Podniebny świat - Axie Oh - ebook
NOWOŚĆ

Podniebny świat ebook

Oh Axie

0,0

Opis

Sunho żyje w Podświecie, krainie wiecznej ciemności. Były żołnierz nie pamięta prawie niczego ze swojego życia sprzed dwóch lat, kiedy to obudził się w samotności, za towarzyszy mając jedynie imię i miecz. Ima się przypadkowych prac, byle przetrwać, do chwili, gdy nadarza się życiowa szansa: władze oferują skrzynię monet najemnikowi, który wyśledzi dziewczynę władającą srebrzystym Światłem.

 

W tym samym czasie daleko na wschodzie radosna i pełna życia akrobatka Ren podróżuje ze swoją adopcyjną rodziną. Nagle wszystko ulega zmianie, kiedy podczas przedstawienia na festynie wioska zostaje zaatakowana przez straszliwego człekokształtnego demona. W chwili strachu i wściekłości dziewczyna uwalnia eksplozję srebrzystego Światła – mocy utrzymywanej w ukryciu od dzieciństwa – i zabija potwora. Nie daje rady jednak uchronić członka rodziny przed odniesieniem ciężkich ran.

 

Pełna determinacji, by uratować najbliższą osobę od poddania się skutkom zakażenia, Ren wyrusza w góry, skąd pochodzi stwór. Jej ścieżka krzyżuje się z drogą Sunho, a mężczyzna nie zdaje sobie sprawy, że oto właśnie spotkał dziewczynę, której szuka zarówno on, jak i stu innych najemników. Gdy podczas podróży tych dwoje zbliża się do siebie, zaczynają pojmować, że ich przeszłość – jak i przeznaczenie – są ze sobą splecione silniej, niż mogliby sobie wyobrazić…

 

 

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.                                                 Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 410

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tłumaczenie Kinga Rzepka

Tytuł oryginału: The Floating World

Copyright © Axie Oh 2025

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Katarzyna Chybińska, Agnieszka Zwolan, Martyna Góralewska

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

Projekt okładki: Rich Deas, Beste Doğan

Ilustracja na okładce: Guweiz

ISBN 978-83-8418-766-1• Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Rozdział 1

Ren

Na wschód od Gór Haebaek

Dudnienie bębnów stawało się coraz szybsze, gdy Ren wpadła do środka kręgu, wykonała gwiazdę, stanęła na rękach i tak się przespacerowała, unosząc stopy ku niebu. Czując, że maska zsuwa się jej z brody, szybko ją poprawiła, starając się utrzymać iluzję, że nie jest dziewczyną, ale różowolicym demonem.

Z drugiej strony kręgu wybuchły salwy śmiechu, gdy Mały Wujek kołysał biodrami przed tłumem, z nagą klatką piersiową pod krótką kurtką. Podobnie jak Ren nosił maskę, ale jego została pomalowana na biało i ozdobiona niebieskimi kropkami na bokach. Ruchem nadgarstka otworzył papierowy wachlarz i zaczął nim nieśmiało trzepotać. Kilka starszych kobiet wykrzykiwało sprośne komentarze, podczas gdy kilku młodych mężczyzn rumieniło się i przepychało, aby móc go lepiej widzieć.

Ren zaczęła zbliżać się do niego, podskakując najpierw na jednej ręce, potem na drugiej i machając nogami, aby utrzymać równowagę.

Zebrał się mniejszy tłum niż rok wcześniej, ale nadrabiał entuzjazmem. Niektórzy mieszkańcy wsi przetoczyli beczki na skraj kręgu i uderzali dłońmi w ich boki, dodając głębi rytmowi wyznaczanemu przez bębny Wielkiego Wuja.

Przez ostatnie pół godziny trupa Ren dawała popis; dziewczyna mogłaby występować dłużej, ale karawana musiała wyruszyć w południe, jeśli mieli dotrzeć do wioski Gorye przed końcem tygodnia. Wielki Wuj wykonał szybko dwa uderzenia w bęben w kształcie klepsydry, dając znak, że trzeba się pospieszyć i zakończyć występ.

Ren zerwała się na równe nogi, spoglądając na tłum. Jej wzrok padł na dziewczynkę, prawdopodobnie siedmio- lub ośmioletnią, siedzącą ze skrzyżowanymi nogami przed grupą starszych chłopców. Nie zwracała na nich uwagi, mimo że trącali ją w plecy, i z podziwem wpatrywała się w występujących.

Serce kobiety zabiło mocniej, gdy przypomniała sobie, że w tym wieku była taka sama. Kiedy występowała Cioteńka, nie chciała nawet mrugać, bojąc się, że przegapi choćby jeden ruch nadgarstka artystki lub pochylenie głowy. Cioteńka potrafiła ukazać całe światy i postacie własnym ciałem. Była jeleniem pędzącym przez oświetlony księżycem las. Marynarzem zagubionym na morzu, wciągniętym pod fale. Ren się śmiała, gdy Cioteńka stawała się przebiegłym lisem, który dał się przechytrzyć i uciekał z podkulonym ogonem, a płakała, gdy odgrywała rolę wdowy stojącej na szczycie góry i opłakującej zaginionego na wieki ukochanego.

Dzięki tym opowieściom przeżyła tysiąc żyć, walczyła z demonami i ogrywała bogów.

Dziewczynka spoglądała na występującą, jakby i ona okazała się zdolna do tworzenia takich cudów.

Ren i Mały Wujek mieli przedstawiać pantomimą historię o demonie, który próbuje oszukać szlachcica, lecz ostatecznie zostaje powstrzymany, jednak już jakiś czas temu zgubili wątek tej opowieści. Musieliby do niego wrócić, jeśli chcieli zakończyć przedstawienie, ale nie wcześniej niż przed wykonaniem ostatniej sztuczki.

Przebiegając przez krąg, dziewczyna wskoczyła na najbliższą beczkę. Odwróciła się do Wielkiego Wuja, ale ten już czekał, by się przekonać, co zaraz zrobi. Dwukrotnie uderzył pałeczką w lewą stronę bębna, wydobywając z niego dudniące staccato1, a następnie jeden raz uderzył prawą stronę otwartą dłonią.

Skok i obrót w powietrzu wystarczyłyby, by zaimponować tłumowi, a jednak…

Ren zamknęła oczy. Czuła to – Światło. Ono zawsze się tam znajdowało niczym wieczny płomień, który rósł i topniał w rytmie jej serca. Teraz czerpała z niego – choć tylko iskrę. Ciepło wypływało z trzewi, rozchodziło się po ramionach, by w końcu uwolnić się z palców.

Dzień był bezwietrzny, ale Światło poruszyło powietrze. Pod Ren zawirował silny wiatr, podwiał jej spodnie i dźwignął beczkę. Skoczyła do tyłu, pozwalając, by uniósł ją ku niebu. Przez chwilę ogarnęła ją panika – znalazła się wysoko, zbyt wysoko – ale potem obróciła się w powietrzu, wykonując salto, zanim wylądowała na ubitej ziemi.

Przez chwilę panowała cisza, po czym tłum poderwał się do głośnego aplauzu.

Mały Wujek rzucił się w jej stronę.

– Tym razem naprawdę ci się udało – szepnął, ale w jego głosie pobrzmiewał śmiech.

– Myślisz, że Cioteńka to widziała? – zapytała Ren.

Adrenalina opadła i teraz czuła niepokój. Krewna ostrzegła ją, żeby nie używała magii, a już na pewno nie na oczach obcych. Mogła się upierać, że zrobiła to, by ożywić tłum – zadowolona publiczność staje się hojna – ale w głębi duszy wiedziała, że to nieprawda.

– Miejmy nadzieję, że nie – odparł wesoło Mały Wujek. – Zaczynamy!

Chwycił wstążkę przy jej talii i pociągnął, tak jak ćwiczyli to wcześniej, a ona zawirowała w przeciwnym kierunku. Wstążka rozwinęła się między nimi, czerwona od kwiatów krokosza, których Wielki Wuj użył do barwienia. Dziewczyna upadła do tyłu, a potem leżała nieruchomo z rozłożonymi kończynami.

Wieśniacy zalali ją falą niczym spiętrzony potok, gdy zabiera się głaz z jego toni, wpychając jej do rąk podarki w postaci jedzenia i monet. Podskoczyła na równe nogi, aby je przyjąć, i zaczęła śmiać się z dziećmi szarpiącymi jej spodnie. Maluchy wyglądały na bardzo rozczarowane, gdy wiatr nie wyskoczył ze szwów. Minęło jeszcze kilka minut, zanim udało jej się oswobodzić i ruszyć na poszukiwanie Małego Wujka.

Znalazła go siedzącego na drewnianym podeście na skraju wsi, gdzie liczył zarobek z ich występu. Sosna chyliła się nad nim, jakby zaglądała mu przez ramię.

Zdjął maskę, odsłaniając przystojną, zarumienioną twarz. Chociaż nazywała go „Małym Wujkiem”, jako że był młodszym bratem Cioteńki – aby odróżnić go od „Wielkiego Wuja”, czyli jej męża – miał tylko osiemnaście lat, a Ren liczyła sobie ich siedemnaście. Prawie siedemnaście lat. Włosy sterczały mu w nieładzie, przypominając źdźbła traw. Oparła się pokusie, by je przygładzić, by się nad nim porozczulać, tak jak robiła to jego siostra.

Usiadła obok niego, zdjęła sandały i wciągnęła nogi na drewniany podest. Dorzuciła do stosiku swoje łupy – przykryty koszyczek soi, mały garnuszek sosu sojowego i blok sfermentowanej pasty z fasoli. Ta wioska słynęła z produkcji tego ziarna. Opróżniła kieszenie z monet, po czym rzuciła je z brzękiem na podest, gdzie kręciły się przez chwilę, zanim się zatrzymały.

Ramię w ramię, Ren i Mały Wujek pochylili się nad zebranymi dobrami i garścią monet. Dary okazały się skromne, w całości nie przekraczały nawet ćwierci tego, co zgromadzili w poprzednich latach. Sytuacja wyglądała podobnie w innych wioskach, ale nadal ten widok szokował. Po tak żywiołowej reakcji tłumu Ren liczyła na więcej.

– Cóż – wydukał Mały Wujek po długiej przerwie. – W sumie całkiem lubię fasolę.

– Ostatnie zbiory pochłonęła zaraza. – Rozległ się surowy głos za nimi, na co oboje podskoczyli.

Cioteńka bezszelestnie zeszła z krótkiej ścieżki prowadzącej z wioski – co było imponującym wyczynem, ponieważ dwa dni wcześniej skręciła kostkę i poruszała się o lasce. Kosmyki jej ciemnobrązowych włosów powiewały wokół surowej twarzy. Nie zatrzymała na nich wzroku, lecz przesunęła go w stronę pustych pól.

– Coś złego dzieje się z ziemią.

Ren zadrżała na te słowa. Ludzie z ich karawany zauważyli zmiany, gdy podróżowali najpierw na wschód, a potem na północ, od małych wiosek rozsianych w dolinach rzek do większych nadmorskich miast rozrzuconych wzdłuż wybrzeża. Im dalej w głąb lądu, na zachód w kierunku gór, tym sytuacja stawała się coraz gorsza. Ich łowcy opisywali zbyt ciche lasy, gdzie wystrzelona w gąszcz strzała nie spłoszyła ani jednego ptaka, jeziora tak spokojne, że ich tafle przypominały powierzchnię szkła, oraz jałowe polany, gdzie niegdyś kwitły dzikie kwiaty.

Mieszkańcy wsi położonych bliżej gór pozostawali przesądni – nieudane zbiory tłumaczono niezadowoleniem duchów, a choroby dzieci dziełem demonów. Wioska Gorye, ostatnia na ich trasie, położona u podnóża największej góry, była najbardziej odludna ze wszystkich.

Gdyby to zależało od Ren, odpuściliby sobie tę wizytę. Tamtejsi ludzie wydawali się ponurzy i nieprzyjemni. Ale Cioteńka i przywódcy karawany nalegali, aby wracali tam co roku. Lud Gorye polegał na ich dostawach, a starsi z doliny potrzebowali do produkcji swoich medykamentów rzadkich roślin rosnących wysoko w górach.

Stanie na straży gór to trudne i niewdzięczne zadanie, mawiała opiekunka, gdy Ren narzekała, co miała w zwyczaju. Jesteśmy zaszczyceni, że możemy odciążyć ich w tym zadaniu.

Przed czym ich chronimy? Przed nudą? – narzekała dziewczyna.

Karawana potrzebowała pięciu dni, by dotrzeć do wioski, a Góry Haebaek majaczyły coraz bliżej i bliżej, aż pewnego ranka obudzili się i stwierdzili, że światło dnia zniknęło, a las całkowicie pogrążył się w ciemności.

– Okazałaś mi nieposłuszeństwo – upomniała ją Cioteńka, a Ren się wzdrygnęła.

Mały Wujek podniósł wzrok znad monet liczonych już po raz trzeci.

– Prosiłam cię, żebyś nie zwracała na siebie uwagi – kontynuowała. – Nie sądziłam, że to wygórowana prośba.

– To tylko mały wietrzyk – sprzeciwił się Mały Wujek, zawsze gotowy bronić dziewczyny.

– Wiatr o zmierzchu to burza nocą. A co, jeśli pojawią się plotki?

Ren spuściła głowę.

– Przepraszam – szepnęła. – To się więcej nie powtórzy, obiecuję.

Cioteńka utkwiła w niej wzrok.

– Nie, nie powtórzy się – potwierdziła cicho. – W Gorye nie weźmiesz udziału w przedstawieniu. Będziesz towarzyszyła Wielkiemu Wujowi, grając na flecie.

Wytrzeszczyła na nią oczy.

– Ale to nasze ostatnie przedstawienie w tym roku!

Kiedy wrócą do doliny, rozpoczną przygotowania do surowych zimowych miesięcy. Koniec z występami – przynajmniej takimi jak te na szlakach karawany, z wielką publicznością pełną nowych twarzy. Nie miało znaczenia, że mieszkańcy Gorye byli ponurzy i pozbawieni poczucia humoru. Ren czekała z niecierpliwością, że wystąpi jeszcze ten jeden raz.

– To tylko jeden błąd – tłumaczyła Ren i nie przejmowała się tym, że jej głos stał się wyższy. – Nie rozumiem, dlaczego muszę zostać ukarana za coś tak błahego!

– Ale czy to  n a p r a w d ę  błąd? – zapytała Cioteńka.

W przeciwieństwie do podopiecznej nie podniosła głosu – nigdy tego nie robiła, chyba że wymagała tego sytuacja. Ren poczuła, że jej słowa są jak ostrze otwierające drogę do prawdy. Wezwała Światło, chociaż wiedziała, że tego nie wolno.

– To tylko mały wietrzyk… – powtórzyła kobieta. – W taki dzień jak dzisiaj to może rzeczywiście nie być nic znaczącego, kiedy świeci słońce i otaczają nas przyjaciele. Ale ciemność może dopaść nas szybciej, niż zdążymy zaczerpnąć powietrza. To nie kara, Ren. Próbuję zapewnić ci bezpieczeństwo. Próbuję zapewnić je nam wszystkim.

– A co z twoją kostką? – dociekała dziewczyna.

Jeśli ona nie wystąpi, to Cioteńka musiałaby ją zastąpić.

– Zanim dotrzemy do Gorye, zagoi się – westchnęła. – Gdzie jest Wielki Wuj?

– Pewnie dał się wplątać w pomaganie mieszkańcom wioski – odpowiedział Mały Wujek.

Ren nie musiała nawet na niego patrzeć, wiedziała, że zmarszczył brwi z niepokoju.

– Niech jedno z was po niego pójdzie. Musimy niebawem wyruszyć.

Dziewczyna wstała z miejsca.

– Ja pójdę – mruknęła i pospieszyła w kierunku wsi.

Była zdenerwowana, ale nie tylko dlatego, że nie mogła wystąpić lub że zawiodła Cioteńkę, czego zawsze starannie unikała. Chodziło o to, że opiekunka nawet nie próbowała zrozumieć, dlaczego dziewczyna to zrobiła.

Ren natychmiast pożałowała swojego przewinienia i przeprosiła. Dlaczego Cioteńka nie mogła choć trochę ustąpić? Westchnęła, kopnęła kamyk, więc ten potoczył się w zarośla, a potem ciężkim krokiem ruszyła dalej ścieżką.

Ta wioska przypominała inne, w których karawana zatrzymywała się podczas swojej podróży, pełne domów z dachami krytymi strzechą i niewielkimi, zapuszczonymi podwórkami. Odgłos stukania przyciągnął Ren do małego domku na rogu, gdzie Wielki Wuj za pomocą kamienia próbował wbić na swoje miejsce drewnianą belkę podtrzymującą strop. Wuj był tak potężny, że wystarczyło, że uniósł ręce, by dosięgnąć dolnej części dachu.

Obok niego cierpliwie czekała para staruszków. Kiedy Wielki Wuj skończył, wyższy z mężczyzn pokłonił mu się głęboko, a jego mąż wręczył mu małą paczuszkę owiniętą tkaniną.

– Proszę przyjmij ten skromny podarunek w ramach zapłaty – oznajmił mniejszy mężczyzna. – Niestety nie mamy nic wartościowego do zaoferowania.

– To aż nadto – odparł Wielki Wuj, obejmując paczkę obiema rękami.

Odwrócił się i dostrzegł Ren. Skinął na nią, by się zbliżyła. Obserwowała, jak rozchyla zawiniątko, odsłaniając dwa spłaszczone placki z miodem i cynamonem.

– Hmm – zaczął powoli mężczyzna. – Możemy podzielić się nimi z Cioteńką i Małym Wujkiem. – Poruszył brwiami. – Albo…

– Możemy sami je zjeść – dokończyła z uśmiechem.

Wielki Wuj puścił do niej oczko. Podał jej większy z dwóch placków i razem ruszyli na wschód od wioski, gdzie ich karawana rozbiła obóz.

– Cioteńka się na mnie złości – rzuciła Ren, skubiąc placek. Mimo zdenerwowania nadal potrafiła docenić słodycz deseru, miękkiego w środku i chrupiącego na zewnątrz. Nie musiała wyjaśniać opiekunowi, czym zasłużyła sobie na dezaprobatę jego żony. – Naprawdę zrobiłam coś nie tak?

Przez chwilę milczał, choć zdążył zjeść swój placek przed nią. Zbliżali się już do wozów, kiedy przystanął, aby zdjąć z czubka jej głowy płatek kwiatu. Puścił go, pozwalając, by wiatr porwał go w kierunku gór. Ren obserwowała fragment rośliny tak długo, jak tylko mogła, aż stał się tylko punkcikiem na horyzoncie.

– Czasami czujesz w sobie coś, co jest zbyt wielkie, by móc to utrzymać – powiedział Wielki Wuj, a jego niski, ciepły głos otulił ją jak delikatna fala. – Musisz to z siebie wyrzucić. Nie ma w tym nic złego.

Gorące łzy napłynęły jej do oczu. Cioteńka nie potrafiła tego zrozumieć. Ostrzegała Ren, by ta nie używała swojej magii, ale dziewczyna czasami nie potrafiła się powstrzymać. To uczucie przypominało to towarzyszące podczas występów – w tych chwilach czuła się naprawdę wolna.

– Mam coś dla ciebie – dodał – ale najpierw… – Odchylił się, by spojrzeć na nią z góry. – Pokaż mi tę twarz, którą tak kocham.

Ren mrugnęła, nie rozumiejąc słów Wuja.

Zapomniała, że nadal ma na sobie maskę.

To nic niezwykłego. Czasami nosiła jedną przez kilka dni i zdejmowała ją tylko po to, aby się umyć. To nawyk sprzed lat – noszenie maski pozwalało jej poczuć się bezpiecznie. Dzięki niej nikt nie mógł odgadnąć, co myśli ani co czuje.

Kiedy dziesięć lat temu Cioteńka po raz pierwszy sprowadziła Ren do doliny, dała jej maskę, której dziewczyna nie zdejmowała przez cały rok. Mały Wujek, mający wtedy osiem lat, drażnił się z nią: „Skąd mamy wiedzieć, że jesteś małą dziewczynką, a nie demonem?”.

Cioteńka zostawiała ją w spokoju. A co do Wielkiego Wuja…

On od lat pozostawał tego samego wzrostu, ale ona była o wiele mniejsza. Przez miesiąc drżała, ilekroć wchodził do pokoju, więc trzymał się na dystans. O jego obecności świadczyły tylko zostawiane jej prezenty – żołędzie owinięte liśćmi, kwiaty o dziwnie uformowanych płatkach, kamienie wygładzone przez rzekę. Znajdowała je na poduszce lub obok sandałów. Zbudował dla niej łódź, zacumował przy brzegu, aby mogła leżeć na plecach i obserwować gwiazdy, a także stworzył torbę z zestawem zabawkowych akcesoriów, aby mogła naśladować Cioteńkę, grając na flecie i machając papierowym wachlarzem.

Stał się pierwszym, któremu pokazała swoją twarz.

Natknęła się na niego, gdy siedział cicho nad strumieniem za ich domem. Usłyszawszy jej kroki, podniósł wzrok. Szybko się odwrócił, ale zdążyła dostrzec łzy w jego oczach. Nie rozumiała źródła jego smutku – dopiero później zdała sobie sprawę, że on i Cioteńka stracili dziecko – wiedziała tylko, że w smutku mężczyzny odczuwała echo własnego.

Zdjęła maskę i założyła mu ją na twarz, by ukryć jego łzy, tak jak ukrywała swoje. Ale maska miała zasłaniać twarz dziecka i zakryła tylko część jego twarzy, głównie oczy i nos. Wyglądał tak głupio, że Ren wybuchnęła śmiechem, a zaraz potem śmiał się też Wielki Wuj. Następnie wziął ją w ramiona, a ona nigdy nie czuła się bezpieczniejsza.

– Tę twarz? – zapytała Ren, podnosząc maskę i wytknęła język.

– Tak – odparł, a miłość w jego głosie okazała się tak samo wyraźna, jak tego ranka nad rzeką. – Właśnie tę.

Wskazał na pobliską skałę.

– Zaczekaj tutaj – poprosił, po czym ruszył w stronę wozów.

Zrobiła, jak powiedział, usiadła i wyciągnęła nogi. Kilka minut później wrócił, niosąc długą paczkę owiniętą bambusową matą i położył ją na jej kolanach.

– Prezent – wyznał z dumą – dla ciebie.

Ochoczo rozplątała sznurek i odchyliła fałdy maty, odsłaniając papierową parasolkę. Od razu wiedziała, że to dzieło Wielkiego Wuja; kunszt wykonania ozdoby był znakomity. Chwyciła gładką rączkę i podniosła stelaż. Czasza parasolki rozłożyła się jak kwiat. Miała piękny czerwony kolor i złote elementy w kształcie spirali.

– Zakręć nią – zachęcił.

Wstała i tak właśnie zrobiła, a złoto i czerwień rozpłynęły się w powietrzu niczym spadające gwiazdy; nawet szum, jaki wydawała, okazał się uroczy.

– Wiem, że twoje urodziny są dopiero za tydzień… – dodał, pocierając kark.

Wciąż trzymając parasolkę, rzuciła mu się na szyję.

– Uwielbiam ją! Dziękuję.

Delikatnie postawił dziewczynę na ziemi.

– A teraz wracajmy do reszty, zanim coś kogoś podkusi i nas tutaj zostawią!

Idąc z Wielkim Wujem, poczuła, jak wcześniejsza frustracja znika z jej ramion. Cioteńka miała prawo się złościć; martwiła się tylko o bezpieczeństwo Ren i całej karawany.

Nie istniał kompromis pomiędzy jej magią a dobrem rodziny. Zawsze wybrałaby rodzinę. Jeśli musiałaby stłumić własne moce, aby ich chronić, to by to zrobiła.

Być może Cioteńka, widząc determinację podopiecznej, zmieni zdanie i pozwoli jej wystąpić – do ostatniego celu ich podróży pozostało pięć dni, wystarczająco dużo czasu, aby dowieść swojej niezłomności i udowodnić, że pogrzebie Światło tam, gdzie jego miejsce.

Ta myśl oraz świadomość, że za kilka tygodni wróci do domu w dolinie, by cieszyć się chłodnymi zimowymi dniami i nocami pełnymi gwiazd, w otoczeniu ukochanych osób, poprawiły jej nastrój. Kręcąc parasolką, wyprzedziła Wielkiego Wuja, nie mogąc się doczekać podróży do wioski Gorye.

Rozdział 2

Sunho

Podświat

Za progiem Dziewiątego Okręgu – Kuźnia Mithrilu

Sunho odsunął się od bram, gdy zawył róg fabryczny, a z wielkich hałd unosił się dym przypominający rozpostarte skrzydła na tle nocnego nieba. Zakrył nos szalikiem, którego czerwone nitki spłowiały i się postrzępiły. Jego ruch potrząsnął mieczem przytroczonym do pleców. Róg zawodził przez piętnaście sekund, a hałdy wyrzucały tyle dymu, że wypełnił on przestrzeń nad fabryką. Kiedy dźwięk ucichł, Sunho się odwrócił, ale wzrok utkwił w niebieskich iskrach unoszących się w oparach – cząsteczkach mithrilu.

W pobliżu zagruchał gołąb. Podążył za tym odgłosem za róg budynku, gdzie w cieniu muru kuźni kuliła się para nastolatków. Chłopak był drobnej budowy i miał srebrzystobiałe włosy. Tag. Sunho zapamiętał jego imię z czasów, gdy spotkali się po raz pierwszy. Miał siedemnaście lat, tak jak i on. Ptasie pogwizdywanie ucichło, gdy Tag opuścił ręce. Dziewczyna, Yurhee, była kilka lat starsza; jej brązowe włosy upstrzone rudymi pasemkami zostały zebrane z tyłu głowy spinką w kształcie motyla. Z ugiętymi kolanami opierała się o ścianę, ale gdy podszedł bliżej, poderwała się na równe nogi.

– Nie mieliśmy pewności, czy ci się uda – przyznała. – Patrole krążą tu całymi stadami.

– Widziałem kilka po drodze – odparł mężczyzna, przypominając sobie dudnienie stóp i kołyszące się latarnie na ciemnych ulicach. Trzymał się cienia, by uniknąć ich światła.

Przyszedł prosto z harówki w Ósmym Okręgu, gdzie pracował jako najemnik zwerbowany do nalotu. Gdyby złapano go bez odpowiednich dokumentów uzasadniających jego obecność w Mieście Środka, wsadzono by go do więzienia. Dwa duże zlecenia w ciągu jednej nocy to ryzyko, ale poranna wiadomość od Yurhee obiecywała wysoką zapłatę.

– Jesteś ranny. – Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku jego szyi, a on instynktownie cofnął się o krok.

Musiało się to stać podczas nalotu.

Yurhee uniosła brew, a następnie zabrała rękę.

– Przepraszam. Taki nawyk. Mam słabość do zamkniętych w sobie, emocjonalnie niedostępnych chłopców.

Za jej plecami Tag również uniósł brwi, marszcząc je lekko.

Sunho poznał tę dwójkę miesiąc temu, kiedy zatrudnili go do przejęcia ładunku od drobnego gangstera. Okradali tylko chciwych drani, którzy na to zasługują, prawdziwych drani, jak to ujęła Yurhee. Żadne z nich nie pozostawało biegłe w walce wręcz, dlatego zamieścili ogłoszenie o poszukiwaniu najemnika.

– Sprawdzę materiały wybuchowe – mruknął Tag.

Kucając przy ścianie, odsunął pnącza bluszczu i odsłonił dwie bomby kasetowe z zapalnikiem czasowym.

Sunho poczuł niepokój w żołądku. Jak dotąd podejmował się tylko zleceń o niewielkim ryzyku, ale kradzież z sareniyańskiej kuźni mithrilu to przedsięwzięcie na zupełnie inną skalę. Gdyby zostali złapani, czekałoby ich coś znacznie gorszego niż więzienie.

Yurhee sięgnęła pod kurtkę, wyjęła zwój i rozwinęła go jednym ruchem nadgarstka. Znajdowały się na nim szkice budynków na rozległym obszarze, opatrzone notatkami dotyczącymi rotacji strażników i szacowanego czasu pokonania odległości między zaznaczonymi lokacjami.

– Musimy dostać się stąd – wskazała na ich pozycję poza murem w północno-wschodnim narożniku – do tego miejsca. – Pokazała punkt w największym budynku na tyłach gruntów należących do kuźni, oznaczony literą X.

– Co tam jest? – zainteresował się Sunho.

Yurhee puściła do niego oczko, zwinęła mapę i schowała ją do kurtki.

– Wkrótce się dowiesz.

Wciąż miał czas, żeby się wycofać, ale wtedy nie otrzymałby obiecanej zapłaty. Poprawił pasek, aby miecz, schowany w pochwie przewieszonej przez ramię, spoczął bezpieczniej na jego plecach. Spojrzał w górę, gdzie przez gęsty dym ledwie widać było szczyt muru kuźni.

– Orientuj się! – zawołała Yurhee.

Odwrócił się w samą porę, by złapać rzucony przez nią pistolet z hakiem.

– Wiesz, jak się tym posługiwać, prawda? – Nie czekając na odpowiedź, wskoczyła na plecy Taga, on wycelował i wystrzelił, a hak przebił mur w pobliżu szczytu. Następnie zwolnił linkę i oboje wystrzelili w górę.

Sunho wycelował lufę na lewo od haka chłopaka i nacisnął spust. Kotwa rozłupała beton, a on zacisnął dłonie, gdy został wyrzucony w górę i wylądował w przysiadzie na szczycie muru, gdy róg wydał kolejny głośny dźwięk, a z kominów buchnął dym.

Zsunął się po linie na drugą stronę i dołączył do pary stojącej za stosem wysokich skrzyń. Yurhee przyłożyła palec do ust. Przez szczelinę między skrzyniami dostrzegli dwóch strażników patrolujących teren; ich lampiony rzucały groteskowe cienie na ściany mijanych budynków.

Nosili maski przeciwpyłowe, a przy pasie standardowe krótkie miecze. Cała trójka słyszała ich głosy i Sunho wychwycił fragmenty rozmowy – w Ósmym Okręgu otwarto knajpę z makaronem i zbrojni planowali tam wpaść na późną kolację po zmianie.

Strażnicy minęli wejście do zaułka, a światło ich lampionów padło na wąską szczelinę, po czym zniknęli za rogiem.

– Widzisz to? – zapytała Yurhee. – Pójdziemy na wprost. To najszybsza droga.

Po cichu wyszli zza skrzyń i pokonali sprintem otwartą przestrzeń prosto do zaułka. Dym stał się tu gęstszy, kłębił się między budynkami. Stojąca przed przejściem dziewczyna odpięła maskę z pasa narzędziowego i ją założyła.

Po obu stronach znajdowały się rafinerie, gdzie rudę mithrilu oczyszczano i przetwarzano na sztabki, a odpadki traktowano jako złom. Zaułek został zaśmiecony stertami metalu, przez co Sunho musiał się pilnować, by nie kopnąć żadnej z nich, bo mogłaby się rozsypać i zaalarmować strażników.

Mimo że tylko rzucił okiem na mapę, zapamiętał układ kuźni z rafineriami – w sumie sześcioma, zbudowanymi obok siebie w blokach po trzy – z przodu kompleksu i magazynem z tyłu, najbliżej bramy prowadzącej do Miasta Środka.

Poczekali na końcu zaułka, aż miną ich strażnicy, których pozycję zdradzały niesione przez nich jasne lampiony. Milczeli, świadomi niebezpieczeństwa czyhającego z każdej strony – pary strażników okrążające wszystkie trzy bloki rafinerii oznaczały mnóstwo świateł. Dotarli już na koniec ostatniej uliczki, niemal bezpieczni, kiedy w niszy muru otworzyły się drzwi. Wyszedł z nich strażnik w masce filtrującej.

Zauważywszy Sunho, rzucił się na niego z ukrytym sztyletem. Ten uniknął ataku. Skoczył do przodu, chwycił strażnika za maskę i uderzył jego głową o ścianę. Zbrojny osunął się nieprzytomny na podłogę.

Tag wślizgnął się przez otwarte drzwi i wrócił po kilku minutach. Pokręcił głową. W budynku nie było nikogo więcej.

– Jeśli dopisze nam szczęście, przez jakiś czas nikt za nim nie zatęskni – zauważyła Yurhee, zdejmując maskę. – Cholera.

Sunho podążył za jej wzrokiem i spojrzał na emblemat na rękawie munduru mężczyzny – rozpostarte upierzone skrzydła, niczym skrzydła gołębia.

– Co tu robi sareniyański żołnierz?

Kiedy wpatrywał się w symbol, poczuł pieczenie w okolicy obojczyka, które zaczęło rozlewać się aż na szyję. Szybko podniósł rękę i złapał za szalik, czując ulgę, gdy uznał, że znajduje się na swoim miejscu.

– Może powinniśmy przerwać misję? – zasugerował cicho Tag. – Może być ich więcej.

– Nie – odparła Yurhee po krótkiej chwili. Kropla potu spłynęła jej po policzku. – Teraz już na to za późno.

Sunho stał na czatach, podczas gdy tamci dwoje wciągnęli mężczyznę z powrotem do budynku. Rozruszał barki i wyciągnął ręce, by złagodzić nagromadzone w nich napięcie. Gdy usłyszał słowo, którego użył Tag, by opisać to, co robili, w jego umyśle zrodził się cień podejrzenia.

To nie fucha, tylko  m i s j a. 

Złodzieje wrócili do zaułka, zamykając za sobą drzwi. Jak wynikało z mapki Yurhee, teraz czekała ich prosta droga przez pole turbin. Dziewczyna nie zaznaczyła żadnych patroli w okolicy, więc zwolnili kroku, kierując się światłami magazynu w oddali. Przestrzeń była szeroka i otwarta, poprzecinana jedynie wielkimi turbinami. Łopaty wirników nieustannie szumiały, wytwarzając energię zasilającą kuźnię. Miały podwójne zastosowanie – odprowadzały również dym unoszący się z hałd, kierując go z dala od Miasta Środka w stronę Zewnętrznego Pierścienia.

Sunho pomyślał o chmurach. Błękitnych chmurach, przesyconych trucizną.

Ktokolwiek twierdził, że w Podświecie nie ma chmur, tkwił w błędzie, podsumował ponuro.

– Myślałem, że wojsko ma zakaz bezpośrednich kontaktów z Kuźniami Mithrilu – odezwał się Tag, dotrzymując im kroku.

Chłopiec drobniejszej postury oddychał ciężko pod maską, ale nie zwalniał tempa.

– Mój informator powiedział, że minister, właściciel tej fabryki, jest skorumpowany, choć to w sumie nic niezwykłego – odparła Yurhee z przekąsem. – Być może napycha sobie kieszenie pieniędzmi sareniyańskiego wojska w zamian za dostęp do ich zasobów surowca.

Dziesięć lat temu, po śmierci królowej Sareniyan i następczyni tronu, Rada Wywyższonych – organ zarządzający zarówno Podniebnym Światem, jak i Podświatem – pogrążyła się w chaosie. To właśnie w tym czasie generał Iljin z sareniyańskiej armii umocnił swoją pozycję, sięgając wyżej niż wtedy, gdy służył pod królową i radą. Przez siedem lat wzmacniał wojsko, głównie poprzez wykorzystanie mithrilu do zasilania floty, i rozszerzył granice Imperium poprzez serię brutalnych kampanii; najpierw przeciwko mniejszym ościennym królestwom, a następnie przeciwko wielkiemu imperium Volmaru na północy.

Zasiadający w radzie arystokraci zaczęli obawiać się bogactwa i wpływów generała i trzy lata temu przyjęli ustawę zakazującą wojsku nieograniczonego dostępu do mithrilu. Z wyjątkiem stałej ilości przeznaczonej do zasilania samolotów wojskowych dystrybucja cennego surowca należała do sektora prywatnego. Surowiec wykorzystywano do tankowania wycieczkowców i prywatnych samolotów, co cieszyło arystokrację, a ich jedynym celem pozostawało napychanie własnych kieszeni.

Jeśli minister Dziewiątego Okręgu, szlachcic zasiadający w radzie, handlował z wojskiem, to naruszał prawo i dopuszczał się zdrady. Sunho nie wiedział, co by się stało, gdyby minister został zdemaskowany, czy on sam – lub generał jako zwierzchnik armii – zostaliby ukarani. Nawet w radzie autorytet generała nigdy nie został poddany próbie; groziłoby to zamachem stanu.

– To bez znaczenia – oceniła Yurhee, energicznie kręcąc głową. – Cokolwiek knują Sareniyanie, nie zmienia to  n a s z e g o  celu.

Sunho spojrzał na dziewczynę, zwracając uwagę na to, jak podniosła głos. Po co właściwie tu przybyli? Gdyby chodziło o zarobek, łatwiejszym celem niż Kuźnia Mithrilu pozostawały rezydencje w wewnętrznym kręgu. Nie chodziło też o sam surowiec. Nie byli wyposażeni we właściwy sprzęt do transportu metalu trującego przy kontakcie.

Zanim zdążył o to zapytać, dotarli do magazynu. Był ogromny – miał dwie kondygnacje i o długości równej przecznicy w wewnętrznym kręgu. W przeciwieństwie do rafinerii na jego czterech krańcach stacjonowały pary strażników. Sunho przykucnął wraz z Yurhee i Tagiem poza zasięgiem światła najbliższej pary.

– Musimy prześlizgnąć się obok strażników, nie alarmując pozostałych – powiedziała Yurhee.

Ukryta w pochwie broń Sunho zahaczyła czubkiem o ziemię, więc mocniej pociągnął pasek.

– Ile czasu minęło od momentu, kiedy róg zabrzmiał po raz ostatni? – zapytała.

– Powinien wkrótce znów się odezwać – odparł Tag. – Co ci chodzi po głowie?

– Widzisz, jak szeroko są rozstawieni? – Strażników na każdym rogu dzieliło trzydzieści kroków. – W ciemności nie widzą się nawzajem. Tylko lampiony wskazują ich pozycje. Jeśli zachowamy ciszę, powinniśmy dać radę wyeliminować jedną parę, nie alarmując pozostałych.

– Róg rozbrzmiewa tylko przez piętnaście sekund – wtrącił Tag, zbliżając się do nich z maską zawieszoną na szyi. – Z tej odległości nie będzie tak głośno.

Yurhee odpowiedziała pospiesznie:

– Więc musimy działać szybko. Mamy tylko jedną szansę. Sunho, czy ty…

Róg zagrzmiał.

Wyskoczyli z ciemności, trzymając się blisko ziemi. Strażnik stojący najbliżej zauważył ich i zaczął wyciągać miecz z pochwy. Sunho dopadł go pierwszy, chwycił za rękę, a gdy zbrojny zaczął krzyczeć, młodzieniec dźgnął go w gardło. Przesuwając się za jego plecy, owinął przedramię wokół szyi mężczyzny i skręcił mu nadgarstek, aż ten upuścił broń.

Obok niego dwójka wspólników szamotała się ze swoją strażniczką. Tag zakrywał jej usta dłonią. Sunho obserwował kątem oka, jak lampion trzymany przez kobietę kołysał się, a potem wypadł z jej ręki.

Złapał go w locie.

Trzymając światło jedną dłonią, zacisnął drugie ramię wokół szyi strażnika, aż ten całkowicie przestał się szarpać.

Yurhee przyłożyła szmatkę nasączoną środkiem usypiającym do ust strażniczki, aż oczy uciekły jej w głąb czaszki. Oboje strażników osunęło się na podłogę. Róg przestał trąbić.

W nastającej ciszy czekali na dźwięk alarmu. Kiedy ten się nie rozległ, Yurhee skinęła na Sunho. Nadal trzymał lampion w górze.

– Niezły refleks.

Podeszła do drzwi i wsunęła grubą szpilkę do kłódki, na co ta otworzyła się z charakterystycznym kliknięciem.

– Jedno z nas musi tu zostać i trzymać lampion. Trzeba sprawić, by wszystko wyglądało normalnie.

– Strażników może kręcić się tu więcej – wtrącił Tag, przejmując światło od Sunho. – Wy idźcie. Ja zostanę. – Plecami przytrzymał dla nich otwarte drzwi. – Zachowajcie ostrożność.

Yurhee przekroczyła próg.

– Zaczekaj, Yurhee – mruknął Sunho, a ona się odwróciła, by na niego spojrzeć.

W jej oczach zatańczyło światło bijące od ognia.

– Co właściwie kradniemy?

– Czy to ma znaczenie? – zapytał Tag. Jego ton brzmiał spokojnie, bez oceniania, raczej dało się w nim usłyszeć ciekawość. – Tak czy inaczej, dostaniesz swoją zapłatę.

Tag miał rację, to bez znaczenia. Wykonałby tę robotę bez względu na wszystko. Dla pieniędzy.

– Chcę wiedzieć – nalegał.

Yurhee cofnęła się przez próg. Przechyliła głowę, a jej spinka w kształcie motyla zalśniła w świetle.

– To pierwszy raz, kiedy wypowiedziałeś moje imię, wiesz o tym?

Sunho mrugnął. Czyżby? Był z natury powściągliwy i trudno przychodziło mu nawiązywanie kontaktów z innymi. Rzadko zdarzało mu się dwukrotnie podejmować pracę z tą samą ekipą. Yurhee i Tag to jedni z nielicznych.

– Kiedy rozstaliśmy się po tej pierwszej robocie, powiedziałam do Taga: on jest taki jak my. Dzieciak z Zewnętrznego Pierścienia, który stara się przetrwać.

Jak oni. Dziwne uczucie ścisnęło Sunho za gardło; było nieprzyjemne, niemal bolesne.

– Pieprzyć przetrwanie. Chcę  ż y ć . – Yurhee uśmiechnęła się buńczucznie, a podobny wyraz zagościł na twarzy Taga, choć jego wydał się łagodniejszy. – W wolnym świecie. Pod niebem niezasłoniętym trującymi chmurami, ale tymi prawdziwymi.

W jej głosie znów zabrzmiała tamta nuta, pełna pasji i tęsknoty, które jednocześnie były zarówno obce, jak i znajome.

Bo Sunho też czegoś pragnął. Rozpaczliwie za czymś tęsknił.

– Ukradniemy mapę kopalń mithrilu – zdradziła wreszcie. – To nasz cel. A dzięki niej wysadzimy ich świat w powietrze.

Rozdział 3

Sunho

Podświat

Dziewiąty Okręg – Magazyn Kuźni Mithrilu

Sunho omiatał wzrokiem podłogę magazynu, gdy drzwi za nimi zamknęły się bezgłośnie, odcinając dopływ światła z lampionu Taga. Natychmiast zauważył duże ilości mithrilu; powietrze wydawało się ciężkie, a niskie buczenie przyprawiało go o gęsią skórkę. W ciemności emanowała mglista, niebieska poświata pochodząca z setek metalowych skrzyń. Gdy przeczytał etykiety na tych najbliższych, zauważył, że większość miała trafić do Rdzenia, gdzie kupcy odsprzedawali ten cenny metal z zyskiem. Kilka zostało oznaczonych jako transport do Bazy Wojskowej Yongin, największej z placówek militarnych Sareniyi poza Murem.

– Sunho! – zawołała Yurhee, znajdując się w połowie metalowych schodów prowadzących w górę. Dołączył do niej na pomoście na szczycie, gdzie zdejmowała kratę ze ściany. – Tędy powinniśmy dostać się do biura brygadzisty. Pospiesz się, kończy nam się czas.

Dostrzegł licznik na ładunku wybuchowym, ustawiony na trzydzieści minut – minęła już co najmniej połowa. Lecz nie tylko to wywierało na nich presję. Był jeszcze sareniyański żołnierz, chwilowo nieprzytomny, ale mogący ocknąć się w każdej chwili, a Tag nie miał jak się bronić.

Schylił głowę i wdrapał się do kanału wentylacyjnego, po czym przecisnął się przez wąską przestrzeń, poruszając przedramionami i biodrami.

– W lewo czy w prawo? – zapytał, gdy dotarł do końca rozwidlającej się na dwie strony komory.

– W lewo – pokierowała go Yurhee. – Powinno być tuż pod tobą.

Wsunął palce między kratki pokrywy i podważył ją. Chwyciwszy za krawędź, opadł na stół zasypany papierami.

Dziewczyna wylądowała obok niego.

– Cholera – zaklęła. – Jak tu ciemno. Nic nie widzę.

– Tam jest włącznik – mruknął, dostrzegłszy go na przeciwległej ścianie.

Zeskoczył ze stołu i przeszedł przez pokój, aby włączyć światło. Z cichym brzęczeniem zamigotała żarówka, rzucając ostre żółte światło na zagracony stół. W głębi pomieszczenia stało duże biurko, a obok niego znajdował się ośmiopanelowy parawan i kilka szafek na dokumenty.

Odwrócił się i napotkał spojrzenie Yurhee, a wtedy zdał sobie sprawę, że popełnił błąd.

Przed zapaleniem światła pomieszczenie pogrążone było w całkowitej ciemności. Była to ciemność charakterystyczna dla Podświata, ponieważ – poza blaskiem mithrilu – nie docierało tam prawie żadne naturalne światło. Ci, którzy opuścili Podświat, by po jakimś czasie powrócić, twierdzili, że ta ciemność nie ma sobie równych w świecie zewnętrznym. Porównywano ją ze śmiercią, więc Sunho nie powinien móc niczego dostrzec.

Jego umysł gorączkowo poszukiwał wyjaśnienia, które Yurhee zdołałaby zaakceptować.

Właśnie dlatego nie pracował dwa razy z tą samą ekipą. Im dłużej z kimś działał, tym większa była szansa, że inni się dowiedzą o jego najgłębiej skrywanej tajemnicy.

Ona pierwsza odwróciła wzrok. Zsunęła się ze stołu, podeszła do biurka, przejrzała papiery, a następnie otworzyła szuflady w szafkach na dokumenty.

Być może tylko wyobraził sobie jej reakcję. Bardziej prawdopodobne wydawało się jednak, że ignorowała to, co zobaczyła, skupiając się na bardziej palącym problemie.

Chętnie pomógłby jej w poszukiwaniach mapy, ale nie wiedział, jak wyglądała, a wśród formularzy zamówień i przeróżnych pism znajdowały się dziesiątki map. Sunho skierował wzrok na tę rozciągającą się na całej długości ściany, stanowiącej szczegółowy rysunek Podświata. Zewnętrzny Pierścień składał się wyłącznie ze slumsów i został oddzielony od Miasta Środka kompleksem fabrycznym. W mieście znajdowało się w sumie dziewięć kuźni, rozmieszczonych na najszerszych krańcach Okręgów. Tam, gdzie zwężały się ku środkowi, wokół obszaru, w którym zbiegło się Dziewięć Okręgów, narysowano kolejne koło – Rdzeń, gdzie mieszkali najbogatsi obywatele.

– To musi być tutaj – wskazała Yurhee, podchodząc do parawanu. Kiedy go odsunęła, usłyszał ostre kliknięcie.

– Czekaj – szepnął, gdy jej but zaczepił się o linkę pułapki. Drzwi, ukryte wcześniej za parawanem, się rozsunęły.

Sunho sięgnął po miecz. Chwycił go za rękojeść i wyciągnął ostrze z pochwy.

Uderzyło go podobne napięcie jak wcześniej, gdy wszedł do magazynu – silna obecność mithrilu.

Z otwartych drzwi wyszedł wilk.

Nigdy wcześniej żadnego nie widział, ale wiedział, że grasują one na równinach poza Murem otaczającym miasto. Tamte wilki były wychudzone. Ten miał szczupłą sylwetkę, z wyrzeźbionymi, drgającymi mięśniami. Gęsta, lepka substancja kapała z jego obnażonych kłów, gdy wydawał z siebie niskie, dudniące warczenie.

Yurhee się cofnęła, uderzając w parawan, a ten zagrzechotał za jej plecami.

– Uważaj! – krzyknął Sunho, gdy drapieżnik rzucił się do ataku.

Dziewczyna odskoczyła na bok, przywierając do podłogi, a wilk uderzył w parawan.

Gdy rozrywał drewno i papier, chłopak pomógł Yurhee wstać.

– Nic ci nie jest?

Podczas upadku się skaleczyła, a metaliczny zapach jej krwi wypełnił powietrze.

– Wszystko w porządku. Co  t o  jest?

Lekki dreszcz przebiegł przez lewą rękę najemnika.

– Nie wiem, ale zamierzam to zabić.

Poprowadził dziewczynę na drugą stronę biurka, aby oparła się o ścianę, a następnie zajął pozycję na środku pomieszczenia. Potrząsnął ręką i położył ją obok drugiej na rękojeści miecza. Drapieżnik śledził jego ruchy.

Wydając z siebie surowy, pierwotny ryk, rzucił się w kierunku Sunho. Ten ruszył mu na spotkanie, w ostatniej chwili wślizgnął się pod stworzenie i przeciągnął miecz pod jego ciałem, rozcinając je od gardła do pępka.

Z groteskowym jękiem wilk padł na podłogę. Chłopak podszedł do miejsca, gdzie bestia leżała martwa w kałuży własnej krwi, a lepka ciecz rozlewała się po podłodze jak atrament.

Stał jak wryty, wpatrując się w posokę. Powinna być czerwona, ale miała głęboki, krystaliczny niebieski kolor. Kręciło mu się w głowie, jakby znalazł się pod wodą. Dzwoniło mu w uszach.

– Sunho,  S u n h o. 

Otrząsnął się z oszołomienia. Obok niego stała Yurhee. Musiała wołać jego imię już od jakiegoś czasu. Jej głos był wysoki, pełen niepokoju.

– Musimy iść.

Pobiegła do ukrytego pokoju i po kilku sekundach pojawiła się z kawałkiem papieru. Mapa. Zanim wsunęła ją za pasek, najemnik dostrzegł symbol narysowany tuszem na powierzchni – czarne skrzydło złożone na pół.

– Chodź, pospiesz się!

Wybiegli tą samą drogą, którą przyszli. Yurhee stanęła na ramieniu Sunho, aby wspiąć się do kanału wentylacyjnego. On skoczył ze stołu, chwycił krawędź i się podciągnął. Tag czekał na nich za rogiem magazynu, skulony w cieniu.

Uciekli przez mur w momencie, gdy wybuchły bomby, a eksplozja rozjaśniła niebo.

Podążyli do ogródka herbaciarni, kilka przecznic od kuźni.

– W zeszłym tygodniu sprawdziliśmy to miejsce – wyjaśniła dziewczyna, łapiąc oddech. – Jest opuszczone. Na razie powinniśmy tu być bezpieczni.

Rozbłysło światło, gdy Tag zapalił świeczkę w lampionie, a następnie zawiesił go na haczyku przy ścianie. Kiedy się odwrócił, jego oczy rozszerzyły się, gdy dostrzegł obrażenia na ramieniu Yurhee.

– Zostałaś ranna – zauważył, pochylając się, aby przyjrzeć jej się z bliska. – Mówiłem ci, żebyś uważała.

– Za bardzo się przejmujesz – skarciła go.

Sunho zostawił ich samych, aby mogli zająć się jej raną.

Ogródek herbaciarni okazał się zaśmiecony pozostałościami po czymś, co dawniej musiało być dużymi glinianymi dzbanami, a teraz leżało w kawałkach rozrzucone po ziemi. Jak większość takich podwórek, to również nie zostało zadaszone; kurz wirował wokół, gdy chłopak szedł w kierunku najbliższej ściany, by oprzeć się o zimną powierzchnię i zamknąć oczy.

Nie czekał długo, zanim usłyszał trzask gliny pękającej pod butami Yurhee i Taga.

– Twoja zapłata, zgodnie z obietnicą. – Wyciągnęła w jego stronę podwójny sznur monet.

Spojrzał na jej ramię, które Tag owinął grubym bandażem. Wziął pieniądze i wrzucił je do wewnętrznej kieszeni płaszcza.

Dziewczyna przechyliła głowę, przyglądając mu się uważnie.

– Większość nie dokończyłaby zlecenia, gdyby się dowiedziała, czego szukamy. Ktokolwiek jest właścicielem tej mapy, może wysłać za nami pościg.

Sunho pomyślał o symbolu na papierze – czarnym skrzydle. Nigdy wcześniej go nie widział.

– To nie ma znaczenia. – Nie obchodziło go, czy mapa należała do brygadzisty, ministra będącego właścicielem kuźni, czy samego generała Iljina. Żaden z nich i tak go nie obchodził. – Potrzebuję pieniędzy.

– Na co?

– Szukam brata – odpowiedział krótko.

W zwykłych okolicznościach trzymałby to w tajemnicy, ale zrobiło się późno, a jego ogarnęło zmęczenie. Zresztą to też nie miało znaczenia. Nigdy więcej nie zobaczy Yurhee i Taga.

Wiedzieli już o nim zbyt wiele. Dziewczyna prawdopodobnie podejrzewała, że różni się od innych najemników. Nadal czuł tkwiące w jej spojrzeniu pytanie, kiedy dostrzegł włącznik światła w ciemności.

Wcześniej powiedziała, że jest taki sam jak oni. Przez chwilę prawie sam w to uwierzył.

– Jako dzieci zostaliśmy wcieleni do sareniyańskiej armii – wyjaśnił. – Jeśli on nadal żyje, to właśnie tam go znajdę.

Przynajmniej sądził, że tam właśnie jest Junho. Nie pamiętał, gdzie ostatnio widział brata.

– Więc potrzebujesz pieniędzy, żeby go uwolnić – podsumowała Yurhee. – Potrafię docenić taki cel. Zrobiłabym to samo dla Taga.

Rysy jej towarzysza stojącego za nią złagodniały, gdy wykrzywił usta w półuśmiechu.

– Cóż, to chyba pożegnanie – westchnęła. – Postaram się to zrobić szybko. Musisz wiedzieć, że Tag jest sentymentalny.

Uśmiech chłopaka zniknął; wyraźnie nie podzielał jej zdania.

– Jeśli kiedykolwiek wpadniesz w tarapaty i będziesz potrzebować pomocy… – Położyła rękę w rękawicy na talii. – Znajdziesz nas w Wolryudang. To herbaciarnia na skraju Siódmego Okręgu. Zapytaj o najpiękniejszą dziewczynę w Podświecie. Na pewno mnie tam znajdziesz.

Jej towarzysz skinął głową, a ona zasalutowała dwoma palcami. Następnie odeszli, wymykając się tylną bramą i znikając z pola widzenia.

Sunho też mógł odejść, ale zamiast tego odwrócił się od bramy i skierował w głąb dziedzińca. Jego mieszkanie znajdowało się w Piątym Okręgu Zewnętrznego Pierścienia, po drugiej stronie miasta. Dotarcie tam zajęłoby mu resztę nocy, o ile nie natknąłby się na patrol. Kręciło się ich coraz więcej, ponieważ przed Festiwalem Światła do miasta napływały tłumy Sareniyan.

Wędrując po opuszczonym dziedzińcu, przypomniał sobie inny.

Dwa lata temu obudził się obok starej kuźni mithrilu w Pierwszym Okręgu, zamkniętej wiele lat wcześniej, niczego nie pamiętając – ani kim był, ani co się z nim stało.

Pamiętał tylko jedno.

Lecz nawet to wspomnienie pozostawało mgliste, spowite bólem i zamętem. Dzięki niemu znał własne imię, wiedział, że ma starszego brata Junho i że razem służyli w sareniyańskiej armii.

Istniały też inne wskazówki dotyczące jego przeszłości. Przesunął dłonią po szaliku, który ciasno oplatał mu szyję, co pomagało ukryć tatuaż ciągnący się od klatki piersiowej aż pod obojczyk. To właśnie z powodu tego znaku wiedział, że należał do sareniyańskich zbrojnych – wszystkich żołnierzy znakowano symbolami jednostek.

Był też Demon.

To pierwsza rzecz, jaką zauważył po przebudzeniu. Wiedział, że to właśnie dzięki tej istocie miał moce odróżniające go od innych – zdolność widzenia w ciemności, niesamowitą siłę i wytrzymałość, szybkość oraz przyspieszone gojenie się ran. Nazwał ją Demonem, choć nie miała ona głosu. Stanowiła część niego, wplecioną w jego duszę. A jednak instynktownie wiedział, że gdyby ją uwolnił, zmiażdżyłaby go, jego świadomość, jego człowieczeństwo. Dlatego pogrzebał tę istotę głęboko w sobie, czerpiąc z pochodzącej od niej mocy tylko w razie konieczności.

Kluczem do wszystkiego wydawał się jego brat. Według jego wspomnień Junho wiedział, kim on był. Sunho musiał go odnaleźć – tylko on mógł uwolnić go od tej ciemności.

Delikatny szum wiatru przykuł jego uwagę. Podniósł głowę i wysoko w rozległej ciemności dostrzegł migoczące niebieskie światło.

Pochodziło ono z żył mithrilu w kopalniach pod Podniebnym Światem. Dla zwykłego mieszkańca Podświatu ciemność pozostawała absolutna, nieprzenikniona. Lecz Sunho, którego oczy już dawno przestały być zwyczajne, widział wszystko. Gigantyczne wieże zbudowane z rusztowań, sięgające aż do dna kopalń. Małe samoloty rozsiane po niebie niczym świetlne punkciki. Mithril podtrzymywał i utrzymywał w górze Podniebny Świat, pełen obfitości kraj unoszący się nad tym, w którym żył Sunho.

W przeciwieństwie do Yurhee i Taga nie miał ochoty się tam wybierać. Nie należał do przestworzy. Znajdował się dokładnie tam, gdzie jest jego miejsce.

Nawet kilka godzin później, gdy słabe promienie słońca z daleka przesączały się ponad Murem, spowijając świat mglistą poświatą, on nadal stał na opuszczonym dziedzińcu, patrząc w górę na mithril jasno błyszczący w oddali niczym gwiazdy.

1 Staccato – krótkie, oddzielone od siebie dźwięki (przyp. tłum.).