Pokuta - Anna Kańtoch - ebook + audiobook

214 osoby właśnie czytają

Opis

We wrześniu 1986 roku brutalne morderstwo wstrząsnęło niewielką nadmorską miejscowością. Na plaży znaleziono zwłoki młodej dziewczyny, Reginy Wieczorek. Miała dziewiętnaście lat i żadnych wrogów. Na szczęście szybko udało się znaleźć winnego. Tak przynajmniej sądzi milicja. Tymczasem pewnego listopadowego dnia na komisariacie pojawia się Jan Kowalski. Twierdzi, że zabił nie tylko Reginę, ale także pięć innych kobiet. Pozbawiał je życia z niezwykłą dla seryjnego mordercy regularnością – co siedem lat jedną.

Milicja staje przed zagadką: kim jest Jan Kowalski, bezwzględnym zbrodniarzem czy szaleńcem? Czy to możliwe, że od ponad trzydziestu lat nikt nie zauważył grasującego w okolicy mordercy? Co naprawdę spotkało Reginę i gdzie są inne ofiary Kowalskiego? I kim jest tajemniczy mężczyzna, który obiecuje młodym dziewczynom nowe życie, jeśli poświęcą to, co dla nich najcenniejsze?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 29 min

Lektor: Janusz Zadura

Popularność


Seria „Ze Strachem”:

Lars Kepler Świadek (wyd. 2)

Lars Kepler Piaskun

Johan Theorin Nocna zamieć (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Wampir

Anna Kańtoch Łaska

Lars Kepler Stalker

Wojciech Chmielarz Osiedle marzeń

Wojciech Chmielarz Farma lalek (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Przejęcie (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Zombie

Anna Kańtoch Wiara

Jędrzej Pasierski Dom bez klamek

Jędrzej Pasierski Roztopy

Jędrzej Pasierski W Imię Natury

Więcej informacji: czarne.com.pl

Anna Kańtoch

Pokuta

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Magdalena Palej

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce © by Eva Creel / Arcangel; Hayden Verry / Arcangel

Fotografia Autorki © by Sławomir Okrzesik

Copyright © by Anna Kańtoch, 2019

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Sandra Trela

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-897-6

Część I

26 września 1986, 18.40

Wygląda, jakby był winny, pomyślał starszy sierżant Krzysztof Igielski. Wstydził się tej myśli, ale to było pierwsze, co przyszło mu do głowy, kiedy Andrzej Biały usiadł za stołem. Po drugiej stronie zajął miejsce prokurator Włodarczyk, niski, szczupły mężczyzna z wąsikiem, zarost upodabniał go do aktora przedwojennego kina. Igielski stał pod ścianą, przyglądając się uważnie Andrzejowi. Biały siedział z rękami splecionymi na blacie stołu i spuszczoną głową. Jego prawa noga podskakiwała rytmicznie, włosy, ciemne i zdecydowanie zbyt długie jak na gust Igielskiego, zasłaniały twarz. Od czasu do czasu jednak chłopak unosił głowę, ostrożnie, niczym wyglądające z nory zwierzę, a wtedy sierżant widział rozlewający się wokół prawego oka siniak i górną wargę napuchniętą do rozmiarów małej kiełbaski.

Włodarczyk włączył magnetofon i po wstępnych formalnościach przeszli wreszcie do rzeczy:

– Synu. – Prokurator pochylił się i przybrał swój najbardziej przyjacielski ton. – Masz kłopoty, wiesz o tym?

Biały milczał przez dłuższą chwilę, aż wreszcie, kiedy Igielski był już pewien, że chłopak się nie odezwie, przytaknął:

– Wiem.

– Głośniej, proszę.

– Wiem, że mam kłopoty. – Biały uniósł głowę i w jego oczach błysnęło wyzwanie. A przynajmniej Igielskiemu tak się zdawało, choć z każdą chwilą był mniej tego pewien. Włosy Białego znów zasłaniały mu twarz, noga wróciła do rytmicznego podrygiwania, w górę i w dół, w górę i w dół.

Prokurator sięgnął po zdjęcia, które do tej pory leżały na skraju biurka odwrócone. Chłopak nie spojrzał w ich kierunku, ale starszy sierżant wyczuł, jak ciało Białego napina się w oczekiwaniu.

– Poznajesz to? – Włodarczyk rozłożył fotografie na blacie, tworząc szachownicę czarno-białych obrazów.

– Tak.

– Głośniej.

– Poznaję.

– Ty zrobiłeś te zdjęcia?

– Ja, ale…

– Tak?

– Nie. Zabiłem. Jej. – Spod opadających na twarz włosów wydostały się pojedyncze słowa. Brzmiały, jakby chłopak każde wypluwał z wysiłkiem.

– Ale to właśnie powiedziałeś Markowi Pietrzakowi i jego kolegom, zgadza się?

Wahanie.

– Zgadza się?

– Tak.

– Dlaczego miałbyś mówić, że ją zabiłeś, jeśli tego nie zrobiłeś?

Biały wymamrotał coś, a Włodarczyk pochylił się jeszcze bardziej w nieco przesadnej pozie nasłuchiwania.

– Synu, naprawdę musisz mówić głośniej.

Chłopak poruszył ustami i starszy sierżant wreszcie usłyszał słowa.

– Kochałem ją.

– Dlatego poszedłeś za nią na plażę?

Biały pokręcił głową.

– To nie tak. My… byliśmy tam umówieni.

– Umówieni? Daj spokój. Taka dziewczyna jak Regina nie zadawałaby się z chłopakiem z Głębców.

– Pan… nie rozumie…

– Czego nie rozumiem?

– Rodzice Reni mnie nie lubili i dlatego… dlatego…

– Dlatego co?

Biały przełknął nerwowo ślinę.

– Dlatego musieliśmy spotykać się w ukryciu. Ale kochaliśmy się i chcieliśmy się pobrać, i mieć dużo dzieci, i… – Niespodziewanie uniósł głowę, a na jego pokaleczonej twarzy rozlał się upiorny uśmiech. – Kochaliśmy się – powtórzył.

Włodarczyk westchnął. Igielski pomyślał, że powinien przynieść sobie dodatkowe krzesło i usiąść. Zapowiadał się długi wieczór, ale ani starszy sierżant, ani prokurator nie wątpili, że jeszcze tego dnia chłopak zmieni zdanie i przyzna się do zabójstwa Reginy Wieczorek.

3 listopada 1986

Po pięciu latach spędzonych w Przeradowie starszy sierżant Krzysztof Igielski znał już wszystkie rodzaje jesiennego deszczu. Wiszącą w powietrzu mżawkę, która kleiła się do skóry jak namoczona zimna chusta, siąpiący z nieba kapuśniaczek i ulewę niosącą w gwałtownych porywach wiatru słoną woń morza. Deszcz zacinający niemal poziomo, przed którym nie chroniła żadna parasolka, i deszcz podstępnie wciskający się za kołnierz, chlupoczący w butach, szary i pachnący gnijącymi w wodzie liśćmi.

Myślał o nich jeśli nie z sympatią, to przynajmniej z pewną dozą zrozumienia. Miał czterdzieści jeden lat i zdążył się nauczyć, że w życiu bywają niedogodności, na które nic nie można poradzić. Jak paskudna kawa zbożowa, którą kupował, kiedy w sklepach nie było prawdziwej, jak pani Krawiec (nie Krawcowa, co często podkreślała), która sprzątała komendę i zawsze przekładała papiery, zostawiając przy okazji na biurkach smugi niestartego kurzu. Jak tanie skarpetki, które przecierały się na piętach, i jak nocne dyżury. Te ostatnie zresztą Igielski nawet dość lubił. Czasem ktoś przychodził, by poskarżyć się na nocną awanturę w mieszkaniu sąsiadów, czasem wpadały cierpiące na bezsenność staruszki ze swoimi opowieściami o czających się w ogrodach złodziejach czy zaglądających przez okna zboczeńcach. Część z nich była już w tym wieku, kiedy fantazja miesza się z rzeczywistością, większość jednak po prostu potrzebowała towarzystwa, a starszy sierżant, misiowaty, nieco flegmatyczny i generalnie życzliwie nastawiony do świata, chętnie im to towarzystwo oferował.

Ostatnio częściej też przychodzili rodzice, zaniepokojeni tym, że ich nastoletnia pociecha zabalowała gdzieś i nie wróciła wieczorem do domu. Śmierć Reginy Wieczorek, choć jej morderca od miesiąca siedział w areszcie, odcisnęła na mieszkańcach piętno strachu, to wyraźnie wyczuwalne przekonanie, że noc nie jest już tak przyjazna, jak wydawała się jeszcze do niedawna.

Najczęściej jednak nie przychodził nikt, Igielski miał więc mnóstwo czasu, by siedzieć pod migającą żarówką z nogami na biurku, czytać Alistaira MacLeana i powtarzać francuskie słówka – uczył się tego języka jeszcze w liceum i od czasu do czasu odkurzał stare notatki. Nie żeby wyjechać na Zachód czy choćby porozmawiać z jakimś cudzoziemcem – tych w Przeradowie i tak nie było – po prostu ćwiczył pamięć. Poza tym lubił brzmienie tego języka: miękkie, śpiewne, trochę nawet frywolne.

Comment allez-vous aujourd’hui?

Bien, merci, mais j’ai mal à la tête.

Starszy sierżant zapalił papierosa i odsunął zeszyt. Siedział przez chwilę, leniwie wydmuchując dym i gapiąc się w ścianę, na której wisiał kalendarz z nagimi dziewczynami – kapral Jacek Bąk kupił go od jakiegoś marynarza, podobno Hiszpana, choć równie dobrze mógł to być Portugalczyk albo nawet Włoch. Słowo novembro mogło należeć do dowolnego romańskiego języka, z wyjątkiem, rzecz jasna, francuskiego.

Listopadowa dziewczyna leżała na plaży, wyciągnięta na pasiastym leżaku. W jednej ręce trzymała drinka z parasolką, drugą unosiła do twarzy, by poprawić ciemne okulary. Oprócz tych okularów nie miała na sobie nic, a na jej ustach błąkał się cierpliwy uśmiech, jakby pozowanie do rozebranych sesji zdjęciowych było tylko przejściową niedogodnością. Ona i starszy sierżant Igielski mieli jednak ze sobą coś wspólnego.

Obok wisiało zupełnie inne zdjęcie: powiększona fotografia przedstawiająca jasnowłosą maturzystkę. W białej bluzce i bez śladu makijażu dziewczyna wyglądała absurdalnie młodo. Jak dziecko, któremu przed chwilą wyszorowano buzię mydłem i zaprowadzono do fotografa, a nie jak kobieta u progu dorosłości. Był czas, gdy Igielski zastanawiał się, dlaczego rodzice Reginy udostępnili milicji właśnie tę fotografię – żeby podkreślić, jak bardzo niewinna była ich córka? Wzbudzić jeszcze większe współczucie, odsunąć najmniejsze podejrzenia o to, że jej śmierć mogła w jakikolwiek sposób być sprowokowana przez nią samą? A może nie chodziło o nic takiego, może zwyczajnie było to ostatnie dobrej jakości zdjęcie przedstawiające zmarłą. Potem powstawały już tylko prześwietlone, nieostre fotki z wakacji, z koleżankami na plaży albo w tłumie ludzi na molo.

Pomyślał, że teraz, kiedy sprawa została zamknięta, ktoś powinien tę fotografię zdjąć, sam jednak nie zamierzał tego robić. Przyzwyczaił się do towarzystwa martwej nastolatki, tak samo jak zdążył się już przyzwyczaić do towarzystwa śniadej rozebranej piękności. Zdarzało mu się nawet mówić do zdjęcia – jednego albo obydwóch – kiedy nuda dawała mu się we znaki.

Zgasił papierosa i dopił herbatę.

– Co tam u ciebie? – zapytał, patrząc na blondynkę. A potem powiedział mozolnie po francusku: – Ça fait quoi d’être mort?

Deszcz za oknem przeszedł właśnie we wściekłą ulewę, walącą w szyby grubymi strugami wody. Wiatr napierał na okno, wciskając się przez szparę pod jedną z okiennic. Na parapecie utworzyła się już niewielka kałuża, stojąca w kącie farelka grzała podkręcona na pełen regulator, od przodu więc buchało na Igielskiego gorąco, a od tyłu odsłonięty kark łaskotały zimne, wilgotne podmuchy. Niedogodności, pomyślał, moszcząc się wygodniej na krześle.

Sięgnął po Działa Nawarony. Do mętnego listopadowego świtu było daleko, a dziś i tak raczej nikt nie przyjdzie. Rano być może znajdą jakiegoś samobójcę – ludzie zabijali się najczęściej w takie właśnie wietrzne i deszczowe noce – ale teraz czekało go kilka godzin spokoju.

Mylił się jednak, bo gdy kończył rozdział, rozległo się ciche, niepewne skrzypnięcie drzwi. Igielski uniósł głowę znad kartek, czujny, gotów w każdej chwili odłożyć książkę, a jednocześnie też wrócić do czytania, gdyby się okazało, że to tylko wiatr. Na wszelki wypadek zdjął nogi z biurka. Drzwi skrzypnęły raz jeszcze, zupełnie jakby ktoś, ośmielony, otworzył je szerzej, a potem na korytarzu rozległ się odgłos kroków. Przybysz minął dyżurkę i chwilę później zastukał do gabinetu starszego sierżanta. To stukanie było już zupełnie inne: mocne, zdecydowanie pewniejsze. Kimkolwiek był niespodziewany nocny gość, właśnie przestał się wahać.

– Można? – zapytał męski głos, drzwi uchyliły się i do pomieszczenia wszedł ociekający deszczem starszy pan w foliowej pelerynie, jaką da się kupić w większości kiosków. – Dyżurny śpi, a u pana paliło się światło, więc… Mogę wejść?

Igielski odchrząknął.

– Siadajcie, obywatelu. Płaszcz możecie powiesić przy drzwiach na wieszaku. Zaparzę herbaty.

Mężczyzna zdjął pelerynę. Spodnie miał w miarę suche od pasa aż do kolan i całkiem przemoczone od kolan do kostek, a kiedy szedł w stronę biurka, zostawiał za sobą na podłodze błyszczące wilgocią ślady. Igielski ocenił go na jakieś sześćdziesiąt–siedemdziesiąt lat; stary, ale jeszcze w niezłej formie, szczupły, z głębokimi zmarszczkami na twarzy. Był świadkiem przestępstwa czy może sam padł ofiarą?

Usiadł na krześle naprzeciwko Igielskiego i uśmiechnął się lekko. To był zaskakująco uroczy uśmiech, nie miły ani sympatyczny, ale właśnie uroczy, jakby mężczyzna był starym, zużytym arystokratą, wciąż pełnym swoistego wdzięku, choć lata hulaszczego życia wyryły mu na twarzy głębokie bruzdy.

– Zawsze częstujecie ludzi herbatą? – zapytał.

– Nie zawsze – przyznał starszy sierżant – ale w taką noc nie zaszkodzi napić się czegoś gorącego.

– W takim razie chętnie skorzystam, dziękuję.

Igielski przeszedł do wnęki kuchennej i postawił czajnik na palniku gazowym. Mężczyzna czekał z rękami na kolanach, woda kapała z jego peleryny, zostawiając pod wieszakiem kolejną kałużę. W pokoju słychać było bębnienie deszczu o szyby, a potem gwizd czajnika, najpierw cichy, później coraz głośniejszy.

– Mleka? – zapytał starszy sierżant.

– Tak, poproszę. I łyżeczkę cukru, jeśli można.

Igielski postawił na biurku dwie szklanki w wiklinowych koszyczkach. Nie powinien pić więcej herbaty, bo pełny pęcherz już od jakiegoś czasu dawał mu się we znaki, uznał jednak, że dzięki temu nieznajomy poczuje się swobodniej.

Starszy pan zamieszał gorący płyn i odłożył łyżeczkę na spodek. Igielski milczał, chcąc dać mu czas – niektórzy petenci już od progu wyrzucali z siebie to, co ich dręczyło, inni potrzebowali kilku minut, by zacząć mówić. Tyle tylko, uświadomił sobie starszy sierżant, że ten siwowłosy mężczyzna nie wyglądał na zdenerwowanego czy wystraszonego. Nie sprawiał wrażenia, jakby spotkało go coś złego.

Starszy pan upił łyk herbaty.

– Powinienem wyjaśnić, po co przyszedłem, prawda? – powiedział, odstawiając szklankę na biurko. Ręce mu nie drżały: Igielski zwrócił na to uwagę, bo była to częsta przypadłość u starych ludzi, zdenerwowanych czy nie.

– Zacznijmy od czegoś prostego. Na przykład możecie się przedstawić.

– Jan Kowalski.

– Mieszka pan w Przeradowie? – Igielski zrezygnował z formalnego „obywatelu”. Robił tak zwykle w przypadku nieśmiałych petentów, choć instynkt podpowiadał mu, że gość niezupełnie należy do tego gatunku.

– Nie.

Starszy sierżant skinął głową. Tak właśnie mu się wydawało. Nie znał oczywiście wszystkich mieszkańców miasteczka, ale miał wrażenie, że gdyby wcześniej spotkał gdzieś Kowalskiego, na pewno by go zapamiętał.

– Turysta? – Wciąż nie miał pomysłu, co powiedzieć. Większość rozmów z ludźmi, którzy przychodzili zgłosić przestępstwo, biegła według stałego schematu, niezależnie od tego, czy Igielski miał przed sobą zrozpaczoną matkę, okradzioną staruszkę czy agresywnego pana w średnim wieku. Zawsze szczycił się tym, że umie rozmawiać, ale tutaj nie znajdował żadnego punktu zaczepienia. Siwowłosy mężczyzna nie potrzebował pocieszenia, nie wydawał się zdenerwowany ani zagubiony. I odwrotnie, nie był też przesadnie pewny siebie. Ostrożny – może to było najwłaściwsze określenie. Człowiek, który waży każde słowo.

– Nie.

Starszy sierżant odetchnął.

– Może w takim razie po prostu powie mi pan, po co przyszedł.

– Tak. – Kowalski przymknął na chwilę oczy, a kiedy je otworzył, wpatrywał się w ścianę i wiszące na niej dwa zdjęcia. – Tak będzie najprościej. Zabiłem ją.

– Słucham? – Oszołomiony Igielski przez krótką chwilę myślał, że starszy pan mówi o egzotycznej piękności z kalendarza, ale oczywiście miał na myśli drugą dziewczynę.

– Zabiłem ją – powtórzył Kowalski cierpliwie.

– Reginę Wieczorek?

– Chyba tak. Mówiła, że ma na imię Renia, ale nazwiska nigdy nie poznałem. Udusiłem ją na plaży, tam, gdzie ją potem znaleźliście.

Kurwa mać, pomyślał Igielski bezradnie. Nacisk na pęcherz stawał się z każdą chwilą coraz większy i starszy sierżant przyłapał się na tym, że przebiera pod biurkiem nogami jak stojący pod zamkniętą toaletą chłopczyk.

– Przepraszam na chwilę – powiedział, wstając. – Zaczeka pan?

– Oczywiście. Nigdzie się nie wybieram.

Igielski pobiegł na półpiętro, zamknął drzwi niewielkiej ubikacji i wysikał się z ulgą. Przecież stary nie zniknie teraz, kiedy sam do nas przyszedł, tłumaczył sobie później, myjąc ręce. A jeśli nawet, co z tego? Jeden kłopot mniej. Bo to przecież kompletny wariat, a nie żaden morderca.

Jan Kowalski był trzecią osobą, która z własnej woli przyznała się do zabójstwa Reginy Wieczorek. Pierwszą był pewien człowiek, który zachowywał się całkiem normalnie, dopóki na pytanie, w jaki sposób zabił, nie wygłosił długiego i mętnego wywodu na temat nieczystości kobiecych narządów płciowych. Drugą był długowłosy młodzieniec, który rozpłakał się, nim dotarł do trzeciego zdania w zeznaniu – potem powtarzał już tylko, że należy go ukarać, bo jest złym człowiekiem. Szybko się okazało, że facet od narządów miał za sobą długą historię chorób psychicznych, a długowłosy chłopak wieczór morderstwa spędził w izbie przyjęć, gdzie trafił po nieudanej próbie samobójczej. Igielski sądził więc, że ma niejakie doświadczenie z wariatami, kłopot w tym, że Kowalski nie przypominał żadnego z nich.

Sierżant wrócił do pokoju, trochę licząc, że gość zniknął w międzyczasie, a trochę się tego obawiając. Kowalski jednak tkwił grzecznie na swoim miejscu, trzymając w dłoni szklankę z herbatą.

– Przepraszam. – Starszy sierżant chrząknął, zakłopotany. – Możemy kontynuować. Ale zanim przejdziemy do zeznań, chciałbym zobaczyć pana dokumenty.

– Nie mam dokumentów.

– Jaja pan sobie robisz? – wyrwało się Igielskiemu. Sytuacja stawała się z minuty na minutę coraz bardziej absurdalna. – Zgubił je pan? Ukradli panu?

– Zgubiłem – przyznał Kowalski. – Dawno temu, jeszcze w pięćdziesiątym czwartym. A może piątym? Tak, to chyba był pięćdziesiąty piąty.

– Adres zameldowania? Miejsce pracy?

– Nie mam ani jednego, ani drugiego – wyjaśnił Kowalski spokojnie. – Od trzydziestu lat mieszkam kątem u różnych dobrych ludzi, latem czasem w namiocie albo i pod gołym niebem. To mi wystarcza.

– I żywi się pan powietrzem? – zadrwił Igielski. – Czy może ci dobrzy ludzie także karmią pana i ubierają?

– Bywa i tak. – Starszego pana najwyraźniej nic nie było w stanie wytrącić z równowagi. – Ale zazwyczaj odwdzięczam się za jedzenie i dach nad głową. Wykonuję drobne prace gospodarskie, pilnuję dzieci i wyprowadzam psy. Przyznaję, że zdarzało mi się też pracować na czarno. U prywatnej inicjatywy, najczęściej w sadach albo przy szklarniach. Zawsze miałem dobrą rękę do roślin.

– Ci dobrzy ludzie to przeważnie kobiety, co?

– Całkiem często, owszem. – Kowalski skinął głową.

Przynajmniej to miało odrobinę sensu. Starszy sierżant wiele razy widział kobiety utrzymujące z jakichś niepojętych powodów swoich konkubentów-darmozjadów. A ten mężczyzna miał w sobie wystarczająco dużo uroku, by zbałamucić niejedną emerytkę.

– I przez trzydzieści lat nie przyszło panu do głowy, żeby wyrobić sobie nowe dokumenty?

– Przyszło, ale w urzędzie kazali mi donieść akt urodzenia, a ja go nie miałem. Jestem sierotą, przez całą wojnę tułałem się po różnych sierocińcach i tak naprawdę nie mam pojęcia, skąd pochodzę. Jedna zakonnica mówiła mi kiedyś, że z Kraśnika, ale nie wiem, czy to prawda, zresztą Kraśników w Polsce jest kilka, więc gdzie miałem szukać? A poza tym trochę wtedy piłem i nie miałem głowy do wykłócania się z urzędnikami.

– I przez te wszystkie lata nigdy nie zatrzymała pana milicja? Nie miał pan nawet książeczki zdrowia, żeby zarejestrować się u lekarza?

– Nie. Jestem ostrożny i wiem, jak unikać kłopotów. A zdrowie zawsze mi dopisywało. To znaczy wcześniej, teraz już nie, teraz jest za późno. Mam raka. Znalazła go lekarka, u której przez jakiś czas mieszkałem. Powiedziała, że zostały mi jakieś trzy miesiące życia. Dlatego przyszedłem się przyznać do zabójstwa tej dziewczyny ze zdjęcia i wszystkich pozostałych też.

– Jakich pozostałych? – Igielski był już pewien, że żadne słowo tego mężczyzny nie jest prawdą. To wariat, powtarzał w myślach, owszem, uprzejmy, potrafiący gadać z sensem, ale jednak wariat. Nie było innej możliwości.

– Zabiłem w tym miasteczku sześć dziewczyn. – Starszy pan mówił spokojnie, jakby opowiadał o tym, co zjadł dziś na śniadanie i gdzie pojechał na wycieczkę. – Pierwszą jeszcze na początku lat pięćdziesiątych. Nie pamiętam jej imienia. Może Stanisława albo Franciszka. Wiem, że to nie są podobne imiona, ale mnie się zawsze myliły. Taka chuda, ładna brunetka. Spotkałem ją w lesie i zaczęliśmy rozmawiać. Była samotna, biedactwo, bo wojna zabrała jej całą rodzinę, i musiała mieszkać kątem u obcych ludzi, którzy traktowali ją jak służącą. Plotkowaliśmy więc o tym i owym, a potem zaproponowałem jej, żeby przyszła do mnie w nocy.

– Do pana, czyli gdzie?

– Do lasu, bo tam obozowałem. Był koniec września, właściwie już jesień, ale słońce ciągle jeszcze grzało. Zgodziła się. Byłem wtedy młody, przystojny i dziewczyny mnie lubiły. Myślałem, że pokochamy się pod drzewem, a potem rozstaniemy jak dwoje dorosłych ludzi. Ona miała jakieś osiemnaście-dziewiętnaście lat, młodsza ode mnie, ale już nie dziecko.

– I co się stało? – Igielski sięgnął po paczkę klubowych. Nie powinien tyle palić, ale w takiej sytuacji był chyba usprawiedliwiony.

– Przyszła, jak się umawialiśmy, ale kiedy chciałem przejść do rzeczy, nagle zmieniła zdanie. Zirytowało mnie to, przyznaję, i trochę się poszarpaliśmy.

– I zabił ją pan.

– Zabiłem, tak. Krzyczała, a ja chciałem tylko, żeby wreszcie była cicho, więc zarzuciłem jej na szyję pasek od spodni i ciągnąłem, aż przestała się ruszać.

– Zgwałcił pan tę dziewczynę?

– Nie, ale… – mężczyzna zawahał się – to, co zrobiłem, sprawiło mi przyjemność. Czułem uciekające z niej życie, a to jest coś lepszego niż miłość. Rozumie pan?

– Niech pan mówi dalej.

– Fantazjowałem wcześniej o zabijaniu, ale nigdy przedtem nie próbowałem tego zrobić. Dopiero tam, w lesie, właściwie czystym przypadkiem. Byłem przerażony, kiedy się okazało, że dziewczyna nie żyje, ale myślałem trzeźwo. Zarzuciłem ją sobie na plecy, bo była lekka, i wyniosłem na plażę, do zatoczki. Tam cumowały łodzie. Wziąłem jedną z nich i wypłynąłem na morze.

– Umiał pan?

– To nie była duża łódka, tylko taka zwykła, na dwa wiosła. Zawinąłem tę dziewczynę w koc, obciążyłem kamieniami i wrzuciłem do wody. Rano zwinąłem obóz i już mnie nie było. Da pan papierosa?

– Wolno panu palić?

Kowalski wzruszył ramionami.

– Mnie już nic nie zaszkodzi.

Starszy sierżant podsunął mu paczkę i patrzył, jak mężczyzna przypala papierosa.

– A reszta dziewczyn? – zapytał, kiedy starszy pan wypuścił z płuc dym.

– To we mnie siedziało, ta świadomość, że przez chwilę byłem panem czyjegoś życia. Chciałem ją poczuć jeszcze raz, a jednocześnie się bałem, że teraz już na pewno mnie złapią. Raz mogło mi się udać, ale nie dwa. Dlatego wróciłem do Przeradowa siedem lat później, jesienią pięćdziesiątego ósmego. Myślałem, że po takim czasie nikt mnie już nie rozpozna, a ja będę mógł pójść na miejsce, gdzie tę dziewczynę zabiłem, i może to mi wystarczy. Że gdy przywołam wystarczająco intensywne wspomnienia, nie będę więcej myślał o zabijaniu. Wtedy spotkałem następną dziewczynę, Różę, też w lesie. Pomyślałem sobie… śmieszne, wiem, ale pomyślałem, że ten las i ta zatoczka to moje szczęśliwe miejsce, że tu nic złego nie może mi się przytrafić. Dlatego zabiłem Różę, a potem wrzuciłem jej ciało do morza, zupełnie tak samo, jak zrobiłem wcześniej ze Staśką czy Franią. Potem wracałem tutaj co siedem lat, kręciłem się przez jakiś czas po mieście, znajdowałem dziewczynę, która mi się podobała, i namawiałem ją, żeby przyszła do lasu. Siedem to magiczna liczba, wie pan? Wierzyłem, że ona też przynosi mi szczęście. I najwyraźniej miałem trochę racji, bo nikt mnie nigdy nie podejrzewał.

– I te wszystkie dziewczyny przychodziły, skuszone pana urokiem osobistym?

– Ostatnie już nie – przyznał Kowalski, odkładając papierosa. – Piątą i szóstą wziąłem zwyczajnie na litość. Mówiłem im, że mieszkam w lesie, i prosiłem, żeby przyniosły mi trochę jedzenia. A przy okazji prosiłem też, żeby nikomu o mnie nie mówiły, bo milicja aresztuje takich włóczęgów jak ja. Czasem nie wychodziło, ale prędzej czy później znajdowałem dziewczynę, która się godziła.

– I nigdzie indziej pan nie zabijał?

– Nie. Jeździłem po całej Polsce, ale tylko tutaj mordowałem. Naprawdę wierzyłem w to szczęśliwe miejsce, wie pan. Co nie znaczy, że nie byłem ostrożny, szczęście nie pomoże, jeśli człowiek nie potrafi używać rozumu. I starałem się nie być chciwy. Jedno zabójstwo na siedem lat. Tak sobie postanowiłem i tego się trzymałem.

– Wszystkie dziewczyny utopił pan w morzu?

– Z wyjątkiem ostatniej. Ją też chciałem wrzucić do wody, ale okazało się, że już nie jestem w stanie zepchnąć łódki na morze. Zwyczajnie byłem zbyt słaby. Dlatego zostawiłem zwłoki na plaży. A potem dowiedziałem się o chorobie i pomyślałem, że tamta słabość to był znak, że to już koniec, i powinienem się przyznać. Tych dziewczyn wcześniej nikt nawet za bardzo nie szukał, a w każdym razie ja nic o tym nie wiem. Wszyscy założyli chyba, że uciekły z domów i włóczą się gdzieś po Polsce. Z Renią było inaczej, milicja zaczęła śledztwo, a potem aresztowaliście tego chłopaka. Cóż, nie wątpię, że w pana oczach jestem złym człowiekiem, ale nie chciałbym, żeby ten chłopak siedział w więzieniu do końca życia za coś, co ja zrobiłem.

– To czemu nie zgłosił się pan od razu, jak tylko zatrzymaliśmy Andrzeja Białego?

– Bo wtedy nie wiedziałem jeszcze ani o moim raku, ani o aresztowaniu. O tym, że niedługo umrę, dowiedziałem się dwa dni temu, dokładnie pierwszego listopada. Dzień w sam raz na taką wiadomość, nie sądzi pan? A o tym, że macie już mordercę, powiedział mi pewien człowiek w barze na dworcu. Przyjechałem pociągiem z Warszawy wieczorem o dziewiątej piętnaście, zjadłem porcję bigosu i usiadłem w poczekalni, zbierając się na odwagę, żeby do was przyjść. Chciałem przeczekać do rana, ale potem pomyślałem sobie, że w sumie co za różnica, równie dobrze mogę się przyznać w nocy. Macie wtedy mniej pracy, więc może chętniej mnie wysłuchacie.

Igielski chrząknął, po czym powiedział już bardziej oficjalnym tonem:

– Obywatelu Kowalski, ma pan jakikolwiek dowód na to, że to właśnie pan jest mordercą?

– Opowiedziałem przecież, jak zginęła ta dziewczyna.

– O tym wszystkim można było przeczytać w gazecie. Ma pan coś więcej?

Kowalski westchnął, po czym sięgnął do kieszeni.

– Tak się składa, że mam. Zabrałem jej wisiorek, o proszę. Pozostałym też zabierałem różne drobiazgi, ale pogubiły mi się przez lata. Teraz mi pan wierzy?

Igielski wyciągnął rękę po cienki łańcuszek, na końcu którego dyndał złoty krzyżyk.

– Nikt z rodziny Reginy Wieczorek nie zgłaszał, że ofierze brakowało takiego wisiorka.

Po raz pierwszy wyglądało na to, że Jan Kowalski stracił nieco pewności siebie. Zakłopotany spojrzał najpierw na starszego sierżanta, a potem na zdjęcie dziewczyny, jakby tam szukał odpowiedzi. Wreszcie wzruszył ramionami.

– Jeśli mi pan nie wierzy, nic na to nie poradzę. Ale to ja zabiłem. Popełnicie wielki błąd, jeśli nie zwolnicie tego chłopaka i nie aresztujecie mnie.

– Zdaje pan sobie sprawę, że musielibyśmy mieć coś więcej niż jakąś mało prawdopodobną historyjkę, w dodatku niepopartą żadnymi dowodami?

– Czy to oznacza, że mam wstać, wyjść i nie zawracać panu więcej głowy?

Starszego sierżanta kusiła taka perspektywa. Wyrzucić Kowalskiego z komendy, tak jak wcześniej kapitan Rychert wyrzucił wariata bredzącego o złowrogich kobiecych narządach. Bez namysłu i bez najmniejszych wątpliwości. Nie mógł jednak tego zrobić – historyjka Kowalskiego, jakkolwiek fantastycznie by brzmiała, mogła przynajmniej częściowo być prawdziwa.

– Nie – powiedział, przysuwając bliżej maszynę do pisania. – Teraz opowie pan wszystko, co tylko pamięta pan z tych morderstw. Daty, imiona i nazwiska ofiar, co pan z nimi robił wcześniej i później. Wszystko.

* * *

Cztery godziny później Igielski schował do szuflady plik luźnych kartek i wstał, próbując rozruszać zesztywniałe kości. Za oknem deszcz już ustał, ale niebo wciąż było zaciągnięte chmurami, przez które z trudem przebijały się pierwsze promienie słońca.

– Aresztuje mnie pan teraz? – zapytał Kowalski.

Igielski pokręcił głową.

– Mógłbym zatrzymać pana za brak dokumentów, ale mam lepszy pomysł. Pójdzie pan ze mną.

Kowalski wziął z wieszaka suchą już pelerynę i bez słowa ruszył za starszym sierżantem.

– Wychodzę na chwilę. – Igielski poinformował chłopaka, który w maleńkiej dyżurce przecierał zaspane oczy. – I biorę służbowy samochód.

Młody skinął głową z roztargnieniem, a potem zmarszczył brwi na widok Kowalskiego, najwyraźniej rozwiązując w myślach trudny problem, skąd mężczyzna się tutaj wziął.

Wsiedli do poloneza zaparkowanego pod komendą i ruszyli. Ulice o tej porze były niemal puste, tylko gdzieniegdzie przemykali zaspani ludzie śpieszący na pierwszą zmianę do niedalekiej fabryki konserw. Igielski odruchowo rozejrzał się za rybakami, których widywał bladym świtem, jak w gumowych płaszczach i kaloszach zmierzają w stronę przystani, ale ci pewnie wypłynęli już na morze. Chyba że listopad nie był sezonem na ryby? Starszy sierżant powinien był już to wiedzieć, ale zawsze jakoś zapominał.

Plandeki przykrywające zamknięte budy z pamiątkami, frytkami i goframi łopotały na jesiennym wietrze, przypominając wszystkim, że lato dawno minęło. Trzy miesiące temu o tej porze na deptaku widać by już było pierwszych wczasowiczów, raźno zmierzających w kostiumach kąpielowych w stronę plaży, by zająć jak najlepsze miejsca. Teraz miasteczko sprawiało wrażenie wymarłego. Wiatr szarpał dziecięcym butem, który z jakiegoś powodu zwisał z latarni, a pod zamkniętym sklepem kulił się zarośnięty mężczyzna wyglądający tak, jakby dręczył go solidny kac. Wychudzony pies obwąchiwał właśnie kępę uschłej trawy, a kiedy przejeżdżali obok, odskoczył i zaszczekał nerwowo.

– Dokąd jedziemy? – zapytał Kowalski.

– Zobaczy pan.

Starszy mężczyzna wyglądał na zdezorientowanego, może nawet lekko zaniepokojonego, i to sprawiło Igielskiemu jakąś dziecinną satysfakcję. Skręcił w stronę przystani, a potem w prawo, w stronę wyjazdu z miasta. Kowalski nie odzywał się więcej, tylko patrzył w szybę z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– To tutaj – powiedział starszy sierżant, zatrzymując się przed dwupiętrowym budynkiem w kolorze przybrudzonego beżu. Napis nad wejściem głosił „Szpital Miejski w Przeradowie”.

Kowalski spojrzał zdziwiony.

– Nie rozumiem – odparł ostrożnie.

– Mówił pan, że jest chory, prawda?

– Mówiłem też, że nie mam książeczki zdrowia.

Igielski wzruszył ramionami.

– Coś się załatwi.

* * *

Pola Filipiak siedziała w holu pensjonatu Rybaczówka, patrząc na wskazówki wiszącego na ścianie zegara, które przesuwały się leniwie po tarczy. Dziesiąta siedem, dziesiąta osiem. Przeniosła wzrok na rozwieszoną na drugiej ścianie sieć, zakurzoną i wciąż lekko zalatującą rybą, potem na wypchanego turbota i serię obrazów przedstawiających port oraz kołyszące się na morzu łódki, aż wreszcie zatrzymała spojrzenie na stojącym w rogu imponującym kaktusie, który wyraźnie gryzł się z rybackim wystrojem holu.

Znajome otoczenie nie mogło jej pomóc, o dziesiątej dziesięć wróciła więc wzrokiem do leżących na biurku przygód Tytusa, Romka i A’Tomka. Stare komiksy, jeszcze z czasów, gdy chodziła do podstawówki. Kontury niektórych postaci były zaznaczone niebieskim długopisem – Pola ćwiczyła w ten sposób rysowanie, dawno temu, kiedy była dzieckiem i wydawało jej się, że ma do tego talent. Teraz skończyła dziewiętnaście lat i pozbyła się większości złudzeń, choć pod niektórymi względami, jak myślała czasem ponuro, pozostała równie głupia.

Dziesiąta piętnaście.

Nie miała pojęcia, po co właściwie tu siedzi. O tej porze roku mieli tylko dwoje gości, a szansa, że zjawi się ktoś jeszcze, była minimalna. Nie teraz, w listopadzie, który turystycznie był najbardziej martwym miesiącem ze wszystkich. Późną wiosną i latem Przeradowo było oblężone przez turystów, w grudniu pojawiali się ludzie, którzy uciekali przed świątecznymi spędami – albo przeciwnie, przed świętami spędzanymi w pustym mieszkaniu. W styczniu i w lutym przyjeżdżali ci, którym nie udało się dostać dobrego miejsca w domu wczasowym w Szczyrku czy w Zakopanem (i którzy bez większego przekonania wmawiali dzieciom, że zbieranie muszelek nad zimnym morzem to taka sama frajda jak jazda na nartach), a w kwietniu pojawiały się zielone szkoły. Ale późną jesienią nie przyjeżdżał nikt i tak naprawdę już tych dwoje gości stanowiło coś w rodzaju wymodlonego przez matkę Poli cudu. Ksawery Janeczek, który postanowił pisać tu książkę, i staruszka ze Szwecji, która przyjechała Bóg wie po co – przy czym ani jedno, ani drugie z pewnością nie potrzebowało pomocy siedzącej w holu dziewiętnastolatki. Zresztą gdyby potrzebowali, na ladzie wciśniętego w kąt biurka leżał przecież dzwonek, którego dźwięk słyszalny był doskonale w każdym pomieszczeniu na parterze.

Dziesiąta trzydzieści.

Pola zastanowiła się, czy zdołałaby wytłumaczyć to matce, ale uznała, że nie warto ryzykować. Katarzyna Filipiak na pewno od razu by zapytała, czy córka dobrze się czuje, a samopoczucie zdecydowanie nie było czymś, o czym dziewczyna chciałaby teraz rozmawiać.

Metaliczny posmak paniki wypełnił jej usta, kiedy ściągała niżej rękawy swetra w jaskrawe żółto-czarne pasy. Kupiła go tydzień temu w Gdyni, dokąd wybrały się z mamą na zakupy. Nie będzie ci pasować, powiedziała matka, ale oczywiście możesz go wziąć, jeśli chcesz. Pola uparła się wtedy, że owszem, chce, a teraz czuła, że mama jak zwykle miała rację: sweter poszerzał jej i tak już dość szeroką sylwetkę, żółty nie pasował do ziemistej cery. Brzydka dziewczyna w brzydkim swetrze, która kuliła się za każdym razem, kiedy na piętrze rozlegał się stukot obcasów.

Tuż po jedenastej drzwi się otworzyły, wpuszczając do holu powiew zimnego, wilgotnego powietrza. Pola wyćwiczonym ruchem schowała komiksy pod biurko, ale kiedy zobaczyła, że do środka wchodzi zgarbiona staruszka, wyjęła je z powrotem. Caroline Magnusson miała tak słaby wzrok, że leżące w recepcji zeszyty były dla niej niewiele więcej niż kolorową plamą.

– Jak się udał spacer? – zapytała Pola grzecznie.

Matka zawsze nalegała, aby nawiązywać z gośćmi „przyjacielskie stosunki”, tak by „czuli się jak w domu”. Myśl, że część z nich mogła cenić sobie hotelową anonimowość, najwyraźniej nie przyszła jej do głowy.

Starsza pani uśmiechnęła się z roztargnieniem.

– Dziękuję, pogoda jest całkiem ładna.

No, przynajmniej chwilowo nie leje, pomyślała Pola. Dobre i to.

– Była pani nad morzem? – ciągnęła, bez większej nadziei na sukces. Jej matka potrafiła rozmawiać z ludźmi, ona nie.

Staruszka pokręciła głową.

– Poszłam w stronę miasta.

– Aha. To… eee… znacznie bezpieczniejsza trasa.

Dziewczyna poczerwieniała, pewna, że popełniła właśnie faux pas. Choć z drugiej strony Magnusson musiała przecież zdawać sobie sprawę, że w jej wieku niebezpiecznie jest spacerować po mokrych od deszczu i morskiej wody kamieniach, nie mówiąc już o schodzeniu na plażę po stromych schodach, które jesienią pokrywała warstwa śliskiego błota. Była na wpół ślepa i miała… ile mogła mieć lat? Pola stawiała, że ponad osiemdziesiąt, ale oczywiście nie mogła wiedzieć na pewno. W rejestrze gości były wpisane tylko imię i nazwisko: Caroline Magnusson, obywatelka Szwecji. Jak na Szwedkę pani Magnusson zaskakująco dobrze mówiła po polsku, Pola założyła więc, że ma do czynienia ze swojską Karoliną, która kiedyś tam, prawdopodobnie dawno temu, wyjechała za granicę, i to było wszystko.

Odprowadziła wzrokiem staruszkę, która powoli, krok za krokiem wchodziła na pierwsze piętro. Na parterze nie było pokoi gościnnych, tylko pomieszczenia gospodarcze, niewielka jadalnia i dwupokojowy apartament, gdzie mieszkały Pola z matką. Gdy pani Magnusson zjawiła się w Rybaczówce kilka dni temu, zajeżdżając pod pensjonat wyładowaną eleganckimi torbami taksówką prosto z gdańskiego lotniska, matka Poli przywitała ją i od razu przeprosiła za brak windy. Staruszka oznajmiła wtedy, że to nie ma znaczenia – odrobina ruchu dobrze jej zrobi, a poza tym z piętra widać będzie morze.

Człap, człap, szur, szur. Powoli, ale zdecydowanie, bez zatrzymywania się, z czymś, co Pola, gdyby ktoś ją zapytał, określiłaby pewnie jako determinację. Pani Magnusson wychodziła każdego ranka po śniadaniu i czasem też po obiedzie – na godzinę, może dwie. Nigdy nie mówiła, dokąd się wybiera, a dziewczyna nie dopytywała. Jej matka prawdopodobnie potrafiłaby to zrobić tak, żeby wyszło naturalnie i grzecznie, Poli pozostawało domyślanie się, po co stara, bogata Szwedka przyjechała nad polskie morze w najbardziej deszczowym i ponurym miesiącu w roku.

O jedenastej trzydzieści, równo jak w zegarku, rozległ się dobiegający z pierwszego piętra stukot maszyny do pisania. Znak, że Ksawery Janeczek przystąpił właśnie do pracy. W połowie września, gdy pisarz się meldował, Pola liczyła po cichu na jakieś ekscesy z jego udziałem – zawsze przecież powtarzano jej, że artyści są ekscentryczni, ale Janeczek okazał się wyjątkowo nudny. Jedyną jego nietypową cechą była skłonność do wychodzenia na spacer wcześnie rano, jeszcze przed śniadaniem, ledwo na dworze się rozwidniło. Mówił, że o tej porze najlepiej mu się myśli.

Na zewnątrz znów zaczął padać deszcz, monotonne uderzenia kropli brzmiały trochę tak, jakby ktoś pukał od zewnątrz w szybę. Stuk-stuk, a potem coraz szybciej: stuk-stuk-stuk, jakby ulewa próbowała przegonić pracującą w rytmie staccato maszynę na piętrze.

Koło pierwszej do stukania deszczu i maszyny dołączyło pobrzękiwanie garnków w kuchni. W sezonie Katarzyna Filipiak zatrudniała kucharkę i dwie pokojówki, ale w pozostałe miesiące wszystko robiły z córką same. Pola pomyślała, że dziś matka nie będzie jej potrzebowała, biorąc pod uwagę, że na obiad miały być wyciągnięte z zamrażalnika pierogi. Zjedzą punktualnie o trzynastej trzydzieści razem z gośćmi, w ramach tego, co matka nazywała „nawiązywaniem przyjacielskich stosunków”, choć Pola podejrzewała, że chodzi bardziej o to, że w ich ciasnym mieszkanku nie było nawet wystarczająco dużego stołu, by rozłożyć na nim dwa talerze. Poza tym „nawiązywanie stosunków” w przypadku pani Filipiak zaskakująco często sprowadzało się do zainteresowania mężczyznami, najlepiej przystojnymi panami po trzydziestce – a jeśli tych brakowało, nieco starszy, chudy i łysiejący pisarz science fiction sprawdzał się równie dobrze.

Pola sięgnęła do szuflady po długopis i czekając na obiad, bezmyślnie bazgrała po wewnętrznej stronie okładki komiksu. Narysowała Janeczka, który wyszedł dość koślawo, a potem panią Magnusson, która wyszła nieco lepiej, choć miała dziwnie grubą szyję i zeza. Później spróbowała narysować Renię Wieczorek, ale w połowie dała sobie spokój i już tylko bezmyślnie bazgrała po kartce.

Po głowie krążyły jej pytania, które miała ochotę zadać pani Magnusson:

„Czemu przyjechała pani do Przeradowa, i to akurat w listopadzie, kiedy tu niczego ciekawego nie ma? Dokąd pani chodzi rano i po południu? Jak to jest, kiedy w czasie wojny spadają bomby i giną ludzie?”

I pytania, które mogłaby zadać Janeczkowi:

„O czym jest pana nowa książka? Moja mama mówiła, że o kosmitach napadających na Ziemię, to prawda? Czy ci kosmici zabijają ludzi? Czy jest przy tym dużo krwi?”

Do trzynastej trzydzieści brakowało dziesięciu minut, gdy drzwi otworzyły się ponownie i do holu weszła kobieta trzymająca wielkie kartonowe pudło. Pola zastygła z na wpół otwartymi ustami i – była o tym przekonana – z wyjątkowo głupim wyrazem twarzy. Nie zdążyła schować komiksów, nie zdążyła nawet o tym pomyśleć.

– Pomożesz mi? – wysapała kobieta i dopiero wtedy dziewczyna podbiegła, by wziąć pudło. Było ciężkie i mokre od deszczu. Pola postawiła je na podłodze i przez chwilę, zdecydowanie zbyt długą, patrzyła na wysypujące się ze środka wilgotne zeszyty szkolne i podręczniki. Nie chciała patrzeć na kobietę, która przyniosła paczkę, ale wreszcie przyszła ta chwila, kiedy musiała unieść wzrok i spojrzeć.

Pani Wieczorek schudła, odkąd Pola ostatni raz ją widziała, i postarzała się: wyglądała teraz na zmęczoną życiem sześćdziesięciolatkę, a nie na energiczną, elegancką panią po czterdziestce, którą była jeszcze pięć tygodni temu. Jasne włosy z ciemnymi odrostami związała w coś, co miało być chyba kokiem, ale wyglądało bardziej jak wronie gniazdo, na wargach widniał niedbały, ciągnący się aż na podbródek ślad różowej szminki. Ale najbardziej rzucały się w oczy dziwnie rozbiegany wzrok i nerwowy tik w lewej powiece. Skurcz, rozkurcz, skurcz…

– To dla ciebie – powiedziała, nie patrząc na dziewczynę. – Postanowiłam rozdać rzeczy Reni. Tak się robi, prawda? Jej ubrania nie będą na ciebie pasować, ale książki mogą się przydać.

Mówiła szybko, nieco bezładnie, wciąż nie patrząc na Polę, jakby rzucała słowa w biegu, spiesząc się na jakieś ważne spotkanie. Dziewczyna zamrugała, oblizując wyschnięte nagle usta.

– Nie mogę… – odparła, bo nic innego nie przyszło jej do głowy. – Na pewno jest ktoś inny…

– Byłyście przyjaciółkami, a Renia zawsze tak ciepło o tobie mówiła. Te rzeczy są dla ciebie.

Było jasne, że kobieta nie przyjmie odmowy, zresztą Pola nigdy nie była dobra w odmawianiu. I co mogłaby w takiej sytuacji powiedzieć? Że pani Wieczorek ma informacje nieaktualne od dobrych dziesięciu lat? Renia i Pola, owszem, były przyjaciółkami – w przedszkolu i w pierwszych klasach podstawówki. Potem spotykały się przez jakiś czas w liceum, tylko dlatego, że Regina udzielała Poli korepetycji z matematyki, ale i to się skończyło – wtedy, po tamtym dniu, o którym dziewczyna tak bardzo nie chciała myśleć.

– Dla ciebie – powtórzyła pani Wieczorek z uporem, jakby to był rodzaj jakiegoś osobliwego zaklęcia. – Bo ją lubiłaś.

Nieprawda, pomyślała Pola, kiedy kobieta wyszła, zamykając za sobą drzwi. Pozostały po niej mokre ślady w holu, zapach deszczu i to wielkie, rozpadające się od wilgoci pudło, pełne przemokniętych książek i Bóg wie czego jeszcze.

Wcale jej nie lubiłam. Tak naprawdę chyba jej nienawidziłam.

* * *

Edward Nowacki, pulchny mężczyzna w okularach, z wianuszkiem siwoblond włosów otaczających rozległą łysinę, był już w pracy i na widok Igielskiego uniósł wzrok znad rozłożonych na biurku papierów.

– O! – powiedział. – Co cię przywiało o takiej porze? Problemy ze snem? A może postanowiłeś wreszcie schudnąć? Maria przekarmiła cię tymi wszystkimi pierogami, co?

Temat tuszy Igielskiego – nie tak wielkiej swoją drogą, ot, kilka dodatkowych kilogramów tam, gdzie parę lat temu znajdowały się jeszcze mięśnie – był stałym tematem żartów Nowackiego, tak samo zresztą jak i kuchnia Nowackiej, która co tydzień zapraszała Igielskiego na obiad. Pani Maria gotowała dobrze, ale faktycznie bardzo tłusto.

– Mam sprawę. – Starszy sierżant zamknął za sobą drzwi. – Chciałbym, żebyś przyjął na oddział pewnego mężczyznę i potrzymał go przez jakiś czas. To włóczęga bez stałego miejsca zamieszkania i bez dokumentów, ale da się to chyba jakoś załatwić?

Nowacki zdjął okulary i przetarł je połą koszuli. Bez nich jego twarz wyglądała zaskakująco bezbronnie, jak twarz dużego, przedwcześnie postarzałego dziecka.

– Da się, co się ma nie dać. Mam go przyjąć do siebie na psychiatrię? To wariat?

Igielski zawahał się.

– Może, chociaż diabli wiedzą. W każdym razie facet przyznał się do sześciu morderstw, w tym do zabójstwa Reginy Wieczorek.

– Nie powinniście w takim razie go aresztować?

– To nie takie proste. Nie mamy żadnego dowodu, że mówi prawdę, a sprawa jest już zamknięta. Mogę go przymknąć za brak dokumentów, ale wtedy i tak wyjdzie po czterdziestu ośmiu godzinach, chyba że prokurator postawi mu zarzuty. Dlatego wolałbym, żeby został tutaj, przynajmniej będę wiedział, gdzie go znaleźć. Przy okazji możesz go wysłać na badania, bo facet twierdzi też, że ma raka.

– Jeśli ten człowiek zechce opuścić szpital, nie będę go mógł zatrzymać.

– Wiem. – Igielski skinął głową. – Ale nie wydaje mi się, żeby chciał uciec.

– Jest niebezpieczny?

Starszy sierżant zawahał się.

– Nie wiem. Prawdopodobnie nie, ale jest niewielka szansa, że naprawdę kogoś zabił. Dlatego zrozumiem, jeśli odmówisz.

Nowacki wzruszył ramionami.

– Nie z takimi już sobie radziliśmy. W razie czego przypniemy go pasami do łóżka i podamy takie środki, że gość nie pozna samego siebie w lustrze. Gdzie on jest?

– Czeka na korytarzu.

Nowacki wstał zza biurka. Idąc do drzwi, odwrócił się jeszcze w stronę starszego sierżanta.

– Mam jeden warunek – powiedział. – Wpadniesz dziś do mnie po południu, jak skończę pracę, i wszystko opowiesz. Mojej żony nie będzie, ale obiecała zostawić na piecu coś do jedzenia. Krwawe szczegóły w towarzystwie krwawej kiszki, co ty na to?

* * *

Pola schowała pudło w swoim niewielkim pokoiku – matka prawdopodobnie i tak je znajdzie, ale jeśli dziewczyna będzie miała odrobinę szczęścia, stanie się to raczej później niż wcześniej. Nie chciała w tej chwili odpowiadać na pytania, skąd ma te wszystkie rzeczy ani jakim cudem pani Wieczorek uznała ją za przyjaciółkę zmarłej córki.

Na obiad zdążyła w ostatniej chwili, ale na wszelki wypadek przeprosiła, jakby się spóźniła. Najchętniej jadałaby posiłki w swoim pokoju, wiedziała jednak, że nie ma na to szans. I oczywiście nie zadała żadnego ze swoich pytań, chociaż czasem kusiło ją, by to zrobić – tylko po to, żeby zobaczyć ich miny.

Zjadła szybko, przez cały czas pilnując, by rękawy swetra zakrywały jej nadgarstki, po czym poprosiła o zgodę na wstanie od stołu. Matka spojrzała z troską, a jednocześnie uważnie, jakby oceniała wadliwy egzemplarz, i skinęła głową. Katarzyna Filipiak była elegancką, zadbaną kobietą, wciąż ładną, choć zgrabna figura zaczynała się już trochę rozlewać. Polę uderzyła myśl, że jeszcze do niedawna jej mama i pani Wieczorek wyglądały bardzo podobnie: obie wysokie, farbowane blondynki w zachodnich ubraniach, zawsze starannie umalowane. Jak siostry, starsza i młodsza, które lubiły spotykać się od czasu do czasu i plotkować przy kawie. Tyle że te spotkania skończyły się wraz ze śmiercią Reni, a obu kobiet nikt już nie wziąłby za rodzeństwo.

Dziewczyna wyszła, starannie zamykając za sobą jadalnię, przeszła parę kroków, a potem wróciła na palcach i przyłożyła ucho do drzwi. Podsłuchiwanie nie było czymś, co jej matka by pochwalała, ale Pola miała tyle wad, że jedna więcej nie robiła różnicy.

– Moja córka to bardzo wrażliwa dziewczyna – mówiła pani Filipiak. – I jednocześnie bardzo trudna. Ma Problemy, rozumieją państwo.

Słowo „Problemy” (Pola wyraźnie słyszała wielką literę) zawierało całą gamę emocji: ostrzeżenie, by goście nie dopytywali o więcej, a jednocześnie sugestię, że pani Filipiak jest bardzo dzielna, bo z problemami córki sobie radzi. Była tam też inna sugestia: że problemy to coś niezwykłego, niemal godnego zazdrości. Nie każdy człowiek może takie mieć, dawał do zrozumienia jej ton. Kiedyś Pola poczułaby wdzięczność, ale od dawna wiedziała już, że to nie ma nic wspólnego z nią: Katarzyna Filipiak w swoim mniemaniu była zbyt dobra, by mieć zwyczajną brzydką córkę ze zwyczajnymi brzydkimi problemami.

Dziewczyna wróciła na swoje miejsce w holu: o szesnastej będzie miała wolne, choć i tak nie wiedziała, co zrobić z resztą popołudnia i całym długim, nudnym wieczorem.

* * *

Gdy Igielski wrócił do komendy, z piętra zbiegał właśnie jeden z młodszych milicjantów, z pokoju Krawczyka i Jacha dobiegało stukanie na maszynie, a na ławce w korytarzu siedziała sztywno wyprostowana staruszka z zaciętym wyrazem twarzy. Stara Chojniakowa, którą dobrze znał. Powiedział jej „dzień dobry”, a potem, zanim kobieta zdążyła otworzyć usta, przemknął do pokoju, który współdzielił z kapralem Bąkiem.

W środku, rozparty za biurkiem, siedział kapitan Wiesław Rychert. Był to chudy mężczyzna z ziemistą cerą i szarymi wąsami, które wyglądały, jakby pod nosem zmarła mu mysz. Okrągłe oczy wpatrywały się w Igielskiego podejrzliwie.

– Nie było cię – oznajmił, zupełnie jakby dokonywał dedukcji na miarę Sherlocka Holmesa. – Przyszedłem, a ciebie nie było. Poszedłeś się napić? Wiesz, że mam do ciebie słabość i mogę tolerować kieliszek czy dwa po pracy, ale nie toleruję…

– Musiałem zawieźć człowieka do szpitala – przerwał mu Igielski, a potem dodał szybko: – Jan Kowalski, bez dokumentów, pracy i stałego miejsca zameldowania. Przyznał się do zabójstwa Reginy Wieczorek, a także kilku innych dziewczyn z Przeradowa na przestrzeni ostatnich trzydziestu pięciu lat. W biurku są jego zeznania. Potem źle się poczuł – starszy sierżant uznał za stosowne nieco minąć się z prawdą – więc zabrałem go na dyżur.

Kapitan milczał, mrugając powoli i sennie jak sowa. Igielski nie przepadał za komendantem – Rychert był hipokrytą i służbistą jednocześnie, nieustannie wprawianym w zły humor przez piątkę hałaśliwych dzieci, zołzowatą żonę i, jak głosiła plotka, wymagającą kochankę. Mimo to starszy sierżant miał do niego odrobinę szacunku. A przynajmniej starał się mieć, choć starania te ostatnio coraz częściej były wystawiane na próbę.

– W biurku jest jego zeznanie – powtórzył, gdy nie doczekał się ze strony przełożonego żadnej odpowiedzi.

Rychert sięgnął do szuflady i zaczął czytać. Igielski w tym czasie zrobił sobie kolejną szklankę herbaty, a potem zjadł zachomikowaną na czarną godzinę kanapkę z salcesonem. Żałował, że nie ma porządnej, mocnej kawy. Po bezsennej nocy oczy zaczynały mu się kleić, poszedł więc do łazienki, gdzie przemył twarz zimną wodą. Podziałało lepiej niż kofeina. Przejrzał się w lustrze, zauważając worki pod oczami i poszarzałą cerę. Powinien zacząć zdrowo jeść i ćwiczyć. Po rozstaniu z Beatą przestał o siebie dbać. Nie załamał się, kiedy został sam, wręcz przeciwnie – zazwyczaj całkiem szczerze uważał, że radzi sobie świetnie: prasował koszule, które niegdyś prasowała ona, nie spóźniał się do pracy, a nawet przez jakiś czas chodził na niezobowiązujące randki z sekretarką z wydziału dróg i mostów. Żal jednak jakimś podstępnym sposobem i tak zdołał wyryć na jego twarzy kilka dodatkowych zmarszczek i niepokojąco powiększył czoło pod coraz wyraźniej rzednącymi włosami. Igielski wciąż był przystojnym mężczyzną, wciąż mógł podobać się kobietom – niektóre nadto wyraźnie dawały mu to do zrozumienia – ale czasami, zwłaszcza rano, w takich chwilach jak ta, miał wrażenie, że od człowieka, którym był jeszcze niedawno, dzielą go lata świetlne.

Wytarł twarz ręcznikiem i wrócił do pokoju. Rychert odkładał właśnie na biurko plik kartek. Ułożył je w schludny stosik, po czym postukał w tę leżącą na wierzchu długim, nieco pożółkłym paznokciem.

– To stek bzdur – oznajmił. – Jakiś facet zjawia się znikąd i opowiada, że zamordował Reginę Wieczorek i jeszcze jakieś dziewczyny, o których nigdy nie słyszeliśmy? Bzdury. Wina Białego jest niepodważalna. Żaden sprytny adwokat chłopaka nie wybroni.

– Wiem, jak to brzmi, ale mimo wszystko… – Igielski czuł ku swojemu niezadowoleniu, że zaczyna się pocić. Był zmęczony i najchętniej poszedłby do domu. Właściwie po co teraz walczył? Z czystej przekory, bo nie lubił przełożonego? Z jakiegoś osobliwego poczucia obowiązku? Przecież kapitan miał rację, to zeznanie było bełkotem – …chciałbym sprawdzić chociaż kwestię tego łańcuszka. Może ktoś go rozpozna. I sprawdziłbym jeszcze, czy nie było tu wcześniej jakichś niewyjaśnionych zaginięć.

– W każdym mieście zdarzają się od czasu do czasu niewyjaśnione zaginięcia. To o niczym nie świadczy.

Rychert westchnął, wciąż nerwowo stukając w plik papierów. Starszy sierżant dobrze wiedział, o co chodzi – rozwiązanie sprawy zabójstwa Reginy Wieczorek było największym jak dotąd sukcesem kapitana. Dostał oficjalną pochwałę, a nieoficjalnie mówiło się o awansie i stanowisku w jakimś większym mieście. Wymagająca kochanka, o ile Igielski wiedział, również zjawiła się kilka dni po zatrzymaniu Andrzeja Białego. Gdyby teraz okazało się, że aresztowali niewłaściwego człowieka, to wszystko poszłoby w diabły.

Patrzył więc, jak na twarzy przełożonego walczą sprzeczne uczucia. Jeśli każe mi dać sobie spokój, pomyślał, zadzwonię do Nowackiego i powiem mu, żeby zrobił z Kowalskim, co chce. Potem pójdę spać, a jak się obudzę, zjem obiad w Ormiańskiej i wybiorę się do kina. Nowacki pewnie się obrazi, ale co tam, szybko mu przejdzie.

Rychert najwyraźniej podjął wreszcie decyzję, bo przestał stukać paznokciem.

– Naszym obowiązkiem jako organów ścigania jest sprawdzić każdą poszlakę, nawet jeśli wydaje się kompletnie niewiarygodna. Z drugiej strony – chrząknął – mamy też obowiązek oddzielać sprawy ważne od mniej ważnych i nie poświęcać tym ostatnim zbyt wiele uwagi, bo inaczej odbywałoby się to kosztem tych pierwszych. Rozumiesz?

Igielski skinął głową. Miał zająć się tą sprawą, ale nieszczególnie intensywnie – ot, na tyle, żeby zachować pozory, a jednocześnie żeby, broń Boże, niczego ważnego nie znaleźć.

* * *

Ostatecznie Pola spakowała do torby wypożyczone książki i w zacinającym deszczu, skulona pod szarpanym wiatrem parasolem, powędrowała do biblioteki, gdzie zamieniła dwa tomy Przeminęło z wiatrem na trzy Władcy Pierścieni. Wszystkie już czytała, ale w bibliotece nie było szans na nowości, a Tolkien zawsze poprawiał jej humor. Wzięła też romans dla matki i pod wpływem impulsu powieść science fiction zatytułowaną Cylinder van Troffa. Nie wyglądała zbyt ciekawie, ale może matka zechce ją przeczytać, żeby mieć o czym rozmawiać z Janeczkiem.

Potem, również pod wpływem impulsu, skręciła na drogę prowadzącą w stronę cmentarza. Deszcz wciąż wściekle uderzał w czaszę parasola, a brodzące w głębokich błotnistych kałużach jaskrawożółte kalosze Poli były jedyną plamą koloru na tle wszechobecnej jesiennej szarości. Dziewczyna minęła kilka zamkniętych budek z pamiątkami, jedną, również zamkniętą, smażalnię ryb i sklep spożywczy, dla odmiany otwarty, choć w środku nie było żadnego klienta. Pomachała przez szybę znudzonej nastolatce za ladą, ale ta, zajęta lekturą „Przyjaciółki”, nawet jej nie zauważyła. Jeszcze niedawno Pola siedziała z Zuzą w jednej ławce i odpisywała od niej zadania z biologii, teraz ich drogi rozeszły się bezpowrotnie.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43 / 1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9 / 14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, [email protected]

Wołowiec 2019

Wydanie I