Pocałunki zamiast słów. Vancouver Agitators: miłość na lodzie #1 - Meghan Quinn - ebook

Pocałunki zamiast słów. Vancouver Agitators: miłość na lodzie #1 ebook

Meghan Quinn

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Autorka bestsellerów z listy USA Today

Ten wieczór zmienił wszystko.

Potężna burza, chwila nieuwagi i samochód Winnie Berlin zsunął się do rowu. Dziewczyna musiała szukać pomocy. Trafiła do tajemniczego domu w sercu dzikiego pustkowia kanadyjskich gór. Przemoknięta i zmarznięta, marzyła tylko o gorącym prysznicu. Zapukała do drzwi. W środku znajdowali się mężczyźni. Młodzi, wyjątkowo przystojni, charyzmatyczni: hokeiści gwiazdorskiej drużyny Vancouver Agitators. Wśród nich znalazł się on, Pacey Lawes, bramkarz. Żywiołowy, pewny siebie, wspaniały.

Winnie nie miała wyboru. Musiała zostać na noc w małym domku i poddać się magnetycznemu urokowi Paceya. A ten od początku czuł do niej coś, czego nie sposób zignorować. Bardzo szybko zrozumiał, że na tej dziwnej burzowej nocy się nie skończy. W Winnie dostrzegł coś, czego nie miała żadna inna znana mu kobieta. Ta jedna noc odmieniła również jego.

Jednak miłość nie znosi tajemnic, a Winnie i Pacey mają ich więcej, niż chcieliby przyznać. Przez pewien czas wystarczały pocałunki i zauroczenie. Ale nieuchronnie nadchodzi moment odkrywania tajemnic. Tajemnic, które mogą zniszczyć rozkwitające uczucie...

Jego miłość nadchodzi jak burza. Na to nigdy nie będziesz gotowa...

Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 564

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Meghan Quinn

Pocałunki zamiast słów.

Vancouver Agitators: miłość na lodzie #1

Tytuł oryginału: Kiss and Don’t Tell (The Vancouver Agitators #1)

Tłumaczenie: Marcin Kuchciński

ISBN: 978-83-289-2268-6

Copyright © 2021. KISS AND DON’T TELL by Meghan Quinn

The moral rights of the author have been asserted.

Translation copyright © 2026 by Helion S.A.

Cover Design By: RBA Designs; Cover Illustrations By: Gerard Soratorio

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

editio.pl/user/opinie/pocva1_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Kup w wersji papierowejPoleć książkę na Facebook.comOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » Nasza społeczność

Prolog

Pacey

Ależ ze mnie idiota.

No tak, w sumie nic nowego.

Wiem, że każdy facet wypowiada te święte słowa co najmniej kilkunastokrotnie w swoim życiu.

Przyznaję – byłem durniem już tyle razy, że straciłem rachubę.

Ale teraz…

To jest zdecydowanie największy błąd, jaki dotychczas popełniłem.

Och, czyżbym was zaintrygował? Chcecie wiedzieć, co takiego się stało, że uważam to za największą wpadkę?

To proste.

Wystarczy jedno słowo: miłość.

Dobra, dobra, wiem, że nie jestem jedynym facetem, który ma przejebane, jeśli chodzi o miłość. Szczerze mówiąc, uważam, że schrzanianie spraw sercowych leży w ludzkiej naturze. Ale to jest mój pierwszy raz. I to właśnie czyni to wszystko takim wyjątkowym.

Tak, mój pierwszy raz.

Prawiczek… No cóż, może nie w sensie seksualnym, ale na pewno uczuciowym. Seks już uprawiałem. Sporo. Nie żebyśmy musieli się akurat teraz w to zagłębiać, ale prawiczkiem nie jestem.

No i widzicie? To właśnie jest mój problem. Tak, to wszystko, co dotychczas napisałem. Mój mózg wariuje i piszę, co mi ślina na język przyniesie. Chciałbym zrzucić winę na kontuzję, która prawie zakończyła dla mnie ten sezon, ale to byłby tylko kozioł ofiarny. Po prostu jestem idiotą.

Macie już dość tego pieprzenia? Cóż, gdybyście znaleźli się w moim łóżku, to na pewno nie mielibyście tego dość!

No wiem, wiem. Sam siebie też już wkurzam.

Okej, powiem to wprost: zjebałem. Jak? Cóż, postaram się opowiedzieć to krótko i prosto…

Ulewa.

Przypadkowa dziewczyna zjawia się w naszym domku.

Przypadkowa dziewczyna zostaje… Nie przejmujcie się, wrócę jeszcze do tego.

I ta przypadkowa dziewczyna okazuje się byłą dziewczyną mojego przyrodniego brata.

Ona nic nie wie.

Ale ja wiem.

Myślicie, że jej o tym mówię?

Nie, niby po co miałbym to robić? Przecież to byłoby najmądrzejsze, a już chyba ustaliliśmy, że jestem idiotą.

Czy w końcu poznaje prawdę? Oczywiście.

Czy się na mnie wścieka? No jasne.

Czy mnie zostawia… smutnego, samotnego i tęskniącego za miłością?

Absolutnie.

Czy zasługuję na to?

Nawet bardziej niż wam się wydaje.

Ale najważniejsze pytanie brzmi: czy sądzicie, że powinienem dostać jakąś szansę na odzyskanie jej?

NIE?

Co?

Zanim podejmiecie ostateczną decyzję, poznajcie, proszę, całą historię. Jestem niemal pewien, że zmienicie zdanie…

1

Pacey

– Psujesz nastrój, stary – zauważa Hornsby, siedząc w basenie. – Nie zmuszaj mnie do tego, bym zachował się jak mój własny stary i wyłączył ci wi-fi.

Ignoruję go i raz jeszcze oglądam filmik. Zwód w lewo, skręt w prawo, strzał w lewe okienko… i bramka!

To proste.

Każdy nastolatek może zrobić taki trik. Nie nazwałbym tego nawet trikiem – to hokejowe abecadło.

A jednak nie udało mi tego powstrzymać.

– Możesz sobie to oglądać w nieskończoność. Przecież to i tak już niczego nie zmieni – zauważa Taters, nasz prawoskrzydłowy.

– Ale jak, pytam, jak nie udało nam się tego wyblokować? – Odkładam telefon na leżak i odchylam się do tyłu, przeczesując dłonią włosy. – To było takie prymitywne zagranie, a ja pozwoliłem mu puścić sobie krążek obok ręki.

– Cóż, to nie przez ten jeden strzał straciliśmy play-offy – zauważa Taters. – Każdy z nas miał udział w tej porażce.

Tak, ale to ten gol zadecydował o zwycięstwie, co oznacza, że wina spoczywa na moich barkach.

– Teraz już nic nie możesz na to poradzić – mówi pocieszającym głosem Eli Hornsby, najprzystojniejszy obrońca w lidze. Zakłada ręce za głowę i odchyla się do tyłu w geście, który jasno daje do zrozumienia, że on już zaakceptował przegraną i teraz zamierza pozwolić sobie na relaks. Nie rozumiem go. Ja wciąż nie mogę przeboleć tej porażki i odpadnięcia z play-offów. – A jaka jest zasada numer jeden, gdy jesteśmy w domku? – kontynuuje.

– Zero hokeja – przypomina Posey, po czym bierze rozbieg i skacze na bombę do basenu.

Każdego lata, po sezonie, cała nasza paczka wyjeżdża do Banff w Kanadzie, do domku Silasa Tatersa – cóż, to prawdziwa rezydencja, ale my nazywamy to „domkiem” – i się wyluzowujemy. Zapominamy o hokeju, cieszymy się słońcem i malowniczymi górami i po prostu… się obijamy.

To miejsce jest do tego idealne: ze wspaniałymi widokami na kanadyjskie Góry Skaliste, z małomiasteczkową atmosferą Banff, z dala od zgiełku Vancouver i w odpowiedniej odległości od jakiegokolwiek obiektu treningowego – poza wartą milion dolarów siłownią w „piwnicy” tego „domku”.

Ale w tym roku nie jestem w nastroju do relaksu. Byliśmy tak blisko… Tak cholernie blisko naszego trzeciego mistrzostwa. Bardzo chciałem je zdobyć. Nie wiem, ile będę jeszcze grał, a teraz, kiedy byliśmy o włos od awansu do finału, szansa na to, by wznieść Puchar Stanleya nad głową i objechać z nim całe lodowisko, pokazując wszystkim, że moja drużyna, Vancouver Agitators, jest najlepsza… O kurwa, jak to boli…

Naprawdę myślałem, że w tym roku się uda. Byliśmy pewni zwycięstwa.

Sprawdzona drużyna, gotowa na wyzwania.

Byliśmy faworytami.

Spieprzyliśmy to jednak koncertowo.

Jak oni mogli się tak łatwo pogodzić z takim zakończeniem sezonu?

– Krzywisz się – zauważa Taters, chlapiąc wodą w moim kierunku.

Silas Taters, nasz szybki jak wiatr prawoskrzydłowy, ma obecnie własne problemy, w co na razie nie zamierzam się zagłębiać, ale jakoś nie przeszkadza mu to w rzucaniu złośliwych komentarzy i prowokowaniu innych – z czego jest znany i co też robi naprawdę dobrze. Dołączył do drużyny w tym samym roku co ja i doskonale wiem, że zależało mu na tym zwycięstwie co najmniej tak samo jak mnie. Więc albo dobrze udaje, albo naprawdę potrafi oddzielić różne sprawy.

– Idę po drinka – oznajmiam, podnosząc się z leżaka.

– Skoro tak, to bądź dżentelmenem i przynieś wszystkim po jednym – ożywia się Hornsby.

Eli Hornsby, nasz drużynowy piękniś. Co tam drużynowy – gość jest najprzystojniejszym zawodnikiem w całej lidze. Idealne zęby, idealny nos, idealna twarz. Jest silny jak tur, uda ma jak skała, a do tego jest najbardziej napalonym na laski skurwielem, jakiego znam. Myślę, że spał chyba już z każdą w Vancouver, z dokładnością do kilku. Na treningach daje z siebie wszystko, ale potem imprezuje, sprawiając wrażenie, że to część jego pracy. I żre tak, jakby jutro mieli zamknąć wszystkie supermarkety. A następnego dnia powtarza to wszystko od nowa. Jego styl życia wywołuje u mnie jakiś niepokój. Dziwne, zważywszy, że to właśnie Eli zawsze próbuje mnie „rozluźnić”.

– Masz ochotę na mleko czekoladowe? – pytam.

Przyciska dłoń do umięśnionej klaty.

– Jak widzisz, mleko dobrze robi ciału, ale tym razem przynieś mi browarka.

Przewracając oczami, wchodzę do części domu przylegającej do basenu. Taters mówi, że to jest oranżeria, ale mnie się zdaje, że to niezbyt dobrze opisuje zwyczajne patio z krytym basenem oddzielone od domu przesuwnymi szklanymi drzwiami. Jest tu jednak przyjemnie, ponieważ kiedy drzwi są rozsunięte, ma się wrażenie, jakby się było na zewnątrz, a kiedy robi się chłodno, można włączyć ogrzewanie basenu, zamknąć drzwi i pływać sobie dalej.

Wchodzę do kuchni akurat w momencie, gdy Posey zatrzaskuje lodówkę. Przyłapany na gorącym uczynku – w zębach trzyma kawałek mortadeli, a w obu dłoniach dzierży po piwie.

Levi Posey, bezkompromisowy obrońca i absolutna bestia. Milutki miś w środku, ale brutalny diabeł na lodzie. Zderzenie z nim to jak wpadnięcie pod rozpędzony pociąg towarowy.

– Dlaczego jesz takie gówno? – pytam.

Wyjmuje mortadelę z ust i odpowiada:

– Szczerze mówiąc, myślę, że mam pewien problem, ale chyba nie chcę pomocy w jego rozwiązaniu.

Posey uwielbia mortadelę. Przed każdym meczem zjada kanapkę z tą wędliną i musztardą. A potem śmiga na swoich łyżwach z gracją tarana i burczeniem w brzuchu… aż przelatuje mnie dreszcz na samą tę myśl.

– To dla mnie?

Spuszcza wzrok na trzymane w dłoniach puszki.

– Eee, nie. Oba wziąłem dla siebie.

– Więc wyświadcz mi, proszę, przysługę i zanieś też po jednym Horny’emu i Tatersowi.

Wymijam go i otwieram lodówkę. Wszystkie półki zastawione są piwem – nawet szuflada z delikatesami, w której Posey trzyma swoją wędlinę. Zawsze sprowadzamy z miasta kucharza. Gość jest naprawdę super i często zostaje z nami na wieczór. Dziś też miał przyjechać i zrobić nam coś do jedzenia, dlatego lodówka jest obecnie zaopatrzona niemal wyłącznie w piwo.

Mnóstwo piwa.

Ten, kto by to zobaczył, mógłby dojść do wniosku, że ktoś tu ma problem z alkoholem. Ale to nieprawda. Sączymy piwko za piwkiem, rozluźniając się po długim sezonie.

Tak właśnie się relaksujemy.

I tak zapominamy.

Biorę puszkę i zamykam za sobą lodówkę. Rozglądam się po otwartym dole.

– Gdzie Holmes? – pytam.

– Wydaje mi się, że jest na balkonie. A przynajmniej tam widziałem go ostatnio – odpowiada Posey.

– Pił już coś?

– Nie, jeszcze nie.

Sięgam więc ponownie do lodówki, wyjmuję puszkę dla Holmesa i idę na górę. Zamierzam dołączyć do niego, bo – jak powszechnie wiadomo – smutki najlepiej pokonuje się w towarzystwie.

– Myślę, że on woli teraz być sam! – woła za mną Posey.

– A kiedy on nie chce być sam? – odpowiadam i wbiegam po dwa stopnie naraz.

Wszyscy single w naszej drużynie zawarli pakt, aby przyjeżdżać tutaj poza sezonem, kiedy pozostali koledzy spędzają czas ze swoimi rodzinami i z dziewczynami. W naszym przypadku to się sprawdza.

Szczególnie dla Holmesa, który faktycznie jest samotnikiem.

Znajduję go na balkonie, tak jak powiedział Posey, siedzącego na bujanym fotelu, z opadniętymi ramionami i wzrokiem skupionym na kolanach, zamiast na majestatycznym widoku gór przed nim.

Halsey Holmes – środkowy – nasz najlepszy strzelec, potrafi uderzyć tak mocno i niespodziewanie, że nie wiesz, że to zrobił, dopóki nie usłyszysz brzęczyka sygnalizującego zdobytą bramkę. To on ma na koncie najwięcej goli i asyst. I nawet jeśli poza lodowiskiem woli chodzić swoimi ścieżkami, to na lodzie jest spoiwem, które trzyma naszą drużynę razem. Dwa lata temu w wypadku samochodowym stracił brata bliźniaka, Holdena. Będąc jednym z trzech chłopców Holmesów grających zawodowo w hokeja, Halsey całkowicie odciął się od swojej rodziny, przestał interesować się normalnym życiem i skupił się wyłącznie na sporcie. Przyjeżdża do Banff tylko dlatego, że praktycznie go do tego zmuszamy. A kiedy stąd wyjedziemy, kolejno będziemy go wspierać – aż do początku następnego sezonu.

Otwieram moskitierę i wychodzę na balkon. Holmes nawet nie zadaje sobie trudu, by sprawdzić, kto do niego dołączył. Podaję mu puszkę, a on ją bierze.

– Mogę się dosiąść?

– Nie – odpowiada, otwierając piwo.

– Nie potrafię siedzieć tam teraz z nimi i udawać, że nie zawaliliśmy tych pieprzonych play-offów. – Gdy Holmes nic nie mówi, kontynuuję: – Minął już tydzień, a ja wciąż rozmyślam o tym ostatnim straconym golu.

– Zamarłeś – mówi, podnosząc puszkę do ust.

– Co? – pytam.

– Widziałem. Dokładnie w chwili, gdy Frederic wbił łyżwę w lód i zamierzył się do strzału, zesztywniałeś.

– Ja nie…

– Wciąż jest w tobie strach – kontynuuje Holmes, nie zważając na moje protesty i nie próbując nawiązać ze mną kontaktu wzrokowego. – A bramkarz nie może się bać. Podczas meczu twoje ciało nie należy do ciebie, tylko do całej drużyny. Zachowujesz się tak, jakby ono wciąż było twoje, i to dlatego nie udało ci się obronić tego strzału. – Teraz ja się nie odzywam, a on dodaje: – Udowodnij, że się mylę.

I to w tym wszystkim jest właśnie najgorsze – nie mogę tego zrobić.

Jeden pieprzony strzał. Jeden strzał… a ja właśnie w tym momencie zamarłem.

Jestem bramkarzem i czasem po prostu powinienem stać w bramce nieruchomo. Ale czuję, że coś tu jest nie tak.

Podnoszę puszkę do ust i mówię:

– Nie potrafię ci udowodnić, że się mylisz.

To prawda.

Bo ja faktycznie w tamtej chwili zamarłem.

Kiedy zobaczyłem, jak Frederic wbija łyżwę w lód i zbiera się do strzału, strach popełzł mi w górę po karku, jak dzieje się zawsze, gdy spodziewam się prawdziwej bomby. Tyle że tym razem nie byłem dostatecznie szybki. Pozwoliłem strachowi zapanować nade mną.

W oddali słychać grzmot, który odbija się echem między szczytami gór. Błękitne dotychczas niebo szybko zmienia się w szare, a chmury przesuwają się w naszą stronę.

Zbliża się burza.

Jakby na zawołanie.

Pasuje do burzy, która wzbiera również we mnie.

***

– Nie wydaje mi się, żeby Stephan dał radę tu dziś dotrzeć – mówi Posey, siadając przy barze w kuchni z kolejnym plastrem mortadeli w dłoni.

– Musi. – Hornsby próbuje zaczarować rzeczywistość, zaglądając do lodówki. – Do jedzenia mamy tylko czipsy i krakersy.

– No i jest jeszcze mortadela – zauważa Posey. – Mogę zrobić kanapki dla wszystkich.

– Nikt tu nie ma ochoty na twoją cholerną mortadelę – mówię, a w brzuchu głośno mi burczy.

Burza przyszła szybko. Sieć komórkowa jest słaba i czasem zupełnie nie ma zasięgu, internet nie działa w ogóle, deszcz wali w okna jak szalony, a błyskawice co chwila rozświetlają ciemne nocne niebo. I to nie jest byle jaka burza – z każdym grzmotem czujesz, jak cały dom trzęsie się pod twoimi stopami.

Stephan to nasz kucharz – najlepszy, jakiego można wynająć w okolicy. Ale niestety, uważam, że Posey ma rację. Nie ma szans, by tu dziś dotarł. Dom znajduje się na szczycie stromego wzgórza. Kiedy leje tak mocno jak teraz, droga zmienia się w błotnistą ślizgawkę. Nawet półciężarówka Stephana nie byłaby w stanie pokonać wzniesienia.

– Przeżyję na ciasteczkach do rana – mówi Hornsby, biorąc paczkę.

Nagle jego oczy się zwężają. Zagląda do foliowego rękawa, który najwyraźniej okazuje się pusty, bo Hornsby kieruje wściekłe spojrzenie na Poseya, a ten ucieka wzrokiem w bok.

– Co, do cholery, Posey? Zeżarłeś wszystkie krakersy?

– Dlaczego uważasz, że to ja? – Posey odpowiada pytaniem. – To równie dobrze mógł być Holmes.

– Ja nie zjadłem krakersów – zapewnia Holmes, nie ruszając się z kanapy, na której czyta książkę.

Posey naprawdę mógłby wybrać jakiegoś bardziej prawdopodobnego winowajcę. Holmes żyje jak pustelnik i nie zawracałby sobie głowy podjadaniem krakersów.

– Bo od rana tylko ty siedzisz non stop w kuchni – rzuca oskarżycielsko Taters, biorąc puste opakowanie z rąk Hornsby’ego. – No i kto, do cholery, odkłada pustą paczkę na miejsce? To mógł zrobić tylko jakiś palant.

– A skąd miałem wiedzieć, że będzie burza? Jeśli ktoś tu jest winny, to tylko TY, Taters. Jesteś gospodarzem i twoim obowiązkiem jest o nas zadbać. – Tu akurat Posey ma trochę racji.

– Ależ zadbałem. Załatwiłem wam Stephana.

Posey krzyżuje ręce na piersi.

– I właśnie widzimy, jak to wyszło.

Piorun uderza gdzieś w pobliżu i wszyscy aż wzdrygamy się pod wpływem potężnego, dudniącego dźwięku.

– Myślicie, że da się dojechać do miasta? – pytam.

Taters parska śmiechem.

– Jeśli masz ochotę zjechać jak na sankach po błotnistym torze, to proszę bardzo. W innym razie zalecałbym pozostanie w domu.

Cóż, zapytać zawsze można.

– Moje kanapki stają się coraz bardziej kuszącą alternatywą, co nie? – zauważa z lekkim uśmieszkiem Posey.

I właśnie wtedy ktoś puka do drzwi.

Spoglądamy na siebie w zaskoczeniu.

– O cholera. Więc jednak udało mu się tu dojechać? – Taters już biegnie do drzwi. Lecz kiedy je otwiera, na progu stoi nie Stephan, lecz jakaś drobna, przemoczona postać. Stoi, drżąc w płaszczu przeciwdeszczowym z szerokim, zakrywającym twarz kapturem. Niebo w oddali rozświetla błyskawica. To scena żywcem wyjęta z horroru, ale my z jakiegoś powodu stoimy jak wryci i nadal wpatrujemy się w tę postać.

– To nie Stephan – zauważa szeptem Hornsby.

I dokładnie w tym momencie uderza piorun. Brzmi to tak, jakby walnął prosto w dach. Błysk oślepiającego światła i ogłuszający huk. Nieznajomy podnosi głowę i światło błyskawicy oświetla dolną połowę jego mokrej od deszczu twarzy, pozostawiając resztę skrytą w złowróżbnych cieniach. Uderzenie pioruna i ten nagły ruch postaci sprawiają, że cofamy się wszyscy, jakby odrzuceni jakąś niewidoczną siłą. Jaja skurczyły mi się z przerażenia i jestem pewien, że nie tylko mi.

– Jezu – rzuca słabym głosem Posey, zsuwając się ze swojego krzesła. – Diabeł! – Wyciąga dłoń i wskazuje prosto na postać.

Jestem pewien, że ma rację. Bo niby co to może być innego? Ale dlaczego Taters nie zamyka drzwi? Nie ogląda horrorów czy co? To właśnie dlatego ludzie kończą z rozpłatanymi siekierą czaszkami – nie zamykają na czas drzwi.

Wszyscy wstrzymujemy oddech, gdy postać powoli zsuwa kaptur i mówi:

– Nie, przysięgam, że nie jestem żadnym mordercą.

To dziewczęcy głos.

– Włącz światło na ganku, do jasnej cholery – komenderuję.

Taters naciska włącznik i naszym oczom ukazuje się twarz dziewczynki… tyle tylko, że to wcale nie jest mała dziewczynka.

To dziewczyna mniej więcej w naszym wieku z mokrymi blond włosami, przestraszonymi oczami i idealną twarzą w kształcie serca. Cała drży.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale mój samochód utknął w błocie. Zobaczyłam światła w oknach i dlatego przyszłam. Macie tu zasięg? Albo telefon stacjonarny?

Za jej plecami rozlega się kolejny grzmot, a ona wzdryga się jeszcze bardziej.

– Nie. Sorry – oświadcza Taters i już zamierza zatrzasnąć przed nią drzwi, ale Hornsby w porę go powstrzymuje.

– A co ty, do cholery, robisz?

Taters wygląda na zaskoczonego.

– No co? Przecież ona szuka telefonu, a nasze nie działają. Co jeszcze mógłbym jej powiedzieć?

– Spytaj ją, czy chce wejść do środka, idioto.

Taters przenosi wzrok z Hornsby’ego na dziewczynę i z powrotem.

– Przecież ona może być morderczynią – mówi, nie ściszając głosu.

– Powiedziała, że nią nie jest – zauważa Posey, zbierając z rękawa okruchy czipsów.

– I co, mamy wierzyć jej na słowo? – dziwi się Taters.

Wszyscy spoglądamy na dziewczynę, jakbyśmy chcieli od niej jakiegoś kolejnego potwierdzenia. Kiedy uświadamia sobie, że czekamy, pospiesznie zapewnia:

– Naprawdę. Nie zajmuję się mordowaniem ludzi. Ba, nawet nie wiem, jak się to robi.

Taters przewraca oczami.

– Każdy wie, jak się morduje ludzi.

– Ale ja nie wiedziałabym, jak to zrobić, żeby nie zostawić śladów… – poprawia się po chwili namysłu.

Tatters się krzywi.

– Błagam. Przecież każdy wie, że wrzucenie ciał do rębaka załatwia sprawę.

– Jezu – reaguję w końcu. – Po prostu ją wpuść.

– A jeśli to jakaś psycholka? – nie daje za wygraną Taters. – Chcecie tu mieć wariatkę?

– Przysięgam, że nie jestem żadną psychopatką – wtrąca dziewczyna. – Po prostu chciałam skorzystać z telefonu…

– A jak ja już powiedziałem – przerywa jej Taters i robi teatralną pauzę – nasze telefony nie działają. Tak więc przykro nam z powodu wszelkich niedogodności, ale nie masz tu czego szukać. Do widzenia.

– Jasny gwint, stary, gdzie się podziały twoje maniery? – interweniuje Hornsby, odpychając Tatersa na bok i szerzej otwierając drzwi przed gościem. – Wybacz naszemu kumplowi. On ma osobowość szóstki. Obcy w domu to jego największy koszmar.

– Moja najlepsza przyjaciółka też jest szóstką – odpowiada dziewczyna ze zrozumieniem w głosie. – Wiem, jak to jest. Na urodziny dałam jej wideodomofon Ring i powiedziała mi, że to był najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek dostała.

– Dałaś jej model Ring Doorbell Pro? – pyta wyraźnie zaintrygowany Taters, wyglądając zza ramienia Hornsby’ego. – A dokupiłaś jej do tego naświetlacz? Wiesz, że można je ze sobą sparować?

– Olej go. I chodź do środka – zaprasza Hornsby.

Dziewczyna nie rusza się jednak, uważnie nam się przyglądając.

– Och, nie chcę wam przeszkadzać. Skoro wasze telefony też nie działają, to chyba nie ma powodu, żebym wchodziła.

– A dokąd pójdziesz? – indaguje Hornsby.

– Nie wiem… Chyba wrócę do samochodu i tam przeczekam tę burzę.

– To może trochę potrwać. – Hornsby kiwnięciem głowy zaprasza ją do środka. – Serio, wchodź. Nie przeszkadzasz nam.

Dziewczyna ponownie się rozgląda, a kiedy jej oczy lądują na mnie, mam coś w rodzaju małego déjà vu. Wygląda… jakoś znajomo.

– Nie chcę, by zabrzmiało to niegrzecznie, ale widzę tu samych dużych facetów. A ja mam ze sobą tylko plecak z przekąskami, choć przyjaciółka błagała mnie, bym włożyła tam coś do samoobrony. Nie jestem pewna, czy to wy nie zamordujecie mnie.

– Przekąski? – ożywia się Taters.

– Tak… – odpowiada dziewczyna, cofając się odruchowo o krok.

– Ale nie oddam ci ich. – Hornsby bezceremonialnie odpycha Tatersa na bok. – Olej go. Ma niski poziom cukru we krwi. Owszem, jesteśmy duzi i możemy sprawiać wrażenie niebezpiecznych, ale nie jesteśmy mordercami. Jesteśmy Agitators.

Dziewczyna robi kolejny krok w tył.

– To nie brzmi zbyt zachęcająco.

– Vancouver Agitators – dodaje w celu wyjaśnienia Hornsby.

Wyraz lęku i niepewności na jej twarzy nie znika.

– Jesteśmy hokeistami – wyjaśniam. Dziewczyna przenosi spojrzenie na mnie. Ciemne rzęsy podkreślają jej lekko rozszerzone źrenice. Czuję na swojej twarzy jej wzrok, jakby był promieniem ciepła.

Ja ją skądś znam. Przysięgam, że gdzieś już ją widziałem… Ale gdzie?

– Nie oglądam hokeja – stwierdza, odwracając wzrok ode mnie.

Z naszych piersi jak na komendę wyrywa się jęk i Taters szybko przechodzi do kontrataku. Za każdym razem, gdy ktoś mówi, że nie ogląda hokeja – co nie zdarza się zbyt często, bo przecież mieszkamy w Kanadzie – to właśnie on stawia sobie za cel dowiedzieć się, dlaczego.

– Nie oglądasz hokeja? Masz ku temu jakiś powód? – Jego mowa ciała wskazuje, że jest gotów do walki.

– Hmm, mam ciekawsze rzeczy do roboty? – odpowiada, a za jej plecami wzmaga się wiatr, wrzucając krople deszczu do środka.

– Ciekawsze rzeczy? – powtarza Taters z niedowierzaniem. Potrząsa głową i wycelowuje palec w dziewczynę. – Widzicie? Miałem rację. Nie ma tu dla niej miejsca.

– Przestań pieprzyć głupoty – mityguje go Hornsby. – Nie każdy musi oglądać hokej. Czy ludzie podejmują złe decyzje w życiu? Tak, ale nie nam ich osądzać. Jesteśmy tu po to, by pomagać. – Odwraca się z powrotem do dziewczyny. – Spoko, my naprawdę nic złego ci nie zrobimy. To byłaby głupota. Wiesz, zła prasa i w ogóle. Jesteśmy miłymi chłopcami. Zapewniam.

– A skąd mam wiedzieć, że to prawda? Na serio jesteście hokeistami?

Hornsby w odpowiedzi wyciąga telefon.

– Możesz sama zobaczyć.

– Internet nie działa – zauważam.

– Cholera. – Wsuwa telefon z powrotem do kieszeni i zastanawia się przez chwilę.

– Już wiem. – Wyciąga parasole ze stojaka przy drzwiach – jeden rzuca Poseyowi, drugi Tatersowi. Nie zawraca sobie głowy Holmesem, ponieważ wszyscy wiemy, że on przez cały ten czas nawet na chwilę nie oderwał wzroku od książki. Podnosi korkową podkładkę ze stolika i mówi: – Pokażmy jej. Lawes, zrób bramkę.

– Serio? – pytam.

Hornsby spogląda na mnie chłodno.

– Tak, kurewsko serio.

Wzdychając, przesuwam dwa stołki barowe przed wyspę. Jej blat będzie poprzeczką, a krzesła słupkami. Przykucam, przyjmując postawę bramkarza.

– Teraz patrz uważnie, jak pokazujemy nasze mistrzostwo. – Hornsby, nasz obrońca, upuszcza podkładkę na podłogę i chwilę przesuwa ją tam i z powrotem czubkiem parasola. Wygląda to dość komicznie, kiedy tak próbuje naśladować ruchy rasowego napastnika. – Nie jest łatwo, bo mam przed sobą dwóch przeciwników. Holmes, przydałbyś mi się.

– Nie – dobiega nas głos z sofy.

Hornsby wzdycha i mówi:

– W takim razie, Taters, ty nie grasz. Niech będzie tylko dwóch na jednego.

– Nie ma sprawy. – Taters wycofuje się z gry. Siada na krześle i przykłada rączkę parasola do ust. – Będę komentatorem.

Ze skrzywioną miną patrzę, jak Hornsby zajmuje pozycję, a Posey staje przed nim. Stukają parasolami w podłogę, a następnie krzyżują je ze sobą. Powtarzają ten rytuał trzykrotnie, po czym Hornsby rusza do ataku. Ewidentnie chce zrobić wrażenie na dziewczynie – nie przeszkadza mu nawet to, że nie gra na swojej nominalnej pozycji. Posey też daje z siebie wszystko i wyciąga się, by dosięgnąć podstawki udającej krążek.

– Witamy na domowym pokazie hokeja parasolowego – ogłasza Taters. – Dzisiejszego wieczoru na bramce stoi Pacey Lawes. Szybki jak błyskawica, jest prawdziwą zmorą dla przeciwników przed siatką. Trzeba się bardzo postarać, by wbić krążek do bramki. A naprzeciwko mamy Eliego Hornsby’ego, ślizgającego się po drewnianej podłodze z zielonym parasolem w ręce. Walczy o utrzymanie podkładki jak najbliżej… Ba, walczy nawet o to, by utrzymać się na nogach na tej śliskiej podłodze. Myślę, że w tej chwili bardzo żałuje wyboru krążka…

– Żebyś wiedział – rzuca Hornsby dziwnie napiętym głosem.

– A z żółtym parasolem gra dziś jeden z najlepszych obrońców w lidze, Levi Posey, który nie boi się przyjąć krążka na ciało i marzy tylko o tym, by skończyć wieczór z kanapką z mortadelą, jest jak przyklejony do Horny’ego.

– Nie nazywaj mnie tak przy obcych – prosi Hornsby, obracając się w moją stronę. Nie spuszczam wzroku z podkładki, gotów do obrony każdego strzału.

– Horny już składa się do strzału, ale czy uda mu się pokonać Wielkiego Czipsojada? A może cała paczka ciastek zjedzona przez Poseya doda mu sił i pomoże odebrać krążek przeciwnikowi?

– Czujesz te ciastka w żołądku? – pytam.

– Czuję się lekki jak piórko – odgryza się Posey, sięgając parasolem po podkładkę.

– Chyba musiałbyś się rzucić – zauważa Hornsby, wymijając go zręcznie.

– Horny jest coraz bliżej bramki. Gol wisi w powietrzu. Czuję to – nie przestaje komentować Taters. – To jego popisowe zagranie. Zwód w lewo, zamach i…

Hornsby strzela, kierując podkładkę w lewą górną część „bramki”. Bez chwili zastanowienia sięgam w górę i łapię podkładkę. Hornsby nie miał nawet najmniejszej szansy.

– I Lawes broni! To była obrona, którą mógłby z łatwością wykonać nawet przez sen. To musi boleć naszego drogiego przyjaciela Hornsby’ego.

– A co z moją doskonałą obroną? – Posey także domaga się docenienia.

– Myślę, że pomogła ci ta paczka ciastek. Byłeś stabilny jak skała.

Rzucam podkładkę na ladę i ponownie siadam przy wyspie, podczas gdy Hornsby odstawia parasol do stojaka. Odgarnia włosy z czoła i spogląda na dziewczynę.

– I jak, pomogło ci to w podjęciu decyzji?

Dziewczyna stoi jak wryta, ściskając kurczowo paski plecaka i patrząc na to wszystko szeroko otwartymi oczami. Na jej twarzy maluje się totalna dezorientacja. Wcale się temu nie dziwię, choć przyznaję, że gotów byłbym całkiem sporo zapłacić za możliwość poznania jej myśli.

– Eee, chyba nie. To wszystko zrobiło się tylko jeszcze bardziej szalone… I ta ksywka… Horny. To też nie pomogło…

– Idioci – rzuca Hornsby.

– Hej. Proszę – odzywa się nieoczekiwanie Holmes, unosząc swój telefon.

Taters podchodzi do niego i spogląda na ekran.

– Masz w telefonie zdjęcie naszej drużyny? – pyta zdziwiony.

Holmes nie odpowiada i kontynuuje lekturę.

Hornsby bierze od niego telefon i zanosi go dziewczynie, która uważnie przygląda się zdjęciu.

– A dlaczego się nie uśmiechacie? – pyta. – Przecież to zdjęcie drużynowe.

– Sportowcy nie powinni się uśmiechać na zdjęciach – wyjaśnia Taters. – My mamy przerażać przeciwnika.

– Ach, mówisz o tej minie? Bo wyglądasz bardziej tak, jakbyś miał zatwardzenie.

Wszyscy wybuchamy śmiechem, a Taters wyrywa jej telefon z dłoni.

– Ale wiesz, że to jest mój dom? Ta uwaga raczej oddala cię od pozwolenia na wejście tutaj.

– Weź się uspokój, Taters – mityguje go Hornsby. – Prosimy, wejdź. Musisz się chociaż trochę osuszyć. Mamy krakersy, kanapki z mortadelą i mnóstwo piwa. Może sieć znów zacznie działać.

Blondynka nadal wydaje się niepewna, ale wchodzi.

– Pozwól, że ci pomogę – mówi Hornsby, wyciągając dłoń w jej stronę.

Dziewczyna zrzuca plecak, a następnie zdejmuje płaszcz przeciwdeszczowy, odsłaniając idealną figurę klepsydry. Nie da się jej nie zauważyć, bo ma na sobie czarne legginsy i obcisły czerwony top z głębokim dekoltem.

Cholera.

Chyba wiem, co myśli każdy facet w tym domu… oprócz Holmesa, który nie podniósł głowy znad książki – ta laska jest naprawdę gorąca.

Pytanie tylko, czy oni też mają déjà vu? Bo ja jestem niemal pewien, że już gdzieś ją widziałem.

2

Winnie

O rany, jak oni wszyscy się na mnie gapią.

Nigdy w życiu nie byłam w jednym pokoju z tyloma atrakcyjnymi mężczyznami.

Mam poczucie graniczące z pewnością, że ten, którego nazywają Horny, jest reinkarnacją jakiegoś księcia z filmów Disneya. Solidna linia szczęki i idealnie piękna twarz. Szczerze mówiąc, jest zbyt przystojny.

Potato – ten, który jest właścicielem domu – też jest niczego sobie. Ma tę manierę, która mówi ostentacyjnie: „zupełnie nie dbam o swój wygląd”, choć wszyscy wiemy, że jest dokładnie odwrotnie, a to oczywiście czyni go jeszcze bardziej gorącym.

Z kolei ciasteczkowy potwór ma jeden z najwspanialszych uśmiechów, jakie kiedykolwiek widziałam. Ma w sobie tyle chłopięcego uroku, że chce mi się uśmiechać na sam jego widok.

Nie miałam okazji przyjrzeć się lepiej chłopakowi, który leży na sofie z książką, ale uwagę przyciągają jego duże dłonie.

No i jest jeszcze ten bramkarz. Nie wiem, czy zapamiętałam jego nazwisko. Lawes? Coś w tym stylu. Byłam zbyt rozkojarzona jego niebieskimi oczami, które przywodzą mi na myśl kolor lodowca, i ciemnoblond włosami. Są nieco dłuższe, niż lubię u chłopaków – sięgają mu aż do brody – ale jemu pasują i wyglądają niesamowicie seksownie. Nie jestem pewna, czy to przez jego oczy, czy też te piaskowe fale na głowie, ale to on onieśmiela mnie bardziej niż tamten piękniś.

Najbardziej niepokoi mnie jednak to, że w tym ich bramkarzu dostrzegam coś niejasno znajomego. Jakbym widziała go gdzieś już wcześniej.

Naprawdę nie powinno mnie tu być. Katherine, moja najlepsza przyjaciółka i osobisty ochroniarz, dostałaby chyba zawału, gdyby się dowiedziała, że właśnie weszłam do obcego domu pełnego dobrze zbudowanych mężczyzn, których nigdy wcześniej nie spotkałam, mężczyzn, którzy z łatwością mogliby mnie pojmać i zamknąć w swojej piwnicy – jakbym słyszała jej słowa. Wszystkie przestrogi i ostrzeżenia zawsze kończy tą wizją – mnie przetrzymywanej w piwnicy przez porywacza. Ileż to się musiałam naprosić, żeby móc wybrać się na tę wycieczkę SAMA. Musiałam jej obiecać, że jeśli skończę w piwnicy porywacza i zadzwonię do niej po pomoc, to ona będzie miała prawo zacząć tę rozmowę od słów: „a nie mówiłam”.

Mam nadzieję, że wejście do tego domu nie okaże się spełnieniem jej przepowiedni.

Ale jaki mam wybór? Wątpię, by udało mi się odnaleźć mój samochód w tej burzy. Już dotarcie tutaj było trudne. Po drodze kilka razy się pośliznęłam i o mało nie upadłam. Nie wyobrażam sobie szukania innej bezpiecznej przystani.

Kiedy mój samochód utknął w błocie, doszłam do wniosku, że mogę tylko wypełnić plecak po brzegi jedzeniem i wodą i wyruszyć w stronę świateł pobliskiego domu. Z nadzieją na najlepsze.

I teraz muszę tu zostać. Naprawdę nie mam wyboru.

Ten nieziemsko przystojny chłopak przyciska dłoń do piersi i mówi:

– Ja jestem Eli Hornsby. Tamten to Silas Taters, właściciel tego domu i twój łaskawy gospodarz. Na kanapie leży Halsey Holmes. Wątpię, by udało ci się wejść z nim w jakąkolwiek interakcję. Woli swoje towarzystwo. Tamten, ten z szerokim uśmiechem, to Levi Posey. Uwielbia kanapki z mortadelą. A przy barze stoi Pacey Lawes. Niejaki Pacey jest też w filmie Jezioro marzeń. Ale to absolutnie przypadkowa zbieżność. Zawsze to wszystkim powtarza.

Pacey.

Podoba mi się to imię. I bardzo do niego pasuje.

– A ty jesteś…?

– Winnie – przedstawiam się. – Zbieżność z Winnie-the-Pooh – Kubusiem Puchatkiem – przypadkowa.

Spoglądam przy tym na Paceya, który odwzajemnia mój uśmiech.

– A z tamtą Winnie z Cudownych lat? – pyta Levi.

Przenoszę wzrok na niego.

– Tego nie jestem pewna. Biorąc pod uwagę fakt, że moja mama była wielką fanką Freda Savage’a, coś może być na rzeczy.

– Mój stary miał na jej punkcie bzika – oświadcza Levi. – Pamiętam, jak oglądałem z nim powtórki i w kółko opowiadał mi o tym, jak myślał, że gdy dorośnie, ożeni się z Winnie Cooper. Uwaga, spojler – nie ożenił się z Winnie Cooper, ale za to zrobił dziecko niejakiej Yessice. Klasyka. Zabawa i dużo alkoholu. Nie pobrali się, ale mój ojciec przejął opiekę nade mną i oto jestem. Skutek uboczny whiskey. Pewnie dlatego tak ją lubię. Whiskey. Jest cholernie dobra.

Eli odchrząkuje.

– Posey to nasz zespołowy gawędziarz.

– Mówicie do siebie po nazwisku? – pytam. – Bo naprawdę nie mogę się połapać, kto jest kto… – Wskazuję na gospodarza tego domu. – Wiem, że już słyszałam twoje imię, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć. Potato? Wiem, że to nie jest twoje prawdziwe imię, ale tak chciałabym się do ciebie zwracać. A ty to Eli, tak? Nie pamiętam, czy jesteś Eli, czy Horny.

– I tak, i tak – oświadcza Levi. – Możesz do nas mówić tak, jak chcesz. Szczerze mówiąc, to podoba mi się. Może sam zacznę mówić na Tatersa „Potato”? Fajnie brzmi.

– Tylko spróbuj – mruczy groźnie Potato, mijając mnie z nadąsaną miną.

Już czuję, że nie będziemy przyjaciółmi.

– Jesteś głodna? – pyta Eli. – Nie mamy za dużo żarcia, ale znajdzie się jakieś piwo i kanapka z mortadelą. Wynajęty przez nas szef kuchni miał przyjechać dziś wieczorem i przygotować nam jedzenie, ale przez tę burzę raczej tu nie dotrze. Miejmy nadzieję, że zjawi się jutro rano.

– Nie chcę was objadać. Mam co nieco w plecaku.

– O! A co? – pyta Levi, wskazując palcem mój plecak. Uśmiech na jego twarzy jest absolutnie rozbrajający.

Podchodzę do miejsca, w którym Eli położył mój plecak, i otwieram go. Przesuwam na bok ubrania i wyjmuję garść batonów proteinowych, saszetki z musem jabłkowym i kilka opakowań gotowych mieszanek na piesze wyprawy.

– Łał. Mamy fuksa! – wykrzykuje Eli i odwraca się do Potato. – No i co? Nie cieszysz się, że ją zaprosiliśmy? Ma nawet twoje ulubione przekąski. O smaku tortu urodzinowego.

– Naprawdę? Tortowe? – dopytuje Potato, wyciągając szyję.

Wybieram ze sterty baton o smaku tortu urodzinowego i rzucam mu go. Potato łapie baton jedną ręką.

– Niezły rzut, Winnie – chwali mnie Eli.

– Dzięki. Kiedyś grałam w softball. W college’u. – Unoszę w górę kolejny baton. – Smak masła orzechowego. Dla kogo?

– Ja poproszę – zgłasza się Eli. Baton o smaku jagodowym przekazuję facetowi z książką. Chyba ma na imię Halsey, jeśli dobrze pamiętam. – Uwaga, Holmes. Jagoda. Twoja ulubiona.

Halsey podnosi wzrok od książki na ułamek sekundy – tylko na tyle, by złapać baton – i natychmiast wraca do lektury.

– Dla mnie nie musisz niczego szukać. Mnie wystarczy kanapka z mortadelą – oznajmia Levi. – Zrobić też jedną dla ciebie?

– Kanapka z mortadelą… To brzmi nieźle – odpowiadam.

Levi unosi brwi.

– Oho, chyba właśnie znalazłem bratnią duszę. – Wstaje i podchodzi do lodówki.

– Ale mam jeden warunek – dodaję i facet zamiera w pół kroku. – Chcę widzieć, jak ją robisz. Muszę mieć pewność, że nie nafaszerujesz jej żadnymi narkotykami. No wiesz, kiedy spotkam się z moją przyjaciółką, muszę móc jej powiedzieć, że odhaczyłam wszystkie jej zalecenia dotyczące bezpieczeństwa… oprócz tego, że nie należy absolutnie niczego jeść w obcym domu.

Levi parska śmiechem, a Eli komentuje:

– Muszę cię zmartwić, ale ewidentnie trafiłaś pod zły adres. Nie zajmujemy się odurzaniem kobiet, ich łapaniem i przetrzymywaniem w niewoli. My po prostu próbujemy się tu trochę zrelaksować po długim sezonie.

– O, to podobnie jak ja – zauważam. – Może poza hokejem.

Odwracam się do Paceya i starając się nie zatonąć w jego oczach i nie jąkać, pytam:

– A ty masz na coś ochotę?

Spogląda na stos batonów na podłodze i kąciki jego ust unoszą się lekko, gdy podejmuje decyzję. To wykrzywienie warg wydaje mi się bardzo ujmujące.

– Baton o smaku szarlotki i paczkę mieszanki wędrowca… jeśli nie masz nic przeciwko.

– No pewnie, że nie – zapewniam. Ręka mi się trzęsie, gdy podnoszę wskazane rzeczy i mu je rzucam. Łapie wszystko z łatwością i obdarza mnie szerokim uśmiechem.

– Dziękuję.

– Żaden problem. – W moim głosie jest jakaś dziwna nieśmiałość.

– Już mam wszystkie składniki – oznajmia Levi. – Gotowa?

Odwracam wzrok od Paceya i mówię:

– Tak, gotowa.

Podchodzę do blatu, myśląc o tym, jakie to wszystko jest nierzeczywiste.

Nie znam nikogo o zdrowych zmysłach, kto wszedłby do tego domu. A już na pewno nie zrobiłaby tego żadna samotna dziewczyna z telefonem bez dostępu do sieci.

Ale oto jestem, zaraz zjem kanapkę z mortadelą, podzielę się przekąskami i zostanę wciągnięta w tę absurdalnie nierzeczywistą, jedyną w swoim rodzaju sytuację… uwięziona w domku na odludziu z grupą zawodowych hokeistów.

Czegoś takiego nie byłabym w stanie wymyślić. Aby udowodnić, kim są, rozegrali akcję z podstawką pod kubek i parasolami. Jestem tu sama z grupą przerośniętych dzieciaków…

Ale przynajmniej nie moknę. Jeśli skończę w piwnicy, to trudno.

Ale… proszę cię, Jezu, niech do tego nie dojdzie.

***

– No przyznaj – mówi Levi, trącając mnie łokciem.

Zajmujemy jedynie połowę stołu na dwanaście osób. Ja siedzę na honorowym miejscu, między Elim i Levim, dwoma najbardziej przyjaźnie nastawionymi do mnie facetami z całej tej gromadki, i kończymy naszą „kolację”.

– To naprawdę dobre. Powiedz moim kolegom, co tracą.

Przełykam i wycieram usta serwetką.

– Poza tym, że chleb klei mi się do podniebienia, to tak, kanapka była całkiem niezła.

– Chleb klejący się do podniebienia jest częścią tego przeżycia – oświadcza Levi.

– W takim razie daję dziesięć na dziesięć.

Levi uderza dłonią w blat i patrzy z wyższością na swoich kumpli.

– A mówiłem, barany. I co, pewnie teraz żałujecie, że nie daliście się skusić?

– Ani trochę – odpowiada Potato, odchylając się do tyłu na krześle i podnosząc do ust butelkę wody.

– Nie spytaliśmy cię jeszcze, skąd się tu w ogóle wzięłaś. Dokąd jedziesz? – pyta Eli.

– Przyjechałam z Seattle – odpowiadam wymijająco. Owszem, wydają się mili, ale nie muszą od razu znać historii mojego życia. – Chciałam trochę odpocząć, więc wybrałam się tutaj.

Banff od dawna było na mojej liście miejsc do odwiedzenia, tak więc wsiadłam do samochodu i po prostu tu przyjechałam.

– Z Seattle? – Levi wygląda na naprawdę zdziwionego. – To prawie dwanaście godzin drogi stąd.

Wzruszam ramionami.

– Włączyłam sobie jeden z moich ulubionych podcastów. Wyjechałam o siódmej rano. Nie było tak źle.

– Zamierzasz zatrzymać się w mieście? – dopytuje Eli.

– Hmm. Nie wiem. Szczerze mówiąc, to nie zastanawiałam się jeszcze nad tym.

Chłopaki wymieniają spojrzenia, a przedłużające się milczenie wcale mi się nie podoba.

– O co chodzi? – pytam trochę zaniepokojona.

– Nie masz żadnej rezerwacji? – docieka Levi.

– Nie. Myślałam, że coś znajdę, kiedy już tu dotrę.

– Wątpię, żeby w mieście został jakiś wolny pokój. – Eli się krzywi. – Banff jest naprawdę popularne o tej porze roku.

Czuję, jak ogarnia mnie rozczarowanie.

– Serio? No proszę, a ja chciałam choć raz być spontaniczna. Że też nie pomyślałam o zarezerwowaniu sobie czegoś wcześniej… – Przed oczami staje mi obraz mojego samochodu ugrzęźniętego w błocie. Dobrze, że jest tam wystarczająco dużo miejsca. – Więc chyba będę musiała przespać się w samochodzie. – Silę się na śmiech, ale żaden z tych dużych facetów jakoś mi nie wtóruje.

– Jeśli martwisz się, że zostaniesz porwana, to spanie w samochodzie chyba jest najlepszym sposobem, żeby te obawy się ziściły – zauważa Pacey, wpatrując się w swoją butelkę z wodą. Przez całą tę „kolację” nie mówił zbyt wiele, ale kiedy już otwiera usta, ja z jakiegoś powodu zdaję się wsłuchiwać w każde jego słowo.

Nie mam pojęcia, dlaczego robi na mnie takie wrażenie – nie jest przecież tak tajemniczy i nieodgadniony, jak ci mężczyźni we wszystkich tych książkach, które czytałam. Wydaje się… taki niezainteresowany?

Cóż, to chyba coś o mnie mówi.

Weź się w garść, Winnie.

– To w sumie dlaczego tu przyjechałaś? – docieka Eli.

– Chodziło mi tylko o przygodę – mówię, postanawiając zostawić prawdę dla siebie. – Więc w sumie w każdej chwili mogę po prostu wrócić. Żaden problem. – Wzruszam ramionami, udając, że naprawdę nie zamierzam się tym wszystkim przejmować, choć w moim sercu narasta poczucie paniki.

To jest dokładnie to, przed czym przestrzegała mnie Katherine. Nie chciała, żebym jechała sama, zgubiła się, została porwana i pozbawiona zasięgu telefonii komórkowej. I połowy zapasów żywnościowych, z którymi tu przybyłam.

Nie za mądrze, Winnie, nie za mądrze.

Wyglądam za okno. Deszcz powoli ustaje, tak więc nie chcąc przedłużać mojego pobytu tutaj, wstaję i mówię:

– Cóż, dziękuję wam za towarzystwo i możliwość wyschnięcia, ale na mnie chyba już pora. Nie będę wam dłużej przeszkadzać w relaksie.

– Świetnie – mówi Potato, również wstając od stołu. – Fajnie, że do nas wpadłaś.

– Co ty pierdaczysz, Silas? – natychmiast oponuje Eli. – Nie zamierzasz jej chyba wyrzucić?

– Oczywiście, że nie – zapewnia zaskoczony Potato. – Przecież sama powiedziała, że chce iść. Ja tylko jestem uprzejmy i dziękuję jej za to, że do nas zajrzała.

– A gdzie niby miałaby twoim zdaniem pójść? – dopytuje Eli.

– Eee… Do swojego samochodu?

– Dobra, mam już dość waszego przekomarzania się. Jak matka z ojcem… – wzdryga się Levi, ciągnąc za serwetę.

– Który z nich to matka? – pyta Pacey, pochylając się do kolegi.

– Taters, to jasne – wyjaśnia Levi z tym swoim charakterystycznym uśmiechem.

– Wal się – mówi Taters, a odwracając się do Eliego, dodaje: – Jeśli chce wyjść, to pozwólmy jej iść.

– Ja naprawdę nie chcę sprawiać żadnych kłopotów – zapewniam, cofając się o krok. – Miałam tylko nadzieję, że macie tu jakiś działający telefon. Naprawdę wam dziękuję za gościnę. To było bardzo miłe z waszej strony.

Odwracam się i kieruję w stronę drzwi. Kiedy zbieram swoje rzeczy, Eli i Potato wciąż dyskutują zawzięcie.

To oczywiste, że Potato mnie tu nie chce, a ja przecież nie zamierzam sprawiać, żeby ktokolwiek czuł się niekomfortowo we własnym domu. Zdejmuję kurtkę z wieszaka i zauważam, że wciąż jest mokra. Nie szkodzi. Na zewnątrz nadal mży, a jeśli uda mi się trafić z powrotem do samochodu – to duże „jeśli” – to mam tam przecież ubrania na zmianę.

Boże, jaka ze mnie idiotka.

W ogóle nie powinnam była wysiadać z auta. Ogarnął mnie jednak strach, a gdy dostrzegłam te światła w oddali, decyzja wydawała się prosta. Wysiadłam i znalazłam się tutaj. Co mi to jednak dało? Nic.

Zaczynam zakładać kurtkę, gdy nagle na ramieniu czuję ciężką dłoń.

Odwracam się i staję twarzą w twarz z Paceyem.

– Nigdzie nie pójdziesz – oświadcza, zabierając mi kurtkę. Eli i Potato wciąż dyskutują. Halsey znów leży na sofie i czyta, a Levi przysłuchuje się rozmowie „mamy” i „taty”, nerwowo wiercąc się na krześle.

– Nie, w po-porządku – jąkam się pod wpływem jego niesamowicie onieśmielającego wzroku intensywnie niebieskich oczu. – Naprawdę nie chcę wam już dłużej przeszkadzać.

– No i gdzie pójdziesz? – pyta tym swoim spokojnym tonem.

– Wrócę do samochodu.

– A wiesz chociaż, gdzie on jest?

Przełykam z trudem ślinę i macham dłonią w stronę drzwi.

– No… Gdzieś tam.

– Tak, jasne.

Dyskusja między Elim a Potato musiała dobiec końca, bo ten pierwszy podchodzi do nas, a drugi ginie gdzieś w głębi domu.

– Przepraszam – mówi Eli, oglądając się za siebie znacząco. – To naprawdę nie ma z tobą nic wspólnego. Taters wciąż jeszcze przeżywa niedawne rozstanie z dziewczyną, z którą chodził od liceum. I, jak widać, nie radzi sobie z tym najlepiej.

– Och, to okropne – przyznaję, patrząc w głąb korytarza, w którym zniknął Potato. – Przykro mi to słyszeć.

– W tej chwili jest zły na cały kobiecy ród i irytuje go absolutnie każda dziewczyna. Zapewniam cię, że on nie ma nic do ciebie osobiście. Jest po prostu cięty na każdą przedstawicielkę twojej płci.

Kiwam ze zrozumieniem głową.

– Cóż, tym bardziej powinnam już sobie iść. Nie chcę go wkurzać, zważywszy na to, że jesteście przecież na wakacjach. – Sięgam po kurtkę, ale Pacey nie wypuszcza jej z ręki. – Czy mógłbyś…

– Słuchaj, jest już jedenasta w nocy, nie masz pojęcia, gdzie zostawiłaś samochód, wciąż mży, a drogi są śliskie i pokryte błotem – wylicza Eli, a w jego oczach dostrzegam szczerą troskę. – Wpakujesz się w jeszcze gorsze tarapaty. Tu jest mnóstwo pokoi i będziesz miała gdzie przenocować. Zostań na noc, a rano pomożemy ci znaleźć twój samochód.

Kiedy nie odpowiadam, dodaje:

– Moi starzy by mnie zabili, gdyby się dowiedzieli, że pozwoliłem ci stąd wyjść w środku nocy.

– Chodź, pokażę ci twój pokój – zachęca Pacey, podnosząc mój plecak i zarzucając go sobie na ramię.

Wodzę wzrokiem od jednego mężczyzny do drugiego i chociaż nadal nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł, to jednak nie widzę też żadnej lepszej opcji. Wybór między ciepłym łóżkiem a chłodną nocą i brnięciem w błocie w poszukiwaniu samochodu. W pierwszej opcji grozi mi porwanie i przetrzymywanie w piwnicy – choć przecież doszłam już chyba do wniosku, że ci faceci są naprawdę w porządku – a w drugiej możliwość pośliźnięcia się i połamania kości…

– Okej – podejmuję w końcu decyzję. – Zostanę.

– Świetnie – oznajmia Eli, po czym ponownie ogląda się za siebie. – Ja pójdę pogadać z Tatersem. Lawes, zaprowadzisz ją do pokoju?

– Jasne – odpowiada zdawkowo Pacey. Kiwa głową w stronę korytarza wiodącego w przeciwnym kierunku niż ten, którym poszedł Potato. – Tędy proszę.

Levi macha mi na pożegnanie i sięga po mieszankę wędrowca, której nie dokończył Potato.

– Miłych snów. Zobaczymy się rano.

Jest naprawdę zabawny.

– Dobranoc – odpowiadam, po czym idę za Paceyem. Po drodze włącza światła, a ja nie mogę nie zauważyć, jak cienie tańczą na plecach jasnoniebieskiej koszulki, pod którą wyraźnie rysują się jego mięśnie. Ma naprawdę atletyczną budowę ciała – szerokie ramiona, wąską talię i… o rany, jaki zgrabny tyłek.

Naprawdę zgrabny.

Taki umięśniony i kształtny…

– Podoba ci się? – pyta, zatrzymując się nagle. Pospiesznie przenoszę wzrok z jego tyłka na twarz. O Boże, czyżby mnie przyłapał?

Nie gap się na tyłek tego faceta, Winnie. No serio, co się z tobą dzieje?

– Och… Tak… Jest… – urywam, w końcu zaglądając do pokoju, przed którym stoimy.

Jest piękny. Podobnie jak reszta tego stylowego domu wykończony jest szarym drewnem. Belki pod sufitem podkreślają wysokość pomieszczenia, a wspaniały kryształowy żyrandol dodaje mu szyku. Szerokie łoże z kutego czarnego metalu z baldachimem jest nienagannie zasłane białą i jasnoniebieską pościelą. Pokój wygląda wręcz jak z bajki. Naprzeciwko łóżka znajduje się kominek, a przed nim stoi fotel i leży miękki dywanik.

Tak, noc tutaj jest o wiele przyjemniejszą perspektywą niż nocleg w zimnym samochodzie.

– Och, to za dużo zachodu. Mogłabym po prostu zdrzemnąć się na kanapie.

Pacey wchodzi do pokoju.

– Nie ma żadnego powodu, żebyś spała na kanapie, skoro w tym domu jest mnóstwo pustych pokoi – oświadcza, stawiając plecak na podłodze przy kominku. Sięga gdzieś z boku i znajduje ukryty tam przełącznik. Ogień w kominku ożywa.

Super!

Po prostu super.

– Ale czad.

Spogląda na mnie z uśmiechem.

– Jeśli to wydaje ci się fajne, to poczekaj, aż zobaczysz podgrzewany wieszak na ręczniki w łazience.

Gdzie ja jestem? Czyżbym znalazła się w jakimś świecie równoległym, w którym moje alter ego żyje w pięciogwiazdkowym hotelu z grupą przystojnych hokeistów? Mam fuksa, nie ma co.

– Która jest tam. – Pacey wskazuje zamknięte drzwi. – Znajdziesz tam chyba wszystko, co może ci być potrzebne. W szafie są nawet zapasowe ubrania. I to nie tylko dla mężczyzn. Taters jest naprawdę niesamowitym gospodarzem, nawet jeśli nie sprawia takiego wrażenia. A w razie czego ja śpię dwa pokoje dalej, po prawej.

– Okej. Dziękuję… To naprawdę bardzo miło z twojej strony.

Rusza w stronę drzwi, a ja szybko schodzę mu z drogi. Zatrzymuje się jeszcze na progu i ogląda się przez ramię. Światło z kominka tańczy na jego twarzy, podkreślając lekki zarost.

– A jeśli nadal obawiasz się porwania, zamknij drzwi na klucz i podstaw krzesło pod klamkę – mówi, mrugając żartobliwie, a mnie od tego mrugnięcia robi się cieplej na sercu. Wychodzi, cicho zamykając za sobą drzwi.

W duchu piszczę jak rozwydrzona nastolatka i posyłam podziękowania mojej szczęśliwej gwieździe, dzięki której ta noc skończyła się o wiele lepiej, niż mogła.

Może mama naprawdę przy mnie czuwa? Kładę się na mięciutkim łóżku i wpatruję w sklepiony nad głową sufit.

A potem zaciskam powieki i pozwalam sobie na chwilę wdzięczności.

Wielkiej, ogromnej wdzięczności.

Dziś w nocy będę cieszyć się tym wygodnym łóżkiem i ciepłem bijącym z kominka, a jutro rano coś wymyślę. Opracuję swój plan. Znajdę jakieś miejsce, w którym będę mogła się zatrzymać, i wyciągnę samochód z błota.

Miałam powód, by tu przyjechać, a teraz, gdy już tutaj jestem, muszę tylko wymyślić, co dalej.

3

Pacey

– Dobry – mówię, przechodząc obok Holmesa, który już czyta przy kuchennym barze.

– Dobry – odpowiada, nawet nie podnosząc głowy znad książki.

Jest piąta trzydzieści rano i choć chce mi się spać, to jednak „ekscytacje” poprzedniego wieczoru znacznie utrudniły mi zmrużenie oka. Holmes od zawsze był rannym ptaszkiem i mówi, że nie potrzebuje zbyt wiele snu. Ja jednak myślę, że to nie jest cała prawda. W nocy na pewno dopadają go jego własne demony. Zatapia się w lekturze, żeby nie musieć stawiać czoła rzeczywistości.

– Wiesz, skoro wstajesz tak wcześnie, to chyba mógłbyś zrobić nam wszystkim kawę? – sugeruję.

– Niby po co miałbym to robić, skoro ja jej nie piję?

– Pijesz.

– Sporadycznie. – Zamyka książkę i odkłada ją tytułem do dołu.

Wsypuję kawę do ekspresu przelewowego.

– Co czytasz?

– Jakiś porypany thriller – wyjaśnia, przenosząc ręce za głowę i rozciągając się. – Chyba powinieneś coś na siebie włożyć.

Spoglądam w dół na moją nagą klatkę piersiową, a następnie przenoszę wzrok z powrotem na Holmesa.

– Kręcę cię?

Na jego twarzy nie drga ani jeden mięsień.

– Mamy w domu gościa. Kobietę.

– Myślisz, że nigdy nie widziała męskiego torsu?

– Chodzi o szacunek.

Wzruszam ramionami.

– Pewnie jeszcze śpi. Sypialnia naprawdę jej się spodobała. – Wskakuję na blat, czekając, aż zaparzy się kawa. – Trochę dziwne, że się tu znalazła, nie?

Holmes przytakuje.

– Owszem. Ale dobrze, że trafiła na nas, a nie na kogoś innego.

Drapię się po policzku, nadal próbując się dobudzić.

– Taters zachował się jak palant.

– Cóż, marzyła mu się typowa męska wyprawa. Ta dziewczyna pokrzyżowała mu plany.

– To przecież tylko jedna noc. – Przewracam oczami. – Nie mogliśmy jej wyrzucić.

– Tak, nie mogliśmy – potwierdza Holmes, wpatrując się we mnie spod zmrużonych powiek. – Spodobała ci się.

Marszczę czoło.

– A ty skąd niby miałbyś to wiedzieć? Przez cały wieczór nie odrywałeś wzroku od książki.

Lekko wzrusza ramionami.

– Widzę.

– Masz omamy.

Znowu wzrusza ramionami i ponownie otwiera książkę.

– No wiesz, jest ładna.

Kiwa głową, ale już na mnie nie patrzy.

– I zgrabna.

Unosi lekko brwi, ale nie odrywa wzroku od książki.

– Ciekawe, co robi w Banff… Bez rezerwacji i… sama. Nikt normalny by tego nie zrobił.

Holmes wydaje z siebie jakiś nieokreślony dźwięk.

– I czy ona mi kogoś nie przypomina?

Holmes unosi brwi. Ponownie.

– Wydaje mi się, że tak, ale nie mam pojęcia, skąd mogę ją kojarzyć. To jednak bez znaczenia. Nie spodziewałem się żadnego gościa. Po prostu byłem zaskoczony. Tak, zaskoczony. To wszystko.

Holmes odchyla się na krześle i unosi książkę wyżej.

– Powiesz pewnie, że mam coś z głową, ale ja myślę, że ona czegoś nam nie mówi. W tym wszystkim jest jakaś tajemnica. Coś, co próbuje rozwikłać. No bo kto przyjeżdża tu bez rezerwacji? Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy każdy ma komórkę w kieszeni? Nie wydaje ci się to dziwne?

Kawa zaczyna się parzyć, bulgocząca słodycz kofeiny jest już prawie gotowa.

– Ale nie musimy się tym przejmować, bo dzisiaj już jej tu nie będzie. Stanie się jedną z tych anegdot, które będziemy sobie powtarzać, gdy się zestarzejemy. – Udając głos starca, mówię: – A pamiętacie, jak kiedyś w środku burzy przyszła do nas tamta dziewczyna i przyniosła nam batony, żeby wkupić się w nasze łaski? Nasze wnuki będą uwielbiały tę historię.

Holmes wciąż milczy, więc daję mu spokój i zeskakuję z lady, po czym sięgam po kawę.

– Och, nie sądziłam, że ktoś już będzie na nogach. – W tym momencie dobiega z salonu pełen zaskoczenia kobiecy głos.

Odwracam się i widzę Winnie w legginsach i obcisłej zielonej koszulce – takiej jak ta, w której była poprzedniego dnia, ale tamta była czerwona. Tak samo za to podkreśla wszystkie te krągłości, które zdają mi się tak podobać.

Przenoszę wzrok na jej twarz. Widzę, że zdążyła już wziąć prysznic… a jej oczy przesuwają się po mojej klatce piersiowej.

Po moim nagim torsie.

Cholera, Holmes miał rację. Powinienem coś na siebie włożyć.

Z jakiegoś powodu mam ochotę wziąć dwa kubki z kawą i podnieść je na wysokość piersi, aby zasłonić sutki.

– Jesteśmy rannymi ptaszkami – mówię, przełykając ślinę. – Myślałem, że pośpisz dłużej. Pójdę założyć koszulkę.

– Och, nie musisz. To znaczy jeśli chcesz, to oczywiście, ale nie musisz się ubierać z mojego powodu. Widziałam już męską klatkę… No, nie tak umięśnioną jak twoja, ale… Nie żebym ci się przyglądała. To znaczy przyjrzałam się, ale nie gapiłam. Po prostu… Po prostu zauważam fakty. Więc… tego… Jeśli chcesz coś nałożyć, to proszę, ale nie musisz tego robić z mojego powodu. Wszystko jest w porządku. Nie czuję się urażona twoją nagością. – Bierze głęboki oddech. – Nie jesteś nagi. Facet bez koszuli to normalne. – Wskazuje kciukiem na drzwi. – Jejku, to wszystko było trochę niezręczne. Chyba lepiej już pójdę. Czy moglibyście podziękować pozostałym w moim imieniu?

– Zaraz. Wychodzisz? Już? – pytam.

Odpowiada skinieniem głowy.

– Tak. Doszłam do wniosku, że powinnam zacząć szukać swojego samochodu. I tak zajęłam wam już wystarczająco dużo czasu.

Z jakiegoś powodu myśl o tym, że miałaby sama błądzić po nieznanych dla niej lasach i drogach, wywołuje we mnie dyskomfort.

– Pójdę z tobą – deklaruję, zamiast się po prostu zamknąć i pozwolić jej odejść.

Kątem oka widzę uśmieszek Holmesa, ale postanawiam go zignorować.

– Och, nie musisz, naprawdę.

– Znasz okolicę? – pytam, całkiem już zapominając o kawie.

– Hmm. To chyba nie jest takie trudne? Mam jakieś ogólne wyczucie kierunku. Wydaje mi się, że wystarczy się trochę rozejrzeć.

– Nie masz zielonego pojęcia, gdzie jesteś. – Mijam ją, idąc w stronę korytarza. – Zaraz wracam.

Szybkim krokiem wracam do swojego pokoju, po drodze zaglądając przez otwarte drzwi do jej sypialni. Pościeliła łóżko i wszystko wygląda tak, jakby w ogóle nikt tam nie spał. Wchodzę do pokoju, wyjmuję z komody koszulę, zakładam skarpetki i buty. Włosy upinam w kucyk i już biegnę z powrotem. Winnie stoi przy drzwiach i nakłada buty.

– Serio, nie musisz mi pomagać – mówi na mój widok.

– Nie ma mowy, żebym pozwolił ci iść samej. Nie dość, że nie znasz okolicy, to jeszcze jest ślisko. Sama nie dasz rady.

Prostuje się i podpiera pod boki.

– Sugerujesz, że się pośliznę i trzeba będzie mnie podtrzymywać? – W jej głosie słychać lekką urazę, która sprawia, że się uśmiecham.

– Cóż, masz tak bojowe nastawienie, że chyba faktycznie mogę się mylić.

– Oczywiście, że się mylisz. – Podnosi plecak, ale wyrywam go jej z ręki i przerzucam sobie przez ramię. – Sama dam sobie radę – protestuje, ale dość słabo.

– Wiem, że dasz sobie radę. Ale dlaczego miałbym ci nie pomóc? – pytam, podchodząc do drzwi i otwierając je przed nią. Ona jednak stoi w miejscu i przygląda mi się. – Zmieniłaś zdanie?

– Nie, ale nie lubię, gdy ktoś mną rządzi.

Holmes parska cicho. Cała ta sytuacja ewidentnie go bawi. Moim zdaniem za bardzo.

– Widzę, ale pamiętaj, że robię to wyłącznie z dobroci serca, więc może po prostu skorzystaj i chodź ze mną.

– Nie prosiłam cię o pomoc.

– Nie, ale uwierz mi, będziesz jej potrzebowała – oświadczam i wychodzę pierwszy, mając nadzieję, że podąży za mną. Kiedy słyszę za plecami jej szybkie, poirytowane kroki, uśmiecham się do siebie. Trzaskają drzwi. Odwracam się i widzę, jak stoi ze skrzyżowanymi ramionami, przyciskając do siebie kurtkę.

Wczoraj dotarła tu późnym wieczorem i w deszczu, a teraz, przy wschodzącym słońcu, może się po raz pierwszy rozejrzeć po okolicy. Jej źrenice się powiększają, a usta rozchylają lekko z podziwu dla widoków. Ramiona rozluźniają się zauważalnie.

Słońce przebija się przez gałęzie wysokich, sięgających niemal do samego nieba sosen. Mech pokrywa ziemię, a w oddali widać piękne Góry Skaliste w całej ich okazałości, rozciągające się majestatycznie aż po horyzont. Idealne miejsce na spędzenie idyllicznego urlopu.

– Mówiłem, że za dnia tu wszystko wygląda inaczej.

– O rany – wyrywa się jej. Wzrok Winnie wędruje ku czubkom sosen. – Tu jest niesamowicie. Nic dziwnego, że właśnie tutaj przyjeżdżacie na odpoczynek po sezonie.

Milknie na chwilę, po czym dodaje:

– Och, posłuchaj! Ćwierkanie ptaków, szum strumienia… Czysta, nieskazitelna natura. Jest tu tak spokojnie.

Kiwam głową w stronę domu.

– Powinnaś zobaczyć widok od tyłu. Taters urządził tam kuchnię na świeżym powietrzu i patio, a kawałek dalej zrobił kilka różnych miejsc do siedzenia i relaksu. Jest tam „krzesło jajko” – tak je nazywa – i z miejsca, w którym stoi, mamy idealny widok na Cascade Mountain. Niesamowite, mówię ci.

– Wierzę ci.

Wygląda na to, że już się uspokoiła, i postanawiam to wykorzystać.

– Chodź, pomogę ci poszukać twojego samochodu. Często tu biegam. Wskaż tylko kierunek, a zobaczymy, czy uda nam się go znaleźć.

Wzdycha i podchodzi do mnie.

– Biegasz nawet podczas urlopu?

– Tak. Lubię ćwiczyć. Pozwala mi to oczyścić głowę.

– Może też powinnam zacząć biegać? Pomogłoby mi to odchudzić uda.

To nie jest dobry pomysł. Podobają mi się jej mocne uda.

– Nie, wyglądasz świetnie – mówię, starając się zachować neutralny ton, a następnie szybko zmieniam temat, żeby nie wypsnęło mi się nic głupiego. – Pamiętasz, z którego kierunku przyszłaś?

Spogląda na podjazd domku, a następnie wskazuje skrzynkę pocztową.

– Pamiętam, że o mało nie wpadłam na tę skrzynkę pocztową. Schodziłam z góry, więc musiałam iść od lewej strony.

Kiwam głową.

– Też tak sądziłem, ale wolałem się upewnić. Cały czas trzymałaś się drogi?

– Tak – zapewnia. – A przynajmniej próbowałam. – Marszczy brwi.

– Gdybyś z niej zeszła, na pewno byś to zauważyła. Na ścieżkach leżą kłody i powalone drzewa. Potknęłaś się o coś?

Kręci głową.

– Nie. Ślizgałam się tylko po błocie.

– Więc mamy jasność. – Wchodzimy na niewielkie wzniesienie, a ponieważ mam znacznie dłuższe nogi niż ona, celowo zwalniam krok.

– Naprawdę nie musisz mi pomagać – mówi cicho. – Ale doceniam twoje starania.

– I tak nie miałem żadnych planów na dzisiaj. Myślałem jednak, że zostaniesz na śniadanie. Co prawda składałoby się tylko z krakersów i czarnej kawy, ale to też coś.

Winnie się śmieje.

– Tak wykwintne posiłki w waszej rezydencji to nie byle co, ale nie chciałam wam przeszkadzać dłużej, niż to konieczne. Wiem, że Potato… eee, nie pamiętam jego imienia…

– Potato? – parskam śmiechem. – Dobre. Chodzi ci o Tatersa?

– O właśnie. O niego. Przypomnij mi, jak on się nazywa?

– Silas Taters.

– Fakt. Używacie na przemian swoich imion i nazwisk i łatwo się pogubić. Nie udało mi się zapamiętać wszystkich…

– A moje imię zapamiętałaś? – pytam, unosząc lekko brwi.

– Tak – odpowiada, a jej policzki różowieją.

– To jak mam na imię?

– Pacey.

– W takim razie pamiętasz najważniejsze. Ale Potato… Dobre. Muszę to sobie zapisać.

– O Boże, nie mów mu tylko, że tak go nazwałam. On i tak już mnie nie znosi.

Krzywię się.

– Ależ skąd. Taters po prostu ma słabszy moment. Jestem pewien, że kiedy uświadomi sobie, jak się wobec ciebie zachowywał, będzie mu wstyd. Zawsze tak jest i potem przeprasza.

– Tak czy inaczej lepiej było wymknąć się z domu, zanim wstanie.

– Hornsby’emu prawdopodobnie będzie przykro, że nie mógł się z tobą pożegnać.

– Hornsby… Eli, prawda?

– Tak.

– On faktycznie był bardzo miły. Prawdziwy dżentelmen.

Parskam śmiechem.

– O tak. I największy Don Juan, jakiego kiedykolwiek spotkasz.

– Naprawdę? – pyta, wyraźnie zaskoczona.

– Naprawdę. Choć trzeba mu oddać, że nigdy nie manipuluje dziewczynami. Od samego początku stawia sprawę jasno i wszystkie wiedzą, jakie ma intencje. Jemu nie zależy na związku, szuka tylko dobrej zabawy. Jak sam mówi, łamanie serc go nie interesuje. Ale wiesz, jak to jest. Pewnego dnia, kiedy będzie się najmniej tego spodziewał, w jego życiu pojawi się ta jedna kobieta i wywróci mu świat do góry nogami. Dziewczyna, którą będzie musiał zdobyć, która rzuci mu prawdziwe wyzwanie. I w końcu naprawdę się w kimś zabuja.

– Zaskakujesz mnie. Ja tego nie widziałam – oznajmia, kręcąc głową.

– Naprawdę? To jakie odniosłaś wrażenie?

Rzuca mi przelotne spojrzenie, ale szybko odwraca głowę.

– Nie chcesz wiedzieć.

– Gdybym nie chciał, to bym nie zapytał. – Milczy, więc po chwili trącam ją ramieniem. – No weź, podziel się ze mną swoimi wrażeniami. Co myślisz o naszej paczce?

– Na pewno chcesz wiedzieć?

– No jasne.

– Okej, ale pamiętaj, że ostrzegałam. – Odchrząkuje. – No więc na przykład ten Halsey… Tak się nazywa, prawda?

– Tak.

– On jest najłatwiejszy do rozszyfrowania. Facet po przejściach, który walczy ze swoimi demonami. Trzyma się was, żeby nie być sam, nawet jeśli lubi być sam. Jeśli ma to sens…

– O tak. Ma. To bardzo trafny opis – przyznaję i właśnie wtedy ona chwieje się na śliskim podłożu. Wyciągam rękę i łapię ją za ramię.

– Oho, mało brakowało. – Winnie śmieje się nerwowo. – Dzięki. – Puszczam ją, kiedy mam już pewność, że odzyskała równowagę. – A ten Silas…

– Zwany też Potato – dopowiadam.

Śmieje się.

– Tak, Potato. Traktował mnie tak niemiło, że początkowo uznałam go za zwykłego dupka. Bogatego gnojka, który ma lepsze rzeczy do roboty niż pomaganie bliźnim w potrzebie.

– Ech, faktycznie czasami potrafi zachowywać się jak dupek, ale naprawdę ma serce na dłoni. Myślę, że po prostu trafiłaś na jego gorszy moment. Jak już wiesz, niedawno przeżył bolesne rozstanie.

– Tak, rozumiem i dlatego na razie wycofuję to określenie. Musiałabym go lepiej poznać. Chwilowo sprawa jest więc nierozstrzygnięta. Następny. Levi. Jego uznałam wczoraj za najfajniejszego.

– Posey wydał ci się najfajniejszy? – Wysoko unoszę brwi, naprawdę zaskoczony jej wyborem. – A niby czym zasłużył sobie na tę opinię?

Wzrusza ramionami.

– Był śmieszny i taki wyluzowany. Najważniejsze było dla niego, żeby się najeść. Moją obecnością w ogóle się nie przejął, a potem pomachał mi na dobranoc jak mały chłopczyk. Sama nie wiem… To było takie urocze. I ma wspaniały uśmiech.

– Ten skurczybyk faktycznie ma ładny uśmiech. Ale szczerze mówiąc, myślałem, że to Hornsby spodobał ci się najbardziej. Sama mówiłaś, że jest dżentelmenem.

Słońce jest jeszcze nisko, ale już przygrzewa. Winnie zawiązuje kurtkę wokół talii.

– Eli był bardzo miły i jestem mu bardzo wdzięczna za to, jak się wczoraj wobec mnie zachował. Ale nie, to nie on spodobał mi się najbardziej. Może dlatego, że miałam przypuszczenie… że być może jest gejem.

Zatrzymuję się w pół kroku i wybucham śmiechem.

– Gejem? Myślałaś, że Hornsby może być gejem?

– Jest zbyt ładny – mówi. – Tak gładko ogolony i idealny. Nie obraź się, ale nie znam tak zadbanego i nieskazitelnego mężczyzny, który nie byłby gejem. Wiem coś na ten temat, bo moim najlepszym przyjacielem jest gej. Znam wielu gejów.

– Myślałem, że twoją najlepszą przyjaciółką jest jakaś kobieta.