uniosła głowę znad pieca, na którym gotowała zupę i spojrzała na gościa. Podbiegła, schyliła się i pocałowała go w dłoń.
– A toż to honor dla nas! Bartłomieju! – Podeszła do ławy, na której spał mężczyzna. – Bartłomieju, patrzajcie!
Warda spojrzał na Rózię zaspanymi oczami, potem powiódł wzrokiem po izbie i w końcu zauważył przybyłego.
– Ki czort? – wymsknęło się mu.
– Ksiądz proboszcz, tatulu!
– Wybaczcie, jaśnie wielmożny. Starym, ślepym… – Próbował się podnieść.
– Siedźcie. – Ksiądz podszedł o Bartłomieja i usiadł obok.
– Czym myśmy sobie zasłużeli? – zapytała Rózia, przysiadając na zydlu.
– Pogadać z wami chciałem.
Rozalia i Bartłomiej spojrzeli po sobie, oboje tak samo zaskoczeni.
– A o czym?
Ksiądz spojrzał na Frania i skinął głową w jego kierunku.
– O nim.
Rózia przeżegnała się szybko i od razu zaczęła mówić:
– Wiedziałam, że z tego jego biegania do kościoła nic dobrego nie wyjdzie. Ale jak ja mogę go upilnować? Toż to un zowdy tak się zakrynci, że ani się człowiek obejrzy, a już go ni ma. I nie patrzy czy mróz, śnieg czy deszcz. Jak on co spsotował, powiedzcie, to my zara…
– Uspokójcie się, Wardowa. – Ksiądz jej przerwał. – Franio nic złego nie zrobił. Wręcz przeciwnie.
– Przeciwnie?
– Jestem tu od niedawna, ale widzę, że z Frania najgorliwszy ministrant. Codziennie jest na mszy świętej, do komunii przystępuje i ciągle do kościoła przychodzi się modlić.
– Od maleńkości taki był – odezwał się Bartłomiej.
Ksiądz spojrzał zaciekawiony na mężczyznę. Dotąd gospodarz siedział cicho, pozwalał mówić kobiecie i się nie wtrącał.
– Jak tylko nauczeł się pacierza, to ciągle rynce składoł do modlitwy.
– Bóg widzi wasze uczynki. Pobłogosławił was dobrym dzieciakiem. Może trzeba o jego przyszłości pomyśleć?
Zarówno Rózia jak i Warda spojrzeli na niego zaskoczeni.
– Jakże to, pomyśleć? – zapytała kobieta.
– Franio bystry jest, szybko się uczy. Do tego uczynny i posłuszny. Nie myśleliście, aby go do szkół dać? Do miasta? Szkoda by było zmarnować taki talent.
– Jak bystry i szybko się uczy, to i dobrze – powiedział twardo Bartłomiej. – Będzie mu lży, jak już sam zacznie gospodarzyć.
– Wardo, czy wyście słyszeli, co powiedziałem? – zapytał pleban.
– Com mioł nie słyszeć? Dzięki Bogu nie głuchym.
Ksiądz był przygotowany na to, że rodzice chłopaka nie od razu się zgodzą. Tylko że z tego, co widział w księgach, ojcu Frania było Wojciech, a nie Bartłomiej. Spojrzał na Rozalię, potem na Wardę.
– A wyście Bartłomiej czy Wojciech?
Nagle atmosfera w izbie się zmieniła. Ksiądz od razu wyczuł nerwowość i złość płynącą od gospodarza. Zerknął na Rozalię. Była przestraszona, patrzyła na starszego mężczyznę, jakby błagała go wzrokiem, by się nie odzywał.
– Ludzie mówią, co wy jak mąż i żona żyjecie! Grzech to wielki!
– Ludzie niech swojego obejścia pilnują! – krzyknął Bartłomiej. Widać było, że z trudem powstrzymywał złość. – Zowdy i na każdego coś znajdą!
– Ale prawda to, żeście nie chcieli się żenić? Sołtys podobno wam nakazywał, a wy nic.
– Odrobiełym! Wszystko odrobiełym! A sołtysowi mówiełym, żeby zaniechoł, bo nijaki nie wezne! – Spojrzał na Rózię i widać było, że starał się uspokoić. – Jak mój Wojtek zagineł, ona sama została. Przy nadziei. Miołym ją stąd wyrzucić? To i została. Dzieciaka urodziła i tak żyjimy. Chłopok mówi mi „tatko”, bo innego łojca nie zno. A mi to nie przeszkadzo. To taki grzech?
Pleban popatrzył to na Bartłomieja, to na Rózię i Franka.
– Będę się za was modlił. – Machnął w końcu ręką i westchnął głęboko. – A teraz… Pomódlmy się do Ducha Świętego, aby dał nam mądrość i pozwolił podjąć właściwą decyzję. Ojcze nasz… – zaczął ksiądz, po chwili dołączyły do niego pozostałe trzy głosy.
Kiedy skończyli modlitwę przez dłuższą chwilę w izbie panowała cisza.
– A teraz pogadajmy – odezwał się pleban. – Czemu, Wardo, nie mielibyście Frania do szkół posłać? Nie chcielibyście, aby się kształcił?
– Chciołbym.
– To czemu jesteście przeciwni?
– Bo ktoś musi tu ostać, tę zimię naszą, rodzicielkę i karmicielkę, szanować i obrabiać. Jakby tak wszystkie, co tylko są troszku bystrzejsze, szły do szkół, to kto zostołby na roli? Kto by tu robieł? Nie może tak być, aby zimia marniała.
– Ziemia nie zmarnieje. A Franka moglibyście na jakiego uczonego wykształcić.
– I co dali? Poszedłby w świat? Tutej przynajmni mo pewnik. Jak zasieje i dopilnuje, to i dobry plon zbierze. Na pańskim odrobi i na swoim do radę. A jak się ożyni i dzieci się posypią…
– Bartłomieju… – wtrąciła cicho Rozalia. – Przestańcie! Ksiądz proboszcz o co inne pyta.
– A wy byście chcieli syna do szkół posłać?
Rózia przyciągnęła Franka do siebie i popatrzyła na syna.
– Ja niepiśmienna. Ale jak mówicie, że Franuś taki bystry, to i chciałabym. Niechby mu było lepi na tym świecie.
– Gdzie mu będzie lepi? – Warda wstał i zaczął nerwowo krążyć po izbie. – A to komu przypadnie? Do grobu tego nie zabiere! Odkąd tylko się un pojawił, wszystko było dla niego szykowane. A tera co? Pójdzie, nas łostawi… – Przerwał, bo nagłe wzruszenie odebrało mu mowę.
– Bartłomieju – odezwał się pleban. – Ja też jestem chłopskim synem. I mnie też ojciec szykowali, abym na ziemi został. I też nie chcieli się zgodzić, kiedy przyszedł do nich, jako i ja do was, ksiądz z mojej parafii i tłumaczył im, jak ja wam, dlaczego powinni dzieciaka do szkół dać. Nasz Pan, Jezus Chrystus, mówił do uczniów „nie lękajcie się”. I ja wam tak mówię. Zawierzcie Bogu, pomyślcie, że gdzieś jest miejsce dla Frania. Niech on sam wybierze, co chce w życiu robić, ale pozwólcie mu na wybór. Chodzicie do kościoła, modlicie się. Znacie przypowieść o talentach? Nie ukrywajcie talentów Franka, ale pozwólcie im się rozwinąć. Ja porozmawiam z ojcem Kalasantym od pijarów, aby od nowego roku Franek mógł się już zacząć uczyć. A wy pomyślcie jeszcze. – Przerwał i wnikliwie spojrzał na całą trójkę. – W grzechu żyjecie – stwierdził. – Zaniechajcie. Nie dawajcie ludziom pożywki do gadania.
– Niechby tylko wszystkie żyli w takim grzechu – rzucił cicho Bartłomiej, ale pleban usłyszał.
Spojrzał na Wardę.
– Nie bluźnijcie mi tu! Do spowiedzi przystąpcie. Przecie nie może tak być, żebyście żyli jak pogany.
Rozalia spuściła wzrok, zawstydzona, ale Bartłomiej nie stracił rezonu.
– Jakby ona wdowa była, to ja bym w te pyndy ją do ksindza zawiózł.
Ksiądz zamilkł. Był przeciwny temu, co robili. I nawet jeśli mówili inaczej, wiedział, że grzeszą. Łamali przykazania, a przecież on tu pasterzem był i nie mógł dopuścić, aby owieczki błądziły.
– Modlić się trzeba. Do spowiedzi i komunii świętej przystępować. Mnie w każdy dzień w kościele znajdziecie. Pomyślcie o Franiu. Jakby do seminarium chciał, jak kto mógłby opinię mu dobrą wystawić? Co z tego, że u niego zdolności do dobrego, że pobożny, jak wy w grzechu żyjecie? Warto to przekreślać przyszłość dzieciaka? Zastanówcie się. No, na mnie pora. – Podniósł się i otrzepał futrzaną czapkę.
– Zaczekejcie. – Rózia chwyciła dłoń księdza. – Zupy nagotowałam, może byście pojedli z nami? A potem Bartłomiej zawiezie was do Złakowa, bom widziała, żeście na nogach przyszli.
Pleban się uśmiechnął.
– Dobra z was kobieta, Rozalio. Nic dziwnego, że Franuś taki sam. A za poczęstunek dziękuję. Z chęcią z wami siednę.
Duplice, 1676 rok
Łukasz obudził się nagle, tknięty złym przeczuciem. Przez chwilę nasłuchiwał, czy który dzieciak nie płacze, ale chałupa pogrążona była we śnie. Odetchnął głęboko. Sięgnął ręką do wiszącej u powały kołyski, w której spał najmłodszy syn i lekko ją pobujał. Musiał się uspokoić, zapomnieć o tym, co mu się śniło. Mimo że minęło już sporo czasu, dzień, w którym spłonęła ich chałupa, wciąż powracał w jego koszmarach. Pojawiała się rozpacz i uczucie beznadziejności. Nigdy nie bał się tak, jak wtedy. Nawet gdy przyszli Szwedzi, a po nich Rakoczanie spalili całą wieś, nie dokuczały mu tak wspomnienia. Otrząsnął się i żył dalej. Ale teraz… Ciągle prześladowało go dziwne przeczucie, że coś się wydarzy. Bał się zostawiać dzieci same w chałupie, z oporami wysyłał je na pole czy na pasionkę. Tamtego dnia się postarzał. Czuł się, jakby mu ze dwadzieścia wiosen przybyło. Jego jasne włosy bardziej zaczynały przypominać szare, a nawet białe. Ale to nieważne. Grunt, że wtedy nie wszystko skończyło się źle.
Zerknął na śpiącą obok kobietęi uśmiechnął się do siebie. Za każdym razem, gdy na nią patrzył albo z nią rozmawiał, przypominał sobie, że tak niewiele brakowało, aby ją stracił na zawsze. Tamtego dnia, trzy lata wstecz, prawie pochował ją i bliźniaki. Widząc pożar, nikt nie wierzył, że ktokolwiek może wyjść z tego żyw.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
