Czeluść - Anna Kańtoch - ebook + audiobook + książka

Czeluść audiobook

Anna Kańtoch

3,6

Opis

Czasem jeden błąd młodości kosztuje całe życie

Wolno zapadający zmrok, wysokie urwisko i lodowata toń wody. Zakazany alkohol, pierwsze namiętności ciała i tragedia, która położy się cieniem na życiu kilku osób.

Pozostawione ślady giną w mrokach pamięci Agnieszki, a podświadomość zaciera granice tożsamości. Co jest prawdą, a co jedynie wyrzutem sumienia? Rzeczywistość zaś nie przynosi ukojenia.

Aby rozwiązać zagadkę czerwcowej nocy w kamieniołomie, musimy się zanurzyć w czeluść najmroczniejszych zakamarków niepamięci. Misterna konstrukcja powieści przez ciemność wspomnień bohaterki, powidokami jej pierwszej miłości, prowadzi nas do odkrycia tajemnicy sprzed lat. Anna Kańtoch niedoścignienie buduje literacką zagadkę życia pisarki i sprawia, że po skończeniu ostatniej strony, chcemy natychmiast przeczytać Czeluść raz jeszcze.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 55 min

Lektor: Anna Kantoch

Oceny
3,6 (41 ocen)
12
13
5
9
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tomi9991

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo intrygująca historia. Chyba przyjdzie mi trochę nad nią pomyśleć. W audiobooku książka została bardzo pięknie zinterpretowana przez Marię Seweryn. Dał tych którzy lubią duszne i niedopowiedziane historie, bardzo polecam.
10
Kasia_06

Całkiem niezła

Niestety nie zrozumiałam i nie wiem o czym była ta książka.
10
raikaa

Nie oderwiesz się od lektury

Świetne!
10
HEwelina

Nie oderwiesz się od lektury

super
00
Sharpmark
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

Książka literacko na b.wysokim poziomie, do tego rewelacyjnie przeczytana w wersji audio. Zagmatwana, trudno się w niej odnaleźć, ale sam klimat dużo rekompensuje. Kolejne udane spotkanie z Autorką!
00



Anna Kańtoch Czeluść ISBN: 978-83-67845-48-9 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] Copyright © 2024 by Anna Kańtoch Copyright © 2024 by Powergraph Copyright © 2024 for the cover by Jan Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Jan Kosik REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 733 50 31/32 e-mail: [email protected] www.dressler.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Agnieszka stra­ciła wspo­mnie­nie w pewne póź­no­let­nie czy może już jesienne popo­łu­dnie, duszne i lep­kie, gdy po nie­bie prze­ta­czały się burze, a pod sto­pami sze­le­ściły pierw­sze opa­dłe liście. W jed­nej chwili po pro­stu wyśli­zgnęło się z niej, tak jak napeł­niony wodą ciężki dzban wyśli­zguje się ze spo­co­nych dłoni; jesz­cze przez moment ogrze­wało ją cie­płem prze­szło­ści, a potem znik­nęło. Cza­sem wspo­mnie­nia wra­cały, to jed­nak ode­szło na zawsze. Wie­działa o tym z pew­no­ścią osoby, która już od pew­nego czasu zda­wała sobie sprawę, że jej pamięć nie działa tak, jak powinna. Poru­szyła się nie­spo­koj­nie w progu sklepu, sto­jący przed nią męż­czy­zna wymru­czał „prze­pra­szam” po raz drugi, a może i trzeci. Odsu­nęła się. Po co tu przy­szła?

Po masło i mleko oczy­wi­ście, pod­su­nęła usłuż­nie pamięć, nagle chętna do współ­pracy. Co wię­cej, Agnieszka zdą­żyła już je kupić i teraz wycho­dziła, a nie wcho­dziła. Zro­biła jesz­cze jeden krok. Pierw­szy podmuch burzy ude­rzył ją w twarz, przy­no­sząc woń nawozu i zale­ga­ją­cych na pobo­czu uschnię­tych traw, star­tych na pył opo­nami samo­cho­dów. Zamarła, bo coś się zmie­niło, coś było nie tak w kra­jo­bra­zie, który znała na pamięć.

Rozej­rzała się, ale wieś na pozór wyglą­dała jak zawsze. Zwy­czajna pol­ska uli­cówka, skła­da­jąca się z kil­ku­dzie­się­ciu domów roz­rzu­co­nych wzdłuż głów­nej drogi, kościoła i dwóch skle­pów – zde­cy­do­wa­nie więk­szą popu­lar­no­ścią cie­szył się ten, z któ­rego wła­śnie wyszła, choć na poważ­niej­sze zakupy miesz­kańcy i tak jeź­dzili do Bie­dronki w nie­da­le­kim Grod­ko­wie. Rako­cice pozba­wione były zarówno oczy­wi­stego piękna, jak i nieoczy­wi­stego wdzięku brzy­doty. Agnieszka pamię­tała, że lata temu, gdy kupo­wała tu dom, zale­żało jej wła­śnie na tej zwy­czaj­no­ści. Żad­nych mrocz­nych lasów, tajem­ni­czych skał czy zruj­no­wa­nych pała­ców, w któ­rych mogłyby się lęgnąć cie­nie i opo­wie­ści, żad­nych atrak­cji przy­cią­ga­ją­cych tury­stów. Jeśli ktoś obcy prze­je­chał przez wieś, zapo­mi­nał o niej, ledwo skrę­cił na drogę pro­wa­dzącą z Grod­kowa do Strze­lina. Nikt nie miał powodu, by się tu zatrzy­my­wać.

Aż do teraz, bo biała mazda par­ku­jąca pod kościo­łem nie nale­żała do nikogo z miej­sco­wych. Zdra­dzała ją nie tylko war­szaw­ska reje­stra­cja, ale też trudny do opi­sa­nia, choć prze­cież wyraźny rys obco­ści. Wyda­wała się zbyt lśniąca, zbyt mia­stowa, niczym przy­bysz z innego świata.

W samo­cho­dzie sie­dział chło­pak o wło­sach w kolo­rze kaczeń­ców. Kobieta zdą­żyła się zasta­no­wić, czy to natu­ralna barwa, gdy z pociem­nia­łego nieba lunęła ściana desz­czu. Trzask zamy­ka­nych drzwi­czek, Agnieszka, pusta po tym, jak opu­ściło ją wspo­mnie­nie, i prze­mo­czona, patrzyła jak przez sza­rość ulewy sunie w jej stronę kan­cia­sta postać. Nie chło­pak, jak sądziła wcze­śniej, tylko wysoka dziew­czyna o sze­ro­kich ramio­nach. Dłońmi osła­niała głowę, na któ­rej ster­czały włosy uło­żone w jaskra­wo­żółte kolce.

— Pani Gra­bow­ska, prawda?

Stały naprze­ciwko sie­bie w podmu­chach burzy mio­ta­ją­cej zim­nym desz­czem i liśćmi obe­rwa­nymi z pobli­skiej lipy. Obok, kuląc się pod napo­rem wia­tru, prze­bie­gła sąsiadka, którą Agnieszka widziała wcze­śniej w skle­pie, a po nie­bie prze­to­czył się pomruk gromu, głę­boki i wście­kły. Dwie kobiety, jedna młoda, druga jeśli jesz­cze nie stara, to przy­naj­mniej nie­bez­piecz­nie sta­ro­ści bli­ska. Agnieszka była nie­przy­jem­nie świa­doma swo­ich od dawna nie­my­tych wło­sów, dżin­sów ubru­dzo­nych na kola­nach zie­mią i roz­dep­ta­nych san­da­łów, z któ­rych wysta­wały palu­chy z żałobą za paznok­ciami.

— Nie. — Odwró­ciła się i ode­szła.

* * *

W domu powi­tały ją trzy dłu­go­no­gie szare psy, mie­szańce owczarka i Bóg wie czego. Może wilka. Suka jak zwy­kle dopchnęła się do Agnieszki pierw­sza, lecz kobieta odsu­nęła ją nie­cier­pli­wie, zdej­mu­jąc prze­mo­czone san­dały. Gdy szła boso w głąb pogrą­żo­nych w pół­mroku pokoi, zosta­wiała za sobą na pod­ło­dze wil­gotne odci­ski stóp, wyglą­da­jące jak ślady pozo­sta­wione na plaży przez roz­bitka. Jej dom miał w sobie coś, co nie­uchron­nie koja­rzyło się z opusz­cze­niem, nawet teraz, mimo obec­no­ści zwie­rząt i uno­szą­cego się w powie­trzu zapa­chu kawy, który został po dzi­siej­szym śnia­da­niu. Samot­ność zbyt mocno wżarła się w te mury, by dało się ją łatwo wyru­go­wać. Agnieszka zapa­liła świa­tło, nasy­pała psom suchej karmy, a kiedy zajęły się miskami, usia­dła przy stole w kuchni. Łok­cie oparła na bla­cie pozna­czo­nym pla­mami po taniej mar­mo­la­dzie i upstrzo­nym okru­chami chleba. Blask wiszą­cej pod sufi­tem lampy zmęt­niał i posza­rzał, jakby zara­ził się od wiszą­cej za oknem burzo­wej ciem­no­ści.

Przy­da­łyby mi się pie­nią­dze, pomy­ślała, się­ga­jąc po paczkę papie­ro­sów. Oczy­wi­sty wnio­sek. Renta ledwo star­czała na jedze­nie i ogrze­wa­nie dużego kamien­nego domu. Nie pamię­tała już, dla­czego nie zado­wo­liła się czymś mniej­szym, po co były jej trzy pokoje na par­te­rze i całe, nie­uży­wane teraz pię­tro. Może wyobra­żała sobie grono przy­ja­ciół spę­dza­ją­cych tutaj let­nie urlopy, grille w ogródku i leniwe czy­ta­nie ksią­żek w hamaku. Albo dużą rodzinę, cho­inkę w salo­nie, dzieci bie­ga­jące tam i z powro­tem po scho­dach. Czy kie­dy­kol­wiek była z kimś tak bli­sko, że ta wizja mogłaby się ziścić? Tak, pomy­ślała, zado­wo­lona, że tym razem pamięć jej nie zawo­dzi. Wspo­mnie­nie prze­szło tuż obok niczym duch wędru­jący przez pogrą­żoną w pół­mroku kom­natę sta­rego zamczy­ska, zosta­wia­jąc po sobie obraz pie­go­wa­tej twa­rzy, ni to doro­słej, ni to jesz­cze dzie­cię­cej. Dłoń, która wtedy, w kamie­nio­ło­mie, podała jej schło­dzoną w ciem­nej wodzie butelkę piwa, wil­gotne palce sty­ka­jące się z jej dło­nią, cie­płą i suchą. Popu­larne imię, jedno z tych, które wtedy, w poło­wie lat osiem­dzie­sią­tych, nosiła jedna czwarta dzie­cia­ków z jej klasy.

Wie­działa, że będzie ją to drę­czyć, pode­szła więc do półki, na któ­rej stały kasety wideo. Głów­nie kla­syki: Prze­mi­nęło z wia­trem, Anna Kare­nina z Vivien Leigh. Agnieszka ni­gdy nie mogła się prze­ko­nać do płyt DVD ani tym bar­dziej do póź­niej­szych wyna­laz­ków, stre­amin­gów, net­flik­sów czy dia­bli wie­dzą czego. Cza­sem bawiło ją, gdy wyobra­żała sobie, że jest ostat­nią osobą w Rako­ci­cach, a może i na całym Ślą­sku, uży­wa­jącą tak prze­sta­rza­łego sprzętu. A cza­sem – jak teraz – napa­wało ją to smut­kiem. Zda­wała sobie sprawę, że jeśli magne­to­wid się zepsuje, nikt go już nie naprawi.

Się­gnęła za rząd kolo­ro­wych kaset i wycią­gnęła opi­saną dłu­go­pi­sem taśmę w zwy­kłej papie­ro­wej okładce, po czym kuc­nęła i wsu­nęła ją do odtwa­rza­cza. W gło­śniku zaszu­miało i zatrzesz­czało, na ekra­nie spod bia­łych pasków wychy­nął nie­wy­raźny frag­ment serialu nagra­nego lata temu z tele­wi­zji. A potem ziar­ni­sta twarz Richarda Cham­ber­la­ina ustą­piła miej­sca Agnieszce, młod­szej, szczu­plej­szej i zde­cy­do­wa­nie lepiej ubra­nej.

— Wła­śnie zda­li­śmy maturę i mie­li­śmy poczu­cie, że wszystko się koń­czy — mówiła wprost do kamery.

— Co się koń­czy? — inda­go­wała blon­dynka, która sama wyglą­dała, jakby jesz­cze nie­dawno cho­dziła do liceum.

— Nie wiem. Mło­dość, bez­tro­ska. Po pro­stu mie­li­śmy prze­czu­cie, że od teraz nasze życie będzie wyglą­dać zupeł­nie ina­czej. I nie myli­li­śmy się.

— My, czyli kto?

— Ja, Andrzej, Janka i…

Agnieszka wci­snęła pauzę i przez moment wpa­try­wała się w zasty­głą na ekra­nie twarz. Gdy udzie­lała tego wywiadu, nie była już młoda i zaczy­nała tyć, ale tam­tego dnia miała w sobie pew­ność sie­bie i piękno ludzi, któ­rzy wie­dzą, że świat chce wysłu­chać ich histo­rii. Oczy jej błysz­czały, nie­dawno ścięte włosy ukła­dały się ide­al­nie, a dobrze dobrany żakiet tuszo­wał nie­do­sko­na­ło­ści figury. Może przy odro­bi­nie szczę­ścia…

Gdy wsta­wała, poczuła pie­kące ukłu­cie w lewym boku, a w kola­nie coś nie­przy­jem­nie strzyk­nęło. Jej ciało też już było zużyte, choć naj­wy­raź­niej nie tak bar­dzo jak umysł. W towa­rzy­stwie Suki, podą­ża­ją­cej za nią jak szary cień, poszła do sypialni, gdzie w sza­fie pach­ną­cej sta­rym drew­nem, kul­kami na mole i prze­szło­ścią trzy­mała nie­uży­wane od dawna ubra­nia. Wisiał tam, zapa­ko­wany szczel­nie w foliowy worek niczym zwłoki w tele­wi­zyj­nym fil­mie detek­ty­wi­stycz­nym. Agnieszka wyjęła go i spró­bo­wała wło­żyć, pudro­wo­ró­żowy żakie­cik jed­nak za nic nie chciał się dopiąć. Cóż, przy­brała ostat­nio na wadze, choć obro­sła nie tłusz­czem, lecz raczej mię­śniami wyro­bio­nymi pod­czas pracy w ogro­dzie. Moż­liwe zresztą, że było to coś innego – cię­żar smutku i samot­no­ści, który pęcz­niał w niej, aż ciało sta­wało się twarde i nie­przy­stępne, pełne zgru­bień i nie­spo­dzie­wa­nych usko­ków, niczym ciało wymo­de­lo­wa­nej w gli­nie pre­hi­sto­rycz­nej bogini.

A prze­cież daw­niej lubiła to swoje ciche życie na ubo­czu, tylko z psami, i była jeśli nie szczę­śliwa, to przy­naj­mniej zado­wo­lona. Kiedy to się skoń­czyło? Pół roku temu? Rok? Gdy coś złego zaczęło się dziać z jej pamię­cią? Potrzą­snęła głową. Cza­sem tam­ten długi spo­kojny czas wyda­wał się ledwo snem dziecka, otu­lo­nego cie­płą koł­derką i nie­świa­do­mego cza­ją­cych się pod łóż­kiem potwo­rów.

Osta­tecz­nie zde­cy­do­wała się na luźny swe­ter z zie­lo­nej włóczki, odro­binę zbyt cie­pły jak na koń­cówkę lata, i dżin­sową spód­nicę. Umyła włosy, wysu­szyła je i obcięła paznok­cie u nóg. Suka obser­wo­wała te wszyst­kie zabiegi z wyraźną apro­batą.

— Już nie­długo będziesz jadła coś lep­szego niż to suche świń­stwo — Agnieszka pokle­pała ją po gru­zło­wa­tym łbie. Potem wypu­ściła psy na dwór, żeby się wysi­kały i pobie­gały po mokrej od desz­czu tra­wie. Suka jak zwy­kle wró­ciła pierw­sza, strzą­sa­jąc z futra resztki wil­goci. Młod­sze psy, oba samce, goniły się pomię­dzy krze­wami nie­dawno zasa­dzo­nych for­sy­cji. Nie dbały o to, co dostaną na kola­cję, byleby ktoś napeł­nił miskę. Były szczę­śliwe tym pro­stym, bez­myśl­nym szczę­ściem, jakie cechuje tylko młode stwo­rze­nia i nie­któ­rych upo­śle­dzo­nych ludzi. Suka leżała u stóp Agnieszki, patrząc czuj­nie na doka­zu­jące dzieci, chmury burzowe wędro­wały dalej na zachód, trawa paro­wała w słońcu.

— Już nie­długo — powtó­rzyła Agnieszka, przy­sia­da­jąc na naj­wyż­szym schodku. Suka zastrzy­gła uszami. Była inte­li­gent­niej­sza od swo­ich synów, może dla­tego że star­sza. A może z powodu płci. Agnieszka zawsze wie­rzyła, że istoty żeń­skiego rodzaju mają w sobie pewną mądrość, bio­rącą się z ciem­nych miejsc, w które męż­czyźni ni­gdy nie zaglą­dają.

— Takie jak ona nie rezy­gnują — dodała w ramach wyja­śnie­nia, mając na myśli żół­to­włosą dzien­ni­karkę. Bo nie wąt­piła, że przy­jezdna jest wła­śnie dzien­ni­karką. Komu innemu chcia­łoby się faty­go­wać tutaj aż z War­szawy?

Zzia­jane psy wró­ciły, Agnieszka powoli zaczy­nała się robić głodna. Gdy od strony cen­trum wsi dał się sły­szeć war­kot sil­nika, gwizd­nęła na Sukę i weszła do domu. Nie chciała, by obca kobieta zastała ją cze­ka­jącą na scho­dach.

* * *

Po trze­cim dzwonku uchy­liła wresz­cie drzwi.

— Słu­cham — rzu­ciła w prze­strzeń, bio­drem przy­ci­ska­jąc do ściany Mniej­szego, który rwał do przodu. Na udach czuła ude­rze­nia ogo­nów Więk­szego i Suki.

Sto­jąca w progu dziew­czyna, o dziwo, była już sucha – widać miała gdzieś nie­da­leko zare­zer­wo­wany pokój i zdą­żyła się prze­brać. Tylko wil­gotne, nieco przy­klap­nięte włosy świad­czyły o tym, że nie­dawno zła­pała ją burza.

— Pani Gra­bow­ska, prawda? — Ton ni to pyta­jący, ni twier­dzący. — Wiem, że to pani. Czy mogły­by­śmy poroz­ma­wiać? Nazy­wam się Kaja Sabat. Jestem z War­szawy.

Agnieszka odsu­nęła się i otwo­rzyła sze­rzej drzwi. Dziew­czyna cof­nęła się pod napo­rem psiego entu­zja­zmu, zaraz jed­nak zro­biła krok naprzód, czym zaskar­biła sobie odro­binę nie­chęt­nego uzna­nia gospo­dyni. Agnieszka popro­wa­dziła ją nie do kuchni, gdzie przyj­mo­wała nie­licz­nych miej­sco­wych gości, tylko do biblio­teki. Widok nieco zaku­rzo­nych, ale wciąż impo­nu­ją­cych rzę­dów robił wra­że­nie. Ci, któ­rzy tu wcho­dzili, nie­mal zawsze zaczy­nali od zda­nia „Ile tu ksią­żek!”. Potem pytali, czy Agnieszka wszyst­kie prze­czy­tała.

Kaja o nie­ty­po­wym nazwi­sku nie powie­działa nic, po pro­stu usia­dła przy drew­nia­nym stole. Drugi punkt dla niej.

— Jak się nazy­wają? — zapy­tała, głasz­cząc krę­cące się wokół niej psy.

— Suka, Więk­szy i Mniej­szy.

Po raz pierw­szy przez twarz żół­to­wło­sej dzien­ni­karki prze­mknął cień zdzi­wie­nia.

— Dla­czego tak?

— A dla­czego nie? — Agnieszka długo szu­kała odpo­wied­niego imie­nia dla Suki, ale żad­nego nie zna­la­zła. Suka zawsze była po pro­stu Suką. A Mniej­szy i Więk­szy, choć teraz wyglą­dali nie­mal iden­tycz­nie, po uro­dze­niu wyraź­nie róż­nili się wiel­ko­ścią. Był jesz­cze trzeci szcze­niak, Naj­mniej­szy, który nie prze­żył pierw­szej nocy. Agnieszka pocho­wała go w ogro­dzie pod jabłonką tam­tego jesien­nego dnia, gdy z drzew opa­dły już ostat­nie, poczer­niałe i skur­czone, liście, a nad ogro­dem uno­siły się wstążki poły­sku­ją­cej sre­brem lep­kiej mgły. Pamię­tała mięk­kość wil­got­nej po desz­czu ziemi, gdy wbi­jała łopatę, a potem cię­żar leżą­cego na jej dłoni maleń­kiego, ide­al­nie ukształ­to­wa­nego ciałka z czte­rema sza­rymi łap­kami, ogon­kiem nie więk­szym niż mały palec i przy­le­ga­ją­cymi do czaszki uszkami wiel­ko­ści paznok­cia. I wresz­cie swoje zdzi­wie­nie, jakim cudem śmierć może tak szybko zabrać coś tak dosko­na­łego. To wspo­mnie­nie, w prze­ci­wień­stwie do wielu innych, wciąż było wyraźne w jej umy­śle, jak wytra­wione kwa­sem.

Wyrwana z zamy­śle­nia, spo­strze­gła, że Kaja patrzy na nią wycze­ku­jąco, i po raz pierw­szy od wielu lat poczuła, że powinna powie­dzieć coś wię­cej.

— Słowa niosą ze sobą odpo­wie­dzial­ność — oznaj­miła więc. — Nazy­wa­nie to poważna sprawa.

Kaja ski­nęła głową, zupeł­nie jakby zro­zu­miała, choć samej Agnieszce jej wypo­wiedź wyda­wała się mocno nie­wy­star­cza­jąca.

Dzien­ni­karka prze­nio­sła wzrok na półki z mnó­stwem słów zamknię­tych w gru­bych sta­rych książ­kach, któ­rych ceny liczyły się jesz­cze w set­kach i tysią­cach zło­tych.

— Wiem, że pani stu­dio­wała, ale nie pozwo­lono pani zostać na uczelni.

Dano mi do zro­zu­mie­nia, że nie mogę zostać, pomy­ślała Agnieszka. Dzie­kan wydziału filo­lo­gicz­nego nie zni­żyłby się do cze­goś tak pro­stac­kiego jak zaka­zy­wa­nie komu­kol­wiek cze­go­kol­wiek. Wró­ciło wspo­mnie­nie gabi­netu pach­ną­cego kawą zapa­rzoną w szklance otu­lo­nej srebr­nym koszycz­kiem i cichy, nie­mal cie­pły głos. Niech pani będzie roz­sądna, pani Agnieszko, prze­cież zdaje pani sobie sprawę, że pani do nas nie pasuje.

Też ski­nęła głową, zupeł­nie jak lustrzane odbi­cie sie­dzą­cej przed nią kobiety. Kaja przy­po­mi­nała jej kogoś, choć Agnieszka nie potra­fi­łaby powie­dzieć kogo. Może gdy czło­wiek żyje wystar­cza­jąco długo, wszyst­kie twa­rze zaczy­nają się wyda­wać do sie­bie podobne. A jed­nak mogłaby zało­żyć się o nie­wielką sumę, że widziała już kie­dyś ten kwa­dra­towy pod­bró­dek, długi, klu­sko­waty nos i oczy z leni­wie opa­da­ją­cymi powie­kami. Kaja nie była piękna, ale zacho­wy­wała się ze swo­bodą pięk­nych kobiet i przez to rze­czy­wi­ście sta­wała się piękna, jakby siłą woli udało jej się poko­nać ogra­ni­cze­nia ciała. Agnieszka, która w mło­do­ści przy­wy­kła uwa­żać samą sie­bie za cał­kiem ładną i zgrabną (oczy­wi­ście nie przez cały czas, to ni­gdy nie jest cały czas), pomy­ślała, że dawno temu chcia­łaby mieć choć połowę pew­no­ści sie­bie tej dziew­czyny. Może wtedy jej życie poto­czy­łoby się ina­czej. A może nie.

Kaja mil­czała i w tej ciszy wyda­wała się jakaś dziwna, obca, odmienna od dzien­ni­ka­rek, które bywały u Agnieszki wcze­śniej. Tamte przy­po­mi­nały kolo­rowe ptaki, ładne urodą z tele­wi­zora, szcze­bio­czące. Przy­cho­dziły w imie­niu cza­so­pism takich jak „Fakt”, „Wróżka” albo „Detek­tyw”, pra­wiły Agnieszce zupeł­nie nie­za­słu­żone kom­ple­menty, zachwy­cały się biblio­teczką, a potem, już po zada­niu wszyst­kich pytań i skru­pu­lat­nym nagra­niu odpo­wie­dzi, robiły jej zdję­cie na tle opa­słych tomów. Zdję­cie, na któ­rym wyglą­dała sza­cow­nie i poważ­nie, jak ktoś ze świata uni­wer­sy­tetu, a nie „Wróżki”, „Faktu” czy „Detek­tywa”, jakby tamta roz­mowa nad kawą w szklance otu­lo­nej srebr­nym koszycz­kiem ni­gdy się nie odbyła. Potem zni­kały, pozo­sta­wia­jąc po sobie zapach dro­gich kosme­ty­ków i leżącą na stole umowę.

Myśl o dzien­ni­kar­kach uświa­do­miła Agnieszce, że Kaja nie wymie­niła żad­nego z popu­lar­nych szma­tław­ców. Powie­działa tylko „jestem z War­szawy”, jakby to wszystko wyja­śniało. Z kolei myśl o umo­wie pod­su­nęła jej pewien pomysł.

— Jeśli chce pani ze mną roz­ma­wiać, musi pani zapła­cić — oznaj­miła, prze­ry­wa­jąc w końcu nie­zręczną ciszę. — Umowa na wywiad to jedno, ale wcze­śniej potrze­buję zaliczki. W gotówce.

— Ile? — Kaja nawet nie mru­gnęła.

Agnieszka zasta­no­wiła się. Nie chciała wyjść na chciwą, pra­gnęła tylko spra­wić wra­że­nie kobiety, która się ceni.

— Czte­ry­sta zło­tych.

Żół­to­włosa dzien­ni­karka się­gnęła po port­fel i wyjęła z niego cztery nowe, sztywne jesz­cze setki, wyglą­da­jące jakby zostały wypła­cone z ban­ko­matu nie dalej niż dwie, może trzy godziny wcze­śniej. Zupeł­nie jakby Kaja Sabat prze­wi­działa tę prośbę i zawczasu zaopa­trzyła się w gotówkę. Agnieszka poczuła się nie­swojo. Pie­nią­dze miały spra­wić, że zazna­czyw­szy swoją pozy­cję, poczuje się lepiej, tym­cza­sem poczuła się gorzej, wytrą­cona z rów­no­wagi we wła­snym domu. Bank­noty wyraź­nie odci­na­jące się od brą­zo­wej i czar­nej sta­ro­ści drew­nia­nego stołu patrzyły na nią oskar­ży­ciel­sko. Agnieszka pra­gnęła, żeby tamta je sobie zabrała, wło­żyła z powro­tem do port­fela, skąd przed chwilą się wynu­rzyły.

— Chce pani usły­szeć moją histo­rię? — Ucze­piła się ostat­niego skrawka sta­łego lądu. W końcu one wszyst­kie przy­cho­dziły po to samo, prawda? — O tym, co zda­rzyło się w kamie­nio­ło­mie czter­dzie­ści lat temu. O mnie, Andrzeju, Jance i… — Imię znów ucie­kło jej z pamięci, ale wie­działa, że prę­dzej czy póź­niej je odnaj­dzie.

Kaja spo­glą­dała wzro­kiem, w któ­rym Agnieszka roz­po­znała cie­ka­wość i jesz­cze coś, co napeł­niło ją trwogą: litość. Sta­rze­jące się kobiety muszą być na nią przy­go­to­wane i Agnieszka w pew­nym sen­sie rze­czy­wi­ście była. Wie­działa, że za tydzień, mie­siąc czy rok sprze­daw­czy­nie w skle­pie (te miłe, które zawsze zna­la­zły chwilę, żeby z nią poga­wę­dzić) obda­rzą ją takim spoj­rze­niem, gdy przy kasie zapo­mni wła­ści­wego słowa, a mło­dzi ludzie zaczną ustę­po­wać jej miej­sca w auto­bu­sie.

Ale nie w jej wła­snym domu, nie wtedy, gdy pozu­jąc na tle biblio­teczki, ma opo­wie­dzieć swoją histo­rię.

— Tak naprawdę — głos Kai był nie­mal cie­pły, nie­mal przy­ja­zny, zupeł­nie jak głos dzie­kana z tam­tego dnia — chcia­ła­bym wie­dzieć, dla­czego pani kła­mała.

Strze­lin, rok 1985

Stała przy oknie, patrząc, jak czerw­cowy zmierzch otula kikut wieży ratu­szo­wej, zaciera jej kon­tury i osa­dza się gęst­nie­ją­cym mro­kiem w zaka­mar­kach strze­liń­skiego rynku. Cie­nie wydłu­żały się, w miarę jak niebo gasło, powie­trze nabie­rało ostro­ści, podob­nie jak śmie­chy ludzi roz­ma­wia­ją­cych pod blo­kiem, teraz wyraź­niej­sze, jakby wykro­jone nożem z coraz chłod­niej­szego wie­czoru. Zaczy­nała się naj­krót­sza noc w roku. Beata wciąż wra­cała myślami do nagich ciał w tra­wie i wian­ków spły­wa­ją­cych z nur­tem rzeki, choć w jej nie­spełna czter­dzie­sto­let­nim życiu ni­gdy nic takiego nie miało miej­sca. A Agnieszka jeśli upra­wiała gdzieś teraz seks, to raczej na tap­cza­nie w M3, a nie na łonie natury. I co z tego?, pomy­ślała Beata po raz kolejny. Jest doro­sła, nie musi wra­cać do domu przed dobra­nocką.

Ale prze­cież obie­cała, prawda? Powie­działa, że przyj­dzie, zanim zacznie się film po dzien­niku. Wie­czorny seans przed tele­wi­zo­rem był ich wspólną tra­dy­cją, a Agnieszka zawsze dotrzy­my­wała słowa.

Zapo­mniała. Dzie­więt­na­sto­lat­kom mnó­stwo rze­czy wypada z głowy, kiedy dobrze się bawią.

Co z tego? Obra­cała te słowa raz po raz na języku, aż zupeł­nie zatra­ciły jaki­kol­wiek sens, zle­wa­jąc się w zbitkę gło­sek brzmią­cych jej w gło­wie jak dud­nie­nie nad­cią­ga­ją­cego prze­ra­że­nia: coz­te­go­coz­tego…

Dawno temu, gdy zde­cy­do­wała się zacho­wać dziecko znacz­nie star­szego, żona­tego męż­czy­zny, który wyparł się zarówno jej, jak i ciąży, modliła się, żeby uro­dzić dziew­czynkę. Dziew­czynki są spo­koj­niej­sze, mówiły kole­żanki, łatwiej­sze w pro­wa­dze­niu, zoba­czysz, chło­paki potra­fią nie­źle dać w kość. Sama mam dwójkę, więc wiem. Teraz coraz czę­ściej przy­ła­py­wała się na myślach, że wola­łaby być matką nasto­latka, choćby i trud­nego, który wra­całby do domu pijany, ze śla­dami po bójce przy­pro­wa­dzony przez mili­cjan­tów. A nie nasto­let­niej dziew­czyny, bo nasto­let­nim dziew­czy­nom w takie wła­śnie cie­płe let­nie wie­czory przy­da­rzają się złe rze­czy. Przy­gry­zła wargę, wciąż wpa­trzona w okno, za któ­rym świa­tło zapa­lo­nych przed chwilą latarni wyła­wiało z pół­mroku syl­wetki prze­chod­niów. Żadna z postaci prze­ci­na­ją­cych rynek nie była jej córką. Beata pozna­łaby ją nawet w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. Agnieszka, wysoka i szczu­pła, jakby skła­dała się z samych rąk, nóg i spi­cza­stych łokci. Agnieszka, któ­rej zda­rzało się prze­wró­cić na pro­stej dro­dze, a na wuefie ni­gdy nie potra­fiła prze­rzu­cić piłki nad siatką. Roz­siane po miesz­ka­niu kubki z nie­do­pitą her­batą, dziury w raj­sto­pach i siniaki na przed­ra­mio­nach. Jej kole­żanki pły­nęły z wdzię­kiem przez życie, ona parła naprzód, obi­ja­jąc się o wszyst­kie kanty. Zawsze, od maleń­ko­ści róż­niła się od innych dzieci, choć to ni­gdy nie były duże róż­nice. Ot, jakiś dro­biazg tu i tam, ni­gdy nic kon­kret­nego, nic, co można by przed­sta­wić psy­cho­lo­gowi albo i współ­czu­ją­cej kole­żance (nie żeby Beata miała jakieś kole­żanki, współ­czu­jące czy nie). Cza­sem się zasta­na­wiała, czy nie prze­sa­dza, czy nie jest prze­wraż­li­wiona, jak bywają cza­sem samotne matki. Bo prze­cież Agnieszka dobrze sobie radziła, miała przy­ja­ciół, i nie dalej jak mie­siąc temu zdała maturę na samych czwór­kach i piąt­kach. A jed­nak…

Zawsze pozo­sta­wało to paskudne, osa­dza­jące się nie­przy­jem­nym cię­ża­rem w żołądku „jed­nak”. Ta obawa, że ktoś zoba­czy w Agnieszce to, co dostrze­gała jej matka. Jej inność i sła­bość, tajem­nice i kłam­stwa. Zoba­czy, a potem ją skrzyw­dzi.

Agnieszka dziś przy śnia­da­niu, grze­biąca widel­cem w sty­gną­cej jajecz­nicy.

— Wycho­dzę wie­czo­rem, dobrze, mamo? Wrócę przed ósmą.

— Z kim wycho­dzisz?

— Z kole­żan­kami.

— Dokąd?

— Tak tylko, pokrę­cić się po mie­ście.

Beata ski­nęła głową, choć miała ochotę wrza­snąć: gdzie i z kim, nazwi­ska! Nie­dawno ze zdu­mie­niem i jed­no­cze­śnie pewną dozą roz­ba­wie­nia odkryła, że każda matka nasto­let­niego dziecka ma w sobie coś z ofi­cera NKWD.

A jed­nak zmil­czała i ode­zwała się, dopiero gdy córka dopiła her­batę i zamie­rzała już wstać od stołu.

— Masz chło­paka?

Chciała zapy­tać ina­czej, bar­dziej łagod­nie i pod­stęp­nie, ale słowa wymknęły jej się z ust i leżały teraz pomię­dzy nimi, cięż­kie jak kamie­nie.

Agnieszka odwró­ciła wzrok. Jej twarz, pokryta deli­kat­nymi pie­gami, była miękka i po dzie­cię­cemu otwarta, a Beata nagle z jakie­goś powodu przy­po­mniała sobie dzień, kiedy jej córka po raz pierw­szy skła­mała. Miała wtedy pięć lat, zde­cy­do­wa­nie późno jak na pierw­szą w życiu nie­uczci­wość, ale Beata i tak czuła się nie­sa­mo­wi­cie dumna. Od tam­tego czasu dziew­czyna nauczyła się kła­mać znacz­nie lepiej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki